Powyborczo

Cisza wyborcza sprawiła, że nie mogłem napisać notki o tym, co uważam za najważniejsze polityczne wydarzenie ostatnich dni – może nawet ważniejsze od samych wyborów. Czyli oczywiście o pierwszym z serii wyroków TSUE w sprawie pisowskiej reformy Sądu Najwyższego.

Z mnóstwem satysfakcji obserwowałem w piątek paniczną miotaninę komentatorów w Psychiatryku24. Próbowali się pocieszać na różne żałosne sposoby, np. „Wiceprzewodniczący TSUE, to jeszcze nie Trybunał” („Julian Olech”) albo „W sumie z tego politycznego, bo zaraz przed wyborami niby wyroku, w dodatku nieoficjalnie opublikowanego, można wywnioskować pozytywną dla Polski informację ONI SIĘ NAS BOJĄ!” („amigo166”).

Nikt się was nie boi. Unia wam zrobiła klepu-klepu jak z Benny Hilla, prof. Gersdorf wróciła do kierowania Sądem Najwyższym, wasz minister już zapowiedział zmianę ustawy.

A to dopiero początek, bo nawet wasza rządowa propaganda podkreślała, że to tylko postanowienie wstępne. Tym gorzej dla was, następne będą jeszcze gorsze.

Jeśli będziecie dalej fikać, Unia w końcu nałoży wam jedną ze swoich ulubionych kar, w stylu „milion euro dziennie”. I co wtedy, odmówicie zapłaty? Potrącą sobie z tego, co nam przelewają.

Nie możecie tego wygrać. Dlaczego: to dokładnie opisywałem z kolejnych notkach z serii „drodzy pisowcy”.

Jesteście jak ofiara nieuczciwego adwokata, który wkręca swojego klienta w proces niemożliwy do wygrania. Dla adwokata to oczywiście żaden problem, bo liczy sobie za kolejne pisma, ale klient pójdzie z torbami. I nic nie wygra.

Najpierw (jeszcze w 2015!) miało być tak, że Waszczykowski zaprosi Komisję Wenecką i wszystko jej wytłumaczy. Zaprosił, tłumaczył, nie przekonał.

Potem (w 2017) było tak, że Morawiecki zna angielski, więc pojedzie do Brukseli i im tam wszystko wytłumaczy ich językiem. Prawicowi publicyści i blogerzy naprawdę w to wierzyli, archiwa znajdziecie w Psychiatryku.

Potem Ziobro, pezetpeerowski prokurator Piotrowicz i mgr Przyłębska wyszukiwali uzasadnień. A że polska konstytucja mówi tak, a że Niemcy kiedyś zrobiły siak. To też nic nie dało, bo nie mogło dać.

Tak jak z ustawą o IPN, nie pozostaje wam nic innego, niż skapitulować. A im później to zrobicie, tym gorzej dla was, bo to wszystko prawdopodobnie już miało wpływ na wynik wyborów, a jeszcze większy będzie mieć w wyborach nadchodzących.

Co do nich, zrobiłem się umiarkowanym optymistą. PiS już teraz, sądząc z wyborów do sejmików, nie byłby w stanie rządzić samodzielnie. A spalił sobie wszystkie opcje koalicyjne.

Jasne, z wyjątkiem Kukiza. Ale czy jego ugrupowanie dotrwa do wyborow w 2019?

Wątpię. Już się rozsypuje. Kukiz będzie jak Palikot, Tymiński czy Partia Przyjaciół Piwa, gwiazdą jednego przeboju.

Możliwe więc, że z przyszłorocznych wyborów wyłoni się Sejm, w którym PiS będzie największym klubem – ale bez większości. Władzę więc obejmie jakaś koalicja typu KO + PSL + jakaś forma lewicy.

No właśnie, lewica… Tutaj już oczywiście nie mam powodu do radości, może poza symbolicznym faktem, że w Warszawie na podium stanął jednak Śpiewak.

Poza tym jednak oczywiście wszystkie formy lewicy dostały łomot. Tym bardziej upokarzający, że gdyby zsumować głosy, wyjdzie jakieś 10% (przynajmniej w Warszawie).

Koalicja nie jest magicznym rozwiązaniem. Razem gdzie się dało, wchodziło w koalicje. I wszystko co z tego ma, to koszulka „Wygra Warszawa”.

Nie pomogły przedziwne fejki, wypuszczane także przez komcionautów na moim blogu, jak to Śpiewak podobno potajemnie sprzyja PiS, a nawet ma wystartować jako wiceprezydent u Jakiego. Nie będę jednego z drugim pokazywać palcami, ale można to sobie znaleźć pod notką z czerwca.

Cóż, było, minęło. Teraz jeśli gdzieś jest nadzieja, to tylko w Biedroniu. Oby nie skończyło się tym, że na lewicy dojdzie po prostu jeszcze jedna lista, która zgarnie kolejne 3,5%.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz