Czaszki, lochy i Neapol

Czaszki

Stanisław Lem wymyślił „Katar” – powieść o turystach, którzy giną w tajemniczych okolicznościach w Neapolu – z nadzieją, że przejedzie się z małżonką na koszt wydawcy. Nie pozwoliło mu na to zdrowie, więc napisał z wyobraźni.

Odbyłem wędrówkę szlakiem alternatywnej powieści, którą Lem by mógł napisać, gdyby zobaczył to miasto. Dla pełni wrażeń wynająłem samochód (zaprawdę: „zobaczyć Neapol i umrzeć” to nic, „przejechać i przeżyć”, to dopiero wyzwanie).

Miasto założyli Grecy, rozbudowali Rzymianie, którzy wytyczyli siatkę ulic dzisiejszego centro storico. Stojące tam dziś budynki mają piwnice pochodzące z czasów antycznych.

Na zdjęciu satelitarnym zobaczycie na przykład w centrum dziwnie kolisty układ ulic (wpisać: San Paolo). Budynki stoją tu na dobrze zachowanym greckim teatrze, który częściowo jest dostępny dla zwiedzających.

Ikoniczny obraz Neapolu, z praniem wiszącym nad wąskimi uliczkami, to renesansowa dzielnica hiszpańska. Do dziś jest niebezpieczna i concierge w hotelu uprzedzi, żeby się tam nie zapuszczać po zmroku.

Dolną krawędź tej dzielnicy wyznacza via Toledo, reprezentacyjny deptak, pełen knajp i butików. Wieczorem turysta czuje się tam dziwnie, bo idzie rozświetloną, gwarną ulicą, ale w bok odchodzą mroczne przecznice.

Czasem na horyzoncie widać światła kolejnej knajpy. Zaryzykować?

Jak daleko można się oddalić od via Toledo? Wyobrażam tu sobie dialog z tym kryminologiem-statystykiem z „Kataru”.

Zafascynowały mnie dwa kościoły, które mogłyby pasować do fabuły. Jeden z nich to Cappella Sansevero.

Książę Sansevero, odpowiedzialny za jej dzisiejszy kształt, był postacią ważną dla włoskiego Oświecenia – masonem, alchemikiem, libertynem i wynalazcą. Podobnie jak – tuszę – większość moich komcionautów, ogólnie identyfikuję się ze spuścizną Oświecenia, ale tego północnego, z Humboldtem, Kantem, Lockiem i Smithem.

Ludzie Oświecenia w Hiszpani i we Włoszech byli tak porypani,  że może i już bym wolał poczciwych jezuitów. Kaplica Sansevero szczyci się czymś w rodzaju rzeźbiarskiego komiksu, w którym pokazana jest masońska mistyczna droga duchowego samodoskonalenia.

Jedna z najsłynniejszych rzeźb to „Il Disinganno” – „Porzucenie złudzeń” (pamiętacie „iluzje i deluzje” pod koniec powieści?).

Postać na tej rzeźbie rzekomo uwalnia się z krępującej ją sieci. Ale miałem wrażenie, że się w te sieci dobrowolnie sama zaplątuje, co przypomina tą scenę, w której główny bohater sam siebie skuwa kajdankami (oraz: metaforę Odyseusza z „Dialektyki Oświecenia”).

Z interpretacji tych rzeźb można ukręcić fabułę a la Dan Brown. I mógłby to zrobić któryś z bohaterów…

Jeszcze większym odkryciem był dla mnie kościół Santa Maria delle Anime del Purgatorio, w pewnym sensie zaprzeczenie tamtego. To siedziba kultu czaszek, oficjalnie zakazanego przez Kościół w 1969, ale nadal uprawianego (to Neapol, tu się nie da tak po prostu „zabronić”).

Kult polega na założeniu, że dusze ludzi, którzy nie mieli poprawnego pochówku, są zawieszone gdzieś między naszym światem a zaświatami. Dlatego mogą nam służyć za pośrednika – zaprzyjaźniona czaszka prędzej wysłucha naszych modlitw, niż jakiś odległy i zapracowany święty, nie mówiąc już o Jezusie.

