Kolegium elektorów – WTF?

W takich chwilach wszyscy jesteśmy amerykanistami. A czekając na głosowanie w Kolegium Elektorów zastanawiamy się, po kiego grzyba Amerykanie tak to sobie skomplikowali.

Widziałem trochę komentarzy, zawierających uzasadnienia typu „chodziło o wzmocnienie suwerenności stanów”. Te uzasadnienia dorabiane są post factum, bowiem sami twórcy konstytucji (The Framers) o tym akurat nie myśleli.

A o czym myśleli? Żeby już pójść do domu. Jak ujął jeden z nich (James Wilson), żadna kwestia tak bardzo ich nie poróżniła, jak sposób powoływania władzy wykonawczej.

Zdecydowali się na Kolegium Elektorów nie dlatego, że to im się wydawało najlepszym rozwiązaniem tylko dlatego, że wszytkie inne nie podobały im się jeszcze bardziej. Zadecydowała przesłanka, która szybko okazała się kompletną pomyłką (o czym za chwilę).

Pierwszą propozycją rozważaną przez Framersów, było to, co dziś stosuje większość demokracji: wybór rządu przez parlament. Przegłosowano to 6 sierpnia 1787 – i projekt nie zdobył większości.

Framersi wierzyli w klasyczny, monteskiuszowski trójpodział władz. Większość demokracji (w tym amerykańska) i tak od niego odeszła, bo jest niepraktyczny.

To był główny argument pisowców kilka lat temu, podczas ich zamachu na sądy – że „trójpodziału i tak nie ma”. No pewnie, że nie ma, tak jak bielizna nie musi być biała. Trójpodziałem się dziś nazywa coś, co w rzeczywistości stanowi system „checks and balances” (zniszczony w Polsce przez PiS).

W 1787 jednak Framersi nie mieli wielu przykładów działających demokracji, wygrał więc argument o trójpodziale. Odrzucili ten projekt, a potem do 24 sierpnia zdążyli odrzucić wszystkie inne, wliczając w to (!) kolegium elektorskie.

Obrady się przeciągnęły. A przypominam, że nie toczono ich w siedzibie parlamentu czy też w jakimś centrum kongresowym, tylko w skromnym, ciasnym budyneczku w Filadelfii.

Wielu delegatów miała kiepskie warunki noclegowe. Gdy przyjeżdżali, nie byli nastawieni na wielomiesięczną nasiadówę.

31 sierpnia delegaci przerzucili ten problem na specjalną komisję, którą wyłonili wśród siebie. Ta po czterech dniach wróciła do kolegium elektorskiego.

Za jego główną zaletę uznano… zapewnienie bezpartyjności wyboru. Jak to ujął Gouverneur Morris (to jest, wbrew pozorom, imię i nazwisko), „skoro Elektorzy będą głosować jednocześnie w dużym oddaleniu od siebie, unikniemy Wielkiego Zła tworzenia kabał. niemożliwe będzie też ich Skorumpowanie”.

„Kabały” („cabals”) to pejoratywne określenie proto-partii politycznych. Framersi mieli bolesną świadomość tego, że sami są podzieleni i skłóceni, ale mieli nadzieję, że to tymczasowa sytuacja – w dojrzałej republice te podziały znikną.

Wyobrażali sobie więc to kolegium tak, jak Alexander Hamilton w „Federalist #68”, że będzie to grono ekspertów, „men most capable of analyzing the qualities”. Stąd ich bodaj najgłupszy pomysł, że ten co dostanie najwięcej głosów zostanie prezydentem, a drugi w kolejności – wiceprezydentem.

Zafundowali tym sobie koszmarną sytuację, w której prezydent był z jednej kabały (np. Federalistów), a drugi z konkurencyjnej (np. z Demokratycznych Republikanów). Szybciutko się z tego wycofali, w 1804 przechodząc na system obowiązujący w zasadzie do dzisiaj. Że „kabały” wybierają w stanie elektorów, zobowiązanych do wskazania konkretnego prezydenta i wiceprezydenta.

Zamiast elitarnego grona bezstronnych ekspertów, o którym śnił Hamilton, mamy więc partyjne marionetki. Zdarzają się tzw. wiarołomni elektorzy, ale to rzadkość.

Większość Amerykanów chce zmiany tego systemu. W 1989 taka inicjatywa zdobyła miażdżące (83%!) poparcie w Izbie Reprezentantów, ale w Senacie miała za małą większość (tylko 54, a nie wymagane 60). I upadła.

W efekcie głos wyborcy z Wyoming jest 4 razy „cenniejszy” od głosu wyborcy z Kaliforni. To źle.

James Wilson pytał retorycznie: „Dla kogo tworzymy rząd? Dla ludzi czy dla wyimaginowanych tworów zwanych ‘Stanami’”?

Dla obywateli USA lepiej byłoby, gdyby kandydat dbał o głos każdego z nich, zamiast skupiać się na przypadkowych „swing states”. Granice stanów są sztuczne jak granice państw kolonialnych (bo w istocie pierwsze stany BYŁY koloniami).

Wbrew intencjom Framersów, Senat i Kolegium Elektorów stały się jednak instytucjami umacniającymi stanowe kabały. Jedna nie da ruszyć drugiej, więc Amerykanie ugrzęźli z tym in saecula saeculorum amen.

PS. Główne źródło: Robert A. Dahl, „How Democratic Is the American Constitution?”, Yale University Press 2003

Obserwuj RSS dla wpisu.

Skomentuj

190 komentarzy

  1. korekta obywatelska: jeśli chodzi o próbę uwalenia kolegium elektorów za pomocą Bayh–Celler amendment, to było to w roku 1969.

  2. Kolegium elektorskie jest absurdalnym pomysłem z punktu widzenia XXI wieku – ale tym bardziej jest Senat, w którym każdy stan, niezależnie od rozmiaru, populacji, gęstości zaludnienia czy czegokolwiek innego, ma 2 reprezentantów. Może miało to sens w XVIII wieku, gdy go stworzono i stany były pod tymi względami mniej-wiecej podobne (na pewno nie było różnicy jak między Vermonetm a Kalifornią obecnie) a trzeba było zapewnić „poszanowanie praw stanów” (czyli prawa do niewolnictwa), ale dzisiaj jedyną jego funkcją jest zapewnianie przewagi politycznej Wschodniego Wybrzeża nad resztą stanów – czy raczej reprezentacja starych, białych, bogatych facetów. Fun fact, średni majątek w Izbie Reprezentantów wynosi ~$510.000, w Senacie $1.760.000.

  3. @ms
    „Może miało to sens w XVIII wieku, gdy go stworzono”

    Też nie. Już wtedy go stworzono jako „republikański odpowiednik Izby Lordów”, a równa reprezentacja stanów wzięła się po prostu z tego, że delegacje na konwencję konstytucyjną też były stanowe. Stąd „kompromis Connecticut”, czyli z grubsza to co mamy. Kompromis – jak to bywa – obejmował najgłupsze elementy postulatów obu partii (Senat z natury elitarny + reprezentujący stany po równo).

  4. Najbardziej fascynująca część tej historii to fakt, że ten system nadal działa mimo tego, że ma ponad 200 lat. Ale chyba właśnie obserwujemy jego zacinanie się.

    Jestem ciekaw jak na dłuższą metę przełoży się skok republikanów na sądy. Bo to nie tylko obsadzenie 6:3 Supreme Court ale też powoływanie taśmowo „swoich” sędziów na miejsca, których nie pozwolono na obsadzenie za czasów Obamy. Nawet jak Joe Biden będzie prezydentem, to republikanie nie pozwolą mu nic zmienić.

  5. @WO
    „Stąd „kompromis Connecticut”, czyli z grubsza to co mamy.”
    – który należy uzupełnić o kompromis „trzech piątych” czyli doliczanie mieszkańcom Południa trzech piątych potencjalnej siły głosu ich niewolników. Oba kompromisy dawały układ sił w Kongresie, który zadowalał stany o różnej wielkości i profilu społecznym. A przypomnijmy, że Kongres jako taki był kontrowersyjną ideą – forsowali ją federaliści wbrew elitom stanowym. „We the People” nie oznaczało ludu – Frejmerzy obawiali się go – lecz federalną republikę deklasującą politycznie rozdrobnione stany. Kolegium elektorskie (gdzie każdy stan ma tak samo liczną reprezentację jak jego delegacja do Kongresu) miało zapewniać, że powyższe dwa kompromisy co do siły głosu będą również obowiązywać przy wyborze niezależnej egzekutywy – przy czym Frajmersi generalnie spodziewali się, że kolegium to będzie mało operatywne i wybór prezydenta defaultowo, jak to przewiduje Konstytucja, przypadnie Izbie Reprezentantów [1]. To się generalnie nie sprawdziło, kolegium okazało się efektywnym forum politycznej rywalizacji stanów dzięki przyjętej przez nie pozakonstytucyjnej zasadzie winner-takes-all przy alokowaniu stanowych głosów elektorskich. I w tym wariancie kolegium przetrwało do dziś, bo zawsze blok stanów zainteresowanych kontynuacją tej formuły był wystarczająco silny – najpierw tworzyły go stany Południa, potem liberalne wybrzeża z nowymi emigrantami, teraz konserwatywny interior (co wynika z przypadku: podzielenie Kalifornii zmieniłoby proporcje w kolegium elektorskim z powrotem z korzyścią dla „blue states”). Najbardziej realną formułą w jakiej można wpływ tego ciała zminimalizować, bez usuwania go z konstytucji, jest „National Popular Vote Interstate Compact” [2] tj. umowa międzystanowa, wedle której prezydentem w każdym wypadku zostanie wybrana osoba uzyskująca całkowitą większość głosów (delegacje elektorskie mają w razie potrzeby zostać dostosowane do takiego wyniku) – pakt ten jest w tym momencie popierany przez 15 „niebieskich” stanów oraz DC, jego wejście w życie wymaga przyjęcia przez stany reprezentujące 270 głosów elektorskich.

    Dodam, że według mnie często słyszana na lewicy skarga „Hillary zdobyła w 2016 r. wielomilionową przewagę wśród zwykłych wyborców, ale nie wśród elektorów, i przez to niesprawiedliwie przegrała” znoszony jest przez argument „Trump zdobył „za nic” miliony głosów w progresywnych stanach, w których prawie nie prowadził kampanii – gdyby nie musiał się skupiać na małych swing states Midwestu, jego zwycięstwo w 2016 r. byłoby jeszcze bardziej wyraźne – zamiast w miasteczkach Michigan i Wisconsin aktywnie przyciągałby rzesze potrzebnych mu wyborców w dużych miastach na wybrzeżu”. Tak więc wydaje mi się, że all things considered, federalizm reprezentowany przez kolegium elektorskie i brak ogólnokrajowej procedury wyborczej raczej utrudnia niż ułatwia zdobycie władzy dyktatorskiej.

    [1] Alexander Keyssar, „Why Do We Still Have the Electoral College?”, 2020
    [2] https://www.nationalpopularvote.com/bill-text

  6. @WO:
    „W efekcie głos wyborcy z Wyoming jest 4 razy „cenniejszy” od głosu wyborcy z Kaliforni. To źle”.

    To akurat byłoby jeszcze do przeżycia – problem polega na tym że przez zasadę winner-takes-all efektywna siła głosu wyborcy zarówno z Kalifornii jak i z Wyoming jest praktycznie zerowa w porównaniu z wyborcą z Wisconsin, Georgii czy Arizony. Nadreprezentacja małych stanów w KE nie byłaby problemem, tak jak nie jest nią nadreprezentacja małych państw w Parlamencie Europejskim – gdyby nie ta zasada.

    BTW w polskim Sejmie małe wiejskie okręgi też są nadreprezentowane, o czym się dość rzadko mówi – gdyby przeliczać liczbą faktycznie głosujących, Warszawa powinna mieć 34 mandaty poselskie, a nie 20. (Dlatego PiS w każdych wyborach zdobywa po kilka mandatów więcej niż „powinien był” zdobyć patrząc po procencie głosów w skali kraju).

    @terpa
    „Najbardziej fascynująca część tej historii to fakt, że ten system nadal działa mimo tego, że ma ponad 200 lat.”
    Działa jak działa. Już raz Amerykanie mieli – w dużej mierze z jego powodu – wojnę i wcale nie byłbym pewien czy tym razem to się nie skończy podobnie.

  7. > nadreprezentacja małych państw w Parlamencie Europejskim – gdyby nie ta zasada.

    Jednak KoEl to co innego niż wybroy delegacji do parlamentu. Jest to 56 wyborów prezydenckich w 56 krajach jednocześnie (50 stanów + DC + 5 okręgów jedno-elektorskich) i efektem jest wybór jednostkowego prezydenta przez każdy z nich.

    Gdyby KoEl głosował proporcjonalnie granica większości bezwzględnej 270 osiągana byłaby rzadko i decyzja spadałaby zgodnie z dwunastą poprawką na Izbę Reprezentantów, lub prezydenta wybierałby nie stan Wisconsin, a pojedynczy elektor okregu Omaha w Nebrasce.

    Parlament Europejski jest oczywiście znacznie lepszy niż system z czasów gdy nikt poza bogatymi ziemianami nie miał głosu. Litwie przypada w nim 11 posłów, tyle ile mieli będąc większym krajem na polskich sejmach.

  8. Problem z dzieleniem np. Kaliforni jest taki że wymaga zgody Kongresu itd… ale jest jeden wyjątek: Texas ma zapisane prawo, jeszcze z czasów przyjęcia do Unii, do samo-podziału na 5 stanów. To by zamurowało przewagę R. w Senacie na dobre.
    Natomiast przyjęcie zasady proporcjonalnego podziału elektorów (w dwóch stanach już jest) w praktycznym wymiarze rozwiązuje znaczącą większość problemów z kolegium nie wymagając zmiany konstytucji.

  9. @bogdanow
    „Natomiast przyjęcie zasady proporcjonalnego podziału elektorów (w dwóch stanach już jest) w praktycznym wymiarze rozwiązuje znaczącą większość problemów z kolegium nie wymagając zmiany konstytucji.”

    To możliwe byłoby w szerszej skali tylko gdyby w okresie poprzedzającym jedne konkretne wybory przytłaczająca większość stanów na to poszła (decyzja należy do nich, nie do rządu federalnego, i wymaga normalnego stanowego procesu legislacyjnego). Pojawia się collective action problem – zawsze Kalifornia nie będzie chciała dodać do puli swoich obecnie blokowanych czerwonych elektorów dopóki Teksas nie doda swoich niebieskich, i na odwrót. Nawet w tych dwu małych stanach, które na to poszły (ME i NE), rezultat jest wykrzywiany przez gerrymandering (Nebraska powinna oddawać dwu niebieskich elektorów, daje jednego, bo okrąg wykrojony jest dookoła Omaha). Dlatego napisałem, iż ewolucyjny mechanizm NPVIC jest bardziej realną opcją. Niebieskie stany, nie mające w tej chwili nic do stracenia, deklarują między sobą respektowanie „nation-wide plurality of votes” i liczą, że z czasem dołączą inni którym ona w danym okresie legislacyjnym będzie odpowiadać. Jeżeli zgodzi się na to grupa stanów reprezentująca minimum 270 elektorów, sprawa będzie przesądzona – choć znowu z zastrzeżeniem, że jeśli wybranym przez lud kandydatem zostanie osoba w typie Trumpa, wywoła to naciski, by elektorzy zagłosowali jednak „niewiernie” na konkurenta. System wygląda na dysfunkcyjny, ale układanki przy wyborze kilkuosobowej egzekutywy unijnej w Europie (szefostwo Komisji, Rady, PE, wysoki przedstawiciel ds. spraw zagranicznych), wyglądają w sumie podobnie – liczy się przy nich trochę „pluarlity of votes” do PE, trochę równowaga między dużymi i małymi krajami, trochę równowaga między regionami, a trochę między grupami politycznymi – plus różnorodność płciowa (a gdybyśmy wzięli jeszcze inny przykład – Indie, wtedy dochodzi jeszcze równowaga religijna). Federalnych struktur politycznych raczej nie wybiera się wedle jednego prostego klucza i w tym sensie reguły zaprojektowane dla wyboru prezydenta małej federacji kilkunastu kolonii muszą być formalnie i nieformalnie korygowane w przypadku wielomilionowego państwa.

  10. Do tej układanki trzeba dodać to, że kiedy ustalono zasady EC, poszczególne stany nie traktowano jak prowincje tworzące kraj, ale państwa tworzące federację, w dodatku państwa o silnej lokalnej identyfikacji. Przed uchwaleniem konstytucji, stany działały w obrębie znacznie bardziej luźnej umowy (Artykuły Konfederacji, nie mylić z tą bardziej znaną Konfederacją), która szybko doprowadziła do poważnych problemów: rząd federalny nie mógł drukować długu, więc nie miał jak stworzyć wojska do obrony przed Brytyjczykami, a poszczególne stany zaczęły się szarpać o cła. Obecny system to kompromis pomiędzy rozpadem unii, a jednolitym państwem. A dalej pisali przedmówcy, zawsze istniał jakiś podział jak północ v południe, który blokował głębszą integrację, bo system celowo zbudowano, aby integracja była trudna. Co zresztą prowadzi do zabawnych sytuacji, kiedy wybory federalne na pojedyncze stanowisko prezydenta wyglądają inaczej w każdym stanie. I przestroga dla Europy, żeby z góry planować porzucenie takiego połatanego i ostatecznie niedemokratycznego systemu.

  11. > Najbardziej fascynująca część tej historii to fakt, że ten system nadal działa mimo tego, że ma ponad 200 lat. Ale chyba właśnie obserwujemy jego zacinanie się.

    To jest chyba element podobnej mitologii jak świetność amerykańskiej konstytucji w ogóle – pisali ją ponad dwieście lat temu i działa! No więc jak i czy działa myślę, że działacze ruchu praw cywilnych, związkowcy, czy w ogóle ktokolwiek kto chce ewolucji w ramach tego systemu mogą mieć odmienną opinię. Natomiast na pewno działa z perspektywy Mitcha McConella, tak jak działał z perspektywy Dicka Russella, Stroma Thurmonda czy Johna C. Calhouna.

    > Texas ma zapisane prawo, jeszcze z czasów przyjęcia do Unii, do samo-podziału na 5 stanów. To by zamurowało przewagę R. w Senacie na dobre.

    To by zamurowało przewagę Republikanów w Senacie na dobre dwa lata może cztery. Demograficznie Teksas jest coraz bardziej purpurowy i nawet jeśli powstałe z niego 5 stanów było mocno zgerrymanderyzowane (wątpliwe czy by się dało) to i tak nie wszystkie by wysyłały do Senatu samych republikanów, a przy dalszym rozwoju teksaskich aglomeracji mogłoby się okazać, że bliżej by było do wysyłania samych demokratów jak w Kalifornii.

    Całkiem spoko odcinek swojego podcastu Revisionist History zrobił o podziale Teksasu Malcolm Gladwell (publicysta NYT). Pozwolę sobie zalinkować, bo jest to przykłąd jakościowej monetyzacji podcastu poza statkiem-matką realizowanym przez człowieka prasy papierowej – http://revisionisthistory.com/episodes/21-divide-and-conquer

    Bardziej w wątku głównym – jedną z propozycji było przeniesienie wyborów elektorów na okręgi kongresowe, jako w sumie najbardziej proporcjonalny element amerykańskiej układanki demokratycznej. Z tym, że łatwo zauważyć, w ewentualnych swing districts mieszkałoby jeszcze mniej amerykanów niż w swing states, co faktycznie sprawiłoby, że o prezydenturze realnie decydowałby jeszcze mniejszy odsetek głosów. Tymczasem na szybko uproporcyjnienie kolegium elektorskiego możnaby uzyskać, gdyby liczba elektorów nie byłaby z wzoru kongresmani + senatorzy stanu. Nagle stosunek elektorów Kalifornia – Wyomin nie wyglądałby 55:3 tylko 53:1[1], co w przeliczeniu na populację oznaczałoby, że jeden elektor przypadałby na 578[2] tys mieszkańców Wyoming i 745 tys mieszkańców Kalifornii (zamiast na odpowiednio 192 i 718 tys)[2].

    Na koniec jeszcze, kombinacje ze zniesieniem/modyfikacją KE kojarzą mi się ze znakomitymi gambitami prawniczymi, jakie przywoływano w starciach z PiS, że przecież prawo tak, a piąty zamiennik siódmego sędziego musi podać kopertę z orzeceniem przez lewe ramię. Triki proceduralne należą do naturalnego reprtuaru ludzi konserwujących system, a nie chcących go zmienić o czym świadczą przykłady prawniczych originalists ze stanów[3], ordosiurków, czy Czarnych Panter[4]. Demokraci powinni raczej słuchać Stacey Abrams i walczyć o rejestrację wyborców/zwalczać republikańskie czystki na listach wyborców, czy propsowane przez skrzydło Sandersa/AOC mobilizowanie bazy i akcje Get Out The Vote. No ale to by chyba wymagało jakiegoś odwrócenia paradygmatów w Democratic Congressional Campaign Committee, czyli trudno patrzeć z optymizmem.


    [1] Wyoming ma jedno miejsce w kongresie, bo to minimum, stąd nadal dysproporcja
    [2] Liczby brane z ogółu populacji, a nie z liczby uprawnionych do głosowania.
    [3] Zwolennicy stosowania prawa tak jak mogli je interpretować piszący… czyli jeśli konstytucja jest z 1789 to robimy sobie rpg-wcieleniówkę „what would Framers do?”
    [4] Pantery dyskutowały z policją na paragrafy dlaczego policjanci nie mogą ich aresztować/zakazać zgromadzenia itp.

  12. @airborell
    „Działa jak działa. Już raz Amerykanie mieli – w dużej mierze z jego powodu – wojnę i wcale nie byłbym pewien czy tym razem to się nie skończy podobnie.”

    Bo nawet słabe kompromisy są nadal kompromisami – to jak z uprawnieniami Prezydenta RP skrojonymi pod Jaruzelskiego. Lepiej już to zostawić niż otwierać puszkę Pandory.
    Ja nie widzę na razie potencjału na wojnę domową. Wcześniej sprawą zasadniczą było niewolnictwo i to spajało stany południowe mimo różnic pomiędzy nimi a zarazem antagonizowało z Północą. Teraz podział jest na miasta-prowincja i interior-wybrzeża więc nie mamy spójnego obszaru i chęci rozbicia unii.

    @❡
    „Trump powołał ¼ sędziów federalnych i apelacyjnych. To robi wrażenie, ale nie odbiega od statystyk nabijanych poprzednio po 4 latach urzędowania.”

    To prawda, tylko za Cartera nie było takiego silnego ideologicznego podziału. I teraz chodzi o to, aby dobierać tylko sędziów, którzy mają odpowiednie ideolo w głowie a to – właśnie ze względu na niezawisłość sądów – powoduje konkretne efekty. Np. w Kalifornii chciano zabronić sprzedaży broni z dużymi magazynkami [1] i zostało to uwalone przez sąd właśnie dzięki tym nowym nominacjom. Celowo dobiera się młodszych sędziów aby ta republikańska dominacja starczyła na dłużej.

    [1] https://cdn.ca9.uscourts.gov/datastore/opinions/2020/08/14/19-55376.pdf

  13. @klugowski
    „Demokraci powinni raczej słuchać Stacey Abrams”

    Stacey Abrams zdobyła dla Bidena Georgię – gdyby sytuacja tam była bardziej jak na Florydzie, może wciąż media nie ogłosiłby zwycięzcy. Więc owszem jej wkład w „podanie koperty z orzeczeniem przez lewe ramię” jest znaczący. Widzę ją jako prezydentkę w którejś z kolejnych kadencji.

    „Teraz podział jest na miasta-prowincja i interior-wybrzeża więc nie mamy spójnego obszaru i chęci rozbicia unii.”

    Miasta-prowincja ale nie interior-wybrzeża – Biden zwyciężył lub był bliski zwycięstwa w miastach interioru od Atlanty do Las Vegas, właściwie wszędzie gdzie masz międzynarodowe lotnisko. To moim zdaniem będzie zasadniczy problem polityczny USA: niebieskie miasta emancypujące się swoim czerwonym stanom, dlatego większym problemem niż kolegium elektorskie jest Senat, z jego nadreprezentacją wiejskiej prowincji i mechanizmem filibuster od lat 50-tych używanym do blokowania progresywnych inicjatyw.

  14. Ponieważ widzę tu jakoby amerykanistów, wnoszę jeszcze jedną kwestię do planu obrad 🙂 na której sam się mało znam, ale wyczuwam, że jest bardzo istotna: spis powszechny w USA co 10 lat. O ile wiem, to nie jest, jak u nas, coś w rodzaju „GUS chce wiedzieć jak liczyć inflację”, tylko dość ostre narzędzie polityczne.

  15. @inzmru „dość ostre narzędzie polityczne.”
    No raczej, skoro po każdym takim spisie na nowo rysuje się okręgi wyborcze, z całym przynależnym temu gerrymanderingiem. Natomiast ja też nie mam pojecia, może ktoś wie, jak to wygląda w szczegółach: czy decyduje liczba mieszkancow, czy też liczba obywateli z prawem głosu? Bo to oczywiście dwie kompletnie różne liczby.

  16. @Awal

    Może to było nieczytelne. Demokraci mają mnóstwo wyborców, których wystarczyłoby wspomóc w rejestracji, zmobilizować itp. – to jest to co robiła Abrams, Abrams to nie jest mainstream partii. Zamiast tego angażują się w dyskusje o likwidacji KE, tworzeniu nowych stanów oraz o tym jak niesprawiedliwe są triki republikanów i „no tym razem się do tego nie posuną” i patrzenie jak się posuwają – to jest podawanie koperty z orzeczeniem przez lewe ramię.

    Ci wyborcy w Georgii… oni tam byli od dawna, to że Stacey Abrams wygrała dla Bidena Georgię wynika z tego, że zrobiła coś, czego krajowa partia demokratyczna po prostu nie robi: nie skreśliła Georgii i skupiła się na zapewnianiu głosujących. Obie te rzeczy to dla ludzi pokroju Pelosi czy Schumera tematy poza horyzontem zdarzeń.

    W miejsce bezproduktywnej dyskusji proponuję poczekać dwa miesiące i zobaczyć co się stanie z wyborami do senatu w Georgii. W Georgii republikanie mają trifectę – gubernatora, seant, izbę – więc wszystkie środki do tego, żeby proceduralnie i prawnie wesprzeć reelekcję republikańskich senatorów. Demokraci mają od 2016 zarejestrowanych więcej wyborców, niż republikańskie władze stanowe są dają radę usuwać z voter rolls. Mobilizacja obu elektoratów jest spora. Zobaczmy co obie partie będą robić. Jak bymi miał obstawiać, to republikanie dirty tricks, demokraci ogólne kibicowanie w CNN, NBC i MSNBC, a takie organizacje jak Abrams i progresywna lewica czarną robotę w terenie żeby wyciągnąć ludzi do urn.

  17. Mam kolejne pytanie amerykanistyczne: czy oskarżenia o fałszerstwo rozejdą się po kościach i będą miały garstkę wyznawców, czy też znajdzie się więcej ludzi, którzy za rok albo trzy lata powtarzać będą „to nie jest legalny prezydent”? (Przypomniało mi się „miejsce urodzenia Obamy”.)

  18. @klugowski
    To co Tejas zagwarantował sobie zanim stał się Texasem, to kolejna mitologia. Słyszałem z ust największego znafcy, że zagwarantowali sobie możliwość wyjścia z Unii. O ile wiem przy próbie wyjścia dostali takie same bęcki jak reszta, ale bosonogi nadal wierzy, że mogą w każdej chwili wyjść.
    Z konstytucją jest dokładnie tak samo. Jest niezmienna jak Biblia i katolicka tradycja. Raz wynika z niej, że Dred Scott jest rzeczą, którą trzeba zwrócić właścicielowi a niedługo potem okazał się jednak człowiekiem. Raz ta konstytucja pozwala pić – raz nie. Jak z Biblii można z niej wywieść wszystko.
    A jak Amerykanie mówią o prawach, to nie powołują się na mityczną konstytucję, tylko na poprawki do niej.
    A o tym, że system wyborczy w ramach niezmiennej konstytucji zmieniał się wielokrotnie pisał i gospodarz i komcionauci.

  19. @Jakub Banasiak
    „czy oskarżenia o fałszerstwo rozejdą się po kościach i będą miały garstkę wyznawców, czy też znajdzie się więcej ludzi, którzy za rok albo trzy lata powtarzać będą „to nie jest legalny prezydent””

    Zawsze będą jakieś Breitbarty, które będą cynicznie grzać temat dla klików i zawsze będą ludzie gotowi uwierzyć w te bzdury (tak jak w Polsce są ludzie, który nie wierzą w „fałszywą plandemię” i tak jak w Stanach są tacy którzy twierdzą, że ziemia jest płaska, a NASA to ukrywa). Oczywiście że niektórzy będą podważać legalność Bidena, ale to polityczny folklor. Takie rzeczy to jest generalnie beka-kontent, jak ta konferencja Giulianiego w Four Seasons. Choć nie wykluczam, że mogą się znaleźć podburzane przez prawicowe media świry, które chwycą za broń jak np. przy pizzagate – i wtedy już przestanie być zabawnie.

  20. Jakbym miał grać w prorok-totka, to będzie tak: do stycznia Trump będzie siedział w Białym Domu i tweetował, że jest prezydentem; będą do niego chodziły pielgrzymki z GOP, żeby się opamiętał; nie opamięta się, tylko będzie tweetował kolejne nazwiska „zdrajców”; pielgrzymki przestaną przychodzić, szczury uciekną z okrętu, aż w końcu usłyszymy newsa „Air Force One wylądował w Arabii Saudyjskiej”. Wtedy wprowadzi się Biden.

  21. @inż.mrównica

    E tam, myślę że Trump będzie cynicznie grał na jakiegoś rodzaju ugodę: ja wyniosę się z Białego Domu bez poważniejszych awantur i podburzania ludzi, ale w zamian wy gwarantujecie mi bezkarność i nie ruszacie moich biznesów. To, mówiąc krótko, gra kartą podżegania do przemocy, która mogłaby oznaczać zamieszki, chaos i ofiary na ulicach. Takie ultimatum podpalacza: albo zagwarantujcie mi bezkarność, albo zacznę biegać z zapalniczką i kanistrem benzyny. Inna sprawa ile on ma faktycznie tej benzyny w kanistrze – ja myślę, że nie wystarczyłoby tego na pożogę, co najwyżej na niewielkiego grilla. Raczej tsssss niż bum.

  22. Będzie jak mówi Mrównica, tylko nie zwieje do Arabii, a po cichu się wyprowadzi i przestanie być relewantny

  23. A choćby i się nie wyprowadził, to przecież 20 stycznia 2021 o 11.59 automatycznie stanie się dzikim lokatorem, choćby akurat żarł KFC w Gabinecie Owalnym. Pytanie, jak dziwne decyzje podejmie wcześniej, typu dodatkowe sankcje wobec Iranu, Kuby czy innej Francji.

  24. > przyjęcie zasady proporcjonalnego podziału elektorów (w dwóch stanach już jest)

    Jest trochę co innego. Większość stanowa decyduje o dwóch głosach elektorskich, a większość w każdym trzech z okręgów ma po jednym elektorze. W praktyce Nebraska głosuje blokiem, a Omaha zaczyna jawić się kampanijnym specom jako osobny stan.

    > (Nebraska powinna oddawać dwu niebieskich elektorów, daje jednego, bo okrąg wykrojony jest dookoła Omaha)

    Zawsze był jak rogal, bo jak inaczej, podobnie jak obwarzanki wokół polskich miast. W jakiej sytuacji byłby niebieski? Ostatnie przesunięcie granic właśnie wykroiło z Omaha kolorowe mniejszości Bellevue razem z całą bazą lotniczą Offutt, dodając demokratycznych wyborców do rogala, a podbierając z niego pół republikańskiego hrabstwa Sarpy. Na pomarańczowo w dwóch ostatnich mapkach https://en.wikipedia.org/wiki/Nebraska's_congressional_districts Osłabiając demokratów w Omaha nie obawiano się ich wzmocnienia w sąsiednim okręgu.

    Teraz jest śmiesznie, prezenterzy machają po całej mapie, jeżdżą po kraju jak pogodynek w dniu świstaka. Gdyby to było w Polsce: „Witamy pana X, pan X jest teraz w Suchej Beskidzkiej. Sucha Beskidzka to ważne miasto małopolskiego. Tam wciąz są niezliczone głosy…” zmieniłoby się w tym systemie „Przenosimy się do na osiedle Kosmonautów, ulica Ćwiartki jak zwykle przeciw dzielnicy, ale w tym roku Ferdynand pokłócił się z sąsiadem. Panie Paździoch jak pan głosował w tych wyborach?”

  25. @ Cenzus

    Dodanie/przywrócenie pytania o obywatelstwo stanęło¹ przed Sądem Najwyższym i ustalił, że to dopuszczalne pod warunkiem uzasadnienia. Uzasadnienie ochroną prawa wyborczego sądy uznały za wtórne i SN to podtrzymał³ (część V w głosowaniu 5-4, z trzecim sędzią Trumpa byłoby odrwotnie).

    Sąd tradycyjnie zważył, że prawo ogólnie nie pozwala na kwestionowanie szczerości przedstawionych intencji, a motywacja polityczna nie jest dopuszczalną podstawą podważania decyzji. Tradycyjnie jendakże powołał się na wyrok SN w sprawie o pozostawienie parku² (ruch obywatelski vs. autostrada) gdzie pojawiają się wyjątki od tych ogólnych zasad. motywacja może byc polityczna ale jeśli pojawiła się pierwsza musi być tak wyrażona nie szukając pretekstów formalnych. To dzięki temu faktyczny obieg informacji jest podstawą działania sądów w USA w sprawach decyzji administracyjnych, ciekawostka na temat dorobku ruchów miejskich w dążeniu do demokracji.

    ¹ https://en.wikipedia.org/wiki/Department_of_Commerce_v._New_York
    ² https://en.wikipedia.org/wiki/Citizens_to_Preserve_Overton_Park_v._Volpe
    ³ https://www.supremecourt.gov/opinions/18pdf/18-966_bq7c.pdf str. 23

  26. @sheik.yerbouti
    przecież 20 stycznia 2021 o 11.59 automatycznie stanie się dzikim lokatorem, choćby akurat żarł KFC w Gabinecie Owalnym

    No to spójrz na to inaczej: Trump wygrał wybory, co zostało oficjalnie stwierdzone przez Prezydenta USA. 20 stycznia nastąpi smooth transition to a second Trump administration, (C) by Mike Pompeo. Trump pozostanie tam na cztery lata (co najmniej – a kto mu zabroni startować po raz trzeci? konstytucja? a ile ona ma dywizji?). I najważniejsze: niby kto i jak miałby go odsuwać od władzy styczniu? Administracja federalna już teraz zwyczajnie zignorowała Bidena i najwyraźniej nie zamierza mu nic przekazywać. Biden może pobiec do SC, jak pan William Marbury, ale skąd pomysł, że osiągnie więcej niż tamten?

    Działanie na rympał jest najskuteczniejsze.

  27. P.s. nie istnieją (jak mi się zdaje) procedury, na podstawie których Biden miałby realną możliwość, aby objąć urząd (– Casus sam w sobie jest interesujący; wszelako tu dwie są materie: podstawa skargi – to jedno i dałoby się tu zdziałać wiele, jako też tryb postępowania – to drugie; otóż przed żaden sąd króla pozwem cywilnym nie da się postawić, albowiem to sprzeczne jest z prawem międzynarodowym, jako też kosmicznym.).

    Trump w gruncie rzeczy nie potrzebuje żadnych procedur, aby pozostać lokatorem Białego Domu – on tam zwyczajnie siedzi i dysponuje realną, nagą siłą.

    Oczywiście może się zdarzyć, że Trump zwyczajnie skurczaczy i skręci kierownicę. Ale nie byłbym tego taki pewny. Francisco Solano López nie spękał do końca.

  28. @Gammon
    „Trump w gruncie rzeczy nie potrzebuje żadnych procedur, aby pozostać lokatorem Białego Domu – on tam zwyczajnie siedzi i dysponuje realną, nagą siłą.”

    Jeden oszolom Pompeo, to jeszcze nie administracja. Skoro mowimy o „realnej nagiej sile” – czy uwazasz, ze ludzie z administracji beda sklonni oddac zycie (nawet jesli nie doslownie, to kariere) za tego pajaca? Ze dowodztwo armii, sluzb wywiadowczych i reszta resortow silowych opowie sie po jego stronie?

    Absolutnie tego nie widze, a w zestawieniu z wiadoma konferencja na tylach sklepu ogrodniczego to tym bardziej zakrawa na groteskowa komedie.

    Mysle, ze gosc bedzie coraz glosniej krzyczal i sie miotal, i coraz bardziej do pustych scian, bo wszyscy z otoczenia zrobia kolko z zazenowania i sobie pojda.

  29. @mcal
    Jeden oszolom Pompeo, to jeszcze nie administracja.

    Pompeo stwierdza oficjalne stanowisko Stanów Zjednoczonych. Zgodnie z nim szeregowi pracownicy administracji już teraz zwyczajnie ignorują wezwania Bidena do udostępnienia dokumentów, pomieszczeń etc. potrzebnych do przygotowania nowej władzy. Co sugeruje, że żadnej „nowej władzy” może nie być.

    czy uwazasz, ze ludzie z administracji beda sklonni oddac zycie (nawet jesli nie doslownie, to kariere) za tego pajaca?

    A jeśli będą skłonni oddać w razie takiej potrzeby cudze życie i jednocześnie zagwarantować własną karierę w drugiej (trzeciej? czwartej? ciekawe ile on pożyje) administracji Trumpa? To kto i co konkretnie może im zrobić? Demokratyczny Ruch Oporu zacznie wysadzać republikańskie pociągi wiozące amunicję na front wschodni?

  30. Widzę dwa podejścia.
    Pierwsze jest formalne – Biden de iure wygrał wybory, ale nie istnieją procedury, na podstawie których może cokolwiek osiągnąć, jeśli Trump się na serio postawi. Drugie jest faktyczne – Trump ma władzę a Biden jej nie ma.

  31. P.s. jeśli ktoś widzi procedury federalne, które realnie pozwoliłyby na uznanie Trumpa – wbrew jego twierdzeniom – za uzurpatora i wyrzucenie go z Białego Domu, chętnie się dowiem.

  32. @sheik „może ktoś wie, jak to wygląda w szczegółach: czy decyduje liczba mieszkancow, czy też liczba obywateli z prawem głosu?”

    Fizyczna liczba mieszkańców. Niezależnie od tego, czy mogą głosować, czy nie, czy są legalnymi imigrantami, czy nie. A decyduje o ilości pieniędzy federalnych i krzeseł w kongresie jakie otrzyma stan. Ale to jak zostaną narysowane/zmienione okręgi wyborcze, jest juz pozostawione legislaturze stanu i tu kreatywność jest wysoka. Pytanie o obywatelstwo było forsowane przez administrację Trumpa do włączenia do tegorocznego spisu powszechnego i zostało uwalone przez kilka instancji sądów, włączając SCOTUS (w składzie z RBG i niejednomyślnie, więc pewnie jeszcze wróci za 10 lat). Google “Enumeration Clause”.

  33. P.s.
    @mcal
    czy uwazasz, ze ludzie z administracji beda sklonni oddac zycie (nawet jesli nie doslownie, to kariere) za tego pajaca? Ze dowodztwo armii, sluzb wywiadowczych i reszta resortow silowych opowie sie po jego stronie?

    Nawet gdyby obecni ludzie nie byli skłonni, Trump ma ponad 2 miesiące aby ich wymienić na innych, bardziej skłonnych, n’est-ce pas? I być może już to robi (minister wojny).

  34. @jeśli ktoś widzi procedury federalne, które realnie pozwoliłyby na uznanie Trumpa – wbrew jego twierdzeniom – za uzurpatora i wyrzucenie go z Białego Domu, chętnie się dowiem.

    Procedury to może nie, ale kongres ma władzę nad kasą, jaką otrzymuje administracja i nowy budżet jest tuż tuż. Trump, nawet siedząc w Białym Domu, będzie miał coraz mniej zabawek do zabawy. Wykonanie executive orders wydanych w okresie 60 dni przed 20 stycznia przez lame duck president jest wstrzymane, aż do objęcia urzędu przez nowego (i oczywiście wymaga parafki). Realistycznie, to Trump, może sporo ludzi pozwalniać z zemsty, zrobić kupę na dywanie w Oval Office, spróbować ułaskawić wszystkich kumpli na wieczność i pewnie ujawnić wszystkich amerykańskich szpiegów na ziemi, ale piaskownica się zmniejsza każdego dnia.

  35. @gammon
    To nie prezydent stwierdza wygraną, tylko Kolegium elektorów w połowie grudnia wybiera prezydenta i potem ten obejmuje urząd. Pompeo nie ma tu nic do rzeczy.

  36. Gammon No.82

    Co to znaczy „realne”? Konstytucja reguluje działanie kolegium elektorskiego. 6 stycznia głosy elektorskie są przeliczane w Kongresie. 14 poprawka do konstytucji ustala, że 20 stycznia kończy się kadencja prezydenta. Jeśli 6 stycznia głosy wskażą Bidena, 20 Trump przestaje być prezydentem.

  37. @sheik.yerbouti
    To nie prezydent stwierdza wygraną, tylko Kolegium elektorów

    Toteż Trump stwierdzi, że jako urzędujący prezydent i zarazem prezydent-elekt czeka na głosowanie prawdziwego kolegium prawdziwych elektorów. Biden jest w najlepszym razie przypadkowym przechodniem z ulicy, wskazanym przez grupę uzurpatorów. Wczuwam się w „logikę” Trumpa i jego kolegów i rozmyślam, co jeszcze zrobią.

    @PanMzawka
    kongres ma władzę nad kasą, jaką otrzymuje administracja i nowy budżet jest tuż tuż

    A jeśli administracja federalna i struktury siłowe nie dostaną wypłaty, to w ich oczach winny będzie (1) prezydent, (2) kongres, (3) Masaj?
    Co do samego Trumpa, ma chyba własne pieniądze na drobne wydatki i śmierć głodowa mu nie grozi.

  38. @KrasnowKrasnow
    Jeśli 6 stycznia głosy wskażą Bidena, 20 Trump przestaje być prezydentem.

    …i oświadcza, że jest prezydentem-elektem, czekającym na prawdziwe głosowanie prawdziwego kolegium.

  39. Gammon No 82

    Mariusz Max Kolonko oświadczył 5 lipca, że jest prezydentem Polski. Ewentualne oświadczenia Trumpa będą miały podobną moc prawną. Oczywiście istnieje możliwość siłowego przejęcia władzy, ale nie wydaje mi się, żeby Trump miał wielu fanów w służbach i armii.

  40. P.s. (II.)
    Zbyt wiele razy w ostatnich latach słyszałem ludzi, którzy przekonywali „ale przecież oni tego nie zrobią, bo to niemożliwe / bezprawne itd.”, po czym okazywało się, że jak najbardziej możliwe.

  41. > A jeśli administracja federalna i struktury siłowe nie dostaną wypłaty

    Trump już zorganizował Government Shutdown i nie było wątpliwości, podobnie jak kiedy przydarzyło się to Obamie (prezydent ma być efektywny, tłumaczenia że to że tamto się nie sprzedają).

    > Toteż Trump stwierdzi, że jako urzędujący prezydent i zarazem prezydent-elekt na głosowanie prawdziwego kolegium prawdziwych elektorów.

    Zgodnie z 20 poprawką kadencja po prostu wygasa. Można wezwać ślusarza.

    Legislatury stanowe nie są niczym związane w wyborze elektorów, nie ma „nieprawdziwego” kolegium. Ważność głosowania nie jest do niczego potrzebna, i elektorzy ze stanu tak mogą wysłać certyfikat wyboru (pocztą). Kongresmani mogą kwestionować poszczególne głosy z nadesłanych certyfikatów. Na uwzględnienie obiekcji muszą się zgodzić obie izby w osobnych głosowaniach, w takim przypadku głosu się nie liczy.

    Jeśli Kongres nie może przez to przebrnąć i potwierdzić głosów elektorskich na prezydenta nie wybiera prezydenta samodzielnie, a zgodnie z 20 poprawką prezydentem zostaje wiceprezydent elekt. Jeśli Kongres nie może potwierdzić tego, Izba Reprezentantów zwykłą większością w formie ustawy zwykłej (a nie jak przy wybieraniu prezydenta głosując blokami stanowymi) wskazuje osobę która będzie pełnić urząd do momentu gdy nastąpi jakiś formalny wybór.

  42. @KrasnowKrasnow
    Mariusz Max Kolonko oświadczył

    A ile on ma dywizji?

    Ewentualne oświadczenia Trumpa będą miały podobną moc prawną.

    Z czysto formalnego punktu widzenia – zapewne tak.

    Oczywiście istnieje możliwość siłowego przejęcia władzy, ale nie wydaje mi się, żeby Trump miał wielu fanów w służbach i armii.

    Nie ufałbym zbyt silnie w moc idei liberalno-demokratycznych w tamtym środowisku. No i przecież Trump nie wystąpi jako przywódca puczu w piwiarni, tylko jako prezydent-elekt USA, któremu marksistowski spisek próbuje udaremnić legalne przejęcie urzędu.

  43. @❡
    No o.k., może i tak będzie, chociaż jakoś nie widzę tego wezwania ślusarza. No i pozostanie smoleński mit św. Trumpa Męczennika.

  44. Nie jestem oczywiście Amerykanistą więc nie ugryzę tematu od strony prawnej. Z racji pracy przez wiele lat w różnych korpo mogę się spokojnie wczuć w sytuację obecnej administracji od poziomu poniżej szefa danego urzędu/agendy. (bo w końcu państwo to jak korpo, jak zawsze twierdził @wo).

    Więc jesteś sobie pracownikiem średniego lub nawet wyższego szczebla i wiesz, że prezes zaraz poleci ze stanowiska. Gdybyś był szefem to pewnie też byś poleciał, ale wszystkich przecież nie mogą zwolnić – w związku z tym raczej grasz na przeczekanie. Po pierwsze nie pchasz się w pole widzenia. Może szef pokrzyczy, poubliża wszystkim, że to przez nich go zwalniają itp. Dalej – może jednak zapadną głupie decyzje. Nadal nic nie robisz – wszystkie takie decyzje spokojnie da się odkręcić. Że zerwie po złości współpracę? Za dwa miesiące się pójdzie z koszem czekoladek, szampana i kawioru przeprosić (no i może rabat 5% się da). Czasami będą jednak grube decyzje. Nie powiesz, że nie zrobisz bo cię zwolnią. Jak zrobisz to cię zwolni następna zmiana w ramach czyszczenia. Więc opóźniasz wszystko jak możesz. Po pierwsze, każdą rzecz można dowolnie przedłużyć – a to trzeba zamówić opinię prawną, a to wdrożyć coś tam, a to wysłać do innego departamentu do weryfikacji. W razie czego robisz wewnętrzny sabotaż – a to wyślesz bez podpisu i zwrócą. Ewentualnie „zapomnisz” czegoś zamówić albo wpisać do budżetu. Możliwości są duże.

    Podeprę się anegdotką – powiedzmy, że mój kolega (no bo przecież wiadomo, że nie ja) pracuje sobie w firmie jako ktoś tam od IT. Pewnego dnia dostaje ustne polecenie – „proszę mi tu sprawdzić który z pracowników wchodzi na strony związków zawodowych”. Jak kolega powie, że nie sprawdzi to go zwolnią i dadzą komuś innemu. Ponieważ sprawa śmierdzi i podstawy prawne są bardzo wątpliwe to kolega może poprosić o polecenie na piśmie. Zwolnić od razu nie zwolnią, ale to będzie bardzo career limiting move. Kolega wie, że to jest temat do ugryzienia w jeden dzień ale wcale nie ma ochoty tego robić. Co więc się dzieje?
    – no więc generalnie to musimy wdrożyć proxy i system zbierania i analizy logów (tak generalnie to przewymiarowany 10x)
    – trzeba serwery zamówić, bo to musi być odizolowane,
    – trzeba napisać system analizy tych logów (dało by się ogarnąć grepem i awkiem w 10 minut, ale lepiej pisać coś dużo za dużego przez miesiąc)
    – pisze się wielką dupokrytkę gdzie jasno się wspomina kto kazał i po co (np. mail „w nawiązaniu do tematu monitorowania pracowników”)
    – metody analizy ustala (i dokumentuje) się tak, żeby albo się załapali wszyscy albo nikt – bo np. jeden hit do domeny solidarnosc.pl to za mało, musi być 100 minimum
    Nikt koledze nie zarzuci, że się nie stara – przecież robi co może, żeby było dobrze.

    Tak samo, podejrzewam, będzie z administracją Trumpa – będzie dużo szumu i pozorowane działania typu wysyłanie wniosków i wnoszenie źle przygotowanych spraw sądowych. Przecież już było n artykułów na temat cichej rebelii w białym domu – że pewnych dokumentów się prezydentowi nie pokazuje itp. Będzie dużo zamieszenia, oczywiście – ale nie przypuszczam, żeby ostatecznym wynikiem było coś innego niż Donald opuszczający stanowisko prezydenta (bardziej lub mniej ponaglany).

  45. @❡
    „Osłabiając demokratów w Omaha nie obawiano się ich wzmocnienia w sąsiednim okręgu.”

    Ja to czytam tak, że zdominowana przez Republikanów legislatywa Nebraski miała od około pół wieku dwa problemy na mapie wyborczej: skłaniające się ku Demokratom miasta Omaha i Lincoln. Strategia jaką wypracowali nebraskańscy Republikanie polegała na tym, by większą (a więc silniej demokratyczną) Omahę taktycznie odstąpić Demokratom na tyle, na ile to było konieczne by pewnie obronić mniejszy Lincoln. Dlatego stopniowo od 1973 r. zaciskano 2nd District wokół Omahy, pożywiając tym samym 1st District, obejmujący Lincoln, czerwonymi hrabstwami z północno-wschodniej rubieży stanu. W efekcie kandydaci Demokratów uzyskali w 2nd District silniejsze szanse na wybór do Izby Reprezentantów, choć kandydaci Republikanów też nadal zachowywali tam swoje szanse na sukces: Omaha zaczął być swingującym okręgiem, raz niebieskim, raz czerwonym. Za to 1st District wokół Lincoln pozostawał przez cały ten czas pewnie czerwony – rosnące niebieskie miasto Lincoln było sukcesywnie równoważone czerwonymi ziemskimi obszarami odłączanymi od Omahy: w efekcie jeden republikański polityk (Doug Bereuter) reprezentował 1st District w Kongresie przez 25 lat, do 2004 r. Dopracowanie tego rozwiązania okazało się konieczne po 2008 r., kiedy to w wyborach prezydenckich Obama skoncentrował duży wysiłek kampanijny na Omasze, licząc że tamtejszy jeden głos elektorski może przesądzić w przypadku podzielonego kolegium (które to ostatecznie się nie zmaterializowało, ze względu na błędy Republikanów – dwa słowa: Sarah Palin). Pewne zwycięstwo Obamy sprawiło, że Omaha ze „swing district” zaczęła sprawiać wrażenie „blue district” i wtedy postarano się – jak to opisujesz – o jej lekkie wtórne doczerwienienie, kosztem lekkiego doniebieszczenia Lincoln (w granicach republikańskiego bezpieczeństwa). Ta taktyka Republikanów przyniosła początkowo efekt: Lincoln wraz z całym 1st District pozostały w Kongresie w ich rękach, a Romney w 2012 r. odzyskał Omahę w wyborach prezydenckich. Z perspektywy lokalnych Republikanów był to optymalny rezultat, jednak kolejny szok dla systemu: Trump spowodował w 2020 r. powtórną utratę Omahy, tym razem na rzecz Bidena. Gdyby granic tych dwu dystryktów w ogóle nie ruszano od 1973 r. to wydaje mi się, że dziś zarówno Omaha jak Lincoln przeważałyby lekko swoje czerwone interiory i delegowały, przynajmniej od czasu do czasu, niebieskich kandydatów do Kongresu i do kolegium elektorskiego (na co wskazuje rozkład głosów w porównywalnych „miejsko-ziemskich” hrabstwach w innych stanach). Oczywiście nie uważam siebie za speca od nebraskańskiej polityki, bardzo możliwe że jakieś czynniki pomijam czy źle odczytuję – chcę jednak zwrócić uwagę, jak złożona jest to maszyneria i jak wiele zależy od długofalowego działania na poziomie stanowym: Republikanie mają tu naturalne przewagi jako partia establishmentu, choć na rzecz Demokratów działa czasem „law of unintended consequences” (to też odpowiedź koledze klugowskiegmu, który namawia do skupienia się na mobilizacji demokratycznych wyborców – ja oczywiście nie neguję takich starań, staram się jednak pokazać pewien proceduralno-partyjny kontekst).

    @Pompeo

    Tę wypowiedź Pompeo trzeba wysłuchać (nie przeczytać) w kontekście – jest dla mnie oczywiste, że on mówił z przekąsem o tranzycji do Trump 2, a w chwilę później dał sygnał, że tranzycja do Biden-Harris odbędzie się sprawnie, gdy już Trump zostanie uspokojony.

    @brak procedur

    Procedury tranzycji istnieją [1] [2] i uruchomi je najpóźniej głosowanie w kolegium elektorskim w grudniu.

    [1] https://presidentialtransition.org/publications/presidential-transition-act-summary/
    [2] https://www.govinfo.gov/content/pkg/GOVMAN-2019-11-21/pdf/GOVMAN-2019-11-21.pdf

  46. > jakoś nie widzę tego wezwania ślusarza.

    Był taki przypadek na szczeblu gubernatora. Elekt zmarł, syn postanowił że elekcja przechodzi na niego. Urzędujący gubernator się nie zgodził, ale syna poparł parlament stanowy. Urzędowali razem aż elekta syn-elekt wymienił zamki.

    Trum poczywiście może się zamknąć w bunkrze, wtedy potrzebny będzie Magneto.

    Może też wezwać prawicowe bojówki, będzie to okazja do zmiany ustroju po ich wygaśnięciu. Na razie, wciąż między sklepem dildo Fantasy Island a krematorium, wezwał do spłacenia długów swojej kampanii https://www.theguardian.com/lifeandstyle/2020/nov/10/donald-trump-election-fund-debt

  47. @Awal
    > zaciskano 2nd District wokół Omahy, pożywiając tym samym 1st District
    > bardzo możliwe że jakieś czynniki pomijam czy źle odczytuję

    Chodzi o zachowanie siły głosu 3 dystryktów, w sytuacji gdy dwa się wyludniają, a Omaha notuje wzrost populacji. Dystrykty muszą mieć porównywalną populację, za małe się łączy.

    Almanac of American Politics:

    Nebraska has had three congressional districts since the 1960 census, and though it held onto its third in the 2010 census, its slow population growth may whittle it down to two in a not-so-distant decade. … As the sparse western two-thirds of the state has shed residents, the western 3rd District has needed to expand, and the Lincoln-based 1st District and Omaha-based 2nd District have needed to shrink. This time they needed to reshuffle about 80,000 residents.

    Republicans’ obvious top priority was to shore up the Omaha 2nd District, not only because President Barack Obama had narrowly carried it by 3,370 votes in 2008, but because Republican Lee Terry nearly lost it the same year. So in May 2011, the legislature passed a map trading politically mixed Bellevue and Offutt Air Force Base south of Omaha to the 1st District in exchange for the deeply Republican western half of Sarpy County, making the 2nd about a percentage point safer overall. … To offset the move, the „Big Third” now stretches from Wyoming to Missouri and Iowa and includes all or part of 75 counties, more than any other seat in the country.

  48. @Awal Pracownicy korpo cytują sobie „Simple Sabotage Field Manual”, zazwyczaj z komentarzami w rodzaju „Hyhy, no popatrz, myślałem że Miernicki to tępy służbista, a to po prostu sabotażysta CIA”.

  49. > „Simple Sabotage Field Manual”

    O pamiętam to. Ale już od dekady nie cytują bo ile można.

    > Procedury tranzycji istnieją

    Poza tym Biden sprzedawał się jako obrońca status quo na którego republikanie mogą głosować. Pewnie zrobił to Mitt Romney, z którym łączy go sprzeciw wobec Green New Deal. Natomiast oczekiwany przepływ wyborców bardzo wyraźnie nie nastąpił. Nie wiadomo co myśleli sobie stratedzy Demokratów, ale być może ich to nie martwi, a cieszy jako alibi dla rządów kontynuacji.

    Stąd ochocza zmiana barw przez Fox News i oligarchów. Wiedzą, że Biden nie naruszy ich interesów.

    Transition team Bidena to ludzie banków i korporacji, z nowego ładu są tam tylko Amazon czy Uber. Albo ten koleś który w 2014 pisał, że życie po 75 jest nieproduktywne dlatego chce umrzeć w imię utylitaryzmu, najczęściej czytany dziś rano artykuł w The Atlantic, presumably przez niedowierzających wyborców.

  50. Istotnie, ponieważ okręgi wyborcze do Izby Reprezentantów są w ramach stanów, a stany interioru się zasadniczo wyludniają dodatkowym czynnikiem jest dzielenie tych stanów na kawałki równorzędne ludnościowo (czysto liczbowo, bo nie wedle żadnej innej logiki populacyjnej). Najbliższy spis zapewne dalej zintensyfikuje ten proces: Floryda i Teksas staną się coraz wyraźniej ludnościowymi centami południa USA (zyskując po 2/3 nowe miejsca w Kongresie i przyciągając jeszcze większą uwagę w wyborach), w innych rejonach mapy nastąpią mniejsze przetasowania, czasami przeciwne ogólnemu trendowi np. Montana (krajowe zagłębie… piw kraftowych) zachowuje wzrostowy trend demograficzny, zyskuje szansę na nowego kongresmena i niebieścieje.

  51. @carstein
    „(bo w końcu państwo to jak korpo, jak zawsze twierdził @wo).”

    Nie przypominam sobie. Jestem raczej przeciwnikiem takiego porównania, bo prowadzi do błędnych wniosków.

  52. @wo:
    „Nie przypominam sobie. Jestem raczej przeciwnikiem takiego porównania, bo prowadzi do błędnych wniosków.”

    No przecież to miała być ironia. Lata temu był przcież na blogu cały wątek, że państwo to nie korpo.
    Z drugiej strony – natura lucka się nie zmienia – czy to urzędnik średniego szczebla w korpo czy urzędzie mechanizmy bywają podobne.

  53. @Gamon
    „przecież Trump nie wystąpi jako przywódca puczu w piwiarni, tylko jako prezydent-elekt USA, któremu marksistowski spisek próbuje udaremnić legalne przejęcie urzędu”

    Kiedy właśnie blokowanie Białego Domu zostałoby odebrane jak pucz w piwiarni. Z tego co czytałem, media Murdocha i Wall Street już opowiedziały się po stronie Bidena: Fox News przerywa wystąpienie jego rzeczniczce, Twitter oznacza jego wypowiedzi jako bzdury. Jesli Fejs wyciszył fejk niusy okołowyborcze – to jasny sygnał, że Big Business opowiada się po stronie stabilności, czyli Bidena (Trump oznacza niedobry dla biznesu chaos). Wiadomo skądinąd, że w trzyliterowych agencjach rządowych Trump też nie cieszy się szczególnym poważaniem (co nie dziwi – w końcu pracują tam ludzie wykształceni, a nie zapite rednecki z Missisipi). Armia zachowa w przepychankach neutralność. Jedyne na co może liczyć Trump i oszołomy, to milicje stanowe, ale… ile milicje mają dywizji?

    Dobrze napisał ktoś powyżej o systemowej obstrukcji poleceń idącego na dno szefa. Moim zdaniem sytuacja, gdyby Trump się okopał w Białym Domu, będzie przypominała rodem z republiki bananowej. Operetkowy napoleon coś tam sobie pokrzyczy, a urzędnicy rozchorują się i pójdą na urlop. Sorry – Trump nie ma swojego NKWD, żeby zastraszyć aparat państwa i wymusić bezwzględne posłuszeństwo.

  54. @tranzycja władzy i Pentagon

    Faktem jest że właśnie Trump robi mocną czystkę na poziomie góry w Departamencie Obrony, ale ewentualne twarde posunięcia (na pograniczu zamachu stanu czy puczu wojskowego) są trudne do wykonania.

    Oprócz tego co wskazał Carstein na przykładzie z korpoświata, tutaj w przypadku zarówno wojska jak i służb wykonawcami są ludzie, dla których odmowa wykonania rozkazu który może albo wręcz jest bezprawny nie jest końcem kariery. Trudno się ich pozbyć. Oczywiście można przywołać sprawę np. płk Vindmana, ale on był oddelegowany do pracy w National Security Council i stamtąd się go pozbyto a potem odszedł na emeryturę.
    Ale żeby ruszyły dywizje o których wspomina Gammon, to swój udział w puczu musiałoby zaakceptować wielu ludzi. Hipotetycznie oczywiście Trump mógłby wydać rozkaz aby komandosów z Delta Force czy Seal Team Six/DEVGRU (czy jak to się tam teraz nazywa) przysłać do Białego Domu aby udaremnili wstęp Bidenowi…tylko że to oznaczałoby że na taki krok zgodzić musiałoby się co najmniej kilkudziesięciu oficerów i kilkuset podoficerów. Od generałów/admirałów w łańcuchu dowodzenia, poprzez dowódców jednostek, pododdziałów, pilotów śmigłowców, techników od obsługi, aż po samych bezpośrednich wykonawców. To samo gdyby polecił FBI czy DHS aresztować Bidena czy Harris. Samo wydanie rozkazu nie zmienia wiele – możliwości sabotażu jego wykonania jest multum.
    Dlatego właśnie jeśli ktoś mógłby sięgnąć po przemoc to bojówki/milicje.

  55. @sfrustrowany adiunkt

    No właśnie; kol. @Gammon pytał, ile Biden ma dywizji, tak jakbyśmy omawiali sytuację w jakimś Hondurasie. To ja odwrócę pytanie: a ile dywizji ma Trump? Bo że ma fankluby grillowo-harcerskie brzuchatych tatuśków z AK-47 w jednej ręce i piwem w drugiej to wiem, ale puczów nie robi się na zadupiach, tylko w Waszyngtonie, który Trumpowi wybitnie nie sprzyja. Milicje z tej Alabamy do Waszyngtonu nawet nie dojadą, bo im się pick-upy popsują po drodze. Elity polityczne i biznesowe Trumpa wcale nie popierają, nawet republikański mainstream go nie lubi (do niedawna był jego zakładnikiem, ale awantura o klucze do Białego Domu będzie idealną okazją żeby ewakuować się z tonącego okrętu). Lubią go tylko looserzy na zadupiach. Oczywiście – nie wykluczam, że na tych zadupiach może się zagotować. Ktoś tam może coś podpalić, ktoś przejmie parlament stanowy w Jackson City, ktoś może ogłosić jedyny legalny rząd Stanów Zjednoczonych… Ogółem beczka śmiechu i wymarzony kontent dla kabareciarzy.

  56. @sfrustrowany_adiunkt
    „Trump mógłby wydać rozkaz aby komandosów z Delta Force czy Seal Team Six/DEVGRU (czy jak to się tam teraz nazywa) przysłać do Białego Domu”

    Trump miałby szansę na pucz, gdyby swego czasu zadbał o alternatywną dla wojska para-strukturę siłową. Do czego nie było aż tak daleko – najpoważniejszym kandydatem był Erik Prince i jego Blackwater Security, która to pod różnymi nazwami (obecnie jako „Academi”), zdążyła już, pracując raz dla Ameryki a raz dla innych zleceniodawców (typu ZEA lub Chiny) nabyć doświadczenia m.in. w masakrowaniu cywilów oraz budowie obozów koncentracyjnych [1]. To byłby ten kapitalistyczny Himmler (zresztą sam Himmler też był kapitalistyczny: obozy z jego perspektywy były swego rodzaju kapitałem, który używał dla zdobywania władzy i bogacenia się), który w alternatywnej historii o Trump Second Term zapewnia utrzymanie władzy a później wykańcza odpowiednika Ernsta Röhma – przywódcę milicjantów w naszywkach QAnon. W realnej historii to nie nastąpi bo jednak Trump nie jest Hitlerem, jest za bardzo elitarny, wywodzi się i polega na świecie biznesu, i ten świat go właśnie – jak piszecie – opuszcza.

    [1] Trochę upraszczam mercenaryjno-korporacyjny gąszcz najlepiej opisany tu: https://www.rollingstone.com/politics/politics-features/erik-prince-libya-blackwater-roger-stone-trump-2020-election-1077089/

  57. @Gammon No.82
    „P.s. jeśli ktoś widzi procedury federalne, które realnie pozwoliłyby na uznanie Trumpa – wbrew jego twierdzeniom – za uzurpatora i wyrzucenie go z Białego Domu, chętnie się dowiem.”
    Skoro już cytowałeś Lema w tym wątku, to i ja zacytuję: „Wpierw należało ustalić, co króla osadzi; w tym celu działać miała, wyłoniona transmutacją z potwora, grupa policyjna, policjantom bowiem okazującym nakaz aresztowania, legę artis sporządzonego, nic w Kosmosie nie jest w stanie się oprzeć.”

  58. @Awal

    Scenariusz w którym wynajęci amerykańscy lub nie-amerykańscy najemnicy tworzą swoistą bojówkę na usługach Trumpa byłby jak najbardziej do zrobienia od strony techniczno – organizacyjnej. Zakładając oczywiście wolę polityczną i jednak skuteczność (a raczej zdolność do unikania wpadek) założycielowi Blackwater i jego ludziom brakuje.

    Tytułem dygresji – zarówno artykuł jaki podałeś jak i opisująca początek i złote żniwa Prince’a „The Rise of the World’s Most Powerful Mercenary Army” Scahilla pokazują że organizacja ta popełnia właśnie wynikające z arogancji lub głupoty (także jednego i drugiego) błędy, prowadzące do zaskoczeń. W tekście z Rolling Stone widać choćby głupi pomysł na kupienie szturmowych śmigłowców, użytecznych praktycznie tylko w jednym celu (nie dziwne że Jordańczycy natychmiast zauważyli że coś jest nie tak) choć na rynku jest multum śmigłowców których zakup nie rzucałby się tak w oczy, a dałoby się je względnie łatwo uzbroić). Podobne błędy doprowadziły zresztą do głośnych tragedii w Iraku (gdzie błędy organizacyjne, cięcie kosztów w imię zysku, słabe wyszkolenie i poczucie bezkarności stworzyły wybuchową mieszankę). Pomysł na komercyjne siły powietrzne także – mimo całej grozy wygląda miejscami komicznie[1].
    Natomiast faktem jest że istnieją komercyjne podmioty które są w stanie, potencjalnie rozwinąć nawet własne siły powietrzne o zdolnościach jakościowych i…ilościowych porównywalnych choćby z…polskim lotnictwem. Jak opisywana tutaj firma, która nabyła 46 myśliwców. Bardzo dobrych myśliwców.[2]. O zdolnościach w zakresie działań naziemnych nie wspominając, firm ochroniarsko – szkoleniowych w samych USA jest multum.

    Natomiast problemem cały czas była by efektywność takiej działalności. O ile byłaby to organizacja zdolna do przeprowadzenia działań represyjnych (z zabójstwami włącznie) to jednak cały czas pojawia się pytanie co zrobiłaby z tym przynajmniej część władz stanowych (mających do dyspozycji swoje siły policyjne i Gwardię Narodową) oraz funkcjonariuszy służb federalnych i żołnierzy. Opór lub wręcz bunt wobec takich działań wydaje się nieunikniony, nawet gdyby hipotetyczna najemnicza organizacja zaczęłaby wcześniej eliminować osoby organizujące taki opór. Wówczas mogłoby to tylko doprowadzić do większej eskalacji i przejścia kolejnych wojskowych na stronę opozycji. Bardziej więc wyłaniałby się scenariusz zbliżony do Hiszpanii lat trzydziestych niż III Rzeszy.

    [1] [https://theintercept.com/2016/04/11/blackwater-founder-erik-prince-drive-to-build-private-air-force/]
    [2] [https://www.thedrive.com/the-war-zone/32869/this-man-owns-the-worlds-most-advanced-private-air-force-after-buying-46-f-a-18-hornets]

  59. @sfrustrowany_adiunkt

    Opierając się na porównaniach historycznych, wydaje mi się że najbardziej realny scenariusz puczu to taki w którym struktury paramilitarne rosną w symbiozie z policją i armią, i używane są nie przeciw nim, lecz jako rdzeń antydemokratycznych operacji obejmującej też jednostki regularne (choć być może po ich rozproszeniu i przeformowaniu – to już się działo przy okazji używania różnych łączonych ad hoc sił policyjnych dla tłumienia protestów BLM). Niestety scenariusz taki, choć realny, nie nadaje się zbytnio do sfilmowania – to nie jest ani wojna domowa, ani pałacowy przewrót, ale raczej stopniowe opanowanie aparatu państwa przez rozproszoną narośl rakową, która zagrania kolejne zasoby i zaczyna je wykorzystywać do swoich celów. Proste kalki filmowe nie uświadomią nam, jak to się może wyglądać – każdemu kto chce zrozumieć ten mechanizm i widzieć jego elementy we współczesnych państwach mogę tylko polecić studiowanie z różnych źródeł wczesnej historii SS i RSHA. Nawet bardziej tego drugiego – efektywny pucz obywa się bez teatralnych kostiumów i tytulatur, niekoniecznie towarzyszą mu spektakularne zajścia, raczej będzie to biurokratyczne zarządzenie o połączeniu dwóch stanowisk lub przekazaniu sił pod wspólne dowództwo. Trump na szczęście nie ma już czasu na tę opcję, gdyby zaczął wcześniej mogło być źle. Nasi krajowi miłośnicy Trumpa z łona Zdziecinniałej Prawicy mogliby przekonać się, jak by wyglądał na żywo ich ulubiony scenariusz „a w 1939 to trzeba było z Hitlerem”, a tak to tylko jeszcze napiszą trochę głupich twitów…

  60. Republikanie dosyć otwarcie (np. Lindsey Graham) mówią, ze grają teraz po linii Trumpa, żeby nie zaszkodzić swoim kandydatom w dogrywce w Georgii. Jeśli Demokraci wygrają oba miejsca w Senacie, to bedą miec w sumie 50 i bedą tam rządzic (w przypadku głosowania 50/50 decyduje głos VP, czyli Kamali). Jeśli baza miłujaca Trumpa zostanie teraz zdemotywowana albo urażona, to Republikanie mogą przegrać, a tak mają jakieś 51% szansy na sukces.

  61. @sheik.yerbouti

    Mam naprawdę nadzieję na tą dużą netflixową dystopię „Second Term”. Amerykanie karmieni naiwnie uproszczonymi opowieściami o hitleryzmie powinni zobaczyć tych swoich von Papenów nie jako kosmitów w Senacie Galaktycznym, lecz jako żywych aktywnych polityków pod nazwiskiem.

  62. @gammon
    Chyba umknęła ci informacja, że odpowiednie służby państwowe już przydzieliły Bidenowi ochronę taką, jak prezeydentowi, więc.

  63. Czyli na koniec dnia to Secret Service podejmie ostateczną decycję, tego pana wyprowadzamy z Gabinetu, tamtego wprowadzamy.
    Prawie jak w Rzymie swego czasu.

  64. @ „cenzus”
    Jeju, to jest jeszcze dziwniejsze niż myślałem! Myślałem, że przynajmniej ustalają tam właśnie liczbę legalnych wyborców. Ale właściwie dlaczego GOP dąży do pytania o obywatelstwo (dość oczywistego w każdym spisie powszechnym!) ale jest powstrzymywany? To słynne głosowanie przez nielegalsów to rzeczywiście jest rzecz, która istnieje i jest DEM na rękę, czy walczą z tym w imię zasad? Czy może nikt nie wie, a spór polityczny kształtują legendy urbana? Z perspektywy demokracji w której głosuje się PESELem to jest niepojęte…

    @ „przyszłość Trumpa”
    Do tej pory bycie byłym pracownikiem Białego Domu to był świetlisty punkt w CV. Teraz mówi się, że obecny zespół to są ludzie praktycznie niezatrudnialni. Dlatego jest prawdopodobne, że zaczną wynosić jakieś kwity powoli jak okręt zacznie tonąć. Wtedy to dotrze i do niego. „Popadnięcie w zapomnienie” nie bardzo widzę, bo jeżeli zostanie w USA to raczej zostanie obwoźnym teleewangelistą, jeżdżącym z namiotem po zadupiach, żeby kosić hillbillsów z kasy. On tam będzie gadał różne rzeczy, a potem słuchacze będą robić różne rzeczy – to tak szybko nie ucichnie. Natomiast podejrzewam, że jego kłopoty z prawem (i przeszłe i za prezydentury) i długi są na tyle duże, że zwieje. Ta Arabia Saudyjska to taki przykład, bo Rosję uważam, za znacznie mniej prawdopodobną.

  65. > pytania o obywatelstwo (dość oczywistego w każdym spisie powszechnym!)

    Absolutnie nie ma tu niczego oczywistego. Akcja toczy się w świecie który działa bez dowodów osobistych, a w którym wcześniej nie można było numerować ludzi bo tak diabli robili podczas Apokalipsy św. Jana. I rzeczywiście obywatelstwem głównie diabli tam działali historycznie. Na przykład to pytanie wypadło z cenzusu bo było używane do zmniejszania znaczenia czarnych wyborców.

    Administracji Trumpa nie chodziło jednak o wybory, ani głosy nielegalnych, a o wyłapywanie i szykany – to był leit motif jego kadencji. Zbliżający się cenzus to tylko kolejne nadarzające się narzędzie.

    Administracja mogła jak najbardziej powiedzieć wprost, że chodzi o hostile nevironment w stylu Theresy May, ale chyba bała się kosztów politycznych. Co innego zamykać dzieci w klatkach bo procedury – panie zrozum pan – a demokrata na to rozumiem, ale zatańczmy bo mam taki argument prawny przez lewe ramię… A co innego ogłosić że to tylko tak po prostu z kaprysu.

    Wtedy też byłoby to prawdopodobnie zaskarżalne przez właśnie kapryśność i dyskrecjonalizm (adminstracji nie wolno) a przede wszystkim kolizję z zasadniczym i nadrzędnym celem cenzusu: uzyskaniem rzetelnych danych. Jesli ludzie mają się ukrywać, to odpada.

    > ludzie praktycznie niezatrudnialni

    GOP ma mnóstwo etatów w think tankach i sieci fundacji, muzeów, gazet, nawet uniwersytet (Stanforda). Bóg wie tak naprawdę, bo nikt tak w zasadzie nie wie ile mają tego państwa podziemnego. To nie jest jak tratwa ratunkowa, albo praca po znajmości, a flota statków wycieczkowych Carniwval, lotniskowiec i formacja łodzi podwodnych. W cieniu Reagana działał organizator siatki pedofilskiej i też przetrwał, koledzy nie dali zginąć.

  66. @inz.mru
    „Teraz mówi się, że obecny zespół to są ludzie praktycznie niezatrudnialni.”

    No proszę, tylko bez tego mitu. Jeśli już dotarłeś tam, to na pewno zatrudni cię przynajmniej jakaś prowincjonalna uczelnia w Akron.

  67. @inż. mruwnica
    „„Popadnięcie w zapomnienie” nie bardzo widzę, bo jeżeli zostanie w USA to raczej zostanie obwoźnym teleewangelistą, jeżdżącym z namiotem po zadupiach, żeby kosić hillbillsów z kasy”

    Zapewne któraś ze stacji za ciężką kasę zrobi kolejne telewizyjne show („President of The Galaxy”) i będzie kosił hajs ze studia. Ja bym na ich miejscu już szykował scenografię.

  68. „W cieniu Reagana działał organizator siatki pedofilskiej” O co dokładnie chodzi?

  69. Wiem, że to zupełny offtop względem tego, o czym w tej chwili dyskutują inni komcionauci, ale właśnie przed momentem republikańskie opowieści o doskonałym i niezmiennym systemie obmyślonym przez Ojców Założycieli skojarzyły mi się z Marksem, który powiedział (cytuję z pamięci): historyczna szkoła prawa zmyśliłaby historię niemiecką, gdyby tego wymagało niemieckie prawo. W każdym razie wydaje mi się, że powiedział tak w jakiejś „młodej” pracy.

  70. @DarekK
    Chyba umknęła ci informacja

    Chyba nie.

    że odpowiednie służby państwowe już przydzieliły Bidenowi ochronę taką, jak prezeydentowi, więc.

    Zdziwiło mnie tylko, że Trump nie wydał im zakazu w tej sprawie. Mógłby wtedy liczyć na „scenariusz gdański”.

  71. @inz.mruwnica, census

    Jak się na to popatrzy z punktu widzenia federacja vs stany, to chyba mniej to dziwi. Census jest narzędziem federalnym a wybory są całkowicie w gestii stanów. Oba procesy są nadzorowane, przez oddzielne instytucje, które ze sobą oficjalnie nie rozmawiają i nie korzystają wzajemnie z informacji. Dane do stanowych spisów wyborców są zbierane w każdym stanie nieco inaczej i są dodatkowym poletkiem do harców dla specjalistów od usuwania z nich niewygodnych wyborców. Znalezienie się w spisie wymaga od wyborcy aktywnej rejestracji i z reguły co najmniej potwierdzenia jej przy każdej zmianie adresu. W niektórych stanach zarejestrować można się i w dniu głosowania (Kalifornia), w niektórych co najmniej 14 dni przed (Alabama).

  72. @Gammon
    „Zdziwiło mnie tylko, że Trump nie wydał im zakazu w tej sprawie. Mógłby wtedy liczyć na „scenariusz gdański”.”

    Trump ma pewne podobieństwa do PiS, może myśleć, że ma sporo czasu na podjęcie działań i równocześnie być zaskoczony, że styczeń następuje po grudniu.

  73. @t.q
    To jest jedna z tych rzeczy, na które po cichu liczę. A z drugiej strony próbuję sobie wyobrazić scenariusze, w którym Trump ze swoim trumpim intelektem, stylem, wyczuciem i wdziękiem decyduje się na jakąś akcję.

  74. Jeśli chodzi o aktualny stan prawny i możliwości prezydenta, to polecam szanownemu gronu kanał Legal Eagle w serwisie internetowym jutub. Autor jest prawnikiem z Waszyngtonu i na bieżąco analizuje stan prawny kampanii i pozwów Trumpa. Przy czym wyciąga dużo smaczków i szczegółów zazwyczaj umykających reporterom. No i jest to podane w formie strawnej dla nieprawników, jak na przykład niżej podpisany.

  75. @wybory w Georgii (i czy będzie wojna domowa)

    Już widać, że wybory w Georgii to będzie test na wytrzymałość owego „epic split” jaki próbują wykonać partie typu Republikanie czy PiS jednocześnie licząc na głos centrowy i na zmobilizowanych radykalnych wyznawców. Republikańscy senatorzy-inkumbenci w tych dogrywkowych wyborach muszą oskarżać republikańską administrację stanu o „kradzież prezydentury” dla Bidena. Muszą niezależnie czy chcą, bo przecież Trump jest zawsze „one tweet away” od zbluzgania ich jako zdrajców. Jednocześnie powinni się jakoś strać o tego kluczowego centrystę, który głosując republikańsko do Izby Reprezentantów jednak tak miał już dość Trumpa, że przerzucił głos na Demokratę. Co więcej, muszą prosić tegoż centrystę o głos pocztowy, rzekome siedlisko paskudnych oszustw, bo to pewniejsze niż liczyć że on się dla nich pofatyguje do urny na początku stycznia. A Abrams ze swoją demokratyczną maszyną mobilizacyjną nie za bardzo pozwala liczyć na uśpienie konkurencji. Georgia, nie oszukujmy się, jest nadal konserwatywnym stanem, jeden z demokratycznych kandydatów na senatora jest ewangelickim pastorem – jednak trumpizm zaciągnął prawicę w regiony, gdzie traci ona możliwości racjonalnego działania i negocjowania koserwatywnego światopoglądu z rzeczywistością. Desperacko obecnie forsowanym pomysłem republikańskiego establiszmentu na Trumpa jest, aby zgodził stać się zostać hołubioną „ikoną” i pozwolił im na prowadzenie zwykłej polityki. W nim jednak odzywa się jakiś środkowoeuropejski gen, gdy woła „gówno będziecie meli, a nie bębenek!”.

    Sytuacja dla kraju i świata jest do pewnego stopnia ryzykowna, ale może jednak wyjdzie Ameryce na dobre – ten kraj potrzebuje powrotu swojej prawicowej partii do centrum. Ostatni raz gdy prawica (zwana wówczas Demokratami) dała się po całej linii uwieść alt-rightowi (zwanemu wówczas „Fire-Eaters”) i odrzuciła swojego Romneya (Stevena Douglasa) na rzecz Trumpa (Johna Breckinridge’a), wybór na prezydenta w 1860 r. centrowego Joe Bidena (Abrahama Lincolna) nie zapobiegł wojnie domowej. Sytuacja miała, owszem, pewne głębsze podobieństwa do współczesnej: prawica czuła się wówczas zagrożona przez liberalne media i popkulturę w postaci „Chaty Wuja Toma”, zaś na liberałów (wówczas byli nimi Republikanie) naciskało ich lewicowe skrzydło – abolicjoniści, które z kolei nie widziało w broniącym status quo politycznym establiszmencie szans na pokojową realizację swoich postulatów – stąd ówczesna akcja Black Lives Matter w postaci stłumionej insurekcji Johna Browna. Kwitły też spiskowe teorie i plotki – choć z drugiej strony kwestia utrzymania niewolnictwa stanowiła dla Południa bardziej jednoczącą sprawę niż tematy współczesnych kulturowych napięć, być może z wyjątkiem posiadania broni. Dopóki Biden nie zacznie konfiskować karabinów, Stany Zjednoczone wyjdą z tego zakrętu względnie pokojowo (będą nadal rytualnie składać w ofierze swoje dzieci ginące w szkolnych strzelaninach na ołtarzu narodowej jedności).

  76. @Gammon
    „Zdziwiło mnie tylko, że Trump nie wydał im zakazu w tej sprawie. Mógłby wtedy liczyć na „scenariusz gdański”.”

    Może mu to umknęło? Jego otoczenie jest tak niekompetentne, że nie potrafi nawet zorganizować porządnej konferencji prasowej. Stamtąd już wszyscy sensowni urzędnicy pouciekali/zostali powyrzucani („you’re fired!”), zostały oszołomy od Breitbarta. Dlatego też nie wierzę w żadne zamachy stanu – oni są na to po prostu za głupi, to będą działania „na Waszczykowskiego” i obrażanie się na cały świat że nie uznaje majestatu Cesarza Galaktyki. Ewentualne zabarykadowanie się w Białym Domu i wezwanie lojalnych grup zbrojnych skończyłoby się tak jak pucz Janajewa. My tu rozważamy jakieś scenariusze z Republiki Weimarskiej, a pewnie będzie tak, że Bobo się obrazi i nie będzie chciało zejść z tronu i trzeba będzie przekupić je lizakiem żeby przestało tupać.

  77. @
    Gammon No.82
    „A jak Trump każe się do tronu przynitować?”
    To zrywanie nitów będzie go podwójnie boleć.

  78. @monday.night.fever

    „My tu rozważamy jakieś scenariusze z Republiki Weimarskiej”

    Scenariusze scenariuszami, ale zjawiska jakie obserwujemy cieszą oko: partia republikańska rozpaczająca w Georgii nad sfałszowanym mail ballot i prosząca o więcej mail ballot. Polski faszysta w superpozycji kwantowej jako „patriota broniący kościoła” i „bandyta atakujący policjantów”, skorelowany z prezesem-oberpolicmajstrem wzywającym do owej obrony i potępiającym owe ataki. 2020 zaczął słabo, ale w końcówce nadrabia: Trump odlatuje, Kaczyński dołuje, abp Wycisz pokutuje, WO tryumfuje. Nawet jeśli to tylko chwilowa koniunkcja, pochwalmy los!

  79. Trump odlatuje,
    Kaczyński dołuje,
    abp Wycisz pokutuje,
    WO tryumfuje

    Pasuje jak ulał do melodii „Dzisiaj w Betlejem”. Tylko „Cuda, cuda, ogłaszają” sie nie rymuje.

  80. @waclaw
    „Pasuje jak ulał do melodii „Dzisiaj w Betlejem”. Tylko „Cuda, cuda, ogłaszają” sie nie rymuje.”

    Bo trzeba zaśpiewać: „Dowcipy dopowiadają”. Niech się kolega zastanowi nad swoją postawą…

  81. @kuba_wu

    Na CNN mówili, że to z automatu, jak różnica mniejsza niż 0,5%, co wygląda na dość rozsądną zasadę. Nic to nie ma z Trumpem wspólnego.

  82. @wojtek_rr Ja znam wersję, że przepis mówi o 1%.
    W każdym razie będzie beka, jeśli Trump naprawdę zadrutuje się w Białym Domu.

  83. re: recount w Georgii
    „Na CNN mówili, że to z automatu, jak różnica mniejsza niż 0,5%” – nie tyle z automatu, co na żądanie losera. (Sensownie – gdyby głosami innych stanów tak czy inaczej rezultat byłby przesądzony, recount byłby sztuką dla sztuki).

  84. @recount w Georgii, 0.5% vs 1%
    0.5% vs 1% różnicy jako limit do „automatycznego” przeliczania głosów, jest znów zależne od stanu. W Georgii to jest 0.5%. „Automatycznego”, bo jeśli żadna z kampanii nie zażąda przeliczenia, to się ono nie odbędzie – za recount płaci kampania kandydata, który tego sobie zażyczy. To może nastąpić tylko po ogłoszeniu ostatecznych wyników głosowania przez stanową legislaturę, co w Georgii jeszcze nie nastąpiło (termin na poziomie stanu do 20 listopada, na poziomie federalnym do 8 grudnia). Ale…
    W Georgii był od przed wyborami zaplanowany audyt, związany z wprowadzeniem do użytku nowych maszyn do liczenia głosów. Miało to być wyrywkowe i objąć jakieś ~10% ballots. W świetle wyniku i zarzutów od własnej partii, że pozwolił na fałszerstwa, sekretarz stanu rozszerzył ten audyt na 100% ballots, bo ponoć tak taniej, łatwiej i przy okazji dadzą mu spokój. Płaci za to stan, wiec zaoszczędzi to kampanii Trumpa parę milionów. I oczywiście po skończonym audycie/zatwierdzeniu wyników, obie kampanie nadal mają prawo zażądać przeliczenia głosów, więc recount recountu jest też teoretycznie możliwy.

  85. „IMHO to wygląda jak pełzający zamach stanu.”

    A ja myślę że immanentną cechą wszystkich radnych/posłów/czy jak ich tam lokalsi zwą na świecie jest mówienie dużej ilości głupich rzeczy by zadowolić swoich „oburzonych” wyborców, przeważnie chwilowo oburzonych zresztą, a następnie skrupulatne dbanie o to by nic konkretnego w tej sprawie nie zrobić by czasem aby nie narazić się na jakowąś odpowiedzialność. Póki co jak patrzę na Amerykę to widzę dokładnie takie zachowania. A w tle dzieje się to co powinno się dziać, np wyniki ogłasza Arizona, Georgia też ma zamiar bodajże do wtorku. I nie zanosi się na jakiekolwiek skuteczne sądowe podważenie wyników w którymkolwiek stanie. Tyle że sobie pogadają.

  86. @embercadero

    Można to też określić jako dbanie o to, by polityczna fikcja lokowała się poza obszarem opisywanym przepisami karnymi. O (dobrym) stanie umysłu Macierewicza świadczy nie to, co robi jego komisja podsmoleńskia czy wcześniej komisja weryfikacyjna WSI, tylko jego dbałość by nie zostać jako ich szef zakwalifikowany jako funkcjonariusz publiczny, ponoszący odpowiedzialność karną. Kaczyński dbał o to samo zrzucając odpowiedzialność za swoje różne decyzje na innych np. na Sasina jako ministra wyborów i poczt. Trump również miał swoich ludzi, jak Michael Cohen, którym płacił za najbardziej drastyczne łamanie prawa. Aktualnie porusza się w obszarze regulowanym obyczajami konstytucyjnymi, których gwarancję stanowiło wzajemne szachowanie się obu partii możliwością rewanżu. Ta gwarancja go już nie wiąże, bo on wypisuje się właśnie z systemu partyjnego, ale Republikanie w nim pozostają i szukają sposobów na powrót do normalnych procedur: boją się eskalacji zarzutów Demokratów i ich odbioru u centrowych wyborców. Jeżeli Biden otrzyma wkrótce dostęp do security briefings będzie to potwierdzenie, że obstrukcja Trumpa będzie krok po kroku przełamywana, urzędnicy odpowiedzialni za odpowiednie decyzje będą poszukiwali dla nich odpowiedniej prawno-faktycznej podstawy (dlaczego działać teraz, a nie za tydzień czy tydzień temu) – podstawę taką najłatwiej dostarczą postępy spływania zamkniętych wyników z kolejnych stanów np. Arizony.

  87. „I nie zanosi się na jakiekolwiek skuteczne sądowe podważenie wyników w którymkolwiek stanie. Tyle że sobie pogadają.”

    Tylko, że w zalinkowanym przez ism artykule i artykule profesora prawa, o którym tam mowa, nie ma wiele o sądowym podważeniu wyników. Dużo jest za to o tym, że stanowe parlamenty o większości republikańskiej ignorują głosowanie powszechne i powołują swoich elektorów. Oraz o tym, że prawdopodobieństwo takiego rozwiązania wzrasta im bardziej Trump zasieje ziarno niepewności co do uczciwości wyborów.

  88. @fj
    „Dużo jest za to o tym, że stanowe parlamenty o większości republikańskiej ignorują głosowanie powszechne i powołują swoich elektorów.”

    To też nie jest takie proste – nie wiem czy komuś się chciało liczyć, czy wystarczyłoby głosów elektorskich z takich stanów. Ale nawet gdyby wystarczyło, to każdy z tych stanów ma swoje procedury, w których ktoś to może zawetować – a także lokalne elity żyją bardziej np. nadchodzącymi lokalnymi wyborami niż prezydenckimi. A takim zachowaniem przecież ostatecznie by zrobili flipnięcie z kruchej większości typu 51:49, za czym by poleciały różne ważne i intratne stanowiska. Już w 1786 powszechne były obawy przed dyktaturą (demokratyczni republikanie oskarżali federalistów o kryptomonarchizm, a w drugą stronę oskarżano o krytptojakobinizm/bonapartyzm). I z tych kompromisów wyszedł system, w którym dyktaturę jest szczególnie trudno wprowadzić.

    To nie jest republika Weimarska, w której kto brał Prusy, brał całą federację.

  89. @Franciszek Jaromiec
    „Trump zasieje ziarno niepewności co do uczciwości wyborów.”

    Zwróciłbym jednak uwagę na wyższą niż u nas niezależność służby cywilnej i jej obronę swojej profesjonalnej reputacji. Gdy Kaczyński i popierające go media opowiadały o fałszerstwach wyborczych przy okazji każdych przegranych przez PiS wyborów, polemiki z nim oczekiwaliśmy od opozycji, a nie od PKW i lokalnych komisji wyborczych. Kłamanie na temat pracy urzędników jest u mas wyjątkowo łatwe, w świadomości społecznej oni nie mają prawa do obrony, a atak na nich nie jest odczuwalny jako atak „na nas”, na nasze państwo. W tym kontekście wspólne oświadczenie reprezentacji amerykańskich urzędników wyborczych debuankujące najnowsze kłamstwa Trumpa [1] pokazuje jedną z mocnych stron tamtejszej demokracji.

    [1] https://www.cisa.gov/news/2020/11/12/joint-statement-elections-infrastructure-government-coordinating-council-election

  90. @Awal Biały Ale tego rodzaju działania osłabiają ten system. Czasem mam wrażenie, że obok amerykanizacji Polski via PiS i środowiska „libertariańskie”, zachodzi polandyzacja USA via Trump.

  91. @wo
    „To też nie jest takie proste – nie wiem czy komuś się chciało liczyć, czy wystarczyłoby głosów elektorskich z takich stanów.”

    Tak, odnosiłem się bardziej do kwestii sądownictwa. Na szczęście w tych akurat wyborach – bo w przyszłości, gdy wszystko będzie wisieć na jednym stanie Republikanie mogą być bardziej zdeterminowani – trzeba przejąć w ten sposób co najmniej trzy stany: Georgia, Pensylwania, Arizona albo Wisconsin. Jednak gdyby to się udało, przejęte przez republikanów sądownictwo, zwłaszcza SN, mogłoby być łatwiejszą przeszkodą.

  92. @Jakub Banasiak

    „polandyzacja USA via Trump”

    To dłuższy temat – w dawniejszej amerykańskiej polityce bywało naprawdę wiele: kongresmeni okładający się do nieprzytomności laskami, zamachy, polowania no „komunistów” itd. Ostatnie dekady były okresem złagodzenia obyczajów, w ramach którego stare białe męskie elity powoli oddawały tokenowe skrawki władzy i kredytowały długiem spokój społeczny. Wybór Obamy był pierwszym czytelnym zaburzeniem tego procesu, wyjściem poza tokenowość, które jednym dawało nadzieję, a drugim uświadomiło nieuchronność zmian. Mowa koncesyjna McCaina na rzecz Obamy stała się może ostatnim słowem starego porządku, odtworzona dziś brzmi jak coś z odległej historii. W czasie prezydentury Obamy wyrosły zjawiska proto-trumpijne jak Tea Party i sam Trump jako promotor birthizmu. Jego późniejszy wybór i rządy to eskalacja konfliktu, w którym, bardzo upraszczając, liberalne, multikulturowe miasta stają naprzeciw prowincji, przez którą należy rozumieć nie tyle malowniczych „bidoków” z Appalachów, co mieszkańców niekończących się przeciętnych suburbii o optyce zaprezentowanej światu na słynnej konferencji Giulianiego. Paralele do sytuacji w Polsce są kuszące, ale jednak kryje się w nich sporo pułapek, na przykład federalizm i aktywizm lokalny to silne strony amerykańskiej polityki, podobnie jak zinternalizowany społecznie szacunek dla rządów prawa – tego u nas brak. Kaczyński może u nas prowadzić w skali kraju destrukcyjne działania typu niszczenie edukacji, oraz pomiatać sądami i trybunałami, w stopniu w jakim nie mógł tego robić Trump. Nasze bezpieczniki są w większym stopniu zewnętrzne: wynikają z naszej obecności w Europie, jej kulturowych wpływów i budowanych przez nią struktur. Można byłoby ewentualnie patrzeć na nas jako na duży europejski „stan” na pograniczu z inną strefą kulturową, chybotliwie utrzymywany w orbicie metropolii.

  93. … plus różni nas od Ameryki też nasza monokultura religijna. Amerykański religijny supermarket jednak jakoś moderuje możliwość centralnej indoktrynacji – ona bywa punktowo silniejsza, lecz jednak państwo jako takie broni swojego świeckiego charakteru. Rozpoczęta u nas właśnie oficjalna maoizacja JP2 („W 70% miał rację, w 30% się mylił”) może doprowadzi nas do tego standardu.

  94. W amerykańskiej polityce jest ogromna tradycja tego, że jeśli nawet ktoś zostaje wybrany na jakieś stanowisko w sposób urągający wszelkim zasadom – od kiedy jest już nieusuwalny, urywa się ze sznurka swoim mocodawcom. Mnóstwo ludzi się nacięło na rozumowaniu „skoro zrobiliśmy go sędzią, będzie nam posłuszny”.

    Mój ulubiony przykład to prezydent Hayes – jemu oligarchowie naprawdę dosłownie kupili prezydenturę (literalnie PRZEKUPUJĄC KOLEGIUM ELEKTORSKIE). Ale gdy potem przychodzili do niego z tekstami typu „pamietaj kto cię wsadził do Białego Domu”, spławiał ich.

    Napisałem kiedyś historię alternatywną USA. Punkt rozłączenia (co od razu odkrył w komentarzu Inz Mruwnica) to zdanie „28 lipca prezydent ulega”. Historycznie prezydent nie uległ i wszystko się rozeszło po kościach.

    https://ekskursje.pl/2010/01/rewolucja-socjalistyczna-w-usa/

  95. ” Mnóstwo ludzi się nacięło na rozumowaniu „skoro zrobiliśmy go sędzią, będzie nam posłuszny”.”

    A jednak to sędziowie mianowani przez republikańskich prezydentów dali w praktyce zwycięstwo Bushowi w 2000 roku. Sędziowie powołani przez Trumpa nie wyglądają na bardziej bezstronnych.

  96. A nie, jednak ja też… Najpierw zobaczyłem, że ustrzelił nachash, ale ja faktycznie strzeliłem w tego 28 lipca.

  97. @wo
    „Mnóstwo ludzi się nacięło na rozumowaniu „skoro zrobiliśmy go sędzią, będzie nam posłuszny”” – w Polsce, nie tak dawno temu, też! Przecież na początku „odzyskiwania” TK, hen w 2015, PiS głośno pomstował, że sędziowie powołani przez koalicję PiS-LPR-Samoobrona „zapomnieli, kto ich wybrał”. (Fakt, w kramie Przyłębskiej obyczaje są już inne).

  98. @Franciszek Jaromiec

    Artykuł owszem czytałem i ten właśnie artykuł sprowokował mnie do komentarza że na całym świecie wszelkiej maści kongresmani w takich sytuacjach zawsze mówią że coś zrobią a bardzo rzadko to potem rzeczywiście robią. We will see. Ja pozostanę sceptyczny.

    A to że sędziowie powołani przez GOP niekoniecznie wyrokują jak chciałby GOP to oczywista oczywistość, w SCOTUSie i Gorsuch i nawet Kavanaugh już nieraz głosowali nie po linii, choćby Gorsuch popierając zakaz dyskryminacji LGBT

  99. @wo
    „jeśli nawet ktoś zostaje wybrany na jakieś stanowisko w sposób urągający wszelkim zasadom – od kiedy jest już nieusuwalny, urywa się ze sznurka swoim mocodawcom”

    Dlatego każdy porządny Układ dba o to, żeby – w sytuacji nieusuwalności – ten sznurek był wytrzymały, a najlepiej jeśli będzie to łańcuch. Jeśli mianujesz kogoś porządnego, na kogo nie masz kwitów, to prawdopodobnie zerwie ci się ze smyczy. Jeśli mianujesz osobę skrajnie skorumpowaną i skompromitowaną (na którą masz haki/teczki) – to będzie ci posłuszna. Iksiński jest złodziejem i gwałcicielem? Tym lepiej, będzie można go szantażować. Tak się to robi w Borduriach.

  100. „A to że sędziowie powołani przez GOP niekoniecznie wyrokują jak chciałby GOP to oczywista oczywistość, w SCOTUSie i Gorsuch i nawet Kavanaugh już nieraz głosowali nie po linii, choćby Gorsuch popierając zakaz dyskryminacji LGBT”

    Czy byliby tacy niezależni, gdyby chodziło o zapewnienie urzędu prezydenta? Śmiem wątpić. Scalia był – wbrew zapatrywaniom republikańskiego elektoratu i polityków – zawziętym obrońcą Pierwszej Poprawki i np. uwalił prawo zakazujące palenia amerykańskiej flagi. Jednak gdy przyszła sprawa Bush vs. Gore, grzecznie głosował z innymi „republikańskimi” sędziami. A dążąc do powołania i Grosucha i Kavanaugh i tej nowej Ciotki Lydii GOP wykazała się sporą determinacją i nie wiem czy przy obecnej polaryzacji będzie o tym tak łatwo zapomnieć. Sędziowie też mają jakieś tam rodziny i jakieś networki.

  101. @Franciszek Jaromiec
    „Czy byliby tacy niezależni, gdyby chodziło o zapewnienie urzędu prezydenta? Śmiem wątpić.”

    Tego scenariusza już na szczęście nie będziemy testować. Jest po prostu za mało amunicji prawniczej aby ta sprawa dała się przedstawić jako spór do rozstrzygnięcia przed Supreme Court. Czasem decydują takie kryteria ilościowe. Trump też już to raczej wie. Wydaje mi się, że przechodzi z fazy autentycznej wściekłości na „Fox and Friends” do fazy Ponzi Scheme, jaką wiele raz przerabiał w swojej karierze. Wie że jest „niewypłacalny” ze swoimi zarzutami fałszerstw, ale podtrzymuje je, bo im więcej ludzi i funduszy teraz zmobilizuje, tym lepiej rokuje to jakiemuś Trump Movement, kiedy już będzie poza Białym Domem. Pamiętajmy, że to człowiek którego sukcesy biznesowe były raczej epizodami w pasmach oszustw i porażek. Teraz po prostu spróbuje kolejnego manewru w tym rodzaju. Natomiast co w tym czasie Xi ugra w Hongkongu (kasuje tam właśnie ostatnią opozycję) a Putin i Erdoğan na Kaukazie (uporządkowali klienckie relacje z Ormianami i Azerami, pokazując przy okazji wszystkim, że USA nie ma nic do powiedzenia na irańskiej granicy) – to ich! Ostatni dzwonek dla Polski. Następnego takiego bezkrólewia w USA nie przeżyjemy, chyba że wrócimy do rdzenia Europy, zanim ono nastąpi.

  102. @Awal

    „Ostatni dzwonek dla Polski. Następnego takiego bezkrólewia w USA nie przeżyjemy, chyba że wrócimy do rdzenia Europy, zanim ono nastąpi.”

    Może się okazać że kłopoty pojawią się szybciej niż przy kolejnych wyborach. Stawiając na jedną kartę, czyli USA rządzone przez Trumpa wykolegowaliśmy się radośnie nie tylko z normalnych relacji z UE ale co więcej, wyraźnie postawiliśmy się na marginesie europejskiej dyskusji o autonomii strategicznej Europy, która od czasy wspomnianego tu kiedyś listu ministrów/minister obrony państw rdzenia UE wyraźnie się nasila.
    Jedynym sposobem przy tym jaki wymyślili nasi aktualni mędrcy było wkupienie się w łaski Trumpa coraz większymi zakupami uzbrojenia i zachętami do przebazowania tu sił USA z Niemiec. Biden odwróci (wstrzyma) proces relokacji, a symboliczne wysunięte dowództwo V Korpusu w Poznaniu nie zmieni tu wiele. Natomiast Polska, mając w perspektywie bezpośrednie i pośrednie koszty pandemii będzie musiała prawdopodobnie ograniczyć także wydatki wojskowe, przynajmniej na modernizację techniczną. Nie będzie za to cięć w liczbie żołnierzy, nie po to budowano nową dywizję (czyt. tworzono etaty) w obszarach gdzie głosuje się na PiS. W tym momencie, zostaniemy pewnie z już zamówionymi F-35 jak Hilimsbach z angielskim…i tyle.
    To bardzo mocno osłabi – zakładając że rząd PiS będzie jakiś czas jeszcze trwał na co wszystko wskazuje – naszą pozycję względem Waszyngtonu. W przeciwieństwie do naftowych monarchii (które i tak poczyniły pewne koncesje – vide niedawne reformy w ZEA) my nie mamy tylu pieniędzy by Waszyngton przymykał oczy na kiepski stan przestrzegania praw człowieka w Polsce. Dodając aktualne zamieszanie z nowym budżetem UE – mamy piękny przepis na katastrofę.

    Nie oznacza to przy tym zupełnego porzucenia – Polska może być wciąż użyteczna jako zaplecze/szlak transportowy do obrony Litwy Łotwy i Estonii ale w razie jakiegoś poważnego kryzysu który będzie dotyczył tylko nas – albo będzie nam grozić porzucenie albo będziemy musieli zgodzić się na warunki jakie USA/UE i Rosja uzgodnią ponad naszymi głowami.

  103. Wiem że to bardzo nie pasuje do nastroju ale rzeczywistość jest taka że nie kupujemy znacząco większego odsetka sprzętu w USA niż przeciętny kraj europejski (sprawdzić czy nie Francja, ale Francja ogromnym kosztem kupuje głównie u siebie). Owszem, kupujemy sporo, ale to absolutna norma. Myśliwce i OPL większego zasięgu, symboliczne ilości śmigłowców. Rakiety przeciwokrętowe są ze Szwecji i Norwegii, przeciwpancerne z Izreala, haubice to zabawny miks brytyjsko(wieże)-koreański(podwozia), transportery z Finlandii, śmigłowce morskie brytyjsko-włoskie, korweta na licencji niemieckiej, czołgi też niemieckie, samoloty szkolne włoskie.
    Zarówno w przypadku F-35 jak i Patriota alternatywy europejskiej tak naprawdę nie ma. Miałem wypisać wszystkie europejskie kraje które kupiły F-35, ale łatwiej będzie wypisać kraje NATO które nie kupują amerykańskich myśliwców: Francja, Czechy, Węgry (bardzo krótka lista nieprawdaż?), plus kilka krajów które w ogóle myśliwców nie mają. Niemiecka niechęć to F-35 przerodziła się w wybór najnowszej wersji amerykańskiego F-18.
    Natomiast o ile administracja Bidena niewątpliwie usprawni sprawność funkcjonowania, drastycznie zmieni sposób komunikacji (z całą pewnością mniej Twittera!), to w zakresie faktycznej polityki nie należy się spodziewać znaczących zmian.
    Co wynika z faktu, że Trump przy ogromnych obawach związanych objęciem przez niego urzędu, faktycznie kontynuował dość tradycyjną politykę, uwzględniającą postępują reorientację świata i nastrojów. Było tam bardzo, bardzo dużo wyskoków komunikacyjnych, ale w zakresie realnych działań (czytaj: zrzucanie bomb, nakładanie sankcji, podpisywanie umów, wydawanie pieniędzy itd.) nie było tak naprawdę zaskakujących zmian.
    I teraz należy się również spodziewać kontynuacji. Będzie nadal dyscyplinowanie europejskich sojuszników żeby więcej wydawali na obronę, zwłaszcza na zakupy USA, będzie nadal ograniczanie liczby żołnierzy poza granicami i zwłaszcza redukowanie strat w ludziach, nadal będzie ograniczanie wpływu Rosji (sukcesy SpaceX powodują że odpadł kolejny obszar gdzie USA były zależne od Rosji i najbliższe loty Sojuzów na ISS odbędą się w załogach tylko rosyjskich), nadal będzie trwał zwrot w kierunku Pacyfiku/Chin.

  104. @bogdanow
    „Było tam bardzo, bardzo dużo wyskoków komunikacyjnych, ale w zakresie realnych działań (czytaj: zrzucanie bomb, nakładanie sankcji, podpisywanie umów, wydawanie pieniędzy itd.) nie było tak naprawdę zaskakujących zmian”

    Kompletna bzdura. Zerwanie porozumień klimatycznych, rozwalenie porozumienia atomowego z Iranem i nałożenie na ten kraj sankcji, próby renegocjacji NAFTA, granie na rozpad Unii, polityka prokremlowska, wojna celna z Chinami, wspieranie obleśnych reżimów dla krótkoterminowych korzyści typu sprzedaż broni, polityka transakcyjna, osłabianie NATO, popieranie prawicy na całym świecie, obniżanie podatków biznesowi, polityka napuszczania na siebie grupy społecznych… – to zdaniem kolegi tylko takie fistaszki? W porównaniu z tym wszystkim właśnie te „wyskoki komunikacyjne” są bez znaczenia. Mnie interesowały właśnie *realne* działania, a nie pieprzenie na twitterze. Kolega z wielbicieli Remigiusza Okraski że wierzy w takie rzeczy?

    Zdanie „w zakresie realnych działań (…) nie było tak naprawdę zaskakujących zmian” to guma do żucia (żeby nie powiedzieć brzydko), którą można przylepić do wszystkiego. Nie było „realnych zmian” między Stalinem a Chruszczowem, Mao a Deng Xiaopingiem, Carterem a Reaganem, Bushem a Obamą, Bierutem a Gomułką, Allende a Pinochetem… Wszyscy, panie, to jedna banda.

    „w zakresie faktycznej polityki nie należy się spodziewać znaczących zmian”

    Już samo zaprzestanie grania na rozpad Unii przez administrację amerykańską byłoby dla nas gigantyczną zmianą.

  105. @bogdanow

    Sęk w tym, że zakupy za czasów PiS to właśnie kupowanie głównie z USA. Samoloty kupione bez żadnego trybu (a tacy Finowie jakoś umieją zrobić otwarty i dość uczciwy przetarg). Bezsensownie kupujemy właśnie lekkie pociski przeciwpancerne z USA (Javelin) zamiast ciągnąć dalej z Izraela lub robić u siebie (mamy zdolności), kłopotliwy zakup rakiet ziemia – ziemia (HIMARS), kiepski zakup Wisły. Z dużych zakupów tylko cztery AW101 – aby uspokoić stronników jednego europejskiego koncernu (obiecało się zakupy w Świdniku, to bedą, choćby nie miały sensu). A wiekszość rzeczy jakie wymieniłeś zakupiono za PO albo i SLD jeszcze.

    Przy okazji – europejską alternatywą dla Patriota jest SAMP/T, dla F-35 nie ma…ale znów – to dość szczególna konstrukcja (także gdy chodzi o genezę, stąd tak dużo klientów w Europie) więc Rafale kupione niedawno przez Greków, czy Eurofightery są po prostu godną rozważenia alternatywą. Zwłaszcza dla nas – gdzie możemy mieć ogromne problemy z ich wykorzystaniem i utrzymaniem. Bo na papierze wszystko jest świetne, ale..

  106. @mnf

    Kiedy właśnie bardzo wiele z tych rzeczy które wymieniłeś to właśnie sfera komunikacyjna – czyli to co Trump pieprzył od rzeczy, ale za czym nie szło żadne lub prawie żadne działanie ze strony administracji. Oprócz wycofania się ze spraw klimatycznych – pewnie będzie to jedna z pierwszych rzeczy jakie Biden przywróci. „Porozumienia” z Iranem to ja bym jednak nie bronił.

  107. @embercadero
    „„Porozumienia” z Iranem to ja bym jednak nie bronił”

    Niby dlaczego? I jakim prawem Stany jednostronnie zerwały wynegocjowaną przez siebie umowę i nałożyły sankcje na ten kraj, w dodatku do ich przestrzegania zmuszając innych, w tym Unię Europejską? Niech się kolega chwilę zastanowi. Znaleźli sobie chłopca do bicia. Sankcje te są szczególnie obleśne jeśli weźmiemy pod uwagę, że równocześnie sprzedają broń autorytarnym reżimom.

  108. @sfrustrowany_adiunkt,
    „kupowanie głównie z USA.” – oczywiście, tego nikt nie kwestionuje. To na co zwracam uwagę, to fakt że kupowanie głównie w USA to norma europejska. I polska oczywiście też. Przecież F-16 nie kupił obecny rząd, nieprawdaż?
    Dla MLRSa (HIMARS) nie ma europejskiej alternatywy, znowu wszyscy w Europie to kupują (hehe, nawet Francja).
    EF/Rafale to nie jest alternatywa dla F-35, to jest poprzednia generacja. W dodatku jest podstawowy problem, są drogie, Dużo droższe zarówno w zakupie jak i eksploatacji, co wynika z czysto technicznych powodów: dwa silniki + znacznie niższa skala produkcji.
    Nad SAMP/T nawet się nie będę znęcał.

  109. @bogdanow

    „kupowanie głównie w USA to norma europejska”

    No więc właśnie nie jest normą. Poza systemami dla których chwilowo nie ma alternatywy, państwa zachodniej Europy dążą aby kupować co się da u siebie. Stąd też takie a nie inne decyzje odnośnie samolotów, czołgów, rakiet czy okrętów (żeby było śmieszniej, po porażce pod nazwą LCS US Navy wybrała europejski projekt…) – nawet jeśli wychodzą według katalogowych parametrów czy generacji gorsze, to maksymalnie dużo środków zostaje w Europie. O możliwościach eksportowych czy modernizacji nie mówiąc. Co więcej, dla nas zakupy w USA oznaczają bycie przywiązanym do decyzji rozwojowych i zakupowych Wielkiego Brata – stąd też i taki problem z Patriotami a właściwie z ich przestarzałymi radarami nad którymi się chętnie poznęcam.

    Dla nie-rapierzystów w skrócie- dość ważny element systemu obrony przeciwlotniczej, czyli radary Patriota nie zapewniają obserwacji dookólnej więc pokrycie 360 stopni jest kłopotliwe (trzeba ustawić kilka – wystarczy awaria albo zniszczenie jednego i mamy…no cóż lukę). Co gorsza w tym momencie dostajemy przestarzałe radary w Wiśle, amerykański wybór został dokonany w zeszłym roku ale do wdrożenia LTAMDS jest jeszcze daleko i pewnie będziemy na końcu kolejki do dostaw. SAMP/T takich problemów jako nowszy system nie ma.

    I najzabawniejsze jest to, że w radarach jesteśmy całkiem nieźli, ale jak się uparliśmy na zakup wszystkiego od Amerykanów…ten sam błąd popełniliśmy w Homarze/HIMARSie kupując wszystko z półki zamiast przynajmniej próbować kupić coś na własnych warunkach (konkurencją była oferta z Izraela, btw)

    Stąd też F-35 trzymają się przede wszystkim te państwa które dawno temu weszły do programu JSF. Dla nas np. decyzja o zakupie F-35 jest powiedzmy dyskusyjna. Bo po pierwsze decyzja „piąta generacja albo nic” sprowadzała nas do fatalnej pozycji negocjacyjnej, po drugie koszta związane z zakupem i wdrożeniem pochłoną znaczą część budżetu, po trzecie pojawi się problem co mamy z nimi zrobić. Bo dla nas może okazać się…zbyt nowoczesny, po prostu. Armia eksploatująca sprzęt sprzed dekad będzie miała ogromny problem aby znaleźć zastosowanie – już teraz widać że dla wojska sporym problemem jest myślenie w kategoriach systemu a nie zastępowania 1:1, bo to nie będzie taki sobie lepszy MiG czy Su. Tym bardziej że F-35 który kiedyś miał być tanią wielozadaniową maszyną do wszystkiego będzie miał na polu walki inną rolę, bliższą nosicielowi sensorów niż uzbrojenia. Przez 20 lat męczarni zmieniło się bardzo dużo (stąd też sami Amerykanie zmienili podejście). Stąd też znów – dla nas generacja starszych platform (ale już nie środków rażenia) mogłaby być być łatwiejsza we wdrożeniu, większe byłyby szanse na korzystniejszy finansowo zakup. Na upartego, byłaby nawet szansa pozyskać tymczasowo używane jako rozwiązanie pomostowe. Coś czego nie będzie przy F-35. Mało tego, sporym wyzwaniem będzie szkolenie kadr…i tak dalej.

  110. @sfrustrowany_adiunkt,
    No i dużo pisania.
    A potem konkretnie okazuje się że alternatywą dla MLRSa był system izraelski, którego nikt w Europie nie używa.
    Z SAMP/T jest podobnie. Nikt tego nie chce kupować (ostatnio Szwecja i Rumunia wybrały Patrioty). Nie jest to dedykowany system lądowy, tylko przeniesiony z okrętu. Radal dookólny niby jest, ale to nie jest radar dookólny tylko ma obrotową antenę, bo nie było technologii żeby zrobić autentyczny radar z antenami ścianowymi 360 stopni dla okrętów jak to robią Amerykanie. Z rakietami jest dramat. Tak naprawdę jest jedna rakieta z dwoma różnymi boosterami, nie ma rakiety niskokosztowej, itd… wielu rzeczy nie ma, bo nie ma skali która pozwoli na ich opracowanie.
    Pisałeś wcześniej o Finlandii. Tak się składa że używają merykańskich myśliwców.
    Co do rozmaitych problemów polskiego wojska to ja się generalnie zgadzam, ale to nie jest dobry powód żeby na to pozwalać tylko właśnie żeby zmieniać.
    Bo potem lądujemy jak z kawalerią przed wojną, gdzie jednym z argumentów w kółko powtarzanych było że obsługa konia jest znana poborowemu, a samochodu nie, bo nigdzie nie samochodów nie ma. Zamiast wykorzystać okres służby wojskowej jako szkolenia kadr zarówno dla wojska jak i gospodarki, z pożytkiem zarówno dla modernizacji tak wojska jak i gospodarki.
    Okazało że konie wychodziły ostatecznie drożej, dużo drożej.
    Zupełnie jak Rafale/EF. Których lista kupujących poza producentami ma jedną wspólną cechę: nie mogą kupić F-35.

  111. @bogdanow

    „A potem konkretnie okazuje się że alternatywą dla MLRSa był system izraelski, którego nikt w Europie nie używa.”

    Stawiałeś tezę że nie ma alternatyw dla MLRS. No, niestety są.

    „Nikt tego nie chce kupować”

    Dziwnym trafem Włosi i Francuzi jednak tak. A tych samych efektorów tylko na okrętach – więcej państw. Rakiecie nie robi różnicy czy wylatuje z wyrzutni na ciężarówce czy na okręcie. Radarom już owszem (gabaryty, mobilność) stąd też Twoje pretensje że w lądowej aplikacji nie ma radarów jak na okręcie (chyba ze serio chcesz bronić AN/MPQ63/65 sprzed lat…) są nietrafione. A przy okazji – niskokosztowym efektorem dla Wisły ma być izraelski SkyCeptor. A na razie sami Amerykanie nie są pewni czy i co będzie tańszym efektorem.

    „Pisałeś wcześniej o Finlandii. Tak się składa że używają merykańskich myśliwców.”

    Owszem, ale w toku jest przetarg na nowe samoloty. I nie jest pewne że będą to amerykańskie. Bo jest możliwe że kupią Rafale, może Eurofightera, może Super Horneta. Może Gripena. Może jednak F-35. Trochę się kłoci to z tezą że „nie mogą kupić F-35”. T

    „Co do rozmaitych problemów polskiego wojska to ja się generalnie zgadzam, ale to nie jest dobry powód żeby na to pozwalać tylko właśnie żeby zmieniać.”

    Sęk w tym że zmiana rewolucyjna jest dla wojska niezbyt korzystna. To nie jest instytucja która łatwo poddaje się takim zmianom. Po drugie, rewolucja w postaci F-35 będzie dla nas kosztowna. A chwilowo, mamy sporo wydatków w innych obszarach. Choćby w niższych piętrach OPL gdzie potrzeby są gigantyczne. Więc pojawia się dość istotne pytanie – czy potrzebujemy nowych samolotów bojowych, a jeśli tak czy muszą to być F-35, czy może spektrum zdolności teraz i w przyszłości wypełni generacja wcześniej? Zamiast tego kupiono F-35 i będziemy się borykać z konsekwencjami.

  112. @monday.night.fever no to akurat bez większych zmian w amerykańskiej polityce, zwłaszcza jeśli chodzi o wspieranie obleśnych reżimów. Swoją drogą nie rozumiem tej strasznej antypatii do Trumpa. Często zachowuje się jak typowy republikanin, a w wielu kwestiach, zwłaszcza obyczajowych to ma kompletnie wywalone. Na pewno duża zmiana na plus w porównaniu z Bushem. Nie zachwycam się nim, ale jestem daleki od narracji typu najgorszy człowiek na świecie.

  113. @sfrustrowany_adiunkt, MLRS
    Tak właściwie to pisałem:
    „Dla MLRSa (HIMARS) nie ma europejskiej alternatywy, znowu wszyscy w Europie to kupują (hehe, nawet Francja).”
    Na co Ty odpisałeś:
    „kupić coś na własnych warunkach (konkurencją była oferta z Izraela, btw)”
    Na co zwróciłem uwagę, że:
    „okazuje się że alternatywą dla MLRSa był system izraelski, którego nikt w Europie nie używa.”

    No więc, tak. Izrael nie jest w Europie, przypominam.

    Finlandia może kupić F-35 lub Rafale/EF i jak wybierze europejski samolot przed F-35 to odszczekam. Będą pierwszym takim państwem. Ale na razie tego jeszcze nie wiemy i latają na amerykańskich. Dowiemy się pewnie za rok.
    Drugą taką realną opcją jest Kanada. Gdzie rząd wycofał się z planowanego zakupu F-35, głównie z uwagi na populistyczną grę pod publiczkę. I tam się skończyło awaryjnym zakupem używanych, australijskich F-18 poprzedniej generacji, długą dyskusją p.t. ‚po co żeśmy tę żabę jedli, było kupić F-35 i mieć spokój’ i nowym przetargiem gdzie zostały: amerykańskie F-35, F-18 i na osłodę Gripen. Bo EF i Rafale już nie.

    Ale mam poczucie że powtarzamy swoją dyskusję sprzed kilku miesięcy, więc ją zawieśmy, przynajmniej do decyzji Finlandii i/lub Kanady.

  114. @Nankin77
    „Swoją drogą nie rozumiem tej strasznej antypatii do Trumpa. Często zachowuje się jak typowy republikanin”

    Z tym, że Donald prowadzi typowo republikańską politykę, zgadzam w stu procentach – ja po prostu prywatnie hejtuję ich wszystkich po całości. Trump od Typowego Republikanina różni się tylko swoim chamstwem i brakiem ogłady, ale to przecież krew z krwi, kość z kości, typowy produkt z hodowli Fox News. To zawsze byli fanatycy, podpalacze, podżegacze, psychopaci i złodzieje. Co zresztą tworzy zabawne sytuacje: dziwnie się ogląda przerażenie prawicowych elit i wielbicieli GOP w rodzaju pani Applebaum, pomstujących na „barbarzyńcę”, który przecież robi to samo co ich ukochany Reagan, tyle że na chama i bez listka figowego. Albo trzęsących się z oburzenia na Trumpa polskich liberałów, którzy 15 lat temu byli do nieprzytomności zakochani w Dabjlu (a wcześniej w Reaganie). Dziś mam z nich niezłą bekę, bo dzięki Trumpowi w końcu dostrzegli swoją obleśną gębę w lustrze. Na kogo jesteście oburzeni? Na samych siebie jesteście oburzeni!

  115. @Bogdanow

    „Ale mam poczucie że powtarzamy swoją dyskusję sprzed kilku miesięcy, więc ją zawieśmy, przynajmniej do decyzji Finlandii i/lub Kanady.”

    OK – oczywiście, jeśli Finowie wybiorą F-35 mi przyjdzie odszczekać.
    A żeby było konstruktywnie dla dyskusji – to dodam tylko że jest póki co jedna rzecz która potencjalnie jest dla Amerykanów sporym atutem, gdzie Europa aż tak dobrze (jeszcze – Francuzi się starają, my mamy już pewne doświadczenia, choć na dużo mniejszą skalę) nie ma ale nie są to rakiety. Sieciocentryczność – czyli wszelkie systemy typu IBCS (dla wojsk lądowych) czy NFIC-CA (marynarka) potencjalnie sądząc po tym co jest testowane i robione (i ujawniane…) może sporo namieszać dając faktyczną zdolność by integrować ze sobą różne sensory (zwłaszcza radary choć nie tylko) i efektory (wyrzutnie) tak aby można było użyć efektorów na podstawie informacji od zewnętrznych radarów (wcześniej działało to częściowo i tak myśliwiec czy bateria rakiet sama musiała wykryć i śledzić cel, nawet na podstawie podanych przez kogoś danych).

    W efekcie scenariusze typu „F35 skrycie wykryje jakiś cel a zestrzeli go okręt czy wyrzutnia lądowa” (czy inne wariacje na ten temat, powietrzne, naziemne, nawodne) mogą być realne. Ale znów – bez wszystkich kluczowych komponentów to trochę tak jak o ja wiem…kupić funkiel nówkę laptopa i łączyć się z netem przez modem 56k. Pewnie się da ale to chyba bez sensu…i znów pojawia się pytanie co jest nam potrzebne, na co nas stać i od kogo komponenty tego wszystkiego kupić.

  116. @mnf & iran

    Po prostu nie chcę by reżim fanatyków religijnych mających na koncie finansowanie ataków terrorystycznych na całym świecie i rozliczne akty wrogie naszemu sposobowi życia miał również bomby atomowe. I uważam że jest uzasadnione zrobienie wielu rzeczy, nawet niekoniecznie prawnych, by im w tym przeszkodzić. I tyle.

  117. „nie chcę by reżim fanatyków religijnych mających na koncie (…) rozliczne akty wrogie naszemu sposobowi życia miał również bomby atomowe.”

    Bez opuszczonego fragmentu to brzmi jak opis współczesnych Republikanów. Niestety, póki co, nie da się im całkowicie odebrać broni jądrowej.

  118. @embercadero

    „Nie chcę żeby miał bomby atomowe” vs. „Porozumienia z Iranem to bym jednak nie bronił”. Geniusz. Te „rozliczne akty wrogie naszemu sposobowi życia”(?) – podasz jakieś konkrety, czy tak sobie rzucamy ogólnikami? Że mają tam prohibicję i zakaz aborcji? Cóż – bardzo to przykre, ale to jakby nie mój problem. Jeśli się koledze nie podoba ten „brutalny reżim”, to serdecznie zapraszam do niejeżdżenia do tego kraju. Dziaders znalazł sobie chłopca do bicia.

  119. Owszem, byłem w Iranie i widziałem jak tam jest. A ty?

    Nikogo nie planuję bić. Po prostu wołałbym by fanatycy finansujący obcinanie głów live na użytek telewizji (albo wieszanie swoich skazańców na dźwigach do czasu aż sami z nich odpadną) nie mieli do swojej dyspozycji bomb atomowych. Jeśli można temu zapobiec (nie wiem czy nadal można, nie śledzę) to warto to zrobić. Zanim zrzucą to komuś na głowę bo któryś ajatollah ogłosił fatwę.

  120. „nieprzytomności zakochani w Dabjlu” najlepsze, że mur z Meksykiem to pomysł Busha. Nawet podpisał odpowiednią ustawę, ale przyszedł Obama.

  121. Iran
    „Że mają tam prohibicję i zakaz aborcji? Cóż – bardzo to przykre, ale to jakby nie mój problem.”

    Mają łagodniejsze prawo aborcyjne niż Polska i byli(są?) centrum in-vitro na kraje arabskie.

  122. @embercadero
    „Jeśli można temu zapobiec (…) to warto to zrobić”

    Np. podpisując porozumienie nuklearne, którego zerwanie poparłeś.

    Sankcje nie uderzają w reżim, to tak nie działa – „rząd się wyżywi”, że przywołam klasyka. Zresztą od decydowania o ich nakładaniu jest ONZ, a nie jacyś lobbyści z waszyngtońskiego kółka różańcowego. Że Republikanie mają na punkcie tego kraju obsesję to jeszcze nie znaczy że cały świat musi ją podzielać, i to z przystawioną lufą do skroni (bo jak się wyłamiesz, to ciebie też obejmiemy sankcjami). Tak – oczywiście wolałbym, żeby Iranem rządziła socjaldemokracja w wersji nordyckiej. Ale niestety chwilowo nie rządzi, więc trzeba się dogadywać z tym reżimem, który akurat jest tam przy władzy.

  123. @iran
    Iran robi dwie rzeczy które nam się nie podobają (eufemizm): produkcja materiałów do broni jądrowej i mieszanie za granicami kraju. Reżim w Syrii prawdopodobnie by nie przetrwał gdyby nie wsparcie jaki otrzymał, m.in. z Iranu.
    Porozumienie załatwiało sprawę produkcji materiałów do broni jądrowej, i o ile się orientuje – było przestrzegane – były wyznaczone inspekcje które to kontrolowały.
    Ale ponieważ Iran wciąż miesza w sąsiednich krajach, to Trump postanowił wypowiedzieć porozumienie i przywrócić sankcje – tak za całokształt.
    No to teraz nie mamy inspekcji i Iran może robić co chce w temacie.

  124. @waclaw
    „Reżim w Syrii prawdopodobnie by nie przetrwał gdyby nie wsparcie jaki otrzymał, m.in. z Iranu”

    Na froncie syryjskim zadecydowało tak naprawdę potężne wsparcie z Rosji, przede wszystkim lotnicze. Trump tak czy inaczej by porozumienie z Iranem zerwał, ponieważ zostało wynegocjowane i podpisane za Obamy (na tej samej zasadzie chciał również zaorać Obamacare i w ogóle wszystko, czego się dotknął poprzedni prezydent). Dlatego nie zgadzam się z twierdzeniem @bogdanowa, że Trump „kontynuuje amerykańską politykę”. Nie – on ją przeorientował wszędzie tam, gdzie był w stanie – a że jednak nie zaorał wszystkiego, to tylko dlatego, że nie miał władzy dyktatorskiej. Oczywiście zgadzam się z opinią, że Trump jest nieco sympatyczniejszy, rozsądniejszy i bardziej inteligentny od Dablju (choć przebija go butą i bezczelnością), ale to jednak republikański podpalacz, więc porównania z Obamą nie wytrzymuje.

  125. Trzeba uczciwie przyznać, że niezależnie jak oceniamy Trumpa polityka zagraniczna Obamy była katastrofą. Nawet ta Birma okazała się niewypałem.

  126. Trzeba uczciwie przyznać, że niezależnie jak oceniamy prezydenturę Obamy jego polityka zagraniczna nie była katastofą. Nie doszło do żadnych większych awantur, mimo różnych ognisk zapalnych Stany nie zostały wciągnięte w jakieś poważniejsze bagno.

  127. @monday.night.fever ekhm Syria, Ukraina, Libia, Jemen i ludobójstwo w Birmie. Te wszystkie konflikty to żenująca nieudolność i kapitulacja USA.

  128. @Nankin77

    „Syria, Ukraina, Libia, Jemen i ludobójstwo w Birmie. Te wszystkie konflikty to żenująca nieudolność i kapitulacja USA.” – Nieudolność i kapitulacja multilateralnego systemu bezpieczeństwa opartego o ONZ. On funkcjonuje tylko w przypadkach typu Czad – ograniczonych wojen domowych prowadzonych z dala od obszarów nachodzenia się wpływów mocarstw. Europa jest wielkim nieobecnym tego systemu, co przypadki Libii, Syrii i Ukrainy obrazują najdobitniej. By efektywnie korzystać z parasola ochronnego „europejskości” trzeba należeć do europejskiego rdzenia, a nie peryferium, co rozumieją elity litewskie, słowackie czy chorwackie, nawet już też rumuńskie i mołdawskie. Nasze nie.

    @embercadero – Iran

    Tragiczny kraj, którego inteligencka kultura ciąży ku Europie, lecz który kolonialna/ imperialna polityka Anglosasów zepchnęła na tor zasklepiałej militarno-religijnej dyktatury. Gdyby Europa umiała wykorzystywać swój wspólny potencjał mogłaby skuteczniej wspierać liberalne trendy wewnątrzirańskie, tworzyć sieć partnerów regionalnych zainteresowanych europejskim modelem politycznym, takich jak Oman. Kluczowe państwa europejskie (Niemcy, Francuzi i Hiszpanie) samodzielnie działają w tym duchu w regionie [1] i będą starać się wpływać na działania nowej administracji amerykańskiej. Polska, która miała pewne historyczne aktywa, wyzbyła się ich za rządów PiSu jako drugorzędny pomocnik Trumpa. Nic nie znaczymy w żadnym z obszarów zapalnych, a nie będąc istotnym międzynarodowym aktorem, oferujemy się jako teatr kolejnego konfliktu.

    Ostatnia dekada udowodniła, że Polska nie może być jednocześnie neoliberalna i europejska. Aktualna dowiedzie, że nie może być prawicowa i niepodległa: albo stanie się propracowniczą, ekologiczną i równościową częścią europejskiego rdzenia, albo post-PiSowskim klientem Rosji.

    [1] Przykład: German University of Technology in Oman: https://www.gutech.edu.om/

  129. @Obama

    Problemem z Obamą jest to, że jego polityka międzynarodowa, dająca nadzieję na zakończenie wojen Busha była typowa dla liberalnego paradygmatu a trafiła ostatecznie na czasy niezbyt temu sprzyjające. Stąd też ostatecznie nieudany reset z Rosją, stąd wycofanie amerykańskich sił bojowych z Iraku i łagodnie mówiąc średnio udana polityka wobec Syrii. Stąd też niestety konsekwencje – powrót zdawałoby się pokonanych fundamentalistów do Iraku i ofensywa tzw. państwa islamskiego, stąd też niestety porażka jaką dla Zachodu była rosyjska agresja na Ukrainę. Obama chcąc nie chcąc wszedł w buty Busha, prowadząc politykę komandosów i nalotów dronów, zwalczającą objawy a nie przyczyny.

    Niemniej jednak, umowa z Iranem była sukcesem Obamy, przekreślonym przez Trumpa. Z szerszej perspektywy, nałożyły się na siebie ambicje irańskie do bycia regionalnym mocarstwem i poważnym graczem – ostatecznie, patrząc na zakres użycia siły w regionie (te wszystkie wspierane przez służby irańskie organizacje, dostawy broni) skuteczne i spełnione. Z drugiej strony mamy jedno istotne tło amerykańskiej polityki czyli wydarzenia okresu rewolucji islamskiej i późniejsze, dla Amerykanów je pamiętających – upokarzające i traumatyczne. Śmiem podejrzewać że w amerykańskiej polityce skończy się to gdy ostatecznie przeminie czas tych, którzy jeszcze tamto upokorzenie pamiętają (czyli już niedługo).

    Jak to się często zdarza, im bardziej Amerykanie dążyli do konfrontacji, tym bardziej utwierdzało to irańskich twardogłowych i mieliśmy samonapędzającą się spiralę eskalacji, z bronią jądrową w tle. Na dłuższą metę, niestety obawiam się że mamy dwa rozwiązania: albo zarówno Izrael jak i Iran pozbędą się broni jądrowej/programu jej budowy albo…trzeba będzie zaakceptować dwa państwa nuklearne na Bliskim Wschodzie.

    Jak już Awal wspomniał, nam przypadnie rola biernych obserwatorów, albo jeszcze gorsza.

  130. @sfrustrowany_adiunkt
    „radary Patriota nie zapewniają obserwacji dookólnej więc pokrycie 360 stopni jest kłopotliwe (trzeba ustawić kilka – wystarczy awaria albo zniszczenie jednego i mamy…no cóż lukę).”

    A awaria radaru 360st oznacza „lukę” 360st. Radar dookólny ścianowy, to tak naprawdę 3-4 radary, więc w razie awarii jednego mamy lukę, tak samo, jak przy osobnych. Zaś radar obrotowy do znacznie gorsze odświeżanie – ważne zwłaszcza dla OPR. No więc są wady i zalety.

    „I najzabawniejsze jest to, że w radarach jesteśmy całkiem nieźli, ale jak się uparliśmy na zakup wszystkiego od Amerykanów…”

    A jaki to radar kierowania ogniem produkuje polski przemysł? Sajna, która jeszcze nie istnieje, a gdy zaistnieje, to nada się co najwyżej do OPL Narew, czyli piętro niżej niż Wisła (nie ta technologia, nie te parametry, nie ta szybkość, co wymagana dla OPR)? Nawet hurraoptymiści z przemysłu nigdy nie twierdzili, że są w stanie zrobić radar kierowania dla Wisły. Ale wbrew temu co piszesz, właśnie upieramy się, że i my chcemy dostarczać radary dla Wisły, tyle że takie jakie umiemy: pomocnicze radary wykrywania, jak P18PL czy PET/PCL, za których integrację z ICBS zresztą zapłacimy jak za każdą integrację z amerykańskim sprzętem, czyli słono.

    @bogdanow
    „EF/Rafale to nie jest alternatywa dla F-35, to jest poprzednia generacja”

    Owszem, poprzednia, bo nie stealth. Ale z drugiej strony, taki EF jest znacznie potężniejszym samolotem, szybszym, lepiej uzbrojonym, o większym zasięgu. F-35 jest zaś albo trudnowykrywalny, albo dobrze uzbrojony (bo w komorach wewnętrznych mieści niewiele uzbrojenia, a jak je sobie podwiesi pod skrzydłami to traci niewykrywalność). Przy tym ma marny zasięg i jest powolny (niby do 1.8 Ma, ale baaardzo krótko).
    Wszyscy jako główne zalety podają jego trudnowykrywalność i sieciocentryczność, tylko jak już napisano, druga z tych zalet jest ciężka do wykorzystania bez odpowiedniego zaplecza, czyli sieci właśnie. Pozostaje stealth. Który wpisano jako warunek w przetargu, mam silne wrażenie wyłącznie po to, aby na placu pozostał tylko jeden oferent, a nie w wyniku analiz (słynne, wieloletnie analizy IU, przedmiot ponurych żartów zmieszanych z zażenowaniem, a tu _nagle_ pojawia się temat nowych myśliwców, i od razu wiadomo, że ma być koniecznie 5-gen, no cud!)

    (ciekawe jak długo WO wytrzyma te rapiery…)

  131. @kuba_wu

    „No więc są wady i zalety”

    Oczywiście że są, ale czy to będzie obrotowa antena czy ścianowe, wszystko jest lepsze niż to co w tej chwili ma Patriot i to co przypłynie z Wisłą. Poza tym podejmując takie a nie inne decyzje wiedzieliśmy (a przynajmniej powinniśmy) że się skazujemy na taki a nie inny stan rzeczy.

    „pomocnicze radary wykrywania, jak P18PL czy PET/PCL,”

    Jasne – i przyznaję rację z radarem kierowania ogniem ale widzę jeden problem. Na ile starczy nam uporu – czort wie czy ostatecznie uda się je z IBCS spiąć, czy też może przypadkiem też nie będzie powtórki z F-35, Javelinów dla WOT czy S70 dla BOA i JWG. Czy może nieszczęsnego Homara/HIMARSA dzięki któremu strategiczny dla nas system będzie poruszał się na nietypowych w Polsce podwoziach.
    Oczywiście można wskazać przykłady w których udało się coś sensownego kupić w polskim przemyśle czy w UE ale widać tu coś ciekawego. Z reguły są to programy które były już mocno zaawansowane przed 2015 rokiem (jak Rak choćby). Po 2015 sytuacja wyraźnie się zmienia na korzyść USA.

    A żeby odejść na chwilę od rapierów, godny uwagi jest wywiad Macrona z dzisiaj [1]. Nie bez powodu mam wrażenie , jest też od razu dostępne polskie tłumaczenie[2].

    [1] [ https://geopolitique.eu/en/macron-grand-continent/ ]
    [2] [ https://legrandcontinent.eu/pl/2020/11/16/macron/ ]

  132. @sfrustrowany_adiunkt
    Ale ja tak w ogólności zgadzam się z oceną zwrotu w stronę USA, wielu kontrowersyjnych zakupów, ich przebiegu i efektów. Tylko akurat podniósłbym zupełnie inne kwestie, niż akurat radary tych dwu pierwszych baterii Wisły (według założeń kolejne mają być, kiedyś, podobno, z dookólnym przecież). A jeśli nie dojdzie do II etapu to wyposażenie tej aptekarskiej liczby już zakupionych baterii i tak nie ma większego znaczenia, podobnie jak z Himarsem, jego żenującą liczebnością, wraz z amunicją, pozwalającą załadować wyrzutnie… raz i pół (sic).

  133. Ale serio jest sens mówić o tym czy Trump kontynuował czy nie politykę poprzedników? Bo ja mam wrażenie, że to raczej był prezydent, któremu Murdoch przez telewizor mówił co ma myśleć. I ewentualnie ci ludzie, którym prał pieniądze polami golfowymi w Szkocji. To jest z nim główny problem – on nie jest partyjnym establiszmentem (w znaczeniu „bycia umocowanym”). Ilu jego byłych współpracowników już siedzi? Sześciu? On i jego otoczenie to są przede wszystkim ludzie ze sporymi kłopotami osobistymi – prawnymi i finansowymi. Kurde, Giuliani przerywa „orędzie” żeby zareklamować sklep z cygarami. Zbiórka na „walkę z oszustwem wyborczym” idzie na spłatę długów kampanijnych. Polityka Trumpa to zawsze była przede wszystkim polityka ratowania osobistej dupy Trumpa (plus niszczenie wszystkiego co tknął Obama, bo tak)

  134. @inz.mruwnica

    Osobiste cechy Trumpa tracą na znaczeniu. Kto przejmie po nim pałeczkę na prawicy będzie inny. Amerykańska polityka z jednej strony się cementuje – wszystko co osiągnął Biden to od-od-flipnięcie stanów, które wcześniej odflipnął Trump, po tym jak flipnął je Obama – z drugiej jednak strony pewna fundamentalna zmiana ma też miejsce: Republikanie nie reprezentują już jak za Reagana ”tych którym się przez 4 lata poprawiło”, lecz tych którzy odczuwają presję na degradację swojej pozycji socjoekonomicznej. Obie partie mają swoich swing voters i swoich miliarderów-oligarchów (Demokraci mają ich więcej), ale to umiarkowani Demokraci w miastach reprezentują teraz dawne republikańskie nastawienie „brońmy naszego stylu życia”, a Republikanie dawne demokratyczne „chcemy nadziei na lepsze” – Trump wokalizował tę postawę w ich imieniu jako nadzieję powrotu „starej” Ameryki („great again”), jednak jego następcy poszukają raczej jakieś nuty przyszłościowej, ktoś z nich może zaproponować coś nawiązującego do republikańskiego progresywizmu („Square Deal”) Theodore’a Roosevelta.

  135. Republikanie (Trump) w tej chwili reprezentują przede wszystkim tych, którzy nie mogą przeboleć, że mieli czarnoskórego prezydenta i tych, którzy chcą murem powstrzymać „gwałcicieli i złodziei” z Meksyku. Kiedy Trump dawał ulgi miliarderom i rozmontowywał zabezpieczenia socjalne „odczuwającym presję na degradację pozycji socjoekonomicznej” nawet nie drgnęła powieka. Bo były to ulgi dla białych miliarderów, a „obamacare” było zabezpieczeniem socjalnym stworzonym przez czarnego prezydenta. A stara „great” Ameryka to ta, w której mężczyźni wieczorami wychodzili na ulice w szpiczastych kapturkach. Jeśli nad wyborcami Trumpa coś socjo-ekono wisi to widmo reparacji.

    Wiem, że to brzmi zbyt prosto, żeby było prawdziwe, a rozważania o biedniejącym Kansas i ich smutkach brzmią bardziej prawdziwie. Ale! Program Trumpa z 2016 to było: MAGA, mur i Chiny nas okradają. Program z 2020: druga kadencja Trumpa. Już nawet nikim nie straszył i nic nie obiecywał.

    Natomiast jak GOP się podniesie z Trumpa to jest ciekawa kwestia. I tutaj osobiste kłopoty Trumpa będą miały znaczenie − czy będą chcieli go w jakiś sposób wykupić (i tym samym kontynuować jego linię), czy raczej się go pozbyć (i wyalienować rasistowską bazę wyborczą).

  136. @inz. mruwnica

    „Kiedy Trump dawał ulgi miliarderom i rozmontowywał zabezpieczenia socjalne „odczuwającym presję na degradację pozycji socjoekonomicznej” nawet nie drgnęła powieka.”

    „Natomiast jak GOP się podniesie z Trumpa to jest ciekawa kwestia.”

    Jak wspomniałem, kandydaci obu partii mają pewną wspierającą ich grupę miliarderów – trumpowscy pochodzą głównie z Teksasu i Florydy i są stosunkowo skąpi, skoncentrowana na wybrzeżach grupa wspierająca wpłatami Demokratów jest zasobniejsza (Soros jest w niej ok. pierwszej piątki, przebijają go np. właściciel sieci Hyatt czy mediowy mogul Fred Eychaner).

    Niezależnie od tego decydującą rolę w wyborach mają nie miliarderzy tylko szersze grupy wyborców z niższych centyli dochodowych. Do 2016 r. Republikanie kontrolowali pod względem głosów i wpłat te lepsze centyle – wyborców o rocznych zarobkach ponad 100,000 USD na gospodarstwo domowe, Trump utracił tych wyborców na rzecz Clinton i Bidena [1], i został przez nich oboje przebity w wydatkach na kampanię – przez Clinton niespełna dwukrotnie, przez Bidena prawie trzykrotnie. Udowodnił jednak, że zwyciężać można też z tą słabszą bazą wyborców poniżej progu USD 100,000, o ile się ją zmobilizuje i utrzyma w relacji osobistej emocjonalnej więzi, komunikując się z nią częściowo bez pośrednictwa mediów i bez tradycyjnych ograniczeń publicznej debaty (czyli kłamiąc, szydząc, wzniecając nienawiść do obcych, a jednocześnie dając przekaz pozytywny „jesteście prawdziwą Ameryką”, który był bardziej inkluzywny niż lewica jest skłonna przyznać: obejmował kobiety, konserwatywnych Latynosów itd.). Strategia ta mogłaby mu przynieść pozytywny wynik również w 2020 r., gdyby nie pandemia, którą rozegrał wg nieskutecznego scenariusza wszystkich strongmanów – do czasu jednak ujawnienia rozmiarów tej porażki Partia Republikańska musiała uznać efektywność jego metody, stała się zakładnikiem Trumpa i trumpowskich wyborców. Jednocześnie dostrzegała ograniczenia – ludowy populizm w stylu Trumpa zamyka dostęp do najlepszego „segmentu rynku” wyborczego, jak również do pewnych typów karier post-politycznych np. w Big Tech, w obszarze międzynarodowym, czy na prestiżowych uniwersytetach. Bycie Trumpem wymaga też specyficznych umiejętności, których brak wielu standardowym politykom. Dlatego nie sądzę, że jego metoda będzie kontynuowana. Kiedy mówię, że Republikanie mogą pokusić się o nowy rooseveltowski progresywizm myślę o zjawiskach takich jak to: republikańska komisja energetyczna Arizony ustanawiająca ambitne cele emisyjne i projektująca swój stan jako hub zielonych technologii: [2]

    [1] https://www.nytimes.com/interactive/2020/10/25/us/politics/trump-biden-campaign-donations.html

    [2] https://www.greentechmedia.com/amp/article/arizona-public-service-carbon-free-power-2050

  137. @inż. mruwnica
    „Republikanie (Trump) w tej chwili reprezentują przede wszystkim tych, którzy nie mogą przeboleć, że mieli czarnoskórego prezydenta i tych, którzy chcą murem powstrzymać „gwałcicieli i złodziei” z Meksyku”

    To jest oferta dla Ku Klux Klanu i środowisk newbornowo-ewangelikalnych. „Zwykły” wyborca Trumpa, OIMW, narzeka na niego („no cóż, Trump jest jaki jest…”) ale głosuje na niego („…bo naprawi gospodarkę i powrócą miejsca pracy”). Oto odpowiedź, dlaczego głosowało na niego zaskakująco wielu czarnych – udało mu się to, co nie udało się Reaganowi, a mianowicie omamić część czarnego elektoratu obietnicą miejsc w miarę dobrze płatnych pracy. No i oprócz tego przyciągnął niezdecydowanych wyborców obietnicą „law and order” – wielu ludziom nie podobała się przemoc i rabunki na ulicach (wcale niekoniecznie rasistów – oni mogą nawet popierać BLM, ale są przerażeni anarchią i przestępczością). Że Trump celowo dolewał benzyny do ognia, to już inna sprawa.

    I gdyby Trump sensowniej rozegrał pandemię, zapewne wygrałby w cuglach (ale do tego musiałby słuchać ekspertów). Zresztą już nawet nie chodzi o to, ile *faktycznie* jest zakażonych, ale o to, jakiego języka używał – najpierw bagatelizuje, potem ściemnia, potem mówi o 250 tysiącach zgonów, później znów bagatelizuje (sam zachorował i chodzi bez maseczki) itp. Mataczenie, które sprawdzało się w na innych polach, w starciu z wirusem zawiodło. Okazało się, że król jest nagi.

  138. @monday.night.fever”
    „Zwykły” wyborca Trumpa, OIMW, narzeka na niego („no cóż, Trump jest jaki jest…”) ale głosuje na niego („…bo naprawi gospodarkę i powrócą miejsca pracy”).”

    To jest, obawiam się, kalka z myślenia lewicy o umiarkowanych kandydatach typu Biden. Wiece Trumpa na amerykańskiej prowincji pokazują człowieka, który ma doskonały kontakt z tamtejszymi normalsami w całej ich etnicznej i płciowej różnorodności. Wznieca w tłumie reakcje tego typu co u nas gwiazda disco polo – i udatnie stara się nią być. Nie wywołuje kompleksów, jest w języku i stylu bycia autentyczny jako „jeden z nas” i jednocześnie jako ktoś, kto ma moc przeciwstawienia się „tamtym”, wywyższającym się miejskim elitom. Te wiece to nie seanse Ku-Klux-Klanu ani nawet nie hołubiące etniczną wsobność dożynki PiSu, to raczej święta 4 lipca, gdzie jest dużo poczucia inkluzywnej wspólnoty, która może być nakierowana nawet na osobę z etnicznej czy płciowej mniejszości, jeżeli sygnalizuje ona pewien, w istocie klasowy, kod kulturowy. Drag queen w czapeczce MAGA to nasza drag queen [1]. Odciągnąć od trumpizmu można tych wyborców jedynie lewicowym populizmem – Biden bez pandemii nie osiągnąłby tego. Odmłodzony Bill Clinton może. 

    [1] https://eu.usatoday.com/story/news/politics/elections/2020/11/02/gay-voters-trump-share-reasons-support-election/6116276002/ac

  139. Zaraz zaraz. Tak jak w Polsce są dwa rodzaje wyborców PiS-u, tak w Stanach są dwa rodzaje wyborców Trumpa:

    – ludzie, którzy głosują na Trumpa dlatego że jest Trumpem (a więc np. zbuduje mur na granicy),
    – ludzie, którzy głosują na Trumpa POMIMO że jest Trumpem (co prawda jest ksenofobem, ale np. zmniejszy bezrobocie czy przestępczość).

    Nie wiem jaki jest stosunek jednych do drugich, ale wydaje mi się, że ci pierwsi (ci od MAGA) to głośna i bardzo „medialna” grupa, ale – mam wrażenie – w porównaniu z drugą jednak przeszacowywana. To zaangażowani wyborcy tożsamościowi, oszołomy i nakręceni zwolennicy teorii spiskowych. Ci drudzy to normalsi, którzy raczej nie założyliby czerwonej czapeczki, ale – tak się składa – z różnych powodów głosują na gościa, który nie jest ich wymarzonym kandydatem, po prostu z ich punktu widzenia stanowi mniejsze zło (coś jak my parę lat temu na Komorowskiego w drugiej turze). Pierwszych nie odbijesz i tak, drugich można teoretycznie przekonać do poparcia innego kandydata.

    Błędem Trumpa było zbyt duże opieranie się na wyborcach zaangażowanych, oszołomach. Oni są głośni, ale to jednak margines. Gdyby, powiedzmy, w połowie kadencji Trump przestał uprawiać trumpizm i zaczął prowadzić typowo mainstreamową politykę, zapewne paru foliarzy uznałoby że „zdradził”, ale obecne wybory wygrałby z rekordowym poparciem. No ale Trump to Trump – on po prostu nie umie inaczej.

  140. @monday.night.fever

    Ja widziałbym co najmniej trzy grupy:

    – lud z niższych partii dochodowych amerykańskiej prowincji – który chodzi na wiece Trumpa i któremu on odpowiada w całej rozciągłości; MAGA, mur, lock her down i prawie cały pozostały zestaw haseł trumpizmu jest dla nich; Trump jest odkrywcą metody wyborczej zapewniającej zwycięstwo poprzez mobilizację tego elektoratu i autentycznie czuje się z nim dobrze, umie z nim rozmawiać

    – pewna część wyborców z wyższych partii dochodowych – głosują na niego pomimo przaśnego stylu, ze względu na swoje preferencje co do podatków i „small government” – Trump okazjonalnie kieruje się do nich w swojej szacie „biznesmena”, choć nie jest przesadnie przekonywujący w tej roli

    – ewangelicy, supermasiści i wyznawcy QAnon – dla nich Trump jest ułomnym narzędziem Boga czy innych ukrytych sił, głosują na niego pomimo jego wykroczeń przeciw seksualnej moralności czy zbytniego zbratania z „systemem” – Trump teatralnie kokietuje ich wymachiwaniem Biblią i nawoływaniem, by „trwali w pogotowiu”, ale to nie jest jego świat, Bannon poleciał, bo zbyt ciągnął go w tę stronę

    Jeżeli się uprzeć na ułomną metaforę: pisowcy, gowinowcy i ziobryści.

  141. @awal
    „Trump teatralnie kokietuje ich wymachiwaniem Biblią i nawoływaniem, by „trwali w pogotowiu”, ale to nie jest jego świat”

    Trump nigdy nie ukrywał że to nie jest jego świat, dlatego wziął sobie Pence’a na wice. Z tego też powodu uważam Trumpa za o wiele mniej szkodliwego prezydenta od Dablju – najniebezpieczniejszego prezydenta w historii USA, który FAKTYCZNIE WIERZYŁ w ewangelikalno-apokaliptyczno-eschatologiczny Nowy Ład, Znaki Bestii i Powtórne Przyjście, które można „przyspieszyć”.

  142. Ostatnio skończyłam „The Fifth Risk”, który ktoś tu kiedyś polecał, i mam dwie refleksje, jedną pocieszającą, drugą mniej.
    1) Część publicystów twierdzi, że te fochy Trumpa, publiczne opowiadanie bajek o fałszerstwie, itd. to nie są wygłupy infantylnego celebryty, tylko „część zabójczego planu”, który ma podważyć zaufanie ogółu społeczeństwa do wyniku wyborów, żeby lojalni sędziowie mogli potem powołać się na to w swoich orzeczeniach. No więc nie – opis tego, jak Trump przygotowywał swoją transition team do objęcia władzy w różnych agencjach pokazuje, że ten człowiek nie robi planów, ani zabójczych, ani w ogóle żadnych.
    2) Książka dobrze pokazuje, ile można [expletive deleted], obsadzając złymi ludźmi pozornie mało politycznie znaczące agencje, np. NOAA. Ich najważniejsze zajęcie to niby tylko prognozy pogody, ale straty powodowane przez pogodę to w ostatnich latach kilkanaście miliardów dolarów co roku, nie mówiąc już o prognozowaniu rzeczy w rodzaju tornad i sztormów, gdzie w porę dostarczona prognoza ratuje życia. Trump nominował na szefa tej instytucji prezesa Accu Weather[1], który spędził ostatnich kilkanaście lat, próbując utrudnić/uniemożliwić National Weather Service dostarczanie publicznie dostępnych prognoz pogody, ponieważ uważał, że podatnik powinien za nie jeszcze raz zapłacić, tym razem jego firmie.
    W tej sytuacji jeszcze bardziej ponure jest to, że transition team Bidena nie może normalnie wejść do tych instytucji i zacząć przejmować zarządzania, bo Trump im to blokuje.

    [1] na szczęście, niezbyt skutecznie.

  143. @Awal i odmłodzony Clinton

    Clinton zdaje się jest młodszy od Bidena 😉 a serio to mi się wydaje że to co Pan napisał to sedno sprawy. Ten sojusz z tej metafory o pis, Gowinie i Ziobro pokazuje, że chyba tylko w takim big tent można znaleźć większość na wygranie wyborów i prezydenckich i w kongresie a tylko to daje możliwość zmiany istotnej (jak nie likwidacja kolegium elektorskiego czy program inwestycji w infrastrukturę). Covid i osobowość Trumpa przykryła trochę problem tego, że Demokraci są bardziej przechyleni w stronie frakcji a la Ziobro-na-odwrót, przynajmniej w warstwie werbalnej (bo już sam Biden ma bardziej pragmatyczny program). I niestety za dwa lata będzie problem w wyborach w Senacie i Kongresie chyba, że Biden najpierw pójdzie w akcje typu inwestycje w rural broadband czy zrealizuje obietnice darowania pierwszych 10k długu na studia bo to właśnie w maluch ośrodkach da impakt. Mimo mojej całej sympatii do AOC to jeśli to pójdzie wyłącznie (co podkreślam, wyłącznie) w jej stronę to kadencja Bidena będzie tylko przerwą w republikańskim rządzeniu bo oni sprawnie się uczą przyciągania wybranych mniejszości etnicznych jak i czasem interesy ekonomiczne mogą skutecznie przykryć kwestie np rasy (latynosi na Florydzie czy w Teksasie)

    Przy czym lekcja Clintona jest tez taka że można przesadzić w tym marszu do zglajszachtowania i ten balans miedzy frakcjami musi być zachowany, a jest to trudne co pokazuje i Clinton i nasz Kaczyński ale też i Trump. On wiedział, że to kobiety z suburbiów będą decydować o jego sukcesie ale nie umiał, nie chciał skalibrować pod nie swojej kampanii a w dobie covid to było całkiem łatwe.

  144. @krystyna.ch
    „fochy Trumpa, publiczne opowiadanie bajek o fałszerstwie, itd. to nie są wygłupy infantylnego celebryty, tylko „część zabójczego planu”, który ma podważyć zaufanie ogółu społeczeństwa do wyniku wyborów, żeby lojalni sędziowie mogli potem powołać się na to w swoich orzeczeniach”

    Raczej część zabójczego planu żeby powrócić w 2024 roku – a do tego czasu trzeba karmić rednecków historyjką o „ukradzionej prezydenturze” (coś a’la rewelacje Macierewicza o zamachu w Smoleńsku). To mogłoby mieć potencjał mitotwórczy, a QAnony w Breitbartach będą mogły to grzać w nieskończoność.

  145. „oni sprawnie się uczą przyciągania wybranych mniejszości etnicznych jak i czasem interesy ekonomiczne mogą skutecznie przykryć kwestie np rasy (latynosi na Florydzie czy w Teksasie)”

    Nie do końca, tzn. tutaj kwestie rasowe nie są przykryte, tylko właśnie są istotną częścią. Latynosi, którzy głosowali na Trumpa na Florydzie i w Teksasie to byli głównie odpowiednio Kubańczycy (w większości biali, znacznie bardziej niż średnio na samej wyspie i związani politycznie ze środowiskami przedrewolucyjnej Kuby) i Tejanos (czyli ci Latynosi, którzy w Teksasie mieszkają „od zawsze”, a nie pochodzą od nowszych fal imigrantów), którzy generalnie są mocno konserwatywni. Za to Portorykańczycy na Florydzie czy Meksykanie (nie Tejanos) w Teksasie jednak w większości głosowali na Bidena. Warto uważać z traktowaniem Latynosów jako monolitu, bo to prowadzi często do błędnych wniosków – różnica w dużej mierze zależy od tego, które grupy Latynosów uważają kwestię imigracji za istotną, mają związki rodzinne z macierzystymi krajami itd.

  146. To jest klęska koncepcji promowania pojęcia ‚people of color’. To miał być taki wielki, fajny, kolorowy parasol pod którym schowają się nie-biali i zagłosują na Bidena. Tylko, że, np. dla bardzo wielu Latynosów nie ma nic bardziej obraźliwego niż sugerowanie że są nie-biali, itd, itp.

  147. @bogdanow

    Demokraci nie powinni liczyć na automatyczne poparcie „People of Color” w tych grupach, które – jak np. Asian-Americans – odnoszą sukces socjoekonomiczny kształtujący ich postawy polityczne i spychający identyfikację etniczną na drugi plan. W praktyce grupy te albo zagłosują na umiarkowanych Demokratów propagujących usługi publiczne i ekologię albo na umiarkowanych Republikanów z ich retoryką „defending hard-working American families”. Ci drudzy muszą wyjść z cienia Trumpa, gdzie przesilenie jeszcze nie nastąpiło, ale sytuacje takie jak trumpowi adiutanci nawołujący do niegłosowania w „rigged elections” w Georgii na kandydatów GOP [1] takie przesilenie przybliżają.

    [1] https://thehill.com/homenews/campaign/528508-pro-trump-attorneys-tell-georgians-not-to-vote-in-runoff-until-votes-are?amp

  148. @krystyna.ch

    „No więc nie – opis tego, jak Trump przygotowywał swoją transition team do objęcia władzy w różnych agencjach pokazuje, że ten człowiek nie robi planów, ani zabójczych, ani w ogóle żadnych.”

    Przy czym niestety to jest w sprzyjających warunkach atut sił autokratycznych. Demokracje proceduralne oparte o powtarzalną grę przyzwyczajonych do siebie partnerów i urabiające ciągle kompromisy pomiędzy konkurującymi grupami interesów nie rozumieją sposobu działania blefujących dyletantów-improwizatorów, opacznie interpretują ich intencje i czasami nie potrafią im stawiać granic. W Niemczech widać to to w reakcjach na zachowania AfD, która notorycznie ignoruje ustalone praktyki parlamentarne, a niestety nie zawsze jest jak wytłumaczyć szerokiej publiczności, że owszem zmienianie ad hoc agendy komisji czy zrywanie posiedzeń konwentu seniorów (używam polskiej terminologii) to zagrożenie dla demokracji takie samo jak spektakularne zdarzenia w rodzaju zabójstw politycznych. Z kolei coraz bardziej wysublimowane tłumaczenia „strategii negocjacyjnej” polskiego rządu w sprawie veta budżetowego jakie ostatnio przeczytałem w zachodniej prasie idą już w tuziny – tłumaczenia te przykładają niestety do tych improwizowanych działań miarę „House of Cards” zamiast „Olsenbanditen”. Wydaje mi się że Merkel jest jedyną znaczącą osobą w kompleksie decyzyjnym Unii, która umie odczytać psychopolityczny koloryt tej polskiej szarży i być może skierować ją tam gdzie nie narobi wielkiej szkody. Amerykański establiszment medialny ostatecznie wypełnił podobną rolę wobec Trumpa.

  149. @klugowski
    „W miejsce bezproduktywnej dyskusji proponuję poczekać dwa miesiące i zobaczyć co się stanie z wyborami do senatu w Georgii.”

    To co widzimy w tej chwili w USA to split screen, w którym na jednej połowie pokazywany jest historyczny przełom dla Demokratów: demokratyczny prezydent i kongres, stan-założyciel Konfederacji wybierający jednego czarnego i jednego żydowskiego senatora, otwarcie postpandemicznej karty na miarę New Deal. Na drugiej połowie ekranu oglądamy zaś dystopię z prezydentem żądającym przez telefon od stanowego urzędnika, aby mu dosypać głosów oraz wzywającym do marszu supermasistów na Waszyngton, po serii innych bezczelnych wyborczych nacisków i manipulacji. Dystopia odbywa się w trybie pół-realnym, czymś pomiędzy politycznym happeningiem a próbą kostiumową serialu „Second Term”, który w jakieś formie chyba będzie musiał powstać. Poszczególni aktorzy dystopii (Pence, Pompeo, McConnell, Cruz…) odgrywają swoje role okazując różne odcienie zaangażowania lub dystansu. Jest przywilejem krajów kapitalistycznego rdzenia, że mogą sobie pozwolić na takie szaleństwa i wrócić do równowagi. Jest przekleństwem krajów peryferium, jak nasz, że za swoje lub cudze szaleństwa tego rodzaju płacimy ostatecznie wypadnięciem z orbity Zachodu.

  150. Staram się zinterpretować te obrazki z Kapitolu i widzę ludzi na wikingu, zdobywających gród i rozglądających się w poszukiwaniu łupów, a przynajmniej symbolicznych oznak zawładnięcia terenem. Trump, inaczej niż np. opozycja białoruska, nie stawiał swym zwolennikom celów politycznych, takich jak czyjeś ustąpienie czy ogłoszenie nowych wyborów. Chciał ich mobilizacji i dowartościowania symboliczną agresją, która jednak okazała się agresją realną. W zajściach w budynku kongresu jedna osoba zginęła, Trump powinien po zakończeniu kadencji odpowiadać za kryminalne podżeganie oraz zostać poddany impeachmentowi i skazaniu zapobiegającemu jego kolejnym wyborczym startom. Cała sytuacja powinna zostać zapamiętana jako użycie wzniecających przemoc „fighting words”, nie chronionych gwarancjami wolności słowa. Nie są to scenariusze zupełnie nierealne bo szeregi trumpistów topnieją (choć do końca zapewne nie opuści go prezydent Duda i red. Woś).

  151. Patrząc co się działo wczoraj, zwłaszcza

    1) doniesienia o tym że Trump blokował mobilizację całości sił gwardii narodowej (gwardia narodowa Dystryktu ma szczególny status gdy chodzi o podporządkowanie, gdyż dystrykt nie jest stanem, nie ma gubernatora) i sprawę najwyraźniej ostatecznie przejął Pence,

    2) Odchodzące kolejne osoby z otoczenia Trumpa i jego żony, choć jeszcze nie te najważniejsze, jak np. „tylko” zastępca doradcy ds bezpieczeństwa narodowego czy jakieś osoby z personelu pierwszej damy

    3) Mocne potępienie tego co się działo także w kręgach republikanów – zostają już chyba tylko najbardziej fanatyczni albo i najgłupsi

    To zgadzam się z oceną Awala. Natomiast co mnie mocno uderzyło to to jak nieskuteczny okazał się tak przecież stanowczo, a wręcz brutalnie a często jawnie przekraczając granice legalności aparat bezpieczeństwa, który de facto wpuścił tych ludzi, dokonujących faktycznego zamachu terrorystycznego (według prawa federalnego, wszystkie elementy są spełnione) a po broń palną sięgnięto w absolutnej ostateczności, na barykadach (dosłownie). To że potem ich szybko usunięto, także po wezwaniu samego Trumpa nie równoważy strat wyrządzonych przez tę nieefektywnośc (ocierającą się o świadome działanie, jak otwarcie ogrodzenia dla protestujących).

    Z jednej strony ujawnia to ogrom systemowego rasizmu – porównania działań sił bezpieczeństwa z wczoraj i z protestami BLM już są obecne w mediach [1] i śmiem twierdzić że gdyby to był protest BLM, w ogóle zbliżyli się do Kapitolu, rozpędzani gazem, amunicją less-lethal a ci którzy by się przedarli i chcieli rozbijać drzwi i okna zostaliby by pewnie zastrzeleni.

    Z drugiej strony – obrazki zabarykadowanej sali oznaczają tylko jedno. Kto uwierzy w ochronę zapewnianą przez USA skoro nie mogą upilnować porządku we własnym parlamencie? To woda na młyn rosyjskiej propagandy. A przy okazji oznacza to że strategia budowania bezpieczeństwa Polski właśnie przez stawianie na USA właśnie coraz bardziej traci podstawy i trzeba będzie ciężkiej pracy by zbudować bardziej zrównoważoną. Kiedyś, w przyszłości – takie wrażenie na gorąco.

    [1] [https://amp.cnn.com/cnn/2021/01/07/us/police-response-black-lives-matter-protest-us-capitol/index.html?__twitter_impression=true&fbclid=IwAR3-r4syZD_AgMUaoy10IPkrRbFXzwEJ0IXblydJSbH196ALhTj7ZiSPraI]

  152. Nasz pan prezydent skomentował, że to wewnętrzna sprawa USA – serio serio? Nawet teraz nie jest w stanie skrytykować Trumpa? Czy może jednak liczył, że Izba odrzuci Bidena, choćby i sterroryzowana przez tłum? I mógłby wtedy powiedzieć, że co prawda było ciężko, ale wygrała demokracja (jak zwykle mówi)?

  153. @pewuc
    „Nasz pan prezydent skomentował, że to wewnętrzna sprawa USA – serio serio?”

    A co ma powiedzieć, jak za 3 lata śpiewka o tym, że bezpodstawne oskarżenia o sfałszowanie wyborów to „wewnętrzna sprawa Polski” może być mu potrzebna 😛

  154. @pewuc
    „Nasz pan prezydent skomentował, że to wewnętrzna sprawa USA – serio serio?”

    Przecież nasze prawicowe matołki mają ciągle nadzieję, że Trump jednak wygrał. I gdyby Duda napisał, że Trump podpala Stany, a Trump by wygrał, to strach się bać, co by się stało. A tak wyszedł tylko na idiotę jak zwykle, co na nikim już nie robi żadnego wrażenia.

  155. @sfrustrowany_adiunkt
    „A przy okazji oznacza to że strategia budowania bezpieczeństwa Polski właśnie przez stawianie na USA właśnie coraz bardziej traci podstawy”

    Potrzebujemy jako kraj frontowy zarówno silnych kulturowych związków z europejskim rdzeniem, definiujących Polskę jako „nas” z perspektywy zachodnich Europejczyków (aktualnie oddalamy się, a nie przybliżamy do tego miejsca), jak i dobrej współpracy wojskowej z USA. W Ameryce nie możemy się zapisywać do jednej partii, zwłaszcza frindżowej, musimy trzeźwo oceniać ukłąd sił i mieć swoje rozpoznanie wydarzeń. To co się zdarzyło wczoraj było realnie rodzajem finałowej rozgrywki QAnonowego „role-playa”, w którym uczestniczyli ci podburzeni przez Trumpa młodzi mężczyźni, jednakże w już ustalonym języku politycznego konsensu stanowiło „sedition” i „insurrection” (bunt, rebelię w szeregach) – USA, kraj spajany idywidualistyczną ideologią kapitalizmu, pozbawiony silnych struktur solidarystycznych, defaultowo ucieka się do takiej miltarnej retoryki na opis sytauacji, w której biali mężczyźni w wieku poborowym występują w roli agresora (gdyby byli czarni, słyszelibyśmy o „riots” i „looting”). Są tu echa XIX-wiecznych i XVII-wiecznych wydarzeń aż po Shays’ Rebellion, która jest domyślnie obiektem wzmianki o „Domestic Tranquility” w amerykańskiej konstytucji [1]. Stąd właśnie tak szybkie potępienie przez Pence’a i Trumpa swoich własnych zwolenników. Zapachniało realną groźbą procesu o zdradę stanu. Nasz PiS-owski establiszment wciąż trzymający się Trumpa w duchu naiwnego „janiepawlizmu” (bo jest nominalnie „nasz”) nie ma o tym pojęcia i kolejny raz stawia Polskę w najgorszym możliwym miejscu w kluczowej rozgrywce.

    [1] https://legalbeagle.com/13710172-what-is-domestic-tranquility.html

  156. @”Nasz pan prezydent skomentował, że to wewnętrzna sprawa USA”
    Tym razem chyba wyprzedził Zakharową, która stwierdziła tak samo. Możliwe też, że tvp wyprzedziło rosyjskich dyplomatów w porównaniach do (cia)majdanów. Wątpliwe, by miało to jakieś znaczenie, gdy Rosja zacznie nas przygarniać pod swe skrzydła, ale warto odnotować, że tym razem niekoniecznie tylko powtarzaliśmy przekaz zza wschodniej granicy.

  157. @sfrustrowany_adiunkt

    „Natomiast co mnie mocno uderzyło to to jak nieskuteczny okazał się tak przecież stanowczo, a wręcz brutalnie a często jawnie przekraczając granice legalności aparat bezpieczeństwa, który de facto wpuścił tych ludzi”

    Bo to byli BIALI ludzie. Amerykańska policja jest brutalna wobec czarnych, ew. aktywistów BLM.

    FBI od wielu lat ostrzegało, że skrajna prawica inflitruje amerykańskie służby policyjne.

  158. Po prostu w Usiech od dawna jest tak, że jak jesteś przemocowym rasistą to najlepsza dla ciebie ścieżka kariery to wstąpienie do policji. Więc trudno by bili swoich.

  159. @Ism

    „FBI od wielu lat ostrzegało, że skrajna prawica inflitruje amerykańskie służby policyjne.”

    I niestety te ostrzeżenia się potwierdzają, mało tego, w tym tłumie według relacji świadka byli także policjanci i żołnierze w czynnej służbie [1]

    @awal

    „Potrzebujemy jako kraj frontowy zarówno silnych kulturowych związków z europejskim rdzeniem, definiujących Polskę jako „nas” z perspektywy zachodnich Europejczyków (aktualnie oddalamy się, a nie przybliżamy do tego miejsca), jak i dobrej współpracy wojskowej z USA”

    Jasne – nawet najdalej idące głosy z Francji mówiące o autonomii strategicznej Europy nie przekreślają relacji z USA, a Niemcy są jeszcze bardziej sceptyczni. Ale też nikt tam nie neguje potrzeby wzmocnienia europejskiego potencjału militarnego, choćby dlatego że Amerykanie ze swoją potęgą militarną mają jedną wadę. Mogą zawsze zabrać ją za ocean albo skupić uwagę na Pacyfiku (na co się wyraźnie zanosi, patrząc na reformy choćby USMC).
    Nawet Orban, a może zwłaszcza Orban wybrał już lepszą opcję czyli przekupywania Europy zakupami wojskowymi (z wkładką przemysłową).
    A teraz pójdę sobie do kąta popłakać po Caracalach…

    [1] [https://www.politico.com/news/2021/01/07/capitol-hill-riots-doj-456178?fbclid=IwAR0-ajgIgwlxCe_H80AySPNzzecd3aXqM4-1O2sZOODnsiI8QjUNzKGFshM\

  160. @embercadero
    Some of those that work forces
    Are the same that burn crosses

  161. @ism
    „Bo to byli BIALI ludzie. Amerykańska policja jest brutalna wobec czarnych, ew. aktywistów BLM.”

    Bądźmy uczciwi – te wystawione przeciw marszowi trumpistów oddziały były po prostu nieadekwatne. To była początkowo zwykła policja kongresu z bronią krótką, stojąca w luźnym szyku za niskimi barierkami, dopiero na późniejszym etapie wsparta przez odpowiednio liczne i wyposażone oddziały. Takie było życzenie burmistrzyni DC, lewicowej demokratki i Afroamerykanki, która nie życzyła sobie pokazu siły w stylu oddziałów federalnych postawionych przeciw protestom BLM w poprzednich miesiącach [1]. Pochodzący w większości spoza DC trumpiści nie dysponowali bronią palną, której otwarte noszenie (open carry) jest w DC zakazane, a noszenie ukryte (concealed carry) wymaga uprzedniej rejestracji. Policja nie miała początkowo podstaw do użycia broni wobec agresywnego ale nieuzbrojonego tłumu, najlepszą taktyką tych osamotnionych policjantów było wycofywać się i barykadować. Gdyby potraktowano poważniej istniejące doniesienia o organizowaniu się trumpistów do „szturmu”, postawiono by wyższe bariery wokół Kapitolu i to zapewne wystarczyłoby do deeskalacji.

    Cała sytuacja owszem zawiera morały polityczne, ale trochę bardziej złożone niż „do białych nie strzelają”. Po pierwsze, bezpieczeństwo publiczne jest trudne do zapewnienia miękkimi środkami w silnie zantagonizowanym amerykańskim społeczeństwie. Można tworzyć enklawy, w których obowiązują de facto europejskie regulacje dot. posiadania broni i praktyk policyjnych, i taką właśnie enklawą jest rządzony przez Demokratów DC, ale one nie są dobrze przygotowane na zagrożenia pochodzące z innych części kraju (w mniejszej skali to samo zjawisko dało o sobie wczoraj znać w innych miastach USA, np. w Olympia, Washington State, gdzie doszło do napadu na rezydencję gubernatora). Po drugie, gdy brutalne praktyki policyjne kryjące się pod hasłem „law & order” raz wejdą do powszechnego zastosowania, stają się one punktem odniesienia do ocen działania władz w obszarze bezpieczeństwa. Lewica musi mu przeciwstawiać własny pozytywny program socjalnych mechanizmów zapobiegania przemocy – od polityki mieszkaniowej po pomoc psychologiczną (co w istocie kryje się pod nieszczęśliwym negatywnym hasłem „defund the police”). To ten szeroki system musi być istotą lewicowego programu, a nie skazane na porażkę próby odróżnienia się od prawicy poprzez demonstracyjnie niską obecnością policji w sytuacjach kryzysowych.

    @sfrustrowany_adiunkt
    „Jasne – nawet najdalej idące głosy z Francji mówiące o autonomii strategicznej Europy nie przekreślają relacji z USA, a Niemcy są jeszcze bardziej sceptyczni.”

    My tu sobie lewicowo niuansujemy, ale jesteśmy aktualnie rządzeni przez głupią jak but prawicę, której pewne rzeczy trzeba (skoro tu lurkuje) tłumaczyć dużymi literami. Ten wczorajszy tłum trumpistów to nie byli, kochani prawicowcy, „wasi”. To nie był odpowiednik chłopców Bosaka i Bąkiewicza, którzy trochę przesadzili z agresją, ale należą do naszych prawicowych zasobów, więc trzeba ich bronić przed lewicową hipokryzją – bo lewak ich potępia, a BLM to lewak bronił. W USA nie lewak ich potępia, ale prawak – cały prawicowy establiszment medialny i polityczny, od Seana Hannity i Fox News, poprzez McConnella, Pence’a po samego Trumpa. Potępia ich określając zajście słowami dalece bardziej złowrogimi niż „riot” – słowami takimi jak „sedition”, „insurrection” czy „rebellion”, które czytelnie odnoszą się do historycznych buntów biednych białych mężczyzn przeciw białemu establiszmentowi, takich jak Shays’ Rebellion wznieconej przez rolniczą biedotę Massachusetts w 1786 r. czy Draft Week, zamieszek wywołane przez irlandzkich robotników w Nowym Jorku w 1863 r. na wieść o przymusowym poborze do armii Unii. W USA, kraju o słabych strukturalnych więziach społecznych (bo wiecie, nie lubią tam socjalizmu), takie rebelie stanowią naruszenie konstrukcyjnych filarów kraju: władzy pieniądza i posłuszeństwa prawu tworzonemu dla jego ochrony. Kto staje po stronie „rebeliantów”, ten jest z perspektywy amerykańskiego establiszmentu sojusznikiem śmiertelnego wewnętrznego wroga – jest Rosją czy Iranem, cieszącym się ze słabości okazanej przez amerykańską republikę. Oczywiście, my tu możemy sobie w lewicowej cieciówce porozmawiać o klasowych uwarunkowaniach czarnych „riotersów” i białych „rebelsów”, możemy sobie dywagować i niuansować, co przerośnie Wasze prawicowe potrzeby intelektualne. Ale wy, kochani prawicowcy, skoro rządzicie Polską, krajem przez was uzależnionym militarnie od USA, już dawno powinniście wydać oficjalne oświadczenie potępiające zamieszki i wyrażające wiarę w „siłę amerykańskiej demokracji”, tak jak już to dawno zrobili mądrzejsi od Was przywódcy Europy.

    Dlaczego prawicowy establiszment nie posłucha niestety tej rady? Dlatego że ma dwie blisko powiązane cechy, o których tu już pisałem, odróżniające go zasadniczo od elit prawicowego establiszmentu Zachodu: a) „organoleptyczność” poznawczą czyli orientację w świecie wziętą z osobistego doświadczenia, względnie z obrazka w TV, nie podbudowaną wielojęzyczną lekturą i kontekstem, b) „gołodupstwo” światopoglądowe tj. rozumienie świata z żabiej perspektywy turysty czy gastarbeitera, brak żywych kontaktów w istotnych zagranicznych networkach eksperckich. Stąd prośba do ogółu lurkujących, jeżeli już musicie czytać o Polsce przez pryzmat prawicowej publicystyki, sięgnijcie lepiej po Cata-Mackiewicza czy Łojka, oni powiedzą wam zza grobu więcej niż współczesna plejada autorów „Do Rzeczy”, ewentualnie po zachodnich publicystów związanych z Polską, np. Davida Engelsa. Jeżeli pojawi się ktoś warty uwagi na rodzimym podwórku, wymienię go natychmiast. O ile dalsze rządy naszej prawicy pozwolą jeszcze komukolwiek na takie pojawianie się i wymienianie…

    [1] https://www.wsj.com/articles/actions-by-police-before-trump-supporters-attacked-capitol-backfired-spectacularly-11610064600

  162. @Awal
    „Dlaczego prawicowy establiszment nie posłucha niestety tej rady? Dlatego że ma dwie blisko powiązane cechy, o których tu już pisałem, odróżniające go zasadniczo od elit prawicowego establiszmentu Zachodu”

    Jean-Claude Juncker udzielił ostatnio wywiadu, w którym oprócz porównywania się do Ratzingera, sugerował, że nieznajomość sąsiadów jest problemem także na Zachodzie:

    „Das ist ja das eigentliche Problem in Europa: Dass wir übereinander relativ wenig wissen. Sogar die Franzosen wissen über das, was in Gesamtdeutschland passiert, kaum etwas. Was wissen die Franzosen über die Befindlichkeiten in Baden-Württemberg oder Schleswig-Holstein? Sogar die Benennungen dieser deutschen Bundesländer sind für Franzosen nicht sofort greifbar – in der gesamten Dimension, die die Benennung eines Bundeslandes in sich trägt.

    Wenn man mit Deutschen über die Bretagne, Korsika, das Massif central oder die Auvergne redet, die wissen nicht, wie zärtlich, wie heftig oder wie verschiedenartig intoniert die Musik spielt. Ein Kommissionspräsident ist auch ein „Melodienübersetzer“.

    Chociaż ten wywiad ukazał się w tygodniku telewizyjnym, więc być może był adresowany do czytelnika oczekującego lekkiej treści.

  163. @Awal

    Dziękuję za zwrócenie uwagi na ten polityczny (i nie ma co ukrywać – nieco zaskakujący) kontekst decyzji o takiej a nie innej ochronie Kapitolu w tym dniu. Oczywiście zdaję sobie sprawę z deficytów rozproszonego amerykańskiego systemu policyjnego (o których zresztą art. z WSJ wspomina), w takich chwilach pozostaje się cieszyć że nasza policja przy jej wszystkich deficytach i błędach nie mierzy się aż z taką skalą problemów organizacyjnych. U nas przynajmniej byłby jakiś odwód z pododdziału zwartego pod ręką (nawet jeśli nie na miejscu, szybciej by go użyto niż mirady federalnych, stanowych i lokalnych formacji) aczkolwiek znów, to oczywiście inna skala problemów.

    Co do samej skali – widząc i te doniesienia, i te publikowane wcześniej artykuły sugerujące że doszło do porażki także na polu interpretacji informacji o zagrożeniu [1] – nieuchronnie pojawiają się skojarzenia z 11 września 2001, gdy też widziano sygnały, ba były ostrzeżenia wywiadu że do czegoś dojdzie – tutaj uznano że zagrożenie nie wystąpi w takiej formie w jakiej wystąpiło. Raporty prac z komisji badających okoliczności tych wydarzeń będą zapewne fascynującą lekturą.

    „To ten szeroki system musi być istotą lewicowego programu, a nie skazane na porażkę próby odróżnienia się od prawicy poprzez demonstracyjnie niską obecnością policji w sytuacjach kryzysowych.”

    Pozwolę sobie dopowiedzieć, że z tym samym będziemy się mierzyć i u nas. Wzorce kulturowe (i popkulturowe) coraz mocniej oddziaływują także na młodsze pokolenie polskich funkcjonariuszy (zwłaszcza aktywnych w różnej formie w social mediach), z bezkrytycznie przejmowaną narracją „cienkiej niebieskiej linii”, dyspozycją „law and order” (czytywanie niektórych profili i grup wymaga sporo samozaparcia), wszystkim co w USA potrafi przykrywać patologie policyjne, w nałożeniu na takie a nie inne warunki w zasadzie już się skończyło mieszanką wybuchową co pokazały protesty listopadowe. To boli, bo spadek zaufania dla tej służby jest jak pokazują badania, dramatyczny i grozi przekreśleniem 30 lat pracy aby policja odróżniała się od niesławnej MO.
    Stąd też zamiast „defund the police” – przynajmniej w warunkach polskich – wskazane będzie raczej „reform the police” co, paradoksalnie może oznaczać przesunięcia budżetowe lub zwiększenie budżetu. Reforma jaką wprowadziłby hipotetyczny lewicowy rząd (lub koalicyjny z lewicą), kończąc już ten wątek, musiałaby zmienić i mechanizmy nadzoru i kierownictwa jak i co równie ważne mieć na uwadze nabór i szkolenie funkcjonariuszy na pierwszej linii by zminimalizować te zjawiska jakie niestety widać w USA.

    [1] ]https://www.pbs.org/wgbh/frontline/article/capitol-rioters-planned-for-weeks-in-plain-sight-the-police-werent-ready/?fbclid=IwAR254GVEZC-jmSn4xoWkUyHM4Yy9ypRlQx0wNpMPCKEomDaCkI6l_D7dcjs]

  164. @Awal
    „Ten wczorajszy tłum trumpistów to nie byli, kochani prawicowcy, „wasi”. To nie był odpowiednik chłopców Bosaka i Bąkiewicza, którzy trochę przesadzili z agresją, ale należą do naszych prawicowych zasobów”

    Przepraszam bardzo, ale to jest po prostu nieprawda. Nasza szur-prawica (tj. Konfederacja oraz środowiska kukizowo-narodowe) jest dokładnym, prawie jeden do jednego, zapożyczeniem swojego amerykańskiego odpowiednika. Nawet konglomerat teorii spiskowych mają podobny. I nic dziwnego, skoro bzdety z Breitbarta przeszczepiane były na polski grunt przez takie oszołomstwo jak Korwin-Mikke kiedyś, a obecnie Cejrowski czy Kolonko.

    Pamiętam – zachowując wszelkie proporcje – najazd podobnego towarzystwa na siedzibę PKW parę lat temu (nie pamiętam już o które wybory chodziło ale oszołomstwo okupowało tę instytucję zabarykadowało się w środku). Oczywiście nie jest to ten sam poziom warcholstwa co zajazd na Kongres, ale mechanizm podobny.

  165. @t.q
    Dziękuję za głos. Juncker, przedstawiciel kraju którego racja stanu i pozycja międzynarodowa zależy krytycznie od przetrwania silnej Unii zawsze będzie się o ową Unię martwił. W mojej ocenie przeciętni, nieelitarni, zachodni Europejczycy wiedzą o sobie nawzajem z grubsza tyle co mieszkańcy sąsiadujących stanów Indii (też mówiący różnymi językami), czyli sporo. Zaś o Polsce przeważnie wiedzą mniej niż o dużych krajach pozaeuropejskich np. o Japonii. Kręgi eksperckie i menadżerskie, odpowiadające z grubsza naszej wielkomiejskiej inteligencji, wiedzą o sobie znacznie więcej, bo wciąż się ze sobą kontaktują i mieszają – trudno byłoby mi wymienić znajomego zachodniego akademika czy menadżera jaki w czasie swojej kariery, często zaraz u jej zarania, nie spędziłby dłuższego czasu w innym kraju „starej” UE (z Mediolanu wyjechał na staż naukowy do Amsterdamu, z Dolnej Saksonii do pracy w fabryce koncernu w Katalonii itd.). Obok krajowych, istnieją – od dekad – ważne zjawiska kulturowe, o jakich tu pisałem, które mają charakter transgraniczny, typu aktorska kariera Romy Schneider czy muzyka Patricii Kaas, traktowanej jako „swoja” po obu stronach Renu. Czasami jest to transgraniczność nieco tokenowa – Nana Mouskouri była etatową Greczynką w niemieckich mediach a Mireille Mathieu – etatową Francuzką, jednak istnieje wiele postaci estrady, polityki czy sportu które są autentycznymi łącznikami kultur i generacji, jak np. Daniel Cohn-Bendit, i wiele mniej szeroko znanych postaci, mających podobną do niego pozycję w ramach węższych środowisk zawodowych. Ten proces integracji i wzajemnego poznawania się ciągle się zacieśnia. Pojawia się autentyczne poczucie europejskiej wspólnoty losu, co widać i w publicznych debatach (które traktują „Europę” a nie poszczególne kraje jako punkt odniesienia) i w prywatnych rozmowach (gdzie decyzja o wyjeździe do innego europejskiego kraju jest postrzegana w kategoriach „przeprowadzki” a nie „emigracji”). Jest to jednak „Europa” i „europejskość” nie obejmująca nas tu na wschodzie, niezależnie od formalnych atrybutów typu członkostwo w UE czy NATO. Pierwsze oznaki prawdziwego włączania nas w ten obieg pamiętam z czasów rządów późnego Tuska – pojawiło się wtedy pewne minimum kontaktów z Polską ludzi spoza kręgu „polskocentrycnzego”, a więc niepowiązanych z naszym krajem rodzinnie czy na mocy zawodowej specjalizacji. Rządy PiS to niestety postępujący regres w każdym obszarze: profesjonalnym, akademickim, politycznym. Chciałbym mieć luksus ponarzekania wzorem Junckera, że Gaskończyk nie odróżnia Lubuskiego od Lubelskiego – on w tej chwili przestaje odróżniać Polskę od Rosji.

  166. @mnf
    „Przepraszam bardzo, ale to jest po prostu nieprawda. Nasza szur-prawica (tj. Konfederacja oraz środowiska kukizowo-narodowe) jest dokładnym, prawie jeden do jednego, zapożyczeniem swojego amerykańskiego odpowiednika.”

    Mamy odpowiedniki ludowej prawicy, które się w jakimś stopniu inspirują tworzonym za oceanem kontentem na zasadzie transmisji memów (rzadko bezpośredniego kontaktu). Nie mamy odpowiednika prawicowego establiszmentu USA czy zachodniej Europy – kogoś kto miałby podobne jak GOP czy CDU relacje z globalną polityką i wielkim kapitałem oraz używał podobnych mediów jak np. „National Review”, „American Affairs”, „Cicero” czy „Cato Magazin” dla wewnątrzgrupowej komunikacji. Rządzą nami intelektualni gołodupcy (chwilowo zarabiający krocie z naszych podatków).

  167. @Awal

    Może doprecyzuję: Bąkiewicz to jest właśnie dokładna polska wersja amerykańskiej alt-prawicy, niemalże jeden do jednego. Jest to zjawisko – podobnie jak wiele innych mód – zapożyczone oczywiście zza wielkiej wody. Konfederacja, Kukiz 15, narodowcy itp. pośrednio czerpią inspirację z Breitbartów. Podobne memy, podobne fobie. Zapożyczone pośrednio, bo polscy prawicowcy oczywiście nie czytają tego w oryginale, ale pas transmisyjny amerykańskiego oszołomstwa do polskiego Seby stanowią np. Cejrowski, Max Kolonko oraz tzw. „filmy z żółtymi napisami”. Środowiska Konfederacji i Kukiza są zaś dla polskiej prawicy maintreamowej tym, czym alt-prawica i Tea Party dla GOP (albo tym, czym Jobbik dla Fidesu). Można, a nawet trzeba się im koniunkturalnie podlizywać, pamiętając jednocześnie, że te środowiska są bardzo niestabilne emocjonalnie i podatne na propagandę (a więc: dzisiaj dają się głaskać, jutro mogą ugryźć). W zależności od tego jakiego fejka akurat połkną w internecie.

    „Nie mamy odpowiednika prawicowego establiszmentu USA czy zachodniej Europy”

    Polskim odpowiednikiem GOP jest PiS, reprezentujący mniej więcej ten sam poziom intelektualny. Nawet natężenie kłamstw i teorii spiskowych jest w obu partiach podobne. Różnica polega na tym, że my nie mamy swojego Trumpa, który jednoczyłby środowiska prawicowo-mainstreamowe i radykalną alt-prawicę. Takim zwornikiem mógłby być np. prezydent Kukiz, ale już nie Duda.

  168. @Awal
    „Pierwsze oznaki prawdziwego włączania nas w ten obieg pamiętam z czasów rządów późnego Tuska – pojawiło się wtedy pewne minimum kontaktów z Polską ludzi spoza kręgu „polskocentrycnzego”, a więc niepowiązanych z naszym krajem rodzinnie czy na mocy zawodowej specjalizacji.”

    Wspólna europejskość oddala się, ale przecież obieg, o którym wspominasz dalej funkcjonuje. Nawet uczelnie z frakcji Beaty Szydło wymagają od jakiegoś czasu stażu zagranicznego. Polska dalej jest krajem, który odwiedza się w ramach zwiedzania Europy, chociaż po wcześniejszym zwiedzeniu kilku innych krajów. Dla kontrastu Jay Martin w Vodka and Apple Juice pokazuje, jak odbiór Polski wyglądał wśród ekspatów w końcówce lat zerowych:

    „‘It must be nice to be so close to home. You must get a lot of visitors.’ I tried another tack with London.

    ‘What would I do with visitors here?’ Lemon tart crumbs fell from her mouth.

    I turned to the American with the husband in oil and gas and asked her if she’d travelled much in Poland.

    ‘Yes, Krakow and Gdansk were both lovely,’ she said.

    ‘Yes, we’ve been to both, they were great,’ I said.

    ‘You’ve already done Poland, and you’ve only been here four months! It might be a long three years!’ That was the New Zealand ambassador’s wife, Dee. I moved her down the list of people to get to know.”

  169. @sheik

    „Some of those that work forces
    Are the same that burn crosses”

    No ba, kto miałby takie rzeczy wiedzieć lepiej jak nie Zack

  170. Ach, tak się rozczuliłem że aż wrzucę mój zdecydowanie ulubiony cytat z Zacka:

    Yes, I know my enemies
    They’re the teachers who taught me to fight me
    Compromise, conformity
    Assimilation, submission
    Ignorance, hypocrisy
    Brutality, the elite
    All of which are American dreams

    Kocham tego gościa.

  171. @monday.night.fever
    „Może doprecyzuję: Bąkiewicz to jest właśnie dokładna polska wersja amerykańskiej alt-prawicy…”

    Też doprecyzuję: Polski „odpowiednik” GOP, czyli PiS, przymila się wciąż do trumpistowskich chłopców, których w swoim czasie grubo przeinwestował, bo zakłada że GOP nadal patrzy na nich pobłażliwie i wysługuje się nimi jak oni Bąkiewiczem – nie zauważa, że ci chłopcy zostali właśnie przez GOP zakwalifikowani jako wróg publiczny nr 1, powyżej „socjalizmu” i na równi z Iranem. PiS stawia tym samym Polskę wśród najgorszych wrogów Ameryki, nie wykonuje podstawowych gestów sojuszniczych wspierających aktualne amerykańskie władze w konflikcie, jakie one same uznały za krytyczny dla państwa (buncie białej biedoty przeciw regułom chroniącym biały establiszment).

    „Polskim odpowiednikiem GOP jest PiS, reprezentujący mniej więcej ten sam poziom intelektualny.”

    Gdyby chcieć sformować w USA rzeczywisty odpowiednik PiS trzeba by sobie wyobrazić partię składającą się z najsłabszych stanowych kadr Republikanów, rządzącą na poziomie kraju bez ekspertów i doradców. GOP nie jest jednak, nawet za Trumpa z jego pogardą dla „deep state” (fachowych urzędników), taką partią. Wielu jej lokalnych funkcjonariuszy rozumie wyzwania Green Economy (podawałem przykłady), nawet najwięksi obskuranci typu Sarah Palin nie podpisaliby deklaracji przeciw prawom osób LGBT. Tu jest mały background o rekrutacji ich kadr [1].

    Niemcy to bliższy nam przykład. CDU na pewno nie jest żadnym odpowiednikiem PiS – dorobiło się na poziomie centralnym ministra zdrowia, otwartego geja, jako możliwego następcy Merkel, a na poziomie lokalnym polityków takich jak Walter Lübcke – szef struktur w Kassel, który zginął z rąk neonazisty za popieranie praw uchodźców. PiS, partia po części konserwatywno-obskurancka, po części rewolucyjno antysystemowa, najbardziej przypomina AfD – ale też nie całe, bez kluczowych, ciążących ku standardowej polityce federalnej postaci typu Alice Weidel. PiS to takie AfD ogołocone do lokalnych struktur w Saksonii i Branderburgii, które ze zasklepionym, odmawiającym dyskusji, mindsetem (nie reprezentatywnym nawet dla tych landów) rządziłoby całym krajem.

    t.q

    „Wspólna europejskość oddala się, ale przecież obieg, o którym wspominasz dalej funkcjonuje.”

    Funkcjonuje na poziomie jaki ma z zachodnią Europą np. Armenia (bardzo ciekawy turystycznie kraj, produkujący ambitną diasporę). Doprecyzuję – nie interesują mnie kontakty „polonocentryczne”, ludzie którzy przyjechali do Polski ze względu na szczególne związki czy zainteresowanie naszym krajem. W razie hybrydowego konfliktu z Rosją, szali opinii zachodnich społeczeństw że jednak należy Polsce pomóc nie przechylą osoby z polskimi korzeniami – są zbyt słabą i zatomizowana grupą. Nie przechylą jej absolwenci slawistyk ani turyści zafascynowani żurkiem (ci ostatni ucieszą się po prostu, że zdążyli przyjechać, „zanim to się zaczęło”). Przechyli ją Tom Peters, holenderski delegat do Grupy Roboczej „Rynek Telekomunikacyjny” w ramach European Competition Network, który w poniedziałek w kalendarzu zauważył, że w czwartek ma wyjazdowe spotkanie robocze w Warszawie. Po całodziennej nasiadówie w anonimowym biurowcu, wychodzi z sieciowego hotelu na przechadzkę po Krakowskim Przedmieściu i następnego ranka, zaspany stawiając się na Okęciu, robi sobie mała notkę mentalną: „Warsaw, część Europy między Wiedniem a Sztokholmem”. Za 20 lat od czasów późnego Tuska kiedy takie kontakty stały się na chwilę normalnością, Tom Peters, wówczas minister w holenderskim rządzie, będzie jednym z tych którzy zadecydują o europejskiej odpowiedzi na rosyjskie groźby. Niestety okno na zdobywanie takich ludzi najpierw zmarnował PiS a teraz zatrzasnęła pandemia. A to ich zbiorowa, każualowa, niezwerbalizowana opinia naprawdę się liczy, nie diarystów i turystów.

    [1] https://foreignpolicy.com/2020/10/23/the-game-that-ruins-friendships-and-shapes-careers/

  172. @Awal

    Przeceniasz Republikanów i to mocno – do tego stopnia, że aż dziwi mnie, że wykształcony, obyty człowiek może mieć tak skrzywiony osąd. Nawet w Polsce. Podejrzewam wpływ lektury Anne Applebaum, tęskniącej za Starym Dobrym Reaganem. GOP to koniunkturaliści, którym zależy na władzy i pieniądzach, a więc kierują się sondażami żeby tę władzę zdobyć; gdyby ich baza wyborcza nagle zaczęła wierzyć w spisek reptilian i moon hoax, to oni zaczęliby to oficjalnie głosić. Gdyby lud nagle zapragnął palić gejów na stosach, to ich politycy pierwsi przyłożyliby zapałkę. Czy czegoś ci to nie przypomina? I przede wszystkim swoich wyborców mają za debili, którymi łatwo jest manipulować – analogie do Europy Środkowej narzucają się same. Nie tylko do środkowej, do wschodniej też; w Rosji takie towarzystwo określa się mianem „partii żulików i złodziei”. Te opowieści o „wrogach Ameryki” to jakaś bzdura – tu obowiązuje zasada „kto da więcej” i licytacja jak z aukcji bydła: Trump sam publicznie zachęcał Rosję do przekazania kompromatów na przeciwników politycznych. Republikanów można kupić, to partia która sama zachęca lobbystów do dawania kasy, Rosja i Arabia Saudyjska sypią forsę szuflami, więc Republikanie je kochają – a więc „wrogiem” jest ten, kto nie ma lobbystów i nie daje. Mówiąc obrazowo – to mentalność rozmodlonego oficera CIA, który sprzedaje tajne dokumenty radzieckiej ambasadzie. W GOP podczas prezydentury Trumpa nikt mu się nie przeciwstawiał, przeciwnie, wszyscy się przed nim czołgali (z Fox News na czele). Dopiero teraz uciekają jak szczury z tonącego okrętu, bo wykalkulowali że Agent Orange miał za słabe karty i przelicytował. A ci „trumpistowscy chłopcy” dziś są potępiani, ale już niedługo obrosną legendą, poczekaj parę miesięcy, Fox News sam zacznie to grzać. Milicje i Ku Klux Klany z jednej strony są inwigilowani, z drugiej – postrzegani są przydatne narzędzie, coś jak neonaziści w Rosji. GOP już dawno temu został uprowadzony, ale nie przez Tea Party i Trumpa, tylko przez Alexa Jonesa, lobbystów i fanatyków religijnych (którzy po cichu ubijają własne interesy na boku).

    „Niemcy to bliższy nam przykład. CDU na pewno nie jest żadnym odpowiednikiem PiS”

    Nie no, nie żartujmy. Porównywanie PiS czy GOP do CDU jest niepoważne, nie sądzę żeby zaglądała tu choć jedna osoba, której musiałbyś tłumaczyć takie oczywistości i nieprzystawalność jednych i drugich.

  173. Przychylam się do opinii @mnf. National Review? Cato? To mają być te ośrodki intelektualne i eksperckie? Poświęciwszy trochę czasu w życiu na próbę zorientowania się „o co im właściwie chodzi i jakie mają argumenty” i czytanie tych publikatorów, jestem zdania, że w 80% to bełkot (tylko że pisany przez ludzi z ogładą po różnych Ivy Leagues), a w 20% – inteligentna propaganda, pisana przez inteligentnych co prawda ludzi, ale takich, których pensja zależy od tego, żeby pewnych rzeczy nie dostrzegali i nie rozumieli.

  174. @monday.night.fever
    „Przeceniasz Republikanów i to mocno – do tego stopnia, że aż dziwi mnie, że wykształcony, obyty człowiek może mieć tak skrzywiony osąd. Nawet w Polsce. Podejrzewam wpływ lektury Anne Applebaum, tęskniącej za Starym Dobrym Reaganem… Gdyby lud nagle zapragnął palić gejów na stosach, to ich politycy pierwsi przyłożyliby zapałkę. Czy czegoś ci to nie przypomina? … „wrogiem” jest ten, kto nie ma lobbystów i nie daje”… W GOP podczas prezydentury Trumpa nikt mu się nie przeciwstawiał, przeciwnie, wszyscy się przed nim czołgali…”

    @wkocahno
    „To mają być te ośrodki intelektualne i eksperckie?”

    Anne Applebaum zostawmy na boku. O jej ostatniej książce, którą zaliczam de facto do literatury wspomnieniowej, mam zdanie podobne jak ten recenzent [1]. Na Republikanów patrzę, jak na każdą dużą partię, jako na koalicję polityków o różnych temperamentach i ambicjach oraz o różnie zdefiniowanej bazie reprezentowanego elektoratu. Wielu republikańskich (i demokratycznych) kongresmenów, czego nie dostrzegamy z zagranicy, jest w istocie politykami lokalnymi, reprezentującymi przede wszystkim sprawy stanowe. Na lokalnym podwórku są oni otoczeni przez rozmaite społeczne interesy – lokalny biznes i lokalnych pracowników, sprawy etniczne i ekologiczne, kwestie interesujące czytających New York Times absolwentów koledżów, i problemy ważne dla „rural electorate”. Manewrują pomiędzy nimi i oportunistycznie dostosowują ideologię do potrzeb lokalnego elektoratu: raz żądają, udrapowani w libertariańską togę, aby nie zabraniać Boeingowi przenoszenia fabryk (bo przenosi jedną akurat do ich okręgu), a raz etatystycznie domagają się milionów z centralnego budżetu na lokalny projekt infrastrukturalny dla dobra „local workers” (to migawki z działalności republikańskiego senatora Tima Scotta, wrócę jeszcze do niego). Tu jest dobry reportaż z 2016 r. pokazujący przykładową ewolucję lokalnej komórki Republikanów w Dayton, Ohio od czasów gdy w latach 60-tych wydawała ona polityków sponsorujących Civil Rights Act aż po zaranie trumpizmu [2] – tekst pochodzi z platformy dziennikarzy śledczych probublica.org, zachęcam do lektury, zapewniam że pojawią się w niej niespodzianki np. republikański polityk z muzułmańskiej mniejszości Turków meschetyjskich.

    Kiedy tacy lokalni republikanie trafiają do stolicy, pojawia się wokół nich ekspercki network skupiony w partyjnych think tankach i kontrolowanej przez partię administracji. Jakość tego networku przerasta zasoby jakimi dysponuje PiS, co widać porównując ich media używane do wewnątrzgrupowej komunikacji z naszymi bieda-prawicowymi tygodnikami. Kolegę wkochano zachęcam zwłaszcza do lektury American Affairs (americanaffairsjournal.org) oraz porównawczo niemieckich (nie amerykańskich) magazynów Cicero i Cato (ciccero.de; cato-magazin.de). Oczywiście nie endorsuję publikowanych tam treści, z wieloma wszedłbym w zasadniczą polemikę, ale one mają ekspercką podbudowę i zdarza się, że prezentują idee z którymi lewica powinna wejść w konstruktywny dyskurs, o czym jeszcze za chwilę.

    Nie zmienia to faktu, że Trump istotnie zmienił reguły partyjnej gry w łonie Republikanów. Wprowadził do centrum władzy ludzi spoza typowych ścieżek kariery politycznej i eksperckiej, naruszył polityczne konsensy i metody działania. Był na przykład – co dopiero obecnie wychodzi na jaw – znacznie bliżej wystąpienia z NATO (w stylu w jaki potem jednym ruchem wystąpił z WHO) niż tu w Polsce jesteśmy w stanie przyjąć do wiadomości. Za Trumpem weszły do Kongresu postacie takie jak Marjorie Taylor Greene, wyznawczyni QAnon, której awans zupełnie zaskoczył lokalne republikańskie struktury w Georgii – patrzyły one na takie zjawiska trochę jak PSL na wzrost Samoobrony, ten artykuł jest ziarnistą kroniką tej kariery [3]. Również republikański network ekspercki musiał się dostosować do nowej sytuacji – niektórzy cynicznie widzieli w rządach Trumpa okazję do przyspieszonej kariery (jak młody bohater linkowanego przeze mnie powyżej artykułu z „Foreign Policy”), inni wybierali różne odcienie konformizmu i racjonalizacji – to byli owi „senior Republican officials” anonimowo krytykujący działania Trumpa w mediach; poniższy artykuł pochyla się nad ich mentalnością [4], każdy kto uważa, że jego podobne presje nigdy nie dotkną, niech jednak przeczyta, krótsze to niż „Zniewolony umysł”, a w niepewnych czasach warte poznania.

    Owszem, zgadzam się i sam o tym pisałem, że zawładnięcie przez Trumpa partią postawiło USA o kilka kroków od autorytarnego puczu. Gdyby Trump zadbał o lepszą integrację paramilitarnych kadr Blackwater z przeformowanymi jednostkami federalnymi, nie widzielibyśmy nieudanego najazdu pospolitego ruszenia na Kapitol, lecz anulowanie wyborów przez Pence’a pod ochroną doborowych oddziałów strzegących porządku na sali obrad. Ten dystans kilku kroków od katastrofy to z naszej środkowo-europejskiej perspektywy normalka, jednak dla Amerykanów to widok przerażający i ta groza (a nie bilans lobbystycznych dolarów) zadecydowały o szybkiej klasyfikacji środowych wydarzeń jako „insurekcji”, którą całe establiszmentowe spektrum musiało potępić.

    Z drugiej strony, trumpizm, przy całej swojej gwałtowności i groteskowości, jest znamieniem procesów które mają znacznie dłuższą historyczną linię rozwojową. Amerykański system partyjny kilkakrotnie przechodził zasadnicze przewartościowania – zmiany bazy wyborczej poszczególnych partii i reprezentowanych przez nie kluczowych postulatów. Republikanie zaczynali w połowie XIX wieku jako partia przemysłowych elit Nowej Anglii i Midwestu, reprezentująca wartości dziś kojarzone raczej z Demokratami. Lincoln ze swoją pierwotną platformą wyborczą stopniowej abolicji połączonej z przymusową emigracją uwolnionych niewolników poza USA był uważany za umiarkowanego Republikanina, radykalne skrzydło jego partii domagało się natychmiastowego zniesienia niewolnictwa i integracji społecznej czarnych Amerykanów – konflikt głośniej abolicjonistycznej mniejszości Republikanów z konserwatywnymi południowymi Demokratami doprowadził do wojny secesyjnej. W okresie powojennej Rekonstrukcji, południowi demokratyczni politycy reprezentowali siły „reakcji”, mieli bliskie związki z Ku Klux Klanem i bywali prowokatorami linczów – należy tu trzymać się faktów, poniższa lektura nie jest przyjemna, ale jest konieczna [5]. Złe dziedzictwo rasizmu i segregacji ciągnęło się za Partią Demokratyczną jeszcze długo w XX wieku. Autorem najdłuższego filibustera w historii Senatu był Strom Thurmond, południowy Demokrata, przemawiający przez 24 godziny w nadziei zablokowania Civil Rights Act z 1957 r. Przełomowym momentem była dopiero prezydentura innego południowego demokraty: Lyndona Johnsona, który przejął agendę praw człowieka i desegregacji po zamordowanym Kennedym. Od tego czasu Demokraci zaczęli stopniowo stawać się tą partią jaką dziś widzimy: polityczną reprezentacją dobrze wyedukowanych, dobrze radzących sobie w globalnej gospodarce mieszkańców dużych miast, zaś Republikanie luźną koalicją białej elity pieniądza i konserwatywnego, tracącego na globalizacji interioru, spojoną konserwatywno-neoliberalną ideologią raczej niż wspólnym interesem klasowym. Po okresie różnych karkołomnych prób łączenia tych dwóch republikańskich elektoratów w jedną socjoekonomiczną całość (takich jak pomysł George’a W. Busha na przemianę pracowników najemnych w „investor class” poprzez prywatyzację udziałów w Social Security), Trump odpuścił sobie wierność ideologiczno-estetycznym ramom dotychczasowej doktryny i postawił na radykalną mobilizację jednej tylko grupy republikańskich wyborców: tych biedniejszych, niewykształconych i antyelitarnych. Jego populistyczna rewolucja była mechanizmem samonapędzającym się, a nie samoograniczającym, jak zakładali republikańscy von Papeni – którzy jednak niekiedy potrafili, jak np. McConnell w sprawie konserwatywnych nominacji sędziowskich, dobrze wykorzystywać Trumpa. Apogeum tej napiętej relacji starego republikańskiego establiszmentu i otoczenia Trumpa zobaczyliśmy w zeszłą środę.

    Mimo tych spektakularnych wydarzeń, również w czasach Trumpa codzienna kongresowa polityka, uprawiana w komisjach a nie w Fox News czy na twitterze, obfitowała w przykłady w miarę spokojnej i konstruktywnej współpracy republikańskich i demokratycznych członków Kongresu. Współpraca taka często miała miejsce w sprawach lokalnych – zgodnie ze stanową logiką politycznej aktywności kongresmenów, o jakiej wspominałem. Podawałem już wcześniej (pod notką WO „Detrumpizacja ruszyła”) przykłady propozycji legislacyjnych senator Murkowski (R-AK), oraz senatora Manchina (D-WV), dotyczących inwestycji w transformację energetyczną i górnictwo ziem rzadkich. Inną podobną inicjatywą był „czek pandemiczny” dla wszystkich obywateli, popierany w końcówce zeszłego roku przez senatora Josha Hawley’a (R-Mo), jednego z najbardziej zagorzałych trumpistów, oraz przez znanego skądinąd senatora Bernarda Sandersa (I-Vt) [6] – Bernie robił to jako socjalista, Hawley jako reprezentant jednego z najbiedniejszych stanów, któremu pandemia dawała pretekst by przedstawić ten krok jako „emergency measure”, a nie złowrogi „big government dole out”. Kolejne podobne przykłady znajdziecie na stronie bipartyjnego bikameralnego Problem Solvers Caucus [7] – lektura ta dostarcza przeciwwagi dla codziennego dyskursu emocjonalnej polaryzacji, znanego z mediów tradycyjnych i społecznościowych.

    Przyszły kurs partii republikańskiej daje się moim zdaniem odcyfrować raczej właśnie z tego typu inicjatyw niż z dyskusji na Breitbarcie. Partia republikańska – ta realna, nie ta z karykaturalnego stereotypu – będzie musiała na serio przemyśleć dwie kluczowe kwestie. Po pierwsze, swój libertarianizm ekonomiczny, mający w istocie dość niedawną – reaganowską przecież, nie eisenhowerowską – proweniencję. Republikańscy politycy tacy jak Marco Rubio czytelnie dążą do skierowania partyjnego programu ekonomicznego na tory, które w Europie nazwalibyśmy po prostu socjaldemokratycznymi, jednak w USA będę określane terminami typu „propracowniczy konserwatyzm” [8]; sekundują mu w tym ośrodki takie jak młody think tank American Compass (americancompass.org) założony przez Orena Cassa, który ze swoim gospodarczym on-shoringowym nacjonalizmem zdecydowanie nie powinien być ignorowany przez lewicę jako partner do dyskusji i konkurent ideowy. Po drugie, Republikanie będą z sukcesem sięgać po mniejszościowe segmenty etniczne amerykańskiego społeczeństwa, do których nie przemawia tożsamościowa propozycja Demokratów (bo widzą się jako „successful Americans” a nie np. „Korean Americans”). Aby zorientować się w tej dynamice, polecam śledzenie takich republikańskich polityków jak Tim Scott (afroamerykański senator z Północnej Karoliny), Michelle Steel (Koreanka z pochodzenia, reprezentantka z Kalifornii) czy Maria Elvira Salazar (z pochodzenia Kubanka, reprezentantka z Florydy). Wszyscy oni w swojej karierze politycznej odbijali mandaty Demokratom, burząc spokojne przyzwyczajenie DNC, że „głos mniejszościowy” z definicji należy się tej partii – wymieniając ich nazwiska, oczywiście nie dokonuję endorsementu, to są Republikanie nie tylko z nazwy, o czym świadczą ich czasem rozbrajająco komiczne obyczaje (jak wtedy, gdy Tim Scott uzasadniał modlitwą i „boską inspiracją” swoje odejście od fiskalnej ortodoksji). Zwracam jednak uwagę na to, że obyczaje owe obejmują szerszy wachlarz poglądów i praktyk politycznych niż propagowanie teorii spiskowych czy rasistowskie ranty. Jako lewica nic nie zyskujemy brnąc w karykaturę.

    [1] foreignpolicy.com/2020/08/15/the-tragic-romance-of-the-middle-aged-western-liberal/

    [2] http://www.propublica.org/article/the-great-republican-crack-up-dayton-ohio-immigration-donald-trump

    [3] nymag.com/intelligencer/2020/09/qanon-republican-party-congress.html

    [4] nymag.com/intelligencer/2020/10/anonymous-republican-donald-trump.html

    [5] lynchinginamerica.eji.org/report/

    [6] http://www.cnbc.com/2020/12/11/bernie-sanders-josh-hawley-push-for-second-1200-stimulus-checks.html

    [7] problemsolverscaucus-gottheimer.house.gov/

    [8] http://www.theatlantic.com/ideas/archive/2018/12/help-working-class-voters-us-must-value-work/578032/

  175. [P.S. Do WO: w spamfolderze jest wpis, który można już wyrzucić – udało mi się przebrnąć zasieki antylinkowe]

  176. Bardzo przepraszam – zrobiłem jak poinstruowałeś, choć może lepiej byłoby starą wersję?

  177. @WO
    Bardzo serdecznie dziękuję i kłaniam się, nie obiecuję polemik gdyż kalendarz zaczyna mi się nawarstwiać jakby nie słyszał o Covidzie…

  178. @Awal myślę, że nie doceniasz, jak praktycznie każdy z kadry zarządzającej niemieckiego przemysłu ma Wschodnią Europę włączoną w swój codzienny obieg decyzyjny. Pełne samoloty Lufthansy z Frankfurtu do Bydgoszczy nie wypełniały się polskimi emigrantami tylko właśnie ludźmi dla których wypad do polskiego kluczowego dostawcy był codziennością.

  179. @karakachanow
    Doceniam, skoro tak mówisz, cieszę się z tego (rzecz jasna nie umiem precyzyjnie skalibrować sytuacji w każdym mieście i branży). Choć lepiej żeby to kiedyś były kadry polskiego centrum elektromobilności w ramach europejskiego koncernu, latające w drugą stronę. Czy raczej po pandemii: organizujące wideokonferencje dla kooperantów z całego kontynentu.

Dodaj komentarz