Jazz niepodległości

Skoro kończy się rok stulecia niepodległości, rzutem na taśmę zrobię notkę na bazie artykułu, do którego zacząłem nawet robić risercz, ale ostatecznie go nie dokończyłem. Planowałem go do cyklu o bohaterach niepodległości.

Wśród fenomenów stulecia niepodległości fascynował mnie temat polskiego jazzu. Na którym się nie znam, dlatego w końcu poczułem, że temat mnie przerasta i tekst nie powstał.

Znam się jednak jako-tako na rocku i zaryzykowałbym taką tezę: Polski jazz właściwie od razu po wyjściu z katakumb (1955) ma światowy poziom, w sensie, że od razu „Ptaszyn” gra z Amerykanami jak równy z równymi (w ramach niedokończonego riserczu rozmawiałem o tym z „Ptaszynem”; odpowiedział skromnie, że Amerykanie po prostu byli uprzejmi dla kolegi z biednego kraju).

Nawet jeśli rzeczywiście dostał „punkty za pochodzenie”, to jednak kariery typu Komeda / Dudziak / Urbaniak chyba uzasadniają moją tezę. Próżno w każdym razie szukać analogicznych karier w polskim rocku.

Skąd potęga polskiego jazzu? Znakomita płyta „Noc w wielkim mieście” jazz-bandu Młynarski-Masecki uświadomiła mi, że polski jazz miał wysoki poziom jeszcze przed wojną.

Najstarsza wzmianka o graniu jazzu w Polsce pochodziła z magazynu związku muzyków polskich „Rytm” (1/1922) i miała przeuroczy tytuł „Profanacja sztuki. Przeróbki Chopina przez Jazz-bandę”:

„Kilka dni temu z oburzeniem stwierdzono, jak Jazz-band w Wielkiej Ziemiańskiej wygrywał Fox-trotta, na którego trzy części składają się przeróbki Chopina Fantasie-Improptu cis moll op 66, walc Des dur op 64 nr 1 i marsz Żałobny! Jak to wyglądało przy porykiwaniu trąbek, wyciu gwizdków, warczeniu rozmaitych bębenków, kastanietów, ksylofonów i innych nieodzownych dodatków tej murzyńskiej muzyki, można sobie wyobrazić (…) wypadek powyższy zainteresował zjednoczenie związku muz. pol. i na najbliższym posiedzeniu Rada Głowna przedsięweźmie odpowiednie kroki celem zapobieżenia na przyszłość podobnej profanacji.”

Wielu wirtuozów przedwojennego jazzu było pochodzenia żydowskiego, rok 1939 więc po prostu urwał tę epokę. Potem był stalinizm. Skąd kolejne pokolenie mistrzów po 1955?

Intuicyjnie czułem, że takie umiejętności można przenosić tylko w systemie czeladnik-mistrz. Tę intuicję potwierdził Ptaszyn, który powiedział mi: „nauka improwizowania polega na nauce harmonii, mnie tego nauczył Komeda, Komedę Matuszkiewicz”.

A kto nauczył Matuszkiewicza? W ramach niedokończonego riserczu zadzwoniłem i do niego – odpowiedział, że wszystko co miał do powiedzenia dziennikarzom, już opowiedział i uprzejmie lecz stanowczo zakończył rozmowę.

Paweł Brodowski, redaktor naczelny Jazz Forum – któremu w ramach niedokończonego riserczu zabrałem kawał dnia – podał mi kilka nazwisk „nauczycieli Dudusia”. Byli to przede wszystkim Kazimierz Turewicz i Zbigniew Wróbel, którzy po wojnie grali w krakowskich restauracjach Casanova przy Floriańskiej i Feniks przy Rynku.

Muzycy, którzy przenieśli jazz od przedwojnia do powojnia, byli głównie muzykami knajpianymi. Był to na przykład Karel Nejdely (Charles Bovery), który do Warszawy przeniósł się w 1942. Po wojnie grał w restauracji w ruinach hotelu Europejskiego, wyemigrował w 1958.

Pojawiały się też inne nazwiska – Zbigniew Wróbel, Józef Łysak, Zygmunt Karasiński, Władysław Figiel. Ich losy podczas okupacji były dramatycznie odmienne, niektórzy uprawiali de facto kolaborację, grając w lokalach „nur fur Deutsche” (Nejdely), inni zaś żyli z muzyki weselnej i działali w AK (Figiel).

Poczułem, że to tak fascynujące historie, że nie jestem w stanie tego opisać syntetycznie. Zacząłem tylko fantazjować o powieści/filmie o jazzie knajpianym (1939-1955). Jest taka świetna czteropłytowa składanka „Polish Jazz 1946-1956” (chyba nie ma jej na Youtube?), na której można posłuchać m.in. Bovery’ego właśnie. A więc soundtrack już mamy…

Knajpiany i katakumbowy współegzystowały, bo nawet gdy jazz oficjalnie wyklęto i zakazano (sierpień 1949, zjazd muzyków w Łagowie), grywano go na poły potajemnie w nocnych lokalach i na zabawach studenckich. Witold Skrabalak, którego w swojej lewicowej młodości zdążyłem poznać jako sympatycznego staruszka, zapadł wtedy ludziom w pamięć jako czujny strażnik studenckich potańcówek, interweniujący za każdym razem, gdy orkiestra zagrała niedozwoloną synkopę.

Próbowałem zrozumieć, co mieli w głowach ludzie – często niegłupi – zwalczający jazz z taką zapalczywością. Nie było to proste, bo zazwyczaj teksty potępiające jazz, potępiały także coś innego, w stylu: „[brońmy] kultury przed imperialistami, którzy chcieliby z nas uczynić mięso armatnie, a z kultury pornografię i jazz” (Tadeusz Borowski, 1953).

W marcu 1950 artykuł „Umasowić studenckie zabawy” w tygodniku „Po prostu” uruchomił ciekawą dyskusję. W miarę klarownie sformułowano tam potępienie jazzu: chodzi o to, że tańcząc go, człowiek wykonuje uwłaczające rozumowi i godności ludzkiej ruchy, tak zwane boogie woogie.

To oczywiście prowadziło do pytania: a co gdyby słuchać jazzu bez tańczenia (useless trivia: pierwszy siedzący koncert jazzu w Polsce był w 1929 w filharmonii poznańskiej)? Albo tańczyć innymi krokami? Zadał je w liście do redakcji (opublikowanym w numerze 4/1951) „student politechniki gdańskiej Andrzej Kożuchowski”.

Ideologicznego odporu udzieliło mu wielu autorów, w tym Paweł Beylin (6/1951): „„naprawdę nie mogę zrozumieć, dlaczego kol. Kożuchowski odrywa sposób tańczenia od samego utworu tanecznego (…) boogie woogie to jeden ze społecznych przejawów imperialistycznego bandytyzmu i jako taki jest nam wrogi i obcy i powinniśmy go potępiać”.

Kończył swój tekst retorycznymi pytaniami: „Czy może istnieć boogie woogie, które bez wstydu mógłby zatańczyć student Polski Ludowej? Czy może istnieć kapitalista, który dobrowolnie rozda majątek robotnikom i stanie u boku klasy robotniczej?” i ówczesnym zwyczajem na wszelki wypadek odpowiadał: „nie liczyłbym ani na jedno ani na drugie”.

Bo „tańczyć można naprawdę ładnie” – pisał w 1953 Andrzej Mandalian – „a można w konwulsyjnych podrygach, grymasach klasy, która według uwagi pisarza Panfierowa, przyszła z Marsylianką, a odeszła z foxtrotem”. I z tej okazji życzę wszystkim naprawdę ładnego, burżuazyjnego Sylwestra!

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz