Faszyzm z Krzemowej Doliny

Jest taka piosenka, stawiająca jedno z najważniejszych pytań popkultury: „Who put the bop in the bop shoo bop”. Tego się nigdy nie dowiemy, natomiast łatwo odpowiedzieć na pytanie – „kto umieścił krzem w Krzemowej Dolinie”.

Był to William Shockley, który w 1956 założył w Mountain View firmę Shockley Semiconductor. Krzemowa Dolina rozwija się przez podział. Gdyby narysować drzewo genealogiczne firm takich, jak Apple, Motorola, Intel, Facebook czy Google, będą się wszystkie wywodzić z Shockley Semiconductor.

Shockley był jednym z współwynalazców tranzystora – za co dostał Nagrodę Nobla (do podziału z Brattainem i Bardeenem). Zasadniczego wynalazku dokonał w Bell Labs, na drugim końcu kontynentu, w New Jersey.

Firmę założył w pobliżu Palo Alto, bo tam mieszkała jego starzejąca się matka. Gdyby matka zmarła wcześniej, być może Shockley zostałby w New Jersey i zamiast Krzemowej Doliny mielibyśmy Krzemowe Wybrzeże.

Możemy Shockleya spokojnie nazwać Ojcem Założycielem Krzemowej Doliny. Równocześnie jest on jednak – i tu się robi ciekawie – ojcem założycielem alt.right.

Krzemową Dolinę stać na najlepszych pijarowców, wykreowała więc pozytywny image miejsca, w którym spotykają się postępowe geeki. Dlatego gdy wychodzi z nich seksizm, rasizm czy randroidyzm, w mediach lecą komentarze typu „co poszło źle, skąd się to wzięło”.

Skrajnie prawicowe poglądy przyjechały do Krzemowej Doliny razem z krzemem. Są niczym „shoo” dla krzemowego „bop” w harmonijnym „bop shoo bop” Elona Muska i Petera Thiela.

Shockley był związany z ekstremistyczną organizacją Pioneer Fund, założonej w latach 1930. dla sprzeciwiania się Ameryce Nowego Ładu. Jej celem było przywrócenie XIX-wiecznego kapitalizmu, z systemem przywilejów dla najbogatszych białych ludzi i zniewolenia dla całej reszty.

Forsowany przez nich światopogląd streściłbym tak: przywileje bogaczy są zasłużone, bo dorobili się bogactwa dzięki swemu IQ. Biedni powinni uznawać ich władzę we własnym interesie, bo sami spieprzą władzę nawet jak ją dostaną.

Powszechna edukacja nie ma sensu, bo inteligencja jest dziedziczna. Biednych najlepiej sterylizować, dla poprawy gatunku.

A poza tym skoro kobiety są genetycznie głupsze od mężczyzn, a czarni od białych, należy przywrócić XIX-wieczne zasady. Odebrać kobietom prawo głosu, utrzymać dominację białej rasy.

Shockley uważał siebie za geniusza, który zasługuje na bogactwo i przywileje. Rzeczywiście był bardzo zdolnym fizykiem, ale jego kariera wyglądała dziwnie.

Odszedł z Bell Labs, bo się pokłócił ze swoim zespołem. Chciał założyć firmę, która zdominuje światowy rynek półprzewodników.

Znalazł sobie zdolnych młodych podwładnych, ale jego faszystowski styl zarządzania (możecie sobie wyobrazić ten koszmar – szef, który wierzy w ideolo Ayn Rand!) sprawił, że odeszli. Shockley nazwał ich „zdradziecką ósemką”, oni tę nazwę przyjęli z dumą.

To oni – a nie on – założyli wielkie firmy (w tej ósemce był Gordon Moore, ten od „prawa Moore’a”). Biznes Shockleya się bez nich rozsypał.

Jako noblista bez trudu zyskał etat na Stanfordzie. Resztę kariery spędził jako szalony profesor, który przynosi coraz większy wstyd uczelni, ale nie można go zwolnić.

Shockley uważał siebie za geniusza, ale jego kariera pokazuje, że umiejętności społeczne miał poniżej przeciętnego afroamerykańskiego barbera z Oakland. Co to może nie umiałby rozpisać kwantowo ruchu elektronów w półprzewodniku, ale umiał utrzymać lojalnych klientów i pracowników.

Przez wiele lat rekrutacja do Google’a była ukierunkowana na szukanie geniuszy, kandydatom kazano więc rozwiązywać testy i zagadki. Po latach firma, która przykłada Big Data do wszystkiego, przyłożyła to do siebie samej i odkryła, że te testy nie miały sensu. Nie przekładały się na późniejsze osiągnięcia pracownika.

Dziś rekrutacja premiuje umiejętność pracy w zespole. To przecież najważniejszy skill – czy to w korpo, czy na uczelni, czy na boisku.

Duch Williama Shockleya do dziś straszy w mrocznych zakątkach serwerowni w Krzemowej Dolinie. Pamiętajmy więc, że gdy cyberoligarchowie (albo finansowane przez nich NGO’sy) obiecują nam „uczynienie świata lepszym miejscem” – to niekoniecznie oznacza miejsce lepsze dla ludzi takich jak ja czy ty.

Chodzi o „lepsze dla białych miliarderów, przekonanych że im się wszystko po prostu należy”.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz