Nienawiść (duet)

Pytanie „kto zatruł polski dyskurs nienawiścią” wydaje mi się tyleż jałowe, co niebezpieczne społecznie. Takie pytania prowadzą nas do tradycyjnego bałkańskiego „nie mam nic do Chorwatów, ale chcę pomścić dziadka, zamęczonego przez ustaszów”, a więc dawaj, generujmy kolejne powody do zemsty.

Moim zdaniem, nikt nie zaczął, bo nienawiść jest w polityce stałym elementem. Oś nienawiści „PiS” / „Antypis” narastała w pierwszej dekadzie XXI wieku równolegle do zaniku osi nienawiści „postkomuna” / „postsolidarność”.

Ta druga osłabła tak bardzo, że nagle osoby związane z SLD są teraz mile widziane w mediach pisowskich. I w ogóle Czarzasty zdaje się już przeszkadzać już tylko garstce lewaków.

Gdyby w 2010 ktoś powiedział braciom Karnowskim, że zaprawdę powiadam, nie przeminie jeszcze ta dekada, a Aleksandra Jakubowska będzie u was stałą felietonistką, to by się zapluli w oburzeniu, że potwarz, oszczerstwo, ostateczne przekroczenie wszelkich granic. „Nasza mocna odpowiedź!” (etc.).

Mam czytelników, którzy nie pamiętają lat 90. z racji przywileju późnego urodzenia. Mogą się dziwować, „a za co można było nienawidzieć obozu postolidarnościowego”.

Otóż przede wszystkim za Balcerowicza. Jak już parę razy pisałem, w 1991 uczestniczyłem jako wolontariusz w przegranej kampanii Piotra Ikonowicza w Radomiu, łaziłem od mieszkania do mieszkania i nasłuchałem się wielu ludzkich tragedii.

Ci ludzie nienawidzili (a) obozu politycznego, który obwiniali o swoją kondycję (b) mediów i autorytetów, które ich obrażały, mówiąc im, że sami są sobie winni, bo są „homosowietikusami” lubo też „roszczeniowo-populistycznym elementem antyreformatorskim”.

Rozumiałem ich nienawiść. Rozumiałem też jej drugą składową, związaną z zaniepokojeniem rosnącymi świeckimi wpływami kościoła. W latach 90. tylko postkomuniści od czasu do czasu wyrażali sprzeciw.

Nieśmiało, na pół gwizdka (stąd niestety konkordat!) – ale tylko oni. Dlatego aż do 2011 jeśli głosowałem, to na lewicę, co w praktyce niemal zawsze oznaczało postkomunistów.

W latach 90. wiele było takich dni, że jak człowiek szedł spać, to nie wiedział w jakim ustroju się obudzi. Tym bardziej, że demokracja była młoda, a większość dekady przejechaliśmy na prowizorium konstytucyjnym.

Dziś w wielu sprawach możemy się odwołać do doświadczzenia. Wtedy nie było wiadomo co będzie, gdy prezydent i premier będą z wrogich obozów, albo gdy upadnie rząd, albo gdy prezydent spotka się z generałami celem namawiania ich do wypowiedzenia posłuszeństwa rządowi (Lech Wałęsa, 29 września 1994).

Podczas wyborów w 1995 prezydencki minister Andrzej Milczanowski oskarżył premiera Oleksego o szpiegostwo na rzecz Rosji. Zarzuty okazały się bzdurą, ale dopiero po wyborach.

Mimo tego brudnego chwytu, Kwaśniewski jednak wygrał. Obóz solidarnościowy probował to zablokować w sądzie pod błahym pretekstem, że Kwaśniewski przypisał sobie wykształcenie wyższe, choć nie obronił dyplomu.

Przez kilka strasznych tygodni nie wiedzieliśmy, czy premier jest rosyjskim szpiegiem i kto wygrał wybory. Cud, że wtedy nikt nie zginął, bo poziom nienawiści był podobny.

Potem solidaruchy jeszcze podkręciły bębenek, gdy w 1997 Tomasz Wołek opublikował serię tekstów Jacka Łęskiego i Rafała Kasprowa, oskarżających o agenturalność Kwaśniewskiego (też bezpodstawnie). Teraz Wołek i Łęski są, zdaje się, po przeciwnych biegunach osi nienawiści, wtedy byli w jednym.

Ja to zawsze oglądam z pozycji rozbitka, co to nigdzie nie jest „u siebie”, bo najbardziej to bym chciał głosować na lewicę nordycką. SLD i PO to dla mnie tylko mniejsze zło.

Nienawiść w polityce jest jak bieguny magnetyczne. Nie można pokroić magnesu tak, żeby mieć tylko jeden biegun – dostaniemy dwa magnesy, oba z północnym i południowym.

Oś nienawiści komuchy/solidaruchy wygasła razem z komuchami. Wtedy solidaruchy podzieliły się na Pis i Antypis.

Jeśli jeden z tych obozów wygra tę walkę – natychmiast sam się podzieli na dwa zwalczające się obozy. PiS to od dawna kilka wrogich obozów, które scala tylko osoba Prezessimusa, a w Antypisie już ruszyła walka Team Biedroń vs Team Schetyna.

I tak w polityce było zawsze. Brytyjską politykę dzieli oś labour/torysi, kiedyś wigowie/torysi. Amerykańską dziś Trump/Clinton, kiedyś Jefferson/Hamilton.

I to nie jest tak, że kiedyś się łagodniej kłócili. Obóz Jeffersona zarzucał obozowi Hamiltona szpiegowanie na rzecz Wielkiej Brytanii, a tamci się rewanżowali oskarżeniem o agenturalność francuską. Zaowocowało to słynnym pojedynkiem, w którym trzeci wiceprezydent USA zastrzelił pierwszego sekretarza skarbu USA (jest o tym musical).

Czy coś możemy zrobić, jako ludzie pióra? Ja mam ciągle tę samą poradę: to naturalne, że się dzielimy na obozy polityczne i „ci drudzy” będą dla nas: głupkami, chamami, nieogarami itd. (w parlamencie II Rzeczpospolitej nie takie słowa fruwały; a co się działo w I Rzeczpospolitej, polecam poczytać Paska).

Nikomu jednak nie wolno życzyć śmierci ani cieszyć się z niej. Osobiście zawsze wycinam takie komentarze u siebie (a bywały, np. po Smoleńsku).

Jeśli od „głupców” chcemy przejść do zarzutów pachnących prokuratorem (złodzieje, szpiedzy, zdrajcy itd.), powinniśmy to robić wyłącznie na podstawie solidnych dowodów i pod adresem konkretnych osób (a nie: całego obozu). Niby drobiazg, ale już u nas w Antypisie widziałem sporo publicystyki, nazywającej np. PiS „organizacją przestępczą”.

Bóg (a raczej Zuckerberg) mi świadkiem, że protestuję przeciw takim wypowiedziom. Zwalczam też krążące w Antypisie pomysły powoływania „trybunałów obywatelskich”, które miałyby na pisowcach przeprowadzić samosąd, bo „Trybunał Stanu (…) jest ciałem de facto martwym” (jak argumentował prof. Sadurski w swoim nieśmiesznym żarcie).

Otóż nawet jeśli złota rybka Antypisu spełni nam trzy życzenia: dymisja prezydenta, dymisja rządu i samorozwiązanie PiSu, i tak będziemy musieli żyć z trzydziestoma paroma procentami rodaków, którzy mają pisowskie poglądy. Ich głosy zagospodaruje jakiś PiS-bis – i wrócimy do punktu wyjścia.

Różni poeci pisali o nienawiści. Jak wiecie – lubię rockową poezję. A konkretnie piosenkę „Hatred (A Duet)” zespołu The Kinks, z której sobie zrobię puentę:

Hate’s the only thing we have in common
There’s no escape, we’ll always be this way
So we might as well just learn to live together
‚Cause we’re gonna be this way till our dying day


Trzymajcie się ciepło, wszyscy (hejterzy też; że im wytnę komentarze to nie znaczy, że im źle życzę).

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz