
A znowuż Anna Brzezińska wróciła w powieści „Mgła” do świata fantasy w quasi-włoskim średniowieczu z cyklu opowiadań „Wody głębokie jak niebo”. Mam z takim rodzajem fantastyki pewien problem – jako mniej lub bardziej, ale jednak racjonalista chciałbym zakładać, że gdy inkwizycja pali na stosie czarownice, to jest to prześladowanie niewinnych kobiet w imię zabobonu. Kiedy autor sugeruje, że czarownice są naprawdę niebezpieczne, inkwizytor staje się postacią pozytywną.
W „Mgle” ten problem rozwiązano przy pomocy kunsztownej gry literackiej. Tę historię na zmianę opowiada nam dwóch narratorów, zasadniczo bezimiennych. Będę ich na użytek notki nazywać „synem młynarza” i „synem flaczarki”. „Syn młynarza” ma przydomek „Draco”, gdyż lubi opowiadać tym, co go częstują winem historię, którą ten drugi narrator pogardliwie podsumowuje jako „bajędę o smoku”.
Połowa książki to rzeczona bajęda. Druga połowa to opowieść, którą „syn flaczarki” snuje kilka(dziesiąt?) lat później, gdy sam jest żebrakiem. Czy możemy mu wierzyć? Przecież on sam wielokrotnie szydził z „syna młynarza”, że ten zmyślał byle co, żeby mu tylko polali wina. Gdy sam jest w tej sytuacji, to naturalne, że stosuje te same sztuczki.
Wyguglałem negatywną recenzję, której autor narzekał, że czytając „Mgłę” miał „wrażenie, że słucha blubrania jakiegoś pijaczka, który urżnął się totalnie i teraz zanudza towarzystwo słowotokiem”. Bardzo słusznie! Obie narracje są „blubraniem pijaczków”.
Rzeczywiście, nie jest to klasyczne fantasy, że Bohater Wyrusza na Quest. Przyjemność lektury polega na samodzielnej rozkminie: CO TAK NAPRAWDĘ ZASZŁO? Obaj narratorzy są, jako się rzekło, niewiarygodni – w dodatku obaj sobie przeczą w jednych detalach, ale są zaskakująco zgodni w innych.
To sytuacja, z którą często styka się historyk, a nawet autor popularnych książek o historii. Związane z Kopernikiem źródła często sobie przeczą, często też nie wiadomo na ile można wierzyć komuś, kto był politycznym przeciwnikiem astronoma. Takie rozkminy to podstawa przyjemności obcowania z Historią.
W książkach historycznych (non-fiction) spotykamy czasem lakoniczne zdania typu „w 1125 roku wojska cesarskie obróciły miasto w perzynę”. Takie zdanie ukrywa tysiące makabrycznych historii o mordzie, gwałcie, torturach, grabieży – zazwyczaj nieopowiedzianych.
Tutaj zagładę przetrwało kilka osób, a razem z nimi ocalały dwie opowieści. Z nimi z kolei ocalała legenda o smoku mieszkającym jakoby w alpejskich (?) szczytach górujących nad Citta di Sant’Angelo. „Mgła” pozwala nam się pobawić w historyka, setki lat później próbującego wysmażyć publikacyję o tej legendzie. Ile w tym prawdy?
Możliwa jest interpretacja całkowicie realistyczna. Żadnego smoka nigdy nie było, ani w ogóle żadnej magii. Po prostu obaj „blubrający pijaczkowie” pozmyślali pikantne szczegóły widząc znudzenie na twarzach sponsorów popijawy.
Historia często używana jest do opowiadania o współczesności. Nie jestem tu bez winy, napisałem od grzmota felietonów i blogonotek niby to o republice weimarskiej, a tak naprawdę o 3RP. W „Mgle” też dostrzeżemy Współczesność, bo przecież w Dzisiejszych Czasach nie sposób nie myśleć o Zagładzie, a temu często towarzyszy pytanie: jakie opowieści po nas zostaną, gdy nasze miasta zostaną „obrócone w perzynę”? Ale byłoby śmiesznie, gdyby przyszły historyk próbował sobie wyobrazić nasze czasy na podstawie cudem zachowanego archiwum tego blogaska (z komciami). Wtedy już by naprawdę bronili doktoraty z awalologii!
Historyk chrześcijański zinterpretowałby legendę o smoku jako metaforę Grzechu, za sprawą którego Citta di Sant’Angelo upadło, trawione przez Upadek Moralny. Historyk marksistowski zauważyłby wątek klasowy – miasto upadło, bo jego włodarzom nie udało się zbudować podstawowej spójności społecznej (więc kiedy pod mury podeszły wojska cesarskie okazało się, że nie wszyscy chcą walczyć za kasztelana). Smok wtedy jest metaforą Walki Klas.
Użyję więc historycznej fantasy do interpretacji Współczesności. Jeśli upadnie nasze Citta di Sant’Angelo, to z podobnych przyczyn. Nie udało nam się sprawić, żeby każdy „syn flaczarki” identyfikował się z naszym Miastem. Część jest gotowa otworzyć bramę wrogim wojskom po prostu z nienawiści do kasztelana. Racjonalne tłumaczenia, że na dalszą metę sami sobie tym wyrządzą krzywdę, mają ograniczoną skuteczność.
Czyja to wina? Jak to u Brzezińskiej, nie mamy wyraźnego podziału na „dobro” i „zło”. Obaj narratorzy to obiektywnie Źli Ludzie, w pełni zasługujący na wszelkie nieszczęścia jakich zaznali. Z ich opowieści wynika, że w Citta di Sant’Angelo istniały mechanizmy awansu klasowego, ale narratorzy porzucili je po prostu z powodu łączącej ich obu pogardy dla uczciwej pracy.
Z drugiej strony, z tych opowieści wynika też, że te mechanizmy za ich życia stopniowo się zamykały. Obaj opisują zachodzącą w mieście oligarchizację: biedni są coraz biedniejsi i liczniejsi, bogaci odwrotnie.
Częściowo wynikać to mogło z powodu obiektywnych procesów, które zachodziły także w naszym wszechświecie – a wtedy nikt ich nie rozumiał, bo nie istniała jeszcze ekonomia jako nauka. Ale częściowo, jak sugeruje zwłaszcza „syn flaczarki”, mogło po prostu chodzić o chciwość oligarchów, którzy również woleli raczej osłabić obronny potencjał miasta, niż zrezygnować z pomnażania majątku. Im też – jak wiemy z naszego świata – nie da się racjonalnie wytłumaczyć, że na dalszą metę sami sobie tym wyrządzą krzywdę. Za bardzo podobają im się „blubrający ketaminiści” i ich bajędy o schronach odpornych na smoka.
Ja więc – jak widać – odczytuję „Mgłę” marksistowsko i lewacko, jako opowieść o katastrofie klimatycznej, Peterze Thielu, golfistach i alt-right („syn flaczarki” jest średniowiecznym groypersem!). Smok jest dla mnie metaforą Kapitalizmu, pchającego naszą cywilizację ku samozagładzie.
Można go też odczytywać na inne sposoby (np. jako metaforę Grzechu), albo wprost. „Historię syna młynarza” możemy odczytać jako klasyczne fantasy o Smoku, Miłości, Zdradzie, Klątwie i Królewnie Na Wieży, a nawet o Psiogłowcach. Ale osobiście w Annie Brzezińskiej bardzo cenię właśnie to, że nie pisze takiej po prostu zwykłej, banalnej fantasy, której wystarczająco dużo już nastukano.

To co mnie najbardziej uderzyło we „Mgle” to język. Bardzo szybko odniosłem wrażenie, jakby Anna Brzezińska przypomniała sobie szkolne „co poeta miał na myśli” albo rozbiory logiczne zdań i postanowiła napisać powieść, której żaden nauczyciel nie wykorzysta w takim celu. Bo nie tylko uczniowie nie dadzą rady, ale i nauczyciele będą mieli problemy. Dość powiedzieć, że jedno z pierwszych zdań powieści jest tak wielokrotnie złożone, że kończy się trzy strony później niż się zaczęło.
Jest to zatem bardzo ładna, z pewnością unikalna opowieść. Ale jednocześnie stosunkowo trudna w odbiorze. Słowa splatają się tam i rozplatają zanim pojawi się wreszcie kropka dająca chwilę oddechu.
Jeśli dobrze pamiętam to Draco jest z lepszej warstwy społecznej (ma nawet romans z Moną Giulią!), ale na wygnanie skazują go bo na zbyt wiele sobie pozwolił. Wraca później do miasta i uzyskuje przebaczenie, ale po stracie ręki i – zapewne – żyje już tylko swoim „triumfem”, wypominając wszystkim wokół, że zabił dla nich smoka.
Drugi bohater wydawał mi się – nie pamiętam czy to jest napisane, zasugerowane czy mi się ubzdurało – jakimś terminatorem rzemieślniczym, który wraz z bandą podobnych sobie i czasami żaków, tworzą coś w rodzaju bractwa, nie mającego oporów przed kradzieżą albo i rozbojem, jeśli tylko może im to ujść na sucho. A więc osobą z niższej klasy niż Draco, mającą od samego początku gorsze perspektywy.
Ciekawy wydaje mi się ten wątek najemników, którzy zjawiają się w mieście i chodzą grupkami, czasami szukając zaczepki. A jest ich coraz więcej i chociaż ludzie już widzą, że coś się dzieje, nikt jeszcze nie wie co ani co można z tym zrobić.
@pk
„Jeśli dobrze pamiętam to Draco jest z lepszej warstwy społecznej”
Lepszej niż syn flaczarki, no bo jednak ZNA SWOJEGO OJCA, ale jednak chyba i tak czekała ich pauperyzacja (późne średniowiecze to właśnie m.in. krach drobnorzemieślniczego młynarstwa).
„wraz z bandą podobnych sobie i czasami żaków, tworzą coś w rodzaju bractwa (…) a więc osobą z niższej klasy niż Draco, mającą od samego początku gorsze perspektywy.”
Draco przecież należał do tego bractwa, tylko pokolenie wcześniej.
Brzezińską lubię chyba najbardziej z polskich twórców fantasy. Ona wie o czym pisze. W końcu jest z zawodu mediewistką. Bardzo też uderza w oczy kontrast z zachodnimi twórczyniami feministycznego fantasy – Norton, Lackey, późną LeGuin. Tam mamy postacie kobiece, żyjące w jakimś magicznym średniowieczu, zmagające się z typowymi problemami Amerykanki z klasy średniej z końcówki XX wieku. U Brzezińskiej to są problemy średniowieczne, tak jak to faktycznie mogłoby wyglądać w świecie przedstawionym w jego realiach socjoekonomicznych, a jednocześnie w sumie dość uniwersalne.
A książkę trza kupić.
„Użyję (..) fantasy do interpretacji Współczesności. Jeśli upadnie nasze Citta di Sant’Angelo, to z podobnych przyczyn. Nie udało nam się sprawić, żeby każdy „syn flaczarki” identyfikował się z naszym Miastem.”
Za dwa do czterech lat mamy przyjąć cios w postaci ataku rosji. Mówią tak ludzie śmiertelnie poważni i na odpowiednich stanowiskach. W związku z tym zapytam – co bardziej zadecyduje o zwycięstwie – morale czy magazyny pełne broni? Mam też nadzieję, że ryba nie zepsuje się od głowy, piąta kolumna nie usiądzie za dwa lata w ławach zwycięzców politycznych.
W związku z tym oraz zwycięstwem TV R. (stop making stupid people famous) w jednym z rankingów popularności telewizji informacyjnych (o tempora!) proponuję wykupić czas reklamowy na pewnej TVWizji i opisać kto stoi za tym czy owym politykiem. W przypadku odmowy wyświetlenia reklam tego typu pociągnąć przez sądy za to i owo. Gotowy jestem dorzucić swoje trzy grosze do zbiórki na ten szczytny cel. Poślijcie w świat wiadomość, że JEST SPOSÓB :-).
I przypomniał mi się nieśmiertelny Szwejk i jego podróż od szpitala do wojny na leju po bombie kończąc. Proza Jaroslava Haška też wyrosła z piwnego gadania (jak gawędy dwóch narratorów). Jeśli oczywistym i pewnym jest, że za dwa lata rozpocznie się rzeź, to oby takich autorów przyniosła rosyjska głubinka a nie polski Niekłaj.
@fieloryb
„Mówią tak ludzie śmiertelnie poważni i na odpowiednich stanowiskach”
Co oczywiście nie znaczy że mają rację. Ta wojna poskutkowała m.in. serią spektakularnych kompromitacji ludzi poważnych i na stanowiskach.
„co bardziej zadecyduje o zwycięstwie – morale czy magazyny pełne broni?”
Absolutnie morale. Czechosłowacja w 1938 była uzbrojona po zęby, ale bała się walczyć samotnie. Czechosłowackie uzbrojenie Niemcy przejęli więc bez jednego wystrzału, a potem użyli przeciwko Polsce i Francji.
„proponuję wykupić czas reklamowy”
Proponujesz to KOMU? Nam na tym blogu? Ze zrzutki?
„W przypadku odmowy wyświetlenia reklam tego typu pociągnąć przez sądy za to i owo. ”
Jeszcze nikt nie wygrał takiego procesu (a niejeden już próbował). Masz dziwne wyobrażenie o świecie.
@WO
Akapit o zrzutce był żartem. Użyłem emotikonu. Możliwe, że powinienem użyć tagu dla jasności. Tymczasem polityczna agora w rosji to jedna rosja a u nas jak demokratycznym parku przechodzącym w dżunglę. Są miejsca ładne i miejsca, że strzeż się tych miejsc.
@fieloryb
„Akapit o zrzutce był żartem. Użyłem emotikonu.”
Proszę tak nigdy nie robić. Skądinąd istnieją ludzie przekonani, że da się wyprocesować opublikowanie ich reklam – i przegrywają. Nie mam siły na odgadywanie kto naprawdę tak myśli a kto tylko „użył emotikonu”. Dobry żart powinien być oczywisty, jak nie jest, żaden emotikon nie uratuje.
@WO
„inkwizytor staje się postacią pozytywną.”
Bo i też często był. Na sam wynalazek wpadły władze kościelne, ale jego entuzjastami szybko stały się władze świeckie, bo to było świetne narzędzie w sprawach społeczno-politycznych. Inkwizytorzy działali zwykle z sugestią, by najpierw perswadować, czasem nawet dyskutować, potem przeprowadzać sądową procedurę (z rozmaitymi jej kruczkami i meandrami), a dopiero potem, ewentualnie, palić. Natomiast króle i cysorze, lokalne książątka i baroniska – jak zawsze prychając na imposybilizm, stojący na drodze do społecznego szczęścia – chcieli palić od razu. Więc naciskali na inkwizytorów – zakulisowo lub jawnie z mocy autorytetu.
W 1022 w Orleanie król Robert Pobożny kazał szybciutko spalić całą grupę heretyków (jak masz ksywkę „Pobożny”, to każdy, kogo nie lubisz, zostaje „heretykiem” z automatu, wystarczy, że mrukniesz: no nie podobasz mi się). W 1051 cesarz Henryk Salicki był bardziej miłościwy, bo swoich heretyków kazał w ramach inkwizycji powiesić, oszcządzając im płomieni. Zresztą inkwizycja ośmielała też inicjatywę obywatelską, w Nadrenii i Francji bywało tak, że heretyków palił po prostu tłum ludzi, ustalając to na szybko, na ulicy.
Inkwizytorzy to byli często wytrawni znawcy zarówno Pisma, jak i ludzi, no i często wcale się nie kwapili do stosów. Niektórzy, jako scholastycy, jak najbardziej uprawiali w tej kwestii „gry literackie”, np. Bernard z Clairvaux argumentował efektownie i szczegółowo, dlaczego heretyków należy zwalczać za pomocą argumentów, a nie stosów. A biskup z Liège to już w ogóle pojechał, odwołując się do ewangelii, by uzasadnić, że najlepiej będzie po prostu dać heretykom spokój. Zarówno wielu oficjeli i myślicieli kościelnych, jak i całych synodów, apelowało, że owszem chleb i woda, ale nie stos, że więzienie, a nie śmierć.
Słynna inkwizycyjna rzeź katarów, ta 20-letnia jatka, została w praktyce uruchomiona w przez władze świeckie w celu czysto politycznym („specjalna operacja wojskowa” na terenie Langwedocji). Świecka armia ruszyła z entuzjazmem (ileż grabieży i gwałtu po drodze, ile pralek i lodówek można nakraść), a i zwykli nieheretycy mieli powody do radości, bo ziemia na południu była wyjątkowo łaskawa i żyzna. Zresztą, katarów z północy, jeśli się napatoczyli, pobożny tłum uśmiercał z taką samą satysfakcją, choćby inkwizytorzy nawoływali: chwila, chwila, pogadajmy o paradoksach Trójcy Świętej.
Z heretykami i czarownicami to rola inkwizycji bywała różna, czasami lepsza niż w przypadku władz świeckich, ale jednak jeśli chodzi o prześladowania Żydów to nic dobrego o inkwizycji za bardzo nie można powiedzieć.
(Mówie, jako ktoś, kto siedzi w języku judeohiszpańskim, więc i zwłaszcza hiszpańską inkwizycję najlepiej zna właśnie pod tym względem).
Ergonauta chyba pisze o inkwizycji papieskiej, hiszpańska bezpieka, która ukradła jej nazwę miała sporo za paznokciami, no hay dudas. W przypadku czarownic mieli jednak przebłyski trzeźwości.
W 1609 przysłany z Toledo inkwizytor Alonso de Salazar Frías powstrzymał polowanie na czarownice w Pirenejach, chyba nawet Anna Brzezińska miała o tym artykuł. Hiszpańska Inkwizycja, która działała w sposób dużo bardziej spodziewany niż wydawało się Pythonom, wprowadziła po tych wydarzeniach procedurę, że żadna czarownica nie może być aresztowana tylko na podstawie zeznań innej wiedźmy.
Gdyby taka zasada obowiązywała w Salem, tamtejszy witch hunt zakończyłby się raczej szybko.
W ogóle uważam, że wbrew stereotypom wczesnonowożytna Hiszpania była krajem zaskakująco nowoczesnym na tle ówczesnej Europy. Posiadanie służb bezpieczeństwa i umiejętność sprawnego zorganizowania czystki etnicznej to niestety elementy tej nowoczesności.
@czarownice i inkwizycja
A jak to było z powiązaniem jednej z wojen (bodaj czy nie 30-letniej) z procesami o czary kobiet, których (procesów, nie kobiet) głównym celem było podniesienie dzietności w związku ze stratami wojennymi ludności? Gdzieś mi to kiedyś zapadło w głowę.
@amatill
Co do nowoczesności Hiszpanii, to choćby tam się narodził zawód pisarza utrzymującego się z działalności wydawniczej; wspominałem o tym pod notką WO, gdzie mówi, że jeszcze taki Szekspir za swoich czasów nie utrzymywał się z pisania, ale tymczasem właśnie jemu współcześni jak Cervantes czy Lope de Vega nie byli nawet pierwszym pokoleniem, które jak najbardziej tak. W tym chyba właśnie w Hiszpanii narodziły się copyrighty (w sensie właśnie dosłownie licencji na drukowanie kopii danej książki na danym terenie, ze specjalną notą licencyjną na początku książki) i pozwy o to między autorami i drukarzami.
Tu książka wykładowczyni, z którą miałem o tym bardzo ciekawe zajęcia na filologii hiszpańskiej o przypadku Feliciano de Silvy zawodowo trzepiącego kolejne sequele do Amadisa z Walii już w pierwszej połowie XVI wieku:
link to wydawnictwo.umk.pl
@ fieloryb
Być może u Silvi Federici, „Caliban and the Witch”, która to książka wyszła ostatnio właśnie w polskim przekładzie (Wyd. 'Karakter’). Jest to popularnonaukowe podsumowanie badań m.in. autorki nad przejęciem kontroli nad prawami reprodukcyjnymi kobiet jako jednym z kluczowych elementów akumulacji pierwotnej w ramach transformacji z feudalizmu do kapitalizmu i oczywiście nad rolą wiedźm, magii, i praktyki brutalnego zwalczania obu tych zjawisk w tymże przejęciu.
@ nowoczesność średniowiecza
W ogóle średniowiecze było epoką bardzo nowoczesną. I bardzo w ruchu, in progress. Mam na myśli ruch w technice i wynalazczości, a także ruch w ludzkiej łepetynie, wszak od scholastyki droga do Hegla i Marksa, a od deliberacji nad diabłami na główce i hipostazami w trójcy, droga do współcześnie wygimnastykowanej myśli Derridy czy Žižka.
Ze stereotypem o ciemnym średniowieczu jest jak ze stereotypem o okrutnym kodeksie Hammurabiego – owszem, patrząc stąd, to on jest okrutny i wsteczny, ale w ówczesnych realiach obyczajowych i prawnych to był niesamowity cywilizacyjny skok do przodu, powiew liberalnego prawodawstwa, jaskółka praw obywatelskich. Za kradzież jabłka uciąć złodziejowi dłoń, a nie głowę, to była społeczno-kulturowa rewolucja i rewelacja.
@amatill
„Posiadanie służb bezpieczeństwa i umiejętność sprawnego zorganizowania czystki etnicznej to niestety elementy tej nowoczesności.”
Zbigniew Libera ładnie to ujął w swojej pracy, którą jest pudełko z klockami Lego i obrazkiem zrobionego z nich obozu Auschwitz na pokrywce.
„Pozytywna inkwizycja”
Sapkowski w „Trylogii husyckiej” postanowił zniuansować między najlepszymi i najgorszymi wizerunkami tej instytucji (mówił o tym w wywiadzie z Beresiem, że to było celowe i świadome podejście). Z jednek strony jest inkwizycja papieska, która tropi prawdziwych czarowników, ale jej przywódca jest postacią pozytywną, racjonalą i łągodnie podchodzącą do bezpodstawnie oskarżonych. Ale jest też inkwizycja biskupia, która prześladuje niewinnych z pwoodów czysto politycznych, by przedstawić biskupa jako pogromcę herezji. W chyba pierwszej scenie spotkania obu inkwizytorów dochodzi do sytuacji, gdy biskupia służba pali na stosie ludzi wypousczonych przez papistów.
@ergonauta
„Za kradzież jabłka uciąć złodziejowi dłoń, a nie głowę, to była społeczno-kulturowa rewolucja i rewelacja.”
A czy największą rewolucją nie był sam fakt, że prawo było spisane i dostępne dla wszystkich, a nie zależało już więcej od widzimisię i nastroju władcy?
W tamtych czasach społeczeństwo liberalne po prostu nie było możliwe. Życie ludzkie było za mało warte. Gospodarka permanentnego niedoboru, widmo głodu nie znikające z horyzontu, zarazy takie czy inne, zresztą głupie zapalenie przyzębia mogło zabić, jak kobieta rodziła 8 dziecek to przeżywało ze 3, gospodarka oparta na rolnictwie, a ziemia łatwo się akumuluje w rękach wąskiej elity, podaż siły roboczej mocno przewyższająca popyt itp. itd. Nie przypadkiem liberalizacja całkiem nieźle koreluje czasowo z rewolucją przemysłową.
@Paweł Ziarko
„zniuansować między najlepszymi i najgorszymi wizerunkami tej instytucji”
Podobnie niuansuje Eco w „Imieniu Róży”. Oraz sugeruje, że cała religia to jest „literacka gra”. Ba, że cała ludzka kultura to jest „literacka gra”, w której religia jest częścią najbardziej poetycką, najradykalniej metaforyczną.
Możemy sobie narzekać, że mało Polaków czyta, że literatura z wyższej półki traci społeczny autorytet, jej nakłady spadają. No ale kiedyś ludzie traktowali poezję metafizyczną nieco zbyt poważnie.
@mcal
To było znacznie dawniej, kiedy eksplorowałem jako nastolatek literaturę popularną w przedmiocie płci, kultury związków itp. Obstawiam nawet (o zdziwo leciutkie) „Sztukę kochania” Michaliny Wisłockiej.
@władza świecka
Oczywiście takiej nie było. Władza w świecie przednowoczesnym miała legitymizację religijną i pochodziła od boga, takiego czy innego. Działania i decyzje władcy były zarówno motywowane jak i informowane przez jego własną wiarę jak i taką czy inną obowiązującą doktrynę. Nie da się tego rozdzielić nie zaburzając immersji, no chyba że to zgrubna metafora współczesności.
Apologeci do dziś zgrzytają zębami na rozdział państwa i kościoła, na zeświecczenie, ale gdy tylko mowa o kolonializmie i mordowaniu lokalnych społeczności, niewolnictwie, prześladowaniu heretyków czy zabijaniu kobiet to nagle znajduje się jakiś ich święty przyjaciel, a z kapelusza wyskakuje niechrześcijańska świecka władza, która nic a nic ze świętym kościołem nie ma wspólnego. Broń boże.
@bantus
„Oczywiście takiej nie było. Władza w świecie przednowoczesnym miała legitymizację religijną i pochodziła od boga, takiego czy innego.”
Przecież wcale niekoniecznie. W wielu republikach miejskich władza miała legitymację od „poppolo” (natomiast takie republiki często miały jakiegoś świętego patrona, któremu zawierzały swoje powodzenie – ale w praktyce legitymacją były jednak wygrane wybory, czasem nawet powszechne, choć oczywiście bez kobiet).
@fieloryb
„Sztuka kochania”
Wisłocka (od kochania) jest dla kultury polskiej chyba ważniejsza niż Wisława (od literatury). Jako całość książka uderza dziś pewną naiwnością, ale momentami jest to naiwność sąsiadująca z mądrością. Np. w akapicie o przed-łóżkowym onieśmieleniu, które można przemóc dzięki wesołej bitwie na poduszki, czyli o paraliżującej (psychicznie i fizycznie) powadze o napince „wejścia w rolę”, które najlepiej rozbroić śmiechem. Wspaniała to odtrutka na współczesne porady, jak surowo trenować własne życie, jak być coachem własnego losu i seksu.
Ale zalogowałem się po co innego. Otóż Anna Brzezińska ma stronę na fejsie całkiem jak blog naszego Gospodarza. Ekskursje w historycznym dyskursie – tak jak tu rozmaite, rozchełstane i ze sporą ilością komentarzy.
link to facebook.com
@ergonauta
„Ze stereotypem o ciemnym średniowieczu jest jak ze stereotypem o okrutnym kodeksie Hammurabiego – owszem, patrząc stąd, to on jest okrutny i wsteczny, ale w ówczesnych realiach obyczajowych i prawnych to był niesamowity cywilizacyjny skok do przodu, powiew liberalnego prawodawstwa, jaskółka praw obywatelskich. Za kradzież jabłka uciąć złodziejowi dłoń, a nie głowę, to była społeczno-kulturowa rewolucja i rewelacja.”
W angielskiej literaturze określenie „Dark Ages” wzięło się ponoć z tego, że to okres z którego nie ma źródeł pisanych (dlatego są ciemne): były wcześniej, były później, ale przez parę wieków nie ma. Do polskiej historii to średnio pasuje, bo ona nie miała tego „jasnego” okresu starożytnego.
@wo
Legitymacja od ludu a nie od bogów to zresztą i już demokracja ateńska, nawet jak zwykle ta koncepcja była w mniejszości, bo jednak była.
@ergonauta
Michalina była hippiską zanim to było modne. Takich wniosków dopadłem po zobaczeniu wiadomego filmu. Ale, oczy-wiście – życie sobie a celuloidowe opowieści sobie. Jednak spotkałem się już z opinią o jej naiwności.
@rw
To bardziej skomplikowane i określenie „wieki ciemne” (głównie względem wczesnego średniowiecza, a nie całego) było używane raz tak (jako wieki ciemnoty) raz siak (jako czasy z których jest niewiele pisemnych źródeł, ale też nie zupełnie ich brak), no i anglojęzyczni (jak i cała reszta) to zapożyczyli od Włochów.
A obecnie generalnie się raczej tego określenia w fachowej literaturze nie używa.
@Ausir
>Legitymacja od ludu a nie od bogów
Jak to mówią: to skomplikowane. Ten Demos to była jednak wąska grupa całej populacji, można by więc rzec, że wybrańcami bogów byli się czuli. Np. spośród siebie urzędników wybierali metodą losowania, którego wynik uważali za wyraz woli bogów.
@izbkp
No wiadomo, że ten demos nie był demosem we współczesnym rozumieniu i może i się czuli, ale tak czy siak w odróżnieniu od wielu sobie współczesnych nie powoływali się na bogów jako legitymację systemu rządów jako takiego.
@ergonauta
@Anna Brzezińska
Bywam, czytuję. Można powiedzieć, że to feministyczny punkt widzenia na wieki starsze. Z tekstów wyziera świat niesprawiedliwy dla kobiet, które mimo to potrafiły sobie radzić.
@bantus
[władza świecka] Oczywiście takiej nie było.
Ależ była, przez księży nazywana potestas temporalis a.k.a. saeculāris. Dla określenia jej relacji z „władzą duchowną” (auctoritas spiritualis) wymyślano co najmniej od końcówki V wieku rozmaite koncepcje, jak „doktryna dwóch mieczy” (a dalej poszedł w środkowym średniowieczu m.in. cezaropapizm i papocezaryzm, a już w czasach nowożytnych we Francji galllikanizm i ultramontanizm).
Władza w świecie przednowoczesnym miała legitymizację religijną i pochodziła od boga, takiego czy innego.
Przecież nie o to chodzi w pojęciu władzy świeckiej (w sensie: „doczesnej”, „przynależnej do świata materialnego”, nie w sensie: „bezbożnej”). Deklarowana boska sankcja władzy ani obrzędy koronacyjne wzorowane na kościelnych (w tym starotestamentowe mazanie świętymi olejami) nie czyniły cesarza / króla / władcy o mniej nadętym tytule papieżem ani biskupem, ani nawet prostym księdzem.
@ausir
w odróżnieniu od wielu sobie współczesnych nie powoływali się na bogów jako legitymację systemu rządów jako takiego
Slogan vox populi – vox Dei musiał być jednak używany dość wcześnie, skoro już w czasach Karola Wielkiego pewien pobożny autor czuł się w obowiązku z nim polemizować.
@fieloryb czarownice
Stawiam na ,,Czarownice i inni” Michała Komara. Czytałem dawno, niewiele pamiętam, ale takie wątki tam chyba były.
> skoro już w czasach Karola Wielkiego pewien pobożny autor czuł się w obowiązku z nim polemizować.
Polemika była jednak niezbyt pobożna. Świętych w końcu obwoływano. Jak również papieży. Karolowi Wielkiemu udało się wpłynąć na dwie elekcje po czym powrócono do starych zwyczajów na 250 lat, do ustanowienia kolegium kardynalskiego.
A w Chinach niby był mandat niebios, ale też rozumiany nieco inaczej niż boska legitymizacja władzy na zachodzie, łącznie z prawem do rebelii przeciwko złemu władcy, który ten mandat utracił i cesarzami zostawali czasem w ten sposób ludzie nisko urodzeni.
@ausir
„A w Chinach niby był mandat niebios, ale też rozumiany nieco inaczej niż boska legitymizacja władzy na zachodzie”
Jednak z drugiej strony w Chinach intensywność posłuszeństwa i pokory wobec władzy jest, z zachodniego punktu widzenia, wręcz nie do pojęcia. Tam nie potrzeba legitymizacji od niebiańskiej instancji, bo sama władza zawiera, w praktyce, boskość. Kanony tej czci i posłuszeństwa wobec władzy sięgają starożytności, wyznaczył je wpół mityczny Laozi i już całkiem realny Konfucjusz. Na przestrzeni tysiącleci wiele dyplomatycznych nieporozumień między Chinami a Zachodem wynikało właśnie z tej niemożności zrozumienia Chińczyków i ich traktowania władzy. Pierwsza wojna opiumowa z Brytyjczykami miała podłoże ekonomiczne, ale najpierw próbowano problem rozgryźć politycznie, no i brytyjscy dyplomaci nie dali rady, bo pewne rzeczy nie mieściły się w ich trzeźwych i krytycznych głowach. Przed negocjacjami nie doczytali Konfucjusza.
Zresztą, teraz też warto mieć dystans do głosów, że Chiny to, czy Chińczycy tamto, jak Europa to, czy Putin tamto. W Chinach – choć mocno się zeuropeizowały (do własnych dokoptowali sobie nasze totalitaryzmy, do azjatyckich nieszczęść dodali zachodnie) – mechanika władzy, jej ruchów oraz reakcji społecznych, wciąż jest inna niż w Europie. Laozi jest żywszy i żwawszy od naszego Sokratesa.
Ja nie mówię, że ten ustrój chiński był fajny, tam za to nie było władz religijnych w europejskim czy nawet islamskim rozumieniu a „boski mandat” głównie służył do tego, żeby mieć naciąganą podpórkę pod to, dlaczego jedna dynastia zastąpiła drugą.
(Ale też nie esencjonalizowałbym Chińczyków jako kultury, w końcu taki Tajwan po dekadach prawicowej dyktatury stał się po prostu zwykłą demokracją parlamentarną).
Chiny też miały swój ruch demokratyczny w latach 20-tych, no i w 80-tych XX wieku. To nie jest tak, że tam ludzie nie chcieliby mieć więcej do powiedzenia w kraju, tylko partia po prostu ich trzyma mocno za twarz, i nie pozwala podskakiwać. Frustracja wychodzi na powierzchnię innymi kanałami (np. coraz przez coraz częstsze epizody przemocy w przestrzeni publicznej: link to channelnewsasia.com).
Wszystkie te mandaty niebios, łaski pana itd. na pstrym koniu najazdów, wojen, klęsk głodu i epidemii jeździły. Skoro władza nie dowiozła, to straciła poparcie niebios i nie jest godna, można zmienić.
@ausir
„taki Tajwan po dekadach prawicowej dyktatury stał się po prostu zwykłą demokracją parlamentarną”
Nie wiem, nigdy tam nie byłem. A samym medialnym mainstreamom nie warto ufać. Pamiętam gazeto-telewizyjne głosy sprzed 20 lat, że oto Rosja staje się zwykłą demokracją parlamentarną (Rosja w G8, Putin zostaje Człowiekiem Roku w tygodniku „Time” i czymś tam w „Vanity Fair”).
Za to bywałem w Belgii i trochę w Grecji – niby obie bliziutko, tak samo europejskie, tak samo zwykłe demokracje, ale gdyby ciut mocniej historycznie (nawet tylko ekonomicznie) powiało, to od razu widać, że każda będzie się chwiać mocno inaczej.
@ergonauta
Bycie Człowiekiem Roku „Time” nie oznacza koniecznie niczego dobrego, Hitler też nim był. Putin był dostrzeżony wtedy, bo odniósł sukces w powrocie Rosji na salony – ale nie jako demokracji parlamentarnej. Na bycie takową Rosja miała króciutką szansę na początku lat 90-tych, ale ją straciła.
Nie no, na Tajwanie przede wszystkim mają jednak już normalny transfer władzy między partiami, raz rządzi jedna, raz druga, nawet jak Kuomintang to nadal niezbyt fajna partia to jednak to, że od lat 90 jednak rządzi częściej Demokratyczna Partia Postępowa niż oni pokazuje, że nie ma co porównywać z wymianą Putina na Miedwiediewa.
(tfu, od 2000 roku, nie od lat 90, przepraszam).
Ja bywałem na Tajwanie, fakt że dawno bo ponad 20 lat temu. Mogę mówić tylko o ogólnym „klimacie” bo przecież nie studiowałem ich systemu politycznego. No więc ogólny klimat był nieco zamordystyczny, zdecydowanie nie przypominający Europy tylko raczej Malezję, Singapur czy inne kraje regionu. Z pewnością można było dostać za nic bańki od policji na przykład i policja na pewno nie miałaby z tego powodu żadnych kłopotów. Ale na pewno do kontynentalnych Chin z ich permenentną inwigilacją ani do Rosji nie ma startu, na takim tle Tajwan to demokracja i bezpieczny kraj.
„potestas temporalis a.k.a. saeculāris”
Z tym, że kiedy operujemy dobrze zdefiniowanym terminem w książce o realiach danego czasu mamy co innego na myśli niż w medialnej czy internetowej dyskusji, gdy szukamy analogii ze współczesnością, bądź piszemy o współczesnej literaturze. Tak pakujemy się w błąd ekwiwokacji, wplatając znaczenie współczesne terminu, i który to błąd przez apologetów jest stosowany jako chwyt erystyczny.
„wybory”
Sam sposób przekazywania bądź wybierania władcy nie mówi jeszcze za dużo skąd ta władza pochodzi. Tak jak dzisiaj papież jest wybierany, ale to Bóg / Duch Świety decyduje kto wybranym zostaje i kto albo co legitymizuje ten urząd.
Dziś to jest trudno uchwytne, ale czy król tron odziedziczył, wymordował konkurentów, podbił zbrojnie czy został wybrany przez wojów na wiecu dla przeciętnego poddanego jego władza pochodziła z góry. Wiara w to, że król ma cudowne moce i może na przykład uzdrawiać była czymś w miarę powszechnym. Od jego działań także symbolicznych zależała pogoda, plony bądź zaraza.
Czytając Tomasza z Akwinu czy innych myślicieli z epoki zaznajamiamy się z myślą najwybitniejszych intelektualistów swoich czasów. Subtelnych teologicznych i filozoficznych dystynkcji przeważnie nie rozumieli przecież sami kościelni dygnitarze podejmując ważne decyzje. Tym bardziej nie jest to reprezentatywne dla tego co myślał i jak widział świat przecietny mieszczanin, rycerz bądź szlachcic, czy nawet ksiądz.
Jasne że były czasy i miejsca w których wyglądało to bardziej zrozumiale z naszego punktu widzenia. Platońska krytyka polityków jest momentami 1:1 aplikowalna do współczesnych demagogów i populistów, a jego oburzenie na kult siły jest tak samo trafne wówczas jak i teraz. Ówczesne rozumienie ustroju politycznego było zaskakująco nowoczesne, ale mocno ograniczone do intelektualnej elity.
Podsumowując mówiąc dzisiaj, że świecki władca skazał na śmierć heretyków mamy bezwiednie coś innego na myśli niż to samo zdanie wypowiedziane przez świadka wydarzeń.
No ale właśnie te ponad 20 lat temu (odkąd wybory zaczęła wygrywać DPP i rzeczywiście nastąpił transfer władzy) zaczęły się tam ogromne zmiany polityczne, więc nie ma co porównywać z okresem przejściowym (kiedy była już niby demokracja ale jeszcze cały czas wybory wygrywał tylko KMT).
@ausir
„Ale też nie esencjonalizowałbym Chińczyków jako kultury, w końcu taki Tajwan po dekadach prawicowej dyktatury stał się po prostu zwykłą demokracją parlamentarną”
Nie esencjonalizujmy, ale jednakowoż od więcej niż jednej osoby z Chin (mojej żony, ale nie tylko) słyszałem, że kiedy dorastasz w Chinach, to masz wdrukowywane przez szkołę i inne instytucje: nie podskakuj, nie zadawaj niepotrzebnych pytań, nie kwestionuj osób z autorytetem. W życiu rodzinnym to się odzwierciedla mocnym patriarchatem, w szkole: tłumieniem indywidualności, w życiu zawodowym: silnymi hierarchiami, problemem z powiedzeniem „nie” szefostwu, itd.
Tak więc, bez przesady w żadną stronę.
Jasne, ale też właśnie przemiany polityczne i społeczne na Tajwanie w ostatnich dwóch dekadach, częściowo bazujące właśnie na tym, że Tajwańczycy coraz bardziej chcą się odróżnić od Chin, trochę pokazują, że to nie jest nic wdrukowanego na sztywno i niezmiennego przy zmianach sytuacji politycznej.
@ausir
Podejrzewam, że to jest sytuacja w której kultura polityczna zmienia się szybciej niż kultura społeczna / rodzinna. Jest taki fajny serial na Netflix „I Am Married…But!”, warto obejrzeć.
@bantus
„Ówczesne rozumienie ustroju politycznego było zaskakująco nowoczesne, ale mocno ograniczone do intelektualnej elity.”
Proszę sobie wyobrazić lub przypomnieć prowincjonalne głosy niektórych mieszczan po 1989 roku: „za starych czasów wiadomo było gdzie iść i komu się pożalić” (w domyśle – do komitetu PZPR). Żadna to pociecha, kiedy na Wschodzie… Historia pokazała, że niemal dość synchronicznie wraz z przejmowaniem władzy przez Hitlera w Polsce nabierał znaczenia lokalny autorytaryzm (jakkolwiek go nie nazywać). Jedyna zasadnicza europejska różnica to możność utrzymania się opozycji demokratycznej na w parlamencie UE.
@rw
Co do struktury społecznej to Tajwan jako pierwszy w całej Azji zalegalizował też małżeństwa jednopłciowe, więc i tu sporo się zmienia.
@rw
„kiedy dorastasz w Chinach, to masz wdrukowywane przez szkołę i inne instytucje: nie podskakuj, nie zadawaj niepotrzebnych pytań, nie kwestionuj osób z autorytetem.”
A matryca tego wydruku ma parę tysięcy lat, sięga czasów Laozi i Konfucjusza. Laozi nie wiadomo, czy w ogóle istniał, więc jako mit promieniuje tym mocniej, także na zachód, bo z wierzchu jest taki fajny, mistyczno-hipisowski, międzystanówką Tao mógłby ruszyć Keruac i każdy easy rider na harleyu. A filozofia Konfucjusza to nader wyrafinowana wersja najprostszego konserwatyzmu. Postuluje obecność króla-mędrca (więc nie będzie np. żenujących parlamentarnych przepychanek), który, jak ktoś ładnie przetłumaczył: „rządzi przez moralność, jakby był Gwiazdą Polarną”.
Ten grunt okazał się wyjątkowo nieszczęsny, kiedy spadło niego ziarno zachodnich ideologii, typu marksizm-leninizm w wersji rewolucyjnej, albo feudalny kapitalizm ze swoją wersją moralnej kontroli i obsesją posłuszeństwa przez pracę (aczkolwiek obozy dla pracujących dzieci to jest szczebel niżej na drabinie eskalacji ludzkich okropności niż poczynania chińskich komunistów). Jednocześnie spadło też jednak na Chiny ziarno demokracji, no i w ogóle takiej europejskiej kultury, która pozwala ludziom żyć bardziej dla siebie niż dla cesarza [Konfucjusz krzywi się z niesmakiem], a zwykły człowieka też jest ważny, nie tylko instytucja czy urząd [Laozi krzywi się i przytacza aforyzm, że nie wiadomo kto jest bardziej motylem]. Ostatnie 40 lat to jest przepychanka tych dwóch ziaren, za sto albo dwieście lat (w historii Chin to jak mrugnięcie oka) może się okaże, które przejmie plac Niebiańskiego Spokoju.
Nawet chińskie smoki promieniują mądrością i dobrą radą.
Tymczasem marksizm we mgle pięknie dostrzegł Hubert Dreyfus pisząc dla RAND Corp w 1965: „Alchemy [of] Artificial Intelligence” … might serve as a model for a study of the production of intellectual smog … output of confusion makes one think of the French mythical beast which is supposed to secrete the fog necessary for its own respiration.
Ktoś poznaje kreaturę?
@ ergonauta
Aforyzm o motylu to Zhouangzi, nie Laozi.
@❡
Prowansalski Tarasque w niektórych wersjach miał trujący oddech. Czy o to akurat chodzi, nie wiem, często zwyczajnie ział ogniem, dymem, oraz tłitami o imigrantach.
@baja
„Zhouangzi”
A, faktycznie. Dzięki! Poplątały mi się osoby w tej chińskiej trójcy świętej.
(wychodzi na to, że Konfucjusz byłby w niej odpowiednikiem Chrystusa: raczej był, ale podobno sam nic nie napisał, no i coś tam, że nie rób bliźniemu, co niemiłe tobie, a Zhouangzi to byłby ich krzew ognisty metafor i paradoksalnej metafizyki).
@Kongzi
Obecna władza fetuje mocno Konfucjusza i eksploatuje go propagandowo, jak może. Na górze Ni wybudowali mu 72-metrowy pomnik i odrestaurowali jego świątynię i akademię. Można obejrzeć hagiograficzny show o życiu Konfucjusza. Skandują cytaty z jego dzieł przy wtórze głośnej tradycyjnej muzyki. Podejrzewam, że wybór cytatów pomija te kawałki z Analektów, gdzie Kongzi pisze o tym, że mędrzec ma obowiązek powiedzieć władcy, kiedy ten chce zrobić coś głupiego albo niegodziwego.
Ale lepiej wybrać się do pobliskiego Qufu i obejrzeć tamtejszą świątynię Konfucjusza, która jest dużo bardziej autentyczna. Cudem uchowała się od demolki podczas Rewolucji Kulturalnej, bo jakiś lokalny administrator zdecydował, że da jej ochronę przed młodymi radykałami demolującymi przeszłość.
@ergonauta
Laozi /Lao-tsy, ang. Lao Tzu/, 1 rozdziałek Daodejing /Tao Te King, ang. Tao Te Ching/ w interpretacji Ursuli K. Le Guin:
TAOING
The way you can go
isn’t the real way.
The name you can say
isn’t the real name.
Heaven and earth
begin in the unnamed:
name’s the mother
of the ten thousand things.
So the unwanting soul
sees what’s hidden,
and the ever-wanting soul
sees only what it want.
Two things, one origin,
but different in name,
whose identity is mystery.
Mystery of all mysteries!
The door to the hidden.
Heraklit z Efezu? Też VI wiek p.n.e.
@baja
Chińczycy wymyślili też ten proch, że: religia = literatura (w tym przypadku: poezja w znakomitej adaptacji; Czesław Miłosz tak adaptował do polszczyzny miniatury japońskie, a wcześniej Grochowiak wydał tom z jeszcze swobodniejszymi wariacjami buddyjskimi „Haiku-Images”). Więc jak się wyrzynali nawzajem, to bez obłudy, że chodzi o coś więcej niż pospolita władza i zwykła ludzka chęć wyrzynania się.
No i wiadomo, z Efezu do Szantung jeden krok. Klitka Heraklita. Żadna tam rzeka.
@ergonauta
„Chińczycy wymyślili też ten proch, że: religia = literatura”
Nie tylko, buddyzm jest w Chinach mocny, a kult przodków uprawiają nawet ideowi komuniści.
@rw
„buddyzm w Chinach”
Jasne, że nie wszyscy Chińczycy to taoiści. Ale jednak buddyzm trudno uznać za „chiński wynalazek”. Natomiast „taoizm”, ta religio-filozofio-poezja, ma tabliczkę „Made in China”.
„kult przodków”
No ale kult przodków też można traktować jako religio-literaturę, poezję romantyczną (nie w duchu miłosnego wzdychania w świetle księżyca, tylko w duchu „Wyspy umarłych” Arnolda Böcklina). Mówię to jako obywatel kraju, którego jedną z ksiąg założycielskich są „Dziady”*. Zdaje się, że właśnie „Dziady” są już wyznaczone jako lektura Narodowego Czytania w 2026.
[*a moja, taka bardzo już osobista, teoria głosi, że „Solaris” Lema nawiązuje do „Dziadów”, nawet jeśli raczej nolens niż volens, to takie „dziady-reaktywacja”, upiory zostają apdejtowane, a Kelvin to Gustaw, który niby nie przeistacza się w Konrada, ale Lem zostawia mu furtkę: „Nie wiedziałem nic, trwając w niewzruszonej wierze, że nie minął czas okrutnych cudów.”]
@ergonauta
„No ale kult przodków też można traktować jako religio-literaturę, poezję romantyczną (nie w duchu miłosnego wzdychania w świetle księżyca, tylko w duchu „Wyspy umarłych” Arnolda Böcklina).”
Być może, ale kult przodków w Chinach to na poziomie zwykłego człowieka przede wszystkim rytuały, a nie literatura. Jak nasze Zaduszki, tylko więcej ceremonii.
@ergonauta
„*a moja, taka bardzo już osobista, teoria głosi, że „Solaris” Lema nawiązuje do „Dziadów””
Sam pan jesteś osobisty. Ja też tak uważam (aczkolwiek dodałbym, że prawdopodobnie przetworzonych via „Wesele”), a nawet od czasu do czasu prowadzę na ten temat Gościnną Lekcję dla Maturzystów. Moja ogólna teza jest taka, że modną nowinką wtedy był strukturalizm i jak narysujemy takie strukturalistyczne opozycje, typu „świat żywych / świat umarłych”, widać kolosalne podobieństwo „Solaris” / „Dziadów” / „Wesela” (w „Weselu” twory F sprowadza pan młody, zwracając się do snopka, by ten zaprosił przyjaciół; w „Solaris” Sartorius eksperymentem z modulacją EEG, w „Dziadach” Guślarz; a Kelvin dawny i nowy to Gustaw / Konrad itd)
@WO
„Ja też tak”
No to radość, że nie jestem samotnym wysypem.
Dodam jeszcze jeden trop – rozgrzewkę Kelvina przed startem do Wielkiej Improwizacji, czyli jego naukowo-metaficzne, religijno-literackie monologowanie o oceanie (ogólnie w duchu: „I wzrok ziemski, do ciebie wysłany za gońca, Choć szklanne weźmie skrzydła, ciebie nie dolata, Tylko o twoję mleczną drogę się uderzy.”, albo krócej: „Milczysz, milczysz!”) Jeszcze trochę – lecz Lem przytomnie kończy powieść – a palnąłby: żeś ty nie Oceanem, ale Carem. To ostatnie słowo dopowiadałby szatan-czytelnik
Odlurkuję się na chwilę. Dzień dobry wszystkim. Sto lat temu pewna komentatorka-tłumaczka tutaj mnie zainspirowała, żebym wreszcie dokończył czytanie „Moby Dicka”, siłą rozpędu sięgnąłem też po Conrada i wtedy doznałem pewnego zaskoczenia widząc jaką inspiracją był on dla twórczości Stanisława Lema, poza oczywistą „Rozprawą”. Już tutaj podawałem te powiązania, np. „Nostromo” – „Kongres futurologiczny”, „Ocalenie”/”The Rescue” – „Niezwyciężony” (dosłownie jedno zdanie stało się zalążkiem całego świata Regis III!), „Wyrzutek”/”An Outcast of the Islands” – „Solaris”. Czasem się zastanawiam czy nie dopatruję zbyt wiele?
@maciek
„Czasem się zastanawiam czy nie dopatruję zbyt wiele?”
Na pewno nie, a po drugie – jak miło znów zobaczyć!
@wo
Miło jest mi przeczytać, że „miło”. Czasem się mi wydaje, że mógłbym coś skomentować ale zaraz się łapię na tym, że z uwagi na to, że już od jakiegoś czasu jestem starszym panem, to mam wielką ochotę ponarzekać a czasem i wyć, że giną na wojnie ludzie, że Ameryką rządzi (wiele na to wskazuje) człowiek niepiśmienny, że dzisiaj mi się tak odmieniło, że chciałbym przekląć tak szkodliwy film religijny (mówi się na to, nie bez powodu „kultowy”, prawda?) jak „Bliskie spotkania 3 stopnia” a przecież w ten sposób zrobiłbym zły użytek z tego co dotychczas przeżyłem.
Korzystając z okazji, zabawię się tu w Wujka Dobra Rada i chciałbym Cię Wojtku namówić do ćwiczeń. 3,5 roku temu, tak jak zresztą Donald Trump, byłem zaprzysięgłym wrogiem „zbędnej aktywności ruchowej” (przeciwnikiem sportu wyczynowego to już jednak będę do końca życia – tu nie przewiduję żadnych zmian) ale postępująca dyskopatia w końcu mnie zmusiła do zmiany mojego rozkładu dnia, wprowadziłem lekkie ćwiczenia. Powiedziałem sobie, że już jestem za stary na to, żeby NIE ćwiczyć. Nie używam żadnego sprzętu, tylko ciężaru mojego ciała i już trochę dzisiaj zapominam jakie miałem problemy jeszcze nie tak dawno. Zacząłem tuż przed skończeniem 60-tki ale lepiej o siebie zadbać będąc młodszym. Sorki za nieproszony OT.
@Maciek_10r
„chciałbym przekląć tak szkodliwy film religijny jak „Bliskie spotkania 3 stopnia””
Serdecznie dołączam do przeklinających. Oni tam niby wbili w kontynent na wylot, urządzając sobie po drodze inkwizycję na większą skalę niż wymordowanie katarów, ale nadal nie oddalili się zbytnio od pokładu „Mayflowera”.
I skoro trwa dygresja: Lem a ktoś tam, no to jeszcze z takich nieoczywistości (i ciągnąc wątek romantyzmu) Lem a Maria Janion.
Rówieśnicy: on – dwie okupacje we Lwowie, ona – dwie okupacje w Wilnie, on szybszy („Solaris” 1961), bo ona hamowana wskutek zaangażowania w opozycję (więc „Romantyzm. Studia o ideach i stylu” 1969, „Gorączka romantyczna” 1975), ale też po 1989 ona wręcz bardziej „solaryjska” („Projekt krytyki fantazmatycznej. Szkice o egzystencjach ludzi i duchów” 1991), a kiedy on jako facet szybciej sie starzeje i umiera, to ona jako kobieta jeszcze wprowadza sprawy polskie do europejskich („Wampir: biografia symboliczna” 2002).
Dzięki za Conrada. Nawet nie to, że najpierwszy, ale – jak Lem – nie ceregielący się; pomija sprawy polskie, drobny okruch, i od razu wchodzi w ludzkie.
Ciekawą sprawą jest, to jak ten Lem został zmitologizowany. Krążą po necie fałszywe cytaty od niego. Oczywiście po prawej stronie. To trochę jak z Orwellem, gdzie prawica bierze go na sztandary, co jest zarówno śmieszne i straszne
@Maciek_10r
> chciałbym przekląć tak szkodliwy film religijny
> jak „Bliskie spotkania 3 stopnia”
Ten film to materiał edukacyjny. Wystarczy zedrzeć maskę progresywnego scifi aby zobaczyć ten typ irracjonalnego myślenia, który religie, wykorzystuje do kontrolowania wiernych – tyle że zamiast tradycyjnych bóstw wprowadza „istoty z kosmosu”. Efekt końcowy jest taki sam: kapitulacja rozumu przed nieweryfikowalnymi twierdzeniami. Bohater tej opowieści porzuca logiczne myślenie na rzecz ślepej wiary w nadprzyrodzone, aby ostatecznie zostać nagrodzonym spektakularnym kontaktem z obcymi.
ps. Cały czas mam nadzieję na kontynuację, w której okazuje się, że to wszystko było ustawione aby przykryć wojskowe eksperymenty nad nowym typem broni, umożliwiającej (w jakimś stopniu) zdalne wpływanie na emocje podatnych jednostek. W 2025 r. Roy Neary jest pacjentem jakiegoś wojskowego szpitala psychiatrycznego zlokalizowanego gdzieś na odludziu. Ośrodek jest częścią zamiecionego pod dywan projektu z przed 50 lat. Roy wychodzi na wolność i pierwszy raz od wydarzeń z pierwszej części spotyka syna Tobiego, który został dziennikarzem śledczym i ma obsesję na punkcie zniknięcia swojego ojca…
@Bliskie spotkania
Mnie od tego filmu odrzuciło, jak pokazywał relację faceta z rodziną. Że to oni tacy głupi, nie rozumieją, a on ma Głębokie Pragnienia.
@hatefire
„Krążą po necie fałszywe cytaty od niego. Oczywiście po prawej stronie.”
Nie tylko po prawej, np. ten o idiotach w internecie krąży po wszystkich opcjach politycznych.
@izbkp
„Wystarczy zedrzeć maskę progresywnego scifi aby zobaczyć ten typ irracjonalnego myślenia”
Z grubsza o to Lem wściekł się na Tarkowskiego.
Tak czysto filmowo „Solaris” Tarkowskiego jest rewelacyjny: kosmiczno-oniryczne zdjęcia, astronauta Kris Kelvin w skórzanej kurtce jak James Dean w kosmosie, czy tam inny egzystencjalizujący Zbigniew Cybulski (mało co, a kieliszek za Harey by zapłonął), natomiast nachalne mistyczno-religijne przesłanie (z organowym Bachem jako wisienką na nim) ma wektor skierowany prosto do obecnego stanu umysłu rządów w USA i Rosji.
Władza nad światem z rąk Lema przechodzi do rąk Tarkowskiego. Umarł komandor Pirx, niech żyje Andriej Rublow.
Swoją drogą najlepszą adaptacją „Solaris” jest moim zdaniem nie żaden z filmów tylko słuchowisko BBC w rzeżyserii Hattie Naylor z 2007, do wysłuchania m.in. tutaj:
link to youtube.com
(na drugim miejscu słuchowisko Polskiego Radia z 1970)
izbkp
….W 2025 r. Roy Neary jest pacjentem jakiegoś wojskowego szpitala psychiatrycznego zlokalizowanego gdzieś na odludziu. Ośrodek jest częścią zamiecionego pod dywan projektu z przed 50 lat.
Dobre!
@rw
„Mnie od tego filmu odrzuciło, jak pokazywał relację faceta z rodziną. Że to oni tacy głupi, nie rozumieją, a on ma Głębokie Pragnienia.”
Takie stosunki rodzinne były częste w tej epoce przecież. Trochę jakbym mojego starego widział (przy czym miał oczywiście inne zajoby niż ufo, ale zachowania takie same)
@hatefire
„Lem został zmitologizowany.”
Yep. Służy za archetyp mądrego starca z przeszłości, jak Einstein u anglosasów.
