
Przyjaciel, z którym byłem na Iron Maiden na Narodowym zapytał mnie, czemu właściwie nie poszedłem na historyczny koncert z 1984. Wstydziłem się mu odpowiedzieć, więc teraz odpowiem całemu światu – no bo jakoś głupio mi było udzielać szczerej odpowiedzi wśród tysięcy fanów zespołu.
W 1984 byłem już po pierwszych koncertach Kultu. W związku z tym młodzieńczą fascynację metalem i hardrockiem uważałem za wstydliwe wspomnienie z podstawówki – niegodne dostojnego licealisty. Dla którego odtąd miały się liczyć tylko punk i new wave! A że w młodości byłem bardzo radykalny we wszystkim, oznaczało to potępienie fascynacji z zamierzchłej przeszłości zeszłego roku. Czułem się po prostu za dorosły na metal.
W jednym teraz przyznałbym sobie rację. Skojarzenie metalu z młodością nie jest takie głupie. Gdy spojrzeć na klasyczne zdjęcie zespołu TSA (wiecie o które mi chodzi), to przedstawia ono przede wszystkim Alegorię Młodości.
Przy całym chichraniu się z psychologii ewolucyjnej nie sposób nie zauważyć, że rytuał rockowego koncertu przypomina zwyczaje godowe ptaków błotnych. Muzycy demonstrują krzepę, kondycję i zręczność na sposoby nie znane jazzmanom, nie mówiąc już o pianistach chopinowskich.
Z perspektywy dziaderskiej to jeszcze fajniej się obserwuje, no bo ludzi w moim wieku coraz bardziej dołują te pogrzeby rówieśników, rozsypka rodziców, i pytanie „ile mi jeszcze zostało”. Niedawno już myślałem, że tak zdziadziałem, że będę musiał kupić rower elektryczny, ale na szczęście to był tylko rozciągnięty łańcuch.
Członkowie Iron Maiden są 10 lat starsi ode mnie, a dają radę. Biegają i skaczą po scenie jak młodzieniaszkowie. Ufff!
Próbując się gibać do ich piosenek odkryłem, że to trudniejsze niż w przypadku Boney M i to nie tylko z racji wieku, urzędu i woltażu. Utwory Iron Maiden miewają skomplikowany rytm, na przykład nagle z 4/4 potrafi się zrobić 3/4.
To pełni rolę narracyjną. W „The Number of the Beast” ta zmiana rytmu sprawia, że wydaje nam się, że wokaliście jakby brakło tchu, co ewokuje nastrój dusznego koszmaru.
Dopiero na tym koncercie zrozumiałem jakie to ważne, że kompozytorem wielu utworów, zwłaszcza tych wczesnych i nabliższych mojemu sercu, jest basista Steve Harris, a więc członek sekcji rytmicznej. Jeśli ktoś z PT Czytelników ma ulubiony fragment piosenki, to zapewne moment ZMIANY RYTMU.
Na Narodowym zagrali suitę „Phantom of the Opera” z pierwszej płyty, obfitującą w takie właśnie przeskoki. Z tego utworu znam dosłownie każdą nutkę, mogę go sobie „odtwarzać z pamięci” jak Jack Reacher, gibało mi się więc przepysznie w antycypacji kolejnej zmiany rytmu.
Znam je na pamięć między innymi dlatego, że w tym okresie mego życia gdy mnie nie było stać na kompakty, kupiłem sobie wczesnych Ironów na kasetach. No bo możemy przed znajomymi udawać nie wiadomo jak wyrafinowany gust, ale ostatecznym testem jest Muzyka do Samochodu.
W tamtych czasach na poprzedniku obecnego Narodowego można było kupić od ruskich kompakty z pełnymi dyskografiami „w nowom zwukowom formatje”. Tak nadrobiłem to co Iron Maiden nagrali po moim awansie na postpunkowca. Na dzisiejszym Narodowym znalazłem się więc jako człowiek znający głównie twórczość grupy sprzed ładnych paru dekad.
No cóż – syndrom Mamonia, najbardziej lubię te płyty, które znam na pamięć. ALE! O ile nadal uważam, że „Seventh Son of a Seventh Son” to nie jest moja „The szklanka of Earl Grey”, to pokochałem na Narodowym „Fear of the Dark”. Stadion chóralnie wtórował nie tylko partiom wokalnym. Swoją drogą uwielbiam ten rockowy paradoks, że nic tak nie sprzedaje biletów jak piosenki o tym, że ktoś się czuje samotnym odmieńcem (śpiewane chóralnie przez pięćdziesiąt tysięcy gardeł).
Trochę też wtórowałem kawałkom z młodości. Inna sprawa, że te 40 lat temu nie można ich było tak po prostu wyguglać, więc przez dekady tkwiłem w kilku mylnych błędach. Na przykład myślałem, że „hell and fire” są „bound to be relased”, a to jednak „spawned”. Wydawało mi się też, że Iron Maiden „can’t be bought/sold”, a to „fought/sought”. Na szczęście aż tak bardzo to nie wypaczyło treści.
Bruce Dickinson ma na tyle dobrą dykcję, że sporo można zrozumieć ze słuchu. To paradoksalnie zraziło mnie jako licealistę, bo te piosenki zaczęły mi się wydawać prymitywne literacko. Doszukiwałem się głębi w Joy Division, której tam też przecież nie było, ale Curtis to ukrywał mamrotaniem.
Teraz doceniam względną prostotę tekstów Iron Maiden. Kiedyś pełniły dla mnie rolę terapeutyczną. W kręgach gogicznych popularnym tematem konwersacji jest przediagnozowanie Dzisiejszej Młodzieży. Ja uważam że wprost przeciwnie, to my byliśmy niedodiagnozowani.
Za naszych czasów nikt nie miał ADHD ani autyzmu, niektóre bachory po prostu były bardziej nieznośne od innych. Stanów lękowo-depresyjnych nie mogliśmy leczyć pigułkami, ale trochę pomagały ponure piosenki. W największych hitach Iron Maiden bohaterowie często konfrontują się z Lękiem – bo to albo żołnierz w samobójczym szturmie, albo skazaniec czekający na egzekucję, albo marynarz na tonącym statku, albo ktoś kto spotkał we śnie Szatana (ale czy to na pewno tylko sen?).
Piosenka rozkręca emocje słuchacza na maksa, a potem je wycisza. Co przy sprzyjających wiatrach pozwala słuchaczowi wyciszyć także jakiś jego własny „Fear of the Dark”. Oczywiście nie powiem nikomu, że po co ci terapia, kup se dobre słuchawki, ale nam to niestety musiało wystarczyć.
Personifikacją takiej „metaloterapii” wydaje mi się Eddie, potwór-maskotka. Podczas koncertu grozi muzykom i publiczności, markuje ciosy – no ale przecież na grafikach widzimy go, jak walczy z Ruskimi, Niemcami a nawet z Margaret Thatcher, więc to swój gość. Interpretuję to jako przesłanie: nigdy do końca nie pozbędziesz się swoich fobii i schiz, ale możesz je zaakceptować jako część siebie.
Może dorabiam za dużo filozofii, ale wierzę we wzajemne inspiracje kultury wyższej i niższej. Chłopak z ludu coś zanuci, usłyszy to jakiś Puccin albo Chopini, wplotą te nuty do Arcydzieła, które w radiu usłyszy kolejny chłopak z ludu i wplecie w swoją solówkę.
Jak już parę razy pisałem sprawia to, że ja z kolei nie umiem się powstrzymać przed słuchaniem symfonii czy opery jako metalowej płyty. Przecież niejedna aria „Sacrileggio di Stracciatella” opowiada historię jak z piosenki Iron Maiden, a smyczki potrafią Pierdolnąć jak zdistorszynowany stratocaster.
Ubolewam nad tą swoją ułomnością, bo czuję, że gdybym lepiej się znał na muzyce klasycznej, lepiej potrafiłbym docenić spektakl Iron Maiden. Pewnie na to wszystko co robi zespół – i zmiany rytmu, rywalizację gitarzystów, symulowany brak tchu już dawno wymyślono jakieś określenia, zapewne włoskie?
Myślę zresztą, że ta filozofia naprawdę tam jest. Ironi od początku wyróżniali się nawiązywaniem do innych dziedzin kultury. Z takimi klasykami jak serial The Prisoner, Zabójstwo na Rue Morgue albo Upiór w Operze zetknąłem się po raz pierwszy za pośrednictwem ich piosenek. Przypuszczam więc, że od początku chcieli stworzyć Dzieło Totalne, muzyczno – literacko – graficzne, odwołujące się do całej Kultury Zachodu, ale nigdy tego nie riserczowałem.
Notka wyszła długa jak przekombinowana suita, może zrobię z tego projekt szantażo-żebrolajkowy: wpłacajcie bym się streszczał. W każdym razie, wszystkim Osobom Czytelniczym życzę by przytulili swojego Eddiego. Jest jaki jest, ale jest częścią Was. Badadum, badabum, jebudu, srru, hahaa!

Bardzo lubię Iron Maiden. Zgadzam się z Twoją opinią (bezwstydnie powiem, że prawdopodobnie jestem bardziej obyty z muzyką poważną niż Ty poprzez osobiste preferencje), że oni są „symfoniczni”. Albo symfonie mają w sobie coś rockowego (np. początek II symfonii Mahlera). Co sekcja smyczkowa, to sekcja smyczkowa.
Byłem na ich koncercie w Londynie w 2018 roku, po referendum Brexitowym. Nad sceną wisiał gigantyczny dmuchany Spitfire. I to nie była ironia, Dickinson był za wyjściem z UE: link to loudersound.com
Byłem na nich w życiu 3 razy, teraz nie mogłem i z tego co widziałem na YT to jest czego żałować bo oprawa była przednia a ta muzyka się po prostu zawsze broni, mimo żem nigdy nie był fan metalu (zresztą na dzisiejsze standardy jaki to metal, classic rock po prostu). Przypasowało ci, bo to zdaje się trasa typu nostalgicznego, na 50 lecie, grają tylko starocie z lat 80-tych. Co w sumie szkoda, co poniektóre płyty z XXI wieku są naprawdę dobre (nie wszystkie). Jakbym miał pójść to wolałbym chyba jednak przekrój po całym 50 leciu. No ale to musiałoby trwać ze 3 godziny, trzeba dać żyć w tym wieku.
A co do Mr. Harrisa. Trochę czasem na YT oglądam materiały dla grających na basie (kiedyś tam trochę sam próbowałem, dawno i nieprawda). Uderzające jest że z całej ogromnej grupy pod hasłem metal jedyni którzy mają powszechny szacun to (oczywiście) Cliff Burton i właśnie Steve Harris. Reszta metalowych basistów widać nie jest warta wspominania.
rw
„Nad sceną wisiał gigantyczny dmuchany Spitfire. I to nie była ironia, Dickinson był za wyjściem z UE”
Spitfire z którego dywizjonu 😉
„The British National Party has pulled off a bit of a blinder by fronting an anti-immigration campaign with a poster featuring a Spitfire belonging to 303 Squadron of the RAF – the „most effective Polish squadron during the Second World War”, as the Telegraph puts it.”
link to theregister.com
„Jak już parę razy pisałem sprawia to, że ja z kolei nie umiem się powstrzymać przed słuchaniem symfonii czy opery jako metalowej płyty. Przecież niejedna aria „Sacrileggio di Stracciatella” opowiada historię jak z piosenki Iron Maiden, a smyczki potrafią Pierdolnąć jak zdistorszynowany stratocaster.”
Jak pokazuje chociażby Trans-Siberian Orchestra, np. na płycie „Beethoven’s Last Night”, muzyka klasyczna jest tylko o jedno czy dwa pierdolnięcia odległa od metalu.
Metalu na serio, że winyle, koncerty i siup pod scenę, zacząłem z powrotem słuchać na serio koło 40. Może dlatego że zaczyna w dali widać mroczny horyzont a może to czas gdy zaczyna wydawać się że świat schodzi na psy. A szarpiące dźwięki gitary jakoś pozwalają na chwilowe katharsis.
Zanim przerzuciłem się na generalnie alternatywną muzykę czy to altrockowa czy jazz najlepiej oczywiście awangardowy, poważna to im bardziej dysonansowa, dziwna tym lepiej, słuchałem jako dzieciak oczywiście metalu. Bałem się tej muzyki, a zanim uznałem teksty za krindżowe, zatykałem uszy albo przewijałem utwór gdy publika skandowała romanowe „bóg to mój wróg”. Rodzice na całym świecie myśleli może nie całkiem bezzasadnie że to pogłębia jeszcze stany lękowe dzieci. Ale paradoksalnie dzialalo odwrotnie.
Ach i miałem w podstawówce kolegę któremu na mikołajki miałem kupić umówioną kasetę The Exploited. Niestety w muzycznym, 2×2 metry cały sklepik razem z ladą, nie było więc wziąłem kasetę z najgroźniejszą okładką – Fear of the Dark. Rozczarowanie było wielkie. Melodyjne niczym pop muzyczka z radia. Siara.
@wo
Ja też tak mam, że najlepsze Iron Maiden to płyty z czasów, gdy ich poznałem i wcześniejsze. Tylko ja zacząłem nietypowo od „The X Factor” i przez to jestem prawdopodobnie jedną z 5 osób na świecie, które ją lubią.
To chyba zwyczajna rzecz, że muzykę poznajemy pod koniec podstawówki czy w liceum. Teraz jak nawet odkrywam nowy zespół, to okazuje się, że istnieje od 20 lat.
@rpyzel
W UK bardzo lubią samoloty z II Wojny Światowej, RAF organizuje przeloty nad miastami (standardowo: Lancaster + kilka myśliwców) z okazji rocznic, są pokazy lotnicze, można nawet sobie polatać jak ktoś ma zbędne kilka tysięcy funtów. Silnik Merlin już rozpoznaję po brzmieniu. Jak uzbierałem trochę zdjęć Spitfire’ów i Hurricane’ów, sprawdziłem któregoś dnia, czy trafiłem na polski. Nie, ale było blisko: mam z dywizjonu 310, nawet widać czeskie znaki.
@rpyzel
” 303 Squadron of the RAF”
Dickinson zresztą ze sceny pozdrowił ich pamięć. Wychodziłoby więc pośrednio, że Eddie jest Polakiem? Zero zdziwień.
„wiecie o które mi chodzi”
Ja nie wiem! (ale w ogóle nie znam i zespołu)
@wo
Ale wiesz że Janick Gers JEST Polakiem? To Eddie też może.
Że (zazwyczaj lepszy) metal może być formalnie skomplikowany to nie nowość. Że IM blisko do opery to też. Przerysowanie. Nadmiar. Kult pompowania, pompy i nadęcia gitarowego. Z tego wszystkiego odpalę sobie pierwszą płytę Iron Maiden, jedyną jaką uwielbiałem. Pamiętam jak będąc nastolatkiem biegałem po lesie ze słuchawkami na uszach. Strasznie mi wtedy żarła i podobała się garażowość brzmienia nagrania połączona z jednoczesną wirtuozerką muzyków.
A zainteresowanym muzycznym zapleczem nieustająco polecam „Sekrety Polihymnii” Jerzego Waldorffa.
@fieloryb
nieustająco polecam „Sekrety Polihymnii”
A dziękuję, na podstawie poprzednich polecajek kupiłem, i to jest dobre przy wszystkich swoich wadach.
@W UK bardzo lubią samoloty z II Wojny Światowej
W muzeum RAF pod Londynem można sobie zafundować sesję fotograficzną w kokpicie Spitfire’a. Za jedne 25 funtów. I oczywiście innych samolotów z rozmaitych wojen bez liku. Nawet Vulcan tam stoi.
@fieloryb
„A zainteresowanym muzycznym zapleczem nieustająco polecam „Sekrety Polihymnii” Jerzego Waldorffa.”
Oczywiście czytałem w dziecinstwie, ale tam nie ma nic o ROCKU. Konczy się na jazzie.
@embercadero
„Ale wiesz że Janick Gers JEST Polakiem?”
No skąd miałem wiedzieć.
@fieloryb
Pierwsza płyta Iron Maiden jest bardzo punkowa jak na metalowy klasyk. Podobała mi się nawet w szczycie młodzieńczego oczadzenia punkiem 🙂 W ogóle Paul DiAnno kompletnie nie pasował do tego gatunku, ani wokalem ani stylem bycia. Lepiej by pasował w jakiejś punkowej kapeli. Dopiero z Dickinsonem zrobiło się „czysto” co do gatunku.
… idole punkowej młodzieży, Kazik, Kukiz (i Połomski Jerzy)
@embercadero
Styl nagrania pierwszej płyty to wynik kilku czynników: niskiego budżetu, zewnętrznego producenta (niezbyt zaangażowanego), pewnej samodzielności zespołu przy realizacji i braku doświadczenia studyjnego. Punkowa estetyka dodana przez wokalistę też była ważna.
Mnie się to bardzo podobało bo było świeże, naturalne i nie przekombinowane.
@wo
Oczywiście czytałem w dziecinstwie
Ja oczywiście dopiero na starość.
ale tam nie ma nic o ROCKU. Konczy się na jazzie.
O jazzie jest nawet zaskakująco dużo, ale w ogóle chyba o rocku byłoby niekompatybilne z Waldorffem, nawet jeżeli w ogóle dostrzegał zjawisko. Mógł nawet zauważać, ale odbierać tak, jak Krzysztof Teodor Toeplitz Jaremę Stępowskiego (mam nadzieję, że nie mylę ludzi, ale to chyba KTT napisał wymiocinę „Jubileusz knajaka”).
#wspomnień czar
„Fear of the Dark” to była pierwsza metalowa płyta, którą kupiłem; mogę powiedzieć że jedna z formacyjnych płyt, jakoś mnie zdefiniowała jako fana ciężkiej i alternatywnej muzyki (wcześniej byli Scorpions, ale wiadomo, to „tylko” hard rock). Potem szybko dopłynąłem w mocniejsze brzmienia (Obituary, Napalm Death, takie tam), ale sentyment mi pozostał.
U Dickinsona najbardziej szanuję/ lubię/ podziwiam to, że ma pasję, której się na poważnie oddaje. Przecież on nie tylko lata rekreacyjnie. On ma normalnie uprawnienia na pasażerskie odrzutowce!
Jednak w końcu się przyznam: mój niedosłuch muzyczny jest tak głęboki, że nie wiem, o jaką zmianę rytmu chodzi. Idę się spalić ze wstydu.
@gammon
To książka z lat 60., wtedy wielu znawców uważało rocka za przelotną wygasłą modę z minionej dekady, dlatego Beatlesi mieli problem ze znalezieniem wydawcy i wylądowali pod szyldem Parlophone.
@gammon
„że nie wiem, o jaką zmianę rytmu chodzi.”
No puść se tego nambera bestii i po prostu kiwaj palcem do taktu.
@wo
Przecież przesłuchałem od wczoraj wykonanie studyjne i kilka żywych, i dalej jestem głuchy (ale będę próbował dalej).
@gammon zaintrygowany wpisałem w wyszukiwarkę „number of the beast rhythm change” i dostałem sporo informacji, wliczając filmik na YT demonstrujący te zmiany (na gitarze). Może to okaże się pomocne.
Skoro już mówimy o YT to jest taki nauczyciel gry na basie, Mark Michell, między innymi przerabiał swego czasu parę kawałków IM i miał sporo fajnych komentarzy na temat Harrisa – głównie spod znaku „bionic fingers” i jakim cudem ten gość jest w stanie tak naiwaniać przez 2 godziny.
@embercadero
jakim cudem ten gość jest w stanie tak naiwaniać przez 2 godziny.
Flatwoundy i (podobno) talk. Zdaje się że nie ma co do tego powszechnej zgody w światku szpeców od basu z YT, ale ja jestem z obozu który uważa że on też nie gra siłowo prawą ręką, tylko delikatnie muska struny, ale przy odpowiednio wykręconym gainie i eq brzmi mocarnie.
„
Kurcze, klikło mi się opublikuj w połowie posta.
Co do DiAnno to jak przez jakis czas nie mogłem słuchać już nic oprócz pierwszych dwóch, ta surowizna i zadzior punkowej gówniażerki po prostu jest nadal świeży, a z Dickinsonem to już solidnie naoliwiona maszyna wypluwająca jeden za drugim precyzyjnie wyprodukowane albumy trzymające jakość przez ponad dekadę. Potem się zacięło, ale pamiętam jaki mieliśmy opad szczeny z kumplami z liceum jak po Virtual XI wrócił Dickinson i Smith i odpalili Brave New World z 3 gitarami i Wickermanem jako promującym singlem.
Ztcp to Harris od początku dążył do takiej full profeski i dlatego wymieniał gitarzystów, a potem wykopsał DiAnno i wymienił na solidnego rzemieślnika Bruce’a.
@embercadero
Uderzające jest że z całej ogromnej grupy pod hasłem metal jedyni którzy mają powszechny szacun to (oczywiście) Cliff Burton i właśnie Steve Harris. Reszta metalowych basistów widać nie jest warta wspominania.
Steve DiGiorgio. Ale to dla progmetalowych zboków, ja do tej pory lubię sobie zapuścić czasem Human albo Individual Thought Patterns i słuchać tych łamańców na fretlesie pod skowytami Schuldinera.
@wo
Ironi od początku wyróżniali się nawiązywaniem do innych dziedzin kultury. Z takimi klasykami jak serial The Prisoner, Zabójstwo na Rue Morgue albo Upiór w Operze zetknąłem się po raz pierwszy za pośrednictwem ich piosenek.
Rime of the Ancient Mariner, Loneliness of the Long Distance Runner, Wickerman, Brave New World, Diuna itp. itd. Ja w pewnym momencie młodzieńczego radykalizmu miałem im to za złe i uważałem za pójście na łatwiznę – ot, streszczę coś co mi się spodobało zamiast móżdżyć nad oryginalnym tekstem. Teraz myślę jednak że lepiej tak niż klepać jakieś hejwimetalowe klisze że tits and sejten, no i to też takie mrugnięcie do słuchacza że hej, nie jesteśmy troglodytami i umiemy czytać. Solowy Dickinson też lubił w tę stronę i wypuścił całkiem sympatyczne Chemical Wedding inspirowane Williamem Blakiem (zresztą później wziął go na warsztat też Ulver, metal bardzo się lubił zanurzać w romantyzm).
@rgom
DZIĘKI! Fascynujące!
@embercadero
jakim cudem ten gość jest w stanie tak naiwaniać przez 2 godziny.
Nie jestem wielkim miłośnikiem, ale proszę sobie popatrzyć co można zrobić z dwiema rękami i gitarą. To jest – proszę zauważyć – sztuka i technika co w jednym stoi domu. Ja tam słyszę czasem trzy instrumenty a gra jeden:
link to youtube.com
Aha, ten człowiek gra koncerty. Długie.
„U Dickinsona najbardziej szanuję/ lubię/ podziwiam to, że ma pasję, której się na poważnie oddaje. Przecież on nie tylko lata rekreacyjnie. On ma normalnie uprawnienia na pasażerskie odrzutowce!”
On ma nie tylko uprawnienia, ale latał jako pilot na normalnych liniach rejsowych. Cytuję za autobiografią „Do czego służy ten przycisk”:
„W Monachium ubrany w mundur czekałem na przystanku dla załogi na autobus, który miał nas zabrać do hotelu. Kątem oka dostrzegłem fana Iron Maiden. On też mnie widział. Cały w naszywkach, ubrany w katanę i koszulkę Maidenów. Podbiegł do mnie.
Popatrzył się na mnie i powiedział:
– Przepraszam… czy z tego przystanku odjeżdża autobus do Monachium?
– Yy, nie. Z tamtego.
Odwrócił się i odszedł. Nie miał pojęcia – nikt nie miał, poza mną samym – że byłem pilotem rejsowym. Niesamowite.”
@WO
Znów – nie jestem fanem metalu, ale proszę sobie poszukać co pod względem technicznym dzieje się w „…And Justice for All”. Ten utwór mógłby bez problemu obsłużyć pomysłami cały longplay (wiem, przesadzam, ale nie wiele).
@Gammon No.82
@”mój niedosłuch”
Masz na myśli 1. brak talentu do słuchania czy 2. wadę fizyczną słuchu? Z tym ostatnim można sobie radzić. Mój kolega stracił słuch z miłości do muzyki (słuchawki na pełnej… kilka godzin dziennie). Teraz używa dokostnych, mówił, że „wróciło mu stereo”. Ad 1. Jestem pewien, że muzyki można się nauczyć. Odpowiednio zmotywowany człowiek jest w stanie zapamiętać i odtworzyć w pamięci każdy ulubiony dźwięk. Ta potrzeba jest jak dziura po plombie w najważnkejszym zębie.
„Rime of the Ancient Mariner, Loneliness of the Long Distance Runner, Wickerman, Brave New World, Diuna itp. itd. Ja w pewnym momencie młodzieńczego radykalizmu miałem im to za złe i uważałem za pójście na łatwiznę – ot, streszczę coś co mi się spodobało zamiast móżdżyć nad oryginalnym tekstem. Teraz myślę jednak że lepiej tak niż klepać jakieś hejwimetalowe klisze że tits and sejten, no i to też takie mrugnięcie do słuchacza że hej, nie jesteśmy troglodytami i umiemy czytać. Solowy Dickinson też lubił w tę stronę i wypuścił całkiem sympatyczne Chemical Wedding inspirowane Williamem Blakiem (zresztą później wziął go na warsztat też Ulver, metal bardzo się lubił zanurzać w romantyzm).”
Heh, to był zawsze jeden z głównych powodów dla którego o ile na wszelki metal reagowałem skrzywieniem twarzy to maideni byli zawsze na propsie. Nie wiem jak szanowni koledzy ale mnie standardowe metalowe teksty na tyle zniesmaczają/śmieszą/żenują że żeby nie wiem jakie to było arcydzieło, nie jestem w stanie słuchać. Oczywiście są wyjątki, w tym właśnie IM.
NIgdy nie lubiłem pierwszych płyt z DIckinsonem, tych z wczesnych ejtisów. Moim zdaniem i on jako wokalista i Harris jako kompozytor najlepszy czas mieli na początku XXI wieku, na Brave New World i Dance of Death. Najlepsze ich płyty moim zdaniem.
„nie jestem fanem metalu, ale proszę sobie poszukać co pod względem technicznym dzieje się w „…And Justice for All”. Ten utwór mógłby bez problemu obsłużyć pomysłami cały longplay”
Jedyna płyta Metaliki którą szczerze lubię i czasem słucham. Czy to czasem nie było aby tak że po nagraniu tego Hetfield się zarzekał że nigdy więcej tego nie zagra bo mu palce wykręca, a potem zrobili plebiscyt dla fanów by układali setlistę na koncerty no i oczywiście wszyscy chcieli And Justice For All. I się musiał męczyć biedak.
Odkąd metal znów zszedł do piwnicy (nie wiem czy zaorał go grunge czy hiphop, ale zaczęło się wtedy), trudno komukolwiek reprezentującego współczesny metal przebić się do mainstreamu. W niszy jednak sporo się wydarzyło i dziś ani And Justice for All nie uchodzi za szczególnie wirtuozerski album, ani basista Iron Maiden za wybitnie wysmakowanego maratończyka. To już tylko i aż klasyka, jak Rolling Stones wobec współczesnego rocka – słucha się przyjemnie, ale benchmarki są gdzie indziej.
@rgom
zaintrygowany wpisałem w wyszukiwarkę „number of the beast rhythm change” i dostałem sporo informacji
Dziękuję. Wpisałem to samo (wzięte w „” i nie wzięte) w gógla (na sam koniec), a wcześniej w duckduck, brave, mojeek i qwanta, ale nic na temat nie wyskoczyło. Próbowałem też rozmaitych kombinacji i słów bliskoznacznych.
wliczając filmik na YT demonstrujący te zmiany (na gitarze). Może to okaże się pomocne.
Użyłem też na yt tamtejszej wyszukiwarki. Nic, zero, null. Naprawdę się starałem. Ale, oczywiście, dziękuję.
@fieloryb
Masz na myśli 1. brak talentu do słuchania czy 2. wadę fizyczną słuchu?
Co najmniej w 90% to pierwsze. Oczywiście starość swoje robi, a poza tym uszy się przytykają, ale po przedmuchaniu coś całkiem całkiem słyszę. Raczej jakiś deficyt (lezja?) na poziomie mózgu.
Ad 1. Jestem pewien, że muzyki można się nauczyć. Odpowiednio zmotywowany człowiek jest w stanie zapamiętać i odtworzyć w pamięci każdy ulubiony dźwięk. Ta potrzeba jest jak dziura po plombie w najważniejszym zębie.
Tego nie neguję. Przecież przez to w ogóle próbowałem przez kilka godzin zrozumieć, o co idzie z tym rytmem.
Mam od kiedy pamiętam ten sam problem ze wszystkim w muzyce (niezależnie od żanru tejże). Tzn. rozumiem z grubsza fizyczne podstawy działania (niekiedy i detale techniczne) fortepianu, wiolonczeli, marimby, celesty, drumli, gwizdka na psa, armat w „1812” itp., ale jak czytam „synkopa”, to dostaję kopa. Wiem, że można słuchać muzyki nie rozumiejąc nic z podstaw pozafizycznych, bo to robię, ale niedosyt jest.
@cpt
„Ja w pewnym momencie młodzieńczego radykalizmu miałem im to za złe i uważałem za pójście na łatwiznę – ot, streszczę coś co mi się spodobało zamiast móżdżyć nad oryginalnym tekstem.”
Faktem jest, że rzeczywiście to często jest dosłownie streszczenie/bryk oryginału i to był element pakietu mojego licealnego „phi, jakie to prymitywne”. Natomiast samo wprowadzenie tego do rocka na większą skalę to było wtedy novum, co widać z perspektywy dekad. Teraz już „płyta zainspirowana wierszami Hudefackiego” to banał, ale nie w 1983.
@Gammon No.82
Ale tak to działa również u muzyków. Oczywiście jest możliwe, myślenie w rodzaju: „zagram te 7 taktów na 3/4 a następnie przejdę do kody na 4/4”, ale kiedy grasz to nie ma czasu na takie historie. Na y/t jest masa opisów pokazujących wszystkie zjawiska muzyczne, tylko słuchaczom nie są potrzebne takie definicje. Pociecha z tych, którzy zgłębiają temat z zamiłowania.
@Gammon
Nie jesteś jedyny. W podstawówce było takie ćwiczenie, żeby machać jakoś palcem do muzyki, po kwadracie albo po trójkącie, po prostu nauczyłem się na pamięć jak to robić przy każdej piosence. Na szczęście pani Małecka nie wpadła na pomysł puszczania nam Fear of the Dark.
Wiem oczywiście, że walc to 3/4 a tango 2/4, ale tak samo wiem kiedy była bitwa pod Warną. Nie przeszkadza mi to w słuchaniu muzyki.
Słuch miałem badany gdzieś po trzydziesce, w zakresie tonów niskich wyszło mi bardzo dobrze a wysokich wyjątkowo dobrze, jakieś górne decyle.
@wo
Faktem jest, że rzeczywiście to często jest dosłownie streszczenie/bryk oryginału
To był dokładnie mój zarzut, chociaż jak chcieli to potrafili. Loneliness(…) to fajnie sprzedany klimat samotnego zmagania z własnym ciałem i w zasadzie z filmem/opowiadaniem dzieli tylko tytuł, tak samo Trooper to nie streszczenie „Szarży lekkiej brygady”, tylko fps o jechaniu koniem w muszkieterów (no i do jakiego tematu lepiej mogą pasować te triolowe patatajki Harrisa jak nie do galopującej kawalerii?). Co do literackości to moją pierwszą myślą jest „hej, ale na pewno jakiś art/prog zrobił to już w 70s” i, o ile mnie pamięć nie myli, to Relayer Yesów był inspirowany „Wojną i pokojem” (swoją drogą uwielbiam i, niestety, …And Justice For All może się schować ;)) ale faktem jest że IM pchnęli takie podejście do mainstreamu.
„…And Justice For All może się schować”
Ale nikt nie twierdzi że AJFA to super hiper wirtuozeria w ogóle, to była super hiper wirtuozeria jak na metal lat 80-tych. Jak powiedział któryś przedpiśca mnóstwo/wszystko się zmieniło od tej pory. No a poza tym wiadomo, wtedy też było na pewno mnóstwo muzyków którzy wciągali nosem to co dla Hetfielda, w końcu samouka wyuczonego na niezbyt skomplikowanych wzorcach, było everestem. Po prostu metal wtedy to byłą bardzo prosta łupanka z przeważnie debilnym tekstem i na tym tle ci nieliczni się wyróżniali. Tylko tyle i aż tyle
Ja chyba jestem krytycznie ciutkę starszy od gospodarza, albo zachodzi combo pochodzenia z małego miasta, gdzie muzyka trudniej nieco trickledownowała – więc mnie zaskoczyło tam gdzie zacząłem – od „Somewhere in time”. Wcześniejsze płyty lubię dość fragmentarycznie, bo brakuje mi tej jakiejś spójności, co u Maidenów później płytowo zwykle występowała (nawet jeżeli nie wypalała jakoś szczególnie, patrz FotD).
Również ta symfoniczność mam wrażenie odpaliła właśnie jakoś wtedy. Dopiero wtedy zacząłem słyszeć równoległe plany przeplatające się za wokalem i głównym tematem. Słuchając Dance of Death to już w ogóle momentami czułem się jak w filharmonii.
amatill, gammon i tempo
To samo, w muzyce mi nie przeszkadza, ale moje próby nauki tańca pokazały dobitnie, że bez instruktorki przytykającej palcami to kicha. A na lekcjach machałem/stukałem w trójkąt jak reszta, wtedy jeszcze nie było tortury fletu.
@Gammon No.82 i inni
„Wiem, że można słuchać muzyki nie rozumiejąc nic z podstaw pozafizycznych, bo to robię, ale niedosyt jest.”
Ja mam podobnie, mój słuch muzyczny jest z rodzaju „słoń mu na ucho nadepnął”. Ale odkryłem kogoś, kto potrafi bardzo fajnie tłumaczyć
Jest na Youtube taki kanał „The Charismatic Voice”, w którym śpiewaczka operowa słucha i przeprowadza analizy różnych – głównie rockowych i metalowych – piosenek. I potrafi zarówno zwracać uwagę na szczegóły, które my przegapiamy, jak i bardzo ładnie tłumaczyć mechanizmy stojące za nimi. Np. jak Hutchence przechodzi od śpiewania z gardła do nosowego w pewnym momencie, albo wokalista A-HA w refrenie wchodzi w coraz wyższe tony. Albo jak w „Solbury Hill” wokal wchodzi gdzieś w połowie rytmu i dlaczego to jest nietypowe.
Mam wrażenie, że większość tego co wiem o muzyce i mechanizmach jej działania wiem nie ze szkoły czy własnego doświadczenia, tylko od Elizabeth i jej nerdowania.
@fieloryb
„Masz na myśli 1. brak talentu do słuchania czy 2. wadę fizyczną słuchu?”
Chodzi raczej o coś w stylu: ile tu dźwięków słyszysz? (pani gra dwu-trojdźwiękowy akord) Ok, a jakie to dźwięki? Możesz zanucić/odnaleźć je na klawiaturze? Otóż bardzo wiele osób wymięka już przy 2, a prawie wszyscy przy 3. To samo dotyczy np. usłyszenia wyodrębnionych linii instrumentów w utworze, poza powiedzmy dominującą gitarą.
Albo rytm. Jak poprosiłem takiego osobnika, aby wystukiwał rytm „wlazł kotek”, to paluszek szedł w dół po każdej sylabie, włącznie i i-mru-ga na końcu (3x) i zupełnie nie rozumiał, że zmienił częstotliwość kiwania.
@kuba
pani gra dwu-trojdźwiękowy akord
Mały nitpicking z mojej strony. O ile się nie mylę to najbardziej powszechna definicja akordu to trójdźwięk, 2 dźwięki zaś to po prostu interwał, ktory może być mmiej lub bardziej dysonansowy. Podobno słuch można wyćwiczyć, zdaje się że też m.in po to uczy się solfeżu w szkołach muzycznych, te parę procent ludzi ze słuchem absolutnym może mieć to naturalnie, ale dla reszty populacji to jednak jest praca do wykonania więc to raczej normalne że większość osób wymięka przy takim zadaniu bez przygotowania. To trochę jakby komuś, kto ostatnio trzymał pedzel w dłoni w przedszkolu kazać zmieszać konkretny odcień na palecie z kolorów podstawowych. No i rozpykanie składowych dźwięków to początek zabawy, prawdziwy fun to ogarnianie akordów w kontekście utworu i móżdżenie nad funcją harmoniczną i notacją, czy to taka czy śmaka progresja i co tu robią te dźwięki spoza skali? Mi zawsze imponują ludzie którzy robia takie rzeczy na ucho. Wiadomo że sztampowe progresje to szybka piłka, ale jak sobie twórca ubzdura że „make a jazz noise here” to bywa wesoło jak kilka osob słyszy to po swojemu.
@embercadero
„Po prostu metal wtedy to byłą bardzo prosta łupanka z przeważnie debilnym tekstem i na tym tle ci nieliczni się wyróżniali. Tylko tyle i aż tyle”
To feature, nie bug.
@rw
„I to nie była ironia, Dickinson był za wyjściem z UE: link to loudersound.com”
Artykuł jest (mimo timestampa) z (przed?) 2019. Ciekawe jak to widzi teraz.
Swojego czasu Fish popełnił dość smutną analizę tego, jak Brexit walnął brytyjskich muzyków spoza najwyższej półki i jak podnosi koszty i uprzyksza życie.
Maidenom to pewnie nie grozi, więc może Bruce dalej tkwi w mylnym błędzie.
Nie byłaby to też pierwsza głupia rzecz, którą palnął.
@Gregolec
link to blabbermouth.net
„Asked about the irony of the fact that he voted in favor of Brexit in 2016 and is now a Brit who lives in France, which is part of the European Union, Bruce said: „Yeah, yeah, yeah. Well, no, I’m a Brit who lives in France ’cause I’m allowed to, because I married a French girl [in 2023].”
Ciekawe czy ten gitarzysta polskiego pochodzenia też jest za Brexitem.
@fieloryb
„zagram te 7 taktów na 3/4 a następnie przejdę do kody na 4/4”
Ale przecież ignorancja w tego typu sprawach jest powszechna nie tylko u słuchaczy, ale i samych muzyków, zwłaszcza tzw. dobrych (jak ktoś sobie zawraca głowę matematyczną rozkminą, to znaczy, że coś nie tak jest z tą jego rozdzierającą duszę potrzebą wykrzyczenia swego bólu / pożądania / gniewu / younameit).
Taki Albert King nie dość, że był analfabetą, nie dość, że nie znał 'synkop i kod’, to jeszcze nie umiał nawet stroić gitary. Niepomiernie mnie raz rozbawił wpis w jakiejś encyklopedii bluesa, że Albert King używał „nietypowych strojów”, i było wymienionych parę z jakimiś cisami i bemolami, tymczasem koleś po prostu jak mu się rozstroiła gitara to grał co miał, lapał gdzie słyszał, stąd też jego słynne „one string solo” itp. A dobra jedna trzecia bluesmanów się przyznaje do inspiracji nim, m.in. takie tuzy jak SRV.
Co do „The Number of the Beast”, to zamiast szukać po YT mam dla @Gammon No.82 tę samą poradę, co Gospodarz: po prostu spróbuj sobie do tego (wstępu konkretnie) potupać czy postukać w blat, to zaraz się dziwnie jakoś wszystko rozjedzie.
@igor
„jestem prawdopodobnie jedną z 5 osób na świecie, które ją lubią.”
To ja jestem szóstą, ale chyba jest co najmniej osiem, bo oprócz nas trzeba doliczyć jeszcze samych członków IM. Aha, i chyba też Bayleya. To dziewięć.
Byłem na paru koncertach IM po reunion z Dickinsonem i zawsze grali Sign of the Cross. Zauważmy, jak często tzw. klasyczny skład po reunion gra kawałki wokalisty spomiędzy okresu klasycznego wokalisty? Gillan śpiewający Coverdale’a, albo Ozzy Martina? To się nie zdarza, chyba że, well – ten okres pomiędzy nie jest taki zły. A choćby i nawet tylko ten jeden numer, który zaiste jest genialny, a poza tym taki doskonale koncertowy.
Ja uwielbiam zarówno X-Factor, jak i Virtual XI, i myślę, że jest nas jednak więcej niż dziewięciu. Więcej, uważam, że parę numerów z tych płyt jest bardziej dojrzałych niż wiekszość z powszechnie uznawanych albumów. Tyle tylko, że Blaze po prostu nie był rewelacyjnym wokalistą, również SotC brzmi po prostu lepiej z Dickinsonem.
@rambler
Tyle tylko, że Blaze po prostu nie był rewelacyjnym wokalistą, również SotC brzmi po prostu lepiej z Dickinsonem.
Tu jest pies pogrzebion. Błażej miał po prostu za wysoką poprzeczkę, ale też wydaje mi się że za czasów Smitha i Dickinsona kompozycje były ciekawsze, pierwsze 2 płyty to w zasadzie sam Harris, Murray i Smith więcej komponowali od czwórki do No Prayer…, potem dołączył Gers, X i XI to w zasadzie Harris-Bayley-Gers i są ok, ale na Brave new world wrócił Smith i Dickinson i imho album jako całość jest ciekawszy od poprzednich dwóch. Te Bayleyowskie na moje ucho brzmią tak zachowawczo, że wicie, rozumicie, musimy utrzymać maidenowski styl, więc stosujemy sprawdzone rozwiązania i jest to trochę wtórne ale ok, tylko wokalista niestety nie ma tyle pary co Bruce, więc nawet jak muzycznie wszystko się zgadza to jest poczucie niedosytu. I zgadzam się że mimo to, w porównaniu z BS czy DP to jednak wyszli obronną ręką ze zmiany wokalisty. Szczególnie u Sabbathów ta trajektoria w dół po Ozzym była bolesna aż do Forbidden. Ostatnio próbowałem przejechać całą dyskografię i wymiękłem chyba przy Eternal Idol, Dio jeszcze jest do przeżycia ale aż do Reunion jest tylko straszniej.
@Cpt. Havermeyer
Ha, to się zaraz o Black Sabbath pokłócimy 🙂 Chociaż wymięknięcie akurat na Eternal Idol jak najbardziej zrozumiałe. Ja jednak jestem samotnym fanem Headless Cross, których prawdopodobnie jest już nie pięciu, ale trzech, w tym Martin i Brian May (gra solówkę w When Death Calls, który to numer jest w moim mocnym top 10 BS), a także Dehumanizera. Ja w ogóle cenię erę Dio (obie), choć jednak pierwsze pięć płyt na pewno jest w moim top 10 BS.
Jeszcze co do Maidenów, to wg mnie Brave New World jest nieco przeceniane, chyba przez tęsknotę za Brucem, ale choć oczywiście taki Nomad to arcydzieło, to już Out of the Silent Planet, co to kurna jest, Various Manx?
@rambler
co to kurna jest, Various Manx?
Mówisz o bandzie który wypuścił też Wasting Love. Ja tam nie karcę za odchyły od solidnego młócenia z prawdziwym rockowym pazurem. O ile ktoś nie robi radykalnych wolt jak Killing Joke z Outside the Gate to niech nagrywają Silent Planet, Mama Said, It’s Alright i na co tam mają ochotę, zawsze można dać skip, chyba że winyl albo kaseta.
Co do BS to ja ostatnio odkryłem że lubię wszystko z Ozzym, nawet Technical i Never Say Die, które kiedyś jawiły mi się mieliznami, natomiast później niestety to granie traci dla mnie swój charakter i zaczyna raczej przypominać inne kapele niż samemu wytyczać kierunek. Headless Cross faktycznie było lepsze niż reszta, ale w zasadzie od pewnego momentu to jest Tony Iommi Band, który jest czymś zupełnie innym niż „klasyczne” BS i pewnie to jest mój problem, równie dobrze Geezer mógł wypuścić Plastic Planet pod szyldem Black Sabbath i jak dla mnie miałoby to tyle samo sensu. Chociaż z drugiej strony nie przeszkadza mi zupełnie to że Fripp jest jedynym niezmiennym członkiem King Crimson a każda iteracja to inny band i inny sound. Jednym wolno więcej innym mniej, dziwna jest ludzka głowa i co się w niej czasem roi. Może BS to dla mnie coś jak Beatlesi? Że jakoś sobie nie wyobrażam że nagle zamiast Harrisona gra np. Clapton, za Ringo wchodzi Charlie Watts, Lennon się obraża a McCartney zatrudnia randomowego basistę i przechodzi na gitarę dalej nazywając band The Beatles. Albo że po prostu zaklada Wings, tylko dalej się nazywają Beatles, o!
@alterid
„i dziś ani And Justice for All nie uchodzi za szczególnie wirtuozerski album” – jak dla mnie nie ma być maksymalnie wirtuozersko, ma być w sam raz. Nie chodzi tylko o to, jak szybko ktoś potrafi zagrać solówkę, metal to przede wszystkim emocje. Metallica osiągnęła optimum na dwóch poprzednich albumach. Przy większości Justice mam wrażenie, jakby zamiast gitarzysty pracował automatyczny napierdalator. Podobnie przy niektórych przegiętych płytach progmetalowych.
@Cpt. Havermeyer
„niech nagrywają Mama Said” – sprzeciw, niech sobie nagrywają ballady skoro lubią/dobrze się sprzedaje, byle tylko nie country.
Radykalne zmiany King Crimson – drugi przypadek jaki mi przychodzi do głowy to Sepultura. Została tylko jedna osoba z oryginalnego składu, w dodatku nie lider. Ale więcej wyjątków, gdy zmienił się prawie cały skład, a zespół nadal nagrywał udane płyty, nie znam.
@midnight_rambler
„Ja jednak jestem samotnym fanem Headless Cross, których prawdopodobnie jest już nie pięciu, ale trzech”
Nie trzeba się tak krygować! Mnie pierwszy raz na tę płytę zwrócili uwagę Klerycy, po nadrobieniu dyskografii Sabbathów „Call of the Wild” oraz „Kill in the Spirit World” stale zagościły na mojej playliście. Zresztą o odbiorze albumu świadczy fakt, że zespół Martina nazywa się Headless Cross.
BTW dla mnie Sabbaci to zawsze był przede wszystkim zespół Iommiego, a Dio jego najlepszym wokalistą.
Napalm Death – oryginalnie zespół punkowy z tak szybko rotującym składem że do momentu pierwszej płyty z założycieli został jeden a i on wymiękł i jest tylko na pierwszej jej połowie. A że skład się zmieniał z punkowego w metalowy to po punkowym Napalm Death została tylko nazwa.
Bracia Cavallera mogliby w sumie pozwać Kissera i nie pozwolić mu na tą pseudo Sepulturę. Ale widać mają to gdzieś. Choć Biafra zdaje się przegrał taki proces i uzurpatorzy jeżdzą po festiwalach jako Dead Kennedys. Zresztą to się zrobiła masowa patologia – DK bez Biafry, Black Flag bez Rollinsa a zdaje się wręcz Sex Pistols bez Lydona. Błe.
@igor
Radykalne zmiany King Crimson – drugi przypadek jaki mi przychodzi do głowy to Sepultura. Została tylko jedna osoba z oryginalnego składu, w dodatku nie lider.
I dlatego zamiast na Sepulturę miałem iść na Cavalera Conspiracy, ale jak zawsze nie poskładał mi się kalendarz. Swoją drogą te ich pomysły pt. nagrywanie całej dyskografii Sepy od nowa to jest jakiś pokręcony objaw retromanii i mitu wiecznego powrotu. I tak źle i tak niedobrze. Zresztą cały ten przemysł odgrzewania rockowo-metalowego kotleta jest fascynujący. Sporo z tych rzeczy wygląda z bliska jak noc żywych trupów które w każdej chwili mogą paść na scenę i już nie wstać.
@Cpt. Havermeyer
„Mówisz o bandzie który wypuścił też Wasting Love.”
Ja tam wolę późne Whitesnake znacznie bardziej od Various Manx jednak 🙂
„Co do BS to ja ostatnio odkryłem że lubię wszystko z Ozzym, nawet Technical i Never Say Die”
No to nie, ja jednak zdecydowanie nie. W ogóle Ozzy to taki wokalista, co to musi mieć naprawdę siedzący mu numer, i moim zdaniem dość szybko się to wyczerpuje, w przeciwieństwie do np. takiego AC/DC, co przez kilka dekad grali cały czas ten sam jeden numer i zawsze rewelacyjnie. IMHO po SBS Sabbaci z Ozzym się skończyli, jak po bez mała Kill’Em All. Dlatego też nie przepadam za solowym Ozzym, na pewno znacznie mniej niż nad solowym Iommim, jak to słusznie ująłeś (chociaż bez przesady, cały Dio-BS to też Butler, plus kilka innych) – swoją drogą, takie Seventh Star to naprawdę solowy Iommi, tylko wytwórnia na nim wymusiła, żeby płytę markował jako Black Sabbath. No ale cóż, rynek przeczy mojemu gustowi, bo Ozzy solowy komercyjnie sobie radził znacznie lepiej niż nie-Ozzowy BS, i nawet nie mam na myśli reality show! Tylko że on, trochę jak Blaze, no cholera, po prostu nie jest dobrym wokalistą… Byłem na trzech koncertach Black Sabbath, w tym jednym z Martinem i dwóch z Ozzym. Ten z Martinem był najlepszy. Zlinczujcie mnie, ale on po prostu śpiewał lepiej również numery Ozzyego.
Po prostu Sharon ledwo żywemu z przepicia Ozziemu organizowała naprawdę dobrych kompozytorów którzy pisali mu hity pod amerykański rynek, i tyle.
Z jednego powodu rozumiem akcje typu Cavalera Conspiracy. W dzisiejszych czasach pierwszy lepszy cover band brzmi 100 razy lepiej niż oryginał sprzed 30-40 lat. Wiedząc o tym i wiedząc jak fatalnie brzmiała twoja ówczesna twórczość nie dziwi chęć nagrania na nowo. A przy okazji można się poczuć znowu młodym, to też w końcu nie szkodzi
@Radykalne zmiany:
Jethro Tull – właściwie jedynym pewnym elementem jet Ian Anderson.
Na dwóch przedostatnich albumach grali w piątkę (plus po jednej osobie dodatkowej), na ostatnim albumie z piątki została trójka, za to doszły trzy osoby pomocnicze.
W porównaniu ze składem z lat 70. – nikogo nie ma, tylko Ian został.
I dalej to jest to samo JT, które niektórzy lubią, niektórzy jakoś nie bardzo.
@embercadero
Z jednego powodu rozumiem akcje typu Cavalera Conspiracy. W dzisiejszych czasach pierwszy lepszy cover band brzmi 100 razy lepiej niż oryginał sprzed 30-40 lat. Wiedząc o tym i wiedząc jak fatalnie brzmiała twoja ówczesna twórczość nie dziwi chęć nagrania na nowo. A przy okazji można się poczuć znowu młodym, to też w końcu nie szkodzi.
Że Morbid Visions to rozumiem, ale Schizophrenia była imho całkiem spoko wyprodukowana, chociaż to może powidok bo jednak słuchałem jej 30 lat temu głównie z walkmana. Lepszą akcją jest Paradise Lost nagrywający od nowa Icon, bo wytwórnia trzyma łapę na prawach autorskich i nie zgodziła się na 30th anniversary remaster super duper ediszyn. To trochę jakby Gilmour nagrał od nowa DSOTM, smieszno i straszno. Próbowałem tego słuchać ale ciężko jest słuchać czegoś co się zna co do nutki, a tu może produkcja czysta ale i perka inaczej chodzi i Holmes już nie wydoli tak wyć jak 30 lat temu.
@rambler
W sumie to trochę się kajam z erą Dio, chociaż np. takie Heaven & Hell (kawałek) lepiej by brzmiało z Geezerem bo ten bas trochę kwadratowy. Wydaje mi się że te późniejsze albumy nie dostarczają tak kompozycyjnie i dużo w nich wypełniacza. To chyba nie kwestia Ozza i jego wokalu a faktu że te pierwsze 9 to był zawsze joint effort i creditsy dzieliły się zawsze na 4, lubię też bardzo sekcję Ward/Geezer, w 70sowych Sabbs jest mnóstwo bujania, które potem jak na moje ucho zanika coraz bardziej. Posłuchaj H&H a potem Headless Cross i usłyszysz ten sam kwadratowy bas i perkę, pierwsze 9 płyt jest imho dużo bardziej różnorodne i słychać w nich ewolucję od bluesowatej jedynki po bombastycznie zaaranżowany Spiral Architect czy Supertzar z chórem, Technical i NSD to już zjazd z peaku w rejony piosenkarsko-radiowe ale i tak była to cała dekada kreatywności. Dio jeszcze był zastrzykiem świeżej krwi ale potem się to wypaliło, co też jest zrozumiałe. Clash też bardzo intensywnie cisnęli album za albumem aż mieli już siebie i grania dość, a Copeland ponoć kazał tak ustawiać gary żeby nie oglądać Stinga pod koniec istnienia Police. Dlatego też na tym tle Maideni grający od dekad w praktycznie niezmiennym składzie to ewenement.
@Havermeyer
„Podobno słuch można wyćwiczyć, zdaje się że też m.in po to uczy się solfeżu w szkołach muzycznych, te parę procent ludzi ze słuchem absolutnym może mieć to naturalnie, ale dla reszty populacji to jednak jest praca do wykonania więc to raczej normalne że większość osób wymięka przy takim zadaniu bez przygotowania.”
No nie, słuch absolutny to jedno, a wprawne słyszenie interwałów czy ich charakteru to drugie (może pomagać, ale chyba nie musi). Możdżer w ostatnich wywiadach często mówi, że słuch absolutny miał, ale mu się rozregulował, bo przecież od dłuższego czasu korzysta z fortepianów w stroju 440 Hz i 432 HZ naprzemiennie. Pierwszy raz to chyba gdzieś krótko po etapie ćwiczenia mikroprzesunięć do Sacrum Profanum i Reicha, jak już poćwiczył, to miał potem fajne „zakrzywienie tonalności”. Natomiast wątpię, żeby temu pianiście rozregulowało się słyszenie interwałów, które zresztą są ważniejsze dla muzyki (przynajmniej tej tonalnej) niż fetyszyzacja konkretnej matrycy (jakkolwiek fajna to umiejętność taki słuch). Zresztą przecież na ogół i tak mówimy o systemie równomiernie temperowanym, ani jedynym, ani najlepszym bezwzględnie.
@dwu- i trój-
Zasadniczo tak, bo teoretycznie zawsze trzeba trybu do miana akordu, nawet jeśli sobie tryb zawiesimy, ale w praktyce wiadomo, że nie ma sensu wyrzucać słowa chord z powerchordu :). Zwłaszcza skręcając od pani grającej na pianinie w stronę wioślarzy z przesterem, tym bardziej, że taka mała tercja może trochę psuć paradę, jeśli nie gra jej ten drugi pan z przymiotnikiem „lead”. Inna sprawa, że i tu zdarzają się ciekawe eksperymenty noise rockowe z tymi harmonicznymi, a wszelkie chwyty dozwolone.
@igor
„Przy większości Justice mam wrażenie, jakby zamiast gitarzysty pracował automatyczny napierdalator.”
Rozumiem słowo „większość”, ale… w Blackened to daje bardzo dobry efekt i nie zabija gatunku. A Harvester of Sorrow to już w ogóle może służyć za prototrack dla tych wszystkich z czarnego. God That Failed itp. I nie ma tu nic z tych automatycznych skojarzeń. Nie do końca zatem tak kojarzę ten album. Może ta ballado-suita z przytupną mechaniczną końcówką może trochę nudzić… Zresztą na tej samej zasadzie (wrażenia mechaniczności) może nudzić Disposable Heroes i kilka innych rzeczy z Mastera. Ja jakoś niespecjalnie łapię ten fame AJFA jako albumu niesamowitych technikaliów wirtuozerskich. Kwestia szybkiej ręki, którą H zawsze miał. Takie I’m Broken Pantery jest dużo większym łamańcem, nie tylko dla pałkera.
@mechaniczny napierd…
Dobra, chyba sekret po części tkwi w tym brzmieniu. Jest ono jakieś wydestylowane, przesadnie selektywne, plus ściszony Newsted, przez co prawie kompletny brak basu, swoją drogą to ponoć zarzucali mu trochę, że nie jest takim „trzecim gitarzystą” jak Burton. I faktycznie może sprawiać to wrażenie, bo ani pałker nie nabył nagle cudownych umiejętności technicznych przez te 3 lata, ani Hammett nic nowego tam nie tłukł. Chyba EOT.
Warto posłuchać na YT, jeden Węgier dograł swój bas do wszystkich tracków z AJFA, Znaczy nie on jeden to zrobił, ale on to zrobił na tyle dobrze że album brzmi znacznie lepiej od oryginału.
A pałker oczywiście nie nabył na AJFA nowych umiejętności ale kazali mu grać bardziej skomplikowane rzeczy niż zwykle. Po czym już na czarnym wrócił do zwykłego wystukiwania rytmu jak początkujący w remizie.
No dobra, przegiąłem z tym bębnieniem na czarnym. nie we wszystkich kawałkach jest prymitywnie.
@embercadero
„Warto posłuchać na YT, jeden Węgier dograł swój bas do wszystkich tracków z AJFA”
No i miałem już o tym nie pisać (w końcu notka o Ironach na Narodowym, nie o Big 4 na Bemowie)… ale wychodzi, że wystarczy dograć trochę lepiej bas i takie Dyers Eve nagle nie stoi muzycznie zbyt daleko od Disposable Heroes, a przynajmniej by się nie gryzło, gdyby je wrzucić gdzieś w środek Mastera.
Po czym już na czarnym wrócił do zwykłego wystukiwania rytmu jak początkujący w remizie.
Ale za to jak mu perkę omikrofonowali! #mamtonawinylu
Bo to niewątpliwy masterpiece produkcji jednak jest