Pięć lat temu agorowa „wojna na górze” między zarządem a naczelnymi wzbudziła spore zainteresowanie w mediach. Jej zakończenie przeszło niemalże bez echa. No ale od tego są niszowe blogaski, żeby pisały o niszowych tematach.
Temat wymaga krótkiego wprowadzenia, w wielu komentarzach widziałem bowiem niezrozumienie jak funkcjonuje Agora i czym się różni od typowej spółki giełdowej. Widziałem też ogromne oczy zdumionych znajomych, gdy im to tłumaczyłem w okolicznościach towarzyskich.
Spółka medialna tym się różni od typowego startupa, że założycielom zazwyczaj zależy na stworzeniu systemowego zabezpieczenia przez wrogim przejęciem przez władzę i/lub kapitał. W Agorze to się udało: za rządów PiS niektórzy snuli marzenia o przejęciu przez spółki skarbu państwa, osobliwie Ziemkiewicz się podniecał tą wizją. Jak to z prawicą bywa (a osobliwie z Ziemkiewiczem), nie przeczytali publicznie dostępnych dokumentów i nie wiedzieli, że to niemożliwe.
Za najlepszy mechanizm zabezpieczeń uważa się powszechnie Scott Trust. Założył go w 1936 roku John Russell Scott, wydawca Guardiana, który zainwestował nadwyżki w fundusz udzielający się w biznesach po to, żeby Guardian nie musiał być biznesem. Nie grozi mu nie tylko wrogie przejęcie, ale nawet pokusa obniżania poziomu w pościgu za klikalnością.
W Agorze, cytując Rapaczyńską z wywiadu z 1999, zastosowano „odpowiednik trustu”. W tych słowach była zapowiedź przyszłych kłopotów: „odpowiednik” to niebezpieczne słowo gdy mowa o finansach. Czy zainwestowalibyście w odpowiednik obligacji, z odpowiednikiem gwarancji odpowiednika zysku?
Odpowiednikiem jest spółka Agora Holding, dzierżąca pakiet kontrolny Agory SA. Ma uprzywilejowane akcje zwane żargonowo „złotymi”. W praktyce bez zgody Holdingu nie da się zmienić zarządu nawet jeśli ktoś inny skupi 51% akcji.
On jest z kolei zabezpieczony przed przejęciem tak, że nie jest to spółka publiczna. Udziałów w niej nie można kupić ani odziedziczyć. Gdy ktoś odchodzi, jego udziały są umarzane i następnego członka się kooptuje. To ekskluzywny klub, do którego wejść można tylko na zaproszenie.
Początkowo holding tworzyli wyłącznie założyciele „Gazety Wyborczej”. Później, gdy na czele Agory SA pojawili się fachowcy z zewnątrz, tradycyjnie jednym z pięciorga udziałowców był prezes. Od dekady jest to Bartosz Hojka. Do grudnia 2025 w holdingu towarzyszyli mu, w kolejności alfabetycznej, Blumsztajn, Łuczywo, Piegdoń i Rapaczyńska, sami gazeciarze.
Hojka wprawdzie niemal całą karierę zrobił w Agorze, ale w pionie radiowym. Niedawno odniósł sukces w postaci przejęcia Radia Zet, co pisowscy regulatorzy blokowali na zasadzie „robienia Agorze na złość za bycie Agorą”. Można domniemywać, że Radio Zet będzie jego oczkiem w głowie.
Od grudnia skład Holdingu to, znów alfabetycznie: Wojciech Bartkowiak (GW), Bartosz Hojka (R), Sławomir Jędrzejewski (AMS), Dominika Wielowieyska (GW), Maciej Strzelecki (R). W nawiasie oznaczyłem piony awansu.
Ludzie „Gazety Wyborczej” po raz pierwszy znaleźli się w mniejszości. Wprawdzie jest ich tyle samo co ludzi radia, ale jednym z radiowców jest prezes, czyli w holdingu niejako primus inter pares.
W cytowanym wywiadzie Niemczycki mówił „musimy więc koncentrować się na tym, co jest najważniejsze. A to jest 'Gazeta’, 'Gazeta’, 'Gazeta’”. Kto by wtedy pomyślał że tak szybko się z tego zrobi „radio, radio”!
Coś tu założycielom nie pykło. Gdy się przyjrzeć Guardianowi, rzuca się w oczy różnica. Guardian Media Group i Scott Trust Limited to odrębne podmioty. Jeden należy do drugiego, ale umożliwia to klarowny podział ról: STL ma się dokładać do GMG, nie odwrotnie.
Taki podział niedawno wyłonił się ze wspomnianej „wojny na górze”. Wyborcza to teraz odrębna spółka (należąca do Agory). Obawiam się jednak, że to nie będzie deal w stylu Guardiana, tylko raczej „teraz musicie sobie radzić sami”. Zapewne dlatego ostatnim akordem było zwolnienie zbiorowe, w którym poleciała m.in. redakcja dwumiesięcznika „Książki”.
Sympatykom „Gazety Wyborczej” (do których nadal się zaliczam), jedno zostaje na osłodę. Wojna sprzed 5 lat toczyła się o zachowanie niezależności, której istotnym elementem jest niezwalnialność naczelnych. W portalu nie ma odpowiednika: tam nie ma naczelnych, tam są „menadżerowie kątętu”.
A raczej byli, bo stamtąd wyleciało już chyba całe kierownictwo. W zarządzie Agory od lutego nie ma nikogo, kto awansował po pionie portalowym. To tylko kremlinologia, ale to miało znaczenie, gdy jakaś frakcja znikała z politbiura.
Wygląda na to, że to nie jest „scalenie redakcji”, tylko przejęcie przez „Gazetę Wyborczą”. Sygnalizowali to odchodzący z portalu gwiazdorzy, którzy w nowym rozdaniu mieli stracić ten status, jak polscy magnaci po rozbiorach.
Melancholijnie zauważę, że tak powinno być od początku. Wydawca „Gazety Wyborczej” jako odrębny podmiot plus portal jako jego część, a nie jakaś dysfunkcjonalna wewnętrzna konkurencja, z odrębnym kierownictwem i własną polityką. „Gazetę” czeka teraz odkręcanie błędów ludzi, których już dawno nie ma w Agorze. Odfrunęli na złotych spadochronach.
Frazes „cała branża ma kłopoty” jest tu nie na miejscu. Ma kłopoty, ale nie aż takie. Niektórzy choćby nadal mają korektę (np. tygodnik, z którym mam zaszczyt współpracować). Błędne decyzje sprzed dekad wprowadziły „Gazetę” w spiralę, która wykończyła wiele mediów na świecie. Cięcia sprawiają, że coraz mniej treści za które warto płacić. Ubywa więc płacących klientów, co wymusza kolejne cięcia – i tak dalej.
Czy nowemu kierownictwu uda się z tego wyjść? Trzymam kciuki. Cóż nam innego zostało…

Też trzymam. Podoba mi się też optymistyczny wydźwięk notki.
pamiętam jak wprowadzali Piano i miało to być ostateczne rozwiązanie problemu, zamiast zrobić rollout własnego prostego systemu subskrypcji i przy okazji ukatrupić ten nieszczęsny potworek jakim była gazeta.pl; zmarnowanych wiele lat i przede wszystkim zmarnowane zaufanie – jak porzuciłem czytanie wyborczej – tak nigdy już do niej nie wróciłem
@eli
Co czytasz na dalekiej północy?
@eli.wurman
„jak porzuciłem czytanie wyborczej – tak nigdy już do niej nie wróciłem”
Garść dziaderskiej melancholii. Ja porzucałem GW segmentowo, długo trzymała się trójca św.: numer piątkowy z telewizyjną, numer sobotnio-niedzielny oraz numer z pucharem przechodnim, czyli magazynem (czwartek –> poniedziałek). Ale i te człony zaczął mi odłączać autopilot RiGCz-u (bo a to Telewizyjną po Krzyżaniaku zjadł banał i trywialność, a to główna zaczęła zanadto śmierdzieć antypisowskim szmatławcem, a to Michnik, z cała sympatią doń, zrobił mi się rówieśnikiem Frycza Modrzewskiego czy innego Kołłątaja, zastygł w głębi dziejów), choć wewnętrzni Tytus Romek i A’Tomek protestowali jak w III Księdze: „Kochany, za dużo nam nie odłączaj, chcemy żywi wrócić na Ziemię”. Odkąd padł mój dodatek lokalny Gazety na Mazowszu, już nie wierzę w powrót z gwiazd, w siedzenie z płachtą GW rano przy kawie, w recki filmów Szczerby w zwięzłej formie haiku; po inwazji fejsowo-netfliksowej życia na Ziemi nie da się przywrócić, introdukować jak żubrów w Puszczy Białowieskiej, trzeba sobie radzić bez gruntu pod stopami, bez szelestu w rękach.
„i przede wszystkim zmarnowane zaufanie – jak porzuciłem czytanie wyborczej – tak nigdy już do niej nie wróciłem”
Ja porzuciłem z powodu drukowania TERF-iarstwa, Matczaka i promowania się grafikami z AI (gdzie GW po prostu musi mieć największe archiwum fotografii w Polsce – no ale ktoś je musi obsłużyć).
@Roland
„gdzie GW po prostu musi mieć największe archiwum fotografii w Polsce – no ale ktoś je musi obsłużyć”
Akurat właśnie AI mogłaby byc bardzo przydatna do indeksowania takiego archiwum, żeby było łatwiej znaleźc zdjęcia.
Ja porzuciłem po incydencie kałowym pt. Razem to bolszewicy i zaprzańcy bo śmieli zagłosować za KPO. Poziom zjeżdżał równomiernie ale nie będę dopłacał do wywiadów z Bielik-Robson o złej lewicy i Matczaka piszącego o potrzebie rechristianizacji.
@carstein
„Ja porzuciłem”
Dużo jest powodów, żeby porzucić. Poza drukowaniem rzeczy drażniących, mało już też po prostu ciekawych treści. A jak są, to zazwyczaj, hmm, inspirowane Guardianem. Ale jednak potrzebujemy w Polsce dziennikarstwa, więc ja ciągle abonuję. Tylko się nie cieszę…
@rw
„Podoba mi się też optymistyczny wydźwięk notki.”
Że trzymam kciuki? Przeceniasz chyba ich potęgę. Trzymałem je za wiele beznadziejnie przegranych spraw.
@eli
„ukatrupić ten nieszczęsny potworek jakim była gazeta.pl”
Przez ćwierć wieku oni zawsze mieli swoich ludzi w zarządzie, „Wyborcza” często nie miała nikogo. Więc tak naprawdę to oni byli od zamykania innych projektów, nikt nie mógł zamknąć ich. Aż do niedawnej zmiany składu politbiura (ta kremlinologia tu nie jest tak całkiem od czapy).
@rw
Ostatnio mieliśmy już rapiery bazodanowe, które tak ucieszyły gospodarza, więc tylko pokrótce:
Najpierw ktoś musi się upewnić, że archiwum jest w pełni scyfryzowane, a jeśli nie, to scyfryzować (a skan negatywów jest o wiele bardziej czasochłonny). Potem pliki trzeba by wrzucić na jakiś serwer i zindeksować. Potem dopisać tagi, kto i co jest na danym zdjęciu – to najpewniej jest miejsce dla AI. Potem należałoby zrobić quality check, czy na zdjęciu na pewno jest Olszewski, a nie Czesław Miłosz. Na końcu zaś trzeba byłoby dopisać jakiś UI do tej bazy danych, żeby przeciętny redaktor lub socialmedia-worker mógł sobie wyciągnąć tego Olszewskiego w razie potrzeby, plus oczywiście obsługa tej infrastruktury, debugowanie, sprawdzanie, czy wszystko jest na pewno dostępne, dokładanie nowych plików i tak dalej.
AI byłoby przydatne, mogłoby zastąpić tych 10 studentów którzy musieliby to wszystko przeglądać, ale z kolei quality check byłoby zapewne o wiele trudniejszym zadaniem, kto wie, czy w połączeniu z licencją na jakieś graficzne AI nie wyszłoby taniej ze studentami.
Ale to wszystko mrzonki tak czy inaczej. Na razie horyzont to powrót korekty z prawdziwego zdarzenia.
@rw
> Co czytasz na dalekiej północy?
jestem w legionowie, czytam czasem ft bo mam do czegoś darmową prenumeratę, zaraz będzie 10 lat staram się aktywnie unikać wszelkich newsów
@ergonauta
> po inwazji fejsowo-netfliksowej życia na Ziemi nie da się przywrócić
tradycyjne media zarżnęły ideę diskawery – w radio nie usłyszysz już nowych piosenek (innych niż te które mają racjonalny stosunek jakości do ceny albo nie są skądinąd ogromnie popularne, dlatego jakieś 6-8 miesięcy po tym jak coś jest popularne na tiktoku – stacje radiowe grają to do znudzenia, zob. kawałek Pedro), w gazetach przeczytasz te same dziadyganckie tejki tych samych ludzi na te same tematy, ten sam problem jest z telewizją
> po inwazji
Uwielbiałem pierwszy werset proroctwa: „Po pierwszej bitwie wstało słońce barwy piachu” na długo zanim pojąłem, że ten piach to z Sillicon Valley (i że trzeba było kibicować Zorinowi).
link to youtube.com
@Roland sp-404
„Potem należałoby zrobić quality check, czy na zdjęciu na pewno jest Olszewski, a nie Czesław Miłosz.”
Jeśli tagi będzie robić AI, to zamiast „Olszewski czy Miłosz” trzeba będzie weryfikować czy przypadkiem nie jest to Daniela Olbrychska.
@Roland @PK
Zdjęcia w archiwum są albo już otagowane, albo nie. Jeżeli już są, to nie ma problemu. Jeżeli nie są, to dodajesz AI-tagi i flagujesz je jako „niepewne” (i robisz je opt-in żeby szanować wrażliwość ludytów). Weryfikację może robić końcowy użytkownik. Koniec końców nie stawia to użytkowników w gorszej sytuacji niż teraz.
@rw
„Zdjęcia w archiwum są albo już otagowane, albo nie.”
Za moich czasów to było zdigitalizowane i otagowane (z czasów na długo przed LLM).
„Do grudnia 2025 w holdingu towarzyszyli mu” – a co się stało, że przestali?
I drugie: Wiem, że pewnie łatwo mogę znaleźć, ale może ktoś wie z głowy – jak się ma wynik finansowy Wyborczej do wyniku gazeta.pl?
@gfw
„a co się stało, że przestali?”
No przecież o tym jest notka – dawni udziałowcy zrezygnowali, dokooptowano nowych. Jak oni dokładnie ustalili to między sobą, nigdy się nie dowiemy.
„Wiem, że pewnie łatwo mogę znaleźć, ale może ktoś wie z głowy – jak się ma wynik finansowy Wyborczej do wyniku gazeta.pl”
Właśnie nie bardzo możesz. Ponieważ to było w jednej spółce, dostaniesz łączny raport, w którym ciężko będzie to oddzielić bez zaawansowanej mniemanologii (przez wiele lat portal po prostu brał za friko teksty z wyborczej). W 2024 przychody segmentu „prasa drukowana i cyfrowa” to 199 974 kPLN, przychody segmentu „internet” to 130 928 kPLN (zysk obu na minusie). Tylko nie jestem pewien na ile to pierwsze się przekłada tak po prostu na wyborczą, a to drugie tak po prostu na portal, na przykład w raporcie piszą, że działalność spółki Goldenline w likwidacji doliczana jest do jednego i drugiego.
A jak jeszcze byłeś insajderem to nie wysyłali wam co rok/kwartał wyników działów, co zwykle w korpo służy wytykaniu palcami „patrzcie, ci na drugim piętrze mają jak zwykle zysk a wy nieroby zawsze stratę”? Takie wewnętrzne tabelki często są uczciwsze niż te na pokaz dla rynku.
@embercadero
„A jak jeszcze byłeś insajderem to nie wysyłali wam co rok/kwartał wyników działów”
Nie przypominam sobie, żeby szeregowy dziennikarz do czegoś takiego kiedykolwiek miał dostęp. Ja w każdym razie nie miałem.
no pacz pan, jaka to transparentność po polsku, w znanych mi z autopsji korposach to był raczej zawsze standard że takie coś idzie do wszystkich, przynajmniej przy dorocznych ale raczej co kwartał. Przeważnie właśnie z „fajnym” komentarzem o tym kto jest a kto nie jest nierobem. I jeszcze często każdy manager miał obowiązek to przedyskutować z załogą i odhaczyć w systemie że to zrobił
@embercadero
„I jeszcze często każdy manager miał obowiązek to przedyskutować z załogą i odhaczyć w systemie że to zrobił”
Trochę się jednak cieszę że tak nie mieliśmy. To znaczy, nie wiem jak to wyglądało w innych pionach/segmentach, no ale redakcja zasadniczo nie ma „managerów” tylko redaktorów (kierowników działu itd). W sumie nawet ciężko mi sobie wyobrazić zebranie, na którym kultura jest opieprzana że zarobiła mniej od sportu.
Zaręczam ci że w niejednej innej branży ma to równie mało sensu – np porównywanie w ten sposób wyników działów z których jeden sprzedaje licencje albo leasing sprzętu (czyli ma zawsze praktycznie sam zysk, zero kosztów) z kimś kto produkuje coś fizycznego albo nisko dochodowe usługi. Zresztą niejeden manager zwykle widocznie cierpiał musząc odbywać tego typu spotkania (podobnie jak np przy obowiązkowym omawianiu wyników satysfakcji załogi)
@embarcadero
W mojej obecnej korpo tego chyba nie ma, a jezeli jest to tak low key ze nie zauwazylem. Duza hamerykanska korporacja.
@embercadero
Może to nie były spółki publiczne? U nas zawsze mówiono, że spółka publiczna ma prawne wymagania dotyczące tego, co może a czego nie może ujawniać i dlatego takie liczby nie mogą sobie tak po prostu fruwać wśród szeregowych pracowników.
@wo
Nie mogą ujawniać pracownikom informacji istotnych dla kursu akcji firmy, których nie ujawnili publicznie. Tak więc jeżeli w raporcie kwartalnym Microsoftu jest „dział Azure zarobił kupę kasy a dział Office nie”, to dyrektorzy odpowiednich oddziałów mogą o to flekować / chwalić podwładnych. Czy to robią zależy od kultury firmy.
@embercadero
„Takie wewnętrzne tabelki często są uczciwsze niż te na pokaz dla rynku” – nie byłbym tego taki pewien, te „na pokaz dla rynku” są uregulowane ustawowo, za kreatywność w sprawozdaniu finansowym można i do pudła trafić.
Nb. takie „wewnętrzne” tabelki, w dodatku stosowane jako narzędzie terroru, to dla mnie kompletna, trudna do wyobrażenia egzotyka, a przecież robię w korpo, poprzednio również robiłem w korpo. Mam również w CV pewną prawie-że-Małą Rodzinną Firmę (polski kapitał!), i do niej najprędzej by mi taki proceder pasował, ale nawet Mała Rodzinna Firma nie była aż tak popieprzona.
@rw
„Nie mogą ujawniać pracownikom informacji istotnych dla kursu akcji firmy, których nie ujawnili publicznie.”
No dobra, ale to się już zapętliło. Nie mogło być tak, jak to sobie wyobrażał Embarcadero, że szeregowi pracownicy mieli jakieś informacje „insajderskie”. Możemy to na tym zamknąć?
Jeszcze bym dodał z własnego doświadczenia startupowego: w firmach, gdzie się zachęca pracowników do kupowania akcji za opcje, czasem się ich przekonuje, że jako insajderzy wiedzą więcej (tak naprawdę to wiedzą mniej niż łoś z ulicy, bo łoś nie łykał propagandy na przymusowych olhendsach)
A te ich bajki, że dział X zarobił więcej a Y mniej, to przecież bulszit na resorach, jeśli X i Y są centrami kosztów a nie sprzedaży, to jak to niby przeliczają.
Koniec to koniec więc tylko się wytłumaczę: założyłem że skoro co 3 miesiące przychodzi do wszystkich mail z pdfem z dużą ilością tabelek i ich omówieniem, z duzym czerwonym napisem company confidential, to że jest w nim coś więcej niż dają publicznie na www (no bo po co confidential wtedy). Ale pewnie się mylę bo faktycznie prosiło by się to o insider trading. Nie znam się więc nie porównam. Ale takie maile dostaję i w poprzedniej pracy też dostawałem.
A obowiązkowe spotkania na poziomie teamów z omawianiem wyników i opierdalaniem, które managerowie musieli odklikać że odbyli, były 15 lat temu w IBM-ie. Więc nie była to mała rodzinna firma.
OK, kuniec.
@embercadero
„założyłem że skoro co 3 miesiące przychodzi do wszystkich mail z pdfem z dużą ilością tabelek i ich omówieniem, z duzym czerwonym napisem company confidential”
W życiu nic takiego do nas (w sensie, szeregowych pracowników) nie przychodziło. W ogóle czytanie tych giełdowych raportów było traktowane jako coś w rodzaju faux pas, no bo tam jest zawsze ta nasza ulubiona rubryczka „wynagrodzenia zarządu”. W dobrym tonie (tzn. mile widzianym przez kierownictwo” była postawa „nie czytam tego, bo to dla inwestorów a nie dla pracowników”.
@”dla inwestorów a nie dla pracowników”
Gdzieś tutaj był w GW pies pogrzebany, czyli deska spółki giełdowej (z akcjonariuszami/inwestorami/wynagrodzeniem_zarządu), a w niej sęk gazety z dziennikarzami (którym ideowo nie jest wszystko jedno, ale finansowo ma być). Deska drzewniana giełdy, a w środku sęk etosu to było coś, czego nie chciał Michnik, widząc sprzeczność.
Tym bardziej, że ów etos – sięgając jego solidarnościowych źródeł – był etosem, delikatnie rzecz ujmując, niekapitalistycznym. Tak jak niekapitalistycznie brzmi skrót KOR albo gryps Wojtyły: „Nie lękajcie się” w ustroju, którego siłą napędową jest lękanie się (że wartość akcji skiśnie, że krzywa wyników pójdzie w dół, że status społeczny spadnie, czy po prostu: że stracę robotę).
Wprowadzenie Gazety Wyborczwej na giełdę mogłoby być zilustrowane na tych obrazkach z książeczek świadków Jehowy, gdzie jagnięta i dzieci bawią się pośród drapieżnych zwierząt, bo jesteśmy w niebie.
@procyon
„A te ich bajki, że dział X zarobił więcej a Y mniej, to przecież bulszit na resorach, jeśli X i Y są centrami kosztów a nie sprzedaży, to jak to niby przeliczają.”
Jako prosty inżynier nie znam się na tej całej polityce wewnętrznej i po prawdzie nie bardzo chcę znać (np. unikam bycia awansowanym na managera), ale w rozmowach z przełożonymi przewija się pojęcie „blue dolars”. Jeśli dział X wykonuje usługi na rzecz działu Z, to pojawia się coś w rodzaju wirtualnej faktury, dzięki czemu widać ile kosztuje utrzymanie działu Z, nawet jeśli to on tłucze pieniądze.
Czy ma to sens? Nie mam pojęcia. Działy utrzymania wewnętrznego w praktyce dostają jakiś budżet i w jego ramach muszą ogarnąć swoje, a to co oferują jest podzielone na wszystkich innych. No ale korpomanagerowie uwielbiają tabelki w excelu.
@PK
Menadżerowie dużych korporacji mają ten sam problem, co planiści w ZSRR.
Te wewnętrzne budżety to potem generują tak kreatywne rozwiązania, jak dział zasłaniający okna kartonami (bo pokój bez okien „kosztuje” mniej) albo pokój który stoi pusty (bo działu na ten pokój „nie stać”) i ludzie się cisną po dwóch na biurko. Co z tego, że firmę jako całość kosztuje to tyle samo. Naprawdę, widziałem takie rzeczy, że ZSSR jawiło się jako system idealny.
> (bo pokój bez okien „kosztuje” mniej) albo pokój który stoi pusty (bo działu na ten pokój „nie stać”)
Reforma nauki w Polsce wyszła jak wyszła, bo pierwszym odruchem reformatorów było wprowadzenie usług wewnętrznych. Nie tylko wydział miał wynajmować od uczelni, ale dziekan zmawiać zajęcia u „podstawowych jednostek operacyjnych”, które samoorganizowałyby się dzięki rozliczaniu kosztów. Deus ex: „nastąpi urynkowienie niektórych dóbr, takich jak na przykład pomieszczenia: jeśli operacyjne jednostki organizacyjne uczelni otrzymają – zamiast pomieszczeń – środki na ich wynajęcie od uczelni, wówczas pomieszczenia trafią do tych, którzy rzeczywiście najbardziej ich potrzebują.”
Niektóre firmy traderskie tak operują: każdy zespół to oddzielny biznes, który płaci z własnego budżetu (prawdziwe dolary, nie żadne „błękitne”) za usługi IT, dostęp do danych, powierzchnię biurową, etc. Jeżeli kasa się nie spina, to zespół traci pracę.
@unikod
> Reforma nauki w Polsce wyszła jak wyszła, bo pierwszym odruchem reformatorów było wprowadzenie usług wewnętrznych (…)
Która reforma nauki, bo było wiele.
Jeśli to ostatnia, to nie kojarzę cytatu i nie umiem go wyszukać, ale w tej reformie dość konsekwentnie zepchnięto odpowiedzialność z ministerstwa na uczelnię (likwidując wiele procedur) i z wydziałów na uczelnię (likwidując samodzielność prawną wydziałów). Czy to dobrze, czy źle, to można dyskutować (moim zdaniem źle), ale samo z siebie nie tworzy to rynku wewnętrznego na uczelni. Na mojej uczelni (duża, czasem łapiąca się na polskie top ten, a czasem nie), jest dokładnie odwrotnie — rozliczenia wewnętrzne są symboliczne lub w ogóle ich nie ma, nie ma żadnego rynku, jest próba centralizacji zarządzania salami i likwidacji rozliczania usług wewnętrznych, która nie udaje się tylko z powodów braku narzędzi do kontroli. Tak więc opisana przez Ciebie sytuacja to raczej idee fix jakiejś konkretnej uczelni.
@ergonauta
„Tym bardziej, że ów etos – sięgając jego solidarnościowych źródeł – był etosem, delikatnie rzecz ujmując, niekapitalistycznym. ”
Otóż etos mediów zawsze jest niekapitalistyczny, niezależnie od źródeł. Po prostu najbardziej się opłaca kłamać i służyć władzy oraz Thielowi. Pisanie prawdy często wymaga zrobienia czegoś nieopłacalnego.
> samo z siebie nie tworzy to rynku wewnętrznego na uczelni.
Jak to nie, wprowadzono walutę, która miała służyć do rozliczania jednostek, a służy do oceny pracowników i nie tylko. W rekrutacji doktorantów punktowane są „wybitne osiągnięcia naukowe” takie jak wyjazdy, gazetki, znajomy byŁ święcie przekonany, że skoro opracował dane i potwierdził występowanie efektu znanego z występowania to dokonał WYBITNEGO ODKRYCIA w nowej sytuacji.
Cytat pochodzi z „Plus ratio quam vis consuetudinis. Reforma nauki i akademii w Ustawie 2.0”
@unikod
A tak konkretniej?
> Jak to nie, wprowadzono walutę, która miała służyć do rozliczania jednostek, a służy do oceny pracowników i nie tylko.
Tzn. co tak dokładnie? Jeśli chodzi o punkty (za publikacje) to one były odkąd sięgam pamięcią (a pamiętam KBN). Nie ma też żadnych odgórnych przepisów zobowiązujących do używania ich w ocenie pracownika. Sposób oceny pracownika ustala sobie uczelnia.
> W rekrutacji doktorantów punktowane są „wybitne osiągnięcia naukowe”
Zasady rekrutacji (studentów, doktorantów) określa uczelnia. To stosuje się nawet do przypadków, gdy sposób rekrutacji wymuszony jest przez agencję grantową.
> Cytat pochodzi z „Plus ratio quam vis consuetudinis. Reforma nauki i akademii w Ustawie 2.0”
Ale to nie jest ustawa, na pierwszy rzut oka widać, że filozofia tego projektu jest istotnie inna, niż ustawy, nie wspominając o szczegółach. Np. „(…) ustrój uczelni, który ogranicza rolę Senatu i Rektora przekazując część ich kompetencji nowym organom: Radzie Powierniczej oraz Prezydentowi uczelni.” To przecież nijak się ma do obecnej ustawy i obecnej praktyki.
Odnoszę wrażenie, że masz dość fragmentaryczną i anegdotyczną wiedzę o ustroju i administrowaniu uczelnią.
@WO
„Otóż etos mediów zawsze jest niekapitalistyczny”
Toteż kiedy mówimy: „upadek mediów”, mówimy: „przekaźnik stał się przekazem”.
Bajka o królu Murdasie daje w finale jakąś nadzieję, ale chyba jeszcze – jako użytkownicy/subskrybenci/abonenci – nie jesteśmy na nią gotowi.
@rw, carstein
„Menadżerowie dużych korporacji mają ten sam problem, co planiści w ZSRR.”
„Naprawdę, widziałem takie rzeczy, że ZSSR jawiło się jako system idealny.”
Owszem. Sam obserwuję takie rzeczy czasami z fascynacją, czasami z przerażeniem, ale głównie chyba z rezygnacją. Zwłaszcza że w korpo plus ça change, plus c’est la même chose – nawet jak coś zmienią, to za dwa lata odmienią. Zależy kto akurat za sznurki ciągnie i gdzie potrafi obiecać „oszczędności”.
Przed pandemią mieliśmy tak, że ludzi robiło się więcej, a przestrzeń biurowa kosztuje. Więc wprowadzono obowiązkową pracę z domu. Jeśli zespół miał 10 osób, to dostawał tylko 8 biurek i dwie osoby każdego dnia musiały pracować z domu. Nawet jeśli obok stały puste biurka, to były one przypisane do innych zespołów i nie można było na nie liczyć. Potem ktoś podniósł, że skoro mamy obowiązek pracy z domu, to niech firma się dołoży do rachunków za prąd i – uwaga – udało się! Nie są to duże pieniądze, jakieś 50 zł miesięcznie, ale są.
Następnie przyszła pandemia, wymuszone lockouty, ludzie potrafili pracować 100% z domu. I się przyzwyczaili, jakoś to działało. Ale pandemia się skończyła a ktoś zauważył, że te wszystkie biura stoją puste, chociaż się za nie płaci spore pieniądze. Od paru lat mamy wymuszony powrót do biur i nakazy są w drugą stronę. Już nie „przynajmniej dwie osoby pracują z domu” tylko „każdy musi przynajmniej dwa dni pracować w biurze. I jeden z tych dni to koniecznie piątek albo poniedziałek”. Moi koledzy z USA skarżą się, że u nich w ogóle wprowadzono jakiś system rezerwacji biurek, w wyniku czego oni nawet nie mogą żadnego zdobyć, bo wszystko jest porezerwowane. Ale jeśli pojadą do biura to połowa okazuje się pusta.
Po czym wchodzi Trump i jego atak na Iran, wyższe ceny benzyny i nagle amerykańscy koledzy donoszą mi, że praca w biurze potrafi ich kosztować $10 dziennie w samej benzynie. A transport publiczny często nie jest alternatywą…
@PK
U mnie w pracy wprowadzili RTO (Return To Office) w centrali w USA, a poza USA straszyli że „zobaczymy w 2026”. Na razie cisza, odpukać. Możliwość pracy z domu to błogosławieństwo, jak się ma małe dziecko.
W jednym z poprzednich żyć byłem producentem raportów w business objects dla zarządu korpo na szczeblu europejskim. Korporacyjne finanse to totalne bagno, nie chcecie nic wiedzieć na ten temat.
RTO – u mnie się to skończyło na gadaniu bo w międzyczasie przestano wynajmować ogromną większość powierzchni biurowej i najnormalniej nie ma dokąd wracać. A budżety nie przewidują środków na wynajem nowej. Poza tym oczywiście wszyscy udają że to nieistotne ale feedback od załogi był taki że możliwość pracy z domu to ostatni powód dla którego jeszcze nie zmienili pracy, był to feedback na tyle liczny i z na tyle trudnych do zastąpienia regionów że naczalstwo postanowiło udawać że robi return to office a w realu nie robić nic w tej sprawie. I dobrze.
W sprawie pracy z domu to będzie śmiesznie, jak korposki się pokapią, że wsm to taniej i lepiej jest, jak nie trzeba płacić za przestrzeń biurową, i 100% praca z domu stanie się normą, tylko zoptymalizowaną o przerzucenie na nas kosztów BHP, dostępności internetu, bezpieczeństwa, co tam jeszcze.
W czerwcu 22 roku pojechałem po dwuletniej przerwie do centrali. Fakt, że był piątek, ale byłem cały dzień w naszym biurze w San Francisco (nomen omen, przy The Embarcadero). Chodziłem po piętrach (a było tego z 10) i jedyne co widziałem to puste rzędy biurek. Na 1.5k biurek zajętych było może z 50. Miałem wtedy taką irracjonalną myśl, że gdybym był jakimś VP to bym się wkurzył, że wynajętę, a się marnuje (irracjonalne, bo jak ludzie przyjdą do biura, to przecież koszty wzrosną, bo lunche, bo mikrokuchnie, bo zużycie energi). Ba, lease był pewnie na 10 lat w przód podpisany, więc czy ci ludzie przyjdą czy nie przyjdą to koszt ten sam. Ta myśl uzmysłowiła mi niestety, że nie tylko ja będę miał takie myśli, ale na pewno będzie je miał też ktoś, kto już będzie sobie mógł podjąć decyzję pt. RTO or GTFO.
Z drugiej strony, pod koniec pandemii przy pełnym RTO w piątek w zasadzie już się nie dało pracować, bo połowy ludzie z zespołu już się nie dało złapać. Sprawy, które wcześniej dało się ogarnąć przy biurku w 10 minut teraz zajmowały pół dnia bo trzeba było kogoś złapać na czacie, albo wrzucić zaproszenie na calla itp. Teraz pracuje zdalnie (i kultura zespołu jest fajna – jest everrunning zoom call, można zawsze kogoś złapać i pogadać) ale sporo bym dał, żeby móc wrócić do biura w systemie, chociażby, 3+2.
Jak pomyślę o tym wiecznym hałasie na open spejsie, smrodzie z kuchni bo co chwila ktoś sobie w mikrofali odgrzewał jakieś smakołyki czy przyjemności stania w korku po godzinę-półtorej w każdą stronę to brrrr, nigdy przenigdy więcej tego koszmaru. Oczywiście sprawna praca zdalna wymaga zmian kulturowych, np teamsy są po to by reagować na bieżąco na to że ktoś cię o coś zagaduje a nie olewać.
Choć wiem że jest typ człowieka który traktował „wychodzenie do biura” jako formę „odpocznięcia od rodziny” i zapewne również pretekst do wymigiwania się od domowych obowiązków. Ci zawsze najbardziej cierpieli i narzekali na pracę z domu, szczególnie jak szkoła była też zdalna. Ale jakoś mi ich nie szkoda. Szkoda mi natomiast ludzi którzy faktycznie nie mają miejsca do pracy w za małym mieszkaniu i np muszą operować znad stołu w kuchni (prawdziwy przykład).
Wiadomo, że przypadki są różne. Ja miałem dojazd 20 minut – w sam raz na kilka stron książki. No ale to Zurich. Mój szef w w Kaliforni mówił, że jak nie wyjedzie z domu o 6 rano to nie ma co próbować przed 11 bo będzie 2 godziny jechał. Co do tego typu człowieka to mam nadzieje, że to nie jest przytyk w moją stronę (bo w sumie się nie znamy i nic o mnie nie wiesz).
A co do pomagania w obowiązkach domowych to sorry, można też przegiąć w drugą stronę i znałem takich, co w godzinach pracy ogarniali wszystko tylko nie pracę. (tak, wiem, płacą za efekty, jak dawał radę godzić yada yada yada – nie dawali rady).
Niestety wszsytkie nasze rozważania o kant bioder, bo nikt się takimi rzeczami nie przejmował przy podejmowaniu decyzji o RTO – rolę grało 'biurka się marnujo’ oraz 'jak by tu po cichu zwolnić 10% z tego balastu co nabraliśmy w pandemii’.
@carstein
To absolutnie nie był żaden przytyk w twoją stronę gdyż jak słusznie zauważyłeś się nie znamy. Natomiast mam takich w pracy dla których konieczność przebywania w ciągu dnia w domu z dzieckiem które miało zdalną szkołę było cierpieniem o którym każdego i przy każdej okazji musieli poinformować. Jak to oni przez to nie są w stanie pracować. Jeden taki to się nawet rozwiódł z tego powodu (tak mówi).
„płacą za efekty”
to jeszcze pół biedy, są jeszcze tacy którym płacą za istnienie, bo np wszyscy wyżej uważają że niezbędny jest w zespole specjalista od technologii X. A że nikt nie pamięta kiedy ostatnio się do czegokolwiek przydał? Nieistotne. Za to jak ktoś coś od niego chce, on zawsze ale to zawsze właśnie nie może, bo np właśnie jedzie na zakupy albo odbiera dzieci ze szkoły. Autentyk. Zawsze gościowi zazdroszczę mistrzostwa świata w opierdalaniu się.
W moim doświadczeniu zawodowym znacznie większą stratą produktywności od „odebrać dzieci ze szkoły” są ludzie którzy bawią się w politykę miejsca pracy: forsują technologie które nie działają bo oni albo ich kumple będą lepiej wyglądać jeżeli ta technologia zostanie użyta w projekcie, planują projekty pod kątem własnego awansu a nie dobra produktu / zespołu / firmy, albo chcą mieć kontrolę nad projektem bez odpowiedzialności zań. Takie zagrywki niszczą produktywność dużo więcej niż to, że ktoś w godzinach pracy wyskoczy po bułkę do sklepu.
Faceci którzy pracują z domu w którym są dzieci doświadczają tego, czego pracujące matki doświadczały od zawsze: konfliktu pomiędzy obowiązkami zawodowymi a domowymi. Nawigowanie tegoż jest stresujące i wymaga wysiłku. Unikanie tego było częścią „męskiego przywileju”. Niektórzy widać nie mogli się pogodzić z jego utratą.
@embercadero
„Jeden taki to się nawet rozwiódł z tego powodu (tak mówi).”
Wśród pandemicznych nurtów rozwodowych (ponoć jedne z najwyższych statystyk rozwodów były naonczas w Nowym Jorku, ale nie mam narzędzi, by to sprawdzić) dość częsty był wątek „rozwód anafilaktyczny po trafieniu na łono własnej rodziny”.
Jeden z gabinetów terapeutycznych w mojej okolicy rozrósł się wtedy przez dwa lata od rozmiarów domu na przedmieściu z gospodarzem-terapeutą do pokaźniej kubatury terapeutycznego ośrodka zdrowia z kilkunastoma pracownikami, a głównym kapitałem założycielskim był dochód z pomocy rodzinom, rodzicom i dzieciom, którzy nagle musieli się znosić przez całą dobę bez wytchnienia (absolutnie nie wątpię, że była to pomoc ważna i ratująca wiele z tych rodzin przed rozpadem).
@embercadero
„są jeszcze tacy którym płacą za istnienie, bo np. wszyscy wyżej uważają że niezbędny jest w zespole specjalista od technologii X”
Jeżeli taka „płaca za to, że istniejesz” (jako spec i jako ludź) miałaby być rodzajem „dochodu podstawowego”, to chyba wszystko okej, tak z socjalistyczną duszą, a nie bezdusznie optymalnie. Trochę jak z tym rachunkiem za stuknięcie młotkiem w warsztacie samochodowym: 1 zł za stuknięcie, a 299 zł nie tylko za to, że ktoś wiedział gdzie stuknąć, ale też: że w ogóle istniał, ponosząc tego istnienia koszty egzystencjalne.
Pandemia miała szereg negatywnych skutków, poza tym, że ludzie umierali.
Raz, że te rozwody, ale też w takiej PL skokowy wzrost zainteresowania domami w zabudowie łanowej, bo na 50 m2 naprawdę ciężko wytrzymać we czwórkę 24h godziny na dobę. Nawet jeśli ktoś lubił swoją rodzinę, to mógł znielubić.
@”Jeżeli taka „płaca za to, że istniejesz” (jako spec i jako ludź) miałaby być rodzajem „dochodu podstawowego”, to chyba wszystko okej”
Ale to chyba tak raczej nie działa, po prostu korporacyjna nieoptymalność i fakt, ze kilka szczebli kierownictwa w pompie ma zyskowność, byle kasa na koniec miesiąca na ich konto przychodziła. Z takim wyliczaniem przychodów i rozchodów dla pojedynczych departamentów o którym pisał embercadero to się nie spotkałem.
@amatill
„Nawet jeśli ktoś lubił swoją rodzinę, to mógł znielubić.”
Wszystkie poradniki dla rodziców mówią, że dla zdrowia psychicznego obojga jest bardzo potrzebne mieć jakiś czas dla siebie zdala od dzieci i partnera. Jak tego nie ma, to robi się ludziom trudniej i dyslokacje krystalograficzne mogą się przerodzić w pęknięcia.
Ach, jaki fajny offtop korpożyciowy.
Mam kumpla który w pandemii musiał przeżyć na 35m2 z dwójką dzieci, żoną i królikiem (wszyscy na zdalnym, z wyjątkiem królika) do tej pory jedzie na SSRI, a w międzyczasie zakredytował się pod korek kupując dom. Sam też odchorowałem pracę z dziećmi małymi w domu, w tym z jednym solidnym adhdowcem. (Lecący z tv obok strażak Sam i dzieciaki uprawiające photobombing na co drugim callu są zabawne tylko do pewnego momentu). Teraz natomiast centrala forsuje RTO i w Szwajcarii już się to dzieje na ostro, łącznie z tym że zmniejszyli rozmiary biurek żeby więcej ludzi wcisnąć na tą samą przestrzeń, jest też presja na takie SSC jak moje i tu się robi zabawnie, bo ścigają nas o niską frekwencję, porównując z inną lokalizacją gdzie… na 4k pracowników jest coś 400 biurek i wypełnienie 100% (centrum jest w kraju który solidnie dostał w tyłek podczas covidu, więc zgaduję że mocno obcięli metraż biura z powodu większych restrykcji kowidowych bo po płacić jak wszyscy muszą siedzieć w domu i tak już zostało). No i co zrobisz, jak procent wypełnienia biura to procent i w excelu się świeci na czerwono a kto będzie patrzył na proporcję biurek do ilości pracowników.
Korpo to stan umysłu jest.
@Cpt.Havermeyer
Jeżeli WW2 to było odreagowanie traumy Wielkiej Depresji, to WW3 będzie odreagowaniem traumy Covidowej.
Z rozmów ze znanymi mi lekarzami w tym psychiatrami (taki bąbel, moja matka była psychiatrą) kiedyś niechcący dowiedziałem się że to są jakieś potworne ilości ludzi którzy po covidzie nie tylko są nadal na SSRI ale również na przeróżnych pigułach przeciwlękowych. Które robią w ramach efektów ubocznych najprzeróżniejsze rzeczy z organizmem. Kompletnie się tego nie bierze pod uwagę a jest to z pewnością problem ogólnospołeczny. Ch jeden wie co z tego wyniknie, kto wie ile elementów powszechnie zauważalnego gównowacenia wszystkiego wkoło nie wynika też z tego.Bo trzeba jeszcze na pewno dodać drugie tyle ludzi których też poharatało ale niczego nie biorą bo nigdy nie poszli do lekarza
Coraz częściej myślę, że cała ta kowidowa izolacja miała i ma nadal tyle negatywnych skutków, że już lepiej byłoby reagować bardziej na spokojnie (testy, szczepienia, maseczki, chronienie starszych – tak, zamykanie wszystkiego – nie). Czyli z grubsza model szwedzki plus więcej ochrony starszych, zgodnie z oceną ichniej komisji popandemicznej.
Cpt. Havermeyer
„i królikiem”
Duży ten królik? U mnie żona z córką, bez uprzedzenia męża-ojca, dokwaterowały takiego metrowego, więc nawet trudno go nazwać łyżka dziegciu w beczce rodzinnego miodu. Owszem, jest podwóreczko, ale bez króliczej infrastruktury, więc na jakiś czas zamieszkał z nami na 50 m2 (chudy domek po dziadkach). No i było blisko, by sąd rodzinny w pozwie dostał „przyczyna: królik”.
@ergonauta
Duży ten królik?
Ztcp to miniaturka, mieli z nim sporo zabawy bo puszczony samopas lubił np. podgryzać kable. Na tych 35m to pewnie nawet żółw albo chomik robiłyby różnicę. 😉
@embercadero
to są jakieś potworne ilości ludzi którzy po covidzie nie tylko są nadal na SSRI ale również na przeróżnych pigułach przeciwlękowych.
No ja np. na początku roku pochwaliłem się mojemu doktorowi że mam mocno lękowy moment w życiu, więc mi dał SSRI od ręki, ale okazało się że mój neuroatypowy łeb nie lubi za dużo serotoniny i chce spać, więc szybko skończyłem moją przygodę z antydepresantami. Może coś to zadziałało, może to wiosna, ale w zasadzie nie poczułem różnicy po odstawieniu i mam ostatnio niespotykane u mnie pokłady optymizmu. Natomiast mój kumpel panicznie boi się odstawić i trochę się o niego martwię.
Tak czy inaczej, psychiatra wypisuje SSRI jednym pstryknięciem paluszków a ludzie lubią naprawić sobie życie pigułką, albo ozempikiem zamiast wchodzić w długie i bolesne procesy terapeutyczne i trudno się temu dziwić. Zresztą są też tacy, którzy mają po prostu spieprzoną chemię mózgu i żadna psychoterapia tego nie zmieni a dropsy owszem.
Natomiast jak myślę o naszym coraz większym uzależnieniu od farmakologii na każdy problem to słyszę w głowie ten kawałek Radioheada: fitter, happier, more productive…
Niestety jedynym sposobem by to zmienić byłoby zatrzymanie nam wszystkim tych kapitalistycznych kołowrotków w których musimy bezsensownie biegać każdego dnia. To byłoby jedyne cure for pain i moglibyśmy odstawić wszystkie leki tak jak śpiewal nam Sandman z Morphine.
Tacy wszyscy mądrzy, to co czytac w druku z szeroko rozumianej prasy społ- polit, jeśli operuje sie tylko j.polskim?
Cpt. Havermeyer
„Tak czy inaczej, psychiatra wypisuje SSRI jednym pstryknięciem paluszków a ludzie lubią naprawić sobie życie pigułką, albo ozempikiem zamiast wchodzić w długie i bolesne procesy terapeutyczne”
Grubo upraszczasz, pierw idą piguły, żeby weszły a potem sugestie i wskazania terapii, tylko, że piguły to jest jedna wizyta za 300-400zł, po dobraniu leku/dawki raz na 2-3 miesiące, a psychoterapia to coś koło 200zł tygodniowo.
@rpyzel
Grubo upraszczasz
Tak, masz rację. Koszt i dostępność terapii na pewno też robi swoje. Wiadomo że to powinien być zestaw draże+terapia, natomiast m.in z powodu kosztów i uciążliwości ludzie odpuszczają terapię bo dobrze dobrane prochy to już jest gamechanger. Natomiast po dłuższym czasie może się to zemścić. Only sayin’.
No ale też, tak jak ktoś wspomniał wyżej, masa ludzi przeorana przez pandemię, która często po prostu odpaliła na 100% problemy z którymi borykali się od lat, nie trafi nigdy do specjalisty. Raz że stygmatyzacja chodzenia do „lekarzy od czubków”, a dwa to koszty o których piszesz i fakt że ogarnięcie tego na NFZ jest praktycznie niemożliwe. Ja za 20 min kontrolnej wizyty płacę 3 stówy, do tego parę stów za leki, diagnozy i terapia kosztowała parę tyśków, mieszkam w dużym mieście, więc mam wszystko pod ręką, ale nie chcę myśleć co przechodzą ludzie gorzej sytuowani z mniejszych miejscowości.
Wciąż jednak myślę że potrzebowalibyśmy mniej happy pills i terapeutów gdyby nasze współczesne otoczenie nie było tak toksyczne dla naszych zmęczonych głów i mielibyśmy czas na znalezienie równowagi a nie one battle after another.
@Cpt.Havermeyer
Dobrego terapeutę można też znaleźć przez internet, więc lokalizacja to nie jest aż tak wielki problem jak koszt.
@Cpt. Havermeyer
Moja rodzicielka by ci teraz walnęła długi wykład o zgównowaceniu profesji psychiatry, objawiającym się właśnie przepisywaniem każdemu tego samego bez żadnego monitorowania jak to na niego działa i pobieraniu jeszcze za to ciężkich kwot (ona z tego pokolenia które uważało że lekarz powinien zawsze za darmo i pro bono).
Wiadomo, w Polsce nie sposób się dobrze leczyć psychiatrycznie, chyba że masz milijony. Ceny za rzeczy które absolutnie powinny być na NFZ są chore i do tego jakość przyzerowa. Chyba że się ma znajomych terapeutów na ale to trzeba być w takim bąbelku jak mój a to z natury rzeczy nieczęste.
Kochani, mnie to jakoś krindżuje kiedy ktoś tak na pabliku opowiada o swoich problemach, zaraz przejdziemy do hemoroidów.
@Grzegorz
„operuje sie tylko j.polskim?”
Oczywistą odpowiedzią jest dla mnie „Polityka”. Poza tym, magiczne urządzenia tłumaczące ze zdjęcia chyba już pozwalają czytać cokolwiek, co najmniej w popularnych językach?
@ergonauta
„Duży ten królik? U mnie żona z córką, bez uprzedzenia męża-ojca, dokwaterowały takiego metrowego, więc nawet trudno go nazwać łyżka dziegciu w beczce rodzinnego miodu. Owszem, jest podwóreczko, ale bez króliczej infrastruktury, więc na jakiś czas zamieszkał z nami na 50 m2 (chudy domek po dziadkach). No i było blisko, by sąd rodzinny w pozwie dostał „przyczyna: królik”.”
Przypomniałeś mi jak córka znajomych pewnego dnia przyniosła do domu 3 małe koty po czym nie było żadnej możliwości wyperswadowania jej że gierkowskim M3 (jakieś 45m) to trochę za dużo gdy już tam mieszkają 4 osoby, zapierała się że to rodzeństwo i się kochają i nie wolno ich rozdzielać. No i tak zostało do dziś, pewnie z 10 lat, koty jak dorosły to wyspokojniały ale póki były małe to wizyta u nich była przeżyciem z cyklu „co i kiedy spadnie z którego mebla i komu na głowę”
@embarcadero
„Wiadomo, w Polsce nie sposób się dobrze leczyć psychiatrycznie, chyba że masz milijony.”
Fun fact: w Norwegii jest podobnie. Usługi zdrowia psychicznego są chyba wszędzie na świecie niedoinwestowane. Widać decydentom się wydaje, że zdrowie psychiczne to taki zmyślony problem m
@kuba_wu
„kowidowa izolacja miała i ma nadal tyle negatywnych skutków, że już lepiej byłoby reagować bardziej na spokojnie (testy, szczepienia, maseczki, chronienie starszych – tak, zamykanie wszystkiego – nie)”
Pragnę przypomnieć, że covid w Polsce wybuchł w marcu 2020 roku, a szczepienia na trochę większą skalę, to maj 2021. A co do tego czasu byś zaproponował?
Ja od kwietnia 2020 ponad rok nie byłem w żadnym sklepie, dopóki nie dostałem drugiej dawki szczepionki.
@embercadero
„to rodzeństwo i się kochają i nie wolno ich rozdzielać”
Coś w tym jest. U nas były kocie siostry przybrane, połączone niby tylko więzią kulturową, ale i tak, kiedy jedna umarła, to druga wpadła w depresję. W ramach terapii domowo-znachorskiej zaczęliśmy jej poświęcać dwa razy tyle uwagi, mówić do niej drapiąc za uszkiem – no i pomogło, częściej brana na kolana przepracowała żałobę szybko. Miłość&troska > antydepresanty&ozempiki.
Re
Dobrego terapeutę można też znaleźć przez internet, więc lokalizacja to nie jest aż tak wielki problem jak koszt.
No ja się za cholerę nie nadaję do zdalnych/wizyt sesji, myślę że wiele osób ma podobnie. Co prawda ja 60+ i może niekompatybilny jestem, ale mam wrażenie, że sesja on-line to jakieś 50% tego co osobiście, bo czasem był wybór, że wizyta on-line albo przekładamy
@rpyzel
„No ja się za cholerę nie nadaję do zdalnych/wizyt sesji, myślę że wiele osób ma podobnie.”
Ja też preferuję kontakt osobisty, inaczej się rozmawia. Ale przede wszystkim ze zdalną terapią jest przecież ten sam problem co z tą zdalną pracą gdy dzieci mają zdalną szkołę, tylko rząd wielkości bardziej. Bo w pracy chcemy głównie, żeby nam nie przeszkadzano, a terapia z założenia jest bardzo intymna.
@wo „Kochani, mnie to jakoś krindżuje”
Zawsze możemy wrócić do SQLa. Tymczasem mamy króliczki i kotki, jak na każdym porządnym blogasku.
@rpyzel @PK
Ok,rozumiem. Mi online pomogło.
@amatill
No właśnie, nic mu nie pasuje. SQL cringe, psychiatrzy cringe, zaraz pewnie się okaże że kotki i króliczki też cringe.
@rw
„Ok,rozumiem. Mi online pomogło.”
Bo wielu osobom pomoże, oczywiście. Ja zresztą nie jestem przeciwny spotkaniom online. Wspominam tylko, że to może być trudne do zrealizowania gdy się siedzi z kilkoma innymi osobami w domu.
U nas to potrafiło wyglądać tak, że jedna osoba siedziała w pokoju w którym stoją stacjonarne komputery, zamykała drzwi, a druga szła dwa pokoje dalej i coś tam sobie robiła. Ale nas jest dwoje w trzypokojowym mieszkaniu, mieliśmy możliwości. Nie mieliśmy też – a przecież łatwo sobie wyobrazić taki scenariusz – konfliktu, kiedy jedna osoba ma terapię, druga ważne spotkanie w pracy i obie potrzebują komputerów, połączenia z internetem (który dwa pokoje dalej może działać słabiej) czy kamerki. Ok, my jesteśmy trochę dinozaurami, bo preferujemy komputery stacjonarne, dużo ludzi kupuje laptopy z którymi łatwiej się przenosić, a kamerki są wbudowane. Ale już internet po wifi potrafi być problematyczny, podobnie jak znalezienie sobie miejsca w domu gdzie nas nie słychać.
@PK
Pełna zgoda, to nie jest systemowe rozwiązanie problemu. Ale np na wsi gdzie się wychowałem większość ludzi mieszka w domkach jednorodzinnych, gdzie brak miejsca na rozmowę raczej nie jest problemem. Ale brak dostępu do takich usług w okolicy jest.
> internet po wifi potrafi być problematyczny
U mnie dwie białe kostki włożone do kontaktów rozwiązały ten problem. Powerline ethernet pozwala rozprowadzić internet po mieszkaniu za pomocą istniejącej instalacji elektrycznej, polecam.
Also, wiele routerów WiFi które dostawcy internetu dają w pakiecie to crap. Kupno dedykowanego routera często rozwiązuje problem.
@janekr
„Pragnę przypomnieć, że covid w Polsce wybuchł w marcu 2020 roku, a szczepienia na trochę większą skalę, to maj 2021. A co do tego czasu byś zaproponował? Ja od kwietnia 2020 ponad rok nie byłem w żadnym sklepie, dopóki nie dostałem drugiej dawki szczepionki.”
No więc, bez niespodzianki: proponowałbym, aby starsze osoby, oraz te z grup ryzyka, unikały wychodzenia z domu dopóki nie dostaną szczepionki, a przynajmniej bardzo mocno ograniczyły obecność w miejscach publicznych. Plus umożliwienie im pracy zdalnej w miarę możliwości. Mam nadzieję że się nie obrazisz, ale wszyscy wiemy, żeś tu jest nestorem. O ile pamiętam ryzyko wyraźnie rosło od ok. 60 r.ż. Sam bym się niedługo łapał.
@kuba_wu
Akurat to wszystko robiłem – z domu wychodziłem jadąc na działkę, gdzie też unikałem ludzi, zakupy zdalne lub na bazarach, praca zdalna i jakoś przeżyłem…
Ale nie wiem, czy to by wystarczyło bez zamknięcia czego się da.
@kuba_wu
„Coraz częściej myślę, że cała ta kowidowa izolacja miała i ma nadal tyle negatywnych skutków, że już lepiej byłoby reagować bardziej na spokojnie (testy, szczepienia, maseczki, chronienie starszych – tak, zamykanie wszystkiego – nie). Czyli z grubsza model szwedzki plus więcej ochrony starszych, zgodnie z oceną ichniej komisji popandemicznej.”
Erm, może coś się zmieniło w analizach od tego czasu, nie jestem na bieżąco od jakichś 2 lat, ale na tyle na ile kojarzę najlepszy standard dowodowy, to model szwedzki został zjechany od góry do dołu w badaniach i nie „reakcja bardziej na spokojnie” nie była dobrą strategią, byłaby strategią bardzo głupią i szkodliwą. I to nawet ignorując kwestie long covid, które wciąż wychodzą.
@Artur Król
Inaczej to zapamiętałem z rządowego szwedzkiego raportu, z bodajże 2022, że generalnie było ok, poza zbyt słabą ochroną na przykład w domach opieki. Może się mylę, i potem zmienili zdanie.
Ale generalnie, zgaduję, że masz na myśli analizy czysto medyczne, ale już nie wpływ lockdownów na gospodarkę, inflację, standard życia, dochody, różne pochodne szkody społeczne, psychiczne (depresje itp), a także wpływ wszystkiego powyższego na nastroje społeczne i radykalizację polityczną? To jest oczywiście nie do zmierzenia, więc nie mam żadnych dowodów, nic oprócz dojmującego odczucia, że wszystko to miało ogromny wpływ na ponury stan świata w roku 2026.
> rządowego szwedzkiego raportu, z bodajże 2022
Który właśnie tłumaczył się ze spieprzenia sprawy tuż po tym jak to zrobił.
> wszystko to miało ogromny wpływ na ponury stan świata w roku 2026.
Serio? Dlatego że szczepionki zadziałały antyszczepionkowcy doszli do władzy? W Szwecji osobliwie nigdy nie było skrajnej prawicy?
Rzeczywiście to stany psychiczne libków, nadal po 6 latach przeżywających odwrócenie hierarchii społecznej, wpływają na rzeczywistość. Marc Andreessen i Mark Zuckerberg na przykład wtedy odkryli bargainig power pracowników na WFH i postanowili przyłączyć się do faszystów, zupełnie otwarcie wymieniają to jako przyczynę.
@unikod
> Marc Andreessen i Mark Zuckerberg na przykład wtedy odkryli bargainig power pracowników na WFH i postanowili przyłączyć się do faszystów, zupełnie otwarcie wymieniają to jako przyczynę.
Serio? Masz jakiś link czy coś?
Bo przestałem śledzić wypowiedzi takich ludzi dość dawno temu, bo takiej ilości smętnego pierd…. to ja „nie zniese” i jestem trochę zaskoczony, że oni AŻ tak bezrefleksyjnie mówią co myślą.
@unikod
„Rzeczywiście to stany psychiczne libków”
Kija tam libków. Antyszczepionkostwo to była przede wszystkim domena skrajnej prawicy. Liberałowie się karnie szczepili i nosili maseczki. Ale tobie nigdy prawda i fakty nie przeszkadzają w tworzeniu narracji.
Andreessen to debil które ze swojego debilizmu uczynił cnotę: link to fastcompany.com a Zuckerberg był podejrzewany o bycie „secret Republican” już w 2013: link to theatlantic.com, chociaż pewnie prawda jest taka, że jak wielu biznesmenów, zmienia swoje poglądy polityczne zgodnie z tym, co mu przyniesie więcej kasy.
„Akurat właśnie AI mogłaby byc bardzo przydatna do indeksowania takiego archiwum, żeby było łatwiej znaleźc zdjęcia.”
Może tak, ale raczej nie. AI dość dobrze (jedynie) halucynuje. To raz. Dwa, że dział(y) foto w prasie drukowanej i wszędzie indziej (nie tylko w GW) ma(ją) stosowne narzędzia (w tym index managera produkcji uznanej w „brąży” firmy fotoware). Sorry za truizny – działa to tak, że zdjęcia w bazie szuka się po słowie w opisie (Te „tagi” w Fotostation nazywają się – a jakże „kwywords” – jak to to „robi” w praktyce mmożna sobie samemu sprawdzić na stronie „agencjawyborcza.pl”. Niemniej by zasilić tę bazę, prócz fotoreporterów (GW w W-we nie ma żadnego na etacie, wszyscy robią na śmieciówkach) potrzeba fotoedytorów. Oraz speców od utrzyumania systemu („sprawdzić czy nie polecieli przy ostatnich grópówkach”) którzy ten opis zrobią (AI teoretycznie może ich wspomóc, ale więcej z tym AI pitolenia niż to to warte, szybciej i dokłądniej robi się to „z palca”). I jeszcze w kwestii negatywów. W budynku Agory było specjalne pomieszczenie przystosowane do przechowywania negatywów (instalecje do utrzynywania „warunu” jakieś systemy gaśnicze, regały etc) ale przy pierwszych próbach Zarżądu (pierwszych próbach zarabiania na wynajmie pomieszczeń na Czerskiej) to pomieszczenie znalazło się w odciętej cześci budynku (budynek powstał w czasach świetności Wyborczej i tak jakby nikt wówczas nie przewidywał upadku prasy drukowanej – w skrócie jak raz wejdziesz za bramki przy recepcji i windach to prawie wszędzie w budynku wejdziesz, stąd ten „chiński mur”. Dziś „barierują” to szklanymi ściankami i drzwiami zna kartę i kolejnymi bramkami). Do ad remu: wspomniane pomieszczenie wynajęli, ani chybi jest tam teraz jakiś skłądzik na szczotki, a negatywy ceiponęli gdzieś w mrok pod schodami. Gniją sobie teraz elegancko w garażu podziemnym (i „generują stary, bo miejsce w gazażu nie zarabia)…
@WO
Wróbelki ćwierkają, że nakład GW w 2025 był średnio na poziomie 27 tys. egz. W por. z 2024 spadł o 18 proc.
To duża różnica w porównaniu z milionem kiedyś. Przy proficie 1 PLN, jak między milionem i 27K.
Generalnie, rynek prasy codziennej w Polsce kurczy się średnio o 10 proc. rocznie. GW od lat spada nawet szybciej, zwykle gdzieś 15-20% rdr. Z biznesowego punktu widzenia to wysychające źródełko. Musiałby stać się cud, żeby ten trend odwórcić. W to trudno uwierzyć, bo dotychczasowi czytelnicy przenoszą się do wiecznej czytelni, a nowi patrzą na drukowane gazety, a nawet ich wydania cyfrowe, jak na zabytek.
W krajach anglosaskich kalkulacja jest jednakowoż inna. Oprócz znacznie lojalniejszego lokalnego rynku, tam mogą jeszcze jako tako zarabiać na przedrukach, które kiedyś kupowały u nich wszystkie Polski The Times tego świata, a dziś nadal kupują np. Interie.
Osobiście mam wiele sentymentu dla prasy, bom sam z niej wyszedł. Jako obywatel demokratycznego kraju nie mogę nie doceniać roli, jaką ona odgrywała i powinna odgrywać. No i po prostu to się czyta (nie zawsze, ale na ogół tak), podczas gdy sieczka w onetach i interiach – nie.
Prawo Kopernika-Grishama jest jednak nieubłagane. A AI slop jeszcze się do niego dokłada.
Myślę, że jest nisza dla jakościowej prasy (jak pewnie wszyscy, którzy się tu pojawiają), ale ta nisza to jest uciekający cel. Za 5-10 lat będzie pewnie wyglądać całkiem inaczej niż dziś.
Co na pewno można powiedzieć o tej niszy dziś, to że w niej bardziej niż kiedykolwiek liczy się autor, co widać po wielu medialnych projektach. Autor z nazwiskiem, twarzą, stylem i własną agendą to jest ta wartość dodana, która jeszcze odróżnia dziennikarstwo od farmowania kątętu.
Załączam szczere pozdrowienia.
(PS. Szczere, a nie tylko dlatego, żeby mi komć nie wypadł)
@MB
„Wróbelki ćwierkają, że nakład GW w 2025 był średnio na poziomie 27 tys. egz. ”
O matko święta. Parę lokalnych gazet w Norwegii ma wyższy nakład.
*parę
@rw
Przecież się liczą abonamenty cyfrowe, których jest pod 300 tyś. Papierową gazetę to nawet kupić trudno.
@wojtek_rr
„Przecież się liczą abonamenty cyfrowe”.
Nie. Przychody z cyfry to ciągle nieco mniej niż połowa przychodu GW (2025).
300 tys. subskrypcji vs niecałe 30 tys. egzemplarzy. Z tego wynika, że jeden papierowy czytelnik jest wart 10 subskrybentów. Tych drugich też ubywa.
link to wirtualnemedia.pl
@MB A zyski?
@rw
Zysk to jest nieostre pojęcie o wymiarze politycznym. Jak jest duży, to politycy chcą go opodatkować a akcjonariusze żądają dywidendy. Nie wiem jak go dokładnie raportują w Agorze i czy już się zaczęli zoptymalizować przez Cypry i Luksemburgi, ale każde normalne korpo idzie w tym kierunku. Ma być coś, ale lepiej nie za dużo.
@mb
„Prawo Kopernika-Grishama”
Tak zabawna freudówka, że jej nie zamierzam poprawiać.
@mb
„Zysk to jest nieostre pojęcie o wymiarze politycznym. Jak jest duży, to politycy chcą go opodatkować a akcjonariusze żądają dywidendy.”
Tutaj na początku zawsze żądali, bo dla Ojców i Matek Założycieli to była jedyna szansa na „własne” pieniądze – dywidenda to główne źródło przychodów Holdingu (plus OiMZ miewają milionowe pakiety akcji, przynosiły im też miliony, już całkiem osobistego dochodu). Jak jest teraz, nie wiem, ale nie słyszałem o przenosinach Holdingu na Cypr.
@wojtekr
„Przecież się liczą abonamenty cyfrowe, których jest pod 300 tyś. ”
Jak już pisałem, to trochę kremlinologia, bo dokładne dane można odgadywać tylko z przecieków (trochę tego latało podczas wojny naczelnych z zarządem). Wygląda na to, że prenumeraty są porażką, przynajmniej finansową. Wszyscy ludzie zaangażowani w ten projekt już powylatywali. Nomina sunt odiosa, KMWTW. Łatwo wyguglać, bo w pewnym momencie sami się pchali by być twarzą nadchodzącego sukcesu, udzielali wywiadów i ogłaszali plany tryjumfalne niczym Trump. Wydaje mi się, że gdyby coś z tego wyszło, to jedna z tych osób kierowniczych by teraz awansowała a nie „odchodziła ku kolejnym wyzwaniom”.
jeśli to naprawdę 300 tys prenumerat to to nie jest mało na polskie warunki. Myślę że z pół miliona to jest absolutny maks na co można liczyć, pozostali ludzie nie czytają, nie interesują się, no albo nie są targetem GW.
Co do zysków: jak wszyscy wiemy sprawa jest umowna i wszystko zależy od tego jak kwalifikują koszty. Z tych samych liczb można zrobić dziesiątki różnych tabelek i pokazać w nich to co się chce. Z publicznie dostępnych danych się raczej niczego nie dowiemy. Np tego jak bardzo można obciąć koszty IT, jakoś mam przeczucie że jest z tym słabo bo to zawsze najpierw wymaga przemyślanych i przeważnie drogich inwestycji i raczej zatrudnienia kogoś kto się na tym zna a coś podejrzewam że to nigdy nie miało miejsca.
@embercadero
„jeśli to naprawdę 300 tys prenumerat to to nie jest mało na polskie warunki. Myślę że z pół miliona to jest absolutny maks na co można liczyć,”
Obawiam się że w praktyce jeszcze mniej, że średni prenumerator płaci nawet mniej niż dychę miesięcznie. Z tego się po prostu nie da utrzymać parusetosobowego zespołu, a im więcej powywalamy tym trudniej będzie generować treści warte płacenia. Przecież już od dłuższego czasu wyborcza.pl wita na swoim hapeku odgrzewanymi kotletami – znowu Eichelberger ujawnia, że „upadek patriarchatu nie będzie łagodnym omdleniem” (extra, extra, stop the presses, dodadek nadzwyczaaaaa…), albo wywiad z uzależnioną od seksu, albo „lekarz pogotowia ujawnia że kobiety powodują więcej wypadków”.
„raczej zatrudnienia kogoś kto się na tym zna a coś podejrzewam że to nigdy nie miało miejsca.”
Ależ miało miejsce mnóstwo razy. Na samym początku Ojcowie i Matki Założyciele świadomi, że się na tym nie znają, powierzyli to wszystko fachowcowi. Fajny był, amerykański, z dyplomem prestiżowej uczelni i podobno niebywałą wiedzą o internecie. Wyróżniał się m.in. tym, że używał angielskiej wersji imienia. Powiedzmy, że miał na imię Rysiek, ale chciał być nazywany Dickiem (oczywiście to były inne imiona).
To była cała parada fachowców od – jak mawiali – „didżitalu”. Że aż mi się przypomina makabryczny wierszyk, „najlepsi przyszli specjaliści aby ratować go, aliści / stwierdzili po zapłacie sutej / nic nie możemy zrobić tutaj”.
Kto jest obecnym specjalistą od „didżitalu”, nie mam pojęcia. Chyba nikt. Wygląda na to, że nie powołano nikogo na miejsce osoby, która dwa miesiące temu „ruszyła ku nowym wyzwaniom”.
> średni prenumerator płaci nawet mniej niż dychę miesięcznie
Tyle OLX zbiera za „pakiet ochronny” każdej transakcji. W ogłoszeniach drobnych nie ma alternatywy. Allegro się obroniło przed ebayem, przed inpostem i amazonem, postawiło z UPS własną sieć paczkomatów. Co pokazuje że polski rynek był do wzięcia gdyby gazeta schyliła się po tradycyjne gazetowe ogłoszenia drobne zamiast ćwierć wieku inwestować w gastronomię i portal sprzed ćwierćwiecza.
@unikod
„Co pokazuje że polski rynek był do wzięcia gdyby gazeta schyliła się po tradycyjne gazetowe ogłoszenia drobne zamiast ćwierć wieku inwestować w gastronomię i portal sprzed ćwierćwiecza.”
W pewnym sensie się schyliła, tylko że pamiętaj, że robiła to Agora, a nie gazeta. A Agora tradycyjnie podchodziła do takich zagadnień z czymś, co nazwałbym inhousofobią – przekonaniem, że zamiast rozwinąć coś lokalnie, lepiej jest to zlecić zewnętrznej firmie, a jeszcze lepiej ją kupić. W retrospektywie to oczywiste, że to się musiało tak skończyć: skoro kluczowe decyzje powierzono fachowcom z zewnątrz, to każdy z nich ze swojego życia przedagorowego znał jakiegoś Dicka i chciał mu dać zarobić.
W każdym razie, śmiałe wejście na rynek ogłoszeningu internetingowego jak zwykle miała przynieść śmiała strategia agresywnych akwizycji, a ponieważ przez chwilę ci zewnętrzni fachowcy siedzieli na workach z kasą, mogli przelicytować każdego. W tym wypadku agresywningowo zakwizycjoningowano spółkę Trader, która przez bardzo bardzo krótką chwilę zdawała się liderem ogłoszeningu.
Ten krok, by zacytować „Rzeczpospolitą”, wprawił inwestorów w konfuzję. Część inwestorów, w tym pewien bank, zakrzyknęła „meshuggah!” i zaczęła się wycofywać z biznesingu z agoringiem. Była to jedna z tych dwóch niezwykłych sytuacji, gdy prezes Agory na korpoimprezie z okazji rocznicy założenia Agory w swoim przemówieniu dość niespodziewanie zaczął ze sceny wykrzykiwać, że niektorzy krytykują jego posunięcia, ale przyszłość pokaże, że miał rację. Przyszłość pokazała upadek Lehman Brothers, więc nigdy się nie dowiemy, czy jego agresywne akwizycje mogłoby się udać. Grunt że wyszło jak zawsze, totalny przypał, ale to na pewno nie była wina tego co podjął decyzję.
link to rp.pl
@wo
„Ależ miało miejsce mnóstwo razy.”
Wątpię nie w to, że to miało miejsce, tylko w kwalifikacje owych Riczardów. Znaczy nie wątpię że profile na linkedinie mieli przezajebiste, ale jeśli oceniać po efektach…
> zewnętrznej firmie, a jeszcze lepiej ją kupić. W retrospektywie to oczywiste, że to się musiało tak skończyć
Cóż, New York Times próbował zarobić na recenzjach sprzętu przez Wirecutter, który to serwis sobie kupił. A w Guardianie mimo trustu też potrafili się bawić i wymyślili serwis randkowy dla prenumeratorów zamknięty po 15 latach zamiast po 15 miesiącach.
Oni wszyscy przespali internet lat 90 kiedy serwisy takie jak craigslist zaczęły sprzątać rynek ogłoszeniowy na długo przed Googlem.
Ale że intelektualne zaplecze transformacji ustrojowej lat 90 nie wpadło na to, w otoczeniu bazarków, że stuletni model biznesowy gazet odpowiada na realną potrzebę?
Agora potrafiła trwać z uporem w gastronomii, biznesie z wiekową tradycją wyzysku, marży 0% i bankructw.
A w ogłoszeningu trzeba było właśnie przetrwać. Rzepa pisze o finale w 2009. Tego roku powstała tablica.pl sprzedana OLX. Agora zdaje się inwestowała w startupy, a cały ten model biznesowy zawsze miał tylko jeden endgame: dotrwać.
Endgame nastąpił koło 2015 kiedy Google symbolicznie otworzył erę strzyżenia chowając hasło „don’t be evil”.
@unikod
„Ale że intelektualne zaplecze transformacji ustrojowej lat 90 nie wpadło na to, w otoczeniu bazarków, że stuletni model biznesowy gazet odpowiada na realną potrzebę”
Domyślam się że ironizujesz, bo z pewnością wiesz, że oni nigdy nie byli „zapleczem transformacji”, przez większość lat 90. byli w opozycji i popierali przegranych kandydatów (od Mazowieckiego po Trzaskowskiego). ALE jest tu ciekawa paralela. Horyzont intelektualny architektów transformacji kończył się na „wprowadzić Polskę do zachodnich struktur… i jakoś to będzie”. To był bardzo śmiały plan w 1989, ale gdzieś tak również obok tego 2015 stało się jasne, że to za mało. Nadszedł czas na inne wizje, z braku lepszych zagospodarowany przez 500+.
Trochę podobnie było tutaj. Ojcowie i Matki Założyciele nie mieli dalekosiężnej wizji wychodzącej poza „wejdziemy na giełdę i staniemy się Big Korpo”. I znów, to było bardzo śmiałe w 1989, ale jak się dokonało, to rozpaczliwie zabrakło wizji „co dalej”.
Wydawłoby się, że panowie menedżerowie powinni znać podstawową zasadę – core biznesu się nie outsourcuje.
@waclaw
Jednym z problemów Agory był brak klarownego zdefiniowania co właściwie jest core biznesem. Co jest nim teraz? „Wyborcza”? Nic na to nie wskazuje (powiedziałbym że tak ogólnie patrząc na priorytety, jest to raczej pion radiowy).
@WO
„Tak zabawna freudówka, że jej nie zamierzam poprawiać.”
Oops.
Swoją drogą thriller rozgrywający się w Agorze mógłby być ciekawy. Piątek eksplorował ten pomysł w „Kilku nocach poza domem”, ale tylko temat nadkąsał. Tam się działo dużo więcej: ten splot polityki, biznesu i wielkiej kasy, osobliwych postaci w rodzaju „Ketmana”, silnych dziennikarskich osobowości itd.
Inna sprawa, że to już w dużej mierze historia. Ale thriller nie zawsze musi się rozgrywać we współczesności.
^^ świetny temat na serial, ale najwcześniej za 10-15 lat. Coś jak australijski „the newsreader”, który nawiasem mówiąc bardzo przyjemnie mi wszedł. A podobno bardzo wiernie pokazuje jak działała telewizja newsowa w 80s, włącznie z tym że starsi lokalsi w lot wiedzą na kim dana postać jest wzorowana.
Skoro mowa o serialach, to czy będzie notka o nowym serialu z Harry Hole?
Niestety nie miałem przyjemności
Przyjemność jest znaczna, mimo tego że każdy to już czytał, więc wiadomo kto zabił.
Ja nie czytałem, ala łatwo się domyślić kto.
Oslo ładnie pokazane, tylko trochę przesadzili z tym „urban gritty”. No kiedy jest 31 stopni to te kąpieliska są znacznie bardziej zatłoczone, ale to drobiazg.
Fakt że nie pamiętam żebym widział w Oslo taki syf, no ale jako turysta z natury rzeczy nie bywałem pewnie w takich miejscówkach. W ogóle nie pomnę bym kiedykolwiek w Skandynawii widział tyle śmiecia na ulicy. Chyba trochę tu przesadzili. Ale poza tym to i tak laurka dla miasta, dokładnie tak jak powinno być ekranizując Harrego.
Znam okolice Oslo S, bo mam biuro pracowe w Bjørvika. Śmieci są, ale żadnych namiotów z bezdomnymi czy równie kolorowo ubranej młodzieży (jak w jakimś Camden) nie widziałem. Młodzież norweska, niezależnie od klasy społecznej, ubiera się skromnie.
@rw
Też nie widziałem „namiotów z bezdomnymi”, to już musi być jakaś fantazja scenografa, ale zwykle mieszkam w hotelach paręset metrów w górę rzeki. W weekendy zwłaszcza ta okolica się robi pełna kolorowo ubranej młodzieży (przynajmniej na moje standardy) i dość ewidentnie wzdłuż rzeki ustawiają się sprzedawcy narkotyków.
@wo
” ubranej młodzieży (przynajmniej na moje standardy)”
Powiem tylko, że kiedy jestem w Warszawie to mnie uderza jak znacznie różnorodniej ubierają się młodzi warszawiacy 🙂
Co do narkotyków zgoda. Czuć w powietrzu.
PS. Dwie rzeczy które mi się spodobały w serialu:
– ślicznie gra w nim Vigelandsparken
– nie romantyzuje picia; Hole w ciągu jest naprawdę odpychający.
to dodajmy: bardzo dobry casting, żadna z postaci nie kłóciła mi się z tym jak ją sobie wyobrażałem czytając książki.
Co do Oslo, gdzie tam mogłaby być Zła Okolica? Kiedyś (ale to już kilka lat temu) włóczyliśmy się bez sensu po tym mieście od wczesnego rana szukając guza – zaczynając na dole w takich dokach (na południe-wschód za tymi tam wielkimi muzeami, operą (?) i muzeum Muncha w budowie), potem przeszliśmy przez park na górce z rzeźbami (Ekberg chyba), potem poszliśmy w kierunku ogrodu botanicznego, potem meandrując raczej randomowo do Parku Vigelanda im. Cthulhu, potem jeszcze dalej w tamtą stronę był parczek z małym wodospadem (?) a potem oidp już nudne domki a’la niekończące się przedmieścia forever. Zawrcając stamtąd w kierunku zatoki znaleźliśmy normalne bloki dla ludzi, wreszcie! (po mapie patrząc, chyba Skoyen) i potem z powrotem do centrum wieczorem. Nic nie uruchamiało sensorów wpierdolu, w sumie.
Centrum ma najwięcej przestępczości. Dane tutaj: link to statistikkbanken.oslo.kommune.no
Najbezpieczniej (i najnudniej) jest w bogatych zachodnich dzielnicach.
Nie znam Oslo aż tak dobrze ale w serialu ten „syf” to chyba głównie okolice dworca centralnego. Dawno tam nie byłem ale nie sądzę by było aż tak źle, takie sceny to w Ameryce.