Na marginesie mody na Ferrante: to bardzo neapolitańska postawa, że nie ma co liczyć na odległą sprawiedliwość sądu czy policji, trzeba znaleźć opiekuna gdzieś blisko.

Formalnie w kościele działa muzeum. Po kupieniu biletu zostajemy wpuszczeni do zakrystii, w której nie ma nic ciekawego. To już lepsze muzeum jest w zakrystii katedry w Lublinie (#polecasie).

Dopiero na naszą wyraźną prośbę, że chcemy zobaczyć podziemia – pani odczepia aksamitną linę, niczym selekcjoner w klubie. I po krętych, kamiennych schodach schodzimy do innego świata.

Lądujemy w katakumbach, w których urządzono zaimprowizowane kapliczki. Niektóre są wyłożone kafelkami, mają własne oświetlenie, świeże kwiaty.

Tu spoczywają czaszki, zaadoptowane przez wyznawców kultu. Są oczyszczone, czasem leżą na aksamitnych poduszkach.

Szczęściary! Piętro niżej w ossuarium leżą porzucone stosy czaszek i kości ofiar zarazy z XVIII wieku (nie można tam zejść, ale można zajrzeć).

Wyznawcy składają czaszkom dowody swojej pielgrzymki (zazwyczaj to po prostu bilety na zbiorkom, czasem na pociąg dalekobieżny), drobne datki i kartki z prośbami. To krępujące, bo te kartki każdy może przeczytać – to prawie jak zaglądanie innym ludziom do ich intymnych myśli.

Największym kultem jest otoczona czaszka Łucji, która według legendy, zmarła jako panna młoda w dniu ślubu. Uważana jest za patronkę młodych par.

Nie wolno tam robić zdjęć. Ukradkiem fotografowałem – ale nic nie wrzucę. Ilustruję zdjęciem przedstawiającym oznakowanie WEJŚCIA do kościoła (i znów: formalnie to tylko jakieś dziecięce bazgroły, nie ma się do czego przyczepić…).

Kartka na samym wierzchu: „CIAO LUCIA. MÓDL SIĘ ZA NAS. POZDRAWIAMY CIĘ DZIŚ WSPÓLNIE (dwa podpisy). Data z wczoraj.

Jak nie rozumiem religii, tak rozumiem lęk młodej pary – czy nam się uda? Mam 50 lat, widziałem wiele rozwodów małżeństw, które początkowo były jak z pocztówki – i trochę okrągłych rocznic par, za które nikt na początku by nie dał trzech groszy.

Życie mówi więc nam tyle, co Chuck Berry w piosence spopularyzowanej przez „Pulp Fiction”: „C’est la vie – said the old folks – it goes to show you never can tell”.

W tych najważniejszych sprawach – czy małżeństwo się uda, czy dziecku się powiedzie w życiu, jesteśmy bezradni jak starożytni. Modlitwa do czaszki będzie równie skuteczna jak porady kołczinogowo-parentingowe.

Wychodząc, możemy od tej samej pani kupić symbole kultu – przypinki i drobną biżuterię z czaszką albo z liczbą „85”.

Dlaczego 85? Bo Neapol, podobnie jak inne włoskie regiony, ma swoją kabałę – smorfia napoletana. Liczby 1-90 mają w niej swoją symbolikę. 85 to czyściec.

Od tego zupełnie odleciałem. To byłby świetny wątek w „Katarze”. Recepcjonista wręczający turyście klucze do pokoju numer 85… denat analizujący swoją datę urodzenia, numer paszportu, numer karty kredytowej, numer wynajętego samochodu by odkryć, że całe jego życie było drogą, która się kończy tu, w czyśću, którym jest pewien pensjonat w Neapolu…

Rzeźby z San Severo też mają numery i można je analizować kabalistycznie. Według kabały, „porzucenie złudzeń” to „hańba”…

Ciekawe, czy Lem by coś z tego wykorzystał. Ale i bez tego „Katar” jest znakomity.

Niech czaszki będą z wami!

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz