Teraz odtwarzane (208)

Tyle się dzieje, że nie mam kiedy pisać o muzyce. Tymczasem w międzyczasie dopadło mnie coś, co zawsze uważałem za dno dna, najbardziej fajansiarski format jutikowo-tubtakowy, czyli tzw. „reaction videos”. Zawsze mnie brzydził, bo w ogóle w tych widkastach najbardziej hejtuję to, że kolesie koniecznie muszą pokazywać swoją japę, jakby była czymś najciekawszym na świecie (jest mnóstwo filmików o Ukrainie, zajawionych kadrem typu „głupek robi durną minę gdy się dowiedział o stratach”).

No cóż, na każdego Matyska przyjdzie jego koza do woza. Krótko mówiąc, odkryłem (=algorytmy mi podsunęły) format „obcokrajowcy reagują na polską muzykę z lat 80.”. Konkretnie zafascynowały mnie reakcje na „Samotny dom” Budki Suflera.

Tak, wiem, zaraz mnie tu któryś wyskoczy z komciem, że to 1975. Sami jutuberzy często tak powtarzają, bo pewnie wzięli to sobie z wikipedii czy co gorsza z gpt. Ale za każdym razem wyraźnie słychać, że to wersja z 1983 (ewentualnie jeszcze późniejsze).

Przy okazji rozmowy o „Stranger Things” padło pytanie, co szczególnego było w ówczesnej popkulturze. No więc była po prostu zróżnicowana. Ówczesne przeboje ZASKAKIWAŁY. Nie tylko polskie, ale oczywiście znając to wszystko na pamięć, już zapomnieliśmy jakie to dziwne dla kosmity, tzn. dla młodego obcokrajowca w XXI wieku.

Nawet gdy ktoś nie rozumie tekstu, ta piosenka jest dziwna. A jeśli rozumie, jest dziwna dubeltowo. Teraz po latach, gdy ogólnie (pop)kulturę konsumuję bardziej świadomie widzę, jak silnie Adam Sikorski inspirował się klasyką polskiego romantyzmu, zwłaszcza tego późnego, epigońskiego.

Myślę konkretnie o grupie cyganerii warszawskiej, która się nigdy tak formalnie nie nazywała. Nie stworzyli arcydzieł, ale byli inspiracją dla paru znanych kolesi w rodzaju Norwida.

Ich charakterystyka z Wikipedii brzmi bardzo rokendrolowo: „Cyganie warszawscy nadawali codziennym sytuacjom i zdarzeniom charakter niezwykłości. Ośmieszali strój salonowy – z byle powodu zakładali fraki. Na co dzień chodzili umyślnie brudno i ubogo. Ich atrybutami były długie włosy, brody oraz trzymane w ręku kije włóczęgów (…) Tematami poruszanymi w ich utworach były najczęściej: marzenie, fikcja, sen oraz rozczarowanie. Dominował szablon romantycznych motywów: wichry, ciemne chmury, grzmoty, pioruny, wycie psów, upiory, cmentarze, uroczyska i drogi rozstajne”.

Od samego czytania tego hasła człowiek odruchowo zaczyna na nieistniejącej gitarze wygrywać jakieś „du-du-du-dumm”, a potem na równie nieistniejącej perkusji „łubudu-jebudu sruuuu-dupssss!”. No i w ejtisach fajne było to, że piosenka pt. „Wycie psów na drogach rozstajnych” albo „Marzenie, fikcja oraz sen” mogła tak po prostu lecieć w mainstreamowym radiu, w którym dziś usłyszymy ino jakąś idiotkę, trzepoczącą sztucznymi rzęsami do „o bejbi bejbi” z autotuna.

Ech, to były okropne czasy, ale fajnie było to Usłyszeć Po Raz Pierwszy. A teraz patrzeć, jak to słyszy po raz pierwszy Istota z (ówczesnej) Przyszłości…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Skomentuj

362 komentarze

  1. @WO
    Jak dla mnie to takie uduchowione utwory, to chyba jednak bardziej klimat lat 70. Nie wiem czemu, ale to się kojarzy z „Jaskółką uwięzioną” (1973), a wcześniej z Niemenem. Lata 80. to epoka rocka, grano już krócej i prościej – tak to przynajmniej pamiętam. Może się mylę, ale mam wrażenie, że polska muza z lat 80. była bardziej odtwórcza wobec Zachodu. Na pewno jednak nadal było ciekawiej i dziwniej niż dziś. Wtedy jeszcze eksplorowano nowe gatunki, trwała jakaś ewolucja, która w czasach The Velvet Sundown najwyraźniej wyhamowała, jeśli nie wzięła wstecznego.
    Romantyzowanie – podszyte chłopomanią i przyrodolubstwem – to jest inny ciekawy wątek, bo w mieście stołecznym jakoś wyparowało, przetrwało natomiast na południu. Podobne do cyganerii warszawskiej klimaty pod koniec XIX hołubiła grupa Czartak założona przez Emila Zegadłowicza w Wadowicach. Po wojnie odwoływał się do tego m.in. Harasymowicz (rodem z Puław, ale mieszkał w KRK), facet od krainy łagodności. No i oczywiście jego naśladowca, Bellon (urodził się na pomorzu, ale do podstawówki poszedł w Skarżysku-Kamiennej, a potem mieszkał w Busku). W tym kontekście ciekawy jest fakt, że Adam Sikorski urodził się w Rudniku nad Sanem i większość życia działał w Lublinie.

  2. Pierwszy autograf w życiu jaki wziąłem od jakiejś Gwiazdy, to był właśnie Krzysztof Cugowski – wracałem z kolegami ze wczesnej podstawówki i kolega wskazał mi palcem starszego faceta, że to chyba koleś z Budki Suflera. Średnio wtedy kojarzyłem ten zespół, ale jako najśmielszy z towarzystwa zapytałem, czy pan jest tym panem z Budki Suflera. Odpowiedział, że owszem. Poprosiliśmy go o autograf i wszystkim nam się wpisał do zeszytów. Z perspektywy czasu, spotkanie Cugowskiego w Lublinie nie było niczym niezwykłym, ale spotkanie Kogoś Znanego na swoim blokowisku – już trochę tak. Potem nadrobiłem zaległości muzyczne, ale wciąż mam wrażenie, że Budka Suflera ma/miała w Polsce status rockowego disco-polo. Fajne, ale było w tym coś wstydliwego. Może właśnie przez ten patos w tekstach? Z Bajmem jakby podobnie.

  3. @wk
    „Budka Suflera ma/miała w Polsce status rockowego disco-polo. Fajne, ale było w tym coś wstydliwego. Może właśnie przez ten patos w tekstach? Z Bajmem jakby podobnie.”

    Myślę że przez to, co się działo potem. Względnie wczesne rockowe utwory były (i są) dla mnie całkiem spoko. Ale oba zespoły potem znalazły fortunę na tłuczenie kasy na szmirze – i srebrników garść przekonała ich że / kiedy dają to brać, każdy głupi to wie.

  4. @wk, @wo
    Potwierdzam, ja jako millenials od dzieciństwa widziałem Budkę Suflera przewijającą się na festiwalach / benefisach i klasyfikowałem na poziomie De Mono, Wilk, Kombi czy innych Skaldów. I jakież było moje zdziwienie i dysonans poznawczy gdy będąc nastolatkiem odkryłem ten album i okazało się że to ten zespół.

    Gdyby nie twarz na okładce, to bym nie uwierzyłbym że to ten sam zespół, a i tak później jeszcze musiałem u kogoś potwierdzić.

  5. Pierwotna wersja z 1975 wynikła z potrójnej inspiracji: Sabbatami (riff otwierający, zaiste zacny), Zeppelinami (gęstość brzmienia i aspiracja do ambitnego heavymetalu, jak to mówią krytycy rockowi: progresywnego) oraz Crimsonami (klasycyzująco-patetyczny wzorzec „Epitaph” ma podobną melodię na wejściu, nawet struktury rytmiczno-brzmieniowe są pokrewne: „The wall on which the prophets wrote is cracking at the seams” = „Uderzył deszcz, wybuchła noc, przy drodze pusty dwór”). Ale że muzycy BS uciekali przed każdą z tych gęb – nie chcąc epigońsko naśladować, jak np. Klan w „Mrowisku” – to rzecz poudziwniali. Aczkolwiek też w duchu, w jakim zrobiliby to Fripp czy Page z Plantem, gdyby byli z Lublina, albo tekściarz Sinfield, gdyby znał Przerwę-Tetmajera i Kasprowicza.
    Zresztą Sikorski – żeby było jeszcze dziwaczniej – wskazywał jako źródło inspiracji także Vítězslava Nezvala (a konkretnie jego wiersz „Żydowski cmentarz”), czeskiego surrealistę, który godził bujną barwność metafor z członkostwem w Komunistycznej Partii Czechowsłowacji (jednak do czasu, bo po IIWŚ został regularnym socrealistą). Według przedwojennego Nezwala wiersz ma być „kwiatem korony życia”, co przy odrobinie interpretacyjnej dobrej woli staje się w 1975 ową „tkwiącą w ręce lekko zwiędłą różą”, choć gierkowskie życie, w jakim trzeba się zanurzyć, to już nie tamto, co wtedy. Pusty dwór romantyczny jest, trochę wagnerowsko-norwidowski, trochę młodopolski, ale wiadomo: telewizor, meble, mały fiat – oto marzeń szczyt.
    Wersja z Urszulą jeszcze bardziej zagina rozmaite czasoprzestrzenie. Głównie na poziomie brzmienia, nie tylko znaczenia (było parę rockowych zespołów, gdzie pan z panią podobnie sobie harmonizowali wokalnie, ale Lipko, jak to on, coś podsłuchał, coś bezczelnie zerżnął, ale coś zrobił po swojemu), więc jak ktoś nie słyszy po polsku, tylko po ogólnoludzku, to nic nie szkodzi, a wręcz może poszerzać perspektywę.

  6. W stronę oczywistej chały Budka poszła jednak dopiero w latach 90., po (niespodziewanym dla nich samych) sukcesie Takiego tanga. A takie dwuznaczne podejście do nich było mam wrażenie już wcześniej.

    Teksty… Sikorski przestał z nimi współpracować jeszcze w latach 70., późniejsze teksty są autorstwa Nieświętej Trójcy (Dutkiewicz / Mogielnicki / Olewicz) i budkowego perskusisty Zeliszewskiego. Nie są jakoś bardzo patetyczne, chociaż w kicz owszem zdarza im się wpadać (tak, Marek, pamiętam, Jolka). Ale dalej myślę że to nie o to chodzi.

    Raczej to są kwestie estetyczne: patos może znikł z tekstów, ale pozostał w samej muzyce. Budka była praktycznie jedynym zespołem _rockowym_ (nie big-bitowym) z głębokich lat 70, która przetrwała w mainstreamie lata 80. i 90. I to słychać. Oni nigdy nie zaabsorbowali punka ani nowej fali (pewnie wpływ miało też to, że siedzieli w tym swoim Lublinie, gdzie trendy docierały później niż do Warszawy czy Trójmiasta), oni przynajmniej do lat 90. zachowywali to brzmienie z lat 70. (nawet jeśli muzyka była już prostsza niż na Cieniu wielkiej góry). Plus głos Cugowskiego. Ja się nie dziwię że dla wielu było to obciachowe.

    Myślę że to się bierze stąd, że Suflerzy byli właś

  7. @budka
    mnie wychodzi, że Budka z okresu Cienia wielkiej góry, to inny zespół/inna muzyka.
    Jestem świadkiem pojawiania się w „radio” polskiego rocka, a równocześnie jako ówczesny 15-16 latek miałem dostęp do zachodnich płyt poprzez giełdę we Wro.
    Kupowałem na bieżąco, pojawiające się stopniowo płyty polskich zespołów (pierwszy – Porterband i Helicopters), chodziłem/jeździłem na koncerty.
    Budka, której płytę „Za ostatni grosz” też miałem – nie oferowała już błysku tego o czym pisze WO. To byli bardzo sprawni muzycy, ale to co grali, jakoś zaczęło trącić graniem do kotleta – „Nigdy nie wierz kobiecie”. I dla mnie zupełnie przestali się liczyć po „Jolce” (której, jak „ewki” Perfectu nienawidziłem JPRL!).
    Więc wrażenie młodszych słuchaczy, że Budka, to jakiś komercyjna szmira (!wszyscy święci itd.) – jest wg mnie prawdziwe.
    Może to ten PRL i jego bida, w porównaniu z prawdziwymi pieniędzmi, które zarabiali po 89 spowodował te zmiany – nie wiem.
    Dlatego rozumiem zachwyt WO dla płyty/utworu o którym pisze (sam go przeżyłem słysząc pierwszy raz), ale później tych klimatów już nie było. Sprawni muzycznie, (wybitnie sprawni), ale zawsze ich ciągnęło do komponowania i grania „szlagierów” (jakie to piękne określenie btw – nie z tego świata już). I ci beznadziejni wokaliści (JPRL!)- oprócz Cugowskiego.
    Trochę jak z Budką, mam z Perfectem – też płytę miałem, kiedy wyszła – tylko jakoś nie było tam ognia – jak przy Republice, Maanamie – na przykład.
    Możecie się śmiać – ale nawet Lady Pank – w swoim rodzaju, ceniłem wyżej – grali nowocześniej (wtedy nie bardzo się publicznie przyznawałem). A może to kwestia temperamentu – grali też dynamiczniej + dobry wokal.
    A propos youtuba – znajdźcie sobie koncert Niemena razem z SBB w Niemczech.
    Szkoda, że takiego Niemena mało i z się zaplątał na śmierć w te kable od syntezatorów (solo występ w Opolu? – i czon stalowy).

  8. Utyskiwania powyżej są z grubsza słuszne, ale też Budka lat 80′ poszła po prostu z duchem czasu. Pożegnała archaiczny prog-rock z wagnerowskim tonem, by Romuald Czystaw zamiast romantyzować w pustym dworze z witrażami, zwyczajnie „w pustym pokoju przepędzał czas” („Memu miastu na do widzenia” to także pożegnanie z tamtym, założycielskim stylem: trwa niecałe 3 minuty i jest opatrzone gitarową solówką już z innej bajki, a jednak chyba najlepszą w historii zespołu). Sikorski w końcówce „Domu” wszystko to przepowiedział (także nieuchronność swojego odejścia: natchniony poeta ustąpił miejsca zawodowym tekściarzom), w zasadzie parafrazując młodopolskiego Asnyka: „Znowu w drogę trzeba iść, w życie się zanurzyć, chociaż w ręce jeszcze tkwi lekko zwiędła róża” = „Trzeba z żywymi naprzód iść, po życie siegać nowe, a nie w uwiędłych laurów liść z uporem stroić głowę”.
    Fajną próbą nawiązania, a jednocześnie apdejtowania starego stylu była płyta „Czas czekania, czas olśnienia”. Otwierający „Cały mój zgiełk” ma konstrukcję a’la „Wrapped On Your Finger” The Police (z podobnie przyspieszającym refrenem), zaś tytułowy utwór jest po dawnemu długaśny i wzniosły, ale zagrany nowocześnie, głównie w warstwie rytmicznej – czyli za sprawą Zeliszewskiego, który mentalnie zaliderował w tym momencie zespołowi, niebanalnie bębnił i całkiem niezłe teksty napisał. Kolejna płyta była już gorsza, choć Lipko jeszcze pokazał, że przebojowy szlagier może nie budzić żenady (tytułowy kawałek, czyli pastiszowo dancingowe „Giganci tańczą”, z saksofonem nie gorszym niż w „Careless Whispers” ma swoją moc, a tekst Dutkiewicza pozostaje wciąż jakby aktualny, bo imprezy z januszami biznesów czy menagerami wyższych szczebli zahaczają o tę aurę).
    Źle zaczęło być w latach 90. No ale nie każdy może tak długo jak Robert Fripp.

  9. „Źle zaczęło być w latach 90.?

    „Cisza” to była ciągle bardzo dobra płyta.

    Żle zaczęło być w momencie, gdy zaczęły płynąć tantiemy za Takie tango. Bo zespół uzależnił się od sukcesu finanxowgo, kolejne albumy nagrywał już z myślą o powtórzeniu – niespodziewanego dla nich samych – sukcesu Tanga (co się oczywiście nigdy nie udało). Zaczęły się kłótnie o pieniądze i zmiany w składzie nimi spowodowane, co trwa w zasadzie do dzisiaj.

  10. Mnie też kiedyś złapał algorytm, głównie tym, że młodzież nie zna absolutnych klasyków nie tylko z lat ’80, ale także ’70 czy ’60. Czasem tylko fragmenty kojarzą ze ścieżek dźwiękowych. Zazdroszczę tym którzy mogą teraz przekopywać katalogi, płyty i odkrywać coś po raz pierwszy, bo tej muzyki nie ma w radiu, jeśli ktoś jeszcze słucha radia, często na jutubie nie ma jak właściciele pilnują, MTV nie ma.

    Inna rzecz którą lubię jak ktoś nie tylko reaguje ale potrafi zanalizować i wypowiedzieć się jak kompetentny słuchacz, nie muzyk. To na co zwracają uwagę raperzy w muzyce rockowo metalowej bywa zaskakujące i odkrywcze nawet w maksymalnie zgranych kawałkach.

    Budki Suflera nigdy nie słuchałem, za moich czasów to było dziaderstwo i obciach. No ale teraz jak się wyrwie z własnej perspektywy z lat dawno minionych, niektóre rzeczy brzmią inaczej.

  11. Jako rocznik 82 Sutkę Buflera kojarzyłem głównie z okresu obciachowego, tak się złożyło że mój pierwszy duży koncert w życiu to była właśnie Budka na fali Takiego Tanga. Słuchałem wtedy wprawdzie Sepultury i Morbid Angel ale dałem się wyciągnąć rodzicom i musiałem przyznać że mimo kiczowatości materiału brzmieli solidnie jak przystało na starych wyjadaczy. No ale nadal byli dla mnie obciachowi aż do momentu kiedy obejrzałem Przepraszam czy tu biją? Piwowskiego i opadła mi szczena. Podarowany Dzień z tym surowym riffem i tą dziwaczną częścią z kaczką i synthem pod koniec.

  12. „na każdego Matyska przyjdzie jego koza do woza”
    Takie połączenie przysłów nazywa się malafora. Mój ulubiony maszap z angielskiego to „we’ll burn this bridge when we get to it” (z jakiegoś mema, ale nadal cudne), a z polskiego „na pochyłe drzewo i Salomon nie naleje”.

  13. @bantus
    „za moich czasów to było dziaderstwo i obciach”

    D&O to ruchoma obelga, raz zmywana przez czas, innym razem nakładana. Znam takich, dla których płyty Budki z lat 70. są – a w zasadzie od początku były – dziaderskie, bo takie zapóźnione względem zachodnich inspiracji (hipisowskich, progresywno-rockowych, itp.), a „Za ostatni grosz” jest – i od razu był – nowoczesny i bezpretensjonalny.
    Siłą Budki (powiedzmy w latach 1975-95, uwzględniając aneks @aiborella o „Ciszy”) było to, że nawet brnąc w żenadę (strojąc się na dzieci kwiaty, kiedy już wypadało wdziać kubraczek zwany ramoneską) robili to rzemieślniczo porządnie i tak jakoś światowo (jakby przewidzieli internety i reaction videos z dalekich krain). Kiedy Lipko coś zżynał, np. z Anny Jantar robił Donnę Summer (Polak się wzruszy, słysząc „kiedy dziwisz się, że tak kocham nieprzytomnie, jakby zaraz świat miał się skończyć”, a słuchacz ze świata wychwyci tam Giorgio Morodera, acz unurzanego w słowiańskiej nucie), albo z Urszuli robi Maggie Reilly (sam bawiąc się w Oldfielda, też w ramach iścia z duchem czasu, bo obaj zaczynali od bicia w symfoniczno-rockowe dzwony – co uniwersalizuje przekaz, eksportuje te utwory, i poza kraj nad Wisłą i poza konkretny czas czy modę), to nadawał temu sznyt, polor, w porywach – klasę. „Jolka, Jolka” wyrosła z „Sailing” Stewarta i oba te kawałki mogą fascynować/irytować na bardzo podobnej częstotliwości (manieryczne ochrypłe darcie mordy przez Roda i Felicjana zakrawa na masturbację własnym głosem), a więc trafiając do mieszkańców różnych rejonów planety, mogą podobnie śmieszyć, tumanić, przestraszać.
    No i jest jeszcze odbiór imprezowy, w ogóle dezaktywujący klątwę D&O. Będąc alkoholowo wciętym lub mniej legalnie usubstancjowanym, zaczyna się doceniać potencjał Budki w kategorii karaoke, słowo „szlagier” traci obelżywy charakter, szanuje się balans Lipki między serio a pastiszem, między chamską zżynką a wyrafinowanym kowerowaniem, między zramolałym retro a metaświadomością, że z dalszej perspektywy każdy uwięziony w stylu poprockowiec jest ramolem. Lecz i na odwrót: jak coś było znakomicie zrobione w 1967, to ta dobra karma wróci, może z daleka, ale wróci. „Jolka, Jolka” jest świetna, ze względu na wolne tempo akcji, do karaoke improwizowanego, gdzie na bieżąco modyfikujesz tekst, najlepiej jakoś świętokradczo (np. jako opowieść o katastrofie smoleńskiej z punktu widzenia pilota; ale nie wracajmy już do tamtej imprezy).

  14. „opowieść o katastrofie smoleńskiej z punktu widzenia pilota”

    Jezus Maria, „gdy mówiłeś – zmieścisz się”?

  15. @WO
    Ten wajb. Żebrząc wciąż o lotnisko, gnałem przez noc. Zamilczmy o tym. Co było tamtego wieczoru, niech zostanie w tamtym wieczorze.

  16. Będą młodym chłopakiem (jak Wojtek, co został strażakiem 😉 ) usłyszałem „Noc komety” Budki Suflera. Potem zobaczyłem filmik do tego w Telewizyjnej Liście Przebojów. Jakie To Było Dobre! Nikt mnie na prowincji muzycznie nie edukował w tym kierunku, ale w jakiś sposób odróżniałem złą piosenkę od kiepskiej. Potem zaskoczony byłem, kiedy dowiedziałem się, że:
    a) to jest cover (bodaj czy nie zespołu Eloy),
    b) oryginał brzmi znacznie gorzej od kopii.

    Punkty a) i b) powyżej po raz kolejny świadczą, że Budka Suflera to zespół bardzo sprawnych muzyków. Nie znam innego przykładu zrobienia piosenki lepiej niż wersja oryginalna.

  17. @”Noc komety”
    Przepraszam, że komentuję własny wpism ale pisząc „Nie znam innego przykładu zrobienia piosenki lepiej niż wersja oryginalna.” miałem na myśli piosenkę polską. Po angielsku udało się to np. Hendriksowi z dylanowskim „All Along the Watchtower”.

  18. @ergonauta
    Oprócz imprezowego mam jeszcze odbiór samochodowy. Np. „Ratujmy co się da” pięknie się komponuje z drogą na urlop (i skłania do mocniejszego naciśnięcia na gaz, niestety).

  19. @fieloryb
    Nie znam innego przykładu zrobienia piosenki lepiej niż wersja oryginalna.

    Pewnie kwestia gustu, ale imho kilka się znajdzie. Ja np. przez lata uważałem że With a Little Help From My Friends w interpretacji Cockera jest o niebo lepsza od oryginału, który jest typowym Lennon & Mccartney numerem w stylu Penny Lane. Teraz nie jestem tak hardy w ocenie na skali lepsze-gorsze, ale dalej chyba wskazówka przechyla się w stronę zachrypniętego Joe. Inną taką piosenką jest Nothing Compares to U, gdzie pewnie znajdą się dwa stronnictwa – jedno od emocjonalnie rozdartej Sinead, drugie od Prince’a podbijającego każdą zwrotkę bombastyczną gitarą, ale zgaduję że fanów coveru będzie więcej a oryginał mało kto pamięta. Między 50s a 70s było też mnóstwo utworów, które swoją „kanoniczną” wersję uzyskały dopiero w drugim czy trzecim wykonaniu. Np. Motown regularnie wypuszczało te same utwory w wykonaniu różnych artystów ze swojej stajni. I Heard It Through The Grape Vine np. było najpierw hitem Gladys Knight a potem Marvina Gaye, nie mam w tym momencie lepszego przykładu ale było kilka takich które dopiero w kolejnej wersji stawały się hitami. I Fought The Law wypuścili The Crickets ale nie zażarło, Bobby Fuller Four zrobili z tego hit w 66 a potem, po wielu innych coverach na warsztat wziął to Clash w 79 i ta wersja też jest popularna, znowu kwestia gustu która lepsza.
    A co do Budki robiącej covery z polskim tekstem to jest przecież jeszcze Sen o Dolinie Billa Withersa od którego zaczęła się właściwie ich kariera.

  20. @fieloryb
    Po angielsku udało się to np. Hendriksowi z dylanowskim „All Along the Watchtower”.

    O tak, to też mój ulubiony przykład i tu pełna zgoda. Natomiast co do polskiej piosenki to brzmi jak wyzwanie, na pewno znajdzie się jakiś inny przykład, chociaż wydaje mi się że w naszej muzyce dominują jednak dwa nurty coverowania – jeden to odgrzewanie starego kotleta w stylu „młodzi śpiewają klasyki”, drugi to strojenie sobie żartów w stylu Gaby Kulki coverującej Iron Maiden. No i jest ten trzeci, czyli oryginał z polskim tekstem jak ten Sen o Dolinie, czy wspaniały przykład krindżu w postaci Haliny Frąckowiak śpiewającej o małym elfie na melodię z filmu Emanuelle. Albo Stachurski typ niepokorny, albo Big Cyc i Männer sind Schweine z repertuaru Die Ärzte. Wierzę jednak że znajdziemy jeszcze jakąś perełkę.

  21. @Cpt. Havermeyer
    Do twojej długiej listy kowerów lepszych niż oryginały dorzucić można Whitney Houston z „I Will Always Love You” i kilka innych anglojęzycznych utworów. Natomiast przeoczyłeś moje zastrzeżenie, że chodzi mi o piosenkę polską. Tutaj takiego sztosa w przeróbce Budki Suflera OIDP nie ma.

  22. @airborell
    „W stronę oczywistej chały Budka poszła jednak dopiero w latach 90., po (niespodziewanym dla nich samych) sukcesie Takiego tanga”

    Podcastex zrobił o tym odcinek: link to podkasty.info

    „Oni nigdy nie zaabsorbowali punka ani nowej fali (pewnie wpływ miało też to, że siedzieli w tym swoim Lublinie, gdzie trendy docierały później niż do Warszawy czy Trójmiasta)”

    Kolega pobiegnie teraz do księgarni i kupi sobie „Falę” Rafała Księźyka. Akurat w kwestii Dobrej Muzy (Postpunk/New Wave/Coldwave) w ejtisach, to polska prowincja (względem Warszawy czy Trójmiasta) była na czasie i nie ma się czego wstydzić. Ze ścianą wschodnią (Rzeszów, Lublin) na czele.

  23. „Fala” to świetna książka, ale pisałem nie o KSU czy innych Bułgarach, ale o Budce. Przy czym nie upieram się jakoś co do tezy o wpływie lubelskości Budki na jej „osobność” i funkcjonowanie „poza czasem”, to jest luźna hipoteza nie do zweryfikowania z braku materiału porównawczego.
    BTW Rzeszów był potężnym ośrodkiem postpunkowym, ale Lublin? Na szybko nie przypominam sobie żadnego znaczącego bandu z Lublina i aglomeracji (Puławy już w tę aglomerację nie wchodzą).

  24. @airborell „Na szybko nie przypominam sobie żadnego znaczącego bandu z Lublina i aglomeracji”

    Wbrew powszechnym mniemaniom upierałbym się, że Świetliki są zespołem lubelskim (już chociaż ze względu na samego Marcina Świetlickiego). To tak w kontekście ruchów alternatywnych.

  25. @fieloryb
    ” b) oryginał brzmi znacznie gorzej od kopii.”

    Jest to kwestia sporna. Ja tam wolę wokale i gitary w „Time to Turn”. Ogólny nastrój oryginału jest jak dla mnie ciekawszy, bardziej psychodeliczny, space rockowy.

  26. @fieloryb i Cpt. Havermeyer

    Do głowy przychodzi mi cover „California uber alles” wykonany przez Kazika. Oryginał Kennedysów jest taki właśnie typowo DK i wolny, a Kazik dodał tam mnóstwo poweru i rzecz jest dużo bardziej drapieżna. Oczywiście gust to rzecz względna, a sama piosenka jest dosyć mocno osadzona w swoim czasoprzestrzennym kontekście.

    Z coverów wykonanych przez Big Cyc to o ile dobrze pamiętam „Piosenka góralska” była chyba coverem albo pastiszem piosenki Skaldów.

    A skoro o Die Ärzte mowa to wypada też wspomnieć o „Alles auf Liebe” Die Toten Hosen, która to piosenka była chyba jednym z filarów sukcesu Ich Troje…

  27. @grendel
    Alles auf Liebe” Die Toten Hosen

    O kurcze, nie jestem szpecem od martwych spodni i nie znałem tego numeru. Co za odkrycie po latach, nie wiem jak mnie to ominęło. Na plus Wiśniewskiemu zaliczam fakt że przynajmniej w miarę wiernie przetłumaczył tekst, bo ten Big Cyc to zupełnie odwrócił sens oryginału zamiast ostrzeżenia dla dziewczyn mamy nawet fragment że może i świnia, ale jednak fajna. Jakoś zawsze mnie mierziło takie wstawianie pod dobrą melodię byle czego, byle tylko się ilość sylab zgadzała, chyba że oryginał też jest o niczym, wtedy ok.

    A Kazik zwykle dostarczał jeśli chodzi o covery. Mercy Seat też mu świetnie wyszło. W sumie to nie wiem czy W Południe nie jest nawet lepsze od orginału Grześkowiaka, Staszewski jednak jest trochę lepszym wokalistą, chociaż znowu to kwestia gustu, bo oryginał też ma swoje niepowtarzalne walory.

  28. @Cpt. Havermeyer
    „Na plus Wiśniewskiemu zaliczam fakt że przynajmniej w miarę wiernie przetłumaczył tekst”
    Tak. Jak nie jestem jego fanem, trzeba mu przyznać, że to jest porządne tłumaczenie, a nie własny tekst pod cudzą melodię. Takie rzeczy robi też Młynarski – np. „Burżuje” Brela poza końcówką, którą sobie wymyślił inaczej, to ładnie przetłumaczona piosenka.

    Kazik miał też Pasażera, T.Love z kolei „Na samym dnie” czyli „out of time man”
    Co do czysto polskich coverów, to był cały projekt „Szwagierkolaska” z piosenkami Grzesiuka. Tyle że to trochę pójście na łatwiznę, bo Grzesiuk miał bardzo proste instrumenty, to była z założenia piosenka uliczna (albo obozowa), więc współczesne technologie oferowały sporo usprawnień. A ja i tak wolałem Grzesiuka, był autentyczny.

  29. W latach 60. wielu polskich wykonawców śpiewało covery (albo bezczelne plagiaty) zachodnich utworów.
    Mamy „Ach jak bardzo cię kocham” Janusza Laskowskiego (na ukradzioną melodię „Tous Les Garçons Et Les Filles” Françoise Hardy), „Leciałem…” Gniatkowskiego (Volare), „Marionetka” Kunickiej (Puppet on the string) czy wreszcie „Bilet w jedną stronę” Heleny Majdaniec („One way ticket to the blues” Neila Sedaki, które miało mnóstwo coverów)

  30. Pasażera miała też Pidżama, Na około wieży – Brygada Kryzys, a np. Gun of Brixton – Alians. Zarówno Kazik (choć tu wpadamy w kategorię płyta z coverami), Doorsi jak i David Bovie grali Alabama Song. Apropo Młynarskiego, to zcoverował też Dezertera, tego samego, z którego Dezerter zrobił swój flagowy kawałek. Kiedyś wyczajenie takiego powiązania to było odkrycie.

  31. @Cpt. Havermeyer
    No to cieszę się, że dostarczyłem ci trochę pozytywnych emocji. Wydawało mi się, że to wszyscy wiedzieli i aż głupio mi było o tym wspominać. No ale w sumie to nie było takie oczywiste; ja wiedziałem bo miałem dawno kasetę TH (dostałem od kolegi w zamian za Paradise Lost), takie to były czasy.

    @kor
    O Młynarskim nie miałem pojęcia, aż muszę sprawdzić. Wiedziałem że to tekst Viana a nie Dezertera, ale nie przyszło mi do głowy szukać u innych.
    Guns of Brixton przerabiali też Analogsi; wersja Alians też jest ciekawa chociaż to raczej wariacja na temat.

    Właśnie, Kazik wydał płytę z przeróbkami Toma Waitsa. Dla mnie jako fana TW to świętokradztwo, ale muszę przyznać, że tłumaczenia Romana Kołakowskiego są świetne – czasem zupełnie odbiegają od oryginału, ale mają coś w sobie – np. taki „Rybi puzon” to zupełnie odrębny byt.

    To jeszcze wspomnę o Natalii Sikorze, moim zdaniem bardzo niedocenianym głosie. Jej wersje piosenek Brechta (znowu oidp w tłumaczeniu Kołakowskiego) są kapitalne (Piosenka i księżycu z Alabamy czy Jenny Korsarka).

    Aha, jeszcze a propos francuskich piosenek – jak dla mnie to „Amsterdam” Brela genialne wykonuje Camille O’Sullivan – wolę zdecydowanie jej interpretację. Jest to znalezienia w takim serwisie z tubą w nazwie.

  32. @budka
    Jak byłem młodszy to ich nie lubiłem, w końcu słuchali tego moi starzy, więc automatycznie była to muzyka dla starych ludzi. Teraz uważam, że Budka to fenomen, który nie ma porównania do innych zespołów rockowych z PRL. Taki Perfect do tej pory mnie nie przekonuje. Mieli dobre momenty jak płyty z początku lat ’90 (zawsze, gdy słyszę „Całkiem inny kraj”, od razu mam przed oczami budy z okolic Dworca Centralnego), albo „Symfonicznie”, ale nagrania z „klasycznego” okresu z Hołdysem zupełnie mnie nie ruszają.

    Budka to co innego. Wiele już tu napisano o „Samotnym domu”, mogę dodać, że dla mnie ten utwór jest prekursorem gotyckiego nurtu, który kilka dekad później uskuteczniał Closterkeller i inni. Nawet tekstowo „gotyckie odrzwia chylą się i skrzypiąc suną w bok”. Z kolei na kolejnej płycie w „Nocy nad Norwidem”, było „migotanie świec gotyk wyższym czyni wciąż”. Mimo 40 lat na karku nadal uwielbiam ten patetyczny styl, który nie zestarzał się tak, jak te wszystkie polityczne metafory.

    Ogólnie zagłębianie się w świat muzyki PRLu jest jak wyprawa do krainy dziwów. Kiedy świadomie zacząłem słuchać muzyki pod koniec ’90, myślałem, że droga do muzycznej kariery wyglądała wszędzie tak samo. Zespół nagrywał kolejne taśmy demo aż wpadł w oko komuś z wytwórni, podpisywał kontrakt i odtąd nagrywał longplaye. Jakie było moje zdziwienie, gdy trafiłem na box z płytami zespołu Turbo, gdzie dodatkowo były 2 cd z utworami nagranymi na początku ich działalności spoza oficjalnej dyskografii. „Po co oni tyle tego nagrywali, skoro nie wyszło na żadnej płycie?” pytałem wtedy, bo były to normalne nagrania studyjne, nie jakieś garażowe dema. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że to tzw. „nagrania radiowe”. Wcześniej znałem wyłącznie „nagranie radiowe” jako skróconą wersję utworu z płyty, którą ewentualnie można było wrzucić na stronę B singla.

    Budka też miała sporo takich nagrań, w tym prawdziwe perełki jak „Kula nocnego światła” z Wenglorzem. Klasyfikuję tę piosenkę w moim top 10 Suflerów. Do dziś nie rozumiem, czemu tak dobry utwór „zakopali” w szufladzie na lata. Wiem, że współpraca z Wenglorzem im nie wyszła, ale mogli to potem nagrać z Cugowskim, albo Andrzejczakiem. Innym fenomenem są nagrania po niemiecku. O ile pamiętam, w „Antologii” Budki wrzucili 4 takie piosenki, w tym „Jest taki samotny dom” jako „Ich bin neu geboren”. Na Youtube było tego więcej, trochę tak, jakby całe płyty nagrywali po niemiecku.

    @covery
    Polecam Kwartet ProForma, np. „In My Secret Life” Cohena jako „Mój tajemny świat” z Romanem Kostrzewskim na wokalu (to chyba jego ostatnie nagranie przed śmiercią). Ewentualnie „Gorzki płacz” z Kazikiem, cover „The Weeping Song” Nicka Cave’a.

  33. Skoro jesteśmy przy coverach – i to jeszcze w komentarzach do wpisu o filmikach na youtube – to jednym z moich odkryć są ludzie śpiewający współczesne piosenki w jakichś dawnych językach. Najbardziej lubię greendayowe „Boulevard of broken dreams” po łacinie, ale „Immigrant Song” po staronordycku czy „Omnis optant mundum regnere” to mocna konkurencja.

  34. @Cpt. Havermeyer
    Ich troje / Spodnie

    Serio?! No, ale to jak, nie miałeś ani kanału Viva, ani Viva Zwei w kablówce?! Jak to się stało?!

    @grendel
    „No to cieszę się, że dostarczyłem ci trochę pozytywnych emocji. Wydawało mi się, że to wszyscy wiedzieli, i aż głupio mi było o tym wspominać”

    No właśnie ja czuję tak samo. Że potem małolaty nie wiedziały, iż poza, nie wiem, jakimś sępem miłości (było coś takiego, że już tak nigdy nikt nie powie do osoby, o której traktuje song) to cover decydował o sukcesie tego składu, to jeszcze rozumiem. Ale rocznik 82? Nie, on udaje.

    @unierad
    Weeping Song bez Blixy = głośne i stanowcze nie.
    Kazik to chyba w utworze „W Południe” najlepiej się sprawdził.

  35. @Jan Rudziński
    W latach 60. wielu polskich wykonawców śpiewało covery (albo bezczelne plagiaty) zachodnich utworów.

    Aż mi się przypomniał Połomski coverujący House Of The Rising Sun. Ale to chyba nie była wyłącznie polska specyfika bo pamiętam też Karela Gotta śpiewającego All By Myself z czeskim tekstem zupełnie od czapy, chociaż to już lata 70te.

  36. Aż mi się przypomniało, że przecież niedawno zmarły Staszek też kiedyś spróbował Weeping Song, a nawet dane mu było wystąpić z Cave’em. I to pewnie nie jest wyczerpująca lista, znając życie i wartość tego utworu.

    A polskie rzeczy z PRL to też nie od dziś fajowa rzecz dla obcucha samplującego. Ostatnio mi algorytm podsunął rzecz o polskich samplach w zagranicznych produkcjach i PRL miał tam dość silną reprezentację. Czesiek, Budka czy Breakout na ten przykład właśnie.

  37. Budkę poznałem najpierw w ejtisowej wersji obciachowej i do dziś mnie odrzuca. Nie ma w moim słowniku słów dostatecznie obelżywych, by opisać jak chujowe jest „Nie wierz nigdy kobiecie” czy „Jolka”. W następnej dekadzie nie było lepiej.

    Dopiero później trafiłem na „Cień wielkiej góry”. Ja nawet czasem lubię rock progresywny. Jak się wysilę na obiektywność, to muszę przyznać, że to jest dobrze zrobione. Ale co z tego, jeśli się kojarzy. To jest moje prywatne cancel culture: nie będę słuchać osób odpowiedzialnych za te żenujące piosenki, którymi dręczyły mnie wszystkie stacje radiowe i telewizyjne.

  38. @grendel
    Dzięki!

    @Martin
    Ale rocznik 82? Nie, on udaje.

    Jak Boba kocham! Totalnie tego nie pokleiłem, wtedy mi Ich Troje mignęło jako jakiś taki comedy rock z tym patetycznym tekstem i zapomniałem a z TH znałem głównie Nichts bleib für die Ewigkeit i potem Jägermeistery. Dopóki MTV i VH1 w miarę dychało omijałem Vivę szerokim łukiem bo leciało tam głównie eurodisco i jakaś techniawka z Love Parade, potem na V2 było rzeczywiście trochę więcej ciekawej nuty. Może i bym się dowiedział skąd Wiśniewski sobie to pożyczył, bo faktycznie ktoś ze znajomych miał TH na kasecie, ale siedziałem wtedy już tak głęboko we wszelkich sierściuchach że niemiecki rock nie brzmiał mi na tyle apetycznie żeby się w niego zagłębiać. Taki etap. Możliwe też że to zwyczajnie wyparłem, ale raczej kolekcjonuję taką wiedzę i skrupulatnie wkładam w szufladki.

    Tak mnie teraz jeszcze naszło że dawno nie słyszałem już coveru który stałby się hitem tak jak ta Whitney Parton, czy Sinead O’Prince swego czasu, ale może po prostu nie śledzę mainstreamu na tyle, chociaż słuchając w zeszłym roku z przymusu radia eska czy tam rmf obcowałem ze sporą ilością coverów tak koszmarnych jakby generowało je AI. Takie wyprane z emocji powidoki to były, świta mi że chyba nawet słyszałem cover Barbie Girl gorszy od eurodiscowego oryginału.

  39. Nie wiem, dlaczego tak hejtujcie „Jolkę”. Przecież to piękna piosenka. Kto nigdy nie wył „Jolki”, koło północy, pijany, przy ognisku, płacząc rzewnie gdzieś tam w duszy, ten nie wie co to młodość.

    Co do interpretacji Cave’a to ciekawy projekt zrobił też Teatr Korez. A „Przekleństwo Millhaven” można znaleźć w dwóch wersjach (Kingi Preis i Moniki Węgiel) na płycie „36 x Nick Cave”. Obie wersje (moim zdaniem) genialne i zupełnie różne. Zresztą „Curse of Millhaven” to też ciekawy przykład tłumaczenia-nie-do-końca. Kołakowski (znowu on) wprowadził dodatkowy smaczek w postaci religijnych motywacji podmiotu lirycznego.

    Ale nam kolega @fieloryb otworzył króliczą norę…

  40. @Cpt. Havermeyer
    „świta mi, że chyba nawet słyszałem cover Barbie Girl gorszy od eurodiscowego oryginału.”

    To chyba ostatnio bardzo lubiany materiał do recyclingu w przemyśle muzycznym. W 2023 to nawet ze sceny leśnej OFF Festivalu poleciało to działo wsamplowane w jakiś breakbeat bounce. To był jakiś rapper (nie wiem, czy nie zamiast artystki Dreya Mac, w każdym razie był to facet i z brodą), do dziś nie wiem, jak się nazywa.

  41. @”I Will Always Love You”

    Wersję Dolly oceniam wyżej. Nie jest wyciskaczem łez, wykonawczyni zarządza zasobami głosowymi bez emocjonalnego botoksu Whitney.
    Aczkolwiek rzecz może być bardziej złożona. U Dolly słuchacz (lub: adresat) komunikatu nie jest obecny w pomieszczeniu, gdzie się śpiewa, to jest jej rozpamiętywanie, nie rozmowa; czy może tak: słuchacz (kochaś z utworu albo bogu ducha winny człowiek z zewnątrz, co kupił płytę/słucha radia) jeżeli nawet ją słyszy, to albo już daleka, albo jakby przypadkiem, ot, głos zza okna, dziewczyna rozpacza po chłopaku, a ja akurat przechodniem jestem między wami. Natomiast Whitney śpiewa pod publikę: zwraca się do kochasia, ale i do człowieka słuchającego (bo zapłacił za CD, rachunek za Internet czy abonament RTV), czyniąc go poniekąd Kevinem Costnerem całej tej parominutowej sytuacji. No i ja akurat wolę być przechodniem.
    Jeszcze inaczej rzecz widzi (słyszy) egzegeta na jutubie: „Listen to Dolly’s original version when your heart is breaking, listen to Whitney’s version when you’re ready to move on”, sugerując, że nie o gustach się tu dyskutuje, nie o popowych dyrdymałach, lecz o kwestii bycia – życiowym pesymistą lub optymistą.

    @Gaba Kulka
    Kowerując czasem się wygłupia, a czasem jest serio. Wspaniałe jest jej „London Calling” – śpiewane w manierze Kate Busch z okresu „Wuthering Heighst”, najlepsze w wersji live w duecie z tatą, wielce filharmonicznym Konstantym Andrzejem, która bardzo poszerza rozmaite perspektywy, także tę, jak może wyglądać życie rodzinne (otóż np. podstawowa komórka społeczna nie musi tańczyć jak jej zagrają kościoły i obyczaje, hipermarkety i tłuczki do obiadowych kotletów). Ale najbardziej mną wstrząsa jej „Co mi panie dasz?” w duecie z Czesławem Mozilem. Raz że założycielska wersja Bajmu wydawała się absolutna w swojej dyskotekowości lat 80′, a tymczasem, proszę bardzo, można było znaleźć aktualny ekwiwalent. Zaś dwa, że można jeszcze, proszę bardzo, rozmawiać o sprawach natury religijnej (o sensie istnienia na przykład) na poważnie, bo inwokacja – inaczej niż ta z „Pana Tadeusza” – jakoś wciąż porusza.

    @”The Passenger”
    Rekomenduję wersję „Siouxsie And The Banshees” – nie to, że lepszą niż Iggyy’ego, powiedzmy: kongenialną (zresztą, całej tej ich płyty z coverami „Through The Looking Glass” warto posłuchać). Takich niespodzianie równorzędnych coverów wydawałoby się niedoścignionych hitów jest kilka. A w tych kilku są takie, co przyprawiaja o zawrót głowy swoją nieoczywistością (Hendrix zrobił Dylana też fikuśnie, a jak skutecznie). Np. „Eleanor Rigby” w niebitelsowskim ujęciu zespołu Vanilla Fudge (też z całej płyty z coverami, które potrafią ciut inaczej położyć klepki w słuchającej głowie).

    @igor
    „To jest moje prywatne cancel culture”

    Najmocniejszym argumentem przeciw jest (też można zapodać głosem Zapasiewicza): nie ma okoliczności przyrody, w których mógłbym upaść tak nisko, by należeć do grona typowych wielbicieli Budki Suflera. Miłośnicy „Nie wierz” czy „Jolki” są jeszcze gorsi niż te pieśni, są jak ostateczny kamień u ich szyi.

  42. @Cpt Havermeyer
    „obcowałem ze sporą ilością coverów tak koszmarnych jakby generowało je AI”

    Tajną matką chrzestną AI jest teleturniej Familiada. Jej wytwory są generowane tak, by wynik zgadzał się z opinią jak największej ilości ankietowanych. Dlatego wychodzi taka breja. No i cała muzyka pop, w procesie stopniowej komercjalizacji, zrobiła się jak AI: nagrywasz pod hipotetyczny gust statystycznie jak największej ilości odbiorców.
    A siłą dobrego coveru jest coś na odwyrtkę: branie oryginału pod włos. Czyli branie pod włos globalnego inżyniera Mamonia, co lubi te piosenki, które już zna. Chcesz spełniać oczekiwania – nie nagrasz dobrego coveru. To okrutne, ale tu akurat formuła „zawsze się trochę gwałci” (jak Kołakowski Cave’a), działa.

  43. @procyon
    Jakość „Time to Turn” a „Noc komety”.

    Wystarczy porównać popularność tych dwóch wykonań w ich „środowiskach rażenia”. Angielska piosenka nie odniosła sukcesu na Zachodzie, natomiast „Noc komety” stała się hitem w Polsce.

  44. @ergonauta
    „Wersję [„I Will Always Love You”] Dolly oceniam wyżej. Nie jest wyciskaczem łez, wykonawczyni zarządza zasobami głosowymi bez emocjonalnego botoksu Whitney.”
    Popatrzmy na notowania list przebojów i ilość sprzedanych płyt z poszczególnymi wykonaniami. Niezależnie od tego co się komu podoba (mnie wykonanie W.H. nie podoba) są to niezależna od subiektywnego gustu mierniki popularności.

  45. @covery/plagiaty anglojęzycznych przebojów

    Ten nurt dał nam takie perły jak hiszpański pieśniarz El Príncipe Gitano wykonujący 'In the Ghetto’. Jest to zaśpiewane po angielsku, ale odradzam grę w 'pijemy szota za każde angielskie słowo, które uda się rozpoznać’.

    Z kolei 'Nowa Aleksandria’ Siekiery jest dla mnie lepszym utworem niż 'The Wait’ Killing Joke, z którego ją ponoć zerżnięto.

  46. „Wystarczy porównać popularność tych dwóch wykonań w ich „środowiskach rażenia”. Angielska piosenka nie odniosła sukcesu na Zachodzie, natomiast „Noc komety” stała się hitem w Polsce.”

    Ale jaka tam angielska.
    Ja się zgadzam, że wersja Budki jest lepsza, ale to jest kompletnie nieporównywalne. Pozycja Eloy nawet na niemieckim rynku była dużo słabsza niż pozycja Budki na polskim, a w szczególności te trzy nagrania ze słynnej poznańskiej sesji z 1982 z Andrzejczakiem dostały taką ekspozycję medialną, że naprawdę były skazane na zostanie hitem (niezależnie od ich obiektywnej „hitowości”).

  47. @fieloryb
    „Jakość „Time to Turn” a „Noc komety”. Wystarczy porównać popularność tych dwóch wykonań w ich „środowiskach rażenia”.”

    „Niezależnie od tego co się komu podoba (mnie wykonanie W.H. nie podoba) są to niezależna od subiektywnego gustu mierniki popularności.”

    Jeśli popularność jest tym samym co jakość, to najbardziej jakościowymi utworami są wspomniane w notce „o bejbi bejbi” z autotunem.

  48. Mój blog, więc nikogo się tu nie boję – otóż lubię „Nie wierz nigdy kobiecie” do tego stopnia, że mam na winylu i czasem puszczam. Cenię sobie oczywiście gitarowe riffy, ale cenię też tekst. Nie jest seksistowski, tytułowe słowa wypowiada osoba jednoznacznie pokazana jako będąca w kryzysie ześwirowania. Natomiast całą świętą trójcę (M/D/O) cenię sobie za – że tak powiem – „blokowy realizm”. Akcje ich piosenek dzieją się na blokowiskach takich jak moja Chomiczówka lub jej lubelskie ekwiwalenty (a nie na Nowym Mieście, gdzie mieszkał Trzaskowski). W popkulturze PRL najbardziej nie lubiłem prymitywnego eskapizmu, że udajemy że mieszkamy w normalnym kraju i śpiewamy „Monte Carlo is Great”, jakbyśmy nic tylko ciągle byli w drodze do fountenblo. No i zarówno gdy usłyszałem „Nie wierz…” po raz pierwszy jak i nastolatek (jako i teraz gdy tego słucham), cenię go sobie za ten blokowy realizm: od razu widzę ten przystanek, ten blok, rozumiem co to znaczy „światła wtedy było mało”.

  49. procyon
    „Jeśli popularność jest tym samym co jakość, to najbardziej jakościowymi utworami są wspomniane w notce „o bejbi bejbi” z autotunem.”

    A znasz bez szukania wykonawcę tego „oejbi bejbi” z autotunem? Myślę, że nie znasz i znać nie chcesz. A kiedy spytać o „Noc komety” to zarówno ty jak i wielu innych fanów polskiego rocka odpowie natychmiast.

    Swoją drogą lata 80 XX wieku i czasy współczesne są nieporównywalne, jeśli chodzi o dostępność muzyki.
    @WO
    ->Mogielnicki/Dutkiewicz/Olewicz
    Jest to kanoniczna trójca lat ’80, ale spokojnie można dodać tutaj np. Jacka Skubikowskiego (bardzo niedoceniony IMHO muzyk i tekściarz), Andrzeja Jakubowicza i kilka innych nazwisk.

  50. Ciekawie się ten filmik ogląda. Bardzo dobra piosenka zespołu, który zawsze hejtowałem, z bardzo xyuowych czasów, komentowana przez bardzo młode dziewczyny, sądząc po akcencie, gdzieś z okolic Zatoki Gwinejskiej. Fajne combo.

  51. @WO
    „Nie wierz nigdy kobiecie”

    Jako człowiek – za przeproszeniem – oczytany (oraz bywały w redakcjach, w pokojach nauczycielskich), wiesz, że narrator nie równa się autor, a podmiot liryczny piosenki jest literacką kreacją (np. na „osobę w kryzysie ześwirowania” albo na „osobę osuwającą się w toksyczną męskość”). Coś podobnego jak Mogielnicki, ale na bardziej zamaszystą skalę, zrobił Roger Waters z bohaterem The Wall; mogłoby się wydawać, że tam jest ciut łatwiej się połapać, że oto podmiot osuwa się w różne nerwice i toksyczności (osaczony światem, straumatyzowany śmiercią ojca na wojnie, zdominowany przez matkę, zewsząd okaleczany przez kulturę jako źródło cierpień), bo sytuacja jest rozwojowa, dwulongpejowa, no ale dziś już wiemy, że takie „We don’t need no education” pół świata odbiera zbyt dosłownie. Waters zresztą kończy powiewem optymizmu i zdrowia („Walk up and down outside the wall / Some hand in hand / Some gathered together in bands / The bleeding hearts and artists”) jakby apelował: wypierdolcie te smartfony do kosza!

    Ogólnopolski kłopot z „Nie wierz nigdy kobiecie” polega na tym, że większość jej słuchaczy nie ma – znów za przeproszeniem – humanistycznej bazy i odbiera jej refren jako osobistą poradę brodatego wujka Romualda, życiową mądrość podbitą pieczęcią: Budka Suflera. A już typowi (upraszczam, przepraszam) wielbiciele Budki, to w ogóle tu słyszą oficjalne potwierdzenie własnych odwiecznych intuicji (w ogólności: baba z wozu koniom lżej). Mogielnicki chciał dobrze, wyszło (w skali kraju) źle, a współwinnymi skandalicznej recepcji tej piosenki są Lipko z Borysewiczem, bo zrobili z tego tekstu nie tylko świetny rasowy kawałek, ale i chwytliwy szlagier, wpadający zbyt łatwo w zbyt wiele zbyt niekompetentnych uszu. Jak się kombinuje z podmiotem lirycznym to trzeba siedzieć cicho w awangardzie, być jak Varga czy inny Bernhardt, a nie robić taki hicior.

  52. @ergonauta

    „Ogólnopolski kłopot z „Nie wierz nigdy kobiecie” polega na tym, że większość jej słuchaczy nie ma – znów za przeproszeniem – humanistycznej bazy i odbiera jej refren jako osobistą poradę brodatego wujka Romualda”

    I z tego powodu ma mi się ona nie podobać? Co to za durne kryteria. Uwielbiam ją. I „Jolkę” też, poraża emocją.

    @igor

    „Nie będę słuchać osób odpowiedzialnych za te żenujące piosenki, którymi dręczyły mnie wszystkie stacje radiowe i telewizyjne”

    Bo dobre są tylko te piosenki, które się podobają nie więcej jak pięciu osobom, w tym mnie.

  53. @Piotr Kapis „jednym z moich odkryć są ludzie śpiewający współczesne piosenki w jakichś dawnych językach”. Jeżeli tolerujesz metal (dosyć podziemny), to jest taki zespół Arkhaaik, który już dwie płyty wypuścił śpiewane (przy dość liberalnej definicji tego słowa) w protoindoeuropejskim (PIE). Z lżejszych rzeczy, był też jakiś Fin (OIDP), który zaśpiewał cover Blue Suede Shoes po sumeryjsku.

  54. @aneks do „NWNK”
    Kurczę, rzuciłem uchem, tam Mogielnicki proroczo zapowiada i PiS z Konfą, i MAGA, świat w łapach takich toksycznie męskich świrów, ex-piwniczaków w blasku fleszy, inceli na czele partii politycznych:

    „Światła wtedy było mało, i pewności mi brak,
    Czy w dzienniku dziś widziałem jego, czy inną twarz”

  55. @wo
    „No i w ejtisach fajne było to, że piosenka pt. „Wycie psów na drogach rozstajnych” albo „Marzenie, fikcja oraz sen” mogła tak po prostu lecieć w mainstreamowym radiu, w którym dziś usłyszymy ino jakąś idiotkę, trzepoczącą sztucznymi rzęsami do „o bejbi bejbi” z autotuna.”

    A czy to aby nie jest fenomen radia (i może ogólniej – mediów publicznych) z lat 80, a nie popkultury ejtisowej jako takiej? No bo ja mam wrażenie, że popkultura jest obecnie bardziej zróżnicowana niż kiedykolwiek i bardzo łatwo jest sięgnąć po to zróżnicowanie, które wcale nie jest niszowe, tylko po prostu kiedyś w mainstreamowych stacjach radiowych muzykę grali ludzie z rigczem, a teraz nie.

  56. Przepraszam państwa, ale jeżeli już „Przekleństwo Millhaven” to w wersji Katarzyny Groniec. Zamiast licytować się na czarną komedię z oryginałem, przerobiono (w duchu „come at me, bro”) wykonanie na monolog legitnej psychopatki z sukcesywnie rosnącym napięciem. (Choć szkoda, że Kołakowski wyciął zwrotkę z „największym burdelem w historii tego kraju”…) Tutaj z animowanym obrazkiem:
    link to youtube.com

  57. @fieloryb
    „A znasz bez szukania wykonawcę tego „oejbi bejbi” z autotunem? Myślę, że nie znasz i znać nie chcesz. A kiedy spytać o „Noc komety” to zarówno ty jak i wielu innych fanów polskiego rocka odpowie natychmiast.”
    Myślisz, że więcej osób odpowie kto śpiewał „noc komety” niż na pytanie o „mydełko Fa” odpowie bez wahania „Shazza!” (nawet jeśli błędnie). Tak wygląda popularność.
    My możemy mieć inne podejście, bo znamy to co znamy i trzymamy się starych utworów, ale jeśli popularnośc decyduje, to Tailor Swift pewnie wygrywa.

    „Ogólnopolski kłopot z „Nie wierz nigdy kobiecie” polega na tym, że większość jej słuchaczy nie ma – znów za przeproszeniem – humanistycznej bazy i odbiera jej refren jako osobistą poradę brodatego wujka Romualda”
    Gorzej. Ogólnoświatowy problem jest taki, że ludzie nie słuchają tekstów porządnie i nie zastanawiają się nad ich przekazem. Nie wiem ile ma to wspólnego z humanistyczną bazą, ale tak jest. Stąd popularność takich „romantycznych” piosenek jak „Every breath you take” czy „Roxanne”, a w Polsce notoryczne puszczanie „Windą do nieba” na weselach albo tej jakże pełnej miłości piosenki „Och Ela, straciłaś przyjaciela”. „Nie wierzy nigdy kobiecie” ma dodatkowo ten problem, że ta wujowa porada przewija się w refrenie i jest silniejszym przekazem niż reszta piosenki. Nawet jeśli to nie „Jolka”, to ten przekaz zapada w pamięć. A to wszystko na podbudowie ludzkiego wybiórczego słuchania i analizowania tekstów.
    Świat jest pełen piosenek, które zostały źle zrozumiane. Albo zespołów których ludzie słuchają i nic z tego nie wynoszą. Potem taki ktoś wyrzuca Springsteenowi, że czy ten musi przemycać politykę do swoich nowych piosenek (po Streets of Minneapolis) albo niezadowolony fan, że Rage Against the Machine krytykuje polityków. Na co można tylko stwierdzić „A myślałeś, że o jaką maszynę tu chodzi?”

  58. @klamerka
    tylko po prostu kiedyś w mainstreamowych stacjach radiowych muzykę grali ludzie z rigczem, a teraz nie.

    Zacznijmy od tego że teraz to już nie są ludzie tylko playlista z automatu. Swoją drogą byłem lekko zafascynowany jak przez parę dni słuchałem Rockradia albo Eski Rock i byli tam goście którzy na żywo coś gadali puszczając każdego dnia te same numery. To jak chodzenie do biura i klepanie tego samego excelika każdego dnia. Ja nawet może nie miałbym za złe tego głaskania Mamonia (hehe, Wilq, dobra nazwa na wiesz co), gdyby chociaż puszczali różne numery tych wszystkich klasyków roka, a nie że jak Rolling Stones to Paint It Black a jak Metalika to Nothing Else Matters. Miałem kiedyś 20 lat temu krótką przygodę z radiem internetowym, słuchało nas w porywach ze 20 osób, ale mieliśmy dużą frajdę z wygrzebywania jakichś dziwnych nagrań z czeluści interwebsów, grzebiąc po różnych niszowych blogaskach muzycznych czy przeczesując czyjes dyski na soulseekach. Kiedyś zrobiliśmy audycję z dziwnymi coverami i były autocovery Beatlesów śpiewających po niemiecku Sie Liebt Dich, ye, ye, yeee, i Manowara w utworze Herz Aus Stahl, czy jakaś dziwaczna quasi dyskotekowa wersja House Of The Rising Sun po fińsku. Chyba finalnie nie puściliśmy tego Beatlesowego medleya Vanilla Fudge ale też był na liście.
    Teraz natomiast ludzie z rigczem robią jakieś podcasty or compatible. W pandemii miałem sporo radości ze słuchania Morettiego na Newonce z audycją Jezioro, Łabędzie. Ale to jak zwykle jest już nisza a mainstreamem rządzi św. Algortym.

  59. @Piotr Kapis
    „Nie wiem ile ma to wspólnego z humanistyczną bazą”

    Wiesz i ładnie to opisałeś: humanistyczna baza = słuchać tekstów porządnie i zastanawiać się nad ich przekazem.
    Tego uczy (że często źle uczy, to inna sprawa) szkoła, na obowiązkowych lekcjach języka polskiego, no ale przecież we don’t need no education, my potrzebujemy papierka: mgr.

  60. @ergonauta
    „Jako człowiek – za przeproszeniem – oczytany (oraz bywały w redakcjach, w pokojach nauczycielskich), wiesz, że narrator nie równa się autor, a podmiot liryczny piosenki jest literacką kreacją (np. na „osobę w kryzysie ześwirowania” albo na „osobę osuwającą się w toksyczną męskość”).

    Jasne, ale w tym tekście TO NIE SĄ SŁOWA PODMIOTU LIRYCZNEGO. To nie on się osuwa. On spotkał świra na przystanku. Więc Twoja analogia z Watersem jest bez sensu, chyba że byłaby jeszcze inna płyta, w której David Gilmour by opisywał jak koledze z zespołu odbija (jaka szkoda że jej nie ma).

  61. @ergonauta
    Myślę, że to jest w ogóle częsty problem, że idealnie przeciętny odbiorca przyjmuje bezkrytycznie to co słyszy albo identyfikuje się z podmiotem lirycznym i zupełnie inaczej odbiera intencje twórcy. Przychodzi mi jeszcze do głowy z naszej klasyki „Autobiografia”, gdzie PL jest po prostu złamanym xujem, który zrobiwszy dziecko dziewczynie zostawia ją i wiemy, jak to się skończyło.

    A druga kategoria to teksty, które zestarzały się jak mleko. Ot takie „Siedem dziewczyn z Albatrosa”, o 17-latce, którą podmiot liryczny, najprawdopodobniej sporo starszy, w wiadomych celach zabierał na fregatę.

  62. @ergonauta
    tam Mogielnicki proroczo zapowiada i PiS z Konfą, i MAGA, świat w łapach takich toksycznie męskich świrów, ex-piwniczaków w blasku fleszy, inceli na czele partii politycznych:

    „Światła wtedy było mało, i pewności mi brak,
    Czy w dzienniku dziś widziałem jego, czy inną twarz”

    Tu potrzebne jest zastrzeżenie (dla ewentualnych osób w kryzysie bycia z generacji Z), że w tamtym kontekście nie chodziło o to, że pokazano go w dzienniku jako polityka, tylko jako list gończy, „ktokolwiek widział proszony jest”. Wspomniany świr prawdopodobnie popełnił jakieś przestępstwo i jest poszukiwany.

    Natomiast tekstów przepowiadających toksyczną manosferę jest więcej, można by o tym osobną blogonotkę:

    Pracuję jedenasty rok u szewca
    Skończyłem z wielkim trudem siedem klas
    Za 1500 złotych w kuchni mieszkam
    W niedzielę lubię popić sobie albo w karty grać

    Czasami, gdy nie mogę zasnąć
    Na parapecie ostrzę wielki nóż
    Księżyca sierp pokrajałbym jak ciasto
    Strach pomyśleć, jak bezbronny
    Byłby mego szewca brzuch

    Modlę się, by latający talerz
    Wylądował właśnie tu
    By zielone mnie zabrały jak najdalej
    Zanim skończę w kuchni ostrzyć
    Ten stalowy długi nóż

    (#mamtonawinylu)

  63. @pk
    albo niezadowolony fan, że Rage Against the Machine krytykuje polityków. Na co można tylko stwierdzić „A myślałeś, że o jaką maszynę tu chodzi?”

    Jest gdzieś filmik jak jacyś magowcy czy inne trumpoidy skaczą do Killing In The Name Of, oidp Repsi też używali Born in the USA jako podkładu pod kampanijne wiece. Czekam na ten dzień kiedy któryś puści Dead Kennedys startując na gubernatora Kalifornii.

  64. Przepraszam za dubla, ale chciałem napisać, że @Piotr Kapis i Cptt. Havermeyer bardzo dobrze opisali, to co chciałem zarysować.

    @Andres Vierny
    Tak, jest wersja Groniec, dobra, chociaż dla mnie osobiście trochę niżej (ale też na podium). Mignęła mi też wersja Liszowskiej, ale zupełnie nie podeszła.
    I tak, też żałuję, że Kołakowski sporo z tej piosenki wyciął. No ale takie jego zbójeckie prawo jako tłumacza.

  65. W temacie niesłuchania tekstu przypomniał mi się ten filmik z Grohlem dającym lekcję pisania hitów Kyle’owi z Tenacious D. Wiekszość ludzi zapamiętuje tylko refreny więc don’t bore us, get to the chorus.
    Może nie wszyscy lubią takie poczucie humoru, ale mnie bawi, no i jest to sama prawda.

    link to youtu.be

  66. @muzyka z RiGCzem w radiu

    Faktycznie, w eterze już się nie spotyka. Ja parę lat temu złapałem bakcyla na przeróżne community radios w internecie i dość regularnie włączam na długie trasy samochodem czy w domu, jeśli akurat nie mam weny na układanie plejlisty. W PL mamy Radio Kapitał, za granicą instytucją jest już londyńskie NTS, do tego można znaleźć perełki jak IDA Raadio (Tallinn), Kanal 103 (Skopje), Radio Buena Vida (Glasgow), Radio Gwen (Chiasso) czy Noods (Bristol).

    Muzycznie to są kopalnie zaskoczeń i inspiracji. Didżejują ludzie a nie boty, często eklektycznie do bólu (zaraz po ejtisowych pościelówach potrafi wjechać set hardcore techno). Z drugiej strony brak wiadomości i publicystyki, audycje mają nierówny poziom, no i nie każda stacja gra 24/7. Czyli taki plasterek na ranę.

  67. @Cpt. Havermeyer
    „Czekam na ten dzień kiedy któryś puści Dead Kennedys startując na gubernatora Kalifornii.”

    Wciąż byłoby to lżejsze niż ktoś sponsorowany przez piewcę transhumanizmu, Petera Thiela, z utworem „Kill the Poor” w wyścigu prezydenckim. Ale aż tak chyba się nie da nawet tam. Ponoć na jakimś koncercie DK w Niemczech była kiedyś akcja, że ktoś zrozumiał dosłownie i w tym duchu jechał „singalonga” (gdzieś czytałem albo ktoś mi to mówił).

    @Jolka
    Jolka ma zdradę z autobusem Arabów (tutaj się nie znam, na ile to może był ironiczny opis kolejnego świra, że zdradziła go i nigdy nie był już sobą, ale trąci to jednak akobeum cringe’u z obecnej perspektywy). Sam słuchałem jako ósmoklasista w ramach tych wszystkich składanek polskiego rocka bardzo modnych w początkach najntisów. Chyba nie ma to podjazdu do „Nie wierz nigdy kobiecie”.

    @wo
    „Tu potrzebne jest zastrzeżenie (dla ewentualnych osób w kryzysie bycia z generacji Z)”

    Merci beaucoup. Jako bardzo późny iks (z usilnym naciskiem na bardzo, gdyż nie dane mi było nagrywać na szpulowcu z radia (Beksę tylko na kaseciaka w latach 90., bo puszczał Cave’a, PJ Harvey i Type O Negative, Wiernika bo puszczał i jakiś Buzzcocks, i nawet hity w postaci Dirt AIC) ani stać z Wilgą na głowie w Jarocinie) też kompletnie nic nie rozumiałem z tego wątku. Dopiero teraz jarzę.

    @szmermurszu
    „Z kolei 'Nowa Aleksandria’ Siekiery jest dla mnie lepszym utworem niż 'The Wait’ Killing Joke, z którego ją ponoć zerżnięto”

    Zerżnięto riff(y), dlatego Nowa Aleksandria faktycznie ma swoją odrębną wartość, zwłaszcza w warstwie tekstowej. Z kolei The Wait najbardziej lubię z The Garage Days Re-Revisited. Chyba dlatego, że tak surowo.

  68. @szmermurszu
    @muzyka z RiGCzem w radiu
    A ja myślałem, że to oryginalne, że słucham radiostacji z etiopską muzyką ludową.
    Dziękuję za podpowiedzi w kwestii stacji radiowych. Mam nadzieję, że nadają w internecie.

  69. @wojtek_rr
    „Bo dobre są tylko te piosenki, które się podobają nie więcej jak pięciu osobom, w tym mnie.”

    Technofaszyści którzy chcą gamifikować przemysł muzyczny mają już gotowy produkt AI dla ludzi, którzy chcą słuchać utworów jednorazowych czy tam unikalnych. Nie wiem czy ktoś już wymyślił polską nazwę.

    Użytkownicy apek do tworzenia muzyki AI podobno w kółko słuchają wypromptowanych przez siebie utworów i nie zależy im na publikowaniu czy rozpowszechnianiu tych utworów. Jeśli ten trend słuchania muzyki upowszechni się w przyszłości i nawet nie trzeba będzie promptować, ale maszyna będzie idealnie trafiała w gust użytkownika na postawie polubionych czy przesłuchanych utworów, powstanie rzesza ludzi, którzy słuchają muzyki której nikt inny nie słyszał ani pewnie nie usłyszy. Doskonała emocjonalna izolacja. Potrzebna oczywiście dla space górników w pasie asteroid wydobywających cenne minerały dla giga korposów.

    @Jolka i Nie wierz
    Pierwszą słyszałem jako dzieciak i było dla mnie jasne, że to żart. I ok może byli ludzie, którzy traktowali Big Cyca serio, ale muj borze, poświęcanie uwagi takim nudziarzom to z kolei inny rodzaj zboczenia.

    Drugą podsunał mi kiedyś jutubowy algo i ten teledysk, stylówa, stare brzmienie i żartobliwy tekst bardzo mi się spodobały. No ale to już była dla mnie muzyka wyjęta z kontekstu. Częścią zafascynowania było to, że nie mogłem uwierzyć, że to Budka Suflera, która kojarzyłem z czegoś zupełnie innego. Nie wiem dlaczego nie kojarzyłem też Jolki jako utworu BS.

    Ogólnie moralizatorskie podejście do sztuki wydaje mi się podejrzane. Czy mamy sarkać na Guerenikę Pisassa bo jakiś psychopata sobie pomyśli, że bombardowanie miast jest super? Jest cała masa filmów lepszych czy gorszych, które są odbierane przez niektórych ludzi jako obrazy promujące antyspołeczne postawy a nie piętnujące je. Nie ufam ludziom, którzy mówią, że z tego powodu przestają jakieś dzieło sztuki doceniać czy lubić. To znaczy, że traktowali je jako atrybut, token przynależności do jakiejś grupy.

  70. @ergonauta
    „Wiesz i ładnie to opisałeś: humanistyczna baza = słuchać tekstów porządnie i zastanawiać się nad ich przekazem.
    Tego uczy (że często źle uczy, to inna sprawa) szkoła, na obowiązkowych lekcjach języka polskiego, no ale przecież we don’t need no education, my potrzebujemy papierka: mgr.”
    No to większość ludzi nie ma humanistycznej bazy. Nawet pewnie większość ludzi z wyższym wykształceniem jej nie ma. I to nie w ostatnich latach, ale od dekad. Ludzie z tak zdefiniowaną humanistyczną bazą nie są normą, są outlierem. A nawet jeśli ją mają, to też się będą łapać na te różne sztuczki, że melodia wesoła, więc do piosenki można sobie poskakać czy chociaż pokiwać nóżką do taktu, a dopiero aktywne wsłuchanie się pozwoli wyłapać, że coś tam jest nie tak.
    Czyli ta niechęć Igora do piosenki która może być źle odczytywana jest w pewnym sensie uzasadniona, bo jeśli może być źle odczytywana, to będzie źle odczytywana. Odbiorcy bez humanistycznej bazy – czyli większość – złapią nie te motywy co trzeba. Pewnie dałoby się to jakoś lepiej opisać przy pomocy teorii memów czy czegoś podobnego, ale można i prosto – jeśli większość ludzi nie ma wystarczającego zestawu umiejętności żeby to odczytać, to nie złapią ironii i przyjmą przekaz, który autor chciał wyśmiać.

    To jest w ogóle temat-rzeka, bo przecież to samo jest w innych dziedzinach i te wszystkie plotki czy pudelki nie wzięły się znikąd. Upadek dziennikarstwa zaczął się wcześniej a pogoń za sensacją zawsze istniała.
    W wydanej w 1998 roku piosence „You get what you give” zespołu The New Radicals, jej twórca przeprowadził eksperyment. W pewnym momencie pojawił się następujący tekst

    Health insurance, rip-off lying
    FDA, big bankers buying
    Fake computer crashes dining
    Cloning while they’re multiplying
    Fashion shoots with Beck and Hanson (don’t give up)
    Courtney Love and Marilyn Manson
    You’re all fakes, run to your mansions
    Come around, we’ll kick your ass in

    No i co? Dziennikarze rzucili się zaraz na ten kawałek o Courtney Love i Marylin Manson, you’re all fakes, pierwszą połowę olewając. A przecież ona jest aktualna do dzisiaj, może nawet teraz bardziej.
    Ludzie śpiewają bezmyślnie, liczą się emocje, a te może wywołać melodia albo powierzchowny przekaz na przykład refrenu czy pierwszych słów.

    @Cpt. Havermeyer
    „Miałem kiedyś 20 lat temu krótką przygodę z radiem internetowym, słuchało nas w porywach ze 20 osób”
    Ja też! Nawet nie taką krótką, ładnych parę lat regularnego grania i gadania. I pamiętam, że jednym z zastrzeżeń do mnie było to, że grywam za dużo muzyki w języku innym niż angielsku (a ja do dwugodzinnej audycji wrzucałem z jeden czy dwa kawałki francuskie).
    Natomiast jednym z plusów było to, że sam odkrywałem muzykę. Otwierało się requesty, albo po prostu gadało z ludźmi na irc czy – później – discordzie. Oni pisali co by chcieli usłyszeć, ja sprawdzałem w tle co to jest i czy pasuje do tego co gram i jeśli nie przeszkadzało to szybko kupowałem piosenkę na itunes i wrzucałem ją do kolejki.

    Mam podobne odczucia co do stacji radiowych. Gdy kupiłem samochód moja partnerka uznała, że przecież radio to najlepiej jakiś rock, więc ustawiła którąś z tych stacji. No i jak się jeździ w jakichś losowych czasach to jest spoko. Ale gdy wyjeżdżamy regularnie o tej samej porze i regularnie słyszymy tę samą piosenkę Metalliki akurat gdy podjeżdżam pod dom, albo w trakcie dopada nas polski rock w postaci wydzierania gardła przez Nosowską (ta kobieta nie umie śpiewać! Czemu ona jest popularna?) czy jakiegoś „Szła biedronka po zasłonkach” albo „Kiedy siedzę na maszynie…” to złapaliśmy się na tym, że regularnie zmieniamy stację. Te same kawałki, część z nich strasznie zła.
    Mamy też radio w domu włączane głównie gdy zabieramy się do prasowania. I tam też była ta stacja rockowa, ale ze dwa tygodnie temu złapany przez kolejne zawodzenie któregoś polskiego wyjca przełączyłem na pierwsze lepsze coś co miało minimum sensu. To nawet nie jest muzyka którą lubię, ale wystarczy że mnie nie wkurza.

  71. Dziwnie się przejęzyczyłem w kwestii Wiernika, to były lata 90., zatem chodziło o Boss Hog. Ta audycja leży gdzieś zresztą w jakiejś szufladzie u moich emerytów. Nie wiem, skąd mi się wziął ten Manchester, w każdym razie i tak dygresja, choć Buzzcocks też mógł Wiernik puszczać.

  72. @bantus
    „Czy mamy sarkać na Guerenikę Pisassa bo jakiś psychopata sobie pomyśli, że bombardowanie miast jest super? Jest cała masa filmów lepszych czy gorszych, które są odbierane przez niektórych ludzi jako obrazy promujące antyspołeczne postawy a nie piętnujące je. Nie ufam ludziom, którzy mówią, że z tego powodu przestają jakieś dzieło sztuki doceniać czy lubić”

    Ha! I tu możemy wskoczyć na kolejnego konika, chyba że WO nas wszystkich pogoni. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś na podstawie Guerniki uznał, że wojna jest super, ale (jak sam przyznałeś) wiele filmów jest zupełnie inaczej interpretowanych. Czy przestać doceniać „Fight Club” albo „American Psycho” tylko dlatego, że zostały przez wiele osób zrozumiane DOSŁOWNIE odwrotnie? No raczej nie. Ale czy możemy przyznać, że miały spory wpływ na popularyzację różnych dziwnych poglądów? No, chyba możemy.
    Jednym z moich ulubionych przykładów są „fani” filmu”Żołnierze kosmosu” nie dostrzegający tego całego wyśmiania militaryzmu.

  73. @grendel
    „Starship Troopers”

    Haha, nie była to chyba jakaś znacząca kulturowo produkcja, ale faktycznie wydaje się to przedziwne. To całe „Would you like to know more” nic im pewnie nie mówiło też?

  74. Guernika to może nie, ale socrealizm już różnie. Tak samo rasizm jest przedstawiony i w „Żołnierzach kosmosu” i w „Birth of a Nation”. Myślę, że nie można wylać dziecka z kapielą całkiem ignorując polityczny kontekst. W najlepszym razie można wzruszyc ramionami w stronę „Lovecraft był obleśnym rasistą, ale to nie jego rasizm jest wart zapamiętania” itp.

    Im medium bardziej immersyjne, tym trudniej jest, by było krytyczne wobec POV postaci czy zjawiska. Antywojenna książka czy obraz jest wyobrażalna, film – ciężej, gra komputerowa – ekstremalnie trudno, prawie 20 lat po premierze „Spec Ops: the Line” ta gra jest nadal kontrowersyjna, a przecież też subtelna bynajmniej nie była (gracz miał się czuć jak ostatni zbrodniarz i szmata i cała gra na to solidnie pracowała, ale nadal – jest to strzelanka FPP…).

  75. @fieloryb
    tak, to są wszystko stacje internetowe – w trasie słucham ich najczęściej z apki Radio Garden, na pececie darmowy foobar2000 daje radę.

  76. @egzegeza tekstów piosenek
    ale żeście pojechali w rapiery analityki tekstowej;
    a mnie się wydaje, że 99% to jednak muzyka, a jak się trafia dobry/pasujący tekst,
    to super, ale najpiękniejsze, najbardziej trafne frazy, nie znaczą nic, bez dobrej muzyki i jej wykonania – z wokalem włącznie;
    niech każdy zrobi własny rachunek sumienia – ile jest dobrych piosenek (celowo nie piszę popularnych) – gdzie tekst jest taki se, a całość i tak wymiata;
    dawno temu, chyba w dużym formacie na ostatniej stronie były tłumaczenia bardzo znanych piosenek; pewnie często były celowo dobierane tak, aby pokazać, że ich teksty nie były świetne (a często wręcz na przeciwko);
    bo jednak najpierw muszą słuchacza porwać dźwięki muzyki;
    żeby dostrzec zalety tekstu – trzeba przestać (po części) słuchać muzykę;
    a żeby analizować tekst-to w zasadzie muzyka musi się stać tłem (niemal nie istniejącym dla analizującego)

  77. @fiat
    „ale żeście pojechali w rapiery analityki tekstowej;
    a mnie się wydaje, że 99% to jednak muzyka, a jak się trafia dobry/pasujący tekst,”

    Powiedzmy że chwilowo nie wytnę, ale ustalmy że TUTAJ jest pan z takim podejściem dyskryminowaną mniejszością.

  78. @Martin_S
    „Zerżnięto riff(y), dlatego Nowa Aleksandria faktycznie ma swoją odrębną wartość, zwłaszcza w warstwie tekstowej.”

    Zdaje się, że też melodię refrenu (gdzie Coleman: „The Waaaiiit!”, tam Malina: „Oo-oooo”) i to łkanie syntezatora odpowiadające zaśpiewowi.

    „Z kolei The Wait najbardziej lubię z The Garage Days Re-Revisited. Chyba dlatego, że tak surowo.”

    O istnieniu coveru Metalliki nie wiedziałem, dzięki! Właśnie niedostatek surowości mnie uwierał.

  79. @pgolik
    „Jeżeli tolerujesz metal (dosyć podziemny), to jest taki zespół Arkhaaik, który już dwie płyty wypuścił śpiewane (przy dość liberalnej definicji tego słowa) w protoindoeuropejskim (PIE). Z lżejszych rzeczy, był też jakiś Fin (OIDP), który zaśpiewał cover Blue Suede Shoes po sumeryjsku”

    W przypadku Black Metalu to by nawet miało sens – w końcu te wszystkie Nergale i Tiamaty to bóstwa sumeryjskie. Ale Blue Suede Shoes?

    @wo
    „Tu potrzebne jest zastrzeżenie (dla ewentualnych osób w kryzysie bycia z generacji Z), że w tamtym kontekście nie chodziło o to, że pokazano go w dzienniku jako polityka, tylko jako list gończy, „ktokolwiek widział proszony jest”. Wspomniany świr prawdopodobnie popełnił jakieś przestępstwo i jest poszukiwany”

    Dzięki. Nie jestem Generacja Z, a serio myślałem że tu chodziło o jakiegoś Ericha Honeckera.

    „Natomiast tekstów przepowiadających toksyczną manosferę jest więcej, można by o tym osobną blogonotkę: (…)
    Zanim skończę w kuchni ostrzyć
    Ten stalowy długi nóż”

    Z innych ejtisowych tekstów, przepowiadających nadejście ery świrów i alt-rightu, kojarzę „O Ela” („kupiłem na targu nóż sprężynowy / po tamtym zostało tylko wspomnienie”) – chociaż to trochę paździerz, w dodatku tekst jest obleśny – no i oczywiście wspaniałe, nieśmiertelne „Zamki na piasku” Lady Pank.

  80. @fiat127
    żeby dostrzec zalety tekstu – trzeba przestać (po części) słuchać muzykę

    Wydaje mi się że to też zależy od miksu i tego jak są podane wokale, no i od gatunku muzycznego. Czasem tekst wychodzi do przodu a muzyka jest akompaniamentem jak w wielu klasycznych balladach, gdzie ważniejsze jest co zrobił Boy Named Sue a nie czy pod spodem ktoś zagrał efektownego licka w e-moll, albo czy ładnie zmienił tonację w mostku. Czasem za to rządzi solidny riff, a wokal redukuje się bardziej do surowej emocji, nawet kosztem dykcji, co tak pięknie parodiował Weird Al udając Cobaina. A gdzieś w tym wszystkim jest też taki np. Beck, który pisał celowo absurdalne teksty do Losera czy Beercan żeby sprawdzać czy ktoś w ogóle go słucha, znając z góry odpowiedź, bo kto pamięta coś innego niż I’m a loser baby, so why don’t you kill me? Jako że jesteśmy zwierzętami emocjonalnymi a nie racjonalnymi to większość z nas będzie czuła ukłucie serca kiedy Felicjan eeeeeemigrował nad ranem, puszczając mimo uszu tych Arabów, albo rozładuje się gniewem Zacka krzyczącego że now you do what they told ya, podstawiając sobie w głowie dowolnych adwersarzy pod to „them”.
    Pewnie też dlatego teksty są dzisiaj coraz bardziej gunwiane, albo mamy utwory gdzie jest 2 razy ta sama zwrotka i sto razy refren, bo to działa i wystarczy jeden w miarę dobry hook i jakaś powtarzana w kółko fraza żeby mieć kolejny hit o którym wszyscy zapomną za pół roku.

  81. @wo
    jakbyśmy nic tylko ciągle byli w drodze do fountenblo

    Fountain bleee!
    Do historii przeszedł paw puszczany przez kolegę na imprezie – taką techniką, że treść żołądka wyszła przez otwarte okno, a ani kropla nie spadła na nieprzytomne osoby leżące na łożu pod oknem. W tle zaiste była jakaś muzyka. Może nawet Sutka Buflera.

  82. @szmer
    Zdaje się, że też melodię refrenu (gdzie Coleman: „The Waaaiiit!”, tam Malina: „Oo-oooo”) i to łkanie syntezatora odpowiadające zaśpiewowi.

    Ja zawsze traktowałem Aleksandrię jako trochę hołd dla KJ, jest tam przecież takie mrugnięcie okiem dla kumatych, kiedy w „Bez Końca” pojawia się fraza „Miłość jak krew”. No i też gitara Geordiego była nie do podrobienia, więc tego się nawet nie dało tak po prostu zerżnąć na chama, to musiała być inspiracja/interpretacja. Co też jest wspaniałe dla tamtych czasów, bo niedobory sprzętowe, czy jakość nagrań wymuszała kreatywność i indywidualność. Dzisiaj na yt są setki filmików w stylu „jak osiągnąć brzmienie tego i tego”, łącznie z gotowymi presetami do zassania.

    A jak już ktoś wspomniał Garage Days to ja KJ poznałem dzięki temu że miałem te Metallicę przegraną od kumpla na kasetę z jakiejś bazarowej wersji And Justice For All, gdzie ktoś postanowił dorzucić epkę na drugiej (albo 4 bo to chyba było na 2 kasetach) stronie. Tak samo dzięki Sepulturze poznałem moje ukochane Os Mutantes i szczerze kocham te covery które robione są jako hołd dla młodzieńczych bohaterów żeby kolejne pokolenie mogło odkryć coś wspaniałego.

  83. @wojtek_rr
    I z tego powodu ma mi się ona nie podobać? Co to za durne kryteria. Uwielbiam ją. I „Jolkę” też, poraża emocją.

    „Horst Wessel Lied” [toute proportion gardée] też poraża emocją [mnie tak], nawet zaskakująco pozytywną [jeżeli czytać tekst], zwłaszcza w stosunku do owej „Jolki”. So what? Nie słucham jednak HWL ani na imprezach, ani prywatnie. Gdybym nie wiedział, o co w tym utworze chodzi, zapewne byłoby inaczej.

  84. @mnf
    „W przypadku Black Metalu to by nawet miało sens – w końcu te wszystkie Nergale i Tiamaty to bóstwa sumeryjskie. Ale Blue Suede Shoes?”
    Ale to nie jest metal. Jakiś fiński akademik propaguje tak swoją dziedzinę.
    Swoją drogą brzmi jak „Bubu abu din” Bończaka z Podróży Pana Kleksa.

  85. @ergonauta
    Wiesz i ładnie to opisałeś: humanistyczna baza = słuchać tekstów porządnie i zastanawiać się nad ich przekazem.

    Od kiedy sam siebie pamiętam, a jestem BARDZO stary (Gospodarz widział mnie 15+ lat temu ale przez ekstrapolację może zaświadczyć) a priori nie próbuję rozumieć tekstów, co o tyle łatwiejsze, że i tak są niewyraźne (a dkn, polskie o rząd wielkości bardziej niż inne). Po zrozumieniu warstwy językowej tekstu (zdarzało mi się w życiu) ma się niekiedy (przyznaję: JA MAM) atak żenady, który psuje odbiór dźwięku (muzyki i tych tam formantów ludzkich).

    Teraz jest pytanie: kto z powodu głuchoty źle zrozumiał Homera, i jak dalece wpłynęło to na dalsze dzieje małp naczelnych w układzie słonecznym.

  86. @Cpt. Havermeyer
    „Dzisiaj na yt są setki filmików w stylu „jak osiągnąć brzmienie tego i tego”

    Jest też np. Amplitube oraz ToneNET, a to, co najciekawsze w tym wszystkim, to właśnie te tysiące presetów, które robią sami użytkownicy na bazie „tego i tego” – to jest zresztą zawsze dużo fajniejsze niż samo „zagraj jak” i wieczna aproksymacja tego 1:1 (pewnie niejeden szarpidrut pamięta z lat szczenięcych, jak wkurzający zawsze był kolega na próbie, który natrętnie wciskał swoje „zagrajmy jak”). I fakt, że składową najlepszego brzmienia jest zawsze coś bezpośrednio z łapy, pozostaje wciąż niezmienny AD 2026, bez względu na nadpodaż i „inflację”. Nie wiem, jak w elektronice, ale przecież, co jakiś Richard D. James ukręcił wirtualną gałką, to też jego.

    @tekst/muzyka

    Miałem takiego kolegę, co słuchał post-punka brytyjskiego „dla klimatu” (tekstów ni w ząb). I się nie mogłem nadziwić, jak mu ten Mark E. Smith z the Fall wchodził w tym trybie.

  87. @Gammon No.82
    „Teraz jest pytanie: kto z powodu głuchoty źle zrozumiał Homera, i jak dalece wpłynęło to na dalsze dzieje małp naczelnych w układzie słonecznym.”
    A propos Homera… W 2017 Emily Wilson przetłumaczyła na nowo Odyseję, ale odrzuciła niektóre założenia wcześniejszych tłumaczy. Dam fragment tekstu na ten temat
    „Then in 2017, Emily Wilson became the first woman to translate Homer’s epic into English. And suddenly, people realized how much the story had been rewritten.
    Take one word: „polytropos.” It’s the very first description Homer gives of Odysseus. The first word that tells you who this character is.
    Previous translators rendered it as „resourceful” or „versatile” or „of many ways.” Sounds admirable. Heroic, even.
    Emily Wilson translated it as „complicated.”
    That one word changes everything. Odysseus isn’t just clever—he’s morally ambiguous, manipulative, difficult. The kind of person who lies even when truth would work better. The kind of survivor who does whatever it takes and doesn’t always feel guilty about it.
    That’s actually what Homer said. But for centuries, translators smoothed it over because heroes were supposed to be noble.”
    (…)
    „Or take Penelope, Odysseus’s wife who waits 20 years for him to return.
    Earlier translators loved emphasizing her faithfulness, her purity, her patient suffering. She was the ideal Victorian wife: passive, chaste, devoted.
    But Homer’s Greek describes Penelope as „periphron”—which means „circumspect” or „prudent” or „strategic.”
    Wilson emphasizes this throughout. Her Penelope isn’t just waiting—she’s strategizing. She’s manipulating the suitors, buying time, gathering intelligence, positioning herself politically.
    When Odysseus finally reveals himself, Wilson’s Penelope doesn’t just collapse in grateful tears. She tests him. She’s suspicious. She wants proof.
    Because she’s smart. And Homer said she was smart. But translators kept making her passive because smart women made Victorian and Edwardian readers uncomfortable.”

  88. @grendel
    „Ale czy możemy przyznać, że miały spory wpływ na popularyzację różnych dziwnych poglądów? No, chyba możemy.”

    Czasem tak, ale raczej nie. Doświadczenie estetyczne zawsze zawiera mniej lub bardziej subiektywną interpretację dzieła. Niekoniecznie w sposób świadomy czy analityczny, ale zawsze. Jeśli ktoś przychodzi z jakimś nastawieniem i zespołem poglądów, który sprawia, że tak a nie inaczej interpretuje Fight Club czy słucha bluse’a z mizogińskim nastawieniem, więc znajdzie usprawiedliwienie dla swoich czynów z byle czego.

    Inna sprawa, że są dziedziny sztuki takie jak socrealizm, czy futuryzm, których celem było albo niektórzy sądzą, że było propagowanie pewnych postaw i poglądów. Ale interpretacja może iść w inną stronę i stawiając nawet programowe dzieła w innym kontekście możemy odczytać jest inaczej, bądź odwrotnie od zamierzeń autora.

    @Kulka / IM
    Covery Iron Maiden Baaby Kulki to jedna z jeśli nie najlepsza płyta z coverami ever. Nie wiem co tam true fani sobie o tym myśleli, ale dla mnie absolutne mistrzostwo.

    @Cpt. Havermeyer
    „Jako rocznik 82 Sutkę Buflera kojarzyłem głównie z okresu obciachowego, tak się złożyło że mój pierwszy duży koncert w życiu to była właśnie Budka na fali Takiego Tanga. Słuchałem wtedy wprawdzie Sepultury i Morbid Angel”

    Moje wspomnienie lat ’90 jest takie, że zgasiły muzę z poprzedniej dekady jak peta. Nie tylko dlatego, że nagle w małym mieście ilość może nie sklepów, ale nazwijmy to punktów sprzedaży kaset z zera wzrosła do pięciu, a sprzedawca chętnie załatwił ci płytę o którą pytałeś tydzień wcześniej, jeśli tylko była dostępna, a więc był zalew muzyki z całego świata, której nikt na prowincji nie znał albo tylko o której gdzieś czytał. Także dlatego, że polska scena eksplodowała od Vadera do niesamowitej Miłości. Zespoły, artyści którzy działali wcześniej musieli się odnaleźć na nowo albo przestawali się liczyć.

  89. @Martin_S
    Jolka ma zdradę z autobusem Arabów (tutaj się nie znam, na ile to może był ironiczny opis kolejnego świra, że zdradziła go i nigdy nie był już sobą, ale trąci to jednak akobeum cringe’u z obecnej perspektywy).

    Z jednej strony brzmi jak podręcznikowy zespół Otella u alkoholika.
    Z drugiej – czy podmiot liryczny śpiewa o sobie, czy kimś innym? A może podmiot liryczny cierpi na folie à deux? Z trzeciej – szukanie sensu w takich tekstach może jest w ogóle poszukiwaniem El Rey dorado albo innego czegoś z bajki.

  90. @gammon
    „(Gospodarz widział mnie 15+ lat temu ale przez ekstrapolację może zaświadczyć) ”

    Włożyłem wtedy do kieszeni płaszcza plastikowego jaszczura od Ciebie i nigdy nie wyjąłem (acz ogólnie rzadko noszę ten płaszcz). PS. Nie domknąłeś kursywy więc z lenistwa wywaliłem zamiast kombinować jak powinno być.

  91. @gammon
    „Z drugiej – czy podmiot liryczny śpiewa o sobie, czy kimś innym?”

    CO ZA PYTANIE!

    „W dodatku, jak się okazało Marek Dutkiewicz opisał w piosence swoją historię. Naprawdę przez jakiś czas spotykał się z pewną Jolką R. którą poznał nad morzem w Karwi, latem 1982 roku. Przyjechała tam na wakacje z synem, jej mąż pracował wtedy na budowie w Anglii, by zarobić pieniądze. Marek Dutkiewicz spędzał wakacje w Dębkach. Para spotykała się pod osłoną nocy. Kiedy ich znajomość się skończyła, postanowił utrwalić ją i zapisać w notatkach. Cała historia opowiedziana w piosence jest więc prawdziwa. A stało się tak dzięki Jolce, która dała Dutkiewiczowi swoją zgodę na opisanie ich miłosnej przygody w piosence. Nie było to takie oczywiste, bo w utworze rozpoznał się szybko jej mąż. Gdy po kilku latach wrócił z Anglii, spotkali się z Dutkiewiczem. Mąż Jolki był wściekły, ale jednocześnie czuł się wyróżniony, że jest bohaterem takiego przeboju. Piosenka o romansie i o zdradzie nie przysłużyła się tej parze, małżeństwo się rozpadło. Jolka nadal mieszka w Warszawie, ale z Markiem Dutkiewiczem nie ma już kontaktu.” (za viva . pl)

  92. @Piotr Kapis
    Jestem BARDZO prymitywnym (co najmniej prostym i niewrażliwym) człowiekiem, przekłady znam te co były (na polski) a interpretacje znam konwencjonalne, ale to mi się zawsze wydawało obecne w tekście.

  93. @wo
    plastikowego jaszczura

    Cthulhu.

    od Ciebie i nigdy nie wyjąłem (acz ogólnie rzadko noszę ten płaszcz).

    Kiedyś płaszcz trafi w ręce archeologów, i… nie, PSZOK zapobiegnie takim problemom.

    z lenistwa wywaliłem

    Podejrzewam, że nie zmieni to nic w Układzie Słonecznym poza termodynamiką statystyczną. Ech. Gdzie ty w tej szkole właściwie jesteś?

  94. @Jolka
    Ale ten „autobus” to prawdziwy był na pewno? I skąd ci Arabowie w PRL?
    Jestem w szoku jak Schliemann po wykopaniu Troi.

  95. P.s.
    @wo
    viva kropka pl

    Ludziom szło chyba o ten autobus Arabów, a moja odpowiedź o zespole Otella też szła w tym kierunku.

  96. @Piotr Kapis
    „A propos Homera… W 2017 Emily Wilson przetłumaczyła na nowo Odyseję, ale odrzuciła niektóre założenia wcześniejszych tłumaczy.”

    To też jest interpretacja. Chyba nie ma sensu tłumaczyć jeszcze raz dzieła przetłumaczonego niezliczoną ilość razy w ten sam sposób.

    Swoją drogą polecam The Return z 2024, który moim zdaniem ładnie pokazuje ambiwalencję i skomplikowanie bohatera Odysei. Na pewno mniej spektakularny niż nadchodzący wysokobudżetowy film Nolana, ale artystycznie wątpię, że do przeskoczenia. Jeden z lepszych filmów ostatnich lat.

  97. @Marco Bollocks
    Ale ten „autobus” to prawdziwy był na pewno? I skąd ci Arabowie w PRL?

    Całe stada, a w czym problem? Raczej w Warszawie niż w Wysokiem Mazowieckiem, ale tak.
    Poza tym skąd założenie, że pani X zdradzała pana Y w PRL? Z PRL dawało się wyjechać, wrócić, wyjechać ponownie. Gdzieś do 1954-1955 roku było to wysoce trudne/kłopotliwe, potem mniej.

    Jestem w szoku jak Schliemann po wykopaniu Troi.

    OIDP Schliemann wierzył bez dobrych podstaw, że odkopie. Ty żeś (zgaduję) przypadkowo trafił na zaskakujący wpis.

  98. Zdrada (czy ogólnie romans) z (bogatym) cudzoziemcem to jest bardzo często spotykany motyw w polskiej muzyce rockowej, i nie tylko, w tym czasie, vide Tańcz głupia tańcz albo Ragazzo da Napoli. Co prawdopodobnie odzwierciedlało realne zjawisko społeczne.

    Mąż Jolki twierdził podobno, że autobus to była stylistyczna przesada.

  99. M Bollocks
    „I skąd ci Arabowie w PRL?”

    Primo Arab wtedy było bardzo szeroki pojęciem, oznaczało ogólnie osoby, które dziś prawica nazywa cia….
    Sekundo część studiowała, niewielka część odpoczywał pod opieką służb (Organizacja Wyzwolenia Palestyny itp.)

    „Inwigilacja i kontrola międzynarodowych organizacji terrorystycznych była utrudniona z powodu dużej liczby cudzoziemców znajdujących się w PRL. W po-łowie 1987 r. na dłuższych pobytach w Polsce przebywało ponad 7 tys. osób narodowości arabskiej, w tym ok. 5 tys. studentów. W PRL na stałe mieszkało ok. 500 Arabów, a co roku ok. 25 tys. przyjeżdżało w celach turystycznych.

    Arabowie studiujący w Polsce należeli do różnych organizacji politycznych i terrorystycznych. Uprzedzenia i spory wewnętrzne w ruchu palestyńskim skut-kujące bratobójczymi walkami na Bliskim Wschodzie przekładały się na wzajem-ne relacje różnych ugrupowań na terytorium PRL. Pod koniec lat osiemdziesią-tych aparat bezpieczeństwa zarejestrował piętnaście wypadków ciężkiego pobicia z użyciem noża i drewnianych pałek, w które zaangażowani byli arabscy studenci.

    Przemysław Gasztold-Seń Międzynarodowi terroryści w PRL – historia niewymuszonej współpracy IPN

  100. @WO
    „w tym tekście TO NIE SĄ SŁOWA PODMIOTU LIRYCZNEGO. To nie on się osuwa. On spotkał świra na przystanku.”

    Jednak będę się upierał, że są dwa diabły na łebku tej szpilki. Czyli że „Nie wierz nigdy kobiecie” jest utworem dwunarracyjnym, nie aż tak rozgałęzionym podmiotowo jak „Księga z tysiąca i jednej nocy” (gdzie mamy szkatułkowo: opowieść w opowieści w opowieści itd.), ale jak „Lalka” – z wydzielonym, obszernym „Pamiętnikiem starego subiekta”. Z tym, że w „NWNK” ten stary subiekt gada przez pół utworu, i to głośniej.

    [Podmiot A:]
    Człowiek ten miał niepewny dość wzrok
    Prosił o żar wpatrzony gdzieś w mrok
    Wciągnął dym i nim skryła go noc, tak powiedział:
    [podmiot B, vel stary subiekt:]
    Nie wierz nigdy kobiecie, dobrą radę ci dam
    Nic gorszego na świecie nie przytrafia się nam
    Nie wierz nigdy kobiecie, nie ustępuj na krok
    Bo przepadłeś z kretesem nim zrozumiesz swój błąd
    Ledwo nim dobrze pojmiesz swój błąd, już po tobie
    [Podmiot A:]
    Dookoła miasto całe właśnie kładło się spać
    Tyle z tego zrozumiałem, że coś z nim jest nie tak
    Ulice dwie był dalej mój blok
    Chciałem już spać, lecz opornie to szło
    Było coś, co sprawiało że głos wciąż słyszałem:
    [Podmiot B vel stary subiekt:]
    Nie wierz nigdy kobiecie, dobrą radę ci dam
    Nic gorszego na świecie nie przytrafia się nam
    Nie wierz nigdy kobiecie, nie ustępuj na krok
    Bo przepadłeś z kretesem nim zrozumiesz swój błąd
    Ledwo nim dobrze pojmiesz swój błąd, już po tobie
    [Podmiot A:]
    Światła wtedy było mało, i pewności mi brak
    Czy w dzienniku dziś widziałem jego, czy inną twarz.

    Porównajmy czas antenowy: Podmiot A – 10 wersów, B-stary subiekt – 10 wersów (przy czym wersy starego subiekta są zapodane ze szlagierowo-refrenowym turbodoładowaniem). No, nie ma takiej siły, żeby przeciętny słuchacz Budki Suflera połapał się, że tak naprawdę to A opowiada nam o B, pozostając wobec B sceptycznym.

    Nieco inaczej jest z Watersem-autorem (ale czasem narratorem) i Pinkiem-narratorem (ale nie zawsze) w „The Wall”. Pink to trochę alter-ego Watersa, a trochę czysta kreacja, jednak pod ważnym względem jest podobnie jak u Budki: nie tak łatwo się połapać, gdzie mamy akceptację, a gdzie sceptycyzm; gdzie moralne tak, a gdzie nie.

  101. @szmermurszu
    Ja mam kombajn odtwarzający różne rzeczy – w tym radio internetowe. Oferuje onże 30.000 stacji. Żartowałem, że kiedyś wezmę urlop, żeby posłuchać wszystkich. Charakterystyczne jest, że ma piękne brzmienie mimo niepozornego wyglądu. Odtwarza CD, radio tradycyjne, DAB, internetowe, prywatne zbiory muzyczne, i kilka innych.

  102. @ergonauta

    „nie tak łatwo się połapać, gdzie mamy akceptację, a gdzie sceptycyzm; gdzie moralne tak, a gdzie nie.”

    I to jest złe bo? My rozmawiamy o piosenkach, czy deklaracjach politycznych?

    @Gammon

    „So what? Nie słucham jednak HWL ani na imprezach, ani prywatnie. Gdybym nie wiedział, o co w tym utworze chodzi, zapewne byłoby inaczej.”

    Aż by się chciało zapytać, so what? I porównanie Jolki do HWL jest mocne.

  103. @wojtek_rr
    „I to jest złe bo?”

    Wręcz przeciwnie – to jest bardzo dobre. I bardzo niezrozumiałe dla 75% odbiorców.

  104. @Marco Bollocks

    I skąd ci Arabowie w PRL?

    Jeśli pochodzili z krajów trzymających sztamę z Drugim Światem, to często przyjeżdżali na studia.

    Jestem w szoku jak Schliemann po wykopaniu Troi.

    Niezbyt dobre porównanie, bo on raczej spodziewał się znaleźć Troję.

  105. @wojtek_rr
    Aż by się chciało zapytać, so what?

    Nic. Totalnie. Z własnej, czysto prywatnej perspektywy tłumaczę, czemu utwór który może mieć pozytywny ładunek emocjonalny, a mimo to kogoś odrzucać z nadmiaru zrozumienia, o co w nim chodzi. I że bez znajomości tekstu (albo przy płytkiej znajomości) tego efektu może nie być.

    I porównanie Jolki do HWL jest mocne.

    Przecież zaznaczyłem, że toute proportion gardée.

  106. @nachasz
    „Jeśli pochodzili z krajów trzymających sztamę z Drugim Światem, to często przyjeżdżali na studia.”

    „U Maksyma w Gdyni” zielonymi sypał przecież „mahoniowy gość” – a nie hebanowy. Czyli raczej brązowy niż czarny, czyli zapewne też raczej przedstawiciel bratnego Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny. Może nawet z autobusem.

  107. @Gammon No.82

    Całe stada, a w czym problem? Raczej w Warszawie niż w Wysokiem Mazowieckiem, ale tak.

    Podobnie też w innych ośrodkach akademickich, także tych mniejszych. Mojemu pradziadkowi zdarzyło się sprzedać owcę czy barana na qurbān w czasie ʿĪd al-ʾAḍḥā.

  108. @Gammon No.82
    „Jestem BARDZO prymitywnym (co najmniej prostym i niewrażliwym) człowiekiem, przekłady znam te co były (na polski) a interpretacje znam konwencjonalne, ale to mi się zawsze wydawało obecne w tekście.”
    Ja sam Odyseję czytałem dawno temu, pewnie jeszcze jako dzieciak (czy ona była częścią „Mitów Greków i Rzymian” Parandowskiego?), ale kołacze mi, że były momenty gdy docierało do mnie, że ten Odyseusz to nie jest taki jednoznaczny. Że czasami narażał część swoich ludzi, żeby coś osiągnąć, cyklopa oślepił, etc.
    No ale to jest polskie tłumaczenie, na którym wychowali się Polacy, niewielka grupka na świecie. W kontekście wpływu na losy małp naczelnych angielskie wydają mi się jednak dużo bardziej wpływowymi. Niemniej rzuciłem to bardziej na zasadzie „a skoro już o Homerze i niezrozumieniu mowa”, ot ciekawostka.

    @Bantus
    „To też jest interpretacja. Chyba nie ma sensu tłumaczyć jeszcze raz dzieła przetłumaczonego niezliczoną ilość razy w ten sam sposób.”
    Zapewne. Nie znam ani oryginału Odysei, ani żadnego angielskiego tłumaczenia, ale to co słyszę o wersji Wilson przekonuje mnie, że to przekład potrzebny. Bo starsze miały pewien bias wobec protagonisty. I to co napisał Gammon – oraz co mi przemyka w zwichrowanych wspomnieniach – też mi pasuje, że w polskiej wersji te niejednoznaczności były obecne. Myślę, że warto mieć świadomość, że to nie był bohater bez skazy, tylko ktoś kto potrafił dokonywać wyborów i decydować o tym, jakie będą konsekwencje. Czasami dlatego, że tak było trzeba. A czasami dla zaspokojenia własnej ciekawości albo kaprysu.

  109. @Gammon
    „OIDP Schliemann wierzył bez dobrych podstaw, że odkopie.”
    W każdej baśni tkwi ziarno prawdy, jak mawiał wiedźmin. I z piosenkami jest podobnie. Słuchając „Jolkę” zawsze czułem, że coś się za tym tekstem kryje, ale nigdy nie wiedziałem co, stąd porównanie.

    @airborell
    „Zdrada (czy ogólnie romans) z (bogatym) cudzoziemcem to jest bardzo często spotykany motyw w polskiej muzyce rockowej, i nie tylko, w tym czasie, vide Tańcz głupia tańcz albo Ragazzo da Napoli.”
    Nie musisz mi tego tłumaczyć, jestem późnym iksem z warszawskiego blokowiska. Więc swoje wiem: Arab w PRL to nie był jednak pachnący odiekałonem raggazo da Napoli, tylko raczej spalony słońcem „malcziszka” z parodii tej piosenki (EKT Gdynia wyśmiała Zwoźniaka zamieniając w tekście Włocha na Ruska). Próbuję sobie wyobrazić tę sytuację – Jolka plus ten hiperboliczny autobus – i w głowie wyświetlają się same filmowe obrazy.

  110. @Piotr Kapis
    czy ona była częścią „Mitów Greków i Rzymian” Parandowskiego?

    Jest przekład całej Odysei, uczynion przez Parandowskiego, prozą. Podobno treścią wierniejszy od poetyckich (Siemieńskiego, Wittlina i jeszcze inne, tych nie znam; oryginału oczywiście też). No ale prozą.

  111. @mb
    „Więc swoje wiem: Arab w PRL to nie był jednak pachnący odiekałonem raggazo da Napoli, tylko raczej spalony słońcem „malcziszka””

    To był ktoś kto ma dolary. Co za tym idzie – ubrany w peweksowe ciuchy, palący peweksowe papierosy, pachnący peweksowymi kosmetykami, jeżdżący samochodem wyprodukowanym w jakimś normalnym kraju. To jednak dawało +1000 do seksapilu w tamtych czasach.

  112. @pk @fieloryb
    Piotr ma IMHO rację – więcej osób w Polsce rozpozna Britney (o bejbi bejbi) sprzed ~25 lat, niż Budkę sprzed ~50.

    „Windą do nieba” na weselu to i tak małe faux pas. Spotkałem się z lepszym, nomen omen, numerem: Kayah & Bregovic „100 lat młodej parze”…

    Przy okazju @all bardzo ciekawe komentarze, wielu covwerów nie znałem, jak i bieżącego Springsteena o Minneapolis.
    Dziękuję wszystkim!

  113. @WO
    „To był ktoś kto ma dolary. Co za tym idzie – ubrany w peweksowe ciuchy”
    Ok, money makes the world go round. Autopsja mnie zwiodła. Mój ojciec i jego koledzy z JW doszkalali w Polsce Libijczyków z latania na ruskich maszynach. Kiedyś ich odwiedzilśmy w hotelu. Wcale tak nie wyglądali, bardziej przypominali przekupniów z bazaru i nie mieli ciuchów z peweksu. Doczytałem i rozumiem, że wcale nie musieli, bo – tak jak piszesz – wystarczał sam fakt, że posługiwali sie obcą walutą, którą chciały zarobić tzw. „arabeski”.
    Eugeniusz Priwieziencew, który zrobił o tym film „Prostytutki” (1997): „(…) – Arabowie przyjeżdżali głównie z Berlina Wschodniego, gdzie pracowali na kontraktach. Nie byli to ci bardzo bogaci Arabowie, raczej biedacy. Lecz dla nich Polska była rajem, na wszystko ich było stać. Wódka była tania, a dziwki mieli za grosze. Złotówkami się nie płaciło. Nie było w ogóle rozmowy, gdyby klient chciał płacić walutą PRL.(…)”.
    To faktycznie wyjaśnia, czemu Jolka się nimi zainteresowała. I dlaczego przyjechali jakimś vanem, pewnie właśnie z Berlina.

  114. @Nachasz:
    >> Jestem w szoku jak Schliemann po wykopaniu Troi.
    > Niezbyt dobre porównanie, bo on raczej spodziewał się znaleźć Troję.
    Fun fact, wcale nie znalazł. A przynajmniej jest to podważane. Patrz: „Zmanipulowana Troja” Kolba.

  115. @Jolka idzie tak
    Mąż tam w świecie za funtem, odkładał funt
    Na Toyotę przepiękną, aż strach

    Mąż twój wielbił porządek i pełne szkło
    Narzeczoną miał kiedyś jak sen
    Z autobusem Arabów zdradziła go
    Nigdy nie był już sobą, o nie

    Jak dla mnie to nie Jolka (żona) z autobusem, ale jej poprzedniczka (narzeczona), przez co mąż stał się nie do życia.

    A „toyota przepiękna aż strach”, to szczyt poezji polskiej, u nas zawsze towarzyszył temu gromki śmiech.

  116. @jugger
    Faktycznie, dzięki. Nie miał facet szczęścia do kobiet, albo nazbyt się zajął zaglądaniem do szkła, tudzież tyraniem na toyotę. Znałem jednego takiego gościa, któremu się coś podobnego przydarzyło na początku małżeństwa. Też już „nigdy nie był sobą” i zdziwaczał.

  117. @Sypał zielonymi
    Taką grupą byli ludzie przyjeżdżający w związku z kontraktami eksportowymi realizowanymi u nich przez polskie firmy.

    Inżynierowie i urzędnicy, raczej średniego szczebla. Mieszkali w najlepszym hotelu w województwie, a po mieści krążyły plotki, że ci to mogą sobie zaszaleć za służbowe. Coś jak PRL-owska elita z central handlu zagranicznego.

    @Jeszcze o klimatach PRL-owsko-arabsko-budkosuflerowskich
    W „07 zgłoś się” porucznik Borewicz spotyka się z byłą narzeczoną (Iza Trojanowska), która porzuciła go dla prawdziwego szejka. Spotykają się w Victorii, bo to było Jedyne miejsce w Warszawie, albo nawet w Polsce, godne takiego wydarzenia.

  118. @mb
    „Nie miał facet szczęścia do kobiet, albo nazbyt się zajął zaglądaniem do szkła, tudzież tyraniem na toyotę.”

    A jakby tyrał na BYD to byś się nie czepiał.

  119. @jugger
    „Taką grupą byli ludzie przyjeżdżający w związku z kontraktami eksportowymi realizowanymi u nich przez polskie firmy.”

    Przyjeżdżali z nominalnie biednych państw, sami mogli być nominalnie biedni, ale jednak czy to Kadafi, czy to Husajn, czy to Asad mieli dolary z ropy i płacili w nich zarówno swoim urzędnikom, jak i Polakom na tych kontraktach. No i człowiek, który miał choćby 20 dolarów mógł w nocnym lokalu zaszaleć tak, że „kelner giął się w pół”.

  120. @Marco Bollocs
    „Próbuję sobie wyobrazić tę sytuację – Jolka plus ten hiperboliczny autobus – i w głowie wyświetlają się same filmowe obrazy.”

    Ja też gdy to słyszałem, to w głowie miałem wizję takiego autokaru wycieczkowego, pełnego arabów w białych strojach. Ale podejrzewam, że ten autobus to jednak przenośnia, coś co lepiej pasowało do rymu i rytmu, ewentualnie z jakiejś niewielkiej grupy przyjezdnych zrobił się cały autobus.
    To jest w końcu historia męża Jolki i jego ex-narzeczonej, czyli kobiety z którą był wcześniej. Tak na logikę, czy facet mógł żonie opowiedzieć, że wcześniej miał narzeczoną i że ona go zdradziła, przez co teraz ma jakieś psychiczne PTSD? Pewnie mógł. Ale czy opowiadałby jej o tym z takimi szczegółami, że to był cały autobus arabów? No nie. Może kolegom przy wódce, im się łatwiej poskarżyć, ale raczej nie żonie. Stawiałbym, że to było raczej coś w rodzaju „przyjechała grupa arabów na wycieczkę i ona mnie zdradziła”. To mógł być jeden człowiek, ale nie wiadomo który, bo przyjechali większą grupą. Sam mąż mógł nie znać szczegółów, a potencjalnych kochanków była cała grupa, no i to się zlało w jeden autobus.

  121. @WO
    „A jakby tyrał na BYD to byś się nie czepiał.”
    Sęk w tym, że te auta nie są drogie, bo Xidada dosypuje kasy do interesu. Nie trzeba na nie tyrać. Trzeba natomiast coś z tym zrobić, bo ostanie nam się w Europie jeno torba i kij.

  122. Przecież podmiot liryczny mógł o autobusie wiedzieć nie od Jolki, tylko od wspólnych znajomych z jej narzeczonym.

  123. @Piotr Kapis
    „Tak na logikę, czy facet mógł żonie opowiedzieć, że wcześniej miał narzeczoną i że ona go zdradziła, przez co teraz ma jakieś psychiczne PTSD? Pewnie mógł. Ale czy opowiadałby jej o tym z takimi szczegółami, że to był cały autobus arabów? No nie.”
    A może właśnie to on był źródłem tej hiperboli z autobusem? Może dziś zerwanie zaręczyn to nic, ale im bardziej będziemy się cofać w czasie i oddalać geograficznie od dużych ośrodków, tym większy ambaras, więc gość miał interes, żeby się wytłumaczyć przed krewnyni i przyjaciółmi. A może Jola była zazdrosna, więc jej mówił, „wiesz, Jolu, ta k.. to mnie z całym autobusem zdradziła, ale Ty to co innego. Ty jesteś ta jedyna!” ?

  124. @Marco Bollocks
    „wcześniej miał narzeczoną i że ona go zdradziła, przez co teraz ma jakieś psychiczne PTSD”

    Tuż po tej zdradzie, a jeszcze przed poznaniem obecnej małżoniki, facet wpadł w dołek i to on był tym gościem spotkanym nocą na osiedlu, proszącym o żar i opowiadającym o czymś, od czego „nic gorszego na świecie nie przytrafia się nam”. Czyli to jest saga: „Jolka, Jolka” to część druga, po „Nie wierz nigdy kobiecie”, a w trzeciej części („Giganci tańczą”) facet już się naodkładał tych funtów tyle, że wrócił i baluje z lokalnymi elitami biznesu, podobnymi mężami, których „żony w domu zostały nie licząc na nic, ich oczy są codziennie bardziej smutne”.

  125. @wo
    >Kadafi

    Widziałem na własne oczy, niestety tylko z boku. Inżynier po rocznym kontrakcie w zawodzie u Kadafiego – za przeproszeniem – stawiał „klocka” na przedmieściach. Ojciec kumpla, choć inżynier, załapał się tylko na jakieś niższe stanowisko, więc tylko kupił samochód. Jednak w przeciwieństwie do większości nie nówkę z Polmozbytu za bony, tylko używane NSU, jedyne w mieście. Schyłkowy Gierek, a do dziś pamiętam, że NSU Wankel.

    >Handel międzynarodowy w PRL
    „40-latek” Odcinek 17, Cwana bestia, czyli kryształ. Na TVP VOD. Warto całość, ale jak komuś szkoda 40 minut, to kwintesencja: 2-minutowa rozmowa dyrektora Karwowskiego z ekspertem ze zjednoczenia, inżynierem Bliniakiem, na delegacji w hotelu w Budapeszcie. Wyjaśnia wszystko.
    link to youtube.com

  126. re: Arabowie w PRL-u
    Sam (z powodu wieku) PRL pamiętam o tyle, o ile, ale pochodząc z Torunia (w tym kontekście najpewniej jako ośrodka akademickiego) kojarzę że młodzież „uświadomiona” i dorośli zwykli byli mawiać, że dziewczyny chcące pozyskać np. złoty łańcuszek (lub coś podobnego) zwykły udawać się w okolice hotelu Kosmos, gdyż tam są Arabowie z takimi łańcuszkami płatnymi w naturze.

    re: autobus Arabów
    Osobiście ten „autobus” rozumiałem w ten sposób, że owa „narzeczona” (którą również rozumiałem jako „narzeczoną przed-Jolkową”) zdążyła (przez pewien okres czasu) zebrać tyle „złotych łańcuszków spod hotelu Kosmos”, że ich dawców wystarczyłoby do wypełnienia autobusu.

    @Cpt. Havermeyer
    „Swoją drogą byłem lekko zafascynowany jak przez parę dni słuchałem Rockradia albo Eski Rock i byli tam goście którzy na żywo coś gadali puszczając każdego dnia te same numery.”

    Ominęło Pana nieszczęście zapoznania się z ofertą muzyczną Hits Radio Black Country & Shropshire (niegdyś Free Radio Black Country & Shropshire). Przez kilka lat leciało to u mnie w pracy (aż odbiornik się zepsuł – ku mojej niewysłowionej uldze – a dysponent nowego odbiornika ma zdecydowanie lepszy gust): otóż oni tam mają (przynajmniej mieli, ale wątpię by coś się zmieniło) dosłownie kilkanaście kawałków puszczanych na okrągło PO KILKA RAZY DZIENNIE (albo i kilkanaście, ale wypowiadać się mogę tylko za „godziny urzędowania”). Wie Pan jak to jest słyszeć „Freed from desire” 3-4 razy dziennie każdego faken dnia roboczego? Jak się pojawiło „Głosuję na Adriana na-na-na” miałem flaszbaka jak po jakimś Wietnamie.

  127. Odlurkowuję się po dłuższej przerwie i przejdę wpierw do Budki Suflera. Pewnie z powodu pokoleniowych podobieństw (początek liceum jeszcze w PRL) BS była długo poza moim radarem muzycznym, mimo koncentracji na latach 70-tych (przysłowiowy „wychowany na trójce”). Na początku lat dziewięćdziesiątych coś tam w mainstreamowych rozgłośniach leciało („Twoje radio” itp.) – i dla mnie łączyło wszystko co najgorsze w tzw. polskiej estradowej muzyce. Sytuowałem to gdzieś w okolicach Maryli Rodowicz czy Krawczyka. Poza tym ta okropna produkcja z dowalonym na maksa pogłosem – miks polskiej estrady i soundu lat osiemdziesiątych. Ale w 1991 roku w „Tylko rocku” (a było to pismo dość ortodoksyjne w swojej TRU rockowości) przeczytałem omówienie pierwszej płyty BS – dość entuzjastyczne omówienie. To było pierwsze zdziwienie. Drugie nadeszło jak w radio WAWa zaczęto emitować „Jest taki samotny dom” w pierwotnej wersji. No, to już był naprawdę classic rock. Moja opinia – to chyba najlepiej brzmiąca gitara i bębny w polskich produkcjach z lat 70-tych. Breakout – chyba intencjonalnie – nie miał tak mocnej, przesterowanej gitary, Test brzmiał dość cienko (acz sam Kozakiewicz był o niebo lepszy). Porównywano już w tym wątku ten utwór do Black Sabbath, ja widze tu wpływ dość zapomnianego zespołu Atomic Rooster: posłuchajcie sobie np. „Death Walks Behind You” i w ogóle całej drugiej płyty tegoż twórcy. Ale też Black Sabbath słychać – ton gitary jak Iommi prawie że – ciekawe, na jakiej gitarze i wzmacniaczu to było nagrane. Dobry sprzęt z Zachodu bywał już wtedy dostępny – jest zdjęcie Skaldów z Opola 1974 z rzędem Marshalli plexi – teraz niejednemu gitarzyście poleciałaby ślinka na taki ładny set plexi. Jest też trochę z Led Zeppelin z „Psychical Graffitti”- wydanej w lutym 1975 roku, czyli zaraz przed przystąpieniem do nagrania „Cienia wielkiej góry”.
    A inspiracje tekstu: nie padło tu chyba nazwisko Zenona Przesmyckiego i przede wszystkim Tadeusza Micińskiego (który był też inspiracją dla tekstów zespołu Kat). Fakt, Młoda Polska nie zawsze starzeje się dobrze, epigoni Młodej Polski starzeją się nawet gorzej. Ale tu, przy całej swej chropowatości, tekst nie gryzie w uszy, nie wpada w śmieszność (gdzie patos często trafia). Znowu – plus dla Budki. Jeszcze jedna sprawa – mi trochę ogólny klimat trochę kojarzy się z Jethro Tull i – sam jestem zaskoczony – z tekstami Ronniego Jamesa Dio dla Rainbow. Nie w sensie klimatów fantasy, ale podobnego patosu.
    Tu jeszcze refleksja – zawsze wydawało mi się dziwne, że lata 70-te w Polsce są tak ubogie w muzykę rockową. To dziwne, ale za przaśnego Gomułki coś tam się działo (OK, wiem, kiedy w Polsce śpiewali „No bo ty się boisz myszy”, to w Anglii pierwszą płytę wydał Cream, a do Londynu właśnie przybył Hendrix). W latach 70-tych, przy całej obfitości, zróżnicowaniu muzyki rockowej, która była na Zachodzie mainstreamem (bo już w latach 80-tych nie) – w Polsce właściwie tylko Breakout i Test (Niemen już wtedy zaplątany w kable od syntezatorów – strasznie mi się to spodobało, SBB trochę jednak za trudne). Jak to wytłumaczyć? Czy powodem było skostnienie państwowego przemysłu nagraniowego? Moja hipoteza – boom rockowy Polski z lat 80-tych po części (jakiej? Nie wiem) wywołany wejściem prywatnych, „polonijnych” firm nagraniowych (kapitalizm zaczął się w Polsce w przemyśle muzycznym i kosmetycznym). Czy w latach 70-tych dostęp do brytyjskiego i amerykańskiego rocka był aż tak ograniczony? Dotarcie do Pink Floyd, Led Zeppelin, Deep Purple graniczyło z cudem? Maryla Rodowicz i Anna Jantar (że nie wspomnę o Happy End) nie mieli konkurencji?
    Teraz trochę ad vocem: co do autobusu Arabów, ponad dwadzieścia lat temu pewien starszy kolega z banku opowiadał, jak pracował w Cenzinie w latach 80 tych –gdy w Victorii w 1981 roku został ciężko postrzelony Abu Daud z Czarnego Września, to do szpitala MSW ruszyły, na kolanach, szły pielgrzymki różnych szych z Cenzinu, żeby dopieścić klienta i zdobyć nowe zamówienia. Pewnie to było dość reprezentatywne do relacji z tego typu gośćmi z Bliskiego Wschodu – często to nie byli studenci z wymiany, ale ludzie z nieco większą gotówką do wydania.
    Covery lepsze od oryginału – posłuchajcie Manfred Mann’s Earth Band: „Spirits In The Night” i “Blinded By The Light”, dwa covery dość nijakich utworów Bruce’a Springsteena z jego pierwszej, dość nijakiej płyty. Ech, odzywa się ten wewnętrzny „wychowany na Trójce”… (w rzeczywistości bardziej na Radiu WAWa).

  128. @Jugger
    „2-minutowa rozmowa dyrektora Karwowskiego z ekspertem ze zjednoczenia, inżynierem Bliniakiem, na delegacji w hotelu w Budapeszcie. Wyjaśnia wszystko.”
    Fajoskie. Gdzieś tam za górami i morzami są jeszcze kraje, gdzie ludzie zarabiają w wacikach i żyją w podobnych realiach. Pamiętam, jak się tłukło dolary na wakacjach w Bułgarii. Towar z polskiego peweksu sprzedawało się z przebitką po drodze, żeby za to kupić japońską elektronikę i zahandlować na powrocie. Obrotny turysta na takich wakacjach zarabiał, a nie tracił. O żadnym zwiedzaniu nie było oczywiście mowy, za to był dreszczyk emocji: czy lokalna milicja złapie czy nie. Byłem na kilku takich wyjazdach z rodzicami i oglądałem to z tylnego siedzenia. Raz ojciec musiał dać zegarek milicjantom w ukraińskiej SRR, innym razem w czasie targów na parkingu gdzieś w nocy matka sprzedała tubylcowi dwa lewe rumuńskie buty. Zostały dwa prawe, z którymi nie było co począć.
    Po latach się okazuje, że to bezcenne doświadczenia, żeby zrozumieć kraje w kontrolą eksportu i przepływu dewiz. Choćby Koreę Południową z drugiej połowy XX wieku, niby kapitalistyczną, ale z tego, co pisał Ha Joon-chang, to życie tam wyglądało podobnie: kontyngenty bananów, doskonała produkcja na eksport i szajs na wewnętrzny rynek. Albo właśnie Chiny, gdzie te wszystkie strefy ekonomiczne pobudowano właśnie z myślą o produkcji dla zagranicy. Ludzie z Zachodu kompletnie nie pojmują, czemu towarem wyprodukowanym w takiej strefie nadal jest tak trudno obracać, np. przewieźć go do innej strefy itp., albo dlaczego towar wywieziony już do Hong Kongu tak trudno puścić z powrotem tranzytem przez ChRL (chińskim celnikom zapala się wówczas czerwona lampka). Ostatniego przekupnia z karteczką „skarpetki eksportowe” widziałem w Szanghaju jeszcze bodaj w 2015 roku. A co się trzeba nakombinować, żeby stamtąd wywieźć zarobioną kasę, to można by książki pisać. Dlatego jak słucham pundytów, którzy twierdzą, że dolar zaraz zdechnie i świat przejdzie na juany, uśmiecham pod nosem, bo nawet Ruscy biorą julki tylko dlatego, że nie mają już innego wyjścia. Ludzie w takich systemach wiedzą, że taka kontrolowana lokalna waluta jest jak pył. Bo choćby miała od 30 lat w miarę stabilny kurs, starsi pamiętają, że jedną decyzją genseka ją sprowadzić do wartości papieru. Logika arabesek, gotowych dać ciała za kawałek rzeczy o realnej wartości, jest wiecznie żywa.

  129. @Jolka, Jolka
    Poprzedniczka Jolki mogła być kobietą negocjowalnego afektu, nic nie mówiąc o tym ówczesnemu narzeczonemu. Stąd „autobus Arabów”, kiedy sprawa się wydała.

