W nowej erze

Nadzieje na to, że to będzie wreszcie jakiś nudny i spokojny rok, bez wielkich historycznych wydarzeń, minęły szybciej niż zakwasy po sylwestrze. Potępiając oczywiście Trumpa za bezczelne złamanie prawa międzynarodowego muszę jednak przyznać, że mnóstwo radości sprawiło mi obserwowanie frustracji Rosjan.

Na Zachodzie (a mówiąc ściślej, w ojczyźnie słabej edukacji i kiepskich burgerów) zaroiło się od teorii spiskowych, że to jakiś ukartowany plan, że Putin oddaje Wenezuelę, a Trump Ukrainę. I tutaj zazwyczaj ten ich stupidariat wyskakuje z „dowodem”, pistoletem w smokingu, że ktoś kiedyś w 2019 rozważał taki deal.

I jakoś do jednego głupka z drugim nie dociera, że ten deal nie miałby sensu. Rosja nie może (i nie mogła w 2019) zrobić nic, żeby pomóc Wenezueli. Nie mają kart. A Trump nie może (i nie mógł w 2019) zrobić nic, żeby zmusić Ukrainę do kapitulacji. Nie ma kart.

Ten mit, że Wenezuela nie walczyła, jest obecny na Zachodzie, ale raczej nie wśród Rosjan. Rosja z wielką pompą dostarczyła Maduro rakiety przeciwlotnicze, samoloty i iluś tam wagnerowców. Wszystko na nic. To się może podobać czy nie, ale jak już Amerykanie biorą się za coś na serio, są w stanie wszystkie cele zniszczyć z powietrza, zanim „obrona przeciwlotnicza” w ogóle się dowie o ataku.

Julia Davies zmontowała dwie wypowiedzi tego samego ruskiego propagandysty. W grudniu się ekscytował operacją wzmacniania Wenezueli, po której „Trump zrozumiał, że nie ma szans”, bo jakby co, rosyjskie rakiety zatopią mu wszystkie stateczki. A zaraz po ataku w wyraźnej panice nie wiedział co powiedzieć, mamrotał „ciekawe, ciekawe”, ponuro dowcipkował o potrzebie urządzenia w Rosji „wioski upadłych przywódców”, a potem wszedł w dygresję, że to wszystko wina Janukowicza.

Jedno jest pewne: każdy trzecioświatowy dyktator, który postawił na sojusz z Rosją, zatrudnił wagnerowców jako osobistych ochroniarzy, rozstawił baterie przeciwlotnicze KRAP-300 wokół pałacu prezydenckiego, zakupił myśliwce Krapojan-Krapewicz – powinien się teraz bardzo obawiać. Optymistyczny scenariusz to dla niego dotarcie żywcem do tej rosyjskiej „wioski obalonych”.

O Chinach nic nie wiem, to dla mnie jak zwykle zagadka owinięta w tajemnicę, ale wygląda na to, że dla nich to też zła wiadomość. Oni też wtopili w Wenezueli miliardy, a do tego Trump celowo ich upokorzył. Tak sugeruje CNN.

Oczywiście, taki typowy Amerykanin, który ze świata zwiedził tylko sąsiednie hrabstwo, może sobie wyobrażać, że „to Chińczycy teraz to samo zrobią z Tajwanem”. Twittera zalały retoryczne pytania „gdzie różnica”.

Otóż różnica jest taka, że za Maduro nikt nie tęskni. Znaczy, oczywiście ci co zwykle – Chomsky, Pedomsky i Ephebsky. Ale wygląda na to, że nikt w samej Wenezueli (nawet jego fumfle z reżimu). Nie widać też jakichś masowych wieców poparcia w innych krajach regionu.

No i to jest ważna różnica, o respektowanie której upraszam także PT Komcionautów (zwłaszcza tych kilku fanów Che Guevary, na których teraz spoglądam ciężkim wzrokiem). Tajwańczycy chcą bronić Tajwanu, Ukraińcy Ukrainy, ale niektóre reżimy są tak wredne dla własnych obywateli, że oni już raczej wołają „Truman, Truman, rzuć ta bania, bo jest nie do wytrzymania”. Ewidentnie tak jest w Wenezueli, być może w Iranie, być może w Panamie, być może na Kubie. Na Grenlandii z pewnością nie.

Co dalej, oczywiście nie wiem (ale chętnie wysłucham PT spekulacjonautów). Wygląda na to, że reżim na Kubie upadnie jak kostka domina – i wtedy Trump będzie mógł mówić o prawdziwym sukcesie. Bycie prezydentem, który odzyskał Kubę, to nie byłoby kolejne fikcyjne „zakończenie ośmiu wojen między Kambobią i Abu Bedżanem”, to już byłoby coś. Niechętnie przyznałbym punkt dla Slytherinu.

Nie uczyniłoby mnie to oczywiście zwolennikiem Trumpa, ale uważam, że lewicowy punkt widzenia to przyjęcie punktu widzenia przeciętnego mieszkańca danego kraju – Johna Smitha, Larsa Nielsena, Juana Hernandeza. Reagan ma ulicę w każdym polskim mieście, bo przyczynił się do tego, że Jan Kowalski może sobie kupić nowego golfa – nieosiągalne marzenie dla Jana Kowalskiego z 1988.

„Brońmy Maduro, brońmy fidelowców” – to nie jest wzgórze na który warto umierać. Albo dostać bana na moim blogasku.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Skomentuj

422 komentarze

  1. Nie wiem. Na razie wygląda, że USA zrobiło deal z fumflami Maduro, a o wyborach i demokracji w Wenezueli Rubio nawet nie chce rozmawiać. A uzasadnienia jakie serwuje dla tej operacji Steve Miller mrożą krew w żyłach („możemy wziąć sobie pana płaszcz, i co nam pan zrobi?”). Bush i Blair przynajmniej retorycznie uzasadniali inwazję na Irak szerzeniem demokracji i praw człowieka, reżim Trumpa ma to głęboko w tyle.

    Ja bronię zasad prawa międzynarodowego a nie Maduro ani Fidela, bo jeżeli USA może porwać Maduro bez konsekwencji, to może również to zrobić z premierką Danii, jeżeli nie będzie chciała oddać Grenlandii. I co nam pan zrobi?

  2. @rw
    ” Na razie wygląda, że USA zrobiło deal z fumflami Maduro, a o wyborach i demokracji w Wenezueli Rubio nawet nie chce rozmawiać.”

    Zatem życie przeciętnego Diego Lopeza z Caracs się w najbliższym czasie nie poprawi, ale z pewnością się nie pogorszy. A długoterminowo przynajmniej wreszcie może mieć nadzieję („odzyskaliśmy nadzieję” to tam częsty motyw teraz).

    „Ja bronię zasad prawa międzynarodowego”

    Ja też – z podobnego powodu mile widziane tu będą (oczywiście o ile będą ontopic) komcie typu „Netaniahu do Hagi”, a niemile „niech żyje Hamas” albo „from the river to the sea”. Nie sposób jednak nie zauważyć, że prawo międzynarodowe jest obecnie w głębokim kryzysie, a tak naprawdę to zaliczyliśmy jakiś krótkotrwały peak, chyba drugi w historii – lata 1918-1930 i 1990-2007. Poza tym jednak świat niestety wraca do globalnego bezprawia.

    „jeżeli USA może porwać Maduro bez konsekwencji, to może również to zrobić z premierką Danii, jeżeli nie będzie chciała oddać Grenlandii.”

    I tak może, zawsze mógł. Nie robił tego nie dlatego, że bał się „stanowczego potępienia” w ONZ.

  3. @rw
    „Ja bronię zasad prawa międzynarodowego”
    There has never been a rules-based international order. What is new is admitting it. MEP Henrik Dahl (Duńczyk)
    link to euronews.com

  4. @jugger

    „The US continues to legitimise its actions in a normative language of human rights, responsibility, and international order — even when the arguments are thin.”

    Bzdura. Steve Miller powiedział to otwarcie: „“We live in a world in which you can talk all you want about international niceties and everything else,” deputy chief of staff Stephen Miller told CNN’s Jake Tapper. “But we live in a world, in the real world … that is governed by strength, that is governed by force, that is governed by power,” Miller said.

    “These are the iron laws of the world.”” link to edition.cnn.com

    Irytują mnie te mądralińsko-cyniczne komentarze „prawo międzynarodowe jest martwe”. Prawo jest tylko wtedy martwe, kiedy przestajemy się starać, żeby było egzekwowane. Nie bez powodu opozycja w PRL powoływała się na Helsińską Kartę Praw Człowieka. Konieczność choćby udawania, że się szanuje prawo międzynarodowe moderuje oprawców.

  5. Ja się specjalnie nie łudzę co do potencjalnej poprawy warunków życia Wenezuelczyków (jak i przeciętnych Amerykanów) po przewrocie wykonanym teraz przez USA. W ostatnich dekadach chyba nigdzie nie miało to miejsca. Podobnie jak – zapowiadane w niektórych przypadkach – reformy demokratyczne. (Iran, Wietnam, Irak, Afganistan, Libia?)

    Priorytetem są zasoby, ambicje geopolityczne, propagandowy sukces i odwracanie uwagi Amerykanów od sytuacji wewnętrznej. Trump nawet nie udawał szlachetnych zamiarów, bo nie było mu to do niczego potrzebne i nie nabijałoby punktów u faszystów (might makes right!), a dodatkowo tylko wzburzało demokratów. Z kolei wymówka narkoterrorystyczna miała mu chyba dawać choćby pozory działania zgodnie z konstytucją.

  6. @rw
    „Prawo jest tylko wtedy martwe, kiedy przestajemy się starać, żeby było egzekwowane.”

    Tylko że tutaj nic nie można zrobić. Nie można zadzwonić pod międzynarodowe 911. Możemy się starać przez mówienie „staru, staru” (i potępiać mówiąć „potępu, potępu”).

    „Konieczność choćby udawania, że się szanuje prawo międzynarodowe moderuje oprawców.”

    Toteż Amerykanie udają. Nawet Hitler miał jakąś podkładkę na każdy swój najazd. Niestety, udawanie że się szanuje prawo polega po prostu na tym, że jakiś ChatGPT ci wygeneruje trochę bełkociku.

  7. @luca
    „Priorytetem są zasoby, ambicje geopolityczne, propagandowy sukces i odwracanie uwagi Amerykanów od sytuacji wewnętrznej. ”

    Tylko z tymi zasobami to też jest pieprzenie – ich ropa jest w praktyce bezwartościowa (a świat i tak cierpi na nadprodukcję ropy). A zasoby typu „raw earth” to ma (prawie) każdy, tylko nikt nie chce mieć u siebie huty.

  8. @wo
    „Tylko z tymi zasobami to też jest pieprzenie”

    Ja się poniekąd zgadzam. Pod tym względem chodziło raczej o odcięcie od tej ropy innych krajów (Chiny, Kuba) i moooże o zajęcie jej jako przyszłej rezerwy strategicznej dla USA (choć to już naciągane). Nie zapominałbym też o zwyczajnym prostactwie Trumpa, który słyszy „ropa” i myśli „profit”.
    W każdym razie umierać na tym wzgórzu nie zamierzam.

  9. Prawo jest konstruktem umownym. Sami decydujemy kiedy zapisów prawa przestrzegamy a kiedy nie. Z faktu że jadę 60 km/h przez teren zabudowany, nie można wyciągać wniosku, że prawo o ruchu drogowym jest martwe.

    Amerykanie pokazali akcję militarną, jak z filmu o inwazji kosmitów. Pojawi się pytanie, które moim zdaniem będzie kluczem do najbliższej przyszłości. Czy Chiny są w stanie przeprowadzić analogiczną akcję na Taiwanie?

    ps. co do tego efektu Reagana jako możliwości zakupu „nowego golfa” to w 1988 Polak musiał wydać na nowego F126p ok 25 medianowych pensji. Dziś musi tyle wydać na nowego golfa. W 1988 Niemiec na nowego golfa musiał wydać ok medianowych 10 pensji, dziś ok 7. Dlaczego Niemcy nie kochają Reagana tak mocno jak Polacy?

  10. @wo

    „Tylko że tutaj nic nie można zrobić. Nie można zadzwonić pod międzynarodowe 911. Możemy się starać przez mówienie „staru, staru” (i potępiać mówiąć „potępu, potępu”).”

    Europa nawet tego nie zrobiła, oświadczenia Kai Kallas na ten temat nie zawierają wprost potępienia. Nadal mamy głupią nadzieję, że podlizując się Trumpowi coś ugramy.

    Co możemy zrobić?

    – uniezależniać naszą infrastrukturę krytyczną od USA
    – wspierać ICC i ich pracowników dotkniętych sankcjami USA
    – uniezależniać naszą obronność od USA
    – szykować się na odparcie desantu USA na Grenlandii (tak, kontrowersyjne) – to nie powinna być bezkrwawa aneksacja jak Krym w 2014

  11. @luca
    „Ja się poniekąd zgadzam. Pod tym względem chodziło raczej o odcięcie od tej ropy innych krajów (Chiny, Kuba)”

    A to tu się nie pokłócimy. Z tym ja z kolei się już zgadzam. Po prostu jak słyszę niektórych ekspiertów od gieopoltyki mówiących o zasobach, otwiera mi się librus w kieszeni.

  12. @rw
    „Co możemy zrobić?”

    A to inny temat! Ja też uważam, że docelowo powinniśmy mieć osobne NATO. I całym sercem jestem za wspieranie ICC, ale nie sądzę, żeby te Trumpowe sankcje im jakoś szczególnie zaszkodziły (ja też się już do USA nie wybieram, tak czy siak).

  13. @izbkp
    „Z faktu że jadę 60 km/h przez teren zabudowany, nie można wyciągać wniosku, że prawo o ruchu drogowym jest martwe.”

    Zła analogia. Istnieje policja drogowa, nie istnieje policja międzynarodowa.

    „Czy Chiny są w stanie przeprowadzić analogiczną akcję na Taiwanie?”

    Nie. To jest akurat oczywiste.

    „w 1988 Polak musiał wydać na nowego F126p ok 25 medianowych pensji”

    Po pierwsze, proszę mi tu nie porównywać malucha do golfa (czemu nie syrenkę od razu). Po drugie, czy na pewno wziął pan cenę sprzedaży od ręki, czy coś po specjalnym talonie w zakładzie pracy?

  14. @rw
    „szykować się na odparcie desantu USA na Grenlandii (tak, kontrowersyjne) – to nie powinna być bezkrwawa aneksacja jak Krym w 2014”

    Kolega zaczyna z sensem, a potem yeboot. Na razie to presja w stylu nowojorskiego dewelopera, a potem zawrą umowę o dzierżawę baz, jak w kwietniu 41.

  15. @rw
    „Europa nawet tego nie zrobiła, oświadczenia Kai Kallas na ten temat nie zawierają wprost potępienia”

    Potępiły Chiny, Rosja i Iran (oraz Młodzi Razem z posłem Koniecznym, ok złośliwość, potępili też Maduro). Czy warto ustawiać się z nimi w jednym szeregu?

  16. @wo”Tylko z tymi zasobami to też jest pieprzenie – ich ropa jest w praktyce bezwartościowa”

    E? Z tego co czytam, akurat rafinerie nad Zatoką Meksykańską są przystosowane do ciężkiej i zasiarczonej ropy. Meksykańska ropa nie jest lepsza. Za to lekką i „słodką” z łupków USA eksportują do Europy.
    Stany eksportują ponad 4 mln baryłek crude dziennie, importują 6,5 mln. Jeśli faktycznie odbudują przemysł wydobywczy w Wenezueli, obie wartości wzrosną.

  17. @wo

    > Istnieje policja drogowa,

    I czasem widzimy jak oznakowany radiowóz, który nie używa sygnałów świetlnych i dźwiękowych, ewidentnie przekracza prędkość.

    > > „Czy Chiny są w stanie przeprowadzić analogiczną
    >> akcję na Taiwanie?”
    > Nie. To jest akurat oczywiste.

    Dla nas jest. Czy dla decydentów Chińskich też? I to nie tylko jako realna możliwość ale także jak coś, co obiecali swojej opinii publicznej.

    > Po drugie, czy na pewno wziął pan cenę sprzedaży
    > od ręki, czy coś po specjalnym talonie w zakładzie pracy?

    Brałem pod uwagę, medianę pensji z 1988, czarnorynkowy kurs dolara i cenę malucha w PEWEX-ie.

  18. @jugger

    „Na razie to presja w stylu nowojorskiego dewelopera”

    Stephen Miller we wczorajszym wywiadzie nie wykluczył opcji siłowego zajęcia Grenlandii, bo „jakie prawo do Grenlandii ma Dania”, a poza tym „jesteśmy supermocarstwem i robimy na naszej półkuli co nam się podoba”.

  19. @izbkp

    Choćby zajęcie przez amerykańskie wojsko cywilnych budynków rządowych.

  20. @amatill
    „Stany eksportują ponad 4 mln baryłek crude dziennie, importują 6,5 mln. Jeśli faktycznie odbudują przemysł wydobywczy w Wenezueli, obie wartości wzrosną.”

    Teoretycznie tak, ale jak będzie w praktyce, to się przekonamy. Pozwolę sobie jeszcze zauważyć, że Wenezuela to wspaniały kraj dla partyzantki (góry, dżungla), a Maduro jakiś czas przed porwaniem rozdał broń wśród popierającej go populacji.

    @izbkp

    Moim zdaniem Chinom wcale się aż tak nie spieszy z Tajwanem. Zwłaszcza, że militarne rozwiązanie sytuacji zdaje się akceptować jakaś połowa populacji. Czas też będzie działał raczej na korzyść Chin, bo spodziewam się, że za dekadę Tajwan sam może wyjść z inicjatywą stopniowego przyłączenia się. Niemniej to tylko moja opinia.

  21. @ausir
    >Stephen Miller powiedział.

    Różne rzeczy ludzie mówią. Gdy wojna będzie tuż, tuż, to zajmą nie oglądając się na nic, ale jeszcze nie teraz.

    @amatill
    „Jeśli faktycznie odbudują przemysł wydobywczy w Wenezueli”

    Tu dochodzimy do najgorszego scenariusza dla Wenezuelczyków. Dodatkowa podaż to spadek cen. Niskie ceny uderzą w Rosję oraz amerykańskie firmy naftowe, Saudów itp., ale pomogą Chinom. Chińskie inwestycje przepadną, a amerykańskie nie przyjdą i Wenezuela zostanie sama ze zrujnowanym przemysłem naftowym i długami.

  22. @Luca

    Czas też będzie działał raczej na korzyść Chin, bo spodziewam się, że za dekadę Tajwan sam może wyjść z inicjatywą stopniowego przyłączenia się.

    Przepraszam, ale co się ma zmienić za 10 lat, że przyłączanie demokratycznego państwa do niedemokratycznego zacznie mieć wtedy sens?

  23. @wo
    „Reagan ma ulicę w każdym polskim mieście, bo przyczynił się do tego, że Jan Kowalski może sobie kupić nowego golfa – nieosiągalne marzenie dla Jana Kowalskiego z 1988.”

    Ale mi to zazgrzytało w zębach. Pewnie dlatego, że już chyba nigdy mnie nie będzie stać na zakup nowego samochodu. Chyba że z Temu kiedyś. A mam lepiej niż przeciętny Kowalski. Mediana netto to coś koło 5k. Najtańszy nowy Golfas to 120k a więc 24 miesięczne pensje. Odkładanie znacznych kwot z 5k jest karkołomne. Powiedzmy jednak, że wybieramy opcję chleb z keczupem i ryż z jogurtem, i odkładamy 20%. Tysiąc miesięcznie. To jest 10 lat oszczędzania. A gdzie inflacja, co jak ktoś nie odziedziczył mieszkania i musi wynajmować?

    Jest o niebo lepiej, ale bez przesady. No i pytanie czy gdyby wygrał Carter, a kolejną kadencję ktoś inny to czy ZSRR by nie upadł i tak.

    Gra się toczy i trudno powiedzieć jak się skończy i czy Biały Dom ma jakikolwiek plan co dalej. Na razie słyszałem tylko gadanie o ropie i złożach metali, nic o konieczności wolnych i demokratycznych wyborów o które Trump tak cisnął Zełeńskiego. Amerykańska oligarchia ma w pompie interes przeciętnego Kowalskiego tak w Wenezueli jak i w Stanach, czy Iraku.

    Kto na Wenezueli zarobi? Czy rafinerie w Teksasie czy amerykańscy najemnicy, a może zdesperowani brakiem możliwości budowy centrów obliczeniowych tech bros – ostatnio zaczęli inwestować w technologię centrów obliczeniowych na orbicie, Wenezuela jest bliżej, paliwa nieskończona ilość, regulacji środowiskowych nikt im nie narzuci, do tego tania siła robocza. Wystarczy, że każdy po trochu zyska. Dolary na kolejne kapmanie dla Republikanów popłyną szerokim strumieniem, algorytmy będą łaskawe, kolejne wybory będą znowu zacięte. I tak to się kręci.

  24. @wo
    „Tylko z tymi zasobami to też jest pieprzenie – ich ropa jest w praktyce bezwartościowa”

    Skoro jest taka bezwartościowa to co tam robi Chevron, który mimo wszystkich sankcji odpowiada, za 25% przemysłu z tego sektora w Wenezueli? Koncerny będą z pewnością w mediach płakały i gorzko łkały że dokładają coraz więcej do interesu, bądą wylewać żale ma podatki i roszczeniowych pracowników niczym Janush Kovalsky prosto z naszego business center club.

  25. @Nachasz
    „Przepraszam, ale co się ma zmienić za 10 lat, że przyłączanie demokratycznego państwa do niedemokratycznego zacznie mieć wtedy sens?”

    Dalszy rozwój Chin, podupadanie (niemal) monopolu Tajwanu na produkcję zaawansowanych czipów i szaleństwa Ameryki / kapitału / faszyzmu. Sporo Tajwańczyków pracuje też w Chinach, a jeszcze więcej odwiedza ten kraj (rocznie ok. 2.5 miliona, czyli 1/10 populacji) i ma tam rodzinę. Oba państwa mają też swoje warianty jednego państwa, ale w dwóch interpretacjach politycznych.
    To jednak nadal tylko moja spekulacja, a do tego zasadzająca się na odpowiednim rozegraniu sprawy po obu stronach, a więc tym bardziej hipotetyczna.

  26. @izbkp
    „Brałem pod uwagę, medianę pensji z 1988, czarnorynkowy kurs dolara i cenę malucha w PEWEX-ie.”

    Czyli że porównuje pan transakcję nielegalną, która narażałaby owego obywatela na kłopoty z urzędem skarbowym – a w dodatku wymagałaby zebrania całej kwoty z góry; do współczesnego Kowalskiego, który większość weźmie na kredyt, wszystko legalnie. Niech pan może wyjdzie porobić orły na śniegu, trochę ochłonie i dopiero potem wróci do komentowania, bo pisze pan jakieś straszne głupoty.

  27. @bantus
    „Skoro jest taka bezwartościowa to co tam robi Chevron, który mimo wszystkich sankcji odpowiada,”

    Wlazł to siedzi. Nadprodukcja to stosunkowo niedawny fenomen. Korporacje są trochę jak tankowiec, nie mogą tak po prostu zrobić zawrotki.

  28. @luca
    „Moim zdaniem Chinom wcale się aż tak nie spieszy z Tajwanem. ”

    Moim też. Wydaje mi się (ale jak już wielokrotnie pisałem, nic nie wiem o Chinach i się nie pogniewam za merytoryczną polemikę) że to trochę jak z Hitlerem i Szwajcarią. Wiadomo było, że jej zajęcie przyniosłoby może dalekosiężne korzyści, ale krótkoterminowo byłoby katastrofą, bo te fabryki, na których im zależało, przejęliby raczej jako ruiny.

  29. @bantus
    „Pewnie dlatego, że już chyba nigdy mnie nie będzie stać na zakup nowego samochodu.”

    Jako człowiek, który ich trochę w życiu kupił, mam dla pana słowa pociechy. Po pierwsze, to nie ma sensu. Ten szwagier, ktory pana namawia, że rozsądniej będzie kupić coś pięcio-sześcioletniego, ma rację. Wydaje mi się, że każdy nabywca takowego ode mnie robił naprawdę świetny interes. Po drugie, od jakiegoś 2015 motoryzacja się tylko stacza, to był jakiś peak – że już można podłączyć coś przez aux albo i bt, ale jeszcze są fizyczne pokrętła (i żadnej cholernej hybrydy).

  30. Jeśli ktoś jest w stanie przeznaczyć 1500-2000 na ratę to problemu nie ma. Co najwyżej właśnie taki że nie ma w czym wybierać. Chociaż ja raczej miałbym problem co wybrać bo jest kilka równie akceptowalnych w podobnej cenie – z tym że mnie interesują tylko hatchbacki, nie planuję jeździć ciężarówką. Ale póki co nadal obywam się bez i nie jestem pewien czy chcę to zmieniać. Potrzebowałbym samochodu pewnie ze 2-3 razy w miesiącu, tylko będę miał non stop problem z akumulatorem (elektryka nie planuję gdyż nie miałbym gdzie go ładować a nie pali mi się wystawać godzinami pod lidlem)

  31. @embercadero
    „tylko będę miał non stop problem z akumulatorem”

    Czemu? Nowy przez pierwsze parę lat przeżyje cykl „uruchamiamy raz na tydzień”.

  32. „Czemu? Nowy przez pierwsze parę lat przeżyje cykl „uruchamiamy raz na tydzień”.”

    Może. Mam uraz bo głównie z tego powodu pozbyłem się poprzedniego samochodu w covidzie – jak już miałem gdzie i po co pojechać to zawsze siadł akumulator

  33. @wo
    „Reagan ma ulicę w każdym polskim mieście, bo przyczynił się do tego, że Jan Kowalski może sobie kupić nowego golfa – nieosiągalne marzenie dla Jana Kowalskiego z 1988.”

    Może tylko słowo „nowego” może tu budzić wątpliwości. Tym bardziej, że kiluletnie golfy z lat 90. to naprawdę były zacne, wierne auta. I właśnie symbolicznym ojcem chrzestnym takich prawie_że_nowych golfów na polskich drogach jest Reagan. Ale jego symboliczne ojcostwo sięga głębiej niż do roku 1988, bo już parę lat wcześniej odgrywał ważną dla Janów Kowalskich rolę twardziela, co gotów byłby przysłać marines po Jaruzelskiego, gdyby nie wielkie manewry sił Układu Warszawskiego „Sojuz 81” skrzyknięte przez Rosję tuż za naszą wschodnią granicą. Ta akcja w Wenezueli – oglądana z tamtej perspektywy – pokazuje, jak słaba jest teraz Rosja, i jeśli jest demonstracją amerykańskiej butnej, imperialnej siły, ma to także pozytywny kontekst: pokazuje, że jeśli – jakimś kaprysem losu, bo przecież nie dla dobra, piękna i sprawiedliwości – USA stanie po stronie Ukrainy, a nie po stronie Putina (może nie za Trumpa, ale USA potrwa dłużej niż Trump i jeszcze różne wiatry tam powieją), czyli nieco mocniej się po stronie Ukrainy zaangażuje, to Rosjanie pogubią portki umykając za Don. Taką właśnie – wyidealizowaną, wytęsknioną, a może po prostu: lepszą – Amerykę symbolizował u nas Reagan. Nie lubię tego ananasa, ale jego ulice w polskich miastach są zupełnie zrozumiałe. Prawda społecznych emocji jest równie ważna, jak inne prawdy.

  34. @ergonauta
    „Ta akcja w Wenezueli – oglądana z tamtej perspektywy – pokazuje, jak słaba jest teraz Rosja”.
    Ta akcja pokazuje przede wszystkim, że Ameryka Południowa i cały ten rejon to podwórko amerykańskie. Bardzo to przypomina zresztą interwencję USA w Grenadzie za Reagana. Natomiast dla Amerykanów Europa Wsch. to z kolei zawsze było podwórko rosyjskie i boję się, że tak już zostanie.

  35. @szelak
    „Bardzo to przypomina zresztą interwencję USA w Grenadzie za Reagana.”

    Ale: czy między Grenadą a Rosją zachodziły podobne relacje, jak między Wenezuelą a Rosją*?

    [„Obalenie Nicolasa Maduro przez siły amerykańskie może oznaczać dla Rosji wielomiliardowe straty. Kreml przez lata inwestował ogromne środki w wenezuelski sektor naftowy i finansował reżim w Caracas, licząc na długoterminowe korzyści strategiczne i gospodarcze.(…)Według wyliczeń agencji Reuters, w latach 2006–2017 Rosja przekazała Wenezueli oraz państwowej spółce naftowej PDVSA łącznie około 17 mld dol. w formie kredytów, inwestycji i wsparcia finansowego.(…)Władimir Putin zgodził się na odroczenie spłaty zadłużenia o 10 lat, z terminem regulowania zobowiązań w latach 2024–2027. W zamian Rosja uzyskała dostęp do kluczowych aktywów energetycznych.(…)Upadek Maduro i przejęcie kontroli nad wenezuelskimi złożami przez administrację Donalda Trumpa wywołały niepokój w rosyjskich kręgach biznesowych. Szczególnie ostro wypowiedział się oligarcha Oleg Deripaska. Oligarcha zauważył, że Kreml będzie miał coraz większy problem z dalszym obciążaniem prywatnego sektora, który od niedawna stał się głównym źródłem dochodów budżetowych.” (Business Insider)]

  36. Przeciętnemu Wenezuelczykowi to w najgorszym wariancie nic nie zmieni. Co do tej chavistowskiej partyzantki w dżungli – nie sądzę, żeby coś poważnego się z tego urodziło.

    @rw
    „– szykować się na odparcie desantu USA na Grenlandii (tak, kontrowersyjne) – to nie powinna być bezkrwawa aneksacja jak Krym w 2014”
    Nawet jeśli Trump to zajmie, to kolejna administracja odda i przeprosi.

  37. @kmat
    …to kolejna administracja odda i przeprosi

    Bardzo nieortodoksyjne poczucie humoru. Bardzo.

  38. @Gammon
    Chciałbym, żeby to faktycznie okazało się czarnym humorem niskich lotów. Jeśli Trump faktycznie spróbuje po tę Grenlandię sięgnąć, to USA wejdą w ciężki konflikt z Europą. A wtedy może wywinąć takiego odwróconego Kissingera z wujkiem Władkiem z Moskwy, że wszyscy będziemy w głębokiej, czarnej i ciasnej niedoli. Na dziś to może wyglądać na kiepski żart, ale za chwilę to może być optymistyczny scenariusz.

  39. @Grenlandia – kontekts
    2 mln km kwadratowych, 60 tys. mieszkańców, na wybrzeżu. W interiorze nie ma nic. Dosłownie nic.

    Amerykanie mają tam Pituffik Space Base, w czasie Zimnej Wojny pod romantyczną nazwą Thule Air Base. Mieli też różne inne instalacje, ale je zlikwidowali, bo przestały być użyteczne.

    Jaka inwazja? Po co?

  40. @jugger
    Na logikę masz rację, ale nie sądzę żeby bieżący POTUS postrzegał świat w logiczny sposób.

  41. @kmat:
    Nie twierdziłbym, że przeciętny Wenezuelczyk nie straci. Przypominają się tu opisy amerykańskich działań w Iraku, które jeden z miejscowych podsumował: „Jak za Saddama zniszczono linię energetyczną, to w kilka dni ją odbudowano. Pod amerykańską administracją nie dało się doprosić tego przez pół roku”.

    A nie mówimy o administracji Trumpa — tam raczej zarzut był taki, że Amerykanie okupując mają głowę w chmurach, głowią się nad prawem do ropy naftowej, czy procesem demokratyzacji, a zapominają, że miejscowi też żyją i np. korzystają z elektryczności, czy czystej wody. Co, oczywiście, było czynnikiem wzrostu nastrojów antyamerykańskich.

    @ergonauta:
    > czy między Grenadą a Rosją zachodziły podobne relacje, jak między Wenezuelą a Rosją?
    Aż tak to nie, ale tam jednym z zarzutów była obecność Kubańczyków.

  42. „Tylko z tymi zasobami to też jest pieprzenie – ich ropa jest w praktyce bezwartościowa (a świat i tak cierpi na nadprodukcję ropy). A zasoby typu „raw earth” to ma (prawie) każdy, tylko nikt nie chce mieć u siebie huty.”
    Edwin Bendyk na swoim blogu pisze:
    „Rok 2026 zapowiada się jako kolejny rok nadprodukcji ropy naftowej, nadwyżka może sięgać, zgodnie z prognozami Międzynarodowej Agencji Energii (IEA), ponad 3 mln baryłek dziennie. Tyle że dotyczy to ropy lekkiej. Jeśli chodzi o olej napędowy, świat cierpi na niedobór zarówno odpowiedniego surowca, jak i w efekcie paliwa. Co wpływa na jego cenę. Stany Zjednoczone, które są największym producentem ropy naftowej na świecie dzięki rewolucji łupkowej, surowiec do produkcji oleju napędowego importują, głównie z Kanady, ale także niewielką część z Wenezueli.”
    Więc może jednak ta ropa jest USA potrzebna.

  43. „Więc może jednak ta ropa jest USA potrzebna.”
    Patrząc, że chociażby ich transport wewnętrzny to albo ciężarówki albo pociągi towarowe, wszystko napędzane dieslami: no raczej.

  44. @Stryj Marcina
    „Więc może jednak ta ropa jest USA potrzebna.”

    Ameryce jako takiej jakoś wybitnie potrzebna nie jest. Mogli ją sobie spokojnie kupować, przetwarzać i konsumować jak do tej pory. Gdyby amerykańskie korporacje zgodziły się na cywilizowane warunki współpracy, to pewnie mogłyby nawet prowadzić w Wenezueli inwestycje i budować na miejscu własne instalacje. Niemniej to dla nich za mało. Zwłaszcza, że Trump i Rubio mieli dodatkowe – polityczne i prywatne – motywacje, a mogli przy tym pomóc kolegom. No i posiadanie (de facto) ropy jest zawsze lepsze niż możliwość jej nabywania. Przynajmniej w logice brutalnej siły.

    A tutaj jeszcze dodatkowy, czysto kapitalistyczny, kontekst:
    link to motherjones.com
    link to popular.info

  45. @Luca
    „Gdyby amerykańskie korporacje zgodziły się na cywilizowane warunki współpracy, to pewnie mogłyby nawet prowadzić w Wenezueli inwestycje i budować na miejscu własne instalacje.”

    Warto pamiętać – przy okazji wbijania amerykańskich korporacji do Wenezueli (i dokądkolwiek bądź) – o okolicznościach śmierci ojca Delcy Rodriguez; co prawda tamta sprawa dotyczyła porwania Williama Niehousa, prezesa koncernu nie od ropy, lecz od butelek i opakowań na żywność, ale agresywna strategia rynkowa Amerykanów mogła być podobna (dlatego socjaliści z Rewolucyjnego Ruchu Ludowego uznali, że gwałt niech się gwałtem odciska), a woda i żywność bywają produktami ważnymi społecznie (dlatego Chavez też szybciutko i na siłę koncern znacjonalizował, ze skutkami zapewne jeszcze bardziej fatalnymi).
    Ciekawe, na ile Delcy Rodriguez (no i jej brat) przepracowałą traumę po zabiciu taty podczas przesłuchań przez służby i na ile jest zaimpregnowana od strony osobistej dramatycznej przeszłości. Od mediów dostajemy jej medialnie sformatowany portret zimnej politycznej suki, a tymczasem to, co naprawdę dzieje się teraz w jej głowie i sercu, pozostaje dla nas tak samo niedostępne, jak byśmy żyli w czasach sprzed internetu, telefonu i telegrafu.

  46. @Stryj Marcina
    „Więc może jednak ta ropa jest USA potrzebna”

    Toteż nie chodzi o niepotrzebną w sensie „wyleją do oceanu”, ale że ma marginalne znaczenie dla USA (dlatego dodałem „praktycznie”). Radzą sobie bez niej, nie mają reglamentacji na stacjach, że diesel tylko w dni nieparzyste. Nie chodziło im o to (już raczej o odcięcie Chin, Iranu i Kuby).

  47. Według José Luis Granados Ceja w Wenezueli jest tyle różnych autonomicznych zbrojnych grup, szczególnie sprzymierzonych z rządem, że nawet 10 tys. amerykańskich żołnierzy nie wystarczy, żeby zabezpieczyć jakiś tam hipotetyczny dostęp do ropy dla USA. Obecnie rządzący nawet jakby chcieli coś oddać USA za darmo to nie bardzo byliby w stanie nad tym zapanować, bo każda autonomiczna grupa może mieć własne zdanie na ten temat. Brzmi jak Irak 2.0 do kwadratu.

  48. @kmat

    „Jeśli Trump faktycznie spróbuje po tę Grenlandię sięgnąć, to USA wejdą w ciężki konflikt z Europą. A wtedy może wywinąć takiego odwróconego Kissingera z wujkiem Władkiem z Moskwy, że wszyscy będziemy w głębokiej, czarnej i ciasnej niedoli. Na dziś to może wyglądać na kiepski żart, ale za chwilę to może być optymistyczny scenariusz.”

    Warto przemyśleć, od czego USA może odciąć Europę sankcjami:

    – usługi operatorów płatności: Visa, MasterCard, PayPal
    – handel online: eBay, Amazon
    – wyszukiwarki i software w chmurze: Microsoft, Google, Oracle Cloud, AWS

    Z dnia na dzień. To może być szok dla europejskiej gospodarki większy niż cokolwiek przedtem.

  49. @jk
    „Brzmi jak Irak 2.0 do kwadratu.”

    Otóż toż. Dlatego ja jestem raczej za tym, że chodzi o odcięcie innych państw, przede wszystkim Kuby – niż o zawłaszczenie tej ropy. Bo po prostu sam koszt takiej okupacji byłby prawdopodobnie zaporowy, nawet gdyby sama ropa była nominalnie za darmo.

  50. @rw
    „Z dnia na dzień. To może być szok dla europejskiej gospodarki większy niż cokolwiek przedtem.”

    Ale także dla amerykańskiej, tym bardziej, że to by się skończyło pięciowymiarowym Kissingerem w postaci sojuszu EU-Chiny.

  51. @wo

    „Ale także dla amerykańskiej”

    Tak, ale USA mają większy bufor, bo to jednak jest bogatszy naród niż większość UE. Ale ofc to by oznaczało następne wybory przegrane z kretesem przez MAGA, więc taki scenariusz jest możliwy tylko jeżeli MAGA zdusi demokrację w USA. Co się może – ale nie musi – zdażyć.

  52. @wo

    „Bo po prostu sam koszt takiej okupacji byłby prawdopodobnie zaporowy”

    USA zdaje się nie chce okupować Wenezueli, tylko szantażować miejscowe władze „słuchajcie się nas, albo was zbombardujemy i zablokujemy wasze statki”.

  53. @rw
    „Tak, ale USA mają większy bufor, bo to jednak jest bogatszy naród niż większość UE.”

    Ale to by też oznaczało natychmiastowe rymsnięcie całej tej bańki mydlanej z serii NVidia / Oracle / OpenAI. Oni nie mają „buforu”, to wszystko napompowane i nalewarowane nieistniejącymi aktywami jak kredyty hipoteczne w 2007. A to z kolei by oznaczało zbiednienie Etera Miela i Pelona Thuska. Oni raczej obalą Trumpa niż wejdą w coś takiego (z podobnych przyczyn nie wierzę że Putin odpali atomówki w londyńskie wille oligarchów).

  54. @rw
    „USA zdaje się nie chce okupować Wenezueli, tylko szantażować miejscowe władze „słuchajcie się nas, albo was zbombardujemy i zablokujemy wasze statki”.”

    Zgoda, ale to nadal wystarcza na „wyrzućcie Chińczyków” a nie na „zapewnijcie ochronę naszych inwestycji przed gangami”.

  55. @wo

    „Oni nie mają „buforu”, to wszystko napompowane i nalewarowane nieistniejącymi aktywami jak kredyty hipoteczne w 2007.”

    IMO mają. Tańsze jedzenie, więcej przestrzeni (większe domy), mniejsza zależność od importu surowców. USA są samowystarczalne energetycznie. Jest z czego ciąć.

    Owszem, miliarderzy na papierze zbiednieją, ale IMO Thiel i Musk są motywowani rasizmem i jeszcze bardziej kretyńskimi ideologiami co najmniej równie mocno, co chęcią zysku. Przecież Musk swoimi wygłupami rujnuje swoje biznesy, a na kupnie Twittera tylko stracił. Ale może karmić swoje ego i odgrywać się na świecie za to, że jego dzieci nie chcą z nim rozmawiać. To widać jest warte dla niego miliardy dolarów. To może dokopanie tej Europie, której tak bardzo nienawidzą, też będzie warte spadku wartości księgowej ich firm.

  56. PS. A to, że ICE może sobie hasać po całym kraju i deportować siłę roboczą zasilającą amerykańską gospodarkę pokazuje, że projekt MAGA nie skupia się na maksymalizacji zysku. Tylko na maksymalizacji faszyzmu.

  57. @rw
    OK, nie upieram się. Być może przemawia przeze mnie łyszful fynkin. Wiele się wyjaśni po midtermsach (lub ich odwołaniu).

  58. rw
    ” To może dokopanie tej Europie, której tak bardzo nienawidzą, też będzie warte spadku wartości księgowej ich firm.”

    To będzie taki kryzys, że Great Depression trzeba będzie dodać cyferkę. Przecież to są emerytury i oszczędności Amerykanów.

  59. @WO

    „Ale także dla amerykańskiej, tym bardziej, że to by się skończyło pięciowymiarowym Kissingerem w postaci sojuszu EU-Chiny.„

    Pytanie czy EU tego nie zrobi tak czy owak. Skoro w USA rządzi taki sam faszysta jak w Rosji, to żadne demokratczne wartości nie mogą przesłonić faktu, że przewodniczący Jinping ma taką pałę na Władimira, o jakiej Trump może tylko pomarzyć.

  60. @rpyzel

    „To będzie taki kryzys, że Great Depression trzeba będzie dodać cyferkę. Przecież to są emerytury i oszczędności Amerykanów.”

    Zamiast emerytury, czeki od Trumpa podpisane złotym długopisem. Ale tylko dla prawowiernych. Senator Mark Kelly już stracił swoją emeryturę za pyskowanie władzy.

    @kot

    „Pytanie czy EU tego nie zrobi tak czy owak.”

    Precedens już był (sojusz ze Stalinem przeciw Hitlerowi). Ale pytanie, czy Jinping jednak nie woli z Putinem przeciw USA, niż z Europą. Putin jest pewnie dla niego bardziej przewidywalny i łatwiejszy do zrozumienia.

  61. @”Thiel i Musk są motywowani rasizmem i jeszcze bardziej kretyńskimi ideologiami co najmniej równie mocno, co chęcią zysku.”

    Niezłe starcie: godzilla paleoreligijno-rasistowskiego faszyzmu kontra mechagodzilla żądzy zysku za wszelką cenę. Jeżeli dojdzie do bezpośrednich potyczek w miliarderskich głowach, to rok szykuje się absolutnie nienudny.

    @czarny humor o Grenlandii

    „W interiorze nie ma nic. Dosłownie nic.” – powiedział Edward de Stoeckl do swoich rosyjskich przełożonych i zatarł ręce. William Seward czekał w siedmioma bańkami (dziś – marne 142) i lekkim uśmieszkiem na myśl o nadchodzących prasowych nagłówkach („Seward’s folly”, „Seward’s icebox”, „polar bear garden”).
    A co do samej Grenlandii, jak Trump wjedzie wojskiem i szybko dorzuci gwiazdkę do sztandaru, to potem bedzie trudniej wybrnąć (bławatnicy od materiałów na amerykańskiej flagi zacierają ręce).

  62. @rw

    „Ale pytanie, czy Jinping jednak nie woli z Putinem przeciw USA, niż z Europą. Putin jest pewnie dla niego bardziej przewidywalny i łatwiejszy do zrozumienia.”

    Czego Jinping pragnie tego rzecz jasna nie wiem, ale jednak UE to bogatszy i bardziej chłonny rynek niż Rosja. Nie mowiąc o tym, że wyludniająca się Syberia jest tuż obok, a i sentyment do Mandżurii pewnie jaki się w Chinach tli.

  63. W sumie skoro wróciła sprawa Grenlandii to pytanie, kiedy wróci sprawa Kanady. A może doczekamy i sprawy Islandii.
    Ogólnie jest fajnie. POTUS najwyraźniej zwariował jak Putin. Tyle że z jednej strony dysponuje sporo większym potencjałem, a z drugiej nie kontroluje go na tyle, żeby przeprowadzić wszystko co sobie zamierzył. Na moje Trump prędzej czy później spróbuje tę kontrolę siłowo przejąć, tym bardziej, że po midtermsach może mu się jeszcze bardziej wymknąć z rąk. A wtedy będzie naprawdę gorąco. Nie zdziwiłbym się jakby np spróbował skręcić te midtermsy, co przynajmniej w części stanów się nie uda. Cóż, dawno już nie mieli tam wojny domowej.

  64. @rw
    „Warto przemyśleć, od czego USA może odciąć Europę sankcjami:
    – usługi operatorów płatności;
    – handel online;
    – wyszukiwarki i software w chmurze.”

    Dlatego EU już przynajmniej pół roku temu powinna była rozpocząć proces budowy swoich alternatyw. Czy nie każdy interesujący się tematem człowiek – niebędący kolejnym zagubionym w rzeczywistości europejskim politykiem – nie miał tego świadomości..?
    Podobnie z soszial mediami czy systemami operacyjnymi. Tylko tutaj już zdecydowanie nalegałbym na model open source, a nie kolejne korporacje.

    A tymczasem mamy taki kwiatek:
    link to theguardian.com

    @rw
    „Musk (…) na kupnie Twittera tylko stracił. Ale może karmić swoje ego i odgrywać się na świecie za to, że jego dzieci nie chcą z nim rozmawiać.”

    To była prawda może na początku. Twitter to teraz machina propagandowa i lewar dla jego firmy od AI.

    @rw
    „(…) projekt MAGA nie skupia się na maksymalizacji zysku. Tylko na maksymalizacji faszyzmu.”

    Why not both? Przecież maksymalizacja zysku jest cudownie kompatybilna z faszyzmem. Zwłaszcza w wydaniu „rent extraction”, a to przecież aktualne modus operandi w Ameryce.
    Pozwolę sobie polecić ten artykuł:
    link to tandfonline.com

    Zaryzykowałbym tezę idącą nawet dalej: oni muszą zdusić demokrację, bo inaczej bańka musi pęknąć, a ambitne plany techno-faszystów pójdą w piach, bo przecież prawda jest taka, że AI to póki co szkodliwy pic na wodę. Przynajmniej w wydaniu korporacyjnym.

    Dodatkowo, jeśli chodzi o politykę, to szydło też wyszło z worka – i to z każdym dniem coraz bardziej – tak, że istotna część populacji musi już widzieć, iż tradycyjni demokraci i republikanie to de facto unipartia. Tyle że z nieco odmiennymi interpretacjami tego, jak najlepiej służyć kapitałowi. Bo przecież nie populacji.

    @rw
    „Ale pytanie, czy Jinping jednak nie woli z Putinem przeciw USA, niż z Europą. Putin jest pewnie dla niego bardziej przewidywalny i łatwiejszy do zrozumienia.”

    Nie byłbym tego taki pewien. Dla mnie ważniejsza jest tutaj kwestia czy Xi uznałby, że Putin został już wystarczająco osłabiony i zwasalizowany.

  65. @Luca

    „Why not both? Przecież maksymalizacja zysku jest cudownie kompatybilna z faszyzmem. ”

    Może na krótką metę, bo na długą to nie. Faszyzm zabija innowację, redukuje dostępną siłę roboczą i niszczy rynki zbytu.

    „bo przecież prawda jest taka, że AI to póki co szkodliwy pic na wodę”

    E tam. Jest coraz bardziej użyteczne, jak Internet.

  66. @kmat
    „Nie zdziwiłbym się jakby np spróbował skręcić te midtermsy, co przynajmniej w części stanów się nie uda.”

    Trump albo przekręci midtermy, albo zostanie wyeliminowany przez oligarchię, albo zacznie rządzić z pominięciem parlamentu. Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że ot tak spędzi następne 2 lata jako bezzębna „lame duck”.

    Przecież już w pierwszym roku regularnie olewał konstytucję i ustawodawstwo bez żadnych konsekwencji (wojsko na terenie kraju, cła i działania wojenne bez kongresu, ekstradycje bez procedur, akta Epsteina, otwarta korupcja, etc.).

    A normalizacja coraz bardziej „niekonwencjonalnych” działań jest przecież prowadzona nieustannie.

    @rw
    „Faszyzm zabija innowację, redukuje dostępną siłę roboczą i niszczy rynki zbytu.”

    To jest właśnie paradoks ekstrakcyjnego kapitalizmu czynszowego (czy jak to tłumaczyć na PL). Tylko spróbuj to powiedzieć Thielowi albo Muskowi. Im się marzą prywatne księstwa albo wręcz globalne imperia. Przecież oni – i nie tylko oni – są zwyczajnie popieprzeni i przekonani o swoim ultymatywnym geniuszu. A kontakt z normalną rzeczywistością, ludzi takich jak Ty czy ja, to stracili dawno temu.

    Nawet jeśli to ja tutaj ekstrapoluję ponad miarę, to i tak jest to, moim zdaniem, rozsądniejsza pozycja. Bo co jeśli mam w tej kwestii choć trochę więcej racji od Ciebie?

    W mojej ocenie już wystarczająco długo naiwnie nabijaliśmy się z ich głupoty, hochsztaplerstwa i niedorzecznych ambicji. Jakie inne wnioski można wyciągnąć z dotychczasowego przebiegu wypadków? Że wszystko będzie dobrze i przeminie tak jak inne chwilowe mody?

  67. @Luca

    „Dlatego EU już przynajmniej pół roku temu powinna była rozpocząć proces budowy swoich alternatyw.”

    Prace nad paneuropejskim systemem płatności trwają, bierze w nich udział m.in. polski Blik.

  68. @ausir
    „Prace nad paneuropejskim systemem płatności trwają, bierze w nich udział m.in. polski Blik.”

    Tak, mam świadomość, że pewne działania trwają, np. tutaj:
    link to european-alternatives.eu

    To wszystko jednak bardzo powolutku i bez wielkiego entuzjazmu. No ale jasne, dla mnie wszystkiego będzie mało i za wolno, bom jękoła.

  69. @Xi Jinping
    Problem w tym, że dla niego Trump to generalnie plus. Może i robi problemy w Wenezueli, ale to nie jest jakaś pierwszorzędna sprawa dla Chin. Wycofywanie się z zaangażowania na zachodnim Pacyfiku to dla niego dużo istotniejsza sprawa.
    Druga sprawa. Za niedługo Trumpa może nie być, a wtedy czort wie jaki kurs USA wybierze. Raczej znowu wróci do sojuszu z Europą przeciwko Rosji i z Japofilinezją przeciwko Chinom. A Putin był, jest i jeszcze chwilę będzie. Xi nie ma motywacji do wiązania się z EU przeciw USA i FR. Na moje po prostu spróbuje wykorzystać tego windowsa of opportunity, jaki dostał od Trumpa, żeby się jak najbardziej rozkokosić na Dalekim Wschodzie, ale żadnych ważnych międzynarodowych relacji odwracać nie będzie.

  70. @’Warto przemyśleć, od czego USA może odciąć Europę sankcjami:
    – usługi operatorów płatności: Visa, MasterCard, PayPal’

    Prywatnie łudzę się, że Wenezuela to czysty biznes, a Grenlandia to dym i lustra, a każda poważniejsza próba zakłócenia najwspanialszego ustroju jakim jest kapitalis zakończy się dla Donaldiusa Trumpzara 'historycznym iwentem’ 15 marca na schodach Kapitolu.
    Czy ci operatorzy byliby skłonni patriotycznie porzucić dobrze rosnący rynek bez ani jednego piśnięcia? Co ze stale zwyżkującym wykresem dla akcjonariuszy? Prędzej dojdzie do nierealnych, ale medialnych '1000-procentowych ceł na Danish Butter Cookies od wczoraj’ dopóki nie wymyśli się lepszego distraction.

  71. O Grenlandii przebąkiwał już w pierwszej kadencji, ja wolałbym nie zakładać, że to tylko ściema, obawiam się, że to osobista obsesja Trumpa zupełnie na serio. Pytanie czy ktokolwiek z jego otoczenia będzie w stanie i będzie skłonny go powstrzymać przed jej realizacją.

  72. @kot immunologa
    „Czego Jinping pragnie tego rzecz jasna nie wiem, ale jednak UE to bogatszy i bardziej chłonny rynek niż Rosja”

    W ekspresowym tempie tracimy atuty (za czym pójdzie i zamożność), głównie na rzecz Chin zresztą. Jakie Europa ma karty? Innowacje żałosne, zasobów naturalnych niewiele, produkcja, know-how nienadążające lub wyeksportowane do Chin (jeden ASML wiosony nie czyni), homeopatyczna liczba bigtechów, siła militarna ograniczona; jesteśmy podzieleni, mało sterowni, niezdecydowani, lękliwi, łatwi do rozgrywania, i stale musimy się martwić, że jeszcze chwila, a dojdą do władzy siły odśrodkowe i prorosyjskie takie jak Konfa, AfD czy FN. W tym stanie możemy być raczej klientami Chin, traktowanymi z coraz większą pogardą i z góry, niż partnerami. Wywiadowany przez Sroczyńskiego gość z OSW opisał całkiem trafnie to co sam widzę, jako ktoś, kto współpracuje z chińskimi dostawcami sprzętu i softu w dużym europejskim korpo – kiedyś byli grzeczni, dziś są niemal obcesowi, bo wiedzą, że nie mamy realnej alternatywy. (Ogłoszony kilka lat temu odwrót od chińskich dostawców spalił na panewce, i od paru miesięcy na gwałt musimy się z nimi przepraszać, bo europejscy, na których stawialiśmy, zawiedli po całości).

    Jasne, nadal jesteśmy bardziej atrakcyjni niż Rosja, ale czy podpięci pod USA czy pod Chiny, mamy przerąbane.

  73. @Grenlandia
    Właśnie czytałem o tym jakiś tekst w Wyborczej, gdzie m. in. napisali, że Dania podchodzi do perspektywy opcji militarnej poważnie i się dozbraja. Nawet trochę nowych F35 sobie dokupili. F35? Czy tego nie da się uziemić jednym kliknięciem z Waszyngtonu? I tu pytanie do koleżeństwa lepiej umiejącego w #rapiery – jak duży to jest problem dla europejskich armii. Ile techniki zmieniłoby się w kosztowny złom, gdyby się okazało, że Wujek Sam jest po przeciwnej do nas stronie? Bo o samolotach to coś takiego czytałem (czy dotyczy to też starszych F16?).
    A z drugiej strony – jak ważna jest UE jako klient dla amerykańskich koncernów zbrojeniowych? Czy dostatecznie, żeby w razie czego utrącili zapędy szaleńców u władzy (bo to, że oni by mogli, to jasne)?

  74. „WO”
    „Potępiając oczywiście Trumpa za bezczelne złamanie prawa międzynarodowego, muszę jednak przyznać, że mnóstwo radości sprawiło mi obserwowanie frustracji wśród Rosjan”

    I teraz już widać o co chodziło Putinowi 24.02.2022 – zamach stanu w sąsiednim kraju z udziałem jego wojska, poczynając od chirurgicznych uderzeń w „kluczowe punkty obrony”, przez neutralność wojsk ukraińskich wobec rosyjskich, idących zwykłym marszem na Kijów, aż po powołanie pełniącego obowiązki prezydenta przez opozycyjnych deputowanych Rady N. (wobec ucieczki Zełenskiego z kraju jak Janukowycz) plus wszystko to w porozumieniu z administracją Bidena. Jakiś nowy światowy standard załatwiania interesów za granicą? Ciekawe.
    Standard ten Putinowi nie zadziałał, bo sądzę, że kasa na kupienie szefów armii i służb do zainteresowanych nie dotarła, toteż już na samym początku wszystko to się posypało. O roli V departamentu FSB gen. Biesiedy w tym procederze mówiono wtedy sporo w rosyjskich opozycyjnych mediach, np. Maksim Kac.

    „Tajwańczycy chcą bronić Tajwanu, Ukraińcy Ukrainy, ale niektóre reżimy są tak wredne dla swoich obywateli, że oni już raczej wołają „Truman, Truman”

    Gdyby zamach stanu w Kijowie się powiódł w 24 godz. bez ofiar, kto wie, jakby się to potoczyło. Frustracja społeczna przed 24.02 była olbrzymia. Co więcej, Zełenski szedł na dno, budując wokół siebie grupę kapitałową, tym samym zyskując sobie potężnych wrogów – Kołomojskiego, Achmetowa.

    „Lewicowy punkt widzenia to przyjęcie punktu widzenia przeciętnego mieszkańca danego kraju – Johna Smitha itd.”

    Dlatego 17 września 1939 można oceniać inaczej niż w kontekście agresji. Na Kresach z miejscowej ludności walczyć z Armią Czerwoną nie chciał prawie nikt, a np. w zdobyciu Grodna pomogli jego mieszkańcy.

    „Reagan ma ulicę, bo przyczynił się do tego, że Jan Kowalski może sobie kupić nowego Golfa”

    Byłbym ostrożniejszy, moja mama swego czasu nie miała na rachunki za prąd czy ciepło, o nowym aucie nie mówiąc.

  75. @Bigtechy i pieniądze

    A ja się zastanawiam, czy mówienie o tym, jak to się liczy pieniądz, nie jest już archaizmem. Owszem, wciąż potęgę mierzy się wartością pieniądza, ale to chyba siłą rozpędu – w pierwszej dziesiątce światowych firm o największej kapitalizacji są chyba jakieś dwa-trzy Exxony, a może jeden? Reszta to gugle i fejsbuki, firmy o aktywach czysto wirtualnych. One nie są potężne bo są wysoko wycenianie, one są wysoko wycenianie bo są potężne. Pieniądz jako pieniądz to się liczył, jak była stopa zwrotu, przychód i takie rzeczy. Teraz bilionowy korp może powstać nie wypracowując żadnych zysków, tylko wypracowując potęgę. Przede wszystkim szeroko rozumianą kontrolę danych. Jak przytoczony tu przykład Muska, który na kupnie Twittera „stracił”. Stracił paciorki, bo prawdziwa wartość jest gdzie indziej, ale naiwni wciąż mierzą ją w paciorkach.

  76. @SJ

    „Na Kresach z miejscowej ludności walczyć z Armią Czerwoną nie chciał prawie nikt, a np. w zdobyciu Grodna pomogli jego mieszkańcy.”

    Szybciutkie pytanie, co się stało z polską ludnością Kresów po zajęciu ich przez ZSRR?

  77. @pgolik
    „I tu pytanie do koleżeństwa lepiej umiejącego w #rapiery – jak duży to jest problem dla europejskich armii. Ile techniki zmieniłoby się w kosztowny złom, gdyby się okazało, że Wujek Sam jest po przeciwnej do nas stronie? Bo o samolotach to coś takiego czytałem (czy dotyczy to też starszych F16?).”

    F-35 nie przestałyby latać w jeden dzień, ale podpięcie ich pod kompy podłączone do systemów w Stanach byłoby ryzykowne, zaś pozbawione komputerowego systemu serwisowo-logistycznego-aktualizacyjnego szybko zaczęłyby tracić swoje walory, a w końcu i samą gotowość bojową. Zagadką jest zdolność do atakowania przez nie sił amerykańskich (nie do końca wiadomo co tam Amerykanie zaszyli w systemach FoF itp.). Teoretycznie można by z nich wypruć krytyczne elementy i podmienić na własne, jak robi Izrael (oni – z powodu niebycia w NATO). Ale bez wsparcie producenta to bardzo trudne i chyba nielegalne.

  78. „Na Kresach z miejscowej ludności walczyć z Armią Czerwoną nie chciał prawie nikt, a np. w zdobyciu Grodna pomogli jego mieszkańcy.”

    Ja tam jestem słaby w rapiery i HoI ale nie było to aby dlatego że wszyscy ewentualni walczyli akurat z Niemcami? Kto miał niby się bronić, dzieci?

  79. @rw
    „Tak, ale USA mają większy bufor, bo to jednak jest bogatszy naród niż większość UE.”
    Ale w jakim sensie bogatszy? Bo jeśli liczymy na przykład GDP per capita to jasne, tylko to bardzo złudne. Nawet najbiedniejszy stan USA ma GDP tak o połowę większe od Japonii a jednak nie powiemy że Japonia jest biedniejsza czy gorzej rozwinięta.
    Jak się w to wszystko wejrzy trochę dokładniej to się okazuje, że Amerykanie mają wysokie GDP ale i wysokie koszty życia. To co w Europie czy Japonii jest standardem dla obywateli dawanym przez państwo, w USA jest sprywatyzowane i kosztowne.
    Ich głębokie południe miewa miejscami gorsze standardy niż zadupia Afryki albo Azji.
    Tylko mają swój powalony duopol polityczny i wiarę, że są najlepszym państwem na świecie. Do tego system elektoralny który sprawia, że w niektórych miejscach głosy nie mają znaczenia, gerrymandering, odbieranie praw wyborczych za przestępstwa i parę innych wynalazków.
    A Trumpa i jego kumpli pewnie niewiele obchodzi, że stany niebieskie oberwą po kieszeni bo tam i tak głosów nie mają. Ale niemała część Amerykanów, mimo formalnie bycia bogatszymi od Europejczyków, żyje w strachu czy coś się nie posypie i wycina kupony. I boi się kolejnego kryzysu. A ten nadejdzie, chociażby gdy pęknie bańka AI.

  80. @kuba_wu

    „W ekspresowym tempie tracimy atuty (za czym pójdzie i zamożność), głównie na rzecz Chin zresztą. Jakie Europa ma karty? Innowacje żałosne…”

    Ja się jeszcze łudzę, że z innowacjami nie jest tak źle w UE/UK/CH jak nam to malują. Jak przyszło co do czego, to szczepionkę na COVID wymyśliły dwie europejskie firmy, przy czym jedną w ultranowoczesnej technologii. Chiny i Rosja też próbowali i jakoś tak słabo im to wyszło. Semaglutid to też europejski wynalazek. Nie znam się zupełnie na IT, więc tu zdania nie mam, ale w biotechach nie jest źle. Wywiady Sroczyńskiego należy traktować z największą ostrożnością, to już nie jest ten sam Sroczyński z GW.

    W NZZ jest akurat artykuł z listą firm farmaceutycznych o największej sile nabywczej, w pierwszej piątce są cztery firmy z Europy.

    link to nzz.ch

  81. @kot

    No ale nie pokonamy ani USA, ani Chin, ani Rosji szczepionkami na COVID albo lekami na otyłość. A w produkcji takich np rakiet przeciwlotniczych albo amunicji 155 mm Europa nadal jest w lesie.

  82. @kuba_wu
    „podpięcie ich pod kompy podłączone do systemów w Stanach” – a to nie idzie zdalnie, OTA? Czy jak Brytyjczycy odblokowali Ukraińcom możliwość atakowania rakietami Storm Shadow celów dalej od frontu to każdą jedną podpinali pod kompa, czy jednak poszło zdalnie?

  83. @wo
    „Oni [Musi, Tygiel itp.] raczej obalą Trumpa niż wejdą w coś takiego”

    To ja zapytam po stalinowsku: a ile te Thiele mają dywizji? Pamiętam, jak na przełomie wieków w polskich mediach czytałem Poważne Analizy głoszące że ten Putin to nie taki groźny, bo przecież chodzi na pasku oligarchów (którzy kontrolują wszystkie media), to projekt Bierezowskiego więc nie zerwie się ze smyczy („to wynajęty menedżer”, „ogon nie może machać psem”, „to byłoby nieopłacalne”, „za dużo ma do stracenia”). Ok, Trump 2026 to nie Putin 1999 i ma swoje lata, but still: nie przeceniałbym siły pieniądza, prawdziwa władza wypływa wcale nie z portfela, a z lufy karabinu. MAGA ma przynajmniej Sturmabteilung których może w ostateczności użyć, a kogo Musk wyśle na ulice, te swoje autonomiczne meleksy na baterie?

  84. „A w produkcji takich np rakiet przeciwlotniczych albo amunicji 155 mm Europa nadal jest w lesie.”

    Nie żebym zaprzeczał ale za obronę plot USA odpowiadają głównie zdaje się rakiety produkcji norweskiej (ok, w koprodukcji z Raytheonem).

  85. @rw

    „No ale nie pokonamy ani USA, ani Chin, ani Rosji szczepionkami na COVID albo lekami na otyłość. A w produkcji takich np rakiet przeciwlotniczych albo amunicji 155 mm Europa nadal jest w lesie.”

    Ale know how mamy (więc nie w inowacjach problem, również na tym polu). A i produkcja rapierów w UE/UK ponoć rośnie.

    Ile ten chiński sprzęt jest wart nikt, włącznie z Chińczykami, nie wie. To jest/było często rozwijane na bazie rosyjskich technologii, ile te super-hiper rakiety są warte pokazali Amerykanie i Izrael w Iranie i Wenezueli.

  86. @kot immunologa
    To prawda, biotech i branża farmaceutyczna nadal świeci na zielono, a także, na szczęście, nieźle stoją firmy zbrojeniowe (Thales, Kongsberg, MBDA, Dassault, Rheinmetall i kilka innych) co pozwala mieć nadzieję, że przy odpowiednich pieniądzach na dłuższą metę przynajmniej nie będziemy militarnym zakładnikiem USA. O ile zapewnimy sobie niezbędne surowce.

  87. @kuba_wu

    Na zielono świecą również europejskie uniwersytety, a w USA jakby nieco mniej. Jasne, UE musi się ogarnać, ale to nie jest tak że nie mamy atutów.

  88. @bufory USA vs bufory UE

    „Under the US CLOUD Act of 2018, the US government can compel any US-based company to disclose any of its users’ data – including foreign governments – and this is true no matter where that data is stored. Last July, Anton Carniaux, Director of Public and Legal Affairs at Microsoft France, told a French government inquiry that he „couldn’t guarantee” that Microsoft wouldn’t hand sensitive French data over to the US government, even if that data was stored in a European data-center.”

    Cory Doctorow (z jego występu w Hamburgu), link: link to pluralistic.net

    Można się pocieszać, że Amazon czy Google nie chcą tracić klientów w UE w ramach jakichś pokazowych sankcji i będą lobbować przeciw nim, ale przecież ich nie stracą. Gdzie pójdą europejskie firmy mające kręgosłup IT oparty na AWS / GCE / Azure? Są godne pochwały inicjatywy typu EuroStack mające nas nieco uniezależnić, ale na chwilę obecną jesteśmy cyfrowo zależni zupełnie od USA.

    Doctorow w tym wystąpieniu proponuje szachowanie USA odwołaniem praw powstrzymujących przed robieniem tzw. jailbreak’ów np. w ciągnikach John Deere, czy w MacOS. Brzmi wspaniale, dopóki sobie nie zadajemy pytania o to, co się stanie jak AWS wyłączy na jakiś czas swoje usługi w Europie (albo w wybranych krajach). Obawiam się, że trzymamy w tym starciu bardzo słabe karty.

  89. „Oni [Musi, Tygiel itp.] raczej obalą Trumpa niż wejdą w coś takiego”

    No tak, chodziło oczywiście o Muska i Thiela, tylko cyberdebil wie lepiej.

    Jeszcze co do ostatnich wydarzeń, to posłuchajmy co The Don ma do powiedzenia: „Irak tym się różni od Wenezueli, że TYM RAZEM zatrzymamy ropę”. Kurtyna. Więc albo Trump nie wie, że większość tej legendarnej wenezuelskiej ropy to piaski bitumiczne (i dał się nabrać jakimś lobbystom), albo wie – i przed midtermsami będzie cynicznie używał hasła „szanowne państwo, dzięki mnie będziecie mieć tańsze paliwo na stacjach!”. Podobnie się rzecz ma z Grenlandią: jak trzeba będzie, to się ją zajmie – nie z wydumanych przyczyn geopolitycznych, tylko z powodu polityki wewnętrznej, ot tak po prostu, żeby pomachać szabelką (Putinowi po zajęciu Krymu poparcie wystrzeliło do 85%): „zobaczcie ile wam dałem, Amerika Stronk!”.

  90. @rw
    „A w produkcji takich np rakiet przeciwlotniczych albo amunicji 155 mm Europa nadal jest w lesie.”

    Co też Pan za herezje prawisz? Europejskie systemy oplot są akurat bardzo ok: naziemne SAMP/T, Iris-t, CAMM/CAMM-ER mające być środkowym piętrem Narwii, rakiety Aster 15/30 w różnych zastosowaniach, czy pociski pow-pow Meteor, które są biją wszystko co mają na samolotach Amerykanie (dopiero pracują nad czymś porównywalnym). Skala produkcji jest jeszcze za mała, jak zwykle, ale rośnie. To czego faktycznie brakuje, to systemy antyrakietowe. Co do 155 mm to też produkcja rośnie, jest już 1,4 mln, ma być 2 mln w 2027.

  91. @rapiery:
    Branża zbrojeniowa w US i europie jest współzależna. To oczywiście nie działa tak, że można coś zdalnie wyłączyć, ale ryzyko dla Europy – tak samo jak i dla USA jest, że po prostu przestanie się dostarczać części zamienne. I owszem, może się okazać, że F-35 przstana latać bo zabraknie części, ale wtedy też się może okazać, że Ambramsy przestaną strzelać, bo ich 120 mm działa to jest produkt na licencji Rheinmetall. Polecanka to film Peruna pt. czy Europa może sobie zrobić niezależną Armię i generalnie, w perspektywie 10-15 jest to do zrobienia. Ba, mało tego – generalnie sprzęt Europejski jest zwykle nowszy i nowocześniejszy od Amerykańskiego (bo jednak wiele firm robiących to samo przekłada się na większe innowacje). Problemem są oczywiście moce produkcyjne, ale to nie jest tak, że w tym temacie nic sie nie da zrobić.
    link to youtube.com

  92. @rw
    „Szybciutkie pytanie, co się stało z polską ludnością po zajęciu tych terenów przez ZSRR”

    Nie pisałem o polskiej ludności, tylko o tej, która za Polaków się nie uważała. Tych, którzy się z Polską samoidentyfikowali, był tam niewiele, może oprócz większych miast (Lwów).

  93. @carstein

    „I owszem, może się okazać, że F-35 przstana latać bo zabraknie części, ale wtedy też się może okazać, że Ambramsy przestaną strzelać, bo ich 120 mm działa to jest produkt na licencji Rheinmetall.”

    Zdaje się, że F-35 mogą przestac latać po obu stronach Atlantyku, bo 25% części powstaje w Europie.

  94. @SJ

    „Tych, którzy się z Polską samoidentyfikowali, był tam niewiele, może oprócz większych miast (Lwów).”

    No jak wywózki do Kazachstanu się skończyły, to faktycznie niewiele zostało.

  95. Chciałbym tylko nieśmiało przypomnieć, że wszystkie maszyny do litografii w zasadzie dowolnych chipów jakkolwiek współczesnej generacji są produkowane w Europie. Dodatkowo te maszyny wymagają stałej konserwacji, części zamiennych. ASML jest faktycznym światowym monopolistą. Ciężko nawet podać przykład drugiego takiego monopolisty. Oszacowania jeśli chodzi o rynek EUV wahają się między 90% a 100% :). Bez tego serwisowania produkcja jakichkolwiek chipów czy to w USA czy na Tajwanie się skończy bardzo szybko.

  96. @pgolik
    „Brytyjczycy odblokowali Ukraińcom możliwość atakowania rakietami Storm Shadow celów dalej od frontu to każdą jedną podpinali pod kompa”

    U Toma Coopera wyczytałem, że to nawet nie jest „odblokowanie Ukraińcom” – to jest tak, że Ukraińcy wskazują Brytyjczykom cel, a ci może się zgadzają, a może nie (w każdym razie, nie dają tego Ukraińcom tak po prostu do zabawy).

  97. @embercadero
    „Kto miał niby się bronić”
    Tak, kresy w znacznej mierze były oczyszczone z wojsk oprócz KOP, ale chodzi mi o nastroje ludności za wyłączeniem osadników, urzędników, policjantów tj. tych, którzy dla obrony II RP mieli jakiś motyw. Kto funkcjonował w gospodarce naturalnej czy pracował fornalem u osadników, jak rodzice Leonida Krawczuka, korzyści z tego rządu/państwa za bardzo nie miał.

  98. @sj
    „Standard ten Putinowi nie zadziałał, bo sądzę, że kasa na kupienie szefów armii i służb do zainteresowanych nie dotarła, toteż już na samym początku wszystko to się posypało.”

    Sądzę, że ma pan absurdalną skłonność do pomijania sprawczości samych Ukraińców. Nie władz, tylko jakiegoś Danyło Whateverenki ze strzelbą myśliwską i mołotowem.

  99. @sj
    „Tak, kresy w znacznej mierze były oczyszczone z wojsk oprócz KOP, ale chodzi mi o nastroje ludności za wyłączeniem osadników, urzędników, policjantów tj. tych, którzy dla obrony II RP mieli jakiś motyw. ”

    Po pierwsze, dostali rozkaz żeby się nie bronić. Po drugie, wkroczenie Sowietów było zaskoczeniem, niektórzy się łudzili, że wkroczyli jako sojusznicy, walczyć z Niemcami.

  100. @Juliusz Kopczewski
    „ASML jest faktycznym światowym monopolistą.”

    Owszem, jeszcze są, ale obawiam się, że to już długo nie potrwa. Choć może powinienem się cieszyć, przynajmniej karty graficzne stanieją..?

    Chiny już na początku 2025 skonstruowały pierwszy prototyp swojej maszyny do litografii EUV. Szacuje się, że na faktyczne linie produkcyjne mogą one wejść w latach 2028-30. Ja jestem jednak otwarty na zakład, że stanie się to szybciej.
    link to reuters.com

  101. Przy całej mojej wiedzy o wszelkich krzywdach jakie 2RP uczyniła Ukraińcom to jakoś nie chce mi się wierzyć w ten ich entuzjazm do armii czerwonej po Hołodomorze. Na kilometr śmierdzi mi to stalinowską propagandą. Obojętność może i tak, ale w entuzjazm nie uwierzę. No i zdecydowana większość mężczyzn w wieku poborowym była już na wojnie, kto miał się niby bronić, szczególnie że nawet wojsko miało rozkaz by się nie bronić?

  102. @Luca
    AMSL robił R&D przez 20+ lat żeby dojść tam gdzie jest. Przy EUV głównym problemem jest moc światła docierającego do faktycznie naświetlanej powierzchni. Między innymi ze względu na fundamentalne ograniczenia, ASML odrzucił metodę produkcji EUV wykorzystywaną w chińskim prototypie z 2025 roku. Pierwszy EUV prototyp ASML powstał w… 2006 roku.

  103. @WO
    „Sądzę, że ma pan absurdalną skłonność do pomijania sprawczości samych Ukraińców. Nie władz, tylko jakiegoś Danyło Whateverenki”

    Nie będę się tu upierał, ale myślę, że gdyby, jak w Caracas, Putin zdążył całą sprawę załatwić w 24 godz., Danyło Whateverenko po prostu nie zdążyłby z koktajlem Mołotowa.

  104. @sj
    „gdyby, jak w Caracas, Putin zdążył całą sprawę załatwić w 24 godz.”

    A gdybym miał miliard, byłbym miliarderem. Do „załatwienia sprawy jak w Caracas” trzeba mieć dobre samoloty i helikoptery, a nie ruskie barachło. Oni przecież PRÓBOWALI zająć Kijów desantem.

  105. @Luca
    Plus jeszcze jest kwestia optyki produkowanej przez Zeiss. W tym samym artykule z Reuters można wyczytać:

    „China’s prototype lags behind ASML’s machines largely because researchers have struggled to obtain optical systems like those from Germany’s Carl Zeiss AG, one of ASML’s key suppliers, the two people said.”

    I nie zanosi się wcale, że ktoś będzie w stanie zastąpić Zeiss w kwestii optyki EUV.

  106. @Juliusz Kopczewski
    „AMSL robił R&D przez 20+ lat żeby dojść tam gdzie jest.”

    Nie wątpię i bynajmniej nie twierdzę, że to jakaś bułka z masłem. Niemniej kto powiedział, że Chińczycy robią teraz całą technologię od zera? Pytanie brzmi raczej „jak bardzo są w stanie wzorować się na sprzęcie ASML?”. Czyli czy mają jakieś egzemplarze / elementy do „reverse engineering”, czy tylko dysponują ludźmi dobrze zaznajomionymi z tą technologią? Bo wszelkie środki będą mieli do dyspozycji i nakładów na pewno nie zabraknie. EUV to aktualnie ich największa słabość w stosunku do zachodu pod względem produkcyjno-technologicznym.

  107. Ja byłbym sceptyczny co do zdolności Chin do masowej produkcji jakichś superbajerów. To jest jednak ciągle komuna, nawet jeśli w fazie NEPu, która zresztą jakby się kończy. W tym systemie po prostu nie da się robić takich rzeczy na szerszą skalę.

  108. @embercadero
    „Obojętność może i tak, ale w entuzjazm nie uwierzę”

    Nie entuzjazm, tylko obojętność, a ona wystarczy, jeśli chodzi o brak motywacji do obrony zbrojnej.
    Chociaż… pewna część miejscowych mogła się cieszyć, bo kiedy Kleeberg szedł z Polesia pod Włodawę,
    w niektórych zabużańskich wsiach nie można było się zatrzymać z powodu groźby śmierci swoich żołnierzy.
    Nienawiść do II RP jak najbardziej mogła mieć miejsce.

  109. @Luca
    W dłuższej perspektywie to ciężko cokolwiek przewidzieć. Do 2030 można przypuszczać, że dawno już będą w volume production kolejne generacje maszyn: High-NA EUV. W dłuższej perspektywie można mieć nadzieję, że Europa również zrobi coś w kwestii wyższej samowystarczalności w niektórych dużo prostszych do nadgonienia dziedzinach: np. surowców albo infrastruktury sieciowej, gdzie żadne ultra-zaawansowane R&D nie jest potrzebne tylko wola polityczna.

  110. A czy nie można całego tego ASMLu wraz z obsługą oskarżyć o dostarczanie dikocianu beta-fentanylu monosodowego złym ludziom, po czym uprowadzić wraz z osprzętem technicznym i dokumentacją, i kazać im robić wtryskarki do czipów tylko na użytek NS-Grossamerika (z obietnicą, że za wierną służbę kiedyś może ich się ułaskawi, czy coś w tym stylu)?

  111. @SJ

    Przepraszam, że tak bezpośrednio, ale piszesz rzeczy o niewielkim stopniu pokrywania się z rzecyzwistością. Na miarę przyrządu do świecenia w uchu made in USSR (nie wejdzie do ucha, ale też nie świeci).

    „Nie będę się tu upierał, ale myślę, że gdyby, jak w Caracas, Putin zdążył całą sprawę załatwić w 24 godz., Danyło Whateverenko po prostu nie zdążyłby z koktajlem Mołotowa.”

    To dziwne przekonanie, bo jakby wojna ukraińsko-rosyjska trwała wtedy od ośmiu lat. Donbas się kłania. I jak najbardziej od pierwszych godzin pełnoskalowej inwazji siły putinowskie napotykały na opór zarówno zbrojny jak i bierny.

    „Na Kresach z miejscowej ludności walczyć z Armią Czerwoną nie chciał prawie nikt, a np. w zdobyciu Grodna pomogli jego mieszkańcy.”

    Nie żeby coś, ale Grodno to właśnie było jedno z tych miast, gdzie stawiono czynny i kosztowny dla Sowietów opór. Na „prawej że aż łysej” stronie sceny (pseudo)historycznej podnosi się jakieś pojedyncze przypadki dezercji z WP i innych formacji polskich na stronę przeciwnika czy dosłownie pojedyncze przypadki wystąpień mniejszości narodowych i lokalnych komunistów, ale skala tego była żadna.

    Dosłownie, żadna. Mniejsza od niesławnej bydgoskiej krwawej niedzieli (czyli ponoć ktoś gdzieś strzelał do naszych, ale szybko go nasi zabili). Postawę ludności Kresów Wschodnich do RKKA najlepiej obrazuje przełom czerwca i lipca ’41, gdzie faktycznie do czerwonoarmistów strzelano na teoretycznie niezagrożonym zapleczu (co znajduje dosyć szerokie odzwierciedlenie nawet w zwykłej literaturze wspomnieniowej z omawianego okresu – polecam „Byłem sołtysem w latach okupacji” J. Chusteckiego. Fascynujący przykład jak cenzura starała się toto pokryć wciskając na chama wyświechtane bzdury o „niemieckich spadochroniarzach na tyłach”).

    „Kto funkcjonował w gospodarce naturalnej czy pracował fornalem u osadników, jak rodzice Leonida Krawczuka, korzyści z tego rządu/państwa za bardzo nie miał.”

    A mimo to w polskich mundurach we wrześniu 1939 walczyło 110 tysięcy Ukraińców (Rezmer, zdaje się). Postawa w większości wypadków poprawna lub pozytywna, bardzo duży odsetek trafił do niewoli.

    „Dlatego 17 września 1939 można oceniać inaczej niż w kontekście agresji.”

    Oczywiście! Tak samo można mieć pewne wątpliwości, czy 22 czerwca 1941 roku można oceniać inaczej niż w kontekście agresji. Bo tak:

    – całkiem spora liczba wojska sowieckiego poszła do niewoli bez oddania strzału,
    – zarówno w liczbach bezwzględnych jak i odsetkowych jeńcy radzieccy dali bardzo dużo hiwisów i innych kolaborantów na usługi Rzeszy,
    – słynne „strzały z dachów” do cofających się oddziałów na „własnym” terenie to jednak raczej lato 1941 roku.

  112. @wo
    „Do „załatwienia sprawy jak w Caracas” trzeba mieć dobre samoloty i helikoptery, a nie ruskie barachło. Oni przecież PRÓBOWALI zająć Kijów desantem.”
    Nie żebym się zgadzał z kolegą SJ, ale to akurat nie helikoptery i samoloty zawiodły przy desancie na Kijów. Rosjanie tam dolecieli, zrzucili spadochroniarzy, nawet zdołali zająć lotnisko Antonow (Antonowa? Nie znam nomenklatury, sprawdzałem angielskie wpisy). Ale potem zostali powstrzymani i odrzuceni.
    A było to możliwe dlatego, że Ukraińcy chcieli walczyć przez cały czas i nawet przy pewnych sukcesach Rosjan nie poddawali się. Byli dobrze przygotowani jeszcze zanim nastąpił atak, mieli dobre wyposażenie, ale co równie istotne, mieli wysokie morale i chęci do obrony.

    Zbrodnie w Buczy też były możliwe dlatego, że Rosjanie tam dotarli.
    Zdecydowanie SJ nie docenia sprawczości Ukraińców, którzy byli gotowi dużo poświęcić by obronić swój kraj. Putin bardzo chciał „załatwić sprawę jak w Caracas”, ale nie zdołał się przebić. Zresztą atak na Kijów nie był jakimś odizolowanym incydentem, tylko eskalacją konfliktu który tlił się od 2014 (plus wszystkie historyczne zaszłości, Rosjan może lubią w Afryce albo Ameryce Południowej, ale w naszym regionie prawie nikt nie pała do nich sympatią ani nie ufa).

  113. @kmat
    „To jest jednak ciągle komuna (…). W tym systemie po prostu nie da się robić takich rzeczy na szerszą skalę.”

    LOL. No tak, oni tylko podrabiane trampki są w stanie robić, a hegemonem eksportowym i naukowym liderem to zostali tylko psim swędem i przez liczebność populacji.
    1. link to nature.com
    2. link to aspistrategist.org.au

    Rozumiem, iż teraz mi napiszesz, że ja nie na temat, bo to nie produkcja bajerów na szerszą skalę?

    @Juliusz Kopczewski
    „W dłuższej perspektywie można mieć nadzieję, że Europa również zrobi coś w kwestii wyższej samowystarczalności w niektórych dużo prostszych do nadgonienia dziedzinach: np. surowców albo infrastruktury sieciowej, gdzie żadne ultra-zaawansowane R&D nie jest potrzebne tylko wola polityczna.”

    Nadzieja umiera ostatnia, ale jeśli nie będą to skoordynowane, zakrojone długofalowo i hojnie finansowane strategie, to kiepsko to widzę z naszą aktualną europejską klasą polityczną. „Jeśli ktoś ma wizję, to powinien iść do lekarza”, to teraz niemal motto naszych liderów.

    Co do technologii cyfrowych to jeszcze jestem w stanie się łudzić, ale w przypadku pierwiastków rzadkich? To się może wydawać prostacką sprawą, ale to nie są seksowne inwestycje, które obywatele przyjmowaliby z entuzjazmem, a trzeba by je finansować przez wiele lat i chyba zupełnie wyjąć z rywalizacji rynkowej, bo Chiny mogłyby je zgładzić w zarodku jednym kichnięciem.

  114. Można używać oklepanego określenia „lotnisko w Hostomlu” względnie „lotnisko »Antonow« w Hostomlu”, prowadzone przez przedsiębiorstwo «Антонов», po Olegu Antonowie, którego Ukraińcy najwyraźniej jakoś tam cenią, chociaż moskal link to en.wikipedia.org

  115. @Piotr Kapis:

    „Putin bardzo chciał „załatwić sprawę jak w Caracas”, ale nie zdołał się przebić.”

    Istotą załatwienia sprawy „jak w Caracas” jest właśnie brak przebijania się. Caracas to było:

    – splantowanie lokalnej opeelki zanim ta się zorientowała że się zaczęło plantowanie,
    – wysłanie faktycznie wyszkolonego, faktycznie gotowego na wszystko i faktycznie bogatego w różne drogie rzeczy Delta Force do rezydencji Maduro i wykorzystanie przewagi wyszkolenia i morale do zlikwidowania obstawy prezydenckiej pary.

    To nie jest kwestia tego, że putinowcy nie dysponują takim lub owakim helikopterem (bo nie dysponują, to pewne. Generalnie, jeżeli chodzi o sprzęt to co do zasady mają to, co miało ZSRR przed rozpadem, tylko starsze i bardziej zmurszałe z okazjonalnymi przypadkami pudrowania trupa modernizacjami). Nie dysponują zwyczajnie siłami specjalnymi o takim poziomie wyszkolenia i morale by ich rzucić w głąb nieokupowanego terytorium i wykonają zadania. A nawet jakby dysponowali – nie dysponują siłami powietrznymi do realizacji zadania „zgaszenia” wrogiej obrony przeciwlotniczej w taki sposób, by siły mające za zadanie porwanie celu doleciały w miarę w komplecie.

    Dodając do tego takie najzwyklejsze zgranie i zaufanie między poszczególnymi żołnierzami i jednostkami wojskowymi to ten. Hostomel się skończył jak się skończył, bo desant mający teren wstępnie opanować dotarł, ale „ci pozostali” zwyczajnie nie dowieźli swoich wkładów – ani czołówki pancerne nie dojechały kiedy miały dojechać, ani dalsze fale desantu nie dotarły. Specnaz przy NATO-wskich siłach specjalnych to takie dresiki handlujące trawką przy kokainowym kartelu z Medelin.

  116. @pk
    „ale w naszym regionie prawie nikt nie pała do nich sympatią ani nie ufa”

    …z wyjątkiem pana SJ, jak się zdaje.

  117. Pewną analogią do „załatwienia sprawy jak w Caracas” mogło najwyżej być zajęcie Krymu (bo już nawet nie tej części Donbasu) w 2014. Ukraina w 2022 to (na szczęście dla nas wszystkich) nie była Wenezuela 2026, ani Ukraina 2014, tylko putin o tym nie wiedział.

  118. @embercadero
    Które to są te pierwiastki rzadkie? Te które nie są gęste?

    Te, które poeta ma na myśli („które trudno znaleźć”, „które w złożach są rozproszone”, „które są lantanowcami, skandem albo itrem”, „które mają się symbolicznie kojarzyć z tematem wiersza”, „Masaj”).

  119. @ASML:
    Jak to mówił mój kolega, nie zostajesz dobrym stolarzem kradnąc faktury innego stolarza. Tak samo będzie z ASML – tego się nie da tak łatwo ukraść albo skopiować, bo to są lata doświadczenia i Chinom, nieważne ile pieniędzy rzucą i ile blueprintów ukradną, zajmie to pewnie dekadę zanim dotrą do poziomu, gdzie będą mogli wydajnie produkować to co TSMC robi dzisiaj. (jakbty to było takie proste, to każdy by mógł otworzyć 3 gwiadkową restaurację Michelin po przeczytaniu książki kucharskiej Gordona Ramseya).
    Kolejna polecanka: link to youtube.com

  120. @gammon
    „Te, które poeta ma na myśli („które trudno znaleźć”, „które w złożach są rozproszone”, „które są lantanowcami, skandem albo itrem”, „które mają się symbolicznie kojarzyć z tematem wiersza”, „Masaj”).”

    Dowcip kolegi Embercadero nie był taki zły, dostałby u mnie plusika za aktywność. Ta nazwa jest historyczna i nie używa się jej w prawdziwej chemii, gdyż okazało się, że nie są one aż takie rzadkie, jak się paru kolesiom wydawało dwa stulecia temu.

  121. @Michał Maleski
    „– wysłanie faktycznie wyszkolonego, faktycznie gotowego na wszystko i faktycznie bogatego w różne drogie rzeczy Delta Force do rezydencji Maduro i wykorzystanie przewagi wyszkolenia i morale do zlikwidowania obstawy prezydenckiej pary.”
    Owszem. I ja tam nawet napisałem – tylko pewnie skasowałem, bo mam tendencje do rozpisywania się – że w przypadku USA vs Wenezuela mieliśmy po stronie USA znaczną przewagę wyposażenia, wyszkolenia i pewnie również morale. Nawet jeśli niekoniecznie chciało im się ginąć za ciężką ropę, to przynajmniej ci żołnierze byli nieźle opłacanymi i docenianymi zawodowcami, a wojsko Maduro… cóż, nie wiem, ale nie obstawiam żeby było jakoś znacząco entuzjastyczne. Powiedzmy, że w morale mógł być remis.
    Natomiast w Rosja vs Ukraina, mieliśmy przynajmniej remis jeśli chodzi o sprzęt i wyszkolenie – powiedzmy, że ci desantowcy rzuceni do zajęcia lotniska to jakaś elita, a Ukraina broniła się siłami różnymi – a jeśli przewagę to raczej po stronie Ukrainy. Oraz znaczącą przewagę w morale, również po stronie Ukrainy.
    Ale uznałem, że skupię się na tym niedocenianiu ich sprawczości o którym pisał WO, bo to o nie się rozbija. Najlepszy sprzęt nie pomoże żołnierzom, którym się nie chce walczyć za cudzy majątek. Ale podobny sprzęt i wyszkolenie u żołnierza który ma za co walczyć daje sporo.

  122. @WO
    W Ytterby są nierzadkie! (no na serio to wiem, ale jako niedoszły chemik, niedoszły geolog etc. nadal używam nazw anachroniczno-historycznych typu „wodór in statu nascendi”).

  123. @carstein
    „nie da tak łatwo ukraść albo skopiować”

    Nawiasem mówiąc Chiny dosłownie próbowały podobnej strategii w przypadku TSMC – SMIC dosłownie hurtowo podkupiło kluczowe osoby z zespołu TSMC a jeszcze te osoby wyniosły ze sobą specyfikacje przemysłowych procesów i inne know how. I co? Okazało się, że wiedza, jak coś działa jest czymś zasadniczo różnym od wiedzy dlaczego, coś działa tak a nie inaczej. Prawdziwa przewaga polega w kompleksowej znajomości całej przestrzeni rozwiązań a nie w znajomości końcowej odpowiedzi. Można skopiować technologię 1-1 tak jak wygląda dzisiaj. Ale nie można ukraść instytucjonalnej wiedzy na temat tego, jak dalej ją rozwijać. Ta wiedza jest w przypadku ultra zaawansowanego R&D rozbita na zbyt małe plasterki.

  124. @Juliusz Kopczewski @carstein

    Podajecie sensowne argumenty, a ja mogę się oczywiście mylić. Ostatecznym testem będzie rzeczywistość w najbliższych latach.

  125. @jk:
    Obejrzyć ten polecany materiał (to jest dosłownie 18 minut) gdzie Thomas dokładnie o tym mówi – że jest przekonany, że chiński wywiad ukradł każdy kawałek dokumentacji z TSMC, ale nie przekłada się to na robienie chipów.

  126. @gammon
    „nadal używam nazw anachroniczno-historycznych”

    To jest nas takich dwóch w tym mieście, ja nadal mówię azotawy albo siarczyn, bo – jak mawiam – widziałem wiele etykiet z napisem „zawiera siarczyny”, a jeszcze żadnej „zawiera siarczany (IV)”.

  127. @gammon
    „W Ytterby są nierzadkie!”

    Natomiast serio, to nie chodzi o to, że nie ma ytru w Ytterby ani lutetu w Lutecji, tylko że nikt tam nie chce mieć huty, a Chińczycy się nie opindalają z pytaniem lokalsów o pozwolenie.

  128. @Piotr Kapis:

    Wiesz, nawet nie chodzi o to, czy żołnierz wierzy w sprawę, za którą może zginąć. On ma wierzyć, że jak według planu ma być ewakuacja środkiem X, to ten środek X faktycznie przybędzie.

    Delta Force łapiące Maduro najpewniej ufało, że „te drugie chłopaki od nas”, te od neutralizacji baterii przeciwlotniczych i tak dalej – wykonają robotę, a przynajmniej solidnie spróbują. Specnaz? No, może i ufają, ale raczej w stopniu ograniczonym. Patrz: prigożinada. Mijane garnizony udawały, że śpią. Czeczeński specnaz „utknął w korku”.

    Przywołano tu wcześniej inwazję Grenady. Drobnym epizodem była próba opanowania przez amerykańskich komandosów więzienia w Richmond Hill – nie wyszło, jeden helikopter został strącony. Tyle, że rozbitków z tego helikoptera niemal natychmiast zabezpieczył inny helikopter, a jeszcze trzeci ewakuował rozbitków. Być może to lekkie uprzedzenie z mojej strony, ale podejrzewam że w analogicznej sytuacji dla sił rosyjskich rozbitkowie raczej nie mogliby liczyć na zabezpieczenie i ewakuację.

  129. @WO
    Za mojej młodości np. kwasy tlenowe chloru i ich sole były trochę pokręcone nazewniczo (no może nie bardzo, ale trzeba to było zapamiętać), ale wytłumaczenie tego samego znajomym ludziom w nowomodnym żargonie (IUPAC?) to jest ponad ludzką możliwość.

  130. @Michał Maleski
    „Grodno to było jedno z tych miast, gdzie stawiono czynny i kosztowny dla Sowietów opór”
    Najpierw się z kolegą zgodzę. Oczywiście, Grodno broniło się dzięki WP przez dwa dni (jeśli dobrze pamiętam). W ogóle to miasto stawiło RKKA chyba najdłuższy opór w czasie „Polskiego pochodu”. Inne też się broniły, jak np. Pińsk, gdzie poniosła ona spore (jak na tę kampanię) straty.
    Dalej, była tzw. „białoruska” dywizja w WP, która była lojalna , byli lojalni Ukraińcy w WP.
    Ale te rzeczy wymienione wyżej nie mówią wszystkiego o ogólnych nastrojach na wschód od Bugu. A one były takie, że jeśli się miało zablokowane drogi awansu, czy w ogóle wyrwania się z nędzy, to miejscowy raczej nie przyjmował polskiej samoidentyfikacji, tylko ukraińską (bo np. chodził do cerkwi grekokatolickiej), białoruską lub żadną („tutejszy”).
    Natomiast pełna zgoda, co do postawy po 22.06.1941, tylko, że to miało miejsce po prawie dwóch latach rządów ZSRR!
    Wtedy mamy olbrzymie dezercje z RKKA, strzelanie „z dachów i okien” itd.
    „Skala wystąpień mniejszości była żadna”
    Nie zaprzeczę, nie potwierdzę, ale opozycja ludu wobec polskiego establishmentu miała miejsce jak najbardziej.
    „Donbas się kłania”
    Bez wątpienia wojsko ukraińsko było zmotywowane, i to w większym stopniu niż Rosjanie, ale chodziło mi o 24h operację, gdzie liczy się zdrada generałów/elit strony przeciwnej na rzecz interweniującego.

  131. @Luca
    „LOL. No tak, oni tylko podrabiane trampki są w stanie robić, a hegemonem eksportowym i naukowym liderem to zostali tylko psim swędem i przez liczebność populacji.”
    Otóż to. Totalitaryzm jest w stanie kierować masę środków w wybrane dziedziny, dzięki czemu czasem tworzy różne perełki na tle ogólnego dziadostwa. W kraju tak dużym jak Chiny to może być naprawdę masa środków. Ale ogólny obraz to dziadostwo.

    „Rozumiem, iż teraz mi napiszesz, że ja nie na temat, bo to nie produkcja bajerów na szerszą skalę?”
    Bingo. To jest jak sowiecki program kosmiczny. Do czasu pierwszy w świecie. Możliwy tylko dlatego, że totalitarny reżim skierował masę środków na ten cel. Ale ogólnie to było tam dziadostwo. Z tymi Chinami jest podobnie. Pchają masę środków w R&D, którego realnie nie potrzebują, wyniki tego są dość efektowne, ale jednak niezbyt efektywne.

  132. @WO
    „Z wyjątkiem pana SJ, jak się zdaje”
    Napisałem, że wejście Rosjan do Chersonia i Melitopola miało miejsce prawdopodobnie w rezultacie zdrady ukraińskich przełożonych, którzy odpowiadali za tamten odcinek, wg mnie na to samo również liczono, jeśli chodzi o lotnisko Hostomel i dalej desant w Kijowie. IMO motywacją do zdrady miały być dolary przekazywane przez FSB, nie prorosyjskość.

  133. @sj
    „wg mnie na to samo również liczono, jeśli chodzi o lotnisko Hostomel i dalej desant w Kijowie.”

    Wszyscy wiedzą że „na to liczono”, ale pan ma przedziwną skłonność do mylenia tezy „liczył że będzie miliarderem” i „jest miliarderem”. Ja to zaczynam wycinać, bo mnie to męczy.

  134. @luca, all

    Naprawdę lepiej nie lekceważyć Chin. W ciągu 10 lat zrobili to co ASML i pokrewnym zajęło 20.. W produkcji chipów są tylko parę lat za Zachodem – w sytuacji kiedy są objęci sankcjami, które miały za cel zaorać te gałąź gospodarki w Chinach.

    Jedyne czego naprawdę im brakuje to Zeiss, ale historia dowodzi, że o wiele łatwiej skombinować niektóre części zamienne niż całe maszyny.

    Jeśli chodzi o sprzęt sieciowy H to absolutny top, Cisco ich przegania ale za o wiele wyższą cenę. Europa nie ma tu nic poza wyborem komu dać się szpiegować. W połączeniu z kwestiami ekonomicznymi wybór nie jest oczywisty.

    Europejska motoryzacja leży i traci rynek światowy. Klasa średnia w Emiratach czy Ameryce Południowej sobie jeszcze kupi Porsche ze względów sentymentalnych, ale dzieci jeżdżą chińczykami.

    Europa ma szansę się obronić – zarówno ekonomicznie, militarnie jak i politycznie, ale wymagałoby to federalizacji i optymalizacji organizacji. Zwłaszcza w sferach militarnych – zarówno jeśli chodzi o przemysł jak i wojsko. Tylko, że wymaga to bolesnych i niepopularnych politycznie decyzji, które gracze zewnętrzni bezwzględnie będą niszczyć w zarodku.

  135. ogólnie to było tam dziadostwo

    Nie jestem pewien, czy np. badania Kapicy w zakresie fizyki niskich temperatur, odkrycie efektu Czerenkowa, odkrycie nanorurek węglowych przez Raduszkiewicza i Łukjanowicza (1952), btw zignorowane przez Zachód, zasługują na miano „dziadostwa”. W niektórych przypadkach komitet noblowski niekoniecznie by się z tym zgodził.

    Pchają masę środków w R&D, którego realnie nie potrzebują, wyniki tego są dość efektowne, ale jednak niezbyt efektywne.

    To się nazywa „badania podstawowe”. Tak powstała cywilizacja, którą znamy.

  136. @Gammon
    „Nie jestem pewien, czy np. badania Kapicy w zakresie fizyki niskich temperatur, odkrycie efektu Czerenkowa, odkrycie nanorurek węglowych przez Raduszkiewicza i Łukjanowicza (1952), btw zignorowane przez Zachód, zasługują na miano „dziadostwa”.”
    I co najświatlejszy ustrój z tymi badaniami zrobił? Co z nich wynikło?

    „To się nazywa „badania podstawowe”. Tak powstała cywilizacja, którą znamy.”
    W przypadku Chin to marnowanie pieniędzy. To jak z samochodami elektrycznymi Izera – w kraju, gdzie ciągle jeździ się niemieckim szrotem są naprawdę ważniejsze potrzeby.

  137. @kmat
    „W przypadku Chin to marnowanie pieniędzy.”

    Niby dlaczego? Co niby w kontekście Chin sprawia, że badania podstawowe to marnotrawstwo? Przecież to jest dużo bogatszy kraj niż nawet 10 lat temu. Wiadomo, że mają mnóstwo swoich problemów, np. uzależnienie gospodarki od przemysłu kosztem konsumpcji wewnętrznej, ale nie widzę jak akurat wycinanie nauki miałoby z tym cokolwiek pomóc. To jest kwestia woli politycznej i przyczyn tej woli politycznej a nie budżetu.

  138. @Michał Maleski
    „Wiesz, nawet nie chodzi o to, czy żołnierz wierzy w sprawę, za którą może zginąć. On ma wierzyć, że jak według planu ma być ewakuacja środkiem X, to ten środek X faktycznie przybędzie.”
    Ok, nie jest to coś z czym zamierzam polemizować. Najwyraźniej Ukraińcy w 2022 nawet jeśli mieli jakieś wąty do swoich polityków (jak my wszyscy), jednak wierzyli w swoje państwo i wojsko. Że ono jednak ma plany i nie odpuści, a żołnierze ufali swojemu wyszkoleniu i zaprawieniu. I dlatego Rosjanie nie byli w tej samej sytuacji co Amerykanie wlatujący do Wenezueli i nie mogli zrobić „tego co w Caracas”. Dlatego mimo pewnych sukcesów zostali zatrzymani i zmuszeni do odwrotu. To chyba coś w czym możemy się zgodzić, a co ktoś inny tutaj ignorował tworząc hipotetyczne scenariusze Rosjan korumpujących generałów i przejmujących władzę w 24h.

    @kmat
    „Otóż to. Totalitaryzm jest w stanie kierować masę środków w wybrane dziedziny, dzięki czemu czasem tworzy różne perełki na tle ogólnego dziadostwa. W kraju tak dużym jak Chiny to może być naprawdę masa środków. Ale ogólny obraz to dziadostwo.”
    Masz jakiś dziwny obraz Chin i ignorujesz fakt, że oni nie musieli wiele wymyślać. Zachód sam im oddawał technologie gdy outsourcował tam swoje manufaktury. Bo model JIT był tańszy.
    Znam ludzi którzy pracują nad przeróżnym sprzętem np. muzycznym, produkowanym w Europie, sprzedawanym na świat. Ten sprzęt nie może powstawać bez komponentów made in China i wystarczy że Chiny się spóźnią z partią albo akurat coś wykonają nie tak, żeby cała produkcja im stawała.
    Być może istnieją dziedziny w których Chiny nie będą w stanie dogonić zachodu bo nigdy nie dostały technologii a same jej nie wymyślą. Albo będzie ich to drogo kosztować. Ale mają wystarczająco wiele dziedzin w których doganiają albo przegoniły zachód, mają produkcję i zasoby. Oraz siłę polityczną jakiej EU brakuje.
    Dostrzeganie w nich tylko producentów trampków to spory błąd. Mówimy o kraju który różne rzeczy takie jak np. proch wynalazł na stulecia przed Europą. I tamtejszy autokratyczny feudalizm zupełnie im nie przeszkadzał. O kraju który potrafi przyznać „tak, my się na tym nie znamy a inni tak” po czym się od nich uczyć. Nie wszystko dadzą radę, ale wystarczy że będzie tego odpowiednio dużo.
    Jak wygląda kwestia tego co może Europa/USA a co Chiny widać było w pandemii, gdy wysypały się łańcuchy dostaw. Zachód miał problem bo JIT nie wyrabiał i trzeba było na wiele rzeczy czekać. Zanim dotrą z Chin. To my na nich obecnie polegamy, nie na odwrót.

  139. @Gammon no.82
    „To się nazywa „badania podstawowe”. Tak powstała cywilizacja, którą znamy”

    Lewacka cywilizacja śmierci, którą Ojczyzna Demokracji na szczęście planuje zaorać: link to livescience.com

  140. @załatwianie sprawy jak w Caracas

    „gdyby, jak w Caracas, Putin zdążył całą sprawę załatwić w 24 godz.”

    Takie gdybologiczne hipotetyzowanie trzeba by zacząć wcześniej, przed atakiem, na etapie rozpoznania wywiadowczego sytuacji w Kijowie/w Caracas. Bo niby dlaczego zakładać, że wywiad amerykański po rozpoznaniu w Kijowie (dokładniejszym np. ze względu na bardziej zaawansowany sprzęt) nie zdecydowałby, że ryzyko, iż się nie uda, jest zbyt duże, więc odpuszczamy, nie odpalamy helikopterów, czyli: ilość czynników mogących pokrzyżować plany w Kijowie wykracza ponad „x”, gdzie „x” = „aż tyle możemy nie ogarnąć” (bo nasi mogą gdzieśtam nie zdążyć, a oni mogą cośtam zdążyć), natomiast ilość tych czynników w Caracas jest poniżej „x”. Jeszcze Trump wszystkich stanowisk analityków w wywiadzie nie zastąpił swoimi ludźmi, nawet jeżeli już zastąpił ich szefów.

  141. No ale z tymi tankowcami to USA zrobiło co trzeba było zrobić. Punkt dla Slitherine.

  142. Ach Maduro co to mu Chavez pod postacią pticy powiedział, że ma zostać ojcem opatrznościowym narodu Wenezuelskiego…

  143. Szkoda że przy okazji nie zatopili albo przynajmniej nie pokiereszowali tego „krasnego aktiabra” który miał podobno tego tankowca bronić.

    Z drugiej strony: skoro on płynął do Rosji pusty, bo zawrócił bez wizyty w Wenezueli, to dlaczego tak gorliwie akurat tego gonili? Musi być w tym jakieś drugie dno. Przecież to na pewno nie jedyny tankowiec odwiedzający Wenezuelę.

  144. @kmat
    I co najświatlejszy ustrój z tymi badaniami zrobił? Co z nich wynikło?

    Ależ pan chyba gwałtownie zmienia temat? Pańska teza brzmiała, że radzieckie badania naukowe to „dziadostwo”. Kwestia, co z tym zrobił taki czy inny ustrój, jest nie na temat.

    W przypadku Chin to marnowanie pieniędzy.

    Och, sporo ludzi szczerze wierzy, że jakiekolwiek badania podstawowe to marnowanie pieniędzy. Przecież ich efektem nie jest produkcja innowacyjnych pocisków samonaprowadzających albo pralek automatycznych.

  145. Jedyna nadzieja w midtermsach, niestety coraz bardziej wątła. W Minneapolis funkcjonariusz ICE wczoraj zastrzelił kobietę – białą, z klasy średniej, z obywatelstwem – po czym spokojnie oddalił się z miejsca zdarzenia. Cały czas rośnie grupa ludzi, którzy będą mieli bardzo dużo do stracenia w przypadku zmiany reżimu.
    Potrzebny jest decoupling wszystkiego wszystkiego europejskiego od USA. Zaczynając od chmur obliczeniowych.

  146. @amatill
    „W Minneapolis funkcjonariusz ICE wczoraj zastrzelił kobietę – białą, z klasy średniej, z obywatelstwem – po czym spokojnie oddalił się z miejsca zdarzenia.”
    Mało, dochodził do siebie w szpitalu po „brutalnym” ledwo otarciu przez odjeżdżający samochód tej kobiety, ale i tak okrzyknięto to wewnętrznym terroryzmem („act of domestic terror”):
    link to youtube.com

    Takie zajścia otwierają oczy nawet lokalnym prawicowcom i mało kto utrzymuje swoje poglądy po przekonaniu się o tym jak to wygląda we własnym sąsiedztwie. Źli są zawsze jacyś abstrakcyjni migranci gdzieś daleko, ale już nie ci we własnej okolicy. Przez ostatni rok ICE zastrzeliło już przynajmniej 14 osób.

  147. @Juliusz Kopczewski
    „I co? Okazało się, że wiedza, jak coś działa jest czymś zasadniczo różnym od wiedzy dlaczego, coś działa tak a nie inaczej. Prawdziwa przewaga polega w kompleksowej znajomości całej przestrzeni rozwiązań a nie w znajomości końcowej odpowiedzi. Można skopiować technologię 1-1 tak jak wygląda dzisiaj.”

    I z tym kopiowaniem bym się nie rozpędzał, bo co z tego, że widzą: o, zwierciadła Zeissa! Nanometrowa dokładność, ekstremalnie wysoka refleksyjność, niewyobrażalnie precyzyjne sterowanie – ale, cholera, jak to zostało zrobione? Z tego co piszą, to ten chiński prototyp to frankenstein, zbudowany głównie z jakichś części od starych maszyn ASML lub zapasowych, pozyskanych tu i ówdzie, który jak dotąd nie wyprodukował ani jednego czipa. Mimo że mają ponoć iluś podkupionych emerytów z ASML, miliardowe fundusze i najwyższy protektorat. Co nie znaczy, że nie skopiują w końcu.

  148. Tymczasem Trump postanowił zająć się własnym sektorem zbrojeniowym i zakazać firmom wykupywania akcji i wypłacania dywidend. Hegseth ma sprawdzić które firmy tak robią jednocześnie nie wywiązując się z kontraktów, potem firmy będą miały dwa tygodnie na plan naprawczy albo Pentagon sam podejmie kroki.
    Czyli państwo postanawia wpakować się do sektora prywatnego i przejmować zarządzanie, bo kapitalizm ma swoje wady. No kto mógł przypuszczać? Czy to jest ten moment, w którym totalitaryzm może wpakować olbrzymie pieniądze w jakąś dziedzinę (budżet wojskowy na przyszły rok zwiększają znacznie), ale poza tym dziadostwo?

  149. @Piotr Kapis
    „Tymczasem Trump postanowił zająć się własnym sektorem zbrojeniowym i zakazać firmom wykupywania akcji i wypłacania dywidend.”

    W normalnych okolicznościach można by to nawet pochwalić, zważywszy na to, że wykupywanie własnych akcji było kiedyś zakazane, a Pentagon oblał już 8 audytów z rzędu:
    link to truthout.org

    …ale niestety jak piszesz: „Czy to jest ten moment, w którym totalitaryzm może wpakować olbrzymie pieniądze w jakąś dziedzinę?”

    @vvaz
    „Minnesota to niebieski stan. Nic tam nie tracą.”

    No jasne, przecież od początku nacelowują działania ICE na duże miasta, żeby prowincja mogła napatrzeć się wyłącznie w mediach i z odpowiednio spreparowaną narracją (+ oczywiście europejscy faszole).

  150. @Luca

    „No jasne, przecież od początku nacelowują działania ICE na duże miasta, żeby prowincja mogła napatrzeć się wyłącznie w mediach”

    Nie od początku: link to newsweek.com

  151. Jeśli gospodarz mnie nie zgładzi za dwa posty z rzędu, to nieśmiało pozwolę sobie dodać jeszcze to:
    „Joe Lonsdale, a co-founder of Palantir, agreed with a post on X calling for the extermination of 'commies,’ replying 'Exactly.’ Lonsdale added, 'What did you think founding Palantir was supposed to be about?'”

  152. @VVAZ
    Raczej idzie o to, że jeśli jesteś „umoczony” w poważnym przestępstwie, to masz motyw by użyć siły i nie dopuścić do rozliczeń.

  153. @kuba_wu
    „I z tym kopiowaniem bym się nie rozpędzał”

    Oczywiście, w przypadku perfekcyjnego zwierciadła, wyobrażam sobie, że reverse engineering kompletnie rozkłada ręce. Pewnie paradoksalnie jakby było niedoskonałe w jakiś konkretny sposób, to można by z tego coś wyczytać. W przypadku historii SMIC vs TSMC oni mieli dostęp nie tylko do produktu końcowego, jak również do wewnętrznej dokumentacji procesów. I *nawet* to nie wystarczyło. W przypadku gonienia ASML, można sobie wyobrażać, że Chińczycy też próbują mieć dostęp do tej wewnętrznej dokumentacji. Dobra wiadomość jest taka, że nawet gdyby im się to udało, to jak widać z historii, niczego to nie przesądza.

  154. Przepraszam jeżeli się wbijam od czapy, ale interesuje mnie jak znajdujecie wyjaśnienia działań Trumpa dostarczane przez Michaela Wolffa – autora „Fire and Fury”. Słucham podkastu „Inside Trump’s Head” (kanał Daily Beast).

  155. @mr
    „Przepraszam jeżeli się wbijam od czapy, ”

    Wybaczam, ale jeżeli pan zadaje takie pytanie, uprzejmość wymagałąby streścić to wyjaśnienie w paru zdaniach. Nie oczekuje pan chyba po mnie, że będę teraz godzinami słuchać jakiegoś nudziarza, żeby się dowiedzieć, o co pan właściwie pyta?

  156. @kuba_wu
    „I z tym kopiowaniem bym się nie rozpędzał”

    Swoją drogą, to jest ciekawy wątek w kwestii tego, co Europa byłaby w stanie zaoferować Chinom. W tym momencie oni już prawie niczego nie chcą kupować, a niemal wszystko są w stanie sprzedawać taniej od Zachodu. Główne wyjątki to komercyjne samoloty, zaawansowane maszyny produkcyjne i czipy, a więc rzeczy, które Europa akurat mogłaby dostarczyć.
    [Financial Times, „China is making trade impossible”].

  157. Mam pytanie do Gospodarza bloga.

    Ponieważ:
    1. Przychodzą tu (jak mi się wydaje) dość często osoby zajmujące się pracą dydaktyczną (sam Gospodarz jest wszak nauczycielem).
    2. WO jest (jak przypuszczam) raczej przeciwnikiem AI „w polu i w zarodzie”,
    to:
    1. Czy możemy zacząć już offtopik dotyczący sztucznej inteligencji?
    lub
    2. Czy pojawi się za niebawem wpis o tym jak zmienia się i zmieniać się będzie edukacja pod wpływem AI?
    Bo mam jedno trapiące mnie pytanie. I na jednej odpowiedzi (nie tylko od pedagogów) zapewne się nie skończy.

  158. @fieloryb
    Protestuję, niedawno była o tym notka. A sam temat wydaje mi się nudny jak podkast o piłce nożnej.

  159. @ badania postawowe, tiechnika i inne takie

    Ludzie z Zeissa z którymi trochę rozmawiałem (wprawdzie z innego działu – wdrożeniowcy od mikroskopii skaningowej laserowej, nie magicy od litografii, ale ludzie rozsądni, z doktoratami, 30+ lat doświadczenia i odp. poziomem wiedzy) mówią, że Zeiss ma osobną jednostkę/osobny kampus służący do badań podstawowych tylko i wyłącznie, a pracujący tam naukowcy mają całkowity zakaz w ogóle dotykania jakichkolwiek problemów dotyczących technologii i metod, jakie będą planowane do wdrażania jako przyszłe produkty w przeciągu kolejnych N lat (nie pamiętam N = ile, może 2-3, może 5). I że nie jest to fanaberia albo kwiatek do kożucha, tylko inwestowane są w to poważne zasoby. Tym sposobem Zeiss produkuje różne b sprytne wihajtry, przykładowo ich airyscan – na pierwszy rzut oka, ot, zwykły superrozdzielczy konfokal, ma inżynieryjne rozwiązania z kosmosu w stosunku do konkurencji. I dodatku działa.

    Chiny w tym momencie dominują w niektórych dziedzinach biologii, albo są blisko dominacji. Niechaj się wypowie Immunolog o tych wszystkich płynno-błotnistych tematach, ja mogę powiedzieć, że w neuroscience są na absolutnym bleeding edge, a jeszcze 10 lat temu zdecydowanie nie byli (w tamtym USA dominowało niepodzielne, inicjatywa BRAIN Obamy wygenerowała kolosalne technologiczne postępy i posunęła dziedzinę do przodu; tymczasem Unia niestety skiepściła i umoczyła porównywalne co do skali pieniądze w Human Brain Project Markrama, z dużo słabszym rezultatem). Więc to nie jest tak, że badania podstawowe nic nie robią, po efekty pojawiają się i znikają powoly i trwa to lata (powiedzmy, decyzja Obamy z 2013 procentowała w latach dwudziestych).

    EU ma mimo wszystko potencjał (a szeroko patrząc, cała Europa ma takowy, bo jeszcze Szwajcaria swoje dokłada, a nawet, o zgrozo, UK, chociaż brexit ich pogrążył mocno). Wcale nie jest powiedziane, że następny frontier jak chodzi o postęp to nie będzie biologia, bo być tak może, i nie tylko zresztą na gruncie medycyny czy biomodyfikacji – chociażby ten wspomniany tu problem hut litu: to nie jest tak, że nie da się go rozwiązać wydajniej i taniej niż dwudziestowiecznymi prymitywnymi metodami fizykochemicznymi, ponieważ prace nad metodami biomineralizacyjnymi (najprościej mówiąc – wpuszczamy do basenu bakterie, bakterie aktywnie harvestują lit, zbieramy bakterie, mamy lit z wydajnością znacznie większą niż w/w techniki staroszkolne). Może z badań nad tymi technikami się urodzi coś wydajnego i skalowalnego, a może nie. Jeśli tak, to to będzie tak ulubiony przez wszystkich piarowców gejmczendżer.

    Duże inicjatywy działają. Jeśli problem jest ciekawy (a każdy graniczny problem biologii, fizyki, chemii etc. z definicji jest), to jak się rzuci sporą ilość złota i pozwoli nad nim pracować, to przyjdą ludzie i będą dłubać. I niech wtedy na 100 grup 90 nic nie udłubie specjalnie przełomowego, 9 wygeneruje przydatne techniki badawcze albo przełomowe prace, a ta jedna na sto zrobi coś, co za kilka kolejnych lat będzie równie krytyczne jak, no nie wiem, PCR, laser albo MOSFET. Uważam, że nóż na gardle i przekroczenie pewnych Rubikonów (typu, wspólny dług europejski na sfinansowanie takiej albo innej inicjatywy, co się de facto przecież właśnie w przypadku Ukrainy stało) dają w ogóle zalążek nadziei, że rozwój EU jest możliwy. Bo jak się przestaniemy na chwilę ekscytować bańką AI i tym jak to strasznie Europa została w tyle i ma zero innowacyjności w dziedzinie „nowoczesnych technologii” (czyli appek w klałdzie), to się okaże, że w tych innych dziedzinach, czy to energetycznych, czy materiałowych, czy biotech, to prawdopodobnie będzie rywalizacja EU vs Chiny wkrótce.

  160. „Swoją drogą, to jest ciekawy wątek w kwestii tego, co Europa byłaby w stanie zaoferować Chinom. W tym momencie oni już prawie niczego nie chcą kupować, a niemal wszystko są w stanie sprzedawać taniej od Zachodu.”

    Grozi chyba dłuższy wpis.

    Jak zwykle napiszę o tym, o czym trochę wiem, czyli o świecie akademickim. Może nie o historii ostatnich kilkunastu lat (która jest też ciekawa), ale o teraźniejszości. Otóż inwestycje w badania podstawowe w Chinach rozkręciły się już jakiś czas temu w najlepsze, przynajmniej w naukach ścisłych. Zmienia się z różnych przyczyn model: o ile wcześniej zwykle chodziło o ściąganie silnych fizyko/chemiko/matematyków, często chińskiego pochodzenia, z szeroko rozumianego Zachodu na kontrakty czasowe (np. wakacyjne) po to, żeby uczyli gromady magistrantów/doktorantów, tak teraz raczej stawia się na przyciąganie ludzi na stałe i oferowanie im doskonałych warunków finansowych oraz swobody naukowej. Przy czym, uwaga – warunkiem, często jak najbardziej sformalizowanym, zdobycia takich posad czy grantów (o pięknych nazwach typu `Thousand Talents Plan’ – to nawet na Wiki) jest kilka lat doświadczenia `zachodniego’. Kulturę uniwersytecką buduje się jednak dziesiątkami lat i samo sprowadzenie dwojga czy trojga geniuszy sprawy nie załatwia; wysyła się więc młodych ludzi na świat na lat pięć-dziesięć, a potem zachęca do powrotu sporą swobodą naukową i walizkami wonów. Oczywiście czasem to działa, czasem nie: z dwóch moich wybitnych chińskich doktorantów jeden wymyśla całkowicie abstrakcyjną matematykę w Harbinie (pracując w czysto teoretycznym instytucie założonym na najlepszej chińskiej politechnice – i nazwanym Institute of Advanced Study), drugi zaś w Karolinie Południowej.

    Jak będzie to wyglądało za kilkanaście lat, trudno stwierdzić, ale na razie naukowo kontakty z Europą są im nadal potrzebne jak powietrze. Co więcej, być może z uwagi na to, że perspektywa wymiany akademickiej ze Stanami nie wygląda zbyt stabilnie, rola Starego Świata zdaje się rosnąć. I tak na przykład niedawno pekińskie ministerstwo wiedzy wszelakiej zażyczyło sobie wzrostu współpracy z Polską. Efekt: mój instytut podpisze niedługo jakąś umowę na wymiany postdoków oraz na organizację konferencji (tu i tam) – finansowane całkowicie przez stronę chińską.

  161. @mcal
    „badania podstawowe w firmie Zeiss”
    „zakaz w ogóle dotykania jakichkolwiek problemów dotyczących technologii i metod”
    Czy Zeiss robi te badania podstawowe raczej samodzielnie (bo jest tak zaawansowany) czy też współpracuje z jakimiś uczelniami wyższymi?
    „badania podstawowe w UE”
    Dochodzą mnie głosy (i nie wiem, czy traktować je poważnie), że z tym w UE raczej kiepsko. Proszę o komentarz.

  162. @ zauroczeni/przestraszeni Chinami
    Chiny mają istotną przeszkodę w dalszym rozwoju.
    Cały model wychowania, tradycja, wzorce społeczne i edukacja są podporządkowane temu, aby się nie wyróżniać, nie kwestionować istniejącego porządku, nie podważać autorytetów, nie zadawać pytań itd. Pewnie nie wszyscy wiedzą, że na wyższych uczelniach w Chinach, studentom nie wolno dyskutować z prowadzącymi czy pytać. Mają słuchać i notować. Nic więcej.
    Dodając do tego brutalny totalitaryzm – otrzymujemy system, który ze swojej istoty jest antyrozwojowy. I jak w takiej rzeczywistości obalić układ heliocentryczny?
    Da się skutecznie produkować to co już wymyślono, a co zachód dostarczył do Chin na złotej tacy.
    Ale przy wysoko zaawansowanych technologiach nie wystarczy mieć urządzenie. Nie da się inżynierią odwrotną odtworzyć, a potem masowo produkować niektórych rozwiązań. Pewnie większość z was czytała o tym jak Chińczycy zepsuli maszynę ASML.
    Tym bardziej nie da się skutecznie rozwijać takich technologii.
    Na pewno możliwe są punktowe sukcesy – ale szeroko rozumiany rozwój badań ma kluczowe właściwości i cechy – całkowicie odmienne od realiów Chin.
    Dodatkowym aspektem jest chińska kultura pracy.
    Nikt spoza Chin nie jest w stanie długotrwale pracować w chińskich strukturach, bo ich istotą jest działanie w ramach istniejącego porządku + feudalne (wszędzie) zależności i hierarchie.
    5 lat spędziłem w Chinach zawodowo w sumie – odwiedzając kilkaset fabryk na przestrzeni wielu lat. Obserwuję ten kraj od 30 lat.

    @ nienietoperz
    To będzie dla Was ciekawe pole do obserwacji i konfrontacji tego o czym piszę z realiami Chin.

  163. Ano właśnie częścią walki z takimi problemami – w dużej części sobie uświadamianymi – jest planowe wysyłanie młodych naukowców na długie staże na Zachód, gdzie patrzy się na rzeczywistość akademicką wyraźnie inaczej.

    Bardzo trafne wydawało mi się wspomniane wyżej w komentarzach na blogu spojrzenie na nowoczesne Chiny jako na kraj zarządzany przez absolwentów politechnik i z politechniczną perspektywą rzeczywistości.
    O ASML zaś pisano wyżej dużo i fachowo, proponuję zajrzeć.

  164. @nienietoperz
    Systemowo wysyłanie na staże nie będzie skuteczne, bo jak taki przetransformowany naukowiec ma działać skutecznie w chińskich strukturach?
    Ale ważniejszy jest aspekt ludzki. Miałem raz do czynienia z Chińczykiem, który pracował w strukturach zagranicznych firm i zupełnie dobrze mówił po angielsku. Zdobyłem jego zaufanie(absolutny ewenement) i on zwierzył mi się (!), że trudno mu jest żyć w Chinach, kiedy zrozumiał i zobaczył realia, poprzez kontakt z ludźmi z zagranicy.
    I jedyną naszą wspólną konstatacją było to, że albo zagryzie zęby i będzie trwać, albo musi wyemigrować. To była moja najsmutniejsza relacja z człowiekiem urodzonym i wychowanym w Chinach – bo chyba byłoby lepiej, żeby nie dostrzegł realiów swojego kraju, a na emigrację nie ma szans. Wiem, że ciężko znosił perspektywę dalszego życia w Chinach.

  165. Anecdata od znajomego młodego akademika, informatyka z Eindhoven: Jeśli Chinczycy rozgryzą jak działają maszyny ASML, to ASML bardzo prosi o podzielenie z nimi tą wiedzą, bo oni sami do końca wszystkiego nie rozumieją.

    Może to PR mający uspokoić decydentów że nie należy ograniczać możliwości eksportu, ale jest w tym chyba ziarno prawdy. Te maszyny są ekstremalnie skomplikowane i zaawansowane technicznie, nieprzypadkowo nie ma konkurentów na świecie pomimo fantastycznej dochodowości.

  166. Pozwolę sobie, po dłuższej przerwie w komentowaniu, wtrącić kilka zdań o ASML, celem naprostowania paru tutejszych uwag o ich, bo wydaje mi się, że warto. Niedawno obejrzałem program przygotowany o nich przez Veritasium, gdzie pokazano te ich „maszyny”.
    Przewiją się w tutejszych komentarzach, że to lustra Zeissa są tym cudem techniki, które będzie bardzo trudno skopiować. Ale to są jednak wyroby Zeissa a nie ASML, więc jaka jest zasługa tej firmy oprócz tego, że zastosowała te zwierciadła?. Otóż mózg mi niemal eksplodował, jak pokazali w jaki sposób generują „światło” aby rzeźbić w tych krzemowych waflach nanometrowe tranzystory. W tej skali oczywiście normalnego światła się nie stosuje, potrzebne są promienie rentgena o dużej mocy. Normalnie takie „światło” uzyskuje się w synchrotronach, ale to są wielkie kolosy nie do zastosowań w komercyjnej produkcji. No więc co zrobiło ASML. W próżni (chociaż nie do końca, ale mniejsza z tym) specjalny generator wystrzeliwuje mikrokrople cyny z prędkością 250km/godz w ilości 50 000! sztuk na sekundę o takich samych wymiarach i w dokładnie takich samych odstępach, po czym impulsy laserowe strzelają trzykrotnie w każdą taką mikrokropkę. Trzykrotnie dlatego, że pierwszy impuls rozpłaszcza krople w kształt naleśnika, następny zamienia ją w gaz a trzeci, najsilniejszy, generuje jakby mikrowybuch „supernowej” w postaci promieniawania rentgenowskiego, które za pomocą wspomnianych luster skierowuje się na krzemowe krążki.
    I to właśnie, nawet w porównaniu do tych luster, jest ten wkład ASML, który wyda mi się nie do skopiowania.

  167. @fiat127

    Anecdata na anecdatę: ludzie są różni. Naprawdę poznałem zawodowo dość blisko powiedzmy kilku(nastu) Chińczyków, głównie w Europie, ale też podczas wizyt tam. Część z nich nie wyobraża sobie na stałe życia w Chinach, część poza Chinami, część działa bardzo indywidualistycznie, inni idealnie wpasowując się w system. Dyrektorem wspomnianego instytutu jest pochodzący z Chin obywatel (obecnie) Francji, doskonały i jak najbardziej pełen oryginalnych pomysłów uczony.

    Jak widać wspomniani absolwenci politechnik rozumieją, że
    a) badania fundamentalne są, jakby to ująć, fundamentalne;
    b) wciąż potrzeba uczenia się kultury naukowej ze Starego Świata;
    c) należy uważać na nisko latające kwantyfikatory: zdanie typu `wysyłanie na staże nie będzie skuteczne, bo żaden przetransformowany naukowiec nie będzie działać skutecznie w chińskich strukturach?’ jest najzwyczajniej fałszywe.

  168. @nienietoperz
    zaletą tego miejsca jest to, że nie tylko część komentujących uważnie czyta, ale również ładnie umie wskazać niedostatki argumentacji – brawo! bez ironii;
    ja zapewne jestem mało obiektywny – jako absolwent PRL-u, dostrzegałem dużo więcej niż moi koledzy/znajomi z zachodu = no nie jestem fanem Chin, to brutalny kraj, a realia biznesowe (czyli procesy mniej złożone od badań naukowych) – są bliskie tego co opisywał Dickens; i chyba za dużo czasu tam spędziłem

  169. @ fieloryb

    „Czy Zeiss robi te badania podstawowe raczej samodzielnie (bo jest tak zaawansowany) czy też współpracuje z jakimiś uczelniami wyższymi?”

    Robi i to i to, oczywiście. I nie tylko Zeiss, w segmencie biotech Roche, Boehringer-Ingelheim i inne duże firmy też robią i tak i tak. Mniejsze (typu Celon Pharma – nie-megakorpy) głównie to drugie: taki własny customowy kampus z oswojonymi naukowcami robiącymi wewnątrzkorporacyjny projekt Manhattan se kosztuje jednak i pieniądze i czas. Przynajmniej z tych, co miałem bezpośrednią styczność.

    „Dochodzą mnie głosy (i nie wiem, czy traktować je poważnie), że z tym w UE raczej kiepsko. Proszę o komentarz.”

    Szału ni ma, ale też pieniądze europejskie to jest jednak inna jakość, więc tragedii nie ma też. Mogłoby – powinno – być dużo lepiej, dużo więcej, w dużo bardziej skoordynowany sposób; no ale pokaż mi naukowca, który nie narzeka, że potrzeba dużo więcej pieniędzy na badania.

    Natomiast na gruncie ściśle polskim jest raczej marnie (na uczelniach) i tragicznie/agonalnie (PAN). Są problemy na poziomie „brakuje pieniędzy na media i pensje”. Te pieniądze np. 50mln którymi się MNiSW w zeszłym roku chwalił, że przekazał na instytuty PAN to pokryły zadłużenie wynikające z kosztów osobowych.

  170. @fiat127

    Ja te Twoje obawy rozumiem i podzielam, ale jednak wysokiej jakości wyniki naukowe w neurobiologii chińskie grupy badawcze dowożą, więc w najgorszym razie jest tak, że są jakieś wysepki względnej wolności naukowej, jakichś uzachodnionych w miarę relacji i faktycznie jest sprzęt, forsa i ludzie.

    Przy czym nie mam absolutnie żadnych złudzeń: nauki empiryczne to jest nawet w naszej jakże oświeconej Europie i nawet w dzisiejszych czasach wysokostresowe i toksyczne środowisko pracy (na co tu już nie raz jojczałem, nie wiem ile cierpliwości jeszcze Gospodarz ma dla tego tematu); z bardzo wysokim odsetkiem chorób psychicznych i nieustanną konkurencją. W takim złotym chińskim instytucie dla najlepszych musi to być posunięte do absurdów porównywalnych z opowieściami weteranów zapierdolu wyjeżdzających na post-doka do Stanów z późnego PRL/wczesnej 3rp (czyli kołchoz 14/7/365 i bezlitosna presja na wyniki).

  171. @mcal
    to są moje nieskrywane życzenia, żeby nie było tak różowo w Chinach;
    szczególnie że jako partner tenisowy gościa, który był instruktorem tenisa dla lokalnego chińskiego kacyka, w całkiem sporym mieście, byłem świadkiem, jak interesanci oddawali hołd lenny temu kacykowi, przynosząc dodatkową, oprócz kasy (?), pulę wyrazów wdzięczności w postaci dostarczonych do hali tenisowej – żywej gęsi, prosięcia oraz góry owoców = wszystko w praktycznych koszach; kacyk poprzez przybocznego/kierowcę umieścił podarki w bagażniku;
    albo kiedy mieszkańcy osiedla, gdzie mieszkałem, w dużym mieście na wschodnim wybrzeżu (najlepiej rozwinięty region/obszar Chin, najbogatszy itd.) – w łikęndy robili swoje pranie w otaczających osiedle kanałach; proceder stały, cotygodniowy, całkiem spora frekwencja (mam zdjęcia); woda w kanałach brudna tragicznie – jak to w Chinach; osiedle podłączone do wodociągów i kanalizacji, w łazienkach pralki; nie znalazłem nikogo, kto by mi wyjaśnił dlaczego tak robią;
    najbardziej nie nawidziłem powszechnego „obowiązku” wynoszenia zużytego papieru toaletowego – codziennie rano wszystkie panie (a jakże) wychodzące do pracy wędrowały do śmietników, wynosząc urobek dnia poprzedniego; podobno chodzi o zbyt mały przekrój rur kanalizacyjnych i to ma być remedium na zatykanie; bojkotowałem ten „obowiązek”, a każdym mieszkaniu przy przekazywaniu kluczy była to jedna z pierwszych ważnych informacji – pewnie mieli doświadczenie z nieogarniętymi obcokrajowcami;
    tak że są różne te Chiny

  172. Korzystając z koncentracji wiedzy na temat Chin w komciach chciałbym, jeśli gospodarz pozwoli, o rozwiązanie jednej zagadki z nimi związanej.

    W dużych miastach jak Szanghaj, Shenzhen jest bardzo mały ruch samochodowy. A mówimy o 20+ milionowych miastach gdzie intensywność zabudowy jest parę razy jak nie parędziesiąt razy wyższa. 30-piętrowy blok tam to jak u nas 5-piętrowy. Wiem, że są różnego rodzaju ograniczenia związane z zakupem samochodów. Np. tablice rejestracyjne (niebieskie) do samochodu ICE kosztują podobno paręnaście tys. dol. (cytuję z głowy, ale ten rząd wielkości). Ale z drugiej strony ten problem nie dotyczy elektryków, których tam na ulicach na oko jest >50%. Oczywiście i tu i tu jest bardzo rozbudowane metro. Ale znowuż wydawało mi się nie tak napchane jak np. w Londynie. Czy tam wszyscy od Covidu pracują teraz zdalnie? Mieszkają blisko pracy?

    Jak widać można wymyślać i wymyślać różne powody, ale nie znalazłem żadnego potwierdzonego wytłumaczenia. A pytać o to Chińczyków to jak pytać rybę o to, czy jej woda się wydaje mokra.

  173. @chińska innowacyjność
    Ja się zastanawiam jak to jest, że tak wielki kraj, druga/pierwsza gospodarka i fabryka świata, będący w czołówce technologicznej j naukowej, nie dał w ostatnich latach, ba, wiekach, ani jednego wynalazku pierwszej wody. Mam na myśli coś, co każdy byłby w stanie wskazać i nazwać, co realnie zmienia życie i świat, jak samochód, pralka, telewizor, komórka itd. I przez parę tysięcy lat chińskiej cywilizacji było tego sztuk parę zaledwie: papier, proch, porcelana, latawiec… tak po jednym na tysiąclecie. I czy to faktycznie efekt opisywanej obyczajowości.

  174. @Juliusz Kopczewski
    jaka praca zdalna? – żaden pracodawca nie ufa pracownikowi, który pracuje z domu;
    w biurze widać, kto pracuje; w Chinach jest tak niskie zaufanie + brutalny kapitalizm, więc praca zdalna to jest luksus dla nielicznych;
    ale są firmy, gdzie są np.elastyczne godziny pracy – można zaczynać w przedziale od 7-10; i odsiedzieć swoją pulę godzin;
    metro Szanghaj – nie zapchane??? to nie wiem skąd takie wrażenie; ono jest totalnie zapchane w godzinach porannych a potem późne popołudnie do wieczora;
    jest bardzo, ale to bardzo mocno wykorzystywane i potężnie rozbudowane -podróże autem przez korki, trwają dużo dłużej; auta teraz to jest coraz bardziej oznaka prestiżu i pozycji społecznej – szczególnie Pekin czy Szanghaj; no i są dostępne tanie, różne rodzaje taksówek – i te tradycyjne i takie na pół legalne – na skuterach;
    ciekawostka – prawa jazdy nie z Chin – nie są tam ważne – nie można prowadzić auta (bo np.drogowskazy często tylko po chińsku);
    ale – jak to w komunie – kiedy ktoś potrzebował korzystać samodzielnie z auta,
    to oczywiście znalazły się dojścia do policji, która potwierdzała zdanie egzaminu ludziom, którzy niemal/śladowo mówili po chińsku; oczywiście dotyczyło to ludzi z firmy prywatnej, która działała w Chinach od 25 lat – żadne korpo; a wpadka przy jeździe po alkoholu – żaden znajomości nie pomagały – zabierali dokument na długo,
    bo alkohol to tam sprawa polityczna – nikt nie będzie ryzykował

  175. Od ostatniego czasu nabierałem wrażenia, że lewica do reszty już zwariowała i nie istnieje już żaden głos rozsądku, więc specjalnie się zalogowałem, żeby powiedzieć: dziękuję. Ten rok i ten świat może jeszcze nie jest stracony.

  176. @kuba_wu
    przez ostatnie 200 lat (19 i 20 wiek) Chiny to był bardzo zacofany kraj, bez znaczenia politycznego i podmiotowości + prawie 100 lat miały tam miejsce wojny (głównie domowe) – niezwykle brutalne i okrutne – spalono do gołej ziemi niemal wszystkie zabytki (oprócz muru) – bo w większości były z drewna; to co oglądamy dziś to są rekonstrukcje;
    proch/porcelana – to przykładanie współczesnych sposobu widzenia i oceniania świata do feudalnej struktury sprzed kilkuset lat/kilku tysięcy lat.
    Nie – to nie jest dowód na genialność Chińczyków.
    A 30 lat temu – Chiny były bardzo biedne – jedyne auta osobowe, zresztą niemal wyłącznie taksówki, to to były VW jetta – z przeniesionej z Niemiec, zamkniętej linii produkcyjnej; na prowincji – żadnych aut, nieliczne motocykle – rowery, rowery, rowery – nawet do transportu prefabrykatów na budowę – widziałem taki transport – potrzebne były 4 rowery – na każdym rogu ogromnego betonowego prefabrykatu; to były czasy, kiedy Chiny eksportowały: koszulki bawełniane, trampki, termosy, pióra wieczne i atrament oraz harmonijki ustne;
    to jest poziom z którego startowali;
    na razie cały rozwój jest oparty o podane na złotej tacy know how z zachodu;
    tak jak np. szybkie koleje – gdzie konkurowały ze sobą na przemiennie Alstom i Siemens, ale po latach okazało się, że jednak pociągi to nie jest tak mocno skomplikowany tema, żeby mając wszystkie dane, zero problemów z karami za wykorzystywanie patentów – Chińczycy nie mogli sobie zrobić pociągów sami;
    bo pewnie nie wszyscy wiedzą, że aby stworzyć firmę produkcyjną, warunkiem była wspólna firma z chińskim partnerem (przez długie lata to było państwo chińskie), a kolejnym warunkiem koniecznym było pełne i nieograniczone udostępnienie dokumentacji technicznej i technologicznej; zachodni inwestorzy dodawali w pakiecie wiedzę, doświadczenie i procedury dotyczące procesów produkcji i kontroli jakości; dlaczego Chińczycy mieli się trudzić w wymyślanie, skoro dostawali gotowce oparte o wieloletnie doświadczenia i wielopokoleniową wiedzę? i kto miałby to robić? skąd kadry i wiedza?
    ntb – co światu dali pożytecznego Rosjanie? bo oprócz kałasznikowa (jakże wymowne), to jednak jestem z pokolenia, gdzie istniał dowcip: ZSRR krajem najszybszych zegarków na świecie;

  177. @Juliusz Kopczewski
    >Gdzie oni są, ci Chińczycy?

    Ta kwestia rozgrzewa internety. Ilu ich jest i ilu zmarło na covid?
    Jedno jest pewne: w oficjalne statystki nie wierzy nikt. A teorie są najróżniejsze.

    Ilu ich jest?
    A raczej, o ilu mniej niż podają władzę. Od setek milionów mniej (raczej fantastyka), po 100-150 mln mniej (całkiem poważni profesorowie).

    Ilu zmarło na covid?
    To samo, od dziesiątek do setek milionów.

    Wśród argumentów: widoczne wyludnienie miast po covidzie, krematoria pracujące na 500% normy w pandemii, spożycie soli mniejsze o jedną czwartą czy ubytek 30 mln abonamentów komórkowych. Albo że Chiny nocą świecą słabiej niż powinny.

    Jedno wideo poglądowo, takie bardziej pośrodku. Chcecie, wierzcie…

    link to youtube.com

  178. @ kuba-wu
    Co nam dali Chińczycy innego niż „papier, proch, porcelana, latawiec”?
    Otóż przeczytalem kiedyś taką książkę „Wielki miareczkowanie” Johna Needhama, w której autor opisywał historię związków między technologią europejską a chińską, głównie średniowiecze i wczesna nowożytność. Opisywał szczegółowo, ale odpowiedż wychodziła z tego bardzo prosta: wszystko.
    Oczywiście po podbiciu w XVII wieku Chin przez małpoludy (porównując poziomy cywilizacyjne) badania tam nieco podupadły.

  179. No nie wiem, po przeczytaniu notki raczej mi się wydaje, że Iran może spać spokojnie, a niedoszła ofiara zamachów niekoniecznie.

  180. @ fiat127

    „co dali światu Rosjanie”

    Sputnik, tokamak, tę taką zabawną tablicę z pierwiastkami co wisi w sali od chemii, sporo ważnej matematyki (Markow, Kołmogorow, a zresztą kol. nienietoperz jest tu osobą kompetentną). Bardzo mało ZSRR wniosło do biologii – i zrobili to absolutnie na własne życzenie, znowu przez dużoskalowe decyzje: zainwestowali w łysenkizm.

  181. Fragment bieżącego wpisu na blogu:
    „Potępiając oczywiście Trumpa za bezczelne złamanie prawa międzynarodowego muszę jednak przyznać, że mnóstwo radości sprawiło mi obserwowanie frustracji Rosjan”
    Być może jestem (z powodu mojego pesymizmu) jednym z ostatnich, który to zauważa, ale mam wrażenie graniczące z pewnością, że rosjanie już nie wygrają. Możliwy jest – jak mi się wydaje – remis (ze wskazaniem na jedną ze stron). Dowodów nie mam, są znaki:
    1. Ślimacząca się od miesięcy kampania z brakiem ZNACZĄCEGO sukcesu po dowolnej ze stron.
    2. Po raz pierwszy, oficjalnie ukraińskie oddziały dronowe zgłosiły zabicie w grudniu 2025 większej ilości rosjan niż zostało przyjętych nowych żołnierzy rosyjskich. Są to dane oficjalne, które (jak mówił artykuł) są niższe niż faktyczna liczba zabitych.
    3. Budżet rosyjski zmniejsza wydatki na armię w 2026 roku, zwiększając jednocześnie kwoty na podniesienie bezpieczeństwa wewnętrznego. Może to oznaczać, że część żołnierzy zostanie wypuszczona do domów a to wygeneruje problemy z chorymi lub zdemoralizowanymi ex-żołnierzami. Oczywiście może to być elementem gry wojennej rosjan, taki budżet można kupić w dowolnym sklepie z budżetami…
    4. W reportażu z Ukrainy jaki czytałem niedawno w Dużym Formacie (online) była mowa, że zwiększa się szerokość pasa bezpieczeństwa między rosją a Ukrainą w którym OBYDWU stronom nie opłaca sie toczyć wojny z powodu stałego śledzenia przez drony i inne środki techniczne. OIDP zwiększenie tego pasa o 5 kilometrów oznacza, że wojna zostanie zatrzymana. Ta odległość to nie są „Himalaje”.
    5. Rosnąca ilość ataków ukraińskich przy pomocy środków powietrznych na rafinerie, statki, oraz inne miejsca podwójnego zastosowania (np. elektrownie). Ostatni black-out Moskwy np. to nie jest sytuacja, która zdarza się co dzień, to jest stolica. Ataki są powtarzane (rafinerie) stają się coraz bardziej wyrafinowane (operacja pajęczyna). To przynosi w końcu długotrwałe efekty.
    6. Mam nadzieję ostateczne zaprzestanie prób podejmowania współpracy pomiędzy USA a rosją przez Trumpa. Mam nadzieję, bo odnoszę wrażenie, że ten człowiek jest bezpośrednim agentem wpływu rosji.
    7. Informacje o budżecie rosji – ponoć stać ich na wojnę jedynie w 2026 roku, ale takie dane to może być dym i krzywe lustra (=wojna informacyjna).
    8. Coraz poważniejsze deklaracje państw Europy (tzw. koalicji chętnych) w sprawie stacjonowania wojsk europejskich na terenie Ukrainy „po podpisaniu rozejmu”.
    Więc, żeby dać upust mojemu pesymizmowi – nie oczekuję zakończenia konfliktu a jedynie tzw. pieredyszki czyli przerwy. Kilku lat na podniesienie morale i odbudowanie stanów armi Ukrainy i bandy rozbójnika. Jednak sytuacja pomiędzy Koreami Północna i Południową daje do myślenia.
    Coraz większe znaczenie (czy kiedyś było inaczej?) ma rozwój techniczny środków wojennych. To już jest taki rodzaj wojny gdzie wygra ta strona, która szybciej wyprodukuje i wdroży na polu walki jak najpełniejszą automatyzację z jednoczesnym maksymalnym wyłączeniem ludzi (żołnierzy) z zasięgu zniszczenia przez środki rażenia przeciwnika. Pisząc prostacko – przypuszczam, że tę wojnę wygrają roboty i maszyny pracujące zdalnie.

  182. @fiat127
    „Systemowo wysyłanie na staże nie będzie skuteczne, bo jak taki przetransformowany naukowiec ma działać skutecznie w chińskich strukturach?”
    Z drugiej strony jeśli nie powysyłają na staże, to na pewno niczego nie zmienią. A wysyłanie daje jakąś szansę, że ich struktury – w pewnej perspektywie czasowej – się zmienią. Jeśli wyślą tych stażystów odpowiednio dużo, ci wrócą, przebiją się przez okres służenia wyżej postawionym naukowcom obecnym a potem sami dojdą do pozycji decyzyjnych, to będą mogli zaprowadzać własne porządki. I zaimportują część zachodniego podejścia która działa lepiej. Nie dziś, nie jutro, może za dziesięć albo dwadzieścia lat, ale będzie szansa, że to zaistnieje. A tkwienie we własnym systemie tego nie zmieni, odgórne decyzje że od dzisiaj naukowcy mają robić tak i siak, też nie. Może im się nie udać, ale co ich to kosztuje?
    Dodatkowo jeśli rząd zacznie ułatwiać tym młodym stażystom szybsze kariery, to pozwoli im zmieniać system akademicki szybciej. Ale żeby coś z tym zrobić potrzebują mieć nowe kadry którymi zastąpią stare, skostniałe.

    Może widzę to co chcę widzieć, ale postrzegam to podobnie do ich podejścia do zachodnich technologii. Wzięli je i skopiowali sobie. Tak samo zrobią z podejściem akademickim, po prostu wezmą od zachodu pewne elementy i będą je próbowali wdrażać u siebie. Inna dynamika, inna perspektywa czasowa, ale podobne podejście by wprowadzać zmiany podpatrzone u innych.

  183. ZTCW to chińskie uniwersytety są tak hierarchiczne (profesorowie pomiataja studentami) i mizogynistyczne, że kto tylko może, zwłaszcza kobiety, zwiewa na Zachód. Wracają czasem panowie, na stanowiska kierownicze, jeżeli mają ochotę być tym pomiatającym.

    To może być dla nich mocno ograniczające w długim terminie.

  184. A wracając do USA i ICE: my tu lubimy często psioczyć na kościół katolicki, ale zdaje się że w USA biskupi robią dobrą robotę broniąc swojej trzódki przed naziolami.

    I nie tylko katoliccy duchowni się zachowują jak trzeba: link to bsky.app

  185. @pm
    „Od ostatniego czasu nabierałem wrażenia, że lewica do reszty już zwariowała i nie istnieje już żaden głos rozsądku, więc specjalnie się zalogowałem, żeby powiedzieć: dziękuję.”

    De nada, ale czy mógłby pan – tak z ciekawości – to rozwinąć? Czym pana tak ucieszyłem, czym lewica pana dołuje (nie żebym nie uważał że nie ma powodów, po prostu jestem ciekaw).

  186. @jugger
    gdzie są Chińczycy?
    to jest klasyka w systemach totalitarnych – nie ma jak weryfikować takich opowieści internetowych;
    w kręgu ludzi z którymi mam do czynienia – nie nastąpił masowy pomór;
    być może śmierci dotyczyły bardziej pokolenia rodziców ludzi z którymi miałem/mam kontakt – ale to dalej spekulacje;
    w kwestiach zdrowotnych mogę tylko powiedzieć, że statystyczny Chińczyk broni się przed wizytami w szpitalu rękoma i nogami, w odwiedzonych przeze mnie szpitalach normą było palenie papierosów na korytarzach, choć niby nie wolno;
    relacje pacjent – lekarz są bardzo zbiurokratyzowane, i dla każdego jest jasne, że pacjent/petent jest w reżimie urzędowym ze wszystkimi uwarunkowaniami kontaktu z z ważną instytucją;
    może dlatego Chińczycy zaczęli korzystać ze znachorów – którzy są oczywiście w pełni skomercjalizowani i golą chętnych razem ze skórą – ten proceder ma sporą skalę, opierając się o to, jak wielu moich znajomych opowiadało, że korzystają z takich fachowców

  187. @fiat127

    W Chinach państwo oficjalnie wspiera „medycynę tradycyjną” jako alternatywę dla tej prawdziwej. Więc nie ma się co dziwić, że przeciętny Chińczyk ma eklektyczne podejście do tematu: chodzi do lekarza, bierze leki, a potem łyknie jakieś ziółka żeby się „qi” lepiej w ciele rozprowadziło.

    A to co się dzieje wokół ciąży i połogu, to już w ogóle strach. Google „Chinese confinement”.

  188. Też trochę bywałem w Chinach ale oszczędzę wam kombatanckich wspomnień (kol. fiat daje radę a moje byłyby bardzo podobne) bo moje są sprzed prawie 20 lat a od 10 z Chinami nie mam bezpośredniego kontaktu prawie wcale. Pewnie sporo rzeczy się zdezaktualizowało.

    Co moim zdaniem zdezaktualizowało się z pewnością to: w pewnym momencie nastapiło przyzwolenie a wręcz zachęcenie przez partię by ludzie wykształceni w USA (na zachodzie też ale głównie w USA) wracali i zakładali biznesy technologiczne. Partia daje im więcej luzu niż innym (no oczywiście do czasu aż nie przegną). Te wszystkie Xiaomi to w dużym stopniu efekt tej zmiany podejścia. 20 lat temu stworzenie globalnej chińskiej marki która byłaby „fajna” dla białych ludzi było po prostu niemożliwe. Podejrzewam że podobne mechanizmy zastosowano w nauce – deale że wy wrócicie do ojczyzny, piniondz będzie godny, a my będziemy patrzeć przez palce że macie nieco za dużo wolności

  189. Moje informacje o chińskim środowisku akademickim też nie są bardzo świeże, i z drugiej ręki. Ale IMO zmian kulturowych nie da się wprowadzić z dnia na dzień odgórnie („od dzisiaj przestajemy flekować podwładnych i kobiety”). To musi potrwać. A reżim Xi nie patrzy przychylnie na np. feminizm.

  190. Feminizm w Chinach nie istnieje, nie uświadczysz kobiety na żadnym istotnym stanowisku. Po prostu nie. Mógłbym poopowiadać o koleżance którą firma wysłała do Shenzen coś tam załatwiać z produkcją. Niczego nie była w stanie zrobić z lokalsami póki nie przyjechała kolejny raz z facetem – który był jej podwładnym i robił wyłącznie za figuranta ale służył do tego że to on gadał i do niego gadali. Pod tym względem to całkowicie chory kraj

  191. @embercadero
    sorry z Chinami trudno inaczej, a moje opowieści mogą być przynajmniej prawdziwe;
    powroty do Chin Chińczyków z know how – może do czasu covidu tak, ale „zniknięcie” założyciela Alibaby (milardy$ majątku, który mu odebrali) – dla każdego myślącego jest znakiem, że żadne pieniądze czy pozycja mogą komukolwiek cokolwiek zagwarantować; polecam historię Chińczyka, który był szefem (!) Interpolu i też go zniknęli (czy tam światowo rozpoznawalne gwiazdy kina z Chin); relacja jest prosta – możesz zarabiać, ale przestrzegasz reguł, które narzuca totalitarne państwo; a tutaj nigdy nie wiadomo, co może wydać się kontrowersyjnym (bo akurat teraz tak); czy na takiej bazie (nie znasz dnia ani godziny) może powstać stabilny system?
    a w covidzie władza w Chinach pokazała, co realnie możne zrobić = zamknięto skutecznie i rygorystycznie ludzi na ponad 2 lata; a na koniec, z dnia na dzień skasowali jakiekolwiek restrykcje – ot po prostu;
    @rw
    @embercadero
    traktowanie i pozycja kobiet ma swoje źródła w konfucjanizmie
    + totalitaryzm fizycznie wyeliminował elity, zostali ludzie ukształtowani przez chińską wieś, która jest niezwykle i brutalnie tradycyjna
    – Chiny czeka długa droga, żeby kobiety podmiotowość uzyskały; to dotyczy nie tylko pracy, ale też (przede wszystkim?) – realnej możliwości rozwodu, uzyskania prawa do opieki nad dzieckiem po rozwodzie itd.

  192. @fiat127
    „mieszkańcy osiedla, gdzie mieszkałem, w dużym mieście na wschodnim wybrzeżu (najlepiej rozwinięty region/obszar Chin, najbogatszy itd.) – w łikęndy robili swoje pranie w otaczających osiedle kanałach; proceder stały, cotygodniowy, całkiem spora frekwencja (mam zdjęcia); woda w kanałach brudna tragicznie – jak to w Chinach; osiedle podłączone do wodociągów i kanalizacji, w łazienkach pralki; nie znalazłem nikogo, kto by mi wyjaśnił dlaczego tak robią”

    Dzięki za twoje wpisy! (chyba zwiększę ofiarę na tacę dla WO na patronajcie).
    Co do prania w kanałach, mam takie luźne skojarzenie (chińskie społeczeństwo wyrosło na dekadach ChRL i na wiekach feudalizmu, a polskie – na dekadach PRL i wiekach feudalizmu), że to jest coś podobnego do naszego zbiorowego, współsąsiedzkiego oszczędzania/omijania systemu na szambach i wywózce z nich. W latach 80. całe podmiejskie osiedla miały szamba bez dna (chociaż to, co wsiąkało, zanieczyszczało ich najbliższą okolicę) i było w dobrym tonie mieć takie szambo; kiedy u mojego dziadka murował szambo pan Kazio, a dziadek i tata wyrażali wątpliwości ekologiczno-etyczno-estetyczne co do braku dna, to pan Kazio oraz sąsiedzcy konsultanci zbiorowo pukali się w głowę, jak można być takim finansowym frajerem & społecznym odszczepieńcem, no i dziadek się ugiął, dno nie zostało wybetonowane. Kiedy w latach 90., niby bardziej cywilizowanych i eko, wprowadzono kontrole, to ludzie betonowali sobie skrawek metr na metr pod włazem, tam gdzie kontroler wkładał pręt kontrolujący i stukał; kiedy przyszło do wezwania szambowozu, to jeszcze w latach 90. szambiarskie januszeksy świadczyły usługę: wywóz na najbliższą łąkę, a ludzie serdecznie przekazywali sobie znak wtajemniczenia – numer telefonu do janusza z o. o., co wypompuje za pół ceny i wyleje do lasu, gdzie chodzą na spacer. I stąd – z tego wspólnotowego entuzjazmu, współsąsiedzkiej łobuzerki – wzięło mi się skojarzenie z chińskim oszczędnościowym praniem w kanałach. Tym bardziej, że kiedy przyszła możliwość dołączenia do miejskiej kanalizacji, to mieszkańcy wielu ulic solidarnie odmawiali, nie kwapili się do rezygnacji z szamb (mając kontrolę na sposobem i ceną ich opróżniania), aż trzeba było ich przymusowo usieciowić. A więc znowu: systemowa przemoc, jak od tysiąca lat, na którą oczywiście znajdowano sposoby i się nimi międzysąsiedzko dzielono (np. tajna zakopana rura do pobliskiej rzeczki i część ścieków przekierowana do niej, nieraz w równie nieapetyczny sposób, jak to wynoszenia papieru toaletowego do śmietnika). Z twojej relacji wynika, że w Chinach to jest jawny rytuał i uroczysty zbiorowy hołd dla ludowej, oszczędnościowej tradycji, ale w Polsce śladów takiej rytualizacji można się doszukać.

  193. BTW: mój kolega swego czasu zatrudnił się w hujaweju. Nie przyznawał się że mówi po chińsku (no a przynajmniej rozumie) – nikt go o to nie pytał a nie było okazji się pochwalić i tak zostało. Jak się wydało że ich rozumie (w sytuacji gdy chińczycy coś ustalili między sobą i potem kłamali reszcie załogi a on ich skonfrontował) to go wylali 🙂

  194. @ergonauta
    dzięki – troszkę mniej mam duszy na ramieniu po moich szwjekowskich wpisach
    Pranie w kanałach.
    Opisaną zaradność szambową poznałem kilka razy w ramach struktur wiejskich, gdzie każdy grosz się liczy, wszystko się może przydać – i to dostrzegłem podobieństwa np. Polski i Czech (żeby sąsiadowi koza zdechła – jest identyczne w obu krajach);
    Ale takie analogie wymagają biegłego/idiomowego posługiwania się językiem miejscowym + fizyczną możliwością wtopienia się w lokalsów – więc odbierają cię jak swego i zachowują się naturalnie;
    W Chinch tak się nie da.
    Na prowincji (300-500km od wschodniego wybrzeża), kiedy masz 180-185cm wzrostu – to wszyscy sięgają ci do ramion; obcy ludzie naprawdę proszą cię o zrobienie selfie – tylko dlatego, że jesteś biały; więc wiele zachowań lokalsów jest nietypowe; dalej – niestety kluczowa jest bariera językowa – i nie chodzi o chiński, bo to osobny temat; barierą jest porozumiewanie się po angielsku – bo rozmówcy np. nie mają kontaktu z j.angielski poprzez internet + nie rozumieją wielu odniesień cywilizacyjno – kulturowych, nie znają świata innego niż Chiny; ba większość Chińczyków nawet Chin za bardzo nie zna (to jednak wielki i zróżnicowany kraj), ograniczając się do własnej prowincji.
    Chińczycy/Chiny jakich poznałem – to kraj bardzo prostych, niezbyt dobrze wykształconych ludzi. Inną kluczową cechą jest (nie wiem jak to elegancko napisać) – przerażająca naiwność; dalej bardzo zaskakująca skłonność do hazardu; Chińczycy są niezwykle nerwowymi ludźmi – czasami spotykam się z pytaniami na temat ich rzekomego wschodniego, filozoficznego spokoju; nie spotkałem bardziej nerwowych w życiu codziennym ludzi niż Chińczycy (a mieszkałem w kilku krajach); przykład -każda wsiadająca do windy osoba, stara się błyskawicznie nacisnąć guzik przyspieszający zamykanie drzwi windy; jeżeli tego nie zrobi (rzadko) – natychmiast kilka innych rąk naciska ten strategiczny guzik, a pasażerowie windy patrzą z naganą; w bonusie – nie istnieje górna granica nośności windy; tylko w Chinach barierą była blokada urządzenia z powodu przeciążenia i wtedy ktoś musiał opuścić windę; bariera kontaktu fizycznego w windzie i nie tylko – nie istnieje);
    obawiam się więc, że wyjaśnieniem prania w kanałach może być wiara, że np.pralka niedopiera i nic lepiej nie działa niż tarka do prania;
    bo do miast często przenoszą się rodzice młodszego pokolenia, żyjącego w miastach; zajmując się opieką nad dziećmi – jako dziadkowie; i wcale nie wykluczam, że nigdy wcześniej nie mieli pralki;
    bo poziom życia i realia chińskiej wsi – to jest osobny temat, ale to trzeba zobaczyć, bo w opisy nikt nie uwierzy, a Gospodarz w końcu wytnie szwejkowskie dygresje

  195. @fiat127
    „relacja jest prosta – możesz zarabiać, ale przestrzegasz reguł, które narzuca totalitarne państwo; a tutaj nigdy nie wiadomo, co może wydać się kontrowersyjnym (bo akurat teraz tak); czy na takiej bazie (nie znasz dnia ani godziny) może powstać stabilny system?”
    Normalnie owszem, to nie zachęca do powrotu. Ale co jeśli alternatywy się im kurczą? A przecież kurczą, USA idzie w faszyzm, ICE szuka imigrantów i strzela do ludzi, Europa ma własne kłopoty, wszędzie wzrost nacjonalizmów. Jeśli masz mieszkać i pracować w jednym totalitarnym państwie albo innym totalitarnym państwie, to może lepiej mieszkać w takim bliższym kulturowo i językowo, gdzie masz większe szanse wyłapania tego, że coś jest nie tak, albo wiesz czego nie powiedzieć przypadkiem?
    To jeszcze nie jest ten moment, ale i ten plan Chin żeby wysyłać na staże przecież nie ma przynosić profitów od razu. Za te parę lat może się okazać, że stażystom opłaca się wrócić nie dlatego, że Chiny takie wspaniałe, ale dlatego, że USA takie spierdolone. Biorąc pod uwagę kto rośnie w siłę od ładnych paru lat, Chiny mogą po prostu stawiać na pewien kolaps zachodu i wyciągać z niego ten naukowy know-how póki to jeszcze jest stosunkowo łatwe do przeprowadzenia.

    „a w covidzie władza w Chinach pokazała, co realnie możne zrobić = zamknięto skutecznie i rygorystycznie ludzi na ponad 2 lata; a na koniec, z dnia na dzień skasowali jakiekolwiek restrykcje – ot po prostu;”
    No właśnie. I w USA też władza właśnie pokazuje co realnie może zrobić. Na przykład zatrzymać ludzi w łapance i wysłać na bagna Florydy, odesłać do Salwadoru albo zastrzelić a potem zrobić z nich terrorystów, żeby z funkcjonariuszy ICE móc czynić bohaterów.

  196. @ ergonauta

    „Tym bardziej, że kiedy przyszła możliwość dołączenia do miejskiej kanalizacji, to mieszkańcy wielu ulic solidarnie odmawiali, nie kwapili się do rezygnacji z szamb (mając kontrolę na sposobem i ceną ich opróżniania), aż trzeba było ich przymusowo usieciowić. A więc znowu: systemowa przemoc, jak od tysiąca lat, na którą oczywiście znajdowano sposoby i się nimi międzysąsiedzko dzielono (np. tajna zakopana rura do pobliskiej rzeczki i część ścieków przekierowana do niej, nieraz w równie nieapetyczny sposób, jak to wynoszenia papieru toaletowego do śmietnika). Z twojej relacji wynika, że w Chinach to jest jawny rytuał i uroczysty zbiorowy hołd dla ludowej, oszczędnościowej tradycji, ale w Polsce śladów takiej rytualizacji można się doszukać.”

    Tego rodzaju anegdoty są IMO obecne w każdym społeczeństwie zaraz po masowej urbanizacji. Były w PRL w latach 50 i 70, były na początku III RP, były po falach emigracji unijnej, gdy ludzie z polskich wsi jeździli do Niemiec dorabiać jako sprzątaczki i robole w fabrykach. Te same narracje były w Indonezji, Brazylii, Hiszpanii po DWŚ, gdy odpowiednia fala urbanizacji przenosiła całe wsie do bloków.

    W każdej takiej historii miesza się legenda miejska, niechęć wobec „wsioków”, „słoików” i innych przyjezdnych oraz rzeczywista chęć zachowania części dobrego obrazu siebie wśród ludzi, dla których codzienność uległa gigantycznym i nieodwracalnym zmianom. .

    Nie ma nic dziwnego w tym, że część sapiensów, których zabrano ze znajomego grajdołka próbuje zachować samoocenę próbując robić rzeczy odrobinę „po dawnemu”. Ot, choćby po to, aby symbolicznie podtrzymać fason przed resztą przesiedlonych sąsiadów. Nie od dziś wiadomo, że „zachowanie twarzy” bywa potężniejsze od zdrowego rozsądku. Akurat w tych kawałkach nie widzę nic specyficznego dla Chin, ani dla ich rzekomej „kultury twarzy”, „kultury grzeczności” etc. Wydaje mi się to raczej uniwersalnie homo sapiensowe.

  197. @ wątek Januszowo-kanalizacyjny:

    zdaje się siedem lat temu uczestniczyłem w poważnej zdawałoby się profesorskiej dyskusji dotyczącej remontu instytutowej piwnicy, w której to czaiły się różne niespodzianki. Między innymi spora część ładnie wyłożona/izolowana azbestem. Pojawiła się rzecz jasna kwestia utylizacji tegoż azbestu.

    Kolega najstarszy stanowiskiem i stażem szybko zaproponował/oświadczył, że to żaden problem: „znam takiego pana, który za niewielką cenę to wszystko zabierze, ani my ani on nie będziemy musieli zadawać żadnych pytań”.

  198. @fiat127
    ” Gospodarz w końcu wytnie szwejkowskie dygresje”

    Znajduję je ciekawymi! Jakoś to jednak jest ontopic przecież, a poza tym ciągle piszę że nic nie wiem o Chinach i chcę wiedzieć więcej.

  199. @redezi
    „kultury twarzy”, „kultury grzeczności”

    Silnie wydaje mi się że mylisz Chiny z Japonią i Koreą. Tam owszem takie dwie kultury występują, w Chinach jeśli już to śladowo. Przeciętny chińczyk nie jest zbyt grzeczny (no chyba że się boi białego ale widać jak się traktują między sobą).

  200. @fiat127
    „bo do miast często przenoszą się rodzice młodszego pokolenia, żyjącego w miastach; zajmując się opieką nad dziećmi – jako dziadkowie; i wcale nie wykluczam, że nigdy wcześniej nie mieli pralki”

    Moja mama – rodem ze wsi przyłączanej potem do miasta – dostała pralkę automatyczną w prezencie od swoich dzieci (mnie i mojego brata), kiedy miała 70 lat. Dziś ma 85. Przez 15 lat nawet nie włożyła wtyczki do kontaktu. Nigdy nie uruchomiona pralka stoi u niej w korytarzyku jako szafka, na której można coś postawić.

    @redezi
    „Nie ma nic dziwnego w tym, że część sapiensów, których zabrano ze znajomego grajdołka próbuje zachować samoocenę próbując robić rzeczy odrobinę „po dawnemu”.”

    Mam to szczęście/nieszczęście, że nie powtarzam anegdot, tylko mówię o moich sąsiadach z ulicy, na ile się da nie patrząc na nich z „moralnej” czy „kulturalnej” góry. Sam przez kilka lat korzystałem z tego „po dawnemu” nieszczelnego szamba, kiedy zamieszkałem w domu po dziadku, zanim się nie podłączyłem do miejskiej kanalizacji, a wielu moich obecnych sąsiadów, z którymi jestem w serdecznych na ile się da stosunkach, to są właśnie ci ludzie wyśmiewający przed laty pomysł szamba z dnem. A w tym tygodniu przyjmujący księdza po kolędzie – nie dlatego, że wierzą w jakieś historie z Bliskiego Wschodu dwa tysiące lat temu, tylko: a/ bo chcą zachować coś po dawnemu i b/ bo co ludzie powiedzą.

  201. @Golf a sprawa polska
    Mam wrażenie, graniczące z pewnością, że Fiat 126p był znacznie droższy niż 25 pensji. Przez wiele lat średnia pensja w PRL to było około 30 USD wg ceny czarnorynkowej. Sieciowe źródło powołujące się na książkę Tomasza Szczerbickiego pt. „Samochody w PRL – rzecz o motoryzacji i nie tylko” wskazuje, że w 1981 roku cena Malucha w Peweksie wynosiła wynosiła 1700 USD. To była realna cena dla szarego Kowalskiego, bez talonów. Można było również kupić w tym samym Peweksie Golfa – za 6100 USD. Około 200 przeciętnych wynagrodzeń. To na dzisiejsze pieniądze wystarczyłoby na Mercedesa S klasy, i jeszcze by zostało na dwa Golfy. Nierównowaga rynkowa sprawiała, że na giełdzie samochodowej można było sprzedać samochód 4-5 letni za cenę fabrycznie nowego samochodu nabytego w ramach przydziału/talonu.

  202. @redezi
    „Tego rodzaju anegdoty są IMO obecne w każdym społeczeństwie zaraz po masowej urbanizacji”

    Od mojej mamy, która pracowała jako lekarka w pogotowiu nasłuchałem się tych anegdot o mieszkańcach niektórych co bardziej ekstremalnych ulic na Bielanach, że nie wiedzieli do czego służą wanny. Ale teraz zaczynam rozumieć, że ona była pierwszym pokoleniem, które wannę znało z autopsji – dla pokolenia jej rodziców (moich dziadków) to też było najwyżej coś o czym słyszano na zasadzie „luksus dla bogaczy”.

  203. @pohjois
    „To na dzisiejsze pieniądze wystarczyłoby na Mercedesa S klasy, i jeszcze by zostało na dwa Golfy.”

    Właśnie jak kiedyś – już nie pamiętam do jakiego artykułu – riserczowałem to nieco dokładniej to mi ciągle wychodziło, że ten Fiat 132p w PRL był jak Porsche dla współczesnego Polaka.

  204. @embercadero

    Grzeczności w przypadku Chińczyków może rzeczywiście bym nie bronił, ale koncepcję twarzy wciąż można jeszcze zaobserwować w absurdalnych czasem kontekstach. W środowisku akademickim od lat krąży poświadczona artykułowo historia o Chińskich studiujących, którzy nie uświadomili prowadzącej, że temat, który właśnie przedstawia, omawiała już z nimi w zeszłym tygodniu. Musiała do tego dojść po fakcie i jeszcze na ich nieszczęście musiała im to wytknąć na kolejnych zajęciach, narażających ich na mocny dyskomfort, no oni przeca nie znali, oni nie wiedzieli – tak bardzo chcieli bronić twarzy prowadzącej, że nie zwrócili jej uwagę na oczywiste przeoczenie, tracąc przy tym półtorej godziny z życia na słuchanie jednego i tego samego. Dla człowieka Zachodu to trochę jednak nie do pomyślenia.

    Fakt, miałem przyjemność mieć przed sobą grupę zajęciową składającą się z Chińczyków i Japończyków i różnica jest wyraźna, bo z Japończykiem trudno pożartować, że o kontakcie wzrokowym nie powiem. Ale i tu i tu będzie jednak wyraźna obrona twarzy, tak swojej, jak i obcej.

  205. @co dali światu Rosjanie

    OIDP całkiem dużo w zakresie metalurgii stopów żelaza, zarówno w czasach imperialnych, jak radzieckich. Ale nie pytajcie mnie o szczegóły, bo się na tych chujstenitach nie znam.
    Takoż w zakresie badań nad wytrzymałością materiałów, jakkolwiek oczywiście można twierdzić, że np. Timoszenko to nie był prawdziwy Rosjanin, tylko Ukrainiec.
    link to en.wikipedia.org

  206. @wo
    Dziękuję za aprobatę, czuję się jednak w obowiązku napisać kilka słów wyjaśnienia,
    Bo mam spory dyskomfort wrzucając te opowieści o Chinach.
    Nie da się podać informacji o Chinach rzeczowo z linkami, źródłami itd.
    Dla wielu odwiedzających ekskursje, to co napiszę teraz jest oczywistością.
    Z drugiej strony tak często spotykam się z brakiem elementarnej wiedzy o Chinach,
    Szczególnie wśród „entuzjastów”, że jednak przedstawię parę istotnych kwestii:
    System totalitarny publikuje informacje/dane, które chce, aby były dostępne (powody są różne).
    Niby oczywiste, ale nie ma żadnych narzędzi do weryfikacji np. podawanych danych statystycznych.
    Nie da się przeprowadzić badań, analiz na miejscu w oparciu o wiarygodne źródła.
    Nie ma nawet jak sprawdzić wiadomości i informacji zarówno oficjalnych jak i nieoficjalnych.
    Czyli zostają „opowieści” – jak moje (czy kilku innych dyskutujących tutaj).
    Mieszkańcy Chin rozumieją (są uczeni od dziecka), jaka łączy ich z państwem relacja i czego się od nich oczekuje.
    Zdecydowana większość Chińczyków pamięta w jakiej biedzie się wychowali, zaś młodsze pokolenie zna te realia z życia rodziców. Dobrobyt, a nawet luksus, w porównaniu do stanu sprzed zaledwie 30-35 lat jest niezwykle silną motywacją do przestrzegania obowiązujących reguł. Rozumienie reguł dotyczy też tego, że Chińczycy wiedzą, że nie należy mówić – z kimkolwiek, o bardzo wielu kwestiach. Wielokrotnie zdarzały mi się sytuacje, że moi chińscy rozmówcy tracili umiejętność odpowiadania/rozumienia po angielsku, uznając (?), że temat rozmowy nie jest bezpieczny, może przysporzyć im kłopotów itd.
    Czasami komunikację uniemożliwia troska, aby „nie stracić twarzy”. To często powoduje konsternację, bo zadajesz proste pytanie w ramach relacji służbowej, a zapytany konsekwentnie milczy – więc po kilku nieskutecznych próbach sformułowania pytania inaczej (a odpowiedzią jest milczenie) – zaczynasz mieć wyrzuty sumienia, że to wszystko twoja wina.
    Dodajcie do tego całkowitą kontrolę internetu i brak dostępu do innych źródeł informacji, niż te dopuszczone przez władze.
    Da się oczywiście, stosując VPN, oglądać FB, YT, IG itd. – ale w myśl obowiązującego w Chinach prawa jest to działanie nielegalne. Władza toleruje ten rodzaj kontaktu ze światem np. dla firm czy działalności komercyjno-biznesowej prowadzonej przez Chińczyków dla odbiorców zagranicznych. Nikt – ze znanych mi Chińczyków nie maił z tego tytułu kłopotów (?) – ale taka możliwość dotyczy garstki (statystycznie) ludzi, którzy znają angielski + znajdują odwagę na nie do końca legalne działania.
    Aby kontrolować społeczeństwo nie trzeba masowo zamykać ludzi w więzieniach; wystarczy, że chcąc pojechać pociągiem podlegasz następującej procedurze:
    – aby wejść na do budynku dworca musisz się wylegitymować (nie na każdym dworcu jest ten wymóg)
    – security check bagażu – wszystkich wchodzących – robiony często byle jak i pobieżnie – to jest klasyka „komuny”; niby przepis jest, ale w bardzo wielu miejscach, procedura realizowana jest niedbale i dla wszystkich jest jasne, że to formalność, ale niezbędna/konieczna [to buduje i wzmacnia rodzaj determinizmu u ludzi – no zrobisz? głupie, ale jak trzeba, to trzeba; to są dziesiątki różnych bezsensownych formularzy, procedur etc.]
    – aby kupić bilet kolejowy – musisz się wylegitymować (warunek niezbędny)
    – na peron mają wstęp wyłącznie ludzie, którzy posiadają ważny bilet – jest bramka i sprawdzają każdego
    – przed wejściem do wagonu znów pokazujesz bilet
    To co opisałem – to tylko jeden z przykładów jak stworzyć wrażenie, że system kontroluje wszystko.
    Pamiętać należy, że obcokrajowiec od momentu wjazdu jest „pilnowany”/ewidencjonowany biometrycznie.
    Zameldowanie w hotelu – to zrobienie zdjęcia i potwierdzenie danych – przynajmniej w teorii (w praktyce nie zawsze).
    Miejscowi są kontrolowani przy pomocy ich własnych telefonów. Nie da się w Chinach załatwić niczego – bez telefonu.
    Nawet euro nie da się wymienić w banku na juany, bez posiadania lokalnego numeru telefonu.
    Inny przykład budowania „wszechwładności” systemu.
    Do biura jeździłem samochodem z jednym z kolegów Chińczyków.
    Na trasie 6 km, przynajmniej 10 razy „błyskała” kamera (?) pokazując, że nasz przejazd jest rejestrowany, i nie miało znaczenia,
    Że jechaliśmy prawidłowo, bez przekraczania prędkości. To błyskanie kamer miało miejsce zawsze – przez cały rok moich przejazdów opisaną trasą, niezależnie od pory.
    Władza pokazuje co jakiś czas, że należy przestrzegać reguł.
    Dlatego cyklicznie dochodzi do „zniknięć” osób majętnych lub z kręgu władzy.
    Rozumie to każdy Chińczyk, oczywiście w ramach sfery życia w jakiej się obraca. Mam na myśli hierarchię i konieczność jej absolutnego szanowania. I dotyczy to każdej struktury, gdzie ktoś ma choćby minimalną władzę. Czyli w biznesie jak najbardziej (niezależnie od wielkości i rodzaju biznesu).
    Stąd biorą się brutalne relacje w stosunkach przełożony – pracobiorca (poddany) – gdzie podległa osoba rozumie tę relację i nie okazuje znamion sprzeciwu (głośne łajanie przełożonego, a łajany milczy w pokorze – bardzo przykre doświadczenia dla postronnego obserwatora).
    Dodajmy bardzo niską podmiotowość kobiet (w razie rozwodu nędza i brak realnych możliwości samodzielnego życia), niską pozycję młodzieży – wiadomo, że mądrość to domena starszych od młodzieży (oczywiście mężczyzn). O dzieciach i ich poszanowaniu szkoda wspominać – one mają spełniać oczekiwania od najmłodszych lat. Wszyscy to rozumieją.
    Jak w tym wszystkim odnajdują się obcokrajowcy?
    – kadra zarządzająca dużymi przedsięwzięciami (np.produkcja aut) – żyje w enklawach, mając niewielki kontakt z miejscowymi, strzeżone osiedle, dzieci w prywatnej szkole, chiński kierowca itd.; to jest życie w bańce
    – ludzie związani z biznesem mniejszej wielkości – w oparciu o usług/pomoc Chińczyków – dają sobie radę, nie szukają kłopotów, często zresztą nie dostrzegają, lub nie chcą dostrzegać, właściwości kraju gzie tymczasowo mieszkają;
    – tak tymczasowo, bo aby uzyskać chińskie obywatelstwo trzeba zrzec się innego i mało komu przyznają; nawet długotrwałe pozwolenia na pobyt są rzadkością; znajomy Niemiec, który zbudował dużą firmę – przez 30 lat – musi co roku odnawiać pozwolenie na pobyt, które jest ważne 1 rok; nic więcej – pomimo pieniędzy, pozycji, prawników, znajomości itd.; to bardzo uczy pokory wobec systemu
    – zagraniczni pracownicy naukowi – z reguły nie opowiadają o realiach z jakimi się stykają w Chinach – o ile chcą dokończyć kontrakt lub podpisać kolejny; a często ludzie z zachodu – nie widzą/nie rozumieją/ wolą nie widzieć niektórych aspektów tego jak działają Chiny; kluczowe – mnie, „kupcowi”, trochę wstyd przytaczać opowieści, w ramach opisu Chin ludziom światłym; badacz/naukowiec – ten dopiero ma problem, aby krytycznie opisać kraj, który dodatkowo bardzo imponuje powierzchownie;
    – pomocne w identyfikowaniu przejawów działania państwa totalitarnego jest doświadczenie z PRL-u; ludzie zachodu często nie mają jak rozpoznać wielu procesów/zachowań, do nich często trafiają tylko imponujące zewnętrzne przejawy rozwoju Chin

    Inne zjawiska
    – szowinizm i nacjonalizm – mocno propagowany przez władze i powszechny, choć skrywany;
    Jednym z moich kolegów był Chińczyk z Tajwanu, wyedukowany w USA; uciekając przed roszczeniami byłej żony, znalazł się w Chinach; dla lokalsów był nie do odróżnienia; jego relacje na temat skali i powszechności budowania nienawiści do Tajwanu robiły wrażenie i przypominały wzorce TV w Rosji. W sensie masowym, buduje się nienawiść oraz przekonanie, że Tajwan Chinom się należy i mieszkają tam „podludzie”.
    W tym kontekście, wspominam ze smutkiem rozmowy z młodymi mieszkańcami Hong Kongu, którzy wprost mówili, że Chiny zadepczą HK, a oni – ludzie wychowani w poczuci wolności jednostki i wartości demokratycznych – zostaną przez Chiny stopniowo wyeliminowani.
    Dlatego sądzę, że Tajwańczycy mają bardzo wysoką motywację by bronić się przed Chinami, bo rozumieją, że w razie podboju, nie będą mieć żadnej przyszłości.
    – rasizm
    Generalnie ludzie o ciemniejszej karnacji nie cieszą się szacunkiem (bardzo delikatnie powiedziane).
    Kolega Hindus usłyszał wprost od niedoszłego chińskiego teścia, że jako „śniady” – jego córki nie dostanie.
    Znajomi Hundusi skarżyli się na problemy z uzyskaniem pracy – podając jako powód właśnie karnację i kolor skóry.
    Najniżej w hierarchii stoją Afroamerykanie – tutaj czasami, nawet wybitność sportowa nie wystarczała do grania na rzecz chińskich klubów sportowych.
    Symptomatyczne – nikt nigdy nie wspomniał słowem o osobach LGBT w Chinach. Ani obcokrajowcy, ani miejscowi Chińczycy.
    Nigdy, w żadnym kontekście.
    Zapewne więc, ten problem w tym kraju nie istnieje – prawda?

    Podsumowując – nie ma niestety, realnej możliwości przedstawiania informacji o Chinach w oparciu o rzetelne, zweryfikowane źródła.
    Zostają anecdata i zdrowy rozsądek, oraz to co jest dostępne, przy świadomości, że dane/informacje nie muszą być prawdziwe.

  207. Miałem takie pare lat kiedy jeździłem po całym świecie (no ok, nie całym, w Afryce nie byłem. Ale poza tym to prawie wszędzie) pomagając urządzać fabryki. Więc chcąc nie chcąc musiałem czasem wymagać od lokalsów wykonania jakiś czynności i robić za tak zwanego kierownika na budowie. Wiadomo, ludzie wszędzie są tacy sami, nikomu się robić nie chce a jak nie zrobi i zostaje o to wprost zapytany to każdy kręci. Ale kręcić można różnie. Chińczycy byli jedynymi w mojej próbie pseudolosowej którzy zawsze umieli z miną pokerzysty kłamać i iść w zaparte, zero obciachu, zero nerwów, po prostu pierwsze lepsze niewiarygodne przeważnie kłamstwo i tego się trzymamy. A jak przestaje działać to robimy numer z nagłym nierozumieniem angielskiego. W sumie szacun że mają jaja i trzymają fason, ale cholernie irytujące to było. To już wolałem latynosów którzy wszystko w takiej sytuacji zamieniali w dowcip (bo sam bym pewnie tak samo zrobił).

  208. @olo421
    „tak bardzo chcieli bronić twarzy prowadzącej, że nie zwrócili jej uwagę na oczywiste przeoczenie, tracąc przy tym półtorej godziny z życia na słuchanie jednego i tego samego. Dla człowieka Zachodu to trochę jednak nie do pomyślenia.”
    Ale faktycznie chodziło o zachowanie twarzy czy może o to, że zwrócenie uwagi autorytetowi było dla nich nie do pomyślenia, bo autorytetu się nie kwestionuje tylko słucha i jeśli autorytet uznał że trzeba powtórzyć to widocznie trzeba?
    Kwestia motywacji jest tutaj istotna, bo samo to że się wykładowcy czegoś nie powie jest jak najbardziej do pomyślenia dla człowieka zachodu.

    Sam miałem na studiach taką sytuację. Zajęcia z fizyki (na informatyce), doszliśmy do zasady nieoznaczoności Heisenberga, prowadzący zapisał na tablicy „pq>1”. Jako jedyny się odezwałem i grzecznie zapytałem czy nie znak nie powinien być zwrócony w drugą stronę. „No co pan? A skąd w drugą! Dobrze napisałem” stwierdził wykładowca, więc uznałem że przecież nie będę się z nim publicznie kłócił ani go upokarzał pokazując, że gada głupoty.
    Wykład był podwójny, po przerwie wrócił i zaczął od czegoś takiego „pana, który mi zwrócił uwagę, chciałbym przeprosić. Miał pan oczywiście rację, to powinno być pq<1. Państwo sobie poprawią w notatkach. Tylko czemu nikt inny się nie odezwał i nie zwrócił mi uwagi, że prawdopodobieństwo nie może być większe niż jeden?" Faktycznie, nikt się w ogóle nie odezwał poza mną. Nie wiem czy dlatego, że nie rozumieli o czym w ogóle mowa, nie obchodziło ich to czy może nie chcieli wykładowcy robić siary.
    Sami Polacy, zero Chińczyków.

  209. @pk

    Fakt, to może być kwestia autorytetu, też przecież tradycyjnie wiązana z konfucjańskim modelem a nie tzw. sokratejskim, no ale wciąż wydaje mi się, że ktoś z Zachodu by w końcu się odważył i powiedział, że to już chyba było (na zajęciach zdalnych też czasem trzeba nawet kwadransa, żeby ktoś się odważył powiedzieć, że chyba nie widać prezentacji), już choćby tylko po to, żeby nie marnować sobie i innym czasu, że nie wspominając o tym, co to będzie, jak to wyjdzie i trzeba się będzie tłumaczyć wykładowcy, że nikt nie zainterweniował.

    Trochę głupio mi się tu rozwijać, bo to będą anegdotki oparte na kilkudziesięciu zajęciach z jednolitą grupą Chińczyków, a nie przekrojowe badania, no ale już na tak niewielkiej próbie widać, że to inne światy są. I tak jak piszą tu powyżej: potrafią kłamać i iść w zaparte, ale tak naprawdę bez żadnej żenady, no i donosy, ale wszystkie w formie elektronicznej, nic prosto w twarz. I teraz czy zakwalifikujemy to do do obrony twarzy (że to nie ja, tylko ten inny) czy do troski o harmonię w grupie (żeby wszyscy po równo się natrudzili) czy jeszcze coś innego, co nie wpasowuje się pięknie w opozycję konfucjańskie-sokratejskie – tu jestem za mały, żeby rozstrzygać.

  210. @fiat127

    Ciekawe rzeczy Pan opowiada.
    Staram się jakoś konfrontować Pana relację z tym, co słyszałem w innych miejscach, bo przez izolację Chin faktycznie trudno wyrobić sobie wiarygodny obraz. Zostają więc głównie mniej lub bardziej punktowe cudze obserwacje.

    Jeśli byłby Pan gotów zmarnować dla mnie kilka minut, to byłbym wdzięczny za opinię na temat tego kanału YT (poniżej akurat filmik o LGBT w Chinach) albo polecenie jakichś innych źródeł:
    link to youtube.com
    (Gospodarza zaś tradycyjnie przepraszam za linka.)

  211. @fiat127
    „Zdecydowana większość Chińczyków pamięta w jakiej biedzie się wychowali”
    Swego czasu, gdy mieszkałem w Dublinie, trenowałem kung fu. Mistrz naszego stylu był Chińczykiem wywodzącym się bodajże z okolic Singapuru (ale może Szanghaju? Nie pamiętam, wydaje mi się że któreś duże miasto na S). Mieszkał w Londynie od lat, był dość majętny (w garażu m.in. niezłe Porsche), czasami przyjeżdżał zrobić nam trening albo egzaminy. A czasami my jeździliśmy do niego, więc miałem okazję nocować w jego domu i rozmawiać z nim i jego rodziną.
    Jedną z rzeczy którą pamiętam z tych rozmów jest to, jak olbrzymi głód przeżył w młodości i jak to się na nim odbiło. Twierdził, że nadal miał podświadome nawyki kupowania rzeczy masowo na zapas. Dosłownie potrafili iść z żoną w markecie i on do koszyka wkładał po kilka pudełek czy słoików, a ona odkładała. Nie umiał tego wyłączyć.

    „Pamiętać należy, że obcokrajowiec od momentu wjazdu jest „pilnowany”/ewidencjonowany biometrycznie.” i reszta
    To mi przypomniało moją jedyną wizytę w USA te circa dziesięć lat temu. Najpierw starania o wizę. Wydali mi ważną dziesięć lat biznesową (bo podróż służbowa), ale we wniosku musiałem umieścić szczegółowe dane gdzie się zatrzymam, dosłownie adres hotelu albo osób u których bym przebywał za tym pierwszym razem.
    Przesiadka na Heathrow – najpierw pokój wyglądający trochę jak nasze urzędy czy poczta, kolejka, sprawdzenie paszportu i dokładne wypytanie po co tam lecę. Przy bramkach zatrzymuje mnie inna urzędniczka i znowu pyta o to samo, włącznie z tym co ja dokładnie robię w pracy. Musiałem jej tłumaczyć na czym polega moje stanowisko i zakres obowiązków i dlaczego w związku z tym lecę do USA.
    Lądowanie w Dallas, kontrola paszportowa, ale potem jeszcze jakiś automat sprawdzający moje dane i w którym musiałem sobie zrobić zdjęcie. Potem jeszcze jeden urzędnik.
    Jasne, to nie jest poziom Chin. Ale jest to dużo bardziej paranoiczne niż to co mamy w UE i do czego jestem przyzwyczajony w Europie.

    „Stąd biorą się brutalne relacje w stosunkach przełożony – pracobiorca (poddany) – gdzie podległa osoba rozumie tę relację i nie okazuje znamion sprzeciwu (głośne łajanie przełożonego, a łajany milczy w pokorze – bardzo przykre doświadczenia dla postronnego obserwatora).”
    Zdaje się, że to nie tylko domena Chińczyków, ale ogólnie tego regionu. W Japonii jest podobnie. Z tego co kojarzę, w ogóle jest tak, że krytyka jest publiczna, tzn. szef na człowieka krzyczy nie przejmując się obecnością innych. Ale już chwalenie bywa dyskretne i niebezpośrednie, czyli szef wspomni innym ludziom „Widzieliście jak X ładnie to zrobił? Bierzcie z niego przykład”.

    @olo421
    „Trochę głupio mi się tu rozwijać, bo to będą anegdotki oparte na kilkudziesięciu zajęciach z jednolitą grupą Chińczyków, a nie przekrojowe badania”
    A ktoś tutaj ma przekrojowe badania? Jak Fiat127 słusznie zauważył, nie ma danych na których można się w ten sposób oprzeć, więc wszyscy wrzucają anegdotki.
    Ja też mam tylko takie opowieści. Głównie rzeczy które usłyszałem od mojego mistrza kung fu oraz to co przeżył kolega pracujący w polskim pawilonie na Expo w Chinach – mnóstwo młodych kobiet kręcących się przy zagranicznych gościach, zakładali, że wszystkie pracują dla lokalnej bezpieki i mają mieć na nich oko z bliska. Oraz fakt, że jak Chińczycy coś organizują to musi być największe, więc całe wycieczki z interioru były zwożone autokarami, żeby na expo była publiczność. A gdy kolega jednej grupie próbował coś zakomunikować i chciał napisać to na tabliczce, to usłyszał komentarz od znajomego Chińczyka „Daj spokój. To analfabeci”. Ile z tego jest reprezentatywne, a ile przefiltrowane przez bias czy specyficzne okoliczności? Nikt nie wie. Możemy tylko porównywać co się nam udało dowiedzieć i patrzeć gdzie się pokrywa, a gdzie jedno zaprzecza drugiemu.

    Ja z racji treningów kung fu mogę powiedzieć coś o różnicach w podejściu zachodniej i chińskiej medycyny sportowej (czy okołosportowej). To są miejscami dosłownie przeciwne wektory, przy czym nie dlatego że Chińczycy ignorują informacje naukowe, tylko ze względu na podejście do bólu, dyscypliny oraz celów stosowania takich zabiegów.

  212. @pk

    Z medycznych rewelacji mam trochę wykluczające się historie o tym, że z jednej strony nasi Chińscy studenci traktowali jako remedium na wszystko gorącą przegotowaną wodę, z drugiej strony potrafili z byle katarkiem iść do szpitala mimo naszych usilnych próśb, by zaczęli od apteki lub ewentualnie zarejestrowali się do przychodni (to nie była kwestia braku ubezpieczenia zdrowotnego).

    To, co mnie najbardziej uderzało w kontaktach z Chińczykami, to ich nacisk na rankingi. Tłumaczenia, że mamy jobla na punkcie RODO i nie możemy upubliczniać takich danych na niewiele się zdawały. Usilnie chcieli wiedzieć, w jakim stosunku do reszty grupy są. I teraz nie wiem, czy to może jakiś związek z ich mandaryńskimi jeszcze egzaminami czy po prostu ten typ tak ma.

  213. Jak już chińskie anegdotki, to może taka opowiedziana mi historia.

    Otóż jest sobie niejaki Shing-Tung Yau. Matematyk niewątpliwie wielki (nieironicznie), a w Chinach to już największy. Mamy teraz centra Yau, nagrody Yau, i ogólnie wszystko Yau. W szczególności mamy od chyba trzech lat prestiżowe (nieironicznie) nagrody Frontiers of Science, wręczane za osiągnięcia w różnych dziedzinach matematyki, fizyki i informatyki podczas uroczystego kongresu w Pekinie. Kilku znajomych było na trwającej duuużo godzin ceremonii ogłaszania laureatów, i opowiadało, że stopień abstrakcji tylko rósł w miarę upływu czasu. W szczególności w pewnym momencie nastąpiło trwające kilkadziesiąt minut deklamowanie poezji autorstwa Yau. Poezja była tłumaczona – zdawałoby się przez AI – na angielski. Oznaczało to, że na ekranie wyświetlały się dość niezrozumiałe zbitki słów. Kiedy w pewnym momencie ktoś z gości z uśmiechem zagadnął do miejscowych, że chyba coś z translatorem nie do końca wyszło, ci zaprotestowali, z mieszanką zmieszania i jednak pewnej dumy (że software mimo wszystko dobry): `actually nobody really understands poems of Professor Yau even in Chinese’.

  214. @olo421
    (Medycyna) O takiej klasycznej nic nie wiem. Wiem o podejściu do różnych kontuzji, stłuczeń, etc. Przy czym wiem, że gospodarz za sportem nie przepada – a ja się zgadzam, że z piłką nożną najlepiej by było zrobić tak, jak opisał to Lem w „Powrocie z gwiazd” – ale może wybaczy mi pojedynczy opis różnic między Chinami a zachodem dla pokazania tego, jak odmienne jest podejście i dlaczego. Zwłaszcza, że nie dotyczy to tylko sportu, ale i tego jak zachowują się zwyczajni ludzie gdy sobie coś stłuką.
    Otóż na zachodzie priorytetem jest stłumienie bólu. W sporcie widzimy to gdy zawodnikowi psikają nogi jakimiś sprejami. Nie chodzi o to, żeby go wyleczyć, tylko o zablokowanie bólu, żeby jeszcze wrócił na boisko i dalej grał, bo liczba wymian zawodników jest ograniczona. A efektywnie robi się to m.in. przez schładzanie.
    Wśród normalnych ludzi jest podobnie. Upadłeś i nabiłeś sobie siniaka? Przyłóż lód. Popkultura też nas tego uczy. Bohater dostał po mordzie? Wyjmie z zamrażalnika lód i wsadzi w ręcznik, ewentualnie jakąś paczkę mrożonego groszku i sobie przyłoży do twarzy.
    To przynosi ulgę, zmniejsza odczuwany ból. Ale też spowalnia krążenie miejscowo, a więc i wchłanianie krwi z rozbitych naczyń krwionośnych. Siniak powstały z takiego stłuczenia potraktowanego lodem trzyma się potem przez tydzień albo i dłużej.
    Chińskie podejście jest wprost przeciwne. Ból to część życia, postaraj się wytrzymać, ćwicz dyscyplinę. Krwiaka rozmasuj i rozgrzej (popularne różne maści oparte o olejki np. kamforowy, takie jak Tiger Balm). Będzie trochę bolało, ale to nie urwana noga. Jednocześnie rozmasowana na większym obszarze krew, dodatkowo spłaszczona, ma dużo większą powierzchnię na której może być wchłaniana. Osobiście widziałem efekty takiego podejścia, w tym na sobie. Siniaki są sporo większe, ale już drugiego dnia robią się żółte a po trzech dniach znikają.
    Jedno i drugie jest oparte o dość prostą biologię i fizykę. Decyduje kwestia tego, czy jesteśmy gotowi na nieco bólu żeby szybciej pozbyć się efektów, czy wolimy minimalizować ból kosztem dłuższego gojenia.

    „I teraz nie wiem, czy to może jakiś związek z ich mandaryńskimi jeszcze egzaminami czy po prostu ten typ tak ma.”
    Na ile się orientuję, to może być znowu jedna z tych azjatyckich rzeczy. W Japonii też to się przewija. Widziałem to parokrotnie czy to w japońskich filmach/serialach czy grach (np. Persona V). Nie wiem czy tak jest w prawdziwych szkołach, czy może to tylko jakiś popkulturowy wątek, ale jeśli istnieje w ich popkulturze to raczej nie bez powodu. Zresztą u nas RODO to też względna nowość. Wyniki mojej matury również były wywieszane publicznie dla wszystkich uczniów, egzaminy na studiach takoż. Istotna różnica może była taka, że w Japonii/Chinach oni to chyba segregują od najlepszych do najsłabszych, a u nas to mogła być alfabetyczna lista per grupa/klasa.

  215. A jeszcze garstka moich doświadczeń z funkcjonowania na miejscu, nieco w kontrze, nieco w potwierdzeniu tego, co pisze wyżej fiat27:
    – skuteczny VPN: w środowisku akademickim pełen standard. Przed ostatnim wyjazdem coś sobie instalowałem, zaraz okazało się, że raczej nie działa, ale nie musiało: po pół godziny był u mnie miejscowy postdok, który zainstalował `właściwe’ oprogramowanie do omijania blokady i już gmail czy googlemapsy śmigały jak trzeba. Korzystali z tego absolutnie wszyscy uczelniani miejscowi i przyjezdni, z którymi miałem do czynienia.
    – zdjęcia z kamer, WeChat, ustawiczna inwigilacja: jak najbardziej, przy czym znów, do pewnego stopnia do ominięcia/przeżycia. Nie chciałem instalować WeChatu na telefonie, więc codziennie przed wejściem na kampus musiałem odbierać mailem `dzienną przepustkę’ i dyskutować z strażnikiem, że choć system rozpoznawania twarzy mnie nie kojarzy, to i tak mogę wejść do środka. Skądinąd miejscowi opowiadali, że ściślejsze odcięcie kampusów od świata nastąpiło przy okazji COVIDu, ale… już tak zostało.
    – samodzielna podróż po mieście: jak najbardziej OK, w szczególności metro działało na monety, a nie na płatności WeChatowe. Młodych Chińczyków bardzo dziwiło, że chodzę czasem np. `stąd na północ’, bo wiem, że w tamtym kierunku jest kampus/hotel. Oni wszyscy korzystali z map Google (oficjalnie – jak wyżej – niedostępnych).

  216. @ergonauta
    „Na etapie rozpoznania wywiadowczego sytuacji w Kijowie/Caracas”
    Masz rację, tylko że takiej analizy SWOT ani FSB, wywiad wojskowy, czy ktoś, chyba nawet nie przeprowadzali. Dlaczego? Albo nie chcieli, albo nie byli w stanie tego zrobić. Normalnie oni żyją z „kryszowania” w Rosji drobnego biznesu, więc po co im nadstawiać głowę gdzieś za granicą.

  217. >Bardzo mało ZSRR wniosło do biologii

    to nieprawda. Według mojej wiedzy Rosjanie mają całkiem zaawansowane badania nad behawioryzmem zwierząt (np. stare ruskie książki debunkowały mit o tym, że obnażanie gardła u wilków jest oznaką uległości na kilkadziesiąt lat wcześniej niż dorósł do tego zachód). Ostatnio udowomili lisa. No i mają Wektor.

  218. @Luca
    to jest świetny przykład kłopotów z Chinami;
    sugeruję na początek zapoznać się za hasłem eng.wiki Film censorship in China
    jest ładnie i czytelnie opisane jakie wątki lgbt spowodowały zmiany dialogów, scen, itd.
    dalej – materiał na yt
    gdybym był tyranem i despotą, to właśnie poprzez takie materiały starłbym się normalizować Chiny – proszę zwrócić uwagę na konstrukcję – 1 gadająca głowa, w tle w dość regularnych odstępach pokazywane jakieś dane + przebitki na animacje + materiały z usa;
    nikt bez znajomości realiów Chin + biegłego chińskiego + bbyciem lgbt w Chinach nie jest w stanie tego zweryfikować;
    na początku filmiku jest stwierdzenie o neutralności i nie promowaniu lgbt;
    ale wracam do listy ocenzurowanych filmów – chodzi o potężne produkcje, gdzie wejście do chińskich kin było uwarunkowane zmianami scen/dialogów itd.
    czyli, wspomniane w filmiku – no promotion – to może wszystko literalnie WSZYSTKO, co sobie komitet zatwierdzający produkcję/cenzorzy postanowią;
    kiedyś Gospodarz napisał bardzo celną uwagę na temat istoty systemów totalitarnych – że on nie stawiają twardych, jednoznacznych zakazów/praw – więc zawsze grozi, że coś może zostać podciągnięte po niedozwolone
    – że system totalitarny działa wybiórczo, przypadkowo – może się więc okazać, że raz coś jest ok, ale za chwilę – absolutnie nie;
    a jedynym, kto decyduje o tym co jest i co nie jest dopuszczalne jest władza – bo do niezależnego sądu nie ma jak – realnie – iść;
    i to jest kluczowe w tym co staram się przekazać – to wynika z doświadczeń życia w prl-u = też pozornie byliśmy „normalnym” państwem, ba wielu ludzi z zachodu tak nas postrzegało; nie zapomnę, kiedy goście z NL w czasie wizyty studenckiej w roku 87′ pytali, czemu nie przegłosujemy tych komunistów, skoro są tak źli – no weź i wytłumacz;
    wg mnie film nie jest rzetelny, bo argumentacja, że Chiny były bardziej postępowe niż wiele stanów w usa, to nie prawda, tylko, że realnie to nie była i nie jest prawda (przy wszystkich mankamentach usa);
    drugi argument – jeżeli przyjmiemy, że Chiny to kraj opresyjnego totalitaryzmu, to rzetelny materiał zaczął bym od krótkiego pokazania tego, co staram się wyjaśnić tutaj – że nie ma znaku równości w prezentowaniu faktów/procesów/zjawisk w Chinach i krajach demokratycznych; a tutaj widz ma wrażenie, że jeszcze może nie idealnie w tych Chinach, ale w sumie spoko;
    trzeba by pooglądać materiały dysydentów z Hong Kongu, bo dysydenci chińscy nie mają tak dobrego porównania z tym co jak może wyglądać demokracja;
    być może istnieją też materiały robione przez ludzi z Tajwanu;
    kiedy to piszę – utwierdzam się, że ten materiał to manipulacja mająca normalizować Chiny;

  219. @Piotr Kapis

    „Mistrz naszego stylu był Chińczykiem wywodzącym się bodajże z okolic Singapuru (ale może Szanghaju? Nie pamiętam, wydaje mi się że któreś duże miasto na S).”

    Singapur nie jest w ChRL, nawet jeśli spora część mieszkańców to etniczni Chińczycy, więc to jednak spora różnica.

  220. @Luca
    „przez izolację Chin faktycznie trudno wyrobić sobie wiarygodny obraz. Zostają więc głównie mniej lub bardziej punktowe cudze obserwacje”

    Mnie również Chiny fascynują, ale jako że tam (jak również do Rosji) nie jeżdżę, to swoją wiedzę o nich czerpię z książek (głównie z pozycji historycznych oraz z reportaży Liao Yiuwu czy Petera Hesslera wydawanych przez „Czarne”), ale też z beletrystyki: dobrze mentalność Chińczyków opisuje np. „Pekińska Koma” Ma Jiana – powieść której akcja ma miejsce podczas protestów na Tiananmen, którch pacyfikacja obnażyła bestialstwo tamtego reżimu – czy „Kraina Wódki” Mo Yana, opisująca lokalne przetasowania w prowincjonalnym piekiełku po śmierci wodza. Ale oni opisywali/opisują czy to totalitarne Chiny z czasów Mao, czy to współczesne Chiny w epoce przemian, która to epoka wraz z rządami Xi Jinpinga już się – mam wrażenie – zakończyła. Teraz tam jest era odmóżdżania przez popkulturową papkę i totalnej inwigilacji przez smartfony, a o czymś takim nie da się napisać w sposób ciekawy.

    Jeśli już miałbym odnosić post-maoistowskie Chiny do ZSRR okiem laika (bo pojawił się tu wcześniej wątek udanych i nieudanych prób modernizacji totalitarnych reżimów), to wyobraźmy sobie takie ZSRR (political fiction), w którym po śmierci Stalina Chruszczow zostaje rozstrzelany, wzrasta pozycja bezideowego NKWD, a państwo reformowane jest przez Berię, gdzie „zdolny menedżer” wprowadza swój NEP, tyle że uzupełniony o przerzedzoną nieco sieć łagrów. No i oficjalnie nikt tej pierestrojki nie dekretuje, czyli *formalnie* wszystko zostaje po staremu, to jest w ramach leninowskiej ortodoksji, ale *de facto* rządzi rynek – i to bynajmniej nie „czarny” – a jak któryś dyrektor czy „prawowierny” intelektualista nie potrafi się przystosować do nowych realiów, to szybko trafia na Kołymę. Taka zamordystyczna technokracja, w którym jeśli masz łeb na karku i układy, to możesz zarobić na zagraniczną furę, złoty łańcuch i wykupić kuzyna z łagru (ale dla pana, panie Areczku, za opowiadanie żartów w tramwaju lub czytanie wywrotowej literatury – tradycyjnie kula w łeb).

  221. @ nienietoperz
    dzięki za inspirację i przypomnienie wielu istotnych kwestii:
    1/ VPN w Chinach – kluczowa sprawa – korzystanie z VPN jest nielegalne – xpressis verbis: czyli naukowcy – korzystają, ale nikt ich za to nie ściga – to prawda;
    ale jeżeli władza będzie chciała kogoś dojechać – to mamy czarno na białym, że ktoś „niewygodny” – stosuje zabronione PRAWEM procedury;
    tylko tyle – i aż tyle
    2/ Wechat i Chiny – tam się nie da bez niego żyć – bo WSZYSCY Chińczycy namiętnie PISZĄ/komunikują się przy jego pomocy – więc nie masz jak inaczej komunikować się z lokalsami/kolegami z pracy etc., bo oni ciągle piszą; dalej – w banku, urzędzie – niczego nie załatwisz bez lokalnego numeru telefonu i wechata
    3/ prowadziłem dla angielskiej firmy ich biuro w Ningbo i na lunch często chodziłem do pobliskiego Starbucks’a; ponieważ byłem obcokrajowcem i jedyną osobą, która chciała płacić gotówką – to specjalnie dla mnie, w ramach gościnności i wyrozumiałości – organizowali gotówkę, o czym skrzętnie poinformowali towarzyszących mi Chińczyków; bo cała reszta klientów płaciła telefonami;
    ale w miejscach, gdzie nie byłem regularnym klientem – pytanie o płatność gotówką budziło konsternację; więc moje rachunki opłacali chińscy koledzy, a ja oddawałem im gotówkę.

  222. @Gammon No.82
    „jakkolwiek oczywiście można twierdzić, że np. Timoszenko to nie był prawdziwy Rosjanin, tylko Ukrainiec.”

    Albo że Kopernik to nie był prawdziwy Polak. Można by się też przyjrzeć pod kątem „prawdziwości” paru słynnym Amerykanom z USA.
    Ale pozostańmy przy Rosji i tym, co do świata wniosła. Urodzony w Ukrainie Siergiej Prokofjew, który zadomowił się na Zachodzie, ale wrócił do stalinowskiego ZSRR w 1936, to już w ogóle nie był prawdziwy nikt. Jeszcze bardziej nikt, w kategoriach „prawdziwości”, to Swiatosław Richter – urodzony w ukraińsko-polskim Żytomierzu syn Niemca i Rosjanki.

  223. @pohjois
    „Mam wrażenie, graniczące z pewnością, że Fiat 126p był znacznie droższy niż 25 pensji.”

    Wiki (oparta na kruchych źródłach, ale jednak nie na samych wrażeniach):
    „5 lutego 1973 roku bank PKO rozpoczął przyjmowanie przedpłat na zakup Polskiego Fiata 126p. Cenę samochodu wyznaczono na 69 000 zł. Średnia pensja w Polsce oscylowała wówczas między 3 a 4 tysiącami złotych.”
    „W 1993 roku cena nowego egzemplarza samochodu wahała się w przedziale 61 – 69 mln zł, przy czym średnie miesięczne wynagrodzenie wynosiło wówczas niespełna 4 mln zł.”
    Za Gierka i za Wałęsy podobnie, z grubsza x20 – x25.
    Wiekszym problemem socjalizmu niż cena była dostępność (wynikająca z wydajności gospodarki). „Pierwsze egzemplarze [z 1973] miały trafić do posiadaczy przedpłat w 1977 roku, lub wcześniej – drogą losowania.” W 1993 płaciłeś i brałeś.

  224. @ bokononowicz

    Prawdę mówiąc z ust mi to trochę wyjąłeś, bo nawet mnie kusiło jakieś „może z wyjątkiem etologii” i wrzucić jakieś żartobliwe odniesienie do lisków. No ale to jednak są takie sympatyczne, ale poboczne rzeczy przy biologii molekularnej, biofizyce, biochemii i neuro, gdzie jednak postępy robił Zachód. Rosjanie sobie czasem usiłują zachachmęcić Raszewskiego (stuprocentowgo Ukraińca… który zresztą matematyczył głównie w Stanach) albo argumentować, że nie byłoby Millera-Ureya bez Oparina, no ale to jednak nie ta liga.

    Jak już kogoś wspominać z uznaniem to co najwyżej ewentualnie Kropotkina, no ale mało kto o nim pamięta jako o ekologu.

  225. „ten materiał to manipulacja mająca normalizować Chiny;”

    Jest (był?) taki kanał na tubce, prowadzi go dziewczyna, Polka, mieszkająca w Szanghaju, generalnie opowiada o życiu w Chinach, trochę turystyki itp. Widziałem ze 2-3 odcinki parę lat temu. Otóż ma ona kolorowe włosy, mnóstwo tatuaży i jest LGBT i o tym mówi. Zawsze podejrzewałem że Chińczycy pozwalają jej robić takie filmy wyłącznie w ramach ocieplania wizerunku.

  226. @”Wkład ludzi z Rosji”

    W fizyce teoretycznej i matematyce jest solidny. Nawet dzisiaj kilka rzeczy w okolicy Fieldsa.

    Wynika to z sensownej edukacji powszechnej, bo dla ścisłych w metropoliach Rosja była jednak częścią bogatego Zachodu. W efekcie nauka była realną drogą awansu społecznego no i z tego, że mniej było i jest innych ścieżek.

    W detalach jest kilka rzeczy, którymi nadal można się jarać: np lądowniki na Wenus, pionierska robota w automatyzacji fabryk w 1930 (wyprzedzali Niemcy jeśli chodzi o elektryczne roboty przemysłowe). Plus za samo zebranie, opracowanie i ocalenie banku nasion w Leningradzie przez DWŚ mają solidny plus.

  227. @”ludzie z Rosji” cd.

    No i sprawy humanistyczno-kulturowe. Od teorii semiotycznych i literaturoznawczych (Szkłowski) po teorię filmu, z jej praktycznymi następstwami, których naoglądali się wielcy reżyserzy z Zachodu, zanim stali się wielkimi. Od Dżigi Wiertowa (rosyjsko-radzieckiego, aczkolwiek to był żydowski dzieciak z Białegostoku, co się wychował w Ukrainie i tam nakręcił „Czełowieka s kinoapparatom”) po Siergieja Eisensteina (wzorcowy człowiek sowiecki z rodziny rosyjskich żydów, co zakotwiczyli na Łotwie, ale jego sekwencja na schodach w Odessie i cały „Bronienosiec Potiomkin” to jest kaszka z mleczkiem, na której wykarmił się cały filmowy świat XX wieku).

  228. @fiat
    „kiedyś Gospodarz napisał bardzo celną uwagę na temat istoty systemów totalitarnych – że on nie stawiają twardych, jednoznacznych zakazów/praw – więc zawsze grozi, że coś może zostać podciągnięte po niedozwolone
    – że system totalitarny działa wybiórczo, przypadkowo – może się więc okazać, że raz coś jest ok, ale za chwilę – absolutnie nie;”

    Dziękuję za tak uważne czytanie moich tekstów. Rzeczywiście, interesując się historii popkultury, interesuję się siłą rzeczy także historią cenzurowania popkultury. Występuje także w krajach demokratycznych, ale tam rzeczywiście towarzyszą temu klarowne reguły takie jak kodeks Haysa. Wprawdzie tam też była pewna arbitralność – niektórzy filmowcy słynęli w Hollywood z tego, że potrafią „więcej załatwić” w MPAA, więc powierzano im trudne tematy jak „Stąd do wieczności”, ale skala problemu była nieporównywalna do PRL czy ZSRR, gdzie Lemowi najpierw przepuszczali otwartą krytykę systemu w „Dialogach” czy „Edenie”, a potem nagle zatrzymywali „Podróż XIV” (przepuszczoną w 1956).

    W Hollywood filmowiec unikający trudnych motywów (zazwyczaj sprowadzających się do seksu i kwestionowania sprawiedliwości), mógł być pewien, że nie będzie miał kłopotów. W PRL i ZSRR nic nie dawało takiej pewności, można było mieć po prostu pecha, że komuś coś się przypadkiem skojarzyło.

  229. Nigdy nie byłem w Chnach, tym bardziej na uniwersytecie ale ostatnio trafiłem na przetłumaczoną na angielski stronę chińskiego kursu uczącego studentów projektowania procesorów RISC. W wielu miejscach powtarzają: do tej pory zawsze korzystałeś z chińskich stron i wyszukiwarek, ale musisz się tego oduczyć. „Jestem chińczykiem, czytam po chińsku” tu nie działa. Strony po angielsku zawierają informacje, których nie znajdziesz po chińsku. Tu jest przykład: link to ysyx.oscc.cc
    Nawiasem mówiąc, kurs wielokrotnie linkuje do materiałów na MIT, na czele z oficjalną stroną o Academic Integrity. Wygląda że to jest przykład takiego przeszczepiania zachodnich wzorców na rodzimą glebę.

  230. @ wkład ludzi z ZSRR/Rosji w matematykę

    Oczywiście bardzo istotny. Kołmogorow, Arnold, Kasparow (nie ten), Wierszik, dziesiątki innych. Kilka czynników:
    – solidna edukacja najlepszych (sowieckie kółka matematyczne, specjalne szkoły czy klasy, i olimpiady – do dziś są na świecie traktowane jako wzorcowe sposoby wyłaniania i trenowania młodych talentów)
    – fakt, że skoro nie można było robić karier w biznesie, a nawet powiedzmy inżynieria łączyła się z dużą chwiejnością (zawsze jakiś lokalny gospodin może uznać, że jeśli rakieta nie poleci do wtorku, to łagier już czeka), powodujący, że badania czysto teoretyczne stają się atrakcyjną ścieżką zawodową dla nadprzeciętnie inteligentnych
    – zamknięte i dość elitarne środowisko akademickie => kult bardzo intensywnej pracy i poświęcenia wyłącznie nauce => często faktyczne osiągnięcia

    Oczywiście były też czynniki mocno negatywne: choćby taki, że jeśli akurat przyszła fala mówiąca, że `Jewriejow u nas nie nada’, to żadna wybitność nie chroniła przed zesłaniem do Instytutu Kanalizacji w dolnym Dziuropietrowsku.

    Z czasem izolacja doprowadziła do powstania pewnej specyfiki, nawet w matematyce. W odróżnieniu od Zachodu publikowało się dużo króciutkich prac bez dowodów, bo akademik Wielkicyn powiedział, że tak jest dobrze; często Wielkicyn miał rację, ale i tak utrudniało to bardzo posuwanie nauki dalej. Tu wydaje się, że zdecydowanie wygrały `praktyki zachodnie’. Funkcjonował też, zwłaszcza w latach 80tych i 90tych (i głównie wśród emigrantów z ZSRR), dość arogancki sposób patrzenia na matematykę zachodnią. Powtarzane na konferencjach uwagi typu: `my eta uże sdielali w siemdziesiatom czetwiortym’ z czasem są na szczęście coraz rzadsze, bo chyba wszyscy się zorientowali, że nikt na nie nie reaguje, jeśli nie ma konkretnych, pełnych odwołań (a nie tylko jakieś `obwieszczenie wyniku’ w lokalnym piśmie).

  231. @wkład Rosji/ZSRR w światową naukę

    Spytałem Copilota o laureatów Nagrody Nobla z nauk ścisłych/przyrodniczych po 1945 z Rosji/ZSRR (16), UK (92), Niemiec (67), Francji (34) i Japonii (30).

    Nie da się ukryć, że jakiś wkład mieli, ale jednak liberalne demokracje wypadają nieporównianie lepiej.

  232. @Noble po 1945
    No ale nie róbmy z Nobla jakiejś obiektywnej miary wkładu krajów do rozwoju nauki. Na tej samej zasadzie na jakiej nie wyciągałbym zbyt daleko idących wniosków co do wkładu kobiet w rozwój nauki (6% w medycynie, 4% w chemii, 2% w fizyce, 2% w ekonomii). To jest nagroda nadawana przez określonych ludzi – i w okresie zimnej wojny radzieckim naukowcom nie było równie łatwo ją dostać. Tak jak kobietom otrzymać nagrodę nadawaną przez grono starszych facetów.

  233. @ nienietoperz

    ” W odróżnieniu od Zachodu publikowało się dużo króciutkich prac bez dowodów, bo akademik Wielkicyn powiedział, że tak jest dobrze; często Wielkicyn miał rację, ale i tak utrudniało to bardzo posuwanie nauki dalej.”

    Niestety, pod tym względem ZSRR wyprzedził swoje czasy. W matematyce komputerowej, algorytmice jak również w kawałkach biologii obliczeniowej od dekady czy dwóch kluczowe publikacje często ukrywają ważne lub problematyczne elementy dowodów albo badań empirycznych, przemilczają je lub dyskutują w mało formie mało przydatnych ogólników. Tak samo jak w ZSRR, naukowcy czasami robią to celowo, choćby po to, aby zachować przewagę grantową, okazję inwestycyjną lub perspektywę kolejnej publikacji.

    Nie mówię tu o „zwykłej” tendencji grup eksperckich do hermeneutyki, niedbalstwie czy tradeoffach między zasięgiem publikacji a jej szczegółowością, nie mówię też nawet o podejściu „to przecież oczywiste”. Chodzi mi właśnie o celowe ukrywanie istotnych detali, które umykają większości osób spoza ścisłego grona użytkowniczek publikacji.

    W 2026, gdy korpo zatrudniają sporo ludzi od trudnych ścisłych podstawowych jest tego tylko więcej.

  234. @D.N.L

    „No ale nie róbmy z Nobla jakiejś obiektywnej miary wkładu krajów do rozwoju nauki.”

    Właściwie czemu nie? Szczególnie w określaniu wybitności, masz jakieś lepsze narzędzie?

    „To jest nagroda nadawana przez określonych ludzi – i w okresie zimnej wojny radzieckim naukowcom nie było równie łatwo ją dostać.”

    Podobnie jak Niemieckim. A jednak 67 do 16.

    „Na tej samej zasadzie na jakiej nie wyciągałbym zbyt daleko idących wniosków co do wkładu kobiet w rozwój nauki ”

    Ja bym wysnuł taki, że kobiety są upupiane jak tylko zechcą wyrosnąć ponad poziom postdoca. Mocne niedoreprezentowanie kobiet w Noblach to końcowy etap procesu; przecież to nie jest tak, że są setki pominiętych kobiet, uwalono je znacznie wczesniej.

  235. @bokonowicz

    „Liberalne demokracje jak USA”

    Pomijając już, że USA to jest/były liberlaną demokracją, oraz że jednak wolałbym się urodzić w USA niż ZSRR, to o USA nic nie pisałem. To kopanie leżącego, przecież to były dwa supermocarstwa bezpośrednio ze sobą rywalizujące. O ile jeszcze z krajami typu Niemcy czy UK ZSRR przegrywa wyraźnie na punkty, to z USA to miazga, nie ma czego zbierać.

  236. @ Chiny – proch, porcelana
    Zachęcony przez Gospodarza napiszę o 2 kwestiach natury ogólnej związanych z Chinami.
    Ponieważ są to dość obszerne problemy rozdzielę je na 2 komentarze.
    Otóż nasza wiedza na wiele różnych tematów o charakterze ogólnym, opiera o stereotypy/uproszczenia.
    To normalne – niewielu ludzi ma potencjał i możliwości by zostać erudytą.
    Innymi słowy – stosujemy uproszczone widzenie świata.
    Dlatego dla wielu z nas, Chiny kojarzą się z ważnymi odkryciami/wynalazkami z bardzo odległej przeszłości.
    Powodem tych skojarzeń jest doniosłość/znaczenie tych odkryć = idealnie wpisują się szybkie uproszczenie naszej wiedzy.
    Drugi istotny aspekt – to fakt, że Chiny są odległym od nas terytorium i w sensie powszechnym – nie znamy realiów, historii tego kraju. Nie mamy więc żadnych narzędzi, aby próbować analizować zjawisko – opieramy się więc o to powszechne uproszczenie.
    Tak mi się życie ułożyło, że ponad 10 lat (po roku 1990) mieszkałem z rodziną w Czechach.
    Musiałem nauczyć się biegle mówić po czesku i prowadziłem życie podobne do innych mieszkańców Czech.
    Będąc w Czechach, czytając miejscową prasę, oglądając ich TV – zacząłem dostrzegać ogromną rozbieżność w tym jak widzą Czechy/Czechów Polacy, a tym jak w „rzeczywistości”/na miejscu wyglądają Czechy.
    W skrócie – Polacy (nieważne z jakich powodów) – stworzyli sobie niemający wiele wspólnego z rzeczywistością, wyidealizowany obraz Czech/Czechów.
    Ten obraz stworzyli i rozbudowali (pewnie nie do końca świadomie) ludzie tacy jak Szczygieł.
    Mając dużą popularność + dostęp do opiniotwórczych mediów o dużym zasięgu – ten nieprawdziwy obraz Czech stawał się powszechny, zaś czytelnicy nie mieli narzędzi, aby móc zweryfikować podawane informacje, które zresztą nie były nieprawdziwe. Istotnym jest, że podawane informacje nie zawierały prawidłowej analizy podawanych faktów.
    Chodzi o to, że dzisiejsze Czechy to jest kraj który „powstał” w roku 1945.
    System totalitarny wraz ze zmianami politycznymi „stworzył” nowe społeczeństwo i zupełnie inny kraj niż ten przed rokiem 1945. Ale żeby to dostrzec, trzeba dość dobrze poznać i rozumieć historię Czech – w oparciu o biegłą znajomość języka, możliwość czytania opracowań historycznych po czesku, móc biegle komunikować się z Czechami, oraz mieć potrzebę odnajdywania procesów/zjawisk o charakterze ogólnym.
    W skrócie: współczesne Czechy nie mają nic wspólnego z krajem, który opisywał na przykład Haszek. Nie istnieje zarówno system społeczny i polityczny sprzed roku 1945, ale co ważniejsze – nie ma ludzi, którzy żyli i tworzyli tamte realia.
    Został przerwany całkowicie system przekazywania wartości, wiedzy itd. istniejący wcześniej. Oczywiście nie stało się to z dnia na dzień.
    W mojej ocenie kluczowy jest czynnik „ludzki” – to znaczy w krótkim czasie fizycznie z terenu Czech zniknęli ludzie, którzy w istotny sposób wpływali/tworzyli ten kraj:
    – w 1945 roku wypędzono ponad 3 miliony obywateli czechosłowackich narodowości niemieckiej (stanowili prawie 25% przedwojennej Czechosłowacji)
    Ci ludzie mieszkali na tych terenach od średniowiecza. Mówili (przed 2 wojną) po niemiecku, kształcili dzieci w języku niemieckim. W istotny sposób tworzyli potęgę przemysłu na terenach Czechosłowacji. Tylko trzeba pamiętać, że przemysł ów powstał w czasach Monarchii Habsburskiej (czyli do roku 1918). 80% przemysłu CK Monarchii znajdowało się na terenie dzisiejszych Czech.
    – w czasie 2 wojny zginęło i wyemigrowało (zginęło około 200K) Czechów
    – w roku 1945 bardziej świadomi realiów opuszczali Czechy kolejni – tak jak Bata i cała jego firma
    – w roku 1948 – kiedy nastąpił przewrót komunistyczny – doszła kolejna fala emigracji
    – w roku 1968 – wyemigrowali kolejni
    Jaki skutek miały opisane zjawiska? Jak podsumował to jeden ze znanych mi Czechów: ”Wiesz kto został? Owce”.
    Nie przytaczam tego posumowana, aby postponować Czechów. Opisuję, że powstała zupełne nowa rzeczywistość społeczna i polityczna.
    Została zerwana – w sensie niemal dosłownym ciągłość struktury, którą tworzyli konkretni ludzie przed rokiem 1945.
    Staram się pokazać powody dla których wystarczyło kolejnych 40 lat, aby do roku 1990 – powstała zupełnie inna, nowa struktura, niemająca niemal nic wspólnego z wcześniejszymi (przed rokiem 1945) czasami.
    1/ zakładając, że to co piszę ma sens – spróbujcie popatrzeć podobnie na procesy, zjawiska dotyczące na przykład historii Polski. Analogii widzę całą masę – począwszy od strat wojennych, poprzez zniknięcie mniejszości itd.
    2/ to co opisuję pokazuje, że w bardzo krótkim czasie (co tej jest 40 lat?) może dojść do całkowitej zmiany właściwości rozwojowych, społecznych itd. danego regionu.
    Patrząc na bardziej odległe perspektywy historyczne – niewiele nas łączy z uczestnikami bitwy pod Grunwaldem (nic?).
    Tak jak niewiele łączy Czechów z husytami. Łączność, którą widzimy jest stworzona/sztuczna, a nie realna. To czy w nią wierzymy jest wtórne – realnie wystarczy 40 lat, przesiedlenia ludności, zmiany granic – i powstaje nowa jakość.

    Aby pokazać jakie skutki miała ta nowa jakość podam kilka przykładów.
    Niektórzy z was wiedzą, że przed 2 wojną na terenie Czechosłowacji produkowano samochody na poziomie top – światowym.
    Aby to było możliwe, musi istnieć ciągłość – przekazywanie wiedzy, kultury technicznej, edukacja, zaplecze produkcyjne.
    Nie tworzy się skomplikowanych produktów z dnia na dzień.
    Ale kluczowi są w tym wszystkim ludzie. Przeczytajcie więc biogramy takich ludzi jak Ferdynand Porsche. On urodził się na terenie dzisiejszych Czech. Sprawdźcie losy Hansa Ledwinki (tworzył potęgę Tatry).
    Dlaczego do wyjaśnienia Chin używam przykładu Czech?
    Bo możemy sami zobaczyć jak z kraju, gdzie powstawały rozwiązania na poziomie światowym, w ciągu 40 lat przemysł samochodowy tak się zdegradował, że w roku 1989 Czechosłowacja produkowała pokraczne Skody 120/125 (to symbol).
    Podsumowanie – nie istnieje ciągłość w rozwoju i współczesne Chiny nie mają dosłownie nic wspólnego [oprócz języka(?) i terytorium] z sukcesami/dokonaniami z przed setek/tysięcy lat.
    To my, poprzez nasze „upraszczanie” widzenia/rozumienia świata – kreujemy fałszywe wyobrażenie, dziwiąc się jak to możliwe, że dany kraj/naród – nie tworzy kolejnej porcelany czy prochu.

  237. Wydaje mi się, że lepszym narzędziem od liczby lauratów nagrody Nobla z nauk ścisłych, będzie jej rozszerzenie o laureatów (i nominatów) także tej pokojowej.

  238. @sowiecka nauka
    No właśnie niby była, niby mieli osiągnięcia, niby pierwsi w kosmos polecieli. I co? I jajco. Kilka milionów umarło z głodu, asfalt na drodze zdarzał się, wychodki były normą, a jakość publicznych toalet legendarna (co trzeba zrobić w ZSRR po skorzystaniu z publicznej toalety? Umyć nogi). To była para w gwizdek. System ładował sporą kasę w naukę, ale na poziom życia to się nijak nie przekładało. To był miś na miarę możliwości do pokazywania i otwierania oczu niedowiarkom.
    A z tą chińską nauką i techniką jest tak samo. Niby jest, niby imponuje, ale przeciętny Chińczyk niewiele z tego ma. Więcej pożytku by było, jakby władza wydała te pieniądze na doprowadzenie kanalizacji do interioru.

  239. @ceny oficjalne samochodów w PRL
    Wygląda na to, że niektórzy komcionauci mają mgliste pojęcie o rzeczywistości PRL. Cena oficjalna była dostępna dla wybranych lub szczęściarzy. Samochody w tej cenie kupowało się na talony. Dzisiaj po wyjeździe z salonu samochodowego nawiutkiego samochodu jego cena od ręki spada o 15-20%. Tymczasem w PRL cena wzrastała nawet o 100%. Mój ojciec kupił w 1972 roku ,za zarobione w USA na wymianie naukowej dolary, Fiata 125p 1500, z dźwignią zmiany biegów w podłodze. Po prostu top topów. Po 5 latach sprzedał ten samochód na giełdzie za mniej więcej oficjalną cenę nowego samochodu w salonie. Nawiasem mówiąc, to cudo miało aż 75 koni mocy i paliło koło 8l na 100 km i było mniejsze od współczesnego golfa. Zapewne w archiwalnych egzemplarzach jakiegoś Życia Warszawy lub innej gazety można odnaleźć informacje o giełdowych cenach samochodów. Ale ceny w Peweksie są niezłym substytutem. Na pewno jeśli chodzi o samochody zachodnie.

  240. @jsw
    Veritasium

    To bardzo popularny kanał, więc pozwolę sobie na spóźnioną adnotację. Kiedyś byłem ich regularnym widzem, ale dwa czy trzy lata całe przedsięwzięcie nabył jakiś fundusz private equity. To zresztą prawdziwa plaga na YT, której pierwszym objawem jest zwykle wzrost budżetu na produkcję i stopniowe wprowadzanie nowych prowadzących. To jednak strona wydatków, która musi być jakoś zrównoważona po stronie przychodów, co może już rodzić pewne wątpliwości, np. pod kątem obiektywności…

    Nie zarzucam tu nic konkretnego samemu Veritasium, ani materiałowi o ASML – moja uwaga jest raczej natury ogólnej.

  241. @kmat
    „To była para w gwizdek. System ładował sporą kasę w naukę, ale na poziom życia to się nijak nie przekładało.”
    Jasne, że lepiej żyć w USA niż w ZSRR, ale przecież o USA można dawać podobne przykłady. Tyle nauki, rynek tak bardzo wolny. Tylko ceny insuliny nieziemskie, ludzie bronią się rękami i nogami żeby ich karetka nie zabrała, cena ubezpieczenia zdrowotnego potrafi skoczyć nagle o kilkaset procent (i nic dziwnego, że Luigi się wkurzył, to była jedna rzecz w ostatnich latach która tam połączyła ludzi z lewej i prawej strony).
    To co się obecnie z AI dzieje jest świetnym przykładem jak to u nich działa. Fantastyczny postęp i szczęście dla wszystkich, za darmo, niech nikt nie odejdzie odrzucony. No, poza artystami i pisarzami których dzieła zostały zassane i na których te modele wytrenowano, ale którzy nie otrzymają z tego powodu ani centa. Ich postęp jak najbardziej potrafił się opierać na niewolniczej pracy albo kradzieży własności intelektualnej – chyba że ktoś się zabezpieczał patentami i miał pieniądze i czas na prawników. Tylko ten ktoś dostarczał nowy produkt wystarczająco tanio, żeby powszechnie dawało się go kupić. Ale okradzionym to różnicy nie robiło.

    @Luca
    (Veritasium) „Kiedyś byłem ich regularnym widzem, ale dwa czy trzy lata całe przedsięwzięcie nabył jakiś fundusz private equity.”
    Też mi się to nie spodobało, ale niedawno Derek nakręcił film w którym wyjaśnił czemu to zrobił. I nawet go rozumiem. On po prostu nie byłby w stanie w ten sposób funkcjonować dużo dłużej. Robił przy nim kilkadziesiąt godzin tygodniowo, więcej niż ludzie na etacie poświęcają na pracę (i to w USA). Nie miał czasu ogarnąć własnej rodziny. To było coś na co mógł sobie pozwolić na początku, gdy napędzała go pasja, ale nie przez całe życie.
    Więc nawet jeśli ten fundusz PE sprawi, że jakość poleci w dół, to jest to ryzyko które potrzebował podjąć. Bez pomocy, bez zespołu który by go odciążył, i tak by to się stało. Albo by się zajechał.

  242. @PK
    Ja przypominam, że to z robotniczych rajów Kuby i Wenezueli ludzie uciekają do USA na tratwach z opon a nie na odwrót. Gdyby w USA faktycznie nie dało się żyć przez ten cały neoliberalny horror to miałaby miejsce masowa emigracja do choćby Kanady. Nic takiego się nie dzieje. USA pozostaje jednym z najlepszych miejsc do życia na ziemi.

  243. @Piotr Kapis
    „On po prostu nie byłby w stanie w ten sposób funkcjonować dużo dłużej.”

    Takie rzewne kawałki mnie nie przekonują. To jest kanał z 20 mln subskrybentów, najpewniej o ponadprzeciętnej atrakcyjności dla reklamodawców. Twórca miał całą paletę alternatywnych możliwości, ale po prostu preferował takie, a nie inne rozwiązanie.

  244. @kmat
    sowiecka nauka No właśnie niby była, niby mieli osiągnięcia

    „Niby”?
    A kilka osób włożyło sporo wysiłku w wyjaśnienia.

  245. @kmat

    „USA pozostaje jednym z najlepszych miejsc do życia na ziemi.”

    Musze powiedzieć, że dało mi to trochę radości w tym smutnym świecie.

    „Gdyby w USA faktycznie nie dało się żyć przez ten cały neoliberalny horror to miałaby miejsce masowa emigracja do choćby Kanady.”

    Z Rosji też nie wyjeżdżają, to też musi być raj na Ziemi.

  246. @wojtek_rr
    „Z Rosji też nie wyjeżdżają, to też musi być raj na Ziemi.”
    Nie. To po prostu słaby paszport, dobry na jakąś Gruzję czy Kazachstan. Choć jak wojna wybuchła to i tak wyjechał kto mógł. Tymczasem amerykański paszport jest bardzo mocny. Jak masz to jedziesz gdzie chcesz. Ale nie wyjeżdżają. Rosjanin bo nie może, a Amerykanin bo nie chce.

  247. @kmat:
    Nie wiem, jak można jaśniej. Przecież nikt nie tłumaczył, że sowiecki model naukowy był lepszy niż obecny zachodni; sukcesy matematyki moskiewsko-leningradzko-kijowsko-charkowskiej były niewątpliwe, i, jak pisałem wcześniej, były w pewnym stopniu efektem ubocznym tego, że innych ścieżek zawodowych też nie było.
    Średni poziom studentów matematyki czy fizyki w Polsce w pierwszych latach w 1989 roku też wyraźnie spadł, głównie dlatego, że wcześniej, jak ktoś był tak zwanym dobrym uczniem (nie fascynatem) z zdolnościami do przedmiotów ścisłych i nie wiedział, co ze sobą zrobić, to szedł studiować właśnie przedmioty ścisłe – bo przecież nie ekonomię (socjalistyczną). Potem się to szybciutko zmieniło.

  248. @kmat

    Połowa społeczeństwa nic nie ma, oczekiwana długość życia – 48 miejscem świeci, Gini powyżej 40, brak ubezpieczeń zdrowotnych, urlopów – no raj po prostu. Najbogatszym 20-30% procentom żyje się dobrze. Reszta wybrała Trumpa.

  249. @wojtek_rr
    „Z Rosji nie wyjeżdżają”
    Jak nie jak tak? Polecam Stasię Budzisz w Dziale Zagranicznym, opisuje ile ruskich pojawiło się w Gruzji po wiadomej inwazji.

  250. @kmat
    „Nic takiego się nie dzieje. USA pozostaje jednym z najlepszych miejsc do życia na ziemi.”
    Zwłaszcza jeśli się ma od małego wyprane mózgi składaniem przysięgi na wierność fladze i podobnymi praktykami. Przekonanie, że się żyje w najlepszym miejscu do życia na ziemi. Albo długi studenckie do spłacenia. Czy coś podobnego.
    No i jest to świetne miejsce do życia na ziemi, chyba że się akurat trafi na agentów ICE, którzy postanowią cię zastrzelić. Wtedy jest to jedno z najlepszych miejsc do nieżycia na ziemi.

    Problem z USA polega na tym, że to może naprawdę być całkiem niezłe miejsce do życia. Chyba że ci się noga powinie. Albo to właśnie twój wynalazek ktoś ukradnie, to twoją własność intelektualną wciągną nosem korposy na procesy z którymi cię nie stać. Jest lepsze niż totalitarne państwa jak ZSRR czy obecna Rosja, chociaż zdaje się zmierzać w stronę totalitaryzmu.
    Ale całe to gadanie jak to wolny rynek załatwia innowacyjność jest naiwne. Amerykańska innowacyjność opiera się na trupach tych, którym się nie udało, bo wychodzi jednemu na sto, a reszta się odbija, traci zainwestowane pieniądze i jeśli ma szczęście to jakoś się utrzymuje na powierzchni. Wielcy biznesmeni mogą robić biznesy bo kelnerzy pracują za pieniądze z napiwków, ich płaca minimalna jest mniejsza niż w Polsce, mają całe miasteczka bezdomnych, kilka stanów z olbrzymim bezrobociem i brakiem perspektyw.
    To nadal jest kraj możliwości w tym sensie, że jest tam dużo zasobów, przestrzeni i konsumentów, więc jeśli ci coś wyjdzie to można osiągnąć olbrzymi sukces. Ale jest to też kraj w którym potknięcie jest cholernie kosztowne, a standardowe podejście jest takie, że porażka to twoja własna wina.

    Wolałbym mieszkać w USA niż w Rosji, ale jeszcze bardziej wolę mieszkać w dowolnym kraju UE. Nawet jeśli wydaje się mniej innowacyjna przez swoje regulacje. A właściwie to dokładnie dlatego, że ma swoje regulacje, które może i ograniczają różne rekiny biznesu i innowacyjności, ale przynajmniej chronią słabszych i zmniejszają możliwości przerzucania kosztów tej całej innowacyjności i wielkiego biznesu na społeczeństwo.
    No ale ja nie wierzę w wolny rynek. Nie wierzę że w ogóle może istnieć prawdziwy wolny rynek, bo nawet jeśli się od takiego zacznie, to w końcu różne Muski i Zuckerbergi wybiją się na tyle, że zaczną go zmieniać pod siebie. I kończymy z oligopolami które zawłaszczają większość zasobów dla siebie.

  251. @nienietoperz
    „Nie wiem, jak można jaśniej.”
    Najlepiej na temat, do czego nikt się nawet nie zbliżył. Proste pytanie. Co przeciętny człowiek radziecki z tych osiągnięć miał? Co do tego ma, że ludzie szli na fizykę, bo nie było dla nich pracy w biznesie? Przecież to nie jest odpowiedź na to pytanie, tylko polemika z jakimś chochołem.

  252. @k.kisiel

    „ile ruskich pojawiło się w Gruzji po wiadomej inwazji”

    Jeżeli po 2022 to uciekali przed poborem, a nie z powodu złej sytuacji życiowej. I uciekali z Moskwy/Petersburga, a nie z głubinki.

    link to newsweek.com

    Ciekawe liczby, 20% Amerykanów wyraża chęć wyjazdu, coraz mniej osób wybiera USA jako kierunek migracji. A to jeszcze przed drugim Trumpem.

  253. @kmat
    Najlepiej na temat, do czego nikt się nawet nie zbliżył. Proste pytanie. Co przeciętny człowiek radziecki z tych osiągnięć miał?

    Ależ to Pan Szanowny osobiście określił zarówno Chiny, jak Rosję/ZSRR, w tym tamtejszą naukę, jako „dziadostwo”, a badania podstawowe jako „marnowanie środków”. Kiedy kilka osób próbowało Pana śmiałe tezy łagodnie sprostować, to okazuje się, że tak właściwie to chciał Pan Szanowny napisać o czymś innym.

    Przecież to nie jest odpowiedź na to pytanie, tylko polemika z jakimś chochołem.

    Nie, to jest polemika z Pana chorągiewką, zanim ją Pan umiejętnie przestawił w inne miejsce.

    Niezależnie od tego jestem ciekaw, jakich badań naukowych, w tym zwłaszcza „czystych”, nienastawionych na zastosowania praktyczne, nie uważa Pan za marnowanie pieniędzy i byłby Pan gotów łaskawie zezwolić na ich prowadzenie – nawet Ruskim i Chińczykom.

  254. >Ciekawe liczby, 20% Amerykanów wyraża chęć wyjazdu, coraz mniej osób wybiera USA jako kierunek migracji. A to jeszcze przed drugim Trumpem.

    Podzielę się moją anecdatą: w znajomym korpo do polskiego oddziału często przyjeżdżają ludzie z centrali w US, na różne warsztaty, itd. Znaczna część z nich jest nieco niebiała. Od wielu lat na rytualnym piwie po pracy pojawiają się teksty, że oni najchętniej to by nie wracali. Można to było brać za żarty, kurtuazję… Ale od mniej więcej drugiego Trumpa już nie lecą takie teksty, ale pytania o szkoły dla dzieci z „amerykańskim”, jakie papiery są potrzebne, żeby zamieszkać albo jak wyglądają przedszkola.

  255. @wojtek_rr
    „Połowa społeczeństwa nic nie ma, oczekiwana długość życia – 48 miejscem świeci, Gini powyżej 40, brak ubezpieczeń zdrowotnych, urlopów – no raj po prostu.”
    Z punktu widzenia przeciętnego mieszkańca tej planety? Jak najbardziej. Gdyby tam było tak źle to pół świata nie waliłoby tam drzwiami i oknami, a sami Amerykanie wyjeżdżaliby gdzie tylko się da. Przecież mogą.

    @Piotr Kapis
    „Zwłaszcza jeśli się ma od małego wyprane mózgi składaniem przysięgi na wierność fladze i podobnymi praktykami.”
    Noż litości.
    „No i jest to świetne miejsce do życia na ziemi, chyba że się akurat trafi na agentów ICE, którzy postanowią cię zastrzelić.”
    No to czemu pół świata się tam pcha na tratwach z opon?
    „Ale całe to gadanie jak to wolny rynek załatwia innowacyjność jest naiwne.”
    Wolny rynek załatwia innowacyjność. W krajach bez wolnego rynku żadnej głębszej innowacyjności nie ma. No chyba że nowe innowacyjne techniki wynoszenia fantów z zakładów pracy.
    „Wielcy biznesmeni mogą robić biznesy bo kelnerzy pracują za pieniądze z napiwków, ich płaca minimalna jest mniejsza niż w Polsce, mają całe miasteczka bezdomnych, kilka stanów z olbrzymim bezrobociem i brakiem perspektyw.”
    To czemu nie wyjadą do Kanady?
    „Wolałbym mieszkać w USA niż w Rosji, ale jeszcze bardziej wolę mieszkać w dowolnym kraju UE.”
    Bo na tle UE to USA faktycznie jest takie se. Właśnie przez dziadowską edukację, opiekę zdrowotną, rozwarstwienie itp. Ale UE to też jest jedno z najlepszych miejsc do życia. W skali świata USA pozostają rajem.
    „No ale ja nie wierzę w wolny rynek.”
    To nie jest kwestia wiary. Nie licząc jakichś petroemiratów to wszystkie sensowne, zamożne gospodarki oparte są na wolnym rynku. Także UE. Także model skandynawski.

    @Gammon
    „Ależ to Pan Szanowny osobiście określił zarówno Chiny, jak Rosję/ZSRR, w tym tamtejszą naukę, jako „dziadostwo”, a badania podstawowe jako „marnowanie środków”. Kiedy kilka osób próbowało Pana śmiałe tezy łagodnie sprostować, to okazuje się, że tak właściwie to chciał Pan Szanowny napisać o czymś innym.”
    Mój post, od którego się zaczęła ta dyskusja brzmiał tak:
    „@Luca
    „LOL. No tak, oni tylko podrabiane trampki są w stanie robić, a hegemonem eksportowym i naukowym liderem to zostali tylko psim swędem i przez liczebność populacji.”
    Otóż to. Totalitaryzm jest w stanie kierować masę środków w wybrane dziedziny, dzięki czemu czasem tworzy różne perełki na tle ogólnego dziadostwa. W kraju tak dużym jak Chiny to może być naprawdę masa środków. Ale ogólny obraz to dziadostwo.

    „Rozumiem, iż teraz mi napiszesz, że ja nie na temat, bo to nie produkcja bajerów na szerszą skalę?”
    Bingo. To jest jak sowiecki program kosmiczny. Do czasu pierwszy w świecie. Możliwy tylko dlatego, że totalitarny reżim skierował masę środków na ten cel. Ale ogólnie to było tam dziadostwo. Z tymi Chinami jest podobnie. Pchają masę środków w R&D, którego realnie nie potrzebują, wyniki tego są dość efektowne, ale jednak niezbyt efektywne.”
    Napisane 7 stycznia 2026 o 19:11, każdy może sprawdzić.

  256. @kmat:
    To w końcu rozmawiamy o tym, jaką się gdzieś uprawia naukę, czy o tym, jak się ta nauka przekłada na życie obywatela tu i teraz?
    Proste pytania można zadawać, ale lepiej nie zaraz po tym, kiedy ktoś udzielił odpowiedzi na zupełnie inne. I lepiej nie uzupełniać przy okazji prostego pytania pretensjami, że przecież poprzednicy „nie zbliżyli się do tematu”. Umiejętności podróży w czasie ani sowiecka, ani chińska, ani amerykańska nauka jeszcze nie opanowały.

    A zdania o tym, jak to badania podstawowe są jakiemuś krajowi z sporymi ambicjami „realnie niepotrzebne” chyba dorosłemu człowiekowi nie do końca przystoją. Chyba, że ogólnie kieruje się pan zdrowym rozsądkiem i po co panu te wszystkie kwanty, elektrony i analiza harmoniczna, ważne, żeby telefon działał i samoloty latały.

  257. @kmat

    „Ja przypominam, że to z robotniczych rajów Kuby i Wenezueli ludzie uciekają do USA na tratwach z opon a nie na odwrót.”

    Mnie szczerze zastanawia, dlaczego patrzy się na migrację z Kuby do USA, a nie do sztandarowego w regionie przykładu dobrobytu pod amerykańskim parasolem, czyli Haiti.

  258. @nienietoperz
    „To w końcu rozmawiamy o tym, jaką się gdzieś uprawia naukę, czy o tym, jak się ta nauka przekłada na życie obywatela tu i teraz?”
    No mi chodziło o to drugie.
    „Proste pytania można zadawać, ale lepiej nie zaraz po tym, kiedy ktoś udzielił odpowiedzi na zupełnie inne.”
    Na jakie inne?
    „A zdania o tym, jak to badania podstawowe są jakiemuś krajowi z sporymi ambicjami „realnie niepotrzebne” chyba dorosłemu człowiekowi nie do końca przystoją.”
    A do czego sowietom ich nauka była potrzebna? Do zbrojeniówki i niewiele więcej. Co z tego dla przeciętnego człowieka radzieckiego wynikało? Jak mu te car-bomby poprawiały życie? Już więcej sensu miał ten motyw Barei z Alternatyw 4, o szalonym naukowcu, co skonstruował robota do stania w kolejkach, a w planach miał kolejnego do robienia striptizu.

  259. @pohjois

    > Wygląda na to, że niektórzy komcionauci mają
    > mgliste pojęcie o rzeczywistości PRL. Cena
    > oficjalna była dostępna dla wybranych lub szczęściarzy.

    Właśnie dlatego pisaliśmy o cenie w PEWEX-ie i o pensji odniesionej do czarnorynkowego kursu bonów PKO. Co do tego, że mamy mgliste pojęcie o rzeczywistości PRL to przypomnę, że rozmawiamy o roku 1988. Pierwszą w życiu pracę zacząłem w 1989, coś więc tam pamiętam 😉

  260. @kmat
    „Gdyby tam było tak źle to pół świata nie waliłoby tam drzwiami i oknami, a sami Amerykanie wyjeżdżaliby gdzie tylko się da. Przecież mogą.”

    W 2025 więcej ludzi Amerykę opuściło niż do niej przybyło. Bo kto chciałby mieszkać w kraju, w którym strzela się do ludzi.

  261. @kmat
    „No to czemu pół świata się tam pcha na tratwach z opon?”
    Bo i w USA jest większa szansa na lepsze życie niż w totalitaryźmie, zwłaszcza zadławionym sankcjami, jak Kuba. Ale między totalitaryzmem a rajem na ziemi jest jeszcze pewna skala i USA nie mieszczą się na jej krańcu. Nie bez powodu określa się je najbogatszym krajem trzeciego świata.
    Ale przede wszystkim jest spora różnica między USA Bidena czy Obamy, nawet Busha juniora a USA Trumpa, zwłaszcza w jego drugiej kadencji. Ten kraj leci na ryj.

    „To czemu nie wyjadą do Kanady?”
    No litości, że tak sobie odbiję piłeczkę. Ludzie ze zrytymi baniami, przekonani że jednak żyją w najlepszym kraju na świecie? Ludzie, którzy nierzadko nie wyjechali poza swój stan i którzy dostają regularnie informacje jak to w USA jest lepiej niż gdziekolwiek indziej? W USA żyją ludzie absolutnie przekonani, że w Europie nie ma czegoś takiego jak ibuprofen. Naprawdę. Oni sobie nie wyobrażają, że gdzieś indziej nie ma problemu strzelanin w szkołach, mają tak zinternalizowane życie w swoim grajdołku, że nie potrafią sobie wyobrazić czegoś innego.
    Oraz – to naprawdę istotne – ludzie których ledwo stać na przeżycie, a co dopiero na wyjazd. Jak ma do Kanady wyjechać bezdomny z Los Angeles, który śpi w namiocie, codziennie się zastanawia co będzie tego dnia jadł i czy go policja nie wyrzuci? Przecież te wszystkie „Under the bridge” nie wzięły się znikąd. Jak ma tam wyjechać jakiś gość z południa, który ma do Kanady parę tysięcy mil, a cały jego majątek to zapyziały domek wymagający napraw, parę spluw i stary chevy?

    Przeczytaj sobie chociażby „Głębokie Południe” Theroux, w Polsce wydane nakładem wydawnictwa Czarne. O ludziach z Georgii, Luizjany, Alabamy, o tym jak cały biznes się stamtąd wyniósł i nie ma już pracy przy produkcji mebli czy w fabryce, bo została im tylko hodowla suma. O ludziach organizujących się w spółdzielnie żeby sobie budować nawzajem mieszkania. O tym jak sam autor, który zjeździł pół globu, opisuje jak to USA potrafi inwestować w Afryce czy Azji w programy pomocowe (no, za Trumpa akurat to zwijają, ale tak robili), gdy ich własni obywatele żyją w podobnych albo gorszych warunkach.
    Albo może coś o nauczycielach czy pracownikach federalnych, np. poczty, żyjących z food stamps, bo ich pensja nie wystarcza na przeżycie.
    Albo może o tym, że to amerykańscy żołnierze w Wietnamie wynaleźli fraging, czyli wrzucanie granatów odłamkowych do namiotów własnych oficerów. I jaka była skala uzależnienia tychże żołnierzy od heroiny.

    Podrzuciłbym filmik omawiający jak najbiedniejszy stan USA ma GDP per capita na poziomie ok 1,5x Japonii i jak bardzo różni się poziom szczęśliwości życia w tych dwóch miejscach, liczony według przeróżnych statystyk, ale jest na youtube a gospodarz nie przepada. Można to łatwo znaleźć.

    Rozmawiałem niedawno z amerykańskim kolegą z pracy. Z grzeczności zapytałem go skąd jest i… trochę mi się zaczął zwierzać. Z jakiej to dziury pochodzi. Jak nie znosi tam jeździć i stara się unikać jak może. Jak połowa ludzi z jego młodości albo nie żyje albo jest uzależniona od narkotyków. Jak opioidy i inne twarde drugi ich załatwiły. A jemu udało się wyrwać bo bardzo nie chciał podzielić tego losu i poszedł do wojska. Murica.

    „Ale UE to też jest jedno z najlepszych miejsc do życia. W skali świata USA pozostają rajem.”
    No ciekawe dlaczego USA w skali świata wydają się rajem. W szczególności dlaczego w porównaniu z Ameryką Łacińską. Albo Afryką czy Bliskim Wschodem. Zastanówmy się do ilu to państw właśnie USA niosło demokrację, tylko jakoś tak zazwyczaj do tych, które miały ropę. Ile rządów USA załatwiło i ile – zazwyczaj prawicowych – reżimów wspomogło. Ciekawe kto odpowiada za współczesny Iran, od blisko pół wieku rządzony przez fundamentalistów islamskich.
    Problem z USA jest taki, że to kraj olbrzymi, więc jest gdzie się zatrzymać. Kraj który ma przestrzeń i sporo własnych zasobów. I który chętnie sięga po zasoby innych. Ale jest to kraj olbrzymich rozwarstwień społecznych, w którym mnóstwo ludzi żyje na bardzo niskim poziomie.
    Przypomnę, że gdy zaczął się najazd Rosji na Ukrainę, to w sieci było pełno głosów poparcia dla Rosji ze strony różnych ludzi z Ameryki Południowej, Afryki i Azji. Bo oni to postrzegali jako konflikt z zachodem i mieli mnóstwo zadawnionych uraz wobec USA właśnie, UK czy Francji.
    USA to nie jest totalitaryzm i to jest jego zaleta. Ale jest to państwo prowadzące łupieżczą politykę właściwie od początku istnienia. Najpierw wobec Indian, potem niewolników z Afryki, potem przez długi czas czarnych, biednych albo innych państw posiadających jakieś zasoby. Mieli momenty kiedy trochę się ogarniali, ale konkretna część ich innowacyjności i bogactwa bierze się z przerzucania kosztów na innych i promowania niewielkiej grupy tych, którym się udaje.
    Ford przynajmniej płacił swoim pracownikom tak, żeby było ich stać na jego samochody, bo rozumiał że pieniądz musi krążyć a ludzie muszą mieć możliwość kupowania jego produktów. Ale i on miał podejście „Morda w kubeł, a jak ci się coś nie podoba to mam dwudziestu na twoje miejsce zaraz za bramą!”.

    „To nie jest kwestia wiary. Nie licząc jakichś petroemiratów to wszystkie sensowne, zamożne gospodarki oparte są na wolnym rynku. Także UE. Także model skandynawski.”
    No nie. UE ma rynek w miarę swobodny ale regulowany. I to jest bardzo ważne, że te regulacje istnieją. Nawet USA nie ma naprawdę wolnego rynku tylko pewne agencje, np. sprawdzające normy żywnościowe.
    Natomiast, co dla mnie jest bardzo istotne, jeśli rozmawiamy o innowacjach i ich powiązaniu z wolnym rynkiem, to USA ma znacząco mniej regulacji i jest bliżej wolnego rynku niż EU. I to USA jest często wskazywane jako to miejsce dla innowacyjności, właśnie przez brak jakichś rządowych czy agencyjnych ograniczeń. Tylko to, jak się okazuje, świetnie działa dla niewielkiej grupy bogacącej się, a bardzo źle dla dużo większej grupy ludzi których kosztem się odbywa.
    Było tu pytanie, co z nauki radzieckiej wynikało dla przeciętnego człowieka. Odbijam. Co z tej całej innowacyjnej AI wynika dla przeciętnego człowieka w Alabamie czy Georgii, próbującego związać koniec z końcem?
    Jak przeciętny Amerykanin odczuł skutki gdy ich innowacyjny biznes coś spektakularnie spierdolił? Jak w 1929. Albo przy bańce dot comów. Co dla przeciętnego Amerykanina będzie oznaczać moment, gdy zapadnie się bańka AI i znowu rząd będzie robił bailout firm zbyt dużych (i zbyt skolesiowanych) by mogły upaść?

  262. @prophet5
    „W 2025 więcej ludzi Amerykę opuściło niż do niej przybyło. Bo kto chciałby mieszkać w kraju, w którym strzela się do ludzi.”
    A to nie dziwi. Trump ciągnie ten kraj na dno. Jeszcze trochę jego rządów i faktycznie Jankesi mogą zacząć emigrować do Europy za lepszym życiem.

  263. @kmat
    „Noż litości.” „No to czemu pół świata się tam pcha na tratwach z opon?”,
    Nie nóż litości, tylko dostałeś dobry argument, który po prostu odrzucasz na zasadzie „nie zgadzam się i to wystarczy”. A tymczasem to argument potwornie silny.

    USA ma BARDZO dobry PR. Który dopiero w konfrontacji z rzeczywistością – czy Amerykanów z rzeczywistością w innych krajach, czy obcokrajowców z rzeczywistością w USA – ma tendencje do pryskania jak mit. Sam brałem pod uwagę emigrację do USA kiedyś. Zmieniło się to gdy się do USA wybrałem turystycznie. I znając wiele osób z mojego pokolenia i młodszych, które w USA były, jakoś niespecjalnie znam chyba wręcz jakiekolwiek, które byłyby tam w dorosłości i po takiej wizycie wciąż uznawały to za dobry kierunek emigracji.

    Popkultura USA daje bardzo dużo, tak na własnym podwórku, jak i na obcych. Ignorowanie tego czynnika jest skrajnie irracjonalne.

    „Wolny rynek załatwia innowacyjność. W krajach bez wolnego rynku żadnej głębszej innowacyjności nie ma. No chyba że nowe innowacyjne techniki wynoszenia fantów z zakładów pracy.”

    Ahistoryczna bzdura niemal tak idiotyczna jak „wojna załatwia innowacyjność”. Nie. Wolny rynek, tak jak wojna zresztą, KONSUMUJE innowacyjność wytworzoną w inny sposób. Twoją tezę możemy łatwo zweryfikować, porównując intensywność wolnego rynku z poziomem innowacyjności. W upadłych państwach z absolutnym wolnym rynkiem trochę z tym słabo. Ba, w ramach tego samego państwa, np. Korei Południowej, to właśnie ograniczenie wolnego rynku i narzucenie kierunków rozwoju doprowadziło do znaczącego wzrostu innowacyjności gospodarki i innowacji jako takich.

    Mógłbyś mieć jakiekolwiek szanse na obronę tezy pt. „pewien minimalny poziom wolnego rynku jest wartościowy dla innowacyjności”. Nie jest to teza o dużym umocowaniu, ale jest czymś lepszym od tego potworka, którego próbujesz bronić, który obala się prostym „korelacja nie oznacza przyczynowości”, nie mówiąc o bardziej precyzyjnym „a poza tym i z korelacją tu dość wujowo, patrz choćby wspomniana Korea… Albo i USA”.

    „To czemu nie wyjadą do Kanady?
    Z różnych powodów. Brak pieniędzy na wyjazd. Wypranie mózgu popkulturą i brak świadomości alternatyw. Fakt, że Kanada jest tak naprawdę niewiele lepsza od USA pod większością względów. To na początek.

    „To nie jest kwestia wiary.”
    To jest absolutnie kwestia wiary i przypisywania, w nieuprawniony sposób, sprawczości wolnemu rynkowi tam, gdzie dane wskazują, że jeśli jakąś ma, to odwrotną niż postulujesz.

    „Nie licząc jakichś petroemiratów to wszystkie sensowne, zamożne gospodarki oparte są na wolnym rynku. Także UE. Także model skandynawski.”

    Czy my rozmawiamy w gronie dorosłych, wykształconych ludzi, czy ludzi argumentujących o wpływie piractwa komputerowego na wybuchy wulkanów? (Tzn. mylących korelację z przyczynowościa w podstawowy sposób?)

  264. @Piotr Kapis
    Dodajmy, że nie ma czegoś takiego, jak „ta cała innowacyjna AI”. To jest kolosalny pic na wodę, w którym innowacyjności naprawdę nie ma specjalnie wiele, było po prostu dużo taniego pieniądza do wykorzystania na labelkowanie danych w obozach pracy w państwach trzeciego świata. Tam nie ma innowacji i od dawna nie było i mamy na to po prostu sporo paperów. To klasyczne dla late-stage capitalism pudrowanie trupa przed akcjonariuszami.

  265. Rosyjski program kosmiczny był najlepszy nie dlatego, że pierwszy wysłał człowieka w kosmos, ale dlatego, że dał nam Omon Ra Pielewina.

  266. @Artur Król
    „Dodajmy, że nie ma czegoś takiego, jak „ta cała innowacyjna AI”.”
    Trochę zależy, ale zasadniczo się zgadzam. Powinienem był to napisać w cudzysłowie, bo też uważam LLMy za mało innowacyjne. Okej, zrobienie tych wektorów i połączeń między nimi to trochę nawet jakoś tam ciekawej matematyki. Warto też zauważyć, że AI to nie tylko LLMy. Niestety to na LLMy jest hype i to z tym ludzie obecnie kojarzą AI.
    Przy okazji dziękuję za wsparcie w dyskusji.

    A swoją drogą dodałbym, że trochę mnie męczy ten fetysz innowacji, który przyszedł z USA. Wszystko musi być innowacyjne, za wszelką cenę. Europa jest krytykowana bo nie chce mieć takiego samego tempa co ci, którzy je narzucają. Jeden z powodów dla których nie przepadam za Stanami jest taki, że to właśnie kraj olbrzymich nierówności, gdzie jedni prą naprzód jak taran, a ktoś inny ponosi koszty. W Europie możemy częściej zaobserwować podejście „langsam, langsam, aber sicher”. Może lepiej mieć innowacje trochę wolniej ale bardziej zrównoważone społeczeństwo. I nie pozwalać by niewielka grupa bogaciła się kosztem innych grup, głównie i tak tych biedniejszych.
    Oczywiście pewien poziom rozwoju jest potrzebny, wynalazki są ważne, nowe technologie pomagają. Ale czy naprawdę ma sens takie parcie na nie, jeśli pożytek z nich ma pewien procent społeczeństwa, olbrzymie zyski promil, a reszta głównie koszty? Ewentualnie rzucone na pociechę igrzyska. To ja już wolałbym żyć te pięć czy dziesięć lat za, ale tam, gdzie wszystkich stać na efekty innowacji.

  267. Zdelurkuję się, bo data szczególna: z dzisiejszym dniem „specjalna operacja wojskowa” trwa równie długo, co cała „wielka wojna ojczyźniana” – co oczywiście jest wymownym komentarzem do statusu Kacapii jako potęgi militarnej czy jakiejkolwiek innej.

  268. @apeirohedron
    „statusu Kacapii jako potęgi militarnej czy jakiejkolwiek innej”
    Nawet najlepsi fachowcy od Rosji jakich słucham na yt (niech Gospodarz wybaczy, są tacy, którzy są specjalistami od tego kraju oraz można znaleźć ich – zazwyczaj bardzo długie – wywiady na youtube) są bardzo ostrożni w określaniu Rosji jako militarnej potęgi lub inaczej. Ja z ostrożności przyjmuję w dalszym ciągu, że rosja JEST lokalnym hegemonem militarnym. Jednocześnie stając się powoli krajem na krawędzi kryzysu gospodarczego (i od dawna miejscem gdzie nie chciałbym żyć). Jedno drugiemu (i trzeciemu) nie przeczy.

  269. @kmat
    „Gdyby tam było tak źle to pół świata nie waliłoby tam drzwiami i oknami, a sami Amerykanie wyjeżdżaliby gdzie tylko się da.”

    Ty chyba nie miałeś za wiele do czynienia z przeciętnymi Amerykanami, co? A w USA byłeś? Czy wszystko to znasz głównie z gładkich obrazków w mediach?

    @kmat
    „Wolny rynek załatwia innowacyjność.”

    Jesteś pewien, że to akurat wolny rynek załatwiał w USA innowacje, a nie finansowane przez państwo instytuty i projekty badawczo-rozwojowe?

    @Piotr Kapis
    „Ale czy naprawdę ma sens takie parcie na nie, jeśli pożytek z nich ma pewien procent społeczeństwa, olbrzymie zyski promil, a reszta głównie koszty?”

    Nie, nie warto, polecam choćby taką lekturę:
    The Spirit Level: Why Greater Equality Makes Societies Stronger (Wilkinson, Pickett)
    (To bardziej do kmata.)

  270. @fieloryb

    Przecież na własne oczy widzimy od 1418 dni, że Rosja nie jest w stanie militarnie zdominować cztery razy mniejszego demograficznie i dziesięciokrotnie słabszego ekonomicznie sąsiada, który eliminuje jej strategiczne lotnictwo tysiące kilometrów od własnych granic.

    O jakiej lokalnej hegemonii militarnej mówimy?

    Oczywiście Rosja ma potężny arsenał jądrowy, ale co z tego jeśli rakiet za dziesiątki milionów dolarów używa do zrzucania głowic wypełnionych betonem, bo Wielki Brat Xi nie pozwoli na użycie niczego poważniejszego? Meh jaki wywołało drugie uderzenie oresznikiem na Zachodzie i jednoczesny skowyt zetników po przechwyceniu rosyjskiego tankowca przez Amerykanów pokazuje jaki to jest potiomkinowski hegemon.

    Francja czy Wielka Brytania osiągają ten sam efekt odstraszający wielokrotnie mniejszym kosztem. To co obserwujemy to przepalanie odziedziczonej po ZSRR przewagi konwencjonalnej i stopniowa utrata pozycji regionalnego mocarstwa przez Rosję a wojna skończy się wtedy kiedy rosyjskie elity i rosyjskie społeczeństwo zrozumieją, że ten pociąg już dawno odjechał.

  271. Kolego Kmat, ja się ogólnie zgadzam z kolegą światopoglądowo, że demokracja lepsza od dyktatury, ale kolega argumentuje za nią tak niemądrze, jakby ją kolega chciał ośmieszyć. Proszę się miarkować.

  272. @wo
    Po prostu odpuszczę ten temat, bo dyskusja tak się zamotała, że nie mam nerwów rozplątywać to wszystko i tłumaczyć że nie jestem wielbłądem.

    @KrasnowKrasnow
    „To co obserwujemy to przepalanie odziedziczonej po ZSRR przewagi konwencjonalnej i stopniowa utrata pozycji regionalnego mocarstwa przez Rosję a wojna skończy się wtedy kiedy rosyjskie elity i rosyjskie społeczeństwo zrozumieją, że ten pociąg już dawno odjechał.”
    Skończy się, kiedy skończą się środki na funkcjonowanie państwa. Ichnia władza po prostu nie może się wycofać z wojny bo wyleci torem parabolicznym przez okno. Taka logika systemu, w którym wszystko opiera się na sile. Kto pokaże słabość ten ginie.

  273. Piekło zamarzło, Gospodarz w podcaście. Temat niby dość zakamarkowy i okołoagorowy, ale dawno mi się tak dobrze nie zmywało. Liczę na więcej i serdecznie się kłaniam!

  274. @apeirohedron
    „statusu Kacapii jako potęgi militarnej czy jakiejkolwiek innej” – ciąg dalszy
    @KrasnowKrasnow
    „Przecież na własne oczy widzimy od 1418 dni, że Rosja nie jest w stanie militarnie zdominować cztery razy mniejszego demograficznie i dziesięciokrotnie słabszego ekonomicznie sąsiada”
    Napisałem, że uważam obecną rosję za lokalnego hegemona. Pora to wyjaśnić, przepraszam, że nie zrobiłem tego wcześniej.

    @KrasnowKrasnow: „Oczywiście Rosja ma potężny arsenał jądrowy, ale co z tego”

    Nie chodzi o broń atomową. Na boku: Ukraina oddała broń atomową bo samodzielnie nie mogła jej uruchomić (klucze były w rosji) ani nie mogła dokonywać napraw oraz modernizacji. Musiała to zwłaszcza brać pod uwagę będąc w tym czasie w kryzysie ekonomicznym oraz będąc pod presją USA i innych krajów oraz wnioskując o uzyskanie pomocy MFW i Banku Światowego.

    NAJWAŻNIEJSZE: Rosja z powodzeniem militarnym prowadziła operacje wojskowe po upadku ZSRR: konflikt czeczeński, wojna gruzińska (Abchazja, Osetia Południowa). Dodatkowo wcale nie jest powiedziane jak zakończy się wojna rosyjsko-ukraińska. Sytuacja Naddniestrza w Mołdawii też jest otwarta.

    Myślę, że niedocenianie przeciwnika jest chyba jeszcze gorsze niż jego przecenianie.
    „-Jakby mnie zapytano, co jest warunkiem koniecznym zakończenia tej wojny, powiedziałbym, że rozsypanie się syndykatu.
    -Czyli rozsypanie się Rosji?
    -Syndykatu, nie Rosji. W budżecie na 2026 rok Rosji zabraknie z tego, co prognozowano, 30 do 40% środków ze sprzedaży właśnie ropy i gazu. W związku z czym to jest gigantyczne załamanie, zwłaszcza że ta wojna kosztuje. Nie chodzi o to tylko, że kosztuje – ona kosztuje coraz więcej, a na opłacanie jej kosztów Rosja ma coraz mniej.”
    Hieronim Grala, cytowany powyżej [„polski historyk specjalizujący się w dziejach Rusi i Europy Wschodniej, doktor habilitowany nauk humanistycznych, wieloletni pracownik Uniwersytetu Warszawskiego oraz były dyplomata pełniący funkcje dyrektora Instytutów Polskich w Sankt Petersburgu i Moskwie” – źródło Wikipedia], wskazuje wyraźnie w wywiadzie, że z jednej strony Rosjanie są w stanie ponieść wiele wyrzeczeń w kwestii wysiłku wojennego („wysoki próg bólu”), ale też nie będzie zaskoczony jeśli konflikt rosyjsko-ukraiński zostanie przerwany w bieżącym roku z powodów czysto ekonomicznych.

    Polecam cały wywiad (bardzo długi, zarezerwować ponad godzinę i dwadzieścia minut, ale szeroko podsumowujący i słucha się z ogromną przyjemnością, Pan Grala to znakomity gawędziarz):
    link to youtube.com

  275. @Artur Król

    „Fakt, że Kanada jest tak naprawdę niewiele lepsza od USA pod większością względów.”

    Rozwiniesz ten temat? Choć odpadnie mi wtedy największe marzenie migracyjne…

  276. @Piotr Kapis
    „Co dla przeciętnego Amerykanina będzie oznaczać moment, gdy zapadnie się bańka AI i znowu rząd będzie robił bailout firm zbyt dużych (i zbyt skolesiowanych) by mogły upaść?”

    Dla mnie pytanie brzmi czy tym razem bailout jest jeszcze w ogóle możliwy do przeprowadzenia? Jeśli bańka pękłaby, powiedzmy, w pierwszej połowie ubiegłego roku, to byłem sobie w stanie wyobrazić, że nad konsekwencjami dałoby się zapanować. Wydaje mi się jednak, że teraz może być na to za późno.

    Ekonomistą nie jestem, ale zadłużenie USA już w tej chwili jest rekordowe – same odsetki od niego wyniosą w tym roku prawie bilion dolarów – a rynek jest po brzegi wypchany pasożytniczymi biznesami i praktykami. Cały wzrost to fikcja AI, a otoczenie międzynarodowe raczej nie nastraja optymistycznie. Ludzie też cieniutko przędą i są pozadłużani daleko ponad stan.

    Pewnie wydaje mi się jedno: tradycyjnie najgorzej wyjdzie na tym przeciętny Amerykanin.

  277. @Luca
    „Ekonomistą nie jestem, ale zadłużenie USA już w tej chwili jest rekordowe – same odsetki od niego wyniosą w tym roku prawie bilion dolarów”

    Również nie jestem ekonomistą, ale od lat tłumaczyło się, że USA mogę eksportować swój dług, bo są hegemonem i ich waluta jest zabezpieczeniem wielu transakcji międzynarodowych (np. jako petrodolar). Czy to już przeszłość? Jeśli tak to chyba ten kryzys wewnętrzny USA gładko rozleje się na cały świat.

  278. @Luca
    „Dla mnie pytanie brzmi czy tym razem bailout jest jeszcze w ogóle możliwy do przeprowadzenia?”
    Przyznaję się, że nie mam pojęcia. Słuchałem paru osób które ten temat analizowały i regularnie pojawia się przekonanie, że bailout będzie, bo to są za duże firmy żeby upaść. Tak samo jak wsparte zostały banki te parę lat temu, po bańce rynku mieszkaniowego i kredytów hipotecznych.
    Z drugiej strony bodajże Islandia wtedy postanowiła nic takiego nie robić i okazało się, że tragedii nie mieli. Ale tak naprawdę to chyba nikt nie wie jakie byłyby efekty, a USA to dużo większy kraj, dużo większa gospodarka, większe wpływy również na innych.
    Upadek Google to problemy z Androidem (gospodarz tu może zrobić „hłe hłe, mam japko”), Microsoft to Windows (takoż), ale np. jeśli walnie NVidia to wszyscy mają problemy z komponentami do komputerów, zwłaszcza graficznymi. Większe niż obecnie i długotrwałe. Czy ktoś byłby w stanie zagospodarować tę niszę? Może AMD by się odbiło, ale co jeśli nie? Myślę, że nikt tego nie wie, ale różni ważni ekonomiści powiedzą, że skutki braku bailoutu będą dużo gorsze, więc nikt nie zaryzykuje sprawdzania czy jest to rozsądna alternatywa.

    Ja mam jeszcze takie jedno przemyślenie. Było trochę o totalitaryzmach i że standardem w nich jest to, że są jakieś reguły, czasami luźno przestrzegane, ale w razie czego wiszące nad głową. I że nigdy nie wiadomo za co człowieka może spotkać przydeptanie przez system. A potem sobie pomyślałem o social mediach Zuckerberga i Muska. O tym, że tam też reguły są niejasne, ban może się przydarzyć nie wiadomo kiedy, nie wiadomo dlaczego. Nawet nie potrzebują mieć na człowieka paragrafu, po prostu dostaje się komunikat, że się złamało standardy i banują bo mogą. Ścieżka odwoławcza jest mętna a byłoby jeszcze gorzej gdyby nie regulacje i naciski EU. To są przecież podobne praktyki jak to co totalitaryzmy stosują w prawdziwym życiu, tylko przeniesione do sieci. Do tego podwójne standardy czyli prawicowcom wolno więcej, oszuści są tolerowani jeśli płacą, ale czasami jedno niewłaściwe słowo (np. czego ktoś życzy Putinowi) i bany. Sam gospodarz pisał, że algorytmy potrafią ciąć za wspominanie Epsteina z nazwiska, więc trzeba pisać koalangiem.
    Oczywiście ktoś może zauważyć, że to tylko social media, da się bez nich żyć. I poniekąd będzie to prawda (chociaż gdy wszyscy siedzą w takich SM, to tam się przenoszą nasze sieci społeczne i ban oznacza zostanie pariasem). Ale Musk się przecież nie ogranicza tylko do kontroli nad Twitterem. Pomógł Trumpowi wygrać wybory, aktywnie nawołuje do rozmontowania EU, wspiera prawicowe partie w Europie (np. AfD), w USA jasno zapowiedział że jeśli republikańscy senatorowie się wyłamią z popierania MAGA/Trumpa, to on zasponsoruje kampanię wyborczą ich konkurentom. Był też członkiem rządu w tym swoim DOGE – ministerstwie nieformalnym, ale de facto mającym uprawnienia wymuszania zmian w urzędach.
    Dodajmy, że obecne władze USA rządają dostępu do social mediów jeśli ktoś chce do nich przyjechać i potrafią ludziom odmawiać wjazdu za znalezione na telefonie memy z Vance’em. Ten technototalitaryzm zuckermusków przekłada się na nasze życia.
    Co może oznaczać, że nie tyle Chiny będą musiały się spiąć i mieć lepsze wynalazki, co że USA zaczną tracić własne możliwości. Bo tech-oligopole zaczną przejmować władzę nad rynkiem, który będzie się robił mniej wolny.

    A UE? UE jest zagrożone, bo ten amerykański neototalitaryzm już wyciąga ku nam łapę. Wspomniany Musk wspierający skrajną prawicę i prowadzący kampanię przeciwko UE to jedno, ale przecież cła na nasze produkty, naciski ekonomiczne, żądania żebyśmy nie regulowali ich biznesów, to też nie są jakieś hipotetyczne rozważania. To już się dzieje.
    Niedawno gdzieś czytałem – niestety, nie znajdę teraz źródeł – że USA chciałoby od EU (i reszty Europy) poluzowania restrykcji. Żebyśmy wpuszczali ich produkty żywnościowe, nawet jeśli są produkowane z użyciem syfów u nas zabronionych. Żeby nie blokować ich samochodów, mimo że nie spełniają naszych norm. Żebyśmy dopuścili u siebie samochody autonomiczne, mimo że są ciągle w fazie testowania i potrafią się zachowywać niebezpiecznie na drogach.
    MAGA i amerykańscy techbros nie widzą problemu z pójściem w totalitaryzm, jeśli to im przyniesie władzę i kolejne zyski. A Europa to sporo konsumentów z których można wyssać zasoby i na których można testować swoje wynalazki. Tylko trzeba rozłożyć nasze linie obrony, pousuwać regulacje i wcisnąć nam chłam. A kto się sprzeciwi, tego się zbanuje i odetnie od głosu. Albo przyniesie się „demokrację” pod płaszczykiem obrony wolności słowa.

  279. fieloryb
    „ich waluta jest zabezpieczeniem wielu transakcji międzynarodowych (np. jako petrodolar).”

    A kraje, którym zachciało się handlu ropą za inne waluty to Irak, Libia i Wenezuela…

  280. Musk na dziś to ćpun i świr. Do tego z Trumpem się pokłócił. On raczej będzie budował jakieś alt-MAGA i szerzył ferment wśród trumpistów.
    Ogólnie podstawowy problem z USA to Rosja. Jak ta upadnie to będzie można spuścić Jankesów po brzytwie. Ale teraz jest problem.

  281. @Chiny
    Teraz drugi zapowiadany komentarz nt Chin.
    Oto opis, czego zabraknie Chinom by tworzyć przełomowe technologie.
    Zawodowo zajmuję zabawkami. Wiem, brzmi dosyć infantylnie, ale nie każdy może zostać fizykiem jądrowym.
    Pewnie nie wiecie, kto i jak tworzy zupełnie nowe zabawki. W ramach tego co chcę opisać nie będziemy się zajmowali powstawaniem prostych modyfikacji istniejących produktów, lub klasycznych/podstawowych zabawek – takich jak piłka, modele samochodzików, figurki, klocki itd. Interesuje nas proces powstawania nowych, innowacyjnych zabawek (w tym gier planszowych)
    Każda duża marka ma dział, odpowiadający za tworzenie nowych produktów.
    Najważniejszym elementem pracy takiego działu, jest stały kontakt z ludźmi, którzy „wymyślają” nowe zabawki/gry.
    Kim są ci „wymyślacze”? W dużym skrócie są to hobbiści, zapaleni majsterkowicze – czyli szeroko rozumiani pasjonaci z różnych dziedzin.
    Oczywiście dla niektórych twórców może się to stać regularną pracą i źródłem dochodów – dobry przykład to autorzy gier planszowych czy np.Ernő Rubik (choć był nietypowy – przez długie lata nie mógł znaleźć nikogo chętnego do wdrożenia pomysłu). Duże firmy często wspierają finansowo (na małą skalę) takich pasjonatów.
    Skala działania
    Współpracowałem z dużą marką, gdzie w ciągu 8 lat odbyło 36 tysięcy prezentacji produktów. Tak to nie pomyłka.
    Jak łatwo policzyć – zdecydowana większość pomysłów/produktów nie trafia do produkcji/sprzedaży.
    Ktoś z tej firmy ładnie scharakteryzował czym powinna być nowa zabawka:
    „Something new but familiar”
    Czym musi się charakteryzować ktoś chcący stworzyć coś nowego (nie tylko w zabawkach)?
    1/ Kreatywność
    Z mojego bogatego doświadczenia mogę powiedzieć, że kreatywność nie jest masową właściwością ludzi.
    Niełatwo jest znaleźć kreatywne osoby. Nie wiem czy to skutek działania systemów szkolnych, czy może to naturalna cecha ludzi? Tak czy inaczej – zdecydowana większość populacji nie jest kreatywna w rozumieniu chęci/pasji tworzenia czegoś nowego, innego, ciekawego.
    2/ Osoba chcąca stworzyć nowy produkt powinna dysponować ponadprzeciętną wiedzą na temat istniejących zabawek – to jest oczywiste. Ale kluczowym uzupełnieniem wiedzy na temat tego co istnieje – jest siła/”odwaga”/możliwość, aby ocenić krytycznie istniejącą rzeczywistość. Trzeba umieć/chcieć postawić pytanie – a co jeżeli nasze dotychczasowe widzenie świata można zmienić/poprawić?
    Co więcej, musimy mieć w sobie siłę, aby głośno/publicznie – przedstawić nową wizję, która może stać w sprzeczności z tym, co większość traktuje jako oczywistość/aksjomat itd.
    I dalej musimy liczyć się z tym, że przedstawione przez nas stanowisko – jest/może być błędne – tzn. w ramach weryfikacji/testów/prób i że się jednak myliliśmy (w całości lub częściowo).
    3/ ostatni zespół pożądanych cech to – szeroko rozumiana „ciekawość świata”.
    Ktoś ładnie to opisał jako chęć/możliwość patrzenia na świat przez wiele okien.
    Dalej – bardzo pomocna jest bezpośredniość, łatwość nawiązywania kontaków, znajomość języków obcych, realna wiedza na temat warunków życia/produkcji/edukacji/mentalności i zachowań ludzi w innych krajach.
    Doskonałym sposobem powiększania własnej wiedzy, są rozmowy z ludźmi, którzy są fachowcami w naszej dziedzinie.
    Spróbujmy opisać jak w opisane wyżej procesy/zjawiska/zachowania wpisują się Chińczycy.
    A/ w chińskim modelu społecznym, już na etapie rodziny dziecko ma wpajane absolutne posłuszeństwo i konieczność bezwarunkowego przestrzegania porządku i istniejącej hierarchii
    B/ system edukacji wzmacnia opisany wyżej model na wszystkich etapach/szczeblach
    Widziałem nie raz uczniów szkół chińskich, gdzie na rozpoczęcie roku WSZYSCY uczniowie byli ubrani w identyczne dresy.
    Naprawdę osobliwy widok – kilka setek dzieciaków ubranych jednakowo.
    Z drugiej strony – istnieje kult oceniania i rankingów – więc rodzice, a w konsekwencji dzieci/uczniowie obsesyjnie podlegają presji bezwzględnego uczenia się i konieczności uzyskiwania jak najlepszych wyników – od najmłodszych lat.
    Powodem jest to, że każdy kolejny etap edukacji zależy od tego, jak dobre wyniki uczeń osiągnął wcześniej.
    Warunkiem nauki w lepszych szkołach – jest posiadanie wysokiej pozycji w rankingach ocen.
    Obcokrajowcy uczący w chińskich szkołach, opisują (często przez łzy) system eliminowania kreatywności, spontaniczności dzieci. Cały wysiłek szkoły jest skupiony wyłącznie na osiągnięciu jak najwyższych wyników.
    Pamiętam z jakim przejęciem opowiadała mi młoda Chinka, której udało się wyjechać na rok do Turcji w czasie studiów:
    „Wyobraź sobie, że oni tam na zajęciach mogą się odzywać do prowadzących i zadawać pytania!” Bo w Chinach nie mogą.
    C/ odcięcie internetowe i wyłącznie chińska rzeczywistość – uniemożliwia realny kontakt i zdobywanie wiedzy o tym jak świat wygląda gdzie indziej; dodajcie do tego bardzo słabą realnie znajomość angielskiego – bo nie ma dostępu do anglojęzycznej literatury, muzyki filmów/seriali.
    Chiński nastolatek nie dowie się nigdy, co napisał Orwell, nie zobaczy nigdy „Lotu nad kukułczym gniazdem”, nie posłucha muzyki „The Clash”. Wiem, że to są przykłady z mojej młodości, ale potraktujcie je jako symbole.
    Tych deficytów nie załatwi możliwość dostępu do reszty świata przez VPN, który jest nielegalny i używany przez garstkę populacji.
    D/ „świętość”/nienaruszalność tradycyjnych hierarchii
    – tylko mężczyźni są podmiotowi – w rodzinie ojciec, a potem jego męski potomek mają znaczenie
    – cała rodzina składa się na zapewnienie przyszłości męskiemu potomkowi, np. zakup mieszkania z wykorzystaniem pieniędzy, które pierwotnie miały być posagiem córki
    – nauczyciel / szef / przełożony ma zawsze rację i okazuje to bezceremonialnie, a często brutalnie
    – osoba w młodym wieku nie jest podmiotowa, zaczynając od dzieci, poprzez nastolatków – a górna granica wieku, kiedy przestaje się być niepodmiotową osobą – jest bardzo płynna i odległa w czasie
    – każda kobieta to gorszy rodzaj człowieka – na każdym etapie życia
    – rodzina i społeczeństwo uczą/pokazują, że lepiej nie wychodzić przed szereg, lepiej nie interesować się innymi, nie wyrażać publicznie ocen czy dezaprobaty
    – osoby majętne żyją w poczuciu bezkarności (oczywiście w ramach tego na co pozwala system totalitarny);
    To dlatego chiński biznes jest brutalny i drapieżny i przypomina wzorce z Europy 19 wieku.
    Bieda i ubóstwo w jakim ukształtowali się Chińczycy owocuje powszechną chciwością.
    Realnie – największą wartością w Chinach są pieniądze.
    „Kopiowanie” (a po prostu zinstytucjonalizowane złodziejstwo) – cudzych pomysłów, rozwiązań technologicznych, brak ochrony patentowej i prawnej, tworzy klimat do działań w biznesie, gdzie nie istnieją żadne normy i hamulce.
    Dodajcie brak istnienia niezależnego systemu sądowego – bo totalitaryzm.
    I tylko proszę nie piszcie mi, że w innych rejonach świata są podobne zjawiska.
    Wiem, że życie nie jest idealne – ale skala opisanych problemów/ zjawisk jest spektakularna.
    Podsumowanie
    Spróbujcie na własny użytek, uwzględniając przytoczone wcześniej anecdata/opowieści zastanowić się,
    Czy w takim razie da się w Chinach tworzyć obecnie przełomowe wynalazki/odkrycia/badania naukowe ?
    Czy ten problem mogą rozwiązać wysyłani w świat – już UKSZTAŁTOWANI przez system ludzie?
    Czy skutecznym rozwiązaniem może być „import” fachowców z innych krajów?
    I czy może najpierw nie musi się zmienić sposób wychowania/edukowania przyszłych naukowców?
    Moje doświadczenie, na bazie 5 lat pobytu (w wielu przedziałach czasu), jest dla mnie podstawą do stwierdzenia,
    Że Chiny mają systemową barierę w tworzeniu czegokolwiek przełomowego / naprawdę innowacyjnego.
    I to dobrze widać na przykładzie tego, jak powstaje prosty produkt – zabawki.

  282. @fieloryb
    „kraina oddała broń atomową bo samodzielnie nie mogła jej uruchomić (klucze były w rosji) ani nie mogła dokonywać napraw oraz modernizacji. ”

    To jest trochę mit. Nigdzie nie widziałem jego konkretnego uzasadnienia, za to jest trochę powodów by w to wątpić – for starters, za czasów ZSRR w Ukrainie było właśnie sporo fachowców od tych rzeczy.

  283. @Piotr Kapis
    „Upadek Google to problemy z Androidem (…) jeśli walnie NVidia to wszyscy mają problemy z komponentami do komputerów, zwłaszcza graficznymi.”

    Akurat Google może być najlepiej przygotowane na ewentualny upadek Nvidii, bo kwestię AI ma ponoć najbardziej zintegrowaną pionowo i samodzielną ze wszystkich firm (strona 14):
    link to artificialanalysis.ai
    Polegają ponoć na własnej architekturze czipów (TPU) i obchodzą się w większości bez Nvidii, a przynajmniej w teorii są w stanie, bo produkcję zlecają bezpośrednio w TSMC. Nie wiem jak z treningiem nowych modeli, bo do tego są już chyba konieczne czipy graficzne..?
    Niemniej zgadywanie co po bańce, to w tym momencie wróżenie z fusów…

    „Bo tech-oligopole zaczną przejmować władzę nad rynkiem, który będzie się robił mniej wolny.”

    Przecież to już się w znacznej mierze stało i tylko postępuje. Podobnie jak inne opisywane przez Ciebie obawy.

    Sprawdzałeś może drugi link, który wrzucałem w tym komentarzu?
    link to ekskursje.pl
    Myślę, że treść może Cię zainteresować, choć pewnie nie zdziwić.

    „USA chciałoby od EU (i reszty Europy) poluzowania restrykcji.”

    To niestety nie nowina. Internet i cały sektor cyfrowy wygląda przecież tak, a nie inaczej, bo naszemu Wielkiemu Bratu było to na rękę. Zdaje się, że to jedna z nielicznych gałęzi gospodarki (oprócz paliw?), która ma dla nich dodatni bilans handlowy. A że Trump ma lekką obsesję na punkcie bilansu, a Europa ostatnio pyskowała regulacjami, to stąd cła i wzmożenie.

    @kmat
    „Musk na dziś to ćpun i świr.”

    Z Trumpa też do czasu fajnie się śmiało…

    „Ogólnie podstawowy problem z USA to Rosja. Jak ta upadnie to będzie można spuścić Jankesów po brzytwie.”

    Ha, właśnie przedstawiłeś dodatkową – i to prawie „racjonalną” – motywację dla Trumpa, żeby konfilkt trwał jak najdłużej, a przynajmniej żeby Rosja nie przegrała. Czy to aby nie ustanawia potencjalnej sprzeczności – z punktu widzenia Europy – w kwestii zwlekania z olaniem USA?

  284. @ergonauta
    „cena Fiata 126p”
    Jest jeszcze kwestia likwidacji nawisu inflacyjnego poprzez wyznaczanie zawyżonych cen na towary konsumpcyjne wyższego rzędu, w latach 70. to jeszcze względnie działało, potem nie bardzo, natomiast w 90. kwestia ta zniknęła w ogóle. To się rzadko bierze pod uwagę.

  285. @Luca:
    „Nie wiem jak z treningiem nowych modeli, bo do tego są już chyba konieczne czipy graficzne..?”

    Na TPU można robić zarówno trening jak i inferencję modelu.
    (jak kogoś interesuje jak działa taki TPU to tu jest fajna strona – link to tinytpu.com)

  286. @wo
    To jest trochę mit. Nigdzie nie widziałem jego konkretnego uzasadnienia, za to jest trochę powodów by w to wątpić – for starters, za czasów ZSRR w Ukrainie było właśnie sporo fachowców od tych rzeczy.

    Broń jądrowa oimw wymaga serwisowania – nie tylko środków przenoszenia (to by było dla Ukrainy do ogarnięcia), ale i okresowej wymiany samego materiału rozszczepialnego. Po kilku latach (chyba taki rząd wielkości) przechowywania głowic spontaniczne rozpady jąder dają dostatecznie duże stężenia produktów, by uniemożliwiły one radosną reakcję lawinową. Do „wyczyszczenia” takiego izotopu trzeba tego samego, co było potrzebne, żeby go pierwotnie uzyskać: wielokrotnej dyfuzji albo przepuszczania przez wirówki. Nie wiem, czy Ukraina miała właściwy sprzęt, a nie kupuje się go w każdym sklepie z wirówkami.

  287. @Luca
    „Akurat Google może być najlepiej przygotowane na ewentualny upadek Nvidii”
    Tak, szef Google mówił wprost, że w razie pęknięcia bańki szanse swojej firmy na przetrwanie ocenia całkiem wysoko. Nie mam pojęcia czy brał pod uwagę bailouty.
    O Nvidii wspomniałem nie w kontekście Google – bo każda z tych firm jest po prostu częścią systemu przekazywania sobie wielomilionowego IOU i kuszenia inwestorów – tylko dlatego, że upadek tej firmy odbiłby się na wielu innych, w tym dostawcach sprzętu, a więc na konsumentach końcowych takich jak my. Już dostarczanie chipów do centrów danych powoduje braki na rynku, a NVidia podobno planuje wznowienie produkcji jednej ze starszych kart, do której łatwiej by im było pozyskiwać pamięć wcześniejszej generacji, żeby segment komputerów osobistych nie cierpiał tak bardzo.

    „Przecież to już się w znacznej mierze stało i tylko postępuje. Podobnie jak inne opisywane przez Ciebie obawy.
    Sprawdzałeś może drugi link, który wrzucałem w tym komentarzu?”

    Linku jeszcze nie sprawdzałem, ale dzięki za przypomnienie. Zakładam, że to co napisałem nie jest dla większości tutaj niczym nowym (ale może komuś się przyda). Ot, podsumowanie tego co i tak wiadomo z różnych źródeł. Raczej chodziło mi o to, że te praktyki muskbergów w świecie cyfrowym przypominają totalitarne. Oni też mogą zrobić co chcą, z kim chcą i nawet nie muszą się tłumaczyć. Póki co jeszcze budzi to trochę oburzenia, jeszcze UE im pewne rzeczy nakazuje, ale prą do przodu. A jeśli mogą stosować praktyki totalitarne w świecie cyfrowym to dlaczego mieliby się sami powstrzymać przed rozciągnięciem tego na rzeczywisty jeśli tylko będą mieli szansę? Być może obserwujemy wyłanianie się nowej formy, takiego techtotalitaryzmu i powinniśmy już stawiać mu tamy jeśli mamy mieć nadzieję by go powstrzymać.

    @Kmat
    „Musk na dziś to ćpun i świr. Do tego z Trumpem się pokłócił. On raczej będzie budował jakieś alt-MAGA i szerzył ferment wśród trumpistów.”
    Musk to ćpun i głupek (słowa świr nie lubię, nie mieszajmy w to chorób psychicznych, ani nie stygmatyzujmy), ale z ćpun i głupek z olbrzymimi pieniędzmi.
    Gdyby poszedł na konflikt z MAGA i zaczęliby się tam między sobą dźgać długimi nożami to za gospodarzem będę wołał „lutuj go, lutuj!”. Ale trzeba brać też pod uwagę to, że on przynajmniej część swojej uwagi skupia na UE i wspiera skrajną prawicę w Europie. Sam fakt wspierania AfD jest dla nas niebezpieczny.
    Wiadomo, może być różnie i ja bym bardzo chciał żeby oni się w najlepszej prawicowej tradycji zaczęli rżnąć między sobą. Ale nie możemy liczyć tylko na to i powinniśmy się po tej stronie Atlantyku przygotowywać na gorsze scenariusze.

  288. Nie żebym się znał, ale upadek Google’a, Microsoftu i NVidii? Niby dlaczego? Open AI i inne podobne wydmuszki, to rozumiem, ale dlaczego miałyby upaść firmy, które mają tak gigantyczne dochody?

  289. @AI Crash.
    Bailoutu nie będzie, bo BigTech nie inwestuje z pożyczonych pieniędzy tylko ze swojej odłożonej renty monopolowej. Owszem wszystkie te startupy z OpenAI na czele padną, ale Google, MS, Facebook czy NVidia przetrwają spokojnie. NVidia jest fundamentalnie zdrową firmą, która ma teraz kosmiczne marże na akceleratorach GPU, ale nawet jak wszystko łupnie, to mają duże zapasy gotówki i stać ich na przetrwanie kolejnych lat. A gracze nadal będą chcieli grać. Co najwyżej wycena giełdowa spadnie 20 razy.

    @izbkp
    Noż to właśnie jam o Peweksie pisał był. I młodzieży, co się o Wikipedię i cytowane tam ceny oficjalne odpowiadał.

  290. @TBo Rossbach
    „Open AI i inne podobne wydmuszki, to rozumiem, ale dlaczego miałyby upaść firmy, które mają tak gigantyczne dochody?”
    Dlatego, że znaczna część tych dochodów w ramach bańki AI jest sztuczna. To znaczy korporacje które pompują bańkę AI sprzedają sobie usługi/sprzęt nawzajem i księgują to jako dochody, np. Google pożycza pieniądze MS, MS kupuje cośtam od Google, Google wykazuje dochody chociaż otrzymał własne pieniądze. Ja tego nie umiem tak dobrze opisywać, ale polecam posłuchać/poczytać Cory’ego Doctorowa. Regularnie używa takiej analogii: „Przechodzisz obok Starbucksa. Dają ci kupon na $7. Wchodzisz i kupujesz za ten kupon kawę. Starbucks księguje sobie dochód $7 chociaż nie dostał żadnych pieniędzy”.
    Oraz chciałbym uściślić, że ja nie twierdziłem że MS, Google i NVidia na pewno padną. Powiedziałem, że gdy bańka AI pęknie, to firmy ją nakręcające mogą mieć pewne kłopoty i będą oczekiwać bailoutu. Bo jeśli tego nie będzie, to ich sytuacja znacznie się pogorszy – i tutaj istnieje jakieś tam ryzyko upadku – a ekonomiści powiedzą „No nie, to jest zbyt duża firma żeby mogła upaść! Musimy ją wspomóc!”. A potem zacząłem rozważać czym by groził upadek którejś z nich. Tyle że one nawet nie muszą realnie być w niebezpieczeństwie upadku, wystarczy że będą tym grozić żeby uznano, że jednak bailout jest potrzebny. To było wszystko w kontekście czy dostaną bailout czy nie.

    @pohjois
    „Bailoutu nie będzie, bo BigTech nie inwestuje z pożyczonych pieniędzy tylko ze swojej odłożonej renty monopolowej.”
    No właśnie słyszę doniesienia, że nie tylko. Że bańka bierze się nie tyle z pompowania faktycznie posiadanych przez nich pieniędzy co przerzucania sobie nawzajem IOU i udawania, że kosztów nie ma a zyski są. Ktoś może zostać z tym IOU do spłacenia i będzie zdziwiona żaba.
    Nie mówię, że tak będzie na pewno. Raczej uważam, że można taką ścieżkę rozważać. Przecież te firmy nie potrzebują być w realnym zagrożeniu żeby chętnie przytulić publiczne pieniądze.
    Przypomnę, że po bańce kredytowej, kiedy bailout dotyczył banków, były przypadki że w tychże bankach wypłacano kierownictwu konkretne nagrody za dobre wyniki finansowe. Bo bailout został zaksięgowany jako zyski i mogli pokazać jak to się świetnie sprawili. Było z tego powodu spore oburzenie, że pieniądze które miały ich ratować przed upadkami poszły na nagrody dla ludzi, którzy sprowadzili tak duże zagrożenie na swoje instytucje.

  291. @”Musk to ćpun i świr”

    Przy pewnych epitetach dochodzi do zjawiska, nazwijmy to, zmiany emotikonów. To, co opatrujemy śmiejącą się buźką czy pukaniem się palcem w głowę za chwilę sygnujemy „the horror, the horror”. Każdy dyktator/tyran/despota/führer w pewnym momencie przekracza punkt śmieszności, po czym przekracza punkt straszności. „Ten wąsik, ach, ten wąsik, ten wzrok, ten lok, ten dąsik”.

  292. @pohjois
    „Wygląda na to, że niektórzy komcionauci mają mgliste pojęcie o rzeczywistości PRL.”

    Możemy się popojedynkować na wujków, bo mój wujek (mąż siostry mamy, więc bliski wujek, codzienny) kupił w tym okresie fiata 126p, takiego najzwyklejszego, nie żaden top topów, i kosztowało go to mniej więcej tyle, ile podaje wiki, tak ze 20 pensji. Zgoda, że trzeba było kombinować, talonowo, dojściowo, znajomościowo, i wujek właśnie tak uczynił, w PRL normalka. Jednak to nie zmienia stosunku ceny malucha do ceny golfa (1:3). W 1976 według czasopisma „Auto motor und sport” fiat 126p był najtańszym w zakupie i eksploatacji małym samochodem europejskim. Dużo rzeczy wujek reperował w maluchu u nas przed domem, do zaawansowanych napraw wołał na pomoc sąsiada, czasem mu pomagałem jako dzieciak, mam całkiem organoleptyczne pojęcie o rzeczywistości PRL.

  293. @”Dlatego, że znaczna część tych dochodów w ramach bańki AI jest sztuczna. To znaczy korporacje które pompują bańkę AI sprzedają sobie usługi/sprzęt nawzajem i księgują to jako dochody, np. Google pożycza pieniądze MS, MS kupuje cośtam od Google, Google wykazuje dochody chociaż otrzymał własne pieniądze.”

    Ja to rozumiem, ale jakby google, ms i nvidia z dnia na dzień obcięłyby sobie do zera dział AI, to i tak zostałyby im te pierwotne biznesy, w których mają pozycję niemal monopolisty. A że wycena by im spadła… No cóż, “the stock is not the company, and the company is not the stock.”

  294. @TBo Rossbach
    „to i tak zostałyby im te pierwotne biznesy, w których mają pozycję niemal monopolisty.”
    No mają. Co prawda ja już w życiu widziałem parę firm które miały mocną pozycję, a o których mało kto obecnie pamięta (Novell anyone?), ale zgodzę się że szansa na całkowity upadek MS, Google czy NVidii jest jakaś szczątkowa. Ta moja pisanina co by się stało gdyby padły była wyłącznie hipotetyczna i przedwczesna.
    Natomiast czy to oznacza, że nikt im nie zrobi bailoutu? Nie wiem. Jeśli im polecą notowania na giełdzie, te wszystkie nasdaqi będą się świecić na czerwono, inni zaczną reagować, to rząd może im sypnąć kasą tylko po to, żeby to trochę ustabilizować. Bo jeśli jest coś czego wielkie korposy nie lubią to gdy im akcje lecą w dół i nie da się wykazywać shareholderom zysków.
    Może jestem zbiasowany, ale sam pracuję dla takiego sporego korpo (z trochę innej branży) i tylko w zeszłym roku widziałem jak zwalniano ludzi bo 'Bla bla, w jednym miejscu nam nie wyszło, ponieśliśmy straty, musimy zrobić reorganizację”. Żeby dosłownie mniej niż tydzień później triumfalnie obwieszczać, że wycena akcji osiągnęła historyczny rekord i przekroczyła $100.
    Dlatego osobiście sądzę, że jeśli będzie szansa przytulić jakieś miliony z publicznej kasy i trochę poprawić negatywny bilans gdy im się to posypie, to oni nie będą się krygować. Wezmą co tylko będą mogli uznając, że „te pieniądze im się po prostu należą”.

  295. @TBo Rossbach

    „Ja to rozumiem, ale jakby google, ms i nvidia z dnia na dzień obcięłyby sobie do zera dział AI”

    A równocześnie wczytałyby quicksave sprzed bańki, tak? I wszelkie zobowiązania, aktywa, personel związany z AI by znikł? Otoczenie rynkowe też by wróciło do starego układu?

    Było wiele potężnych spółek, które poleciały za blisko słońca i je zmiotło. AI to nie jest ten case, ale to nie jest tak, że nVidia może sobie pstryknąć palcami i wrócić do biznesu sprzed szału AI.

    @PK:

    „Jeśli im polecą notowania na giełdzie, te wszystkie nasdaqi będą się świecić na czerwono, inni zaczną reagować, to rząd może im sypnąć kasą tylko po to, żeby to trochę ustabilizować.”

    To bardziej skomplikowane.

    Raz – duża część komercyjnych planów emerytalnych (i generalnie amerykańskich) opiera się o papiery wartościowe. Akcje i obligacje korporacyjne.

    Dwa – od długiego czasu rozwija się moda na „hehe, pasywne inwestowanie na szerokim rynku” – w tzw. ETF-y. Są tanie w zarządzaniu (to nie case OFE czy TFI, gdzie za zarządzanie koszono zauważalne ilości pieniędzy), mają odzwierciedlać zachowanie całych indeksów giełdowych czy konkretnych branż (np. branży AI). To wygląda tak, że papiery wartościowe kupuje zarządzający danym ETF-em (o ile kupuje…), ale jednostki uczestnictwa w ETF-ie kupują osoby fizyczne (nie tylko, ale skupmy się na nich).

    Jeżeli osoba fizyczna zacznie sprzedawać swoje jednostki uczestnictwa, to zarządzający musi je od niego odkupić – zazwyczaj za kasę ze sprzedaży papierów wartościowych, które kupił do ETF-a.

    Jaki będzie miała wpływ ta konstrukcja na ewentualny kryzys to nie wiemy, dawno nei było dużego kryzysu giełdowego.

  296. @pohjois
    „Bailoutu nie będzie, bo BigTech nie inwestuje z pożyczonych pieniędzy tylko ze swojej odłożonej renty monopolowej.”

    No właśnie to może była prawda do pewnego momentu, ale teraz nie jest to już takie proste. Jakiś czas temu rozpoczęło się namnażanie dziwnych machinacji finansowych i księgowych, co zapewne pudruje rzeczywistość, usypia inwestorów i uspokaja postronnych obserwatorów. Zgodnie z tym co pisał @Artur Król, polecam choćby ten wpis Pana Zitrona:
    link to wheresyoured.at

    Przychody Nvidii ze sprzedaży komercyjnych kart graficznych stanowią teraz jakieś 7% obrotów. Reszta to niemal wyłącznie centra danych.

    „10 Tytanów” (Nvidia, Microsoft, Apple, Alphabet, Amazon, Meta Platforms, Tesla (pff!), Broadcom, Oracle, Netflix) to aktualnie 40% indeksu S&P 500. Jak tu coś mocniej drgnie, to reperkusje rozniosą się wszędzie. Tymczasem AI nie ma póki co żadnych perspektyw na profit, bo każde użycie AI generuje tylko dalsze straty.

    Obawiam się, że możemy znaleźć się w sytuacji, gdy jedynym „ratunkiem” okaże się techno-faszyzm, który nagnie do swoich potrzeb populację jak największej części świata i wyciśnie z niej potrzebne dochody. Bo akurat do tego AI nadaje się akceptowalnie.

    Uprzejmie proszę o zademonstrowanie mi, że na pewno się mylę.

  297. @Luca:
    „Uprzejmie proszę o zademonstrowanie mi, że na pewno się mylę.”

    To trochę w drugą stronę działa.

  298. @ fiat127 / projektowanie zabawek

    1. Dzięki za ten wątek. Dla mnie osobiście nie ma nic infantylnego w projektowaniu zabawek. Może to dlatego, że sam jestem nerdem planszowym, więc choruję na zbieżnego feblika.

    2. Masz oczywiście sporo racji co do kwestii takich jak presja społeczna na jednorodność itd., ale też przypomnę, że dokładnie te same krytyki wysuwano wobec Korei Płd. Przez kawał czasu po DWŚ było to państwo autorytarne, a dzisiejszy poziom mizoginii nadal jest raczej zbliżony do Twojego argumentu. A jednak w Korea Płd tworzy się kawał nowych produktów w rozmaitych branżach kultury, w tym w zabawkach, grach, grach elektronicznych itd. Nie mają afaik takich zaibatsu jak Japonia, ale takie IP jak K-Pop Demon Hunters to jednak idealny przykład tego jak emigracja płynnie wzmacnia produkcję i kulturę krajową.

    3. Na ile znam ekonomicznie i socjologicznie podglebie sukcesu branży okołoplanszowej w EU (Niemcy, Francja, Beneluks – teraz też Czechy czy Polska) to oceniam to raczej jako skutek rozwoju klasy średniej plus wielu inwestycji w domy kultury, festiwale komiksu, dostępną edukację (od humanistycznej aż po ścisłą).

    No a Chiny mają dużą i szybko rosnącą klasę średnią, duże inwestycje w rozmaite formy kultury. Nie kojarzę chińskich projektantów z którąś Spiel Des Jahres (ważna nagroda planszówkowa, ale bardzo niemieckocentryczna), ale imo to kwestia najbliższych 10 lat.

    3. Kontrargumentem przeciwko Twojej tezie może być np. rozwój jubensha w Chinach. To ichniejsza odmiana larpa, ale trafiająca do osób poza typowym fandomem fantastycznym, bo mocno powiązana z zagadkami kryminalnymi, serialami i całymi IP. Od 3 do 5 mld USD, z błyskawicznym wzrostem w ciągu ostatnich 10 lat i demografią under 30. A to jest jeden przykład o którym dowiedziałem się przez przypadek, bo porządniejsze opisy w mediach fanowskich czy literaturze naukowej po angielsku zaczęły się od 2024. Jubensha już ma swoje sekcje, firmy itd. na Essen i innych ważnych konach branżowych.

  299. @redezi

    „Nie mają afaik takich zaibatsu jak Japonia”

    Bo ichniejsze się nazywają czebolami, takie Samsungi i LG, czy nie zrozumiałem pytania?

  300. @wo
    „godzinami słuchać jakiegoś nudziarza”
    W skrócie, jak dla mnie, na podstawie wspomnianej książki, Wolff stara się robić literaturę wokół spektaklu Trumpa, co jest jakoś odprężające.

    Jakoś mi go naniosło przed wyborami w USA, kiedy próbował pokazać, że przyjaźń Trumpa z Epsteinem jest fundamentalnym faktem w życiu tego pierwszego. Było dwóch dobrych kolegów, którzy przez ponad 10 lat dzielili zainteresowania, styl życia – jeden z nich zmarł w więzieniu, a drugi został prezydentem.

    Zacząłem się zastanawiać – dlaczego tyle czasu słucham jego elokucji…? Jakoś podobnie miałem kilka lat temu z tematem Czarnobyla. Trump to taki dymiący reaktor, a techbrothers – być może należą do ziemiojebców?

  301. @carstein
    „To trochę w drugą stronę działa.”

    Przecież wiem 🙂 Po prostu liczę na to, że ktoś będzie w stanie wytknąć jakiś zasadniczy błąd na ścieżce mojego rozumowania, bo chętnie przyjmę łatkę panikarza. IRL zbywano moje obawy głównie przez „trust me bro”, względnie zarzut luddyzmu, a to mnie słabo uspokaja.

    @redezi
    „A jednak w Korea Płd tworzy się kawał nowych produktów w rozmaitych branżach kultury”

    Zastanawiam się, czy to nie jest nawet ogólniejsza prawidłowość analogiczna do tej opisywanej choćby przez Ha-Joon Chang: póki kraj jest biedny, to jego mieszkańcy są uważani za leniwych. Kiedy natomiast się wzbogacą, to nagle okazuje się, że są nad wyraz pracowici. Może w przypadku kreatywności / nauki działa tu podobny mechanizm związany ze wspomnianym przez Ciebie powstaniem silnej klasy średniej?

    Nie chcę tu robić za etatowego propagandystę pro-chińskiego, ale co jeśli w kwestii problemów ustrojowo-kulturowych opisywanych przez @fiat127 popełniamy podobny błąd?

  302. @redezi
    dzięki za uwagi
    1/ Chiny – gry/zabawki i korzystanie z nich – oni mają kłopot, że 30 lat temu w zasadzie NIKT – nie miał zabawek – z powodu ubóstwa i biedy + tego jak działał system; więc dzisiejsi rodzice nigdy nie korzystający z zabawek, nie umieją ich ocenić/wybrać; kilka razy zdarzyło mi się osłupieć – kiedy okazywało się, że Chińczycy z fabryk nie mają pojęcia co produkują – tzn. nie wiedzieli co co chodzi np.z taką grą – ja kółko i krzyżyk – serio (czy coś równie banalnego); to mi uświadomiło skalę braku korzystania z zabawek/gier
    2/ Korea Płd – jasne, długo to nie była demokracja, tylko wydaje mi się, że różnica w stosunku do Chin jest taka, że w Korei stacjonowali Amerykanie i mieli istotny wpływ na wydarzenia w tym kraju; Chiny są poza jakąkolwiek kontrolą/wpływami
    3/ poprzez zabawki chciałem też pokazać, że tworzenie nowych/innowacyjnych produktów wymaga odpowiednich warunków – np. edukacji (powszechnej), która wspiera i rozwija cechy niezbędne do „zmieniania” świata;
    WG mnie jedną z najważniejszych cech totalitaryzmów jest marnowanie potencjału ludzkiego; może niektórych oburzę – ale wg mnie w PRL-u nie było przecież dramatycznego zamordyzmu (w sensie stałego, dużego zagrożenia życia/zdrowia); immanentną cechą komuny była – nuda, brak sensownych form spędzania czasu dla dzieci i młodzieży (bo nie chodzi o garstkę populacji z dużych miast, mającą dostęp do domów kultury czy sportu); koślawość rozwojowa totalitaryzmu zaczyna się od marnowania talentów i potencjału – w każdej dziedzinie i nieważne, że ktoś mógłby zostać świetnym szewcem, kucharzem, sportowcem czy naukowcem – szanse na rozwój i wykorzystanie potencjału są niewielkie;
    a dziedziny wymagające szeroko pojętych zdolności intelektualnych, które dodatkowo powinny móc być prezentowane – to następny, istotny deficyt systemów niedemokratycznych
    4/ chińska klasa średnia – jasne, mają się coraz lepiej; natomiast czy ludzie przestaną gapić się w ekrany – to jest problem szerszy i nie tylko chiński;
    mam w głowie taki obrazek jak w jakimś niedużej, zwykłej jadłodajni przy stoliku obok, dwóch młodych chińskich chłopaków, ewidentnie kolegów – w ogóle ze sobą nie rozmawiało (poza zdawkowymi uwagami) – i obaj cały posiłek gapili się w telefony; a kiedy chińscy znajomi zaprosili mnie na dyskotekę -to nawet zrobiłem im zdjęcie – 5 osób siedzi pod ścianą i WSZYSCY z nosami w telefonach (a muzyka sobie gra) – i myślę, że ci moi znajomi – nie spędzali czasu na dyskotekach, bo ewidentnie byli mało obyci z tematem; generalnie – oni – Chińczycy, jeść bardzo lubią i tutaj widać, że wspólne posiłki są tym, co wyzwala w nich dobrą energię; może to pokłosie tego, że jeszcze niedawno z jedzeniem było tam krucho

  303. @fiat127

    „Chiny – gry/zabawki i korzystanie z nich – oni mają kłopot, że 30 lat temu w zasadzie NIKT – nie miał zabawek – z powodu ubóstwa i biedy + tego jak działał system;”

    E, bez przesady. 30 lat temu to były lata 80-te, czyli już po reformach gospodarczych Denga. Przynajmniej ludzie w miastach (jak moja żona) mieli zabawki wtedy, tak samo jak dzieci w PRL miały. Tylko nie takie fajoskie, jak w krajach kapitalistycznych.

    A w dou dizhu grają w Chinach wszędzie, więc mówienie, że Chińczycy nie znają gier, to jakiś żart chyba. Owszem, mogą nie znać *naszych* gier.

  304. @Luca
    Chiny
    bieda/warunki życia to jest tylko jeden z aspektów braku możliwości rozwojowych;
    w tej kwestii wg mnie istotnym jest – że pokolenie dzieci biednych ludzi są odbiciem wiedzy o świecie rodziców – z całym bagażem ograniczeń;
    i wtedy istotne/kluczowe znaczenie mają warunki zewnętrzne – poza rodzinne w jakich żyją dzieci tych biednych (kiedyś) ludzi; i te same warunki w jakich działa państwo – mają kluczowy wpływ na rozwój i jego tempo;
    to widzę jako kluczowe ograniczenie Chin

  305. @rw
    Chińczycy – zabawki – no to tutaj pozostaniemy przy swoich, rozbieżnych stanowiskach; skala ubóstwa, jaką widziałem w połowie lat 90-tych w Chnach, zaszokowała nawet mnie – dziecko PRL-u (cytat z Chińczyka, który w czasie rozmowy ze mną, zdał sobie sprawę, że:”no tak, masz rację, bawiliśmy się tylko błotem i kamieniami”; Chińczycy nawet puzzli nie znali/nie uładali); to, jak bardzo Chińczycy jeszcze 5-10 lat temu nie umieli w zabawki – na swój rynek – przekonywałem się wielokrotnie, odwiedzając lokalne targi handlowe lub oglądając ofertę zabawek dla „ludu” – na targowiskach (dominowała broń i roboty – bo to dla chłopców; oferta zabawek dla dziewczynek – śladowa); dodatkowo – ponad rok pracowałem dla firmy z Europy, która była w dużej części zorientowana na rynek chiński – wiem z jakimi ograniczeniami popytu mieliśmy do czynienia)

  306. @rw
    a w Chinach to wielokrotnie widziałem, że masowo grają w madżonga, ale zawsze było to związane ewidentnie z „hazardem”; są takie „salony”, często niewielkie, gdzie widać jakie emocje targają graczami;
    jeżeli byłeś w Chinach to musiałeś widzieć ogromne i liczne salony z automatami do „wyciągania” fantów/zabawek = skala tych salonów robi wrażenie;

  307. Tym razem wreszcie chyba się domyślam, czemu spamołap się przyczepił kol. Fiata – h4z4rd to słowo zakazane (naprawdę od czasu do czasu jakieś spamboty usiłują tu linkować takie serwisy).

  308. @fiat127
    „WG mnie jedną z najważniejszych cech totalitaryzmów jest marnowanie potencjału ludzkiego; może niektórych oburzę – ale wg mnie w PRL-u nie było przecież dramatycznego zamordyzmu (w sensie stałego, dużego zagrożenia życia/zdrowia); immanentną cechą komuny była – nuda, brak sensownych form spędzania czasu dla dzieci i młodzieży (bo nie chodzi o garstkę populacji z dużych miast, mającą dostęp do domów kultury czy sportu)”

    Pozwolę sobie wejść w lekką polemikę. Przy czym najpierw parę słów wyjaśnienia – zgadzam się co do tego marnowania potencjału ludzkiego przez totalitaryzmy. Nie chcę bronić tu PRLu jako takiego, bo był paskudny. Odnoszę się tylko do jednej poruszonej tutaj kwestii, ponieważ coś mi w niej zgrzyta.

    Po pierwsze mówienie, że w PRLu brak był sensownych form spędzania czasu dla dzieci i młodzieży, to chyba jednak pewien anachronizm. No bo w porównaniu z czym? Obecnymi czasami? Na pewno. Ale w porównaniu z sanacją? Z XIX wiekiem? Czy możemy mówić, że PRL zrobił pod tym względem jakiś krok wstecz? Czy może jednak jest to zarzut wyłącznie taki, że nie zrobiono kroku naprzód?

    A po drugie, chyba i to nie do końca tak jest. Bo to jednak za PRL wprowadzono bardziej powszechną edukację (nadal kulawą, słynne są te wyjazdy całych szkół na wykopki, żeby pomóc rolnikom) czy elektryfikację wsi (co pozwoliło np. żeby we wsi pojawił się pierwszy telewizor i już można było coś wspólnie oglądać, ludzie się na to zbierali). Ja mogę polegać na danych anegdotycznych, ale rodzina mojej mamy wywodzi się ze wsi i np. moja mama mogła pójść do szkoły, przesiadywać godzinami w bibliotece czy wypożyczać książki. Reprezentowała też swoją szkołę w jakichś zawodach strzeleckich. Podczas gdy jej mama, a moja babcia, jako dziewczynka była przed wojną pokojówką u jaśniepaństwa w okolicznym majątku. Jakieś możliwości zwiększyły się zatem nie tylko dla tej garstki z dużych miast, ale i dla tych z mniejszych miasteczek, z okolicznych (dla mojej mamy to jakieś 25 km) mniejszych miejscowości.
    Taka z kolei w Warszawie bawił się na gruzach. Jedną ciekawszą opowieścią z jego dzieciństwa jest to, jak zjawiła się ekipa Kroniki Filmowej, żeby nakręcić materiał o zagrożeniach z tym związanych, niewybuchach i podobnych. No i złapali tych paru łebków, żeby mieć materiał do filmowania. Dopiero w szkole średniej wkręcił się w kółko zdjęciowe.

    Może to bardziej jakaś kombinacja kilku czynników? Czy ta nuda nie brała się stąd, że z jednej strony zmniejszono wyzysk, w tym dzieci, a z drugiej nie zaoferowano im wystarczająco dużo? Myślę, że wcześniej nuda też była, ale to nie oznaczało czasu wolnego. Dzieciak który musiał siedzieć nad rzeką i pilnować krów pewnie nudził się tak samo jak jego rówieśnicy za PRLu, tyle że nie mógł z tym nic zrobić poza znalezieniem sobie zajęcia, czy to byłoby granie na piszczałce, czy dłubanie w nosie i liczenie „kóz”. Ale poniekąd ten dzieciak był traktowany podobnie jak dorośli. Dzieciaki w PRLu mogły już mieć coś bliższemu dzieciństwu w naszym współczesnym rozumieniu, a mało możliwości by się realizować. I to jest ten moment, kiedy potencjał zostaje uwolniony, ale nie jest realizowany.

    Ale i to wydaje mi się słabą analogią do współczesnych Chin. Bo dzieciaki w Chinach chyba nie mają takiej nudy co ich rówieśnicy za PRLu? Mają stawiane przed sobą spore wymagania, mają się uczyć i konkurować w rankingach. To jest nudne, ale jest to jakieś zajęcie. Totalitaryzm chiński niszczy ich potencjały przecież nie przez nudę, tylko raczej przez zamykanie perspektyw, pozwalanie na to by tylko niektóre konkretne ścieżki dawały rozwój. Nie masz ku temu predyspozycji? Albo jesteś jednym z wielu którzy nie są na samym szczycie szczytów? Odpadniesz i pójdziesz robić do fabryki.
    Tutaj taka mała dygresja. Parę lat temu poszedłem do szpitala na operację i przez kilka godzin przebywałem w pokoju z człowiekiem który opowiadał o pracy z młodzieżą w klubie sportowym (on już wychodził, ja się dopiero meldowałem). Opowiadał m.in. o tym jak to on ma mały, kameralny klub i nie może konkurować z molochami, które tworzą dwadzieścia klas po dwudziestu zawodników, co rok eliminując część z nich, żeby po 5 czy 7 latach mieć jedną taką klasę samych najlepszych. To jest współczesna Polska, kapitalizm zamiast totalitaryzmu, a system i tak odrzuca 380 z 400 dzieciaków, bo nie są creme de la creme. Nawet jeśli część z nich ma większy potencjał od zawodników z małych klubów.
    No ale różnica między tym a chińskim (czy radzieckim) totalitaryzmem jest taka, że odrzucenie w tym jednym procesie nie niszczy dzieciakom życia, tu się nie stawia wszystkiego na jedną kartę. Nie zostaną siatkarzami, ale mają nadal wiele różnych ścieżek, większość z nich zrobi studia z czegoś innego i będzie normalnie żyła.

    Ja bym powiedział, że totalitaryzmy niszczą potencjał bo nie uznają różnych możliwości za równoprawne. Przez swoje ideologie ograniczają wybory ludzi do kilku ścieżek, reszta się nie liczy. A i te ścieżki potrafią się zmienić nagle i coś co do tej pory było sensowną karierą, nagle staje się niemile widziane, bo władza uznała że np. nauki biologiczne to ślepa uliczka, tylko matematyka. Kapitalizm (wobec którego też jestem krytyczny) pozwala ludziom popełniać błędy i te błędy mogą im niszczyć życie, ale są to przynajmniej ich własne wybory. Jeśli masz potencjał do zostania najlepszym na świecie graczem w kółko i krzyżyk to możesz. Pewnie nie będziesz z tego mógł wyżyć, ale możesz. A jeśli potrafisz to jakoś zmonetyzować to tym lepiej.

  309. @WO
    @broń atomowa Ukrainy
    Rozważania o broni atomowej dla Ukrainy są czysto teoretyczne. W czasach, kiedy ten kraj powstawał musiał się jej pozbyć bo zarówno jego status jak i sytuacja ekonomiczna nie pozwalały na utrzymanie tego rodzaju arsenału.

  310. @fieloryb
    „Rozważania o broni atomowej dla Ukrainy są czysto teoretyczne. ”

    Ale właśnie dlatego nie powinieneś z taką pewnością w głosie pisać, że na stówkę nie byliby w stanie, bo kody.

  311. @Piotr Kapis
    „nuda” – dotyczyła/dotyczy biednych totalitaryzmów – jak PRL
    wychowałem się we Wrocławiu – realna dostępność jakichkolwiek form spędzania czasu poza szkołą – realnie zero (uproszczenie); byłem może nietypowym dzieckiem, ale dziecko w dużym mieście nie ma jak samodzielnie korzystać np.z domów kultury, nie ma jak zapisać się na sport (jakikolwiek); byłem 4 podstawówkach – w żadnej nawet harcerstwo – realnie nie działało;
    PRL – nie wartościuję – opisuję cechy na bazie swoich doświadczeń i obserwacji – miałem okazję z powodu przeprowadzek – poznać kilka różnych środowisk rówieśniczych;
    dodatkowo – matka do 7 roku życia odstawiała mnie na wieś do własnej matki, na 6 miesięczne pobyty „zdrowotne” – zabity dechami region Polski, 50km od Sandomierza = gdzie „sławojka” to był luksus obecny w dosłownie kilku domach (na 100);
    więc niestety życie na wsi PRL-u również poznałem

  312. @PK
    „Kapitalizm (wobec którego też jestem krytyczny) pozwala ludziom popełniać błędy i te błędy mogą im niszczyć życie, ale są to przynajmniej ich własne wybory.”
    Jakoś takoś. Przy całej skali problemów nic lepszego jeśli chodzi o ustroje gospodarcze nie wymyślono.

    PS. Amerykański sektor naftowy coś nie bardzo chce inwestować w tej Wenezueli bo jaką oni mają gwarancję, że im tego wszystkiego miejscowa waadza znowu nie znacjonalizuje. To tak z dedykacją dla Awala jeśli nas czyta, odnośnie tych wszystkich zachodnich firm co to tylko ślinią się do BAU z Rosją.

  313. @fiat
    „wychowałem się we Wrocławiu – realna dostępność jakichkolwiek form spędzania czasu poza szkołą – realnie zero (uproszczenie)”

    Z kolei jednak podkreślam, że temat „nudy blokowiska” był wtedy silnie obecny w zachodniej popkulturze, która przez to była nam tak bliska, że wspomnę Depeche Mode, „Is There Something To Do?” („Grey sky over a black town / I can feel depression all around” – niby o Basildon, a jakby o Chomiczówce!). Chyba nie była to tak do końca wina PRL, raczej – jak to diagnozował już Vaneigem – tego, że architekci powojennego świata po prostu nie rozumieli tego, że jak już ludzie będą mieli co jeść i gdzie mieszkać (dla nich to było szlachetne marzenie, bo jeszcze pamiętali głód lat 1930.), to zaczną się właśnie nudzić. Czego skutki pokazano już w „Mechanicznej pomarańczy”.

  314. @Piotr Kapis & fiat127:
    Ale o czym mówimy z brakiem rzeczy do robienia dla młodzieży w PRL?
    Osobiście mieszkałem niedaleko szkół (podstawowa, zawodówka, technikum). Młodzież przychodziła na boisko: jak ktoś chciał, mógł grać w kosza, piłkę nożną, albo odbijać od ściany piłkę tenisową (i wszystko to robiono). Z tej perspektywy, to IIIRP była likwidacją miejsc na młodzieży, bo kompleks sportowy zawodówki zlikwidowano by postawić supermarket. Co zresztą nie było jedynym przypadkiem w okolicy.

    Ja wiem, rozumiem, jako modelarz szukałem gdzie zdobyć model i to był problem (zabawek też było mniej); komputery wchodziły w latach 80-tych i były drogie i trudno dostępne; internetu jeszcze nie było, a wybór w telewizji mały. Tylko czy serio o to chodzi w przeciwstawieniu nudy i perspektyw? Wiem, rozumiem, mieszkałem w aglomeracji — na wsiach orliki pojawiły się później; ale przecież szkoły były, jakiś teren dla dzieci i młodzieży obok też był; nawet w biblioteka w szkole.

  315. @Wo
    mój ty panie jedyny, nawet tutaj sięgają macki algo;
    a wydawało się, że jedyną groźbą jest ewentualna wycinka niesfornych komentarzy

  316. @fiat
    Ale ten akurat popieram, jakbym wyłączył to naprawdę miałbym tu zalew linków reklamujących h4z4rd 0nl1n3. Lądują w spamie z automatu – i całe szczęście.

  317. @ fiat 127

    „3/ poprzez zabawki chciałem też pokazać, że tworzenie nowych/innowacyjnych produktów wymaga odpowiednich warunków – np. edukacji (powszechnej), która wspiera i rozwija cechy niezbędne do „zmieniania” świata;
    WG mnie jedną z najważniejszych cech totalitaryzmów jest marnowanie potencjału ludzkiego; może niektórych oburzę – ale wg mnie w PRL-u nie było przecież dramatycznego zamordyzmu (w sensie stałego, dużego zagrożenia życia/zdrowia); immanentną cechą komuny była – nuda, brak sensownych form spędzania czasu dla dzieci i młodzieży (bo nie chodzi o garstkę populacji z dużych miast, mającą dostęp do domów kultury czy sportu); koślawość rozwojowa totalitaryzmu zaczyna się od marnowania talentów i potencjału – w każdej dziedzinie i nieważne, że ktoś mógłby zostać świetnym szewcem, kucharzem, sportowcem czy naukowcem – szanse na rozwój i wykorzystanie potencjału są niewielkie;
    a dziedziny wymagające szeroko pojętych zdolności intelektualnych, które dodatkowo powinny móc być prezentowane – to następny, istotny deficyt systemów niedemokratycznych”

    Niestety dane historyczne i obecne bardzo przeczą Twojej tezie.
    a) „Nuda dzieci” to pojęcie względne. W PRL lat 50-70, radiowe akademie umiejętności, baśnie radiowe czy rozmaite bibliotekobusy były atrakcjami, im okolica mniej zurbanizowana, tym bardziej. Dokładnie na tej samej zasadzie co w na północy Norwegii czy w USA, zarówno w 1930s jak i w okresie powojennym. Potem, wraz z rozwojem TV, kultury masowej i kultury masowej w skali ogólnoświatowej ta atrakcyjność spadała. Analogicznie jest z zabawkami: Hasbro tak naprawdę nie zarabia na zabawkach, tylko sprzedaje dzieciom interakcje z IP.

    b) PRL, zależnie od okresu, ale co do zasady zwłaszcza w okresie 60-70 budował sporo ośrodków kultury przy projektach uprzemysłowienia, pegeerach, kołach gospodyń wiejskich itd. To samo w CHRl – znowu, zależnie od okresu. Tona tego to była tępa i nudna propaganda, ale z każdych 100 izb propagandowych wyjdzie jedna salka prób dla lokalnych zajawkowiczów.

    c) USA i generalnie kraje dotknięte przez nadmiar ideologii wolnego rynku w edukacji mają obiektywnie dużo gorsze wskaźniki jeśli chodzi o losy bardzo zdolnych dzieci z ubogich rodzin. Będzie k1000 stypendiów i „gestów prezesa”, ale to nie zastąpi milionów szkół, o których nikt nie myśli.

    Jasne, że szkoła nie może być autorytarna, a trudno zrobić nieautorytarną szkołę w społeczeństwie autorytarnym, ale zasadniczo podstawowe i masowe włączenie w edukację powszechną Chiny mają ogarnięte lepiej niż USA epoki Trumpa (UK też spada w dół). Chiny mogą mieć punkty karne za autorytaryzm, papkę ideologiczną i cenzurę, ale tak mają baseline pt. „no kurde jednak nie chcemy masowego analfabetyzmu i coś z tym robimy”. Kontrastując, w USA Betsy DeVos i Linda McMahon (szefowe dept. of edu. w obu kad. Trumpa) to lobbystki szkół prywatnych, rasistki i osoby, które na serio chcą demontażu edukacji publicznej. Najgorsze, najbardziej neolibowe gówno jakie da się wymyślić w neolibowych thinkantach.

    Jeśli ktoś tego nie śledził w detalach w trakcie obu kadencji Trumpa, to bardzo przestrzegam przed anegdotami „byłem, widziałem”. Polskie media bardzo mało pisały o tym rozpierniczu, a to jest modelowa historia pt. „Prywatne szkoły zakładane przez wolnorynkistów-świrów religijnych wypruwają flaki publicznej edukacji”. TFP już to przeszczepiło do Polski, więc „soon in your local community productions”.

    A nauka USA dawała sobie radę POMIMO rozpierniczu edukacji powszechnej w USA dzięki importowi post-doców (importujemy mózgi, pracoholizm i brak kredytów studenckich, eksportujemy depresje, profesury i kontakty). Trump i rasizm to właśnie rozpierniczają.

    Francja, Niemcy, Kanada – wszystkie te kraje uruchomiły po cichu szybkie i awaryjne programy pt. „ej amerykańska badaczko, która masz żonę, może wolicie się przeprowadzić do miejsca, gdzie randomowe działania Muska nie zrobią wjazdu swat na wasze mieszkanie?”. Ditto firmy i agencje eksperckie około wojska. Polska nie, bo Tusk akurat miał chcicę na faszolków, więc po co nam wykwalifikowani ekspaci?

    @ wojtek_rr

    „„Nie mają afaik takich zaibatsu jak Japonia”

    Bo ichniejsze się nazywają czebolami, takie Samsungi i LG, czy nie zrozumiałem pytania?”

    Owszem, nie zrozumiałeś. Bo nie chodziło mi po prostu o kneejerk odpowiednik japońskiego zaibatsu w ogólności, ale o to, że nie kojarzę koreańskich odpowiedników Nintendo czy Konami, gigantów w skali światowej właśnie dla branży rozrywkowo-growej, dla której konkretnie konstruowałem argument wobec fiata 127. W ramach tego konkretnego porównania, dla Chin i dla reszty świata byłby Tencent. Po guglaniu skojarzyłem, że Krafton (PUBG) jest z Korei, ale to jest raczej waga CDR niż Nintendo czy Konami.

  318. @Chińczycy i słowo na H

    Przypomniał mi się właśnie tak obrazek: 20 lat temu byłem przez parę miesięcy na wymianie w Bukareszcie. W tamtych czasach stolica Rumunii była w europejskiej topce zagęszczenia kasyn na km2, więc kiedyś postanowiliśmy ze studencką bracią wybrać się do jednego z nich na rekonesans. Przewodnikiem był nasz kolega z Chin, który opowiadał że przez dłuższy czas żywił się w kasynach, bo zagranicznych studentów wpuszczają bez oporów, a jak już wejdziesz to szwedzki stół i alkohol gratis. Kupujesz żeton za 10 lei, przewalasz go na automacie a potem jesz pod korek i to dużo smaczniej niż na uczelnianej stołówce. Jedyne o czym należy pamiętać to żeby nie przychodzić do jednego kasyna zbyt często. Postanowiliśmy sprawdzić i rzeczywiście – swoje 10 lei straciłem w jakieś 15 sekund przy stoliku do blekdżeka (to nie o mnie śpiewa Kenny Rogers), więc poszedłem jeść pieczone kurczaki popijając piwem. Zanim jednak szton zniknął przyjrzałem się graczom i… przy stoliku siedzieli sami Chińczycy. Rozejrzałem się po sali i to samo było przy ruletce i innych tam pokerach. Rzut okiem na automaty – to samo. Jedyne nie-Chińskie twarze to byli krupierzy, kelnerki i nasza grupa, nie licząc oczywiście naszego przewodnika.
    Quite peculiar, szczególnie że nie widywało się zbyt wielu ludzi o azjatyckich rysach jeżdżąc metrem, czy spacerując ulicami.
    Potem jakoś to połączyłem z tymi mercami i beemkami z ciemnymi szybami powoli jeżdzącymi wokół bukaresztańskich targowisk pełnych po brzegi chińskiej tandety. Nieufnie też zaczęliśmy później podchodzić do naszego kolegi Chińczyka jak pokazał nam zdjęcia ze swojej wycieczki do Lhasy.

    @wolny rynek i innowacje
    Gospodarz ma o tym felieton w noworocznej Polityce na przykładzie misji Artemis II. Zamiast rzucać monetą podczas startu Spaceshipa NASA po prostu użyła swojego SLS. Swoją drogą tak sobie myślę że SpaceX może by w końcu dowiózł rakietę o niskim poziomie awaryjności, ale jednak te zakumulowane dekady doświadczenia NASA to nie jest coś co można kupić w każdym sklepie, coś jak ten case ASML dyskutowany wcześniej.

  319. @fiat127

    „a w Chinach to wielokrotnie widziałem, że masowo grają w madżonga, ale zawsze było to związane ewidentnie z „hazardem”; są takie „salony”, często niewielkie, gdzie widać jakie emocje targają graczami;”

    Mój teść uwielbia oglądać w TV rozgrywki dou dizhou. Zdaje się że zwycięzcy dostają jakieś nagrody. H**ard też się zdarza, ale w rodzinie to zdaje się głównie grali dla zabawy, albo na symboliczne stawki. Mnie też nauczyli, raz wygrałem z teściem, +1 do charyzmy 😀

    „jeżeli byłeś w Chinach to musiałeś widzieć ogromne i liczne salony z automatami do „wyciągania” fantów/zabawek = skala tych salonów robi wrażenie;”

    Tak, widziałem i używałem! Ale w Japonii mają fajniejsze.

  320. @fiat127, @pak4, @WO
    „wychowałem się we Wrocławiu – realna dostępność jakichkolwiek form spędzania czasu poza szkołą – realnie zero (uproszczenie); (…)
    więc niestety życie na wsi PRL-u również poznałem”
    „Ale o czym mówimy z brakiem rzeczy do robienia dla młodzieży w PRL?”
    „Z kolei jednak podkreślam, że temat „nudy blokowiska” był wtedy silnie obecny w zachodniej popkulturze”

    Jest chyba oczywistym, że mówiąc o ustroju który trwał 4,5 dekady (ciekawostka, jeśli nawet Iran fundamentalistów islamskich upadnie przez obecne protesty, to i tak udało mu się przetrwać odrobinę dłużej niż PRL) i obejmował cały kraj, mocno wyniszczony kilkuletnią wojną, a wcześniej mający raptem dwie dekady na odbudowę po ponad wieku nieistnienia jako osobny byt i rozdzieleniu na trzy różne części, nie da się w kilku zdaniach ująć całości. Że to wszystko będą pewne uproszczenia.
    Fiat napisał, że domy kultury i sport były ograniczone do młodzieży z wielkich miast. Nie zgadzam się z tym. To nie znaczy, że nie było młodzieży która nie miała do nich dostępu, tylko że linie podziału szły inaczej. Skoro nawet we Wrocławiu (a to jedno z największych miast Polski, nawet w tamtych czasach wojewódzkie) było realne zero, to może jednak nie młodzież miast? Ja z kolei mam przykłady młodzieży z niewielkich wsi na wschodzie miała dostęp. Może i dzięki szkole, ale ta szkoła pełniła jakąś funkcję zapewniającą nieco więcej niż minimum edukacji.
    Blokowiska to też przecież miasta i to te większe, nie jakieś miasteczka z jednopiętrową zabudową.

    Istotne też w jakim okresie. Ja się urodziłem w ’79 i na nudę nie narzekałem. Miałem dostęp nie tylko do domów kultury czy klubów sportowych (akurat nie korzystałem), ale i z harcerstwa, składnicy harcerskiej (która sprzedawała rzeczy nie tylko harcerzom. Oni tego w ogóle nie sprawdzali!), plastikowych żołnierzyków, pistoletów na kapiszony, modeli do sklejania (Łoś!) czy akcji typu „lato w mieście”. To był już ten absolutny schyłek PRLu, ostatnie kilka lat, ale nadal PRL. Osiedle na którym mieszkałem miało między blokami spory kawałek zielonego terenu a na nim różne huśtawki, olbrzymie literki ze szczebelkami i drabinkami, na reszcie osiedla znajdowały się też jakieś marmurowe konstrukcje na które można się było wspinać albo metalowe z drążkami, do zaprawy fizycznej. Szkoła miała boisko i można było z niego korzystać przez cały dzień. Na to osiedle rodzina się przeniosła na początku lat 70-tych (z budynku który nadal był wtedy powojenną ruiną, bo Warszawę nadal odbudowywano).
    Sprowadzanie całego PRLu do nudy młodzieży to mocne uproszczenie. Nie chcę powiedzieć, że władze się starały, bo wiemy jak wyglądało myślenie władzy za PRLu o tym czego chcą obywatele. Ale czasami robiły coś czy to na pokaz, czy dając się przekonać architektom albo komu tam. Nawet jeśli to było z powodów propagandowych, to czasami robiono coś… nie chcę powiedzieć, że dobrze, ale może 'tak, że niosło pozytywne skutki’?

    Ja się absolutnie zgadzam, że za PRLu sporo dzieciaków dotykała nuda. Że były regiony i czasy, kiedy nie było co robić. Ale myślę, że pod tym względem po pierwsze było jednak nie gorzej – a miejscami i z czasem, lepiej – niż przed komuną, np. za sanacji. A po drugie, że na tę nudę można było narzekać dlatego, że już można było być dzieckiem, a nie odwalać swoją porcję pracy. Taki okres przejściowy, kiedy już zdjęto obowiązki a jeszcze nie pojawiały się możliwości. I owszem, nie pojawiały się przez biedę, bo pieniędzy nie starczało nawet na realną odbudowę zniszczeń, a co dopiero na rozrywki dla dzieci.
    Zgodzę się również, że nuda i brak perspektyw to jest jeden ze sposobów niszczenia potencjału młodych ludzi. Aczkolwiek nie jedyny i nie ograniczony wyłącznie do totalitaryzmów. Myślę że młodzież na amerykańskim zadupiu też ma w ten sposób niszczone perspektywy, jeśli widzi że z tego zadupia nie ma się jak wyrwać, nie ma pracy, za to jest strzelanie do szczurów na wysypisku albo – co gorsza – opioidy. Totalitaryzmy niszczą potencjał nie tylko tak, ale również przez sztuczne ograniczanie możliwości. Nuda jest uniwersalna.

  321. @redezi
    „nie kojarzę koreańskich odpowiedników Nintendo czy Konami, gigantów w skali światowej właśnie dla branży rozrywkowo-growej”
    Korea ma jeszcze NCSoft, twórców np. Guild Wars (oraz Lineage 2, też MMO). A to jest gra która konkurowała z World of Warcraft, więc chyba można ich uznać za taki odpowiednik Blizzarda.
    Mają też Pearl Abyss, twórców Black Desert Online. Nie aż tak głośnego, ale dającego sobie radę MMO. Jest to też firma która kupiła CCP (twórców i wydawców EVE Online, oryginalnie z Islandii).

