
Wątek polecanek zakończę zniechęcanką. Nowy King rozczarował mnie. Mówiąc bezspojlerowo, ostatnia scena kojarzy się z najgorszą tandetą firmowaną z nazwiskiem Kinga na okładce, jakimś VHSem „Dzieci kukurydzy 6”.
Książka należy do cyklu o prywatnej detektywce Holly Gibney, zapoczątkowanej w 2014 całkiem fajnym „Panem Mercedesem”. King wielokrotnie deklarował że chce wypróbować sił w nowym dla siebie gatunku. Te książki są więc teoretycznie kryminałami, w takim sensie że jest morderca i detektyw. Niestety, zjawiska paranormalne występują w każdej, choć przynajmniej na początku King starał się trzymać realistycznej głównej fabuły.
Paranormalny kryminał nie ma sensu, bo istotą powieści sensacyjnej jest saspens. W klasycznym „whodunnicie” krąży wokół pytania „kto zabił?”, w nowoczesnych thrillerach raczej „czy złapią zbrodniarza zanim ten zrealizuje Superzbrodnię”.
Jakiś saspens musi być, tak jak w operze musi być aria. A więc musi być też detektyw o ograniczonych możliwościach („bo ci na górze nic nie rozumieją”, etc). Kiedy wprowadzamy zjawiska paranormalne, saspens się rozsypuje, no bo dowolna postać może nagle zacząć lewitować albo teletapetetować. To czemu zbrodniarza nie złapią przy pomocy wahadełka?
W „Nie wymiękaj” zbrodniarzy mamy zasadniczo dwóch, choć zależy jak liczyć, bo to tak straszliwi psychole, że skromne rozdwojonko to i tak drobiażdżek na tle całej karty chorobowej. Za sprawą przekombinowanego zbiegu okoliczności, obaj w finale chcą zabić z grubsza te same ofiary.
To kolejny zabijacz suspensu. Detektyw na tropie mordercy – OK. Ale na tropie DWÓCH NA RAZ, bo psychopatyczni mordercy występują tak często, że muszą pobrać numerek i ustawić się w kolejce? Jak mam się przejąć czymś tak idiotycznym?
Kiedyś w Kingu fajne były obyczajowe portrety prowincjonalnej Ameryki. Sam nie wiem na ile to ja się zmieniłem, a na ile Kingowi to coraz gorzej wychodzi. Tutaj te portrety wydają mi się toporne jak w propagandowym slopie MAGA.
Ach jak im wszystkim fajnie, gdy polewają hotdogi syropem klonowym, słuchając klasyki bluesa z lokalnej rozgłośni NFSW. Byłby to raj, gdyby nie to straszydło w kanalizacji.
W czasach Trumpa nie musimy udawać transatlantyckiej przyjaźni, więc powiedzmy szczerze – ich żarcie jest gówniane, sprowadzone do najprostszych smaków: słodkie / słone / tłuste. Gdyby mi ktoś zafundował wyprawę na steka moich marzeń, pojechałbym na Żurawią a nie do Teksasu.
Jeden z pobocznych ale ważnych wątków polega na tym, że dawna mistrzyni r’n’b postanawia wznowić karierę koncertem w małym miasteczku (przypadkiem tym samym w którym grasują nasi psychole). Pewna postać drugoplanowa zostaje zaproszona na scenę i okazuje się tak utalentowana, że po jednodniowym przeszkoleniu śpiewa i tańczy z zespołem.
HELOU! Jeżeli wydarzają się takie cudowne zbiegi okoliczności, to jak mam się przejąć pościgiem za mordercami? Równie dobrze mogą ich zabić spadające z nieba odważniki z napisem „16 ton”.
Niedawno pisałem, że każdy pisarz po odniesieniu Sukcesu zaczyna pisać książki o idyllicznym miasteczku (w którym zbudował willę swoich marzeń). Zmodyfikowałbym to teraz tak, że każdy zaczyna prędzej czy później opisywać swoją terapię uzależnieniową. To jest KOLEJNA powieść Kinga, w której część fabuły dzieje się podczas zebrań AA, mamy obowiązkowe cytowanie Wielkiej Księgi i Modlitwy Anonimowych.
Co za sztampa! Znowu bohater jest „niećpającym alkoholikiem” albo „niepijącym narkomanem”? Ile można? Czemu nie choć raz dla odmiany niegamblujący hazardzista albo seksoholik na odwyku? Opowieści o uzależnieniach są podobne, znasz jedną, znasz wszystkie, zwłaszcza jak czytałeś non-fiction.
Jedyną zaletą jest „dobre bo słuszne”. Ach, ileż tu potępienia dla skrajnej prawicy! No ale to jak w tym starym dowcipie, „ty mnie Styka nie maluj woke, ty mnie maluj dobrze”. WOLAŁBYM intrygujące śledztwo, niebanalnych bohaterów, zaskakujące zwroty akcji oraz BRAK gadających lalek, zabójczych klaunów, telekinezy, telepatii i innych teledefekacji. Jeśli King się nie może od nich uwolnić, niech pisze horrory („mam na imię Stephen, udało mi się napisać sto stron bez elementów nadprzyrodzonych – „tak trzymaj, Stephen”).
Dobremu kryminałowi wybaczę odrobinkę niesłuszności ideowej. Dobremu horrorowi zresztą też, ale King wyprodukował chimerę, która ani nie straszy duchami, ani nie intryguje śledztwem. Posuwamy się od jednego nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności do drugiego, aż do idiotycznej ostatniej strony, która sugeruje że Mistrz planuje sequel pod roboczym tytułem „Zabójczy cieć”. To żaden spojler, trzeba dobrnąć do tej sceny żeby zrozumieć ten smutny dowcip. Ale nie polecam.

Kocham Holly i cały cykl, kilka ostatnich powieści też lubię (Billy Eliot), ale tu masz rację niestety.
BTW Stephen King ma kanał na BlueSky, można mu to wszystko napisać.
Gdybym był nim, nie czytałbym co tam se jakiś przegryw ma do powiedzenia.
@janekr
Tagowanie w soszialach prywatnych kont pisarzy pod negatywnymi recenzjami jest raczej uważane za niezgodne ze współczesną netykietą.
Nie zgodzę się, że nie może istnieć (dobry) paranormalny kryminał, bo takie po prostu mamy. Jest choćby naprawdę przyzwoita seria w tym zakresie, cykl Mike’a Carrey’a o Felixie Castorze. I wszystkie (poza najnowszą nowelką, która jest na to po prostu za krótka, oraz ewentualnie końcem pierwotnego pięcioksięgu, który skupia się na konfrontacji z pociągającym za sznurki głównym złym cyklu, więc to bardziej thriller niż typowy detektywistyczny kryminał) to bardzo klasyczne kryminały.
Również, moje ukochane „Three Parts Dead” Gladstone’a jest strukturalnie absolutnie kryminałem, choć dzieje się w świecie na wskroś magicznym. (Ofiarą jest bóg ognia, a książka mówi o postępowaniu upadłościowym po jego śmierci i odkryciu, że z nią było coś mocno nie tak.) I też to działa.
Kluczem do tego, by taki suspens działał jest to, żebyśmy mieli do czynienia z „twardą” magią. Brian Sanderson zaproponował taki podział na magię „miękką” i „twardą”, gdzie „miękka” jest bliżej nieopisana i wtedy faktycznie można nią zrobić wszystko i „czemu orły po prostu nie zaniosły Froda do Ordiuny?”. Natomiast „twarda” ma swoje reguły, bardzo konkretne i znane autorowi oraz do pewnego stopnia czytelnikom. (Piszę do pewnego stopnia, bo np. w cyklu o Castorze pewnym elementem szerszej zagadki jest odkrywanie przez bohatera właśnie tego, jak magia w tym świecie działa. Tym niemniej jako czytelnicy od początku mamy pewien obraz magii i tego jak ona działa, z perspektywy bohaterów, a jeśli wchodzi coś wzbogacającego ten model, to jest to BARDZO duży plotpoint.)
Dobry kryminał w świecie z miękką magią nie jest niemożliwy (są przynajmniej dwa przyzwoite w cyklu o Świecie Dysku w końcu Vimes jest parodią klasycznego hardboiled detective), ale faktycznie przez tą kwestię suspensu jest dużo trudniejszy. Natomiast przy twardej magii argument o braku suspensu zdecydowanie odpada, a samo istnienie takiej magii daje dodatkowy wymiar, który może całkiem wzbogacić intelektualną dłubaninę nad przebiegiem zagadki.
@Artur Król
Carey to już bardziej kryminał urban fantasy niż paranormalny, to jednak tutaj istotne rozróżnienie, w powieści paranormalnej raczej nie masz tej magii objaśnionej w sposób, gdzie konkretne zasady jej działania pozwalają na kryminalny suspens.
Podobnie niezłe kryminały fantasy pisywałą Anna Kańtoch zanim przerzuciła się na kryminały niefantastyczne z jednej strony, a bardziej eksperymentalną fantastykę z drugiej.
@ausir
Z tego co rozumiem, WO postulował samą obecność zjawisk paranormalnych jako zabójczą dla kryminału, więc czy zaklasyfikujemy Careya jako kryminał urban fantasy, czy kryminał paranormalny imo wiele nie zmienia, ogólna teza brzmiała „jak jest magia, to można nią wszystko załatwić, więc nie ma napięcia”.
@ak
„Z tego co rozumiem, WO postulował samą obecność zjawisk paranormalnych jako zabójczą dla kryminału,”
Ale oczywiście w pełni się zgadzam z Twoim doprecyzowaniem. Tak naprawdę chodziło mi o magię nieograniczoną, nie podlegającą jasnym regułom (czyli to co nazywasz „miękką”). Jeśli mamy sytuację jak z rolpleja, „rozwiązałbym to Purpurowym Eliksirem, ale potrzebuję do tego zęba jednorożca, cholera, wszystkie są w tej wieży opanowanej przez wilkołaki, muszę je najpierw stamtąd wywabić”, to wracamy do sytuacji Detektywa O Ograniczonych Możliwościach, więc saspens znów jest teoretycznie osiągalny. Acz nie znam niczego z tego co polecasz, muszę nadrobić.
@ograniczone możliwości
To chyba pasuje Odd Thomas z serii Deana Koontza. Gada z duchami i Widzi Znaki, ale dostaje z tego tyle informacji, ile potrzeba żeby wpaść na trop. Hinty z zaświatów czasem popychają akcję do przodu, ale o ile dobrze pamiętam to bez rażących nadużyć.
Zjawiska paranormalne w każdym chyba gatunku (z horrorem włącznie!) są jak sól, którą można doprawić zupę. Dla smaku odrobina nie zaszkodzi, ale jeśli autor wrzuci całą solniczkę do gara, to jest to nie do przełknięcia (w horrorach można oczywiście pozwolić sobie na więcej niż w kryminałach, a fantastyka to już w ogóle).
Okazuje się, że jednak można skutecznie połączyć kryminał i zjawiska paranormalne *w rozsądnej dawce* – i pozwolę tu sobie zarekomedować najnowszy (czwarty) sezon „Detektywa”, który jest co prawda serialem kryminalnym, ale jako taki nieco przypomina formalnie kryminalne „Miasteczko Twin Peaks”: akcja podczas długiej nocy na Alasce, dwie niepowiązane (?) ze sobą zbrodnie, skorumpowani gliniarze, prowincjonalne układy (kopalnia zatruwająca wodę, ale dająca pracę miejscowym), alkoholizm i PTSD dwóch głównych bohaterek policjantek. No i ten suspens! I uwaga: proszę się nie zniechęcać żenującym zakończeniem trzeciego odcinka rodem z taniego horroru (scena w szpitalu) – w finale okazuje się, że TO NIE TAK (spoiler: rot13 na dole). Owszem – chwilami myślałem, że scenarzysta wrzucił solniczkę, ale okazało się, że była to zupełnie inna przyprawa. Jestem pozytywnie zaskoczony anulowaniem cudów na kiju.
* – Anineeb jvqmvnłn eóżar emrpml, cbavrjnż – cbqboavr wnx h wrw fvbfgel v zngxv – ebmjvwnłn fvę h avrw fpuvmbseravn
@m.n.f.:
> Zjawiska paranormalne w każdym chyba gatunku (z horrorem włącznie!) są jak sól, którą można doprawić zupę.
Przymierzam sobie: „Wątki żeglarskie w każdym chyba gatunku […] są jak sól, którymi można doprawić zupę”. A może: „Uwagi z zakresu fizyki w każdym gatunku […] jest jak sól, którą można doprawić zupę”.
Mnie wątki paranormalne irytują. Owszem, mogą być osnową jakiejś historii, dlaczego nie; tak jak można napisać powieść o żeglarzach, albo zrobić wtręt fizykalnie opisujący zjawiska 😉 Można, ale to jest nisza, a nie coś, co pojawia się wszędzie. Zjawisk paranormalnych w popkulturze jest absolutnie za dużo. I nawet nie mówię o kwestii politycznej, czyli budowaniu podglebia dla teorii spiskowych. (Tak, wiem, można się cieszyć z historii o UFO, czy duchach, i nie zostać wyznawcą teorii spiskowych, ale ogólnie, podnosi to tolerancję dla nich.)
@Artur Król
A jaka z powieści w której głównym bohaterem jest Vimes najbardziej ci podchodzi? Ostatnio waham się między „The Fifth Elephant” a „Thud!”
Cała seria Świata dysku trzyma moim zdaniem wysoki poziom poza nielicznymi wyjątkami.
Jak dla mnie zdecydowanie „Straż nocna”.
Żona nałogowo czyta kryminały, a ja jej wyszukuję i muszę niestety sprawdzać, bo są trzy cechy które nie odpowiadają jej gustom:
-paranormalność
-porąbane okrucieństwo
-WSZYSCY detektywi mają traumę, mroczną tajemnicę, ich siostra zaginęła, ojciec popełnił samobójstwo itd.
No i niestety jest tego sporo.
W dobrym duecie śledczych zwykle jeden jest ten po przejściach a drugi ma rodzinę i usiłuje wieść normalne życie, co wnosi trochę normalności i dowcipów. Cała seria Lethal Weapon 1,2,3… na tym bazowała.
Akurat ze 2-3 książki Koontza które czytałem zawierały worek soli a nie solniczkę. Totalne pójście na łatwiznę. Nie wiadomo jak wybrnąć z sytuacji to wymyślamy coś paranormalnego. Dyskwalifikacja.
Dołączam do pochwał dla alaskańskiego Detektywa. Nie rozumiem czemu ludziom się nie podobało. Pewnie że to nie to co pierwszy sezon bo to było arcydzieło, i pewnie że jadą na marce ale bardzo przyzwoicie zrobiona historia.
Z thrillerów to ja polecam wszystko Deavera. Nie wszystko czytałem (ale większość, w tym nowelki które polecam szczególnie), nigdy się nie zawiodłem. Choć ma momentami tendencję do czynienia swych głównych bohaterów nieco zbyt sprytnymi i przewidującymi jak na homo sapiens. Ale nie zawsze.
@pak4
„Tak, wiem, można się cieszyć z historii o UFO, czy duchach, i nie zostać wyznawcą teorii spiskowych, ale ogólnie, podnosi to tolerancję dla nich”
No to jest zarzut, który stawiałem Kingowi w jakimś starodawnym flejmie tu na blogu (że wyciągając horror z szafy, odkurzając go i reaktywując jako gatunek, jest – wbrew swoim intencjom – współodpowiedzialny za religijną gorączkę lat ’80 i amerykański backlash kulturowy tamtej dekady). Dziś uważam, że to już nieaktualne, bo w dobie mediów społecznościowych, kiedy Marjorie Taylor Green doradza prezydentowi Trumpowi, i tak już wszystko stracone.
Generalnie King i jemu podobni to jest literatura dla wierzących. We mnie wzbudza głównie odczucie „no co za bzdury” a nie saspens. Żeby się tym przejąć to trzeba mieć w sobie wiarę w nadprzyrodzone. A jak nie masz to jednak nie wchodzi.
@janekr: „Billy Summers”. Znakomita powieść.
King już potwornie spieprzył poprzedni tom o Holly. Para złoli to kanibale, homofoby, mordercy i coś tam jeszcze pewnie dałoby się im przypiąć, ale historia o tym, że pan naukowiec (jakkolwiek może i trzeciorzędny i o popieprzonych poglądach) żre ludzkie mózgi, jest kompletnie niewiarygodna, człowiek co parę stron chce krzyczeć „priony! priony!”. Dość przytomna i ogarnięta pani detektyw bezrefleksyjnie lezie do domu złoli wiedząc, że mają znaczną przewagę liczebną. I tak dalej.
@babcia stefa
„King już potwornie spieprzył poprzedni tom o Holly”
W0rd. Nie bierz nowego do ręki.
@rpyzel
Za uniknięcie tych trzech kliszy lubię kryminały Simenona o Maigrecie.
@embercadero
Generalnie King i jemu podobni to jest literatura dla wierzących. We mnie wzbudza głównie odczucie „no co za bzdury” a nie saspens. Żeby się tym przejąć to trzeba mieć w sobie wiarę w nadprzyrodzone. A jak nie masz to jednak nie wchodzi.
Chyba jednak można mieć radochę np. z obu prastarych tomów „Opowieści z dreszczykiem” (albo z M.R. Jamesa) bez śladu wiary w nadprzyrodzone. Wystarczy pomyśleć „no o.k., w opisywanej rzeczywistości to się dzieje i lokalsi tego doświadczają”. W każdym razie tak to mi się zdaje z literaturą. Bo w filmie to ciemność, ciemność, ciemność, posępna muzyka i nagle coś wyskakuje i ŁAAAAAA!
@rpyzel
Żona nałogowo czyta kryminały, a ja jej wyszukuję i muszę niestety sprawdzać (…)
Cykl o Adamie Dalglieshu P[hyllis] D[orothy] James już namierzyliście? Chyba nie zawiera niczego z wymienionych.
@fieloryb
Tak jak Ausir będę chyba team Nocna Straż jeśli chodzi stricte o Vimesa
@słuchanie muzyki
Uważam, że słuchanie przez słuchawki na dłuższą metę jest szkodliwe dla zdrowia. Mój ostatni nabytek to kombajn wszystkomający (radio, DAB, CD, DLNA, radio internetowe). Samych stacji radiowych do wyboru jest około 30 tys. DLNA pozwala słuchać muzyki w sieci lokalnej. Dobry dźwięk i wygoda w używaniu.
Zrobiłam rachunek sumienia (przeczytałam Kinga wszystko poza „Mroczną Wieżą”, której nie jestem w stanie strawić) i złapałam się na tym, że wątki paranormalne mnie nudzą, czytam to dla portretu Ameryki, obserwacji socjologicznych i portretów ludzkich losów. Czytałam „Rose Madder” dziesiątki razy, zawsze pomijając kawałki, gdzie oni tam łażą po labiryncie.
Kryminał o śledztwie prowadzonym przez zwykłą osobę z życiem rodzinnym czytałabym jak dzika, też mam już dość tych facetów w średnim wieku, z traumą (zwykle śmierć dziecka), zwykle mających problem z piciem, zwykle przeniesionych z dużego ośrodka do jakiejś dziury.
@fieloryb
„A jaka z powieści w której głównym bohaterem jest Vimes najbardziej ci podchodzi? Ostatnio waham się między „The Fifth Elephant” a „Thud!””
W odróżnieniu od przedpiśców, ja jestem team „Thud!” (Pl: „Łups!”), a to przede wszytskim z uwagi na plot twist i pointę w jednym. Motyw „tradsów” zawłaszczających i fałszujących historyczny przekaz w imię swoich partykularnych interesów oraz ksenofobicznych poglądów bardzo mi zarezonował jako komuś, kto mieszka w Polsce i obserwuje takie rzeczy na żywo.
Dodatkowe punkty z uwagi na wątek synka Vimesa i obowiązkowego czytania, jako czytającemu ojcu mocno uderzyło w emo (przy okazji por. Babcia Stefa i „Kryminał o śledztwie prowadzonym przez zwykłą osobę z życiem rodzinnym czytałabym jak dzika”).
„Cała seria Świata dysku trzyma moim zdaniem wysoki poziom poza nielicznymi wyjątkami.”
Przy patrzeniu na Świat Dysku jako całość trzeba pamiętać, że poszczególne tomy ukazywały się przez dekady i autor w międzyczasie bardzo się rozwinął. Sam zresztą pisał, że przeszedł od „gag-driven narration” do „plot-driven narration”. Pierwszy Świat Dysku (w zasadzie pierwsze dwa) to przecież parodia wyświechtanych klisz fantasy z lat osiemdziesiątych.
@Gammon
„Chyba jednak można mieć radochę np. z obu prastarych tomów „Opowieści z dreszczykiem” (albo z M.R. Jamesa) ”
MR James jest genialny.
@Babcia Stefa
„Kryminał o śledztwie prowadzonym przez zwykłą osobę z życiem rodzinnym czytałabym jak dzika”
Lisa Marklund, cykl z Anniką Bengtzon. Śledztwa prowadzi tam dziennikarka z gazety codziennej, kobieta około trzydziestki, mężata i dzieciata (dwójka małych dzieci), bez żadnych nałogów, tyle że permanentnie zalatana i zestresowana, bo w przerwach pomiędzy tropieniem morderców musi pamiętać, żeby odpowiednio wcześniej wyjąć z zamrażarki mięso na świąteczną pieczeń. Pamiętam, jak wypatroszyła mnie emocjonalnie scena, kiedy pod koniec jednego z tomów bohaterka siedzi uwięziona przez mordercę w kanciapie i myśli sobie, że jeśli tu teraz zginie, to córka w ogóle nie będzie jej pamiętać, a syn może będzie miał jakieś przebłyski. Generalnie czytałam tak z połowę cyklu i dawały radę.
@krystyna.ch
Ta klisza „detektyw to człowiek Po Przejściach I Bez Rodziny” jest tak silna, że kiedy przeczytałem kryminał napisany przez norweską policjantkę, czyli kogoś po kim można by się spodziewać że będzie miała jakiś dystans do stereotypów, to bohaterka – detektywka z Oslo – też była Po Przejściach I Bez Rodziny.
Jest o tym Onion:
link to theonion.com
Przejrzałęm jeszcze raz tę książkę.
Wszystko, co skrytykowano wyżej tam jest – dwóch psychopatów jednocześnie, anonimowi alkoholicy, zdumiewająca kariera u boku legendarnej wokalistki powszechna katastrofa w finale, zgadza się.
Natomiast wątków paranormalnych akurat tu praktycznie nie ma. Bohaterki mają jednozdaniowe wspomniania z poprzenich części cyklu na zasadzie „widziała już takie potworności”, a jedyny wtręt para odnoszący się do treści książki to ostatni akapit. I jest to takie nieśmiałe raczej.
Druga klisza to osoby jakoś tam neuroatypowe. Bones, Monk, Saga z Mostu nad Sundem, last but not least, Sherlock.
A Mentalista to będzie neuroatypowy czy po przejściach? On w końcu oszukuje, ale z normami społecznym jest trochę na bakier, po przejściach jest na pewno (ale się nie stacza, ewentualnie stacza się trochę i kontrolowanie).
@Most nad Sundem
Tam chyba któryś z bohaterów miał wręcz halucynacje swojej rodziny?
„osoby jakoś tam neuroatypowe”
Astrid Nielsen z serialu Astrid et Raphaëlle. Jako osoba z autyzmem ma supermoce pozwalające skutecznie rozwiązywać zagadki kryminalne.
@janekr
„Natomiast wątków paranormalnych akurat tu praktycznie nie ma.”
Twoja stara. Niestety odpowiedź jest spojlerem, bez zakodowania powiem tylko, że Ostatnia Scena zmusza nas do przewartościowania. Rot13:
Wrqra m zbeqrepój pnłl pmnf fłlfml j tłbjvr tłbf, xgóel jlqnwr zh fvę tłbfrz bwpn. Gb ba tb cbqżrtn qb mnoówfgj v cbjgnemn „Avr jlzvęxnw” J svanyr bxnmhwr fvę, żr gb Tłbf Cbeprynabjrw Svthexv, xgóeą jłnśavr mnoenł pvrć – v gb ba tb grenm fłlfml!
@janekr
I że jeszcze dodam, ten Zaskakujący Finał jest autozrzynką z Pana Merdedesa, gdzie też prawie wszystko było prawie normalne, ale w finale mamy jakąś teletapetę, która rzuca inne światło na dotychczasowe wydarzenia. King krąży irytująco blisko autoplagiatu.
Zgoda Detektyw na Alasce jest super. Ale 20 lat temu oglądałem koreański film o wojnie w Wietnamie 'R-Point’. Mój pierwszy koreański film w życiu, z którego dowiedziałem się ze Korea Południowa walczyła też w Wietnamie. a przed wojną z USA była wojna. z Francją. Dużo nowych rzeczy się dowiedziałem z się z tego filmu ale najfajniejsze było że to był film wojenno-horrorowy. Bo niby wszyscy mówili o opętaniu, duchach, nawiedzonym domu ale koniec końców wszyscy gineli w sposób normalny, całkowicie ziemski, a te duchy całkowicie można było wytłumaczyć stanem psychicznym żołnierzy, przemęczeniem, strachem, narkotykami, PSTD itd. Po seansie połowa naszej grupy mówiła że to paranormalny horror a połowa że wojenna historia omyłek.
Mnóstwo było przypadków, gdy pisarzom z wiekiem zanikała kreatywność i innowacyjność. Czasem można się nawet zastanawiać, czy taki pisarz aby na pewno sam jeszcze pisze swoje książki. Emerytura? Wygląda raczej, jakby mieli jakieś potężne długi do pospłacania. Albo zanik samokrytycyzmu połączony z pozycją powodującą, że redaktorzy nie tylko nie są w stanie skreślać całych rozdziałów i wątków ani w ogóle czegokolwiek, ale w ogóle chyba boją się odezwać*. Późny Niziurski też zszedł na psy i nie on jeden, takiej późnej Chmielewskiej czy Musierowicz w ogóle nie daje się czytać. Można lubić i cenić bądź nie, kwestia gustu, ale trudno zaprzeczyć dużej zmianie jakości między wcześniejszą i późną twórczością. Dochodzi jeszcze do tego ograniczenie możliwości obserwacji i czerpania inspiracji z prawdziwego świata – czasem wynikające po prostu ze stetryczenia, a często z dość szybkiej zmiany statusu materialnego. Co tu zresztą mówić, tak samo dotyczy to wielu muzyków i wszelakich innych artystów.
Natomiast co innego mnie dziwi w tej dyskusji. Ja osobiście stawiam Kinga w szeregu z Sapkowskim czy Lemem, oczywiście z uwzględnieniem wszystkich różnic klasy między nimi. Ale co ich łączy? Moim zdaniem wszyscy piszą/pisali o ludziach i ich naturze, o mechanizmach społecznych, o relacjach i zachowaniach w grupie, czasem o wewnętrznych demonach etc. I wszyscy używają/li do tego sztafażu. Jeden – fantastyczno-naukowego, drugi – fantasy-bajkowego. A jakoś nie dostrzegacie tego, że ten trzeci również – z tą różnicą, że umieszcza/ł swych bohaterów we współczesności, ale stawiając ich w sytuacjach niewyobrażalnych. Weźmy znane opowiadanie o langolierach czy świetną „Kopułę”. King osią fabularną czynił jakiś nadprzyrodzony konstrukt, ale treścią jest pokazanie, co jego zdaniem robiliby zwykli ludzie postawieni w takiej sytuacji (z reguły czynnik nadprzyrodzony przychodził z zewnątrz). I zazwyczaj King pokazywał to znakomicie, a zarazem przekonująco i spójnie. Jeśli przestało się to udawać, to raczej dopatrywałbym się przyczyn w tym, co napisałem wyżej. Po prostu wypalenie artystyczne, zużycie zasobów. Nie każdy pisarz jest jak Pratchett, którego książki trzymały, a nawet śrubowały poziom aż do samego końca.
*) We wczesnej twórczości Musierowicz z perspektywy lat widać różne rzeczy „WTF?”, które zupełnie umykały na bieżąco i w innej rzeczywistości, ale wyraźny zjazd widać dopiero od chwili, gdy jej stałą redaktorką została jej córka. Przypadek? Nie sądzę. Kwestia relacji redaktorów z pisarzami i z Pisarzami to pewnie dużo szerszy temat i nie wątpię, że frapujący. Ciekawe, jak to było i jest u Kinga.
Bastian
„Nie każdy pisarz jest jak Pratchett, którego książki trzymały, a nawet śrubowały poziom aż do samego końca.”
No weź, taki „Niuch” to „Pianista” z gnomką zamiast Adriena Brody.
„Nie każdy pisarz jest jak Pratchett, którego książki trzymały, a nawet śrubowały poziom aż do samego końca.”
Niestety, nie do końca. Owszem, bardzo długo trzymał poziom a nawet robił się lepszy, ale pod koniec widać u niego pewien spadek. Przy czym trzeba pamiętać, że Pratchett był chory.
Cykl Długiej Ziemi (napisany razem z Baxterem) czy „Para w ruch” to już książki zauważalnie słabsze. Aczkolwiek podejrzewam, że gdyby nie choroba, to sir Terry jeszcze długo byłby świetnym pisarzem.