    Jakoś nikt nie zauważył, jak psychodeliczny (to chyba najlepsze określenie) jest tekst tej piosenki. Zakonnice idące plażą i niemal biała noc ze słońcem, które nie może spaść. Widać jak czarodziejka gorzałka, jako element baśniowy i ekscytacja romansem robią robotę. Klimat jak z filmów Bergmana.

  130. @Ponury Bankowiec:

    W Polsce gdzieś koło 1973-74 wprowadzono de facto bana na muzykę rockową – w mediach i fonografii. Nie był on zupełnie sztywny, można było go obejść, zespoły które już wcześniej działały kolejne płyty wydawały (ale były coraz mniej obecne w mediach). Zachodni rock pojawiał się w Trójce, ale Trójka była z różnych powodów enklawą, zresztą tam też były zakusy na likwidację audycji Kaczkowskiego i innych. Kaczkowski wspominał jak to potem pisano listy do Radiokomitetu że „brak ulubionych audycji przeszkadza mi w pracy partyjnej” i audycja wróciła.

    W każdym razie w latach 1974-78 nie zaistniał oficjalnie żaden nowy zespół rockowy. Budka załapała się jako ostatnia. Później uchylono drzwi, powstała stajnia Muzyki Młodej Generacji (koncerty i kompilacja 1979), a wielki wybuch nastąpił w 1980. Przy czym generacyjnie Perfect czy Maanam (i parę innych zespołów tego boomu) to były debiuty odłożone w czasie: ich muzycy w 1980 byli koło trzydziestki, „powinni byli” zadebiutować kilka lat wcześniej. Tylko nie mieli jak, musieli grać „takie rzeczy że jeszcze im wstyd”.

    Nie wiem czy faktyczny ban na rocka w latach 70. jest zbadany od strony decydentów, byłby to ciekawy temat dla IPN czy tam innego Instytutu Narutowicza. W każdym razie jest swoistym paradoksem, że za Gierka zamknięto okno dla polskiego rocka otwarte jeszcze za Gomułki.

    @tekst Jolki
    Oczywiście że jest baśniowy, a jednocześnie ściśle osadzony w realiach lata 1982 (w Dębkach jest klasztor, w lipcu 1982 nad Bałtykiem można było obserwować częściowe zaćmienie słońca itp). To nie jest przypadek że ten kawałek tak zażarł.

  131. W 1980 roku w Moskwie odbyły się Igrzyska Olimpijskie zbojkotowane przez kilkadziesiąt państw. Bojkot rozpoczęło USA w proteście przed agresją ZSRR na Afganistan. Budka Suflera dostała zlecenie na nagranie albumu propagującego tematykę sportowa i humanistyczną, który został wydany przed tą Olimpiadą. Czy ktoś z was miał okazję słuchać tej płyty („Na brzegu światła”)?

  132. Nie, ale generalnie cały ten cykl płyt (podobne nagrali Skaldowie i Breakouci) uważa się za kuriozum.
    W latach 90. fragment z płyty Skaldów został użyty jako nazwa i dżingiel audycji Macieja Chmiela w Trójce. „Nie przypuszczałem że jesteś tak piękna / Ręko boksera, cios wymierzająca / Łącząca siłę i precyzję razem”, tak to leciało.

  133. @pb
    „Czy w latach 70-tych dostęp do brytyjskiego i amerykańskiego rocka był aż tak ograniczony? Dotarcie do Pink Floyd, Led Zeppelin, Deep Purple graniczyło z cudem?”

    Nie. Były bazary, były licencyjne wydania, były Peweksy (osiem dolarów za płytę). Trochę tego jednak leciało w Trójce. Te zakazy nie działały w ten sposób.

    @airborell
    „W Polsce gdzieś koło 1973-74 wprowadzono de facto bana na muzykę rockową – w mediach i fonografii.”

    Zakaz był tak naprawdę zawsze, stąd obfitość dziwnej nomeklatury typu „mocne uderzenie”. Tak jak za komuny nie było komiksów tylko zeszyty obrazkowe, tak nie było rocka tylko big beat. To, co na całym świecie nazywane jest „southern rockiem” względnie „yacht rockiem”, w Trójce leciało jako „bielszy odcień bluesa”. Pojęcie „bluesa” naciągano na wiele odmian de facto rocka, czego reliktem było to, że de facto pop rock Ireneusza Dudka był sprzedawany jako blues (kawał „śląskiej sceny bluesowej” to był tak naprawdę rock).

    Zakaz był więc już za Gomułki, natomiast zaostrzono go do kwadratu silni wykładniczo za Gierka, jak wszystko. I oczywiście jak zawsze, cenzura nie polegała na tym, że mamy bezwzględnie egzekwowany spójny zestaw zakazów – tylko że jest mnóstwo dziwnych wyjątków („myślisz że nie zauważą że to Miłosz?” „stary, masło mają na głowie”), oraz randomowych interwencji nie wiadomo za co („za moro!”). Funkcjonował więc na przykład Wojciech Skowroński, w czasach mojego dzieciństwa jedyny rockman w Polsce (co prawda on też oficjalnie był bluesmanem AND rockmanem, samego rocka by mu nie przepuścili).

    „W każdym razie jest swoistym paradoksem, że za Gierka zamknięto okno dla polskiego rocka otwarte jeszcze za Gomułki.”

    Właśnie to w ogóle nie jest paradoks, ja najwięcej oczywiście mogę powiedzieć o Lemie, ale z innych lektur wynika, że cenzura robi się najgorsza właśnie u peaku gierkowszczyzny, kiedy to jeszcze prawie-że-działało, pierwsze maluchy trafiały na parkingi nowych blokowisk. Polepsza się w miarę agonii systemu, kiedy również Bareję przepuszczają (i „Człowieka z marmuru”).

    Słowa „rock” jednak do 1980 lepiej było nie używać, tak jak na fejsie lepiej nie mówić „Epstein”. Być może nakładała się na to kwestia apolityczna – około 1960 wszyscy Znawcy Muzycy Popularnej Na Świecie uznali, że rock był przejściową modą, która właśnie wygasła, to dlatego wytwórnie początkowo nie chciały Bitelsów. W Polsce znajdziemy taką tezę, „rock jako przejściowa moda z końca lat 50.” w publicystyce Kydryńskiego, Waldorffa i Waschko. Z jazzem jakoś ci panowie się polubili, z rockiem chyba do końca nigdy. Jak moje pokolenie z rapem.

  134. @wo: to jest oczywiście prawda, jako bluesowy próbował się sprzedawać nie tylko Breakout, ale także SBB (oficjalnie skrót rozwiązywano jako Silesian Blues Band, mimo że z bluesem już nie miał wiele wspólnego). Natomiast jednak te rockowe zespoły debiutowały – i nagle przestały. Miałbym teorię, że najbardziej za to odpowiadał Maciej Szczepański, który właśnie w 1972 dorwał się do władzy w Radiokomitecie, ale poczytałbym porządną książkę na ten temat.

  135. @airborell
    „Miałbym teorię, że najbardziej za to odpowiadał Maciej Szczepański, który właśnie w 1972 dorwał się do władzy w Radiokomitecie, ale poczytałbym porządną książkę na ten temat.”

    Czepnąłbym się, że hipotezę – ale też bym poczytał. Bo niby jest to pierwszy podejrzany (jak w kryminale!), ale jednak zauważmy, że sama czołówka Studio 2 miała ewidentnie rockowy charakter. A w samym Studiu 2 regularnie puszczano dokumenty o rocku, na pewno tam po raz pierwszy zobaczyłem „Fire” Arthura Browna (i zrobiło na mnie piorunujące wrażenie). No i ponieważ Szczepański trzymał zbyt wiele srok za zbyt wiele pochyłych drzew, nie kontrolował wszystkiego, dlatego np. zrobiono PIERWSZĄ część opery „Cyberiada”, bo dopiero wtedy się ktoś połapał i DRUGĄ zrobiono po 40 latach.

  136. @wo
    „To był ktoś kto ma dolary. Co za tym idzie – ubrany w peweksowe ciuchy, palący peweksowe papierosy, pachnący peweksowymi kosmetykami, jeżdżący samochodem wyprodukowanym w jakimś normalnym kraju. To jednak dawało +1000 do seksapilu w tamtych czasach.”

    Nieodparcie przychodzi na myśl inna panna Jola, która jednak się oparła i nie zdjęła kapelusza. Gość posiadał wszystkie te atrybuty, ale cóż, był polską podróbą. Do kompletu niezbędny był paszport.

    @arco Bollocks
    „Sęk w tym, że te auta nie są drogie, bo Xidada dosypuje kasy do interesu.”

    Słyszę o tym dotowaniu praktycznie wszystkiego, i pojąć nie mogę, jak można tak dosypywać przez dekady (i z czego), a w rezultacie mieć wzrosty pekabu rzędu 5-10% każdego roku i gigantyczny jednak rozwój i awans. Perpetuum mobile? Wydaje mi się, że to trochę takie zaklęcie tłumaczące, jak te o fuj „socjalu” w Skandynawii, który się bierze nie wiadomo skąd, ewentualnie z przejadania jakoby wcześniejszego bogactwa.

  137. @kubawu
    „pojąć nie mogę, jak można tak dosypywać przez dekady (i z czego), a w rezultacie mieć wzrosty pekabu rzędu 5-10% każdego roku i gigantyczny jednak rozwój i awans.”

    Ale z tą dygresją proszę poczekać do adekwatniejszej notki, na pewno jakaś będzie.

  138. Pozwolę sobie zauważyć, że Dżolka Dżolka też się doczekała swojego video, and „Polish fans are absolutely mental, man” (!, 5:30).
    link to youtube.com

  139. @wo
    „Zakaz był tak naprawdę zawsze, stąd obfitość dziwnej nomenklatury typu „mocne uderzenie”. Tak jak za komuny nie było komiksów tylko zeszyty obrazkowe, tak nie było rocka tylko big beat.”
    Słuszne przypomnienie – słowo rock chyba weszło do oficjalnego obiegu w 1980 r. – nawet pierwsze proto-Jarociny to była Muzyka Młodej Generacji. Breakout to był blues. SBB też był chyba określany inaczej (w sumie – czy to był TRU rock?). Nie wiem, jaki był odbiór zespołu Test. Nazwali to też bielszym odcieniem bluesa? Mam jednak wrażenie, że Test nie przebił się do zbiorowej świadomości. Paradoksalnie, pierwsza płyta Testu brzmi słabiej niż pierwsza płyta Budki – lepsi instrumentaliści ale nagranie jak spod koca (słucham akurat na słuchawkach ze Spotify ale „mam to na CD”). Czytając o muzyce w latach 70-tych: w Wielkiej Brytanii i USA Led Zeppelin, Fleetwood Mac, Rolling Stones itp. stanowiły soundtrack życia przeciętnego nastolatka. „”Typowe doświadczenie licealne tamtego okresu wiązały się z brzmieniem Led Zeppelin, okraszonym Rolling Stonesami i ich klonami, Aerosmith, czyli hard rockiem” (Jon Savage, „England’s Dreaming” – polecam). OK, byli The Osmonds i podobne zespoły, ale rock do połowy lat 70-tych był mainstreamem (potem disco, new wave itp – rock stawał się może nie niszą ale odpowiednikiem „literatury gatunkowej”). Pytanie – czy soundtrackiem życia nastolatka w latach 70-tych była Halina Frąckowiak, Irena Jarocka z niewielką domieszką, na tym tle już mocno rockowego 2+1 i Tadeusza Woźniaka? Weźmy pierwszą połowę tej dekady w UK: w singlach rządzi T.Rex, Slade, w longplayach Led Zeppelin, też Rolling Stones, Deep Purple, Black Sabbath, Jethro Tull. Potem dołącza Elton John i David Bowie. A w Polsce ech tego brzmienia można dopatrzeć się co najwyżej w pierwszych płytach Budki i Testu (Breakout pozostał w końcówce lat 60-tych). Według mniej to nie była odgórna twarda blokada, tylko typowe dla PRL „wicie rozumicie” – nawet jak grupa grała coś nowocześniejszego, to była zmuszona finansowo działać jako zespół amatorski – odcięta od przychodów z koncertów, wydawnictw płytowych, studiów nagraniowych, a co za tym idzie – od radia i telewizji. Ile można za czapkę gruszek grać w… no właśnie gdzie? W paru klubach muzycznych jak w Medyku? Albo grać, że „do dzisiaj mi wstyd”.
    Pomimo romantycznej aury roztaczanej wokół rocka tamtego okresu, były to przedsięwzięcia biznesowo stojące mocno na nogach. Weźmy znowu Led Zeppelin – 20 letni John Bonham za dołączenie do zespołu dostał zaliczkę obecnie wartą około 60 tys. zł, Jimmy Page i Peter Grant w październiku zarejestrowali spółkę Superhype Tapes Ltd – proszę sprawdzić w brytyjskim KRS – istnieje do dziś. W Polsce profesjonalizacja tego typu nie była chyba wtedy możliwa.
    Stąd tym większy szacunek dla Budki z 1975 roku. Poszukałem zdjęć z tamtego okresu – na koncertach mieli już Marshalle, gitara to chyba jaki klon Gibsona ES=335. W sumie zacny zestaw – Ritchie Blackmore nagrał na tym „In Rock”.

  140. Ad „co było soundtrackiem dla nastolatka”
    Oczywiście to anegdota, ale na drzwiach pokoju mojego taty u babci (tata rocznik ’63) nadal są naklejki AC/DC, Cream i Jethro Tull.

    Ad „Jolka”
    Nigdy nie rozumiałam fenomenu tego utworu, po pierwsze to straszny smęt (ale okej, to osobista preferencja), po drugie wokal jest paskudny (i w taki nieakceptowalny sposób, nie jak np. Gintrowski czy Dylan), po trzecie za każdym razem jak słyszę ten autobus Arabów to mnie skręca od cringe’u i mizoginii.
    I wycie „eeeemiiiiigrowałem!” na karaoke o północy nie jest w stanie tego utworu uratować.

    Ad covery
    Oczywiście to dla tych co lubią klimat ale „Somebody’s watching me” ma synthwave’owy cover z kobiecym wokalem i jest to rzecz, która pięknie wchodzi i podkreśla ten paranoiczny nastrój utworu. Zupełnie inne, ale atmosfera ta sama

    Ad niezrozumiałe utwory
    Ja chyba przebijam to „100 lat młodej parze”, bo słyszałam na ślubie, na organach w kościele „Winner takes it all” Abby

  141. @autobus Arabów/mahoniowy gość/Ragazzo da Napoli
    Dodanie elementu interesowności materialnej do zdrady (która zawsze boli),
    Miało pokazać najwyższą/najgorszą formę zdrady.
    Zabawne – że to są opisy wyobrażenia tej najgorszej zdrady, bo zdecydowana większość mieszkańców PRL-u, nie miała realnego kontaktu ze światem, który był w ten sposób opisywany.
    *dygresja – z tytułu uprawiania sportu na meczach/turniejach mieszkaliśmy w hotelach „orbisowskich” – czyli najlepszych w danym mieście; ależ to były smętne, ziejące pustką miejsca – mam na myśli restauracje z dansingami, gdzie nawet przy muzyce na żywo – było kilka osób (w tym kobiety lekkich obyczajów, cinkciarze itd.); takie były realia lat 80-tych;
    Systemowi, w ramach indoktrynacji społeczeństwa udało się zaszczepić fałszywą dychotomię:
    Mieć czy być – innymi słowy albo możesz być dobrym/prawidłowym obywatelem – nie goniącym za mamoną,
    Albo – jesteś nic niewart, skoro cenisz pieniądze (prywaciarz i „spekulant” jako synonim zua).
    Dlatego najniższym stadium zdradzającej kobiety była ta, która nie tylko zdradziła, ale osiągnęła też z tytułu zdrady, korzyści materiale w formie obcych ideowo $$$.
    A koleś z paszportem zachodnim też był projekcją, marzeniem na możliwość ucieczki do lepszego świata poprzez małżeństwo – więc gość z tym paszportem był przez lokalsów najgorszym wrogiem; to dotyczyło wszystkich demoludów – ładnie to opisywał Škvorecký
    @ brak rocka w latach 70-tych + czego się słuchało
    No skąd mieliśmy wiedzieć o innej muzyce niż to co było dostępne w oficjalnych mediach?
    – dom – odbiornik TV + 1 radio tranzystorowe + u mnie np. ojciec coś tam próbujący w młodości na fatalnej, polskiej gitarze akustycznej, nie znający chwytów barowych
    – TV – „festiwale” – typu Opole, Kołobrzeg, Sopot – łatwo zobaczyć kto i co tam grał; wyjątkiem była Abba – jedyny realny powiew „świata” – raz i już
    – Radio – królował 1 program polskiego radia (na wakacjach zawsze „Lato z radiem”), jedyni wykonawcy jakich pamiętam, to Smokie i Bonnie Tyler (oprócz archaicznych dla mnie programów Kydryńskiego z królującą muzyką francuską)
    3 program – ktoś musiał powiedzieć ci, że istnieje + musiało się mieć powód i możliwość słuchania radia (u mnie – otrzymany w prezencie magnetofon kasetowy Grundig – na początku próbowałem coś nagrywać przez mikrofon z radia w 7-mej klasie)
    – brak kasy – generalnie młodzież dysponowała symbolicznymi kwotami
    – brak dostępności sprzętu, który był dodatkowo drogi w porównaniu do dochodów „zwykłych” ludzi
    – brak szeroko pojętej kultury muzycznej – niestety zawodzenia z polskich kościołów pewnie każdy z was słyszał; nauka muzyki w szkole = jak to w systemie – pozorna lub żadna; ależ to się różni od doświadczeń życiowych wielu światowych muzyków, którzy poznali rzemiosło w „kościołach”; w PRL-u znajomość gry na instrumentach – w sensie powszechnym – śladowa; a generalnie zawód muzyka – otoczony niby szacunkiem (filharmonia, orkiestry dęte) – ale bez etosu i realnego szacunku
    – sam próbowałem z kolegami grać w liceum – zero wiedzy, zero wsparcia = szybkie zniechęcenie – nie powtórzysz riffów Deep Purple – bez sensownej gitary, przetworników, wzmacniaczy; wiedza o tym jak fizycznie coś zagrać nie spłynie na ciebie od ducha świętego
    Podsumowując – jak każdy system totalitarny – PRL marnował potencjał/talenty na powszechną skalę,
    I w sumie – tych kilkudziesięciu/kilkuset (?) – muzyków, którzy się pojawili – to i tak coś w rodzaju „cudu”.

  142. @Na brzegu światła
    Da się znaleźć na YT. Przesłuchałem w ramach nadrabiania dyskografii, weszło całkiem bezboleśnie. Proponuję potraktować teksty jak lolkontent i skupić się na gitarze Borysewicza. A zapoznanych, a dużo już lepszych utworów BS mam słabość do „Sekretu” z następnej płyty. Zwłaszcza w parze z teledyskiem – wygląda jak odcinek Ricka i Morty’ego o międzywymiarowej kablówce.

    @Jolka, Jolka
    Nikt nie pamięta o „Lifeline”? Udowadnia dwie rzeczy. Po pierwsze, Cugowski jako chyba jedyna z ówczesnych gwiazd polskiego rocka rzeczywiście UMIAŁ śpiewać po angielsku (bez shame’owania Borysewicza czy Ciechowskiego – angielska fonetyka dla kogoś, kto się zaczyna uczyć w wieku dorosłym rzeczywiście musi być masakryczna). Po drugie, jak się tekst oczyści z oniryzmów Dutkiewicza i można się przede wszystkim skupić na muzyce, to słychać, że ten kawałek nagrany choćby minimalnie dalej na Zachodzie byłby światowym klasykiem: link to youtube.com

    @Manfred Mann
    Wiadomo, klasa. On z góry miał filozofię, że z oryginału bierze fundamenty i rozpisuje je na autorską suitę. „Redemption Song (No Kwazulu)” ma stałe miejsce na mojej playliście.

  143. Re Jolka
    Sam fakt, że w tak zacnym gronie zastanawiano się przez moment „jak Jolka mogła z Arabami” potwierdza w jakimś stopniu tezę, że nie zawsze zwraca się uwagę na tekst czy też wiernie go pamięta.
    Co do samej narzeczonej (nie Jolki!) to nie przywiązywałbym się do tego autobusu. Oczywiście wyobraźnia podpowiada różne scenariusze, ale ciachając brzytwą Ockhama możemy po prostu uznać, że to taka przenośnia, ewentualnie cytat z pijackiego monologu cierpiącego męża Jolki.
    Sami Arabowie – koleżeństwo już ładnie opisało, ale dodam jeszcze jako anecdatę, że moja osobista rodzicielka studiowała w ’70s i na uczelni (i w akademiku) było całkiem sporo studentów z tamtego regionu; cieszyli się sporą popularnością wśród płci żeńskiej co wywoływało różne konflikty z polskimi studentami płci męskiej.

    Co do „Toyoty przepięknej aż strach” to moim zdaniem ten wers jest genialny. Autor tekstu jest przecież sprawnym rzemieślnikiem języka (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu) i nie sądzę, że użył tego zwrotu „bo tak umiał”. To raczej miało być odbicie języka, jakim mógł posługiwać się narrator, ewentualnie mąż Jolki i osoby z ich kręgu. Chyba taki celowy zabieg – coś jak dziewczyna podmiotu lirycznego w Baranku Staszewskiego seniora – „znów na jachtach myła podłogi”; przecież na jachcie jest pokład, to albio podmiot liryczny albo jego dziewczyna tego nie wiedzą.
    To tak trochę a propos tekstów i różnych lapsusów. Swoją drogą – czy przeciętny młody człowiek, któremu na dyskotece cudzoziemiec poderwał dziewczynę, umiałby odróżnić kolor mahoniowy od hebanowego (w latach 80)? Czy jednak chodziło o to, że po prostu ten „gość” był czarnoskóry?

  144. @ban na rocka w latach 70.

    Nie ma tego złego, z którego by Salomon jakiegoś dobrego nie nalał. Bo rockowa para poszła wtedy w folkrockowy gwizdek np. Anawy czy Osjana. Były to zespoły znacznie mniej zapóźnione względem Zachodu niż rockowe Klan, Test czy Budka Suflera. Szczególnie Anawa (inaczej z Grechutą, a inaczej z Zauchą) była bardzo na czasie, w zasadzie równoległa do zachodnich trendów (bo Osjan to było cos obok). Aczkolwiek wszystko, co rockowo awangardowe (np. chropawe brzmienia jak z „Larks’ Tongues In Aspic” Crimsonów) psychodeliczne (w stylu Floydów z Barretem) czy jazzrockowe (odjechane na modłę Mahavishnu Orchestra) było publikowane w miękkich folkowych okładkach i w pozornej aurze piosenkowości.
    To nie była nawet gra z cenzurą, jakieś szachy 5D z Gierkiem czy Szczepańskim, decydowały raczej poplątane i różnorodne gusta samych muzyków przewijających się przez Anawę czy Osjana. Nie myśleli o hardrocku (bo za toporny?), tylko patrzyli na ogromną wtedy brytyjską scenę folkrockową, np. z tym Royem Harperem, przed którym „Hats off” robili Zeppelini. To byli muzycy w drodze, Marek Jackowski psychodelicznie mantrujący w intro do płyty „Korowód” z 1971 to całkiem inny facet niż gość łapiący rześkie nowofalowe akordy na początku „Boskiego Buenos” w 1980.
    Jak sobie porównuję ex-hardrockowców lat 70. z ex-folkrockowcami lat 70. typu Jackowski czy Waglewski, no to mi wychodzą proste równania: Maanam > Budka Suflera (lata 80.), Voo Voo > Budka Suflera (lata 80/90). Czyli nawet w swoim teoretycznie najlepszym okresie muzycy Budki trochę „przechlapali swój czas, najlepszy czas”, mogli posłuchać mądrej cenzury Szczepańskiego ;-), bo druga połowa lat 70. to już nie była pora na hard rocka czy prog-rocka. Nie po „Physical Graffiti, nie odejściu Gabriela z Genesis (to bym uznał za punkt graniczny, za zmierzch bogów łomotu & filharmoniki).

  145. Tak w sumie jeszcze raz wszedłem na ten filmik z wpisu, potem obejrzałem kilka podpowiedzi i przy jednym padłem, ległem i glebłem. Jakiś Chińczyk z Ameryki, co wyprowadził się do Warszawy, opowiadał co mu się w Polsce podoba. ZUS mu się podoba. Tak mu się podoba, że strach. I miał na to bardzo konkretne (w sumie bardzo oczywiste) argumenty.

  146. @grendel
    „przeciętny młody człowiek, któremu na dyskotece cudzoziemiec poderwał dziewczynę, umiałby odróżnić kolor mahoniowy od hebanowego (w latach 80)”

    Wydaje mi się, że podmiot liryczny nie jest chłopakiem tej dziewczyny, za wysokie progi. Jego nawet nie było przy tym, sprzedano mu to jako plotkę („…znów cię widział ktoś”). Mógł mu to sprzedać po prostu ktoś dobrze zorientowany, na przykład znajomy pracujący tam jako kelner czy barman (zawodowo wyczulony na rozróżnianie gości dewizowych).

    „Co do „Toyoty przepięknej aż strach” to moim zdaniem ten wers jest genialny. Autor tekstu jest przecież sprawnym rzemieślnikiem języka ”

    Ja będę na tej samej zasadzie bronić tego autobusu. Nie wiem jak się nazywa taka metafora, ale to jest po prostu zaskakująca jednostka miary, tak jak „saucerful of secrets” albo „quantum of solace”. Albo „kilogram smutku” czy „miligram nadziei”.

  147. @fiat
    Radio – królował 1 program polskiego radia (na wakacjach zawsze „Lato z radiem”), jedyni wykonawcy jakich pamiętam, to Smokie i Bonnie Tyler (oprócz archaicznych dla mnie programów Kydryńskiego z królującą muzyką francuską)

    Pewnie zależy od tego kto gdzie mieszkał, jakie miał know-how i możliwości sprzętowe, ale dało się dotrzeć do zachodniego rocka. Mój teść rocznik ’51 był ze wszystkim na bieżąco bo słuchał po kryjomu radia Luxemburg, i to już w 60s, nie wiewm czy RWE też nie nadawało jakiejś muzyki, to musiałby się ktoś starszy wypowiedzieć. Starszy brat mojej mamy miał adapter i dorwał skądś Dark Side Of The Moon na parę dni, teść wspominał jak ktoś pożyczył mu na jeden dzień Sierżanta Pieprza, którego przegrał na szpulowca i przepisał wszystkie teksty, do tej pory ma gdzieś ten zeszyt. Mój ojciec natomiast jak tylko dorobiliśmy się pierwszego odtwarzacza CD pobiegł kupić Relayera Yes, żeby koniecznie mi puścić jedną z najlepszych rzeczy jakie słyszał w młodości, wszystko to 50sowi boomerzy. Do tej pory mam też gdzieś jakieś bazarowe piraty „best of” Procol Harum, Islands Crimsonów, czy Atom Heart Mother Floydów z tego samego zrywu kupowania CDków żeby było co puścić z tego wymarzonego Technicsa. Więc jakiś obieg był, chociaż oczywiście poza oficjalnymi PRLowskimi mediami.

    Co zaś do grania tych wszystkich rzeczy to się zgadzam, teściu też wspominał o jakichś próbach organizowania zespołu, jakichś chałupniczo kleconych wzmacniaczach itp., które finalnie spełzły na niczym. Próg wejścia do muzykowania był absurdalnie wysoko w porównaniu do ówczesnego Zachodu, czy współczesnej Polski.

  148. @cpt
    „Mój teść rocznik ’51 był ze wszystkim na bieżąco bo słuchał po kryjomu radia Luxemburg, i to już w 60s”

    To było pokoleniowe, wszyscy wtedy („…był Luksemburg, chata, szkło”).

    „nie wiewm czy RWE też nie nadawało jakiejś muzyki”

    To raczej Głos Ameryki. Regularnie miał listę przebojów bilbordu.

    „Próg wejścia do muzykowania był absurdalnie wysoko w porównaniu do ówczesnego Zachodu, czy współczesnej Polski.”

    Z jednej strony tak, z drugiej wiele zakładów pracy oraz placówek oświatowych oraz jednostek wojskowych (itd) miało zdumiewająco przyzwoity sprzęt, który czasem stał i się kurzył. Można więc było założyć zespół rockowy pod egidą Zakładów Budowlano-Remontowych Serów Topionych.

  149. @Ponury Bankowiec
    „Potem dołącza Elton John i David Bowie”

    Brak ich odpowiedników w Polsce bardziej dziwi niż brak polskich Purpli czy Zeppelinów. Tylko Maryla Rodowicz od biedy pasuje na polskiego Elton Bowie (zaczynała folkowo, potem odlatywała z piórkiem w d…)

  150. @Cpt. Havermeyer
    brak wiedzy o świecie – więc muzyce też:
    – ja niby byłem z domu, który opisywano jako pochodzenie inteligenckie, co tutaj znaczyło akurat tyle, że rodzice mieli maturę (!!!);
    realnie – ich i dużej części pokolenia do którego należeli (urodzeni w latach 30-tych), to było wyrwanie się zabitej dechami wsi do Wro.
    I tyle. Jaką mogli mi przekazać wiedzę/doświadczenia? Zresztą akurat dla tych konkretnych ludzi dziecko w sumie nie było kimś „wartym zachodu”.
    Radio Luxemburg – strasznie „trzeszczało” – na lampowym radioodbiorniku, którego próbowałem słuchać = skutecznie i na lata zniechęciło mnie to do radia w ogóle.
    Za to TV – tak! – w zasadzie mnie „wychowała” telewizja, tak do 12 roku życia.
    Adapter – też rzadkość w domach, a jakość muzyki z pocztówek = skuteczne zniechęcała – przynajmniej dzieciaka.
    Opisuję realia z Wro + blokowisko = 2 połowa lat 70-tych.

  151. Protestowałbym jednak przeciwko porównywaniu jabłek z kartoflami, to nie jest tak że jakby Lipce nie pozwolono założyć Budki, to stworzyłby jakąś wizjonerską muzykę w ejtisach. Nie, skończyłby jako (wybitny w swoim gatunku) kompozytor kawałków Zdzisławy Sośnickiej, a polska kultura byłaby uboższa o Cień wielkiej góry.

  152. Mi ten nieszczęsny autobus kojarzył się głównie ze zbiorowym gwałtem. Ale że narzeczony Polak to pewnie uważał, że sama się prosiła. Ale tak zupełnie poważnie to uważałam zawsze autobus za przykład blokady twórczej. Potrzebne 4-sylabowe słowo na już, bo deadline, i nic lepszego nie przychodzi do głowy, więc niech już będzie ten autobus. Nie wiem dlaczego nie mogło być z jednym 4-sylabowym Arabem. Czy piosenka by na tym straciła gdyby narzeczona zdradziła z pojedynczym Arabem (byle nie kojarzyło się z koniem). „Z atrakcyjnym Arabem zdradziła go, nigdy nie był już sobą o nie”.
    Informacja (bardzo ciekawa skąd inąd), że była to prawdziwa historia, trochę tłumaczy niezręczności poetyckie. W końcu w czymś się małżonek rozpoznał, a cała reszta o nim jest mało oryginalna (bryka, waluta i alkohol). Więc jeśli tak rzeczywiści było, to tym bardziej nie wiadomo jak było. Może panna łapała stopa do domu po nieudanych wakacjach z narzeczonym i zatrzymał się autobus Arabów. Panna wsiadła i więcej jej nie widział.

    @fiat127
    „Dlatego najniższym stadium zdradzającej kobiety była ta, która nie tylko zdradziła, ale osiągnęła też z tytułu zdrady, korzyści materiale w formie obcych ideowo $$$.”

    Bardzo to szlachetne z Twojej strony, ale chyba trzeba być kobietą żeby zrozumieć prowincjonalno-kościółkowy fetor ponadczasowo zatruwający umysły (i teksty piosenek). Kobieta bowiem była z natury puszczalska, i jak się jej nie pilnowało to się puściła, a najniższym stadium była zdrada z Arabem/Włochem/Portugalczykiem czy innym śniadym. Tylko jedna rzecz była gorsza od panny z dzieckiem, była to panna z kolorowym dzieckiem.
    Coś z tego niestety wróciło w tekstach o cia*** którzy gwałcą NASZE kobiety.

    Ale mimo zgrzytu posłuchałam sobie budki na tubce, i młody Felicjan muszę przyznać był całkiem „hot”. Dobrze się niestety chłopaki nie zestarzały. Ciężki zawód.

  153. To jeszcze ja trochę powspominam.
    @Dostęp do zachodniej muzyki.
    W latach siedemdziesiątych byłem nastolatkiem na prowincji (miasto powiatowe – południowa część Opolszczyzny). Nie miałem dostępu do dewiz, płyt itp., ale do zakupu radia z UKF-em (Ślęża na krzemowych tranzystorach) i magnetofonu ZK140T udało mi się przekonać rodziców dość wcześnie (gdzieś w 1973?), więc mogłem zacząć „wychowywać się na trójce”, której program muzyczny chyba w największym stopniu zależał od gustów i dostępu do płyt poszczególnych redaktorów, a nie od gustów muzycznych towarzysza Edwarda.

    Młodsi mogą tego nie wiedzieć, ale wtedy w radiu nie było reklam i w zasadzie nie gadało się na muzyce. Zatem nagrywanie odrębnych utworów to była tylko kwestia odrobiny refleksu (żeby włączyć nagranie tuż po zapowiedzi). Co więcej, były audycje, w których bez przerw nadawano całe strony płyt długogrających, w tym pełną oficjalną dyskografię Beatlesów. Dzięki temu tego Sierżanta Pieprza mogłem sobie nagrać bez większych problemów (oczywiście ładnych parę lat po premierze).

    Po kilku latach, gdy udało mi się pozyskać Amatora Stereo, a później też stereofoniczny magnetofon, najbardziej doskwierała mi długo utrzymująca się w mojej okolicy monofoniczność trójki (dwójka i czwórka dostały stereo o wiele wcześniej).

    @Możliwości muzykowania.
    Sam nie próbowałem, ale pamiętam, że mojej podstawówce, która była „pod opieką” jednostki wojskowej, bo miała odpowiednie imię, na potańcówkach dla uczniów przygrywał zwykle zespół trzech-czterech chłopaków ze służby zasadniczej (gitary + perkusja), którzy grali, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, covery.

  154. @WO
    „Nie wiem jak się nazywa taka metafora”

    Hiperbola. Czyli: „wyolbrzymienie wyglądu, znaczenia czy konsekwencji działania jakiejś osoby czy zjawiska”.

    „Nie oczy, lecz pochodnie dwie nielitościwe,
    które palą na popiół serca nieszczęśliwe”

    Daniel Naborowski „Na oczy królewny angielskiej”.

  155. @wo
    Można więc było założyć zespół rockowy pod egidą Zakładów Budowlano-Remontowych Serów Topionych.

    Fakt! Przypomniałeś mi tu, kierowniku, że kiedyś Moretti puścił właśnie takie odkrycia na tym Newonce którego to byłem słuchałem i było to zaskakująco dobre, muszę teraz przekopać internety bo oczywiście sobie nie zanotowałem jak się to nazywało. Zresztą jest szansa że nadal takie perły nie zostały zdigitalizowane i istnieją tylko w formie zakurzonych winyli do wygrzebania w jakimś komisie.

    W 90s takimi punktami rozwoju muzycznego były salki prób w domach kultury, ale był na nie taki popyt że ciężko było się gdzieś wcisnąć żeby przetestować z kumplami jak właściwie brzmi ta moja Jolana Galaxis na „prawdziwym” piecu. Sprzętu było coraz więcej, ale dalej porządne graty były prawie niedostępne dla początkującej gówniażerki. Najlepiej wyposażone były chyba zespoły weselne, więc dało się od nich czasami odkupić za uczciwą cenę jakieś grywalne instrumenty.

  156. @WO
    „…był Luksemburg, chata, szkło”
    to chyba we Warszawie (uproszczenie)
    Pokolenie awansu ze wsi do miast, urodzone w latach 30-tych, po doświadczeniach stalinizmu „szanowało” swój awans i ucieczkę od ciężkiej roboty od świtu do nocy.
    Owszem – próbowali słuchać Wolnej Europy/Głosu/Radia Tirana (kiedy mniej były zagłuszane) – ale max – to wiadomości odsłuchali + nikt się tym nie chwalił.
    Za to pamiętam, jak ojciec w latach 80-tych, kiedy głośno krytykowałem „system”, ze strachem zamykał okno, bo mieszkaliśmy na 2 piętrze.
    W 2 połowie lat osiemdziesiątych, mój myślący kuzyn z wioski, wyjaśnił mi (chłopakowi z Wro) dlaczego nikt u nich publicznie systemu nie krytykuje/atakuje:
    „chłopie – tutaj wszyscy się znają – milicja w 5 minut znałaby nazwiska i adresy”.
    A zdaje się, że na wsiach i w małych miasteczkach żyła większość populacji PRL-u.
    @ Zakładów Budowlano-Remontowych Serów Topionych
    tutaj pewnie mogło być łatwiej w mniejszych ośrodkach?
    Moje doświadczenia z Wro pokazywały fasadowość wszelkich działań indoktrynacyjnych/kulturalnych/sportowych – nikomu się nie chciało prowadzić zajęć pozalekcyjnych – łącznie z harcerstwem. Więc jak jakiemuś dorosłemu chciało się chcieć – to mogło zadziałać (cokolwiek!).
    BTW – byłem w środowisku/blokowisku, na którym powstał zespół Zwłoki.
    Nawet w 79 pozwolili na udział Zwłok w ramach jakiegoś publicznego przeglądu w parku na scenie. Niestety – ponieważ to była absolutnie „niezależna”, własna inicjatywa muzyczna, była też absolutnie amatorska. Największa kontestacja nie mogła pokryć całkowitej (niemal) indolencji wykonawczej. Nie byłem w stanie się jarać się tą muzyką, szczególnie, że nawet na warunki osiedla, to zespół tworzyli kolesie, lubujący się w brutalnym mordobiciu (jak się wkurzyli, albo popili).
    Ciekawostka – byłem przekonany, że wokalista- niejaki Magilla, skończy w więzieniu. Jednak muzyka łagodzi obyczaje – teraz Magilla zawodowo gra i śpiewa przy uroczystościach pogrzebowych.

  157. @airborell
    „Protestowałbym jednak przeciwko porównywaniu jabłek z kartoflami, to nie jest tak że jakby Lipce nie pozwolono założyć Budki, to stworzyłby jakąś wizjonerską muzykę w ejtisach.”

    Ciechowski postanowił śpiewać, kiedy mu okrutnie powiedziano, że kiepskie pisze te wiersze. Iommi raniąc sobie palce w fabryce (odcięte opuszki) niby skasował się jako gitarzysta, a stworzył hard rocka. Różnie to bywa.
    Co mówię, pozostając wielbicielem i „Cienia wielkiej góry” i „Samotnego domu”. Jednak 10 minut „Korowodu” kręci mnie bardziej.

  158. @fiat127
    @Wro

    A znasz zespół Kormorany?
    Oni co prawda zaczynali dekadę później, już w 80. (coś tam mieli wspólnego z alternatywą Majora). Rewelacyjna jest szczególnie płyta „Miasto”, ma wszystko: rocka, jazz, improwizację a’la VU. (to jest zapis koncertu z klubu „Rura” we Wro)

  159. Jeżeli dobrze kojarzę wiek komcionautów, to widać wyraźną różnicę pokoleniową. Urodzeni w latach 70 i wcześniej mają sentyment, dla młodszych to obciach jak Maryla Rodowicz śpiewająca piosenkę biesiadną.

    @grendel
    „Kto nigdy nie wył „Jolki”, koło północy, pijany, przy ognisku, płacząc rzewnie gdzieś tam w duszy, ten nie wie co to młodość.”

    Oh, pod wpływem alkoholu i ogniska wyłem Dżem, Perfekt, szanty, piosenki o Bieszczadach itp. Ale nigdy „Jolkę”. Nie nazywaliśmy tego „niewiedzeniem co to młodość”, nazywaliśmy to „maniem choć minimalnych standardów”.

  160. @”…był Luksemburg, chata, szkło”
    Już fiat się wypowiedział, że nie wszyscy, od siebie dodam, że widzę tu cały autobus nieuświadomionego przywileju. Dla polskim boomersów to raczej Eleni, Wodecki i cały Telewizyjny Koncert Życzeń.

  161. @ gini
    autobus – gwałt zbiorowy – tak! + chyba jednak kwestia indywidualnych wrażliwości odbiorców = mnie też od zawsze raził ten autobus, w odróżnieniu od tekstu Zwoźniaka czy „mahoniowego gościa” (błyskotliwe)
    @ panna z dzieckiem niebiałym – no tak, rzeczywiście nie jestem ze środowiska, które uważa, że każda kobieta to puszczalska; ot paradoks utworów adresowanych do szerokiego kręgu odbiorców
    @ opowieści „bywalców”
    zdecydowanie warto brać dużą poprawkę na wszystkie „autentyczne” elementy w opowieściach ludzi ze środowiska, gdzie wielkie ego, wyjątkowość – znajdowały potwierdzenie w „sławie” (a choćby i na miarę PRL-u), a oni jeszcze rywalizowali między sobą na bardziej barwne historie (autopromocja dotyczy każdego niemal artysty)
    @ Felicjan – no jednak nie; dotarło do mnie, że ta interpretacja, to kwintesencja naszych „kościelnych” zawodzeń (gorzkie żale przybywajcie)
    @ Korba
    ale realia radia lat 80-tych – to jednak była inna rzeczywistość – jak ta dyskografia Beatles, w programie IV
    @ 3 program
    prywatnie to po latach, poczułem całkiem spory zawód, o jak wielu ważnych i dobrych wykonawcach rockowych nie padło tam ani słowo;
    jasne – na warunki systemu totalitarnego, to 3 program to było coś, w porównaniu z innymi państwami bloku, ale też trochę się zżymam obserwując tę aureolę (zgasłą już) autorytetów i wszechwiedzy;
    @covery
    jako wieloletni mieszkaniec Czech – zobaczyłem jaka była skala oferty czeskich wersji muzyki światowej do roku 1990; w zasadzie tylko poprzez czeskie covery Czesi poznawali światowe hity; do tego stopnia, że raz doszło niemal do rękoczynów, bo próbowałem wyjaśnić Czechowi, że utwór „dziewczyna o perłowych włosach” napisał węgierski zespół Omega; do dziś mi nie wierzy i darzy szczerą nienawiścią za próbę podważania oczywistych faktów, bo to przecież czeska piosenka.

  162. @ Fiat127 „ale realia radia lat 80-tych – to jednak była inna rzeczywistość – jak ta dyskografia Beatles, w programie IV”
    Ale ja jestem o te 10 lat starszy i może niezbyt wyraźnie, ale pisałem o realiach lat siedemdziesiątych i trójce.

  163. @igor

    „wyłem Dżem (…) Ale nigdy „Jolkę””

    „„maniem choć minimalnych standardów””

    To się może zdecyduj. Dżem to jest dopiero zgroza.

  164. @ergonauta
    „Hiperbola. Czyli: „wyolbrzymienie wyglądu, znaczenia czy konsekwencji działania jakiejś osoby czy zjawiska”.”

    To nie musi być wyolbrzymienie, także odwrotnie – „miligram rozsądku”. Chodzi o to, że jednostka jest nieadekwatna.

  165. @fiat
    „Pokolenie awansu ze wsi do miast, urodzone w latach 30-tych,”

    Rokendrol nie był dla nich tylko dla boomerów (urodzonych 1945+).

    „W 2 połowie lat osiemdziesiątych, mój myślący kuzyn z wioski, wyjaśnił mi (chłopakowi z Wro) dlaczego nikt u nich publicznie systemu nie krytykuje/atakuje:
    „chłopie – tutaj wszyscy się znają – milicja w 5 minut znałaby nazwiska i adresy”.”

    Luksemburg był calkowicie legalny (i apolityczny).

  166. @amatil
    „Dla polskim boomersów to raczej Eleni, Wodecki i cały Telewizyjny Koncert Życzeń”

    To dla jeszcze wcześniejszych pokoleń (raczej mojej babci niż moich rodziców).

  167. @ergonauta / Wrocław
    ja się załapałem na początki Klaus Mitffoch i Lecha Janerki (to jest paradoks, kiedy się zna jego życiorys – Wro, jak wszystko w prl-u to były w sumie małe środowiska),
    a kiedy „zakładasz” rodzinę w 2 poł.lat 80-tych (a zaraz system się zmienił) to i muzyka była passe – więc nie, nie słyszałem Kormoranów
    @ muzyka poprzez własne dzieci
    a czy wróciliście do muzyki, poprzez proces pokazywania własnych doświadczeń dzieciom – ja miałem okazję zabrać 13-letniego syna na koncerty Deep Purple i Motörhead (w końcu miałem z kim), a potem syn zgrywał mi później muzykę na MP3 – już dużo nowszą (czasy torrentów)- więc się nieco doedukowałem;
    @igor
    @ śpiewy ogniskowe
    tak! dżem, przeżyj to sam, ale NIGDY Jolka! (ona zdaje się królowała w tzw.wolnych na imprezach?)
    @szanty – najgorzej!

  168. Eleni jest z rocznika 1956, prime boomer. Dla Twojej babci musiała być jak Roksana Węgiel dla millenialsów.

  169. @WO
    Luksemburg był calkowicie legalny (i apolityczny).
    Praworządny (oficjalnie) obywatel PRL-u do roku 1980 (symbolicznie) to słuchał programu 1 polskiego radia – nie wchodząc w nurty polemiczne
    @Korba
    wydaje mi się, że kluczowa jest cezura 1980 i Solidarność;
    później już nic nie było takie samo;
    jako nieodrodne i w zasadzie całkowicie zindoktrynowane dziecię PRL-u (wychowane przez TV a nie rodziców) – nagle zobaczyłem świat, w którego istnienie nie mogłem uwierzyć – np.premiera Misia w kinie w 1981 = całą indoktrynację trafił szlag

  170. @fiat127
    „tak! dżem, przeżyj to sam, ale NIGDY Jolka! (ona zdaje się królowała w tzw.wolnych na imprezach?)”

    Przecież „Jolka” do tej pory stały punkt wszelkiego rodzaju juwenaliów o trzeciej w nocy, gdzieś między „Barką” a „ujot na kolana”.

  171. @procyon
    @Jolka do dziś
    czyli – jednak „gorzkie żale przybywajcie” jako archetyp polskiej estetyki interpretacyjnej (?)

  172. @)wo „Z jazzem jakoś ci panowie się polubili, z rockiem chyba do końca nigdy.” Przypominam sobie lekturę korespondencji pomiędzy Lemem i Mrożkiem gdzie uderzyła mnie absolutna niechęć do rocka (i to w postaci niewinnych bitelsów) wyrażana przez nie tak starych w końcu gości (raczej w średnim wieku wtedy). Dla nich to była jakaś degrengolada kultury.

  173. @Fiat127 „kluczowa jest cezura 1980 i Solidarność;
    później już nic nie było takie samo;”

    Pełna zgoda. Ta trójka też nie była taka sama, choć pewna ciągłość kadrowa została zachowana. Ale ja w 1980 nie byłem już nastolatkiem – byłem studentem w dużym mieście. Miałem na wydziale trybuny studenckie (bywało, że ze trzy konkurencyjne jednego dnia) i strajki. Potem przepustkę na dochodzenie na dworzec PKP w czasie godziny milicyjnej (mój poniedziałkowy pociąg odjeżdżał baaardzo wcześnie). No a potem okres małej stabilizacji w beznadziei.

  174. @janekr
    To je vyborne 🙂 (acz komiczne zarazem)

    @Cpt. Havermeyer
    „W 90s takimi punktami rozwoju muzycznego były salki prób w domach kultury, ale był na nie taki popyt że ciężko było się gdzieś wcisnąć żeby przetestować z kumplami jak właściwie brzmi ta moja Jolana Galaxis na „prawdziwym” piecu.”

    Jolka (tak również skrótowo zwana) była bardzo przyzwoitym produktem obszaru RWPG, wciąż niepogardzanym przez biedniejszą młodzież w najntisach. Frontman zespołu GaGa (co prawda dzierżąc model Iris, nie Galaxis) wygrał z tymże składem oidp Jarocin w jakimś 1992 i mógł potem sobie drzeć łacha z pana redaktora, oznajmiając, iż kaszankę należy popijać czerwonym winem. W połączeniu z kostką Ibanez Soundtank Classic Metal dawała radę nawet w Master of Puppets przy środkowej pozycji i odrobinie tolerancji dla tego, jak oddaje „atak”. No, ale jak się nie ma, co się lubi, to kiepskiej baletnicy itp.

    @Kormorany
    Są wyraźnie wspomniani w „Dzikiej Rzeczy” Księżyka, ale jak sobie przypomnę, to nawet w początku najntisów nie docierało to do „interioru” bliższego Wiśle niż Odrze. W podstawówce się znało te wszystkie Defekty, Sexbomby, Big Cyce, GaGi i inne, ale tego nie. Może ze względu na niejednoznaczność gatunkową.

    @fiat127
    Jolka vs. Przeżyj to sam – po alko i niech pierwszy rzuci kamieniem…

    Nie no, poddaję się, biorę już nawet ten autobus Arabów. Przeżyj to sam ma tak weselno-remizową i statyczną melodykę, że już to Jolkowe wejście w emigrowanie z objęć nad ranem, rozpoczęte akordem e-moll stanowi przy tym wyżynę urozmaicenia.

  175. @grendel
    „Chyba taki celowy zabieg – coś jak dziewczyna podmiotu lirycznego w Baranku Staszewskiego seniora – „znów na jachtach myła podłogi”; przecież na jachcie jest pokład, to albio podmiot liryczny albo jego dziewczyna tego nie wiedzą.”
    W Baranku to jest zdecydowanie zabieg celowy, ale innego typu. Podmiot liryczny jest tam – przynajmniej w tym momencie – niesłychanie naiwny i zauroczony, idący w pełen denializm i ignorujący – a wręcz obrażający się o – ostrzeżenia i różne czerwone flagi, za to łykający bajeczki jak pelikan. A gdy już coś mu nawet zaczyna świtać, gdy jest o krok od zrobienia jednego gestu który mógłby mu rozwiać iluzję, to ona kiwa dłonią, wspiera skroń i skroń i on znów zapada w nią jak toń. Nawet gdy dopada go już frustracja, to ciągle ma dla niej jeszcze wymówki „trudno pracę z miłością godzić, rzadziej może do mnie przychodzić” i to mimo że dziewczyna ma Jaguara. Z mycia podłóg na jachtach w St. Tropez.

    Swoją drogą jest wersja Baranka wykonywana przez Zamachowskiego, który ostatni refren zmienia. To już nie jest pełne idealizmu „Na głowie kwietny ma wianek, w ręku zielony badylek” tylko takie ledwie wyskomlane.
    …wianek
    …badylek
    … baranek?

  176. @ Jolka
    Mnie najbardziej podobał się „cover” Jolki po śląsku. To szło jakoś tak: Dorka, Dorka pamiętosz, jak jo ci pszoł.
    Teraz na szybko wyguglałem, że śpiewał to Andrzej „Toluś” Skupiński.

  177. @amatil
    „Eleni jest z rocznika 1956, prime boomer. Dla Twojej babci musiała być jak Roksana Węgiel dla millenialsów.”

    Niemniej jednak, lubiła ją. Ja chyba lepiej wiem co lubiła moja babcia. To już ostatni komć nawiązujący do domniemań o gustach pre-boomerskich, którego nie wyciąłem. Wiadomo, że rock był dla boomerów+.

  178. @fiat127

    U Kormoranów te wrocławskie początki z lat 80. chyba były najciekawsze. Ja ich poznałem dopiero za III RP.

    „Początkowo jako zespół unikający sal koncertowych w konwencjonalnym rozumieniu, Kormorany kojarzone były z miejscami dla uprawiania muzyki nieoczywistymi (lecz, co bardzo ważne – o unikalnej akustyce), takimi jak schrony, puste hale fabryczne, bunkry, wieże ciśnień, czy niedokończone budowle, których w komunistycznej rzeczywistości było wiele.”

    @WO
    „Chodzi o to, że jednostka jest nieadekwatna.”

    Hiperbola pasuje, bo robi ją właśnie nieadekwatność. Np. hiperbolą jest przypowieść o drzazdze i belce w oku.

    „Hiperbola występuje w dwóch formach – powiększenia lub pomniejszenia. (…) Cechą w hiperboli jest zmienna, która może przybrać dowolną wartość; natomiast fakt, osobę lub pojęcie oddaje nazwa, której treść byłaby niewłaściwa, jeżeli zostałaby użyta w całym swoim zakresie znaczeniowym. Dlatego hiperbola wykracza poza granice prawdy lub prawdopodobieństwa.”

    Powyższe egzegezy fragmentu „Jolki” można by streścić hiperbolicznie:
    Wpłynęła na suchego przestwór PRL-u
    autobusem Arabów ku łańcuszkom wielu.

  179. @szelak
    „Przypominam sobie lekturę korespondencji pomiędzy Lemem i Mrożkiem gdzie uderzyła mnie absolutna niechęć do rocka (i to w postaci niewinnych bitelsów) wyrażana przez nie tak starych w końcu gości (raczej w średnim wieku wtedy). Dla nich to była jakaś degrengolada kultury.”

    Oczywiście, nie możemy rzucić pierwsi kamieniem, bo (a) ja już nigdy nie polubię hiphopu, nawet doceniając pojedyncze utwory (b) mam freudowską niechęć do muzyki pre-boomerskiej, czyli całej „muzyki estradowej”, Alex Band, Włodzimierza Nahornego, zapewne niesprawiedliwie, widzę w młodym pokoleniu zainteresowanie jazzem progresywnym, który dla nas był dnem-dna z Sopotu.

  180. @Korba
    Takie wspomnienia pokazują jak bardzo różny był PRL.
    Jako rocznik ’64 – kiedy miałeś strajki, my w liceum „szaleliśmy” na „domówkach” (używam tego określenia, choć my mówiliśmy „imprezy”, działy się w mieszkaniach, rzadko w domach – kiedy rodzice „wybyli”) – przy muzyce Maanamu i innych polskich zespołach (nie, nigdy nie było Budki Suflera).
    Nawet pomimo stanu wojennego, to mieliśmy po 1980 nagłe poczucie swobody i zmian na lepsze (ponurość zapanowała około 83/85 – i trwała aż do końca systemu).
    Taka anegdota – rok 1982, stan wojenny, godzina milicyjna, a kolega angażuje mnie jako kierowcę (nie mam jeszcze skończonych 18 lat, ale mam prawo jazdy) na wyjazd z Wro od Jeleniej Góry na festiwal, gdzie ma grać Republika.
    W umówiony dzień trafiam do mieszkania, gdzie mieszka dziewczyna nazywana „królową Punku we Wrocławiu” – niejaka Kaśka). Matka dziewczyny daje mi dowód rejestracyjny i kluczyki do dużego fiata (125p) z pełnym bakiem. Jestem przedstawiony jako doświadczony kierowca (!)- i jedziemy w 5 osób. Pierwszy raz w życiu jadę czymś większym od malucha, pierwszy raz w życiu na trasie poza miastem. Szczęście, że ruch wtedy był mniejszy, a przez stan wojenny, jeszcze niższy. Na koncercie Kaśka pankówa znika gdzieś z hipisami wąchać klej. Muszę czuwać na godziną powrotu, żeby nas godzina milicyjna nie złapała. Martwię się co powiem matce Kaśki, jeżeli jej nie znajdziemy. Na scenie Lombard jeszcze z Kwietniewską. Republiki widzimy tylko początek – bo czas wracać. Po drodze 2 razy zatrzymują nas patrole – i nic się nie dzieje – bez kłopotu puszczają nas dalej – auto kierowane przez niepełnoletniego + 4 pasażerów – miałem tylko taki czerwony dowód „tymczasowy”. Docieramy do Wro już po godzinie milicyjnej, zatrzymuje nas patrol – i znów puszczają.
    Także zero kombatanctwa – ot przypadkowo – nie zabiłem nikogo autem, nie zwinęła nas milicja. W sumie taka młodzieńcza historia jak amerykańskich filmów, ale w PRL-u.

  181. @szelak
    „gdzie uderzyła mnie absolutna niechęć do rocka (i to w postaci niewinnych bitelsów) wyrażana przez nie tak starych w końcu gości”
    Po części wynikało to z nie z wieku, a z daty urodzenia (Lem: 1921, Mrożek: 1930). Ale jednak Jerry Wexler – ważna figura w Atlantic Records – człowiek, który w 1968 podpisał kontrakt z Led Zeppelin po przesłuchaniu ich gotowej pierwszej płyty, a wcześniej też działał na rynku muzycznym, był z rocznika 1917. Ahmet Ertegun: 1923, George Martin: 1926. Moja hipoteza: brak rozwiniętego świata muzyki popularnej w Polsce przez wojną – w latach „formacyjnych” Lema i Mrożka (i wielu innych). Muzyka popularna kojarzyła się ze „szmirą dla kucharek”.
    @procyon:
    „Przecież „Jolka” do tej pory stały punkt wszelkiego rodzaju juwenaliów o trzeciej w nocy, gdzieś między „Barką” a „ujot na kolana”.
    Kiedyś dalej było chóralne „dzjondżhajuu lanyyyy”, potem nie było już nic…

    Odnośnie odczytania tekstu „Nie wierz nigdy kobiecie” – parę lat temu pojawiła się nowa wersja duetu Borysewicz & Fronczewski, gdzie teledysk mocno poszedł w kierunku cringu – nie było już żadnych monologów osoby w kryzysie na przystanku i brania w nawias – tylko mocne pójście w wąsaczową mądrość życiową.
    Co do samej pierwotnej wersji – Borysewicz mówił, że inspirował się stylem gry Marka Knopflera, a samo brzmienie gitary było osiągnięte przez wpięcie gitary w konsoletę – studio akurat dostało jakieś urządzenie, co to umożliwiało.

    @fiat127:
    „W 2 połowie lat osiemdziesiątych, mój myślący kuzyn z wioski, wyjaśnił mi (chłopakowi z Wro) dlaczego nikt u nich publicznie systemu nie krytykuje/atakuje:
    „chłopie – tutaj wszyscy się znają – milicja w 5 minut znałaby nazwiska i adresy”.
    Relacja członka rodziny, który na początku lat 60-tych trafił na wesele pod Ostrołęką – tam ludzie opowiadali sobie o atakach na posterunki milicji w latach 40-tych (trudno teraz powiedzieć, czy bandyterka, czy żołnierze wyklęci). Normalne opowieści, otwartym tekstem w dużym gronie. Na Kurpiach jednak omerta obowiązywała.

    @gini:
    „„Z atrakcyjnym Arabem zdradziła go, nigdy nie był już sobą o nie”
    Słowo „atrakcyjny” w piosence to już cringe poza skalą. Już autobus lepszy.

    Wracając do wskazań krindżometru przy Jolce – jak wspominam liceum (przełom 80/90), to o ile „Ewka” na gitarze była akceptowalna (nawet w wykonaniu kolegi podkreślającego fascynację Patem Metheny’m), to jednak Jolka i cała Budka była poza pewną niepisaną granicą. Mam zresztą wrażenie, że w tamtym czasie w dziedzinie muzyki było więcej niepisanych reguł bycia „w towarzystwie” niż na dworze Ludwika XIV.

    @ergonauta i wpływy folkowe na Anawę:
    Tu mi się kojarzy grupa Caravan i LP „In the Land of Grey and Pink” w szczególności, a szerzej, z całą tzw. sceną Cantenbury. Płytę Caravan polecam do odsłuchania. A z tej sceny na początek: Kevin Ayers „The Lady Rachel” („#mamtonaCD”).

    @fiat127:
    „– brak szeroko pojętej kultury muzycznej – niestety zawodzenia z polskich kościołów pewnie każdy z was słyszał; nauka muzyki w szkole = jak to w systemie – pozorna lub żadna; ależ to się różni od doświadczeń życiowych wielu światowych muzyków,”
    Jest taki odcinek na kanale Ricka Beato, gdzie opisuje edukację muzyczna w publicznym liceum w Stanach w latach 60-tych. Ja wiem, że odnoszenie się do Ricka Beato to już boomerskość w dużej dawce, a tu jeszcze odnoszę się do Ricka Beato, który wspomina, że „drzewiej to bywało” ale warto posłuchać, że na tym tle edukacja muzyczna w Polsce leżała. Po części też z imperatywu elitarności – pod strzechy trzeba iść z Moniuszką i Chopinem, a nie z szarpidrutami.

  182. @Martin_S
    @Przeżyj to sam – po alko
    może chodziło o to, że piosenka Lombardu uchodziła za coś w rodzaju protest songu (!) wobec wadzy (Fedorowicz), a Jolka, to o jakichś przegrywach jest w sumie?
    @Ponury Bankowiec
    >pod strzechy trzeba iść z Moniuszką i ChopinemJerry Wexler – ważna figura w Atlantic Records<
    etc. – ci z wydawnictw byli dobrzy w kupiectwo (tutaj akurat muzyczne) – to inna kategoria ludzi i inna skala biznesu – oni umieli w biznes (więc też w muzykę);
    A sceny wyśmiewające młodzież z długimi włosami, grającą na gitarach były w wielu filmach/komediach produkowanych na "zachodzie".
    Myślę, że potępienie/niezrozumienie przez pokolenie rodziców (symbolicznie Lem I Mrożek) – wiązało się z rygoryzmem i okowami społecznymi w jakich ich ukształtowano. No bo nikt, kto ma długie włosy, nie może osiągnąć sukcesu, być pełnoprawnym członkiem społeczeństwa itd. (a w ogóle – "to dajcie spokój z tym bigbitem"). Do dziś zachowałem, zapisane pięknym kaligraficznym pismem, zeszyty ojca do polskiego z liceum (lata 50-te). Zeszyty pełne bzdur, gdzie jedną z postaci opisanymi w temacie lekcji i notatce, był znany polski literat: Jan Cyp Norwid.

  183. @Ponury Bankowiec
    sorry coś się rozsypało w trakcie pisania, część „znikła”;
    >Na Kurpiach jednak omerta obowiązywała.<
    myślę, że tych 20 lat – miało znaczenie – lata 60-te a 80-te;
    w totalitaryzmie każde kolejne pokolenie jest bardziej zindoktrynowane, system przez lata bardziej skuteczny, ludzie ostrożni, "nauczeni" doświadczeniem;
    ja to zobaczyłem w Czechach, gdzie przez 40 lat do roku 1990 – stworzono zupełnie nowe społeczeństwo – w niczym nie przypominającego Czechosłowacji do roku 1939.

  184. @amatil
    widzę tu cały autobus nieuświadomionego przywileju.

    Zależy jak rozumianego, mój teść to jedyne dziecko samotnej matki, która przyjechała do Krakowa ze Lwowa i mieszkała całe życie w kwaterunkowym mieszkaniu. Może przywilejem było mieszkanie w dużym mieście i związana z tym szansa spotkania kogoś kto ogarnia, ale to tyle. Wydaje mi się że sporo zależy od przypadku, czasem wystarczy jakiś jeden starszy kolega który otworzy oczy i uszy.

  185. @Ponury Bankowiec
    „Ja wiem, że odnoszenie się do Ricka Beato to już boomerskość w dużej dawce”
    E tam boomerskość. Jestem rocznik ’79 i jak najbardziej oglądam Ricka Beato. To jeden z tych stosunkowo nielicznych przypadków, gdzie Youtube dostarcza czegoś pozytywnego, tzn. człowiek który zna się na swojej dziedzinie i potrafi o niej opowiadać ciekawie i z humorem.

  186. @Cpt
    Przywilej jako manie takiego teścia (a jeszcze bardziej rodzica), moi teściowie i rodzice, lata urodzenia w pobliżu Wodeckiego, rocka nie słuchali, dzieciom pokazać więc nie mogli.
    Trudno mi uwierzyć, że w PRL w latach ’60 dla *wszystkich* był Luksemburg, chata, szkło, oprócz tych, których znam osobiście.
    I tak, podejrzewam, że mogło to mieć coś wspólnego z mieszkaniem w dużym mieście, chociażby Lublinie.

  187. @amatil
    „Trudno mi uwierzyć, że w PRL w latach ’60 dla *wszystkich* był Luksemburg, chata, szkło, oprócz tych, których znam osobiście.”

    Tak jak Internet – Wikipedia jest dla każdego, nie każdy chce skorzystać.

  188. @fiat127
    Nie wiem, na ile Lombard był bardziej opozycyjny od Budki Suflera, jak bardzo „chciał bić ZOMO” (to chyba bardziej Hołdys, jeśli już nie miał wyjścia przy pełnej sali, ale nie mnie oceniać), natomiast moje ogniskowe doświadczenia pochodzą z lat 90 (ja już mogłem tylko oczyma widza oglądać, jak chleb z 40 na 400 drożeje, i o wcześniejsze doświadczenia jestem uboższy). Zdarzało się i to, i to. Krzywię się jednak bardziej na wspomnienie Przeżyj to sam. Nic nie poradzę. Retrospektywnie z gatunku protest songów wolę Ku przyszłości lub Spytaj milicjanta. Zapewne ten Lombard leciał na niejednym wiecu (i pewnie niejednego jednoczył), ale jak można tak nudny protest song napisać.

  189. @WO
    „Skąd zachodnia muzyka”
    „Nie. Były bazary [z płytami], były licencyjne wydania, były Peweksy (osiem dolarów za płytę). Trochę tego jednak leciało w Trójce. Te zakazy nie działały w ten sposób.”

    Dla porównanie warto by przypomnieć/przekazać ile był wart dolar/marka/funt choćby w latach ’80 XX wieku. To są kwoty nieporównywalne do dzisiejszych. Jestem zbyt młody, żeby móc to jakoś ocenić i opisać

    Był eksport prywatny przez marynarzy i wysyłanie przez rodziny mieszkające na Zachodzie. Były przywożone z ZSRR całkiem niezłe składanki (np. The Doors, David Bowie) i całe albumy (Pink Floyd). Trafiały do nas płyty z muzyka zachodnią z byłej Jugosławii. Trójka prezentowała całe albumy do rejestracji magnetofonowej.

  190. @martin
    „Nie wiem, na ile Lombard był bardziej opozycyjny od Budki Suflera,”

    Budka wcale, a Lombard w kilku piosenkach jednak jednoznacznie tak.

  191. @Martin_S
    przecież „przeżyj to sam” – to była oficjalna, pobłogosławiona przez władze/cenzurę piosenka; opozycyjny/antysystemowy to był „Janek Wiśniewski padł”, Kaczmarski itd.;
    jako, że sam bywałem tym od gitary przy ognisku, to pamiętam repertuar, oraz to co podchwytywali słuchacze;
    „przeżyj to sam” – to była „koncesjonowana” opozycyjność – bo trudno się było czepiać o śpiewanie „oficjalnej” piosenki;
    a „Janka Wiśniewskiego” – nie każdy i nie wszędzie miał odwagę śpiewać, chociaż jak zacząłeś – to ludzie się dołączali (zresztą był jeszcze kłopot ze znajomością słów piosenek – prawie nikt ich nie znał w całości, cenione były odbijane na powielaczu „śpiewniki”/samoróbki z chwytami);
    Najgorzej – zapaleni pasjonaci z gitarą, którzy znali setki piosenek, często – szanciarze – gdzie początkowe wspólne śpiewy, zamieniały się w umierający spektakl jednego aktora, przy dogasającym ognisku…

  192. @fiat
    „przecież „przeżyj to sam” – to była oficjalna, pobłogosławiona przez władze/cenzurę piosenka; opozycyjny/antysystemowy to był „Janek Wiśniewski padł”, Kaczmarski itd.;”

    Tak to i o Barei mówiono. Niektóre piosenki Kaczmarskiego i Gintrowskiego też przecież przeszły cenzurę.

  193. @Martin
    Jolka (tak również skrótowo zwana) była bardzo przyzwoitym produktem obszaru RWPG, wciąż niepogardzanym przez biedniejszą młodzież w najntisach.

    Dlatego moja leży w częściach w garażu po umiarkowanie udanej przeróbce na coś na kształt jaguara z pickupami które można rozłączać z humbaxów na single. Mam w planach przywrócenie do stani oryginalnego bo znalazłem niedawno siatkę z oryginalną elektroniką. Oidp mostek tam był w stylu Mustanga. W ogóle Josef Ružička to czeski Leo Fender i ponoć nawet Clapton, Page i Harrison mieli swoje egzemplarze.

  194. @Wo
    starałem się w skrótowej formie wytłumaczyć koledze @Martin_S, że odbiór na przykład „przeżyj to sam” – był bezpiecznie „opozycyjny” i tutaj nie ma wspólnego mianownika z Jolką (zupełnie nie opozycyjna); piosenka Lombardu ma jeszcze jedną wyższość przy śpiewach ogniskowych – generalnie większość uczestników nie zna tekstów; ale jak jest taki refren jak: „przeżyj to sam!”, „hej sokoły!” – to nawet najbardziej pijani, najmniej muzykalni uczestnicy dostają wiatru w żagle;
    Kaczmarski – to też skrót – głównie na piosenki znane/poznane z kaset Przeglądu Piosenki Prawdziwej w Olivii, z roku 1981; wiele z nich było ostrych i poza cenzurą

  195. Lombard już był trochę po stronie obciachu – mówię tu z perspektywy licealisty przełomu 80/90. Teraz doceniam wczesny Lombard. A solówka w koncertowej wersji „Znowu radio” jest znakomita – posłuchajcie tam basisty. Perfect był po właściwej stronie dobrego gustu. Odnośnie dostępu do muzyki: w drugiej połowie lat 80-tych pojawiały się już pirackie kasety, można było nagrywać z radia. Jednocześnie przypominam, że kasety Stilon to nie był szczyt marzeń. TDK to był jednak duży wydatek. Od 1989 pojawiły się kasety – mogę się mylić, ale w 1989 kupiłem Led Zeppelin IV za 10 500 zł. Jeżeli dobrze pamiętam, to w odniesieniu do obecnej średniej pensji około 350 zł. Nie pamiętam, ile kosztowały wtedy czyste kasety.
    Pewien paradoks – kolega w późnych latach 80-tych miał za jakieś rozsądne pieniądze winyle Venon, Kata i inne w tym klimacie (chyba jeszcze Testament). Swoją drogą, chłopak z podstawówki słuchający Venom – czasy były inne.
    Odnośnie postrzegania długowłosych szarpidrutów w PRL – pamiętam jak czytałem „Gdzie twój dom, Telemachu” Adama Bahdaja – chyba koło 1983/1984. Była tam negatywna postać nastolatka, niejakiego Krzysia Fuksińskiego, który był fanem fikcyjnego zespołu Santana – wbrew nazwie nie był to zespół Carlosa Santany, ale sądząc z opisu, coś na kształt Abby. To zamiłowanie do tego zespołu było przedstawione przez autora ze szczególnym obrzydzeniem i szyderstwem – jako przeciwwaga historii o Santanie były przestawione opowieści o niejakim Jojo – wg obecnych standardów osobniku będących w licznych kryzysach. Już wtedy te dydaktyczne smrodki odbierałem jako fałsz – a przecież były to lata osiemdziesiąte. Inny przykład – w filmie „Stawiam na Tolka Banana” Karioka nosi koszulkę Jethro Tull – to i cały hippisowski styl ma chyba podkreślać, że jest to dziewczyna podążająca dziarskim krokiem ku przepaści. A uratuje ją dopiero krótkowłosy Szymek Krusz.
    Jest fajna scena w filmie „Odlot” Milosa Formana (cytuję z pamięci, oglądałem chyba prawie 40 lat temu): do mieszczańskiej rodziny w USA córka przyprowadza chłopaka – z długimi włosami, będącego rzeczonym szarpidrutem. Ojciec rodziny, z wyraźnym paternalizmem z domieszką szydery, pyta go o zarobki. Chłopak odpowiada: przed czy po opodatkowaniu?

  196. @Ponury Bankowiec
    „Caravan” (i wpływy na Anawę)

    Chyba jeszcze bardziej inspirująca była płyta Caravanu rok wcześniejsza „If I Could Do It All Over Again”. Natomiast – skoro tak mocno wchodzimy w #rapiery – jeszcze bardziej wpłynęły na Anawę te progresywne i folkrockowe zespoły, gdzie pierwsze skrzypce grały właśnie skrzypce (traktowane jak gitara elektryczna, z wymyślnymi przetwornikami i emocjonalnymi solówkami): od Curved Air po It’s A Beautiful Day. No i oczywiście pierwsza płyta Vana Morrisona. Niektóre patenty Kantego Pawluśkiewicza to były czytelne parafrazo-zżynki, ale zawsze z jakimś własnym tonem (coś jak w najlepszych zżynkach Lipki). I nigdy nie ściągał z wykonawców najmodniejszych, najpopularniejszych, najmocniej rozpalających głowy, to go jakby nie obchodziło.

  197. BTW fascynująca jest zmiana recepcji Wodeckiego, Zauchy i paru innych artystów kojarzonych 40 lat temu właśnie z „Koncertem życzeń”.

    Radio 357 (czyli z definicji publika „trójkowa”, ale raczej czterdziestolatkowie i młodsi niż 50+; bardziej Stelmach niż Kaczkowski) co roku robi polską wersję Topu Wszech Czasów. W ostatnim notowaniu Wodecki miał trzy kawałki w Top100, gdy Budka tylko dwa (wiadomo jakie). Zaucha też dwa. Z jednej strony to miło, że artysta po latach zostaje doceniony, z drugiej – trudno nie doszukać się tutaj mody.

  198. Ktoś jeszcze pamięta Curved Air – miło słyszeć. Kiedyś w radio puszczałem Metamorphosis -do dziś fortepian od ok. 3:10 jest jedną z moich ulubionych klawiszowych partii w szeroko rozumianym rocku. Jak ktoś nie zna: marsz do odsłuchu!

  199. @pb
    „Ojciec rodziny, z wyraźnym paternalizmem z domieszką szydery, pyta go o zarobki. Chłopak odpowiada: przed czy po opodatkowaniu?”

    Zepsuł pan wspaniałą scenę, która regularnie wraca w mojej banieczce (ostatnio zrobił to wczoraj znany śląski poeta i tłumacz, a jemu się z kolei pochrzaniło że to „Hair”). Tak jest naprawdę:

    Ojciec: So you’re a… you’re a musician huh? What do you play?

    Córka: He plays the organ and the bass and the piano. And he sings.

    Ojciec: Ah, Really?

    Córka: He writes his own music too.

    Ojciec: You make any money at it? How much?

    Chłopak (dotąd milczący): Last year I made $290,000.

    Ojciec: What did you say?

    Chłopak: $290,000, before taxes.

    (na dzisiejsze to jakieś dwie bańki)

  200. @Zauchwa i Wodecki:
    Dzieki Mitch&Mitch odkryłem pierwszą płytę Wodeckiego – a był to podmiot wykonawczy, od którego mnie wyjątkowo mocno odrzucało. A pierwsza płyta – i wersji Mitch&Mitch, i w oryginalnej – do polecenia, jak ktoś lubi biały soul w stylu Davida Bowie z LP „Young Americans”.
    Zaucha – tu percepcja była jeszcze gorsza. Ale jak się posłucha „Wymyśliłem ciebie” Dżambli – aż bym chciał, żeby Rick Beato wziął to na warsztat w ramach cyklu „What makes this song great”.

  201. @airborell
    „BTW fascynująca jest zmiana recepcji Wodeckiego, Zauchy i paru innych artystów kojarzonych 40 lat temu właśnie z „Koncertem życzeń”.”
    Po prostu pokolenie Pszczółki Mai dorosło. Swoją drogą Wodecki zaśpiewał „Maję” ładniej, niż Karel Gott w oryginale. Może dlatego, że Wodecki śpiewał w języku ojczystym, a Gott w obcym.

  202. @airborell
    „Z jednej strony to miło, że artysta po latach zostaje doceniony, z drugiej – trudno nie doszukać się tutaj mody.”
    Ale dlaczego mody? Wodecki akurat naprawdę pozytywnie się kojarzył wielu ludziom. Miał pewną klasę, umiał śpiewać bardzo dobrze a do tego całe pokolenie wychowało się na jego „Pszczółce Mai”. Więc niektórym może kojarzył się z koncertem życzeń, a innym z dzieciństwem i późniejszym dorastaniem – bo przecież oprócz Mai w telewizji puszczano też „Chałupy welcome to” gdzie można było zobaczyć kawałek cycka. Naprawdę łatwo było się przekonać, że to jest porządnie wykształcony i dysponujący talentem artysta.
    Czytałem niedawno książkę-wywiad z nim i on nawet trochę narzekał, że gdzie nie pojedzie to „Maja”. A jeździł i występował dużo.

  203. Jako najstarszy dziaders tutaj, z Warszawy, więc w pewnyn sensie uprzywilejowany, przekażę trochę drobiazgów z lat minionych.

    „Adapter – też rzadkość w domach, a jakość muzyki z pocztówek = skuteczne zniechęcała – przynajmniej dzieciaka.”
    Nie, gramofon elektryczny nie był rzadkością w domach, nawet w latach 60. Niestety był to na ogół Bambino lub jego wersja „do radia”, bardzo, bardzo słaby. A pocztówki dźwiękowe faktycznie przygnębiały jakością. Była piosenka o nieszczęsnej dziewczynie, która „nastawia bardzo kiepski adapter” i żadnu chłopcy nie przychodzą – pamięta ktoś?

    @radio Luxemburg
    Oczywiście było powszechnie słuchane. Ja byłem na to za młody i mnie jakoś minęło. O tym pisze Zientarowa w „Wojnie domowej”:
    „U nas w domu jest Luksemburg, a u wujka nie ma.
    — A co dają w tym Luksemburgu? — spytał groźnie.
    — Jak to co? Najlepszą muzykę na świecie. Tylko u jednych w Warszawie słychać, a u innych nie…
    – Nie próbowałem. Może słychać — powiedział mąż ostro.
    — Ja próbowałam — oświadczyła Anula — Fela i Hania próbowały, a one są specjalistki.”
    Oczywiście słuchanie muzyki z RWE byłoby masochizmem, Luksemburga przynajmniej nikt nie zagłuszał.

    W Warszawie na falach krótkich nadawała Rozgłosnis Harcerska, mieli sporo muzyki, także zachodniej i prowadzili listę przebojów.
    A jak tylko w domu pojawiło się radio z zakresem UKF, słuchałem praktycznie wyłącznie Trójki, gardząc Jedynką i Dwójką. Eleni NIE słuchałem, do Skaldów, Trubadurów i Jethro Tull się przyznaję.

    W latach 60. jakość dźwięku z dostępnego sprzętu była tragiczna. Pocztówki dźwiękowe, kopia z kopii z magnetofonu tonette, dla oszczędności nagrywana na mniejszej prędkości.

    W latach 70. Unitra zaczęła się ogarniać i trochę lepszy sprzęt wchodził do produkcji. Wprawdzie nierzadko znikał ze sklepów, zanim dotarł na półkę, ale jakoś tam był.
    Jako maniak postarałem się o lepsze urządzenia stosunkowo szybko, ale oczywiście nie było to normą.

    Jakoś tak się składało, ze w otoczeniu zawsze był ktoś, kto miał zachodnie płyty i trochę lepszy sprzęt. Mój kolega z podstawówki spędził z ojcem rok w Kanadzie i przywiózł komplet płyt Beatlesów, a także zgrabny gramofon Philipsa.

  204. Znam tą wersję – wolę surowy sound oryginalnego nagrania, ale w nowszej wersji solówka ścina z nóg. To w ogóle wyjątkowy utwór w skali światowego popu – czy jest inna piosenka (nie: progrockowa suita) o tak skomplikowanej rytmice? Dodajmy – rytmice, której skomplikowanie nie jest tylko czczym pokazem, ale przemyślanym zabiegiem kompozytorskim. I wykluczamy z rywalizacji Coltrane’a i Zappę.

  205. @Ponury Bankowiec
    „Od 1989 pojawiły się kasety – mogę się mylić, ale w 1989 kupiłem Led Zeppelin IV za 10 500 zł”

    Znaczy inne niż piraty? Nie pomogę konkretnie w kwestii roku 1989, ale cena bardzo możliwa, bo za kilka lat trzeba było już dodać jedno zero. To by się zgadzało. Posiadam np. jeden podręcznik do skal modalnych (wydanie z 93, zakup circa 95) sprzedawany z kasetą, na którym widnieją wciąż niezdarte dwie ceny – 12,20 i 122 000 (odpowiednio: podenominacyjna i przeddenominacyjna).

  206. Wodecki przecież jest jak najbliżej tradycji Przybory, Gershwina, Chucka Berry’ego i tabunów bluesmanów, solistek jazzowych i folkowych, co to przy pracy w rewiach, tańcbudach i innych rzemiosłach rozrywkowych zawsze dziwnym trafem znali podstawy Bacha albo od lat młodzieńczych albo od ciężkiej pracy samouctwa. Nie wszystkim było to dane, ale ścieżki od popkultury rozrywkowej do poważki są wydeptywane regularnie, wliczając samego Beato. Williams jumający od Holsta do Gwiezdnych Wojen nie był pierwszy.

    Nie miały te osoby kompleksów wobec poważki, bo znając historię chałtur i szwindli od Bacha do Verdiego albo i dalej, wiedziały, że taka jest prawidłowość ich fachu.

  207. @pk
    „Ale dlaczego mody? Wodecki akurat naprawdę pozytywnie się kojarzył wielu ludziom.”

    Mi zawsze negatywnie, właśnie na zasadzie tej ogólnej niechęci do „piosenki estradowej”. Dopiero po latach doceniam (ale nie na tyle żeby kiedykolwiek sobie puścić dobrowolnie, jak choćby Budkę Suflera).

  208. @jr
    ” Niestety był to na ogół Bambino lub jego wersja „do radia”, bardzo, bardzo słaby.”

    Nie aż tak. Mam kolegę, którego pasją na stare lata stało się restaurowanie sprzętu Unitry. Ten pojedynczy głośnik w Bambino grał zaskakująco dobrze, na pewno lepiej od typowej pierdziawki na BT, z której dziś muzyki słucha młodzież.

  209. „Ten pojedynczy głośnik w Bambino grał zaskakująco dobrze”
    Głośnik, wzmacniacz OK, mógł grać nieźle po zasileniu z dobrego źródła. Gramofon w sensie napędu, ramienia i przetwornika były beznadziejne no i niszczyły płyty.
    Zgodzę się też, że radio Bolero czy inny Turandot na UKF mogło grać satysfakcjonująco, a już DMTL/202 jeszcze lepiej.
    BTW w Narodowym (baczność!) Muzeum Techniki w PKiN jest ekspozycja sprzętu audio z PRL. Po moje skromne refleksje zaprawszam do serwisu „Okiem Maniaka”.

  210. No jednak mody, bo to wybuchło po koncercie Mitchów. Przy czym: klasowych artystów estradowych było pod koniec 70. i w 80. naprawdę dużo, a renesans w takiej skali przeżywa akurat Wodecki, nie powiedzmy Ewa Bem czy Grażyna Łobaszewska.

    @Gott i Maja
    Przecież po czesku też śpiewał.

  211. @Jan Rudziński
    wygląda na to, że prawie każdą uwagę ogólniejszego charakteru, a dotyczącą PRL-u,
    trzeba opatrywać informacją, jakiego okresu dotyczy wypowiedź, oraz regionu/miasta.
    Adapter – wyglądał na archaiczne urządzenie w połowie lat 70-tych, nawet dla mnie, 10-latka. Teraz sprawdziłem, że ostanie adaptery wyprodukowano w roku 1972, ale to było urządzenie popularne w latach 60-tych;
    Nie negując więc ewentualnej powszechności adapterów – w drugiej połowie lat 70-tych – to nie było urządzenie powszechnie obecne w domach (tak – tych, które odwiedzałem).
    W drugiej połowie lat 70-tych – radio Luxemburg w ogóle nie istniało w sferze świadomości wczesno-nastoletniej młodzieży (coś tam dźwięczało, ale raczej w kategoriach -„legendy”). Może dlatego, że jakość odbioru lokalnego radia była nieporównanie lepsza, ono zdaje się na falach krótkich nadawało (?) – serio marnie to było słychać. A może dlatego, że jednak dużo większą rolę odgrywała w tym czasie telewizja? A może jako w pełni zindoktrynowane dziecko – nie mówiono o tym radio nic w telewizji, ani nie pisano w prasie, którą czytałem – „Świat Młodych”, „Płomyczek/Płomyk”?

  212. @fiat
    „Adapter – wyglądał na archaiczne urządzenie”

    To jest mój blog, proszę pisać poprawnie. „Adapter” to część gramofonu. Proszę pisać „gramofon”, tak jak Janek.

    „W drugiej połowie lat 70-tych – radio Luxemburg w ogóle nie istniało w sferze świadomości wczesno-nastoletniej młodzieży”

    Bo wtedy już nie miało sensu, w czasach UKF było w ogóle anachronizmem. Pan ciągle myli dekady i pokolenia. Ja to niebawem już będę wycinać, bo ciągłe tłumaczenie jest nużące.

  213. @WO
    to bardzo pouczające – w zasadzie, z powodu braku realnego kontaktu
    z inkryminowanym urządzeniem, byłem przekonany (błędnie jak się okazuje), że jego poprawna nazwa to rzeczony „adapter”; no i może jednak też ten wygląda?
    określenie gramofon – jasne – znane i ważne – dla każdego, komu udało się mieć Fryderyka, ale i Emanuel – też dawał radę;
    gramofony z „pewexu”/zachodu – w większości nierealne marzenie;
    a tutaj proszę – Bambino – też całe życie mówiło prozą.

  214. „Adapter – wyglądał na archaiczne urządzenie w połowie lat 70-tych, nawet dla mnie, 10-latka. Teraz sprawdziłem, że ostanie adaptery wyprodukowano w roku 1972, ale to było urządzenie popularne w latach 60-tych;”
    Gramofon Bernard kupiłem w 1978 roku, podobnie zresztą gospodarz kupił Daniela. Gramofony elektryczne produkowano w Polsce do połowy lat 90. mniej więcej.
    W latach 1970 archaiczny był gramofon Bambino, istotnie wycofany z produkcji ok. 1972. Ale został zastąpiony przez trochę tylko lepsze gramofony na licencji Telefunkena.
    „W drugiej połowie lat 70-tych – radio Luxemburg w ogóle nie istniało w sferze świadomości wczesno-nastoletniej młodzieży”
    Toż napisałem, że nawet ja byłem za młody, żeby załapać się na szczyt popularności tego radia. Które nadawało na falach średnich zresztą.

