Czy są tu jacyś cyberoptymiści?

Przy okazji mojego edytorialu w dodatku „Nasza Europa” chciałbym przeprowadzić sondaż opinii komcionautycznej. Jakieś 10 lat temu mieliśmy na tym blogu (jeszcze pod starym adresem) serię flejmów na temat cyberkorpów.

Standardowym podejściem w moim bąbelku (a także ówczesną linią redakcyjną „Krytyki Politycznej”) było traktowanie Google’a i Facebooka jako organizacji nieledwie charytatywnych, założonych przez bezinteresownych akademików z Harvarda i Stanforda. Nie robili tego dla pieniędzy, a fe!, kierowało nimi pragnienie niesienia ludzkości lepszych narzędzi poznawczych i komunikacyjnych.

Toczyliśmy wtedy gorące spory w komentarzach, w których część komcionautów bagatelizowała opisywane przeze mnie zagrożenia. „Jak ktoś nie chce, nie musi używać”, „Ja się kryję za firewallem awatara”, „Telegrafu na pewno też się obawiali” – pamiętacie te argumenty?

Jestem ciekaw, czy jeszcze ktoś w nie wierzy, czy raczej już wszyscy dołączyliście do obozu cyberpesymistów. Bez obaw, nie będę za to banować.

Chcę po prostu wiedzieć do jakiego targetu przemawiam. Takiego, który nadal wierzy w „drukarki 3D drukujące drukarki 3D” i „robienie rewolucji przy pomocy soszial mediów” , czy takiego, któremu nie trzeba tłumaczyć zagrożeń związanych z monopolem GAFA. Czy ktoś z was jeszcze wierzy w wolny wybor („nie ma obowiązku korzystania z GAFA”)?

W edytorialu napisałem: „W praktyce w społeczeństwie nie można dziś funkcjonować bez internetu, a z kolei internetu nie można używać z całkowitym pominięciem przynajmniej jednej korporacji tworzącej kartel GAFA”. Wystarczy że mamy smartfona i już jesteśmy skazani albo na G, albo na A.

Coraz trudniej używać internetu bez smartfona – pewne usługi są już dostępne wyłącznie przez „aplikację mobilną”. Co raz trudniej zresztą kupić fona bez smart (albo: telewizor bez Androida).

Kiedyś wśród cyberoptymistów z mojego bąbelka popularne było ironizowanie „radia i telegrafu też na pewno się obawiano”. Spory fragment swojej książki poświęciłem polemice z tą ironią.

Owszem, obawiano się – i dlatego zawsze w historii takie wynalazki poddawano ścisłym państwowym regulacjom. Od druku po telewizję!

Pierwszym krajem, w którym zderegulowano druk, była Anglia. Nie stało się to jednak celowo, tylko z powodu porewolucyjnego bałaganu.

W 1688 władzę objął Wilhelm Orański w tzw. Chwalebnej Rewolucji. Licencje na druk, wydane jeszcze za Stuartów, wygasły w 1694. Wilhelm zderegulował druk przez zaniechanie: miał za dużo kłopotów na głowie, żeby wymyślać nowy, porewolucyjny system regulowania druku.

Maszyny tkackie objęte były państwowymi regulacjami aż do czasu wojen napoleońskich. Pierwsze regulacje wprowadził jeszcze Edward VI. A tak swój regulacyjny dekret uzasadniła Elżbieta I: „Mam zbyt wiele miłości dla moich biednych poddanych, którzy zarabiają na chleb parając się dziewiarstwem, żeby finansować wynalazek, który ich doprowadzi do ruiny”.

Podobne zasady obowiązywały w całej Europie, ale angielskie źródła najłatwiej odnaleźć. Jak widać, zasadniczym celem regulacji zawsze była ochrona stabilności państwa, zazwyczaj w postaci ochrony interesu jakiejś grupy społecznej (np. żeby mechanizacja nie niszczyła miejsc pracy). Bo nawet monarcha absolutny musiał się liczyć z poparciem (wbrew pozorom).

Internet do 1995 należał do amerykańskiego państwa. To, co nas zachwycało w pra-internecie z czasów zielonych literek na czarnym tle, było skutkiem ówczesnych regulacji, dających dostęp w praktyce tylko akademikom i wybranym korporacjom.

Popełniliśmy (my, ludzkość) historyczny błąd w przekonaniu, że kiedy się to sprywatyzuje, otworzy i puści na żywioł, to będzie dalej tak akademicko, wspólnotowo i bezinteresownie. Jak w „Doomie” i „Half-Life”, naukowcy otworzyli portal do piekła, z którego wyleciały demony.

Jak to teraz uregulować, to jest osobne pytanie (i raczej nie na niszowy blogasek drugorzędnego felietonisty). Chciałem tylko na razie się upewnić czy mam tu jeszcze kogoś, kto o Internecie myśli tak jak red. Jan Kapela w roku 2010 (swoją drogą ciekawe czy mu już przeszło).

Obserwuj RSS dla wpisu.

Skomentuj

128 Comments

  1. Tutaj chyba trzeba jednak zauważyć (być może naiwnie, na pewno trochę trywialnie), że czym innym jest jednak optymizm związany z samą technologią, a czym innym pesymizm związany brakiem regulacji.

    Co do cyberoptymizu lewicy w 2010; a to nie był trochę wynik Arabskiej Wiosny? Nie było wtedy w mass mediach bodaj żadnej relacji z tych wydarzań, która nie tłukłaby narracji o tym, że to wszystko dzięki smartfonom, twitterowi i FB.

  2. Dzień dobry. „Nie, ale”: GAFA to typowe evil megacorps i cyberoptymizm jest niemożliwy. Drukarki 3D produkujące wolność to bzdurny mit, skutek uboczny zaczadzenia libertarianizmem i PR-em Silicon Valley tech bros.

    Problem w tym, że poza banieczką białej, heteronormatywnej LMC i MMC rzecz wygląda trochę inaczej.

    Masowy dostęp do internetu umożliwił różnym mniejszościom odnalezienie sobie społeczności – w erze oświeconej, akademickiej monarchii internetowej szalenie trudne albo kompletnie niemożliwe. Ile młodych osób LGBTQ nie popełniło samobójstwa, bo były w stanie znaleźć podobnych do siebie i przekonać się, że nic z nimi nie jest „nie tak”? Czy bez masowego dostępu do internetu akcje w rodzaju Black Lives Matter miałyby szansę nawet przedostać się do publicznej świadomości?

    Oczywiście megacorpy, jeśli tylko wiatr powieje mocniej w nieodpowiednią stronę, natychmiast zaczną odcinać dostęp tym mniejszościom dla zysku finansowego albo politycznego. Vide: tumblr. Natomiast państwowe regulacje mogą zaszkodzić: czy ktoś ma wątpliwości, że mniejszości miałyby utrudniony dostęp do usług regulowanych przez rządy PiS czy Trumpa? Potrzebne byłyby chyba regulacje o sile gwarancji konstytucyjnych i umów międzynarodowych.

  3. „Czy są tu jacyś cyberoptymiści?”
    Tak!
    Pierwszy raz na nowym forum, więc dzień dobry!

    „Pierwszym krajem, w którym zderegulowano druk, była Anglia. Nie stało się to jednak celowo, tylko z powodu porewolucyjnego bałaganu.”
    Czy możesz napisać jakie były powody regulacji druku w Anglii? W jednym z następnych paragrafów piszesz, że „zasadniczym celem regulacji zawsze była ochrona interesu jakiejś grupy zawodowej”. Jaka to byłą grupa zawodowa w przypadku druku? Jak duża była ta grupa zawodowa, jak silny wpływ miała na monarchę, i czy ochrona interesu jakiejś grupy zawodowej usprawiedliwiała wtedy regulacje druku? Czy ówczesne regulacje druku są jakimś argumentem za regulacjami w dziedzinie internetu, czy są tylko historyczną ciekawostką?

    Pamiętam że jeszcze pod starym adresem pisałeś (w komentarzach) coś takiego:
    „Ten argument to stare, dobre, lewackie „wszystko musi być surowo regulowane, inaczej niewidzialna piącha rynku zrobi nam fisting bez lubrykacji.””. Jak to ma się do regulacji druku w dawnej Anglii w celu ochrony interesu jednej grupy zawodowej?

    „To, co nas zachwycało w pra-internecie z czasów zielonych literek na czarnym tle, było skutkiem ówczesnych regulacji”
    Mnie nie zachwyca. Mnie w 1995 roku w internecie nie było. X procent dzisiejszych internautów nie było nawet na świecie, i opowieści o tym jak było fajnie zanim nastał Eternal September, i jak należy uregulować internet, do nich nie trafią.

    Moje naiwne rozumienie jest takie, że ówczesne regulacje polegały na tym że nie było jeszcze infrastruktury wystarczającej do podłączenia milionów użytkowników, ani technologii pozwalających na stworzenie takich usług jak Vimeo, WordPress, Google Street View. Jak bardzo naiwny jestem? 🙂

    „Jak to teraz uregulować, to jest osobne pytanie”
    Czy wy, ludzkość, wyciągnęliście już właściwe wnioski z naiwnego przekonania, że „będzie dalej tak akademicko, wspólnotowo i bezinteresownie”? Wiecie gdzie popełniliście błąd w myśleniu i jesteście pewni, że w trakcie nowej fali regulacji nie popełnicie tego samego błędu?

  4. Ja w 2010 miałem jeszcze odrobinę optymizmu na zasadzie „no ale tak źle to chyba nie będzie, nie przepchną tego czy tamtego”. W 2011 zacząłem pracować w branży mobilno-reklamowej i szybko mi te resztki optymizmu przeszły.

  5. W a.d 2019 jest jeszcze głupiej, często spotykam się z tym, że ludzie są zachwyceni jakąś kampanią korpo od kosmetyków bo występują kobiety o różnej urodzie (jakoś zapominają o tym, że takie firmy raczej nie zarabiają na akceptacji siebie). Jeszcze przy okazji robią też reklamę różnym weyland yutani pokroju Disneya bo dali czarnego czy kobietę do głównej roli, kij z tym, że to nic nowego w popkulturze, a zyski idą do typowych podstarzałych białasów, którzy kręcą filmy w Bible belt bo jest taniej. Na zachodzie raczej cynicznie podchodzą do takich praktyk https://m.youtube.com/watch?v=imUigBNF-TE&t=186s u nas niekoniecznie, no chyba, że do głosu dojdzie jakaś nawiedzona absolwentka kulturoznawstwa, która w sposobie jedzenie cheetosów, dopatrzy się patriarchatu.

  6. @maszynopisanie
    Możliwości odnalezienia sobie podobnych czy wypowiedzenia się szerzej dla grup innych, niż biali, heteronormatywni to tylko efekt uboczny poszukiwania nowych zasobów, które można ograbić z informacji, zebrać w ładnie posortowane i opisane paczki, i sprzedać dalej szamanom od wszelkiego rodzaju marketingu. Mając ‚towar’ różnego asortymentu można nakręcić jeszcze więcej ruchu w interesie, od napuszczania jednych grup na drugie, przez promowanie wszelkiego szarlatanizmu, na… nie chcę nawet myśleć, co jeden megakorp z drugim jest w stanie jeszcze zrobić w imię „don’t be evil unless you deal with Chinese goverment or something”. Ważne, żeby na koniec okresu rozliczeniowego serduszko prezesa zostało ogrzane większymi numerkami na kontach.

    Ten sam Internet, dzięki któremu udało mi się wspiąć wyżej na drabince społecznej, stał się zarazą, która podpala nasz świat. Nie. nie jestem cyberoptymistą, pomimo tego że sam stoję gdzieś na końcu łańcuszka pasożytów żywiących się tym, co przez sieć przeleci.

  7. KO Co raz-> coraz. Nie byłem raczej cyberoptymistą, ale wierzę w model biznesowy apple bardziej niż google (dopóki nie udowodnią inaczej). To znaczy chcę zapłacić za to, że nie będzie się grzebać w moich danych i sprzedawać ich firmom trzecim.

  8. [czasem coś tam pisnąłem na starym adresie, dobrywieczór]
    Taki mały drobiazg dorzucę do listy przestępstw, ale w mojej medialnej korpo pojawia się ostatnio. Cenzura ze strony GF pod najgorszą z możliwych postaci, czyli wymuszanie autocenzury. Ponieważ GF ma monopol na reklamy, to pewnych treści się profilaktycznie nie daje, bo… poobcinają i wyrzucą. Także zyskali i ten rodzaj władzy nad wolnymi mediami.
    Odpowiadając na sondaż: paradoksalnie jestem dziś większym cyberoptimistą, niż w 2010. Wtedy byłem pesymistą. Teraz mi się poprawiło w tym sensie, że dziś myślę, że ludzkość sobie z tym poradzi, bo politycy są na serio wystraszeni tym, że władza wymyka im się z rąk. Taki np. Trump, jeśli nie okaże się wioskowym głupkiem jakim go malują, to zrozumie, że wyniesienie go do władzy przez GF nie musi się powtórzyć.
    I jeszcze jedno, argument @maszynopisanie o wielkim ratunku dla LGBTQ i innych jest bałamutny. Otóż prawie pewne, że regulowany internet dałby w wolnym świecie te same możliwości ekspresji i ratunku mniejszościom, co ten od GAF.
    A w świecie zniewolonym internet od GAF i tak takiego ratunku nie daje, więc tak naprawdę w tym równaniu liczą się jedynie ofiary, które ten kartel ma na rękach. Od zaszczutych nastolatek po turbulencje polityczne. Więc tego.

  9. @maszynopisanie
    „Ile młodych osób LGBTQ nie popełniło samobójstwa, bo były w stanie znaleźć podobnych do siebie i przekonać się, że nic z nimi nie jest „nie tak”? ”

    Samobójstwa per capita rosną nieprzerwanie od końca lat 90-tych (przynajmniej w USA) i nie sądzę żeby to był przypadek. To raczej właśnie te pieprzone selfiki, insta i inne szity pokazujące jak to wspaniałe jest życie innych wpędzają niektórych ludzi w głęboką deprechę.

    Odpowiadając na pytanie, jestem głębokim pesymistą co do tego całego japienia się w smartfony i przerażenie mnie ogarnia co mam mówić córce która to wszystko ma przed sobą. Mówię to jako osoba która nigdy nie miała żadnego soszalowego konta nigdzie ever więc mam solidne podstawy do swoich poglądów.

  10. @ngineguy
    „która nie tłukłaby narracji o tym, że to wszystko dzięki smartfonom, twitterowi i FB.”

    Był Morozov, który kpił, że zachodnie media piszą o roli Twittera w Arabskiej Wiośnie po prostu dlatego, że obserwują ją tylko przez Twittera.

    @kruk
    „Czy możesz napisać jakie były powody regulacji druku w Anglii?”

    Wszystko regulowali – to i druk też. Bo czemu nie?

    „W jednym z następnych paragrafów piszesz,”

    OK, zrobiłem edyt. Czy wyjaśnia wątpliwości kolegi?

  11. W 2009 jeszcze miałem szczątkowy optymizm (nie potrafię znaleźć swoich komentarzy – czy zgubiły się przy przejściu na WordPressa?), w 2019 nie mam nawet cienia tegoż. Przed GAFA nie ma ucieczki. Co prawda z Applem nie mam już od dość dawna nic wspólnego, konto na Facebooku zlikwidowałem gdzieś w międzyczasie, a zakupy na Amazonie robię wyjątkowo rzadko – ale już na komputerze i komórce Team Google (jeszcze im płacę abo za chmurę).

    Nie widzę alternatyw. A jednocześnie mam gorzkie poczucie, że wszyscy są iwil, jak będzie potrzeba, to sprzedadzą mnie i moje dane w okamgnieniu (służbom lub „kto da więcej”), moja aktywność jest nawozem dla ich AI-ów, i tak dalej. Przy tym zaś – faktycznie ułatwiają funkcjonowanie w XXI wieku. Zdjęcia bakapowane z komórki w chmurze, ekosystem aplikacji, komunikacja i zasięg, rozmaite użyteczne narzędzia. Pogodziłem się z tym i używam, ale absmak mam.

  12. Miałem napisać „ostrożny optymista, w końcu kiedyś Kapitan Państwo ich podzieli jak AT&T, już za cztery lata, już za cztery lata” – a potem mi się przypomniały banki, które od dłuższego czasu są „too big too fall”, zatruwają gospodarkę toksycznymi instrumentami finansowymi i co? I pstro, nikt ich nie dzieli.

    Więc w sumie optymistycznych scenariuszy odnośnie kwestii cyberkorpów zostaje teraz chyba tylko wariant z „Kantyczki dla Leibowitza”, z globalnym ociepleniem zamiast atomu.

  13. Chyba dołączę do kolegi @aldek – paradoksalnie większe są powody do optymizmu teraz niż 5-10 lat temu – po kampanii 2016 roku w US wszyscy politycy zobaczyli na własne oczy co to dla nich potencjalnie znaczy w praktyce. Jeszcze nie zareagowali. Jeszcze się trują. Ale ziarno zostało zasiane, to się musi skończyć jakimś ograniczeniem bezhołowia F i G.

  14. @”a zakupy na Amazonie robię wyjątkowo rzadko” – ależ Amazon to nie tylko handel detaliczny. No już nie mówię o takich duperelach, że jak guglasz jakiś film/serial, to zaglądasz na IMDB. Ale chances are, sklep, w którym kupujesz, i/lub bank, za którego pośrednictwem płacisz, i jeszcze parę innych firm, z którymi wchodzisz w interakcje/relacje biznesowe w sieci, korzystają z chmury Amazona.

  15. @jesusbuiltmyvolkswagen
    Oczywiście, to jest efekt uboczny i – jeszcze raz – jeśli tylko przestanie się to megakorpom opłacać, bez mrugnięcia okiem odetną, a po drodze sprzedadzą dane oferującemu najwyższą cenę czy wpływy.
    IMHO nie można jednak powiedzieć o współczesnym internecie, że w jednoznaczny sposób stanowi zarazę. Jaka zresztą jest realna alternatywa powszechnej komunikacji? Megakorpy nie oddadzą internetu bez walki, a centralizacja usług w oligopolu postępuje full speed ahead. Rządom jakoś nie zależy na sensownych regulacjach, a głównie na możliwości coraz skuteczniejszego odcinania.
    Stąd moja droga od cyberoptymizmu (połowa lat 90) przez coraz większy cyberpesymizm (kiedy po pęknięciu pierwszej banieczki dotcomowej kilka megakorpów zgarnęło prawie wszystko), do pełnego cyberpesymizmu (druga połowa lat 2010, kiedy GAFA umocnił wpływy).

    @aldek
    Ależ ja całkowicie popieram regulowany internet jako dobro publiczne zamiast oligopolu GAFA. Przede wszystkim powinien mieć status public utility, ale to jeszcze nic: potrzebne są niezwykle silne zabezpieczenia prawne (żeby rządy nie mogły łatwo przy tym manipulować) i niezależne od oligopolu platformy, z których – uwaga – ludzie chcieliby korzystać. Inaczej wyjdzie z tego taki Mastodon.
    Co do braku ratunku z internetu od GAFA – można zasłaniać uszy i oczy,
    ale jeśli trochę wyjść poza banieczkę zagrożeń politycznych, widać jakie możliwości
    komunikacji – już teraz, nie, hen, kiedyś, po wdrożeniu Regulowanego Internetu – mają małe i geograficznie rozprzestrzenione społeczności.
    Największe zagrożenie jest takie, że Oświeconego Akademika, Który W Każej Chwili Mógł LART-ować zamieniliśmy na jednego z drugim SV tech bro, który w każdej chwili może odciąć, jeśli zobaczy w tym interes prywatny albo swojej rady nadzorczej. Nie widzę przed tym obrony bez głębokiej zmiany w świadomości społecznej nt. wagi internetu
    nie zdominowanego przez interes megakorpów.

    @Dude Yamaha
    Wiesz, ludzie porównywali życie własne z życiem innych w zamierzchłych czasach przedinternetowych. IMHO znacznie większym problemem jest przyzwolenie na działanie site’ów, których jedynym celem jest zaszczuwanie ofiar. Rozwiązania problemu nie są
    techniczne – potrzebne są porządne przepisy, chęć i stara, dobra robota dochodzeniowo-śledcza.

  16. @pratchett
    „po kampanii 2016 roku w US wszyscy politycy zobaczyli”

    Amazon to także hosting. Wiele stron, które kolega odwiedza, hostuje Amazon. Amazon używa tego w celach cenzorskich (Wikileaks): może czasem po prostu nagle zawiesić usługę, gdy go wkurzają hostowane treści.

    @embercadero
    „li na własne oczy co to dla nich potencjalnie znaczy w praktyce. ”

    Ja tu raczej liczę na Unię. To Unia (właściwie jeszcze Wspólnota) rozbiła Microsoft, podczas gdy jego proces w USA się skończył slapnięciem wrista.

  17. Nazywanie Amazona hostingiem może być trochę mylące, niektórzy wręcz używają w stosunku doń określenia „największy na świecie dostawca serwerów”. Na sprzęcie Amazona chodzi mnóstwo rzeczy, które nie muszą wychodzić w świat, ale Amazon staje się poniekąd panem i władcą danych, które tam krążą.

  18. Przed oligopolem GAFA był monopol książek telefonicznych, cechów i lokalnych kacyków, którzy w przeciwieństwie do gógla mogli obić. Jeżeli pytanie brzmi czy chciałbym zaczac spowrtotem nosic portfel i dokumenty, czekac w kolejece do zaplaty na stacji benzynowej, zrezygnować z google home, amazona, ubera, platnosci telefonem, rezerwacji wizyty online w luxmedzie, nawigacji w samochodzie, spotify, pubmedu, pizzy z apki, skype to moja odpowiedz brzmi nie. Dzieki technologiom zarabiam i nie mam też obaw ze ePUAP uzyska świadomość, wykończy wszystkich ludzi i uzyska władzę nad światem. Realnym zagrożeniem są zmiany klimatyczne a nie to że taksówkarze musza nauczyć sie mówić „dzień dobry”, przymierający głodem piosenkarze i prezenterzy telewizyjni (słyszałem podobno, że niektórzy jeszcze mają telewizję). A regulacje owszem będą – czy takie czy inne – nie spędza mi to tak snu z oczu jak regulacjie dotyczące hałasu, emisji spalin czy co2. A na dzień dzisiejszy wolę by szpiegował mnie google czy Xi Jinping niż PiS.

  19. @maszynopisanie
    „Masowy dostęp do internetu umożliwił różnym mniejszościom odnalezienie sobie społeczności”

    Dotyczy to również wcześniej marginalizowanych i odizolowanych od siebie grupek neonazistów, religinych fanatyków i innych grup zepchniętych przez społeczeństwo na margines z zupełnie słusznych powodów.

    @cyberpesymizm
    Na poważnie chyba zakiełkował, gdy jeszcze w kafejkach odkryłem komentarze na onecie, wieki temu. Portal narkęcał pyskówki na temar religii, Żydów i czegoś tam jeszcze, żeby im wskaźniki m.in. klikalności rosły. Dla mnie to było jak futurystyczne średniowiecze, oto główną ulicą płynie sobie rynsztok. Cannot compute.

    Najdłużej trzymało się moje lenistwo. Oto internety ułatwiają zakupy, których nieznoszę w realu. Wyszukuję, porównuję, klikam, płacę i przywożą. Przy porównaniu oczywiście korzystam z opinii, materiałów w sieci. Wiadomo trzeba dzielić na czworo, ale da się znaleźć to czego się chce. Dopóki nie poznałem kogoś kto pracował dla w sumie niewielkiej prowincjonalnej firemki przyjmującej zlecania od he he znanych lekarzy, murarzy, mechaników, no od wszystkich za śmieszne pieniądze, żeby robili „marketing szeptany”, czyli fejkowe profile na fejsie i pozytywne oceny gdzie się tylko da. Więc nie wielkie agencje pijarowe dla megakorpów, ale Januszex zamawiał za grosze podekscytowanych fake klientów propsujących jego usługi w Myciskach.

    Od tego czasu mam wrażenie, że 95% opinii w necie to fałsz a przyjemność z bezproblemowego zamawiania różnych rzeczy prysnęła.

    W między czasie parę innych rozczarowań sprawiło, że mój cyperoptymizm gdzieś zatonął. Jakby zanurkować, to pewnie gdzieś tam jest, ale jakiś taki rozmyty w jakiejś nieokreślonej wierze w bliżej niesprecywowany postęp naukowy i techonologiczny. Z bliska jednak wszystkie detale się rozmywają.

  20. Po tak wprost zadanym pytaniu ja też się odlurkuję w nowym miejscu (to ja lapacz).
    Na początku rytualne pozdrowienia, wyrazy zadowolenia że blog trwa, zdziwienia że jednak nie zdecydowałeś się na monetyzację i zachwytu nad szatą graficzną.

    Przechodząc do meritum: może cyberoptymizm to złe słowo, ale doceniam całą masę wartościowych rzeczy, które zawdzięczam Internetowi (czy ogólniej technologiom cyfrowym) w obecnej postaci, a opisywane przez Ciebie zagrożenia uważam za mało prawdopodobne, wyolbrzymione, a w przypadku ich materializacji łatwe do opanowania.
    Można się zastanawiać czy Internet regulowany przez państwo nie byłby lepszy ale mam poważne wątpliwości patrząc jak wyglądają te obszary w które państwo się wtrąca (ochrona danych osobowych), porównując branże w których aktywne są korporacje (bankowość internetowa) i te w których można by oczekiwać aktywności państwa (usługi notarialne, poczta internetowa jako usługa publiczna).

    I jeszcze korzystając z okazji i trochę à propos (jeśli widać à czyż samo to nie jest powodem do cyberoptymizmu?): czytając ‚Czas się bać’ natknąłem się na passus, który albo był spersonalizowanym szyderstwem z mojego osobistego cyberoptymizmu, albo niezwykłym zbiegiem okoliczności. Czy pamiętasz może żeby to była pierwsza opcja?

  21. @hrodvitnir Ja także odczuwam głównie pozytywne wpływy internetu, bez niego mniej bym zarabiał, mniej wiedział, a jako hobbysta to już w ogóle miałbym smutne życie. Tylko problem w tym, że sieć ma też cholernie złą stronę. Miliony ludzi zdobywa wiedzę o świecie z filmików typu gwiazda MMA o uchodźcach i gejach, czy z dwuminutowych fragmentów debat, gdzie ktoś kogoś niby zaorał. Trzeba edukować ludzi i regulować to wszystko bo wyrośnie nam pokolenie, które nawet nie było w pobliżu poważnej dyskusji.

  22. Witam po przeprowadzce. Już samo to, że w erze F komuś chce się prowadzić staroświeckiego bloga, napawa optymizmem. Nie wszystko stracone!

    Ja, jak wielu po Brexicie i Trumpie, z ostrożnego cyberoptymisty stałem się raczej cyberpesymistą (nie ma tu chyba nic oryginalnego, bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia). Choć już wcześniej zdawałem sobie sprawę, że internet nie jest żadną Skarbnicą Wiedzy, Która Zmieni Świat Na Lepsze i że 90% ruchu w internecie to 3P (Porno, Pudelek i Polityka), to miałem nadzieję na pozytywny wpływ sieci chociaż na to ostatnie P. Po Trumpie ktoś mi prostu nagle uświadomił, że młotek może służyć nie tylko do wbijania gwoździ, ale też do walenia po łbie (pod jednym z ostatnich wpisów na starym blogu komentowałem, zdaje się, że kiedy social media dały zwycięstwo Obamie, to byłem zachwycony, kiedy dały zwycięstwo Trumpowi – przerażony). Kiedy wygrywają „nasi”, Ćwierkacz i Książko-Twarz są OK, kiedy „tamci” – nagle przestają być takie fajne („Ojej, ten internet już nie taki fajny?”; „Dlaczego Cukierman nas zdradził?”; „Jak to, to te ‚fajne’ korporacje z Doliny Krzemowej zarabiają na hejcie?”). Podobnie w Polsce: kiedy w 2007 roku „internety” zmobilizowały elektorat Platformy, wszyscy przeżywaliśmy orgazm nad Cudownością Wirtualnego Świata, a kiedy osiem lat później te same internety przyczyniły się do zwycięstwa PiS, nagle zaczął się lament („ruskie trolle pogrążyły Platformę na zlecenie Putina!”).

    „robienie rewolucji przy pomocy soszial mediów”

    To była brednia od początku, na którą również dałem się nabrać. Jak pisze Noam Chomsky w książce „Requiem dla amerykańskiego snu”, w pierwszych dniach Arabskiej Wiosny, w czasie demonstracji na Placu Wolności w Kairze, reżim się przestraszył – i prezydent Mubarak podjął decyzję o zakłócaniu połączeń, aby zablokować aktywność za pośrednictwem mediów elektronicznych. Skutek? Ponieważ społeczeństwu odebrano możliwość dawania sobie lajeczków na buniu, aktywność obywatelska WZROSŁA – bo ludzie powrócili do tego, co naprawdę ma znaczenie, czyli prawdziwej (a nie wirtualnej) polityki, kontaktów personalnych i organizacji bezpośredniej. Dziś śmieszą mnie te wszystkie bzdurne pseudo-polityczne akcje typu „daj lajka na wolność w Tybecie”. Samymi lajkami możesz podetrzeć sobie tyłek, a nie robić „rewolucję”.

    „drukarki 3D”

    Również dałem się nabrać na tę bzdurę po przeczytaniu książki Sowy („Inna Rzeczpospolita jest możliwa”), przeczytaniu X entuzjastycznych artykułów w „Wyborczej” i wysłuchaniu iluś tam audycji w Tok FM. Dziś widać, że to od początku była blaga, ale łatwo być mądrym po fakcie.

    Smartfona nie używam (nie potrzebuję netu poza domem ani żadnych durnych appek, a krokomierz to mam też na oldskulowym fonie z przyciskami), na konto na fejsie nie zaglądałem od miesięcy, a i wcześniej używałem go wyłącznie po to, żeby poczytać wpisy Leszczyńskiego, Danielewskiego czy WO (niestety nie można tego robić nie posiadając aktywnego konta).

  23. @wo

    Jedyne, co do wizji prób wspomnianego regulowania, które będą zapewne wyglądać jak wyciskanie krwi z kamienia, wpuszcza mi wąską strużkę światła optymizmu jest to, że sam pracuję dla korporacji od dekady i widzę, jak duży ślad odciska się na jej działalności niekompetencja i rozmaite, żywcem wyjęte ze struktur feudalnych kopanie po jajcach.

    Trzymam kciuki, chociaż będzie ciężko także dlatego, że prezydent Trump każdy atak na amerykański biznes interpretuje jak odpalenie rakiet w kierunku USS Cośtam.

  24. Patrzę że akurat w 2009 r. powstał Dwutygodnik i pamiętam, że byłem wtedy liek, fajnie fajnie, tylko czemu nie ma funkcji komciowania? po co zakładać pismo internetowe, które nie korzysta z możliwości jakie daje internet? A teraz jestem liek, skąd założyciele 2T już wtedy wiedzieli, że trzeba wyłączyć komcie.

    Smutek współczesnego internetu to dla mnie nie kradzież danych, bo czniać to, na razie jeszcze adbloki wygrywają z syfem, a ciągle najgorsze co może mnie spotkać, to precyzyjnie stargetowane reklamy opon, nie zamierzam być na tyle ważną osobą, żeby ktoś mi wykradał dikpiki or sth; ani nie rozpad debaty publicznej, znaczy oczywiście politycznie robię w gacie, ale w wymiarze osobistym łatwo się od tego odciąć i nie zaglądać w miejsca uczęszczane przez prawicowców i normalsów. Najbardziej widoczny dla mnie przejaw degeneracji to jak FB wsysa kolonizuje i ujednolica internetowe kultury, te wszystkie blogaski, homepeje, luźne społeczności, forumy. Wszystko zastąpione bladym błękitem, niewygodnym skrollowaniem i gównianą wyszukiwarką. (Btw czy ktoś wie czemu interfejs FB jest taki nieprzyjemny? bo zakładam że nie dlatego że nie umieją zrobić lepszego).

  25. Ej, no, przecież te wszystkie usprawnienia, dzięki którym łatwiej żyć, w regulowanym internecie byłyby dalej. W regulacji chodzi o kontrolę tego co się dzieje z naszymi danymi oraz o pozbycie się syfu. To by raczej nikomu z tutejszych komentatorów życia nie utrudnilo, bo nie przypuszczam by był tu ktoś żyjący z generowania syfu lub handlowania cudzymi danymi. Albo jednak jestem optymistą.

    Jestem pesymistą, bo nie spodziewam się dobrego rozwiązania. Albo zostanie jak jest co się skończy katastrofą, albo regulacje pójdą w tak złą stronę, że się skończą jeszcze gorzej niż ich brak. Bo teraz wszystko jest tak wzajemnie powiązane, że trudno stwierdzić co jest właściwie największym zagrożeniem dla społeczeństw i ludzkości jako takiej.

  26. Moje przygody z FB i Instagramem są ciekawe i potwierdzają, że czas na jakieś uporządkowanie tego burdeliku. Lata wstecz – z przyczyn zawodowych – musiałem założyć konto na FB. Pech chciał, że dwa dni po założeniu konta musiałem pojechać do Zakopanego i zalogowałem się na FB z innego IP i FB zablokował mi dostęp, co mnie ucieszyło nawet, bo nie chciałem mieć z nimi nic wspólnego, ale… praca. FB kazał mi wysłać skan dowodu do Irlandii, żeby potwierdzić, że to moje konto. Oczywiście ich olałem i do dzisiaj nie mam konta na FB.

    Dekada później. Chciałem coś zobaczyć na Instagramie, więc mówię wreszcie zarejestruję się i już podczas rejestracji Insta zablokowało mi konto. Dosłownie było click rejestruj i bęc blokada. Jakiś algorytm napisany przez idiotę zrobił swoje. Kolejny krok wygląda cudownie:

    Witaj,

    Dziękujemy za skontaktowanie się z nami. Zanim udzielimy Ci pomocy, musimy mieć pewność, że jesteś właścicielem tego konta.

    Dołącz do odpowiedzi na tę wiadomość swoje zdjęcie, na którym trzymasz odręcznie napisany poniższy kod.

    XXXXX

    ——–
    Upewnij się, że zdjęcie spełnia następujące warunki:

    – Musi zawierać powyższy kod napisany odręcznie na czystej kartce papieru wraz z Twoim pełnym imieniem i nazwiskiem.
    – Musi przedstawiać Twoją dłoń trzymającą kartkę papieru oraz całą twarz.
    – Musi być dobrze oświetlone, nie może być zbyt małe, ciemne ani rozmyte.
    – Musi być zapisane i załączone do odpowiedzi w postaci pliku JPEG.

    Pamiętaj, że jeśli na tym koncie nie ma przedstawiających Cię zdjęć lub konto reprezentuje inną osobę lub rzecz, nie będziemy mogli Ci pomóc, dopóki nie otrzymamy zdjęcia spełniającego powyższe warunki.

    Dziękujemy
    Zespół Instagramu
    ———
    No to tyle mojej przygody z Instagramem. Dla czytelnika opowiadań i książek Dicka to nie zaskoczenie, ale naprawdę pięknie to już wygląda. Czekam, kiedy zaczną prosić o zdjęcie, jak z aresztowania w US lub dane biometryczne z paszportów.

  27. Jestem chyba cyberambiwalentem. W dobroć cyberkorpów nie wierzę (i 10 lat temu też już chyba nie wierzyłem), ale nie dlatego, że są cyber, tylko że są korpami, a kapitalizm daje korpom władzę. Żywię odrobinę optymizmu, bo uważam, że mogą istnieć takie regulacje, które pozwolą korzystać z nowoczesnej techniki przeciętnym ludziom. Uważam również, że ludzie powinni mieć prawo indywidualnie rozwijać i modyfikować technologie z których korzystają. Ujmując to trochę bardziej technicznie. Zagrożenia w Internecie widzę od warstwy 6. modelu OSI w górę. Poniżej Internet to taka lepsza sieć telefoniczna. Nie chciałbym, by dostawcy Internetu mieli monopol na dostarczanie terminali, tak jak było z Minitelem czy aparatami telefonicznymi będącymi własnością AT&T.

  28. @bartolpartol
    „Ej, no, przecież te wszystkie usprawnienia, dzięki którym łatwiej żyć, w regulowanym internecie byłyby dalej.”

    No chyba że będzie regulowany w modelu chińskim. Nie twierdzę, że ktoś tutaj to proponuje, ale to trochę przykład zagrożeń związanych z ingerencją niekoniecznie fajnego państwa.

  29. A w kwestii cyberoptymizmu. Historia internetu i generalnie wszystkiego pokazuje, że najwięksi upadają, bo ludzie i świat zmieniają się. Tysiącletnie rzesze, reżimy, imperia – wszystko jakoś upadało i czasami w sposób zaskakujący. Monopol FB i Googla też przeminie. Zabije ich postęp technologiczny, jak wcześniej zabijał innych. BTW samo mówienie o ograniczeniu monopolu już jest zabójcze lub ograniczające. Polecam prześledzić problemy w trakcie spekulacji o regulowaniu IBM i Microsoftu, gdy były u szczytu potęgi. Zatrzymało to wzrost cen akcji i ekspansję na lata. Faktycznie IBM i MS są dziś zupełni innymi spółkami niż wówczas i już bez poprzedniej siły. I tak samo będzie z Google i FB.

  30. @all
    Macie oczywiście rację, głupio napisałem z tym Amazonem. Tym bardziej zatem pierwsza teza: nie ma przed nimi ucieczki. Nawet na tym blogu mamy „zaloguj się z Facebookiem / Google”.

  31. @astanczak
    „Zabije ich postęp technologiczny,”

    Nie chcę tyle czekać, chcę żeby ich rozbiła Unia w procesie antymonopolowym (tak jak przedtem Microsoft).

    @mnv
    „przeczytaniu X entuzjastycznych artykułów w „Wyborczej” ”

    Chyba jednak raczej w portalu gazeta.pl, pióra niezrównanej Joanny Sosnowskiej. Ja z szału na druk 3D od początku się nabijałem (w tym na łamach „Wyborcej”).

    „Smartfona nie używam (nie potrzebuję netu poza domem ”

    Zatem kolega nie używa także tych wszystkich wynalazków w rodzaju Veturilo (nie mówiąc już o hulajnogach)? Coraz więcej usług nowoczesnego społeczeństwa po prostu wymaga smartfona. Zaczynamy być ustawiani w osobnych kolejkach, „ci z aplikacją” / „ci przestarzali” (np. w banku czy na lotnisku).

    @q
    „patrząc jak wyglądają te obszary w które państwo się wtrąca (ochrona danych osobowych), porównując branże w których aktywne są korporacje (bankowość internetowa) ”

    Przecież jest akurat odwrotnie. Bankowość jest uregulowana na potęgę – musisz mieć literalnie zgodę państwa na prowadzenie banku. Państwo wydaje swoje dokumenty o zwodniczej nazwie „rekomendacja”, które są de facto poleceniami, jak masz prowadzić swój bank. Dotyczą także bankowości internetowej. Natomiast RODO to rozpaczliwa próba uregulowania internetu poprzez wlewanie rozlanego mleka z powrotem do butelki. Nie może być skuteczne, dopóki jeden cyberkorp nie zawiśnie na flakach wyprutych z drugiego.

  32. @q
    „czytając ‚Czas się bać’ natknąłem się na passus, który albo był spersonalizowanym szyderstwem z mojego osobistego cyberoptymizmu, albo niezwykłym zbiegiem okoliczności. Czy pamiętasz może żeby to była pierwsza opcja?”

    Nie przypominam sobie (to było kilka książek temu). Rzucisz jakimś ciągiem znaków, po którym odszukam ten fragment?

  33. Jestem z pokolenia, które w pewnym momencie rosło razem z internetem. W latach 90-tych prowadziłem jeden z pierwszych hobbystycznych „portali” w Polsce. Z takich właśnie w pełni niezależnych, prowadzonych dla realizacji pasji i zdrowej autopromocji składało się niemal całe WWW (od kiedy się pojawiło wraz z Windows 3.11 i zastąpiło Gophera – któż to pamięta 😉 ). Oczywiście nie był to Internet obiektywny, bo podobnie jak ten blog serwisy prezentowały poglądy autora, ale był szczery i niekomercyjny.

    To co w zestawieniu z tamtymi czasami boli równie mocno jak praktyki GAFA to w ogóle zanik jakiejkolwiek wiarygodności w sieci. Każda przeczytana informacja, komentarz, opinia recenzja może być fejkiem i najczęściej jest fejkiem. Jak nie „Ruskich Botów”, to najczęściej jakiejś fermy opinii. niezależna recenzja to czysty PR, a komentarze niezależnych klientów czarny PR, albo odwrotnie. To odbywa się raczej niezależnie od kolosów GAFA i wykiełkowało już wcześniej, a GAFA to tylko zwieńczenie tego cynizmu.

    Przeraża mnie przejmowanie mimo wszystko jakoś publicznej przestrzeni WWW przez Facebooka, gdzie nawet bistro na rogu ma tylko podstronkę na FB i w ostatecznym rozrachunku FB może ich skasować w dowolnym momencie bez powodu, a jak ich nie będzie na FB… no cóż to dla wielu nie będzie ich w ogóle.

    Najciekawsze, że młodzi tego nie widzą. Jechaliśmy kiedyś w 7-kę autem i zaczęliśmy dyskusję. Ja i inny kolega po 40ce o atrofii relacji międzyludzkich podjadanych przez kiepski internetowy ersatz, o kontroli przepływu informacji itp (słynne żarciki z pogrzebu gdzie są dwie osoby, a na fejsie miał 1200 znajomych itp). Reszta ludzików koło 20ki nic, pytają o czym my w ogóle gadamy? Przecież to kompletnie neutralne narzędzie, „Jak ktoś nie chce, nie musi używać” itp. Różnica pokoleniowa w odbiorze jest tu chyba znacząca.

    PS: Jest taki kraj jak Finlandia, i z kilku niezależnych źródeł wiem, że tam FB nie przyjął się szeroko. Za „niemanie” konta na FB jest szacun i to zarówno u starych jak i młodych. Ktoś od małego objaśnił w szkole zagrożenia? Czy co?

  34. Dzień dobry po raz pierwszy! Na wstępie chciałbym powiedzieć, że bloga czytam zdaje się pod wpływem przeczytania „Czas się bać”. Stąd moja odpowiedź brzmi – cyberoptymizm skończył się dla mnie w 2013 roku po opublikowaniu informacji od pana Snowdena. Niestety, w związku z tym trudno mi również wierzyć w to, że regulacje mogą pomóc zmienić to w jaki sposób wygląda Internet. Problem cyberkorpów to dla mnie też problem cyberrządów. Nadzieja umiera jednak ostatnia, być może regulacje i wybory odpowiednich polityków mogą coś zmienić. Pesymizm jednak pozostaje.
    (Wracam lurkować dalej.)

  35. Optymistą się nie czuję. Ale też nie tak skrajnym pesymistą. Na razie w polityce medium nr 1 jest telewizja, nawet jeśli w tym bąbelku może uchodzić za coś równie starego, jak pismo klinowe. Tak przynajmniej pisali badacze ostatniej kampani wyborczej w USA, gdy to „internety dały zwycięstwo Trumpowi” wg popularnego przekonania. (Benkler Y., Faris R., Roberts H., Network Propaganda: Manipulation, Disinformation, and Radicalization in American Politics, 2018)

  36. Byłem cyberoptymistą w tym sensie, że naprawdę wierzyłem, że Internet będzie źródłem rzetelnej informacji, a druk 3D zrewolucjonizuje przemysł. Swojego czasu byłem nastawiony entuzjastycznie nawet do Bitcoina (aczkolwiek szybko straciłem złudzenia i sprzedałem swoje wirtualne monety jak jeszcze były tanie).

    Rzeczywistość zweryfikowała moje nadzieje, ale pesymistą też nie jestem. Po prostu nie pamiętam jakichś szczególnie dobrych czasów, w porównaniu do których przez Internet miałoby być gorzej. Wychowałem się w czasach transformacji ustroju i nie zapamiętałem klasycznych mediów jako szczególnie bardziej obiektywne i godne zaufania niż te Zuckerberga. Trochę ciężko się przejmować nachalnymi próbami przejmowania państwa przez wielkie korpy, kiedy Twoje państwo od 30 lat wręcz błaga, żeby je przejąć.

  37. @wo
    „Zatem kolega nie używa także tych wszystkich wynalazków w rodzaju Veturilo (nie mówiąc już o hulajnogach)? Coraz więcej usług nowoczesnego społeczeństwa po prostu wymaga smartfona. Zaczynamy być ustawiani w osobnych kolejkach (…)”

    Póki nie muszę, to nie korzystam. Wystarczy, że mam kartę płatniczą, zwykły telefon komórkowy i kartę na przejazdy miejskie, a do tego tryb online nie jest *jeszcze* potrzebny (choć z żalem odkryłem, że za te fajne hulajnogi to jednak nie zapłacę Elektroniczną Kartą Aglomeracyjną – cóż, pozostaje spacerek). Zamiast ubera mam – póki co – taksówkę na telefon (wychodzi ciut drożej, ale mam pewność że nie wsiądę z naszprycowanym amfetaminą zombie od 16 godzin za kółkiem); dopóki nie ucyfrowili głosowania, muszę się przejść do punktu wyborczego, ale mam ten luksus, że mogę wrzucić anonimowy głos do urny. I tak dalej. Być może kiedyś, hen, po nastaniu cyberdystopii (jak już zlikwidują te „osobne kolejki” dla leśnych dziadków, a ich samych wyślą ich do rezerwatów), zostanę zmuszony do zakupu smartfona (choć pewnie wtedy będą już wszywać chipy), naturalnie jak już BĘDĘ MUSIAŁ to zrobić to zrobię, ale póki co mogę pozwolić sobie na luksus trybu oldskulowego.

    Ale myślę, że nie nastąpi to szybko – i to z powodów politycznych: przecież te wszystkie rednecki ze Stanów mają hopla na punkcie „ONZ i totalitarny rząd nas szpiegują”, co z pewnością spowalnia proces przymusowego (de facto) oczipowania i usieciowienia. Pamiętam, jak w którejś ze starych notek śmiałeś się bodajże z red. Warzechy, który – po bilet na pociąg – dzień wcześniej wybrał się specjalnie na dworzec w celu zakupu biletu w okienku kasowym; pomyślałem wtedy „My man! A więc tacy jak on ratują nas przed cyfryzacją”.

    Z drugiej strony, ostatnio czytałem (fake warning – niepotwierdzone info!), że podczas ubiegania się o wizę do USA trzeba będzie podać swoje konto w sieciach społecznościowych. Chcą wiedzieć, ile kotków zalajkowałem?

  38. MS wciąż jest u szczytu potęgi. Gdy zapadł wyrok w ich sprawie antymonopolowej zarabianie na systemie dla desktopów było już biznesem bez przyszłości. Rok później MS ujawnił prace nad Azure. Fakt, nie są monopolistą w usługach chmurowych. Ale to nie ma nic wspólnego z wyrokiem EU, a wynika z konkurencji ze strony Googla i Amazona.
    Z perspektywy czasu, MS zrobił zaskakujący turnaround z przestarzałego biznesu. Stwierdzenie, że EU go rozbiła raczej nie oddaje rzeczywistości.

  39. @”podczas ubiegania się o wizę do USA trzeba będzie podać swoje konto w sieciach społecznościowych”

    „Będzie” i „podać konto”, a nie „już trzeba” i „podać hasło”? Bo ja taką wersję słyszałem i to już jakiś czas temu. Teraz chyba ma to być jakoś sformalizowane. Oczywiście wszystko w ramach walki z terroryzmem.

    A co do używania smartfona itd. – jak człowiek tego nie ma, to nawet nie przypuszcza, jak to może być użyteczne. Kiedyś na przykład byłem pewien, że książek na smartfonie nie da się czytać. Teraz głównie tak czytam (wolę czytnik, ale się zepsuł, smartfon z dobrym ekranem daje radę). Podobnie jest z innymi rzeczami. Można np. nie używać wyszukiwarki google. Ktoś, kto nigdy tego nie robił, nawet nie miałby pojęcia, że mogłaby mu być ona do czegoś potrzebna. Ja rozumiem taką wrogość do tego typu rozwiązań, sam nie mam konta na Facebooku (i innych), ale w którymś momencie to się robi mniej świadomym wyborem, a bardziej scenariuszem starego dziadka, który nie nadąża za technologią i chodzi na pocztę opłacać rachunki w gigantycznej kolejce. Od technologii nie ma odejścia, ale nie dlatego, że ktoś nas zmusi, tylko dlatego, że jest ona tak wygodna.

    Wygląda zresztą na to, że jednak opinia publiczna zaczyna naciskać i przynajmniej w mediach widać zwrot. Jeszcze 5 lat temu wprowadzenie przez Facebooka kryptowaluty byłoby opisywane co najwyżej przez jakiegoś nieliczącego się dziennikarza od technologii lub na portalach branżowych, a teraz było to komentowane wśród czołowych wydarzeń i to zwykle negatywnie, jako zagrożenie.

    Ja mam tylko nadzieję, że nie skończy się to w taki sposób, że zamiast na Amazonie będziemy wszyscy w Alibabie. Już teraz jest tak, że firmy zachodnie przegrywają z chińskimi między innymi dlatego, że są zmuszane (przynajmniej od czasu do czasu media się burzą na pracę dzieci itp.) przestrzegać pewnych standardów, a chińskie nie (co się nazywa wolnym rynkiem i uczciwą konkurencją).

  40. @froz
    „Od technologii nie ma odejścia, ale nie dlatego, że ktoś nas zmusi, tylko dlatego, że jest ona tak wygodna.”

    W praktyce jednak często jest to literalnie zmuszanie (choćby na takiej zasadzie, że alternatywą jest stanie w kolejce – bo zabrano ci sposób załatwienia sprawy bezinternetowy i bezkolejkowy, który był dostępny jeszcze 10 lat temu).

    @parasol
    „Ale to nie ma nic wspólnego z wyrokiem EU,”

    Proszę mi wybaczyć, ale podejrzewam, że niewiele pan o tym czytał. Może też z racji młodego wieku nie pamięta pan, jak potężny był Microsoft PRZED tym wyrokiem.

    @mnf
    „Póki nie muszę, to nie korzystam.”

    To każdy tak ma, ale problem w tym, że coraz rzadziej mamy wybór. Coraz więcej usług dostępnych jest tylko przez smartfona – i to się będzie raczej pogłębiać (pogarszać).

    @gant
    „kiedy Twoje państwo od 30 lat wręcz błaga, żeby je przejąć.”

    No ale z tym właśnie trzeba skończyć.

  41. @ WO (MS)
    > Nie chcę tyle czekać, chcę żeby ich rozbiła Unia w procesie antymonopolowym (tak jak przedtem Microsoft).

    Kiedyś w telewizji NHK widziałem wywiad z Margrethe Vestager, którą jakoś tam przymierzana jest do czołowych stanowisk w nowym rozdania. Wyjątkowo dobrze prezentowała się, jeśli chodzi o działania antymonopolowe, ale nie wiem, czy taki świat jest jeszcze możliwy, jak ona prezentuje. Zablokowanie połączenia Alstoma z Siemensem było może i konieczne, ale czy nie dawało przewagi podmiotom z spoza UE stało się ważnym pytaniem.

    Ktoś tam pisał o amerykańskich bankach, że nie są dzielone mimo tego, że są „too big to fail”. No właśnie dlatego nie są – US nie może sobie pozwolić, żeby mieć małe banki, bo wówczas ich banki staną się chińskie, arabskie albo jeszcze inne lub przegrają z większymi na świecie, których inni nie będą dzielić.

  42. @notka

    Team pesymiści + team osobna kolejka dla reliktowców. Kiedyś, co prawda, sprawiłem sobie teleputer (wolę tę nazwę niż „smartfon”, bo ani to mądre czy eleganckie, ani fonii nie ma jakiejś oszołamiającej), ale chyba od ponad roku go nie włączałem. Stoję na poczcie, żeby zapłacić rachunek za internet, przy okazji czasem utnę sobie z nieznajomą osobą pogawędkę o pogodzie czy chorobach, i nie licząc tego, że nie przejadę się hulajnogą elektryczną (choć może kiedyś ktoś da mi się karnąć, nie tracę nadziei), jestem w miarę zadowolony.

    Śmieszne jest to, że 25-30 lat temu byłem entuzjastą cyberkultury (czytywałem „Wired” w papierze, man!) i sam próbowałem być jej współtwórcą (strona Riada, anyone?).

  43. Doskonale pamiętam jak potężny był MS 20-30 lat temu. Pamiętam również czego dotyczył wyrok. Otóż praktyki monopilistyczne MS polegały na:
    – utrudnienia współpracy zewnętrznego oprogramowania z Windowsami,
    – łączniu Windowsów z dodatkowym oprogramowaniem MS.
    Wyszedł z tego zakaz tych praktyk i kary na poziomie łącznie ~1,5 miliarda USD.

    Dziesięć lat temu ten wyrok wyglądał jak AT&T bis. Ale dziś widać, że zapadł zbyt późno – robienie softu na desktopy to był już wówczas biznes schyłkowy. Microsoft początkowo przespał koniec desktopów. Obok wyrósł Googiel, FB czy Amazon. I to, a nie sprawa antymonopolowa o przestarzałą technologię, zaważyło na jego pozycji. Mimo to nie przespał outsourcingu mocy obliczeniowej. I dzięki temu pozostaje najdroższą firmą na świecie.

  44. @wo „W praktyce jednak często jest to literalnie zmuszanie (choćby na takiej zasadzie, że alternatywą jest stanie w kolejce – bo zabrano ci sposób załatwienia sprawy bezinternetowy i bezkolejkowy, który był dostępny jeszcze 10 lat temu).”

    Podejrzewam, że masz rację i są takie przypadki, ale osobiście nic mi nie przychodzi do głowy. To znaczy, te stare metody zwykle nadal są dostępne i zwykle są równie upierdliwe jak 10 lat temu, po prostu teraz siłą rzeczy porównuje się je do metod wykorzystujących smartfony i ogólnie internet. I to wystarczy, żeby większość ludzi się przeniosła.

    Na przykład przelew w banku czy na poczcie nadal jest możliwy, jak kiedyś i nadal jest dodatkowo płatny, jak kiedyś. Różnica jest taka, że teraz można to samo zrobić za darmo i błyskawicznie w internecie. Podobnie jest z urzędami, zakupami i ogólnie z obsługą klienta (chociaż o ile kojarzę, sieci komórkowe nadal pobierają opłatę za obsługę klienta telefoniczną a w placówkach kryją się za kolejkami).

  45. Cyberpessimist team here!

    Pierwszego smartfona kupiłem z 8 lat temu tylko dlatego że mój ówczesny korpos wysyłał mnie do Szwajcarii a operator ściągał 5pln/min, więc wykombinowałem że lepiej u tego operatora wziąć telefon za złotówkę i postawić na nim skype’a żeby nie ruinować się na telefony do narzeczonej, wifi w hotelu było darmowe. Konto na FB zakładałem kiedy wyglądało to na kolejną odsłone Myspace, które zniknie za jakiś czas robiąc miejsce kolejnej lepszej wersji społecznościówki, podobnie z Googlem – skrzynkę na gmailu założyłem z zaproszenia kumpla bo wyglądało to dużo lepiej niż te żałosne megsy na Wirtualnej Polsce, którymi dysponowałem. Fast forward do 2019 i okazuje się że nie jestem w stanie funkcjonować bez żadnej z tych 3 rzeczy, bo jest to zwyczajnie wygodne, nawet tutaj zalogowałem się przez FB, bo coś nie chciał mi wskoczyć link do rejestracji a była opcja login with FB. Teraz mam świadomość że jestem tylko rekordem w jakiejś bazie danych i dokładam jakąś małą cegiełkę do potęgi tego kartelu, ale jest za późno by zawrócić, no i nadal jest to wszystko zbyt wygodne jak już ktoś wyżej pisał.
    WO ma chyba rację i tutaj tylko presja UE może nas jeszcze uratować, bo kiedy rynek się ostatecznie wysyci i nie będzie alternatywy zaczną się z pewnością nowe kreatywne sposoby wyciskania $$ z użytkowników, chociażby mikropłatnościami za wszystko i zaraz obudzimy się w świecie jak z Ubika gdzie trzeba będzie płacić piątaka żeby drzwi się otworzyły.

  46. Jasne, że nie mamy wyboru i bez choć jednego z GAFA funkcjonować się nie da, ale można spróbować uczynić życie lepszym (=/= przyjemniejszym).

    Eksperyment, który prowadzę już od niemal roku działa całkiem sprawnie: na routerze odcinam np. wszystko z F. Jeżeli chciałbym zobaczyć stronę na fejsie, to muszę się bardzo, ale to bardzo napracować. Bonus: logach widzę w ilu miejscach, które odwiedzam w internecie coś „dzwoni do domu”. Kolejny wysiłek, to przywrócenie internetu 1.0, bez całego socialowego chłamu – syndykowane komentarze, szery, i inne guano.

    Czy warto? Trochę to z motyką na księżyc, ale co mi tam. Stary jestem i pamiętam internet sprzed NK.

  47. KO w postaci uwagi technicznej do kategorii wpisu. Widzę, że ta notka dziwnym trafem powieliła strony kategorii na blogu. W stopce są dwie kategorie PCP/IP.

  48. @jwo
    „Widzę, że ta notka dziwnym trafem powieliła strony kategorii na blogu.”

    To nie ta notka, powielenie nastąpiło razem z przenosinami. Kiedyś to naprawię (a może nie).

    @froz
    „To znaczy, te stare metody zwykle nadal są dostępne i zwykle są równie upierdliwe jak 10 lat temu,”

    Bzdura. Ja to zwyczajnie wytnę, jeśli kolega będzie się upierać przy tym, że nie znikają oddziały banku (i możliwości zrobienia w nich np. przelewu bez karnej opłaty za niekorzystanie z bankowości internetowej) albo stanowiska do odprawy dla pasażerów ekonomicznej. Paradoksalnie, przywilej robienia „po staremu” staje się luksusem, dostępnym np. klientom „private banking” albo pasażerom klasy biznes (lub posiadaczom takiej czy innej karty).

  49. @parasol
    „Microsoft początkowo przespał koniec desktopów.”

    I panu się wydaje, że jego ociąganie się przed wejściem na urządzenia mobilne nie miało z tym wyrokiem nic wspólnego? Uparte obstawianie przy tym wytnę, bo nie chce mi się tłumaczyć rzeczy elementarnych.

  50. Cyberpesymizm

    W czasach cyberoptymizmu studiowałem informatykę (pierwszy rok studiów 2004, ale trochę się nie postarałem i zajęło mi to dłużej niż 5 lat) i dosyć bezrefleksyjnie to wszystko kupowałem – GOGL takie fajne rzeczy robi, to pewnie jest fajny i przecież napisali w swoim korpo-motto, że „Don’t be evil”, więc pewnie nie będą. Dodatkowo wśród entuzjastów open-source to MSFT był postrzegany jako evil-corp, a nie nowe fajne firmy internetowe, które dają nam fajne rzeczy za darmo. Z czasem zacząłem czytać coś mądrzejszego, niekoniecznie mniej hurra-optymistycznego (L. Lessig i jego wizje sharing economy wydają się dziś średnio trafione, zresztą on sam przeszedł do tematów polityki i działania systemu politycznego w US).

    Odejście od cyberoptymizmu zacząłem w okolicy 2011 złożyły się na to dwie rzeczy – lektura „You’re not a gadget” Laniera i praca zawodowa w tech-korpach. Lanier pokazał, że całe to sharing economy i tech jest głownie dobre w redukcji klasy średniej, a praca w tech pozbawia wszelkich złudzeń dot. jakiejkolwike ideowości. Dodatkowo pozbawia też złudzeń w kwestii jakości produktu końcowego (działać oczywiście działa, ale bylejakość jest normą), a pamiętajmy, że jednym z filarów całej opowieści o nowym wspaniałym świecie cybernetych totalistów pod rządami światłej osobliwości lolologicznej jest merytokracja, która skutkuje jakością. (Jak kiedyś zobaczę w jakimś korpo tą merytokrację skutkującą jakością to dam znać.)

    W kwestii monopolu GAFA to jedną z przyczyn poza deregulacją i tym, że GAFA to element polityki mocarstwowej USA jest to, że rządy i społeczeństwa nie uważają za absolutnie kluczowe aby mieć kompetencje techniczne w państwie, więc zazwyczaj nie mają nawet kadr do trywialnych spraw a co dopiero do kontrowania monopolu tech-korpów.

    Jeszcze co do rezygnacji z GAFA to mam takie przemyślenie, że ludzie często postrzegają to jako pojedynczą akcję (skasuje konto) vs. proces (konsekwentnie będę z tych usług rezygnował). Wariant 1 jest dość samobójczy, tymczasem wariant 2 wymaga oczywiście trochę pracy, ale z czasem jest do zrobienia. Przy czym zdaję sobie sprawę, że nawet „wymaga trochę pracy” jest często zaporowe, bo jak napisał @Havermeyer bo często chcemy żeby to po prostu działało a nie kopać się z kolejnym formularzem.

  51. @Froz
    ”podczas ubiegania się o wizę do USA trzeba będzie podać swoje konto w sieciach społecznościowych”
    „Będzie” i „podać konto”…”

    Już trzeba, od 31 maja (konta poczty elektronicznej, profile w mediach społecznościowych i numery telefonów z ostatnich pięciu lat): „On May 31, 2019, the Department of State updated its immigrant and nonimmigrant visa application forms to request additional information, including social media identifiers” [travel.state.gov/content/travel/en/News/visas-news/20190604_collection-of-social-media-identifiers-from-U.-S.-visa-applicants.html]

  52. W tamtym okresie polego wielu incumbentów: RIM, Sun, HP, Nokia. Z tych wszystkich dinozaurów ewoluował tylko Microsoft – właśnie to corpo, które miało sprawę antymonopolową. Na rynku cloudów wyprzedzają Googla i mogą spokojnie robić M w GAFAM.

  53. Btw dzięki za teleputer, nazwa smartfon zawsze brzmiała dla mnie buracko. Jeszcze jakby istniała alternatywna dla social media to już byłbym w niebie,

  54. @wo

    Tak jak uważam, że Twoja książka dużo mi dała i mocno wzbogaciła zrozumienie tematu… i tak jak zdecydowanie daleko mi do cyberoptymisty… tak mam wrażenie, że pod spodem jest taki kluczowy podział poznawczy „obrona vs poszukiwanie” (temat dobrze opisuje np. LessWrong [ — ] fajnie też rozwinięte na kwestię nazizmu [ — ] ). I że duża część podejścia do tematu cybertechnologii wywodzi się z tego podstawowego sposobu myślenia – czy musimy bronić z trudem wywalczonych praw, czy też idziemy w kierunku rozwoju i wzrostu.

  55. @Nankin77
    Btw dzięki za teleputer, nazwa smartfon zawsze brzmiała dla mnie buracko.

    Kiedyś funkcjonowała nazwa „smyrofon”.

  56. @wo
    „Bzdura. Ja to zwyczajnie wytnę”
    Twoj blog, Ty wycinasz, ale nie rozumiem, czemu reagujesz tak agresywnie. Napisałem przecież, że podejrzewam, że masz rację, ale nie przychodzą mi do głowy żadne przykłady.

    „jeśli kolega będzie się upierać przy tym, że nie znikają oddziały banku (i możliwości zrobienia w nich np. przelewu bez karnej opłaty za niekorzystanie z bankowości internetowej)”

    Nie mam porządnych danych na ten temat, ale serio znikają? U mnie w małym mieście jestem przekonany, że oddziałów banków jest więcej niż było 10-20 lat temu, nie mniej. No chyba nie znikają w Warszawie? Rzadko chodzę do placówki, ale jak tam jestem, to zauważam, że nie ma żadnych kolejek, a z młodości kolejki w bankach pamiętam. Opłaty za przelewy w placówce były już w moim pierwszym banku. Zresztą jeśli dobrze pamiętam, to elektroniczne przelewy też już wtedy były i też były płatne. To musiało być pod koniec lat 90, może wcześniej przelewy w okienku były za darmo, nie wiem.

    „stanowiska do odprawy dla pasażerów ekonomicznej”
    Nie wiem, co dokładnie przez to rozumiesz. Ja samolatami nie latałem, dopóki nie pojawiły się tanie linie lotnicze, a tam chyba zawsze była odprawa internetowa. Więc może mogłeś sobie z luksusami w postaci odprawy na lotnisku lecieć lotem, ale wychodziło i tak drożej niż wizzairem z odprawą dodatkowo płatną.

    Może niech się wypowie kolega, który tu wcześniej pisał, że nie ma smartfona, facebooka itd. czy są takie rzeczy, które kiedyś mógł spokojnie zrobić, a teraz nie może, bo się nie da albo jest dużo drożej.

  57. @froz
    „Twoj blog, Ty wycinasz, ale nie rozumiem, czemu reagujesz tak agresywnie.”

    To po prostu niechęć do tłumaczenia rzeczy oczywistych.

    „Opłaty za przelewy w placówce były już w moim pierwszym banku.”

    To źle kolega wybrał, ale teraz już nawet nie ma takich, w których za darmo można wpłacić/wypłacić/przelać. To tak oczywiste, że nie chce mi się o tym „dyskutować”.

  58. @wo, @Froz
    Z rozbawieniem pomieszanym z przerażeniem obserwuję, że wróciłem – po latach umiarkowanego optymizmu – do starego pesymizmu, jakiego nabawiłem się po przestudiowaniu Manifestu Unabombera. Niedocenianego (przez przestępczą działalność autora) a raczej trafnego przewidywania. Pozwolę sobie zacytowac obszerny fragment, którego chłodne kalkulacje właśnie się sprawdzają:

    „127. Technologiczny postęp, który wydaje się nie zagrażać wolności, często okazuje się zagrażać jej później bardzo poważnie. Rozważmy na przykład zmotoryzowany transport. Dawniej pieszy mógł chodzić gdzie chciał, kroczyć swoją własna ścieżką bez podporządkowywania się jakimkolwiek przepisom drogowym i był niezależny od wspierających systemów technologicznych. Kiedy pojawiła się motoryzacja wydawało się, że zwiększa ona ludzką wolność. Nie odebrała wolności pieszym, nikt nie musiał mieć samochodu jeżeli tego nie chciał, a ci którzy wybrali kupno samochodu mogli podróżować dużo szybciej niż piesi. Lecz wprowadzenie transportu zmotoryzowanego wkrótce zmieniło społeczeństwo w taki sposób, aby organizować lokomocyjną wolność człowieka. Kiedy samochody stały się liczne trzeba było coraz bardziej kierować ich użyciem. Samochodem nie można tak po prostu pojechać gdzie się chce, swoimi własnymi drogami, szczególnie na terenach gęsto zaludnionych, ruchem poszczególnych osób rządzi ruch uliczny i różnorodne przepisy drogowe. Każdy ograniczony jest przez niskie zobowiązania: prawo jazdy, testy kierowców, ponawianie rejestracji, ubezpieczenie, środki wymagane dla zachowania bezpieczeństwa, comiesięczne opłaty. Co więcej, użycie transportu zmotoryzowanego nie jest już dowolne. Od momentu wprowadzenia tego transportu układ miast zmienił się w taki sposób, że większość ludzi nie mieszka już w możliwej do przebycia pieszo odległości od swoich miejsc pracy, sklepów, miejsc wypoczynku i rekreacji, tak więc są oni zależni od samochodu jako środka transportu. W przeciwnym razie muszą korzystać z transportu publicznego, a w tym wypadku mają jeszcze mniejszą kontrolę nad swoim przemieszczaniem się, niż gdy kierują własnym samochodem. Nawet wolność pieszego jest teraz bardziej ograniczona. W mieście musi on ciągle zatrzymywać się i czekać na zmiany świateł, które są zaprojektowane aby służyć ruchowi pojazdów. Poza miastem ruch samochodów powoduje, że chodzenie wzdłuż autostrady stało się niebezpieczne i niewygodne. (Zauważ istotną kwestię zobrazowaną przez nas w przypadku zmotoryzowanego transportu:kiedy nowa technologicznie rzecz jest wprowadzana jako opcja którą jednostki mogą wybrać lub nie, niekoniecznie POZOSTAJE ona dowolna. W wielu przypadkach nowa technologia zmienia społeczeństwo w taki sposób, że ludzie ostatecznie są ZMUSZENI do używania jej).

    128. Podczas gdy postęp technologiczny JAKO CAŁOŚĆ ciągle ogranicza sferę naszej wolności, każde nowe ulepszenie techniczne ROZPATRYWANE SAMO W SOBIE wydaje się być pożądane. Elektryczność, kanalizacja, szybka komunikacja na długie dystanse… jak ktoś mógłby występować przeciwko którejś z tych rzeczy lub przeciwko innym z niezliczonej grupy technicznych osiągnięć, które stworzyły nowoczesne społeczeństwo? Absurdem byłoby na przykład opieranie się wprowadzeniu telefonu, gdyż przyniósł on wiele korzyści i żadnej strony ujemnej. Jednak jak już wytłumaczyliśmy w paragrafach 59-76, wszystkie te techniczne osiągnięcia razem wzięte wykreowały świat, w którym los przeciętnego człowieka nie spoczywa już dłużej w jego własnych rękach, w rękach jego sąsiadów czy przyjaciół, lecz kierują nim politycy, zarządy korporacji, anonimowi technicy i biurokraci, na których człowiek, jako jednostka nie ma możliwości wpływu. Ten proces będzie kontynuowany w przyszłości. Weźmy na przykład inżynierię genetyczną. Garstka ludzi będzie opierać się wprowadzeniu technik genetycznych eliminujących pewną dziedziczną chorobę. Nie czynią one żadnej widocznej szkody i zapobiegają cierpieniu. Jednakże szereg genetycznych osiągnięć razem wziętych uczyni z człowieka zaprojektowany produkt zamiast wolny twór przypadku (albo boga, czy czegokolwiek w zależności od twoich przekonań religijnych).”

  59. @WO
    „jeśli kolega będzie się upierać przy tym, że nie znikają oddziały banku (i możliwości zrobienia w nich np. przelewu bez karnej opłaty za niekorzystanie z bankowości internetowej”
    Znikną, bo to sztucznie stworzone twory które powstały z powodu braku technologii. Tak samo jak zniknie 90% pań w okienku w ZUS. Nie wszystkie, ale większość. Żeby sobie uświadomić skalę „nadzatrudnienia” w bankach, stań w każdym dużym mieście (np Londyn, Singapur) i popatrz na wszystkie wieżowce – przerażająca większość z nich ma logo banków, a w środku są tysiące pracowników klepiących bezsensowne korpoexcele i robiących – uwaga, piękne słowo – controlling.

  60. A co do samej technologii – łatwo zapomnieć, jaką rolę miało np. Google w katalogowaniu ludzkiej wiedzy (od sztuki, przez języki, po dane historyczne). Cenzura, monopol? Jasne, ale równocześnie Google Maps, Translate, chmura na której naukowcy z całego świata przeprowadzają zmieniające go obliczenia, zdecydowanie najdokładniejszy system, który – zamontowany w samochodach – może uratować miliony ludzi na drogach. Korporacje mogą ryzykować, w przeciwieństwie do państwa – i to bardzo często generuje postęp.

    I to dotyczy nie tylko Google, Apple, czy Amazona których „dobrych” uczynków nikt nie kwestionuje – możesz patrzeć na np. Snapchata jako zabawkę, rujnującą samoocenę dzieci i marnującą setki milionów godzin na całym świecie, ale ludzie z tej samej fiemy tworząc ten produkt opracowali świetne nowe algorytmy kompresji wideo, który pozwala dużo sprawniej przesyłać wideo – nie tylko japończyków z kotkami, ale też np dane medyczne.

  61. @Froz
    „znikają oddziały banku (…) Nie mam porządnych danych na ten temat, ale serio znikają?”

    KNF: już w 2017 „Liczba oddziałów bankowych spadała do poziomu sprzed 7 lat” (wykres w linku) [bankier.pl/wiadomosc/Banki-sie-kurcza-liczba-oddzialow-spadla-do-poziomu-sprzed-7-lat-7531890.html]

  62. A co do pracowników Amazona – pewnie, związki zawodowe, walka o cywilizowane miejsce pracy – ale nie pomijajmy tego, że >minimalna< pensja na tych stanowiskach to 9000 pln – dwa razy więcej niż polska średnia. Dużo bardziej współczuję polskim nauczycielom i lekarzom, którzy nie mogą tak łatwo wybrać innej pracy (bo umówmy się że w przeciwieństwie do nich, nikt nie przerzuca paczek w magazynie z powołania)

  63. @Adam Lewandowski

    „nikt nie musiał mieć samochodu jeżeli tego nie chciał”

    Kaczynski opisuje w tym akapicie coś, co – jeśli mnie pamięć nie myli – nazywane jest „agresywnym monopolem”. Indywidualny transport samochodowy jest często podawanym przykładem, a wygląda na to, że usługi kartelu GAFA będą kolejnym.

    W odpowiedzi na pytanie o koszty delikatnego luddyzmu na co dzień: u mnie w banku niedługo zaczną mnie karać finansowo za niemanie smartfona. Mianowicie, wycofują inne możliwości autoryzacji transakcji niż przez aplikację albo płatne (!) SMS-y. Oczywiście pójdę na rozmowę na ten temat do miłej pani w oddziale, a może nawet napiszę reklamację, ale nie wróże sobie oszołamiającego sukcesu.

  64. @Wojtek Szkutnik:
    Jeśli chodzi o ryzyko, państwo i korporacje, to jest dokładnie odwrotnie.

    Nie wiem, jak jest teraz, ale długo obowiązywał zakaz kompresji obrazów medycznych. Zakaz o tyle głupi, że jego sens uderzał tylko w kompresję stratną, a obejmował jakąkolwiek. Może coś się zmieniło, niemniej „kompresja” i „dane medyczne” to nie jest dobre połączenie.

    GPS jako przydatny, owszem, ale to wynalazek państwowy. Nie powiem, planując wakacje, lubię „sprawdzić” niektóre miejsca przez google maps i, na przykład, znaleźć sensowne parkingi. Ale daleko stąd do ratowania kogokolwiek. Zresztą w Austrii czy Niemczech nie działa Google Street View.

    Zarobki w Amazonie, ale jakim? Mam dane sprzed roku — po dwóch latach pracy można tam było zarabiać już 3,7 tys. Brutto. Wliczając 15% premii…

  65. @Froz
    „Nie mam porządnych danych na ten temat”

    „Od wielu kwartałów liczba placówek kurczy się i nic nie wskazuje na to, by w niedalekiej przyszłości sytuacja miała się zmienić. Z danych, które zebraliśmy z 18 banków wynika, że w ciągu roku zamknęły 374 oddziały własne, a sieć placówek partnerskich skurczyła się o 133 punkty.”

    Źródło: PRNews (nie ryzykuję z linkami, ale można sobie guglnąć i znaleźć artykuł, który zawiera dokładną tabelkę).

    Co do regulacji GAFA to ostatnio zostałem skrajnym pesymistą. Ten kompleks jest zbyt wrośnięty w pozycję dominującego mocarstwa żeby zostać skutecznie dociśnięty.

  66. @Wojtek Szkutnik

    „>minimalna< pensja na tych stanowiskach to 9000 pln – dwa razy więcej niż polska średnia"

    W magazynie Amazona? :-O Wychodzi pi razy drzwi 120-godzinny tydzień pracy. Czy kolega nie rozpędził się zbytnio z tą informacją?

  67. Tak, ja jestem nieuleczalnym cyberoptymistą z Ubuntu na laptopach, LineageOS na komórkach i własnym serwerem poczty.

    W korporacje nigdy nie wierzyłem. Apple zawsze imho produkował zabawki i to gorsze od LEGO (za to tańsze). Amazon to jest evil megacorp prosto z filmu, a urząd antymonopolowy powinien mieć u nich w siedzibie stałe biuro. Facebooka nigdy nie używałem. Tylko z Googlem wiązałem nadzieje, ale zawiedli je w bardzo nieoczekiwany sposób cenzurą, bo jeśli chodzi o soft, nadal są wierni oryginalnemu podejściu.

    W Internet of Shit też nigdy nie wierzyłem. Drukarki 3D to jest konsumencka wersja CNC, które zrewolucjonizowało produkcję wielu elementów i sam regularnie zamawiam rożne krótkie serie i pojedyncze części, które 10 lat temu były dostępne, ale nie były warte zachodu. Konsumenckie wersje zawsze rozczarowują.

    Jeśli chodzi o MS, jak pozostali uparci ignoranci uważam, że ich monopol złamał Google kompletnie out of the left field wyszukiwarką, a UE trochę pomogła ekranem wyboru przeglądarki. Niezależnie od tego jak i od tego, że nie wyobrażam sobie regulacji, które ucywilizują korporacje (i dadzą nam na przykład Facebooka, który szanuje prywatność), to absolutnie wierzę w but państwa na karku megacorpów, im cięższy tym lepszy, a jak dobrze pójdzie, jakieś przetrącone kręgosłupy. Czy to będzie postępowanie antymonopolowe, czy Trump mszczący się w drugiej kadencji za próbę cenzury jego tweetów, czy sąd pracy, czy UE niechętna Amerykanom, to będę patrzył z taką samą przyjemnością.

  68. @wojtek szkutnik
    „Znikną, bo to sztucznie stworzone twory które powstały z powodu braku technologii. ”

    Tutaj kolega przekskakuje od kłamliwej tezy „nie znikają” do „to dobrze, że znikają”. Typowy manewr denialistów, por. „to nieprawda, że klimat się ociepla” -> „to dobrze, że klimat się ociepla”. Między innymi dlatego wolę to wycinać niż dyskutować.

    No więc faktem jest, że przesiadka nie jest całkiem dobrowolna – tradycyjne możliwości są nam stopniowo odbierane i jesteśmy ZMUSZANI do zależności od GAFA (bo np. wymusza się na nas aplikacje mobilne).

  69. > tysiące pracowników klepiących bezsensowne korpoexcele

    Nie masz bladego pojęcie czym jest bankowość inwestycyjna w Londynie i reszcie świata. Nothing personal, ale to akurat standard w komentarzach na tym blogu (poza wyjątkami).

  70. @wo
    „jesteśmy ZMUSZANI do zależności od GAFA (bo np. wymusza się na nas aplikacje mobilne)”

    Otóż to. Generalnie applowych rzeczy nie używam, facebookowych takoż, ale do googlowych zostałem zmuszony przez śmierć Windows Mobile. Zacząłem powoli czuć się cyfrowo wykluczony, bo apkę bankową niby miałem, ale mocno okrojoną, o innych rzeczach niedostępnych na WM nie wspomnę. I przesiadłem się na Androida. Fuj, choć i tak mniejsze fuj niż iOS (miałem, żeby nie było, że hejtuję dla sportu).

    I trochę cierpię, bo googla starałem się omijać. Np. używam Binga i Edzia, który swoją drogą ostatnio robi się chromiumowy, czyli de facto googlowy, heh. Co prawda gmaila mam z czasów „zapisz się i poczekaj”, ale nie używałem od dawna. Dalej nie używam, poza wykorzystaniem konta do rejestracji telefonu. No, ale googiel wie o mnie teraz i tak zdecydowanie za dużo. Już wolałem Microsoft, bo przynajmniej nie kłamali, ze dają coś za darmo.

  71. O istnienie fejsbuka dowiedziałem się z wiadomości chyba radiowych jakiejś niszowej stacji, gdzie powiedziano, jak jeden z licznych zamordystycznych reżimów za jego pomocą wyłapywał opozycję. Apple uważałem za szajs, od pierwszego wejrzenia. Konta gmail nigdy nie założyłem. Zachwytu korpo-rzeczami nigdy nie było. Za to wykorzystywałem właśnie sieć jako tę wyśmiewaną skarbnicę wiedzy. Czytałem białe kruki w formacie .pdf (a czasem i .txt czy .rtf). Nauczyłem się więcej matematyki i fizyki, niż w szkole (w dodatku, tak dla odmiany, rozumiejąc czego się właściwie uczę i co można z tym zrobić). Zderzyłem się z ideologiami, z którymi nie miałbym szans się zetknąć. Ale gdyby wszystko za sprawą jakiegoś dżina nagle miało się cofnąć o 10 lat, pytałbym tylko: to gdzie się podpisać? Moje technologiczne zacofanie (brak smarkfona, kupowanie biletów w okienku) zaczyna uwierać a czasem boleć, ponieważ – jak u wielu przedpiszców – wielu ludzi/instytucji oczekuje, że człowiek będzie tego wszystkiego używał.

    @WO:
    „to, co nas zachwycało w pra-internecie z czasów zielonych literek na czarnym tle, było skutkiem ówczesnych regulacji, dających dostęp w praktyce tylko akademikom i wybranym korporacjom.”
    – Czy zachwycało wtedy, czy jest zachwycające z obecnej perspektywy? Pytam jako człowiek, który się na to nie załapał.

    @Wojtek Szkutnik
    „(…)zdecydowanie najdokładniejszy system, który – zamontowany w samochodach – może uratować miliony ludzi na drogach”
    – Miliony ludzi na drogach można uratować lepszym transportem zbiorowym oraz wieszaniem za jaja kierowców łamiących przepisy i zabijających innych ludzi z użyciem samochodu. Zalety tej opcji w porównaniu z cud-systemami są następujące: 1) wiemy, że to działa; 2) metoda tradycyjna kopie w zadek głównie winnych, opcja cud-systemów rozkłada niedogodności na wszystkich. Chyba.

    „opracowali świetne nowe algorytmy kompresji wideo, który pozwala dużo sprawniej przesyłać wideo”
    – Czy jeśli technologia oparta na tentegesie daje dalszy rozwój tentegesowania, to czy należy to automatycznie uznać za korzyść dla społeczeństwa z powodu potencjalnych zastosowań tentegesów?

  72. Snapchata … opracowali świetne nowe algorytmy kompresji wideo

    A tak bez heheszkowania, jakieś namiary? DOI albo opis linku (bo tu na blogu domyślny filtr WordPressa blokuje linkowanie jako spam). Bo w Google niczego się nie da znaleźć tylko blogspam nie na temat. (Tyle w sprawie organizowania informacji, to samo ze szdandarową niegdyś realizacją tego hała, a porzuconym obecnie i rdzewiejącym Google Books gdzie niczego nie da się znaleźć).

    Bo snapchat to była firma która swoimi relacjami pracowniczymi i niekompetencją spopularyzowała w Dolinie słowo „brogrammer”.

    A rewolucyjny algorytm kompresji opracował owszem dr Jarek Duda za darmoszkę, co Google chciał następnie opatentować żeby był „bezpieczny” w „dobrych rękach” przed użyciem w AV1 – kompresji wideo następnej generacji (ostatecznie z różnych przyczyn wybrano starszy algorytm Daala).

    *

    Nie mam czasu na własną blogonotkę, ale zwróćcie uwagę, że cyberkorpy teraz już bardzo chcą być regulowane, ale w sposób który im odpowiada. Facebooka doświadczenia z regulatorami zachęciły natomiast do otwarcia nieregulowanego banku. O tym zresztą już mówiłem wszystkim którzy chcieli słuchac od ok. dekady, że Twarzoksiażka, purveyor of identity, to naturalny match dla systemu płatności. Problem prywatności rozwiąże się w ten sposób, że dane już po prostu nie będą darmowe, a własnością każdego użytkownika, którą będzie sprzedawał w mikropłatnościach za Librę z pełnym consentem. Do czasu oczywiście, bo to oznacza też wychodzenie z tego modelu biznesowego ich eksploatacji na rzecz ogłoszeniodawców, ale to własnie komc na który nie mam czasu.

  73. Póki koegzystują waluty wirtualne i namacalne pieniądze, da się żyć. Najbardziej przerażającą wizją jest perspektywa wyeliminowania gotówki wszelkiej. Totalna inwigilacja. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że w takiej rzeczywistości będzie można naciskać / skompromitować każdego, np. polityka grożąc mu, że opublikuje się jego listę zakupów. Już nie mówiąc o tym, że zostaniemy sprofilowani przez megakorpy i pozamykani w bańki konsumpcyjne, które przynoszą największe zyski. Państwo ogłosi, że wszelkie inne metody wymiany dóbr są nielegalne (złoto, srebro, bartery) i pozamiatane. Wszyscy będą na siłę prześwietlani, szufladkowani i rozgrywani ze względu na swój status. Co więcej – będzie doskonale widać kto nagle próbuje zmienić swój status. Będzie można przykręcić mu śrubę. A innemu poluzować. Etc, etc. Pytanie, co takiego może zrobić „guy behind a PC” żeby temu zapobiec. Słabo to widzę…

  74. Nieograniczona konkurencja zawsze kończy się monopolem i ostatecznie pauperyzacją mas, to chyba najważniejsza lekcja z marksizmu (chyba jedyna w całości prawdziwa), na szczęście Europa jest dość silna ideologia wzięcia za ryj korporacji, z drugiej strony potrzebujemy do tego jedności w UE, inaczej schemat irlandzko-holenderski wszystko zniweczy. Z drugiej strony po brexicie wzrosną wpływy Francji, więc jest nadzieja.

    Wydaje mi się (w sumie powtarzam za Bertrandem Russellem), że jedyną rzeczą ograniczającą monopole (szczególnie do II wojny światowej), był nacjonalizm ekonomiczny. Monopole były lokalne. Globalne monopole to już jest poziom, którego nie da się opanować bez porozumienia między krajami, co raczej nie jest możliwe, kiedy to korporacje są silniejsze i mogą wpływać na korzystne uwarunkowania oraz korzystać z umów o wolnym handlu.
    Ja się po trochu oszukuję, że po prostu w USA masa ludzi (z klasy średniej) jest zależna od akcji monopolistów (min. FAANG, czyli cyberkorpów bez MS, Twittera i Snapchata) i dlatego jest taki opór przed regulacjami, nie chcę wierzyć, że ludzie bezinteresownie bronią faktu, że niedługo nic nie zrobi się bez konta na FB i w Google.

  75. @Froz
    „Może niech się wypowie kolega, który tu wcześniej pisał, że nie ma smartfona, facebooka itd. czy są takie rzeczy, które kiedyś mógł spokojnie zrobić, a teraz nie może, bo się nie da albo jest dużo drożej”

    Kolega nie pisał, że „nie ma facebooka”, tylko że od miesięcy się do niego nie logował (zapomniałem hasła, a dla lolkotków i bzdetów jakoś niespecjalnie chce mi się szukać; jeśli miałbym to zrobić, to tylko dla śledzenia wpisów dziennikarzy „Wyborczej”). Rzeczywiście fejsik wo etc. to jedyna rzecz, dla której swoje konto utrzymywałem i do której po wykasowaniu konta definitywnie stracę dostęp. Na szczęście poza FB istnieje życie (jeszcze), np. ten blog.

    Nie pisałem też, że nie ma takich rzeczy, których nie mógłbym robić bez smartfona (oprócz korzystania z elektrycznej hulajnogi), wręcz przeciwnie – bo póki istnieją np. korporacje taksówkarskie, ubera mogę olać. Przynajmniej NA RAZIE. Bo jeśli zostanę do tego zmuszony, to oczywiście sobie ten smartfon kupię (albo nawet wszczepię korpo-chip z GPS-em), ale póki co, korzystam z luksusu życia w oldschoolu.

  76. Dobry wieczór. Nie znam się, to sie wypowiem.

    Urodzony w 1983 roku, totalitaryzmy znam głownie z retrospekcji i kabaretów, bo gdy rodzice słuchali na wakacjach w Bieszczadach radia z wynikami Pierwszych Wolnych Wyborów, ja miałem lepsze rzeczy do roboty, np. niezatonąć w zalewie Solińśkim, ucząc się pływać.

    Fast forward few years and mój tata, red. naczelny miesięcznika Chip, używa eksperymentalnego _internet banking_ w banku Cuprum (bank KGHM-u, musieli mieć tam fest ekipe), interfejsem konsolowym w DOSie. Musiał być 1997, Pentium 75, windows 3.11 instalowany z czterdziestu dyskietek.

    W 1999 przeprowadziliśmy się na kilka lat do Wawy. Miałem szczęście być podłączonym do sieci Astercity (what a _name_!), która za jednym NATem trzymała pewnie z kilkanaście tys. klientów. To były czasy IRCNetu i RedHata 6.0. Dla nas, zbuntowanych piętnastolatków, MS był bardzo Zły. Pewnie kilku PT czytelników tego bloga wpasowało się w ten sam timescale i rozkmine. Linux był super, internet był super, open source było _way forward and underground_, a MS (Oracle, IBM, etc.) to na pohybel! Ponauczaliśmy sie bashy, x lat później dostali joby w techu lub około-techu, w międzyczasie pękło dotcom, i pojawiło się 2.0, wszystko było w sumie jeszcze ok.

    No i [WTEM!], tak jakoś z dojrzałym Googlem / early SFDC, FB etc, weszła w to wszystko na ostro sprzedaż i marketing, na poziomie globalnym. Zaczęliśmy informacją na serio handlować. I to chyba jest ten moment, jak dla mnie, który wszystko spierdolił (pracuję w marktechu). Z grubsza biorąc, zaczęła się spekulacja na pierdołach. Gigantyczne faktury za nic, linkedinowe kampanie, konsultanci ujwieczego, brand-boty, zaawansowane CRM i lead-generation, cały fin-tech, itp. pierdoły, które w tej chwili robią kase. Po prostu znowu rośnie bańka i znowu będą fajerwerki. Jak się ogląda BlackMirror to, Panie, ciarki przechodzo.

    Open source i okolice nadal są dla mnie źródłem jakiejś-tam-miernej nadziei. Nie przekreślałbym zupełnie blockchaina, z tym, że np. open source i generalnie konkretny-IT-talent został w ostatnich latach zaprzęgnięty przez GAFA do mniej lub bardziej niecnych, bądź zupełnie bezsensownych i/lub niebezpiecznych czynów – lepszy młotek przeszedł w niewłaściwe/hhhciwe rence, bo.. napędzany sprzedażą/marketingiem młotek robi siano. Czemu następny młotek niemiałby przejść w te same-nowe ręce?

    Zapracowani w swoich marktechkorpach, w końću zauważamy, że wszystko skrystalizowało jeszcze raz. I teraz mamy właśnie to nowe rozdanie. Jak podsumował mój znajomy devop z Rosji (mieszkający w UK): – It used to be quails, now it’s the cloud, in 300 years it will be something else.

    Stoik! Z tym, że ja, dołączając do churu pesymistów na blogu, wątpię, żebyśmy mieli perspektywe 300 lat. I tym optymistycznym.

  77. @Froz & znikanie oddziałów banków

    Nie wiem jak Polsce, ale w Niemczech to tymczasem katastrofa – u mnie w dzielnicy Frankfurtu/Bankfurtu (sic!) powoli robi się problem żeby znaleźć nie tylko oddział, ale chociaż bankomat. (Oczywiście mowa o oddziałach dla zwykłych ludzi, takich z przelewami, bankomatami itp.)

    @pak4
    „Zresztą w Austrii czy Niemczech nie działa Google Street View.”

    No ale jak w Niemczech nie działa, jak działa. Co najwyżej niektóre budynki są rozmyte.

  78. @cmos:
    OK, próbowałem parę lat temu. Teraz sprawdziłem i już działa, choć zasięg dużo mniejszy niż w Polsce, Czechach, czy Francji.

  79. @Jestem ciekaw, czy jeszcze ktoś w nie wierzy, czy raczej już wszyscy dołączyliście do obozu cyberpesymistów.

    W tym malutkim bąbelku obstawiam raczej to drugie. Poza nim zapewne w wielu miejscach ciągle ma się dobrze myślenie „po co drążyć temat czy jakaś zmiana da więcej benefitów mojemu wrogowi niż mi, więc efektem polepszenia będzie pogorszenie mojej sytuacji”. Edukacja w tym zakresie ciągle zdaje się niedomagać. Ot zbawczą moc druku 3d zastąpiła zbawcza moc blockchaina.

  80. pak4
    „długo obowiązywał zakaz kompresji obrazów medycznych. Zakaz o tyle głupi, że jego sens uderzał tylko w kompresję stratną, a obejmował jakąkolwiek.”

    O matko, czy to znaczy że dane medyczne mają/miały być przechowywane wyłącznie w oryginalnym formacie wyjściowym z urządzenia? Bo przecież „kompresja bezstratna” jest logicznie nieodróżnialna od „konwersji formatu”…

  81. @kuba_wu:
    Tak. Lekarze obawiali się zniekształceń, które mogą zaburzyć diagnozę. A że nie odróżniali jednej od drugiej…

  82. @kuba_wu „O matko, czy to znaczy że dane medyczne mają/miały być przechowywane wyłącznie w oryginalnym formacie wyjściowym z urządzenia?”

    Żeby nie było, że to jakieś niewiadomojakie horrendum – tych formatów nie jest jakoś straszliwie dużo, ja w praktyce widziałem całe trzy. a wiem jeszcze o jednym. Różnią się rozmaitościami typu „jak dokładnie zakodowane są info o współrzędnych danego voxela”. W praktyce z tych trzech dwa to kontenery, tylko jeden jest upierdliwy na tyle, że w osobnym pliku są surowe dane a w drugim header – do kontenera można sobie zatem upchnać skompresowany (nawet stratnie) obraz, jak ktoś chce.

    Te 3-4 formaty + jakiś wariant .tif i właściwie każdy aparat mierzący cokolwiek mamy obskoczony (mikroskopy zarówno świetlne jak i elektronowe mają swoje kontenerowe formaty, w których jednak siedzi jakiś tif).

    Ofc wszystkie te formaty czytają się sensownymi programami (typu FIJI albo cuś).

    Spytam naiwnie – coś tu jest , eeee, nie tak z naszymi formatami? [nie kwestionowałem tego status quo dotąd]

  83. @pak i kuba_wu
    Warto dodać, że mówimy o czasie sprzed prezydentury Jaruzelskiego. Zanim powszechny w medycynie obrazowej format zmienił nazwę na DICOM (1993) wprowadził kompresję jako ACR/NEMA PS2-1989.

  84. Dzień dobry. To ja z duma(?) mogę powiedzieć, że już te 10 lat temu byłem pesymistą.

    Owszem, jakieś 15 lat temu mogłem żywić nadzieję: elektronika taniała, Internet wchodził pod eternit i strzechy, free software, open source, web 2.0 – robimy oddolną rewolucję, uzyskujemy armię prosumentów i nową jakość. I owszem, stary świat częściowo runął, np. centralne media nie mają połowy tej potęgi, którą miały 20 lat temu – ale szybko można było dostrzec różnicę między opowieściami i poklepywaniem się po plecach, a praktyką. W 2006-2007 już wiedziałem, że tworzenie jest trudne, praco- i czasochłonne i robić to [np. sprawdzając kod źródłowy jak w legendach o świętym Linusie] będzie skromna mniejszość – a większość będzie korzystać z Internetu tak jak korzystała z wszystkiego innego do tej pory. W 2009 rozwarstwienie w Internecie i komercjalizacja były oczywiste.

    Zmiana mentalna okazała się najtrudniejsza i nowe miliony Internautów nie rzuciły się na wykłady na MIT i usenet, ale na Saloon24 i Pudelka (zjawisko to z resztą niektórzy przewidzieli i nazywali Digital Divide 2.0).
    Co więcej, Kapitan Kapitalista się szybko ogarnął i wymyślił nowe sprytniejsze sposoby monetyzacji, zbliżając się do świętego Graala Web 2.0 „co tu zrobić, by użytkownicy sami na ciebie zarobili, a potem jeszcze i zapłacili” (tu pewnie nakłonienie ludzi do mikrotransakcji i pozycjonowania się na fb to kolejny mokry sen Cukierasa i akcjonariuszy).

    Inne korpy też mnie nie zawodzą, np. hasełka o niebyciu złym nie kupiłem nigdy, chrome unikam jak ognia a na gmail nie mam niczego poważnego (bo to, że google czytał maile co najmniej pod reklamy to wiedziałem od ponad dekady).

    Kolejne rewelacje typu ww. „Ten Miły Amerykański analityk, który z Hongkongu wylądował w Rosji” tylko mnie w pesymiźmie utwierdzały. Newsów było sporo, najwięcej o programach nowego Wielkiego Brata: gigafarmach mocy obliczeniowej w posiadaniu NSA i innych trzyliterówek, o warsztatach przechwytujących zamawiany online sprzęt by zainstalować w nim pluskwy i oddać w oryginalnym opakowaniu, wreszcie o budżecie na szerzenie złych standardów kryptograficznych i implantowaniu backdoorów w routerach, smartfonach, a nawet samych implementacjach algorytmów szyfrujących typu skandaliczny standard stosowania funkcji eliptycznych. Kto chciał czytać, ten mógł.

    Tylko co począć z taką wiedzą? Można cały czas i sporo pieniędzy poświęcić na prywatność i wdrożyć bardzo energochłonny program maskowania się lub rezygnacji z usług elektronicznych, ale co to za życie. Innym rozwiązaniem jest zmiana polityczna, ale nie wiem czy na tym etapie jest możliwa.
    Scenariusz pokroju nakreślonego w The Last of Masters czy w Diunie wygląda coraz bardziej prawdopodobnie, choć wciąż w odległej przyszłości.

  85. @Bardzozly

    „Apple uważałem za szajs, od pierwszego wejrzenia”

    Z technicznego punktu widzenia jest sporo rzeczy, które mają prawo się podobać w japkach – choćby sam OS, który śledzę od połowy lat 90, mimo że nigdy nie miałem własnego maka, a w idealnym świecie byłbym linuksiarzem.

    „gdyby wszystko za sprawą jakiegoś dżina nagle miało się cofnąć o 10 lat”

    To by nam dało 2009, nadal niezbyt ciekawy okres.

    „Czy zachwycało wtedy, czy jest zachwycające z obecnej perspektywy? Pytam jako człowiek, który się na to nie załapał.”

    Ja bym powiedział, że nadal zachwyca, jeno obrosło fintechem do porzygu. Sam załapałem się jako wczesny nastolatek na okres wczesnej popularności (96+) i było to dla mnie coś fantastycznego. Rodzinie rachunki za telefon podobały się trochę mniej, no ale… W każdym razie wtedy było lepiej nie tylko dlatego, że nie było web 2.0, ale też w tym sensie, że dostęp do internetu miał relatywnie wysoki próg wejścia. Najpierw było to ograniczenie, o którym wspominał WO, a po wstępnym otwarciu wrót nadal trzeba było być na tyle ogarniętym, żeby wiedzieć, jak to w ogóle obsługiwać (co nie było wiedzą trywialną dla typowego Kowalskiego), przez co ludzi potrafiących się przynajmniej wysłowić było proporcjonalnie więcej niż dziś, a znajomości zawierane przez internet były często wstępem do zapoznania się na żywo i zacieśniania więzi w ramach jakiegoś szerszego kółka zainteresowań.

    A nadal zachwyca w tym sensie, że dostrzegam czasem ten pierwotny diament w kadzi ekskrementów, np. w bieżącym lewacko-edukacyjnym puszu na anglojęzycznym jutubie. Nie jest to może szczególnie potężna część internetu, ale nadal – bez internetu by jej nie było.

    Tak więc – wyregulować, pokroić megakorpy, zdezynfekować, zderatyzować, ale technologia sama w sobie nadal mnie urzeka.

    @Dude Yamaha

    „Samobójstwa per capita rosną nieprzerwanie od końca lat 90-tych (przynajmniej w USA) i nie sądzę żeby to był przypadek. To raczej właśnie te pieprzone selfiki, insta i inne szity pokazujące jak to wspaniałe jest życie innych wpędzają niektórych ludzi w głęboką deprechę.”

    Ale tutaj mowa była konkretnie o samobójstwach osób LGBT+, u nich panuje trochę inna dynamika niż w próbie ogólnej.

  86. [lurkoff]

    Cyberoptymizm wyczerpywał mi się stopniowo, w miarę dowiadywania się jak działa współczesny internet. Fejs przestał być fajny po o jednym za dużo wycieku danych. Serwisy internetowe przestałem czytać widząc jak często publikują teksty nie po to, by informować, ale by ludzie pisali agresywne komentarze. Każdy wart jednego klika, czyli jakieś pół grosza. Wiara w nowoczesne technologie dostała kopa w słabiznę po zapoznaniu się z paroma przykładami Internet of Shit, że Chiny mają własny internet i głęboko gdzieś Najlepsiejsze Zachodnie Pomysły i Regulacje, a ostatnio również po ogłoszeniu przez Gugla projektu Stadia i dodaniu, że co prawda można sobie streamować gry gdzie i jak się chce, ale i tak za dostęp trzeba będzie zapłacić 60 dolarów od tytułu plus abonament za usługę. Bo najlepszy klient to taki, który niczego własnego nie posiada.

    W ogóle streaming i Games / Software as a Service były dla mnie solidną sugestią, że to wszystko idzie w złą stronę. Powstających teraz naście platform z wyłącznością na rozmaite treści, każda z osobnym abonamentem, kontami i szansą na wyciek danych. Steam i jego konkurenci nie sprzedający gier, tylko prawa do ich użytkowania. Online only tytuły żyjące tak długo, jak ich serwery (chyba że fani swoje postawią, ale to przecież nielegalne). Tyle lat wmawiania, że przyszłość w strumieniach i chmurach i to wszystko dla wygody użytkownika, a potem chcąc obejrzeć legalnie coś z Japonii i tak muszę obejść się smakiem, bo serwisów naście i albo akurat tego tytułu nie mają, albo licencja tylko dla mieszkańców USA. Lata temu strony internetowe pokazywały faka, jak używało się IE. Teraz pokazują, jak mieszka się w Europie. No chyba nie o to chodziło.

    Jednak nic tak nie wyleczyło mnie z optymizmu co praca w IT. Dzięki niej dowiedziałem się jak ten cały Web 2.0 jest tworzony, jak nierzadko niestabilne technologie układane są jedna na drugiej w sięgające nieba stosy, bo CEO megakorpa chciał, by jakiś nastolatek w USA mógł sobie nałożyć na twarz animowany obrazek psiej mordki. Tona błędów, omyłek, backdorów, efektów niedbalstwa, napiętych dedlajnów albo „move forward and break things”, języków kompilowanych do innych języków kompilowanych do innych języków, każdy kolejny wolniejszy od poprzedniego, a w międzyczasie info, że procesory tej czy innej firmy od lat mają poważne usterki mogące spowalniać je nawet o 20%. Mnóstwo problemów, których prawdopodobnie dalibyśmy radę uniknąć, gdyby ten biznes nie pędził przed siebie na złamanie karku, w imię corocznego, stuprocentowego wzrostu przychodów na nowy jacht dla prezesa.

    Ale mimo całego mojego pesymizmu boję się tylko trochę. Najwięksi na świecie górnicy danych osobowych, mający do dyspozycji gigabajty logów mojej codziennej, internetowej aktywności, ulepszane od lat algorytmy oraz uczące się maszyny wciąż nie są w stanie zaprezentować mi reklamy, którą szczerze chciałbym kliknąć. Zamiast tego proponują kupno lodówki dzień po zamówieniu jednej. Jeśli dzięki ich wysiłkom Skynet faktycznie kiedyś powstanie, to padnie po pięciu minutach z powodu literówki w kodzie.

    [/lurkoff]

  87. @River Rodent

    „W ogóle streaming i Games / Software as a Service były dla mnie solidną sugestią, że to wszystko idzie w złą stronę.”

    Ale pomysł usług streamingowych nie jest zły sam w sobie. Problem leży w implementacji i tym, co tu ciągle wałkujemy, czyli braku dobrych regulacji. W idealnym świecie miałbyś gry streamowane na wspólnej platformie dla wszystkich wydawców, jeden abonament za wszystko, a do tego odgórny zakaz blokad regionalnych i inne takie wynalazki.

    „Jeśli dzięki ich wysiłkom Skynet faktycznie kiedyś powstanie, to padnie po pięciu minutach z powodu literówki w kodzie.”

    A pod tym też się podpisuję. AI ma swoje własne życie – true. Nie bardzo wiemy, jak przebiega proces decyzyjny – też true. Ale nikt nigdy nie wspomina, jak bardzo współczesne AI są ograniczone i niestabilne. Gdzieś kiedyś (chyba tutaj) przeczytałem świetne porównanie, że transhumaniści/cyberfataliści po socjologii dywagują nad rakietami kosmicznymi, a tak naprawdę póki co mamy rower.

  88. @River Rodent
    „Zamiast tego proponują kupno lodówki dzień po zamówieniu jednej.”

    To jest oczywiście głupie, a też pocieszające. Wiedzą, że szukałeś lodówki, ale jeszcze (ciekawe jak długo to będzie trwało) nie wiedzą, że kupiłeś. Też tak mam. Gdzieś cały czas brakuje połączeń. Czyli ciągle nie wiedzą wszystkiego. I oby tak dalej.

    Swoją drogą czy ktoś używający gmaila i wyszukujący w googlach mógłby potwierdzić, że też po zakupie dalej dostaje reklamy tego czego szukał? Bo ja nie używam gmaila i mało korzystam z gugla, stąd gugiel nie wie co kupiłem, choć pewnie i tak ma info ze sklepu, ale nie jest w stanie powiązać informacji. I bardzo dobrze.

  89. @bartolpartol

    Tak, dalej przychodzą reklamy. Przynajmniej żonie, bo ja se poblokowałem wszysytko w cholerę nawet nie czarną listą, a białą (przeglądarka może łączyć się tylko z adresami, które wprost potwierdzę) i mam spokój, przynajmniej wizualnie.

  90. @rozowyguzik
    „Tak, dalej przychodzą reklamy.”

    Czyli podsłuchują, podglądają, maile czytają, ale nie wiedzą czy człowiek kupił, czy nie. Albo za wolno przetwarzają. To dobrze.

  91. @bartlopatrol

    Myślę że to mylne wnioski. Co im by przyszło z przekazania klientowi wiedzy o tym że ty już ten produkt kupiłeś. Taki klient nie kupi od nich reklamy. Myśle ze nawet jeśli wiedzą że ty już kupiłeś to czym byłeś zainteresowany to nie dzielą się tą wiedzą. Jest po prostu kategoria „klient zainteresowany produktem A” któremu można sprzedać reklamę ale przecież nie ma kategorii „klient który był zainteresowany ale już to kupił”.

  92. I bardzo dobrze, ze ilosc okienek spada bo dzięki temu jest taniej i mniejszy ruch. Symboliczne oplaty za zawracanie gitary pomogłyby również służbie zdrowia. Taki mbank np. jest wzorem bankowosci elektronicznej. Przez taką właśnie konkurencje z retailu w Polsce zrezygnował np HSBC. Jezeli, ktoś miał styczność z bankowością w Hong Kongu czy w Japonii nigdy wiecej złego słowa nie powie na bankowość w Polsce.

    Obecnie w bankach w cieżkim przypadku można zrobić rozmowę audio, video czy czat z konsultatnem wiec kompletnie nie rozumiem po co chodzić do oddziału? Okienka nie są po to by emeryt miał sobie z kim pogadać.

    Nie jest problemem spadek liczby okienek tylko to ze są jeszcze takie miejsca, gdzie bez wybrania sie do okienka nic nie zalatwimy. Problemem jest Poczta Polska czy PKP nie banki. Byłem zaskoczony po przeprowadzce „na wieś” jak doskonale radzą sobie z elektronicznym obiegiem dokumentów i obsługą klienta małe zamożne gminy. W przeciwieństwie do EPUAPki można coś realnie załatwić.

  93. @River Rodent @bartolpatrol
    „Zamiast tego proponują kupno lodówki dzień po zamówieniu jednej.”

    Tak to jest fascynujące. Sporo w biurze z tego szydziliśmy. Wygląda na to problem w rodzaju opracowania ultra/super/wyrafinowanego czołgu na pustynię i zapomnieniu, że tam jest piach i wlezie w tryby. Przecież przy tej ilości pobieranych danych o naszych zachowaniach średnio rozgarnięty analityk powinien móc opracować algorytm szacujący ile danej osobie zajmuje przeciętnie decyzja o zakupie bez wiedzy od sklepu. Jeśli ktoś szuka w necie kuponu na kolację dla dwojga a zbliżają się urodziny jego małżonka (system tego nie wie? przecież nawet bez wglądu mógłby to oszacować po corocznych zakupach) to wiadomo, że kupi to przed urodzinami. Zresztą zapewne jest pierdyliard zachowań sugerujących, że już to kupił, albo, że tego typu zakup rozważa się góra 1 dzień. W efekcie do kupionego ekspresu do kawy machina powinna zaproponować dostawę kawy, a nie kolejne ekspresy w tym przemysłowe na 1000 kaw dziennie. Co więcej, nie powinno być problemem odłożenie gdzieś informacji, że średnio za pół roku kończą się worki w kupionym odkurzaczu i należy zacząć WTEDY podsuwać reklamę dostawy worków. A mamy co mamy.

    Przy okazji są efekty uboczne, które na pierwszy rzut oka trudno przewidzieć: jeśli w żona w pracy się zaloguje gdzieś i poszuka owej kolacji sushi na moje urodziny, to ja uruchamiając swojego notebooka w domu będę już wiedział co mnie czeka i niespodziankę szlag trafi.

  94. @bartolpartol
    „Wiedzą, że szukałeś lodówki, ale jeszcze (ciekawe jak długo to będzie trwało) nie wiedzą, że kupiłeś. Też tak mam. Gdzieś cały czas brakuje połączeń.”

    W Niemczech po kupnie na Amazonie podręcznika do klasy piątej, Amazon podsyła jeszcze przez pare lat reklamy podręczników do klasy piątej. Tych połączeń to brakuje nie w AI czy systemach, tylko u tych, co to projektują.

    @gromadzenie danych przez Googla

    Kiedyś spróbowałem pisania apek na Androida, i użyłem takiego systemu do raportowania błędów aplikacji u klienta, zwanego Fabric (do ściągnięcia i użycia za darmo). Wystarczy jedna linia w kodzie. No i powiem, że niby człowiek zdaje sobie sprawę ile jego danych widzi Google, ale zobaczenie na żywo ile widzi live na swoim pececie już prosty, niezależny od Googla developer, to robi wrażenie. A to z pewnością tylko ułamek danych które każdy telefon transmituje.

  95. Jajako pracownik branży reklamowej zdradzę wam sekret, czy raczej przypomnę publiczną wiedzę: branży reklamowej nieszczególnie zależy na zwiększeniu skuteczności reklam.

  96. @WO

    „Toczyliśmy wtedy gorące spory w komentarzach…”

    W owych sporach niekiedy bywałem bardziej pesymistyczny od WO (np. uważając działalność Ebena Moglena za czystą autopromocję), zaś czasem bardziej optymistyczny (np. twierdząc, że antykwariaty jednak przetrwają). Główna jednak obserwacja, jaką wówczas sformułowałem dotyczyła klasowych różnic w podejściu do „informacyjnego samostanowienia” tj. potrzeby kontroli nad wykorzystaniem swoich danych. Twierdziłem, wbrew WO, że dla „informacyjnego proletariatu” kontrola taka nie stanowi niezbywalnej wartości i będzie on skłonny ją zamieniać na ofertę oligopolu IT, której poszczególne funkcjonalności wydadzą się danodawcom wygodne i korzystne. Wydaje mi się, ze ta diagnoza się potwierdza – skłonność ludzi do wydawania iwatchom i tinderom najbardziej intymnych danych dotyczących zdrowia i seksualności pokazuje, że prywatność dla bardzo wielu z nas jest towarem wymienialnym (potwierdzają to również niektóre głosy powyżej).

    Obok „informacyjnego proletariatu” spodziewałem się też jednak wyklarowania się „informacyjnej burżuazji” spośród niektórych grup zawodowych klasy średniej, dla których kontrola nad gromadzeniem, wykorzystaniem i ujawnieniem dotyczących ich danych jest ważnym niezbywalnym zasobem. Podawałem przykład eksperta, który nie chce, aby jego opinia o niebywałych makroekonomicznych korzyściach z sekurytyzacji z 2006 r. (zamówiona przez bank-sekurytyzatora i już wówczas pisana bez przekonania) zablokowała jego karierę w 2016 r., kiedy to algorytm decydujący o obsadzie tenure w Ivy League w 2016 r. automatycznie odrzuci jego nazwisko oznaczone czerwoną flagą „reputational risk: authors of a the 10 most famous failed macroeconomic forecasts”. Tego typu przypadki upartej walki o „prawo do zapomnienia” rzeczywiście mają miejsce, potwierdzając istnienie grup społecznych silnie zainteresowanych informacyjnym samostanowieniem. W tym kontekście sformułowałem ongi opinię, że „wszystko zależy od dentystów”, czyli – jak to sobie wyobrażałem – od grup, które znajdują się na pograniczu obu klas i które przeważą szalę: bardziej im się opłaca używanie Google Maps, czy jednak korporacyjna kontrola nad profesjonalną reputacją, narażaną na szwank przez Google i innych agregatorów big data. Ta moja opinia sprawdziła się przewrotnie. Kluczowym ryzykiem okazała się bowiem wykorzystanie danych dotyczących „informacyjnego proletariatu” w sposób uderzający w interesy „informacyjnej burżuazji” – to była istota machinacji big data, jakie wspomogły Brexit, Trumpa i innych populistów. Przy czym istotnie główną rolę odegrali w tej operacji „dentyści” – middle classowe, ale nie wielkomiejskie, przedmieścia Michigan gdzie Trump zebrał swoje kluczowe głosy, czy też podobne społecznie regiony North England. Grupy te jednak nie oddały kontroli nad swoimi danymi w zamian za fajne apki, lecz w zamian za przysporzenie w sferze tożsamościowo-symbolicznej: możliwość politycznej autodefinicji i anty-establishmentowego buntu. Zaś informacyjna burżuazja gromko zażądała kontroli („walki z fake newsami”) nie wobec swoich własnych danych, lecz wobec algorytmów agregujących dane „dentystów”.

    Co do przyszłości to powiem tylko: Chiny. IT korpy z Delty Jangcy, których nazw jeszcze nie znamy, będą definiować naszą przyszłość jako globalni dostarczyciele 5G, AI i innych technologii. Być może produkowanych w wersji krajowej (z pełną inwigilacją) oraz eksportowej (z tokenowymi prywatnościowymi wyłączeniami). Inwigilacja i obywatelska współpraca w byciu inwigilowanym są w Chinach kulturową oczywistością: dowód osobisty jest czipową kartą wstępu do budynków publicznych np. dworców, a centralnie gromadzone dane biometryczne służą wyłapywaniu nie tylko ujgurskich terrorystów ale i np. pieszych przechodzących na czerwonym świetle (co zresztą pozwala państwu na stopniowe wycofywanie się z bardziej oczywistych przejawów zamordystycznej kontroli w stylu sowieckim). Będziemy (tu w Polsce) globalnymi dentystami, którzy dadzą się zbiometryzować w pekińskiej chmurze w zamian za chińskie kontrakty? Tak (PiS nas przed tym nie obroni), chyba że dołączymy do integracyjnego rdzenia UE, gdzie ograniczeń zażąda europejska informacyjna burżuazja – polityczny establiszment Unii, który będzie bronił kapitału informacyjnego europejskich społeczeństw jako zasobu dla sprawowania władzy.

  97. @awal bialy
    „W owych sporach niekiedy bywałem bardziej pesymistyczny od WO (np. uważając działalność Ebena Moglena za czystą autopromocję)”

    Wypraszam sobie, nigdy nie wypowiadałem się pozytywnie o utopii Ebena Moglena. Redakcja niemalże zmusiła mnie do zrobienia wywiadu z nim (bo to był okres, w którym linią redakcyjną w tych sprawach było, jak w piosence Kazika, Lipszyc i Tarkowski się na internecie znają, joła), ale cały ten wywiad jest w kontrze.

  98. @nemo
    „Tak to jest fascynujące. Sporo w biurze z tego szydziliśmy. Wygląda na to problem w rodzaju opracowania ultra/super/wyrafinowanego czołgu na pustynię i zapomnieniu, że tam jest piach i wlezie w tryby.”

    Przecież ich celem nie jest opracowanie najskuteczniejszych reklam tylko wyrwanie maksimum kasy od ogloszeniodawców. W Twojej analogii, to się będzie opłacało, jeśli masz prowizję od opracowania i zezłomowania tego czołgu (koniaczku? podwójny, stać mnie).

  99. @embercadero
    „Myślę że to mylne wnioski. Co im by przyszło z przekazania klientowi wiedzy o tym że ty już ten produkt kupiłeś. Taki klient nie kupi od nich reklamy.”

    @wo
    „Przecież ich celem nie jest opracowanie najskuteczniejszych reklam tylko wyrwanie maksimum kasy od ogloszeniodawców.”

    Oczywiście obaj macie rację, ale:
    1. Zawsze można wyciągnąć od ogłoszeniodawców więcej kasy mówiąc: klient kupił dzięki reklamie lodówkę, więc teraz pewnie kupi od was zmywarkę, kuchenkę, wyposażenie kuchni, łotewer – dajcie więcej kasy na reklamy tych rzeczy, bo jesteśmy super skuteczni.
    2. Do lodówki co prawda trudno sprzedać usługi dodatkowe, ale do wspomnianego ekspresu do kawy już tak (często sprzedawcy ekspresów sprzedają również kawę), więc można na reklamach więcej zarobić – hej, klient właśnie kupił dzięki reklamie ekspres, więc teraz szybko dawajcie większy hajs na reklamę kawy (albo dalej będziemy was robić w chuja publikując niepotrzebne reklamy).

    To że klient (reklamodawca) się wkurwi, gdy zobaczy, że płaci za niepotrzebne reklamy, faktycznie nikogo nie obchodzi, bo mamy monopol. Ale to nie znaczy, że gdyby monopolista mógł wyciągnąć od klienta więcej kasy, to tego nie zrobi. Pewnie jeszcze nie może, bo albo jeszcze nie umie, albo jeszcze ma za mało danych, albo to ciągle za dużo kosztuje. Swoją drogą ciekawe, który z tych powodów jest najbliższy prawdzie (nie zdziwiłbym się specjalnie gdyby ostatni).

  100. @”ale do wspomnianego ekspresu do kawy już tak (często sprzedawcy ekspresów sprzedają również kawę), więc można na reklamach więcej zarobić”
    Pewien znany portal aukcyjny przesłał mi taką reklamę (dotyczącą właśnie tych wszystkich materiałów eksploatacyjnych do ekspresów do kawy). Tyle, że algorytm źle oszacował tempo wyczerpywania się zapasów. Tak czy inaczej melduję, że to już jest.

  101. @bartolpartol
    ” Zawsze można wyciągnąć od ogłoszeniodawców więcej kasy mówiąc: klient kupił dzięki reklamie lodówkę, ”

    Chyba nie rozumiesz, jak działa monopol. Działa tak, że już nawet nie musisz nic mówić. GAFA niespecjalnie nawet namawia, po prostu wystarcza im argument „musisz u nas kupić reklamę na naszych warunkach”. Postępowanie antymonopolowe przeciw Google przecież dotyczy ich traktowania reklamodawców (nie nas).

    „Ale to nie znaczy, że gdyby monopolista mógł wyciągnąć od klienta więcej kasy, to tego nie zrobi.”

    Może to zrobić jak Lord Vader z Lando Carlissianem: I just altered the deal, pray I don’t alter it any further.

    Tajne nagranie z negocjacji Google z ogłoszeniodawcą: https://www.youtube.com/watch?v=WpE_xMRiCLE

  102. Z pozycji cyberoptymistycznych przeszedłem na pozycje cyberpesymistyczne. Takim przełomem był dla mnie mój pierwszy smartfon od Xiaomi (nie pamietam już, który to model ale sprowadzałem go z Hong Kongu, kiedy to jeszcze nie było popularne). Na urządzeniu był sklep od Googla i sklep od Xiaomi. Via sklep googla zainstalowałem mobilnego Firefoxa. Zaraz po zakończeniu instalacji odpalił się komunikat sklepu Xiaomi, że znaleziono aktualizację Firefoxa. Chwilę po zakończonej aktualizacji pojawił się komunikat sklepu Google, że znaleziono aktualizację Firefoxa i tak w kółko 🙂 Dotarło do mnie wtedy, że jestem narzędziem w jakiejś wojnie 🙂

  103. @lolek
    „Pewien znany portal aukcyjny przesłał mi taką reklamę”

    OK, to już coś znaczy.

    @wo
    „Postępowanie antymonopolowe przeciw Google przecież dotyczy ich traktowania reklamodawców (nie nas).”

    A ja jakimś cudem właśnie o reklamodawcach pisałem. Poza tym dyskusja dotyczyła głównie tego co o nas wiedzą, a czego nie, reszta to wątki poboczne.

  104. @izbkp

    „Dotarło do mnie wtedy, że jestem narzędziem w jakiejś wojnie”

    A to akurat żadna wojna, tylko zwykłe niedopatrzenie. Normalnie sklepy nie powinny na siebie nachodzić (powinny mieć wydzielone poletka w pamięci telefonu z osobnymi danymi o zainstalowanych aplikacjach, aktualizacjach i tak dalej, vide Google Play i F-Droid), ale widać twórcy aplikacji Xiaomi skorzystali z tych samych defaultowych ścieżek, co Google Play, a nie zwrócili na to uwagi zapewne dlatego, że Google Play jest w Chinach zwyczajnie niedostępny i nie jest to problem, który mógł dotyczyć klientów lokalnych.

  105. @bartolpatrol
    „A ja jakimś cudem właśnie o reklamodawcach pisałem. Poza tym dyskusja dotyczyła głównie tego co o nas wiedzą, a czego nie, reszta to wątki poboczne.”

    Tyle że jest przeciez zasadnicza różnica między tym co wie o nas Google (prawie wszystko) a co wiedzą jego klienci reklamodawcy. Google ani myśli sie za specjalnie z nimi tą wiedzą dzielić – a już na pewno nie bez płacenia ekstra za ponadnormatywną skuteczność reklam. Ale póki co to chyba nawet nie mają takich opcji w ofercie. Po co mają mieć skoro i tak są monopolistą. Stad te wszystkie rozliczne trackery które próbują ukraść info o tobie bez pośrednictwa googla. Google się tą wiedzą z nikim nie dzieli.

  106. @embercadero
    „a już na pewno nie bez płacenia ekstra za ponadnormatywną skuteczność reklam”

    Zdaje się, że dokładnie to napisałem – dajcie więcej hajsu za lepsze reklamy. Ale może się mylę i nie rozumiem tego co piszę.

  107. @bartolpartol
    „Zdaje się, że dokładnie to napisałem – dajcie więcej hajsu za lepsze reklamy.”

    Przepraszam, ale dalsze komentarze pokazujące, że kolega nie rozumie kwestii monopolu (że mogą i tak powiedzieć „dajcie więcej hajsu”, bez „w zamian za”), będą wylatywać, bo ile można. Chyba że kolega chce nam coś powiedzieć, ale nie umie tego sformułować klarownie – dla mnie to ciągle brzmi jak „przecież gdyby oferowali lepsze usługi, mogliby za nie pobierać większe opłaty”.

  108. Dzień dobry w nowym miejscu, delurk.

    >co o nas wiedzą
    Jeśli korzystamy z Gógla (a szczególnie z Gmaila) to serdecznie polecam wejść w Konto Google -> Płatności i subskrypcje -> Zakupy.
    Zakładam, że tutaj osób, które ogarnie przerażenie od patrzenia na tę zakładkę będzie mniej niż więcej, ale parę razy widziałem wytrzeszczone oczy i gorączkowe rzucanie się w odmęty konfiguracji konta.

  109. Będą w średnim wieku specjalistą od digital marltingu delurkuję w kwestii „wiedzę czy nie wiedzą, że kupiłem lodówkę”.

    Otóż wiedzą – ale tylko wydawca (Google, FB) i firma zalecający kampanię, w wyniku której sprzedała się ta lodówka. Natomiast cała reszta reklamodawców, która również poluje na człowieka planującego kupić lodówkę (przeglądał lodówki na ich stronie) ma tylko informację, że jest w internecie ktoś, kto chce kupić ich towar, więc walą do niego ze wszystkich dział.

    A jeśli ktoś dostaje reklamę lodówki od firmy, w której kupił ją wczoraj – jest to wynik źle prowadzonej kampanii.

  110. „A jeśli ktoś dostaje reklamę lodówki od firmy, w której kupił ją wczoraj – jest to wynik źle prowadzonej kampanii.”

    Zwykle po rezerwacji hotelu na bookingu przez trzy dni miałem od Google reklamę tego hotelu, a nie wiem czy tyle mamy konkurujących ze sobą bookingów.

  111. @cena a efektywność reklam
    Wyobraźmy sobie funkcję: cena reklam w google (przychód) w zależności od skuteczności. Chyba nie wzbudzi kontrowersji, jeśli napiszę, że zaczyna się ona w punkcie (0,0). Następnie jakoś tam rośnie, ale powyżej pewnej wartości się wypłaszcza (tak rozumiem stanowisko WO – tj że przyrost efektywności nie przynosi już wzrostu ceny monopolisty, bo on już i tak bierze maksimum). Nałóżmy na to wykres kosztów. One również startują od (0,0), następnie zaś jakoś tam monotonicznie rosną wraz z efektywnością. W pewnym zakresie koszt jest poniżej przychodu, ale powyżej niego koszty przebijają cenę (gdyż jej krzywa wypłaszcza).
    Różnica między jednym a drugim wykresem – to zysk.

    Maksymalny zysk będzie występował jeszcze przed wypłaszczeniem ceny (tam, gdzie pochodne się zrównują). A jeśli Google umie liczyć kasę, to właśnie w tym obszarze się znajduje „punkt pracy”. Wnioski: owszem, w zamian za nieco wyższą efektywność, G. mógłby żądać wyższej ceny (czyli, ów punkt pracy nie znajduje się jednak tam, gdzie go widzi WO, tylko nieco na lewo na osi efektywności), ALE mimo to nie ma żadnego powodu aby to robić, gdyż zysk by z tego wcale nie był większy…

  112. Ale nie ma potrzeby wymyślania modelu analitycznego zachowania Google na sucho. Dopiero co rok temu podnieśli ceny Google Maps z maja na czerwiec o kilkadziesiąt procent, a w przypadku drobnicą z którymi więcej indywidualnych potrzeb niż zysku – o klkaset do kilku tysięcy (np. 9000%). Zanim sobie to scałkujesz w zrozumiały dla siebie model prześledź tamte analizy, argumenty i negocjacje które wyglądały dokładnie jak na filmiku WO.

  113. @Tomasz Maczkowski
    „Otóż wiedzą – ale tylko wydawca (Google, FB) i firma zalecający kampanię”

    Dzięki, o to mi chodziło.

  114. chciałbym zwrócić uwagę, ze szanowny gospodarz jakieś dziwne rzeczy pisze o ‚rozbijaniu’ Microsoft przez UE i rzekomym schyłku potęgi tej firmy…

    Abstrahując od aspektu kary finansowej (raczej relatywnie pomijalnej kwoty i jak widać niespecjalnie skutecznej), z punktu widzenia użytkownika, wyrok KE dotyczył dwóch rzeczy: zakazu bundlowania Windows Media Player z systemem operacyjnym (Niesławny Windows w edycji ‚N’) oraz wymuszenia ‚ballot box’ namawiającego na instalacje przeglądarki alternatywnej dla IE.

    WMP nawet w czasach swojej świetności nie był jakimś cudem (każdy obeznany i tak natychmiast instalował Winampa), a edycja ‚N’ Windowsa w praktyce istniała tylko na papierze – z tego co się orientuje nie było tak naprawdę żadnego skutecznego mechanizmu żeby przymusić producentów komputerów do dystrybuowania właśnie tej konkretnej wykastrowanej wersji.

    Absolutnie komiczne jest natomiast to, że nawet najnowszy Windows 10 teoretycznie nadal istnieje w wersji ‚N’ – w sytuacji gdy konsumpcja mediów prawie całkowicie przeniosła się na mobile, smart TV, Youtube, Spotify, Netflixy i inne wszelkiej maści chmury. Piękny (barejowski wręcz) relikt zamierzchłych czasów, rechot biurokratycznego absurdu i symbol impotencji działających z 10 letnim opóźnieniem regulatorów…

    W kwestii Internet Explorera, już w momencie wejścia ‚ballot box’ (2010 or so) przeglądarka była pośmiewiskiem i obiektem drwin i bardzo szybko straciła jakąkolwiek popularność – nie ze względu na jakieś regulacje, a na samo życzenie Microsoftu, który całkowicie przespał rozwój tej sfery internetu. Chrome i Firefox wyparły ją z rynku po prostu jako produktu o rzędy wielkości lepsze w porównaniu do żenującego wręcz IE.

    Co do tego, że wyrok KE miał niby zniechęcić Microsoft do wejścia w mobile: To *Microsoft* był pionierem mobile. Już w 2000 roku mieli Windows Mobile / CE / Pocket PC, który funkcjonalnością nie ustępował jakoś specjalnie współczesnym smartphonom (oczywiście jak na możliwości ówczesnej technologii): te urządzenia miały WiFi, BT, GPS, aplikacje i (tak, dość siermiężny) interfejs dotykowy. Owszem, była to wtedy dość spora nisza, bo problem polegał na tym, że ‚zwykłemu człowiekowi’ nie były one do niczego przydatne – nie było taniego, powszechnego i szybkiego internetu komórkowego, media społecznościowe nie istniały, tak samo jak streaming wideo/muzyki, płatności internetowych itp itd.

    Microsoft miał wizję, ale ta wizja pojawiła się o 10 lat za wcześnie – nie istniała wtedy infrastruktura ani ekosystem by ją kompletnie zrealizować. Paradoksalnie wczesne wejście MS w mobile doprowadziło do ich późniejszej klęski: pierwsze iPhone były wyśmiewane przez włodarzy MS jako ‚zabawki’, padały przyśmiechujki w stylu: „my to już mamy od lat – i do dużo lepsze”. Ale to właśnie iPhone (i nieco później Android) zdołały zebrać do kupy te kawałki technologi które zdążyły dojrzeć w tamtych czasach i stworzyć koherentny produkt dla ‚zwykłego człowieka’ z przydatnymi dla niego funkcjami i nastawiony na ‚user experience’ – i było pozamiatane. Ponownie – żadna zasługa w tym regulacji, jedynie śpiączki MS w tej kwestii.

    Jeśli chodzi o potęgę firmy, Microsoft ma obecnie najwyższą kapitalizacje w swojej historii – i prawie miliard desktopów z Windows 10 (nawet po niekończącej się fali fuckupów z tym systemem). Co najistotniejsze, obecnie to nie w desktopach jest kasa, liczy się datacenter (AKA ‚cloud’), enterprise i ‚software as a service’ (doimy kasę ciągle, a nie raz na jakiś czas) a tam z Azure, Office365 i produktami za ciężkie pieniądze jak Windows Server czy SQL Server – MS jest wyjątkowo silny.

  115. I jeszcze co do samej ankiety: jestem pesymistą.

    Internet miał nam przynieść erę informacji, a w praktyce wypaczony został w narzędzie ery dezinformacji.
    Clickbaitowy, emocjonalny nonsens zawsze będzie atrakcyjniejszy niż rzeczowa, chłodna prawda – taka natura człowiecza.

    Być może z czasem społecznie uodpornimy się na to szambo, ale podejrzewam, że czeka nas parę nieciekawych katastrof po drodze (Trumpy i Brexity to dopiero początek) – koszt tej szczepionki będzie bardzo wysoki.

  116. @tadari

    „Być może z czasem społecznie uodpornimy się na to szambo”

    Nigdy to nie nastąpi. „Clickbaitowe szambo” to nie jest żadna nowość, brukowce istniały jeszcze na długo przed pojawieniem się internetu. Ono zostało tylko na jakiś czas zatrzymane głośnym powojennym procesem Juliusa Streichera (wtedy tabloidy zmieniły profil: odpuściły politykę i – zamiast szczuciem, nawoływaniem do pogromów oraz rozsiewaniem teorii spiskowych – zajęły się tzw. „gaciami Dody” i newsami w stylu „człowiek pogryzł psa”). Po prostu na wolnym rynku mediów gorsza moneta wypiera lepszą, więc nienawiść i bzdury zawsze będą lepiej się monetyzować (pół biedy, kiedy jest to szczucie na celebrytów i nieszkodliwe historyjki o inwazji UFO). Niestety – wraz z ekspansją internetu Der Sturmer powrócił w wielkim stylu, i na dobrą sprawę nie widzę siły zdolnej tego zatrzymać; każda regulacja wywoła ryk internautów, oburzonych „totalitarną cenzurą” i „terrorem politpoprawności” (skoro nie jesteśmy w stanie zatrzymać nawet zwykłych meneli od patostreamu, to co dopiero profesjonalnych podżegaczy). Breitbart jest nie do ruszenia.

  117. Na scenę wkracza pokolenie Z, dla którego życie offline jest już abstrakcją i folklorem dziadków. Codzienny przepływ terabajtów począwszy od zerówki jest właściwie poza naszą kontrolą, za to ze wskazaniem na podrzucony przez Awala kierunek – Chiny. Siła Tiktoka pozostaje absurdalnie wręcz niezauważana, biorąc pod uwagę ilość wrażliwych i kompromitujących danych (w trybie teoretycznie prywatnym) tam spływających. Naprawdę nietrudno bez dużego rozgłosu wypromować żerujące na danych (i numerach kart rodziców) aplikacje niezbędne w świecie 10-latków. Siła rażenia fake news’ów snapchacie czy tiktoku jest dużo trudniejsza do oszacowania niż na twarzościanie, co było widać podczas afery Cambridge Analytica.
    Coraz większa część internetu wylewa się poza GAFA, ze wskazaniem na twory azjatyckie. W szkołach tłumnie pojawiają się chińscy native speakerzy, a poza nimi liczne kursy językowe po nierentownych wręcz cenach, sprzedające oficjalną politykę państwa i oferujące wycieczki do ChRL dla najzdolniejszych.

    W kilku drugich klasach szkoły podstawowej, z którymi mam przyjemność prowadzić lekcje, przeszło połowa uczniów przyznała się do zasypiania z telefonem w ręce. Konta do wszystkiego są zazwyczaj bezmyślnie powiązane, zaczynając łańcuszek od defaultowego prolfilu google na smartfonie (tu też pracuję nad zmianą nomenklatury na „pan Google”, z resztą dzieciaki zadziwiająco słabo umieją w wyszukiwanie). Najbliższym punktem, w którym spotkamy się z młodzieżą jest instagram lub prowadzone dla spokoju rodziców laurkowe konta na buniu. Kontrolę dziecięcego internetu prowadzą zwykle niedofinansowane NGOsy, a wielkim sukcesem jest usunięcie klipu lub nawet całego konta jakiegoś ch*ja z YouTube’a, zwykle po długiej walce z serwisem i nagłaśnianiu sprawy w mediach. Do kopalń snapów i tiktoków nie ma już kto zajrzeć.

    Moim zdaniem rozdrobnienie GAFA nie bedzie miało dużego znaczenia dla najmłodszych użytkowników, oddających swoją prywatność praktycznie nieznanym nam korpo. Azjatyckie smoki zjedzą ich, zanim się spostrzeżemy.

  118. leszczoid,
    „prolfilu google”
    – Bardzo ładne. Będę używał.

    „W szkołach tłumnie pojawiają się chińscy native speakerzy”
    – Gdzie tak? Warszawa? Jakieś inne większe miasto?

    Miałbym prośbę o opinię: czy rodzice jeszcze mają szanse z tym walczyć w mniej drastyczny sposób, czy wymagałoby to odinternetowienia i zdesmartfonowania dzieci?

  119. @Bardzozly
    Niestety tylko własne i cudze obserwacje w Toruniu i Bydgoszczy.
    Zdesmartfonowanie i odinternetowienie nie jest żadną alternatywą, jedynie edukacja, wskazywanie zagrożeń, przykład własny i ogólne poświęcanie czasu dziecku przynoszą efekty. Aplikacje są przedłużeniem naturalnych potrzeb dzieci, jak np. Tiktok, na którego (w najbardziej bezpiecznej opcji) wrzuca się układy taneczne we własnym wykonaniu. Dzięki Synthesii praktycznie każdy może zagrać ulubioną piosenkę na pianinie, nie znając wcale nut. Aplikacje matematyczne czy fizyczne są również kapitalne, tylko szkoła nie jest systemowo gotowa na ich wykorzystanie. Podstawową potrzebą w szkole podstawowej pozostaje komunikacja, gdzie ciągle rządzi facebook, ale tylko poprzez messengera i whatsappa. Zamiast wykluczenia cyfrowego walczmy po prostu o trening fact-checkingu i bezpiecznego poruszania się w sieci, zawarty w podstawie programowej.
    Pewnie jakieś skille preppersów też się przydadzą dzieciom w walce o wodę…

  120. @Artur Król

    Przepraszam za długi pobyt komcia w zamrażarce. Za rzadko tam zaglądam, nie wyrobiłem sobie jeszcze odruchu regularnego sprawdzania. Spamfiltrowi nie spodobały się linki do serwisu lesswrong – kliknąłem i mi też się nie spodobały (to wygląda jak jakaś sekta?). Więc wyciąłem i po tej edycji zatwierdziłem.

    „duża część podejścia do tematu cybertechnologii wywodzi się z tego podstawowego sposobu myślenia – czy musimy bronić z trudem wywalczonych praw, czy też idziemy w kierunku rozwoju i wzrostu.”

    Dla mnie wybór jest oczywisty – pieprzyć taki rozwój, który zagraża wywalczonym prawom.

  121. @leszczoid:
    „edukacja, wskazywanie zagrożeń, przykład własny i ogólne poświęcanie czasu dziecku”
    – Czyli nic nowego po słońcem. Z przykładem własnym jest największy problem, bo jaki można dawać przykład samemu będąc całkowicie lub częściowo wykluczonym cyfrowo. (Aż się zastanawiam, jakich rodziców jest więcej: umiejących nauczyć dziecko czytania/pisania, czy umiejących nauczyć nawigowania po internetach). Także to, co piszesz, naprawdę w podstawie programowej by się przydało.

  122. Przepraszam, ale chciałem tylko zapytać o argument, pt gugiel zły bo czyta maile, czy ktoś z komcionautów, poza dwoma wyjątkami jak tu czytam, ma własny serwer pocztowy? Bo to że gugiel prześwietla maile, to nie tak, że on jeden, każdy dostawca maila z filtrem antyspamowym to robi, gugiel mówi, że czyta maile, inni udają, ze tego nie robią, dopóki ktoś nie zapyta…

  123. @lupus
    „ma własny serwer pocztowy?”
    Własnego co prawda nie mam, ale od kilku lat płacę niewielkiej polskiej firmie za hosting głównie po to, żeby mieć skrzynkę trochę dalej od gigantów i email pod własną domeną. Czy to coś realistycznie daje, to do końca nie wiem – pewnie i tak maile leżą na serwerze w jakiejś chmurze, ale może chociaż googlowi troszeczkę trudniej się do nich dobrać.

  124. Pewnie jeszcze nie może, bo albo jeszcze nie umie, albo jeszcze ma za mało danych, albo to ciągle za dużo kosztuje. Swoją drogą ciekawe, który z tych powodów jest najbliższy prawdzie

    Po prostu informacja o pojedynczym użytkowniku jest za mało warta na liście informacji. Można ją monetyzować, ale w tej skali się to nie opłaca. I przy dalej postępującym rozwarstwieniu społecznym, raczej tak pozostanie, albo się nawet pogłębi.

  125. @liście informacji
    -> miało być oczywiście „rynku informacji”.

Dodaj komentarz