Notka o Niepodległości

Notkę na stulecie niepodległości przygotowałem od pewnego czasu – czy ja wyglądam na prezydenta, żeby w takich sprawach improwizować? – więc niestety, znowu o polityce.

W „Gazecie Wyborczej” mieliśmy fajną akcję „Bohaterowie naszej niepodległości”, do której się włączyłem, opisując Lidię Ciołkoszową (w wywiadzie z prof. Andrzejem Friszkę), Maurycego Allerhanda, oraz, ahem, swojego dziadka, który wprawdzie nie jest postacią historyczną, ale dla mnie jest bohaterem.

Ponieważ to była akcja specjalna, teksty nie są za paywallem. Zapraszam do czytania i komentowania (do pewnych granic, do pewnych rozsądnych granic).

Mam zero sympatii do zadymiarzy z faszystowskimi transparentami, ale uważam, że jest co świętować. Lewica woli wcześniejszą rocznicę rządu lubelskiego, ale dopiero 11 listopada wszystkie ośrodki władzy abdykowały na rzecz Naczelnika Państwa.

To ważne, bo w powietrzu wisiała wojna domowa „białych” z „czerwonymi”, która naprawdę wybuchła w Finlandii. W tej wojnie ważnym graczem byłyby wojska niemieckie, które już nie miały centralnego dowództwa, ale nadal były regionalną potęgą.

Trzeba było z nimi pokątnie negocjować warunki ewakuacji przez terytorium odradzającej się Polski. Stety lub niestety, droga Berlin-Moskwa prowadzi przez Warszawę.

Tutaj ojcowie niepodległości wykazali się klasycznym „soft power”. Niemcy uważali Polaków za partnerów wiarygodnych i poukładanych, dlatego chętnie oddawali nam kontrolę nad takimi węzłami komunikacyjnymi jak Grodno – o które walczyli także Litwini i ze dwa rządy białoruskie.

Sukces polskiego listopada często bagatelizowany jest hasłem „inne też zyskały niepodległość, bo koniunktura”. Otóż to prawda, że wysyp nowych państw w tym regionie był ubocznym skutkiem niemieckiego planu Ober-Ost (i kapitulacji Niemiec)

Mogły jednak powstawać w różnych konfiguracjach, bo natychmiast rzuciły się do wzajemnej walki o granice. Polska na przykład nie musiała powstać jako Polska, mogłaby powstać jako osobne księstwo poznańskie, królestwo polskie (na bazie kongresówki) i rzeczpospolita krakowska (bo w takiej konfiguracji Lwów by pozostał ukraiński).

Samo scalenie ziem rozbiorowych było niewyobrażalnym osiągnięciem (na co staram się zwrócić uwagę tekstem o Allerhandzie). Po wiośnie ludów w wielu miejscach Europy pojawiało się takie hasło, „hej, jesteśmy jednym narodem, przedzielonym bezsensownymi granicami, zjednoczmy się”. Wychodziło to zazwyczaj tak sobie.

Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale poza Polską do dzisiaj z takich unii przetrwały tylko Niemcy i Włochy. Przy czym we Włoszech cały czas hasło „podzielmy się, zjednoczenie było pomyłką” obecne jest w głównym nurcie polityki.

Kolejna różnica: w Polsce zjednoczenie było dobrowolne. W Niemczech dokonało się drogą podboju przez Prusy, we Włoszech przez Piemont.

Podzielona Polska słabiej by sobie radziła w wojnach granicznych, nie miałaby Śląska, Wilna ani Lwowa. Obawiam się, że w 1920 nie dałaby rady bolszewikom.

Powie ktoś – co z tego, a mi tam obojętne, w jakim kraju żyję. Szczepan Twardoch uwielbia takie deklaracje.

Odpowiem eksperymentem myślowym. Wyobraźmy sobie kogoś, kto 100 lat temu mieszka w miejscowości, którą nowa granica przetnie na pół. Ma tydzień na podjęcie decyzji.
Załóżmy, że nie może tej miejscowości opuścić dobrowolnie, bo oczywiście najmądrzejsza będzie emigracja do USA). Wybór sprowadza się do: Polska czy jakiś jej sąsiad?

W większości przypadków Polska będzie lepszym wyborem po prostu jako Fajniejszy Kraj (TM). Nie dotyczy to może Czechosłowacji, Najfajniejszego Kraju Regionu (acz nie zapominajmy, że to trochę symulakrum z prozy Hrabala).

No i wolnego miasta Gdańska. Wolne miasta są fajne, bo są wolne i miejskie.

Ale poza tym – Litwa? Od 1926 miała prawdziwy faszyzm (nie pieszczotki jak w sanacji, full totalitaryzm). W Rumunii demokracji nie było nawet w teorii.

W Niemczech nasz bohater będzie miał nazizm już w 1932 (bo Prusy). A w ZSRR albo zostanie zamorzony głodem w ramach stalinowskiego ludobójstwa Ukrainy, albo zamęczony w ramach operacji polskiej NKWD.

Stalin, jako wielki językoznawca, bardzo prosto rozstrzygał dylematy ludzi takich jak Twardoch. Bruno Jasieński też twierdził, że nie jest polskim inteligentem. Nie pomogło.

Nawet więc jeśli ktoś neguje jakikolwiek patriotyzm (to nie ja; kocham Polskę, kocham Warszawę), musi obiektywnie przyznać, że Polska to całkiem fajny kraj (jak na ten region Europy). Oby takim pozostał.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz