Luminarze dziadocenu


Jestem entuzjastą „cancel culture”, lubię więc także pojęcie „dziaders”. Nie jest ono przecież związane z metryką, tylko z postawą uporczywego odrzucania wszelkich zmian obyczajowych, które nadeszły po 1990/1970/1950.

Dalej niż 1950 chyba się nie cofają z powodów czysto biologicznych, ale do tej daty i owszem. Za wielką wodą zrobił to nie dawno pisarz Joseph Epstein (rocznik 1937), który zaapelował na łamach „Wall Street Journal” do nowej pierwszej damy, by ta nie posługiwała się stopniem doktorskim, bo go śmieszy kobieta-doktorka.

Zamiast tego tytułował ją „kiddo”. Było to cofnięcie się już nawet nie do czasów Reagana, tylko Eisenhowera.

Dziadersem zostaje się z prostej przyczyny. Jest nim całkowite odrzucenie takiej choćby hipotetycznej możliwości, że się jednak nim jest – jak na skrinie z wypowiedzi Waldemara Kuczyńskiego.

Jak widać, odrzuca taką możliwość a priori, w dodatku powołując się na bezsensowne uzasadnienie. Zaczął używać komputera w 1987? Oh, wow, zaimponował mi.

Jedynym sposobem na uniknięcie bycia dziadersem jest dopuszczenie takiej hipotetycznej możliwości, że się jednak nim jest. Możliwe, że jestem – nie mnie to przecież oceniać.

To jakbym sam o swoim tekście powiedział, że jest „głośny”, albo wybitny, albo po prostu dobry. Nawet jeśli mam swoje zdanie, zostawię je dla siebie.

Pośrednio wynika z tego kolejny mechanizm obronny: okazywanie szczerego zainteresowania następnemu pokoleniu. Niby nic, a luminarze dziadocenu ([c] Jacek Dehnel) lubują się w tekstach sprowadzających się do „nie rozumiem i nie chcę zrozumieć młodzieży, a już zwłaszcza płci żeńskiej”.

Żaden grzech czegoś nie rozumieć. Ja na przykład nie rozumiem Ogólnej Teorii Względności, ale nie przyjmuję wobec niej charakterystycznej dla dziadersów agresywnej obrony własnej ignorancji („no i po co komuś jakaś głupia geometria różniczkowa, ja w ogóle nie rozumiem, o co w niej chodzi!”).

W sporach międzypokoleniowych nikt nie ma obiektywnej „racji”. Pewne jest za to jedno: odchodzące pokolenie zabierze swoje racje na cmentarz.

Każde pokolenie uważa, że zajmowało się „prawdziwymi” wyzwaniami, a te następne duperelami niegodnymi uwagi. I to akurat może być obiektywnie prawdziwe – w końcu wynika to z samej idei postępu.

Nie moglibyśmy dzisiaj rozmawiać o prawach osób trans, gdyby Wielkie Pokolenie nie pokonało faszyzmu, a boomerzy nie dokonali rewolucji obyczajowej. Równocześnie gdyby poprzestać tylko na ich osiągnięciach, Wielkie Pokolenie zostawiłoby cis-kobiety sprowadzone do niewolnic, a boomerzy dodaliby pozorną emancypację w stylu „króliczków Playboya”.

Moje pokolenie wychowywało się na osiedlowych podwórkach. Gdy się bawiliśmy na trzepakach, nasze głowy przefruwały o centymetry od stalowych czy betonowych elementów konstrukcji.

Tylko zwinność ratowała nas przed tragedią. Poza tym jednym przypadkiem na tysiąc, gdy zawodziła.

Dla naszych rodziców (a poniekąd także dla nas samych) czymś naturalnym było to, że dziecko pójdzie na plac zabaw i wróci jako kaleka. Z kolei nasi rodzice wyrastali wśród ruin i niewybuchów, a ich rodzice walczyli na wojnie. Widać tu ewolucję w dobrym kierunku, coraz mniejszej akceptacji dla niepotrzebnego ryzyka.

Moje pokolenie swoim dzieciom zakładało kaski i zapinało pasy bezpieczeństwa. Następnemu nie wystarczają już kaski, chcą swoje dzieci chronić przed przemocą psychiczną przy pomocy koncepcji takich jak „safe spaces”.

To koncepcja obca mojemu pokoleniu. Na PRL-owskim podwórku „safe space” nie miałoby sensu, wszystko było fundamentalnie unsafe (według dzisiejszych norm). I wszystko było przemocowe, nawet (zwłaszcza!) zabawa.

Mój blog więc z pewnością o tyle dziaderski, że sekcja komentarzy nie jest strefą bezpieczną dla wszystkich. I to się nie zmieni – więc jeśli ktoś mnie chce „unieważnić”, by all means, proszę się nie krępować. Lubię cancel culture także gdy chodzi o mnie.

Równocześnie nie mam nic przeciwko takim inicjatywom tam, gdzie występuję jako pracownik. Decyduje o tym różnica między „tym, za co sam płacę” a „tym, za co mi płacą”. Ta różnica jest intuicyjnie oczywista dla mojego pokolenia, ale znów, zrozumiem jeśli dla następnych nie (zapewne zresztą kiedyś unieważni ją Uniwersalny Dochód Podstawowy).

Ogólnie podoba mi się idea zmieniania świata tak, żeby był coraz bardziej równościowy, inkluzywny i bezpieczny dla wszystkich. Ci, którzy mają zasługi z 1968 albo z 1989, z biegiem lat mogą lądować po złej stronie historii.

Zdarza się.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Skomentuj

258 komentarzy

  1. Korekta obywatelska! Zamiast ‚Każde pokolenie uważa, że zajmowało się „prawdziwymi” wyznaniami’ powinny być wyzwania zapewne.

    Super notka. To właśnie ci zasłużeni z lat poprzednich mają często wyjątkowo silne predyspozycje do dziaderstwa, szczególnie jeśli walka o równouprawnienie czy sprawiedliwość wydaje im się ponadczasowa i absolutna, a nie uwarunkowana historycznie i przestrzennie. Najciekawiej zaobserwować to można gdy te odmienne strefy się zderzają. Tak było w przypadku uchodźców z pinochetowskiego Chile w komunistycznej Polsce, tak jest teraz z uchodźcami z Iranu próbującymi ułożyć sobie w głowie zjawisko zachodniej islamofobii, i tak jest z niektórymi białymi związkowcami którzy nagle słyszą, że mają sprawdzić swój przywilej. Jak komuś braknie refleksji i pokory, to łatwo się pogubić.

    Mam też małe pytanie co do samego słowa, bo kontakt z żywym polskim mam trochę ograniczony. W notce piszesz, że dziaderstwo nie jest metrykalne w sensie wieku. Czy jest też neutralne genderowo? Czy Suzanne Moore jest dziaderką?

  2. Bardzo dobry wpis.

    Interesuje mnie, jakich teorii Autor nie rozumie, poza Teoria Względności. Szczególnie jakie teorie ekonomiczne miał Autor możność poznać i które zrozumiał bądź nie zrozumiał.

    Pytam dla kolegi 😉

  3. @kuba
    „Czy jest też neutralne genderowo? Czy Suzanne Moore jest dziaderką?”

    Tak bym powiedział, ale jeszcze nie nie utarła się forma kanoniczna.

    @ps
    „Pytam dla kolegi”

    To niech kolega sam przyjdzie.

  4. @Przemyslaw
    „Pytam dla kolegi”

    Jasne, a potem w OdRzeczy czy innym GazPolu będą artykuły: a ten Orliński to tak się mądrzy, a nie zna się na tym i na tamtym! Skandal! Lewica nic nie wie, a chce rządzić!

  5. @notka

    Zacne słowa, byłbym chętny dorzucić dwa uzupełnienia:

    1. Postrzegam zjawisko dziaderstwa bardziej, pardon my French, atrybutywnie niż esencjonalnie: dziaderskie zachowania polegające na gadaniu kocopołów (najczęściej z seksistowskim podtekstem) w połączeniu z bezrefleksyjnym nadużywaniem uprzywilejowanej pozycji mogą przydarzać się (właściwy czasownik: „przydziadersić”) młodszym i starszym, mężczyznom i kobietom. Stąd określenie „dziaders” byłoby czymś w rodzaju stenograficznego skrótu na „osoba, która dziadersi często i gęsto i nie zamierza nic z tym robić, bo uważa, że tak jest dobrze”.

    2. Uprzywilejowana pozycja w, pardon, dyskursie, kluczowa dla zjawiska dziaderstwa, ma co najmniej dwa zasadnicze wymiary. Ze względu na oczywiste skojarzenia etymologiczne bardziej rzuca się w oczy i uszy wymiar wiekowy (choć tak naprawdę nie chodzi o wiek, a o lepsze umocowanie w strukturach władzy, poniekąd skorelowane z wiekiem), natomiast istotniejszy jest, uważam, wymiar płciowy. Odpowiednikiem rachunku tensorowego w odniesieniu do OTW jest dla zrozumienia specyfiki dziadocenu przyjęcie do wiadomości, że żyjemy w patriarchacie, czyli w warunkach systemowej dyskryminacji kobiet. Stąd kobiety, nierzadko wybitne i o wybitnych osiągnięciach, które mówią na to: „bzdura, ja wcześniej wstawałam i osiągnęłam wszystko, na czym mi zależało”, jak najbardziej zasługują na miano dziadersek*.

    *(Gdzieniegdzie propagowane jest określenie „dziaderka”, jako fan konsekwentnej aglutynacji – dr Zamenhof stylee – wolę mówić „dziaderska”).

  6. @m.bied
    „Gdzieniegdzie propagowane jest określenie „dziaderka”, jako fan konsekwentnej aglutynacji – dr Zamenhof stylee – wolę mówić „dziaderska”)”

    Jakkolwiek uproszczenie grupy spółgłoskowej zrobi z niej „dziadeskę”.

  7. @jakich teorii Autor nie rozumie, poza Teoria Względności.
    Teorię kwantów tak, zeznawał parę lat temu.

    Istotą dziaderstwa zdaje mi się być głęboka niechęć do negocjowania czegokolwiek z kimś niższym rangą (naukowo, społecznie, medialnie). Oczywiście można powiedzieć, że dzisiejsze media uwielbiają konflikt tak bardzo, że nagłaśniają te bardziej agresywne wypowiedzi, ale też dziadersi (dziadersówy) pchają się do głosu chętni i nieprzymuszani, żeby skomentować niestosowność działań dzisiejszej młodzieży. I znów przypomina się Kazik z jego „najbardziej mnie ter wk**** u młodzieży to, że już do nie nie należę”

  8. @sheik
    „Teorię kwantów tak, zeznawał parę lat temu.”

    A także Szczególną TW. Generalnie jeśli komuś STW i OTW się zajączkują w jedną „teorię względności”, nie będę z nim rozmawiać o żadnych teoriach, bo pewnie ich nawet nie odróżnia od hipotez.

  9. @dziaders

    Moim zdaniem w swojej piątej dekadzie życia jestem dziadersem z powodów czysto biologicznych, no bo kim innym, do diaska autrowęgierskiego, mógłbym być.

  10. @naturalucka

    „kim innym, do diaska autrowęgierskiego, mógłbym być”

    No właśnie tutaj się co do zasady nie zgadzam, co próbowałem w rozwlekły sposób opisać w swoim poprzednim komciu. Można być dojrzałym mężczyzną, który nie dziadersi albo (bo prawie niemożliwe jest nigdy nie dziadersić w warunkach patriarchatu) dziadersi stosunkowo rzadko, a następnie wyciąga z tego naukę.

  11. Nadal nie widzę różnicy, czym ta cała „dziaderskość” się różni od odwiecznego konfliktu pokoleń („zgredzi to kompletnie już nic nie kumają!”), ale to może przez peselozę połączoną z prawackością.

  12. @dziaders:
    No ale przecież to nie jest kategoria metrykalna tylko behawioralna.

    Tak jak w jednym z moich ulubionych powiedzonek; Niektórzy ludzie umierają bardzo młodo, czasami nawet w wieku 25 lat. Czasami jednak potrzeba kolejnych 50 żeby ich pogrzebać.

  13. @Robert

    „czym ta cała „dziaderskość” się różni od odwiecznego konfliktu pokoleń”

    Zwróceniem bacznej uwagi na seksizm (systemową dyskryminację kobiet) „zaszyty” w języku i obiegowym sposobie myślenia.

    Usystematyzowaną refleksję nad dziaderstwem rozpoczęły młode kobiety (polecam szczególnie minieseje językoznawczyni Aleksandry Małeckiej, dostępne na portalu na „F”, np. te datowane na 1 listopada i 4 listopada br., gdyby ktoś był zaciekawiony), więc jest zrozumiałe, że podjęły ją ze swojego punktu widzenia. Natomiast dojrzałe i starsze kobiety mogłyby, jestem o tym przekonany, poszerzyć perspektywę o swoje doświadczenia bycia obiektem jednocześnie seksizmu i dyskryminacji ze względu na wiek – tym razem zwróconej w drugą stronę.

  14. @mbied
    „Zwróceniem bacznej uwagi na seksizm (systemową dyskryminację kobiet) ”

    …a także, zaryzykowałbym, na mniejszości genderowe i seksualne. Długowłosy buntownik z 1968 mógł być dokładnie tak samo seksistowski i homofobiczny, jak jego rodzice, nawet jeśli poza tym się z nimi kłócił o wiele innych spraw. Nie mam na to żadnych twardych danych, tylko dość luźną intuicję, ale powiedziałbym nawet, że w latach 1960. na Zachodzie następuje pewien chwilowy regres. Ale opieram to na porównaniu emancypacyjnego i subwersywnego potencjału „screwball comedies” z lat 30. i 40. do neo-seksizmu w „Bondach” i wczesnym kinie quasi-erotycznym. BTW – czy ktoś z PT hive minda komcionautów zna jakieś dokładniejsze analizy?

  15. Mam wrażenie, że niepotrzebnie rozszerzamy pojęcie dziadersa – na kobiety, młodych itp. Ktoś to powinien uporządkować. Dziaders to polska wersja amerykańskiego „OK, BOOMER”. Tak, PESEL ma znaczenie. Odświeżyłem sobie stary flejm temat dziaderstwa pod notką „Now Playing (181)” i chyba najlepiej tę postać zdefiniował @sfrustrowany adiunkt:

    „to osoba w przedziale 50-65 lat, studiująca jeszcze za PRL/początków III RP, możliwe epizody opozycyjno- konspiracyjne za komuny, wychowana muzycznie na Trójce, głosująca kiedyś na UW, teraz na PO, rekonstruująca młodość na imprezach KOD. Gardzi skrajną prawicą, ale już Reagana uwielbia. Prawdziwa muzyka skończyła się na „Brothers in Arms”, wszystko co młodsze to chłam. Program Razem to komunizm i prosta droga do Kambodży. Nie jest rasistą, ale prywatnie uważa nieco inaczej (łagodnie mówiąc). Aha, uważa że młodzież powinna „wyłączyć compy i zasuwać na ulice, a nie na nartach w Austrii”.”

    W taki sposób stereotypowego dziadersa parodiował niejaki „Wychowany na Trójce”. Dodam, że to ktoś, kto wychował się w PRL-u lat ’70 i zachód rozumie powierzchownie, przede wszystkim na ekonomię patrzy przez pryzmat reaganomiki („u nas był socjalizm i braki w zaopatrzeniu więc na półkach był tylko ocet, na zachodzie nie mieli rozdawnictwa to się wzbogacili; taka Szwecja może sobie eksperymentować, bo śpi na diamentach”). Oprócz tego uwielbia słuchać Kaczmarskiego oraz darzy szacunkiem Pinocheta, Grzegorza Schetynę, „kompromis aborcyjny” oraz Reagana i Jana Pawła II, którzy „obalili komunę”. Panie, za naszych czasów to jedliśmy szczaw i mirabelki, a dzisiaj roszczeniowej młodzieży się w d… od tych hamburgerów poprzewracało.

  16. @wo

    „a także, zaryzykowałbym, na mniejszości genderowe i seksualne”

    Jak najbardziej – kluczowe pojęcie: intersekcjonalizm.

    Choć np. geje-mizogini (nie takie rzadkie przypadki, mam nadzieję, że nie ujawniam w tym momencie jakiejś wstydliwej tajemnicy) będą przez badaczki dziaderstwa punktowani bez litości.

  17. @monday.night.fever

    „Dziaders to polska wersja amerykańskiego „OK, BOOMER””

    Nie i nie. Sorka, jednak wkleję link do portalu na „F” (najwyżej Gospodarz wytnie), bo sam nie potrafiłbym tego skutecznie streścić, a zależałoby mi na tym, żeby nie propagować nieporozumienia jw.

    (Wspomniane w zalinkowanym wpisie pojęcie „implikatury konwersacyjnej” wprowadził do tej dyskusji nieoceniony dziadersissimus Ludwik Dorn).

    https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=3541213745939245&id=100001519620204

  18. @mnf „Mam wrażenie, że niepotrzebnie rozszerzamy pojęcie dziadersa – na kobiety, młodych itp. Ktoś to powinien uporządkować. Dziaders to polska wersja amerykańskiego „OK, BOOMER”.”
    Ano nie. Marian Waldemar Kuczyński to rocznik 1939, jest juz po 80. Zachowaniem idealnie pasuje na dziadersa, metryką niekoniecznie. Metryki, a i też Trójki bym tym razem w to nie mieszał.

    @screwball comedies Czyli Gentlemen prefer blondes już się nie kwalifikuje?

  19. @wo
    „Długowłosy buntownik z 1968 mógł być dokładnie tak samo seksistowski i homofobiczny, jak jego rodzice (…) opieram to na porównaniu emancypacyjnego i subwersywnego potencjału „screwball comedies” z lat 30. i 40. do neo-seksizmu w „Bondach” i wczesnym kinie quasi-erotycznym”

    Mnie się zawsze wydawało, że ten seksizm w Bondach był jedną z odpowiedzi popkultury na flower-power (podobnie jak np. sprawicowienie muzyki country w latach ’60). Z kolei kino erotyczne było/jest kierowane do specyficznej publiczności, raczej tej prawoskrętnej (stąd wulgarność, przemoc i uprzedmiotowienie kobiet w pornosach). Tak działa kapitalizm – ludzie kręcący Bondy i pornole po prostu chcą zarobić. Długowłosy buntownik raczej homofobem nie był – buntował się przeciwko rzeczywistości zimnowojennego konserwatyzmu, a więc m.in. homofobii (fakt, że subkultura LGBT utożsamiała się raczej z disco niż psychodelicznym rockiem, no ale disco to już połowa lat ’70, wcześniej mogło być inaczej). IMO ten regres, o którym piszesz (seksizm, homofobia i skręt w prawo) to raczej końcówka lat ’70 i początek ejtisów, kiedy po „prawdziwych” hipisach nie było już śladu.

  20. @mnf
    „Dziaders to polska wersja amerykańskiego „OK, BOOMER”.”

    Nie, bo nie zgadzają się pokolenia. Poza tym amerykańskie „OK, boomer” bierze się z tego, że tamte pokolenia rzeczywiście były uprzywilejowane, względnie łatwo było w nim się załapać na styl życia niedostępny dziś dla ich dzieci. Teraz mimo wszystko jest odwrotnie – tylko szaleniec marzyłby o byciu przeciętnym, szarym mieszkańcem PRL w latach 1960. (a w USA nawet John Smith cieszył się względnie wysokim poziomem życia).

    „Mnie się zawsze wydawało, że ten seksizm w Bondach był jedną z odpowiedzi popkultury na flower-power”

    Przecież jest WCZEŚNIEJSZY.

    @sheik
    „@screwball comedies Czyli Gentlemen prefer blondes już się nie kwalifikuje?”

    Kolego Szejku, jestem szejknięty pomyłką w TAKIM tytule, poprawiłem koledze. I nadal: nie, to nie jest screwball. Screwball to wg cioci Wiki:

    subgenre of the romantic comedy genre that became popular during the Great Depression, originating in the early 1930s and thriving until the early 1940s. It satirized the traditional love story. Many secondary characteristics of this genre are similar to film noir, but it distinguishes itself for being characterized by a female that dominates the relationship with the male central character, whose masculinity is challenged.
    (…)
    these pictures also offered a kind of cultural escape valve: a safe battleground on which to explore serious issues such as class under a comedic and non-threatening framework.[8] Class issues are a strong component of screwball comedies: the upper class are represented as idle, pampered, and having difficulty coping with the real world. By contrast, when lower-class people attempt to pass themselves off as upper-class or otherwise insinuate themselves into high society, they are able to do so with relative ease

    Czy to tylko ja mam takie wrażenie, czy te wątki zniknęły w latach 60.?

  21. @m.bied
    „Sorka, jednak wkleję link do portalu na „F” (najwyżej Gospodarz wytnie)”

    Dzięx. Ratujesz osobę wykluczoną fejsbukowo. Dla mnie taki link to jedyna możliwość żeby przeczytać wpis czy flejma (bo do większości kont i wątków przez bramkę www nie przejdę bez logowania). To oczywiście decyzja Gospodarza, czy będzie bezpośrednie linki do „portalu na F” kasował czy nie.

  22. @wo: ‚Długowłosy buntownik z 1968 mógł być dokładnie tak samo seksistowski i homofobiczny, jak jego rodzice.’

    Stąd zresztą ta scena w pokoju pełnym ich znajomych, pacyfistów i antyrasistów, gdzie hipis Wesley każualowo bije w twarz Jenny. Jedyną osobą która broni kobiety jest oczywiście Forrest Gump, ubrany już w mundur i gotowy do wyjazdu do Wietnamu (albo świeżo po powrocie, nie pomnę).

    @monday.night.fever: ‚Mam wrażenie, że niepotrzebnie rozszerzamy pojęcie dziadersa – na kobiety, młodych itp. Ktoś to powinien uporządkować. Dziaders to polska wersja amerykańskiego „OK, BOOMER”. Tak, PESEL ma znaczenie.’

    Przecież jeśli postawimy znak równości między dziaderstwem a boomerstwem to tym bardziej osoby wszelkich płci się łapią.

    @m.bied: ‚Choć np. geje-mizogini (nie takie rzadkie przypadki, mam nadzieję, że nie ujawniam w tym momencie jakiejś wstydliwej tajemnicy) będą przez badaczki dziaderstwa punktowane bez litości.’

    Jaka tam tajemnica, od dekad są o tym wręcz badania akademickie, już nie mówiąc o zylionie debat wewnątrz środowiska. Tak samo, jak istnieją całkiem nieźle zorganizowane transfobiczne organizacje LGB (bez T), i nawet transfobiczne osoby trans się zdarzają (znam osobiście, właściwie znałem).

  23. @kuba
    „Stąd zresztą ta scena w pokoju pełnym ich znajomych, pacyfistów i antyrasistów, gdzie hipis Wesley każualowo bije w twarz Jenny. Jedyną osobą która broni kobiety jest oczywiście Forrest Gump,”

    No tylko że to jest dużo późniejszy konserwatywny agitprop Zemeckisa, proponowałbym się jednak odwoływać do filmów z epoki.

  24. @wo „jestem szejknięty pomyłką w TAKIM tytule”
    Ajajaj, cóż za fopa, kajam się! Wydawało mi sie, że dobrze pamiętam, ot, początki dziaderstwa.

    @mnf „Z kolei kino erotyczne było/jest kierowane do specyficznej publiczności, raczej tej prawoskrętnej”
    Naprawdę? Porno-wersja Alicji w Krainie Czarow (1976) też?
    „Długowłosy buntownik raczej homofobem nie był – buntował się przeciwko rzeczywistości zimnowojennego konserwatyzmu, a więc m.in. homofobii” Buntował się przeciwko swoim starym, nie homofobii. W RFN dodatkowo przeciw brunatnej przeszłości rodziców i wujów. nie przeciw homofobii.
    A propos muzyki w latach 50: taki Little Richard był mocno queerowy, grając rocknrolla.

  25. @monday.night.fever

    Dzięki za przypomnienie tamtej dyskusji i definicji. Generalnie – nie upierałbym się przy genderowym definiowaniu dziadersa jako mężczyzny. Nawet a może zwłaszcza w GW widać teksty dziaderskie, a wręcz ultradziaderskie choć wychodzące niby z pozycji sprzeciwu wobec dyskryminacji ze względu na wiek [1].

    Co do wieku, jednak pewien zestaw doświadczeń – właśnie słuchanie Trójki, uwielbienie dla Zachodu w wersji neoliberalnej, niechęć do lewicy związana z osobistym doświadczeniem kryzysu w PRL sprawia IMHO że dziadersi są nadreprezentowani w tym pokoleniu (polskich boomersów).

    @wo

    „że w latach 1960. na Zachodzie następuje pewien chwilowy regres. Ale opieram to na porównaniu emancypacyjnego i subwersywnego potencjału „screwball comedies” z lat 30. i 40. do neo-seksizmu w „Bondach” i wczesnym kinie quasi-erotycznym”

    Śmiem postawić tezę, że ten regres jest dłuższy niż chwilowy. To nie tylko seksistowskie Bondy – które są seksistowskie…no bardzo długo. To także swoista kontrrewolucja w kinie policyjnym, gdzie pojawia się postać „zacietrzewionego gliny” (jak Brudny Harry) a więc prawicowe podejście do zjawiska przestępczości, sprowadzające do wystrzelania wszystkich z .44 Magnum wbrew jakimś tam prawom obywatelskim (autopolemika w postaci sequela jakim jest „Siła Magnum” nie zmienia przy tym wymowy – tam mamy już łamanie prawa a nie twarde prawo, stąd bohater się temu sprzeciwia) [2]. Oczywiście jest to ekstrapolacja treści obecnych w popkulturze „od zawsze” ale się wyraźnie nasila, w wydaniu efektowniejszym i brutalniejszym. Nie jestem specjalistą od popkultury wcześniejszej niż lata 60-te, ale mam wrażenie że wcześniej wątki były dużo bardziej szare – postać prywatnego detektywa z definicji lokuje się gdzieś w szarej strefie.
    Czy jest to reakcja na bunt młodzieży 1968? Nie – przeciwnie, można wskazać jawnie kontrkulturowe, kontestujące wątki choćby w kinie wojennym („Złoto dla zuchwałych” choćby). Mam wrażenie że jest to spuścizna stabilizacji lat 50-tych i Milczącego Pokolenia – czyli czasu gdy wydawało się że stabilna gospodarka, czasy w których mąż miał dobrą pensję i utrzymywał z niej całą rodzinę utrwaliły na długo podział ról płciowych w społeczeństwie. Ale to tylko moje dywagacje.
    Aczkolwiek z czasem widać, także w kinie szpiegowskim, policyjnym czy wojskowym echa przemian społecznych. Ale powolne – w kinie czy serialu policyjnym wyraźniejsza emancypacja (także z wątkami LGBT to już lata 90-te (choćby „NYPD Blue” czy w formacie wojskowej telenoweli prawniczej „JAG”)

    [1] [https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,26360213,mlodzi-domagaja-sie-zwolnienia-stolkow-ja-szacunku-dla.html ]
    [2] [ Szerzej – E. Durys Amerykańskie popularne kino policyjne 1970-2000 – ogólnie warto zajrzeć ]

  26. „Istotą dziaderstwa zdaje mi się być głęboka niechęć do negocjowania czegokolwiek z kimś niższym rangą (naukowo, społecznie, medialnie).”
    Uff… nie jestem dziadersem, bo to ja jestem NIŻSZA RANGA.

  27. @sheik.yerbouti

    „taki Little Richard”

    I to jak! Piszą, że w wersji przedradiowej refren jednego z jego niezapomnianych przebojów brzmiał: „Tutti Frutti, good booty / If it don’t fit, don’t force it / You can grease it, make it easy”. Oh là là!

    Natomiast wersję zdequeerowaną uroczo i brawurowo zrequeerowała Karin Stanek, wyśpiewując: „I’ve got a boy named Sue”, a zaraz w następnej zwrotce: „I’ve got a boy named Daisy” (nagranie dostępne na YouTubie).

  28. @wo
    „Przecież [Bond] jest WCZEŚNIEJSZY [od Flower Power]”

    Przepraszam za wtopę – wydawało mi się, że pierwsze Bondy to druga połowa lat ’60, a przecież „Dr. No” to rok 1962. Pamięć ludzka jest jednak zawodna.

    „Nie mam na to żadnych twardych danych, tylko dość luźną intuicję, ale powiedziałbym nawet, że w latach 1960. na Zachodzie następuje pewien chwilowy regres”

    Pierwszy regres obyczajowy to chyba przede wszystkim lata ’50 i wczesne sixtisy (ten drugi regres to wiadomo – ejtisowy backlash). Nie wiem, może dlatego, że w Stanach panowała wówczas psychoza nuklearnej apokalipsy? Ciężko o twarde dane i jedyne, co zdołałem wyguglać na szybko, to stosunek religijności amerykańskiej młodzieży wobec religijności osób starszych w danych okresach z badań Pew Research Center. Szczególnie intrygujące są tabelki pt. „The age gap in religious attendance was narrower in previous decades” (https://www.pewforum.org/2018/06/13/why-do-levels-of-religious-observance-vary-by-age-and-country/pf-06-13-18_religiouscommitment-01-06/) oraz „Older Americans were not always the most frequent worship attenders” (https://www.pewforum.org/pf-06-13-18_religiouscommitment-01-07/). Z tych tabelek wynikałoby, że szczyt konserwatywnego peaku miał miejsce na przełomie lat ’50 i ’60.

  29. @ Screwball comedy

    Z amerykańskim kinem ogólnie jest taki problem, że gdyby z jego treści symbolicznie „wyciągnąć średnią”, to wyszłoby, że USA jest o wiele bardziej liberalnym i progresywnym krajem niż w istocie. „Ameryka nie istnieje”! Wątki antyestablishmentowe, czy antykapitalistyczne nawet można by odnaleźć w każdej dekadzie, tylko pytanie, co jest zapisem trwającej chwili, a co postulatem. Żyliśmy w dekadzie, w której jednocześnie nakręcono „Bojacka Horsemana” (z postacią nawiązująca do Katherine Hepburn!) i pozwolono 85 osobom mieć połowę pieniędzy na świecie.

    Czytałem kiedyś historię prozy japońskiej pióra Mikołaja Melanowicza i trafiłem tam na fragment, który mi wiele wyjaśnił. Co się działo w literaturze lat 30 i 40, kiedy kraj był pogrążony w obłędzie militaryzmu, szowinizmu i nacjonalizmu, kiedy popełniano zbrodnie wojenne? Literaci tworzyli analizy indywidualizmu i pisali o wartości prawa do posiadania własnego zdania. To ostatecznie mi uświadomiło, że w Japonii kultura w znaczeniu „kształtu stosunków międzyludzkich” zajmuje o wiele ważniejszą pozycję od korpusu dzieł artystycznych. Pytanie, jak bardzo szczerze potrafimy podejść do wyciągania wniosków w innych, bliższych przypadkach…

    @Porno

    Nie musi być toksyczne z definicji. Wczesne kino erotyczne szło w awangardzie rewolucji obyczajowej, pokazując seks przede wszystkim jako coś pozytywnego psychicznie, odprężającego, czasem wyzwalającego. Jak to ujmował Walerian Borowczyk: „Erotyka nie zabija, nie unicestwia, nie nakłania do zła, nie prowadzi do przestępstwa. Wręcz przeciwnie: łagodzi obyczaje, przynosi radość, daje spełnienie, sprawia bezinteresowną przyjemność.” Potem się to trochę skichało, bo z czasem mainstreamowa erotyka (o czym pisze Gail Dines) zamieniła się w quasi-BDSM, gdzie seks jest czymś brutalnym i poniżającym kobietę.

  30. Jest sobie taki klasyczny, antropologiczny podział na kultury pre- ko- i postfiguratywne. Kultury prefiguratywne, a wygląda na to, że w takiej żyjemy, mają tę paradoksalną cechę, że następuje w nich moment, że mimo tego, że zbierasz coraz więcej doświadczeń − wiesz coraz mniej. Dziaders to ktoś, kto nie może zaakceptować tej ujemnej oznaczoności doświadczenia u siebie i w dodatku gwałtownie się przed tą akceptacją broni.

    A OTW to w skrócie geometria różniczkowa (którą wystarczy poćwiczyć na serii przykładów o rosnącym skomplikowaniu − stożek, sfera itd. − tu wystarcza umiejętność zwykłego różniczkowania i trochę zacięcia, żeby w końcu wyczuć te całe tensory riemannowe) plus zasada najmniejszego działania (ciekawostka: do wyprowadzenia OTW użył jej dopiero (chyba) Hilbert, który pokazał Einsteinowi jak się to robi level-pro, Albert najpierw klecił na czuja, aż mu wyszło).

  31. @wo: „No tylko że to jest dużo późniejszy konserwatywny agitprop Zemeckisa, proponowałbym się jednak odwoływać do filmów z epoki.”

    Thomas z Powiększenia, snujący się po Londynie tuż przed wybuchem flower power, to też taka postępowa postać, której zachowanie jest jednak podszyte mizoginią i homofobią. Wciąż balansuje między flirtem i agresją. Wszystko to przyprawia dawką każualowej homofobii (słynne „ped… z pudlami”) choć jego własna seksualność nie jest wcale dla widza (i dla samego Thomasa chyba) oczywista. Diagnoza, że obyczajowy postęp niekoniecznie jest zawsze taki znowu postępowy zdecydowanie nie jest niczym nowym. Zemeckis ją tylko złośliwie przerysował.

  32. @m.bied
    „Można być dojrzałym mężczyzną, który nie dziadersi albo”

    Najbezpieczniej, najuczciwiej i najdoskonalej, moim zdaniem, jest jednak założyć, że mniej więcej od piątej dekady życia ryzyko zapadnięcia na dziaderskość najpierw wybucha, a potem gwałtownie rośnie. Kto ma dorosłe dzieci, ten wie.

    Nie ma się czym martwić, trzeba słuchać i czasem przymknąć kłapaczkę.

  33. @naturalucka

    „ryzyko zapadnięcia na dziaderskość”

    Żebrzę, by się różnić. Piszesz o czymś, co można by określić nazwą „zdziadzienie (umysłowe)” – czyli o obniżeniu sprawności kognitywnej wywołanym m.in. czynnikami neurologicznymi skorelowanymi z wiekiem itp. itd.

    Punkt mojej niezgody najprościej zapisać: „dziaderskość ≠ zdziadzienie (zdefiniowane jw.)”. Znam (myślę, że wszyscy znamy) dziaderskie wypowiedzi autorstwa osób o wysokiej wydolności umysłowej.

    „Nie ma się czym martwić, trzeba słuchać i czasem przymknąć kłapaczkę”

    Co do tego – pełna zgoda.

  34. @sheik.yerbouti
    „Istotą dziaderstwa zdaje mi się być głęboka niechęć do negocjowania czegokolwiek z kimś niższym rangą”

    Mi, ogólniej, postawa „wiem wszystko i tak właśnie jest”. Stąd bierze się u mnie metrykalizm, bo o ile łatwo wybaczyć taką postawę nastolatkowi, troszkę mniej dwudziestoparolatkowi, trochę mniej trzydziestolatkowi, to dla 40+ już nie mam litości.

    Koleżankolego 40+, mieliście czas na obserwacje, snucie wniosków i domysłów wolnosnujących się i takimi żeście żelbetami strukturalnie perceptory zalali? Brutalizm okropny i pfuj.

  35. @m.bied
    „dziaderskość ≠ zdziadzienie (zdefiniowane jw.)”

    Nie bój się, bierz frajdę w płuca i skacz 🙂

  36. @kuba
    „Thomas z Powiększenia, snujący się po Londynie tuż przed wybuchem flower power, to też taka postępowa postać, ”

    Nigdy nie miałem uczucia, że jest postępowy. Od początku jest dla mnie reakcyjnym, uprzywilejowanym dupkiem (nie lubię ani jego, ani tego filmu). Już od tych pierwszych scen gdy widać, że nie ma szacunku dla godności bezdomnych, których fotografuje.

    @inz.mru
    „A OTW to w skrócie geometria różniczkowa (którą wystarczy poćwiczyć na serii przykładów o rosnącym skomplikowaniu − stożek, sfera itd. − tu wystarcza umiejętność zwykłego różniczkowania i trochę zacięcia, żeby w końcu wyczuć te całe tensory riemannowe)”

    No tak, tyle to i ja teoretycznie wiem. Ale to jak z tą jazdą na nartach z Muminków („suwa się nogami po opadach atmosferycznych).

    „plus zasada najmniejszego działania ”

    A tego to ja już nie wiem.

  37. @wo: „Nigdy nie miałem uczucia, że jest postępowy. Od początku jest dla mnie reakcyjnym, uprzywilejowanym dupkiem.”

    Jasne, po prostu sporo z tych ludzi – głównie mężczyzn, ale nie wyłącznie – którzy przełamywali granice obyczajowe w latach 60. i 70. to przecież była banda reakcyjnych dupków. I robili to nie tylko w życiu prywatnym, w atelier czy zza krzaka, jak Thomas. Postulaty takie jak obniżanie age of consent poniżej 16ego roku życia były wówczas publicznie podnoszone w kręgach radykalnej lewicy. Dlatego przypomniało mi się Powiększenie jako film przełamujący tabu, który jednak od dawna już ogląda się ze sporym dyskomfortem. Na ile znam jego historię w latach 60. kontrowersje wywoływała bardziej nagość pokazana w filmie niż, nie mniej przecież widoczna, mizoginia i homofobia.

  38. @wo
    „Długowłosy buntownik z 1968 mógł być dokładnie tak samo seksistowski i homofobiczny, jak jego rodzice, nawet jeśli poza tym się z nimi kłócił o wiele innych spraw.”

    Moja przez długi czas ulubiona punkowa płyta zawiera zaskakująco homofobiczny tekst w pewnym momencie, improwizowany co prawda, ale nie wycięty i wydany na albumie. Było to dla mnie szokujące wtedy w pierwszej połowie lat 90tych bo punkowcy byli jeszcze wówczas dla mnie takimi hipisami. Nieliczni nadal są w sumie, duża część zdziadziała niestety i z dzisiejszego punktu widzenia to już tak nie dziwi.

    @dziadersi
    Może to niesprawiedliwe, bo w sumie słucham tylko przypadkowych fragmentów od czasu do czasu i Żakowskiego pamiętam jako promotora alterglobalistów, ale jego poranek w tokfm jest jakąś esencją dziaderstwa.

    Chciałbym się teleportować do czasów przedpandemicznych i oznajmić tym wszystkim biadającym nad brakiem zaangażowania młodych w politykę, że konformiści, egoiści wyrośli, że odrzucają społeczeństwo obywatelskie bla bla bla. Za rok młodzi będą skandować 8* i dzielnie maszerować mimo ataków antyterrorystów i oddziałów prewencji w pełnych zbrojach, a kaczora będą ewakuować z Wawy, ale, ale Wam się to nie spodoba!

    @TW
    Może zaryzykuję bana, ale OTW zawiera w sobie STW, bo jest tej ostatniej daleko idącym rozwinięciem. Historycznie OTW i STW były publikowane osobno, ale pojęciowo TW jest jedna i jest to OTW, a STW jest OTW bez grawitacji. Może błędnie ale tak to rozumiem.

  39. @Kuba
    > Postulaty takie jak obniżanie age of consent poniżej 16ego roku życia były wówczas
    > publicznie podnoszone w kręgach radykalnej lewicy.

    I to chyba dosyć skutecznie, skoro wiek przyzwolenia w niemałej liczbie krajów europejskich wynosi lat 14 (a w niektórych nawet mniej, przy spełnieniu warunku małej różnicy wieku między partnerami). Nawet w Polsce wynosi mniej niż 16 lat – bo 15 – ale to jeszcze od przedwojnia.

  40. „W sporach międzypokoleniowych nikt nie ma obiektywnej „racji”. Pewne jest za to jedno: odchodzące pokolenie zabierze swoje racje na cmentarz.”

    Azali zaprawdę? W latach 2000 Młodzi Wykształceni z Wielkich Miast byli już pewni, że do grobu swoje poglądy zabierają mohery, relikty Peerelu i Pegieeru, homo sovieticusy etc. I nadeszła Wielka Niespodzianka, kiedy moherowe babcie poczęły polityczne potomstwo niczym biblijna Sara. Lewicowym odpowiednikiem podludzi są obecnie dziadersi wszystkich płci i wszelkiego wieku, również najwyraźniej są skazani na biologiczną zagładę i pewnie również będzie można im hehe zabrać dowód.

    Oczywiście, ogrom różnicy, który umknął mojej uwadze, polega na tym, że lewica nie śmieje się obleśnie z biednych i uciśnionych, nawet jeśli trochę przy tym głupich, tylko z ludzi nieprzyzwoicie bogatych takich jak choćby Rowling. Tyle, że nie. Ludzie na świeczniku, którzy głoszą dziaderskie poglądy, nie są ich typowymi przedstawicielami. W przeciwieństwie do większości lewicowców, jestem robolem, a nie białym misjonarzem, więc poglądy Młodych Niewykształconych Nieosiągających Sukcesu znam z pierwszej ręki. I to naprawdę nie jest tak, że przedstawiciel klasy pracującej, kiedy mu elita mówi, jak złe moralnie, szpetne estetycznie i szkodliwe ekonomicznie są jego poglądy, myśli sobie „o, biada nam, uprzywilejowanym piekarzom, śmieciarzom i tramwajarzom, bo uciskani przez nas redaktorzy i socjologowie chcą nam odebrać nasze odwieczne przywileje”. Nie, to jest raczej „Precz z narodem, niech żyje król!”

  41. @Kuba
    „Mam też małe pytanie co do samego słowa… W notce piszesz, że dziaderstwo nie jest metrykalne w sensie wieku. Czy jest też neutralne genderowo?”

    Pierwotnie to znaczenie było ograniczone do jednej konkretnej sytuacji społecznej. Jak pisze Kaja Puto, kobiety z kręgu ekspertek spraw zagranicznych zaczęły tym określeniem sygnalizować sobie uczestników paneli konferencyjnych i dyskusji w mediach, po których należało się spodziewać niskich kompetencji merytorycznych, wysokiego mniemania o sobie i protekcjonalnego stosunku do rozmówczyń. Uczestnictwo w rozmowie z dziadersami wymagało od tych pań specjalnej mobilizacji, aby być w ogóle dopuszczoną do głosu, niezagadaną, nieupupioną („Pani Kajeczko”). Sytuacja ta była na tyle typowa i powtarzalna, że stała się synonimem szerszej postawy, a wraz ze strajkami kobiet zakres znaczeniowy słowa uległ gwałtownej ekspansji.

    @bantus
    „Żakowskiego pamiętam jako promotora alterglobalistów, ale jego poranek w tokfm jest jakąś esencją dziaderstwa”

    Okaż wyrozumiałość! Red. Żakowski funduje redaktorom Lisowi i Wołkowi cotygodniową publiczną terapię dziaderstwa, której ci dwaj poddają się nie bez oporów, a jednak z silną wolą choćby miarkowania postępu. To w ich wypadku realistyczne maksimum, red. Władyka to inna historia, przykład tego jak pozytywnie może wpłynąć na mężczyznę mądra kobieta, zmarła niestety Barbara Łopieńska.

    @naturalucka
    „Najbezpieczniej, najuczciwiej i najdoskonalej, moim zdaniem, jest jednak założyć, że mniej więcej od piątej dekady życia ryzyko zapadnięcia na dziaderskość najpierw wybucha, a potem gwałtownie rośnie. … Nie ma się czym martwić, trzeba słuchać i czasem przymknąć kłapaczkę.”

    Zgadzam się z diagnozą i zaleceniem.

    @sfrustrowany_adiunkt
    „Mam wrażenie że jest to spuścizna stabilizacji lat 50-tych i Milczącego Pokolenia – czyli czasu gdy wydawało się że stabilna gospodarka, czasy w których mąż miał dobrą pensję i utrzymywał z niej całą rodzinę utrwaliły na długo podział ról płciowych w społeczeństwie.”

    Tak, lata 50-te to był, w USA i w Europie, czas udawania że wojny nie było, że trzeba się skupić na zarabianiu na pralkę i odtwarzaniu „normalności” (lekko zmodernizowanych stosunków przedwojennych) w świecie społecznym i w życiu prywatnym. Tony Judt dał panoramę tego kulturowego paradygmatu w „Powojniu”.

    @WO
    „Generalnie jeśli komuś STW i OTW się zajączkują w jedną „teorię względności”, nie będę z nim rozmawiać o żadnych teoriach, bo pewnie ich nawet nie odróżnia od hipotez.”

    STW i OTW to dobre przykłady wyzwalania się młodersów spod wpływu dziadersów – i następnie stawania się dziadersami kolejnej generacji. Einstein stworzył STW w toku intensywnych dyskusji z Michele Besso (co sam przyznał w artykule z 1905 r. ogłaszającym teorię). Obaj panowie jako studenci w Zurichu inspirowali się pismami filozoficznymi Ernsta Macha (tego, którego nazwisko uwiecznia wielkość fizyczna odnosząca się do prędkości dźwięku). Mach poszukiwał sposobu zerwania z newtonowską przestrzenią jako absolutną ramą referencyjną obserwowanego wszechświata i jego filozoficzny „relatywizm” (neutralny monizm) stał się punktem wyjścia do einsteinowskiej relatywistycznej mechaniki – choć dziś trudno nam przyjąć tę perspektywę, dla Einsteina jego STW i OTW były sposobem matematycznego rozwinięcia i potwierdzenia „zasady Macha” (termin jaki sam Einstein wprowadził do obiegu) wyrażającej intuicję, iż przestrzeń nie jest absolutną uprzywilejowaną ramą referencyjną względem lokalnego obserwatora i przedmiotu obserwacji. Była to jedna z ówczesnych kluczowych dyskusji na pograniczu filozofii i (dopiero się z niej na dobre wyodrębniającej) fizyki, rozpoczęta jeszcze „newtonowskim wiaderkiem” (Newton bucket experiment) [1] [2]. Mach początkowo z aprobatą przyjmował poszukiwania młodego kontynuatora swoich badań, jednak w ostatniej, opublikowanej już pośmiertnie książce w dość nieprzyjemnych, dziaderskich słowach się od niego odciął – stał się Agnieszką Holland pouczającą Strajk Kobiet, co powinny robić. Na co Einstein odpowiedział dawnemu mistrzowi „Wy…!”, choć – ponieważ jednak inne wtedy panowały obyczaje – ujął to w słowach: „Autant Mach fut un bon mécanicien, autant il fut un déplorable philosophe”. Konsekwencją rozbratu z Machem było ciche przejście Einsteina, ojca relatywizmu, na stanowisko poznawczego dualizmu: „The belief in an external world independent of the perceiving subject is the basis of all natural science”. Usztywniło to stanowisko Einsteina w innym kiełkującym wówczas sporze – tym o mechanikę kwantową, gdzie to Einstein okazał się niereformowalnym dziadersem, do końca życia odmawiającym uznania, iż obiekty mikroskopowe mogą być opisywane jako obszary prawdopodobieństwa, których parametry wyznacza dopiero akt makroskopowej obserwacji („Bóg nie gra w kości”). Jeżeli ktoś chce widzieć w tej anegdocie małą melancholijną przestrogę dla młodych rewolucjonistów – jego prawo!

    [1] http://www.maths.lse.ac.uk/Personal/james/York/lect12.pdf
    [2] https://plato.stanford.edu/entries/spacetime-theories/

  42. @ZaKotem
    1. Zedytowałem panu komcia doklejając ten drugi do tego pierwszego, bo rozumiem, że to była autopoprawka. Proszę sprawdzić, czy się zgadza.
    2. Jeśli pan nie chce stąd za szybko wylecieć, proszę generalnie polemizować z tym, co ja piszę – a nie wykorzystywać mojego bloga do polemizowania z jakimiś pańskimi fantazmatami, osobliwie sprzed 20 lat.

  43. @bantus
    „Historycznie OTW i STW były publikowane osobno, ale pojęciowo TW jest jedna i jest to OTW, a STW jest OTW bez grawitacji. ”

    Jasne, ale o ile STW da się wyjaśnić stosunkowo prostą matematyką (da się chyba nawet uprościć tak, żeby unikać groźnych pojęć jak „równanie różniczkowe” i sprowadzać wszystko do „całki” i „pochodnej”?), przy OTW nieuniknione są już te wszystkie operatory tensorowe. A ja wtedy zaczynam wyglądać jak ta pani na kanapie z mema „me explaining to my mom”. Przy czym DOMYŚLAM SIĘ, że zwykłe szkolne dy/dx to szczególny przypadek tensora, który wszędzie ma 0, a w jednej komórce ma 1, czy coś w tym rodzaju, jak w jakiejś delcie kronekera, ale dalej już zaczyna się dla mnie terra incognita.

  44. „Jasne, ale o ile STW da się wyjaśnić stosunkowo prostą matematyką (da się chyba nawet uprościć tak, żeby unikać groźnych pojęć jak „równanie różniczkowe” ”

    Chyby każdy (z nerdów tu obecnych) miał w ręku taką broszurkę Andrzeja Szymachy „Szczególna teoria względności” gdzie wzory wyprowadzano bez rachunku różniczkowego.
    Całość w stylu tego PDFa
    https://www.fuw.edu.pl/~szczytko/100latPozniej.pdf

  45. @długowłosy buntownik lat 60.

    W świecie amerykańskiej i zachodnioeuropejskiej kontrkulturowej lewicy dość dużą rolę odgrywał typ twardziela-rewolucjonisty – w ciemnych okularach i berecie typu Che Guevara. Łatwo znaleźć opisy takich postaw w licznych książkach wspomnieniowych, np. „Underground” Marka Rudda. Opisy zwykle krytyczne, bo spisywane już po tym jak na przełomie lat 70. i 80. na lewicowy aktywizm wpłynął ruch feministyczny, któremu zawdzięczamy np. różne metody moderowania dyskusji tak, aby nie została zdominowana przez dwóch chłopców w najbardziej stylowym berecie. O tym z kolei pisał Graeber, z okazji opisywania implementacji tych równościowych i inkluzywnych metod organizowania się i dyskutowania z okazji Occupy Wall Street i – wcześniej – Global Justice Movement,

  46. @Awal: „Jak pisze Kaja Puto.”

    Dzięki za dodatkowy kontekst.

    @mzk: „W świecie amerykańskiej i zachodnioeuropejskiej kontrkulturowej lewicy dość dużą rolę odgrywał typ twardziela-rewolucjonisty – w ciemnych okularach i berecie typu Che Guevara.”

    „Piękna Walka” Ta-Nehisi Coatesa to właściwie biografia takiego twardziela-rewolucjonisty. Jest o tyle fascynująca, że napisana z pozycji jego syna. Ta-Nehisi ojca kocha i szanuje mimo oczywistych wad jego postaw życiowych i politycznych, ale też wady te czytelnie pokazuje. Obok historycznej mapy Baltimore książka ma wręcz drzewo genealogiczne by ułatwić czytelnikowi orientację w związkach i dzieciach Paul Coatesa. Nie ma tam uproszczeń jak w Foreście Gumpie, jest za to czytelne osadzenie relacji rodzinnych (a właściwie rodzinnego pięciokąta) w kontekście kulturowym i politycznym Baltimore lat 70. i 80. Dorastanie Ta-Nehisiego z obecnym-nieobecnym ojcem jest w ten sposób pokazane jako proces politycznego dojrzewania, a książka to swoisty rozrachunek z radykalną polityką lat 70. Zawdzięczamy jej wiele, ale – by nawiązać do Occupy – jeśli się temu czy innemu weteranowi nie podoba machanie rękami zamiast braw, to wypad ze spotkania.

  47. @WO
    1. Oczywiście, że się zgadza, nie wiem czemu mi się wpis rozdzielił.
    2. Pojęcia nie mam, jakie fantazmaty miałem 20 lat temu. Chyba coś około d…, bo byłem nastolatkiem. Obecnym moim fantazmatem jest złudzenie, jakoby sugerował Pan, iż dziaderstwo jako poglądy zacofane samo wymrze z powodów biologicznych. No więc nie wymrze, bo jest cały czas zakorzenione w ludu. To nie są poglądy ludzi zadowolonych ze swojej pozycji. To poglądy ludzi bojących się tego, że przyjdzie nowa elita i wynajdzie nowy sposób dokopania im, bo każda poprzednia wynajdywała. Dziadersi-luminarze, świadomie czy nie, potrafią ten lęk rozgrywać na swoją korzyść. Lewica jakoś niespecjalnie.

  48. @zakotem
    ” No więc nie wymrze, bo jest cały czas zakorzenione w ludu. To nie są poglądy ludzi zadowolonych ze swojej pozycji. ”

    Teraz pan definiuje inaczej niż w notce. Redefiniują „dziadersów” jako, powiedzmy, materię barionową może pan oczywiście stwierdzić, że to zjawisko jest wieczne. Więcej rozmachu!

  49. @naturalucka

    …Nie ma się czym martwić, trzeba słuchać i czasem przymknąć kłapaczkę…

    @awal

    …Zgadzam się z diagnozą i zaleceniem…

    Ja też się zgadzam z diagnozą i zaleceniem, ba, nawet się do nich stosuję, ale @monday do definicji dziadersa dosypał, cytuję, “osoba(…)wychowana muzycznie na Trójce”.
    No niestety tu wysiadam. Widać jestem nieuleczalnie skażony syndromem inżyniera Mamonia. Choć intensywnie biorę leki w postaci blogaskowej playlisty i tym podobnych serwowanych tu szczepionek, to nadal uważam, że muzyka skończyła się, może nie na „Brothers in Arms”, ale gdzieś na ostrych papryczkach.
    No trudno. Mówcie mi dziaders, albo chociaż litościwie quasidziaders.

  50. @ZaKotem

    Ja tam jako social climber relatywnie częste kontakty z klasą ludową mam – w końcu to spora część bliższej i dalszej rodziny, ich znajomi, etc. I z tej pozycji widzę dziaderstwo jako fenomen przede wszystkim pokoleniowy. Nie kłoci się to z szerszą definicją Gospodarza, bo odrzucenie przemian obyczajowych jest jednak najczęstsze właśnie w przedziale roczników 1955-1970. I daje się wytłumaczyć konktekstem historycznym, kulturowym, gospodarczym okresu dojrzewania i wczesnej dorosłości. (Mw61 – nie jesteś dziadersem, sama muzyka aż tak nie definiuje 😉 )

    Ten sam kontekst zarówno dotyczący młodości ale także dorosłości a także starości opisuje zjawisko moherów – rocznikowo nieco wcześniejszych których emocje, zwłaszcza lęki zagospodarowało wiadome radio z Torunia ale także prawicowej młodzieży – czy to kuców, czy nacjonalistycznych fanów wyklętych jacy nie zabierali babci dowodu w 2011 czy 2015 tylko głosowali na PiS czy Korwina/Kukiza.

    I z tego powodu, zmiany są widoczne także w klasie ludowej. Nie bez powodu, śmiem twierdzić w TVP gdy mowa o ideologii LGBT pokazuje się starannie dobrane ujęcia z Love Parade czy podobnych imprez -krzykliwe, wręcz karykaturalne i przesadzone.
    I sorry za anecdata ale z rozmów z osobami z klasy ludowej (gł. zachód Polski wprawdzie) przy okazji sprawy Margot, pogromobusów czy manifestacji Strajku Kobiet widać kilka rzeczy:

    1) Nie ma przychylności dla zakazu aborcji – większość osób była nawet przeciwko kompromisowi
    2) Absolutnie nie ma przychylności dla zakazu rozwodów – także związki nieformalne (heteryckie) są traktowane jako normalne
    3) Samo istnienie związków osób samej płci jest dla nich zrozumiałe i nie mieliby nic albo niewiele przeciwko ich legalizacji. Bo powtarza się fraza „niech sobie żyją, byle by się nie obnosili na ulicach” – i owo „obnoszenie” jest częściej rozumiane jako parada drag queen niż mieszkający ze sobą dwaj faceci.

    Oczywiście – mam świadomość że to nie jest reprezentatywny obrazek, że w Polsce można być nękanym na podkarpackiej wsi za bycie gejem, że w dużym mieście dwie kobiety mogą zostać pobite za to że idą trzymając się za ręce, że nastolatki w szkołach popełniają samobójstwa ale czuć że czasy się zmieniają.

  51. @sfrustrowany_adiunkt
    „I z tego powodu, zmiany są widoczne także w klasie ludowej. Nie bez powodu, śmiem twierdzić w TVP gdy mowa o ideologii LGBT pokazuje się starannie dobrane ujęcia z Love Parade czy podobnych imprez -krzykliwe, wręcz karykaturalne i przesadzone.”

    Kontynuując wątek sprzed dwu notek, uważam że dobrym barometrem generacyjnych przemian w obyczajowości ludowej są produkcje disco polo (muzyka, teksty i klipy). Fetowany przez TVP Zenek Martyniuk to też jest „starannie dobrane ujęcie” – jego stylistyka „biesiadnego konserwatyzmu” należy do przeszłości. Współczesne produkcje, choć oczywiście nadal reprezentują przeważnie nurt „sztuki naiwnej”, to jednocześnie obrazują świat bardziej równościowych relacji w związkach, miejskich form rozrywki (typu clubbing), aspiracji zawodowych i majątkowych wykraczających poza małomiasteczkowy widnokrąg (studia, firma, zwiedzanie świata) – oraz otwartej komunikacji potrzeb seksualnych (to już nie są omowne „majteczki w kropeczki”, wprost używany jest język afirmacyjnej kobiecej i męskiej przyjemności erotycznej [1]). Akcenty nieheteroseksualne są wprowadzane w ten sam sposób, co w profesjonalnej popkulturze: poprzez obrazy i słowa możliwe do wieloznacznej interpretacji. Kiedy słucham tej muzyki i następnie wyobrażam sobie, że jej publicznością miałby wyborczo zawładnąć Czarnek czy Jędraszewski, to – pomimo całej prowincjonalnej hipokryzji i kościółkowego dwójmyślenia – coraz mniej mi się taka wizja spina.

    [1] Ok, dla celów poglądowych: https://www.youtube.com/watch?v=Gexv_Leuj9M

  52. @mw61 „Choć intensywnie biorę leki w postaci blogaskowej playlisty i tym podobnych serwowanych tu szczepionek, to nadal uważam, że muzyka skończyła się, może nie na „Brothers in Arms”, ale gdzieś na ostrych papryczkach.”

    Przecież tutejsza playlista też tylko wyjątkowo sięga poza rok 1989. Kto chce poznać SAULT, Nangę czy Elę Minus musi szukać gdzie indziej. Nieustająco polecam Polifonię red. Chacińskiego.

  53. Termin „dziaders” prawdopodobnie się zbastardyzuje i będzie niedługo oznaczał „starego konserwatystę”; ale początkowow moim zdaniem istotne w nim było to, że są to ludzie kształtujący dyskusję i narzucający tematy, nawet jeśli im się wydaje, że tego nie robią. Przykład. Ruszają protesty z hasłem „Wypierdalać!”. Klasyczny, choć dość młody, dziaders − Konrad Piasecki (50) (że pozwolę sobie na tabloidową notację) zaczyna kręcić noskiem na twitterku. Że fuj, że be, że jak to, że odstrasza, zniechęca, że polityczny błąd (w domyśle, że on to by to wszystko inaczej, lepiej). Wraża opinię, bo może, nie? Otóż jeżeli takie opinie zaczynają sobie dziadersi podawać jak piłeczkę w ramach chóru dziadersów, to nagle okazuje się, że to jest the temat. Może i opinia Piaseckiego jest kontrowersyjna; ale jeżeli inny dziaders, np. Tomasz Lis (54) zrobi wywiad z przykładową Kają Puto, to będzie pytał o to dlaczego dobre i godne hasło kon-sty-tuc-ja zostało zastąpione wulgaryzmami. Dziadersi nawet mogą nie zdawać sobie sprawy, że właśnie na tym mechanizmie polega ich władza i dlatego też nie rozumieją dlaczego przeciw tej władzy stawiany jest opór. A opór wyraża się przez to, że młoda kobieta powie „co to za creep?”, a nie „dziękuję za pytanie, panie redaktorze”.

    @WO: „przy OTW nieuniknione są już te wszystkie operatory tensorowe. A ja wtedy zaczynam wyglądać …”

    Ach, tu utknąłeś. No to to jest znacznie prostsze niż Ci się wydaje. Cała geometria różniczkowa jest w zasadzie o tym „jak liczyć pochodną, kiedy układ współrzędnych jest pokrzywiony” (np. na sferze, albo „siodle”) − nie jest to intuicyjne, ale to tylko technikalia, algebra wręcz. Całe te tensory można w pierwszym przybliżeniu traktować po prostu jak macierze (jest tam pewien dodatkowy smaczek, ale to później).

  54. @sfrustrowany_adiunkt & „nie obnoszenie się”:
    Myślę, że wątpię. Ja co prawda sądzę po znajomych już z klasy średniej, choć może też przez awans społeczny. I im przeszkadza jakiekolwiek okazywanie czułości przez pary homo w przestrzeni publicznej. I jak rozumiem, że to love parade robi za propagandę i przykład do wytykania; tak próg braku akceptacji dostrzegam o wiele niżej.

  55. @dziadersowaci komcionauci
    Hej, no, smutkiem od Was wali nieprzyjemnie, jak, nie przymierzając, trupem. Ja tam się wcale dziadersem nie czuję, choć w wieku gospodarza jestem. I, mimo tego, że w sumie na Trójce muzycznie wychowany jestem, wcale nie uważam, że teraz nie ma dobrej muzyki. Jest. Inna, ale jest. Co wiecej często ciekawsza, bo technologie poszły do przodu również w dźwiękach. To samo dotyczy właściwie wszystkiego, ostania rzecz jaka mi przychodzi do głowy, to to, że kiedyś to było dobrze, nie to co teraz, Panie, sodomia i gomoria. Przecież to kompletna bzdura jest. Jest inaczej, ale zawsze jest inaczej, dzięki temu ten świat gdzieś zmierza. Czy w dobrym kierunku to zupełnie inna sprawa, bo to zależy na co się patrzy.

  56. inz.mrownica
    „ale jeżeli inny dziaders, np. Tomasz Lis (54) zrobi wywiad z przykładową Kają Puto, to będzie pytał o to dlaczego dobre i godne hasło kon-sty-tuc-ja zostało zastąpione wulgaryzmami”

    To już jest wyrafinowany dziadersing. Pacjent 0 tego terminu to był rozmówca, który „mówi do mnie „pani Kajeczko”, gapi mi się na cycki, przejmuje mikrofon, gdy zaczynam mówić, wypowiada się na temat, który poruszam bez większej wiedzy, o czym mówię. Na podstawie swojego pobytu w ZSRR w 1988 r. wygłasza różne tezy geopolityczne na temat, powiedzmy, stosunków rosyjsko-gruzińskich. On wszystko wie, bo zna pięć słów po rosyjsku i tam był, może nawet jakieś dżinsy tam woził” [1].

    [1] https://www.tokfm.pl/Tokfm/7,103085,26537055,kaja-puto-opisuje-dziadersa-mowi-pani-kajeczko-gapi-sie.html

  57. @inz.mruwnica&OTW

    „No to to jest znacznie prostsze niż Ci się wydaje”

    Hmm. Chyba jednak nie bardzo, policzenie czegokolwiek w OTW jest jednak bardzo skomplikowane. Ale, z drugiej strony, koncepcyjnie jest OTW według mnie prostsza niż STW, choć nie wykluczam, że czegoś nie rozumiem. Mamy masy, mamy pogiętą pod ich wpływem czasoprzestrzeń. Reszta to rachunki.

  58. już dawno temu bardzo zachwyciło mnie to pierwsze, jeszcze wąskie pojmowanie dziadersa – o której pisał Awal przywołując Kaję Puto. To znaczy mogłem łatwo oznaczyć dziadersów wśród starych kudłatych facetów, z którymi zetknął mnie los. Do tych wszystkich definicji dodawałem jeszcze jedną: śmieszną niezgodę na własną starość (te fryzury, te dżinsy, tużurki, bandany, pierdzące motory itp. itd.).
    Wraz z nieuchronną ekspansją pojęcia dziaderstwa sprawy pokomplikowały się w dwie strony – dziadeska nie dość, że stała się liczna (dołączyły kobiety), to jeszcze trzeba się zmagać z kiełkującym w sobie dziadersem. O losie.
    Z tą nieszczęsną Trójką to nie jest ona niezbędnym warunkiem dziadeski, ale – jak mnóstwo innych rzeczy – jej sprzyjała. Tak samo, jak ‚posługiwanie się internetem’ przez Waldemara Kuczyńskiego, czyli absurdalna wiara w swoje ponadczasowe i elitarne kulturowe umiejętności. Sprowadzająca się w istocie do pogardy plebsem.
    Do wspaniałej porady, by w obecności młodszych „zamknąć kłapaczkę” dodałbym jeszcze jedną – by jednak podejmować (choć skazane na klęskę) próby uczenia się od młodszego pokolenia. To chyba jest fajna trutka na własne dziaderstwo – przekonanie się, że oni często lepiej wiedzą, o co chodzi. Bo to, że słuchają fajnej muzy, to chyba wiadomo.

  59. @sheik

    …Przecież tutejsza playlista też tylko wyjątkowo sięga poza rok 1989…

    Eee, z gospodarzem to ja muzycznie bym się dogadał, ale komentarze naszych młodszych blogaskowych przyjaciół, to już dla mnie chińszczyzna, choć usilnie staram się ich zrozumieć.

  60. @mw.61
    „@monday do definicji dziadersa dosypał, cytuję, “osoba(…)wychowana muzycznie na Trójce”.
    No niestety tu wysiadam. Widać jestem nieuleczalnie skażony syndromem inżyniera Mamonia (…) No trudno. Mówcie mi dziaders”

    Proszę tego nie brać na poważnie. Cytowałem @sfrustrowanego_adiunkta, który przytoczył popularny mem, rozpropagowany przez satyryczny fabebookowy fanpage „Wychowany Na Trójce”, stronę wyśmiewającą z jednej strony hardcorowych zwolenników Grzegorza Schetyny (tych którzy śpiewają „Obławę” Kaczmarskiego, wielbią JPII, Reagana i Pinocheta oraz uważają, że Pietrzak „kiedyś był zabawny, ale teraz zabłądził”), z drugiej – snobów kolekcjonujących winyle i narzekających, że „prawdziwa muzyka skończyła się 40 lat temu” (BTW – zauważyłem, że profil ten śledzi duża grupa „trójkowiczów”, co pozytywnie o nich świadczy, że są fajnymi ludźmi i mają do siebie dystans). Swoją drogą pod względem gustów muzycznych sam jestem tym wyśmiewanym przez WNT hardcorowym dziadersem – uważam, że prawdziwa muzyka *faktycznie* skończyła się 40 lat temu!

  61. @monday
    „prawdziwa muzyka *faktycznie* skończyła się 40 lat temu!”

    WTF jest „prawdziwa muzyka”?

  62. @monday.night.fever
    „uważam, że prawdziwa muzyka *faktycznie* skończyła się 40 lat temu!”

    W sensie – w dniu śmierci Lennona?

  63. @bartol: ‘WTF jest „prawdziwa muzyka”?‘

    Słownikowa definicja to „muzyka usłyszana przed 26 rokiem życia”.

  64. @Kuba
    „muzyka usłyszana przed 26 rokiem życia”

    No to kolega monday całkiem wiekowy już jest.

  65. @prawdziwa muzyka

    Rozumiem, że koledze poniedziałkowi chodzi o Drugą Symfonię i Lacrimosa Pendereckiego, kończące etap jego najdonioślejszych poszukiwań twórczych. Bardziej przyziemnie jednak, w muzyce rockowej 1980 jest również cezurą: koniec „kanonicznej” działalności gitarowych gigantów, którzy wywiedli tę muzykę na stadiony: Led Zeppelin, Eagles, ELP (nie licząc późniejszych revivali, reunionsów itp. odcinania kuponów) – a jednocześnie wejście nowych cięższych brzmień symbolizowane przez płytowy debiut Iron Maiden. Nic nie może wiecznie trwać.

  66. @prawdziwa muzyka
    Jak powszechnie wiadomo, Dzień w Którym Umarła Muzyka to 3 lutego 1959.

  67. @sheik.yerbouti
    Byłbym się z tym w stanie zgodzić, lecz nie chcę wyjść na pradziadersa

  68. @Awal
    „Led Zeppelin, Eagles, ELP”

    Aż nie chce mi się wierzyć, że kiedyś mi się to nawet podobało. Nie żebym fanem był, miło się słuchało od czasu do czasu. Ale takiej miłej do słuchania muzyki to od metra było. Łącznie z megaobciachem, czyli Scorpionsami, których akurat słuchać się nie dało i nic się tutaj nie zmieniło. To smętne ramoty są. Przyjemne dla ucha, i owszem, ale ramoty.

    Ok, żebym na hejtera nie wyszedł, to muszę się przyznać, że mam płytę Crimsonów, którą kiedyś kupiłem tylko i wyłącznie dla Epitafium w romantycznym porywie duszy jeszcze wtedy całkiem młodej. Ale no już szału nie ma.

    Dobra, kończę, bo mnie zaraz Krystyna kijkiem pogoni.

  69. @sheik
    „Jak powszechnie wiadomo, Dzień w Którym Umarła Muzyka to 3 lutego 1959.”

    Nieno, dajcie już spokój, bo tu się jakiś smętny zakątek dziadersów robi.

  70. Pierwszy album King Crimson akurat był bodaj najsłabszy. To odwrotnie niż u Led Zeppelin.

  71. @sfrustrowany adiunkt
    „odrzucenie przemian obyczajowych jest jednak najczęstsze właśnie w przedziale roczników 1955-1970. I daje się wytłumaczyć kontekstem historycznym, kulturowym, gospodarczym okresu dojrzewania i wczesnej dorosłości (…) Ten sam kontekst zarówno dotyczący młodości ale także dorosłości a także starości opisuje zjawisko moherów – rocznikowo nieco wcześniejszych których emocje, zwłaszcza lęki zagospodarowało wiadome radio z Torunia ale także prawicowej młodzieży (…)”

    Ja regresu obyczajowego upatrywałbym przede wszystkim w wyborze naszego rodaka na papieża pod koniec lat ’70. Gdyby nie to, dziś mentalnie bylibyśmy w innej epoce. No i prezydentura Reagana i bankructwo PRL w ejtisach też dołożyły swoje. Przełom lat ’70 i ’80 był potężnym ciosem religijną maczugą w kiełkujące wówczas opozycyjne laicko-postępowe grupy lewicowe które nie dość, że już wtedy zaczynały mieć pod górkę (bo w związku z agresywną ofensywą neoliberałów i fundamentalistów religijnych na zachodzie zmieniała się zwrotnica dziejów, a ruchy marksistowskie zaczynały stawać się passe), to jeszcze w Polsce znalazły się one dodatkowo pod kościelnym parasolem (choć Michnik wydał „Kościół, Lewicę, Dialog” jeszcze w ’77). Późniejsze wprowadzenie stanu wojennego zaorało resztki zorganizowanej opozycji, a na placu boju pozostała najsilniejsza struktura, czyli kościół, pod który wszystko się podpięło, a który po zmianie ustroju zrezygnował (podobnie jak przed wojną) z polityków centrowych na rzecz najbardziej reakcyjnych elementów w rodzaju ZChN. W związku z tą kościelną kuratelą w latach ’80 żaden postępowy opozycjonista nie mógł otwarcie sprzeciwić się klerykalizacji (która, nawiasem mówiąc, ruszyła pełną parą wcale nie po zmianie ustroju, a już w latach ’80 – to wtedy odbył się festiwal nawróceń, to wtedy stawiano jeden kościół za drugim!) i Wojtyle, bo zostałby uznany za sojusznika komuny. Z pozakościelnej (choć równie konserwatywnej, bo reaganowskiej) beczki, to właśnie w latach ’80 programem opozycji stało się nie budowanie drugiej Skandynawii, tylko drugich Stanów Zjednoczonych. Ch… ze spójnością społeczną, w dżungli przeżyją najsilniejsi („tygrysy” i inni „łowcy”)!

    Nic dziwnego, że ludzie wychowani na Papieżu-Polaku (prawdziwe „pokolenie JPII” to właśnie ludzie, którzy pamiętają moment wyboru Wojtyły na papieża) odrzuciło nowoczesność, podobnie jak odrzuciła je później uczona z podręczników napisanych przez tamto pokolenie młodzież, która w latach ’90/’00 również skręciła ideologicznie, ulegając prawicowym miazmatom i czarowi kościelnej konserwy (oni może nie traktowali poważnie zakazu stosowania środków anty, co było raczej obiektem beki, ale tzw. „Cywilizację Śmierci”, „zabijanie nienarodzonych”, „relatywizm moralny”, „Polskę jako przedmurze chrześcijaństwa” czy – w zwulgaryzowanej przez prawicę wersji kościelnego kazania „terror feminazistek i politpoprawności” – już łykali jak pelikan). Do tego doszła jeszcze neoliberalna propaganda, garść nacjonalizmu i mamy korwinistę-hunwejbina…

    „Dziadersami” można dziś nazwać opozycjonistów z tamtych czasów, którzy z racji swojej biografii przytulili się pod opiekuńcze skrzydła kościoła, a działali m.in. za przesyłane przez CIA fundusze, a więc nie wyobrażają sobie uprawiania polityki inaczej niż klęcząc przed księdzem i Wielkim Bratem zza wielkiej wody (oraz – jeśli chodzi o gospodarkę – bez wzorowanego na Reaganie uniowolnościowego balceryzmu). To oni są dziś „luminarzami dziadocenu” (mimo, że część głośno wrzeszczy że kościół ich „zdradził” popierając PiS – cóż, odrzucona miłość boli najbardziej). Ci ludzie (Zoll, Komorowski) NAPRAWDĘ wierzą, że aborcja jest zabijaniem dzieci, że Stany Zjednoczone walczą o pokój na świecie oraz że państwo jest wrogiem obywatela, a więc powinno się zamknąć w stróżówce i zgasić światło! Oni (PAX, KIK, Więź, chadecka opozycja) lata ’80 spędzili całkiem dosłownie na klęczkach, bo salki parafialne to były jedyne miejsca, gdzie czuli się naprawdę bezpiecznie. Politycznymi rodzicami dzisiejszego dziaderstwa politycznego są Reagan i Wojtyła – postacie absolutnie konserwatywne, a skutki ówczesnego aliansu religii z polityką odczuwany dziś. Najlepsze jest to, że te styropianowe dziadersy wcale się za religijnych fundamentalistów nie uważają (obecnie nawet Niesiołowski odcina się od polskiego kościoła), choć to właśnie oni przyłożyli położyli fundamenty pod klerykalizację kraju. Ups, jakoś tak wyszło. Przepraszamy – klerykalizacja i fundamentalizm rynkowy były koniecznymi kosztami wprowadzania demokracji w Polsce.

  72. @Awal
    „dobrym barometrem generacyjnych przemian w obyczajowości ludowej są produkcje disco polo (…) Kiedy słucham tej muzyki i następnie wyobrażam sobie, że jej publicznością miałby wyborczo zawładnąć Czarnek czy Jędraszewski, to – pomimo całej prowincjonalnej hipokryzji i kościółkowego dwójmyślenia – coraz mniej mi się taka wizja spina”

    Oldskulowe disco-polo w wersji zenkowo-najntisowej jeszcze tolerowałem, ale to coś nagrywane dzisiaj to już nawet nie jest disco-polo, to zwykłe chamstwo i prymitywizm wzorowane na hip-hopie („cztery osiemnastki w moim samochodzie”, teksty o robieniu loda itp. to taki agro-bounce). To ja już wolę Sandu Ciorbę, przynajmniej jest się z czego pośmiać. U Zenka te rubaszno-biesiadne wątki też były, ale tam genitalia były przynajmniej zasłonięte; to jak porównywać francuski erotyk z lat ’70 z niemieckim pornolem z kolejnej dekady z Theresą i hydraulikiem w rolach głównych. Co do tego spinania się – jest taki dokument „Czekając na sobotę” – może kolega oglądał? Cały ten klub to generator patologii i alkoholizmu, a ta „wyzwolona młodzież”, która zalicza wpadki w dyskotekowym kiblu po spożyciu pół litra to przecież potencjalni wyborcy alt-prawicy (a ich rodzice są sierotami po Lepperze)! W NRD – kraju zupełnie zeświecczonym – takie towarzystwo głosuje na AfD.

  73. @monday.night.fever

    „zwykłe chamstwo i prymitywizm wzorowane na hip-hopie”

    Jest różnie, lepiej i gorzej, podobnie zresztą jak w rocku. Dla przykładu, przywoływanym przez Awala piosenkom „Top Girls” trudno przypisać którykolwiek z powyższych wyróżników.

    „wolę Sandu Ciorbę”

    Nie no, to wiadomo, manele jako gatunek są po prostu ciekawsze muzycznie. Sandu Ciorba jako manelista jest przeciętny – braki w wyrafinowaniu nadrabia energią i pastiszowym zacięciem – natomiast natrafiłem na jego cross-overy z bardziej tradycyjną muzică lăutărească i to akurat było ciekawe.

  74. @monday.night.fever

    Zaryzykuję stwierdzenie, że „Poczuj jak bije serce” Top Girls wypełnia podobną niszę kulturową jak ongi np. „Chcę Ci powiedzieć coś” Maanamu. Aranżacyjnie, tekstowo i realizacyjnie bez wstydu. „Balujemy w domu” SONiCa czy „Mama ostrzegała” Daj To Głośniej to trochę niższa półka wykonawcza, ale za to umiejętnie operują autoironią i żartem. „Impreza” Fanatica umieszcza clip w przestrzeni biurowej, odwołując się do aspiracyjnych horyzontów zawodowych swojej publiczności. „Do nieba bram” CamaSutry operuje śmiałą erotyką, ale dalibóg gdzie indziej w polskiej kulturze masowej masz taką otwartą afirmację kobiecej seksualności?

    A co do tych erotyków z lat 70-tych i 80-tych, jakkolwiek z oeuvre Teresy Orlowski jestem na bakier, to opisana przez Ciebie fabuła z hydraulikiem pasuje jak ulał do „Maîtresse” z Bulle Ogier i Gérardem Depardieu.

  75. @awal

    „Usztywniło to stanowisko Einsteina w innym kiełkującym wówczas sporze – tym o mechanikę kwantową, gdzie to Einstein okazał się niereformowalnym dziadersem, do końca życia odmawiającym uznania, iż obiekty mikroskopowe mogą być opisywane jako obszary prawdopodobieństwa, których parametry wyznacza dopiero akt makroskopowej obserwacji („Bóg nie gra w kości”).”

    Ależ nie – Einstein wyraża tutaj przede wszystkim pogląd, że wszechświat jest deterministyczny, co zresztą jest nadal w miarę normalnym poglądem wśród fizyków. Nie jest to niekompatybilne z mechaniką kwantową jako taką. Poza tym obserwacja nie jest makroskopowa, tylko również mikroskopowa, bo termin „obserwacja” oznacza w mechanice kwantowej po prostu interakcję dwóch układów kwantowych, czyli, przykładowo, zderzenie dwóch elektronów również jest obserwacją. To, że my sobie, potocznie rzecz ujmując, „obserwujemy” wynik jakiegoś zdarzenia kwantowego, nie oznacza, że to jest właśnie ta obserwacja, która wypłaszcza funkcję falową w interpretacji kopenhaskiej – w rzeczywistości chodzi przede wszystkim o zderzenie z przyrządem pomiarowym, czyli np. pojedynczym fotonem.

    Twierdzenie, że Einsten odrzucał mechanikę kwantową, to mit. Twierdził jedynie (razem z Podolskym i Rosenem), że muszą istnieć jakieś ukryte zmienne, których nie znamy (co później w dużej mierze zdementował Bell dla zmiennych lokalnych). Generalnie jest to też kwestia perspektywy – albo odrzucasz determinizm, albo lokalność, a w przypadku interpretacji wieloświatowej można nawet jednocześnie mieć ciastko i je zjeść (lokalność + determinizm).

    Jeśli chcemy omówić dziaderskość na przykładzie Einsteina, to IMO lepiej wyciągnąć jego seksizm albo rasizm.

  76. @rozowyguzik

    Dzięki, to chciałem krótko ująć odwołując się do stanu dyskusji z czasów Einsteina. O seksizmie czy innych przewinach nie chciałem pisać bo zaraz trzeba by dla równowagi dodać antysemityzm jakiego doświadczał w Niemczech i USA, a anegdota miała być lekka i oryginalna, a nie smutna i dość banalna (tak wypełniam vox populi sprzed dwu notek) – chciałem wskrzesić na chwilę ten obszar wielokulturowej debaty i wzajemnej inspiracji w jakim funkcjonowali Einstein, Besso, Mach, również oczywiście serbska żona Einsteina, a na innym jego krańcu także Polacy, którzy stworzyli Szkołę Lwowską. Teraz, żeby dopełnić miary smutku, zmierzamy w przeciwnym kierunku.

  77. Co do zamiaru pełna zgoda, wot nie jest do końca tak z tą interakcją Einsteina z mechaniką kwantową, jak się maluje w popularnych obrazach. Swoją drogą, z ciekawych motywów z tego okresu, polecam też historię, jak Einstein był odbierany w ZSRR za czasów Lenina (który nienawidził Macha) – że mimo wszystko, mimo związków z Machem, nadal był przyjmowany dość ciepło, wbrew obiegowej opinii, że w ZSRR potępiali ideologicznie Einsteina za „relatywność” – chodziło tak naprawdę o Macha.

  78. @disco polo – c.d.

    Zwrócono mi uwagę, że utwór „Mama ostrzegała”, sam w sobie ironiczny, dorobił się kilku parodii, w tym jednej w stylistyce agro („kiedy rąk do pracy brak ci wszędzie,
    on dopłaty tylko zgarniać będzie…”). Mamy więc do czynienia z dyskursywnym obiegiem kulturowym zdolnym do autotematycznego komentarza.

    Czy to jeszcze disco polo skoro nie śpiewają chłopcy z janczarami? To muzyka, którą disco-polowa publiczność uznaje za swoją, cieszy się nią, kibicuje wykonawczyniom i wykonawcom. Odbierane przez słuchaczy sygnały swojskości są niekiedy subtelne, podkorowe – od śladów wymowy regionalnej transkrybowanej na profesjonalne wokale po swojskie dla publiki krajobrazy Giżycka czy Zamościa w klipach, pokazywane w nich znajome – choć aspiracyjne – wnętrza rodem z lokalnych stolarni kuchennych, itp. Otoczki ekscesowo-alkoholowej, częściowo inscenizowanej, nie disujmy jak jacyś dziadersi. Nasza własna, uskuteczniana w klubach studenckich czy na punkowych koncertach miała inną klasową stylistykę, to wszystko.

  79. Szanując najwyraźniej autentyczną fascynację Awala disco polo i nawiązujac do jego komentarza po wcześniejszą notką (dico polo jako gateway drug do lewicowego światopoglądu) pozwolę sobie pozostać sceptycznym. W latach 50. biali w USA kupowali sobie płyty z czarnym rock’n’rollem, ktore miały zresztą „dla przyzwoitosci” na okładkach białych nastolatków. Czy ta muzyka zmieniła ich poglądy na mniej rasistowskie? Mooooże trochę. Odrobinę. Każdy lincz mniej się liczy.

    @Otoczki ekscesowo-alkoholowej, częściowo inscenizowanej, nie disujmy jak jacyś dziadersi. Nasza własna, uskuteczniana w klubach studenckich czy na punkowych koncertach miała inną klasową stylistykę, to wszystko.
    Stylistyka ma znaczenie, zresztą to zwykle cały zestaw zachowań (pogo w punku, twerking w hiphopie, chemiczny entuzjazm na pigułach w tekkkno). Dlatego to hiphopu raczej słucham niz oglądam, a i to dalece nie każdego. Estetyka jest ważna w życiu. Walker Red Label to niby też whisky, SsangYong Rodius też samochód.

  80. @rozowyguzik
    za czasów Lenina (który nienawidził Macha)

    Trudno lubić Macha; w sumie był patopozytywistą.

  81. @sheik.yerbouti
    „Szanując najwyraźniej autentyczną fascynację Awala disco polo…”

    Fascynację jak fascynację – na bezludną wyspę wziąłbym jednak inny zestaw muzyczny. Natomiast zwracaliśmy uwagę (wraz z kolegą m.bied) na trochę zbyt automatyczne założenie, jakoby publiczność disco polo to podzbiór twardego elektoratu PiS. Medialna machina PiS-u chce byśmy w to uwierzyli, Kaczyński i Kurski idą – zapewne nieświadomie – śladami Salazara, który aurą muzyczną swojego reżimu uczynił ludowe fado, bądź Bieruta który budował reżim w takt oberków. Disco polo w wizji PiS-u ma być muzyką afirmacji konserwatywnego status quo, uśmiechniętego pogodzenia ze światem, w którym wszystko jest na swoim miejscu: chłopiec kocha dziewczynę, na stole jest barszcz, w kościele ksiądz a w Warszawie nasz rząd dobrej zmiany. Do tego obrazka pasuje jednak tylko nurt jaki określiłem jako „disco polo vintage” z jego czołowymi postaciami w rodzaju Martyniuka czy Świerzyńskiego z Bayer Full (obecnie komentatora w programie Rachonia w TVP). Tymczasem żywotne soki tej muzyki płyną gdzie indziej i reprezentują inne widzenie świata. Oczywiście piosenki Top Girls to nie jest jakaś czarny rhythm and blues, z przekazem klasowej skargi i gniewu – o ten status ubiegają się pewnie Wilcze Jagody czy inne zespoły z Kobiecego Grania. Jednak nie jest też młode disco polo głosem zapatrzenia w zastaną konserwatywną rzeczywistość polskiej prowincji. Muzyka ta, choć pozbawiona bezpośredniego politycznego przekazu, operuje światem przedstawionym miękko kontestującym tradycyjne wzorce życiowe: rzucają się w nim w oczy zwłaszcza bardziej równościowe relacje damsko-męskie, kobiety podejmujące aktywną rolę w związkach (nie hołubione księżniczki) oraz krajobraz aspiracji życiowych, w którym jest miejsce na kształcenie się i poznawanie świata. To jest dla wiejskiej dziewczyny decydującej się studiować stomatologię w Lublinie równie ważny formacyjny przekaz jak owo pogo było dla fana Siekiery (oddajmy dziś hołd). Na profilu takiej fanki jest już może piorun (sprawdzałem, zdarzają się) nawet jeżeli nie ma go na stronie zespołu. Lewica, która chciałaby być kiedyś w Polsce być partią ludową, a nie inteligencką, powinna mieć słuch na takie kulturowe zjawiska.

  82. @sheik

    „Szanując najwyraźniej autentyczną fascynację Awala disco polo”

    No ale jaka ona może byc, jak nie autentyczna? Sam się nie wkręcam w temat jakoś super poza ogólnymi założeniami, ale mam znajomego, co jest uber wkręcony i z tego co wiem disco polo, jako gatunek, jest tak naprawdę dość złożone (patrz analiza vs italo disco z wczesnych lat 90, gdzie naprawdę zespoły typu Boys starały się odbić temat).

    @gammon

    Tak, absolutnie nie dzię się Leninowi tutaj.

  83. P.S.
    @sheik.yerbouti
    „Stylistyka ma znaczenie”

    W dzisiejszej wyborczej dowiadujemy się z wywiadu z artystą hip-hopowym i doktorantem filozofii Ziemowitem Gowinem (proszę nie łączyć go z ojcem!), że „w filozofii Ayn Rand nie ma żadnego miejsca na legitymizację opresji”. Proszę więc o wywiad polityczny z kimś z młodej sceny disco polo – jestem dziwnie spokojny o to, jak jego stylistyka wypadnie na tym tle.

  84. wszystko na tym blogasku kończy się na patefonach. No dobra. Ronnie Ferrari, 12 mln wyświetleń, politycznie zaangażowane lewicowe diskopolo nowej generacji, także ten. Problem, który oczywistym się rysuje, jak nowa lewica ma dotrzeć do tych młodych fanów Ronniego, bo to, że nie zagłosują oni już na PiS z ich wyklętozą, właśnie nam się załatwiło samo.

  85. @rozowyguzik
    „z tego co wiem disco polo, jako gatunek, jest tak naprawdę dość złożone”

    No, ja mam ogólne pojęcie o ewolucji muzycznej gatunku, zaś jako odbiorca koncentruję uwagę przede wszystkim na warstwie tekstowej i paralelnej warstwie dramaturgiczno-inscenizacyjnej klipów. W „Mleczku” Topków miga na półce popularne wydanie „Ascanio” Dumasa w popularnej edycji Wydawnictwa „Śląsk” – jest to interesujący komentarz do pokazanej w klipie fabuły (motyw zazdrości i miłosnej intrygi).

    Refren „Poczuj jak bije serce” tego samego zespołu (tekściarzem był Adam Konkol z „Łez”) podejmuje zgrabną grę z polską wersją pary „fire-desire”, czyli „serce-ręce”.

    Kochani, to też jest ucieczka od dziaderstwa. Powinienem oczywiście perorować, czy solówka gitarowa w „Hotelu California” jest najlepsza w historii, czy jednak ustępuje tej w „Stairway to Heaven”. Odmawiam udziału.

  86. @aldek
    „jak nowa lewica ma dotrzeć do tych młodych fanów Ronniego”

    Oczywiście na centralnej konwencji Lewicy Razem zaśpiewają Czarne Biedronki (stockowa nazwa dla indie-rockowego zespołu chwalonego przez red. Chacińskiego) jednak na konwencjach lokalnych może jednak ktoś z line-upu Festiwalu Muzyki Tanecznej…

  87. @awal i czarne biedronki

    Jako że byłem tam między nimi (jak jeszcze coś było), to powiem, że stockowa nazwa polskiego indie to zazwyczaj jakieś Ugory, Chwasty, Kwiaty, Zwidy, Wiry, Fazy, Opady itd.

  88. oniryka kroczy przed przegrywem, tyle powiem. Jakby ta nowa lewica miała jaja, to zaprosiła by Ronniego jako gwiazdę, a te zwidodronki w charakterze przedskoczków co najwyżej. Ale zawsze z nich kiełkujący dziaders wyjdzie, co się poradzi. Ole olek się nie patyczkował, to i wygrywał.

  89. @Piotrek Markowicz
    Tak, po wystąpieniu Zandberga zagrają Chwasty w nowym składzie z wokalistką Kwiatów. Czarne Biedronki to hobby band aktywistów oddziału warszawskiego, rozruszają publikę ironicznymi coverami Abby w części nieoficjalnej. Natomiast na konwencji lokalnej w Łomży tylko Topki i na supporcie Fanatic. Czy to takie trudne?

  90. @aldek

    Wydaje mi się, że techno i elektronika taneczna w odpowiednim wydaniu ma szansę stać się muzyką nowego buntu, jeśli w ogóle. Na Strajku Kobiet dość sporo techno było.
    Natomiast sama idea, że muzyka będzie kolejnym przejawem buntu jest – no cóż, niestety – dość dziaderska. Muzyka popularna na chwilę obecną zwija się do niszy, tak jak fotografia albo tam inny teatr. Będzie z nami, ale następny punk nie będzie miał wiele wspólnego z muzyką. Obym się mylił, oczywiście.

  91. @awal

    … Do tego obrazka pasuje jednak tylko nurt jaki określiłem jako „disco polo vintage” z jego czołowymi postaciami w rodzaju Martyniuka czy Świerzyńskiego z Bayer Full (obecnie komentatora w programie Rachonia w TVP)…

    No i tam idą pieniądze z TVP.

    … Tymczasem żywotne soki tej muzyki płyną gdzie indziej i reprezentują inne widzenie świata…

    No lejesz miód na moje serce, bo nie zdawałem sobie sprawy, że w tym bąbelku jest jakakolwiek gradacja czy też podział. Może zadziała to jak Netflix, gdzie w serialach środowisko LGBT, ale nie tylko, jest traktowane w sposób naturalny, przez to oswajający dziadersów z takimi zachowaniami.
    Tu osobista, trochę dziaderska, refleksja. Nie ukrywam, że wiele ich produkcji z tej przyczyny na początku trochę mnie drażniło. W tv ogólnodostępnej, nawet w TVN, niewiele można było zobaczyć tego typu historii. Dzisiaj, po chyba już dwóch latach kontaktu praktycznie tylko z internetową tv, miłość gejowska czy lesbijska, jest traktowany przeze mnie w sposób naturalny, co jeszcze niedawno nie było takie oczywiste. No cóż, metryka, wychowanie, środowisko i takie tam działa, czy tego chcemy czy nie.
    Mam nadzieję, że ten zauważony przez ciebie trend w muzyce Disco Polo, zadziała jak na mnie, ale chyba i na wielu innych z mojego pokolenia, Netflix(gdzieś chyba były jakieś badania).

  92. @awal „W dzisiejszej wyborczej dowiadujemy się z wywiadu z artystą hip-hopowym i doktorantem filozofii Ziemowitem Gowinem (proszę nie łączyć go z ojcem!), że „w filozofii Ayn Rand nie ma żadnego miejsca na legitymizację opresji”. Proszę więc o wywiad polityczny z kimś z młodej sceny disco polo”
    Chwila moment, jeśli dobrze Cię rozumiem, zdajesz się sugerować, że young Gowin jest reprezentatywny dla hiphopu? Ja się od Ciebie dowiedziałem, że on w ogóle cokolwiek działa na scenie muzycznej. I nie będę sprawdzać, czy ten smutny człowiek robi to dobrze, bo szanse na to są marne. Z hiphopowcow mających jakiekolwiek wykształcenie wolę radcę prawnego Łonę, który mimo profesji zachował naprawdę sporo wrażliwości społecznej.

  93. @sheik

    W kwestii Łony i jego wrażliwości polecam absolutnie świetny tekst Piotra Szweda z Czasu Kultury.
    tl;dr – z tą wrażliwością społeczną bywało różnie i przez długi czas Łona miał bliżej do liberałów od „weź swój los w swoje ręce” niż do lewicy.

  94. @Piotrek Markowicz „tl;dr – z tą wrażliwością społeczną bywało różnie”

    Wszyscy są be. I dlatego nie możemy mieć w Polsce ładnych rzeczy.

  95. @Piotrek Markowicz
    „Wydaje mi się, że techno i elektronika taneczna w odpowiednim wydaniu ma szansę stać się muzyką nowego buntu, jeśli w ogóle. Na Strajku Kobiet dość sporo techno było.”

    Chyba nie techno, choć elektronika: u wujka Putina buntująca się młodzież słucha np. IC3PEAK. I nie jest to tylko bunt okołopolityczny (patrz: Смерти Больше Нет) ale i przeciw pewnym oczekiwaniom społecznym/kulturowym (Плак-Плак czy Грустная Сука).

    @Awal
    „„Do nieba bram” CamaSutry operuje śmiałą erotyką, ale dalibóg gdzie indziej w polskiej kulturze masowej masz taką otwartą afirmację kobiecej seksualności?”
    – Skoro już porównujemy do starych przebojów: kiedyś „Wszystko czego dziś chcę”. Gdzie otwartość mierzymy na miarę chwilowej normy obyczajowej, oczywiście.

  96. @mw.61
    „Mam nadzieję, że ten zauważony przez ciebie trend w muzyce Disco Polo, zadziała…”

    Ta muzyka nie tyle stara się wychowywać słuchaczy, co jest odbiciem trendów obecnych wśród nich. Droga od próbującej sił fanki do gwiazdy jest w tym gatunku krótka – wiedzie przez lokalne zespoły taneczno-śpiewacze, lokalne konkursy, imprezy samorządowe, wreszcie wyspecjalizowane firmy producenckie na czele z Noizz Bros Sienickiego i Książaka oraz skupionej wokół nich stajni tekściarsko-kompozytorskiej. Świat twórców i fanów przenikają się – obserwując efekt tej interakcji (nie tylko same piosenki, ale i rozmowy na sieciach społecznościowych, wypowiedzi w lokalnych mediach) możemy dość dokładnie rozpoznać kulturowe normy i oczekiwania młodej polskiej prowincji. Powiedziałbym, że jest to obraz trafniejszy niż wynikający z dzieł reporterskich, literackich czy komiksowych pochodzących od miejskich autorów eksplorujących ten teren, niekiedy w formule „powrotu do domu” (autorzy ci ze swoją ramą poznawczą wychwytują często jedynie negatywy i kurioza).

    @sheik.yerobouti
    „Chwila moment, jeśli dobrze Cię rozumiem, zdajesz się sugerować, że young Gowin jest reprezentatywny dla hiphopu?”

    Oczywiście nie jest. Ten wywiad jest perełką – młody facet bez specjalnych zasług czy to na polu muzycznym czy akademickim jest z nabożeństwem wypytywany o swoje poglądy w tych obszarach, co może być jakkolwiek interesujące jedynie ze względu na jego ojca. Od którego się gorliwie odżegnuje.

    Jednocześnie gazeta nie dostrzega autentycznych twórców królujących w wyobraźni szerokich grup społecznych, od których – co już zdążono zauważyć – zależy, czy PiS utrzyma władzę. O rynku disco polo, czy też powiedzmy popularnej muzyki elektronicznej (tak lepiej?), z gazety dowiesz się tyle, że TVP wciska ludowi Zenka – obraz niepełny, anachroniczny i krzywdzący.

  97. @Bardzozly
    „Skoro już porównujemy do starych przebojów: kiedyś „Wszystko czego dziś chcę””

    Może „Dmuchawce” Urszuli? Chodziło mi bardziej o połączenie przekazu z ekspresją taneczną. Do Trojanowskiej można było najwyżej zatańczyć disco foxa, a Maanam nagrał porządny klubowy kawałek, z klipem w zasadzie pokazującym to samo co klip Top Girls: młode ciała gibające się w rytm stroboskopów (zmieniły się szczegóły: wtedy flanela look i ciekawe czapki, dziś glamour i pan w ciekawej obroży).

  98. @rozowyguzik „No Łona to libek przecież zawsze był. Coś się zmieniło ostatnio?”
    Głośny kawałek „Co tak wyje?” pochodzi z 2016. Czy to jest ostatnio?

    @mrw „Łona ma tekst dehumanizujący dzieci, podziękuję.”
    Który? Ciekaw jestem, bo nie kojarzę. Wiem, że szanujący się raper powinien raczej źle mówić o kobietach, no ale ile można.

    A w sporze Sleaford Mods vs. Idles o to, kto jest Prawdziwą Lewicą(TM) jesteś po której stronie?

  99. @myself

    Autokorekta: powyżej kolega Bardzozly nawiązywał do hitu CamaSutry, a ja wciąż byłem przy Top Girls. Skorzystam z okazji, by zwrócić uwagę, że publiczność śledzi nie tylko dokonania wokalne tej piosenkarki (Małgorzaty Grabdy), lecz też dowiaduje się z soszali i mediów, że skończyła studia (rachunkowość), że lubi Harry’ego Pottera i muzykę soul, i że na pytanie „Co zmieniłaby w Polsce” odpowiada: „władze” (w 2019 r.). Tekst „Do nieba bram” trzeba zobaczyć w wykonaniu na festynie na rodzimej Kielecczyźnie wokalistki, żeby zrozumieć jego potencjał. Jego autorem jest mężczyzna (Stanisław Kuciński) podobnie jak Mogielnicki i Dutkiewicz pisali dla popowych gwiazd lat 80-tych – choć jest zapewne kwestią czasu, by w tej roli pojawiły się też kobiety z zapewne trochę inną wrażliwością. Choć to już może audiofilia, dla mnie specjalnym smaczkiem są twarde małopolskie spółgłoski we frazach takich jak „do granic” czy „cud rozkoszy”, cechy wymowy które usuwano by w high endowym nagraniu, tu są na miejscu. Wyczuwając możliwe zniecierpliwienie WO, kończę temat.

  100. „Wyczuwając możliwe zniecierpliwienie WO, kończę temat.”

    Nie no, czytam z zaciekawieniem i osłupieniem, jak zwykle ubolewając nad tym, że nikt o tym nie pisze do mainstreamowych mediów.

  101. @WO
    Tymczasem w moim otoczeniu rozpętała się burza, czy aby nie przesadzam z tą wymową spółgłosek twardych w dialekcie małopolskim. Audiofilskie spory nie mają końca, więc niech każdy oceni kto piękniej śpiewa „do granic” (nie wchodzę w dyskusje co tu się wstecznie czy postępowo u(bez)dźwięcznia, po prostu doceńmy autentyzm):

    Exhibit A: https://youtu.be/wcXAKhwsl6o?t=228
    Exhibit B: https://youtu.be/Gexv_Leuj9M?t=60

    Ukłony, do usłyszenia!

  102. @Awal

    „Maanam nagrał porządny klubowy kawałek”

    Dla porządku: Maanam nagrał w 1979 r. (sic! ale w żadnym wypadku nie fuj!) rockowo-jazzrockowy kawałek (przepraszam za to częściowo pleonastyczne określenie żanru, ale żadne lepsze nie przychodzi mi w tym momencie do głowy) kawałek [1], ponad dwa razy krótszy i zauważalnie szybszy niż ten z czapkami i flanelami [2]. Pod tą drugą wersją, o okrągłe 35 lat późniejszą (sic! ale nie fuj!), podpisał się podmiot o nazwie Old Spice [3], nie wiem, czy i przy jakim udziale zespołu Maanam, ale ponieważ było to sześć lat po zakończeniu działalności tego ostatniego, to podejrzewam, że niewielkim. Obie wersje, przyznam, lubię.

    [1] [https://www.youtube.com/watch?v=9-ZdPG0s1I8]
    [2] [https://www.youtube.com/watch?v=I23Y5GqdAaM]
    [3] [https://www.discogs.com/Old-Spice-Polish-Edits-12/release/5844736]

  103. (PS Dla jeszcze porządniejszego porządku i żeby nie zginęło w pomroce: oryginalne „Chcę ci powiedzieć coś” z 1979 r. nagrał zespół Dżamble z Krakowa z małżeństwem Jackowskich. Z Krakowa).

  104. @m.bied
    Wielkie dzięki! Przepraszam wszystkich, że sam nie dojrzałem oczywistego editu – te flanele uśpiły czujność…

  105. @Piotrek Markowicz
    > Wydaje mi się, że techno i elektronika taneczna w odpowiednim wydaniu
    > ma szansę stać się muzyką nowego buntu

    Techno i elektronika taneczna już przecież były muzyką buntu. „Fuck ’em and their law”.

  106. (wstydziłem się powiedzieć „Prodigy”, bo to chyba dzisiaj bardziej dziaderskie niż „Dire Straits”, zgodnie z zasadą, że co bardzo przestarzałe, to zaczyna mieć retro-chic, a „Prodigy” jest chyba akurat pomiędzy?)

  107. @wo
    > wstydziłem się powiedzieć „Prodigy”, bo to chyba dzisiaj bardziej dziaderskie niż „Dire Straits”

    Huh? Prodigy (przynajmniej MFTJG i TFOTL, szczyt ich popularności) to przecież muzyka przełomu x-ów i millenialsów – dzisiejszych czterdziestolatków. Jakim cudem może być dziaderska?

  108. @wo to chyba dzisiaj bardziej dziaderskie niż „Dire Straits”

    Pomijając już uwielbienie potencjalnie dziaderskich sierot po Trujce dla Brothers in Arms oraz późniejsze brnięcie Knopflera w stronę country, to dziaderskie w Dire Straits jest może hasło „this little faggot” w Money for Nothing. Ale już np. Romeo and Juliet ma piękny tekst, (dziaders mode on) młodzi mogliby się uczyć! (dziaders mode off)

  109. @sheik

    …to dziaderskie w Dire Straits jest może hasło „this little faggot” w Money for Nothing…

    Eee, to chyba nie należy odbierać dosłownie. To chyba raczej ironia, trochę takie nabijanie się z samego siebie.
    Mylę się?

  110. @„this little faggot”

    A to nie był cytat z kogoś podsłuchanego, kto został w ogóle inspiracja do powstania utworu? Taką zapamiętałem opowieść. A jak się komuś nie podoba Dire Straits albo Prodigy, to już jego problem…

  111. Dodam jeszcze, że w teledysku na ekranie telewizora tych dwóch komentujących gostków jest autor, czyli Mark Knopfler. W domyśle tym, przepraszam za słowo, pedałkiem, jest on sam.

  112. Czy „wychowany na Trójce” to jest człowiek który śmiał się z Gandalfa (geja-pedofila) w „Nie tylko dla orłów?”. Bo trochę żeżuncja.

  113. @mw
    „Dodam jeszcze, że w teledysku na ekranie telewizora tych dwóch komentujących gostków jest autor, czyli Mark Knopfler. W domyśle tym, przepraszam za słowo, pedałkiem, jest on sam.”

    No przecież kanoniczna legenda mówi, że to muzyka dorobiona do posłuchanej rozmowy.

  114. Nieno, pliz, jak Prodigy ma być dziaderskie. Zróbcie sobie pls gedankem experiment pod tytułem: puszczamy Prodigy (lub inną muzykę posądzaną o dziaderskość) red. G (bez nazwisk). Przecież uciekłby z krzykiem.

    Druga sprawa: muzyka może być dziaderska dwustopniowo. Pierwszy stopień to to, że testowany redaktor nie ucieka a na jego twarzy pojawia się wątły uśmiech. Tu zaliczyłbym rzeczone Dire Straits, które jest dziaderskie w formie. ale nie ma w sobie nic dziaderskiego w treści. Stopień drugi to Kaczmarski i tym podobne, przy stopniu drugim redaktor dostaje niezdrowego wzmożenia na wspomnienie styropianowej młodości.

  115. @Kaczmarski
    Tak mi się przypomniało, że raz poszedłem na wiec KODu. Ale to tylko dlatego, że to był wiec z okazji urodzin Wałęsy (albo innej rocznicy z Wałęsą związanej, nie pamiętam). Pod ECSem. No i jakoś szło, sporo ludzi było, dużo młodych, ale nagle, ni z tego ni z owego puścili jakiegoś zawodzącego flanelowca z gitarką. To był dramat, szybko zrobiłem w tył zwrot i się zwinąłem. No jak można coś takiego ludziom zrobić?

  116. @Dziaderskie Prodigy i zbuntowane techno

    Pewnie, że nie dziaderskie, tylko przykład raczej starawy. Bardziej w temacie notki jest choćby Marea Stamper, uznana didżejka i producentka, której alias The Black Madonna od dawna powodował napięcia. I jak na ikonę disco-techno-buntu i inzkluzywności przystało, w roku Black Lives Matter przestała Stamper tłumaczyć, że ludzie źle interpretują jej intencje i że ona nie zamierzała nikogo obrażać. Zamiast tego powiedziała hej dzieciaki, słyszę was, od dziś jestem The Blessed Madonna. Co zresztą nie dziwi w kontekście całej sceny house i techno, która jest bardzo zróżnicowana z ogromną ilością niebinarnych/trans gwiazd (Eris Drew, Octo Octa). Podobnie z kobietami, a czarni producenci w ogóle scenę tę przecież zbudowali. I to jest kwestia świadomej postawy politycznej, a nie przypadku. Na ile się orientuję, festiwale techno to jedyne, na których zdarzają się wręcz parytety dla kobiet, osób trans i niebinarnych; selekcja w klubach też jest przyjaźnie nastawiona w stronę mniejszości. Jak to ładnie ujął Batu, jedno z gorętszych nazwisk na dzisiejszej scenie techno: „What do you hope to see change in electronic music in the next ten years?” „Less nostalgia, less promoters who want to build a empire, more black people in clubs*.”

    *http://truantsblog.com/2019/truancy-volume-240-batu/#ixzz6gtwGSm4m

  117. @Dziaderskie Prodigy

    Pewnie, że nie dziaderskie, tylko przykład raczej starawy. Bardziej w temacie notki jest choćby Marea Stamper, uznana didżejka i producentka, której alias The Black Madonna od dawna powodował napięcia. I jak na ikonę disco-techno-buntu i inzkluzywności przystało, w roku Black Lives Matter przestała Stamper tłumaczyć, że ludzie źle interpretują jej intencje i że ona nie zamierzała nikogo obrażać. Zamiast tego powiedziała hej dzieciaki, słyszę was, od dziś jestem The Blessed Madonna. Co zresztą nie dziwi w kontekście całej sceny house i techno, która jest bardzo zróżnicowana z ogromną ilością niebinarnych/trans gwiazd (Eris Drew, Octo Octa). Podobnie z kobietami, a czarni producenci w ogóle scenę tę przecież zbudowali. I to jest kwestia świadomej postawy politycznej, a nie przypadku. Na ile się orientuję, festiwale techno to jedyne, na których zdarzają się wręcz parytety dla kobiet, osób trans i niebinarnych; selekcja w klubach też jest przyjaźnie nastawiona w stronę mniejszości. Jak to ładnie ujął Batu, jedno z gorętszych nazwisk na dzisiejszej scenie techno: „What do you hope to see change in electronic music in the next ten years?” „Less nostalgia, less promoters who want to build a empire, more black people in clubs.”

  118. @embercadero
    „Zróbcie sobie pls gedankem experiment pod tytułem: puszczamy Prodigy (lub inną muzykę posądzaną o dziaderskość) red. G (bez nazwisk). Przecież uciekłby z krzykiem.”

    Myślę, że uciekłby także od Sex Pistols (ale tutaj tylko hipotetyzuję, nigdy z nim nie rozmawiałem o muzyce).

  119. @dziaderstwo (dziaderskość?) Prodigy
    Są pewni wykonawcy, których nikt nie posądzi o dziaderstwo, mimo że metrykalnie byłoby można, i którzy z uwagi na poziom RiGCZu są uniwersalnie wielbieni zarówno przez dziadersów jak i antydziadersów.
    Najlepszym przykładem jest chyba Nick Cave, ale też Johnny Cash, Black Sabbath czy Bowie. No i Prodigy też się zalicza do tej grupy, choć może z trochę innych powodów. Dla większości millenialsów był to zapewne pierwszy kontakt z niegitarową muzyką o takim p******nięciu, poza tym wszystko co pojawiło się na 30Tonach jest szanowane do dzisiaj. Wydaje mi się, że akurat Prodigy zostało też docenione przez dziadersów, można było ich usłyszeć w Trójce, i to nadawanych przez tych najbardziej dziaderskich redaktorów.

    @techno
    Scena techno to prawdopodobnie najbardziej inkluzywna i dbająca o mniejszości z muzycznych subkultur, a tylko taka ma szanse faktycznie zostać nową muzyką buntu.
    Ciekawym przykładem takiej próby otwierania się techno – kojarzonego głównie z klubami w dużych miastach – na prowincję, w sposób niejako odwrotny do ’emancypacyjnego disco polo’ o którym pisał Awal, były imprezy z cyklu Wixapol, które łączyły kulturę rave z przaśną stylistyką podmiejskich dyskotek w stylu Energy2000.

    @Stairway to Heaven vs Hotel California
    wystarczy porównać dowolne wersje koncertowe, żeby pozbyć się jakichkolwiek wątpliwości 😉

  120. @mck: “Są pewni wykonawcy, których nikt nie posądzi o dziaderstwo, mimo że metrykalnie byłoby można, i którzy z uwagi na poziom RiGCZu są uniwersalnie wielbieni zarówno przez dziadersów jak i antydziadersów.
    Najlepszym przykładem jest chyba Nick Cave.”

    No przecież on się wręcz akurat wyautował jako dziaders parę miesięcy temu: https://www.theguardian.com/music/2020/aug/12/nick-cave-political-correctness-bad-religion-run-amuck-cancel-culture

  121. @ The Prodigy, house i techno

    The Prodigy zdecydowanie nie jest dziaderskie, aczkolwiek moje roczniki (pierwsza połowa lat 80-tych) słuchają ich już z pewną dozą nostalgii. Pierwsze trzy albumy mają do dzisiaj tzw. pierdolnięcie (bo potem to już postępujący jakościowy zjazd do zajezdni) i pewnie Gen. Z też mogłaby coś znaleźć tam dla siebie. Lecz zauważamy też, że powoli przestajemy ogarniać dzisiejszą elektronikę, robioną przez Gen. Z i staje się to dla nas już trochę zbyt poj…. 🙂 Naturalny proces, peselioza itp itd.

    House jest zdecydowanie muzyką buntu a przynajmniej ma takie korzenie, jako muzyka wywodząca się wprost z disco, wynaleziona w gejowskich klubach Chicago. Z kolei techno nie ma takich początków – to afirmacja postępu technologicznego, obserwowana przez członków czarnej klasy średniej w Detroit (tzw. trójka z Belleville). Jako lekturę korzeni house oraz prób zawłaszczenia etosu (przez Madonnę) serdecznie polecam LP: genialne Midtown 120 Blues [1]. Można długo i namiętnie na ten temat ale kończę, nie nadużywając gościnności Gospodarza.

    [1] https://en.wikipedia.org/wiki/Midtown_120_Blues

  122. @m.bied
    [ “osoba(…)wychowana muzycznie na Trójce”.
    No niestety tu wysiadam. ]

    W kraju wolności, równości i solidarności dyskryminowanie ze względu na gust muzyczny (żywieniowy, ruchowy, literacki i inne, itp.) będzie zakazane. Nieważne ile ktoś miał wcześniej lajeczków na fejsbuniu. Pełny Inkluzywny Totalitaryzm!

    Nikt nie powinien się bać, nawet w żartach, wyrażenia swojego gustu. A na swoim blogu, to już w ogóle – nein, donnerwetter:

    @wo
    [ wstydziłem się powiedzieć „Prodigy” ]

    Awal pokazał, moim zdaniem, jedną z możliwych dróg:

    @Awal Biały
    [ Tak, po wystąpieniu Zandberga zagrają Chwasty w nowym składzie z wokalistką Kwiatów… ]

    Awalu, pomysł wydaje mi się być świetny. Do zrealizowania przydałaby się jeszcze błahostka, mały niuans: inkluzywna lewica. Z tym chyba mamy problem.

  123. @prodigy i krindżowa muza

    Z mojego doświadczenia – w gronie moich rówieśników, lubić Prodigy pięć lat temu (czyli gdy byliśmy dwudziestolatkami) to jeszcze był przypał. Teraz już nie. Szybko się te rzeczy zmieniają, gen Z już bardzo mocno czerpie z tych tropów z lat 90tych i zerowych, o których myślałem, że wylądowały na śmietniku historii na zawsze. Dobrym przykładem jest grupa 100 Gecs: w ich blenderze kręci się i Barbie Girl, i nu-metal, i Brokencyde (mocny kandydat na najgorszą muzykę w historii świata), natomiast ich image to koszulki tie-dye, długie włosy w stylu klasycznych metalowców, dżinsowe szorty, dywany na ścianie… i mimo że to są wszystko przejawy retromanii kroczącej równym tempem do przodu przez historię, to człowiek i tak się dziwi, że ludzkość drugi raz nabiera się na luźne, fałdujące się dżinsy. A przynajmniej ja się dziwię.

  124. @guybrushthreepwood: „The Prodigy zdecydowanie nie jest dziaderskie (…) i pewnie Gen. Z też mogłaby coś znaleźć tam dla siebie.”

    Jakiś rok temu, czyli niedługo po śmierci Keitha Flinta, byłem na dużej imprezie gdzie ktoś młody utalentowany (nie pamiętam niestety kto to był konkretnie) wmiksował do setu „No Good” Prodigy. Wszyscy oszaleli, znali numer i łapali kontekst. Było bardzo wyjątkowo.

    „House jest zdecydowanie muzyką buntu a przynajmniej ma takie korzenie (…). Z kolei techno nie ma takich początków – to afirmacja postępu technologicznego, obserwowana przez członków czarnej klasy średniej w Detroit (tzw. trójka z Belleville).”

    Nie do końca się zgadzam o tyle, że przecież techno wpisuje się pięknie w nurt dziś retrospektywnie nazywany Afrofuturyzmem. Szczególnie Juan Atkins, ale pozostała dwójka z Bellville też. Inspirowali się przecież mocno Georgem Clintonem i Parliament-Funkadelic chociażby, a w tej muzyce motywy wyzwolenia i afirmacji Czarnej Ameryki były bardzo czytelne. Czarni w kosmosie – to był przekaz polityczny. No i oczywiście inspirowali się też Chicagowskim housem, jeździli tam podpatrywać didżejów przecież.

  125. @naturalucka
    „Tak, po wystąpieniu Zandberga zagrają Chwasty w nowym składzie z wokalistką Kwiatów…”
    Bardzo polecam przy tej okazji grupę Błoto, grają bardzo porządny dżez.
    @”W kraju wolności, równości i solidarności dyskryminowanie ze względu na gust muzyczny (żywieniowy, ruchowy, literacki i inne, itp.) będzie zakazane.”
    Kaman, rysunek Raczkowskiego o dyskusji o gustach to jest mój top3! Oczywiście że gusta są istotne, to takie je ne sais quoi bez którego życie robi się nudne i płaskie jak mazowiecka równina.

  126. @sheik.yerbouti
    „Oczywiście że gusta są istotne, to takie je ne sais quoi bez którego życie robi się nudne i płaskie jak mazowiecka równina.”

    Toteż dokładnie o tym piszę. Gusta jako zainteresowanie drugim człowiekiem, nawet jeśli się różni w nich od nas – bombka z czekoladką (wyjaśniam, że dla mnie to nektar i ambrozja).

    Szydera, butowanie i glanowanie – odrzuca. Poczytałem sporo co mają do napisania „głośne” konta lewicowe i okołolewicowe i mam wrażenie, że jest część „fajnolewaków”. Uderzył mnie szczególnie jeden komentarz w jakiejś dyskusji: „lewica gardzi ludźmi”. Dobra podkładka na hipotezę, dlaczego w sondażach krąży wokół 5%.

    To, co obrzydliwe, ale dobre i szlachetnie śmieszne jest przy stoliku kawiarnianym w gronie dekadowych przyjaciół, słabo przenosi się w internety. Takie przerobione prawo Poego, że w internecie trudno odróżnić bucerę od Bucerego.

  127. Młody dziaders – ożywia się na widok Pegasusa.
    Starszy – na widok Commodore.
    Jeszcze starszy – jak zobaczy Orienta „patelnię” na ręce.
    A wyżej już są tylko miłośnicy Atlanticów.

    A ty – którym dziadersem jesteś?

  128. @Prodigy_oczywiście_że_dziaderskie
    „Wydaje mi się, że akurat Prodigy zostało też docenione przez dziadersów, można było ich usłyszeć w Trójce, i to nadawanych przez tych najbardziej dziaderskich redaktorów.”
    To chyba dowód na dziaderskość Prodigy już wtedy.

    „Pierwsze trzy albumy mają do dzisiaj tzw. pierdolnięcie …”
    No to jakiś śmiech. Jak wybuchło Prodigy to grali chyba w każdej lodówce. To było jakieś sztuczne napompowane niby-freak. Oczywiście w moim bąbelku gdzie latało Ministry, Skinny Puppy, The Young Gods czy SPK to Prodigy wywołało zdumienie, jak można tak udawać pierdolnięcie. Bo to była nuda. W moich okolicach to była muza tych co rzęchali gówno i ich to kręciło. Mogli zgrzytać zębami i się wykrzywiać.
    Teraz to już z pewnością dziaderska muza, bo czasem widuję tych dla których to było pokoleniowe przeżycie. Jak kotlesie, którzy raz się uczesali, ubrali i tak chodzą po dziś dzień, nie zauważając, że świat się zmienił.

  129. „Poczytałem sporo co mają do napisania „głośne” konta lewicowe i okołolewicowe ”

    co to są „głośnie konta lewicowe”? Partia Razem znowu kimś gardzi?

  130. Hm. Prodigy jak Prodigy (ja tam nigdy nie oczekiwałem od nich żadnego pierdolnięcia, po prostu trochę ciekawsza muzyka z gatunku dance, choć Fat of the Land był już dla mnie czymś zdecydowanie do słuchania poza „densflorem”), ale ciekawe, czy ktoś już wziął zamach i uznał Richarda D. Jamesa za dziadersowego. A przecież te swoje wczesne beatowe ambienty to rzeźbił jeszcze w ejtisach. Tu chyba może być problem, bo typ jednak ma jakiś wpływ na to, co się działo w ostatnich dwóch dekadach (w pierwszej dekadzie XXI wieku to wciąż był nawet względną ikoną), na początku 00 to nawet dopiero raczkowała taka efemeryda gatunkowa jak drill’n’bass. Słynna odbijająca się piłka (Bucephalus Bouncing Ball) to połowa 1998 roku, jak zresztą i premiera „Pi”.
    No, ale może już też go mają za dziadersa, kto wie?

  131. Nope, jeszcze całkiem niedawno Prodigy było cool, przypominam o Woodstocku z 2011. Ktoś tu niedawno wyskoczył Z całą galerią jakiegoś industrialu i według mnie to ma dużo więcej wspólnego z dziaderstwem, podobnie jak większość alternatywy z najnitisów. Po pierwsze ten kult bycia true i tanie szokowanie wygladają dzisaj śmiesznie, a po drugie mam wrażenie, że większość fanów grunge, industrialu i prawilnego metalu siedzi w klimatach typu alt right.

  132. @naturalucka „Uderzył mnie szczególnie jeden komentarz w jakiejś dyskusji: „lewica gardzi ludźmi”.”
    To musiał byc pierwszy taki komentarz w historii internetu! No i skoro ktos tak napisał, to na pewno prawda.

    @nankin77 „mam wrażenie, że większość fanów grunge, industrialu i prawilnego metalu siedzi w klimatach typu alt right.”
    No nie wiem. Ja w liceum słuchalem i Nirvany, i Pearl Jam, i Ministry, i jeszcze Type O Negative. Sisters of Mercy to jeszcze w podstawowce. Gdzie moja alt-odznaka?

  133. @Nankin77
    „Po pierwsze ten kult bycia true i tanie szokowanie wygladają dzisaj śmiesznie, a po drugie mam wrażenie, że większość fanów grunge, industrialu i prawilnego metalu siedzi w klimatach typu alt right.”
    Dziś to już wszystko jest dziaderskie co było chwilę temu (1 chwila = 2 momenty). Bo jeśli ktoś mów, że jest jakaś płyta/film sprzed 5 lat to się okazuje, że to już stare. Tryb instant w social mediach to zrobił.

    Co do każdego metalu i prawilnego industrialu to się zgadzam. Tym śmieszniej, że w tym industrialu to mało prawicowości.
    W kwestii Prodigy, to ja musiałem być dziadersem w najntisach, zanim to było modne.

  134. @naturalucka

    „„lewica gardzi ludźmi””

    Uczestniczę w jednej z fajnolewicowych grupek i czasem obserwuję różne wykwity, ale mam tendencję do mówienia sobie, że dużo z tych osób jest zwyczajnie bardzo młodych (co przychodzi mi tym łatwiej, że wszyscy poniżej gdzieś tak 35. roku życia są teraz dla mnie skandalicznie młodzi, powinni tego zakazać) i raz, że mają ciśnienie na to, żeby w wyrazisty sposób zaznaczyć swoją obecność w świecie a dwa, że empiria jeszcze nie nauczyła ich, że szkoda życia na bycie niemiłym dla innych. Fakt, że mam dużo mniejszą tolerancję na takie zachowania u kogoś, o kim wiem, że już powoli dorabia się trzecich zębów.

  135. @junoxe
    „(1 chwila = 2 momenty)”

    TRZY! W imieniu Związku Dziaderstwa Polskiego uprzedzam, że możemy koledze odebrać prawa do tytułu za przekręcanie Kultowych Cytatów z Tytusa.

  136. @meself
    „Słynna odbijająca się piłka (Bucephalus Bouncing Ball) to połowa 1998 roku, jak zresztą i premiera „Pi”.”

    A, sorry. Już na Come to Daddy to było w 1997.

    @nankin
    „większość fanów grunge, industrialu i prawilnego metalu siedzi w klimatach typu alt right”

    Z tymi kwantyfikatorami to bym uważał, zwłaszcza w kontekście grunge’u, chociaż w Polsce oczywiście wszystko możliwe. Zabarwienie tego nurtu muzycznego to na ogół niezbyt prawicowe było, nawet jeśli teraz jakiś Kris Novoselic ma spluwę w chacie (jak twierdzi w pierwszej kolejności, żeby mu się żaden drapieżnik do kur nie dobrał) i jest „demokratycznym centrystą”, to jednak większość tych gości nie cierpiało głównie republikanów i na ogół im to jakoś tam chyba zostało, a o fanach, którzy nie baczą na teksty, to już była dyskusja pod jedną z poprzednich notek.

    @Piotrek Markowicz
    „Muzyka popularna na chwilę obecną zwija się do niszy, tak jak fotografia albo tam inny teatr. Będzie z nami, ale następny punk nie będzie miał wiele wspólnego z muzyką.”

    Myślę, że teatr to jednak zbyt mocno powiedziane, ale coś na rzeczy jest, że obecnie muzyka traktowana jest jako część szerszych popkulturowych zjawisk, często jako zjawisko jest spleciona z jakimś serialem, grą itd. Istnieje dla człowieka XXI wieku na równych prawach z innymi elementami. Nie ma już takiego znaczenia jako jedyny, odseparowany wyraz buntu, jedyny nośnik kontestacji itd. Po prostu trzeba się do tego przyzwyczaić, choć na festiwale wciąż ludzie jeżdżą i słuchają… nawet Pana lub Pani, którzy stoją na scenie z laptopem.

    A ogólnie rzecz biorąc, młody człowiek, jak i w poprzednich dekadach, ma świadomość, że są różne sceny, że gatunki mutują i kwestia normalna, że w muzyce może sobie sięgnąć po coś retro, jak w najntisach sięgano po Strange Days czy LA Woman. Chyba najbardziej dziaderskie to takie patronizujące podejście, kiedy słyszy się jakąś nową nazwę i… – eee, to na pewno jakieś bzdety, early nineties to była muzykaa! Organiczna niezdolność do wyjścia poza nostalgię za latami minionymi. I to wcale nie musi dotyczyć tylko tzw. „głównego nurtu” (jeśli to pojęcie we współczesnej epoce wydawniczej ma jeszcze jakiś sens). Równie dobrze typ, który zafiksował się kiedyś na Godflesh, może sobie zerknąć, nie wiem, na jakiegoś Zonala z Moor Mother. Nie zaszkodzi mu.

  137. @Martin_S „A ogólnie rzecz biorąc, młody człowiek, jak i w poprzednich dekadach, ma świadomość, że są różne sceny, że gatunki mutują i kwestia normalna, że w muzyce może sobie sięgnąć po coś retro, jak w najntisach sięgano po Strange Days czy LA Woman”

    The Daily Mash już o tym donosił! https://www.thedailymash.co.uk/news/arts-entertainment/teenager-wants-to-tell-you-how-good-kurt-cobain-was-20190320183726
    [AN awestruck 15-year-old is breathlessly telling everyone how incredible Kurt Cobain was and what a terrible loss his death was.
    Tom Logan, who first discovered the music of Nirvana three months ago and has since watched two documentaries and read one graphic novel about their frontman urgently needs the world to understand Cobain’s genius.
    He said: “A lot of people, especially if they’re in their 40s, might never have heard of a band like Nirvana because they grew up with the Beatles or Elvis or whoever.]

  138. @TRZY!
    Dziś czas leci szybciej. Dałbym się pociąć za dwa. A tu taka siurpryza. A miałem je wszystkie (te przed 90′).
    Z resztą przekręcania Kultowych Cytatów z Tytusa to chyba legitny dowód na bycie dziadersem?

  139. @Junoxe
    > No to jakiś śmiech. Jak wybuchło Prodigy to grali chyba w każdej lodówce.
    > To było jakieś sztuczne napompowane niby-freak. Oczywiście w moim bąbelku
    > gdzie latało Ministry, Skinny Puppy, The Young Gods czy SPK to Prodigy
    > wywołało zdumienie, jak można tak udawać pierdolnięcie. Bo to była nuda.

    No dobra, może ciebie i twoich tru-freak kolegów to nudziło, ale to jest całkowicie ortogonalne do bycia lub nie dziaderską muzą.

    Sorry w sumie, że wyskoczyłem z tym Prodigy. To miał być tylko taki wtręt, że przecież „Their law” było skierowane przeciwko ówczesnym dziadersom. Nie sądziłem, że sprawi, że całkiem interesująca dyskusja na temat dziaderstwa jako takiego skręci w nieistotne muzyczne didaskalia.

  140. „skręci w nieistotne muzyczne didaskalia.”

    (trochę natura tego bloga – no i nie wiem, czy polecanki muzyczne są aż takie znowu nieistotne, ja to i tak wolę od „CO POWINNA ZROBIĆ LEWICA ŻEBY JĄ SZCZEREK WRESZCIE POLUBIŁ”)

  141. @Nankin77
    > mam wrażenie, że większość fanów grunge […] siedzi w klimatach typu alt right.

    Co byłoby o tyle dziwne, że jedyna pozostała przy życiu gwiazda tego nurtu – i jedyna, która zabierała głos na tematy społeczne – ma zdecydowanie lewicową wrażliwość.

  142. „No dobra, może ciebie i twoich tru-freak kolegów to nudziło, ale to jest całkowicie ortogonalne do bycia lub nie dziaderską muzą.”
    Pozwolę sobie mieć wątpliwość. Byłem wtedy w wieku studenckim i fakt, że oprócz moich znajomych, Prodigy lubiło spore grono starych pryków (30+, taka perspektywa) czyniło dla mnie ten zespół dziaderskim. Z biegiem czasu jest tylko gorzej.

    Ale jeśli masz do tego jakiś stosunek osobisty, to ja mogę tylko przeprosić.

  143. Junoxe
    > Prodigy lubiło spore grono starych pryków (30+, taka perspektywa)

    No ale to, że bodaj Robert Leszczyński nazwał Prodigy gdzieś w okolicach 1997 „najlepszym zespołem świata” w dalszym ciągu nie czyni go dziaderskim zespołem.

    > Ale jeśli masz do tego jakiś stosunek osobisty, to ja mogę tylko przeprosić.

    Nic osobistego. Zauważam tylko, że „dziaderski” i „nudny” to nie są synonimy.

  144. Słowo klucz, fani. Wiem,że grunge jest zdecydowanie liberalny, ale to często nie ma dla ludzi żadnego znaczenia. Nawet nie chodzi mi o naszych kucoidów, na zachodzie to też się często zdarza.

  145. @koala.bear
    „Zauważam tylko, że „dziaderski” i „nudny” to nie są synonimy.”
    Ale też dodałem:
    „Byłem wtedy w wieku studenckim i fakt, że oprócz moich znajomych, Prodigy lubiło spore grono starych pryków (30+, taka perspektywa) czyniło dla mnie ten zespół dziaderskim.”

  146. @prodigy

    To u mnie na odwrót, jak wjeżdżało Prodigy to miałem 7-9 lat i w ogóle byłem poruszony, że kultura popularna potrafi takie okropne rzeczy produkować. Teraz oczywiście Prodigy kocham, po śmierci Keitha jeszcze nabrało patyny, ale wrzucanie w set „Smack My Bitch Up” byłoby odebrane jako zbyt niski crowd-pleaser.
    Rzeczywiście jest tak, że sporo muzyki sprzed 50 lat wciąż jest uznawana za w pełni prawilną. Zazwyczaj są to rzeczy związane z proto-punkiem i proto-metalem (albo całkiem metalem). Ale jakaś amerykańska garażowa psychodelia, Black Sabbath, The Stooges, Velvet Underground, tego typu rzeczy – nikt złego słowa o nich nie mówi. Chyba dlatego, że jest niemożliwym mówienie o źle o tych zespołach.

    @najntisy

    Dość ciekawie obserwuje się trendy względem konkretnych nurtów muzycznych z lat 90. Taki trip-hop zaliczył pełen zjazd od fajowego, miejskiego soundtracku do pełnego, kawiarnianego dziaderstwa. Teraz chyba trochę jest lepiej, ale wątpię, żeby ktoś na główkę wskoczył w trip-hopowy revival. Ze stoner rockiem była nieco inna sytuacja – jakieś dziesięć lat temu stwierdzono, że ile można haratać te same patenty, choćby były najfajniejsze na świecie. I nastąpił zbiorowy odwrót od sceny, w stronę – o ironio – amerykańskiego alt-rockowego metalu (przepraszam za tę straszną etykietkę) w rodzaju Soundgarden (inb4 „Soundgarden to był grunge”. Eee, nie, nie był). Moja banieczka powróciła do Type-O-Negative, Killing Joke, ale też do najntisowego Nicka Cave’a.
    Ciekawa sprawa ma się również z shoeaze’em. Wszyscy szanują uznane klasyki, i My Bloody Valentine, i Slowdive nagrały bardzo dobre płyty na powrót po latach. Ale jednak gatunek uznaje się raczej za wymarły, a szkoda. Chris Ott wrzucił teorię, że po prostu łatwość podrobienia shoegaze’owego brzmienia (dwa-trzy efekty gitarowe załatwiają sprawę) sprawiła, że znalazła się tona naśladowców i rynek właściwie natychmiast się nasycił.
    Czekałem długie lata na revival eurodance’u, ale nikt nie podjął tematu i chyba nikt nie podejmie. Obawiam się, że te syntezatorowe riffy byłyby teraz odebrane jako zdecydowanie zbyt serowe.

    @dire straits

    Nie do obrony, ten zespół to jest apologia dziaderstwa, on od początku powstawał jako najbardziej niefajny zespół na świecie. Gitara na czystym kanale, ściągacz na łbie, białe marynarki, saksofonowe solówki na „Alchemy”. Za liceum odhaczyłem to wszystko, ale nie byłbym w stanie wrócić. to, że fani Trójki tyle lat wybierali ten nieszczęsny zespół na pierwsze miejsce świadczy tylko o krańcowym braku autorefleksji fanów Trójki, wielokrotnie zresztą obśmiewanym.
    Większość dad-rocka ma w sobie jakąś wartość, Led Zeppelin się broni, ostatnio w końcu przerobiłem Rolling Stones i są super (do 1978, potem zostali swoim własnym tribute bandem). Black Sabbath, The Doors itd – super sprawy. A z tym Dire Straits to nic, tylko cringe i załamanie rąk.
    Ciekawi mnie natomiast powstające w kulturze zjawisko nieironicznego cosplay’u. Gdzie ludzie biorą rzeczy, które jeszcze 5-10 lat temu byłyby uznane za absolutnie obciachowe i odtwarzają bez cienia ironii i z absolutnym oddaniem. Warto rzucić uchem na przykład na The War On Drugs, gdzie bez ironii powtarza się wzorce serowego, ejtisowego poprocka w rodzaju Bryana Adamsa i Dire Straits właśnie.

    @Richard D. James

    Rudy nigdy nie będzie dziadowski. To jak z Phillipem K. Dickiem – ten gość po prostu całe życie kopie własną studnię i robi rzeczy tak osobne względem reszty sceny, że są właściwie poza czasem. A do tego skurczybyk jest wybitnym muzykiem, jego wycieczki w stronę popu (Windowlicker!) czy neopoważki (Satie’owskie próby z „Druqs”, to są pyszne, bezpretensjonalne eksperymenty) właściwie zawsze były udane.

  147. Nie ma dziaderskiej muzyki, jest dobra i zła. Dziaderskie może byc – i zaskakująco często jest – podejście do muzyki którą sie lubi/nie lubi. Oczywiście kazdy tęskni za swoją młodością i ceni to, co wtedy grano, ale warto wyjąć czasem głowę z.. no, miejsca w ktorym sie ją ma i docenic wklad mlodszych, nawet w postaci coverów starych rzeczy (co za perełkę taki Chet Faker zrobił ze starego przeciętnego hitu No Diggity!)

    PM „Nie do obrony, ten zespół to jest apologia dziaderstwa”
    Dlaczego? Bo generalnie trafiają w nuty? Czy może mylisz band z jego publicznością? Takiego Aphex Twina słuchają różni ludzie, czasem naprawdę dziwni…

  148. Nie za bardzo rozszerzamy pojęcie dziaderstwa? IMO, utożsamianie dziaderstwa z wiekiem metrykalnym pachnie ejdżyzmem. Jeszcze wczoraj myślałem, że stereotypowy dziaders mentalny słucha Kaczmarskiego (bo twierdzenie, że „Trójka” wychowywała dziadersów, było przecież żartem na satyrycznym fanpejdżu WnT); dzisiaj dowiaduję się, że dziaderstwem było/jest słuchanie Prodigy (BTW – jeśli dziaderstwem jest hejtowanie muzycznych nowinek, to zgadzam się tu z Tomkiem Beksińskim – który, tak po za tym, hejtował masę innych rzeczy pozamuzycznych). Potrafię sobie wyobrazić słuchanie „Prisleya” na wieczorku tanecznym w klubie osiedlowym „Urok Jesieni”, ale nijak nie wyobrażam sobie w tej roli Nirvany czy nawet o wiele starszego od Nirvany Jefferson Airplane (za to współczesne „oldskulowe”, grzeczne disco polo dla seniorów – jest taki nurt – kwalifikuje się jak najbardziej). Czym innym jest w roku 2020 słuchanie „Dżemu”, „Kombi” i „Ich Troje”, czym innym „Siekiery”, „Defektó Muzgu” czy „Dezertera” (studentcore typu Kazik na juwenaliach 15 lat temu już się kwalifikuje). Słuchanie muzyki buntu to nie jest dziaderstwo, chyba że mówimy o kombatanctwie.

    Lata ’60 się nie zestarzały – in fact, wciąż żyjemy w tamtej epoce, tyle że nie zdajemy sobie z tego sprawy. Dziaderstwem prędzej będzie więc słuchanie (względnie) starej Abby czy współczesnej Kapeli Znad Baryczy niż przedpotopowych Beatelsów.

  149. @sheik

    PM „[Dire Straits] Nie do obrony, ten zespół to jest apologia dziaderstwa”
    Dlaczego? Bo generalnie trafiają w nuty?

    Odpowiem cytatem:

    „Dziaderskie może byc – i zaskakująco często jest – podejście do muzyki którą sie lubi/nie lubi.”
    Trafianie w nuty to jest jakiś straszny, dziaderski tekst. Stockhausen nawet nie miał zamiaru trafiać i wszyscy klękali, Coltrane co chwilę robił atonalne przeloty i był gigantem, o Sonic Youth, wiecznie fałszującym The Clash czy innym wiecznie rozdartym Cobainie nawet nie wspomnę. Od dobry 80 lat trafianie w nutki nie obowiązuje w muzyce i wszyscy mają się świetnie.

    Dire Straits jest dziaderskie, bo Dire Straits nigdy nie próbowało prowadzić artystycznego dialogu (przepraszam za tę zbitkę) z zastaną muzyką, Dire Straits odgrzewało patenty z lat 50 i przenosiło je 30 lat w przód, w stronę mainstreamowego pop-rocka. Doskonale bezpieczna, asekurancka muzyczka, trochę bardziej mądraliński niż reszta, ale to wszystko. To, że mieli trochę ciekawiej napisane piosenki niż Bryan Adams nie jest jakimś wyczynem.
    Porównaj to z The Beatles, gdzie ich próby eksperymentów („I am the Walrus”, „Tomorrow Never Knows” itd) są ciągle żywe i myślę, że świetnie odnalazłyby się na współczesnej scenie. Natomiast ich musichallowe ramolady w rodzaju „Honey Pie” czy tam innego nieszczęsnego „Good Day Sunshine” komentowane są co najwyżej wzruszeniem ramion.

  150. @mmf

    „Nie za bardzo rozszerzamy pojęcie dziaderstwa?”

    Mam wrażenie, że dyskusja zeszła z politycznego dziaderstwa na po prostu komentowanie co i jak się starzeje, na przykładzie zespołów muzycznych.

    „Potrafię sobie wyobrazić słuchanie „Prisleya” na wieczorku tanecznym w klubie osiedlowym „Urok Jesieni”, ale nijak nie wyobrażam sobie w tej roli Nirvany”

    Co jest bardzo ciekawym przyczynkiem o dalszej dyskusji o dziaderstwie, bo ja z kolei nie jestem w stanie wyobrazić sobie wieczorku tanecznego w klubie osiedlowym.

  151. @pm
    „Co jest bardzo ciekawym przyczynkiem o dalszej dyskusji o dziaderstwie, bo ja z kolei nie jestem w stanie wyobrazić sobie wieczorku tanecznego w klubie osiedlowym”

    Nie wiem, dziadersem jakiego etapu mnie to czyni, ale mi to się obsesyjnie wizualizuje jak teledysk The Knife.

  152. @pm
    „Stockhausen nawet nie miał zamiaru trafiać i wszyscy klękali”

    Ja nie.

    „Coltrane co chwilę robił atonalne przeloty i był gigantem”

    Nie przepadam.

    „Dire Straits nigdy nie próbowało prowadzić artystycznego dialogu (przepraszam za tę zbitkę) z zastaną muzyką,”

    Album „Love Over Gold” to pan Krzysztof Jarzyna ze Szczecina. Odradzam.

  153. @Piotrek Markowicz
    „ja z kolei nie jestem w stanie wyobrazić sobie wieczorku tanecznego w klubie osiedlowym”

    Miało być „w klubie dla seniora”, przepraszam.

  154. @mmf

    Natomiast! Próby dostarczania muzyki Nirvany mniej zbuntowanej części społeczeństwa miały już miejsce i były mniej [1] lub nieco bardziej [2] udane. Co jest argumentem za nieśmiertelnością Nirvany – tam nie chodziło tylko o symbol i bycie głosem pokolenia. To po prostu świetnie piosenki były.

    @wo i Coltrane

    Książka taka była, coś-tam Normies coś-tam, zero books jakieś 😉
    Natomiast! Rzeczywiście tak jest, że pewnych gatunków muzyki trzeba się nauczyć słuchać, po prostu nauczyć się zwracać uwagę na pewne elementy i nie przejmować innymi. Od Coltrane’a odrzucało mnie przez długie lata, natomiast za którymś razem stwierdziłem, że jeszcze raz podejdę, coś mi w głowie przeskoczyło i teraz mógłbym mu stawiać ołtarze. Oczywiście rozumiem, że nie każdy ma do tego czas i zacięcie, bo w sumie nie jest to jakieś bardzo ważne w życiu, a muzyki jest tyle, co wody w kranie (tak jak pan David Bowie powiedział).

    [1] https://www.youtube.com/watch?v=RM_xvTaYavw
    [2] https://www.youtube.com/watch?v=NpDYfkymaSE&

  155. @wo: „Nie wiem, dziadersem jakiego etapu mnie to czyni, ale mi to się obsesyjnie wizualizuje jak teledysk The Knife.”

    Czy to nie jest nordycki model dziaderstwa przypadkiem? W końcu ten klip to socjaldemokracja w akcji, tyle że na densflorze. „Patrzcie dzieciaki, tak wygląda prawdziwe (TM) równouprawnienie.”

  156. @Piotrek Markowicz
    „Od dobry 80 lat trafianie w nutki nie obowiązuje w muzyce i wszyscy mają się świetnie.”

    Może nie jestem w temacie, ale jeżeli pod pojęciem „trafianie w nutki” rozumiemy [a] zagranie na właściwej wysokości (czyli nie zafałszowanie, rozumiane jako niestrój, a nie jako uderzenie np. nutki spoza aktualnego centrum tonalnego) oraz [b] zagranie we właściwym momencie i o właściwej długości, czyli trzymanie time’u mówiąc wprost, to raczej nigdy nie wyszło i nie wyjdzie z mody, bo jak się tego nie robi (z pewnym marginesem wahań) to to brzmi jak amatorka po prostu, i nikt tego nie będzie słuchał. Cobain przykładowo świetnie czuł time, a fałsze powiedziałbym były w granicach dopuszczalnego błędu. Zasadniczo rzadko się jednak słyszy żeby ktoś podstawowej umiejętności trzymania tempa albo stroju nie miał, wśród tego co jest wydane na płytach albo się słyszy w radiu (choćby dlatego że obecnie zostanie zautotunowane albo zwkantyzowane, ale to inna sprawa).

  157. @Dude Yamaha

    Rzeczywiście, rytm ważniejszy jest niż tonalność. O ile na „fałszującą” muzykę mógłbym dostarczyć całą playlistę, to ciężko mi przypomnieć sobie coś, co celowo pomijałoby kwestię rytmu. Poza jakimiś dość oczywistymi, arytmicznymi gatunkami (ambient, free jazz, XX-wieczna elektroakustyka) to przychodzi mi do głowy elektronika właśnie. Warto rzucić uchem na „Untrue” Buriala [1], gdzie Burial celowo operował takim „złamanym” rytmem, zresztą z bardzo dobrym efektem.

    [1] https://www.youtube.com/watch?v=E2qLD9c3Gq4

  158. @Piotrek Markowicz
    „Coltrane co chwilę robił atonalne przeloty i był gigantem”

    Z jego perspektywy niekoniecznie atonalne. Wykorzystanie wszystkich dwunastu dźwięków z oktawy w odpowiednio logiczny sposób w danym utworze, biorąc pod uwagę już nawet same pokrewieństwa trytonowe, to dla niego żadne wyzwanie ;). Poza tym skoro to był taki tytan pracy, to nie dziwne, że musiał trafić we wszystkie możliwe nuty i kiedyś mu się znudziło, więc obok grania modalnego zaczął jechać free i operować mikrotonami (inna sprawa, że zmieniał się wokół jazz równocześnie i nie wyglądał już jak za czasów pierwszego wielkiego quintetu Milesa). Tak to widzę. Poza tym to trochę specyfika saksofonu jazzowego.

  159. @Piotrek Markowicz
    „Warto rzucić uchem na „Untrue” Buriala [1], gdzie Burial celowo operował takim „złamanym” rytmem, zresztą z bardzo dobrym efektem.

    [1] https://www.youtube.com/watch?v=E2qLD9c3Gq4

    Z tym że to jest w 4/4 chyba, rzeczywiście manipuluje akcentem na „1” ale już na „2” i „3” trafia w miarę regularnie dzięki czemu całość się trzyma kupy.

    Ogólnie nie mogę się powstrzymać od refleksji że ocenianie muzyki po tym jak ktoś się ubiera jest jednak dość słabe chyba. Starzy mistrzowie typu Mozart czy Charlie Parker nie takie rzeczy odwalali (pierwszy skatolog jak GG Allin niemalże, drugi szkoda gadać, kto czytał biografię Milesa ten wie), a muzyka chyba jakoś się broni, to że się o tym nie mówi/pamięta to chyba głównie funkcja tego że do tamtej muzyki nie było teledysków i całej otoczki internetowej. Chyba że oni też są dziadersami.

  160. @Martin_S

    No właśnie nie mam na myśli tylko jazzowych harmonii wykorzystujących 12 dźwięków skali i tych wszystkich harmonicznych, jazzowych fikołków („septymolka mi nie wpadła, a substytut nie chce żreć”). Coltrane celowo nie trafiał w nutki, ze świetnym zresztą efektem („India”, „A Love Supreme” całe). I nie wiem, czy jazz zmieniał się dookoła niego, aż tak oblatany w jazzie nie jestem, ale wydaje mi się, że w dekadzie lat 60 był prawdopodobnie najdalej widzącym muzykiem w swoim gatunku.

    (Gospodarzu, jeśli przesadzam z nerdzeniem, proszę o łagodne napomnienie).

  161. @Dude Yamaha

    No chyba najbliżej do tego efektu to przesunięcie akcentu na jakąś triolę/pentolę, ale uwierz mi, próbowałem kilka razy i nigdy nie wychodziło tak, jak Burialowi 😉
    Tak jak pisałem wyżej – problemem z Dire Straits nie jest ich ubiór, bo Pink Floyd też się ubierało byle jak (w późniejszych latach, na poczatku wiadomo). Problemem jest absolutny brak krawędzi.

  162. @Piotrek Markowicz
    „że w dekadzie lat 60 był prawdopodobnie najdalej widzącym muzykiem w swoim gatunku.”

    Ten okolicznik „najdalej” jest tak dalece nieprecyzyjny, że przy latach 60. pozwolę sobie już zamilknąć w tym temacie, bo się jeszcze obrażą jacyś miłośnicy Dolphy’ego czy innego Aylera. No i zapewne tyle o tym jazzie faktycznie tu wystarczy, bo lektura notek pozwoliła mi poznać ulubione okresy i podgatunki autora blogonotki.

  163. @Piotrek Markowicz
    „Mam wrażenie, że dyskusja zeszła z politycznego dziaderstwa na po prostu komentowanie co i jak się starzeje, na przykładzie zespołów muzycznych”

    To ja proponuję proste rozróżnienie: dziaderstwem jest skostnienie na starość (a w związku z tym słuchanie ewidentnie obciachowej muzy: np. country w Stanach, Kaczmarski i „Ich Troje” w Polsce).

    Ale tu pojawiają się ciekawe pytania:
    – czy lewicowy dziaders mentalny nie słuchający niczego nowszego od „The Velvet Underground” ma rację, oraz
    – czy odrzucanie muzycznych nowinek jest OK, bo (podobnie jak np. w kinematografii) źródełko oryginalnych pomysłów w muzyce wyczerpało się już w złotej dekadzie 1965-75, więc obecnym pokoleniom pozostały remixy i mashupy Tego Co Już Było oraz mielenie Gigantów Klasyki w nieskończoność?

  164. @Piotrek Markowicz
    „Tak jak pisałem wyżej – problemem z Dire Straits nie jest ich ubiór, bo Pink Floyd też się ubierało byle jak (w późniejszych latach, na poczatku wiadomo). Problemem jest absolutny brak krawędzi.”

    Jakaś tam krawędź chyba jednak była skoro głos gitarowy Knopflera jest pewnie równie rozpoznawalny co Gilmoura, pewnie m.in. za sprawą rozpiętości dynamicznej jaką osiągał grając palcami na (znienawidzonym) czystym kanale rozkręconego pieca lampowego, ale ok, wiadomo rzecz ocenna.

  165. @PM „Coltrane co chwilę robił atonalne przeloty”
    Ale nie mylisz tutaj trafiania w nuty (lajk, a1=440Hz w temp. pokojowej) ze skalami? Nikt nie lubi grać na rozstrojonym sprzęcie. Albo tylko na gitarze nastrojonej inaczej niż ta kolegi.

    „rozdartym Cobainie nawet nie wspomnę”
    Przeciez Nirvana to sa bardzo melodyjne, świetnie napisane piosenki, tacy the Beatles lat 90.

    „ciężko mi przypomnieć sobie coś, co celowo pomijałoby kwestię rytmu”
    Brak _wyczuwalnego_ rytmu nie oznacza, że go w muzyce nie ma. Współczesna elektronika lubi robić z dzwiękow marmolade, którą potem można dowolnie ugniatać.

    Oraz: czy robienie w roku 2020 muzyki na klasycznych modularnych syntezatorach z 1970s to jest dziaderstwo?

  166. @DudeYamaha „Jakaś tam krawędź chyba jednak była skoro głos gitarowy Knopflera jest pewnie równie rozpoznawalny co Gilmoura”
    True dat, zauważmy tu jednak, że i Gilmour z wiekiem zaczął wprost nieznośnie przynudzać.

  167. @Dude Yamaha
    „za sprawą rozpiętości dynamicznej jaką osiągał grając palcami na (znienawidzonym) czystym kanale rozkręconego pieca lampowego”

    Chyba kwestia nawet nie samej techniki ani sprzętu, tylko co dokładnie grał. Warto rzucić uchem na zespół American Football, który również grał solówki palcami na cleanie. Ale zestaw emocji, które niesie ze sobą American Football (niepewność Gen X wchodzącego w dorosłość na początku lat 90) jest krańcowo inny niż ten Knopflerowski (ładne, rockowe piosenki na granicy pastiszu).
    Ale oczywiście to wszystko jest dyskusja o zwijającym się medium, ja w ogóle bardzo się cieszę, że każdy może sobie słuchać czego chce, nawet Dire Straits. Na zdrowie! Do „Once Upon a Time in the West” w wersji z „Alchemy” ciągle lubię wrócić od czasu do czasu.

    @Sheik
    „Ale nie mylisz tutaj trafiania w nuty (lajk, a1=440Hz w temp. pokojowej) ze skalami? ”

    Nie, nie mylę 😉 Zachęcam do odsłuchania takiego „India” albo innego „Love Supreme”. Coltrane w wersji „robię fikołki po skalach” to na przykład „Giant Steps”. Gdzie rzeczywiście, trafia w nutki 😉

    „Przeciez Nirvana to sa bardzo melodyjne, świetnie napisane piosenki”

    Sto procent prawdy, panie redaktorze. Co nie zmienia faktu, że jakieś wersje live tych utworów to nieraz zgrzyty i celowe fałsze (bo np. Cobain którejś piosenki nienawidził i nie chciało mu się śpiewać).

    „Współczesna elektronika lubi robić z dzwiękow marmolade”

    Guilty as charged.

    „Oraz: czy robienie w roku 2020 muzyki na klasycznych modularnych syntezatorach z 1970s to jest dziaderstwo?”

    Dziękuję za to pytanie 😉 Na chwilę obecną – nie.
    Syntezatory analogowe dość mocno wróciły gdzieś z 10 lat temu w ramach rosnącej retromanii i ciągłego pałowania się środowiska nad analogowym sprzętem (analogowe to, analogowe tamto, analogowe stoły mikserskie i analogowe kompresory). Analogowy syntezator tym różni się od syntezatora cyfrowego, że po pierwsze – jest monofoniczny (jedna nutka naraz, brak akordów, przynajmniej te wcześniejsze modele z lat 70). Po drugie – właściwie w całości opiera się na syntezie subtraktywnej – oscylatorami generujemy fale z dużą zawartością harmonicznych, a potem filtrami dolno- i górno- przepustowymi wycinamy częstotliwości, które nas interesują.
    Zazwyczaj na pokładzie syntezatora analogowego mamy też LFO, czyli Low Frequency Oscilator. Zazwyczaj LFO steruje albo wysokością tonu oscylatora, który wychodzi na line-out, albo pracą filtra. Natomiast jeżeli LFO ustawimy na tyle szybko, że wejdzie w częstotliwość słyszalną dla ucha (pow. 20 hz, choć najlepiej, gdy jest to o wiele szybciej, w okolicy 200hz) dostajemy syntezę FM.
    Modular działa na zasadzie napięcia sterującego i właściwie możemy spinać ze sobą poszczególne oscylatory w nieskończoność, sterować wysokością dźwięku jednego oscylatora drugim oscylatorem, , tworzyć samowzbudzające się pętle, filtrować, robić cuda na kiju. Zazwyczaj kończy się to spaghetti kabli, ale działa. Z racji tego, że w modularze można połączyć wszystko ze wszystkim, instrument taki ma znacznie większe możliwości niż nawet najlepsze syntezatory cyfrowe/komputery, bo po prostu nie ma ustalonej odgórnie architektury.
    Natomiast zabawa w modulary to dość spore koszty i generalnie garażowe hobby, coś jak kupienie starego samochodu do remontu. Rzeczywiście, luminarze antropocenu (Nicholas Jaar na przykład, szczególnie na tegorocznych materiałach) korzystają z modularów bardzo często i street-cred jest dość powszechny.
    Ja sam wolę trzymać się laptopa. Pewnych rzeczy lepiej w ogóle nie zaczynać.

  168. @Coltrane
    Pytanie czy to jazz się zmieniał wokół niego, czy raczej Coltrane zmieniał jazz?
    Coltrane stworzył niemalże własnoręcznie (po części z Milesem) cały język wspołczesnego jazzu (czy dokładniej post-bopu), głównie za sprawą albumu Giant Steps i rewolucyjnych wtedy rozwiązań harmonicznych (‚Coltrane changes’ [1, 2]). Te harmonie są do dziś w centrum praktycznie całego, w tym momencie już tradycyjnego, jazzu.
    Natomiast sam Coltrane postanowił natychmiast rozpieprzyć to co stworzył i od A Love Supreme widać stopniowe (choć bardzo szybkie) odchodzenie od formalnych ram harmonicznych, które zostały zastąpione przez, metafizycznie już niemal pojmowane, *brzmienie* samo w sobie. Doprowadziła go do tego z jednej strony niewiarygodna sprawność wykonawcza, sięgająca granic możliwości saksofonu (zresztą stopniowo przechodził w coraz wyższe rejestry, od tenorowego do sopranowego), a z drugiej potrzeba powrotu do plemiennych, spiritualistycznych korzeni tej muzyki. Stąd narodził się free jazz, którego Coltrane został ‚Ojcem’ (obok ‚Syna’ Pharaoha Sandersa i ‚Ducha Świętego’ Alberta Aylera [3, 4]).

    @Dire Straits
    Mam wrażenie, że DS to taki Coldplay lat 80. Czyli mega popularny soft rockowy band, który nagrywa przyjemne radiowe piosenki, bez jakichś ‚eksperymentalnych’ ambicji. Stąd niechęć do niego ze strony fanów muzyki ‚ambitniejszej’ (np. Radiohead).
    Dodatkowo w Polsce największa popularność Dire Straits przypadła na czas startu Listy Przebojów Trójki, która wyniosła ich do statusu niemalże kultowego. I to chyba ten status jest główną przyczyną dziaderstwa Dire Straits; wątpię, że są tak postrzegani poza Polską.

    [1] https://en.wikipedia.org/wiki/Coltrane_changes
    [2] https://www.youtube.com/watch?v=62tIvfP9A2w&vl=tr
    [3] https://www.theguardian.com/music/2007/jan/31/jazz
    [4] https://www.youtube.com/watch?v=en3YTSViS6s

  169. @mck

    „Te harmonie są do dziś w centrum praktycznie całego, w tym momencie już tradycyjnego, jazzu.”

    Kwestia źródeł, ja z kolei spotkałem się z głosem, że „Coltrane Changes” to trochę taki ostatni fikołek do nauczenia się. Można, żeby pokazać swój skill i znajomość koła kwintowego we wszystkie strony, ale generalnie nie jest to wymagane, szczególnie przy ogrywaniu bardziej „usystematyzowanego” jazzu (II-V-I z wariacjami).

    „Doprowadziła go do tego z jednej strony niewiarygodna sprawność wykonawcza, sięgająca granic możliwości saksofonu (zresztą stopniowo przechodził w coraz wyższe rejestry, od tenorowego do sopranowego), ”

    Nie upieram się, ale nie było na odwrót? Że jednak zostawił sopranowy na rzecz tenorowego?

    „a z drugiej potrzeba powrotu do plemiennych, spiritualistycznych korzeni tej muzyki. Stąd narodził się free jazz, którego Coltrane został ‚Ojcem’ (obok ‚Syna’ Pharaoha Sandersa i ‚Ducha Świętego’ Alberta Aylera [3, 4]).”

    Znów się nie upieram, ale to chyba jednak bardziej chodzi o spiritual jazz (gdzie rzeczywiście, „A love supreme” było kamieniem węgielnym) potem kontynuowany przez Pharaoha i Alice Coltrane? A free jazz chyba jednak wystartował wcześniej, dzięki Ornette’owi Colemanowi…?

  170. @Piotrek Markowicz
    „Zachęcam do odsłuchania takiego „India” albo innego „Love Supreme”.”

    Jeżeli granie na granicy free (przypominam, że po Love Supreme był jeszcze dalszy etap) to „celowe nietrafianie w nutki” (w końcu zawsze gdzieś tam może być umowne centrum, od którego można odejść, ile się komu podoba), to OK, fine by me. EOT. Love Supreme zresztą to mój ulubiony album Trane’a i słuchałem go co najmniej setki razy (dla mnie zawsze tam trafia, gdzie trzeba, ale może to kwestia nomenklatury, faktycznie, można to nazwać i atonalnym pochodem, bo to nie są żadne tony przejściowe jak dawno temu u Parkera). Co do „Giant Steps”, Coltrane Changes itp. – oczywista sprawa, że miał ogromny wkład w ten, no… „fikołki”.

  171. @Analogowy syntezator tym różni się od syntezatora cyfrowego
    Super, dzięki. Teraz wytłumacz nam tu jeszcze jak działa harfa i ten, no, patefon. Zawsze mi się myli z domofonem.

  172. @sheik

    Takie to smutne czasy, że ludzie odpowiadają na pytania randomów z internetu i dzielą się swoim doświadczeniem. Okropne. Następnym razem zachęcam do google’a, gdzieś znajdziesz fajny artykuł na jakimś serwisie ze slajdami, na pewno dowiesz się, na czym polega różnica z punktu widzenia użytkownika. Może jakieś zdjęcia nawet będą!

  173. Jaki problem ludzie z lewicową wrażliwością mieli w stosunku do Straitsów już w ejtisach można zobaczyć tutaj: https://twitter.com/spitting_image1/status/1234572389230501889
    Natomiast teksty o braku refleksji czy nowatorstwa sugerują, że skomponowanie takich rzeczy jak „Tunnel of Love”, „Telegraph Road” czy druga strona „Brothers in Arms” jest zadaniem, które można wykonać przy stosunkowo małych umiejętnościach. Myślę, że wątpię. Nie wiem też, czemu tropy z lat 50. mają dyskredytować Knopflera, skoro nagranie np. „Making Kovies” trzy dekady wcześniej byłoby niemożliwe (ergo przeniesienie i aktualizacja pewnych pomysłów jest wartością dodaną, nie pastiszem).

  174. @palcami na czystym
    Ej, ale jednak w Money for Nothing to bardzo ciekawy przesterowany dźwięk wyszedł z efektem wah wah i to na dodatek po części dzięki przypadkowi w studio. I niby Knopfler myślał o brzmieniu ZZ Top (oidp), a tu autorsko wyszło. Nie zawsze tylko sułtani swingu szli sobie i nie zawsze nawet był ten wysłużony stratocaster ;).

  175. @Martin_S
    „@palcami na czystym
    Ej, ale jednak w Money for Nothing to bardzo ciekawy przesterowany dźwięk wyszedł z efektem wah wah i to na dodatek po części dzięki przypadkowi w studio.”

    Granie samymi palcami naturalnie nie jest niczym wyjątkowym, podobnie jak granie z częściowo otwartą kaczką czy jakimkolwiek innym sprzętem. Ale zagranie tak żeby było słychać że to on a nie kto inny to już jest jakaś wartość, nawet jeśli dziaderska.

    https://www.youtube.com/watch?v=59_juI9dnRY&ab_channel=MauroTolu

  176. @analogowo syntetyzowane dźwięki
    No od razu mi GusGus się skojarzył. Żeby było bardziej „w temacie” to ten od generowania dźwięków maluje się i chodzi w damskich ciuchach. Także ten. Fajnie grają i śpiewają. Lubię ich, nawet ze dwie płyty elektronicznie nabyłem na BandCampie.

  177. Wydaje mi się, że jest jedna kapela, co do której zgodzimy się, że jest dziaderska. Wzorzec dziaderstwa. I kto jej słucha jest tru-dzidersem.
    The Legendary Pink Dots. To jest Czomolungma dziaderskości.

  178. @Junoxe
    Byłem na gigu w listopadzie 2009, w (nieistniającym już) klubie Łódź Kaliska w Krakowie. Fakt, że starzy faceci, ale w życiu bym nie pomyślał, że to nurt „dziaders” (bo co, bo psychodelia się zestarzała, w Trójce ich grali? i why wzorzec?, normalnie co człowiek, to definicja). Nawet kupiłem od nich The Maria Sessions, bo byłem ciekaw, co to za odprysk. Czyli załapałem się na true dziadersa!

    No, OK a the Residents nie byli dziadersami? Pomijając już anegdotę, jaką mi sprzedał znajomy odnośnie ich koncertu (kiedy siedział po ich gigu dawno temu w pociągu kolei mazowieckich i zwierzał się przypadkowemu współpasażerowi, że jaki super band, grają w maskach i nikt nie widział, jak wyglądają… na co współpasażer, który, jak się okazało, robił przy organizacji tego koncertu, rzekł był: – Pfff, the Residents… nikt nie widział, ja widziałem, stary dziad, mył w kiblu ręce!). Tzn. na pewno są ciekawsi od LPD i bardziej po bandzie, ale… co w zasadzie decyduje o tym wzorcu?

  179. No do pewnego momentu The Residents byli cool. Lubię ich tak do Animal Lovers. Potem już mogą być dziadersami. Ale to może ja się postarzałem. 🙂
    Ale żeby w jednym poście umieszczać dziadersów Residentsów z tru dziadersami TLPD to ja sobie wypraszam.

  180. @junoxe
    Dodam, że ten typ z anegdoty był fanem Psychic TV (pewnie można podejrzewać, że również Throbbing Gristle), ale do dziś mnie nurtuje, skąd ten wniosek, że Resi słabsi i w ogóle nie ten poziom. W ogóle chyba nie uzasadnił wtedy tego.

    „z tru dziadersami”

    Nie, no, trochę prowokacyjnie. Ja wiem, że the Residents to sztuka audio o chyba trochę dłuższym terminie przydatności, ale ten gig LPD był na serio spoko dla mnie i w ogóle Łódź Kaliska była tak zapchana (i to ówczesną młodzieżą również), że z korytarza musiałem głowę wychylać, by dostrzec skład. W ogóle gdybym następnego dnia miał zobaczyć The Young Gods, to w ogóle czułbym tylko, że inna parafia, a nie że tamto siara, a to już cacy, że tak pociągnę jeszcze ten profanacyjny dla Ciebie wątek. Wymień, proszę, w punktach, dlaczego LPD to takie tru dziadersy, bo to ciekawe jest. Dla mnie o niebo bardziej dziaders to jakiś Camel czy inne progresy snujowate lub takie z girlandami dźwięków i neoklasycznymi pasażykami.

  181. @pm
    „Takie to smutne czasy, że ludzie odpowiadają na pytania randomów z internetu i dzielą się swoim doświadczeniem.”

    Panie Piotrze, na Boga, Sheik ma tutaj staż sięgający chyba czasów poprzedniego rządu PiS (czy coś koło tego). I stosunkowo łatwo sprawdzić jego prawdziwe nazwisko. Grabi pan sobie, oj grabi.

  182. @Martin_S
    „… ale do dziś mnie nurtuje, skąd ten wniosek, że Resi słabsi i w ogóle nie ten poziom. W ogóle chyba nie uzasadnił wtedy tego.”
    Bo tak mówili/mówią prawdziwi dziadersi od TLPD. Dziadersi zawsze argumentują, bo to nie to, bo to nie to samo co kiedyś, bo coś tam się skończyło wtedy. Typowe dziadersowanie

  183. @junoxe
    Ten z anegdoty był fanem Psychic TV i to z nimi zestawiał The Resi (potem za szybko wróciłem do wątku LPD, mea culpa, mogło się to pomieszać). Z LPD nie miał nic wspólnego, ale OK, rozumiem już uzasadnienie.

  184. @wo

    Po prostu męczy mnie ten passive agressive. Ale dobrze, szanuję porządki, nie przynudzam więcej, wracam do lurkowania. Miłego wieczoru!

  185. The Legendary Pink Dots są bardzo dobrym przykładem na to, że fanbase artysty wpływa na jego dziaderskość (przynajmniej w moim odczuciu). TLPD wyszperałem gdzieś w internecie w wieku 16 lat, czyli mniej więcej w momencie odkrycia tego bloga. Nie porywała mnie ta muzyka, ale traktowałem ją z szacunkiem jako coś w miarę niszowego, umiejscawiając gdzieś w okolicy wyżej wspomnianego Psychic TV. Lata później, już jako dorosły, dowiedziałem się, że TLPD jest uwielbiane przez poznanych przeze mnie dziadersów, gra koncerty do dziś, leciało pewnie w Trójce non stop, i w ogóle zajmuje inne miejsce na muzycznej mapie niż uprzednio myślałem. Moja ocena dziaderskości TLPD znacząco się wtedy zmieniła. Do tej wiedzy nie miałem dostępu jako szesnastolatek, jako że dorośli, których znałem wtedy, słuchali w większości disco polo (climbnąłem się dopiero na studiach).

    Na marginesie, to, że jako dzieciak z Polski B natrafiłem na ttdkn i cały ten wycinek blogosfery, uważam za jeden z najbardziej szczęśliwych przypadków mojego życia, choćby ze względu na to, że dzięki temu nie dotknęła mnie nigdy w życiu fascynacja Korwinem. Panie WO, dziękuję, uformował pan człowieka.

  186. Kiedyś na twitterze napisałem coś bekowego o Dire Straits i jakiś bot „Dire Straits fandom” czy coś takiego mnie wykrył i dodał do listy fanów. Uznałem to za podwójnie śmieszne, więc z tej karuzeli śmiechu postanowiłem sobie posłuchać Dire Straits na strimingu (? – jak się słucha na strimingu Appla, a nie na Spotify to jak się wtedy potocznie mówi?). Tak czy siak, na słuchawkach okazało się, że jest to muzyka przyzwoicie wyprodukowana z wyraźnym progrockowym brzmieniem. I to jest prawdopodobnie powód ich popularności – komu młodość upłynęła na Pink Floyd to mimo wszystko Dire Straits też mu/jej maca ten sam neuron przyjemności.

    A co to tej powszechnej wiedzy, że jest okres ~10 lat w życiu człowieka, kiedy wykształca się gust na całe życie, to trzeba pamiętać, że wykształca się wtedy też antygust, tylko, że bywa on bardzo… „lokalny” w czasie i przestrzeni. Często sprowadza się do „u nas w klasie się tego nie słuchało”. Spotkałem osoby o 3-5 lat młodsze (ja jestem rocznik ’80), które uważały, odpowiednio, że nu-metal jako całość najgorzej i że Audioslave. Było to dla mnie dziwne, bo w mojej klasie najgorzej to było Creed, a jak już leciał nu-metal i Audioslave to byłem w bardziej wyluzowanej fazie nabywacza gustu. Teraz pewnie bym nawet tego nieszczęsnego Creed nie odróżnił od nowego Pearl Jam, który po latach okazał się dla mnie niesłuchalny.

    Dziadersowanie negatywne (czyli nowa młodzieżowa muzyka najgorzej) to jest jakiś nawrót tego mechanizmu.

    A Kaczmarskiego to sam niejednokrotnie, w przerwach pomiędzy Warszawianką ’05, Czerwonym Sztandarem tudzież Kolorowym Wiatrem, śpiewałem w towarzystwie lubiącym (i umiejącym) śpiewać. Mogę was wprowadzić na taką imprezę po kowidzie.

  187. @inz.mru
    „komu młodość upłynęła na Pink Floyd to mimo wszystko Dire Straits też mu/jej maca ten sam neuron przyjemności.”

    To raz, a dwa, że często to wypada lepiej tekstowo. Teksty Watersa, zwłaszcza pod koniec, często były poważne jak rak mózgu, a Knopfler miał talent do pewnej cynicznej, satyrycznej zgryźliwości, którą bardzo sobie cenię. „Two men say they’re Jesus / one of them must be wrong?” „Sitting on a fence is a dangerous cause / you can even catch a bullet from a peace keeping force” „They don’t give a damn about any trumpet playing band, it ain’t what they call ROCK AND ROLL” (to ostatnie, to o mnie, gdy mi ktoś tu pisze o jakimś Koltrejnie).

  188. @PM „ludzie odpowiadają na pytania randomów z internetu i dzielą się swoim doświadczeniem.”
    Ech, spoko, ja jestem dla kolegi randomem, kolega dla mnie, no offence taken. Natomiast hej, czy ja pytałem jak działa syntezator analogowy? Gdzie i kiedy? Jeśli kolega chce się koniecznie pochwalić światu, że wie, to super, ale ja nie mam z tym nic wspólnego.
    Sama odzywka była jednak mało elegancka, za co sie kajam.

    @inzmru „A co to tej powszechnej wiedzy, że jest okres ~10 lat w życiu człowieka, kiedy wykształca się gust na całe życie, to trzeba pamiętać, że wykształca się wtedy też antygust”
    Z tym gustem i antygustem to trochę prawda, ale trochę nie. Ja do matury jazz tolerowalem słabo, natomiast różne średnie wynalazki metalowe całkiem dobrze. A nawet i poezję śpiewaną. A potem powoli, powoli mi się pozmieniało. No i doszedł też dystans, w końcu się orientujemy, że co najmniej 90% muzyki jest kompletnie niekonieczne, tak samo jest z literaturą i filmem. Nie ma o co łamać krzeseł. W końcu zaczyna sie doceniać nawet kotlet smakowicie ugotowany według starej recepty, bo to bardziej strawne niż kolejna ambitna porażka. Albo coś, co byłoby nawet ciekawe, gdyby nie zostało zalane toną keczapu aka loudness war.

  189. @inż.mrównica

    …A Kaczmarskiego to sam niejednokrotnie(…)śpiewałem w towarzystwie lubiącym (i umiejącym) śpiewać…

    Kaczmarski jako bard to jedno, ale dla mnie to też namiot, gitara, ognisko, autostop, tanie wino, no studencka młodość po prostu. Dawno nie słuchałem, ale gdy gdzieś tam obije mi się o uszy, to takie właśnie mam skojarzenie.

    No i weź tu tłumacz takiemu kolesiowi, że Kaczmarski jest passe. Ale ja to rozumiem. Jako dzieciak miałem wujka, który pasjami słuchał partyzanckich pieśni, a my też mieliśmy z niego niezłą beke.
    Karma wraca

  190. Co do Kropek, w Trójce grał ich _jeden_ redaktor, który zresztą od prawie dwudziestu jeden lat nie żyje. 99% dziadersów, nawet z pokolenia X-ów (a nie boommrsów) pewnie nigdy o takim wykonawcy nie słyszało i robienie z nich archetypu dziaderstwa uważam za jakieś głębokie nieporozummienie.

  191. ~10 lat w życiu człowieka, kiedy wykształca się gust na całe życie

    E tam. Całe życie czniałem elektronikę (poza paroma wyjątkami), a sporo po 30 zacząłem słuchać i czerpać przyjemność. Techno też nie znosiłem od dziecka aż dowiedziałem się, że Meute to gra (a swego czasu miałem nawet zapętlone w słuchawkach). Właśnie – czy takie kolektywy jak Meute czy inne Lucky Chops to już dziaderstwo?

  192. Natomiast co do Kaczmarskiego, jestem przekonany, że jego twórczość w oderwaniu właśnie od tego „dziaderskiego” archetypu (ogniska, Solidarność, Wolna Europa, dema KOD-u) i w oderwaniu od wiedzy o jego życiu prywatnym się broni dużo lepiej i jest dużo głębsza niż „antydziadersi” byliby skłonni przyznać. Tyle że zarówno „dziadersi” jak i „antydziadersi” Kaczmarskiego wolą sprowadzać do dwóch pierwszych zwrotek „Murów” (trzecia już nie pasuje i jednym i drugim).

  193. @airborell
    „Natomiast co do Kaczmarskiego, jestem przekonany, że jego twórczość w oderwaniu właśnie od tego „dziaderskiego” archetypu (ogniska, Solidarność, Wolna Europa, dema KOD-u) i w oderwaniu od wiedzy o jego życiu prywatnym się broni dużo lepiej i jest dużo głębsza niż „antydziadersi” byliby skłonni przyznać.”

    Paradoksalnie, Kaczmarski-muzyk jest artystą trudnym zarówno w odbiorze jak i w amatorskim wykonaniu. To co funkcjonuje jako „piosenki Kaczmarskiego” do śpiewania przy ognisku to są albo melodie cudze/ inspirowane cudzymi (jak „Mury”, „Obława”), albo kawałki jakie napisał dla kogoś innego („Sen Katarzyny II”, którego wykonawczynią miała być Maria Wiernikowska) albo też owa słaba „Zbroja” stworzona jako patriotyczna ramota w początkach stanu wojennego. Piosenki, w których Kaczmarski przemawia w pełni swoim własnym głosem to te gdzie słyszymy komentarz do rzeczywistości inteligenta-polonisty dokonywany poprzez reinterpretację tekstów kultury (jak utwory z płyty „Muzeum”) lub poprzez nadanie głosu postaciom historycznym (jak Luter, Repnin czy anonimowy bohater „Opowieści pewnego emigranta”). Takim „typowym” Kaczmarskim jest „Epitafium Brunona Jasińskiego” gdzie podmiot liryczny (no, to jest polonistyczna twórczość!) nie tylko wciela się w poetę ale i cała struktura rytmiczna i wyzyskane słownictwo jest stylizacją na jego dorobek. Czy to da się śpiewać w okolicznościach podsumowanych przez kolegę mw.61 jako „namiot, gitara, ognisko, autostop, tanie wino” – nie wykluczam, przy ogniskach siadały również grona, do których mogła docierać taka muzyka. Jednak „śpiewanie” to w tym wypadku dość umowny termin. Te bogate, za bogate na piosenkę, teksty można było zamarkować melodycznie, ale głosu należało przy ich wykonaniu używać przede wszystkim tak jak to robił sam Kaczmarski, czyli dla wydobycia znaczeń przez intonację, wahanie, pauzę, śmiech itp. Do zagrzewania tłumu na proteście KOD-u mało przydatne.

    No i jeszcze był Kaczmarski-nowelista, zapomniany w tej roli, bo dla prawie wszystkich niewygodny. Zacytujmy powieść „Napój Ananków”: „Kiedy następnego dnia proboszcz przeklął całą rodzinę z ambony i przestrzegł wiernych przed zarazą czerwonego ateizmu (biedny tato – frankofil, zakatowany przez komunistów, leżał już wówczas w niepoświęconej ziemi podwórka Urzędu Bezpieczeństwa), Lodzio zrozumiał, patrząc na nieruchomą twarz matki, że każde szaleństwo czujnie strzeże swojego terytorium.”

  194. @airborell
    „Co do Kropek, w Trójce grał ich _jeden_ redaktor, który zresztą od prawie dwudziestu jeden lat nie żyje. 99% dziadersów, nawet z pokolenia X-ów (a nie boommrsów) pewnie nigdy o takim wykonawcy nie słyszało i robienie z nich archetypu dziaderstwa uważam za jakieś głębokie nieporozummienie.”

    Ale ja we wogle nigdzie nie twierdziłem, że jeśli puszcza redaktor to znaczy, że zespół jest dziaderski. Zakładam, że dziaderskość zespołu lub jego twórczości to nie to samo co dziaderskość jego członków. To chyba oczywiste. Dziaderskość Kropek polega na tym, że słuchało ich pewna grupa, które było odporna na nowinki. Dla nich to był kult. Ilekroć spotykałem fana lub fanów, to byli jacyś polscy posthippisi. Stąd w Polsce dziaderskość TLPD. I kompletnie nie ma znaczenia ile osób słuchało ich lub nie. O dziaderskości tej grupy świadczą raczej odbiorcy, a nie ich liczba.

  195. Fanem Kropek (i nawet autorem broszurki o nich) był m.in. pewien zupełnie odporny na nowinki dziennikarz muzyczny, niejaki Bartek Chaciński, który prowadzi bloga o płytach z lat 60. i 70.

  196. Chciałem się odlurkować by napisać o Kaczmarskim, ale zrobił to za mnie nieoceniony Awal. Jak rozumiem dziaderskość Kaczmarskiego wynika z Murów (bez końcówki) i Zbroi. Oraz części fanów, którzy fanami nie są, tylko kombatantami ze swoimi wspomnieniami.

    Gratuluję bloga, gratuluję społeczności, to najciekawszy dla mnie zakątek internetu.

  197. @MZ
    „Jak rozumiem dziaderskość Kaczmarskiego wynika z Murów (bez końcówki) i Zbroi. Oraz części fanów (…)”

    Dosyć nieszczęśliwie napisane, bo jakby odwraca porządek: artysta sam z siebie nie jest dziaderski (chyba, że głosi dziaderskie poglądy – ale to inna historia). Tu leci wyliczanie objawów. Więc: dziaderscy bywają fani Kaczmarskiego, którzy lubią itd., nie odwrotnie.

  198. @Bardzozly
    No to może inaczej: co w Kaczmarskim miałoby czynić słuchających go dziadersami? Serio pytam, dla moich przyjaciół Kaczmarski też jest bądź obciachem, bądź guilty pleasure.

  199. @Kaczmarski
    Przecież on raka leczył magią. Już za samo to należy mu się order megadziadersa.

  200. Jeśli chodzi o Kaczmarskiego per se, no to leczenie magią to nie była jego największa wada; ale tak – dla mnie to taki „guilty” pleasure (wcale nie guilty) jak Broniewski – świetny warsztatowo, szczery patos. Lubię.

  201. @junoxe
    „Byłem wtedy w wieku studenckim i fakt, że oprócz moich znajomych, Prodigy lubiło spore grono starych pryków (30+, taka perspektywa) czyniło dla mnie ten zespół dziaderskim. ”

    A to przyznam mnie szczerze zaciekawiło. Bo ja też „wtedy” byłem w wieku studenckim (pytanie o którym dokładnie „wtedy” mówimy) i moje wspomnienie jest takie ze przed Breathe/Firestarterem nikt z mojego bąbla literalnie o The Prodigy nawet nie słyszał a jak im próbowałem wcześniej szczepić właśnie prodiża, chemików czy Mobiego to reakcje były tylko typu Meh, tam nie ma gitarrry. A potem wszyscy udawali że byli fanami od lat.

    @mck
    „Dodatkowo w Polsce największa popularność Dire Straits przypadła na czas startu Listy Przebojów Trójki, która wyniosła ich do statusu niemalże kultowego. I to chyba ten status jest główną przyczyną dziaderstwa Dire Straits; wątpię, że są tak postrzegani poza Polską.”

    Niech mnie ktoś poprawi ale mam wrażenie że poza Polską DS nigdy nie było zbyt popularne. Albo być może było we wczesnych ejtisach ale potem już nie. To jest pokoleniowy wpływ trójki moim zdaniem. Parokrotnie miałem takie wrażenie przy rozmowach w międzynarodowym gronie, częstym pytaniem przy piwie jest pytanie o muzykę obecnie lub kiedyś popularną w danym kraju i jak parę razy wspomniałem właśnie o DS to widziałem ten moment zawieszenia po drugiej stronie oznaczający zapewne „a co to qrwa jest”. Po chwili delikwent kojarzył (lub nie) „Money for nothing”. Ale żeby cokolwiek więcej to już nie.

    @awal – dzięki za zdebunkowanie Kaczmarskiego, dobrze że ktoś to zrobił, to trzeba było tu napisać a ja nie czułem się kompetentny. Ten facet mocno rozmijał się ze swoim fanbasem.

  202. Nie no, teza że DS „tylko w Polsce byli popularni i to efekt Trójki” to jest już brzozowizm doprowadzony do postaci skrajnej. To był absolutnie topowy zespół w latach 80. Polskim, trójkowym fenomenem do pewnego stopnia był kawałek „Brothers in Arms”, ale szybkie sprawdzenie holenderskiego Topu Wszech Czasów (który był inspiracją dla tego w śp. Programie Trzecim) wskazuje, że w ostatnim notowaniu tenże kawałek jest na pozycji 18. (a w Top 50 są jeszcze Sultans of Swing i Telegraph Road – na Trójkowym Topie Straitsi nie mieli ztcp tak silnej reprezenacji).

  203. @embercadero, @airborell

    Może polskie uszy mają coś wspólnego z niderlandzkimi? Na przykład Budgie – poza Walią byli popularni chyba tylko w PRL i w Zjednoczonych Prowincjach.

  204. @Gammon No.82
    Sprawdziłem jak w Niemczech – album „Brothers In Arms” jest na miejscu 30, ale nie ma nic więcej, ani w albumach, ani w singlach.

  205. @Gammon No.82
    Sorry za komentarz za komentarzem, ale znalazłem jeszcze niemiecką listę po wykonawcach – DS jest na pozycji 31, przed na przykład Neną (38), Depeche Mode (41), Boney M. (43) czy U2 (47).

  206. „Brothers in Arms” sprzedało się w 30 milionach egzemplarzy, co powinno rozwiać wątpliwości. Straitsi są natomiast bardziej popularni w Europie niż w Stanach, stąd czytając anglojęzyczny Internet rzeczywiście można dojść do wniosku, że są jakąś niszą (ten syndrom powinien się dorobić osobnej nazwy).

  207. Ok, konkludując: to nie jest tak że rzucając hasło DS w gronie 40+ z różnych części Europy uzyskujesz efekt natychmiastowego kiwania głowami ze zrozumieniem. Który uzyskujesz rzucając hasła typu Depeche Mode czy U2 (że posłużę się przykładami z wypowiedzi powyżej). Być może i zapewne wynika to z tego że DS istniało stosunkowo krótko i było to dość dawno, w dzieciństwie grupy wiekowej o której mówimy.

  208. @Nachasz
    Nie do końca o to mi chodziło. Miałem na myśli postrzeganie ważności zjawisk przez pryzmat tego, co o nich sądzą Amerykanie. Chociaż, w temacie będąc, warto wejść na Wikipedię i poczytać, co brytyjska krytyka sądziła o albumie. Pouczająca lektura.

  209. @piotrkowalczyk
    Zaiste, wyrażone w charakterystycznym długosłownym i długozdaniowym stylu dziennikarzy NME: „”tritest would-be melodies in history, the last word in tranquilising chord changes, the most cloying lonesome playing and ultimate in transparently fake troubador sentiment ever to ooze out of a million-dollar recording studio”.

    To powyżej napisał niejaki Mat Snow. Nie wiem, czy Knopfler się jakoś odgryzał, lecz taki np. Nick Cave na jego negatywną recenzję zareagował utworem – „Scum”.

    Taka anegdota na marginesie recepcji Dire Straits.

  210. @Tyrystor „Nie wiem, czy Knopfler się jakoś odgryzał, lecz taki np. Nick Cave na jego negatywną recenzję zareagował utworem – „Scum”

    Czyli każdy kraj ma swojego Kazika i Grabaża tudzież red. Brzozowskiego.

  211. @bartolpatrol
    „Przecież on raka leczył magią. Już za samo to należy mu się order megadziadersa.”

    Podobnie na swojego raka zareagował wpierw Steve Jobs, też dziaders?

  212. Dire Straits normalnie w MTV leciało, „Brothers in Arms” znam z telewizji bardziej niż z trójki.

    Swoją drogą jest jakaś nazwa dla zjawiska że najwięcej o jakiejś muzyce mają do powiedzenia ludzie urodzeni dekadę po tym jak coś leciało w radio?

  213. @bartolpartol
    Kaczmarki i rak

    Myślę, że nie należy rozszerzać „dziaderstwa” na wszystko co nam się nie podoba. A przede wszystkim nie oceniać mocno kogoś kto spotkał się z nowotworem i popełniał głupie wybory dotyczące samego siebie (jeszcze z kontekstem choroby atakujacej akurat struny głosowe w wypadku wokalisty). Że to było głupie – oczywiście. Pytanie czy my też byśmy nie zgłupieli na jego miejscu.

  214. Tak patrząc na tę dyskusję tylko chciałbym się spytać: Czy ktoś z tu rozmawiających złapał jakiś nowy zespół w ciągu ostatnich 30 lat? Millennialsi i zoomersi kulturowo zaangażowani nieszczególnie dbają o gwiazdy rocka sprzed dekad, które już zostały przetrawione przez popkulturę, wymięte przez radio zet i wyplute przez DJ-a grającego w Wieluniu. Sam fakt tej rozmowy pod wpisem o dziadocenie jest dość zabawny.

    A wracając do samej notki – dla mnie dość ważnym wyznacznikiem dziadersowania jest podejście do identyfikacji queerowej. Niestety, na tym polega i Chomsky i Zizek, i cała lista przedstawicieli lewicy intelektualnej ubiegłych pokoleń. Teoria płci kulturowej, nowe formy związków, upłynnienie relacji, miejsca w społeczeństwie, całej identyfikacji. Jest to coś, co, zwłaszcza dla zoomersów, absolutnie normalne i dość podstawowe w zakresie programu politycznego – a przy tym strasznie trudne do strawienia zwłaszcza dla pokolenia hipisów. Nie są w stanie zaaprobować tej rozszerzonej intersekcjonalności.

  215. @Michał Sadowski

    „Czy ktoś z tu rozmawiających złapał jakiś nowy zespół w ciągu ostatnich 30 lat?”

    O, to byłoby do mnie. Sons of Kemet. I, no, nie wiem, czy można liczyć jako zespół, ale niech ta: Janelle Monáe z muzy(cz)kami towarzyszącymi. (Nie licząc moich, nazwijmy, szczególnych zainteresowań typu Taraful Haiducilor, Mostar Sevdah Reunion, Jony Iliev & Band etc. etc.). A z polskich, nie gęsi, proszsz: SALK 😉

  216. Sons of Kemet to 2011, już chwilę temu, od 2013 grają The Comet is Coming. Gdzieś wtedy też debiutował Danny Brown. Polecany przeze mnie SAULT to 2019, Błoto się pojawiło wiosną 2020. Można tak długo.

  217. [i]Millennialsi i zoomersi kulturowo zaangażowani nieszczególnie dbają o gwiazdy rocka sprzed dekad, które już zostały przetrawione przez popkulturę, [/i]

    No właśnie cały ten wątek jest o gwiazdach muzyki, które wywarły impakt na popkulturę, a nie o takich, których słuchają „kulturowo zaangażowani”. Przy czym jestem zdania, że takich gwiazd jest w latach 2000. i 2010. znacząco mniej niż w dekadach poprzednich.

  218. @MRW

    „Swoją drogą jest jakaś nazwa dla zjawiska że najwięcej o jakiejś muzyce mają do powiedzenia ludzie urodzeni dekadę po tym jak coś leciało w radio?”

    Research.

  219. @sheik
    Shabaka to ma chyba akutalnie ze trzy regularne składy (bo przecież jeszcze Shabaka and the Ancestors) oraz sporo się udziela gościnnie. W końcu to tuz brytyjskiej sceny jazzowej ostatniej dekady.

    „The Daily Mash już o tym donosił!
    AN awestruck 15-year-old is breathlessly telling everyone how incredible Kurt Cobain was and what a terrible loss his death was.”

    Równolegle młodsze (od ówczesnych) pokolenia mielą sobie, jak chcą, niektóre hity, w ogóle nic sobie nie robiąc z tego, że to był kiedyś jakiś grunge.
    https://www.youtube.com/watch?v=Rta1ihOX5DI&ab_channel=SubPop

    A na dodatek coverują sobie na popowo CAŁY album innego bandu, który wyszedł rok po śmierci najsłynniejszego grunge’owca i może nie namieszał aż tak bardzo, ale w jakichś kręgach obecnych czterdziestaków (dzięki ówczesnej MTW) był wówczas też popularny:
    https://www.turntablekitchen.com/product/sd014-jenn-champion-the-blue-album-weezer-cover/
    https://soundcloud.com/matthew-tk/jenn-champion-undone-weezer-cover1

    @Michał Sadowski
    „Czy ktoś z tu rozmawiających złapał jakiś nowy zespół w ciągu ostatnich 30 lat? Millennialsi i zoomersi kulturowo zaangażowani nieszczególnie dbają o gwiazdy rocka sprzed dekad, które już zostały przetrawione przez popkulturę, wymięte przez radio zet i wyplute przez DJ-a grającego w Wieluniu.”

    No gdzież? Nie chcę mówić za wszystkich, ale ja dla przykładu mam kasetkę stilonkę C-90 i całą stronę Money for Nothing na niej nagraną i słucham sobie w kółko na Kasprzaku. Na drugiej stronie oczywiście the Final Cpuntdown z nostalgii za dzieciństwem.

  220. A gdyby już szukać na scenie queer (która, FFS, czerpie garściami z glamu, który ma prawie 50 lat! Nihil novi sub sole) to mein Geheimtipp: Beth Jeans Houghton aka Du Blonde (non binary, Transgender). Do tańca Scissor Sisters, choć o nich od 2012 niestety cicho. Oraz chk chk chk.

  221. @meself
    „który wyszedł rok po śmierci”
    Miesiąc po, przepraszam. Oraz Jenn może aż taka młoda już nie jest (swoje początki miała może z dekadę po Nirvanie), ale chodzi mi o to, że wszystko sobie w najlepsze mutuje w popkulturze, a ona sama zaliczyła niezłą transformację.
    A co do młodych pokoleń i starych gwiazd (i nie tylko gwiazd) – ostatnio zaskoczył mnie znajomy, który wysyłając zdjęcia z protestów swojej córki wraz z koleżankami, wskazał na dwie dziewczyny na zdjęciu, koleżanki córki z roku, i mówi mi, że mają obie ksywkę „Meat Puppets”, bo są do siebie podobne itd…. ja do niego, ale że jak to? Że niby od tych typów od „Lake of Fire”?

  222. @Dude
    „Podobnie na swojego raka zareagował wpierw Steve Jobs, też dziaders?”

    Pewnie, że tak! Pomijając leczenie raka magią jest jeszcze tworzenie zamkniętego ekosystemu, trzymanie się przez lata przestarzałego interfejsu użytkownika, dojenie klientów ile wlezie i wmawianie im, że im więcej zapłacą tym lepsi mogą się czuć itp., itd. Cook to też dziaders swoją drogą.

    @D.N.L
    „Pytanie czy my też byśmy nie zgłupieli na jego miejscu.”

    No więc najpierw jest szok, a potem jest pod górkę, bo trzeba szybko znaleźć dobry szpital specjalizujący w określonym typie raka i poddać się mniej lub bardziej ciężkiemu leczeniu. Oczywiście są nowotwory niedające szans, ale jest ich stosunkowo niewiele. Sporo za to jest niestety nowotworów zaawansowanych, więc ciężkich lub niemożliwych do wyleczenia, bo ludzie się nie badają lub wierzą w cuda. I to jest dramat.

  223. Skoro zrobiło się nam tutaj takie muzyczne potpourri to zapytam.
    K-pop to u nas znaczące zjawisko, czy tylko odprysk tego, co dzieje się na Dalekim Wschodzie?

  224. @bartolpatrol
    „Pewnie, że tak! Pomijając leczenie raka magią jest jeszcze tworzenie zamkniętego ekosystemu”

    Mi raczej chodziło o kwestię nazywania tak ludzi którzy różnie reagują na wieści o własnej ciężkiej chorobie, na co zresztą zwrócono już uwagę powyżej.

  225. @mw61 K-pop to u nas znaczące zjawisko, czy tylko odprysk tego, co dzieje się na Dalekim Wschodzie?

    To zdecydowanie pytanie do roczników 1990+ Osobiście nie słodzę herbaty i kawy, czemu miałbym muzykę.

  226. @Duda
    „Mi raczej chodziło o kwestię nazywania tak ludzi którzy różnie reagują na wieści o własnej ciężkiej chorobie”

    No więc, jeśli przyjmniemy z grubsza, że dziaders nie nadąża za postępem i twierdzi, że kiedyś było dobrze, a teraz to świat robi właśnie krok w przepaść, to leczenie raka magią doskonale się w to wpisuje. Panie, kiedyś to ludzie leczyli raka magią/ziołami/modlitwą/łotewa i nikt nie narzekał (bo każdy chory umierał, a zwłoki nie narzekają).

    Leczenie raka magią, antyszczepionkowość, aluminiowe kapelutki i majtasy itp. cuda biorą się z braku zrozumienia dla nauki i postępu. Są więc kwintesencją dziaderskości. Oczywiście człowiek ma prawo mieć wątpliwośći, wręcz powinien je mieć, ale od tego są specjaliści, żeby o tym pogadać. Wydaje mi się, że niedziaderskość polega m.in. na uznaniu, że są ludzie, często młodsi od nas, którzy wiedzą więcej i żaden wstyd ich posłuchać i zaakceptować to co mówią.

  227. @bartolpartol
    „Panie, kiedyś to ludzie leczyli raka magią/ziołami/modlitwą/łotewa i nikt nie narzekał (bo każdy chory umierał, a zwłoki nie narzekają).”

    Trochę poddaję w wątpliwość Twoje kompetencje w zakresie reakcji ludzi na takie wieści skoro kilka wpisów wyżej pisałeś o szpitalach specjalizujących się w określonym typie raka (zakładam że mówimy o Polsce).

  228. @mw61
    Jako ojciec k-popiary, zmuszany w związku z tym do słuchania i oglądania tegoż pięknego gatunku muzycznego, wożący dziecię na rozmaite imprezy itd., mam pewną trudność z odpowiedzią na tak zadane pytanie.
    Z perspektywy mojej, czyli było nie było dziadersa mentalnego – tak przynajmniej wynika z tego, co tu czytam, zasięg k-popu u nas (czyli w Polsce) najlepiej chyba można opisać odwołując się do przykładu znanego osobom, które chodziły do szkoły średniej w drugiej połowie lat 80 / w pierwszej połowie lat 90. Zasadniczo w każdej klasie licealnej (a przynajmniej w znacznej części) można było spotkać depeszy. Nie było ich wielu, ale byli na tyle liczni, że łatwo można było ich dostrzec. Fanatyczna obrona Depeche Mode przed krytykami, charakterystyczny strój… – mieli swoje wyróżniki. Z k-popem w Polsce jest podobnie. To jest nisza, ale bardzo charakterystyczna… Raczej odprysk trendu globalnego. No i jest to przede wszystkim całkowicie zoptymalizowana maszynka do zarabiania pieniędzy na fanach.

    @sheik.yerbouti
    K-pop to jednak zdecydowanie roczniki 2000+

  229. @konduktor-motor
    „najlepiej chyba można opisać odwołując się do przykładu znanego osobom, które chodziły do szkoły średniej w drugiej połowie lat 80 / w pierwszej połowie lat 90. Zasadniczo w każdej klasie licealnej (a przynajmniej w znacznej części) można było spotkać depeszy”
    Tu bym jednak postawił cezurę jakąś, typu 1993, bo jednak świat już wtedy się znacząco zdążył zmienić od ejtisowego trybu: punki vs. skiny vs. metale vs. depesze. Przede wszystkim Depeche Mode wydali w 1993 Songs of Faith and Devotion, Dave miał długie pióra (ok, DJ Bobo czy Richard D. James w sumie też), więc świat już nie mógł być taki sam, a kilka lat później w żadnym chyba LO nie budziło już zdziwienia, że ktoś słucha „Ultra” i jednocześnie „Nevermind” czy czarnej niedzieli Cypress Hill. Po 1993 subkultura jednego zespołu („depesze”) traciła rację bytu.

    @K-pop
    To jest dla mnie ciekawe o tyle, że to na ogół strasznie przesłodzony nurt. Coś jak kiedyś boysbandy (chyba Depeche nawet na Speak and Spell nigdy się do takiej „słodyczy” nie zbliżyli na milimetr). Oczywiście koreańskie rzeczy wkradają się również do indie-bańki 35-45-latków nawet, ale to bardziej jakiś Jambinai i okolice, które obok K-Popu nawet na półce nie stały. Natomiast jestem ciekaw, na ile K-Pop to jest jakaś autentyczna miłość roczników 2000+ (w sensie jakieś pokoleniowe coś), a na ile to tak jak kiedyś z jakimiś New Kids czy innymi Backstreet Boys, tylko że w dalekowschodnim wydaniu.

  230. @konduktor_motor „K-pop to jednak zdecydowanie roczniki 2000+”
    No wieeem, że przede wszystkim nastolatki, ale wśród 25-latkow też zauważyłem byłem, że się zdarza fascynacja.

    @”No i jest to przede wszystkim całkowicie zoptymalizowana maszynka do zarabiania pieniędzy na fanach.”
    Z drugiej strony #pamiętamy te piękne i pełne RiGCzu akcje trollowania TVP Info.

  231. @Dude
    „Trochę poddaję w wątpliwość Twoje kompetencje w zakresie reakcji ludzi na takie wieści skoro kilka wpisów wyżej pisałeś o szpitalach specjalizujących się w określonym typie raka (zakładam że mówimy o Polsce).”

    Masz do tego pełne prawo. Nie ma specjalizacji sensu stricte, ale jak zapytasz zorientowanych w sprawie lekarzy, gdzie najlepiej leczą określony rodzaj raka, to się okaże, że niektóre miejsca są w tym lepsze niż inne ze względu na kadrę, procedury, sprzęt itp., itd. Np. z rakiem piersi na Pomorzu najlepiej udać się wprost na UCK, a z niektórymi innymi nowotworami niekoniecznie. To nie znaczy. że gdzie indziej leczą źle, ale np. nie oferują zabiegów oszczędzających (w przypakdu raka piersi).

    Jeśli chodzi o reakcję na diagnozę i podejście do leczenia, to w rodzinie przerabialiśmy w ostatnich latach dwa przypadki (różne), także ten. Nikomu nie życzę, bo to jest jebnięcie, a potem totalny hardkor do czasu potwierdzenia, że leczenie się powiodło (choć pewność ma się po wielu latach dopiero).

  232. @Sons of Kemet
    Przecież to odgrzewanie kotletów?

    @rak Kaczmarskiego
    On dość długo skarżył się na gardło lekarzom, aż _nagle_ zdiagnozowano zaawansowane stadium nowotworu. Też straciłbym zaufanie do medycyny.

    @nowy zespół
    The Claypool Lennon Delirium obczajcie.

  233. @konduktor

    …Jako ojciec k-popiary(…)K-pop to jednak zdecydowanie roczniki 2000+…

    Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się odpowiedzi nastoletniego fana, ale właśnie szczęśliwego rodzica, zmuszonego do zapoznanie się z tym fenomenem.
    Dlaczego zapytałem. Miałem niedawno okazję poznać u znajomych przedstawiciela tego gatunku, wystylizowanego na K-popowego idola. Wyglądał, hmm, intrygująco, ale wcale nie niepokojąco jak na przykład emo. Ot taki kolorowy ptak. Posłuchałem chwilę jego muzy, potem więcej na tubce (rzeczywiście słodziutkie), trochę poczytałem, ale daleko idących wniosków nie odważyłem się wyciągać.
    Podobnie jak @Martin jestem ciekaw, czy to jest jakieś pokoleniowe coś. Czy ta (czy nie za duże słowo?) subkultura, nie jest na przykład sprzyjająca używkom czy też dołującym zachowaniom, czy też jest to po prostu rozrywka w czystej postaci?

  234. Mam wrażenie że teza, że młodsze pokolenie bardziej poważnie podchodzi do wskazań nauki niż starsze jest kompletnie gołosłowna. Millenialsi rzadziej chorują na raka, za to częściej szczepią swoje dzieci. Czy raczej coraz częściej nie szczepią.

  235. „Mam wrażenie że teza, że młodsze pokolenie bardziej poważnie podchodzi do wskazań nauki niż starsze jest kompletnie gołosłowna.”
    Też tak sądzę. Na tym samym blogu słychać ciągle narzekania, że młodzież jest prawicowa.
    ” Wydaje mi się, że niedziaderskość polega m.in. na uznaniu, że są ludzie, często młodsi od nas, którzy wiedzą więcej i żaden wstyd ich posłuchać i zaakceptować to co mówią.”
    Zwolenników Wielkiej Lechii względnie czciciele urodzin A.H. z młodszego pokolenia też mam posłuchać?

  236. @mw
    „jestem ciekaw, czy to jest jakieś pokoleniowe coś.”

    Mój prawie 40-letni kolega z pracy słucha K-Popu. Między innymi. A wygląda na klasyczne emo, więc może nie jest reprezentatywny. Poza tym to zupełnie rozsądny człowiek jest. Powiedziałbym, że jeden z mądrzejszych życiowo i zawodowo.

    @Dude
    Spoko.

    @airborell
    „Mam wrażenie że teza, że młodsze pokolenie bardziej poważnie podchodzi do wskazań nauki niż starsze jest kompletnie gołosłowna.”

    Chyba aż tak daleko się nie posunąłem. Chodzi o to, że faktycznie są stosunkowo młodzi ludzie (np. naukowcy z jakimś już dorobkiem), którzy wiedzą sporo, mają otwarte umysły na nowości itd. Bynajmniej nie twierdzę, że co powie młody to prawda. Chodzi o to, że są ludzie młodsi od nas, których warto posłuchać, bo mają coś rozsądnego do powiedzenia. Co oczywiście nie zwalnia z krytycznego podejścia.

    @janekr
    „Zwolenników Wielkiej Lechii względnie czciciele urodzin A.H. z młodszego pokolenia też mam posłuchać?”

    To zależy w jaką stronę zmierzasz. Choć w tych przypadkach wiedza raczej się rozrzedza z kolejnymi pokoleniami niż zagęszcza i trudno o coś nowego i rewolucyjnego.

  237. @mw61
    To jest doświadczenie pokoleniowe w takim stopniu, w jakim doświadczeniem pokoleniowym (na przełomie lat 80/90) mogła być przynależność do depeszów. Dla całego pokolenia dorastającego w tym czasie nie było to nic istotnego, ale dla całkiem sporej grupy – jak najbardziej. To jest jednak pewna nisza (ot, jakieś jedna, dwie czy trzy osoby w klasie).
    I tutaj kończy się użyteczność analogii z depeszami. Słuchanie k-popu to jest wejście w zróżnicowany ekosystem, który jest bardzo silnie zantagonizowany wewnętrznie. Tak naprawdę od wewnątrz nie ma fanów k-popu jako takich, natomiast są fani danego zespołu/wytwórni (którzy dodatkowo zmieniają swoje zainteresowanie w czasie, prowadzą podjazdowe walki itd.).

    Zagrożenia z perspektywy rodzica? Z jednej strony cały k-pop to jest straight edge w wersji XXXX. Członkowie tych zespołów nie mogą oficjalnie pić, palić, mieć dziewczyn/chłopaków (o narkotykach nawet nie wspomnę). Zasadniczo grzecznie idą do wojska (przynajmniej do tej pory tak było; teraz zdaje się zmieniają prawo, żeby BTS nie zawiesił działalności). Są też pracoholikami (nie da się być trainee, nie będąc pracoholikiem). Chodzące ideały w każdym wymiarze.
    Z drugiej strony są dwie kwestie, które mogą budzić wątpliwości. Pierwsza to drenaż kieszeni (jedyny większy pozytyw pandemii, który dostrzegam związany jest z tym, że plany córki odnośnie rozmaitych wydarzeń, koncertów itd. musiały zostać zawieszone). A bardziej na poważnie – k-pop to konsumpcjonizm w czystej postaci. Druga wątpliwość dotyczy dość silnego momentami fanatyzmu (to jest jednak pokolenie, dla którego lincze w sieci są czymś naturalnym). Jednak skalę fanatyzmu polskiego fandomu k-popowego oceniam tak na 1/10 fanatyzmu fandomu koreańskiego (o którego akcjach słyszę co jakiś czas od córki).

    @Martin_S
    Backstreet Boys czy autentyczna miłość? Why not both?
    W większości przypadków to jest ulizany, przesłodzony popowy crossover, który dla kogoś z zewnątrz przypomina karykaturę. Zresztą od wewnątrz również jest tego świadomość i część numerów idzie świadomie w taką przerysowaną konwencję (i oglądane są dla beki, również przez k-popiary). Dobry przykład:
    https://www.youtube.com/watch?v=TbuP2ypiTRc
    Ale zróżnicowanie wewnętrzne jest dość duże. Czy np. Backstreet Boys promowaliby się przez coś takiego?
    https://www.youtube.com/watch?v=mxlloUcfUy0

    @sheik.yerbouti
    Z moich obserwacji wynika, że dla k-popiar (tych realnych, nie tych z Twittera) nie ma żadnej różnicy między TVP a TVN. To jest ten sam obcy świat. Nie ich. Sprawy ważne to zbliżający się comeback, jakaś drama w fandomie, jak odróżnić członków kilkunastoosobowego bandu (wyglądają jak klony), żeby móc go stanować, dyskusje na temat kto jest biasem a kto ultrabiasem, albo jaki jest kogoś UBand i dlaczego, jak zdobyć kasę na lighstick UBandu…

  238. @konduktor_motor
    „(tych realnych, nie tych z Twittera)”

    co? na Twitterze wprawdzie jest dużo „ruskich botów” ale są i prawdziwi ludzie

  239. @Michał Radomił Wiśniewski
    przecież podkreślam tylko, że anegdotycznie przedstawiam wycinek większej całości, który znam osobiście i z opowieści córki: rozmaite koleżanki realne i wirtualne mojej córki. Żadna z nich nie ma Twittera.

  240. a, w sensie, że „te które znasz z reala, nie z twittera”, bo zabrzmiało, jakby te „z Twittera” są nierealne; nic dziwnego, że nie mają, twitter to milleniarskie gówno, a co mają w zamian?

  241. „TikToka?”

    zgadywać to sobie sam mogę, byłem ciekaw odpowiedzi konkretnego konduktora

  242. @konduktor_motor
    „Backstreet Boys czy autentyczna miłość? Why not both?
    W większości przypadków to jest ulizany, przesłodzony popowy crossover, który dla kogoś z zewnątrz przypomina karykaturę.”

    Chodzi mi o to, że w naszym pokoleniu też były jednostki, które się, nie wiem, do jakiejś 5-6 klasy podstawówki jarały boysbandami, a potem przychodziły z czasem różne inne rzeczy. Poza pewnym progiem wiekowym to już nie miało żadnego wzięcia i to się działo z roku na rok niemal, bo za słodkie, bo zieew już, nie wiem. Nie widzę zbytnio powodu, dla którego z K-Popem miałoby być inaczej, a jest to jednak zjawisko światowe. Nie bardzo czaję też, z jakiego powodu dla któregoś konkretnego pokolenia miałoby to być coś więcej niż dla naszego eurodance późnych ejtisów czy boysbandy wczesnych 90. (albo zwyczajnie nie znam zjawiska K-Popu dobrze).

    „To jest doświadczenie pokoleniowe w takim stopniu, w jakim doświadczeniem pokoleniowym (na przełomie lat 80/90) mogła być przynależność do depeszów. Dla całego pokolenia dorastającego w tym czasie nie było to nic istotnego, ale dla całkiem sporej grupy – jak najbardziej. To jest jednak pewna nisza (ot, jakieś jedna, dwie czy trzy osoby w klasie).”

    No, jeśli tak, to jednak zupełnie inne doświadczenie pokoleniowe, bo „subkultura” jednego zespołu – Depesze to było zjawisko obecne tylko za żelazną kurtyną, w Europie Wschodniej. W Polsce widoczne, na Węgrzech czy w Rosji, ale regionalne mocno i w dużej mierze kuriozalne i raczej ograniczone do konkretnego okresu twórczości. W 1993 nagle nastąpiła konsternacja, nawet jeśli Violator już trochę mógł zdradzać przyszłe zmiany czy po prostu to, że typów już ten gorset „new romantic”, czy jak to tam się zwało – chodzi o percepcję tylko, bo kawałki zawsze mieli ciekawe, zaczął uwierać (były tam numery tak różne jak Personal Jesus i Enjoy the Silence). I to, że była jakaś subkultura wynikało z typowo ejtisowych podziałów (czego słuchasz + jak się ubierasz + z kim się lejesz), potem bardzo szybko się okazało, że 1. fanbaza może być bardziej różnorodna (owszem, byli nawet w epoce cyfrowej ludzie zakładający jeszcze jakieś dziwnie nostalgiczne i hermetyczne fora i wspominali sobie tam m.in. „taniec kraul”, ale to już bez znaczenia dla odbioru realnej twórczości idącej równolegle) 2. bez sensu być subkulturowcem jednej kapeli, tym bardziej, że jakiś „metal” mógł posłuchać u Metza w RMFie, że typ z Paradise Lost ceni Dead Can Dance itd. (już inna epoka) Depeche Mode to dobry zespół, a że było zjawisko „depeszowania” to jakieś tam chwilowe kuriozum. Nie wiem, czy da się to zestawiać z K-Popem.

  243. @Martin
    „do jakiejś 5-6 klasy podstawówki jarały boysbandami”

    Hmmmmm, ciekawe od kogo jeden z bojsów z Just5 zaliczył w głowę butelką po piwie podczas koncertu w Kościerzynie. Bo możliwości nie ma za wiele: albo dzieci w tym wieku piły piwo i był to objaw uwielbienia, albo były starsze i piły piwo i właśnie stan uwielbienia im mijał, albo rodzic młodego fana pijący piwo nie ogarnął. A tak serio to chyba trochę starsze dzieci też słuchały, ale nie znam się, próbuję sobie przypomnieć tamte czasy tylko.

    Kościerzyny jestem pewien, boysbandu nie, ale w tamtych czasach (druga połowa lat 90) Just5 było na topie o ile dobrze kojarzę i wycierało się po wszelkich wiejskich i gminnych imprezach jak obecni celebryci.

  244. @Martin_S
    Zrobił się zupełny offtopic, ale skoro Gospodarz nie wycina…
    Tak jak już pisałem, analogia z depeszami jest kulawa. I więcej jest tu różnic niż podobieństw. Przywołałem ją, ponieważ moim zdaniem dobrze ilustruje niektóre cechy fanów k-popu, kiedy się na to patrzy z perspektywy osoby 40+. Dlatego nie jest ważne, że depesze to był chwilowy fenomen przełomu lat 80 i 90 gdzieś tam w Europie Wschodniej. Jeszcze raz: bycie depeszem dla wielu osób to było doświadczenie formujące (chwilowa obsesja na punkcie zespołu i jego tekstów, specyficzny strój, pierwsze miłości, które czasami przeradzały się w poważne związki, ogólnopolskie i lokalne zloty fanów…). Znam ze dwóch byłych depeszów i dla nich są to ważne wspomnienia z przeszłości (zdecydowanie coś więcej niż sentyment w rodzaju: kiedyś słuchałem Doktora Albana i 2Unlimited). Ale jednocześnie to była pewna nisza, a nie zjawisko naprawdę masowe. Depesze wszędzie byli zdecydowaną mniejszością. I, mam wrażenie, że trochę podobnie wygląda to w przypadku k-popu w Polsce. Oczywiście, cały czas trzeba pamiętać, że jest to zjawisko globalne i w znacznej części aspektów niezbyt podobne do depeszowania.

    Natomiast jest jeszcze jeden wymiar tej kulawej analogii, który można pociągnąć. Bycie fanem k-popu to jest w praktyce bycie członkiem fandomu jakiegoś konkretnego zespołu (ewentualnie: wytwórni) – czyli jest się członkiem A.R.M.Y. (słuchając BTS), EXO-L (słuchając EXO), NCTZen (słuchając NCT) i tak dalej. Czyli trochę tak jak w przypadku bycia depeszem. Ale z drugiej strony, wyobraźmy sobie, że Depeche Mode to był zespół, który został założony przez wytwórnię płytową w drodze kastingu: ze 150 kandydatów do zespołu po morderczym kilkuletnim treningu zostało dwunastu. I ta dwunastka stworzyła zespół. Każdy członek zespołu ma przypisaną funkcję (główny wokalista, wokalista, raper, tancerz…) oraz cechy (ten to wesołek, tamten romantyczny introwertyk…). Zespół niezbyt często występuje w pełnym, dwunastoosobowym składzie, ale tworzy liczne podzespoły (sub-unity) – 3, 4, 5 osobowe. Nazwijmy je Depeche Mode 1, Depeche Mode 2, Depeche Mode 3. Każdy sub-unit ma inny skład i robi trochę inną muzykę. I mamy oto fanów Depeche Mode, którzy dyskutują: Depeche Mode 2 wypuścił ostatnio dwa świetne utwory, ale Depeche Mode 3 od roku niczego nie wydało. Kiedy będzie comeback? Z kolei Depeche Mode 1 jest na trasie w Stanach i ma też przyjechać do Europy… No właśnie, gdy sobie to wyobraziliśmy, to odrobinę zbliżyliśmy się w stronę zrozumienia czym jest k-pop. Wszystkie przyzwyczajenia, które mam: czym jest zespół, jak powstaje, jak funkcjonuje, jak udostępnia nagrania… – nie mają wiele wspólnego z tym, jak wygląda to w k-popie. Chociaż są oczywiście zespoły, które funkcjonują w trybie bardziej stabilnym/tradycyjnym: BTS czy BLACKPINK są dobrymi przykładami.

    Ciekawa jest ta uwaga odnośnie boysbandów i sytuacji, w której nagle szybko z końcem podstawówki można było zobaczyć jak fani danego boysbandu znikają. Moim zdaniem w przypadku k-popu też może tak być, ale nie musi. W tym sensie, że pewnie trudno na poważnie było pozostać fanem Backstreet Boys czy ‚NSYNC w wieku 20+ (ale z drugiej strony słuchaczem Justina Timberlake’a – czemu nie?). Natomiast, z tego co się zorientowałem, można być k-popowcem będąc dorosłym. Dla części osób k-pop stanowi punkt wyjścia do tego, żeby zainteresować się kulturą Korei w ogóle – czyli wejść w seriale, filmy, dalej śledząc scenę k-popową. Tutaj inna kulawa analogia: to trochę tak, jak z fanami mangi (zresztą te środowiska się przecinają: przed pandemią w sklepikach z mangami widziałem osobne kąciki z gadżetami k-popowymi). Są dziewczyny czytające shojo i część później wchodzi w to głębiej, przechodząc do bardziej poważnych i zróżnicowanych utworów, a część przestaje czytać mangi.

  245. Kościerzyna vs Just5

    Pojadę kapitanem oczywistym ale w tamtych czasach jak się było w (przysłowiowej) Kościerzynie i odbywał się tam koncert to się po prostu na niego szło, niezależnie zupełnie od tego kto występował. Nastolatkiem będąc spędzałem wakacje kilka razy w takiej przysłowiowej Kościerzynie i właśnie tak to funkcjonowało. Dowolny koncert to było wydarzenie towarzyskie, połączone zwykle z konsumpcją, przed po i w trakcie. No to i przy okazji Just5 zaliczył butelką, nie on pierwszy i nie ostatni. Raczej nie od fana.

Dodaj komentarz