@Spielberg
Akurat jestem po seansie E.T. na Netflixie i z dorosłej perspektywy dostrzegam dwuznaczność przesłania tego filmu. Oglądając jako dziecko oczywiście odbierałem to jako konflikt dobre dzieci i okrutni dorośli. Teraz dostrzegłem, że Spielbarg bardziej to zniuansował. Można się zresztą łatwo nabrać, bo na początku Agenci Rządowi są przedstawieni jako postaci wręcz nieludzkie (np przez długi czas ich twarze nie są w ogóle pokazywane) w przeciwieństwie do sympatycznego, nieporadnego Iciaka. Tymczasem pod koniec okazuje się, że chcą oni (Agenci) uratować E.T. tylko robią to źle, przy pomocy „szkiełka i oka” a nie „wiary i czucia”. No i dalej to już Steven tak dociska pedał sentymentalizmu, że może zemdlić. A jednak w dalszym ciągu uważam, że to jeden z najpiękniejszych filmów jakie widziałem.
Też od dziecka hejtuję oba te filmy (i w ogóle nawet jako nastolatek miałem raczej postawę typu „Spielberga i Zemeckisa tylko dla efektów”).
@wo
W moim przypadku film mnie poraził w wieku 15-16 lat, więc uważałem go wtedy za arcydzieło sztuki filmowej. Wtedy jeszcze jednak nie nastąpiła u mnie nawet wstępna faza 1-go linienia, ta odpowiadająca za odrzucenia religii katolickiej w całości. Musiałem zetknąć się z internetem, żeby zdać sobie sprawę, że magia tego filmu działała tylko dlatego, że pojechał mi koleinami przetartymi wieloletnią katolicką indoktrynacją z jej antyintelektualizmem.
Dopiero jednak ostatnio widzę, że przecierał on drogę do demontażu demokracji w USA, oczywiście nie w pojedynkę a może i nawet w sposób niezamierzony? Tak więc i Spielberg sypnął swoją garścią piachu w tryby dość delikatnej maszynerii. W tej chwili mamy tam już tam wyprorokowanego męża opatrznościowego/wybrańca bogów sukcesu demontującego „deep state” przez cięcia w finansowaniu tych różnych aktywności, których celowości zwykły człowiek nie rozumie, „ci jajogłowi to mają zero charyzmy”! W swojej naiwności myślałem w 1989, że kapitalizm czyli demokracja (jakoś to nam opakowano łącznie) wygrał dlatego bo był nie-do-złamania z powodu wolność słowa, odporności na tępą propagandę, indywidualizm itp. Guzik prawda! Tym bardziej to wstydliwe dla mnie dzisiaj, że tam już było po rządach Reagana.
Zdaję sobie sprawę, że to kwestia o wiele bardziej złożona, propaganda rozsiewana kanałami pop-kultury nie wyczerpuje tematu. Tam jakoś wszystko usprawiedliwia osiągnięcie sukcesu i/lub zarobienie dużych pieniędzy + paranoiczny lęk (więc na wszelki wypadek potrzebny jest w domu cały arsenał z bronią palną) przed sąsiadami, którzy gotowi są ograbić cię z owoców twojej ciężkiej pracy. To zawsze musi być _ciężka_ praca, inaczej się nie liczy.
@Ameryka
Bodajże Wańkowicz opisywał eksperyment pewnego amerykańskiego dziennikarza w latach 60.
Zaczepiał ludzi na ulicy i proponował im podpisanie się pod Deklaracją Niepodległości.
Wiele osób kazało mu uciekać z tą komunistyczną propagandą
„Mgła” właśnie otrzymała Nagrodę im. Jerzego Żuławskiego, w pełni zasłużenie!
@janekr
„Zaczepiał ludzi na ulicy i proponował im podpisanie się pod Deklaracją Niepodległości.
Wiele osób kazało mu uciekać z tą komunistyczną propagandą.”
Gdyby ktoś u nas się przeszedł z tzw. „postulatami sierpniowymi” – czyli mitycznym, a jakże rzekomym kamieniem węgielnym powstania Solidarności, a później rządu Mazowieckiego z Balcerowiczem – reakcje byłyby identyczne. Jezu komunizm.
@ „Spielberg”
„Szczęki” dają radę. Im więcej czasu mija i technologicznych bajerów w kinie przybywa, tym lepszym robią się filmem.
Gdyby na końcu rekin wygrał, to byłby film doskonały (albo chociaż remis: rekin odpływa, a szczur lądowy Brody wraca do żony). A tak jest prawie doskonały.
„Zaczepiał ludzi na ulicy i proponował im podpisanie się pod Deklaracją Niepodległości.”
Gdyby ktoś u nas się przeszedł z tzw. „postulatami sierpniowymi” – czyli mitycznym, a jakże rzekomym kamieniem węgielnym powstania Solidarności,
—————-
Co roku w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego wrzuca w antysocialmedia testament Polski Walczącej i co roku jest prawicowe wycie, żeby spadać z tym Marksem i innymi komuchami.
@szelak
„Akurat jestem po seansie E.T. na Netflixie i z dorosłej perspektywy dostrzegam dwuznaczność przesłania tego filmu. Oglądając jako dziecko oczywiście odbierałem to jako konflikt dobre dzieci i okrutni dorośli. Teraz dostrzegłem, że Spielbarg bardziej to zniuansował. Można się zresztą łatwo nabrać, bo na początku Agenci Rządowi są przedstawieni jako postaci wręcz nieludzkie (np przez długi czas ich twarze nie są w ogóle pokazywane) w przeciwieństwie do sympatycznego, nieporadnego Iciaka. Tymczasem pod koniec okazuje się, że chcą oni (Agenci) uratować E.T. tylko robią to źle, przy pomocy „szkiełka i oka” a nie „wiary i czucia”.”
Nieufność wobec nauki jest jednym z typowych motywów popkultury lat 80-tych. Nie tylko „E.T.”, ale np. „Mucha”. Nawet „Aliens” to ma: „Burke, just tell me one thing. That you’re going out there to kill them. Not study. Not bring back. Just burn them out…clean …forever.”
rw
„Nieufność wobec nauki jest jednym z typowych motywów popkultury lat 80-tych.”
Pierw oglądasz „Scanners” lub „Firestarter” a sporo lat później czytasz jak CIA rozdawała na kampusach LSD. Ta paranoja miała pewne podstawy.
Koniec końców, to co przyszło po CIA (DOGE) jest jeszcze gorsze.
Anynaukowość w popkulturze można wywieść od pierwszego szalonego naukowca, który śmiał bawić się w boga, czyli dr Frankensteina. Popkultura przez lata pompowała lęki żeby robić fajne widowiska, mieliśmy m.in. naukowców którzy stworzyli zabójczy wirus w Epidemii i 12 małpach (i pewnie masie innych dzieł które przeoczyłem) więc nie dziwi foliarskie wzmożenie w czasie covidu. W momencie kiedy magia zaczęła odchodzić w niebyt jako siła pompująca irracjonalne lęki w jej miejsce szybko wskoczyła nauka i technologia i taki na przyklad mit golema przez Frankensteina szybko przeszedł do Dicka i replikantów a potem do terminatora.
Mam natomiast taką teorię że dekady zimnej wojny w cieniu bomby i zmitologizowane CIA, KGB, MI6 y otros, y otros, zbudowały mocno zinternalizowany klimat paranoi, który na chwilę przygasł po upadku ZSRR, ale teraz wrócił kiedy pokolene wychowane na 80s popkulturze jest w sile wieku i widzi że system kapitalis nie działa. Łatwiej im łyknąć bajędy o deep state i głosować na „antysystemowców”.
@rpyzel
Jeszcze bym dodał Jacob’s Ladder w temacie eksperymentów na ludziach.
@Cpt.Havermeyer
Dlatego nieco mniej się już zachwycam Pynchonem. Jego paranoja jest bardzo atrakcyjna, ale jej sianie przyczyniło się do tego syfu, który teraz mamy.
@rw
„Dlatego nieco mniej się już zachwycam Pynchonem. Jego paranoja jest bardzo atrakcyjna, ale jej sianie przyczyniło się do tego syfu, który teraz mamy.”
Jak to ujął Stendahl: „Powieść jest zwierciadłem przechadzającym się po gościncu. To odbija lazur nieba, to błoto przydrożnej kałuży.” No i, parafrazując: „Pynchon jest aparaturą EKG, co się przeszła po ludzkim sercu”.
Teraz już wiemy, bo nam zespół Maanam to wyłożył explicite: „Na księżyc patrzę jak pies,
Stopień po stopniu na metalową wieżę wspinam się, Rosa pokrywa, rosa pokrywa ciało, Tyle się dzisiaj, tyle się dzisiaj stało. Paranoja jest goła.”, ale wcześniej Pynchon był takim Melem Gibsonem w „Teorii spisku”, siedział w swoim literackim bunkrzysku.
Lista wielkich pisarzy o wielkiej szkodliwości społecznej nie jest tak długa jest lista słynnych polityków wciąż na pomnikach (w przypadku literatów to raczej: tak wielu zawdzięcza tak wiele tak nielicznym), ale trochą ich było. I są wśród nich artyści poważniejszego kalibru niż sprawny rzemieślnik Steven Spielberg. Na przykład Adam Mickiewicz.
A Pynchon to raczej Mickiewicz, bełkoczący te swoje „Dziady”, niż Spielberg.
@Cpt. Havermeyer
„a potem do terminatora”
Kiedy widzisz jak w twojej firmie LLMy próbuje się wcisnąć w praktycznie każdy proces, nawet jeśli momentami management maluje trawę, bo budżetu nie starcza, a w miedzy czasie skrolujesz newsy o palantirach, ssaniu na inteligentno autonomiczne drony i systemy broni, to ci się wyświetla Sarah Connor w głowie. To jak odruch Pawłowa.
„dekady zimnej wojny w cieniu bomby”
Teraz wszyscy żyją w cieniu katastrofy klimatycznej i mrocznej przyszłości. Wraże siły wiodą nas ku zgubie. A my nic z tym nie możemy zrobić, co najwyżej dać suba jakiemuś aktywiście, wpłacić na zrzutkę. Tak jak odpowiedzią na zamach na wolność słowa w Stanach ma być… rezygnacja z subskrypcji jakiejś platformy rozrywkowej.
„system kapitalis nie działa.”
No przestał działać i nie widać, żeby istniał jakiś mechanizm korekcji. Ciągle rosnące nierówności i systemowa niezdolność do poradzenia sobie z pogłębiającym się kryzysem klimatycznym, sprawia że coraz więcej ludzi będzie głosowało antysystemowo.
Nie wiem czy przestał działać czy ludzie przestali wierzyć, że działa ale stracili nadzieję na postęp. Z drugiej strony po prawej stronie jest sporo optymistycznej narracji, że wszystko będzie dobrze, Trump ogra Putina, reindustrializacja USA przyniesie klasie pracującej dobrobyt itd. Taki Elon ma zaciętych fanbojów, bo daje im nadzieję na lepszą przyszłość – elektryfikacja, podbój kosmosu, robot służący. Ludzie potrzebują nadziei jak powietrza.
@”E.T.”
Moim zdaniem „E.T.” został znokautowany, zdeprecjonowany i zdebunkowany przez serial „Alf”. Żadnych demonicznych agentów rządowych na ekranie. Na ekranie kosmita, który ma ochotę zjeść naszego kota.
@ergonauta
W finale właśnie pojawiają się demoniczni agenci zabierający Alfa i na tym dość ponuro kończy się serial.
Dopiero po 6 latach(!) powstał film telewizyjny, gdzie Alf jednak wydostaje się z tajnego rządowego laboratorium.
@ausir
„W finale właśnie pojawiają się demoniczni agenci zabierający Alfa”
Cholera, faktycznie. Moja skleroza była moją oazą.
@ALF
Tam po prostu prawie wszyscy pracujący prze serialu mieli dosyć. Jak serial spadł z rowerka, to postanowiono zrobić film i domknąć wątki. Może nawet kontynuować franczyzę. Natomiast nie pykło. ALF był wzorcowo rozrysowany sitcomem. Kostyczny mąż, twarda żona, neurotyczna i emocjonalna nastolatka, bystry i rezolutny dzieciak. Do tego ALF jako ktoś swoimi wybrykami napędza fabułę. Dodatkowo fajne rolę drugoplanowe w postaci sąsiadów. Wszystko dowiezione aktorsko. Plus bonus , w postaci świetnie animowanego Alfa. Tylko, na dużym ekranie, w innej konwencji, to nie zagrało. Nawet jeśli fabularnie miało sens. W sumie motywem przewijającym się przez całą serię jest, że jak rząd złapie Alfa, to zrobią mu bardzo niemiłe rzeczy. X-Files na wesoło, można powiedzieć.
@Alf
Alf ma teraz drugie życie na Bluesky link to bsky.app ale klikacie na ten search na własną odpowiedzialność.
@hatefire
„Tylko, na dużym ekranie, w innej konwencji, to nie zagrało”
„Projekt ALF” to nie miał być w założeniu duży ekran tylko film telewizyjny. Tylko w paru krajach jak Niemcy gdzie serial był dostatecznie popularny trafił też do kin.
@Alf
Przecież cały humor w Alfie polegał na tym, że to taki gadający pies – lubi towarzystwo, śmierdzące rzeczy, chce zjeść kota i zostawia wszędzie sierść. Bardzo kiepsko się to zestarzało.
Krótki komentarz WO zdjął (bo tu nie twitter), więc dam dłuższy.
@Roland sp-404
„cały humor w Alfie polegał na tym, że to taki gadający pies – lubi towarzystwo, śmierdzące rzeczy, chce zjeść kota i zostawia wszędzie sierść.”
By zobaczyć, że nie cały Alf na tym polega, bo jest bardziej wyrafinowanym anty-E.T., skorzystajmy z charakterystyk E.T. oraz o filmu nim, które wyskakują jako pierwsze w guglu:
„Ten bohater został uznany za Czyste Dobro. W związku z tym jest jednym z najbardziej pozytywnych herosów, pozbawionym negatywnych cech i bez żadnych szans na przejście na złą stronę. Nawet jeśli posiada jakieś pojedyncze, negatywne cechy to najczęściej są one całkowicie nieznaczące w kontekście dobroci, którą ten bohater emanuje, albo jeśli posiada jakieś poważniejsze lub bardziej nieprzyjemne momenty, to nijak one nie umniejszają dokonanych przez niego szlachetnych czynów. Dla tego rodzaju bohatera robienie dobrych rzeczy jest tak naturalne, jak oddychanie.”
(fandom.com)
„Nie ma w tym obrazie przemądrzałych pingwinów, spanikowanych szczurów, nadpobudliwych lemurów, rozbrykanych nosorożców i tak dalej, i tak dalej. Jest za to normalna rodzina z zapracowaną mamą, dzieciakami, których najpoważniejsze przewinienia to zbyt późny powrót do domu, zamówienie pizzy bez pozwolenia i zbyt długie oglądanie telewizji. Towarzystwo gra wieczorami w planszówki, w ciągu dnia szaleje po mieście na rowerach. Słowem, świat sprzed dobrych kilku lat, choć wiem, że także dziś w wielu miejscach pożądana norma.”
(klasykaliteraturyifilmu.pl)
No więc, Alf jako ktoś cały czas jedną nogą po złej stronie i pełen negatywnych cech zdeydowanie znaczących we wszystkich kontekstach (rzeczywistości serialowej i pozaekranowej), Alf jako w jednej osobie: przemądrzały pingwin, spanikowany szczur i nadpobudliwy nosorożec, jest postacią wymierzoną nie tylko w kryptoteologiczne amerykańskie kino S-F, ale w ogóle w amerykanską tudzież hollywodzką mitologię dualistyczną, ostro binarną: absolutne dobro kontra absolutne zło.
Śmierdzące rzeczy, apetyt na domowego pupila, obleśna sierść – to nie są atrubuty dla humoru, to jest oręż w starciu z manicheizmem, z wielbiącymi czystość faszolami, z tymi purytańskimi bucami, co wysiedli z galeonu „Mayflower” i zamiast umrzeć, mocno się panoszą, i w kinie, i gdzie indziej.
@OT
Szukam napisanej przystępnym językiem analizy związku między dostępnością mieszkań w Polsce a nierównościami majątkowymi (nie dochodowymi). Moje googlefu mnie zawodzi.
@bantus
Jest o tym trochę w: Nierówności po polsku, Brzeziński, Sawulski, Bukowski. Ale o ile pamiętam ich teza była taka że w Polsce nierówności majątkowe (inaczej niż dochodowe) są niższe niż w Zachodniej Europie z uwagi na bardziej rozpowszechnioną własność mieszkań. Ogólnie, to zapamiętałem też, że w ogóle nierówności majątkowe są trudniejsze do zbadania metodologicznie.
Lutujemy tu ET i Bliskie spotkania za introdukcję antyintelektualizmu, a co ze słoniem w pokoju czyli iksfajlsami które, jak się zdaje, wdrukowały pokoleniu Amerykanów fundamenty MAGAizmu. Wszystkie możliwe teorie spiskowe potwierdzone na ekranie TV, podprogowo wdrukowane istnienie deep state. Ja nigdy nie byłem fanem, ale próbowałem niedawno nadrobić jak wpadło do streamingu – po 2 sezonach byłem generalnie dość przerażony. Bo jak skądś się ten pierdolec amerykańskich bomerów wziął – to moim zdaniem głownie od Cartera.
@gregolec
„Bo jak skądś się ten pierdolec amerykańskich bomerów”
Raczej nomen omen gen x.
Carter to jednak jeszcze boomer.
@Gregolec:
Piotr Tarczyński właśnie wydał książkę. Nie czytałem (bo wydał we wrześniu, nie zdążyłem), na razie słyszałem wywiady z autorem. Teza: teorie spiskowe są istotną częścią Ameryki od początku jej istnienia. Podobnie jak lista grzechów rządów z lat 60-tych i 70-tych (Watergate, ale nie tylko), powodowała głębokie podważenie zaufania do państwa.
Archiwum X? Zapewne tak. Ale bodaj wcześniej była jakaś wersja „Starożytnych kosmitów” (internet podaje serial prezentowany od 2009 roku, ale było coś nie później niż w latach 80-tych). Są tacy, którzy twierdzą, że owszem, kwestię UFO podkręcało KGB, gdyż podważała ona zaufanie do rządu i nauki, czyli osłabiała społeczeństwo Amerykańskie. Bliskie jest mi to myślenie, ale bez dowodów (a tych brak), to kolejna teoria spiskowa.
Tak więc podstawy były wcześniejsze niż Carter.
Tam nigdy nie było żadnego zaufania do państwa. Tam w zasadzie w ogóle nie ma państwa. Jest prezydent i armia, i od stosunkowo niedawna FBI z przybudówkami. Reszta ma tyle wspólnego z państwem co Niemcy w późnym średniowieczu
Tyle że Tam większość zabobonów przyszła z Tu. Czyli do USA ze starej dobrej Europy.
Erich von Däniken wydał „Wspomnienia z przeszłości” w 1968.
Lecz nie zapominajmy o naszej ojczyźnie. Która nie potrzebuje kosmitów, by podważać zaufanie do instytucji państwowych. Ogromna i ponadpokoleniowa jest sympatia do filmu „Znachor” (swoją drogą, nowa wersja netfiksowska też daje radę). Mesjasz nie musi wysiadać z latającego spodka, może dostać w łeb, stracić ludzką tożsamość i zmienić się w anonimowego dziada – uosobienie nie tylko medycznych kompetencji, ale także absolutnego dobra. Nawet Chrystus się czasem wku…ł na ludzi, ale nie Bińczycki.