Patronite nie istnieje

Ponieważ porozumieliśmy się z zarządem jak Polak z Polakiem, nie będę już do niczego wracać. Wielkodusznie puszczę wszystko w niepamięć.

Napiszę więc tak sobie ogólnie o elitach i ich alienacji. Alienacja klasy pracującej to temat doskonale opisany w marksizmie, świetny wywiad ostatnio miała o tym moja koleżanka (związkowa i redakcyjna) Adriana Rozwadowska z prof. Moniką Kosterą.

Fascynuje mnie ostatnio temat alienacji elit, o którym w marksizmie jakby mniej, ale literatura uwielbia go opisywać co najmniej od czasów Szekspira. A nawet Elektrybałta („Gniewny Gienek Gienerator garbiąc garści grzązł gwałtownie…”).

Dla porządu zaznaczę, że „elity” definiuję marksistowsko, jako tych, którzy posiadają środki produkcji (klasa wyższa) lub nimi zarządzają (wyższa średnia). Czyli nie łapie się na to profesor ani pisarz (nawet wzięty).

Świat elit jest dla mnie niepojęty. Często w różnych swoich rolach, i jako dziennikarz, i jako aktywista rozmawiam z tymi ludźmi, ale ich nie umiem zrozumieć.

Nie nadawałbym się na autora fabuły o elitach z fantazji nieocenionego Awala. Nie umiem dokończyć zdania typu „Prezes Pokrzycki spojrzał w lustro i pomyślał…”.

Pomyślał co? Nie wiem. Nie umiem sobie wyobrazić ich myśli, ich uczuć, ich motywacji.

Wyobrażam sobie, że to się zaczyna niewinnie. Z tego, że kontrolujesz środki produkcji nieuchronnie wynika, że zaczynają cię otaczać pochlebcy. Podwładni zaczynają ci przytakiwać i mówić miłe rzeczy, bo podświadomie liczą, że im to wynagrodzisz awansem, podwyżką albo przynajmniej przesunięciem na koniec kolejki kandydatów do zwolnienia.

Nie ma znaczenia, kim jesteś jako człowiek. Możesz być sympatyczny, otwarty, bezpośredni, możesz probować być tzw. „dobrym panem”, albo wręcz „ludzkim szefem”, te mechanizmy ruszą i tak, bo taka jest Natura Lucka (TM).

Ludzie zaczną zmieniać temat rozmów gdy zobaczą, że się zbliżasz. Nawet jeśli to zauważysz, to co poradzisz?

Przecież jeśli zapytasz „ej, czy wy właśnie zmieniliście temat rozmowy na mój widok?”, zaprzeczą. Ktoś nawet powie „no skąd, przecież w naszej firmie panuje atmosfera otwartości i zaufania, a poza tym wszyscy pana traktujemy jak kumpla”.

Nie będziesz miał pewności, czy się nie zgrywa. W myślasz przesuniesz go na początek kolejki kandydatów do zwolnienia, ale problemu tym nie rozwiążesz.

Ale w sumie co cię to obchodzi? Coraz lepiej czujesz się u siebie, w magicznej krainie Elitopii, w Dyrektorsburgu, w Zarządolandii, w Ciudad Padron. Niech tam sobie nawet twoi podwładni coś szepczą po kątach, na każdego z nich masz dwudziestu chętnych.

Myślę, że kluczem wszelkiego sukcesu, czy to w biznesie, czy w polityce, jest niepoddawanie się temu zjawisku. Steve Jobs na przykład był mobbującym szefem, ale potrafił WYCZUĆ potrzeby małego, nieważnego ludzika (w zakresie technologii cyfrowych). I przewidzieć, jakiego ten ludzik chciałby sobie kupić laptopa, albo i smartfona.

Nawet przeciwnicy Kaczyńskiego zgodzą się ze mną, że jego triumfalna passa po 2015 brała się z wyczucia potrzeb szeregowego wyborcy. Inni politycy doskonale dogadują się ze sobą nawzajem (oraz z innymi mieszkańcami Elitopii), ale wyborcom takim jak ja czy ty mają do zaoferowania wymiętolone frazesy, które możemy zaakceptować tylko jako „mniejsze zło”.

Kaczyński stworzył fantastyczną miksturę kija i marchewki, że 500+ plus „straszydło sezonu”, jak nie islamiści to seksualizatorzy. To wszystko bzdury, ale opozycja od 5 lat nie umie tego skontrować, bo nie umie mówić językiem Jana Kowalskiego. Bążur!

Ale i Kaczyńskiemu to gaśnie. Afera futerkowa, na której o mało co nie wykopyrtnęła się koalicja, jest tego przejawem. Wszyscy wiedzą, że prezes kocha zwierzątka, a więc zapewne na Nowogrodzkiej od dawna ludzie demonstracyjnie noszą worki z kocim żwirkiem, żeby pokazać prezesowi, że też kochają zwierzątka.

Skoro wszyscy mu w tej sprawie przytakiwali, to prezes był przekonany, że poprą go też wszyscy. I najwyraźniej zaskoczył go brak entuzjazmu wielu Janów Kowalskich – często dotychczasowych wyborców PiS! – dla jego nowej ustawy.

Pożarła go Elitopia. Zabłądził w Prezesburgu. I dobra nasza.

Gdybym kiedyś awansował do elity, zatrudniałbym kogoś jako konsultanta ds mówienia mi przykrych rzeczy. Ale nie awansuję.

Na razie wiem jedno, że na jakiś czas temat Patronite’a (oraz wskrzeszenia podkastu) nie istnieje. Chciałbym też, żeby tutaj została wszelka ew. dyskusja na ten temat, żebyśmy mogli się zająć czymś ciekawszym, no bo ile można…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Skomentuj

100 komentarzy

  1. Po pierwsze – gratuluję sukcesu.

    A co do notki, to pomijając fakt, że wydaje mi się, że pozycja profesora jest pod wieloma względami zbliżona do „wyższej średniej” jeśli chodzi o alienację, nie zgodzę się z tym, że Kaczyński z „5 dla zwierząt” stracił wyczucie społeczne.
    To nie społeczeństwo jest przeciwko – to jego bezpośredni podwładni, wydaje mi się, że to nie jest bunt szeregowców tylko spisek oficerów. Wszyscy ci posłowie, działacze i inne figury z jednej strony zblatowane ze „swoimi biznesmenami” do tego pozbawieni empatii (bo to ułatwiało karierę). Oczywiście to jakoś tam trafia na grunt wyrobiony ofensywami antylewackimi, latami wbijania w swój elektorat wizji złych ekoterrorystów -ale to wydaje mi się mniej istotne. To by przeszło (mało kto jest bezpośrednio „trafiony” tą reforma), ale interesy otoczenia władzy zostały zagrożone.

  2. Przez te piątkę pewnie nie drgnęło PiSowi nawet o ułamek. Po prostu widzimy na przykładzie jak sprawna i dobrze zorganizowana mniejszość potrafi zdominować demokrację.

  3. @wo

    „Wyobrażam sobie, że to się zaczyna niewinnie. Z tego, że kontrolujesz środki produkcji nieuchronnie wynika, że zaczynają cię otaczać pochlebcy.”

    Może to zabrzmi banalnie (w końcu czasem popkultura sięga po wątek nagłej deklasacji) ale mam wrażenie że istotne znaczenie ma tu też sama zmiana otoczenia i zachowania. Choćby tego, że zamiast prowadzić samochód – ma się kierowcę. Nie szuka się miejsca do parkowania, zaczyna się mieć stopniowo – wraz z awansem w górę – coraz więcej ludzi załatwiających codzienne sprawy. Nie lata się już tanimi liniami, tylko pierwszą klasą albo i w ogóle bizjetem, zamiast pociągu jest śmigłowiec (czy wynajęty czy też firmowy). Siłą rzeczy problemy typu „spóźniające się pociągi” przestają mieć realne znaczenie dla danej osoby.

    I to ma znów ciekawe a czasem tragiczne konsekwencje – przy przyzwyczajeniu takiej osoby do tego że jest w centrum uwagi to nawet obiektywne czynniki mogą wydawać się nieistotne. Żeby daleko nie szukać – jest parę przypadków katastrof lotniczych (także w Polsce) gdzie (relatywnie) Ważna/Bogata Osoba z Elit zginęła a lot wykonywany był w trudnych warunkach. Czy pilot wtedy wykonał polecenie bojąc się zwolnienia/konsekwencji? Niewykluczone (choć nie ma często dowodów, z powodu śmierci i pilotów i pasażerów/właścicieli a nie zawsze są dostępne nagrania)

    @D.N.L

    ” Kaczyński z „5 dla zwierząt” stracił wyczucie społeczne.”

    Warto zwrócić uwagę na to jak mocno protestują rolnicy. To nie tylko hodowcy norek, „piątka” została odczytana jako rodzaj sojuszu z symbolicznymi popijającymi sojową latte lewackimi weganami uważanymi za oderwanych od życia i nie znających realiów wiejskich.

    P.S

    „pozycja profesora jest pod wieloma względami zbliżona do „wyższej średniej””

    Nie jest do momentu wskoczenia na poziom dziekańsko – rektorski (przy czym dziekan to taka entry-level position). Ale w tym momencie następuje właśnie przesunięcie z wykonywania „zwykłej” pracy właśnie na zarządzanie (i można powiedzieć że ma się końcu „ludzi od czegoś”)

    Ale może się mylę, ja się do elit nie wybieram…

  4. „Gdybym kiedyś awansował do elity, zatrudniałbym kogoś jako konsultanta ds mówienia mi przykrych rzeczy.”
    Też nie działa. „Hominem te memento” nie pomogło ani Cezarowi, ani następcom.

  5. @wo
    „Nie umiem dokończyć zdania typu „Prezes Pokrzycki spojrzał w lustro i pomyślał…”.

    …”Pokrzycki, ty gołodupcu! Iksiński ma jacht wielkości pola golfowego, Igrekowski odrzutowiec o rozmiarach sali konferencyjnej, a ty wozisz się jakimś gratem za 200 tysięcy! Nawet najgorsze szuszwole śmieją się z ciebie na bankietach! Wstyd!”. Im dłużej Pokrzycki patrzył w lustro, tym mniejsze wydawało mu się swoje odbicie. W końcu podjął tę bolesną, od dawna odkładaną decyzję…

    „Pomyślał co? Nie wiem. Nie umiem sobie wyobrazić ich myśli, ich uczuć, ich motywacji”

    Serio – pytanie z „Milionerów”: o czym może myśleć prezes Pokrzycki?
    a/ o nowych debiutach literackich „Wydawnictwa Poznańskiego”,
    b/ o Twierdzeniu Gödla,
    c/ o tym jak naprawić kran,
    d/ o rynku superdrogich nieruchomości w Szwajcarii?

    Ich myśli krążą wokół rezydencji na Lazurowym Wybrzeżu, uczucia ulokowane są na giełdzie papierów wartościowych, a motywacja to forsa. To z reguły Janusze, które zgoliły wąsy i poprzebierały się w drogie garnitury. Ludzie jego pokroju są niewolnikami własnej klasy, Pan Prezes nie może sobie ot tak pójść na spacer, po zakupy do Biedronki albo pojechać na działkę i zaszyć się z książką. Kiedy raz wejdziesz między prezesy, to musisz coraz szybciej pedałować, bo inaczej spadniesz z rowerka (no chyba, że mówimy o dziedzicu prezesa Pokrzyckiego – on już nic nie musi, może wszystko przewalić i pojechać na Goa uprawiać topinambur).

    @Nankin77
    „Przez te piątkę pewnie nie drgnęło PiSowi nawet o ułamek”

    Bo też co szeregowego wyborcę PiS obchodzą interesy lobby futrzarskiego? Ani go to ziębi, ani grzeje. Co on (zwykły Kowalski, a nie jakiś bonzo z branży) z tego ma? Ba – może nawet się ucieszy, że w końcu te śmierdzące fermy wyniosą się za wschodnią granicę; long overdue.

  6. Gratuluję sukcesu. A przy okazji zdelurkowania (delurkacji?) chciałbym podziękować za poruszanie przez Szanownego Gospodarza kwestii praw pracowniczych i odklejenia klas zarządzających/posiadających od rzeczywistości. Sam byłem niedawno w sporze z pracodawcą i z całą pewnością to co przeczytałem tutaj w blognotkach i komentarzach umocniło mnie w postanowieniu udania się do sądu. Do rozprawy nie doszło, skończyło się ugodą sądową.
    Z kontaktów z zarządzającymi pamiętam ich arogancję, niekompetencję i przekonanie, że będzie tak jak oni powiedzą, a pracownik wyjdzie i przeprosi.
    Czekam niecierpliwie na kolejne notki o popkulturze – więcej „Now playing”…, tak wiem, że nie ja redaguję tego bloga. To skromna prośba:)
    Ponieważ Patronite nie istnieje, nieśmiało pytam kiedy będzie można wspomóc Gospodarza zakupem nowej książki?

  7. @wo
    Gratulacje! Co prawda chętnie bym się do tego Patronite dorzucił (mam podobny, hmmm dyskomfort? jak kuba_wu), ale książki też lubię kupować.

    @ konsultant ds. sprowadzania na ziemię
    To oczywiście prędzej czy później skończy się tym, że takowy będzie tylko irytował. Lepsza recepta to chyba 1) utrzymywanie średnioklasowego stylu życia jak długo się da (samodzielne ogarnianie codziennego życia – od sprawunków po formy konsumpcji kultury i 2) dobranie sobie co najmniej jednego zastępcy/ bezpośredniego podwładnego o odmiennych zapatrywaniach na różne rzeczy i/lub 2a) utrzymywanie w zespole co najmniej jednego marudy i szydercy (często opisujesz siebie w podobny sposób).

    @rolnicy i piątka dla zwierząt
    Rację ma sfrustrowany_adiunkt. Piątka musiała zaniepokoić znacznie większą grupę niż sami hodowcy norek. Pamiętajmy, że Lepper był ceniony właściwie we wszystkich wiejskich środowiskach mimo, że był raczej elitą byznesu niż przeciętniakiem, i to raczej takiego który polega raczej na rozmaitych kombinacjach niż uczciwym i dobrym gospodarzeniu. Przyczyn tego jest cała masa – ludzie na wsi nie ufają żadnym zmianom, bo są przekonani że raczej na nich stracą niż zyskają (czasem mają rację, czasem nie). Aspekt kulturowy też ma znaczenie, generalnie patrząc zwierzęta są traktowane przedmiotowo, wszystko co przychodzi od miastowych lewaków jest traktowane co najmniej niechętnie (a wtrącanie się do spraw „gospodarskich” – wręcz pogardliwie), uważa się też, że wychowywanie na wsi stwarza „lepszych” ludzi, cokolwiek to ma oznaczać. No i oczywiście mamy dodatkowy czynnik w postaci działalności tych rozmaitych Ardanowskich i AgroUnii. Oraz PSL i innych (np. wczoraj mignął mi w telewizorze Borowski twierdzący, że z drobiem to była przesada).

  8. @wo „Wyobrażam sobie, że to się zaczyna niewinnie. Z tego, że kontrolujesz środki produkcji nieuchronnie wynika, że zaczynają cię otaczać pochlebcy. Podwładni zaczynają ci przytakiwać i mówić miłe rzeczy”
    Tu nie można nie przypomnieć prastarego tekstu Andrzeju Waligórskiego pt. „Trucie Gucia”, gdzie ten proces został zgrabnie opisany.
    @ustawa futerkowa
    Gdyby chodziło o norki jedynie, to faktycznie sprzeciw byłby umiarkowany. Ale tu są co najmniej jeszcze dwie rzeczy: zakaz uboju rytualnego (całkiem spora gałąź „przemysłu mięsnego” niestety) oraz przede wszystkim prawo do kontroli warunków hodowli zwierząt przez organizacje pozarządowe. Tu już każdy rolnik poczuł, że mu miastowe zaraz zaczną rozkazywać, co może a czego nie może z kurą, świnią i psem.

  9. @mnf „d/ o rynku superdrogich nieruchomości w Szwajcarii?”
    Jeśli Pokrzycki jest wyższą średnią, to jest za cienki na ten rynek. Tu już trzeba być pełną gębą UC, bo o willach na zuryskim Złotym Wybrzeżu czy tych nad Lac Leman myśli cała Europa Wschodnia, pół Azji i Bliski Wschód.

  10. @sfrustrowany_adiunkt
    „Choćby tego, że zamiast prowadzić samochód – ma się kierowcę. Nie szuka się miejsca do parkowania (…) zamiast pociągu jest śmigłowiec (czy wynajęty czy też firmowy).”

    Tu mnie trochę zgubiłeś jeśli chodzi o to kogo konkretnie masz na myśli. Grupa mająca dostęp do kierowców i śmigłowców jest bardzo wąska i wydaje mi się że Gospodarz nie był w sporze, oraz nie prowadził negocjacji z takimi ludźmi.
    W przypadku samej notki też nie wiem o kogo chodzi? Czy wszystkich do których ktoś „raportuje” i którzy mogą mieć wpływ na kolejkę osób do zwolnienia czy kolejność dziobania przy podwyżkach? Przecież takich ludzi są setki tysięcy i raczej ciężko tu mówić o elitach i oderwaniu.

  11. O wyalienowaniu osoby na szczycie jest sporo uwag w Sijar al-muluk (nazywanym niepoprawnie Sijasatname) Nizama al-Mulka (XI wiek!)

    Po pierwsze, władca ma zakaz imprezowania z wysokimi urzędnikami, którzy w tej sposób zaczną być nieuczciwi itp., licząc na przyjaźń króla.

    Przyjaciele i towarzysze biesiad powinni być „spoza systemu” i stanowić zarówno odskocznię od spraw państwa (od których powinni się trzymać z dala), jak i grupę, która będzie zawsze mogła powiedzieć królowi prawdę – zarówno z uwagi na przyjaźń, jak i właśnie brak relacji pan-sługa. Powinni przy tym jednak unikać mentorskiego tonu (to w kwestii zawodowego sprowadzacza na ziemię), jest on bowiem drażniący, a władca i tak nie posłucha.

  12. @sheik.yerbouti

    Nie umiem oszacować jego zarobków. Na pewno mieści się w „złotym procencie”, ale czy w skali roku są one sześcio czy siedmiocyfrowe? Jest UMC czy UC? To zależy o jakim Pokrzyckim mówimy. Ruskim oligarchą nie jest, ale ten Zurych śni mu się po nocach z całą pewnością.

    @s.trąbalski
    „dobranie sobie co najmniej jednego zastępcy/ bezpośredniego podwładnego o odmiennych zapatrywaniach na różne rzeczy (…) utrzymywanie w zespole co najmniej jednego marudy i szydercy”

    Kiedy właśnie trynd w coachingu jest odwrotny („uwierz w siebie, to będziesz góry przenosił”). Zaleca się wręcz unikać mędzenia brutalnie sprowadzających delikwenta na ziemię Orlińskich. Zasługujesz na sukces, nie daj go sobie odebrać zawistnikom i ludziom małej wiary! Wyrzuć sprowadzający cię na ziemię balast, wbrew marudom sięgaj do gwiazd!

  13. @kosmaty
    „Tu mnie trochę zgubiłeś jeśli chodzi o to kogo konkretnie masz na myśli. Grupa mająca dostęp do kierowców i śmigłowców jest bardzo wąska i wydaje mi się że Gospodarz nie był w sporze, oraz nie prowadził negocjacji z takimi ludźmi”

    Pytanie skierowane jest co prawda do adiunkta, ale myślałem, że rozmawiamy tu o uogólnionym Prezesie Pokrzyckim z serialu @awala, nie o jakiejś konkretnej osobie. In real life to chyba faktycznie nie będą aż tak grube ryby.

  14. @mnf „Nie umiem oszacować jego zarobków. Na pewno mieści się w „złotym procencie”, ale czy w skali roku są one sześcio czy siedmiocyfrowe? Jest UMC czy UC? To zależy o jakim Pokrzyckim mówimy.”
    Żeby tutaj kupić coś większego niż zwykły dom jednorodzinny w dobrej lokalizacji, trzeba wydać absolutnie najmarniej, wręcz okazyjnie, jakieś 30mln zł. Tyle chyba nawet Obajtek jeszcze nie zainkasował?

  15. @mnf
    „Pokrzycki, ty gołodupcu!”

    To jednak dla mnie zbyt stereotypowe. Te motywacje nie mogą być aż tak banalne. Ale jak już powiedziałem, nie rozumiem ich. Już prędzej umiem sobie wyobrazić szczebel Steve’a Jobsa i marzenie typu „nadać własne piętno całej rewolucji cyfrowej”, ale to z kolei dużo wyżej.

  16. Czy jakichś wskazówek nie mógłby tutaj udzielić serial Sukcesja? Zwłaszcza arywiści, czyli Tom i Greg. Bardzo chcą być ważni, chcą być bogaci, ten drugi w dodatku zaznał biedy i wie jaki to parszywy stan, więc za wszelką cenę chce się utrzymać przy kurku z kasą. Łączy ich głębokie przekonanie, że świat tak wygląda i absolutnie nic nie da się z tym zrobić. Jest im
    też raczej wszystko jedno, czym konkretnie zarządzają.

  17. „Gdybym kiedyś awansował do elity, zatrudniałbym kogoś jako konsultanta ds mówienia mi przykrych rzeczy. Ale nie awansuję.”

    Prawie każdy tak to sobie wyobraża. Ale Natura Lucka inna jest. Kiedyś już dostał Pan za darmo „konsultanta do mówienia przykrych rzeczy”, niejakiego Ebenezera Rojta. I co, skorzystał Pan? Zgaduję, że okazał się kompletnie niekompetentny i trzeba go było przesunąć w myślach na początek kolejki osób do zlekceważenia.

    To tak działa niezależnie od poglądów. Ponad podziałami. Taki Karoń albo Ziemkiewicz też zgodziliby się z Panem, że upierdliwych osobników jednak należy przesuwać na początek kolejki. Konsultant konsultantem, ale przykro to można najwyżej powiedzieć, że brakuje przecinka albo że krawat się przekrzywił. Nespa?

  18. @kosmaty

    „Tu mnie trochę zgubiłeś jeśli chodzi o to kogo konkretnie masz na myśli. Grupa mająca dostęp do kierowców i śmigłowców jest bardzo wąska i wydaje mi się że Gospodarz nie był w sporze, oraz nie prowadził negocjacji z takimi ludźmi.”

    jeśli mówimy o poziomie prezesa Pokrzyckiego, domyślnie – prezesa dużej spółki (zwłaszcza notowanej na giełdzie) to samochód z kierowcą czy dostęp do śmigłowca jednak są to wyraźne atrybuty osób z tej klasy. Oczywiście zachowując wszelkie proporcje – w Polsce jest to częściej Robinson R44/R66 (z firmowym pilotem – śmiem twierdzić że tańszy Robinson R22 pilotowany przez właściciela to jeszcze jest UMC…a czasami Janusz Biznesu ale nie o tym wątek jest ) niż powiedzmy Bell 412 (a nawet 206 czy 407 to rzadkość) w samochodach raczej Mercedes niż Rolls – Royce. Bizjet jest już atrybutem elity elit (choć sprawa się rozmywa w przypadku czarteru doraźnego). Oczywiście opcja sam samochód z kierowcą jest powszechniejsza.

    Przykład ze środkami lokomocji jest o tyle fajny ze wyraziście pokazuje wpływ zmieniającego się otoczenia na zachowania i postrzeganie świata w przypadku właśnie domyślnego prezesa. Mniej wyraziste są zmiany przy zwykłym awansie w górę – ale to już wciąż sfera MC migrującej w kierunku UMC (bywanie w innym towarzystwie nawet podczas przerw na lunch, w pracy samodzielny gabinet zamiast open space/dzielenia pokoju z innymi etc drobiazgi).

  19. @wo
    „Te motywacje nie mogą być aż tak banalne”

    Jest jeszcze gorzej. W gangsterskim świecie neolibskich wartości liczy się krótkoterminowy zysk – ten wąż coraz szybciej zjada własny ogon. Dokończę swoją historyjkę: „[Pokrzycki stał przed lustrem i] w końcu podjął tę bolesną, od dawna odkładaną decyzję” … „którą było… jebać frajerów! Bierz forsę i w nogi – trzeba wydrenować tego trupa, póki jeszcze ciepły!”

  20. Od pewnego czasu myślałem o zakupie prenumeraty i czekałem na koniec wspomnianej historii z decyzją o zakupie.
    Co do alienacji od klasy pracującej – ostatnio byłem na kawalerskim kumpla w ośrodku gdzie tych kawalerskich było kilka równocześnie. Ekipa miała 6 doktorów na 8, z czego 4 pracuje na uczelni w tej czy innej roli i to już wystarczyło, by czuć się jak w innym kraju. Nie musisz być elitą zarządzającą by być wyalienowanym, myślę, że nawet klasa pracująca miast nie zrozumie się z rolnikami.

  21. @WO
    Nie umiem dokończyć zdania typu „Prezes Pokrzycki spojrzał w lustro i pomyślał…”.

    „Stirlitz pomyślał. Spodobało mu się. Pomyślał więc jeszcze raz.”

  22. @monday.night.fever
    Kiedy właśnie trynd w coachingu jest odwrotny

    Wydaje mi się, że taki coach nie uważa za swoje zadanie zapobiegania społecznej alienacji pacjenta. On po prostu stara się zarabiać pieniądze mówiąc pacjentowi to, co w przekonaniu pacjenta powinien mówić „profesjonalny motywator”. Nadto wydaje mi się, że z coachów nie korzystają elity tylko wannabe-elity. Po co elicie coaching?

  23. A za mną chodzi tylko takie pytanie, czy alienacja zachodzi tylko w związku z przynależnością do klasy? W końcu przedstawiciel klasy ludowej, który daje sobie wmówić, że przyjdą muslimy i mu poderżną gardło, jest równie oderwany od rzeczywistości, jak prezes firmy, którego wożą.

  24. @wo
    „Wyobrażam sobie, że to się zaczyna niewinnie.” „Gdybym kiedyś awansował do elity”

    No przecież do elity nie da się awansować, trzeba się w niej przynajmniej częściowo urodzić. Nawet jeśli średnio poszły ci studia i obejdzie się bez nepotyzmu to jeśli masz ojca dyrektora to myślisz w pracy po dyrektorsku nawet jeśli sam o tym nie wiesz i jakoś tak się dzieje, że awansujesz, bo masz to coś, jesteś naturalnym liderem czy coś tam takiego.

    Z awansu jesteś tylko chamem, dorobkiewiczem, za bardzo się starasz, jesteś sztuczny i nawet czujesz się nie na miejscu, nie w swojej skórze. Tak jak piszesz, to jest wdzięczny temat dla literatury czy filmu.

    p.s. Gratuluję sukcesu! Mała pozytywna iskierka w zalewie okropnych informacji

  25. @WO
    „zatrudniałbym kogoś jako konsultanta ds mówienia mi przykrych rzeczy”
    – Rzuć okiem na stare komentarze i oceń, jak odnosisz się do ludzi, którzy się nie zgadzali z tym, co pisałeś. Jak wyglądała dyskusja. Twoje odpowiedzi.
    Wycinanie i banowanie to śmiesznie mała władza, ale jednak widać, że „moooje!” robi coś z zachowaniem niezależnie od deklaracji.

    Tak na marginesie, to zjawisko upośledzenia myślenia z powodu władzy zaczyna się już bardzo nisko. Typowym obrazkiem z firm produkcyjnych jest sytuacja, gdzie mrówka mówi do przełożonego, że „nie ma potrzebnego X”. Na co przełożony odpowiada „no jak to nie ma X, a to to co?” zarazem zabierając X innej mrówce. (X – narzędzia, półprodukty, miejsce, cokolwiek). Co jest głupie na sto różnych sposobów, ale widuję to regularnie.

    Mamy gałąź nauki poświęconą kontaktom na linii nauczyciel-uczeń w celu przekazywania wiedzy. W porównaniu, strasznie słabuje nauka kontaktów na linii mogę-nie mogę.

  26. @wo: Gratulacje!

    „Gdybym kiedyś awansował do elity, zatrudniałbym kogoś jako konsultanta ds mówienia mi przykrych rzeczy. Ale nie awansuję.”

    Zastanawiam się, na ile i do czego taki konsultant by się przydał. Za tym czai się pytanie, na ile klasy posiadające i, w szczególności, zarządzające, mają siłę sprawczą na tyle istotną by cały system wywrócić do góry nogami, nawet w skali jednej firmy. Ostatnio moje korpo (i cały sektor) doświadczyły serii strajków. Teraz jest kolejna konfrontacja z koronawirusem w tle. Wiemy, że szef wszystkich szefów dostaje wydruki (!) krytycznych/szyderczych postów pracowników z mediów społecznościowych, i były przypadki dyscyplinarek o to. Więc wiadomo, zły szef. Ale też nasze korpo jest blisko porównywalne do kilkudziecięciu innych korpo – i wszystkie generalnie robią to samo. Decyzje strategiczne to na pewno kwestia cichego porozumienia szefów na poziomie międzykorpowym, ale ciężko tym wyjaśnić wszystkie detale. Korpo jest też formalnie organizacją charytatywną (acz ogromną) więc nie ma kwestii właściciela, są tylko regulacje rządowe i rynkowe – i szefowie. A w kwestiach zasadniczych jest jak w regularnym korpo.

    „To jednak dla mnie zbyt stereotypowe. Te motywacje nie mogą być aż tak banalne.”

    W alienacji robotników problemem jest właśnie pozbawienie sprawczości: alienacja nie tylko od innych robotników, ale też od samej pracy. Czy nie jest tak samo w przypadku zarządzających? Czy cały witz nie polega na tym, że pracownik jest zasobem? W tej sytuacji najmowanie konsultanta to tak, jakbyś Ty wynajął konsultanta by Ci doradzał krytyczne uwagi z punktu widzenia klawiatury? Nie chodzi mi tu o współczucie dla szefa; nikt mu nie każe być szefem; zostawanie szefem to jest jedyny element gdzie jest ewidentna sprawczość. Bardziej chodzi mi o to, że w tej hipotetycznej powieści samo tłumaczenie działań szefa za pomocą jego ‚motywacji’ jest ślepym torem. Wprowadzanie wątku przytępiłoby w niej tylko ostrze krytyki kapitalizmu. Tak samo, jak film o motywacjach Antona Chigurha byłby najbardziej rozczarowującym spinofem w historii kina :-).

  27. @bardzozly
    „Rzuć okiem na stare komentarze i oceń, jak odnosisz się do ludzi, którzy się nie zgadzali z tym, co pisałeś. Jak wyglądała dyskusja. Twoje odpowiedzi.”

    To nie jest kwestia „nie zgadzania”. Z Awalem się wiele razy nie zgadzałem. Wycinam głównie kolesi, którzy traktują mój blog jako swój – zapominają, że są u kogoś w gościnie.

    „Wycinanie i banowanie to śmiesznie mała władza, ale jednak widać, że „moooje!” robi coś z zachowaniem niezależnie od deklaracji.”

    Żadna władza. Każdy ma takie same prawo by wycinać u siebie. Tutaj wszyscy jesteśmy sobie równi.

  28. @zamorska
    „Zgaduję, że okazał się kompletnie niekompetentny ”

    Tak! Większość jego „zarzutów” przecież nie ma sensu. Raz na jakiś czas znajdzie drobny błąd, ale 90% to bzdury. Zapamiętałem taki przykład – napisałem, że słowo „salmagundi” nic nie oznacza. On to wpisał do gugla i wpisał jedno znaczenie, które mu wyskoczyło. To jak ze słowem „bździągwa”, nic nie oznacza, ale z pewnością jest jakaś grupa ludzi, która tak mówi np. na alpagę. I ten koleś wtedy by to triumfalnie ogłosił, że proszę, nieprawda że nic nie oznacza, oznacza alpagę.

    A juz wyjąkowo żenujące było to, że uwielbiał o sobie pisać w trzeciej osobie – „słyszałem, że jest taki znakomity blog, polecam go”. I mnożył kolejne ksywki. Jak ktoś chce uczciwie dyskutować, nie musi od razu się przedstawić – Awal się nie przedstawił – ale niech nie mnoży sobie fikcyjnych tożsamości.

  29. @konsultant ds. biedy
    Taki konsultant jest strukturalnie niemożliwy: musiałby mieć zarobki na poziomie zwykłych ludzi i lęki typowe dla zwykłych ludzi, czyli np. powinien przynajmniej czasem się martwić Czy Starczy Do Pierwszego i czy go nie wywalisz za niekompetencję albo zbyt długie chorowanie. A to znaczyłoby, że nie ma komfortu pozwalającego wprost mówić o twoich głupstwach i braku insightu.

  30. W ciekawej książce Roberta Townsenda „JAK ZDOBYĆ SZKLANĄ GÓRĘ ORGANIZACJI”, która na pewna jest słuszna,bo do zaleceń nie stosuje się większość współczesnych firm jest taki fragment:
    „Billy Graham ma faceta nazwiskiem Grady Wilson, który drze się: „Gówno” — czy jak to można powiedzieć, używając żargonu Kościoła baptystów — ilekroć Graham bierze sam siebie zbyt serio. Być może, jest to jedna z przyczyn, dla których organizacji Grahama wiedzie się tak dobrze. Ja miałem przewodniczącego komitetu wykonawczego, który zwykł nasyłać na mnie takiego ryczywoła[9]. Każdy naczelny powinien znaleźć sobie kogoś, kto wykonywałby tę funkcję z absolutną pewnością, że zostanie wylany, jeśli będzie zbyt grzeczny. ”
    „Ja też miałem szczęście pracować z kolegą, który od czasu do czasu rozstawiał mnie po kątach za pomocą epistoły pisanej „poufne łamane przez tajne”, zaczynającej się mniej więcej tak: „Królu jerychoński i Arko Przymierza! Odnośnie do twojego ostatniego manifestu, jeśli tak naprawdę sądzisz, nie będzie dla mnie nic ważniejszego, niż zrobić, jak chcesz. Ale zanim oddam duszę tej sprawie, muszę ci oświadczyć z wyrazami najgłębszego przywiązania i szacunku, że znów się ze…łeś jak stąd do…” etc. Etc. Tych epistoł było chyba z 900.”

  31. @WO
    „Nie umiem dokończyć zdania typu „Prezes Pokrzycki spojrzał w lustro i pomyślał…”.

    Myślenie przeciętnego UMC-owego senior menadżera w korpo składa się z:
    (1) pozycjonowania się w korporacyjnej hierarchii
    (2) podejrzewania rywali o knowania
    (3) operacjonalizowania podlegających mu zasobów (ludzi, budżetu, dostępu) w celu nr 1

    W praktyce strumień świadomości naszego korpomanadżera przeglądającego poranne maile wygląda tak:

    „O 11-tej prezentuję na zarządzie wyniki Digital za 3 kwartał, „Twoja Gazeta” ma ładne zasięgi u 20-latków [warm feeling], Bogucka wczoraj na standing drinksach kumała się z Ratajczakiem, co ona od niego chce, muszę zadzwonić do Justyny – albo nie, nie teraz, pomyśli że się boję, lepiej po zarządzie [feeling clever], o, raport od Sękowicza, pewnie znowu jakiś shit, ile mu brakuje do emerytury, czy to da się jakoś, Marylka, gdzie jest Marylka, niech zrobi zestawienie jego zwolnień chorobowych, nie będę się prosił tych kuźw z HR…”

    Jak widać, on nie tyle nie dostrzega podwładnych, co postrzega ich w sposób zinstrumentalizowany: jako lepsze lub gorsze narzędzia, lepsze ceni, gorsze wyrzuca.

    W wersji zekranizowanej, jak już wspominałem, polecam obejrzeć „Memento” Nolana, choć nie opowiada ono o menadżerze, lecz o facecie cierpiącym na zanik pamięci długotrwałej, który radzi sobie w życiu trzymając się własnej asocjalnej logiki i manipulując otoczeniem. To jest dobre narracyjne przybliżenie sposobu myślenia korpomenadżera w relacji do zarządzanego zespołu. Wgląd 1:1 w jego umysł byłby dla zwykłych ludzi mniej przekonujący – obraz jaki ujrzeliby wydałby im się zbyt przeładowany biurokratycznymi machinacjami, zbyt wyprany z pozytywnych ludzkich relacji. Również Pokrzycki z naszego serialu musiałby zostać „uczłowieczony” aby dało się go oglądać – czy to za pomocą scen z rzucaniem papierami, czy też za pomocą mimiki Jana Peszka.

    Dodam, że moim zdaniem – wbrew stereotypom – jednym ze skutków szerszego wchodzenia kobiet na pozycje menadżerskie są dalsze postępy alienacji na tych pozycjach. Zaczyna brakować w nich miejsca dla lekko nieudanych, miękkich menadżerów-mężczyzn, którzy deficyty psychicznej optymalizacji nadrabiali płciowym przywilejem (zakładano, że są twardzi i sprawczy, bo są mężczyznami). Feminizacja oznacza że do menadżmentu trafia więcej psychopatów obu płci, przykro mi. Odpowiedzią ze strony klasy pracowniczej powinna być samoorganizacja i wspólna obrona swoich praw. Nie próba wprowadzenia ludzkich odruchów do biura zarządu, lecz wymuszenie uwzględniania perspektywy pracowniczej jako jednego z „externalities” przy menadżerskich decyzjach. Pozbawiony związkowych bezpieczników zbiorowy umysł zarządzający korporacją szybko uczy się zatrudniać dzieci (np. w Azji), stosować pracę niewolniczą, inwigilować i zastraszać, itd. Jeżeli ma się pozbyć części tych instynktów, a zacząć „myśleć” o prawach pracowniczych, trzeba mu to narzucić presją kulturową, prawną i wewnątrzorganizacyjną (poprzez reprezentację pracowniczą właśnie). Wówczas „niezadowolenie pracowników” może stać się argumentem równie zabójczo użytecznym w korporozgrywkach jak niedotrzymywanie budżetów i terminów. To możliwe, mizantropia i homofobia już się powoli takimi argumentami stają. A więc prekariusze wszystkich krajów, zrzeszajcie się!

    To tyle, do listopada przerwa konserwacyjna (ponoć rutynowa, ale będę musiał leżeć). Serdeczne gratulacje i pozdrowienia!

  32. Z góry przepraszam za totalną o’czywistość tej uwagi, ale funkcja takiego przypominacza o prawdziwym świecie i ludziach z niemal pełnym immunitetem była znana od wieków na dworach możnych i nazywała się błazen. Możnaby wprowadzić taki etat i w korpo.

  33. @Awal
    „W wersji zekranizowanej, jak już wspominałem, polecam obejrzeć „Memento” Nolana,”

    Każdy powód jest dobry – tak byłem zachwycony, że kupiłem sobie o tym filmie książkę!

    „Wówczas „niezadowolenie pracowników” może stać się argumentem równie zabójczo użytecznym w korporozgrywkach jak niedotrzymywanie budżetów i terminów.”

    Z moich skromnych doświadczeń wynika, że to temat tabu. Po prostu nie wolno powiedzieć na głos, że pracownicy sa niezadowoleni. W menedżmencie budzi to popłoch, próbę zmiany tematu („to nie było dziś na agendzie”!), argumenty na poziomie kiepskiego trolla fejsbukowego („na pewno nie wszyscy! można najwyżej powiedzieć, że nastroje sa zróżnicowane!”). No i parokrotnie widziałem wypowiadane z kamienną twarzą, albo bez świadomości komizmu, albo z pełnym Busterem Keatonem, riposty typu „to nieprawda, codziennie rozmawiam z pracownikami i nikt się na nic nie skarży”.

    „To tyle, do listopada przerwa konserwacyjna (ponoć rutynowa, ale będę musiał leżeć).”

    SERDECZNE ŻYCZENIA! NIE DAJ SIĘ WIRUSOWI ANI JESIENNEJ DEPRESJI!

  34. @WO
    Serdeczne dzięki, na razie nie planuję zamykania nadajnika (a kiedyś jakby co, ktoś zaufany da znać). Czeka nas wszystkich trudny czas, trzymajmy się i wzajemnie wspierajmy w nim.

  35. Chciałbym tylko dodać że tradycyjnie taki człowiek który miał mówić prezesowi – królowi „jak jest” nazywał się błazen. Bardzo ważna funkcja, niestety w zaniku.

  36. A jak to z tymi błaznami było? Faktycznie była to rozpowszechniona funkcja, faktycznie przekazywali jakieś informacje o „prawdziwym świecie” i faktycznie były przypadki, że ktoś ich słuchał, czy też jest to licentia poetica artystów i/lub taki se rozgrzewający serdce mit (vide: Stańczyk). Są jakieś wiarygodne źródła historyczne na ten temat?

  37. @sst3
    „Sam byłem niedawno w sporze z pracodawcą i z całą pewnością to co przeczytałem tutaj w blognotkach i komentarzach umocniło mnie w postanowieniu udania się do sądu. Do rozprawy nie doszło, skończyło się ugodą sądową.”

    Ja też odnotowałem pewien sukcesik. Korpo dowiedziało się od jakichś kontrolerów, że sposób w jaki są u nas pełnione i rozliczane pewne zadania jest nie do utrzymania w świetle kodeksu pracy. Postanowili więc przerzucić owe zadania na umowy śmieciowe. I to by jeszcze nie było aż takie złe, ale konkretne zapisy tych umów, wzięte chyba c&p z umów ludzi z call center, były nie do przyjęcia dla mojego zespołu (nie będę wchodził w szczegóły – chodziło o odpowiedzialność, tak dużą w naszym wypadku, że jakby co, to nawet sprzedaż domu i nerki mogłaby nie wystarczyć). Wszyscy w firmie dostali takie papiery do podpisu, i wszyscy je podpisali…
    Wszyscy? Nie, jedna mała galijska wioska, ehm, znaczy jeden zespół nie podpisał. Dwa miesiące trwały przepychanki, dyrektor pionu też miał cieplutko, że krytyczne systemy nie mają właściwego wsparcia…

    „Z kontaktów z zarządzającymi pamiętam ich arogancję, niekompetencję i przekonanie, że będzie tak jak oni powiedzą, a pracownik wyjdzie i przeprosi.”

    Otóż to. A jednak, po tym festiwalu arogancji i zawoalowanych gróźb, na koniec dostaliśmy nowe umowy, takie jakie chcieliśmy, co do przecinka! A chodziło tylko o wykreślenie dwóch zdań.

  38. @konsultant ds. biedy
    „Taki konsultant jest strukturalnie niemożliwy”

    Akurat jakaś formą protezy, aczkolwiek specyficznej i nie od biedy jest funkcjonujący w armiach zachodnich (zwłaszcza USA, my kopiujemy z różnymi skutkami, bardzo różnymi) koncept podoficerów starszych przy dowództwach, np. [1]. W skrócie są to wysocy rangą podoficerowie mający właśnie reprezentować interesy korpusu szeregowych/podoficerów a zwłaszcza sprawy socjalne, relacji interpresonalnych, szkolenia bezpośrednio dotyczące żołnierzy. To samo zachodzi na poziomach niższych i generalnie – oficerowie zajmują się przede wszystkim wyszkoleniem i sprawami oddziału/pododdziału jako takiego oraz kadr oficerskich a podoficerowie – tymi bezpośrednio dotyczącymi żołnierzy (oczywiście pewien obszar spraw zawsze będzie zbiorem wspólnym).

    Kluczem z punktu widzenia struktury jest autonomia owych podoficerów (jak i całego korpusu) a siłą owych starszych podoficerów nie jest to że są cały czas na dole – ale że mając 20-25 lat doświadczenia w załatwianiu codziennych spraw i problemów ludzi z niższych rang. Z tego też powodu, są jednocześnie doradcami oficerów (w tym generałów) i jest to dla tego korpusu spory powód do dumy (wielokrotnie wałkowany w popkulturze rapierowej, Clancy chyba uchwycił to najlepiej). Ale znów – wymaga to kultury organizacyjnej która jest hierarchiczna…ale nie jest folwarczna.

    @Awal

    „To tyle, do listopada przerwa konserwacyjna”

    Trzymaj się ciepło Awalu, cokolwiek by się nie działo 🙂

    [1] [https://www.af.mil/About-Us/Air-Force-Senior-Leaders/CMSAF/]

  39. Nie to żebym miał coś przeciw polityce wycinek idiotów, ale argumentacja…

    wo says:
    >> To nie jest kwestia „nie zgadzania”. Z Awalem się wiele razy nie zgadzałem. Wycinam głównie kolesi, którzy traktują mój blog >> jako swój – zapominają, że są u kogoś w gościnie.

    To nie jest kwestia „nie zgadzania”. Z Iksińskim się wiele razy nie zgadzałem. Wyrzucam głównie kolesi, którzy traktują moją firmę/departament jak swoją – zapominają, że są u kogoś w pracy.

    >> Żadna władza. Każdy ma takie same prawo by wycinać u siebie. Tutaj wszyscy jesteśmy sobie równi.
    Załusz firmę…

  40. @luster de
    Wyjaśnię to tylko raz, potem będę wycinać. Jeśli ktoś porównuje prawo pracy do prawa komentowania na blogu, jest za głupi, żeby tu komentować.

    „Załusz firmę…”

    Załóz związek. Ogłoś strajk komcionautów!

  41. bantus says:
    >> No przecież do elity nie da się awansować, trzeba się w niej przynajmniej częściowo urodzić. […]
    >> Z awansu jesteś tylko chamem, dorobkiewiczem, za bardzo się starasz, jesteś sztuczny i nawet czujesz się nie na miejscu, nie >> w swojej skórze.

    Czyli elita to był Kulczyk, ale Solorz to już tylko dorobkiewicz? Mocna teza w kontekście dyskusji o alienacji elit.

  42. @luster
    „Czyli elita to był Kulczyk, ale Solorz to już tylko dorobkiewicz? Mocna teza w kontekście dyskusji o alienacji elit.”

    Elita ma wiele warstw. I oczywiście w krajach o nieprzerwanej tradycji kapitalizmu mamy fenomen tzw. starych pieniędzy (as oppoosed to: arywiści). Można to pokazać w USA, w Szwecji, we Francji…

  43. @co myśli przed lustrem

    Z mojego małego doświadczenia „obserwacyjnego” w dużych korpo (europejskich) jest jeden stały element: za nic nie ponoszę realnych konsekwencji. Mogę położyć projekt, mogę walczyć ze związkami, mogę obniżyć przychody ale jak jestem wysoko to realnie nic mi nie zrobią, ani mnie nie zwolnią ani mi premii nie obetną. Wynika to z tego, że nic nie dzieje się w takiej korpo z indywidualnej decyzji i wszystko jest bardzo rozmyte oraz klucz towarzyski a nie merytoryczny ma znaczenie.

    Owszem czasem ktoś traci pracę ale – 9/10 przypadków jakie widziałem – powodem jest brak chemii między prezesem a członkiem zarządu oraz to zawsze się kończy paroma milionami odprawy więc jest „przykro” ale da się żyć. Przy okazji „podwieszeni” pod takiego delikwenta dyrektorzy też tracą niekiedy pracę (choć nie zawsze) ale to nigdy nie jest wynik, że źle pracowali tylko wynika z porażki patrona.

    Ważne zastrzeżenie – to może być bardziej prawdą w europejskich korpo a nie azjatyckich czy amerykańskich (jak Agora, zadaje się). Ważnym wyjątkiem są też korpo w rodzaju holdingu Solorza (albo nowy właściciel Play żeby nie tylko było, że to jest przypadłość firm „polskich”) bo tam wszyscy poniżej prezesa i jego rodziny są na takich samych zasadach więc mogą wylecieć bo np kasa się skończyła albo coś bardzo (lub nie) merytorycznego.

    @opinia pracowników

    W europejskim korpo (nie wiem jak w innych nacjach) robi się badania opinii i to niezależnie od lokalnego układu władzy (badanie robi zewnętrzna firma na zlecenie centrali) i tu często niezłe kwiatki wychodzą bo jak są złe wyniki to problem się robi internacjonalny. I jak lokalny kacyk ma wrogów w centrali to łatwo to można przeciwko niemu wykorzystać. Wysterowanie zaś wyników w korpo zatrudniającym parę tysięcy ludzi wymaga trochę pracy bo nie ma się kontroli nad tym kto liczy głosy.

  44. @obywatel
    ” może być bardziej prawdą w europejskich korpo a nie azjatyckich czy amerykańskich (jak Agora, zadaje się). ”

    Panie, co pan. Wszystkie decyzje są tutaj rdzennie polskie, skład zarządu i rady nadzorczej można sobie sprawdzić, nie ma tam żadnego reprezentanta kapitału amerykańskiego (czy jakiegokolwiek spoza Polski). Ta sytuacja zresztą pewnie wyglądałaby inaczej, gdyby taki przedstawiciel był – myślę, że gdyby się dowiedział o pomyśle zwolnienia przewodniczącego ZZ, wygłosiłby swoją opinię w sposób godny Samuela Jacksona.

  45. @WO
    „Każdy ma takie same prawo by wycinać u siebie.”
    – Prawie uchwyciłeś sedno procesów myślowych tych hipotetycznych lub prawdziwych prezesów. (W kierunku czego popychało paru komentatorów). „Moje – > mogę. Niech se u siebie cośtamują”.

    „No i parokrotnie widziałem (…) riposty typu „to nieprawda, codziennie rozmawiam z pracownikami i nikt się na nic nie skarży”.”
    – Skoro już sfrustrowany_adiunkt zaczął wątek wojska: jest taka wojskowa mądrość ludowa, że jak żołnierz narzeka, to ma się jeszcze w miarę dobrze. Jak przestaje narzekać, to morale jest bardzo złe (i oficer powinien zacząć się bać). Ale do rzeczy: absurdem jest, że US Army publikuje bardzo dużo materiałów szkoleniowych dla kadr a korpy zamiast wykorzystywać te naprawdę poważnie sprawdzone (w ciężkich warunkach) pomysły idą w dokładnie przeciwną stronę. Jest gotowa, sprawdzona i darmowa recepta na dobre dowodzenia, a jednak płacą kołczom za bzdury.

    @sfrustrowany_adiunkt
    U nas od dawna funkcjonowało coś pt. szef kompanii. Czyli właśnie podoficer od spraw administracyjno-bytowych. Z reguły czule wspominany przez poborowych :-). Bez aż takich uregulowań (ani takiej mitologii) jak w US, ale z często-gęsto to właśnie ten człowiek najbardziej dbał o tych najniżej w hierarchii. Coś jak dobry, doświadczony majster: jak trzeba to i kierownikowi barwnym językiem wyjaśni, co kierownik spieprzył.

  46. „bździągwa” Kiedyś moja znajoma użyła tego określenia w kontekście „młoda średnio bystra dziewczyna”, ale ona była mocno specyficzna więc nie traktuje tego poważnie.

  47. Jak już pojawiło się wojsko to przecież pięknie o mindsecie managerów pisze Heller w Paragrafie 22. Cathcart to jest typowy middle manager marzący tylko i wyłącznie o skoku w górę i podporządkowujący wszystkie swoje decyzje temu celowi, Peckem to ten upper mgmt, który dba o pozory i buduje wokół siebie aurę kompetencji (trafiającą wyłącznie do ludzi w typie Cathcarta), ale też myśli wyłącznie o wrogim przejęciu biznesu Dreedla, bo interesuje go władza dla samej władzy, Korn to cynik z potencjałem na tego psychopatę z UM ale najwyraźniej bez ambicji, chyba że jego plan to wjeżdżanie w górę na plecach Cathcarta, unikając odpowiedzialności za niepopularne decyzje itp. Oprócz tego mamy Majora Majora czyli MM z przypadku, wypisz wymaluj typowy clueless z zalinkowanej pod poprzednią notką piramidy, jest też Black, dla którego władza to tylko możliwość wyżywania się na podwładnych, i który właśnie z tego powodu nie ma szans na drogę w górę hierarchii, bo nie umie zachowywać pozorów. Oczywiście wszystko to wykrzywione i karykaturalne, ale jako i w życiu prawdziwym, suma tych wszystkich knowań i machinacji kończy się spektakularną katastrofą o nazwisku Scheisskopf, bo każde korpo ma swoje własne życie niebędące tylko sumą wysiłków swoich pracowników.

    Ps. Gratulacje WO! Super że nie musisz póki co uciekać jak Yossarian, widzę też że nie musiałeś podpisywać papierka że ich lubisz i jesteście najlepszymi kumplami. Teraz trzymam kciuki za miękkie lądowanie Awala, trzymaj się tam, Wielki A!

  48. @wo „Gdyby dowiedział się o pomyśle zwolnienia przedstawiciela ZZ”
    Innym niż błazen wariantem tego-co-szefom-prawdę-w-oczy mówi byłby właśnie przedstawiciel ZZ, nespa.

  49. Zapomniałbym
    @WO
    „Jeśli ktoś porównuje prawo pracy do prawa komentowania na blogu (…)”
    Ale on porównuje procesy myślowe. Bo przecież o tym piszemy.

  50. @bardzozly
    „Ale on porównuje procesy myślowe. Bo przecież o tym piszemy”

    Pokrzycki spojrzał w lustro i pomyślał „w gruncie rzeczy kierowanie firmą i prowadzenie bloga to jest to samo. Jako prezes mam premię, kilkadziesiąt tysięcy pensji, mnóstwo innych przywilejów. A bloger może komuś wyciąć komentarz. To przecież to samo”.

    Ja doceniam, że tym razem próbowałeś tę bzdurę opakować inaczej, ale naprawdę te porównania będą wylatywać. Różnice między kierowaniem korporacją a prowadzeniem bloga są po prostu zbyt oczywiste, żebym to zaszczycał polemiką (=widział w tym ciekawy temat na owocną rozmowę).

  51. @havermeyer
    „Gratulacje WO! Super że nie musisz póki co uciekać jak Yossarian, ”

    Dziękuję! Oczywiście, jako wielokrotny były felietonista oraz były podkaster (is that a word?) najbardziej identyfikuję się z byłym starszym szeregowym Wintergreenem. Szczytem moich marzeń zawodowych jest, żeby kiedyś – tak jak on – awansować na byłego kaprala.

    „widzę też że nie musiałeś podpisywać papierka że ich lubisz”

    Dziękuję za zauważenie. Oczywiście, gdyby mnie do tego zmuszono, nie wolno byłoby mi powiedzieć, że coś takiego podpisałem. Ale raczej nie byłoby wtedy tej notki.

  52. @WO
    Ok, to rzeczywiście, kiedyś czytałem że tam kapitał z USA wszedł to myślałem, że i do RN. No to się robi z tego taka niefajna synergia Janusza (mindset) z korporacją giełdową (wynik w kwartale). Tłumaczy to też chyba sporo z rożnych wydarzeń i pomysłów biznesowych z ostatnich lat.

    I potwierdzam, że cudzoziemiec w RN czy Zarządzie często łagodzi obyczaje i – o dziwo – wprowadza perspektywę w myśleniu pytaniami – a co będzie ze sprzedażą jak wszystkich sprzedawców zwolnicie?.

  53. @obywatel
    „I potwierdzam, że cudzoziemiec w RN czy Zarządzie często łagodzi obyczaje i – o dziwo – wprowadza perspektywę w myśleniu pytaniami – a co będzie ze sprzedażą jak wszystkich sprzedawców zwolnicie?.”

    W polskim korpo na wszystkie takie pytania uniwersalna odpowiedź to: „zostanie jeden i się zwali na niego te obowiązki, a jak nie podoła, to Dwudziestu Chętnych (TM)”.

  54. @Bardzo Zły

    Pracą Stańczyka/consigliere jest doradzanie (za pieniądze!) królowi/bossowi mafii, aby ten za bardzo nie oderwał się od rzeczywistości. Funkcją komcionauty na blogu, w szczególności tzw. Anonimowego Łosia, nie jest „doradzanie” wo, tylko dyskusja na tematy różne.

    Poza tym zakładanie dobrej woli i szlachetnych intencji w internecie to samobójstwo. Ja tam bardzo się cieszę że u wo gilotyna jest ostra, bo widziałem już wiele fajnych blogów, w których litościwemu gospodarzowi zbyt wiele razy zadrżała ręka (lub z zasady nie moderował) i które w związku z tym zostały zalane prawicowym szambem. Przykładowy scenariusz: tolerowanie wulgaryzmów – wizyta prawicowego trolla – wizyta większej ilości prawicowych trolli – gnojówka latająca w powietrzu – dyskusja kibiców piłkarskich o Grzegorzu Braunie.

  55. Pisałem wcześniej o niebezpieczeństwie postrzegania świata przez pryzmat popkulturowych przedstawień, co jest doskonale widoczne w tej dyskusji.

    Poranne myśli prezesa będą 100% różne od porannych myśli kapitalisty. Nawet wożony limuzyną czy helikopterem prezes jest pracownikiem najemnym i te benefity wynikają z konieczności i możliwości — manager na tym poziomie czasem musi przemieszczać się szybko i nie może tracić czasu na przyziemności typu szukanie miejsca do parkowania.

    Poranne myśli prezesa będą oczywiście dotyczyły planu dnia i planów dłużejfalowych w kontekście wyrobienia swoich KPI i będą przetkane mniejszym czy większym niepokojem, bo zdumiewająco często styl życia takich ludzi skupia się na wydawaniu pieniędzy na bieżąco zamiast akumulacji kapitału i jeśli 80-90% uposażenia jest wydawane na bieżąco to wtedy strach o utratę pozycji (i apanaży) jest całkiem realny.

    Myśli posiadaczy kapitału, zależą, jak sądzę od konkretne osoby, jeśli ktoś jest zaangażowany w grę w akumulację kapitału, wówczas zapewne planuje co dalej. Jedyna osoba tej klasy z jaką miałem bliższy kontakt była dość złożoną i nietypową postacią i jedyną jasną charakterystyką jaką jestem w stanie wskazać było poczucie oddzielenia od tzw społeczeństwa i postrzeganie świata jako gry siłowo-kapitałowej, co w sumie przejawiało się nikłym zainteresowaniem ludźmi spoza swojej grupy en masse.

    Natomiast rozmawiając o elitach jest jeszcze trzecia grupa, której przykładem jest J. Kaczyński. Osobiście znam człowieka który ma w pewnej dziedzinie gospodarki olbrzymią władzę polityczną, z czym nie wiążą się żadne widoczne przywileje, sądzę, mówiąc obrazowo, że sam przykręca półki swojej żonie i sam wynosi śmieci. Sam prowadzi swój samochód, nie jest nawet oficjalnie na szczycie hierarchii w swojej organizacji gdzie jest zatrudniony. Ale jeśli uzna, że ktoś stanowi zagrożenie to osoba ta nie znajdzie pracy na żadnym managerskim stanowisku w tej branży, chyba że w offshoringu nie mającym nic wspólnego z polskim rynkiem, a i to może być trudne.

  56. @luster
    „Czyli elita to był Kulczyk, ale Solorz to już tylko dorobkiewicz? Mocna teza w kontekście dyskusji o alienacji elit.”
    @wo
    „Elita ma wiele warstw. I oczywiście w krajach o nieprzerwanej tradycji kapitalizmu mamy fenomen tzw. starych pieniędzy (as oppoosed to: arywiści). Można to pokazać w USA, w Szwecji, we Francji…”

    W tym miejscu można zaryzykować tezę, że w Polsce w ogóle nie ma elit. Są najwyżej dorobkiewicze, którym udało się wejść na wyższy poziom materialny. Ale o UC będzie można mówić dopiero wtedy, kiedy będą dorastać ich wnuki. Prawda czy nie?

    Tak bardzo nie mam pojęcia o świecie elit, że autentycznie nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie.

  57. Gratulacje choć to tylko jedna bitwa a przeciwnik już się przygotowuje bo jak znam menedżment to takiej zniewagi nie zniosą. Z drugiej strony niezależny podcast to też był dobry pomysł.

    Co do managementu i próby zrozumienia ich mindsetu to każdy pracujący w korpo musiał się w jakiś sposób nauczyć jak oceniać i jak stosować kremlinologię we własnym korpo.
    Np. Francuskie korpo lubią bardzo zamawiać ekspertyzy które potem są podpórką do decyzji zarządu. Jak coś nie zadziała to jest tłumaczenie, że mieli ekspertyzę mówiącą co innego.
    Polskie korpo to przedłużenie mentalności folwarku. Ciekawe są zagraniczne korpo gdzie jest polski mid-level management do którego dotrze, że już nie czeka Dwudziestu Chętnych (TM) i zaczyna się panika aby obecni się nie zwolnili. Bo zaczęto ich oceniać po ilości rotujących pracowników co pokazuje, że kapitalizm można naprawić poprzez właściwe kejpiaje.
    Z moich obserwacji top management (czyli klasa średnia wyższa) zajmuje się głównie próbą uniknięcia deklasacji. Oni znają z autopsji eksprezesów i za wszelką cenę chcą tego uniknąć więc ich główne zajęcie to budowanie networkingu aby mieć gdzie pójść jak noga im się poślizgnie.
    A bycie eksprezesem to dead end jak nie wskoczy się na kolejny prezesowski stołek. Bo jak ten czas trwa za długo to jest to gejm ołwer – już nie będzie prezesem i też go nie zatrudnią na zwykłe stanowisko bo nikt nie chce pracować z eksprezesem. Najczęściej kończy się to prezesowaniu jednoosobowej firmie i życie z oszczędności. I to jest to, co prezes Pokrzycki ma w tyle głowy.

  58. @animrumru
    „Tak bardzo nie mam pojęcia o świecie elit, że autentycznie nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie.”

    Już pisałem – w typowym kraju kapitalistycznym mają kilka warstw, w których silny jest konflikt „stare pieniądze” vs „nouveaux riches”. Literatura jest pełna jego opisów (Komedia ludzka, Gatsby, Martin Eden itd.)

  59. @wo
    „Już pisałem – w typowym kraju kapitalistycznym mają kilka warstw, w których silny jest konflikt „stare pieniądze” vs „nouveaux riches”. Literatura jest pełna jego opisów (Komedia ludzka, Gatsby, Martin Eden itd.)”

    Oczywiście. Ale czy w takim razie w Polsce w ogóle istnieje klasa wyższa? Bo przecież to nie tylko różnica materialna, ale też mentalna. Czy ta różnica mentalna między klasą średnią a wyższą istnieje już w pierwszym pokoleniu? Bo jeśli nie, to wychodzi na to, że w Polsce jej po prostu nie ma. I wtedy część dyskusji jest bezprzedmiotowa – usiłujemy znaleźć w naszym polskim bagienku coś, co zwyczajnie nie istnieje.

  60. Jak zawsze gdy choćby w niewielkim stopniu dyskusja tyczy wsi, pojawia się widmo Leppera… Tyle że dzisiaj ma ono znaczenie czysto historyczne – wieś jest inna niż za czasów Leppera – bardzo inna. Nie w sensie mentalności – jest ona nadal konserwatywna do poziomu reakcyjności i niechętna pomysłom „miastowym”. Zmieniła się jednak jej hm… struktura społeczna. I to jest zasadniczy powód dla którego PiS-owi poparcie zapewne znacząco nie spadnie. Większość mieszkańców wsi dzisiaj już nie jest tak naprawdę rolnikami – to masa emerytów rolniczych, ludzie trzymający ziemię dla dopłat (dopłaty są jedną z przyczyn mizerii polskiego rolnictwa i uczyniły wiele złego), podczas gdy młodzi wynieśli się, albo pracują poza rolnictwem i mają raczej więcej wspólnego z „klasą robotniczą”. Ludzi którzy naprawdę zajmują się rolnictwem jest mało – i z własnego doświadczenia (urodziłem się, wychowałem i mieszkam na wsi), ci ludzie popierają albo PSL albo Konfederację. Wiejski prekariat będzie popierał PiS z racji 500+ i pokrewnych, a wiejscy emeryci są absolutnie niereformowalni – połączenie telewizji i tego co mówią w kościołach działa absolutnie betonująco – nawet jeśli decyzje rządu dotykają ich bezpośrednio albo widzą na własne oczy dowody, to i tak twierdzą że PiS dobrze robi.

    „Piątka”, która jest pogłębieniem stanu katastrofy w którym znajduje się polskie rolnictwo (wiele lat zaniedbań i działań kolejnych rządów, efekty koronawirusa i ASF i myślenie krótkoterminowe zakładów przetwórczych, nastawione tylko na szybki zysk są tutaj głównymi winnymi), nie zmieni więc według mnie dużo w kwestii głosów wiejskich – jedyne co może ją wywrócić to fakt że przemysł rolny – czyli wielkie fermy futerkowe i drobiowe (hodowla drobiu nie ma nic wspólnego z wyobrażeniem rolnictwa jako tego co widzi się w agroturystyce) mają swoje kontakty polityczne – i stąd choćby szybkie wycofanie się z uboju rytualnego drobiu.

  61. @animrumru
    „Czy ta różnica mentalna między klasą średnią a wyższą istnieje już w pierwszym pokoleniu?”

    Tak – vide te wszystkie śluby między królewiczem kefirów a księżniczką Czartorysko-Lanckorońską. Najważniejsze w tej stratyfikacji jest przecież pobieranie się wewnątrz danej klasy.

  62. @wo „vide te wszystkie śluby między królewiczem kefirów a księżniczką Czartorysko-Lanckorońską.”

    Ale w takich wypadkach bardzo wyraźnie widać, że tylko jedna strona ma pieniądze a druga co najwyżej tytuł i pretensje. Czyli to takie wpisowe arywistów za wstęp do tzw. towarzystwa

  63. @Obywatel, Korposy europejskie vs amerykańskie

    Zaznałem obu, wszystko co opisałeś dotyczy jeszcze bardziej korposów amerykańskich niż europejskich. Choć w Europie są oczywiście drastyczne różnice, przebiegające tam gdzie pewnie każdy się spodziewa – korpo francuskie czy włoskie a skandynawskie to są dwa różne światy. Z azjatyckich zaznałem tylko jednego (znany producent elektroniki) i było to na tyle dziwnie że w 99% przypadków działało toto jak zwykła europejska korporacja a Japończycy byli niewidoczni. Natomiast w 1% przypadków Japonia przemawiała i było to traktowane jakby bóg wszechmogący przemówił, nie było żadnej możliwości dyskusji ani nawet pomysłu by z tym dyskutować.

  64. @wo
    „Tak! Większość jego „zarzutów” przecież nie ma sensu. Raz na jakiś czas znajdzie drobny błąd, ale 90% to bzdury. Zapamiętałem taki przykład – napisałem, że słowo „salmagundi” nic nie oznacza. On to wpisał do gugla i wpisał jedno znaczenie, które mu wyskoczyło. To jak ze słowem „bździągwa”, nic nie oznacza, ale z pewnością jest jakaś grupa ludzi, która tak mówi np. na alpagę. I ten koleś wtedy by to triumfalnie ogłosił, że proszę, nieprawda że nic nie oznacza, oznacza alpagę”.

    Tyle tylko, że nie. Właściwie wszystkie uwagi były opatrzone przypisami – czesto rozbudowanymi – i dobrze uzasadnione. Nawet gdy można na jakiś temat polemizować (np. szybkości

  65. (ręka mi się omsknęła)

    np. rzymskości Osmanów, to nie pisał rzeczy „od czapy”.

    Nie czepiał się też na siłę. Na siłę, to mógłbym skrytykować gospodarza np. za błędną pisownię nazwiska Mosaddegha (wersja „Mossadegh” nie ma żadnego uzasadnienia i jest powielaniem starego błędu).

    W kwestii tego, czy błaznowie itp. się sprawdzali – trudno powiedzieć. Poważne źródła opisują np. usunięcie przez władcę złego wezyra po usłyszeniu opowieści biednego pastuszka o rzeczywistym stanie państwa. Opowieści te dotyczą jednak zazwyczaj przeszłości odległej od źródła, przez co trudno uznać je za wiarygodne. Tym niemniej regularne spotkania z poddanymi (w tym bez obecności i wyróżnienia oficjeli) i siatkę donosicieli uważano niekiedy za zabezpieczenie przed oderwaniem od rzeczywistości. Podobnie chyba mają obecnie szefowie marketów itp., ale chyba raczej z kamerami zamiast szpicli.

  66. @lurker z aow
    „Tyle tylko, że nie.”

    Tyle tylko, że tak. Przytoczyłem przecież konkretny przykład z „salmagundi”. Jasne, że on sobie wyguglał kogoś, kto użył tego w jakimś znaczeniu i to triumfalnie przytoczył. Tak samo można zrobić ze słowem bździągwa.

    „Nie czepiał się też na siłę.”

    Jego krytyka mojej książki o Lemie zaczynała się od jakiegoś rozwlekłego protestu przeciw metaforze o bóstwach chtonicznych i apollińskich. Nie przeszedł w ogóle do wyjaśnienia, co mu się właściwie w tej metaforze tak konkretnie nie podoba. Jak już zaczynasz się kogoś czepiać za same używanie metafor, to jest na siłę.

    Wylecą pańskie dalsze komentarze, w których będzie pan używać wyszukanych i przekonujących argumentów typu „tylko że nie”.

  67. Pokrótce, bo tzw. życie nie bardzo pozwala.
    1. Gratulacje z powodu wygrania bitwy dla Gospodarza. Dobrze wiedzieć, że czasem się jeszcze udaje.
    2. Życzenia dużo zdrowia dla Króla Komentarzy. Awalu, trzymaj się i wracaj do nas jak najszybciej.
    3. Symboliczne +1 do komentarza Embercadero. Pracowałem w korpo europejskich, amerykańskich i orientalnych i podpisuję się pod jego opinią.

  68. @wo

    Cóż…

    Uwaga Rojta o sałatce:

    „Nie jest też prawdą, że „nie wiadomo, co oznacza” tytuł Salmagundi, który Washington Irving nadawał zbiorom swych felietonów (s. 167). Salmagundi to po prostu rodzaj sałatki, popularnej w kolonialnej Ameryce już od końca XVII stulecia [8]. W każdym razie na ten czas datuje się pierwsze odnotowane użycie tego słowa, którego później używano również tak, jak używa się francuskiego potpourri, czyli w przenośnym znaczeniu „różności”, „rozmaitości”, „mieszanki”. Opatrywano nim na przykład zbiory wierszy etc. Irving rzeczywiście miał prawo uznać, że czegoś takiego wprost nie wypada wyjaśniać”.

    Odpowiedni przypis:

    „[8] Zob. Robert Allen Palmatier, Food. A Dictionary of Literal and Nonliteral Terms, Greenwood Press 2000, s. 307: „The first combination of lettuce, salad oil, vegetables, eggs, meats, and cheeses appeared in the form of the 17th cent. salmagundi (MWCD: ca. 1674), which was popular in Colonial America”. Jako MWCD autor cytuje 10 wydanie Merriam-Webster’s Collegiate Dictionary z roku 1994. Dzisiejszym odpowiednikiem salmagundi jest wg Palmatiera chef’s salad”.

    Oprócz tego rzut oka (już mój) do Merriam-Webster (nie wklejam linka, łatwo sprawdzic) potwierdza uwagę Rojta.

    Niestety, gospodarz popełnia częsty błąd osób znających nieźle jakiś język obcy i unika słowników.

    Uwagi o bóstwach chtonicznych były zrozumiałe: Rojt wprost napisał, że bóstwa chtoniczne odgrywały rolę fabularną, wbrew twierdzeniu gospodarza. Jest o tym w odpowiednim przypisie (warto je niekiedy czytać).

    Reakcja gospodarza potwierdza, że nie lubimy krytyki, niezależnie od naszej pozycji społecznej. Dbając o poziom dyskusji łatwo zaś zagłuszyć kogoś, kto choć jest nieprzyjemny, to jednak zgłasza słuszne uwagi (nawet, jeśli dotyczą spraw mniejszej wagi).
    Na blogasku nie stanowi to oczywiście problemu, zaczyna niej być jednak, gdy podejmujemy decyzje w firmie, rządzie itp.

  69. > Salmagundi

    Z przypisem to nadal bez sensu. To samo można powiedzieć o „hodge-podge”. To tak samo potrawa, jak każda inna mieszanka.

    > Rojt

    Ciekawy byt internetowy, nie znałem, ale widać, że się bardzo męczy i marnuje. A szkoda, wyśmiewanie takich fizykanckich postaw jak profesorów Turskiego, czy Andrzeja Dragana jest bardzo potrzebne („bezpretensjonalny styl Richarda Feynmana wiele traci ze swego uroku, gdy jego naśladowca nie jest Richardem Feynmanem.” – 100% tak, tylko że właśnie pretensjonalny). Płytkość wyciągniętych „kompromitacji” i tu kompromituje jednak trochę ideę mimo trafności.

    Natomiast z Orlińskim no nie ma tej 100% trafności. Czasem jest, ale najczęściej czepialstwo, bo Orliński też się czepia więc wolno. Niestety pretensjonalny styl Orlińskiego wiele traci ze swego uroku gdy nie jest się Orlińskim i wychodzi zupełnie bez sensu:

    „Wreszcie po czwarte, pamflet Russella nie nosił tytułu Teoria i praktyka bolszewizmu. Wydanie z 1920 roku, które Orliński przywołuje, było zatytułowane Bolszewizm. Praktyka i teoria (Bolshevism: Practice and Theory). W latach następnych zaś tytuł został zmieniony na Praktyka i teoria bolszewizmu (The Practice and Theory of Bolshevism).

    [jak mawia Orliński] „Oczywiście, czepiam się drobiazgu, ale mam powody – człowiek, który robi taki błąd, po prostu nigdy nie sprawdzał faktów u źródeł” „

  70. @lurker
    „Oprócz tego rzut oka (już mój) do Merriam-Webster (nie wklejam linka, łatwo sprawdzic) potwierdza uwagę Rojta.”

    Toż mówię – jak pan wpisze „bździągwa”, z pewnością znajdzie pan jakiś słownik, który jakoś to wyjaśnia. Tego typu słowa bez znaczenia często są właśnie używane na określenie jakiegoś wihajstra – sałatki z wszystkim, napoju alkoholowego, ciasta bez kształtu itd.

    „Niestety, gospodarz popełnia częsty błąd osób znających nieźle jakiś język obcy i unika słowników.”

    Gorzej – wiem, że zwłaszcza w przypadku słówek typu „bździągwa” jeden słownik mówi tak, drugi słownik mówi nie.

    „Uwagi o bóstwach chtonicznych były zrozumiałe: Rojt wprost napisał, że bóstwa chtoniczne odgrywały rolę fabularną, wbrew twierdzeniu gospodarza.”

    Ja nic o nich nie twierdzę, ja użyłem tego jako metafory (porównania). Wygląda na to, że ten koleś polemizuje z jej literalnym odczytaniem, tzn. ze w przedwojennym Lwowie mieszkały sobie jakieś nadprzyrodzone stwory.

    „Reakcja gospodarza potwierdza, że nie lubimy krytyki, niezależnie od naszej pozycji społecznej. ”

    Polemizowanie z dosłownym odczytaniem metafory to nie jest „krytyka”. Przytaczanie jednego z dziesiątków wyjaśnień jako jedynego, jedynie słusznego też nie.

    Odradzam przed brnięciem w to, to po prostu nudne.

  71. @wo

    To jest właśnie ta niechęć do krytyki – na tym poziomie mówimy, że jest to nudne, zbędne, że dbamy o poziom dyskusji. To, co robi gospodarz to są właśnie typowe mechanizmy obronne. Sam zauważam je np. u siebie. „To nie jest krytyka” – sądzę, że wiele osób tak reagowało np. na negatywne recenzje.

    W kwestii bóstw chtonicznych:

    Gospodarz napisał, że ktoś, tak jak bóstwa chtoniczne, nie odgrywał większej roli fabularnej itp. Rojt wskazywał, że bóstwa takie odgrywały rolę w mitologiach, więc cała metafora była od czapy, na siłę, podszyta fałszywą erudycją itp.

    W kwestii podanego wyjaśnienia, to jest ono jedynym podawanym przez słowniki. Co więcej, właśnie użycie „kulinarne” było w języku angielskim wcześniejsze, słowniki podają je też jako pierwsze.

    Można mówić, że słowo ma nieznaną etymologię (np. mukarnas – tutaj mamy różne spekulacje), ale jednak wiemy, co oznacza.

    Doprawdy, można podawać różne wytłumaczenia, ale niekiedy sprawa jest dość przejrzysta. Katastrofy smoleńskiej również mamy wiele wyjaśnień, ale większość z nich jest po prostu głupia.

    @Unicode
    Właśnie to napisał Rojt, w przeciwieństwie do gospodarza, który twierdzi, że znaleźć albo wygooglać to sobie można dowolne znaczenie. Tak, mogę znaleźć kogoś, kto twierdzi, że pies to kot. Nie znaczy to jednak, że językoznawcy spierają się co do znaczenia słowa „pies”, czy też „pies nic nie znaczy”. Poza tym wieloznaczność nie oznacza braku znaczeń.

  72. @lurker
    „To jest właśnie ta niechęć do krytyki – na tym poziomie mówimy, że jest to nudne, zbędne, że dbamy o poziom dyskusji.”

    Wycinam także offtopiki, które nie są krytyczne wobec mnie, tylko są na temat, który uważam za nieciekawy (np. ktoś tu wczoraj usiłował rozruszać temat bieżących wydarzeń – to w ogóle jeden z najczęstszych powodów cięć, że ktoś bardzo chce tu pogadać o tym, o czym właśnie żyje twitter). Generalnie moja rola jako blogogospodarza to rola dbania o ciekawą dyskusję.

    Zapewne na tamtym blogu są ciekawsze dyskusje, skoro pański ulubieniec nie wycina krytyki. Proszę się czuć serdecznie zaproszonym do przeniesienia się tam.

    „Tak, mogę znaleźć kogoś, kto twierdzi, że pies to kot.”

    Jest różnica między nieostrością zakresu znaczeniowego słowa „pies”, a słów takich jak „bździągwa”, „wihajster”, „dynks”, „teges”, itd.

  73. @ 5 dla zwierząt i wyczucie społeczne Prezesa

    No tak po prawdzie to dla mnie to jest właśnie dowód na mocne wyczucie Kaczyńskiego. Poparcie dla tych propozycji oscyluje w graniach 75% (zakaz ferm futerkowych) do 90% (zakaz uboju bez ogłuszania). O dziwo mniejsze poparcie ma zakaz udziału zwierząt w cyrkach (50%) oraz zakaz trzymania psa na łańcuchu (65%). Z resztą PIS będzie dążył do większego zagospodarowania elektoratu miejskiego a wieś się zmienia, bo coraz mniej osób pracuje w rolnictwie i przetwórstwie.

  74. > Właśnie to napisał Rojt

    Właśnie co?

    > znaleźć albo wygooglać to sobie można dowolne znaczenie

    Nie każdego słowa, i nie dowolne. Zwierzę nie ma dowolnego znaczenia, ale oznacza zarówno kota jak i psa, jednocześnie nie oznacza niczego konkretnego.

    > Można mówić, że słowo ma nieznaną etymologię

    Ale znamy jego etymologię. Zmyślił je sobie Rabelais, jak ujawnia guglanie w XVIII wiecznej encyklopedii https://fr.wikisource.org/wiki/L%E2%80%99Encyclop%C3%A9die/1re_%C3%A9dition/SALMIGONDI

  75. @Lurker

    Błagam! Czytałem trochę jego blogaska już wcześniej – Rojstowi czasem uda się coś wynorać, ale tak ogólnie „Kompromitacje” to w większości przypadków strasznie nudny nitpicking, choć od czasu do czasu opatrzony interesującymi odnośnikami (z których można dowiedzieć się np. że Piąta Aleja na Manhattanie przed rokiem 1966 była ulicą dwukierunkową). Czepianie się każdego przecinka jest wskazane gdy recenzujesz pracę naukową, ale koleś uczynił z tego swoje hobby. Jego notki nic szczególnego nie wnoszą. To już perypetie mecenasa Giertycha (bo to, jak się domyślam, wo wyciął z dyskusji) są ciekawsze niż analiza tych bzdur.

  76. > W każdym przypadku mamy tu dwa znaczenia: rodzaj potrawy i mieszanka.

    Podobnie jak w przypadku hodgepodge i potpourri co najmniej dwa. Równie dobrze oznacza kasztelanię salmigondyńską przynoszącą co roku 6 789 106 789 czątych.

  77. @mnf
    „To już perypetie mecenasa Giertycha (bo to, jak się domyślam, wo wyciął z dyskusji) są ciekawsze niż analiza tych bzdur.”

    Niemniej jednak, dalej się nie zgadzam – nie przenoście mi twittera na blogaska.

  78. @wo nie przenoście mi twittera na blogaska

    I teraz niestety Andrzej Sikorowski is playing this in my head.

  79. @WO

    „Zapewne na tamtym blogu są ciekawsze dyskusje, skoro pański ulubieniec nie wycina krytyki.”

    Ten dowcip jest przypadkiem zabawny na dwóch poziomach (dla niewtajemniczonych: na „Kompromitacjach” nie można dodawać komentarzy). Korespondowałem kiedyś krótko z Rojtem i mogę potwierdzić, że przy próbie krytyki potrafi być dużo bardziej niekonsekwentny, drażliwy i złośliwy, niż niektórzy to zarzucają WO (i piszę to z perspektywy faceta, któremu komcie też wylatywały). Ebenezer do jednej z notek dołączył odpis swojej dyskusji mailowej z Karoniem, więc zdanie każdy może wyrobić sobie sam (w skrócie: tam gdzie mógł na spokojnie wyśmiać głupka w sprawie, w której miał merytoryczną rację, wolał walnąć focha z olbrzymim zadęciem i grandilokwencją).

  80. @pk
    ” Korespondowałem kiedyś krótko z Rojtem i mogę potwierdzić, że przy próbie krytyki potrafi być dużo bardziej niekonsekwentny, drażliwy i złośliwy, niż niektórzy to zarzucają WO (i piszę to z perspektywy faceta, któremu komcie też wylatywały). ”

    No między innymi dlatego nie chcę go tu mieć w komciach. To u niego jakaś kompulsja. Wielokrotnie pod różnymi pseudonimami próbował zaczynać grzecznie, ale nie jest w stanie tej grzecznej persony udawać dłużej niż przez 3-4 komentarze. Potem zaczyna już jechać zwyczajną chamówą, czym się zresztą przy okazji dekonspiruje – a ja nie po to płacę za domenę i hosting, żeby ktoś mnie tu obrażał.

  81. Przepraszam, że dorzucę coś od siebie do tej sałatki. Filadelfijskie wydanie Lippincotta i Spółki zawiera raczej nie wymagającą wyjaśnień okładkę a w słowie od wydawcy możemy znaleźć takie oto zdanie „It was a dangerous undertaking, for the wery essence of a Salmagundi is the combination of divers ingredients – a product of many minds.”

  82. Podobne do Irvinga zdanie na temat znaczenia „salmagundi” mieli zresztą chyba również autorzy Oxford English Dictionary, którzy jako pierwsze zamieścili znaczenie kulinarne, a w drugim napisali tylko „transf[erred sense] and fig[urative(ly)]”.

    Co do Rojta, nie można nie mieć odrobiny sympatii dla kogoś, kto wywołał taki piękny kałszkwał na portaliku Coryllusa i w okolicach.

  83. > autorzy Oxford English Dictionary

    Przedstawiają potpourri jako pachnidło, co jest znaczeniem późnym i mocno nabytym.

  84. @arturjot
    „Co do Rojta, nie można nie mieć odrobiny sympatii dla kogoś, kto wywołał taki piękny kałszkwał na portaliku Coryllusa i w okolicach.”

    Można. Ja generalnie czuję wyłącznie antypatię do Salonu24 i wszystkich jego wypustek. Przypuszczam zresztą, że ten koleś też stamtąd pochodzi – skąd inaczej w ogóle by wiedział o istnieniu Coryllusa?

  85. @❡
    „Przedstawiają potpourri jako pachnidło, co jest znaczeniem późnym i mocno nabytym.”
    ?
    1. A dish of different kinds of meat stewed together; a stew, hotch-potch. Obs.

    @wo
    „skąd inaczej w ogóle by wiedział o istnieniu Coryllusa?”
    A skąd my wszyscy wiemy?

  86. There is power in the union!

    Widzę, że komci już natrzaskane i gadacie o Rojcie; ale bardzo do dyskusji o oderwaniu profesorów pasuje moja osobista anegdota z momentu kiedy zrobiłem doktorat. Zaprosili mnie wtedy oficjalnie na radę wydziału, na którą normalnie szeregowi asystenci raczej nie chodzą, żeby mnie przedstawić − a o tu, mamy nowego doktora, wygląda tak. I po tym mogłem już sobie pójść, ale pomyślałem sobie, że jak już jestem to posłucham.

    Akurat zapadała decyzja o tym, żeby doktorantów zatrudniać wyłącznie w cyklu i na okres jednego roku, bo panie, rynek, jak również pracy, a także budżet i teges. Na to wstał profesor Nieoderwany, który zdaje się był wtedy prodziekanem, więc już taki w „familii” i mówi, że oni w katedrze co roku wyłapują wybitnych studentów i proponują im doktorat. I ci studenci nawet chcą ten doktorat robić mimo oszałamiających kwot pensji asystenta i grantu doktoranckiego; ale jednak poszukują już jakiejś stabilizacji, gwarancji zatrudnienia przynajmniej na 2 lata, tak, żeby ten doktorat poważnie zaawansować, a może nawet skończyć. Rok to zdecydowanie za mało na cokolwiek, szczególnie, że takiego doktoranta od razu wrzuca się w maszynkę do robienia dydaktyki.

    Na to wstał profesor Oderwany (zdaje się, że wówczas już rektor całej polibudy) i mówi (pamiętam dokładnie): „Państwo nawet sobie nie wyobrażają, jak trudno jest skutecznie zwolnić pracownika”. Potem opowiedział historię o tym jak to wozi się z jednym zwalnianym już ileś-tam miesięcy, a tamten mu ucieka jak węgorz. Z historii było oczywiste, że ten pracownik został zrobiony w ciula na maksa i po prostu się mści i wyciska z uczelni tyle gotówki ile może za swoje krzywdy. Profesor Oderwany był natomiast już tak oderwany, że nawet nie kumał, albo może nie dbał o to, że jest to oczywiste dla wszystkich słuchających. On po prostu musiał mieć każdą jednostkę HRu na smyczy maksymalnie jednorocznej, bo Kodeks Pracy utrudnia mu skreślanie tych jednostek z tabelki w Excelu. I tylko to rozumiał.

    Było to dla mnie jedno (z wielu) doświadczeń formacyjnych z gatunku „ja, spierdalam” (z uczelni).

  87. m.n.f

    …Piąta Aleja na Manhattanie przed rokiem 1966 była ulicą dwukierunkową(…)perypetie mecenasa Giertycha (bo to, jak się domyślam, wo wyciął z dyskusji) są ciekawsze niż analiza tych bzdur…

    Też mnie to zmęczyło. Znacznie ciekawsza jest ta piąta aleja w NYC, a jeszcze ciekawszy byłby temat, jak pandemia zmienia Big Apple, ale i resztę miast świata. Warszawę też (Ciekawy artykuł w dzisiejszej GW https://wyborcza.pl/7,75399,26403086,amerykanskie-miasta-beda-inne-jak-gleboko-zmienia-je-pandemia.html#S.raport%20ze%20swiata-K.C-B.5-L.1.maly).
    Sorry WO, wiem, że nie lubisz jak ktoś próbuje na twoim blogasku kreować swoje fascynacje, ale jako uważny obserwator,mam wrażenie, że to też twój konik.
    No cóż, najwyżej kopenwdupen.

  88. @arturjot
    „Co do Rojta, nie można nie mieć odrobiny sympatii dla kogoś, kto wywołał taki piękny kałszkwał na portaliku Coryllusa i w okolicach”

    Można coś więcej na ten temat? Jajako szeregowy lurker nie mam pojęcia czym jest Coryllus i co to za afera (ok – właśnie sprawdziłem, że istnieje taki blogasek, ale nie chce mi się w tym babrać).

    @wo

    Z czego wnioskujesz że Ebenzer Rojt pochodzi z okolic Salonu24? Jak na Salon jest on coś za bardzo oczytany – z tego co pamiętam, przesiadywały tam głównie kuce, prymitywy pragnące „strzelać do czerwonoskórych” oraz styropianowe Janusze ze wzmożeniem antykomunistycznym. Rojt to jednak inna liga niż tamto dziaderstwo.

  89. @arturjot
    „A skąd my wszyscy wiemy?”

    No, nie bądźmy tutaj wszyscy tacy niby oczytani i zorientowani. Ja nie jestem.

    Prawdę mówiąc to chyba nawet nigdy na Psychiatryk24 nie zajrzałem. Kojarzę, że coś takiego istnieje/istniało i to co tutaj wyczytałem zaspokoiło moją ciekawość. I nie ma co ukrywać, że nie interesują mnie też rzeczy typu „Rojt ostro pojechał u Coryllusa” (a’la DoRzeczy) lub „Rojt zaorał Coryllusa. Masakra!” (a’la Planeta), bo to na kilometr wali Pudelkiem.

  90. @MNF
    Rojt to na 95% Lech Stępniewski, niegdysiejszy publicysta „Najwyższego Czasu”. Strona z artykułami tego pierwszego, „Prawicowe czytanki”, wisi w sieci do dzisiaj i podobieństwo stylistyczne jest uderzające.

  91. @mnf
    Jeśli chcesz się w to bawić, przede wszystkim przeczytaj na Kontrowersjach dwie notki o Gabrielu Maciejewskim (Coryllusie) oraz „Krystyna Murat idzie w zaparte”. W „Aneksie” Rojt podaje link do „Szkoły Nawigatorów” Coryllusa, ale tam tych tekstów było kilka, różnych autorów, i trzeba sobie znaleźć, koniecznie z komentarzami.

  92. @Piotr Kowalczyk
    „Rojt to na 95% Lech Stępniewski, niegdysiejszy publicysta „Najwyższego Czasu””

    Dzięki, tak właśnie kojarzyła mi się jego pisanina – z konserwatywnym liberałem.

    @arturjot
    „Jeśli chcesz się w to bawić, przede wszystkim przeczytaj na Kontrowersjach dwie notki o Gabrielu Maciejewskim (Coryllusie)”

    Na „Kompromitacjach” chyba? Ok, zajrzę.

  93. @inzynier „Z historii było oczywiste, że ten pracownik został zrobiony w ciula na maksa”

    Z pewnością bardziej to zasługa Marcelego niż moja, ale jednak zawsze mi ciepło na sercu, kiedy gorola się uda nieco ześląsczyć.

  94. @mnf
    ” Jak na Salon jest on coś za bardzo oczytany”

    Właśnie nie widzę tego oczytania. Większość jego „odkryć” jest po prostu do wyguglania, przez mechaniczne wpisywanie „salmagundi” (itd) do wyszukiwarki. Człowiek naprawdę oczytany nie będzie się z kolei wpierniczać w argumentację typu „o, zobaczcie, co za błąd – przecież we Lwowie nie mogły żyć żadne bóstwa”.

  95. „poważne źródła opisują np. usunięcie przez władcę złego wezyra po usłyszeniu opowieści biednego pastuszka o rzeczywistym stanie państwa.”

    Putin prowadzi coroczne telekonferencje z narodem, gdzie jak się już obywatel dodzwoni, to można zgłosić rozmaite bolączki, w rodzaju że droga dziurawa i faktycznie Putin zadziała i droga zostanie sprawnie naprawiona. O ile przyczynowość rzeczywiście istnieje (Arkady Bogdanowicz zadzwonił, zgłosił dziurę w drodze numer 7, droga numer siedem zostaje naprawiona poza kolejnością), to nie wpływa to specjalnie na stan dróg w Rosji w ogóle, bo budżet się od tego nie zwiększa, tylko ktoś tam dostanie polecenie przesunięcia środków i naprawienia wcześniej tej konkretnej drogi, a w TV poleci odpowiedni materiał. Oczywiście skargi na urzędników też można zgłaszać… i od czasu do czasu skorumpowany biurokrata wyląduje w kolonii karnej.

    Innymi słowy, wcale się nie zdziwię jak jakiś władca usunął kiedyś wezyra po skardze klasy pracującej. Mogło to być jednak jedynie prekursorskim działaniem w zakresie PR;-)

  96. KO: Ciudad Padron, aby sens miała jego elitystyczna lokacja, powinno nazywać się raczej „Ciudad Patrón”. A pozostałe miejscowości rzeczywiście bardzo sympatyczne.

    @Dostęp do bizjetów i innych środków lokomocji
    Ktoś powyżej wspomniał, że są dla elity elit. Otóż nic bardziej mylnego. W Narwi pod Białymstokiem ma siedzibę pewna skromna sp. z o.o., w której posiadaniu – a de facto w posiadaniu prezesa-właściciela – jest FLOTA maszyn latających (learjety, śmigłowce, mniejsze maszyny GA i, uwaga, szybowce) oraz znakomity, częściowo utwardzony pas startowy pod fabryką.

    Niemniej jednak do dziś mnie lekko zatyka, kiedy przypominam sobie, że szef coraz potężniejszego FRONTEXu, czyli jedynego urzędu UE w Polsce, służbowo lata klasą ekonomiczną (wiem to zasadniczo z pierwszej ręki). Niby wiadomo, że to funkcja publiczna, ale szefostwo agencji ochrony granic UE jest niewątpliwie urzędniczym topem.

    Ze względu na powyższe zastanawiam się, czy nie dochodzi czasem na naszych oczach do znacznej transformacji: im bardziej Pokrzycki, który bądź co bądź jest tylko dużym szefem, a nie Wizjonerem, chce iść w latanie helikopterem, tym bardziej zjeżdża wizerunkowo do Janusza Biznesu. Myślę o tym w kontekście np. Trumpa, którego osobisty Boeing zmienia się powoli w symbol, taką Czarną Strzałę Obciachu.

    Choć warstwa UC, nomen omen, zdaje mi się latać jeszcze wysoko ponad takimi dywagacjami, osobliwie w okolicach Alp szwajcarskich.

  97. ale jak to bździągwa nie istnieje? znam od pół wieku to słowo, zawsze występowało w znaczeniu mniej więcej samica buca, dopiero dziś dowiedziałem się, że w wielkopolsce jest inaczej

  98. @słowniki
    słowniki to jednak zbiory anegdot głównie, jako takie są bardzo pożyteczne, ale ich przydatność jest ograniczona, a stosowanie wymaga najwyższej uwagi i sporego doświadczenia

Dodaj komentarz