  215. @fiat127:
    A może jako w pełni zindoktrynowane dziecko – nie mówiono o tym radio nic w telewizji, ani nie pisano w prasie, którą czytałem – „Świat Młodych”, „Płomyczek/Płomyk”?

    Mam już nieco inne wspomnienia – w latach 80-tych w Świecie Młodych nie potępiano już „długowłosych szarpidrutów”. Pamiętam zresztą, że Zbigniew Hołdys miał tam kącik popularyzatorski o muzyce. Tu anegdota – przy okazji wydania płyty UNU albo Live ŚM opublikował tekst Autobiografii z wersem „Wujek Józek zmarł” zamiast „Wiatr odnowy wiał” – w następnym numerze zamieszczono uwagę, że było to wynikiem błędu drukarskiego. Zaiste, drukarze mieli też freudowskie pomyłki! Miałem zresztą okazję opowiedzieć to Zbigniewowi Hołdysowi – powiedział, że wersja z wujkiem Józkiem upadła bardzo wcześnie na skutek cenzury albo nawet przewidywanej reakcji cenzury.
    Mam jeszcze jedno spostrzeżenie – choć może oparte na wycinkowej obserwacji. W tzw. literaturze młodzieżowej PRL (Niziurski, Nienacki, Bahdaj, Woroszylski – nie żebym Niziurskiego stawiał w jednym rzędzie z Nienackim) praktycznie nie ma odniesień do muzyki zwanej wówczas młodzieżową. Jest ten wątek u Bahdaja, ale poza tym – nie przypominam sobie. Jest sporo odniesień do sportu, do kina (nawet amerykańskiego) ale muzyka praktycznie nie istnieje. Cymeon Maksymalny zapisuje się na zajęcia z puzonu – trochę do dziwne we wczesnych latach siedemdziesiątych (może chciał dołączyć do Chicago albo Blood Sweat and Tears?). W filmie – jest parę wątków w „Wojnie domowej”. Jest ówczesny dokument o Niemienie – autor nie lubił chyba Niemena. W filmie zmieniło się to chyba w latach osiemdziesiątych. A w literaturze? Jakiś bohater słuchał rocka (nawet jeżeli miało to pokazać jego zdegenerowanie)?

  216. @pb
    „Mam już nieco inne wspomnienia – w latach 80-tych w Świecie Młodych nie potępiano już „długowłosych szarpidrutów”.”

    Przecież cały czas tu piszemy, że w 1980 tabu zniknęło.

  217. W latach 60/70. w polskich kinach pokazywano filmy z Beatlesami: „A hard day’s night”, „Help” i „Yellow submarine”. Nawet bez przesadnych opóźnień.

  218. @pb
    ” A w literaturze? Jakiś bohater słuchał rocka (nawet jeżeli miało to pokazać jego zdegenerowanie)?”

    W młodzieżowej – dość przychylna wzmianka w: Andrzej Perepeczko, „Dzika Mrówka i tam-tamy”, dowiadujemy się że bohater (pozytywny!) słucha „Jimi Hendrixa oraz Pink Floyda”. Za cholerę sobie nie mogę przypomnieć, ale była powieść młodzieżowa o chłopcu na placówce w Londynie, on jest fanem fikcyjnego zespołu wzorowanego na bitelsach, nazywał się chyba „Scooters” (?). Była też powieść obyczajowa (dorosła), w której główny bohater kupuje w sklepie (!) „Ciemną stronę” bo go zaintrygowała okładka i mu się podoba zawartość, nie pada nazwa zespołu ani tytuł płyty, też nie pomnę tytułu ani autora.

  219. „Była też powieść obyczajowa (dorosła), w której główny bohater kupuje w sklepie (!) „Ciemną stronę” bo go zaintrygowała okładka i mu się podoba zawartość, nie pada nazwa zespołu ani tytuł płyty, też nie pomnę tytułu ani autora.”
    To o mnie? Ja właśnie tak kupiłem w sklepie DSoM w 1973 roku, nic nie wiedząc o zawartości, tylko na podstawie okładki.

  220. @Ponury Bankowiec
    w 1980 – to ja już byłem „poważnym” licealistą – gdzie tam wtedy Świat Młodych;
    BTW – do dziś pamiętam, że pierwszy raz logotyp z nazwą Kiss – zobaczyłem właśnie w ŚM; to mi mocno utkwiło, bo to ss na końcu, wiadomo jak stylizowane – to było dla mnie zupełnie niezrozumiałe w kontekście indoktrynacji; ale było, bo zdjęcie zawierało okładkę albumu Rock and Roll Over (1976!) – tak to była indoktrynacja;
    @prasa
    jako licealista = Razem pamiętam (było sporo o muzyce+ fajne jak na prl – zdjęcia kolorowe), ale potem szybko nastała Solidarność – i zacząłem czytać płachty Polityki, jak się udało zdobyć to Tyg.Powszechny, Tyg.Solidarność; a po tym jak Jaruzelski zrobił wojnę – to oficjalne wydawana prasa była na bieżąco uzupełniana 2 obiegiem, ale nie kojarzę materiałów o muzyce;
    @Niziurski/Nienacki
    tak! jako psychofan Niziurskiego – mam wszystkie jego książki, nawet te wydawane po roku 89 – nie pamiętam żadnej wzmianki o muzyce – chyba coś w Adelo zrozum mnie, ale to raczej jako jakieś kuriozum było + ogólnie – prześmiewcze zajęcia muzyczne osobliwych postaci

  221. @wo
    > Za cholerę sobie nie mogę przypomnieć, ale była powieść młodzieżowa o chłopcu na placówce w Londynie, on jest fanem fikcyjnego zespołu wzorowanego na bitelsach, nazywał się chyba „Scooters” (?).

    Tak, Scooters – i robili „jejeje”! Ale mi się odblokowało wspomnienie z dzieciństwa: to jest Mistrz Pędzel Miry Michałowskiej. Pędzel puszczał dymki i przekradał się potajemnie do pałacu Buckingham ganiać corgis.

  222. @clandestino
    DZIĘKI!!!

    Pozostaje jeszcze ustalić kto napisał powieść o Janku R.

  223. U Nienackiego parokrotnie muzyka rockowa jest pokazana w wymiarze negatywnym, w „Nowych przygodach” różni negatywni bohaterowie słuchają rocka nad Jeziorakiem (ale pan Tomasz ma gadżet disablujący radioodbiorniki!). Po wodzie niesie się echo „Dziwny jest ten świat”. W „Niesamowitym dworze” kolega Bigos słucha bigbitu, zielono-czarnych, albo zgoła różowych w kropki pomarańczowe (sarka pan Tomasz).

  224. @wo:
    „W młodzieżowej – dość przychylna wzmianka w: Andrzej Perepeczko, „Dzika Mrówka i tam-tamy”, dowiadujemy się że bohater (pozytywny!) słucha „Jimi Hendrixa oraz Pink Floyda”.
    Jak mogłem zapomnieć! Czytałem w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych – główny bohater słuchał zachodnich płyt i chciał je zabrać na statek. Nie był potomkiem podejrzanej prywatnej inicjatywy (jak Krzyś Fuksiński) albo dziewczyną na złej drodze (jak Karioka). „Dzika Mrówka i tam-tamy” ukazała się w 1977 roku, autor urodził się w 1930 – chwała mu za tą transgresję kulturową.
    Mam intuicję, że może coś o szarpidrutach mogło być w „powieściach milicyjnych” Anny Kłodzińskiej.
    U Joanny Chmielewskiej w powieści „Zwyczajne życie” Tereska ma albo dostaje gramofon – pamiętam, że nie służył do odsłuchów muzyki klasycznej. Nie mam egzemplarza pod ręką. Coś mi świta, że jednak motyw słuchania muzyki służył do pokazania pewnej „trzpiotowatości” tej bohaterski i/lub jej statusu materialnego.
    Wracając do Budki – kiedyś chyba krążył pogląd, że w latach siedemdziesiątych Budki słuchali tzw. gitowcy. Wydawało mi się to dziwne – ówcześni rycerze ortalionu i progresywny rock? Ale to były dziwne czasy – pamiętajmy, że istnieje link pomiędzy Haliną Frąckowiak a pionierami thrash metalu w Polsce – Wojtek Hofmann grał utwór „Fabryka Keksów” zarówno z Haliną Frąckowiak, jak i z Turbo.

  225. @pb
    „Jak mogłem zapomnieć!”

    Trochę zazdraszczam bo to jednak idiotyczne że mam głowę zaśmieconą takimi duperelami. Pewnie dlatego normalni ludzie porobili normalne kariery, a ja co, były dziennikarz od popkultury.

  226. „Tereska ma albo dostaje gramofon – pamiętam, że nie służył do odsłuchów muzyki klasycznej.”
    Nope, magnetofon. Ale marzyła o nim dlatego, ze chłopak, w którym sie zakochała wyraził krytyczne zdziwienie – jak to, nie masz nic grającego?

  227. Jeszcze jedno wspomnienie z dzieciństwa: w książce Marty Tomaszewskiej „Zorro, załóż okulary” z 1975, dziejącej się w Sopocie, ukazany jest, dość groteskowo, klub Non Stop. Paru kumpli wycina gitary z dykty, zakłada peruki i dziwne ubrania, muzykę puszcza z ukrytego gramofonu i tak cosplejuje bigbit na scenie tego klubu. Publiczność wpada w ekstazę (nieświadoma cosplejowania – hehe, teraz do młodym wszystko można wcisnąć, panie kochany), kumple takoż, dobrą zabawę przerywa awaria nagłośnienia.

  228. @wo
    „Trochę zazdraszczam bo to jednak idiotyczne że mam głowę zaśmieconą takimi duperelami.”
    Pamiętam, że wzmianka o Hendriksie i Pink Floyd była w dialogu o pakowaniu się na statek – chyba na dole parzystej strony.

  229. @Niziurski/Nienacki
    dzisiaj nie wróciłbym do Nienackiego – szczególnie, kiedy okazało się co był za człowiek;
    A do Niziurskiego tak! – zawsze uśmiech się pojawia na widok stojących na półce jego książek i przelotne odczytywanie grzbietów z tytułami

  230. U mnie w domu tradycji muzycznych nie było, ale pamiętam gramofon Mister Hit, teraz googlam, że to na licencji Telefunkena 1972r.

  231. @Ponury Bankowiec

    Dopiero zauważyłem, że wypada pobronić Szymka Krusza: w filmie nie ma krótkich włosów; ma nie tak długie jak Karioka, ale wyraźnie dłuższe od Cygana i Cegiełki. Co nie zmienia generalnie smutnych konstatacji z wątku.
    Nie uwielbiał Lem Niemena, Miłosz jazzu nie doceniał, Konwickiego Tadeusza folk ni punk ni grunge nie ruszał, Herbert się nie kochał w Korze, nie był w Jarocinie Mrożek, Różewicz niby z Wrocławia, lecz na Janerkę nie stawiał, więc jak oni mieli do spółki wyprowadzić Polskę z Gomułki?

  232. @ergonauta
    prawda?
    zdałem sobie sprawę, jak bardzo daleko od tego, co nas interesowało było pokolenie naszych rodziców, dziadków; skoro tęgie, kanclerskie głowy też nie rozumiały jak ważna dla nas – młodego pokolenia była muzyka;
    po entuzjazmie big bitu – system skutecznie wyciszył muzykę do roku 1980;
    a starsze pokolenia w ogóle nie rozumiały znaczenia eksplozji muzycznej po 1980- dla nas „młodzieży”; żyliśmy w osobnych światach, a różnice pogłębiły się po roku 89

  233. @fiat127
    „jak bardzo daleko od tego, co nas interesowało było pokolenie naszych rodziców”

    Jeżeli o cokolwiek dbam, to może tylko o to, by między mną a moimi dziećmi płyty tektoniczne tak się nie rozsunęły. Pokornie tłumaczę, czemu lubię różne żenująco lamusiarskie rzeczy (ale broń boże nie namawiam, żeby one lubiły), pokornie słucham i patrzę na te okropności, których one słuchają albo je oglądają (ale broń boże nie zmuszam się, żeby to polubić). Nie stanowimy razem dużego procentu ludności kraju, ale jakiś tam niewielki stanowimy.

  234. Miasto powiatowe od połowy lat 70 (wcześniej byłem kilkulatkiem, więc się nie znam), wszyscy słuchali rocka, nikt estradowego gówna z telewizji, dlatego jestem z tych, którzy kolaps wiążą ze Szczepańskim.
    Gramofony były dość powszechne, płyty zachodnie rzadsze, ale znało się kilkanaście osób, które jakies miały. Pierwsza płyte gramofonową kupiłem w 1978, polskie wydanie Procol Harum (zaraz potem przestawiłem sie na klasykę).

    Wodecki i Zaucha zawsze pozostaną dla mnie rzygiem. Jolka mi się całkiem podobała. Ale za śpiewanie szant, zwłaszcza po polsku, nawet po 40 litrach wódki, najchętniej przeprowadzałbym reedukację z użyciem miotacza ognia.

  235. JAK MOGŁEM ZAPOMNIEĆ: „Mniejszy szuka Dużego”! Duży gra w zespole, ewidentnie rockowym (choć nie jestem pewien czy pada to słowo). Autor, który występuje w powieści, komentuje to osobistą kapsułką pt. „Co komu w duszy gra”, że to nie jesgo filiżanka herbaty, ale szanuje. W gruncie rzeczy ta powieść była wezwaniem do ponadpokoleniowego sojuszu antysystemowych buntowników.

  236. @mk
    „kolaps wiążą ze Szczepańskim.”

    Ale w telewizji Szczepańskiego też leciał rock, był regularny „Magazyn pana Manna” (i chyba on osobiście sprawiał, ż w Studiu 2 były te rockowe dokumenty). Pamiętam ze Studia 2 kilka rockowych wczesnych teledysków, np. Queen.

  237. Najsłynniejszy przykładem rozjazdu intencji autora tekstu piosenki z jej odbiorem była słynna satyra na pijaków „w Polskę idziemy, mili panowie, w Polskę idziemy, nim pierwsza seta zaszumi w głowie, drugą pijemy”, która stała się… hymnem pijaków o czwartej nad ranem.

  238. To jest jednak ciekawe, jak różnice pokoleniowe robiły robotę. Ja nastolatkiem byłem w latach 90-tych i dorastałem w mocno rockowym otoczeniu. W tych okolicznościach przyrody oznaczało to co najmniej hardrock. Nie wypadało słuchać niczego lżejszego niż Ira, Hey i Proletariat. Co w zasadzie skreślało cały rockowy mainstream z lat 80-tych. Ale Pogórze Karpackie wtedy to był taki rozkład dwumodalny, albo majteczki w kropeczki, albo kotek wykopał prezent i niewiele pomiędzy.

  239. Jakby jeszcze ktoś wątpił, czy gramofony były rzadkością. Znalazłem takie statystyki:
    „Łącznie w latach 1961 – 1965 zrobiono 790 000 gramofonów elektrycznych, a w latach 1966 –1970 wyprodukowano ich 1 640 000.”
    I wszystko „szlefierki do płyt”…

  240. @rouman01
    „Najsłynniejszy przykładem rozjazdu intencji autora tekstu piosenki z jej odbiorem była słynna satyra na pijaków „w Polskę idziemy”

    Czasem jest rozjazd intencji, a czasem postmodernistyczna strategia tzw. „przechwycenia”. U Derridy czy Barthesa często jest to „przechwycenie negatywnego określenia i użycie go przewrotnie w sposób afirmatywny”. Jak to zwykle bywa, strategia czy metoda teoretycznie wymyślona przez lewaków zostaje w praktyce zastosowana przez prawaków. Tak było np. z praktycznym zastosowaniem narratywizmu historycznego White’a i Ankersmitha, co zaowocowało patriotycznymi tatuażami na łydkach i epidemią wyklętyzmu.

    Podobnie zostało przechwycone „przechwycenie”. Chwytasz „Nie wierz nigdy kobiecie” i oto „nowa wersja duetu Borysewicz & Fronczewski, gdzie teledysk mocno poszedł w kierunku cringu – nie było już żadnych monologów osoby w kryzysie na przystanku i brania w nawias – tylko mocne pójście w wąsaczową mądrość życiową”. Podejrzewam, że „W Polskę idziemy” było – prekursorsko wobec dzisiejszych przechwyceń – śpiewane ze świadomością oryginału, cynicznie i wyzywająco, w tonacji „tak, nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobisz”, czyli: „to my – Polska, z twarzą w kotlecie panierowanym, i co?”

  241. @kmat
    #mój złom to te szare ulice
    „…Nie wypadało słuchać niczego lżejszego niż Ira…”
    Znajomi, którzy rozliczne wyjazdy koncertowe mieli w latach ’90 ustalili, że IRA była jednym z nielicznych zespołów rockowych tamtej dekady, który miał tak silną i oddaną bazę fanek (młodych nastolatek), dorównującą liczebnością fanom płci męskiej. Jego popularność była na tyle duża, że Kazik Na Żywo wyśpiewywał parodystycznie:
    Na Highwayu z moją Małą
    Mym Harleyem mknę
    W zachodzącym słońcu Kansas
    Me kowbojki świecą się
    Złoty Lincoln z wielkim pędem
    Chce wyminąć mnie
    Patrzę w tył na moją Małą
    O jeny, ona jest naga!!!

    Biały Gibson, tylko ciebie chcę
    Biały Gibson, struny te złote
    Biały Gibson, i szybciej jeszcze
    Biały Gibson, palcami mknę
    Biały Gibson, tylko ciebie chcę
    Biały Gibson, struny te złote
    Biały Gibson, i szybciej jeszcze
    Biały Gibson, palcami po nim mknę

  242. @WO
    „W gruncie rzeczy ta powieść była wezwaniem do ponadpokoleniowego sojuszu antysystemowych buntowników.”

    A wezwaniem do pokoju między pokoleniami była „Wojna domowa” Miry Michałowskiej.

    Książka szła najpierw w cyklicznych odcinkach/felietonach w „Przekroju”, a autorka – podaję za culture.pl – „w ówczesnych kulturalnych sferach Warszawy była postacią dużego formatu. Przez jakiś czas mieszkała w Stanach, pisała dla „New Yorkera” czy „Harper’s Magazine”. Tłumaczyła Sylvię Plath, E.L. Doctorowa, Hemingway’a.” Książka ukazała się w 1964, serial Gruzy poszedł w TVP rok później. Wokół starotestamentowy Gomułka, a w książce/serialu Sodoma i Gomora. W jednej rodzinie rozpad podstawowej komórki społecznej, w drugiej model „double income, no kids”, akcja przeplatana odjechanymi teledyskami luźno dygresyjnymi wobec fabuły.
    Muszę sobie odświeżyć odcinek 13 „Młode talenty”, bo tam: „Paweł, Anula i dwójka kolegów (czyli zespół Kocmołuchy) próbują stworzyć utwór na przegląd pod hasłem „Polska młodzież śpiewa polskie piosenki”. Paweł przeanalizował szereg tekstów i odkrył uniwersalny przepis na przebój muzyki pop: <> Jak potoczyłaby się historia polskiego beatu, gdyby Kocmołuchy wybrały optymistyczny wariant swojego szlagieru („Klawo jest, klawo jest nad jeziorem”)? Tego już się nie dowiemy, na pocieszenie pozostaje nam najlepsze solo na garnkach w historii polskiej muzyki (w wykonaniu Anuli, wedle zapowiedzi konferansjera jedynej perkusistki w Polsce). Oprócz Kocmołuchów w konkursowej scenie zagrały dwa autentyczne zespoły beatowe z Warszawy: Plastusie i Chochoły. Ci pierwsi, nazywani „najmłodszym zespołem bigbitowym w Polsce”, zadebiutowali w kawiarni „Uśmiech” (ul. Marszałkowska 53 w Warszawie). W tych samych wnętrzach rozgrywa się serialowy konkurs muzyczny. […] Natomiast Chochoły były prawdziwą gwiazdą warszawskiej sceny rock’n’rollowej. Byli też chyba pierwszą kapelą, która grała nad Wisłą karaibskie calypso (utwór „Skandal w rodzinie”). To oni tak naprawdę, wraz z Wojciechem Gąssowskim na wokalu, nagrali utwór Kocmołuchów (tekst napisał Wojciech Młynarski). Spora część składu Chochołów zasiliła później Akwarele, zespół towarzyszący sukcesom Czesława Niemena.”

    [* twórcy „Nie wierz nigdy kobiecie” i „Jolki, Jolki” odrobili tę lekcję. I zarobili nam tym może nie aż 290,000$, ale sporo]

  243. Poprawka, bo mi hateemele ten przepis zjadły:

    Paweł przeanalizował szereg tekstów i odkrył uniwersalny przepis na przebój muzyki pop: „Najlepiej o nieszczęśliwej miłości. On ją rzuca albo ona jego. To musowo. Facet, który to śpiewa, musi być bardzo smutny*, bo życie mu nadokuczało i ta babka też. Teraz trzeba to umieścić gdzieś geograficznie. Najlepiej na jakiejś prowincji, w jakimś powiecie. Albo nie, albo nad wodą. Jeziora są ostatnio w modzie. […] I musi być fatalna pogoda.”

  244. „Pamiętam, że wzmianka o Hendriksie i Pink Floyd była w dialogu o pakowaniu się na statek – chyba na dole parzystej strony.”

    Oraz że mama Dzikiej Mrówki i Jego Brata nie wie, kto to są Breakouci, a mimo to została obciążona spisywaniem kolejnych notowań giełd piosenek.

    Co rodzi pytanie, o jakie giełdy chodzi. Lista Przebojów Studia Rytm z w miarę rockową muzyką była nadawana w latach 1968-73 – jej likwidacja to jest jeden z istotnych elementów analizowanej przez nas zmiany polityki PRL wobec rocka. Później była już tylko Harcerska… Akcja DM i Tam-tamy to na pewno lata 70., ale jednak raczej po 1973 (chyba że Jego Brat był na tyle obeznany, że został fanem Pinka Floyda jeszcze przed Ciemną stroną…)

  245. @zepsuta rockowa młodzież

    Ja jeszcze zapytam jak ówczesna młodzież odbierała Mocne uderzenie z Jerzym Turkiem jako gwiazdą bigbitu? Mam jakieś przebłyski że ten cały ówczesny rokenrol był tam raczej pozytywnie przedstawiony, ale widziałem to raz i głównie bawił mnie ten trener Jarząbek jako bożyszcze młodzieży. Czy to było wtedy ok, czy jednak krindż? I czy może przeważało w tym jakieś szyderstwo że nie można mieć na imię Kuba, tylko trzeba być Johnnym Tomalą papugującym zgniły zachód? Passendorfer to rocznik 1923, raptem 2 lata młodszy od Lema.

  246. @cpt
    „Ja jeszcze zapytam jak ówczesna młodzież odbierała Mocne uderzenie z Jerzym Turkiem jako gwiazdą bigbitu? ”

    Jej tu nie ma. Nawet Janek i Gammon nie są AŻ TAK starzy. To film dla młodzieży boomerskiej, wszyscy tu obecni oglądali go już jako ramotkę z dawnych czasów.

  247. @jak ówczesna młodzież odbierała Mocne uderzenie z Jerzym Turkiem
    Byłem wtedy w podstawówce i mi się podobało.

  248. @wo
    To film dla młodzieży boomerskiej, wszyscy tu obecni oglądali go już jako ramotkę z dawnych czasów.

    Tak zakładałem, ale jak widać Janek jeszcze się załapał jako bardzo młoda młodzież. Ktoś wyżej wspominał Wojnę Domową, którą ja też wspominam ciepło z tv bo była dla mnie jakimś tam rzutem oka na klimat młodości moich rodziców no i Kwiatkowska, Rudzki, Janowska byli świetni, plus te epizody Kobuszewskiego, Kobieli i wielu innych. Liczyłem trochę na jakiś feedback z drugiej ręki, sam zaraz zapytam moich starszych ale to tylko jedna opinia pod grubą warstwą hindsightu.

  249. @cpt
    „Tak zakładałem, ale jak widać Janek jeszcze się załapał jako bardzo młoda młodzież. ”

    No nie, jednak jako dziecko.

  250. Ach, byłbym zapomniał. The Rolling Stones koncertowali w Warszawie w 1967 roku. link to pl.wikipedia.org

    Nie załapałem się, byłem zdecydowanie za młody. BTW w tym samym roku wszedł na ekrany wspomniany film „Mocne uderzenie”.

  251. Ech, w końcu temat, na który miałem coś do powiedzenia, ale zanim się zebrałem, żeby napisać, to połowę zapomniałem, a drugą napisali już inni dyskutanci.

    Rocznikowo jestem millenialsem, ale muzycznie – iksem z domieszką boomera. Rockiem i w ogóle muzyką popularną zainteresowałem się na poważnie dość późno, bo w drugiej połowie podstawówki, i to w czasach, gdy rock był niemodny. Edukowałem się na nagrywanych z Trójki taśmach czterościeżkowych pozostawionych przez zmarłego w 1981 członka rodziny – z nich po raz pierwszy usłyszałem np. Black Sabbath czy AC/DC.

    Ad Budka Suflera: moim pierwszym kontaktem była „Cisza jak ta”, która leciała w Muzycznej Jedynce (wtedy jeszcze przyswajałem mimochodem). Drugim kontaktem był sąsiad, który pewnej nocy przyszedł kompletnie pijany, włączył Budkę na cały regulator i napierniczał w poręcz na klatce (jego syn męczył sąsiadów Wzgórzem Ya-Pa-3, ale przynajmniej za dnia). Kiedy więc zacząłem się interesować, Budka Suflera coś mi już mówiła i właśnie promowała swój najnowszy singiel „Jeden raz”. Wyróżnili go informacją na okładce płyty, a nie przewidzieli, że kolejny singiel – oczywiście „Takie tango” – kompletnie go przyćmi. Z drugiej strony w domu były na winylach „Cień wielkiej góry” i „Przechodniem byłem między wami”. Oba oblicza Budki mi się podobały, ale to wcześniejsze bardziej, mimo – a może z powodu – całego progrockowego patosu i postromantycznych tekstów. Co prawda z „Cienia” słuchałem tylko strony A, bo „Szalony koń” już był dla mnie za bardzo przekombinowany. W każdym razie nie miałem wtedy skojarzenia Budki Suflera z obciachem, chociaż z czasem nabrałem poczucia, że po 1991 zespół spoczął na laurach i w sumie się powtarza.

    Dzisiaj jestem zdania, że Budka skończyła się na „Nic nie boli”. Nie tylko ze względu na „Tango”, ale w ogóle to była dobra płyta, a nawet bardzo dobra, jeśli za punkt odniesienia brać polskiego dad rocka lat 90. „Bal wszystkich świętych” miał co najwyżej parę niezłych momentów, a późniejsze albumy to już kicha ocierająca się o Schlagermusik. Niedawno zrobiłem sobie jutubowe przesłuchanie całej dyskografii, żeby się przekonać, czy nie jestem uprzedzony albo recepcja mi się nie zmieniła po latach, ale tylko utwierdziłem się w przekonaniach.

    @airborell
    „kolejne albumy nagrywał już z myślą o powtórzeniu – niespodziewanego dla nich samych – sukcesu Tanga (co się oczywiście nigdy nie udało)”

    W sumie „Bal” był jeszcze najbardziej udaną z tych prób. Byli po „Tangu” na fali, a i piosenka na tyle podobna, żeby spróbować wejść do tej samej rzeki. I faktycznie, wprawdzie nie na tę samą skalę, ale dorobili się kolejnego dużego przeboju, który Był Wszędzie.

    @Cpt. Havermeyer
    „…czy wspaniały przykład krindżu w postaci Haliny Frąckowiak śpiewającej o małym elfie na melodię z filmu Emanuelle.”

    Skoro już w jednym wątku pojawiła się Anna Jantar i kowery z krindżowym polskim tekstem, to jedno słowo: Jambalaya. Jedna z przyczyn, dla których Olewicz jest moim najmniej ulubionym z trójcy M/D/O (inne to m.in. piosenka z „M jak miłość” i teksty Lady Pank z lat 90.)

    Swoją drogą, pamiętam wywiad, w którym Mogielnicki nabijał się z Budkowego wersu „Dorzucam drew, bo ogień zgasł” – „Jak zgasł, to po co dorzucasz?” A znów w „Pieśni niepokornej” było „Tylko niektórzy podjąć ją umią” – co zostało skorygowane w wersji z 1983.

    @Arabowie a sprawa polska
    Zjawisko odnotował także Perfect: „Chciałbym mieć naftowy szyb / Żyć jak Arab w Polsce i nie robić nic”. U Barei w „Zmiennikach” też była scena z Arabem i Afrykaninem wynajmującymi mieszkanie.

    @Ponury Bankowiec
    „SBB też był chyba określany inaczej (w sumie – czy to był TRU rock?)”

    Na rewersie okładki drugiej płyty tekst po polsku nazywa ich „zespołem beatowym”, a po angielsku – „group of rock music”. Jest też napisane, że wychowali się na rocku (m.in.), a nie dosłownie, że grają rocka.

    @fiat127
    „zobaczyłem jaka była skala oferty czeskich wersji muzyki światowej do roku 1990; w zasadzie tylko poprzez czeskie covery Czesi poznawali światowe hity”

    Chyba czechosłowacka wadza była ogólnie niechętna angielszczyźnie, np. część zespołów musiała zmienić nazwy z pierwotnych angielskich na czeskie (Blue Effect = Modry Efekt). Ostatnio zresztą wynorałem na YT kower „She Loves You”, gdzie refren był jeszcze po angielsku, ale zwrotki po słowacku. A jeszcze w 2002 można było w Trójce usłyszeć Vondraczkovą w czeskojęzycznej wersji „I Will Survive”.

  252. @fiat127 & „szanowanie” awansu społecznego

    Dzięki za tę perspektywę, niby intuicyjnie oczywistą, ale nieuświadamianą lub wypieraną. Co piszę jako adept nauk historycznych.

    Dodam, iż słusznie ktoś tu zauważył, że PRL-owa generalizacja to jedno, a indywidualne doświadczenia to drugie, bo na nie wpływało mnóstwo czynników – a to rok (dosłownie) urodzenia, a to miejsce zamieszkania, a to sytuacja materialna i/lub rodzinna. Ja mieszkałem z dziadkami, więc raczej miałem do czynienia z „Jedynką” (matko, do tej pory rzygam Bogdanem Łazuką) niż z czymkolwiek innym. Mam jakieś przebłyski, że przez chwilę było w domu jakieś drugie radio – poznałem wtedy np. Pink Floyd (z ery „The Wall” – szczególnie w radiu puszczali wtedy dość regularnie ciut już zapomniane „Hey you”, którym się zafascynowałem, chyba „Trójka” to była?). Gramofon? Zapomnijcie, o takich luksusach nawet nie myślałem. A to w samej stolicy było.

    No właśnie, kwestia wieku. Kiedy już zacząłem mieć dostęp do lepszej muzyki, eightisy były w rozkwicie. Dlatego pozostaję trochę w rockowym rozkroku, dwa moje ulubione zespoły to The Cure i Pink Floyd właśnie (a jeszcze dorzucę do tego Joy Division), więc niejako z dwóch różnych epok muzycznych, choć akurat wtedy ich okres aktywności się pokrywał. To wszystko z zastrzeżeniem, że nigdy nie byłem psychofanem i na mojej playliście można znaleźć mnóstwo, mnóstwo rzeczy, także i znacznie nowszych (np. Ladytron, Arcade Fire czy Princess Chelsea).

    Moje środowisko licealne, dokładnie na przełomie 80/90, było zdecydowanie rockowe. ówczesnego popu się nie słuchało, na imprezach raczej starszy rock (Led Zeppelin, Deep Purple, ale najbardziej to The Doors – Ponury Bankowiec potwierdzi ;)). I dochodząc do ontopicu: żadnej Budki Suflera tam nie było, w ogóle zresztą niespecjalnie szła polska muzyka. Osobiście zaś Budkę lubiłem, choć miałem do czynienia wtedy głównie z erami Czystawa i Andrzejczaka. Ale o tym może napiszę później. W każdym razie Budka w mojej przestrzeni społecznej nie była specjalnie obecna, może rzeczywiście jako trochę obciachowa? Raczej mimo wszystko „Przeżyj to sam” (niechęć już mi przeszła, a wcześniejszy Lombard poznałem i doceniłem całkiem niedawno), prędzej Perfect, jeszcze prędzej Republika, ale, for Karel Gott’s sake, nie Dżem! To dopiero obciach! Zresztą niektóre ich teksty od tego czasu zestarzały się jeszcze dużo bardziej.

    @klasztor w Dębkach & Chomiczówka

    Dutkiewicz kiedyś się żalił, że wylano na niego wiadra pomyj za kicz, a tymczasem on te zakonnice na plaży o zachodzie słońca widział na własne oczy.

    A mieszkał na Reymonta, po sąsiedzku z Jantarami Kukulskimi, „Szklana pogoda” Lombardu to opis bloku Andersena 2, który miał przed oknami. To już (mój obecnie) Wawrzyszew, ale do Chomiczówki jest rzut kapciem.

    @Dzika Mrówka

    Andrzej Perepeczko pływał, więc może stąd większa otwartość na kulturalne miazmaty zgniłego Zachodu – lub wręcz kontakt z nowoczesną muzyką. Generalnie do domów marynarzy (pewno lotników również) nowoczesność docierała ciut wcześniej, najbardziej rzecz jasna w postaci materialnej.

    @covery

    Wyprzedzono mnie z Manfredem Mannem (oryginały Springsteena wydają mi się jakieś strasznie bełkotliwe muzycznie, na dodatek z okropnym podkładem), wspomniano też, choć tylko półgębkiem, Ala Jankovica („Amish Paradise”! „Like a Surgeon”! – choć formalnie nie są to covery). To ja dorzucę inną klasykę, mianowicie Laibach („Final Countdown”! „Jesus Christ Superstar”! i mnóstwo innych).

    Na osobną wzmiankę zasługuje coverowy projekt Nouvelle Vague – covery wiadomego nurtu muzycznego w stylu bossanovy. Mój ulubiony kawałek to „Dance With Me”. Wymaga obejrzenia(!) w zasadzie trzech klipów na YT: teledysk oryginału (by The Lords Of The New Church), słynną scenę taneczną z filmu Godarda „Bande à part” (z Anną Kariną) i wreszcie Nouvelle Vague, z pięknym mashupem audio coveru z tym starym filmem.

    @self i jeszcze Karel Gott

    Czesi w ogóle mieli (o ile nie mają do dziś) podejście do zagranicznej muzyki takie, jak Amerykanie do zagranicznych filmów: fajne, więc zróbmy to po swojemu. Coverowali dosłownie wszystko, do tej pory przy słuchaniu ich radia co chwilę oczy robią się coraz większe. W ramach ciekawostek polecam „Být stále mlád” – dawniejszy cover wprost, tegoż Karela Gotta właśnie, ale przede wszystkim remake sprzed raptem siedmiu lat(!), zrealizowany razem z raperem Leošem Marešem. W Polsce też w ostatnich i przedostatnich latach powstawały takie mosty międzypokoleniowe i to całkiem licznie – z młodymi wykonawcami współpracowali przecież Krawczyk, Rodowicz itd., a w końcu także Wodecki. Wraca się też trochę do muzyki przedrockowej – ja tam teraz jestem w stanie tego Wodeckiego, Łobaczewską czy Zauchę docenić. Zawsze była muzyka gorsza i lepsza, niezależnie od nurtu i epoki.

    I na koniec, skoro już o Czechach: gorąco polecam cover „You Keep On Moving” Purpli w rewelacyjnym wykonaniu ekipy najlepszych czeskich rockowców (czeski rockman, serio, ależ to wygląda!), to było zarejestrowane kilkanaście lat temu do jakiegoś ichniego telewizyjnego programu muzycznego. Honourable mention należy się z kolei żeńskiemu włoskiemu zespołowi trybutowemu Strange Kind Of Women, grającemu właśnie Purpli. Jest na YT filmik z „Perfect Strangers” z reakcją (hłe hłe) samego Iana Paice’a!

  253. @Cpt Havermeyer
    „Ktoś wyżej wspominał Wojnę Domową, którą ja też wspominam ciepło z tv bo była dla mnie jakimś tam rzutem oka na klimat młodości moich rodziców”

    Jednak rzeczywistość w tym serialu (i sposób jej przedstawienia) to była dość wyjątkowa Sodoma i Gomora na tle szarej reszty kraju. Młodość moich rodziców oraz rodziców większości moich znajomych wyglądała zgoła inaczej (też luźno i z humorem, ale pod większym ciśnieniem ekonomiczno-społecznym). Mentalność i obyczaje codzienne tkwiły bardziej między młotem sekretarz Gomułka a kowadłem kardynał Wyszyński, więc „Wojna domowa” z mojego point of view to serial z życia kulturalno-inteligenckich elit (otaczających Michałowską czy Gruzę). Kiedy @WO wpisał przed chwilą: „Moi rodzice byli!” (na warszawskim koncercie Stonesów), dotarło do mnie clou naszego niedawnego sporu o Gierka.

  254. @Cpt Havermeyer
    „Ktoś wyżej wspominał Wojnę Domową, którą ja też wspominam ciepło z tv bo była dla mnie jakimś tam rzutem oka na klimat młodości moich rodziców”

    Mało prawdopodobne. Oni mieszkają pod zarąbiście prestiżowym adresem. Młodość moich rodziców to raczej gnieżdżenie się w osiem osób w dwóch pokojach.

    @ergonauta
    „Kiedy @WO wpisał przed chwilą: „Moi rodzice byli!” (na warszawskim koncercie Stonesów), dotarło do mnie clou naszego niedawnego sporu o Gierka.”

    Przecież to był Gomułka.

  255. @WO
    Właśnie o to chodzi! Dla ciebie/twoich rodziców Gierek musiał być – po Stonesach za Gomułki – zjazdem w czarna dupę.

  256. @Ponury Bankowiec
    „Z atrakcyjnym Arabem zdradziła go, nigdy nie był już sobą o nie” Słowo „atrakcyjny” w piosence to już cringe poza skalą. Już autobus lepszy.”

    Nie musi być dokładnie to słowo (nie przesadzajmy że krindżowe, ironiczne), ale jakieś pokrewne do nadzianego, mahoniowego, tajemniczego (z tajemniczym arabem zdradziła go). Dopiero szukając synonimu i analizując emocje jakie wywołują różne wersje, dotarł do mnie sens tej metafory. Jakikolwiek opis pojedynczego Araba, humanizowałaby i jego, i co więcej dziewczynę. Autobus Arabów dehumanizuje, i to jest ten efekt który osiągnęli nie uciekając się do brzydkich słów (majstersztyk, muszę przyznać). Bo ta piękna jak noc narzeczona to zwykła suka była, panie tego. Hiperbola indeed.

    @fiat127
    „rzeczywiście nie jestem ze środowiska, które uważa, że każda kobieta to puszczalska; ot paradoks utworów adresowanych do szerokiego kręgu odbiorców”

    Bo to nie był racjonalny pogląd do którego można się przyznać, tylko coś w powietrzu, narracja która miała dyscyplinować przez zawstydzanie. Ragazzo i tańcz głupia tańcz, i nawet ta prześliczna Iza Trojanowska która jednak przehandlowała prawdziwą miłość i na szczęśliwą nie wygląda. Muzycznie awangarda (powiedzmy), ale w tekstach odbicie rzeczywistości taka jaka była, siermiężna i opresyjna.

    Ale na szczęście była jeszcze Kora. Przypomniał mi się kolega z lat 90tych, nie jakiś prowincjonalny brutal, dobra warszwska uczelnia i ojciec profesor. Powiedział mi raz, że gdyby to on był facetem Kory, to dałby jej takiego kwd, że zaraz wiedziałaby gdzie jest jej miejsce. (kwd – kop w dupę).
    Konfa nie wzięła się z powietrza.

  257. @ergonauta
    „Właśnie o to chodzi! Dla ciebie/twoich rodziców Gierek musiał być – po Stonesach za Gomułki – zjazdem w czarna dupę.”

    Tak jakby gomułkowska bieda była jakoś przesuper tylko z powodu przyjazdu Stonesów. Za Gierka jednak przeprowadziliśmy się do bloku i nagle miałem rzecz, którą przedtem oglądałem tylko w filmach i serialach: WŁASNY POKÓJ.

  258. @gini
    „tańcz głupia tańcz”

    Ale tutaj podmiot liryczny słusznie w kolejnej pięknej metaforze, „wprost na spotkanie ognia leć” zauważa, że to się wszystko najprawdopodobniej źle skończy dla tytułowej głupiej. Zapewne ma rację. On jej nawet nie próbuje „dyscyplinować”, w sumie zgadza się, że „to wszystko co dziś możesz mieć”, a poza tym i tak dla niego za wysokie progi.

  259. @wo
    Mało prawdopodobne. Oni mieszkają pod zarąbiście prestiżowym adresem. 

    Tak jasne, doprecyzuję że nie chodziło mi o to że moi antenaci są przedstawieni w rolach Anuli i Pawła, ale że oglądali Wojnę Domową i te wątki bigbitowe i ogólny „duch epoki” gdzieś tam są w tym obecne jako tło ich nastolactwa. Jak gdzieś na przełomie 80/90s dorobili się pięknej miniwieży schyłkowego Kasprzaka to pierwsze co się znalazło w odtwarzaczu kaset to jakaś składanka Beatlesów którą nagrał im kolega, oraz później trzykasetowy zestaw hitów Czerwonych Gitar. Nie będę się rozpisywać w jakich warunkach dorastali moi rodzice, ale powiem tylko że byli pierwszym pokoleniem urodzonym w mieście, przy czym jedno w wojedódzkim, drugie w powiatowym i w życiu bym nie pomyślał że mieli cokolwiek wspólnego z młodzieżą ze stolicy.

  260. @Gini
    „Bo ta piękna jak noc narzeczona to zwykła suka była, panie tego. Hiperbola indeed.”

    Łap coś z widzeniem spraw od innej strony, też hiperbolicznego. „autobus Arabów” = „aż stu płanetników”. Co prawda nie śpiewa facet, ale facet jest tekściarzem. I patrzy innym kulturowym okiem.

    link to youtube.com

  261. @WO
    „i nagle miałem rzecz, którą przedtem oglądałem tylko w filmach i serialach: WŁASNY POKÓJ.”

    Spora część Polski miała podobnie, tylko w wersji z łazienką: WŁASNA WODA Z WŁASNEGO KRANU WŁAŚNIE LECI.

  262. @Bastian
    „Na osobną wzmiankę zasługuje coverowy projekt Nouvelle Vague – covery wiadomego nurtu muzycznego w stylu bossanovy.”
    Bardzo ładnie zrobione. Na boku Ania Dąbrowska miała śpiewać w NV, był nawet wyjazd za granicę w tej sprawie, ale coś nie poszło po jej myśli.

  263. @bankowiec, wajdelota
    SBB

    Co by nie mówić o Józku Skrzeku (choć Józek to nie Kyks) i jego graniu przed SBB, dla mnie SBB był głównie zespołem prog-rockowym, niezależnie od rozwijania akronimu w postaci Silesian Blues Band czy innego Szukaj, Burz, Buduj (ten drugi literalny trop to już niezłe manowce).

    Zwłaszcza słuchając tych niedawno wydanych/odkurzonych live rarytasów (tych ostatnich live cuts nawet wcześniej chyba nie wydano oidp), utwierdzam się w swoim przekonaniu. Bluesa tam była odrobina albo na tej zasadzie, jak to korzeń wszystko w rocku ma bluesowy. Prog-rockowcy przecież nie zawsze musieli bazować na mariażach z klasyką (lub neoklasycznych harcach) i nie w każdym skakał koleżka z fletem poprzecznym. Zresztą różnice w tym względzie nawet w klasycznym hard-rocku występują, bo gdzie np. Blackmore, a gdzie Morse.

  264. @gini
    @szlagiery/teksty/tekściarze
    Zdałem sobie sprawę, że teksty piosenek, często zawierały wiele „prawd”/oczywistości,
    Mocno rezonujących wśród – tzw.prostych ludzi. Wyjaśniam w czym rzecz.
    @ergonauta
    @WO
    własny pokój, łazienka z ciepłą wodą i WANNĄ (JPRl!) – a masz 12 lat = można się kąpać g o d z i n a m i
    Od 14 roku życia (1978) przez kolejne 10 lat w każde wakacje pracowałem fizycznie „prywatnie”.
    Pierwszą moją pracą (po 8 klasie) – była posada pomocnika murarza na budowie kościoła św.ducha we Wro.
    Ksiądz dobrze płacił – 20zł/h, dniówki 8-10 godzin.
    Okazało się, że w miesiąc mogę zarobić 2-3-4 x tyle ile moi rodzice na państwowych posadach (biuraliści w przedsiębiorstwach przemysłowych). Od tego czasu kiedy tylko mogłem, zaczynałem wakacje wcześniej – bo były zbiory czereśni, truskawek, ogórki (rekrutacja pod pośredniakiem na pakę dostawczaka). Najwyżej ceniłem posady na budowach i w tym celu łączyłem podróże po PL z pracą.
    Pracowałem w gospodarstwach rolnych, w knajpach nad morzem (najgorzej) i jeszcze bóg wie gdzie.
    I to było moje główne źródło kontaktów z tzw. „prostymi ludźmi” – czyli często max – skończona z trudem podstawówka (lub nie), trafiali się goście po wyrokach, alkoholicy itd. Trochę zapomniałem, trochę wyparłem te czasy, bo później nigdy nie miałem do czynienia z opisywaną grupą społeczną (?) na taką skalę i w relacji koleżeńskiej (?).
    Ponieważ moje relacje miały miejsce w „przyjaznym” środowisku – czyli, jak trza było pić, to pili wszyscy, jak była ciężka dniówka, to nikt się nie opier(niczał). Czasami tylko ironicznie byłem tytułowany per „student”, chociaż tak naprawdę byłem w liceum.
    No i ci opisani ludzie, nie tylko po alkoholu dzielili się swoją filozofią życiową, z reguły w formie „prawd” natury ogólnej typu:
    – „Jak się baby nie bije to jej wątroba gnije” (niestety kilka razy gospodarze opisaną zasadę realizowali na własnych żonach, córkach – to nie były brutalne dosłownie akcje – tylko wyrażone dobitnie polecenie wykonania czegoś [prostymi wulgarnymi słowami], zakończenie dyskusji z żoną w formie pogrożenia pięścią przed twarzą małżonce itp.
    – „każda baba może się puścić” ( tylko prościej: „każda baba to ku**a”, albo gorzej – „sprzedajna ku**a”)
    – najlepsze na – tutaj zapomniałem o jakie dolegliwości chodziło – jest psie sadło (pozyskiwane ze złapanych psów i przetopionych na „sadło”)
    – niemowlęciu, które zostało pod opieką ojca i się drze – można w ramach opieki, nalać do butelki ze smoczkiem wina prostego (tzw.patykiem pisanego)- będzie spało kilkanaście godzin („aż stara się chyba kapła – co ten dzieciak tak długo śpi?”)
    Żałuję, że nie spisywałem tych opowieści/prawd – bo dziś zostały mi w pamięci tylko takie bardziej spektakularne – o niektórych nie mam śmiałości pisać. No i często brałem udział we wspólnych zabawach w remizach, weselach itd. – więc sporo widziałem.
    Do brzegu:
    Wygląda na to – że wielu zawodowych tekściarzy poznało te prawdy prostych ludzi i starało się wplatać wiodące motywy w swoje teksty. A że dodatkowo – PRL, jak każdy totalitaryzm to potworna, wszechobecna nuda, to dołączenie do testów tych projekcji/marzeń/ekscesów – dodatkowo wzbogacały treść. Bo umówmy się – ile realnie było kobiet zdradzających z „Arabami”? Bo nie chodziło o realizm – ale o grozę przesłania – że tak się jednemu gościowi stało.
    I to rezonowało, jak widać nie tylko w środowiskach, które próbuję opisać

  265. @ergonauta
    „Spora część Polski miała podobnie, tylko w wersji z łazienką: WŁASNA WODA Z WŁASNEGO KRANU WŁAŚNIE LECI.”

    U nas na Starych Bielanach (tak to się teraz nazywa gdy jest taka stacja metra) w 1975 owszem, leciała woda z kranu, ale zimna. Żeby leciała ciepła, trzeba było najstarsze dziecko, czyli mnie, wysłać do piwnicy po węgiel i rozpalić pod kuchnią. Jak ja się wtedy bałem, na tych schodach, w tej piwnicy, to już nigdy potem w dorosłym życiu. Potem robiłem wywiad z Jo Nesbo z okazji jego nieudanej skądinąd książki horrorowej, miał podobną sytuację 50 lat temu i chciał ponoć oddać ten strach dziecka wysłanego po węgiel.

  266. We wspomnianym już Narodowym Muzeum Techniki w dziale sprzętu zabytkowego RTV jest rekonstrukcja pokojów z różnych epok.
    Pokój z lat 60. jest jakiś niespójny. Na łózku gitara, plakat Rolling Stones, więc chyba pokój dziecka. Ale obok stoi dość drogie radio z gramofonem, które raczej powinno być w pokoju dziennym. Może to było mieszkanie jednopokojowe?
    Do obejrzenia w serwisie Okiem Maniaka:
    link to okiemmaniaka.pl

  267. @WO
    @ dzieciństwo – s t r a c h y
    O to to – piwnica z węglem – poniemiecka kamienica:
    – zwarta zabudowa, fasady czarno -szare (minęło 30lat bez remontu – rok, ’70, mam 6 lat),
    Ponure wrażenie – dużo przyjaźniej wyglądały nowe, żółte 4-piętrowe bloki zbudowane za Gomułki.
    – klatka schodowa duża, obszerna, wysoka, ale NIGDY (niemal) nie działało światło na korytarzach (ukradzione żarówki?)
    – więc na 2 piętro biegiem w półmroku – tylko doświetlenie przez szklany dach nad schodami
    – mieszkanie – to podzielone na „pół” poniemiecki lokal – 2 rodziny w sumie 8 osób, w 4 pokojach
    – do wspólnego użytku łazienka z WC – ale twoja matka jest skłócona z tymi „sąsiadami” – korzystamy tylko z WC, z wanny – nigdy; wchodzenie i wychodzenie z mieszkania – odbywa się chyłkiem, z nasłuchiwaniem, czy nie ma w przedpokoju „sąsiadów”; nigdy z tymi ludźmi przez 8 lat relacje nie wyszły poza „dzień dobry”
    – p i w n i c a
    Już sama droga – po schodach i w ramach opisanej – ciemnej klatki schodowej to groza.
    Taka sama droga do śmietnika na zewnątrz budynku.
    – węgiel i piec
    Często jesteś sam. Widziałeś nie raz, jak ojciec palił w piecu. Z nudów (?), postanawiasz samodzielnie rozpalić w piecu.
    W końcu masz 7 lat i wiesz co trzeba zrobić.
    Najpierw należy zapalić gazetę.
    Zapalasz gazetę.
    Okazuje się, że gazeta, która nie jest „zwinięta” – tylko jest dużą płachtą – po zapaleniu – uzyskuje magiczną zdolność lotu – trochę jak latawiec. Patrzysz w osłupieniu jak płonąca gazeta mknie w stronę sufitu (wysokie poniemieckie mieszkanie).
    Gazeta spala się całościowo i opada w dół w formie popiołu. Nie ma innych skutków.
    Dociera do ciebie, że w sumie mogło się zapalić/spalić całe mieszkanie od tej gazety.
    Ale miałeś fart – trzeba tylko było posprzątać popiół – rodzice nigdy się nie dowiedzieli.
    To był chyba taki strach – w ramach top 5 moich.
    Bo jednak numer 1, kiedy myślałem, że trafię jako 7-latek do więzienia, za wybicie stałego zęba (jedynki), koleżance z klasy, której matka była nauczycielką w mojej podstawówce. Połówka cegły, którą miałem w ręce – niechcący i w sposób niekontrolowany wylądowała na twarzy koleżanki (dziewczynki w tym wieku były często silniejsze i w ramach „zabawy” – stałem się ciałem (razem z ręką i cegłą) – bezwładnie poruszającym się dynamicznie (?).

  268. @Jan Rudziński
    ciekawym ilu rodziców/generalnie „ludzi” – pozwoliłby na takie zbezczeszczenie mebla, tymi naklejonymi plakatami?!
    no życiu! na słomiance – tak, ale na MEBLU???
    w krajach niedoborów + niska zamożność panował KULT przedmiotów, które ludzie mieli; miedzy innymi dlatego – dzieciom nie pozwalano DOTYKAĆ cennych przedmiotów – jak radio, telewizor, itd.
    „niszczenie” przedmiotów (np.mebli) – to była ciężka zbrodnia dzieci, karana brutalnie i bez litości

  269. „ciekawym ilu rodziców/generalnie „ludzi” – pozwoliłby na takie zbezczeszczenie mebla, tymi naklejonymi plakatami?!”
    O ile pamiętam, wszyscy koledzy mieli takie czy inne naklejki na swoich meblach. Ten tapczan-półka to badziew był przecież.
    Kolega, co był rok w Kanadzie i miał komplet płyt Beatlesów przywiózł także substancję, którą można było przyczepić plakat do ściany bez niszczenia tynku. To była magia!

  270. @Jan Rudziński
    moje doświadczenia – 2 dozwolone obszary dekoracyjne:
    – słomianka – tak od tego była
    – w blokach – drzwi do pokoju z dużym przeszkleniem
    Kult przedmiotów – no przecież nawet osoby nieczęsto bywające na wsi, musiały spotkać się z takim „specjalnym” pokojem, którego NIGDY (niemal) nie używano, był zamknięty na klucz; chyba na specjalne okazje (?) + żeby się meble, wyposażenie nie zniszczyło. Przez kilka lat moich pobytów na zapadłej wsi (w sumie) – ten pokój był użyty 1 (słownie: jeden) raz. Miał podłogę drewnianą, nawet dywan.
    A izba z piecem, gdzie odbywało się prawdziwe, codzienne życie, miała tylko klepisko (ubita glina) – i tam się jadło oraz spało.
    W tej wsi było +/- 100 numerów (domów). W prawie każdym była taka zamknięta na klucz izba kultu. Wiem, bo kiedy podrosłem, zawsze pytałem o tą niezwykłą komnatę gospodarza/mieszkańca. Na pewno trwało to do roku 1977 (później już tego tak nie śledziłem). Żałuję, że nie wpadłem na to, aby pytać – po co były im te nie używane pomieszczenia luksusowe (jak na warunki w jakich żyli).

  271. „– w blokach – drzwi do pokoju z dużym przeszkleniem”

    Dodatkowo dawało to więcej prywatności i światło z przedpokoju nie waliło w oczy.

  272. @WO
    a może coś szerzej – strachy dzieciństwa?
    straszliwość międzynarodowa piwnicy z węglem = zaskoczenie, wynikające z niewiedzy;
    akurat jadę pociągiem (dlatego deczko spamuję) – ależ różne kategorie, różnice terytorialne, wiekowe itd.
    tutaj komentariat w różnym wieku – ciekawe jak to się zmieniało wraz z rozwojem cywilizacyjnym? kategorie wiekowe – kluczowe, bo jednak węgiel to inny temat, niż strach z niechcianej ciąży w liceum (a strach był – nie lubię do dziś Hair Formana – ta sekwencja z latającą z wielkim brzuchem panną młodą)

  273. W okresie kryzysu kubańskiego byłem na tyle mały, żeby nie wiedzieć, o co chodzi, ale na tyle duży, żeby czuć grozę wylewającą się z radia, telewizorów i w ogóle. Późniejsze kryzysy były dla mnie znacznie słabiej odczuwane.

  274. @Jan Rudziński
    @ strachy – prl
    ja tam co roku, 1 września, kiedy była rocznica wybuchu wojny, czasami upamiętniana wyciem syren – zawsze strach i poczucie nieuchronności – że będzie ta wojna (jako dzieci oglądaliśmy całą masę filmów o wojnie) + na przykład, jak ktoś miał takich se rodziców – jak ja – NIKT nie prostował, nie tłumaczył, że może jednak niekoniecznie; no i zostawało się samemu z tym strachem [realnym] – bo nie było innej narracji; a jak pooglądałem TV w samotności, to uzyskiwałem potwierdzenie, że Niemce zaraz nadejdo i zabioro zabrane.

  275. fiat127
    „jak pooglądałem TV w samotności, to uzyskiwałem potwierdzenie, że Niemce zaraz nadejdo i zabioro zabrane.”

    Ale jak najadą jak głupie są, w każdym filmie wojennym byli głupsi od naszych i słabsi od ruskich.

  276. @rpyzel
    nu sorry – gdyż, kiedy oglądasz, nawet nie całości jakiś film o obozie koncentracyjnym (Ostatni etap?) – to te Niemce groźne/straszne są
    + miałem za sobą wizytę w KL Stutthof jako 7-latek, w ramach atrakcji przy okazji pobytu na morzem z rodzicami; w trakcie tej wizyty zaprezentowano 2 filmy o tym obozie, jeden szczególnie zapadł mi w pamięć, bo szczegółowo opisywał i pokazywał (dokument fabularyzowany z aktorami?) jak gazowano ludzi w specjalnych autach;
    a jak miałem 7/8 lat to oglądałem w TV serial – Kolumbowie rocznik 20 i scena płonącej dziewczyny zostanie ze mną na zawsze;
    Niemce to byli śmieszni w amerykańskich i angielskich produkcjach – że przypomnę jołopostwo niemieckie w Tylko dla orłów; ale i w tych zachodnich produkcjach Niemcy nie byli wyłącznie śmieszni, np. Bitwa o Anglię i ginący pozytywni bohaterowie + zniekształcona od poparzeń twarz jednej z postaci + amerykański film wojenny Atak! (Attack!, 1956); szkoła w 1 klasie zabrała nas na Złoto dla zuchwałych; nawet tutaj musieli zginąć na polu minowym; w tym samym czasie byliśmy ze szkołą na Wielkiej włóczędze – o tutaj ok – gut Niemiec!;
    BTW – nikt z nas nie nadążał lub nie umiał odczytać napisów z ekranu, ale jak nam się te filmy PODOBAŁY!

  277. Mnie na szczęście za dzieciaka ominęły takie „atrakcje”, a „Czterej pancerni” (no faktycznie, odcinek obozowy i ta matka wołająca „Marek, Mareczek” trochę potrząsnął, ale czołg pędził dalej, -Zasieki! -Rwij!) „Stawka …” i „Jak rozpętałem …” kształtowały w młodzieży podejście „nie masz cwaniaka nad Warszawiaka”.

  278. @wojna – dziecko – strach
    Pancerni – ja tam płakałem po postaci „jołki-połki” no i ten zabity na końcu Olgierd!!! + Magneto zabity!
    Stawka – no tutaj różne śmierci, nieco mniej emocjonalne, ale w odcinku 1 – zabijany serią z pistoletu maszynowego uciekający koleś – dla 5-6 = ślad na zawsze
    Wojna w filmie – tutaj już nawet nie chodziło o to czy wygramy czy przegramy,
    tylko, że wojna znaczy czyjeś umieranie, często w bólu, o to poczucie straty – kiedy ginął pozytywny bohater – w ruskich filmach to był bardzo częsty motyw, w polskich też (Do krwi ostatniej, Kierunek Berlin itd.);
    wiedziałem, że jak ta nieuchronna wojna nadejdzie, to ktoś (+ja?) – będzie ginąć;
    trochę słabe – podobnie jak tradycyjne spacery 1 listopada na cmentarz – nie mieliśmy, jak element napływowy, żadnych „własnych” zmarłych; ot – taka przechadzka na świeżym powietrzu; chociaż fajne było to, że świeczki można było zapalić + ładny zapach płonącej stearyny

  279. @errata
    na końcu Pancernych ginie ruski oficer, który dzielnie Kłodzko z załoga rozminował!
    Olgier ginie wcześniej – nie pokazali, tylko opis był;
    ja mogę zrobić listę zabitych w wielu filmach – a minęło ponad pół wieku

  280. W „Polskich drogach” Niemcy już nie byli niegroźni ani pocieszni. A ten serial był dość często puszczany.

    W ogóle do dziś napędem polskiej prawicy w niemałej części jest obsesja antyniemiecka. Ona jest po części dziedzictwem PRL-u, w imię sojuszu ze Związkiem Radzieckim, skrzętnie pielęgnowana, przy czym bardziej jednak straszono Niemcami, niż ich umniejszano. Przy czym jasne, Niemcy sobie zasłużyli, ale heloł, minęło 80 lat.

  281. @Bastian
    Polskie drogi to ja już miałem 12/13 lat – byłem doświadczonym oglądaczem śmierci wojennych; kłopot, że zacząłem kiedy miałem 5/6/7 lat i wtedy to niekoniecznie rozumiesz fabułę, ale umieranie – tak;
    btw – we wspomnianym wcześniej amerykańskim filmie Atak! (Attack!, 1956) – jest scena długiego umierania jednego z bohaterów, którego rozjechał i stał na nim czołg – a on umierał pod gąsienicą;
    fobia antyniemiecka + PIS = jasne,
    btw – na mnie się to nie sprawdziło, ale dzieciństwo takie se;
    zresztą rozumiem, że takie wspólne francusko-niemiecko – angielskie obchody zakończenia wojny – pomagają zasypać wojenne rany i niwelować niechęć/nienawiść z powodów historycznych zaszłości (kiedyś mnie to zdziwiło, ale rozumiem i popieram)
    a akcje typu Wołyń pamiętamy – tylko podsycają animozje i niczemu konstruktywnemu nie służą

  282. @WO
    „U nas na Starych Bielanach (tak to się teraz nazywa gdy jest taka stacja metra) w 1975 owszem, leciała woda z kranu, ale zimna. Żeby leciała ciepła, trzeba było najstarsze dziecko…”

    Nie miałem o tym bladego pojęcia. Że jeszcze w 1975. A akurat często wsiadałem/wysiadałem z metra na Starych Bielanach w 2010-15. Dzięki za oświaty kaganek.

    @Bastian
    „heloł, minęło 80 lat.”

    Tu nie wystarczy sam dystans do 1945, równie ważne było/jest to, że po 1945, jakby nigdy nic, ci źli Niemcy sobie zrobili dobre RFN. Większości zbrodniarzy nie tylko włos z głowy nie spadł, ale w latach 50′, 60′, 70′ żyli sobie jak pączki w maśle – tzn. w planie Marshala i w szacunku lokalnych społeczności. Robiłem kiedyś pobieżny risercz (bo tylko kilku udało mi się wyhaczyć), co się stało z hitlerowcami odpowiedzialnymi za zbrodnie w mojej okolicy, no i wyszło, że wrócili na milutkie posadki, do cieplusich domków umajonych po komin markami zachodnioniemieckimi, niespecjalnie kryjąc co robili w latach 1939-45, bo i nie było żadnej społecznej potrzeby, by to kryć. A nawet pojawiały się społeczne potrzeby wręcz przeciwne.
    Za to w Polsce była społeczna świadomość tej masowej i bezczelnej bezkarności. Kloss złapał czterech, bo się bawili w akrostychy, ale z wczesniejszego odcinka wyłaniał się dość wiarygodny obraz Niemiec tamtego okresu. Oraz amerykańska agentka działająca jako Anna-Maria Elken. A zatem – obsesję antyniemiecką w Polsce było na czym budować.

    Posłuchaj nie propagandy PZPR, nie towarzysza Gomułki, nie PiS-u, ale – kabaretu Dudek.
    [mały przypis poszerzajacy konteksty, tak dla młodzieży: piosenka stoi na dwóch nogach, pierwsza to wiersz Tadeusza Borowskiego „Wieczór w Monachium”, a druga to song z musicalu „Kabaret” pt. „Tomorrow Belongs To Me”]

    link to youtube.com

  283. Dzisiejsza antyniemieckość jest funkcją obecnej polityki, a nie żadnym dziedzictwem PRL. W latach 90. i 00. antyniemiecki sentyment na szerszą skalę nie istniał (i proszę nie pisać że rzucali śnieżkami w Hannawalda, bo w Marit Bjørgen też rzucali, przynajmniej wirtualnie). Po czym PiS skłócił się z UE, w związku z tym zaczął antyniemieckość podgrzewać. Co było skądinąd o tyle łatwiejsze, że hipokryzja niemieckiej polityki była dość łatwym celem.

  284. @airborell
    W latach 90. i 00. antyniemiecki sentyment na szerszą skalę nie istniał

    Nie istniał, czy nie był ujawniany względnie nie było tego ujawniania widać w mediach?

  285. Cały czas istniał, inaczej dowcip zaczynający się od „Kochanie, może dzisiaj na jeźdźca?” byłby niezrozumiały.

  286. @airborell
    ponieważ jestem trochę „Czechem”, to łatwiej mi zobaczyć pewne wspólne cechy państw/społeczeństw totalitarnych:
    – każdy system totalitarny potrzebuje/korzysta z nacjonalizmu/szowinizmu jako narzędzia w sprawowaniu władzy, manipulowaniu itd. (dziś – np. Chiny, Rosja)
    – w każdym kraju byłych demoludów nacjonalizm istniał i był używany przez władze/system
    – kraje demoludów były „odcięte” od świata – to władza decydowała jednak o tym co docierało do masowej świadomości – o czym często zapominamy lub nie zdajemy sobie sprawy
    – od roku 1945 władze komunistyczne używały „karty” niemieckiej w wielu różnych obszarach oddziaływania na społeczeństwo; to samo działo się np.w Czechosłowacji
    – cała masa sentymentów/uprzedzeń/ stereotypów społecznych – była mniej widoczna,
    bo „socjalizm” nie potrzebował bojówek na ulicach (chyba, że ORMO), tylko narzędzia manipulowania
    – po roku 1989 – kraje byłego bloku – to była taka trochę bomba zegarowa, tylko z odległym czasem wybuchu;
    – wiec sentymenty antyniemieckie mieliśmy zaszczepione z mlekiem matki, i jak napisał @Gammon No.82 – może ich nie było widać, ale one były pielęgnowane i podsycane „od zawsze”; a potem wystarczył ktoś taki jaki piss (skrótowo), kto postanowił wykorzystać nasze „ukryte” kompleksy/uprzedzenia = i mamy to co mamy

  287. @Sentymenty antyniemieckie
    W moim pokoleniu, a tym bardziej wśród starszych ode mnie polityków te odczucia były bardzo mocno wbite w psychikę.
    W 1973 roku jechałem pociągiem, przekraczając granicę niemiecko-niemiecką. Już po zachodniej stronie paszporty sprawdzał zdecydowanie starszy urzędnik. Spytał mnie o coś, nie zrozumiałem. Wtedy się wysilił i powtórzył pytanie łamanym polskim.
    I zrobiło mi się raczej nieprzyjemnie.

  288. @janekr
    kolega z rocznika ’62 ładnie to ujął:
    kiedy słyszę niemiecki, to dłonie zaciskają mi się w pięści i albo szukam karabinu, albo patrzę gdzie spierdalać;
    wszyscy w PL byliśmy do roku ’89 poddani masywnej propagandzie, mieliśmy małą wiedzę o świecie + kłamstwo/manipulacja powtórzona milion razy „staje się” rzeczywistością – nie dotyczyła tylko 3rzeszy; w PL system był działał dziadowsko i pozwolił na powstanie Solidarności (skrót), więc część z nas może mieć wrażenie, że nie ulegaliśmy manipulacji – ale to nieprawda; w innych demoludach system działał sprawniej/brutalniej – więc miał „lepsze” efekty – i to widać dziś w każdym kraju byłego RWPG (skrót)

  289. @fiat
    „Kult przedmiotów – no przecież nawet osoby nieczęsto bywające na wsi, musiały spotkać się z takim „specjalnym” pokojem,”

    Przed wojną byl też w miastach, wspomina o tym Lem. Po wojnie zaniknęło, przynajmniej w Warszawie, bo po prostu w każdym pokoju ktoś spał (w kuchni i przedpokoju też).

  290. @WO
    czy ktoś może wyjaśnić ten fenomen „pustego, luksusowego” pokoju, którego się nie używało? fascynujące zjawisko, ale zakładam, że jest jakieś logiczne wyjaśnienie, zapewne wynikające z jakichś praktycznych powodów;
    pierwsze co przychodzi mi do głowy – to koszty ogrzewania – na wsiach przy 2 izbach to łatwe do zauważenia + w kupie ludziom cieplej się spało (nawet kiedy piecyk zgasł); a u nasz 6 miesięcy sezonu grzewczego co najmniej, ale i w lipcu może się trafić spadek do 5-10 stopni w dzień;

  291. Sentyment antyniemiecki to się ciągnie od XIX wieku jak Prusy zaczęły dokręcać śrubę. Rota Konopnickiej to przecież kwintesencja ówczesnego podejścia do tematu. DWS tylko dołożyła swoje.

  292. @kmat
    dokładnie! kiedy powstawały nacjonalizmy w naszej części Europy, jednym z bardzo silnych ideologicznie trendów był panslawizm, czyli my tutej wszyscy Bracia Słowianie, nakładziemy w doopę wrażym Gjermanom pod przywództwem Rosji;
    ciekawostka historyczna – odradzający się Czesi, oparli całe swoje Odrodzenie Narodowe o „walkę” z wrogimi Germanami + mocno wspierali panslawizm – i tutaj pierwszy raz, okazało się, że Polacy są do niczego: w źródłach znane jest określenie nas – jako „parszywych/fałszywych” Słowian, bo na spotkaniach działaczy słowiańskich (połowa 19 wieku), Polacy starali się przekazać, że jednak ta Rosja to niekoniecznie (a nawet bardzo NIE); ale jak to bywa z ideologiami – to Polacy byli prezentowani jako ci kiepscy, a nie Rosja; mniej więcej od tego czasu (jeszcze raz, czyli od połowy 19 wieku) datuje się organiczna/historyczna niechęć czeskich elit do Polaków;
    ważne – piszę o tym nie dlatego, żem taki patriota, ale z powodu naszej małej wiedzy na temat relacji polsko-czeskich

  293. @fiat
    „fascynujące zjawisko, ale zakładam, że jest jakieś logiczne wyjaśnienie, zapewne wynikające z jakichś praktycznych powodów;”

    Symbol statusu. Często ktoś zawierając związek małżeński wnosił w wianie „porcelanę z Ćmielowa”. Ta porcelana przecież nie była używana na codzień bo by się stłukła. W istocie w ogóle nie była używana, po prostu czekała na ślub albo inny podział majątku.

  294. @WO
    racja – „inwestowanie” w nieużywaną porcelanę, kryształy – działo się i w PRL-u;
    mam po rodzicach całą kolekcję – NIGDY nie używanych zestawów do kawy, kryształów itd.; najlepsze – one dalej sobie stoją NIEUŻYWANE w serwantce – „bo szkoda”;
    @ ergonauta
    ale mię tutaj zabrzmiało echo TV i prasy z PRL-u;
    popatrz na to szerzej:
    – po 1 wojnie podsycano i pielęgnowano animozje narodowościowe w całej Europie;
    no to skończyło się 2 wojną i masakrą na niespotykaną skalę
    – od chwili, kiedy wiadomo było, że Niemcy przegrają zastanawiano się co dalej z Niemcami; jedną z koncepcji był plan Morgenthaua – Niemcy zaorać, rozdać porcięta i fujarki – niech świnki i owce pasają;
    – dodatkowo po 2 wojnie okazało się, że ruscy na poważnie chcieli by do Atlantyku dojść wraz ze swoją koncepcją na szczęście ludzkości + czołgami w celu realizacji
    – a kiedy Brytyjczycy chcieli wznowić produkcję garbusa (przykład) – to okazało się, że nie ma kim tego zrobić – bo WSZYSCY Niemcy byli w jakiś sposób powiązani/umoczeni w faszyzm
    Nie było wcześniej takich totalnych systemów.
    I wiem, że to może być oceniane jako niesprawiedliwe – ale coś trzeba było z tymi Niemcami zrobić. I nie było wcześniej takich wyzwań.
    Wg mnie – udało się nieźle – powstało demokratyczne państwo/społeczeństwo – bez żadnych asocjacji i sentymentów z akwarelistą.
    To jest trochę podobne do transformacji demoludów po 89 roku.
    Teraz po latach łatwo potępiać Balcerowicza (skrót).
    Ale w 89 roku – NIKT nie miał wiedzy jak zrealizować transformację, bo nie było wcześniej takiej sytuacji i na taką skalę.
    I znów – udało się jednak ok (piszę „jednak” – bo w dla wielu, w indywidualnych losach to było niesprawiedliwe).
    Ale transformacja mogła też się skończyć jak w innych byłych demoludach – stworzyła systemy oligarchiczne (paradoks dla wielu Polaków – w Czechach jak najbardziej TEŻ). I teraz można sobie wybrać – co lepsze + na ile w naszej sytuacji (system zbankrutował – dosłownie), były możliwe alternatywne rozwiązania.
    Jest takie czeskie porzekadło: „po bitvie, kazdy je general”

  295. @fiat
    ” najlepsze – one dalej sobie stoją NIEUŻYWANE w serwantce – „bo szkoda”;”

    I słusznie, bo to zawsze była raczej lokata kapitału. Za komuny bardziej chodziło o kapitał społeczny („wiano Halinki”), ale jak ktoś przechował z tamtych czasów Ćmielów w dobrym stanie, to ho ho może być warte (zależy od serii, itd).

  296. @WO
    mam też klasery ze znaczkami, które dziś stały się makulaturą – to również miała być forma kumulacji bogactwa – jak ładnie to opisał Hrabal a sfilmował Menzel (Obsługiwałem angielskiego króla); do dziś mam też jakieś 2-3 egzemplarze książek z PRL-u, bo jak już udało się „upolować” – to kupowałem na przyszłą „wymianę”, sprzedaż itd.
    @janekr
    @panslawizm
    Kroch – cudowny erudyta z ogromną wiedzą – polecam go każdemu, ALE on opisuje Czechy, których dawno już nie ma – bo totalitaryzm zniszczył wczesniejsze realia do gołej ziemi – zostały tylko mury; ludzie zupełnie inni
    a wspomniany Karel Havlíček Borovský – to jest piękny przykład, że jeżeli pojawiają się światli ludzie, ale to co głoszą jest sprzeczne z wolą, wizją większości – to go się marginalizuje/eliminuje; Karel Havlíček Borovský i jego prace/poglądy nigdy nie były istotne w ramach Odrodzenia Narodowego w Czechach, bo zaprzeczały jasnej, spójnej wizji; to my Polacy dostrzegamy, że prawidłowo oceniał Rosję + garstka Czechów to widzi – nawet dziś

  297. Antyniemieckość była starannie pielęgnowana przez kolejne roczniki endeków czy neoendeków – razem z mitem o tysiącu lat Drangnachostenu, o czystej etnicznie „Polsce Bolesławów” i z rusofilią czy wymiocinami po panslawizmie. Przypadkowo (albo i nieprzypadkowo?) ten mindset pasował też propagandzie Polski Ludowej.

  298. WSZYSCY Niemcy byli w jakiś sposób powiązani/umoczeni w faszyzm

    Ci co od 1933 siedzieli w Dachau też?
    No chyba, że chodzi o powiązania w stylu IPNowskim („…no może i siedział, ale jak wszyscy dobrze wiemy, jego prawuj Emmerich był Blockleiterem„).

  299. @Gammon82
    W Sejmiew roku 1990 Kuroń pokłócił się z lekarzem z więzienia, w którym kiedyś siedział.
    Ów lekarz tłumaczył „Ja byłem zwykłym lekarzem w tym więzieniu, a Kuroń to ho ho, zupę rozwoził!”

  300. @Gammon No.82
    antygermanizm był niezbędny gdyż:
    1/ Panslawizm/nacjonalizm – musiał uwzględniać, że te Niemce to silne i liczne, więc w mordę mogą dać; potrzebny był protektor (krysza) – a przecież ruscy to Bracia (szczególnie, jak się nie miało żadnych realnych doświadczeń jak wygląda ich wizja braterstwa)
    2/ system po 2 wojnie dla całego bloku (nie tylko u nas) musiał znajdować racjonalizację dlaczego jesteśmy w „strefie wpływów” + dlaczego stacjonują u nas ruskie czołgi + mieliśmy własne doświadczenia, że jednak na tygrysy to visy nie są skuteczne
    3/ każdy system niedemokratyczny/totalitarny potrzebuje WROGA – takiego czytelnego, żeby skutecznie działała propaganda o indoktrynacja;
    W każdym aspekcie – to się spinało – historycznie, kulturowo, ideologicznie;
    i niestety – to jest skuteczne – co widać i na naszym przykładzie (rudy dziadek z wermachtu)

  301. @fiat127
    Ta powojenna rekonstrukcja się udała bo zniszczono źródło problemów, czyli dawne Prusy. Na wschód od Odry i Nysy zniszczono wręcz tkankę społeczną, a na zachód odizolowano żelazną kurtyną od reszty i zdewastowano dekadami komuny. W tym czasie zachód i południe Niemiec się stopniowo z tych pruskich wpływów oczyściły. Jak przyszło zjednoczenie, to akwarelista tam dalej straszył, ale to już była smętna pipidówka bez szans na powrót do roli politycznego centrum wyznaczającego kierunek. Stan obecny to tak jakby restytucja Pierwszej Rzeszy, gdzie ton nadają tereny nad Renem i Dunajem a nie jakieś zmilitaryzowane marchie na północno-wschodnim wygwizdowie.

  302. @Gammon No.82
    sorry – przecież nawet tutaj konieczne jest stosowanie uproszczeń, skrótów;
    WSZYSCY Niemcy – to generalizacja, mająca pokazać skalę wyzwań/zjawisk;
    nie aspiruję do bycia najmądrzejszym/wszechwiedzącym – staram się wykorzystać możliwość poszerzenia horyzontów – własnych, w oparciu o uwagi/inspiracje PT Komentujących;
    btw – w Dachau nie była masowo więziona kadra zarządzająca przemysłem

  303. @kmat
    >pipidówka bez szans na powrót do roli politycznego centrum wyznaczającego kierunek<
    to ja nie wiem kiedy w dziejach mieliśmy okazję "wyznaczać kierunki" – podasz przykłady?
    na prywatny użytek, to zdałem sobie sprawę, że ten "nasz" kawałek świata niekoniecznie jest ważny/potrzebny;
    jest taka słynna kawiarnia w Salzburgu – i zdałem sobie sprawę, że od kilku pokoleń wstecz NIEZMIENNIE – ludzie sobie przychodzi do niej, jedli znany torcik, pili smaczną kawę, czytali prasę – i istnienie lub nieistnienie jakichś krajów/narodów na wschód od Odry (uproszczenie) – ani ich grzeje ani ziębi; z ich punktu widzenia życie toczyło się dalej, a nasze losy w żaden realny sposób (symbolicznie) nie wpływało na możliwość kontynuacji konsumpcji torcika i kawy;
    Ruscy wymordowali na Kaukazie Czerkiesów – miliony ludzi; mało kto o tym wie/pamięta, a świat istnieje dalej;
    gdyby po 2 wojnie, zamiast demoludów powstało zapadlisko/czarna dziura – kawiarnia w Salzburgu dalej by istniała; smutna refleksja – ale może nie mam racji?

  304. @fiat127
    „to ja nie wiem kiedy w dziejach mieliśmy okazję „wyznaczać kierunki””
    Jakie my? Pisałem o pruskim mateczniku we wschodnich Niemczech.

  305. 1. W okolicy lat 80-90 wszędzie na świecie zaczynały odrastać nacjonalizmy. W USA upowszechnił się mit o zdradzie Demokratów, którzy „zostawili naszych” w Wietnamie. W ZSRR dobito propagandę internacjonalistyczną, stypendia i wymiany kulturalne, za to wplątano w Afganistan. W UK Thatcher zrobiła szopkę wojenną z Argentyną i na nowo podsycała wojnę domową w Irlandii. W PRL Jaruzel wyciągnął otwartą rękę do prawicy endeckiej via ZBOWID i dziadek Giertycha.

    2. W każdym państwie narodowym zawsze jest nacjonalizm, bo każdy program edukacyjny w praktyce będzie tłukł czemu akurat grupa mówiąca tym językiem współcześnie jest dziedzicem kogośtam sprzed iluśset lat. Wspólnota narodowa to klej społeczny, a im mniej jest rzeczywistych obszarów do współpracy z sąsiadami (od wspólnoty żniw, przez wspólnotę katastrofy naturalnej, przez cykliczność rytuałów religijnych), tym więcej i łatwiej wpakować w fantazje „ja jako prawdziwy Polak, Amerykanin, Marsjanin”. I oczywiście im bardziej dana osoba ma przekichane, tym ta fantazja łatwiejsza, bo wyparcie karmi się biedą.

    Wbrew narracji różnych oświeconych i innych Miłoszów, ani Europa Wschodnia nie jest tu wyjątkowa, ani USA inne, ani Chiny odmienne. Zwrot ku partiom prawicowym i powrót religijnośći (niekoniecznie instytucjonalnej), połączony z powrotem do bulszitu new-age duchowość to po prostu charakterystyka bardzo wielu, bardzo różnych społeczeństw i kultur w tychże. Nasz grajdół jest tu doskonale przeciętny.

  306. @errata
    @kmat
    my bad – chodziło Ci o Niemcy, a nie o nas – tutaj racja i pełna zgoda;
    btw – byłe NRD + afd = jak to ładnie się spina z mentalnością byłego RWPG

  307. @janekr
    „W moim pokoleniu, a tym bardziej wśród starszych ode mnie polityków te odczucia były bardzo mocno wbite w psychikę. W 1973 roku jechałem pociągiem, przekraczając granicę niemiecko-niemiecką…”

    W 1980 pojawił się niesamowicie popularny, śpiewany jak Polska długa i szeroka, paskudnie nacjonalistyczny przebój „Najwięcej witamimy mają polskie dziewczyny”. Gorszość dziewczyn z różnych krain Rosiewicz po kolei skrupulatnie uzasadniał, no i przy dziewczynach zza Odry sprawa była prosta:
    „Niemki czyste, oczywiste, dobre są na żonę,
    Miałbyś zawsze wysprzątane mieszkanie z balkonem,
    Lecz jak czułbyś się w tym domu czystym, oczywistym,
    Gdyby w kuchni ktoś przy dziecku mówił po niemiecku???”

  308. @redezi
    no jednak kraje demokratyczne (mniej lub bardziej) i Chiny w jednym worku,
    to jednak zdecydowanie – NIE!
    Europa – masz rację z tą biedą karmiącą nacjonalizm – i Europa Wschodnia dobrze to ilustruje; „Zachód” woniej ulega trendom, bo jest stabilniejszy wielopokoleniowo ekonomicznie, co odbija się w polityce;
    USA – byt osobny/wsobny, ale powtórzę raz jeszcze kluczowe słowo DEMOKRACJA,
    której absolutnie nie ma w Chinach – i to jest ta kluczowa różnica

  309. @ergonauta
    piosenka Rosiewicza o NASZYCH najlepszych dziewczynach, to przykład szerszego zjawiska;
    w byłych demoludach system utrwalił i oparł się o proste, „ludowe” schematy kulturowe (ależ im blisko do nacjonalizmu!) – NASZE jest najlepsze!
    Jednym z przejawów był ciężki patriarchat – baby są głupie i jak trzeba to można i pięścią pokazać wyższość puci. btw – w Czechach to dopiero jest patriarchat – do dziś!
    Ale – niech niech no który podda w wątpliwość, czyje baby najlepsze!
    To jest podobny atawizm jak w ulubionej dziedzinie @WO – Lechia (ta od piłki) PANY! I my tę oczywistość pokarzemy tym xujom co som za legiom za pomocą bejzbola – gdyż HONOR!
    W czasie swoich wędrówek „za pracą” w czasach PRL – trafiłem do Warki.
    I tam się okazało, że istnieje wielopokoleniowa animozja z Grójcem (btw mieliście pojęcie?). Lokalsi z Warki, z dumą opowiadali jak dali skuteczny odpór ekipie z Grójca, która w 3 żuki przyjechała pokazać, że Grójec lepszy/ważniejszy (?).

  310. „mówił po niemiecku”
    Urzędnik niemiecki mówiący po niemiecki mi absolutnie nie przeszkadza. Przeszkadzało mi, gdy przeszedł na łamany polski. Bo Niemiec 50+ mówiący w 1973 roku po polsku mógł znać ten język z wielu różnych źródeł, ale jedna ewentualność przyszła mi na myśl w pierwszej kolejności.

  311. @fiat127
    „btw – byłe NRD + afd = jak to ładnie się spina z mentalnością byłego RWPG”
    Tam jeszcze dochodzą niezaleczone kompleksy po Adolfie, a może i jeszcze po Bismarcku.

  312. @kmat
    kompleksy – kluczowe słowo dla analizy krajów byłego RWPG
    co do Bismarka/akwarelisty – to jestem sceptyczny, gdyż realna wiedza historyczna to coś, co nie istniało/nie istnieje w tych krajach w sensie masowym;
    to czym ludzie się posługują to efekt lat propagandy + uprzedzenia, stereotypy i wieloletni brak kontaktów ze światem + pokolenia z państwową cenzurą wszystkiego;
    moja żona, po latach naszego mieszkania w Czechach, celnie określiła ten kraj:
    skansen

  313. A propos coverów lepszych od oryginału, to pamiętam, że Johnny Cash tak scoverował „Hurt”, że sam autor, Trent Reznor, chylił czoła („That song isn’t mine anymore”).

    @Piotr Kapis (i covery w dawnych językach):
    Całkiem lubię bardcore, ale w szczególności podobają mi się covery (zwłaszcza Hildegardy von Blingin’) – na przykład średnio- albo staroangielskie „Pumped Up Kicks”:
    „All ye bully-rooks with your buskin boots / best ye go, best ye go, outrun my bow!”
    link to youtube.com

  314. @janekr
    „Urzędnik niemiecki mówiący po niemiecki mi absolutnie nie przeszkadza. Przeszkadzało mi, gdy przeszedł na łamany polski. Bo Niemiec 50+ mówiący w 1973 roku po polsku mógł znać ten język z wielu różnych źródeł, ale jedna ewentualność przyszła mi na myśl w pierwszej kolejności.”

    Pewnie po prostu Ślązak. Może piwa wypiłem ze Ślązakami nudząc się w Duss przez kilka miesięcy na przełomie wieków. Z jakiegoś powodu było to dla nich widać atrakcyjne by spędzać czas gadając ze mną po polsku. To przeważnie byli goście których starzy wyemigrowali w 80sach a oni byli dziećmi (choć byli i starsi), widocznie coś im to robiło. Z kilkoma utrzymywałem potem znajomość przez naprawdę długie lata.

    Zeby nie był całkowity offtopic. Die Toten Hosen kocham najbardziej za kawałki tego typu link to youtube.com. Konkurs: kto to skowerował po polsku i to jeszcze za PRLu?

  315. @embercadero
    no właśnie – Kobranocka!
    tutaj tyle pisania o Budce – ale ja teraz widzę, że z perspektywy czasu – to oprócz tego początku w roku 1980 – i ikonicznych Republiki i Maanamu – później ulubione:
    Big Cyc – i kaseta z leninem w irokezie, a potem Kobranocka!
    ALE,
    tylu to fachowców lepszych ode mnie, a NIKT słowem nie wspomniał jednego zespołu:
    Brygada Kryzys!!!
    Miałem kolegę, którego matka mieszkała w RFN-nie, więc miał dostęp do płyt (i czasopisma Bravo z plakatami!!!), oraz środki na zakup super sprzętu – wielkie głośniki Tonsilu, super gramofon, reszta z pewexu (technics);
    i u tego kolegi urządzaliśmy pierwsze przesłuchania płyt, które przysyłała mu matka (wg wysłanej listy życzeń); sprawę ułatwiał fakt, że matka była za granicą na stałe, a ojciec bóg wie gdzie (też na stałe) – a my w LICEUM i permanentnie wolna chata! (biedni ci sąsiedzi)
    I tylko 1 raz szczena mi całkiem opadła po odpaleniu polskiej płyty:
    właśnie Brygady Kryzys
    Nikt wtedy -1982/83 (?) – tak w Polsce nie grał / nie brzmiał.

  316. @Rangar
    Johnny Cash i Hurt – tak, to jest fantastyczne wykonanie. Niedoskonałości głosu, wszystkie zawahania i drżenia, tylko dodają mu siły. Idealny kawałek zaśpiewany w idealnym momencie, jako podsumowanie kariery starego człowieka.

    Bardcore i Hildegarda – kojarzę, nawet lubię. Bardcore to taki ciekawy pomysł i dobra muzyka na różne sesje RPG fantasy

    Z ciekawych coverów to osobiście bardzo też lubię „I drove all night” w wersji Cyndi Lauper. Po części dlatego, że gdy śpiewa to kobieta, to łatwiej mi się poczuć adresatem. Ale zdecydowanie również z tego powodu, że jej głos w tym kawałku to jest idealny głos do uwodzenia mnie.

    Wspomniane było wcześniej, że niewiele jest polskich coverów które byłyby lepsze od oryginałów. Przypomina mi się tutaj „Upić się warto” w wykonaniu Zborowskiego, Borkowskiego, Kociniaka i Opanii.

  317. Zgadza się, Kobranocka, Gang Bryndali. IMO jedna z najlepszych rzeczy II poł 80’s. Zapomniana.

    „I tylko 1 raz szczena mi całkiem opadła po odpaleniu polskiej płyty:
    właśnie Brygady Kryzys
    Nikt wtedy -1982/83 (?) – tak w Polsce nie grał / nie brzmiał.”

    BK czyli ekipa z mojego liceum 🙂 (oczywiście nie znaczy że mój rocznik, jestem z 10 lat młodszy)

    Bo to reżimowe dzieci były. Mieli możliwości o których inni mogli tylko pomarzyć. Mnie jakoś nigdy nie kupili, Lipińskiego zawsze uważałem za pozera a Brylewski niby prawilny, nawet bardzo, ale zawsze też mi coś nie pasowało, nawet jak robił z Armią arcydzieła tu kurna musialy to być chrześcijańskie arcydzieła.

    Z tamtych lat z polskiego punka broni się tylko Dezerter (klasa światowa). Reszta nadrabiała entuzjazmem ale źle się zestarzała.Rzeczy które nadal dają się słuchać jak wspomniana GaGa to już przełom 90’sów, inny świat.

  318. @embercadero
    to ja nic nie wiem – a propos Brygady, gdyż raz, że z prowincjonalnego Wro
    + od 85 to byłem zajęty studiowaniem (na początku się człowiek przejmował), a później zajmowałem się dziećmi, psami tobołkami + 1990 jak ostatni kretyn wyjechałem z rodziną do Czech na 10 lat i kiedy moi koledzy szkolnej ławy jak Schetyna robili kariery i zyskiwali wpływy, ja stałem się wybitnym specjalistą od Czech (co jest psu na budę);
    jedyny plus (?), że mnie ominęła dekada burzy i naporu – niby z Pragi do Wroc niedaleko, ale brak internetu + tv sat – w powijakach – więc obserwowałem Polskę trochę jak okien pociągu;

  319. @ergonauta
    „Szwedki są wysokie, zgrabne, higieniczne, zdrowe,
    Ale ponoć dosyć chłodne, bo… polodowcowe.
    Trzeba przyznać, atrakcyjne, zwłaszcza Szwedki młode
    Ale jakbyś czuł się w domu, w którym wieje chłodem?!”
    Czy to nie jest przypadkiem antyskandynawskość?

    A może Rosiewicz uprawia panslawizm? No raczej nie bo:
    „Od Rosjanki chciałem buzi, rzekła mi: nie nada…”
    „Czeszka tylko mnie rozśmiesza, chociaż lubię Czechów –
    Gdybym wydał się za Czeszkę, umarłbym ze śmiechu!”
    Ta piosenka jest zwyczajnie zabawna. Dopisywanie tu podtekstów nacjonalistycznych to nadinterpretacja (pomijając fakt, że grubo ponad 90% Polek wychodzi za Polaków i vice wersja). Pomijam fakt, że później Rosiewicz pojechał z „Cztery Ziobra i Polska będzie dobra” i jest kojarzony z PiS-em.

  320. @fieloryb
    ale jednak to nie jest piosenka (Najwięcej witaminy…),
    budująca podmiotowość kobiet – niezależnie czy jest zabawną czy nie;
    Paulina Porizkova – taka modelka z Czech i mądra kobieta, opowiadała,
    że jako 15-latka (wychowana przez dziadków w Czechosłowacji + rok czy 2 jako emigrantka w Szwecji), była wysyłana przez agencję modelingową, którą prowadziła kobieta, na różne zdjęcia, sesje rozbierane, gdzie składano jej propozycje wyjazdów na „wakacje”, przez bogatych i wpływowych mężczyzn itd. –
    że ona jako mentalne dziecko, kompletnie nieznające realiów świata – nie miała pojęcia, że była mobbowana – i jedyną racjonalizacją tych obrzydliwych zachowań wobec niej – było to, że odbierała je/tłumaczyła sobie – że to są komplementy – bo nie miała świadomości, że to są niestosowne, złe zachowania – a ona nie jest im winna.
    To samo trochę z nami – a piosenka Rosiewicza to przykład – mieliśmy inne standardy, hierarchie wartości + może też to jest kwestia indywidualnej wrażliwości?

  321. @fieloryb
    „Ta piosenka jest zwyczajnie zabawna.”

    Był powód, dla którego Rosiewicz nie mógłby zaśpiewać całej zwrotki dissującej Rosjanki. A ludziom pamiętającym tę piosenkę jako zabawną polecam zajrzenie do zwrotki ostatniej – osobiście czułem jak pęka mi szkliwo na zębach.

    Kol. Fiat być może rozwinie temat, ale ja się niedawno dowiedziałem (via Jakub Medek), że dla Czechów to właśnie język polski brzmi jak seplenienie dziecka (inaczej wymawiamy głoski dziąsłowe).

    Tak BTW o ile Rosiewicza uważam za esencjonalnego dziadersa, tak z niechęcią przyznam, że „Pieśń o zachodnich bankierach” ma fragmenty co najmniej wybitne.

  322. @Andres Vierny
    „Był powód, dla którego Rosiewicz nie mógłby zaśpiewać całej zwrotki dissującej Rosjanki.”
    Ehe. Tak. Przy cenzurze miał zaśpiewać? Publicznie? I tak dziwię się, że mu chłopcy-radarowcy przeszli, mimo, że „to byli przebierańcy”.

    „Tak BTW o ile Rosiewicza uważam za esencjonalnego dziadersa”
    Fakt.

  323. @Andres Vierny
    język polski dla Czechów rzeczywiście brzmi zabawnie, ale inaczej niż czeski dla nas; ja tutaj nie czuję się fachowcem, bo kiedy poznałem biegle język i realia, to zobaczyłem/zrozumiałem, że nasze relacje (Polacy/Czesi i odwrotnie) nie się równowartościowe; aby uniknąć nieporozumień – będzie komunikat o charakterze uogólnienia/uproszczenia: Polacy mają wobec Czechów ogrom sympatii i idealizują tę nację; Czesi (odrobinę pisałem o tym w tym wątku) – niestety nie mają o nas dobrej opinii (komuna się dołożyła do istniejących historycznie stereotypów) – więc nie zdziwcie się, kiedy odczujecie, że jesteście traktowani z pogardą/wyższością; na szczęście – żeby to wyłapać, to z reguły trzeba świetnie władać językiem miejscowym + znać mentalność (żeby umieć odczytać sygnały); dlatego najczęściej wszystko pozostaje niezauważone – i w sumie dobrze; ja tylko psułem czasami rodzinne wyjścia, kiedy reagowałem, a czasami dochodziło do nieprzyjemnych eskalacji; uwaga – to co napisałem, nie oznacza, że nie istnieją mili, ujmujący Czesi;
    to jest kolejna właściwość krajów byłego rwpg – lepiej być ekspatą na „zachodzie”; nawet jeżeli lokalni ludzie mają uprzedzenia/stereotypy – to zostali nauczeni, żeby się nie odzywać, bo czasami można i na policję z tego tytułu trafić

  324. @fiat
    „I tylko 1 raz szczena mi całkiem opadła po odpaleniu polskiej płyty:
    właśnie Brygady Kryzys”

    W dniu premiery stałem w kolejce do nieistniejącego [dziś] sklepu Helikon na Freta (ajronikli, teraz pracuję rzut beretem obok, kolega Embarcadero niechybnie znów wyjedzie z tekstem że to wielki przywilej, być nauczycielem, a więc inteligentem, no bo robotnik wprawdzie zarabia lepiej, ale jakże jest Uciskany przez obowiązek słuchania Dody Elektrody).

  325. #ad językum słowianiskum

    Co prawda jestem antytalentem językowym, ale z powdów zakrętasów życiowych nieco osłuchałem się z kilkoma językami słowiańskimi, co potem zaowocowało amatorskim czytaniem różnych badań i teoryjek językowych. A potem lekturą stron internetowych dla poliglotów, sekcja porad praktycznych. Więc, podzielę się pewnymi wnioskami:

    – zdaje się, że język polski jest, dla nie-słowian, NAJPROSTSZYM językiem słowiańskim do nauki. Brak akania (czy jak się fachowo zwie przechodzenie samogłosek w „a” w rosyjskim), akcent z grubsza zawsze w tym samym miejscu, alfabet to łacinka z kilkoma znakami diakrytycznymi (poza „ó” i czasem „ź” są względnie łatwe do wychwycenia w mowie), ortografia dosyć logiczna jeżeli nie liczyć ch/h,

    – zdaje się, że to że Ukraińcy zapoznają się dosyć szybko z językiem polskim będąc w Polsce wynika właśnie z tej względnej łatwości polskiego na tle innych języków,

    – zupełnie nie popieram, ale spotkałem się z opinią, cytuję „jak się nauczysz czeskiego, rosyjskiego i serbsko-chorwackiego [wiemy więc, że opinia nie była sformułowana na głos w Zagrzebiu ni w Belgradzie] to tak właściwie zrozumiesz tekst napisany w dowolnym języku słowiańskim, o ile nie będzie za skomplikowany, zasób słów się u nich mocno powiela”.

  326. @fieloryb
    „Pomijam fakt, że później Rosiewicz pojechał z „Cztery Ziobra i Polska będzie dobra” i jest kojarzony z PiS-em.”

    Od zawsze był chyba dość czerstwy? Co jest zabawnego w tej piosence? Że nie wie nic o Szwecji poza skojarzeniem, że chłód? Że czeski śmieszny i zrujnowałby mu pożycie? Tu mniej więcej nasuwa się coś w stylu: Czy chciałaby Pani Andrzeja? – Andrzeja, Andrzeja, ach nie, bo rym częstochowski nie dźwiga mu zwrotki, a dowcip na ogół też ssie. Pamiętam z Disco Relaxu (AD 95 chyba) na Polsacie taki band Voyager. Miał piosenkę Polskie dziewczyny, która mogłaby dopełnić zestaw.

  327. Jeżeli Rosiewicza uznać za polskiego Captaina Jacka, to przydałby się też Major K.

  328. @WO
    kolejka po płyty – tak – wiele razy! bywało, że nie pozwalali kupić więcej niż 1 sztuki; prawie całą klasą się czasami chodziło (biała płyta perfectu);
    nauczyciel – prawie cała moja klasa została belframi; są zalety – to zawód, który przez kontakt z młodzieżą „odmładza” i często daje pozytywną energię, którą buduje dobra reakcja młodzieży; do koleżanki polonistki przychodzą, czasami po latach z podziękowaniami;
    no i czy alternatywą była by praca hydraulika? 1000 zł dniówki, czasami 2x więcej, jak woda się leje ze ściany, a jest łikend;
    dodatkowo – ja na ten przykład taki niekoniecznie bystry jestem;
    no i trudno – gdyby na świecie byli sami bystrzy, to było by smutno raczej;
    a tak to przynajmniej ci bystrzy, mogą sobie dzięki mnie sprawdzić, że są bardzo bystrzy;
    nie każdemu musi być dane zostać Woodwardem czy Bernsteinen – i to przecież niczyja wina;
    wg mnie kluczowym jest, czy ma się zajęcie, które się lubi – idealnie, które jest pasją (ja tam mam);

  329. @Andres Vierny
    @Czesi
    ale książkę Medka polecam – to jest dobra przeciwwaga dla różnych hagiografii;
    ja bym kilka kwestii opisał głębiej i pod innym kątem, ale na pewno warto tę książkę przeczytać;
    ja to jestem już spaczony, i jak coś nie ma głębi tego co jest w książkach Majewskiego, to mam poczucie straty czasu;
    najlepsze – nadal brakuje porządnej monografii całościowej o historii Czech i zostaje sędziwa praca Orzechowskiego i Hecka z roku 1968; ale ją też polecam, bo bardzo można się zaskoczyć, co cenzura przepuściła w tekście opisującym „brantni” naród na przykład w kontekście Protektoratu;
    Antoni Kroch – kapitalnie opisuje tak naprawdę CK Monarchię, a nie Czechy;
    i po lekturach jego książek, to myślę, że nieco szkoda tego upadku Monarchii,
    pomimo tego, że była niby „niemiecka” (ironicznie piszę w nawiązaniu do tego co padło dziś wcześniej)

  330. @Fiat127
    „język polski dla Czechów rzeczywiście brzmi zabawnie, ale inaczej niż czeski dla nas”

    To akurat mógłbyś rozwinąć, bo miałem kiedyś w Eire taką znajomą Lamię z Brna i kiedyś popijając z nią jakieś sikacze Amstele za ostatnie eurasy, mówię do niej, że czeski to brzmi tak, jakby małe dzieci gadały… A ona – nie, to polski tak brzmi. Niejednokrotnie starałem się sobie wyobrażać na jakiej zasadzie taka symetria i jak to jest „z drugiej strony”, ale bez skutku.

  331. @Martin_S
    ja to piszę nieco inaczej niż Medek (Dobry den), bez prób analiz filologicznych, ale z uwzględnieniem spojrzenia pod innym kątem:
    1/ tło „psychologiczne”/ „historyczne”
    – należy pamiętać, że Czesi nie są spontaniczni, od dziecka są uczeni powściągliwości w okazywaniu uczuć; dlatego wszyscy wszystkim mówią „dobry den” (ale bez uśmiechu) i nic więcej – to jest dla nich imperatyw;
    – to zjawisko pogłębiła (stworzyła?) komuna, która w Czechosłowacji była dużo twardsza, więc model wychowania dzieci – aby były „niewidzialne”; to jest kapitalne określenie, którego użył David Cerny w rozmowie ze Szczygłem w gazecie wyborczej, wiele lat temu;
    Czyli musimy rozpatrywać 2 wersje Czechów – „publiczną”, między ludźmi i tą nieoficjalną, dla obcokrajowca – nieczęsta sytuacja.
    Bo Czech „publiczny” – jest często spięty, nieswobodny. To dlatego tak trudno nawiązuje im się niezobowiązujące, spontaniczne small toki. My jesteśmy dużo bardziej swobodni w niezaplanowanych, spontanicznych kontaktach.
    – dalej – Czechy to jest bardzo jednorodny wizualnie naród – sami „biali”, obcokrajowcy nie byli częstymi gośćmi za komuny – oprócz Pragi
    – czyli Czech widzący białego „na ulicy” -spodziewa się Czecha i tutaj śurprajz:
    2/ Czesi bardzo uważnie nasłuchują – jakiego akcentu używają rozmówcy, bo nie jest używany jeden język czeski – tylko +/- 3-4:
    – „morawski” – w uproszczeniu Brno i dużo kawał Czech „dookoła”
    – „śląski” – czyli Ostrawa i generalnie północna część Czech wokół
    – „środkowo-czeski” – tak od Pilzna do Pragi + ten sam teren na linii PN-PD
    – język, którym posługują się mieszkańcy Pragi
    – nieużywany, ale istniejący (np.TV, teatr) – język literacki
    I Czesi naprawdę to słyszą i od razu „lokalizują” rozmówcę.
    3/ miałem bardzo wiele okazji by się przekonać, co się dzieje z ludźmi, kiedy nagle, zamiast czeskiego słyszą język polski: w skrajnym przypadku – widziałem transformację człowieka w kamień – zero reakcji, brak oznak percepcji; najbardziej spektakularny przypadek – człowiek udawał, że mnie nie widzi i szybko się oddalił; były też wersje – że mnie nie słychać (czemu zaprzeczała reszta oznak życiowych);
    Dodatkowo – dochodził stres – że nie jestem Czechem (!!!) + i że co gorsza jestem Polakiem (!). To wszystko dziedzictwo komuny (?).
    Podsumowanie nr 1: język polski – jako narzędzie paraliżujące Czecha
    Kilka razy w ulicznych pyskówkach świadomie przechodziłem na polski – i od razu był koniec awantury. Nawet zacząłem tego wariantu używać w sytuacjach konfliktowych w innych krajach – np. kiedy tłumaczą ci w recepcji hotelu, że twoja potwierdzona rezerwacja gdzieś im „zaginęła” (i robią to arogancko); nie zawsze dawało to skutek, ale chociaż sobie ulżyłem + nic lepiej nie oddaje emocji niż własny język
    4/ Czech swobodny, rozluźniony i jego reakcja na język polski:
    tutaj żadna nowość – każdy kto miał okazję widzieć reakcję obcokrajowców na szybko wypowiadany język polski – musiał zauważyć (czasami) nieme osłupienie w reakcji na nasze dźwięki; Franek Dolas w scenie z przesłuchania to dokładnie oddaje. Nacja nie ma znaczenia. Czeski jest „śpiewny”, miękki, trochę melodyjny – a polski twardy, z tymi wszystkimi dziwnymi sz, cz, rz itd. – co jest dla kogoś posługującego się językiem słowiańskim zaskakujące (nie tylko dla Czechów)
    5/ ale – dochodzi jeszcze kontekst – bo jak pisałem – nie mamy najlepszej opinii u Czechów, więc to nasze brzmienie, bywa często wykorzystywane w czeskich produkcjach o charakterze „kabaretowym”; tutaj najlepszy przykład to łatwa do znalezienia na yt czeska reklama t-mobile; reklamę robiła znana i światowa agencja reklamowa; ten krótki filmik jest kwintesencją czeskich stereotypów na temat Polaków; i w takim kontekście język polski staje się jeszcze bardziej „śmieszny”
    6/ okrasą tych perypetii językowych są tzw.fałszywi przyjaciele – czyli słowa, zwroty, które w obu językach brzmią tak samo, ale mają zupełnie inne znaczenie;
    łatwo można je sobie wyguguglować
    No więc nie jestem pewny, czy tak do końca o tym myśleliście, czytając, że język polski jest śmieszny dla Czechów.
    Medek (pół Czech, pół Polak) twierdzi, że polski sprawia wrażenie mowy sepleniącego dziecka. Pewnie ma rację.
    Mnie się nie udało spotkać Czecha, który umiałby to tak opisać.

  332. Kroh rewelacyjnie opisuje _Czechy_, ja oprócz książki o Szwejku (absolutnie otwierająca oczy, do jej lektury nie zdawałem sobie sprawy jak obrazoburcza jest to książka*) bardzo polecam jego przewodnik po Pradze. To jest przewodnik nie tylko po mieście i nie przede wszystkim po mieście, ale po historii i kulturze Czech – rewelacyjny.

    *Np. słynna budziejowicka anabasis Szwejka – okazuje się nie tylko wybitną literaturą, ale także literaturą obrazoburczą. Nabijaniem się z czechosłowackiego odpowiednika Pierwszej Brygady czy tam innej Solidarności.

  333. @wo
    „otóż lubię „Nie wierz nigdy kobiecie” do tego stopnia, że mam na winylu i czasem puszczam. Cenię sobie oczywiście gitarowe riffy, ale cenię też tekst.”

    Słyszałam kiedyś taką anegdotę: muzykę do tego kawałka w pierwszej wersji napisał Borysewicz. Kiedy Lipko usłyszał ją na próbie, usiadł ciężko, schował twarz w dłoniach, a potem zapytał: „I co, jesteś zadowolony? Naprawdę chcesz usłyszeć: a teraz przed państwem polskie Dire Straits?” I podobno przy pierwszym puszczeniu w radiu dokładnie tak się stało.
    Co jest dla mnie bardzo dziwne, bo jak nastolatka wielbiłam wczesną Budkę Suflera, Dire Straits uwielbiam do dziś, a ten kawałek zawsze mnie jakoś odrzucał. (wiem, że tekst nie jest seksistowski, więc raczej nie dlatego)

  334. @airborell
    to co opisuje Kroch/Hasek – nie istnieje;
    nie musisz mi wierzyć, ale jest znikoma ilość Czechów, którzy wiedzieliby o czym pisał Kroch; dodatkowo – poznałem całą masę Czechów, którzy nie lubią Szwejka, uważając, że książka i postać kala dobre imię Czechów;
    ponieważ znam ter realia (opis nieistniejącego świata) – to dla mnie cennym jest obraz CK Monarchii na przykładzie tego co działo się w Czechach, a co jest związane z ze Szwejkiem;
    Kroch miał szczęście spotkać jeszcze ostatnich żyjących ludzi, których wyedukowała/stworzyła i po części ukształtowała Monarchia lub przedwojenna Czechosłowacja; to nie był aż taki przypadek, że krótko po wojnie, w jednej szkole z internatem i w tym samym czasie – uczyli się Miloš Forman, Václav Havel, Ivan Passer i Jerzy Skolimowski; ale taka sytuacja nie mogłaby się wydarzyć po roku 1968;
    Praga – piękne miasto – ze świata, który opisał Hasek/Kroch – zostały tylko mury

  335. @airborell
    zobacz znaczenie współczesnego czeskiego słowa:
    „švejkování”
    to jest absolutnie pejoratywne określenie, pozbawione uroku, ironii czy humoru oryginału; u nas odpowiednikiem byłby określenia – symulant (taki co idzie na lewe L4), czy bumelant – taki, który robi wszystko, byle nie pomóc w realizacji planu produkcji;
    z czego to wynika?
    otóż socjalistyczne społeczeństwo nie może tolerować tego typu zachowań, tzn.wymigiwania się od obowiązków (wobec ojczyzny, kolektywu itd.) – pod pretekstem bycia idiotą;
    powtarzano to szkole przez 40 lat (od roku 1948) = i tak to odbierają Czesi;
    zresztą przed 2 wojną Haszek też był atakowany przez „patriotów” za kalanie świętości;
    po wojnie system skancelował Haszka z innych pozycji – braku aktywnego udziału Szwejka (czy tam jego postawy) w wyzwaniach socjalistycznej republiki;
    a cała przedwojenna Czechosłowacja była całkowicie i na zawsze „potępiona” w ramach czeskiego systemu szkolnego, więc nikt nie miał jak odczytywać tego co zawarł w powieści Haszek; to mogli zrozumieć/odczytać wyłącznie ludzie edukowani przed rokiem 1939 i to dzięki nim Kroch mógł o tym napisać

  336. @”stałem w kolejce do nieistniejącego [dziś] sklepu Helikon na Freta”

    W latach 80. odpowiednikiem Helikonu w Wa-wie był w moim mieście KMPiK na Grodzkiej, z porządnym stoiskiem płytowym, acz bez komisu (za to 50 metrów dalej był antykwariat pana Jurka). No i tam jesienią 1986 zacząłem żegnać „wagnerowski ton”, te różne ciężkometalowe „gotyckie odrzwia” i progresywnorockową „brylantową mgłę”. Na późniejsze death- i speed-metale już się nie załapałem (cóż bardziej operowo-wagnerowskiego od growlingu), np. z zespołem Metallica minąłem się zupełnie obojętnie. A na koncercie Marillion w Poznaniu w 1987 doceniałem bardziej rozmach i profeskę niż wczuwałem się w egzaltowane przesłania.
    Nagłymi ptakami budzącymi mnie była zakupiona wtedy w 1986 pierwsza płyta Voo Voo, nabyta zresztą niemal zupełnie w ciemno (znałem „Świnie” MWNH, ale chyba nie kojarzyłem, że to ten W), z dziwnym ciągiem raz „Wizyt”, raz „Faz”, ponuro-groteskowymi melorecytacjami, no i z czelestą jak nie z rocka (tylko z jakiegoś Art Ensemble Of Chicago, których nie znałem na pewno, więc bóg wie skąd). Od tamtego momentu wszelki rock gatunkowy, trzymany mocno w stylistycznych ryzach (metal, punk, progresywny, nowa fala, grunge) zaczął się robić tą zeschłą różą. Nie to, żebym nie trzymał w ręce, no ale.
    Dlatego bardzo lubię „Jest taki samotny dom”, bo mi magdalenkowo przywraca tamten dzień, kiedy pełen życia, jeszcze wtedy obiecujący licealista wrócił z KMPiK-u do domu i włączył gramofon z Voo Voo. Longplay Budki, ten z czerwonym śmigłowcem, stał obok, kupiony dwa lata wcześniej.

  337. Polski jest chyba dlatego śmieszny z brzmienia dla Czechów, że ma te wszystkie ś, ć, dź. Oni nie mają tak miękkich dźwięków (zresztą mało kto ma, wiem, że w Chinach i Indiach doszli do trzech szeregów sybilantów). Ogólnie dziwny naród. Mają opinię bardzo liberalnego społeczeństwa, ale jakby to ująć, może i lepiej być gejem Czechach, ale chyba lepiej być czarnym w Polsce.

  338. Ale nie wiem kto stawiał tezę, że Czesi są tacy jak Szwejk, bo z całą pewnością nie ja.

  339. „zresztą przed 2 wojną Haszek też był atakowany przez „patriotów” za kalanie świętości;”

    Nie mogę znaleźć/przypomnieć sobie, ale OIDP jakiś generał napisał drugą „Anabazę” o losach Czeskiego Legionu w kontrze do Szwejka.

  340. @ergonauta
    „W latach 80. odpowiednikiem Helikonu w Wa-wie był w moim mieście KMPiK na Grodzkiej,”

    Odpowiednikiem empiku może być tylko inny empik. Helikon – jak sama nazwa wskazuje – specjalizował się w jazzie. Chyba w ogóle należał do Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego? Co za tym idzie, był legalny, ale jednak poza systemem (trochę tak jak Rozgłośnia Harcerska). W latach 80. powodowało to, że miały tam premiery płyty wykonawców legalnych, ale jednak takich, którzy nie wystąpią, powiedzmy, na festiwalu piosenki radzieckiej. Co w praktyce oznaczało albo jazzową awangardę, albo punka i nową falę – z całkowitym pominięciem środka spectrum w rodzaju Budki Suflera.

  341. @rpyzel
    „Anabaza”
    Odwrotnie. Ów generał napisał wielotomowe dzieło „Anabasis” opiewające wędrówkę batalionu wojsk czeskich z Rosji przez Władywostok do Czech.
    Rozdział „Budziejowicka anabaza Szwejka” jest parodią tego dzieła.
    Los tego generała był tragiczny – jego pompatyczne dzieło otrzymało nagrody państwowe, wysokie nakłady i popadło w zapomnienie, a Szwejk odwrotnie. Generał rozpił się.

  342. @janekr
    Nie batalion, tylko cały Legion Czechosłowacki, ca 70 tys. ludzi. Niesamowita historia tak w ogóle. W pewnym momencie opanowali całą Kolej Transsyberyjską i mało brakowało, a uratowaliby rodzinę carską.

    link to en.wikipedia.org

  343. @zabawnie brzmiące języki. Czy to nie jest ogólnie kwestia języków podobnych, ale jednak innych. Z autopsji wiem, że Włosi reagują na hiszpański podobnie, jak Polacy na czeski.
    @ czeski. Znajoma Czeszka mówiła mi, że niezawodnym sposobem na odróżnienie kogoś, kto po czesku mówi, ale nie jest nativem jest różnica ř/ž. Po tym np. odróżniają mówiących po czesku Słowaków.

  344. @airborell
    ok – możliwe, że nieprecyzyjnie opisałem to co chciałem przekazać;
    dodatkowo – błędnie założyłem, że jak zdecydowana większość Polaków,
    ma miejsce bezpośrednie przełożenie tego co opisał Haszek na współczesne realia Czech;
    @jugger
    Legion Czechosłowacki – historia ciekawa + po powrocie, legioniści stali się grupą z podobnymi wpływami w przedwojennej Czechosłowacji – jak u nas sanacja – też towarzysze broni

  345. @pgolik
    Znajoma Czeszka mówiła mi, że niezawodnym sposobem na odróżnienie kogoś, kto po czesku mówi, ale nie jest nativem jest różnica ř/ž. Po tym np. odróżniają mówiących po czesku Słowaków.

    Podobno na Morawach wymawiają totalnie inaczej niż w Czechach-Czechach. Z naciskiem na „podobno”.

  346. @Gammon No.82
    Język morawski (cz. moravština) – odmiana języka czeskiego używana na Morawach
    jest sporo wyjaśnień/info w necie;
    1/czeski morawski, ale taki stosowany na co dzień – aż tak bardzo nie różni się od czeskiego z „Czech”; kluczowe, że Czesi słyszą te różnice – obcokrajowcy bez znajomości czeskiego – niekoniecznie;
    2/ jak ktoś chce psa uderzyć to kij się znajdzie – tzn. oczywiście, są miejsca na Morawach, gdzie ludzie używają dialektów – ale to są jakieś marginalia, gdzie jacyś zabawni „separatyści” starają się „doprowadzić” do oddzielenia Moraw od Czech; to są kompletnie nieistotne kwestie, bardziej natury humorystycznej niż realnej;
    trzeba uwzględnić ważną kwestię – Czechy mają 1 wielką Pragę – za 15% populacji (1,5mln) i pewnie z 20-30% udziałem w PKB, a dalej jest Brno i Ostrawa (+/-350K), a czwarte Pilzno ma już tylko 140K mieszkańców;
    więc istnieje nie tylko „umowny”/”realny” podział na 3 regiony – „czechy”/morawy/ostravsko,
    ale jeszcze jest 4 miejsce – Praha – jako stolica i miejsce ogniskujące „niechęć” reszty kraju (i vice versa); niby żartobliwą niechęć, ale mającą często realne skutki
    i w opisanym kontekście podziałów regionalnych – w sumie drobne kwestie różnic językowych, urastają do rangi „ważnych”/istotnych różnic pokazujących odmienność;
    na pewno nie chodzi o różnice jak u nas na Śląsku czy Kaszubach – o znalazłem końcu dobrą analogię.

  347. @fiat i Czesi
    A może w grę wchodzić jeszcze inna mentalność (jeśli mówimy o źródłach niechęci Czechów do Polaków)? Kiedyś słyszałem fajny reportaż w radiu nt życia w którymś przygranicznym miasteczku. Opisano tam taką historię – za komuny, w jakimś zakładzie, w którym pracowali i Polacy i Czesi nagle zaczęło mocno padać; deszcz był tak mocny, że mógł zniszczyć jakieś materiały czy towary na placu. Czesi rzucili się, żeby to ratować bo „to przecież jest wspólne”; w tym czasie Polacy nie ruszyli palcem bo „to przecież nie nasze”.
    Wiem, że to tylko anecdata, ale zastanawiam się, czy jest jakaś różnica między Czechami i Polakami w kwestii podejścia do wspólnoty.

    @resentymenty PL-DE
    Nie zapominajmy o kwestiach tzw. ziem odzyskanych. Jestem stamtąd i z opowieści wielu osób wiem, że to były bardzo długo bardzo mocne lęki, że „wróci Niemiec”. Myślę, że reszta Polski nie zdaje sobie z tego sprawy, nawet jeśli również „bała się Niemca”.

  348. @WO
    „Helikon – jak sama nazwa wskazuje – specjalizował się w jazzie. Chyba w ogóle należał do Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego?”

    Muzycznym sercem Helikonu był Tadeusz Majewski. Niby zwykły subiekt w sklepie, a jeden z największych znawców jazzu w kraju (kiedyś w ogólnopolskim konkursie bodajże Programu 2 zajął II miejsce) serdecznie zakumplowany z wieloma osobistościami ze światka polskiego jazzu, ale i popu (z muzykami, dziennikarzami, działaczami), więc z tym PSJ to tak. Ale nie tylko, bo źródła niezależności Helikonu biły w okolicach jazzowych i gdzie indziej – na styku rodzących się pomału polskich proto-biznesów o koneksjach politycznych. Na początku lat 80. pewnie jeszcze nie, ale za premierowania Rakowskiego już jak najbardziej, bo wtedy do Helikonu zaczęły trafiać – jak do żadnego innego sklepu w Polsce – płyty zza oceanu, początkowo głównie jazzowe, ale potem jak leci. Było to możliwe dzięki różnym układom polityczno-branżowo-towarzyskim, po 89′ trochę jak „Psów” Pasikowskiego. Przeciez nikt nie będzie prześwietlał czy deubekizował sklepu muzycznego, gdzie osobiście robi zakupy szef UOP-u, a potem minister – Andrzej Milczanowski (uwielbiał klasykę, operę, nie wiem czy nie Wagnera też, a potrafił zamówić naraz 30-40 sztuk CD a tego nieoficjalnego amerykańskiego katalogu). W ogóle aura Helikonu była niepowtarzalna, bo wychodził Milczanowski, a wchodził Jeremi Przybora. Skończyła się pod koniec lat 90., kiedy mikro-sklep zaczął byc zatapiany przez sieciowych gigantów, a Tadeusz Majewski przeniósł na plac Konstytucji, do firmowego sklepu Sony – signum temporis.

    Natomiast mój KPMiK nie był po prostu jednym z wielu Empików, też za sprawą ludzi, którzy tam w latach 80. pracowali i tworzyli jakieś tam życie kulturalne (czasem kolaborując z lokalnnymi politykami). Ale to osobna historia, na jakiś inny wątek.

  349. @grendel & resentymenty PL-DE
    „Nie zapominajmy o kwestiach tzw. ziem odzyskanych. Jestem stamtąd i z opowieści wielu osób wiem, że to były bardzo długo bardzo mocne lęki, że „wróci Niemiec”.”

    Ja jestem ze Szczecina. Z drugiej strony, wszystko co w Szczecinie i okolicach było porządne i solidne (chociaż często już mniej lub bardziej zniszczone) było „poniemieckie”. Młody człowiek mieszkający w bloku był niemieckością raczej zafascynowany niż obawiał się „Niemca który mu zabierze”. „Niemiec” wydawał sensowną alternatywą dla komuny. A kamienie dookoła mówiły po niemiecku.
    Przecież przedwojenne niemieckie napisy na budynkach widać było jeszcze całkiem niedawno – załączam zdjęcie z roku 2016, ulica Łokietka 7. Na Street View z roku 2019 napisu już nie ma, ale tylko dlatego że cała kamienica została wreszcie odnowiona.
    link to nrdblog.cmosnet.eu

  350. Jeszcze o reakcjach.

    Wpadłem na to w zeszłym roku i od tego czasu sporo obejrzałem. Oczywiście jest bardzo dużo kanałów, na których ludzie albo się wydurniają, albo nic nie robią, albo nie mają nic wartościowego do powiedzenia. Można jednak znaleźć kilka/naście całkiem wartościowych – dobre analizy muzyczne, wokalne czy tekstowe – zależnie od specjalności komentującego. Także niektóre „niefachowe” – bywają amatorzy z całkiem świeżym spojrzeniem i niezłym słuchem. Szczególnie warto wspomnieć jedną dziewczynę (ta akurat śpiewa), która utwór „Hocus Pocus” zespołu Focus (w wersji live – tej szybkiej) nie tylko potrafiła przeanalizować, ale również zademonstrować każdą z technik wokalnych w nim użytych.

    Najlepsze kanały są też ciekawe ze względu na dobór repertuaru.

    Większość komentujących to ludzie młodzi. Komentują polecane im klasyki muzyki lat najczęściej 70. i 80., odkrywając je po raz pierwszy (zazwyczaj nie mam powodu nie wierzyć w te deklaracje). I najczęściej się nimi zachwycają! Raperzy zostają fanami Davida Gilmoura! I jak wynika z komentarzy, z którymi zresztą się zgadzam – nie ma możliwości samemu po raz pierwszy usłyszeć kawałków doskonale znanych, ale dużą radość sprawia oglądanie kogoś, kto to właśnie czyni i to z zachwytem. Coś w tym naprawdę jest. I naprawdę docenia się, jak dawniejsza muzyka rozrywkowa była innowacyjna i inspirująca. Nie twierdzę, że obecna muzyka jest do niczego, ale świeżości tamtej muzyki rzadko jest w stanie dorównać.

  351. Przepraszam za post pod postem.

    Ten lęk przed powrotem Niemców był obecny raczej nie w większych miastach, tylko zwłaszcza na wsi. Słyszałem w rodzinie taką opowiastkę z końcówki lat 70. spod Legnicy: weszła do obejścia para starszych ludzi. Powiedzieli, że tu mieszkali i rozglądając się po chwili zapytali: „a tę jabłonkę, co tu oto rosła, to czemu wycięliście?”. A na odchodnym rzucili: „my tu jeszcze wrócimy”.

    Nie wrócili, jak widać, ale pamiętajmy, że granica na Odrze i Nysie została potwierdzona dopiero w 1970 roku z RFN, a z NRD tak naprawdę jeszcze 20 lat później (w zamian za zgodę na zjednoczenie Niemiec).

  352. @cmos
    Masz rację, „poniemieckie” często było synonimem jakości; w Gorzowie skąd jestem jeszcze teraz jest pełno budynków poniemieckich; ba sam się wychowywałem w poniemieckim domu (oczywiście z czasem odnowionym i rozbudowanym przez dziadka i ojca), na poniemieckiej ulicy. Moje pokolenie (przełom X i millennialsów) już pewnie tego aż tak nie odbierały, ale w pierwszym pokoleniu, które tu przyjechało na pewno było to bardzo silne

  353. @grendel
    @Czesi
    1/ niechęć elit czeskich do Polaków – jak to opisałem wyżej zaczęła się w połowie 19 wieku i trwała do roku 1945, gdyż:
    – na terenie Czech było zlokalizowane ponad 70% przemysłu Monarchii Habsburskiej, tereny te były znacząco lepiej rozwinięte cywilizacyjnie niż „polskie” tereny pod zaborami; czeskie społeczeństwo było lepiej wyedukowane, bogatsze; Polacy nie byli „atrakcyjni” – nawet jako Słowianie, bo jednym z filarów odzyskiwania przez Czechów niezależności – była niechęć do kościoła katolickiego; a ziemie „polskie” – były zacofane i biedne za to głęboko katolickie. Musieliście zetknąć się z określeniem „nędzy galicyjskiej” – czyli terenami pod zaborem austriackim – to był jeden z najuboższych regionów CK Monarchii. Polska niechęć do Rosji – była kolejnym powodem kiepskich notowań Polaków w oczach czeskich elit.
    2/ Po roku 1918 – kiedy powstawała Czechosłowacja/Polska – mieliśmy z Czechami konflikty terytorialne. Spór o Śląsk Cieszyński oraz Spisz i Orawę zakończył się 1920 roku zbrojną interwencją Czeską. W roku 1938 po traktacie w Monachium z kolei Polska „odebrała” te tereny Czechosłowacji.
    W 20-leciu międzywojennym – obie strony był całkowicie skonfliktowane. Elity obu krajów uważały, że Polska/Czechosłowacja (i vice versa) – są tworami skazanymi na porażkę i znikną z mapy Europy.
    Opisuję to wszystko skrótowo i w uproszczeniu.
    3/ w roku 1945 czeskie wojsko ruszyło, aby zbrojnie zająć tereny w okolicach Kłodzka oraz Raciborza – tak tak! Konflikt zażegnała interwencja (wojskowa) Rosjan.
    Pewnie nie wiecie, że oficjalne potwierdzenie linii granicznej pomiędzy Polską a Czechosłowacją miało miejsce w roku 1958! Tak – dwa „bratnie” kraje obozu – dopiero wtedy podpisały stosowne umowy.
    4/ Kraje bloku komunistycznego – trwały sobie „osobno” – bo karty i tak rozdawał ZSRR. Z tym, że system w Czechosłowacji był nieporównanie twardszy i skuteczny, niż w Polsce. Z tego powodu transformacja społeczna była szybsza, a indoktrynacja dużo większa. Tym niemniej – na przykład w Pradze można było oglądać polską telewizję. Kiedy powstała Solidarność – czechosłowackie władze uniemożliwiły oglądanie PL TV w Pradze.
    Zaczęto też medialną kampanię pokazującą, że Polacy to głupcy, bo strajkują, że niczego nie ma w sklepach, a przecież to dlatego – bo strajkują. Dodatkowo – zaczęto przedstawiać Polaków jako tych, którzy „wykupują” z czeskich sklepów towary. Określano nas jako spekulantów itd. Opisuję to w uproszczeniu, ale od roku 1980 czeska władza intensywnie prezentowała Polskę w złym świetle. Powodem była oczywiście chęć zdyskredytowania tego co wydarzyło się w Polsce w latach 1980/81. Nie chciano, aby wydarzenia z PL były „inspiracją”.
    Podsumowanie:
    dla naszej kiepskiej opinii kluczowe znaczenie miała propaganda komunistyczna po roku 1980 – Czechosłowacja była już mocno zindoktrynowana, a społeczeństwo poddane terrorowi – od wielu lat i mocno ulegało systemowi.
    Na pewno bardzo pomocna w kreowaniu złego wizerunku Polaków – była wielopokoleniowa niechęć historyczna.
    Czeskie społeczeństwo jest bardzo konserwatywne i zmiany po roku 1989 odbywały się dużo wolniej niż u nas. Dlatego mająca korzenie w komunie niechęć – przetrwała długo, szczególnie, że +/- 15 lat temu czescy producenci żywności prowadzili zorganizowaną kampanię medialną, która miała zniechęcić do polskich produktów.
    To co opisałem – powoli się zmienia, ale Czesi to ciężki temat w obszarze zmian społecznych czy mentalnych. Oni są wsobni, mało obchodzi ich świat, a my jako kraj/naród – nie mamy zbyt wielu atrakcyjnych właściwości.
    Wszystko co wyżej – to jest duuży skrót i uproszczenie – jak ktoś ciekaw, to musi sięgnąć do książek – ale raczej nie Szczygła.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.