    Jasne, to nie jest poziom Japonii, ale i start mieli inny. No i z tą hegemonią japońskich firm to trochę dyskusyjne, bo Japończycy tak naprawdę są… mało zainteresowani zachodem. Mają swoje zachodnie oddziały, wydają tam gry, zgarniają pieniądze, ale nierzadko robią to tak jakby mimochodem, z podejściem „a jak to pierdolnie to się nie będziemy przejmować bo Japonia uber alles i to jest jedyny kraj który się naprawdę liczy”. Nintendo nawet nie próbuje udawać, że konkuruje z Microsoftem i Sony jeśli chodzi o konsole, tylko skupiło się na innym segmencie.
    Warto też dodać, że część z tych dawniej światowo potężnych japońskich firm podupadła (Sega) i już ma tylko ułamek dawnej potęgi.

    Oczywiście japoński rynek rozrywkowy, zwłaszcza growy, jest potężniejszy od koreańskiego a ich czołowe firmy mają lepszą pozycję. Ale Korea nie jest jakimś chłopcem do bicia. Może nie top tier, ale solidny drugi jak najbardziej. Spokojnie można ich porównywać z krajami skandynawskimi czy Polską i nie mają się czego wstydzić.

  322. @fiat127
    „wychowałem się we Wrocławiu – realna dostępność jakichkolwiek form spędzania czasu poza szkołą – realnie zero (uproszczenie); byłem może nietypowym dzieckiem, ale dziecko w dużym mieście nie ma jak samodzielnie korzystać np.z domów kultury, nie ma jak zapisać się na sport (jakikolwiek); byłem 4 podstawówkach – w żadnej nawet harcerstwo – realnie nie działało”

    To niesamowite, jak biegunowo różne mamy doświadczenia z dzieciństwa w PRL-u. Co zresztą jest całkiem mocnym dowodem, że każda jednolita i spójna, pozbawiona sprzeczności narracja o PRL-u będzie fałszywa.

    Ja dorastałem w czymś wręcz odwrotnym niż wielkomiejski Wrocław – na podmiejskiej wsi mazowieckiej, która z czasem zmieniła się w dalekie przedmieścia, ale takie, że na ulicach, którymi jeździły miejskie autobusy, leżały końskie kupy. No i było w zasadzie wszystko, czego dusza zapragnie (aczkolwiek raczej w sezonie wiosna-lato-jesień, gorzej zimą): od sportu w SKS-ach, czyli w Szkolnych Klubach Sportowych (jako długodystansowiec-przełajowiec zjeździłem ładny kawałek centralnej Polski w ramach różnych zawodów) po nieźle wypasioną Gminną Bibliotekę Publiczną (gdzie się edukowałem i kryminalistycznie: w Joe Alexach, Chandlerach oraz dziesiątkach pomniejszych autorów w serii z jamnikiem czy rewolwerem, i wyżejkulturowo: w różnych „Czekaniach na Godota” i podobnych rzeczach zdecydowanie nie dla osób w moim chłopięcym wieku), od wspaniałego odkrytego basenu (50 m!) z wejściem za friko, czynnego od 1 maja do 30 września i zasilanego z lokalnej rzeczki, więc o przyzwoitej czystości zapewnianej przepływem (basen był darem cukrowni dla lokalnej społeczności, podobnie jak przedszkole, gdzie przywozili dzieci nawet miastowi, bo było w lesie, cały ogromny teren pod wysokimi sosnami był placem zabaw wyścielonym igłami i szyszkami) do regularnego miejsca dla potańcówek na wolnym powietrzu i z fajną sceną dla zespołu (latem były co dwa tygodnie w sobotę, no i to akurat umarło wcześniej, już za Jaruzelskiego), od przyzwoitego stadionu i druzyny młodzików pod okiem niezłego trenera do muszli koncertowej, gdzie raz orkiestra strażacka, raz jacyś lokalni naśladowcy Czerwonych Gitar, a kiedyś nawet Halina Frąckowiak (niestety nie widziałem na własne oczy, pozostają mi oczy duszy) od harcerstwa (brrr…, uciekłem już z Zuchów, nie cierpię fizycznego drylu i moralnej musztry) po piesze rajdy dzięki współpracy gminnej szkoły z miejskim PTTK-iem (to było coś dla mnie). Dopiero w latach 90. to wszystko zdechło i nastała nudosfera.

  323. Ja z racji metryki mam tylko mgliste wspomnienia z PRLowskiego przedszkola w Kielcach, do 1 klasy poszedłem w 89 i moja podstawówka w środku blokowiska miała klasy sportowe i SKSy dla chętnych, pamiętam też rekrutacje do harcerstwa, jakiegoś starszego drucha który przyszedł na lekcję z dwójką zuchów w mundurkach, osiedlowy klub kultury miał też różne zajęcia w ofercie od plastycznych i muzycznych po informatyczne (gdzieś pewnie koło ’95 na nie chodziłem żeby się uczyć komend pod DOSa i grać w jakieś gierki przez ostatni kwadrans. O programowaniu nikt nawet nie wspominał ;)) ale ja w sumie nie o tym. Chciałem tu przede wszystkim wystąpić jako obrońca nudy. Wiadomo że w dużych dawkach przeradzać się może w apatię i prowadzić do patologii, ale nuda budzi też kreatywność i pcha do ludzi. Pół dzieciństwa spędziłem na ulicy z okolicznymi dzieciakami, wymyślaliśmy jakieś zespołowe zabawy a ówczesne braki w zaopatrzeniu i infrastrukturze rozwiązywaliśmy np. rozwieszając sznurek w poprzek osiedlowej uliczki i kredą rysując sobie boisko do siatkówki, a że to były czasy wielkiego Michaela Jordana to z pomocą czyjegoś ojca czy starszych braci zbudowaliśmy sobie ze sklejki, pręta zbrojeniowego i odrobiny sznurka tablicę do kosza żeby było gdzie testować ruchy podpatrzone w NBA. W pokoleniu moich dzieci obserwuję natomiast rodziców organizujących pociechom całe życie (w nadziei że te wszystkie dodatkowe zajęcia kiedyś się zwrócą im w dorosłości), kiedy półki uginają się od zabawek z kolejnych hajpowanych franczyz (teraz pewnie będzie to K-pop Demon Hunters, jeśli ktoś ma córkę we właściwym wieku, nadal chyba tez dobrze się ma Minecraft sądząc po przychodach z filmu), no i do tego komp i komórka na okrągło. Wydaje mi się też że ta popkulturowo-rozrywkowa maszyneria staje się coraz bardziej homogeniczna, bo internet jest pełen tych samych formatów, gotowych szablonów które wystarczy skopiować, zaczynając od jutuberów, przez muzyków na grach kończąc. O kontencie filmowo-telewizyjnym nawet nie wspominam bo tam są bazyliony pompowane w produkt który ma na siebie zarobić, więc nie wolno ryzykować. Tak że ten, postulowałbym więcej nudy a mniej myślenia w kategoriach wyników, efektywności i monetyzacji wszystkiego, bo póki co rzuciliśmy się chyba z postkomunistycznej nudy w turbokapitalistyczne przebodźcowanie.

  324. @Piotr Kapis:
    Oczywiście, że modele się kupowało w Składnicach Harcerskich. Ja do dziś najlepiej kojarzę Wadowice z tym, że w latach 80-tych, przejeżdżając w drodze na wakacje, kupiłem tam model (nie tak daleko „tej” kremówkodajni). Bo z tą dostępnością jest jednak tak, że jeśli cię coś interesowało i nie chodziło tylko o to, by czasem mignęło w sklepie w oczy, ale byc mógł to realnie kupić, to było kiepsko. Były oczywiście giełdy z prywatnym impoertem z Zachodu, ale nie na moją kieszeń.

    Ja bym powiedział, że możliwości zajęcia czasu było sporo — to raczej ja nie korzystałem jako dziecko dość aspołeczne, które woli robić wiele rzeczy samo niż iść do klubu, a odgórne zapisanie do zuchów całej klasy, na długo zniechęciło mnie do ruchu harcerskiego. Oczywiście pewnych rzeczy nie było, bo ja wiem, wyjazdów z podstawówki na obozy narciarskie. Tyle, że to chyba kwestia nie tyle IIIRP vs PRL, co kwestia klasowa. Otoczenie było jeszcze przeważnie robotnicze (choć rodzice mieli już inteligenckie aspiracje i w domu było sporo książek, za co jestem im bardzo wdzięczny) i takie rzeczy określono by jako fanaberie.

    Gorzej mogło być z przygotowaniem do tworzenia nowych technologii, co bodaj było punktem wyjścia tego wątku. Bo jak jest biedniej i technologicznie mniej zaawansowanie, to zawsze będzie to gorszy start. (Choć tak, był i klub z komputerkami Meritum i nauką programowania.) Tyle, że to inny temat niż nuda.

  325. @ergonauta

    Gminna biblioteka publiczna była też w mojej wiejskiej mazowieckiej gminie, i spędziłem nad książkami z niej wiele szczęśliwych godzin jako dzieciak w podstawówce.

  326. @Cpt. Havermeyer
    „Chciałem tu przede wszystkim wystąpić jako obrońca nudy. Wiadomo że w dużych dawkach przeradzać się może w apatię i prowadzić do patologii, ale nuda budzi też kreatywność i pcha do ludzi.”
    Słuszny argument!
    Gdy ergonauta napisał o tym przedszkolu z placem zasypanym igłami i szyszkami to ja miałem, nawet taką myśl, że nie umiem zgrokować Chińczyków, którzy nie wiedzą co to zabawki. Bo przecież dla mającego te parę czy wczesne paręnaście lat chłopca kawałek kijka i szyszka to już są zabawki! Takie szyszki przyprawione wyobraźnią to świetny ekwiwalent granatów.
    Może do tego potrzeba jeszcze jakiejś wiedzy, np. nabytej podczas oglądania Czterech Pancernych (i psa!)? Chociaż stawiam na kwestie kulturowe i oczekiwania wobec dzieci. Niektóre kraje azjatyckie mają w swojej kulturze silny pierwiastek autorytaryzmu i to się m.in. objawia wychowaniem i oczekiwaniem absolutnego posłuszeństwa (o czym niektórzy już tu wspominali).

    @pak4
    „Oczywiście pewnych rzeczy nie było, bo ja wiem, wyjazdów z podstawówki na obozy narciarskie. Tyle, że to chyba kwestia nie tyle IIIRP vs PRL, co kwestia klasowa.”
    Dla mnie to jest ciekawe, bo moje jedyne doświadczenia z nartami to właśnie PRL. Nie pamiętam już jak to wyglądało do końca, ale miałem jakieś narty, trochę na nich zjeżdżałem z miejscowej górki. Ja mam niewiele wspomnień, ale mój tata czasami opowiada, że konkretnie śmigałem. Pamiętam też, że dostałem jakiś zestaw parafin do ich smarowania. Bo to w sumie jeden z wyznaczników siermiężnego PRL, nawet tego schyłkowego – było tak niewiele rzeczy, że jak się udawało dostać choćby odrobinę powiązanego z czyimiś zainteresowaniami (albo tylko tym co się za zainteresowania postrzegało) to się to traktowało jako Dobry Prezent! Nie miałem pojęcia czym się te parafiny różnią, niby były jakieś opisy że ta na śnieg mokry a tamta na suchy, ale ja miałem mniej niż dziesięć lat i stosowałem je „na czuja”, a i tak nie widziałem różnicy jako kompletny amator jeżdżący głównie na mającej raptem kilka metrów wysokości górce.
    Na obozy nie jeździłem, ale wyjeżdżaliśmy kilka razy na jakieś wczasy zimowe (Solina, Karpacz) i na pewno trochę tam jeździłem, bo pamiętam jakiś wyciąg narciarski.
    Potem tego nie rozwijałem i jak teraz czasami słucham znajomych z korpo albo ogólnie banieczki, że sobie właśnie jadą do Austrii na narty, to mam poczucie zupełnie rozmijających się hobby. Dla mnie jest to coś czego musiałbym się uczyć – i w ogóle nauczyć się gdzie jest z tego frajda – od zera.

    „Otoczenie było jeszcze przeważnie robotnicze (choć rodzice mieli już inteligenckie aspiracje i w domu było sporo książek, za co jestem im bardzo wdzięczny)”
    Bardzo podobnie! W odróżnieniu od tych wszystkich co to 'do wszystkiego doszli własną ciężką pracą’ ja dobrze wiem, że miałem lepszy start w życiu bo w domu były książki. A były książki bo moi rodzice lubili czytać. Zwłaszcza mamie, urodzonej i wychowanej na podlaskiej wsi, szkolna biblioteka dosłownie zmieniła życie i dała perspektywy. Ja już nie musiałem się ograniczać do biblioteki, chociaż też doceniam, bo np. to tam dorwałem swojego pierwszego Lema (Pirx) i już nic nie było takie samo.

  327. PRL, klasowość i narty:
    w istocie, z perspektywy wsi w centralnej Polsce późnych lat osiemdziesiątych ferie na nartach były tym samym co wczasy na żaglach: w najlepszym wypadku rozrywką warszawskiej bananowej młodzieży, którą można było obejrzeć np. w „Nożu w wodzie”.
    Oczywiście bananowość była nieco wyobrażona, domyślam się, że nawet przeciętny Mokotowianin mógł wyjechać na Śniardwy czy Zegrze, bo miał w zasięgu codziennego wzroku koleżankę/kolegę, którzy już Omegę na własne oczy widzieli.

    Ale jest też strona druga: już wyjazdy w góry pod namiot czy do schronisk były w liceum i później na studiach standardem. Zapewne dlatego, że w ogóle realna była kwestia liceum czy studiów. Moi dziadkowie i babcie urodzeni około 1920 roku w czwórkę uzbieraliby pewnie z 20 klas podstawówki, a w ich domach z książek była Biblia, czy raczej Nowy Testament, plus jakiś modlitewnik. Rodzice za to obydwoje już studiowali – i skoku, jakim było wychowywanie się w mieszkaniu z powiedzmy tysiącem (zdobywanych w kolejkach i często dość losowych) tomów nie sposób nijak przecenić. Oczywiście zapewne istotny skok możliwości życiowych między urodzonymi w przeciętnych rodzinach w 1920 a 1940 roku nastąpił z grubsza na całym świecie, ale jednak u nas odbył się na wyjątkowo silnych sterydach.

  328. Za komuny to jakiegoś wielkiego problemu z nudą nie było, bo i nie mogło być. Dzieci sobie zajęcie znajdą. Więcej robiło, że system nie dawał motywacji, żeby się rozwijać. Fajnie to było pokazane w Alternatywy 4 – w jednym bloku mieszkali profesor, lekarz, śpiewaczka, kierowca, żul itp, i ich poziom życia się w zasadzie nie różnił. Wyraźnie odstawał towarzysz, ale tego nie osiągało się pracą czy kompetencjami, tylko „podwieszaniem”. No i tak to wyglądało. Edukacja dawała tyle, że można było mieć pracę za biurkiem a nie przy łopacie, ale pieniądze podobne, i mniejszy dostęp do ciekawych rzeczy i materiałów, które można wynieść do domu.

  329. kmat
    „Fajnie to było pokazane w Alternatywy 4 – w jednym bloku mieszkali profesor, lekarz, śpiewaczka, kierowca, żul itp, i ich poziom życia się w zasadzie nie różnił.”

    Chyba co do metrażu, jeden miał jakieś radyjko do słuchania Matysiaków a drugi Grundiga, znajomi mieli TV z pilotem (kablowym, ale nie musiałeś z wersalki wstawać). Znajomy ojca z bloku był trenerem czegoś tam w kadrze i jak biegał wypacać kaca to miał zupełnie inne dresy niż te zielone wojskowe. Każdy kto wyjeżdżał i miał jakieś diety, choćby niewielkie miał inne dobra w domu niż sąsiedzi. Plus dostęp do informacji, dziadek (chirurg) miał działkę na Mazurach, nad Śniardwami, okoliczne działki to nie był nikt poniżej mecenasa, doktora czy pułkownika plus artyści (dyrygent i grafik).

  330. @Nóż w wodzie
    „bananowa młodzież”?
    Film ma dokładnie 3 bohaterów, dwoje z nich nie należą do młodzieży, trzeci jest niezamożnym studentem jadącym autostopem nad jeziora. Bananowym się go nie nazwie.

  331. Nastąpiła niefortunna sklejka: idzie o to, że jak wygląda mazurskie żeglowanie, to wiedziałem właśnie z „Noża w wodzie”. A jeśli sobie wyobrażałem kogoś w moim wieku, kto zajmuje się taką rozrywką, to raczej myślałem o dzieciach takiego kol. Leona Niemczyka.

  332. @kmat
    „Za komuny to jakiegoś wielkiego problemu z nudą nie było, bo i nie mogło być.”

    Stężenie głupoty w tej wypowiedzi mnie przeraża, następnego takiego komcia już po prostu wytnę.

    „i ich poziom życia się w zasadzie nie różnił.”

    Co za straszna bzdura. Na pierwszy rzut oka wtedy po człowieku było widać kogo stać na ubieranie się w Peweksie a kogo nie. Owszem, niby wszyscy mieszkali w tym samym bloku, ale jedni sobie wieszali portret przodka z żardinierą, a inni mieli wszystko w wariancie podstawowym. Plus jedni mieli kolorowy telewizor zachodniej marki, a inni czarno białego ametysta. Ale oczywiście najważniejsze kryterium to – kto miał samochód (i jaki). Pan nic nie pamięta z PRL, pan w ogóle był wtedy na świecie?

  333. @Cpt. Havermeyer
    „Swoją drogą tak sobie myślę że SpaceX może by w końcu dowiózł rakietę o niskim poziomie awaryjności”

    Przecież Falcony mają bardzo niski poziom awaryjności i są tanie. No i wożą ludzi. Czy chodzi ci specyficznie o Starshipa?

  334. Z rozrywek to przecież i Sękowski (jeżeli kto lubi), lutowanie układów z MT (jeżeli kto lubi), modelarstwo od redukcyjnych galeonów po latające rakiety (j.w.), a dla hardkorów np. rozgrzebywanie poniemieckiej amunicji do leFH, z każdym rokiem bardziej nabiegłej rdzą.

  335. @wo
    „Owszem, niby wszyscy mieszkali w tym samym bloku, ale jedni sobie wieszali portret przodka z żardinierą, a inni mieli wszystko w wariancie podstawowym.”
    Też niekoniecznie w tym samym bloku czy standardzie. Po tych wspominkach różnych osób (w tym mnie) jak dużo nam dało to, że nasi rodzice mieli już jakieś aspiracje i w domu były książki, przypomniało mi się z kolei jak czasami wygląda zetknięcie się z taką starą, dziedziczną inteligencją.
    Nazwisk nie będę przytaczał, ale konkretnie wracam pamięcią do dyskusji pod twoją notką na facebooku o pewnej kamienicy warszawskiej i oburzeniu pewnej wspólnej znajomej, że ktoś określił mieszkania około 100m2 mianem gigantycznych. Bo standard profesorski w krakowie to było 240m2 i to jest prawdziwie gigantyczne, 100m2 to już gdy PRL zaczął ich uciskać, mieszkania podzielono i dokwaterowano sublokatorów.
    A ja siedziałem wtedy z rozdziawioną gębą, wspominając jak pierwsze dziesięć lat życia, czyli ten kawałek PRLu na który się załapałem, spędziłem mieszkając w 6 osób na 35m2. Przy czy miałem i tak dobrze w porównaniu z rodzicami i tym w jakich warunkach oni mieszkali w dzieciństwie.

    Czasami miewam kompleksy, że ta moja przynależność czy aspiracje do inteligencji są takie kulawe i różnych rzeczy przez innych uznawanych za podstawowe może mi brakować. Ale czasami mam na odwrót i cieszę się, że może i jakiejś książki nie przeczytałem, bo to się da nadrobić, za to nie jestem podmiotem piosenki „common people”.

  336. Tak sobie teraz myślę, że to zróżnicowanie zamożności to mogło mocno zależeć od miejsca. Moje miejsce to było miasto 30-tysięczne, potem 5-tysięczne, a na wakacje wieś kilkusetosobowa. W podstawówce, której większość zeszła mi już nawet nie na PRL, a na lata 90-te, to tych istotnych różnic w kapitale finansowym w moim otoczeniu nie widziałem (w kulturowym to tak). Nie byłem w stanie powiedzieć kto tam był bogaty czy biedny. Coś tam zaczęło być widać w ogólniaku, ale delikatnie, tam nie było żadnych socies i greasers, żadnych bee queens. Natomiast z pełną mocą uderzyło mnie to jak poszedłem na studia do Krakowa, wtedy to tak.

  337. @ ergonauta + PRL
    Dla mnie największą wartością „eksursji” jest możliwość przeczytania komentarzy, które umożliwiają przeczytanie/sformułowanie sensownych uogólnień (patrzenie na świat przez wiele okien) i w nawiązaniu:
    „To niesamowite, jak biegunowo różne mamy doświadczenia z dzieciństwa w PRL-u. Co zresztą jest całkiem mocnym dowodem, że każda jednolita i spójna, pozbawiona sprzeczności narracja o PRL-u będzie fałszywa.”
    Dokładnie TAK!
    Tak jak Gospodarz opisał „losowe” działanie systemu, wykorzystujące nieostre kryteria tego co jest niedozwolone,
    To samo widać po wielu komentarzach opisujących indywidualne doświadczenia.
    @nuda
    W związku z powyższym – prawdopodobnie byłem w „złej” grupie ludności – bo chyba łatwiej było zetknąć się z jakimiś zorganizowanymi formami „atrakcji” dla dzieci/młodzieży w mniejszym ośrodku niż we Wro. – gdzie istniejąca oferta drastycznie różniła się od „popytu”.
    – wykluczenie „komunikacyjne” – w wieku 7-11/12 lat – nie było realnej możliwości samodzielnego przemieszczania się po mieście; albo rodzice zawieźli/towarzyszyli, albo nic – i powstały nowe osiedla, nie w centrum przecież.
    – wieś pod Sandomierzem – tutaj nawet torów kolejowych nie było – do szkoły 5km, do kościoła 5km, miasteczko 10km, ale pks – 2-4 x dziennie (?) = koniec lat 60-tych/początek 70tych; we wsi – tzw „klub” – faceci kupowali i pili tam piwo – jak dowieźli, można było kupić oranżadę; czasami ktoś zginął, jak się pobili a gość zleciał ze schodków, we wsi 1 telefon (lekarz), poczta + 2 telewizory (1971); dzieci – do roboty. Tyle.
    – szkoła jako miejsce aktywności
    Wg mnie totalna przypadkowość związana z tym, że musiał się trafić ktoś, komu się chciało prowadzić te zajęcia:
    a/ do jednej z podstawówek miałem blisko (1000-latka); boiska – to były 2 klepiska (większe i mniejsze) – bez bramek (robiliśmy z cegieł) + coś zaasfatowanego, ale – w dużych miastach istniała ścisła segregacja terytorialna, tzn. jak mieszkałeś na ulicy nienależącej do „parafii” – to byłeś obcy i nikt z tobą nie gadał (istniała też segregacja wiekowa – w ramach klas/szkół = młodsi nie istnieli do starszych nawet o rok; kolejną segregacją był ścisły rozdział – tak do 6/7 klasy = dziewczynki vs. chłopcy);
    Więc – np. boisko „należało” do ekipy z którą nie było jak wspólnie grać; zostawała świetlica (do 16-tej) – wtedy mogliśmy kopać w piłę;
    Sport PRL – jak pisałem, chodziłem do 4 różnych podstawówek; gdyby nie to, że zacząłem grać w kosza w klubie, to w zasadzie nigdy nie ćwiczyłbym na sali gimnastycznej:
    – w jednej szkole – nie zdążyli wybudować (nowe osiedle)
    – w innej – klasy od 1-3 – ćwiczyły w zimie na korytarzach, w lecie – coś tam na dworze
    – w kolejnej – kiedy było zimno – 35 uczniów – miało jakoś korzystać z sali wspólnie przez 45 minut (2x tyg.) = powodzenia,
    A jak ciepło – dziewczynki na salę, a chłopcy – haratanie w gałę na dworze
    @nuda 2
    Chodziłem do jednego z największych w Polsce liceów we Wro – 1000 uczniów, klasy po 30-35 osób do litery H.
    Podobno uchodziło za dobre.
    Przez 4 lata NIKT nie zorganizował żadnego kółka teatralnego, kabaretu itd. Mam porównanie, bo następnie trafiłem do policealnej – i 1 nauczycielce chciało się prowadzić teatr, kabaret, a na występy przychodziło po kilkaset (!) dziewcząt – gdyż był to zespół szkół ekonomicznych = razem z nami, „policealnymi” było 20 chłopaków płci męskiej (moja najlepiej wspominana szkoła). Dalej liceum – derektor był jakąś szychą w harcerstwie, więc było nas 1000”harcerzy” (domyślny obowiązek należenia). Jedynym przejawem tego harcerstwa, były pięknie wyglądające zastępy młodzieży w beżowych mundurkach i z czerwonymi krajkami (cza było nabyć). Na szczęście – dyrektora po Solidarności wysłali na emeryturę – skończyło „harcerstwo”. Dalej – w kilku zapaleńców chcieliśmy grać na gitarach elektrycznych. Wyżebraliśmy dostęp do sali + szkoła dała wzmacniacz (!), ale już gitary mieliśmy prywatne + NIKT, dosłownie się nami nie interesował.
    Przez 2 ostatnie lata (3+4 klasa) – jeden z wuefistów – zamykał się z wybraną przez siebie 9 uczniów na sali gimnastycznej po lekcjach 2 w tygodniu i graliśmy w mix noga/siatka/kosz. Pewnie rozliczał to jako SKS(?). Ale to była „ekskluzywna”, dostępna tylko dla naszej zaawansowanej sportowo grupy aktywność – sala naprawdę zamknięta od środka na klucz (1000 uczniów).
    Tyle opisu aktywności we Wro – lata 1979-1983.
    @ żeglarstwo – no ludzie!!! Trzeba było należeć do jakiejś mini „nomenklatury” – np.kolega miał ojca w firmie projektowej – i dzięki temu, że w firmie kilku ludziom chciało się założyć „sekcję” (?) – to miał dostęp do żaglówek.
    Bo żeglowanie wymagało -PATENTU. Ja go zdobyłem na jakimś obozie LOK-u. Ale najpierw ktoś musiał ci powiedzieć, że takie coś ISTNIEJE. Ja w zasadzie chciałem uzyskać prawo jazdy (kolega z wyższych sfer mi o tym powiedział)- ale musiałem zamienić na żeglarstwo, bo nie miałem skończonych 16 lat kalendarzowo.
    Żeglarstwo na Mazurach – no ludzie! Zdecydowana większość mieszkańców pól namiotowych to głównie piła (wina proste), opalała się, pomoczyła w jeziorach – i tyle. Żeglarstwo było dla wybranych i nielicznych (statystycznie).
    @ WO bloki
    Mieszkałem od połowy lat 70-tych na nowym wielkim osiedlu (zbudowanym zresztą częściowo na terenach niemieckich/żydowskich cmentarzy). Kilka tysięcy ludzi- absolutnie robotnicze klimaty + milicja + trochę „umysłowych” (pracowników). To było widać nie tylko w domach kolegów (zero książek itd.), ale też, że z klas 70-80% szła do szkół zawodowych (a elita do techników).
    Domy/mieszkania z portretami przodków spotykałem we Wro, w dawnych kamienicach/poniemieckich willach. W blokach – nigdy.
    @WO muzyka
    Poznawanie tekstów – o to już opis SORBONY – zazdraszczam!
    Myśmy mieli dostęp do płyt, ale nie trafił się nikt, z wiedzą/pasją do j.angielskiego – ale:
    Należeliśmy do „elitarnego” kręgu młodzieży z dostępem do giełdy płyt (Pałacyk). Czyli kupowało się płytę za $20 – skąd mieliśmy na to kasę (? – miesięczna pensja). Przegrywało na taśmę/kasetę i za tydzień zamiana/sprzedaż.
    Indoktrynacja nie była więc jakoś skuteczna – raz, że 1979/80/81 ale:
    Pierwsza wizyta na giełdzie, gdzie można zobaczyć istniejące REALNIE – płyty – z ich kolorowym światem okładek – niezapomniane. To było milion razy większe wrażenie niż radio z Kaczkowskim itd. – bo było realne – istniało!
    Tylko, że takich giełd było w Polsce z 10 (?) – duże miasta + kompletnie nietypowe – Pomorze/porty – kolejny region specyficzny, tak jak opolskie i Śląsk. Z ciekawości – była w czasach PRLU giełda płyt – np. Kielcach/Radomiu?

    @ Korea vs.Japonia
    Myślę, że warto zapoznać się z nawet pobieżnie z historią obu krajów w 20 wieku.
    Korea to był do lat 50-tych – bardzo biedny i zacofany kraj (głód, taki prawdziwy), okupowany przez Japończyków.
    A specjaliści od rapierów bez trudu wskażą japoński dokonania techniczne w czasach 2 wojny światowej.
    Więc nic dziwnego, że latach 60-tych Japonia mogła stać się tym, czym 30 lat później stały się Chiny – eksporterem wielu produktów wysoko przetworzonych.
    Na marginesie – o tym jak ciężka musiała być okupacja japońska Korei przekonałem się kilka razy na międzynarodowych targach dla biznesu. Kiedy na stoisku spotkały się ekipy z Japonii i Korei – to nawet bez znajomości języków widać było wrogość, niechęć (burknięcia/pomruki itd.). Było to tak nietypowe i zdarzyło się nie raz (knajpy,hotele), że pytałem o to znajomych Koreańczyków. W skrócie – skutki okrucieństw były żywe po bardzo wielu latach.

  338. @Gammon No.82
    Różne doświadczenia – możliwości:
    modelarstwo, MDK, jakiś basen – to było we Wro w CENTRUM – czyli od biedy część mogła dotrzeć sama; ale jak wylądowałeś na nowych osiedlach (tak od połowy lat 70tych) – lipa – do 12 lat zero, samodzielnych podróży komunikacją, a w jesień/zima = szybko ciemno = strach, bo ciemne kamienice, czarna wołga, i inne przesądy; przykładny obywatel PRL-u siedział w domu po pracy; to widać ładnie w Czechach. Po 20-tej – nikogo na polu – we wsiach i małych miasteczkach/miastach. Puste drogi.

  339. sorry, za nawałnicę, ale
    @ ergonauta + PRL
    niejednorodność w PRL-u = obieg informacji!!!
    w mniejszej miejscowości – jak coś się działo, robiło – WSZYSCY o tym słyszeli;
    a w mieście 0,6mln mieszkańców – centrum tak, „stare’ długo istniejące dzielnice – tak, bo był jakiś przepływ informacji;
    ale nowe osiedla – ludzie się nie znali, zero wzajemnych interakcji – poza spotkaniami dzieciaków na podwórkach; czyli zero przepływu informacji (nawet do szkół podstawowych chodziliśmy różnych, bo lokalnej nie wybudowali, więc nas poupychali po tych, które już były wcześniej)
    Alternatywy 4 – jako przykład – wg mnie nie jest reprezentatywny; scenariuszowo ok – ładnie da się fabularnie powiązać losy bohaterów (jedność miejsca);
    rzeczywistość nowego osiedla we Wro – całkowita anonimowość; jak się ludzie znali to maksymalnie z zakładów gdzie pracowali, i dostali „przydział” mieszkań;

  340. @kmat
    „Domy/mieszkania z portretami przodków spotykałem we Wro, w dawnych kamienicach/poniemieckich willach. W blokach – nigdy.”

    Przepraszam, myślałem że to oczywiste nawiązanie do klasyki popkultury. W jednym z odcinków „Czterdziestolatka” inż. Karwowski awansuje na dyrektora i w związku z tym żona zmusza go do przebudowania mieszkania tak, żeby wyglądało jak dyrektorskie. Odtąd mieszkają w tej samej ciasnej klitce co przedtem, ale mają żardinierę i portret przodka (ściemnionego, wybrał go niejaki Iwo – w tej roli sparodiował samego siebie pewien znany scenograf).

    „żeglarstwo – no ludzie!!! Trzeba było należeć do jakiejś mini „nomenklatury””

    W Warszawie trzeba było należeć do KiKu, czyli w pewnym sensie odwrotnie.

  341. @WO
    tego KIK-u – klubu 1/4 inteligencji katolickiej???
    tak czy siak – fajny wątek z tym PRL-elem – bo zrozumiałem z czego się brała to różnorodność rzeczywistości = informacje/wiedza/możliwości dostępne środowiskowo, lokalnie-terytorialne;
    pewnie dlatego nie da się (realnie) stworzyć sensownej syntezy (byłem zdumiony jak inaczej wyglądał PRL w 3-mieście, kiedy tam na rok zamieszkałem vs. Wrocław vs.zabita dechami wieś – a przecież niby egalitaryzm, wszechwładny system itd.)

  342. @WO
    „jedni mieli kolorowy telewizor zachodniej marki, a inni czarno białego ametysta.”

    Na moim osiedlu schemat „kolorowy rubin-czarno biały ametyst” to był podstawowy symboliczny wyznacznik: kto był (peerelowską) wyższą klasą średnią, a kto był niższą klasą średnią. Kolega z podstawówki Mariusz miał w domu rubina i czasem chodziliśmy do niego coś gromadnie obejrzeć – jakbyśmy byli drobną szlachtą zaściankową odwiedzającą dworek poważniejszego szlachciury. Tam było więcej symboli wyższego statusu (dywany zamiast wykładzin, więcej kafelków i boazerii, uchowaj boże żadnego linoleum, za to jeden z pierwszych polonezów jeżdżących na osiedlu), ale właśnie telewizor był, na przełomie lat 70-80., rubinem w koronie społecznej wyższości Mariusza, on tym rubinem szpanował i wyświadczał go nam jak łaskę. Nic dziwnego, że po 1990 chyba najłapczywiej ludzie rzucili się kupować telewizory; panasoniki, samsungi, soniaki sprzedawały się – dosłownie – prosto z dostawczych samochodów, przed sklepem, bez próbnego podłączenia na stoisku, pudła były brane bez otwierania w pospiesznej euforii. Może gdzie indziej panowała większa gorączka samochodowa, The Golf Rush, ale w moim mieście gorączka telewizorowa najmocniej zapadła mi w pamięć jako znak wyzwolenia z czarnobiałości socjalizmu.

    @fiat127
    „gdyby nie to, że zacząłem grać w kosza w klubie, to w zasadzie nigdy nie ćwiczyłbym na sali gimnastycznej”

    No i tu mnie masz – jako wysoki chudzielec zostałem przełajowcem, a nie koszykarzem, bo w mojej podstawówce nie było sali gimnastycznej (było pomieszczenie tak zwane, po prostu dwie klasy, między którymi wyburzono ścianę, kubatura dobra do skakania przez kozła i nic więcej), natomiast jedną z pierwszych namacalnych zdobyczy kapitalizmu była budowa takiej wypasionej sali gimnastyznej, że do dziś kolejnym pokoleniom dzieciaków jej zadroszczę. Później, po 2000., wywierała zresztą dobry wpływ na całe osiedle, bo zaczęto tam organizować miedzyszkolne turnieje, pokazy judoków, futbol halowy dostępny także dla tatusiów-nostalgików, no i postawiono całkiem dużą ściankę wspinaczkową (co złamało lokalną dominację sezonu wiosna-lato-jesień, bo i zima pod dachem nabrała sensu). Nie płaczę, że stałem w nocy na mrozie w kolejce po węgiel w GS-ie, ale że nie miałem w szkole sali gimnastycznej – do dziś mi żal, i przeklinam za to PRL.

  343. @fiat127

    „– wykluczenie „komunikacyjne” – w wieku 7-11/12 lat – nie było realnej możliwości samodzielnego przemieszczania się po mieście; albo rodzice zawieźli/towarzyszyli, albo nic – i powstały nowe osiedla, nie w centrum przecież.”

    W wieku 8-12 lat (póżniej też, ale póniej PRL się skończył) zwiedzałem se miasto wzdłuż, w poprzek i na ukos za pomocą zbiorkomu. Dało się. To Bydgoszcz później a u Ciebie Wrocław wcześniej, ale nie wiem skąd ta eóżnica.
    Również w wieku 9-12 lat popierniczałem sam autobusem na kółko komputerowe, dzięki między innemu temu dzisiaj mam skille które pozwalają mi zarobić na bułkę z masłem.

  344. @ergonauta
    znamiona luksusu – jestem ciut starszy, więc kiedy dostałem od wuja prawdziwy piórnik z FLAMASTRAMI (taka mini teczuszka ze skaju), a reszta klasy miała w większości drewniane pudełka (ja też) – przez kilka dni byłem szkolną sensacją; wuj przywiózł ten piórnik z Francji, był tam na szkoleniu w firmie Berliet, w ramach licencji na autobusy, która zresztą była idiotycznym pomysłem; było to za Gierka, rok 72 lub 73 (jakaś moja 2-3 klasa); koleżka z klasy, którego ojciec był trenerem i sędzią siatkówki (międzynarodowym) często przywoził z zagranicy super gadżety – jak PRAWDZIWY tor z elektrycznymi samochodzikami, którymi się naprawdę sterowało – organizował dla WYBRANYCH wizyty u niego; przez całą podstawówkę miał status BOGA (choć był złym człowiekiem i krzywdził otoczenie – był nietykalny); w liceum na prezentacje zagranicznego sprzętu RTV itd. zapraszał do domu koleżanki w celach imponująco-zapoznawczych
    2/ sport w szkole
    a ja, przy bardzo wielu obiekcjach do usa, strasznie im zazdroszczę tego sportu na poziomie szkół średnich i prawdziwych tłumów na finałach, które transmituje ESPN;
    nie wiem jak dziś – ale w dobrych szkołach średnich – prawie każdy mógł jakiś sport uprawiać (Świat wg Garpa)
    BTW – kilka razy jako juniorzy graliśmy z jakimiś amerykańskimi drużynami na poziomie high school – nie pamiętam dlaczego bywali w Europie/Polsce;
    ale nas – juniorów mistrza Polski łoili;
    biegi przełajowe – szkoda, ale – to i tak cokolwiek; pomyśl o tych milionach (?), które mogły co najwyżej pokopać czasami piłkę w niedzielę na boisku pod lasem, a rower to dla nich nie była rozrywka, tylko jedyny samodzielny środek lokomocji – często był to, dzielony z rodzeństwem i rodzicami, rower Ukraina, gdzie jak nie sięgałeś pedałów to musiałeś jeździć „pod ramą”; mam na myśli dzieciaki z takich wsi, gdzie mnie wywożono (nawet na Polskę – koniec świata), i co znam z autopsji

  345. @tarhim
    W wieku 8-12 lat – nie miałem kasy na bilet, nie miałem doświadczenia – nie znałem procedur – ktoś Cię musi nauczyć – wtedy jeszcze był konduktor w wagonie + rodzice w życiu by się nie zgodzili = szkoła i marsz do domu – klucz na szyi, maksymalnie świetlica, ale to była traagiczna nuuda, chyba, że ciepło, to chociaż w piłkę grać pozwolili; dlatego prawie zabił mnie motocykl, kiedy po kryjomu wziąłem rower swój z piwnicy i wyjechałem na ulice; motocykl tylko mnie musnął – w sumie nawet nie upadłem, ale zrozumiałem, że to było o włos – więcej nie próbowałem;
    kiedy miałem lat 11/12 – to już do szkoły podstawowej 3 przystanki trzeba było jechać (z nowego osiedla); no to wtedy z kolei – cudowne czasy – drzwi do tramwaju otwierałeś sam = ćwiczyliśmy wyskakiwanie z tramwaju, który zwalniał na zakręcie;
    ale o tym rodzice nic nie wiedzieli (zresztą nie mieli wyjścia); 5 klasa – to już byłem transportowo podmiotowy – miałem tzw.kartę (bilet miesięczny, ale tylko na tę 1 linię do szkoły!)

  346. Wow, nostalgia na full. To teraz obczajcie takie story. Moi starzy, żadna z nich inteligencja no ale jednak pokończyli studia i ja lat 8, przeprowadzamy się z Saskiej Kępy na Bemowo. Co z tego że mieszkanie własne i całkiem spore a nie pokój kątem u teściowej. Na Kępie było pod ręką absolutnie wszystko co tylko w PRLu było możliwe, na Bemowie nie było nawet sklepu, tylko bloki, do szkoły miałem 10 przystanków jedynym autobusem a w naszym bloku (ponad 300 mieszkań) chyba tylko moi starzy byli po studiach i mieli jakiekolwiek horyzonty, większość sąsiadów to byli robotnicy niewykwalifikowani dla których jedyne rozrywki jakie znali to było walenie wódy i bicie rodziny, przeważnie jednocześnie. Ja pierniczę, minęło 40 lat a ja jeszcze się nakręcam jak sobie przypomnę…

    Samochodów nie miał tam nikt, mój stary w 84-tym dorobił się syrenki (po tym jak robił na lewo bo na prawo nie mógł bo go wywalili z roboty za solidarność) i był to jeden z pierwszych samochodów wśród sąsiadów. Faktycznie oznaką luksusu był telewizor rubin. Choć to raczej w drugiej połowie 80sów dopiero.

    Także ten, w Warszawie niby wszystko było dostępne. Z tym że nie w każdej dzielnicy i nie dla każdego. Na blokowisku nie bylo nic.

  347. A, jeszcze jedno, sam nie miałem rodziny na wsi ale jeździłem w wakacje do rodziny znajomych, gdzieś w stronę Piotrkowa. Tam samochód, kolorowy telewizor i odpicowaną chatę miał po prostu każdy, większość wsi kręciła prywatne businessy (jakiś lewy handelek) i żyli jak królowie. Najbogatsi ludzie jakich wtedy znałem z Bemowa to była miejscowa fryzjerka i facet co naprawiał windy (za łapówki bo oficjalnie czekało się min. tydzień). Dle mnie byli w d… bogaci (windziarz jeździł passatem) ale nie umywało się to do tych ludzi ze wsi. Jeździłem tam normalnie po to by pobyć w tym luksusie.

  348. @nienietoperz & NT i modlitewnik:
    Sprawdzić czy nie druki ulotne. Nam na stare lata ciocia z Trzyńca (siostra babci, pracowała jako służąca, a że państwo wyjechali robić polską administrację na Zaolziu to ona za nimi; znalazła tam męża, ale nie dochowała się dzieci) przekazała przechowywane jak relikwie „Proroctwa Sybilii”. Żałuję, że zatraciliśmy przy przeprowadzkach, bo rarytas przedni — pisane po polsku, ale widzące świat z czeskiej perspektywy, tzn. największą tragedią w dziejach była bitwa na Białej Górze, którą ta Sybilla przepowiedziała…

    @fiat127:
    Ale przypomniałeś mi, jak w latach 80-tych byłem na wakacjach i w ośrodeczku FWP dzieci obok się nudziły przy klockach i grach. Wziąłem parę klocków, z jednych zrobiłem skrzydła, z drugich karabin maszynowy i frr… myśliwiec. Dzieci robiły wielkie oczy i się zachwycały. A ja się im dziwiłem, że same tego nie zrobiły.

    Bo mam wrażenie, że to nie możliwości, ale może opiekunowie, albo zdolność do znalezienia sobie zajęcia. Pamiętam jak na wakacjach zacząłem czytać książkę o łowieniu płotek, bo innych nie było. I byłem zafascynowany. (Nie, nigdy nie byłem wędkarzem i nie miałem wędkarzy wśród znajomych.)

    @embercadero:
    Moja żona pochodzi z małopolskiej wsi. I pamięta, jak na wsi pojawił się pierwszy telewizor; jak na przełomie ustrojów zrobiono w końcu linię telefoniczną, bo wcześniej najszybszy sposób by dowieźć rodzącą do szpitala to był skuterek… Czy może odwrotnie, po lekarkę na skuterku się jechało by ją wezwać… ech…

    Ale… ja nie o tym. Raczej o tym, że ta telewizja nie była oczywista i — relacja żony — rodziny, które miały telewizor się chwaliły, że są „miejskie”, bo wiedzą kto jest kim w telewizji. Tak jakby awansem społecznym była umiejętność rozpoznania Krystyny Loski.

    Oczywiście, to zapewne zależy od dekady (relacje żony to raczej koniec lat 70-tych), niemniej z tym bogactwem wsi było różnie.

  349. @Bemowo jako krąg piekła/inteligenci w PRL

    Przy Górczewskiej, ale bliżej Koła niż osiedla Przyjaźń, mieszkała moja ciotka, taka etatowa duma rodziny (habilitacja w 74′, a potem profesorka od biotechnologii żywności, kierująca działem w Instytucie Przemysłu Fermentacyjnego), więc jechało się do niej jak do Watykanu. Ten odcinek Górczewskiej to jeszcze nie był dantejski krąg Bemowa (@embercadero: co było dantejskie? Lazurowa?), ale chwilę dalej cywilizowany świat się urywał i nawet dla dzieciaka kontrast był uderzający: nimb wokół ciotki – betonowa pustynia wokół. Ciotka była typową inteligencją napływową, słoikiem, co sam się wyspecjalizował w przetworach, więc tę Górczewską złapała jak Pana Boga za nogi, nigdy nie narzekała na swoje życie Twardowskiego na Księżycu, ale wyprawę stamtąd komunikacja miejską do kina Relax w 1984, na polską premierę „Dziecka Rosemary”, mam wdrukowaną razem ze stosowną melodią nuconą przez Mię Farrow. Jeszcze nie wybrałem się tam metrem, ciotka umarła w 2018, wszedłem w wiek „nostalgia na full”, więc chyba czas przedsięwziąć podziemną wyprawę, urządzić Dziady, zobaczyć co w darze wypluje Solaris.

  350. To wszystko są opowieści ze stosunkowo homogenicznego, niedużego kraju – a jakież różne. A jak różnie może być w Chinach?
    Ja sam jako dziecko/młozież nigdy się nie nudziłem, bo miałem multum zainteresowań, uprawianych indywidualnie. Elektronika, modelarstwo, wszelkie DYI, książki, fotografia. Oczywiście nie było łatwo, samo zdobywanie części elektronicznych wymagało regularnego objeżdżania wszelkich ZURTów i BOMISów, a i zwykle trzeba było kombinować co czym zastąpić, co zresztą wymagało najpierw zrozumienia, jak to coś w ogóle działa. Aparat fotograficzny miałem, bo naprawiłem zepsuty, stary, wujka. PRL nie dawał wielkich możliwości rozwoju, ale uczył samodzielnego radzenia sobie.

  351. @kuba_wu
    „Aparat fotograficzny miałem, bo naprawiłem zepsuty, stary, wujka. PRL nie dawał wielkich możliwości rozwoju, ale uczył samodzielnego radzenia sobie.”

    Coś w tym jest:: PRL dawał możliwości napraw. Z metafizyczną obiecanką, że nawet ustrój da się naprawić. A co dziś naprawisz? Nawet wobec tego, co nosisz w kieszeni jak kiedyś grzebień (czyli smartfona) jesteś bezradny jak dziecko, padnie drobiazg w aucie, to nawet do niego nie wsiądziesz, kroczysz ciemną doliną „wyrzucaj i kupuj”, a nie jasną doliną „sam naprawiłem”, wisisz w pajęczynie aplikacji jak mucha, bzycząc oskarżycielsko na fundatorów lepkiej sieci.

  352. @A co dziś naprawisz?
    Sporo da się naprawić.
    Mam wiekowy wzmacniacz i tuner, który ostatnio naprawiałem w serwisie, aby były jak nowe. Zresztą za cenę nowego.
    Ale pierwsze naprawy zrobiłem sam. W radiu przykleiłem do filtra dodatkowy radiator umożliwiający chłodzenie, wzmacniacz „naprawiłem” solidnym odkurzeniem wnętrza, co pomogło na jakiś czas.
    Mam też dość stary odtwarzacz bluryja, w którym „naprawiłem” wysuwanie talerza na płyty. Zresztą przy pomocy trytytek.
    Więc da się, w podobnym stopniu, jak za PRL.

  353. @Piotr Kąpią
    Łoś firmy Plastyk, to gateway drug całych pokoleń modelarzy. Czapla tegoż samego zakładu, to natomiast nemezis pokoleń polskich modelarzy.

  354. @hatefire, PK:
    Tylko ten Łoś 1:72 to były zaawansowane lata 80-te. To już taki czas, gdy ja się cieszyłem obserwując rozwój firmy i nowe, lepsze modele.
    W latach 70-tych były Łosie 1:144, strasznie mało dokładne. Zresztą nie tylko Łosie w tej skali — był Karaś, był Breguet XIX, były Spitfire i Hurricane (ten ostatni, jak i jeden z łosi, jakoś z dwa razy szerszym kadłubem niż powinien być). No i wspomniana Czapla, która z mojej perspektywy jest najbardziej polskim modelem ever.

  355. Oczywiście kleiłem Łosia! (mimo braku jakichkolwiek zdolności manualnych)

    A w kwestii napraw: zjawiska typu szewc/kaletnik i skłonność do pomyślenia o tym, że warto czy choćby można coś naprawić stały się zdecydowanie bardziej wielkomiejskie. Nawet rodzina z Łodzi z zazdrością komentowała nasze uwagi, że `buty naprawiamy u pana tu, a klucze/kłódki dorabiamy w małym warsztacie tam’, twierdząc, zapewne z przesadą: `bo u nas to już nic takiego nie uświadczysz’.

  356. @ modelarstwo = wiedza
    Czytam te wyznania miłosne Kolegów na temat modelarstwa i brakuje mi w tych opowieściach jednego elementu.
    W PRL-u końca lat 60-tych/i w 70-tych, wszystkie dzieciaki z domów, gdzie był telewizor, oglądały w Ekranie z Bratkiem reportaże o modelarstwie + każdy marzył o tym, aby mieć takiego dziadka/ojca jak Adam Słodowy.
    Też zapragnąłem mieć swój własny MODEL.
    Niestety – samodzielna próba sklejania plastiku jakimś klejem skończyła się katastrofą – klej „rozpuścił” w wielu miejscach i wyszło goowno, a nie model.
    Żeby skutecznie zajmować się modelarstwem potrzebny jest Mistrz/Przewodnik,
    osoba, która pokaże, wyjaśni jak trzeba to prawidłowo zrobić.
    W pracach manualnych/naprawczych dodatkowo potrzebne jest nabycie doświadczenia i wyćwiczenie zdolności manualnych.
    Więc gratuluję koledze @kuba-wu sukcesów z naprawą aparatu fotograficznego, ale dziecko/młodzież bez wiedzy – jak zbudowany jest aparat oraz jak poprawnie wykonać naprawę, ma zerowe szanse na sukces.
    To samo dotyczy innych obszarów życia – sport, muzyka itd.
    Nie da się rozwinąć umiejętności bez wiedzy, którą ktoś przekaże.
    Ok – może jest w grupie błędu są jakieś samorodne talenty (pomijalne statystycznie)
    Pomijam, że np. modelarstwo nie jest dla każdego – niektórzy nie tylko nie widzą w tym nic ciekawego, ale dodatkowo nie mają np.cierpliwości, żeby dłubać przy modelach.
    Więc jest drugi istotny aspekt – trzeba mieć możliwość poszukiwania różnych obszarów, które mogą stać się pasją. Bo kiedy znajdziesz tę swoją miłość (jak koledzy modelarze) – to nawet jeżeli nie zostaniesz mistrzem świata w tej dziedzinie – spędzasz czas z ukochaną.
    Dlatego pisałem o nudzie w PRL-u:
    – brak źródeł zdobywania wiedzy
    – brak dróg/możliwości zobaczenia/spróbowania czegoś, co dla konkretnej osoby jest ponadprzeciętnie interesujące/inspirujące

  357. @ergonauta
    Zgadza się, Lazurowa, na Górcach tam gdzie mówisz to była cywilizacja pełną gębą w porównaniu. Lazurowa w ejtisach była nadal z płyt betonowych, przez dłuższy czas nawet bez latarni a po drugiej stronie jeszcze na początku XXI wieku były pola z kapustą.

    A co do tej bogatej wsi: dziś mam oczywiście świadomość że to była statystyczna anomalia. Tam były w okolicy jakieś ogromne zakłady mięsne pobudowane za gierkowskie licencje i wkoło nich wykształcił się czarny rynek mięsa i zwierząt. Jako że bywałem tam w najgorszych ejtisach to ten kto miał dostęp do nielegalnego mięsa żył jak król. Pamiętam że koleś u którego mieszkałem jeździł wołgą i tą wołgą na tylnym siedzeniu zdarzało mu się wozić jakieś skrzynki z kiełbasą.

  358. @naprawianie

    Wydaje mi się że problemem nie jest „co sie da dzisiaj naprawić”, tylko raczej: „kto ma dzisiaj na to czas i ochotę, kiedy za nieduże pieniądze można mieć nowy, lepszy model”.
    Ja mam w kieszeni 7 letniego szajsunga A40, w którym wymieniłem już własnoręcznie moduł komunikacyjny, bo gniazdo usb padło, i baterię bo nadszeł już jej czas. Na yt znaleźć można filmiki jak ktoś rozbiera dowolny model krok po kroku. Naprawiłem sobie pralkę, też zresztą szajsunga, jak po 5 latach programator zaczął świrować (forum elektroda jest wspaniałe, również jako specyficzny folklor, polecam), a żaden ze mnie elektronik. Jak zalałem ekran od mojego taniego smartwatcha to znalazłem nowy na aliexpressie za jakieś śmieszne pieniądze i przełożyłem w kwadrans. Stary telewizor już już sprzedałem na części na olxie, ale jakiś potencjalny klient się wypytał co padło i powiedział że to da się naprawić. Znalazłem rzeczywiście na tubce pełno różnych szpeców z Azji południowo-wschodniej którzy pokazali jak to się robi. Warunki ekonomiczne tamtych okolic świata jednak powodują że wszystko jest naprawialne bo nie wszystkich stać na nowe. Finalnie jednak mój stary telewizor skończył w pudle w garażu, a na ścianie wisi nowy, bo dzieci wymagały stałej dawki netfliksa a ja zwyczajnie nie miałem czasu się z tym bawić. Więc tak, jesteśmy już chyba bogatym społeczeństwem a dłubanie w zepsuyych rzeczach to najwyżej niszowe hobby.

    W kwestii naprawiania jeszcze miałem ostatnio zabawę ze składaniem kompa z kilkuletnich części przekazanych od rodziny i w trakcie dłubania niepotrzebnie wyjąłem procek z gniazda bo mi jakieś forum podszeptało, w efekcie złamałem 2 piny i zgiąłem kilka innych. W teorii płyta do kosza i kup se pan jakąś inną używkę, to już jest proc 3 generacje do tyłu więc pare stówek tylko, ale okazało się że znalazłem zawodnika który takie gniazda naprawia i nie dość że naprawił to mi porządnie wyskładał zestaw gotowy do użytku. Są też goście wlutowujący całe sockety maszyną do lutowania IR. Też się da się, tylko że poświęciłem trochę czasu na szukanie informacji co z tym fantem zrobić.

  359. @pak4

    No na lata ’70 jestem za młody (na marginesie skala 1:144 dalej funkcjonuje). Natomiast ten Plastyk, to była kwintesencja PRL. Ci ludzie nawet się starali i wiedzieli jak to należy robić, no ale braki materiałowe i technologiczne robiły swoje. Niby prosta sprawa, trochę wyprasek z plastiku, a czasem wychodził model do sklejania, mało sklejalny. Z opowiadań weteranów wynika jakim szokiem były dla nich modele firm zachodnich (za PRL za żelaznej kurtyny zdaje się tylko Airfix był czasem dostępny i to za grube monety), nie mówiąc o japońskich.

  360. @ Cpt. Havermeyer
    nieoczekiwane miejsca kontaktów z ukochaną (o charakterze niemal erotycznym)
    forum elektroda (i podobne) i sam fakt czytania o tym,
    jak inni widzą możliwość naprawy procka, gdyż blindowany i ryksztosuje

  361. @fiat127
    „a ja, przy bardzo wielu obiekcjach do usa, strasznie im zazdroszczę tego sportu na poziomie szkół średnich i prawdziwych tłumów na finałach, które transmituje ESPN;”
    Też miałem taki okres, że trochę patrzyłem na model szkolno-sportowy USA z pewnym podziwem. Nawet nie dlatego, że tłumy na finałach i ESPN, tylko z tak prozaicznego powodu jak to, że po zajęciach można iść pod prysznic! U nas się nigdy nie dawało, bo raz że prysznic był jeden, a chłopaków w klasie kilkunastu (i dodatkowo mieliśmy WF z chłopakami z innej klasy, łącznie te 20+ chłopa), dwa że i tak nie działał, a trzy, że z sali gimnastycznej czy boiska schodziło się gdy lekcja się kończyła, ewentualnie tuż przed. A przerwa to tylko te 10 minut. Więc wszyscy byli regularnie przepoceni, śmierdzący.
    I tak, pod tym względem zazdroszczę amerykańskich chłopcom, którzy na filmach zawsze mogą iść pod prysznic, spokojnie się umyć, bo zajęcia sportowe są po lekcjach.

    Ale oglądam czasami filmiki na youtube (może gospodarz nie rzuci gromem, skoro sam niedawno wystąpił w podcaście?), w tym takie na zasadzie „jakie przemyślenia ma osoba amerykańska po paru latach pobytu w Europie”. Albo na odwrót, Anglik w USA. Mam parę swoich ulubionych. I niedawno jedna kobieta, którą akurat oglądałem jeden raz, powiedziała coś na co wcześniej nie zwróciłem uwagi. Konkretnie, że amerykańska szkoła stawia na pewien typ wiedzy. Te standardowe zajęcia szkolne to matematyka, fizyka, biologia, literatura (tzn. to co u nas jest jako „język polski” a u nich angielski), historia. A sport czy sztuka to są już zajęcia poza curriculum, dla chętnych, odbywające się po lekcjach. Tylko ponieważ na studia trzeba mieć punkty, pisać podania i „się sprzedać” to ludzie cisną na takie rzeczy, żeby to dobrze wyglądało.
    U nas z kolei muzyka czy plastyka są w ramach zajęć szkolnych, ale traktowane nierzadko po macoszemu. A szkoda. Ja się muzycznie trochę „wychowuję” teraz, oglądając analizy profesjonalnej śpiewaczki operowej, która ładnie tłumaczy drobiazgi. A plastyki malując figurki i też oglądając tutoriale lepszych od siebie. I żałując, że dopiero teraz, a nie te trzy dekady temu.

    Więc fajnie, że mają kluby dyskusyjne, aktorskie, ten półzawodowy sport, granie na instrumentach i ogarnia to szkoła. Ale to dlatego, że szkoła działa nie tylko jako szkoła, ale również jako właśnie klub sportowy, dom kultury i parę innych organizacji. A od tego jak dobrze albo źle działa zależą również szanse dzieciaków.
    Nie myślałem o tym w ten sposób, a przecież widać czasami na filmach, że dzieciaki w USA miewają i odpowiednik naszego WFu, dla wszystkich. Tylko nie skaczą przez kozła a wspinają się po linach. Ale już te finały szkolne to nie odpowiednik WFu tylko porządnego klubu sportowego. Ot, wciśnięte w system edukacji.
    Czy to lepsze, gorsze, po prostu inne? Nie wiem. Na pewno nie takie samo.

    @embercadero
    „Na Kępie było pod ręką absolutnie wszystko co tylko w PRLu było możliwe, na Bemowie nie było nawet sklepu, tylko bloki, do szkoły miałem 10 przystanków jedynym autobusem”
    Zastanawiałem się przez jakiś czas, skąd taki rozrzut doświadczeń, w tym zwłaszcza rozbieżności między przeżyciami fiata i moimi. I oprócz czasów, to właśnie wydaje mi się kluczowe. Zarówno Warszawa jak i Wrocław ucierpiały mocno podczas wojny. To wymagało odbudowy, do tego ludność napływowa, powstawały blokowiska nie tyle będące problematyczne bo blokowiskowe, co zwyczajnie odcięte od reszty miasta. Trochę jak potrafi odstawiać współczesna deweloperka, że same bloki, jeden sklep, przedszkola nie ma, szkoły nie ma, przychodnia daleko. Byle wcisnąć mikroapartamentów.
    Nawet ludzie na wsi mogli mieć doświadczenia bliższe mieszkańcom centrów miast, jeśli do pobliskiego miasteczka mieli dobry transport i to tam koncentrowało się ich życie. A mieszkaniec takiego nowego osiedla, które kisiło się we własnym sosie, miał jak mieszkaniec wsi bez transportu, odciętej od życia.
    Przy czym PRL nie był w całości ani taki, ani siaki. Miał tego wszystkiego po trochu.

    @pak4
    „Bo mam wrażenie, że to nie możliwości, ale może opiekunowie, albo zdolność do znalezienia sobie zajęcia. Pamiętam jak na wakacjach zacząłem czytać książkę o łowieniu płotek, bo innych nie było. I byłem zafascynowany. (Nie, nigdy nie byłem wędkarzem i nie miałem wędkarzy wśród znajomych.)”
    O, coś takiego. To znaczy nie mogę mówić za tych co się nudzili albo nie potrafili sobie znaleźć zajęcia, ale ja miałem podobnie. Właśnie dlatego, że była we mnie pewna ciekawość świata i głód wiedzy. Nudziłem się czasami, pewnie! Na przykład gdy siedziałem w szkole, przerabialiśmy powoli czytankę, a ja przeczytałem już kolejnych kilka i ani nie uczestniczyłem w lekcji, ani nie miałem czym się zająć, a wyjść z klasy też nie mogłem. Ale jeśli mogłem sobie sam organizować czas, to zawsze coś znalazłem. Pamiętam jak polowałem na latające muchy wyobrażając sobie, że to Messershmitty i Dorniery a ja jestem polskim pilotem z 303 (to po lekturze Fiedlera). Albo byłem z tatą na rybach, a w szkolnym podręczniku wyczytałem, że szczupaki lubią siedzieć w trzcinach i czaić się na zdobycz, więc to tam zarzucałem wędkę. Szczupaka nie złowiłem nigdy, ale babcia tego dnia zjadła sobie kiełbi, które bardzo lubiła. A najlepsze zajęcie to było znaleźć jakąś książkę, usiąść pod drzewem/na drzewie albo położyć się na tapczanie, mieć jakieś owoce pod ręką i czytać. Czy to był Nienacki, May, Fiedler czy Montgomery (Lucy Maud, nie Bernard zwanym Montym) – wszystko mogło wciągnąć.
    Jest taka historia rodzinna, jak na początku podstawówki babcia zabrała mnie do księgarni, żeby mi w nagrodę kupić książkę. I sprzedawca próbował mnie przekonać, że to dla mnie za trudne, bo ja sobie upatrzyłem jakąś książkę opisującą starcia pod Westeplatte.
    Nie umiem sobie wyobrazić, żeby sobie nie znaleźć zabawy samemu, o ile nie jestem uziemiony.

    @hatefire, @pak4
    Łoś i inne modele – Tak, Łoś potęgą był i wciągał. Samolotów nie sklejam, ale nadal bawię się w figurki, ogarniam jak się porządnie maluje, próbuję robić Coś! I cieszę się, że jest we mnie ta dziecinna radość z majsterkowania.
    W USA nie mają Łosia i co? Opioidy, metaamfetamina, breaking bad!

  362. @”oczywiście kleiłem Łosia!”

    Kleić łosia – zakrawa na niezły idiom, znak wtajemniczenia. Kleisz łosia? jako zagajenie (albo: kleiłeś łosia? jako bramka wstępu do związku bojowników z nudą peerelu), a sama czynność jak żucie kitu u chłopców z wiadomego placu. Związek klejaczy łosia.

  363. @hatefire
    „Z opowiadań weteranów wynika jakim szokiem były dla nich modele firm zachodnich (za PRL za żelaznej kurtyny zdaje się tylko Airfix był czasem dostępny i to za grube monety), nie mówiąc o japońskich.”

    Przypomnę, ze w początku siedemdziesiątych w Składnicy Harcerskiej pojawiły się japońskie zestawy do sklejania firmy Tamiya – czołgi, samochody i parowozy. Oprócz tego w stałej sprzedaży były zestawy enerdowskie (marne) oraz bardzo przyzwoite czechosłowackie, firmy Kovozavody Prostejov (wiele z nich produkowane jest na tych samych formach do dziś). Były tez dostępne nieliczne zestawy radzieckie, na przykład lodołamacz Lenin albo ze dwa czy trzy (najprawdopodobniej nielegalnie skopiowane z zestawów Hellera) żaglowce.

    Istniały też bardzo niskobudżetowe alternatywy dla młodych modelarzy, na przykład modele kartonowe z Małego Modelarza, dostępnego w kioskach Ruchu za jedyne 4,50 zł.

  364. @cmos
    Nie będę się kłócił, bo znam to z drugiej ręki. Ci co mi referowali, to kojarzyli właśnie Airfixa i Matchboxa (wtedy też robili modele do sklejania). Może to zależało od regionu.

    Karton to natomiast inna bajka. Bardziej niszowa i prostsza do produkcji technologicznie. Stąd na marginesie do teraz trzyma się to mocno. Oferta firmy Answer budzi podziw. Nawet Mały Modelarz w ubiegłym roku zmartwychwstał.

  365. @fiat127
    „To samo dotyczy innych obszarów życia – sport, muzyka itd.
    Nie da się rozwinąć umiejętności bez wiedzy, którą ktoś przekaże.”
    To – i inne rzeczy które napisałeś – to prawda i ciężko polemizować (ani bym zresztą chciał). Ale nawet samo eksperymentowanie trochę daje. Ja akurat jestem z tych, którym dużo daje posiadanie mistrza, kogoś kto wytłumaczy. Dlatego lepiej się uczę w systemie szkolnym, gdzie można zadawać pytania, na jakichś zajęciach bardziej praktycznych pod okiem instruktora, etc. niż na klasycznych studiach, gdzie wykładowca mówi ex catedra. Wykłady mnie męczyły, wystarczyło że uciekła mi jedna rzecz i całość mogła się posypać. Ja muszę móc zadawać pytania.
    Ale nawet ja czasami eksperymentowałem i na przykład rozebrałem swój zegarek. Nie zmontowałem go w całości, nie wszystko tam wchodziło na miejsce, no i w tym późnym PRLu mogłem sobie jednak pozwolić, bo to nie był skarb zdobyty wielkim kosztem, tylko tani egzemplarz jakie już dawało się zdobyć dość łatwo. I mam wrażenie, że to nasze majsterkowanie, eksperymentowanie, próbowanie, nawet jeśli nie przynosiło oczekiwanych efektów, po pierwsze zajmowało nas, a po drugie uczyło czegoś w praktyce.
    Lata później miałem w pracy taką sytuację, że gdy w nocy padło zasilanie, to nad ranem odkryłem niedziałający zamek magnetyczny w drzwiach do serwerowni. Serwis już nie istniał, dokumentacji nie było, w internecie dało się znaleźć taką od innego modelu. Ale wziąłem i tę, rozkręciłem, podłubałem, przelutowałem kabelek i nagle zaczął działać.
    W sumie nie wiem o czym ma to świadczyć. Może o tym, że byliśmy pokoleniem (pokoleniami) które z konieczności uczyły się jak działają różne rzeczy i które potrafią sobie radzić gdy coś idzie nie tak? Łut szczęścia, że nie mieliśy wszystkiego podawanego na tacy, ale i nie taki zupełny brak wszystkiego, żeby nie dało się niczego próbować i skąd brać tego minimum wiedzy potrzebnego na start.

  366. @Piotr Kapis
    sport w usa – jako ktoś, kto przypadkiem w młodym wieku znalazł „miłość” życia – koszykówkę, powiem, że system ogarniania sportu dzieci i młodzieży w usa jest świetny z wielu powodów; raz, że nie każdy ma predyspozycje, żeby zostać noblistą (albo kleić łosia); kluczowe pojęcie – możliwość zobaczenia/zapoznania/spróbowania różnych dróg; dodatkowo – kiedy to czym się zajmujesz, to twoja pasja/miłość, to o ile masz trochę talentu, urośniesz, będziesz pracowity, nie pęknie ci jakaś żyłka = osiągasz ponadprzeciętne wyniki; to zabawne, że w usa nie ma LIGI siatkówki (są tylko rozgrywki w szkołach średnich i na uczelniach), ale ich kadra to czołówka światowa od lat; i jeszcze ludzie, którzy otrą się o sport z reguły mają już na całe życie nawyk, żeby nie gnuśnieć przy biurkach; no i sport uczy obowiązkowości, systematyczności, pracowitości, cierpliwości + część dyscyplin uczy też współżycia w grupie itd. dodatkowo – niektórzy ludzie, jak ja, z pokręconą potrzebą rywalizacji – mogą tę swoją dysfunkcję rozładowywać bez szkody dla otoczenia
    ALE,
    ciekawy wątek:
    czy jest tutaj ktokolwiek, kto choć raz kąpał się pod prysznicem po lekcji wuefu?
    oczywiście pytam o PRL;
    PRL – higiena:
    właśnie dzięki trenowaniu w klubie dowiedziałem się, że po „graniu” można/trzeba się wykąpać – bo było gdzie
    – po WF – NIGDY się to nie zdarzyło (nie wiem jak na studiach, bo byłem „zwolniony” z wf jako „zawodowiec”)
    – przez pierwsze 11 lat życia jakoś sporadycznie matka gotowała w kotle wodę (w kranie tylko zimna) i miałem kąpiel w metalowej wannie; ale nieczęsto – tego jestem pewny
    – na wsi „kielecko-podsandomierskiej” – nie kąpałem się chyba nigdy – a sumie spędziłem tam ze 2 lata – woda ze studni, szkoda drewna; ręce, twarz przed spaniem + nogi – jak były ciężko pobrudzone
    – dopiero po przeprowadzce na nowe osiedle – szok = woda ciepła z kranu + wanna;
    całymi godzinami siedziałem w tej wannie
    Generalnie – to lata 70-80 = nie byliśmy pachnącym pokoleniem.

  367. @Piotr Kapis
    Nie uważam, że amatorskie (brak wiedzy, doświadczenia, umiejętności) naprawy są czym wartościowym.
    A w pracach rzemieślniczych to jest recepta na dziadostwo (polecam opinię mojej żony, na temat efektów niektórych moich działań rzemieślniczych w domu).
    Nie umniejszam Twojej satysfakcji, żeś drzwi naprawił.
    Ale zapewne wielu drzwi nie udało się naprawić – i wtedy frustracja.
    Więc wolę dać do naprawy auto sensownemu/sprawdzonemu fachowcowi.
    W wieku +/- 13-15 lat robiliśmy na bazie saletry mieszanki wybuchowe.
    Nawet udało mi się kupić ruski zestaw Mały Chemik – na bazie tej fascynacji strzelaniem/wybuchami. Ale wolałbym poznawać tajnik chemii w szkole z takim np. prof.Orlińskim od chemii, zamiast samodzielnie sprawdzać co i jak mocno pieprznie.
    Może wtedy kolega, który starał się napełnić mieszanką wybuchową żeliwny nabój od syfonu nie straciłby oka i 3 palców (ja się odważyłem robić petardy tylko z pojemników po dezodorantach z „lontem” ze sztucznych ogni).
    Nie dezawuuję naszych doświadczeń z kulawego systemu – ale jednak daleki jestem od ich gloryfikowania.

  368. @fiat127
    Nie chciałbym, żebyśmy się źle zrozumieli. Ja też wolę dać do naprawy fachowcowi niż robić samemu amatorsko. I zdecydowanie wolę żeby dzieciaki uczyły się bezpiecznie od zawodowców, niż same rozkminiały. To wszystko jest moim domyślnym wyborem.
    Natomiast czasami nie da się oddać fachowcowi, bo takiego nie ma. Ja podjąłem próbę naprawienia zamka, bo tu się nie dało już bardziej zepsuć. Gdybym go nie naprawił to alternatywą byłoby montowanie nowego, identycznie jak gdybym nic nie zrobił. Bo serwis to obsługujący przestał istnieć parę lat wcześniej (czasami pomijany problem z produktami o sporej żywotności).
    A co do tego samodzielnego majsterkowania to chodziło mi o to, że żeby wiedzieć co się chce w życiu robić, dobrze jest móc spróbować różnych rzeczy. Najlepiej bezpieczenie i z sensownym przekazem wiedzy, oczywiście. I że nawet jeśli się jakąś dziedzinę liźnie, to zawsze coś w głowie może zostać. Nie na tyle, żeby pracować z tym zawodowo, ale żeby i nie poddać się przy pierwszym problemie.
    Ta granica jest krucha, bo ja się cieszę że liznąłem trochę rzeczy które nawet jeśli mi nie podchodziły, jakoś w głowie zostały. Ale i cieszę się, że nie robiłem – jak pokolenie moich rodziców – ładunków z kalichlorku podkładanych na tory tramwajowe. Nuda potrafi być też groźna!

    To co wspominasz o sporcie w USA i że nie każdy będzie noblistą czy kleił łosia – absolutnie! Ale też nie każdy będzie sportowcem. Najlepszy system to taki, który daje dzieciakom różne możliwości, pozwala im spróbować, ustalić co im pasuje a co nie i wybrać co chcą robić.
    Oczywiście na to i tak nierzadko przyjdą rodzice ze swoimi ambicjami, albo szkoły wyższe z wymaganiami, ale chociaż część dzieciaków odkryje co je kręci.

    Z jednej strony trochę przeraża mnie współczesny świat i to co oferuje dzieciakom, bo wydaje mi się, że jest tego za dużo. Zbyt wielki wybór sprawiający, że samo przejrzenie możliwości jest czasochłonne, zbyt wiele bodźców atakujących z każdej strony. Dla mnie to męczące.
    A z drugiej strony miewam tak jak wczoraj, kiedy kolega podesłał mi linka do kanału, który nazywa się LearningThroughSong. I piosenki o tym co się stanie, kiedy płyn nienewtonowski zostanie przejechany przez pociąg. Dosłownie – goście grają, śpiewają i prezentują jakie są efekty. I zastanawiam się czy znam bardziej efektywny (i efektowny) sposób uczenia się? Bo jako dzieciak byłbym zachwycony!

  369. @Piotr Kapis
    ależ oczywiście, że przy wychowaniu dzieci kluczową rolę odgrywają rodzice – ich lenistwo (lub jego brak) + ich ambicje;
    dlatego tak ważna jest szkoła – bo to czas, kiedy dzieci/młodzież są wyjęte spod kurateli rodziców; osobiście uważam własną edukację, która cała odbyła się w PRL-u (pełne 17 lat), za stratę czasu (w zdecydowanej większości), a efekty za tragicznie wręcz niewspółmierne do rezultatów i poświęconego czasu;
    gdyby po PRL sensownie była zreformowana edukacja/oświata, było by mniej wyborców batyra – konfy – brałna;
    niestety, akurat szkolnictwo koncertowo nie zostało sensownie zreformowane + daliśmy niestety rozpanoszyć się kościołowi = mamy więc to co mamy

  370. @cmos
    nieliczne zestawy radzieckie, na przykład lodołamacz Lenin

    A także pancernik „Potiomkin” i krążownik „Aurora” – na tym pierwszym można było napisać „Suworow” i już można było się bawić w bitwę pod Cuszimą.

  371. @fiat127
    wolałbym poznawać tajnik chemii w szkole z takim np. prof.Orlińskim od chemii, zamiast samodzielnie sprawdzać co i jak mocno pieprznie

    Mnóstwo ludzi bawi się mieszaninami pirotechnicznymi, niektórzy z nich nawet potem zostają chemikami. A jeśli chodzi o niewybuchowe zabawy chemiczne, sporo pomysłów zabawnych a pożytecznych było np. w książce „Chemia i życie” Stobińskiego.

  372. fiat127
    Dlatego pisałem o nudzie w PRL-u:
    – brak źródeł zdobywania wiedzy

    Książka „Nowoczesne zabawki” miała kilka wydań, „Młody Technik” zamieszczał schematy i plany, były książki z serii „Sam naprawiam [wstaw nazwę samochodu]” , to nie YT i PDF w sieci, ale też nie nul/zero.

    Plus na ZTP w szkole podstawowej robiliśmy lampkę z butelki, więc każdy robił pod nadzorem wtyczkę i oprawkę, którą potem podłączał pod 220V

  373. Gammon No.82
    „Mnóstwo ludzi bawi się mieszaninami pirotechnicznymi, niektórzy z nich nawet potem zostają chemikami.”
    Wydaje mi się, że samodzielne „zabawy” pirotechniczne 13-latka, bez wiedzy i doświadczenia, czy nadzoru fachowca – to nie jest opis optymalnej formy poznawania świata. Jeżeli współczesne dzieciaki mają fazę „pirotechniczną”, to może warto podejść do tego jak do informowania/wprowadzania o tym jak człowieki się rozmnażają? (kurde celowo nie napisałem krótkiego słowa, bo może algo i do spamu)
    I zamiast wychodzić z założenia, że grzeczne dzieci tego nie robią, uwzględnić podawanie kluczowej wiedzy w temacie na etapie szkoły?
    Dzięki za chemiczny typ książkowy.
    Pytanie – skąd dowiedziałeś się, że ta praca istnieje?

  374. Co mi przypomniało że u mnie w podstawówce jeden delikwent skutecznie uniemożliwił sobie rozmnożenie się dzięki zabawom chemicznym – przechowywał wymieszaną saletrę w kieszeni i mu się samozajęła. Nie wiem na jak trwale się uszkodził w newralgicznych rejonach ale odbyło się regularne gaszenie w klasie (nie mojej, koleś był młodszy) na lekcji ludzkiej pochodni – pewnie ubranie miał z tworzywa bo zajęło się żywym płomieniem.

  375. @rpyzel
    jak się dowiedziałeś, że istnieją wymienione książki?
    jak zdobyłeś wiedzę, że można coś samodzielnie (?) wykonać dzięki książkom?
    skąd miałeś kasę i wiedzę, żeby kupić potrzebne materiały i narzędzia?
    jak nauczyłeś się tymi narzędziami posługiwać?
    oraz,
    mój ZPT – przenudne szlifowanie pisma technicznego (długo i najgorzej), robienie jakiegoś papieru barwionego krochmalem + raz – jeden raz – wazon z butelki (żadnego prądu!);
    pewnie zakres tego co mogło być ciekawe na ZPT, zależał w 100% od nauczyciela

  376. @embercadero
    kolega maksymalista, posiadając wielki słój – przechowywał mieszankę saletry właśnie w tym słoju; niestety – jakaś nieostrożność + przypadkowa iskra (?) spowodowała zapłon, a był to ogień tak skuteczny, że przepalił na wylot gruby blat kuchenny;
    z nakrętek od butelek wódki robiliśmy tzw.bączki – latały pionowo, kręcąc się wokół własnej osi
    + ze zużytych na strzelnicy sportowej dużych gilz od dubeltówek – podobnie – ale większa masa ładunku dawała wyższe pułapy lub większy zasięg;
    w obu przypadkach z emocjami i troską czekaliśmy co się stanie, kiedy nasze produkty wpadały pod zaparkowane samochody – kłęby dymu spod auta, a my nie wiemy – wybuchnie czy nie wybuchnie – to auto? (nie wybuchały)

  377. Ja w liceum miałem talenta (zresztą został chemikiem) który azotanem amonu wyrwał z korzeniami drzewo na osiedlu. Bączki były oczywiście powszechne, chodziły słuchy o wrzucaniu ich w rury wydechowe ale na własne oczy nie widziałem.

  378. fiat127
    jak się dowiedziałeś, że istnieją wymienione książki?

    Ojciec miał niektóre, inne (Sękowski do chemii) były w bibliotece

    jak zdobyłeś wiedzę, że można coś samodzielnie (?) wykonać dzięki książkom?

    Adam Słodowy itp. (on wydał książkę „Majsterkuję narzędziami Emma Combi” ), stary zrobił półki i taki box z zapadką, otwierany od środka, żeby nam mleka nie kradli spod drzwi.

    skąd miałeś kasę i wiedzę, żeby kupić potrzebne materiały i narzędzia?

    Ojciec miał podstawowe narzędzia, kasę miałem ze sprzedaży butelek i prezentów, materiały wyżebrane – szedłeś do stolarni i dostawałeś z odpadów listewki na latawiec itp. Rozbierałeś popsuty samochodzik i miałeś silnik elektryczny na baterie, albo stary głośnik i miałeś magnes.

    jak nauczyłeś się tymi narzędziami posługiwać?

    „Sobie świecisz czy mi?” 😀 plus ZPT

  379. Ja miałem takiego kolegę już w liceum, czyli w 90s. Ale był rozsądniejszy, nie nosił materiałów po kieszeniach, tylko bawił się w domu i czasami przynosił próbki. No i to też nie była po prostu saletra czy inne żrące, ale konstruował np. z długopisów „pistolety” strzelające kulkami odpowiedniej średnicy, przy pomocy niewielkiego i jednorazowego ładunku eksplodującego. W drzwi (mieliśmy w szatni od WFu, w teorii za nimi był ten jeden jedyny prysznic czy inna toaleta, w praktyce nikt z tego nie korzystał) wbijały się tak do połowy.
    Co ciekawe to był jeden jedyny kolega w klasie, który był ode mnie lepszy z chemii. I tutaj mam pewien żal do szkoły. Ja się w takie rzeczy nie bawiłem bo byłem grzecznym chłopcem i oczekiwałem właśnie porządnego przekazu wiedzy od nauczycieli. W rezultacie w ogóle nie miałem chemii w praktyce (a byłem na biol-chemie), bo szkoła takich rzeczy nie robiła. Rozumiem, że nikt nam nie dałby kwasu, ale wbijanie suchych formułek to była prosta droga do wyciszenia mojego zainteresowania chemią. Przez całe liceum mieliśmy ze 2-3 razy przypadek, że nauczycielka pokazała nam jakieś reakcje w praktyce.
    To już więcej praktycznego podejścia miałem w PRLowskiej podstawówce, na pszyrodzie, gdzie np. chodowaliśmy fasolki albo robiliśmy własnoręcznie roztwór nasycony i obserwowaliśmy wytrącanie się kryształków (nie pamiętam czego – cukru? soli?)

    Za to jeszcze w podstawówce miałem kolegę, który raz się naraził na konkretne niebezpieczeństwo. Znalazł jakieś stare naboje i wstawił je do garnka z wodą, na kuchence. Na szczęście wyszedł robić coś w innym pokoju i ofiarą stał się worek z mąką leżący na półce.

  380. @embercadero
    wysadzone drzewo – o to już przykład „profesjonalizmu” (myśmy jednak chodzili eksplodować duże ładunki na nieużytki, z dala od bloków – żeby nikt się nie przyczepił;
    zdumienie światem w trakcie eksperymentów:
    w kioskach Ruchu sprzedawano bez problemu dzieciakom (2-3 klasa) zapałki, zapałki sztormowe, oraz pakowaną w takie elastyczne, przezroczyste kapsuły – benzynę do zapalniczek; dawało się z nich robić mały miotacz ognia;
    ależ się zdumiałem – kiedy, odpalając miotacz – zobaczyłem, że płonąca benzyna szybko biegnie również w stronę tej kapsuły, którą trzymałem w ręce (a nie tylko zapala to co miało być zapalone w oddali);
    kolega przerośnięty (młodzież trzymana przymusem w szkołach do czasu obowiązkowego zdobycia wykształcenia podstawowego – starsi od nas czasami o kilka lat) – przyniósł do szkoły (1975?) zardzewiały pocisk do moździerza; pokazywał nam z dumą, ale dyskretnie – w klasie przed lekcjami;
    był strach i afera (i tak nie pozbyto się go ze szkoły), dopiero zniesienie tego obowiązku ukończenia szkoły podstawowej (1977?) wypuścił przerośniętych z niewoli szkolnej; myślę, że zgodnie odetchnęli wszyscy – my, uczniowie i nauczyciele

  381. @Piotr Kapis
    formalnie jestem z wykształcenia nauczycielem; nigdy nie pracowałem w tym zawodzie,
    ale stałem na praktykach przed klasami i prowadziłem lekcje;
    więc nie dziwię się nauczycielom, którzy nie palili się (nomen omen), do robienia eksperymentów z klasą +/- 30 uczniów, a w liceum, nawet podzielona grupa to prawie 20 osób; nie upilnujesz – max do kwasów wybuchów to 10 (może 15) i to takich przewidywalnych;
    dodaj – całkiem powszechny – brak predyspozycji do bycia nauczycielem + zwykłe lenistwo; ilu miałeś w całej karierze edukacyjnych świetnych nauczycieli?
    2-3?
    Ja ze studiami może ze 4 – 5.

  382. @rpyzel
    no to kluczowe słowo dla majsterkowania – ojciec;
    mój akurat ani ojcem nie powinien być (dzieci to nuuda), ani nie miał pasji rękodzielnych (i umiejętności);
    ba nikt z ojców moich kolegów/rówieśników nie był rękodzielny (albo nikt się nie chwalił);
    Biblioteka – tak w szkołach były biblioteki;
    wspominam je jako nieprzyjazne miejsca (przeszkadzaliśmy paniom),
    nikt nas nie uczył jak korzystać z katalogu itd.;
    więc bibliotekę szkolną odwiedzałem tylko na poziomie klas 1-3;
    zresztą nigdy w żadnej z 4 podstawówek nigdy nie byliśmy w ramach lekcji w bibliotece (ok – może 4x byłem nieobecny, kiedy były takie zajęcia?);
    bibliotekę osiedlową „odkryłem” przypadkiem (skąd niby miałem widzieć, że są?),
    bo sobie drogę do szkoły skracałem i okazało się – że jest coś takiego (ale to dopiero w 5/6klasie)

  383. Drzewo: myślę (a nawet jestem pewien) ze efekt znacznie przerósł oczekiwania twórcy. Byłem co najmniej ze 100m od miejsca wybuchu ale i tak „pizło” niesamowicie. Na szczęście gość miał trochę rozumu (to nie był głupi gość, tylko cokolwiek nieodpowiedzialny) i zabrał się do wysadzania drzewa które rosło w szczerym polu (o ile może mówić o szczerym polu na Ursynowie) a nie komuś pod oknem.

  384. @fiat127
    „Nie uważam, że amatorskie (brak wiedzy, doświadczenia, umiejętności) naprawy są czym wartościowym.”

    @Piotr Kapis
    „Nie chciałbym, żebyśmy się źle zrozumieli. Ja też wolę dać do naprawy fachowcowi niż robić samemu amatorsko.”

    Tylko, cholera, gdzie są ci fachowcy, co mają wiedzę, doświadczenie, umiejętności i *chęci* ich stosowania? Bo im więcej o czymś wiem, tym bardziej widzę, jakie odstawiają fuszerki. Np. odkąd raz i drugi na własne oczy zobaczyłem, jak mechanicy wymieniają tarcze i klocki hamulcowe, to powiedziałem dość, i robię to sam. Nie wiem czy to dyletanctwo, czy zwykła polska bylejakość, ale jak można nie oczyścić piasty, nie zmierzyć jej bicia, a po montażu tarczy bicia samej tarczy? Nie mają miernika zegarowego?!? Jak można nie skontrolować powierzchni tłoczków pod uszczelniaczami i oczyścić ich, tylko na chama wcisnąć/wkręcić tak, jak jest? Jak można nie wyszlifować z rdzy i nie zabezpieczyć antykorozyjnie jarzma przed założeniem blaszek? I jak można posmarować towotem tuleje w systemie ATE, których to tulei smarować nie wolno, bo raz, że one są przeznaczone do pracy na sucho, a dwa, że towot powoduje pęcznienie gumy (i zbieranie brudu) i za rok prowadnice będą stały?
    Oczywiście zrobienie wszystkiego prawidłowo kosztuje czas, dużo więcej czasu niż proste wyjęcie starej i założenie nowej części.
    Ech. Może już lepiej nic nie wiedzieć, i cieszyć się, że fachowiec naprawił szybko i tanio…

  385. @kubawu
    „odkąd raz i drugi na własne oczy zobaczyłem”

    Poczułem się jak w tym memie, you guys are getting paid? Mi zazwyczaj w ASO zabierają metaforyczne kluczyki (w praktyce coraz częściej będące pilocikiem) i zapraszają do poczekalni, gdzie jest kawa i wifi. Coś tam niby widać przez okno, ale w sumie nie wiem co mi robią.

  386. @fiat127
    „więc nie dziwię się nauczycielom, którzy nie palili się (nomen omen), do robienia eksperymentów z klasą +/- 30 uczniów, a w liceum, nawet podzielona grupa to prawie 20 osób; nie upilnujesz – max do kwasów wybuchów to 10 (może 15) i to takich przewidywalnych;”
    Ale ja się nie dziwię, że nikt nam nie dawał kwasów. Sam bym nie dał 🙂
    Mówię, że mam żal o zupełny brak jakichkolwiek zajęć praktycznych na chemii. Nawet w podstawówce mieliśmy ten głupi roztwór nasycony do zrobienia i to jako pracę domową, mieliśmy to wykonać samodzielnie. Od wody i soli nikt sobie krzywdy nie zrobił. Można by było zrobić coś z barwnikami, albo chociażby z sodą i kwaskiem, żeby pokazać jak reagują ze sobą takie substancje.
    Na biologi parę razy oglądaliśmy coś pod mikroskopem. I uważam, że i tak było tego mało, bo jako biol-chem mieliśmy cztery godziny biologii tygodniowo, naprawdę był czas żeby nam pokazać jak pewne rzeczy przekładają się z teorii na praktykę. Nie jakoś dużo, ale żeby nas zainteresować. Na WOS dostaliśmy zadanie żeby pojeździć po bibliotekach i zrobić bibliografię do jakiegoś tematu. Nie było to ciekawe, ale jest to coś co potem ludzie w tzw. akademii robią regularnie, dłubią w źródłach. I ktoś chciał nam pokazać jak to wygląda.
    Z chemii w liceum wyniosłem tyle, że potrafię nadal wymienić od metanu do dekanu. W klasie profilowanej pod ten przedmiot. Z mojego zainteresowania tym przedmiotem jeszcze z podstawówki zostały strzępy. To znaczy nadal uważam chemię za interesującą, ale mój rozwój w tym kierunku miał w tym momencie podcięte nogi.
    Sam podawałeś przykład USA jako miejsca gdzie te potencjały są lepiej rozgrywane. Tam dzieciaki w szkole same robią wulkany na bazie sody albo baterie z ziemniaka. Ja nawet nie wiedziałem, że z ziemniaka można zrobić baterię. Dowiedziałem się później, nie dzięki szkole. Ok, dostałem na tyle solidną bazę teoretyczną, że gdy potem na informatyce uczyłem się o nadprzewodnikach i krzemowych komponentach, to fizyka i chemia tego mnie nie dziwiła jak niektórych kolegów.

    Mogę tylko mieć nadzieję, że to moja szkoła miała tak słabo i w innych wygląda to lepiej.

  387. @fiat127
    Pytanie – skąd dowiedziałeś się, że ta praca istnieje?

    Z witryny księgarni.

  388. @ modelarstwo

    Przypominam wydawnictwo “Młody modelarz”, czyli wycinanki z kartonu, sklejane w prawdziwe cuda modelarskie. Problemem był odpowiednio mocny klej. Ja to ogarnąłem, ale za Chiny Ludowe, nie pamiętam co to było. No i moja mała tajemnica. Gotowy model pociągnąć kilka razy lakierem do tapet, ówczesnym erzacem tworzącym zwykłą papierową tapetę zmywalną (tapeta zmywalna, produkt dostępny jedynie w Pewexie) . Taki model można było rzucać o ścianę.

  389. @kuba_wu
    „Ech. Może już lepiej nic nie wiedzieć, i cieszyć się, że fachowiec naprawił szybko i tanio…”
    no w sumie – ja nie odczuwam jakiejś silnej potrzeby dowiedzenia się, jak powinny być przeprowadzone prawidłowo, jakieś krwiste zabiegi medyczne – więc może to i racja;
    auto i mechanik = jeżdżę autem od 16 roku życia (taki fart, że ojca złapali po pijaku i zabrali prawo jazdy = maluch do samodzielnego korzystania w 2 klasie liceum); przejechałem jakieś 1,5 mln km, miałem ze 20 aut;
    znam we Wroc 2 mechaników (słownie dwóch), którzy są fachowcami, gdzie po naprawie auto działa sobie dalej i bez problemu + 1 blacharza (super fachowiec, ale ma 65lat)
    + o jednym dobry, młodym mechaniku słyszałem – ale nie korzystałem + młodzi jadą na filmach z YT i muszą jeszcze nazbierać doświadczenia;
    Osobiście naprawę w przypadkowym, niepoleconym (chociaż) miejscu – uważam za stratę czasu i kasy;
    mechanik godny polecenia to skarb

  390. @kuba_wu
    (fachowcy) – weź, nic nie mów. Ja się naprawdę nie chcę dotykać pewnych rzeczy, bo raz że zdaję sobie sprawę z braku wiedzy i umiejętności, a dwa, że nie mam uprawnień. Ale miałem parę lat temu tak, że przy standardowej kontroli wykryto u mnie problem z gazem. Akurat przy zaworze w kuchni. Niewielki, nic groźnego, no ale naprawić trzeba.
    Jakiś czas później przyjechał spec. Zawór wymienił, ale przy okazji poprzestawiał mi meble, w tym kuchenkę. Kolejna kontrola, zawór jest ok, za to przy kuchence wyciek. Sam wezwałem fachowca. Ledwo wszedł na górę (piąte piętro bez windy, a facet miał jakieś problemy z sercem), podłubał, ponarzekał na poprzedniego, że pakuły na gwinty zakładał, naprawił.
    No i wszystko byłoby dobrze, przecieków nie ma. Tyle że ten z kolei przekręcił mi rurę która szła już do samej kuchenki. Bo tam oprócz wężyka jest taka sztywna rurka, dobre pół metra. I on ją przekręcił w drugą stronę. Teraz nie dało się kuchenki przysunąć do szafki.
    Po obu fachowcach trzeba było poprawiać. Żaden nie zostawił roboty skończonej tak, żebym ja nie musiał jeszcze sprawdzać, przesuwać mebli.

    Są rzeczy takie, przy których mam w nosie czy robię to zgodnie ze sztuką. Robię po swojemu, np. kolanka i rury w umywalkach/zlewach. Działa, nie przecieka, jest dobrze. Może jakby mi zrobił fachowiec to bym je musiał rzadziej przetykać. A może zrobiłby tak, że jeszcze bym sąsiadów zalał.

    Więc w głowie mi siedzi, że takie rzeczy powinni robić fachowcy – szczególnie że ja się nie znam na gazie, elektryce czy samochodach – ale i tak jak piszesz, czasami obserwuję degradację wiedzy i umiejętności potrzebnych do wykonania tych zadań nawet nie to że satysfakcjonująco, tylko po prostu na minimalnym bezpiecznym poziomie.

  391. @fiat127
    „znam we Wroc 2 mechaników (słownie dwóch), którzy są fachowcami”
    To zazdroszczę, bo najbardziej polecany w mojej okolicy mechanik to taki, po którym zawsze sprawdzam, czy koła są aby dokręcone (dwa razy nie były), a ostatnio na przykład oddał auto z luźną klemą. Kiedyś oddał z taką geometrią, że aż w ASO na rolkach wyszło (a tam wychodzi tylko jak jest naprawdę grubo). Inni w okolicy są podobno jeszcze gorsi, jeden – pracuje na sąsiedniej ulicy – to istny rzeźnik, nikt z sąsiadów nie korzysta. Mam tylko jednego super speca – od klimy.

  392. @wo
    „Poczułem się jak w tym memie, you guys are getting paid?”

    No w pewnym sensie tak, bo jeśli fachowiec od pralki bierze minimum 150 zł za samą wizytę, plus czas naprawy, plus ma swój narzut na części, a tymczasem padnięty silniczek do pompy kosztuje w oryginale 80 zł (przesyłka smart gratis), a podmiana jest banalna – klik, klik, więc w 10 minut zarobiłem minimum 200zł, a najprawdopodobniej więcej, gdyż zwykle fachowiec musi podjechać dwa razy: raz na diagnozę, drugi na naprawę.
    Ale domyślam się, że ty pewnie masz wyłącznie pralki na gwarancji, starych się pozbywasz, tak jak zużytych, trzyletnich maków?

  393. @Piotr Kapis
    (za chwilę dostanę bana tutaj pewnie)
    polska szkoła
    Nie – Twoja szkoła nie była nietypowa.
    Moja córka chodziła do prywatnego gimnazjum i miała polonistkę, której chciało się pracować z osobami chętnymi do udziału w konkursach,olimpiadach.
    I tak się złożyło, że ta moja córka ma ponadprzeciętne uzdolnienia z polskiego,
    więc wygrywała wszystko w czym brała udział. Nie chwalę się – podaję przykład, który znam dogłębnie. Była na tyle dobra, że wygrała ogólnopolski konkurs „Ojczyzna polszczyzna” jako gimnazjalistka, chociaż w finale byli licealiści.
    No – ale ponieważ w prywatnym gimnazjum było mało uczniów + takie se relacje rówieśnicze – córka zdecydowała się pójść do państwowego, jednego z najlepszych we Wro liceów. Okazało się, że nikogo nie interesuje taki uczeń. Klasa 36 osób, na dzielonych zajęciach językowych grupy po 20 osób, lekcje z 1000 i 1 przedmiotów.
    Nuda. Córka „jechała” w liceum na tym, czego nauczyła się w gimnazjum.
    Wyglądało, że nie skończy tego liceum ani nie zda matury.
    Ale zdarzył się cud. W ostatniej, 3 klasie przyszła na zastępstwo polonistka, która lubiła przygotowywać młodzież do olimpiad.
    I córka dostała się do ogólnopolskiego finału olimpiady polonistycznej, gdzie była
    druga czy trzecia. W tym „elitarnym” liceum była jedyną finalistką ogólnopolską z całej szkoły.
    I tylko dlatego skończyła liceum – bo na radzie był kłopot – jak szkoła będzie wyglądała – skoro nie da świadectwa ukończenia liceum – jedynemu ze szkoły olimpijczykowi z finałów. Gdyby nie przypadek i zmiana nauczyciela w ostatnim roku, myślę, że córka nie miałaby matury.
    Historia miała miejsce 15 lat temu.
    więc nie – @Piotr Kapis – Twoja szkoła nie była wyjątkiem.
    I z drugiej mańki.
    Po tych doświadczeniach – kiedy syn miał iść po gimnazjum do liceum, uparłem się, że ma uczyć się w ramach The International Baccalaureate (IB).
    Była taka możliwość we Wro, ale tutaj kluczowe uzupełnienie – syn świetnie władał angielskim – bo bez tego ani rusz w IB.
    Jak ja mu zazdrościłem tej szkoły!!!
    2 lata! tylko!
    5 przedmiotów, wszystkie po angielsku + język ojczysty
    wybierasz sam przedmioty, ale matma podstawowa jest obowiązkowa (słusznie) + za ścisły – może robić biologia
    wynik matury IB – uznawany na całym świecie
    zadania na historię, jakie przygotowywali, to było coś na poziomie tego, co sam robiłem na studiach historycznych – temat/zakres/bibliografia itd.
    Nie piszę tego, żeby się chlubić – ja mogłem zobaczyć sensowną edukację i porównywałem ją z własną…
    I nie twierdzę, że IB jest dla każdego – jeżeli dziecko nie zacznie intensywnie i systemowo uczyć się angielskiego w młodym wieku, to nie zda testów wstępnych.
    Ale IB to jest przykład, że edukacja może być sensowna, i zapewne są inne modele/szkoły, które wykorzystują potencjał + dają szerokie możliwości rozwoju.

  394. @kubawu
    „Ale domyślam się, że ty pewnie masz wyłącznie pralki na gwarancji,”

    Przy AGD rzeczywiście jestem bardziej sentymentalny, częściowo po prostu dlatego, że zakup nowej lodówki/pralki/zmywarki to strasznie dużo zamieszania, a częściowo dlatego, że budzi się już we mnie odruch starszego pana, że „już tak dobrych nie robią jak kiedyś”.

  395. @kuba_wu
    fachowiec w okolicy?
    na całkiem drugi, odległy koniec miasta się jedzie do fachowca,
    a nie wybrzydza – w okolicy!
    a z ASO to mam niestety zupełnie inne doświadczenia
    @WO
    w Czechach byłem zmuszony nawiązać relacje „korupcyjne” z gościem w serwisie, żeby mnie – jako Polaka – nie zlewali.
    Koszt był w sumie nieduży – biorąc por uwagę korzyści = 1000Kc – 200zł, płacone do ręki, przy „jeździe próbnej”.
    OD tego czasu – pan z serwisu nie zwracał się do mnie inaczej niż „Panie Inżynierze” – tak sobie wykoncypował sam – to najwyższy po profesorze i doktorze społecznie -językowy przejaw szacunku. Pan Koubik przy umawianiu przeglądów – pytał kiedy mi pasuje termin itd.
    W Toyocie Carinie na gwarancji wymieniał tarcze, amortyzatory itd (promocja rynku). Kiedy skończyła się gwarancja, „wymieniał” dalej – na inne auta, którym gwarancja się nie skończyła (nie prosiłem o to, sam w pakiecie to robił).
    Wiedziałem, że muszę się trzymać Toyoty, więc kolejne było Camry.
    Ale przeprowadziliśmy się z Czech do Polski, postanowiłem być praworządnym obywatelem. Po wizycie w ASO – oddali mi auto w którym nie działały hamulce (serio!) + serwis nie umiał ustalić, że jakiś drążek trzeba wymienić (stukało).
    Trafił mnie szlag. Wziąłem na „jazdę próbną kierownika serwisu. Powiedziałem, że za każdym razem przy wizycie, kiedy NAPRAWDĘ auto naprawią dostanie 100zł do ręki.
    Stał się cud – od razu oględzin auta dokonał Mistrz i korzystnie z ASO było później wzorowe. Solennie przyrzekli, że od teraz auto będzie naprawiał wyłącznie ktoś, kto to umie robić.
    No ale popełniłem błąd i kolejnym autem była Toyota RAV z silnikiem diesla (ostatni mój taki zakup w życiu).
    Jakie to było koszmarne auto (w odróżnieniu od bezawaryjnego Yarisa żony).
    W sumie na gwarancji – wartość wszystkich napraw – popisywałem rachunki – to było ponad 50tys zł. Ostatnią naprawą była wymiana bloku silnika (2.2kat) – jakaś systemowa porażka Toyoty.
    To był tak zły samochód, który wpadał przy bardzo dużych prędkościach w tryb awaryjny (nikomu nie życzę wrażeń). W PL uradzili, że trzeba wymienić turbo.
    Przy wymianie, jak się potem okazało – uszkodzili to turbo – auto nie jechało.
    ASO – rozłożyło ręce.
    Zadzwoniłem więc do Czech, bo to był japoński z pochodzenia serwis.
    Pan Koubik powiedział, że da się zrobić, ale – muszę poczekać, aż on zorganizuje identyczny samochód jak mój + będę musiał zostawić aut na kilka dni w Pradze.
    Naprawa odbywała się bowiem tak, że wymieniali i przekładali kolejne elementy z jednego auta do drugiego, żeby ustalić przyczyny problemu. Pan Koubik powiedział, że to jest jedyny sposób naprawy jaki da skutek, bo fabryka nie jest w stanie im pomóc. Naprawili.
    Nigdy więcej Toyoty w dizlu!!!!!!

  396. @fiat
    Nigdy więcej Toyoty w dizlu!

    Kwestia pecha może. Ja katowałem Corollę d4d 2.0 aż jej stuknęło 22 lata i zaczęła łamać się w pół. Zrobiłem nią coś pewnie z 200kkm przez 12 lat, więc nie jakoś strasznie dużo, ale nic nigdy, legendarna toyotowska niezawodność. Za to dotknęła mie potem klątwa volvo z francuskim 2.0 hdi w środku, który to silnik finalnie wymieniony został praktycznie w całości, chociaż też montowany był do masy różnych franzuzów, fordów i chyba nawet fiatów i wszyscy mówią że bardzo dobry motor. Tylko że chyba nie mój egzemplarz, więc z mojej perspektywy: toyota tak, diesel nigdy, ale wygląda na to że nawet jakbym miał takie pomysły to mi SCT wybije je z głowy ostatecznie. I bardzo dobrze.

  397. @Cpt. Havermeyer
    toyota 2.2 D-4D
    to był motor z „nowej” generacji (ciężki SUV, który jeździł 200km/h), silnik z tak legendarną, jak toyotę wadliwością, że po tej wpadce mieli do innych swoich dizli dawać silniki z BMW;
    ten silnik naprawiali/wymieniali nawet po gwarancji – wewnętrzna decyzja toyoty;
    u mnie przy 155K km – bez mrugnięcia okiem wymiana bloku, wtrysków i czegoś tam

  398. Spóźniony, bo przez ostatnie parę dni tak zasuwam, że nie ma kiedy taczek załadować. Ale skoro wątek nadal żyje, to się odezwę.

    @Patriarchalizm w Chinach

    Dorzucę anegdata. Pracuję w startupie w Cambridge, budynki uniwersytetu mam po sąsiedzku. Na ulicy regularnie widzę chińskich studentów i studentki, natomiast jeśli chodzi o osoby po 30 – wyłącznie kobiety. Już dawno miałem hipotezę, że mężczyźni wracają po studiach lub doktoracie, a kobiety wolą zostać.

    @nuda w PRL
    Moje wspomnienia to końcówka lat 80 i średnie miasto. I niespecjalnie się nudziłem. Oferta zorganizowana też była (SKS, różne kółka zainteresowań w szkole i na osiedlu), ale wolałem indywidualną: 2 biblioteki w zasięgu kilku minut rowerem, włóczenie się po okolicznych łąkach (mieszkałem na skraju miasta), klejenie Łosia też zaliczyłem, zabawki i place zabaw nie takie jak teraz ale jakieś były, zimą narty i sanki na kilkumetrowej górce pozostałej po budowie, latem pobliski zalew. Wydaje mi się, że to bardziej może być kwestia wzorców z domu niż prawdziwej dostępności.

  399. @odruch starszego pana, że „już tak dobrych nie robią jak kiedyś”.

    Obecnie użytkuję pralkę mającą jakieś 20 lat, którą dostałem w darze (oraz w ramach barteru za rozmaite przysługi i pomoce) od siostry mojej małżonki – dar miał miejsce w sytuacji awaryjnej, kiedy padła pralka 5-letnia, a oszacowana wstępnie przez fachowca cena naprawy okazała się dość absurdalna. No i ta 20-letnia pralka jest dokładnie i anegdotycznie „tak dobra jak robili kiedyś”, chyba prędzej ją korozja zeżre niż padnie coś mechaniczno-elektrycznego.
    Nieco inną historię – acz z podobnym morałem „ech, kiedyś to było” – miałem z przepływowym ogrzewaczem wody, tym razem 30-letnim. Otóż padł, a fachowiec przyjechał, z godzinę go badał i diagnozował, po czym orzekł: pora na nowy, wziął stówę i znikł. Pierwsza myśl jak u WO „strasznie dużo zamieszania”, ale pomyślałem, że skoro i tak trzeba go odmontować, żeby wmontować nowy, to ja sam chwilę pogłówkuję, a przy okazji zorientuję się – na ile mój nietechniczny umysł podoła – jak takie cholerstwo w sekundę zmienia wodę zimną w ciepłą. No i zacząłem rozbierać krok po kroku, przy czym miałem po dwakroć szczęście: raz, że zacząłem układać wyjęte części w równym rządku jedną za drugą (więc potem wystarczyło wkładać w odwrotnej kolejności), a dwa, że zagadka okazała się bardziej detektywistyczna niż techniczna (wystarczyły elementarne podstawy dynamiki płynów zapodane głosem Kobuszewskiego: „dana woda napotykając na otwór, wypływa; praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb!”), czyli trzeba było odtworzyć drogę wody wewnątrz urządzenia i wydedukować po holmesowsku, na co ta woda po drodze napiera, aby miedziane blaszki w części elektrycznej się zeszły, zamknęły obieg i uruchomiły grzałkę. No i trafiłem na niepozorną membrankę, która okazała się po prostu sparciała, a nowa była dostępna w serwisie Siemensa za 100 złotych, czyli za tyle samo, ile kosztował ten fachowiec, co orzekł śmierć urządzenia.

  400. „Problemem był odpowiednio mocny klej.”

    Brałem od znajomego stolarza, nigdy więcej nie widziałem równie dobrego kleju do drewna/papieru. Musiał być jakiś mocno niezdrowy bo dzisiaj takiego nie kupisz.

    #fachowcy.

    Zapsuła się mikrofala. Przyszedł z autoryzowanego serwisu, wsadził do środka szklankę, włączył mikrofalę na 30s, wyjął szklankę, wsadził do niej palucha, stwierdził „no fakt, nie grzeje, na pewno magnetron padł”. Wypisał na 100zł fakturę. Coś tam mruczał że trzeba poszukać części ale widać było że naprawiać mu się nie chce bo kuchenka w meblu, trudno zdemontować. Poza tym „panie to drogie rzeczy są, kup se pan nową kuchenkę”. Wszelkie późniejsze telefony do serwisu kończyły się informacją że szukają części. W końcu się wkurzyłem, zapytałem w pierwszym sklepie z częściami, po 2-3 dniach miałem w domu nowy magnetron. Na jutubie obejrzałem jak to wymienić (praktyczmie włożyć/wyjąć), w godzinę sam go wymieniłem. Działa z tym nowym magnetronem już z 7-8 lat, tylko powoli drzwi odpadają, teraz już pewnie przyjdzie wymienić. Podobną historię miałem ze zmywarką. Oni naprawiają tylko na gwarancji – bo muszą.

  401. @naprawy
    Ubezpieczenie mieszkania w PZU obejmuje kilka napraw sprzętu domowego. Akurat pralka zaczęła wyć strasznie.
    PZU przysłało fachowca, wymienił co trzeba, cisza…
    Więc nie tylko gwarancyjnie naprawiają. Ale nam się mało co psuje ostatnio.
    Owszem, kupilismy nową zmywarkę, bo rozsypał się kosz, a nowy kosztuje… no właśnie, ponad pół nowej.

  402. No dobra, ale to w ramach ubezpieczenia. Czyli nadal: naprawiają tylko jak muszą, bo jakaś umowa ich do tego zobowiązuje. Tak po prostu za pieniądze im się nie chce.

  403. @embercadero
    Wypisał na 100zł fakturę. Coś tam mruczał że trzeba poszukać części ale widać było że naprawiać mu się nie chce

    Mój znajomy niedawno wezwał takiego szpeca do naprawy zmywarki. Szpec przyjechał, obejrzał, stwierdził że pompa padła, rozgrzebał zmywarkę, wydobył pompę i zniknął. I nie odbierał telefonów, kamień w wodę, więc znajomy zamówił pompę w necie i zamontował ją sam. Po szpecu nadal ślad zaginął, dziwna sprawa, natomiast mój kolega zadowolony z siebie, bo okazało się że taka naprawa to nie rocket science i że daje radę. W sumie dużo AGD można ogarnąć samemu jak tylko dobrze się zdiagnozuje usterkę, a części można ogarnąć np. przez North (mają całkiem sporo części do różnego sprzętu i w miarę dobrze skatalogowanych też) ja już reanimowałem tak odkurzacz, pralkę i tani ekspres ciśnieniowy de longhi. Pralka chodzi do dziś, pozostałe sprzęty dostały parę lat drugiego życia zamiast od razu trafić na śmietnik.

  404. W tym co piszecie dostrzegam pierwiastek optymistyczny.
    Gdy już AI zabierze mi pracę (specjalnie nie piszę, że mnie zastąpi, bo mam tu poważne wątpliwości, ale ktoś może uznać, że to wystarcza żeby mnie zwolnić), to widzę jakiś potencjał w podszkoleniu się i serwisowaniu takiego sprzętu. W sensie, że jest na to popyt.
    LLMy mogą sprawnie procesować słowa (albo udawać), ale w wykręcaniu śrubek i zdejmowaniu obudów będą sobie radzić gorzej. Przynajmniej przez jakiś czas.

  405. @ergonauta
    „zagadka okazała się bardziej detektywistyczna niż techniczna (wystarczyły elementarne podstawy dynamiki płynów”

    @Cpt. Havermeyer
    „kolega zadowolony z siebie, bo okazało się że taka naprawa to nie rocket science”

    Ano właśnie. Ci fachowcy z czterdziestoletnim doświadczeniem są na ogół biegli w naprawianiu typowych usterek, mają swoje patenty na montaże/demontaże, dlatego też warto ich podglądać (odpowiadając @wo, i oczywiście tylko jeśli się jest tego ciekawym). Jeśli do tego są solidni, robią zgodnie ze sztuką, to zwykle wystarcza.
    Ale jak trafi się coś nietypowego, to nieraz stają bezradni, i wychodzi czasem, że tak naprawdę to nie wiedzą, jak działa dynks, z którym mają do czynienia całe życie. Nasłuchałem się sporo takich tłumaczeń i przesądów, ugruntowanych dekadami, acz niestety sprzecznych z fizyką, albo z wymogami nowszej technologii, która działa trochę inaczej niż dawniejsza. Nie raz rozwiązywałem zagadki, które okazały się ponad siły fachowców – ale już nie będę zanudzał przechwałkami.

  406. @pk
    „widzę jakiś potencjał w podszkoleniu się i serwisowaniu takiego sprzętu. W sensie, że jest na to popyt.”

    Popyt jest na pewno, ja np. odczuwam to, że jako skutek uboczny pasji winylowych, jestem też miłośnikiem „vintage audio”, a to oznacza regularne naprawianie czegoś analogowego i czuję zawsze że mocno przepłacam. Ale też z kolei te miejsca w Warszawie, w których się coś naprawia – nie wyglądają na ociekające bogactwem. Chyba nie zarobisz tym na tego „nowego golfa”.

  407. @wo
    „Chyba nie zarobisz tym na tego „nowego golfa”.”
    Oczywiście. Nie jest to moja wymarzona kariera i nie rzucam dla niej posadki w korpo. Póki robię to, co w miarę lubię i na czym się znam, a jeszcze mi za to nieźle płacą, będę tam siedział. Serwisowanie to plan awaryjny gdyby AI jednak wykopała mnie z pracy, bo akurat w mojej dziedzinie takie zmiany mogą zajść. Gdybym pracował jako korektor w redakcji gazety, też bym się rozglądał za alternatywą.
    Wolę mieć jakąś pracę niż żadnej, żeby chociaż ten kredyt hipoteczny spłacać powolutku. Serwis to po prostu coś, do czego mam przynajmniej już teraz mam pewne kompetencje, a nie zupełnie nowa ścieżka kariery.

  408. @Chiny & reverse engineering
    RE nigdy nie pozwoli ci na dogonienie kogoś, bo porządny R&D pracuje nad rzeczami które dopiero za 5 lat będziesz mógł sobie kupić i pomierzyć. Z tego samego powodu od byłych jego pracowników możesz się dowiedzieć o kulturze firmowej, procedurach, przekazywaniu wiedzy, ale to za mało. Żeby kogoś naprawdę dogonić potrzebujesz swoich Fuchsów, Greenglassów i Rosenbergów. A przy takiej różnicy kulturowej może ich być trudno pozyskać. Chiny jako obca cywilizacja mają w Europie słaby soft power a jednak nie wszystko da się kupić.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.