Ktoś ma może wiedzę gdzie kręcili ten szalet w którym sporo scen się dzieje? Bo był rodem z powiatowego dworca w późnym PRLu, jeśli w Norge istnieją takie szalety to ja zmieniam zdanie o tym kraju.
PS (sorry za serię komciow, da się je jakoś połączyć?): powyższa tabelka zawiera dane ze statystyk policji, które wg badań socjologów zaniżają skalę przestępczości w Norwegii zwł jeśli chodzi o przestępstwa przeciwko wobec młodzieży: link to oslomet.no
Jeżeli chcesz jakieś konkretne miejsce z wyższym ryzykiem padnięcia ofiarą przestępstwa, to pewnie wzdłuż Akerselva można próbować.
@embarcadero
„Bo był rodem z powiatowego dworca w późnym PRLu, jeśli w Norge istnieją takie szalety to ja zmieniam zdanie o tym kraju”
Pewnie jakiś opuszczony budynek we wschodnim Oslo.
Byłem w Oslo 3 lata temu w „gorszej” dzielnicy i szczerze to chciałbym, żeby w Polsce tak wyglądały gorsze dzielnice. Ale to pewnie kwestia perspektywy. W Halmstad miejscowy mówił mi i znajomym, że jesteśmy na najgorszej ulicy w całej Szwecji i wszyscy wybuchnęli śmiechem, Polacy, Belg i Francuz.
A patrząc na trailer to to Oslo rzeczywiście bardziej wygląda jak jakieś Stany niż Norwegia.
Jeżeli ktoś chce zobaczyć biedną Norwegię, to trzeba na prowincję, na przykład w Finnmark.
@embercadero
” Dawno tam nie byłem ale nie sądzę by było aż tak źle, takie sceny to w Ameryce.”
Absolutnie nie, te namioty z bezdomnymi i prostytutki zaczepiające przechodniów (??!?!?!?!?) to fantazja.
„Ktoś ma może wiedzę gdzie kręcili ten szalet w którym sporo scen się dzieje? ”
Wygląda na dekorację w studio.
@wo
„Absolutnie nie, te namioty z bezdomnymi i prostytutki zaczepiające przechodniów (??!?!?!?!?) to fantazja.”
Mnie raz jedna zaczepiła, w Grønland.
Gratuluję, ale chyba wyglądało to dyskretniej niż w serialu
Niezbyt dyskretnie i w ciągu dnia, co sugeruje że to był jakiś akt desperacji. Nie jest to reguła w tamtej okolicy.
W Oslo najłatwiej stać się ofiarą przestępstwa parkując rower na ulicy bez solidnego zamka, albo trzymając za drogie rzeczy w piwnicy.
Przepraszam, MSPANC
@Oslo.
Mieszkałem tam 2 miesiące w 2012 zimą, fakt dość dawno.
Niemniej jako hobbysta miejsc „nietypowych” oraz nikotynista (to drugie odda do czego zmierzam).
Przemierzałem najdziwniejsze tereny, nic złego mnie nie spotkało.
Chcąc kupić szlugi po cenie – szło się pod wiadukt na płn-wschód w okolicy dworca autobusowego.
Tam u nie naruszając imienia – u Paku lub Hindu kupowało się najtaniej, też zwykłe zakupy spożywcze.
Zachodnia strona Akerselvy, w dolnym biegu, to owszem były squaty, ale po wielokroć bardziej cywilizowane niż obecna Christiania w Kopenhadze.
Ponieważ bardzo lubiłem i lubię spacerować, czasami robiłem po ~30 km dziennie -> to sporo żeby poznać tkankę miasta.
Tak, spotkałem Polaków w namiotach przy temp. w nocy około -34 C :/
Fakt nie włóczyłem się po nocy, choć z drugiej strony godz. 16 to już była de facto noc.
Nie chcę się ani wymądrzać, ani chojrakować, ale Praga w Waw, Stawowa plus dworzec w Katowicach, a i Zoo w Berlinie w ejtisach mnie nie odstręczał. Nie fascynuje mnie to, ani ziębi – ot spoglądanie przez mocno przyziemny pryzmat. W sumie z tym łatwiej niż wgląd w odgrodzone salony.
@inuita
„Mieszkałem tam 2 miesiące w 2012 zimą, fakt dość dawno.”
Otóż serial jest trochę hybrydą współczesności i realiów sprzed ponad 20 lat, gdy pisano książkę. W książkach z początku cyklu terminal kontenerowy Bjorvika najpierw jeszcze funkcjonował, a potem był ruiną, więc ipso facto obfitował w rozliczne porzucone kontenery, parę kroków od Oslo S, więc – jak sobie wyobrażam – rzeczywiście w sam raz na wstrzyknięcie sobie ketaminohuany. Mam wrażenie, że te namioty i szalety próbują odtworzyć „spirit of 2000”.
„Tak, spotkałem Polaków w namiotach ”
Ale chyba nie w ścisłym centrum opodal dworca centralnego, jak sugeruje to serial? Oczywiście, nie będę nawet udawać, że zwiedziłem całe Oslo.
Teraz Bjørvika to biura i mieszkania dla klasy średniej.
@Polacy w namiotach.
Nie, nie w centrum, ale nie jakoś skrajnie daleko.
Około 3-4 km na południowy wschód, już w terenach leśnych lekko wyżynnych zbocza fiordu.
Tu obstawiam, ale to wyłącznie moje gdybanie, że ichnia straż miejska/policja „goniła” z centrum.
To nie było też żadne miasteczko namiotowe, 3-5 namiotów.
Niemniej zapamiętałem, bo z uwagi na temperatury byłem w sporym szoku.
Ehh spóźniłem się chyba na większość dyskusji, ale dokopałem się do komentarzy o ogłoszeniach drobnych i randkach nie wytrzymię i się dopiszę.
Jest ileś podstawowych produktów, które powodują (powodowały) że ludzie kupują (kupowali) prasę: ogłoszenia drobne, ogłoszenia o pracę, matrymonialne, wyniki sportowe i giełdowe, program tv, wiadomości lokalne, nekrologi, strip komiksowy. Plus dziennikarstwo.
Agora to bardzo poprawnie zidentyfikowała, budując wokół tych produktów gazetę i dodatki dla poszczególnych dni tygodnia. Oczywistością było, że internet będzie powoli przeciągał te produkty do siebie – mogliśmy to oglądać na żywo z kilkuletnim wyprzedzeniem, patrząc np. jak craigslist zżera amerykańskie classifieds. Było bardzo dużo czasu na przygotowanie się i kopiowanie najlepszych modeli zza oceanu. Pion internetowy był całkiem na bieżąco z tymi trendami – gazeta.pl miała swój serwis randkowy, ze trzy podejścia do ogłoszeń drobnych, rozbudowany serwis z ogłoszeniami o pracę (momentami bijący się o pierwsze miejsce na rynku). Do tego potężny mechanizm napędowy z zaangażowanymi użytkownikami tworzącymi treści, których uwaga była już przyciągnięta, mieli konta i można ich było marketingować (fora – w dużej części regionalne, z lokalnym kontekstem, serwis ze zdjęciami userów, blogi). Te usługi były kolejno: budowane, zamrażane technologicznie, nie monetyzowane i głodzone na śmierć brakiem promocji.
Było to dla mnie niepojęte wtedy, jest to dla mnie niepojęte do dziś. Zwłaszcza że rozbujanie tych usług do sensownych rozmiarów kosztowałoby ułamek tego, co wydano na zupełnie nietrafioną akwizycję Tradera. Konkurencja we wszystkich tych kategoriach była w stanie od zera bez spółki medialnej z tyłu zbudować zyskowne biznesy (tablica->olx, sympatia – kupiona przez onet, pracuj.pl, długo by wymieniać…). Śmiało można powiedzieć, że – wbrew tych wszystkim bajaniom o sukcesach subskrypcji – udana transformacja cyfrowa to coś co Agora miała w zasięgu ręki i zupełnie schrzaniła.
PS. A ze wszystkich tych podstawowych usług, Wyborcza wybrała jako najbardziej sensowną branżę umieralniczą i zbudowała sobie serwis Nekrologi (potem przemieniony w Odeszli.pl) i była z niego bardzo zadowolona.
„Teraz Bjørvika to biura i mieszkania dla klasy średniej”
Na moje oko, zdecydowanie wyższej średniej.
@ols
„Było to dla mnie niepojęte wtedy, jest to dla mnie niepojęte do dziś”
To było po prostu kolejne wcielenie tego szmoncesu o doświadczeniu i pieniądzach. W tych wywiadach z Rapaczyńską i Niemczyckim jak refren się powtarza „nie mamy doświadczenia”. No to zatrudnili takich, co to twierdzili że je mają…
I ci zatrudnieni (włącznie z tym z obcym imieniem) od razu płynnie zaczynali zarządzać po Rapaczyńsko-Niemczyckiemu. Do dziś pamiętam powtarzaną w kółko mądrość „liderzy mają strzały w plecach”. A realia średniej wielkości polskiego rynku pokazały że jednak „the winner takes it all”.
@ols
„I ci zatrudnieni (włącznie z tym z obcym imieniem)”
O, domyśliłeś się o kogo chodzi? „Rysiek przedstawiający się jako Dick” też udzielił wywiadu (o ile mi wiadomo, raz). Oczywiście z ostrożności procesowej nie dam linka.
Ja nadal się dziwię że zatrudniali Ryśków a nie poszli tam gdzie chodzą korporacje w takich sprawach: do McKinseya, Boston Consulting itp. A jak by było za drogo to do EY, PWC itp. Nie żeby uczestnictwo tych państwa cokolwiek gwarantowało ale jednak mam o nich lepsze zdanie niż o Ryśkach
@embercadero
„nie poszli tam gdzie chodzą korporacje w takich sprawach: do McKinseya, Boston Consulting itp. A jak by było za drogo to do EY, PWC itp. ”
ALEŻ POSZLI! Oficjalny komunikat Agory o nowym członku zarządu:
Przez ostatnie 9 lat XXXXX XXXXX był związany z firmą konsultingową Arthur Andersen.
Początkowo pracował w departamentach audytu i doradztwa oraz rynków finansowych. Od
1994 tworzy departament Corporate Finance. Odpowiadał za strategię departamentu,
nadzór nad licznymi projektami prowadzonymi przez firmę w zakresie corporate finance,
jak również nabór i rozwój pracowników. Obecnie dział Corporate Finance w Arthur
Andersen liczy 25 osób. W 1998 roku XXXXX XXXX został partnerem, dyrektorem
zarządzającym departamentem Corporate Finance oraz członkiem Zarządu Arthur Andersen
Polska Sp. z o. o. XXXX XXXX uczestniczył w charakterze prelegenta w wielu
konferencjach jako specjalista w zakresie fuzji i przejęć, wyceny przedsiębiorstw oraz
systemów zarządzania wartością dla akcjonariuszy.
Przed rozpoczęciem kariery w Arthur Andersen pracował w Polskiej Agencji Inwestycji
Zagranicznych, a następnie w firmie konsultingowej Moore Stephens.
XXXXXX ma 36 lat. Jest absolwentem prestiżowej Graduate School of Business na
University of Chicago, której dyplom MBA (z wyróżnieniem) uzyskał w 1997 r.
Wcześniej, w 1989 r., ukończył wydział Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Handlowej w
Warszawie. Wiedzę w zakresie finansów szlifował na kursach organizowanych m.in. przez
INSEAD i Amsterdam Institute of Finance.
Od 1995 r. XXXXXX jest członkiem Association of Chartered Certified Accountants
w Wielkiej Brytanii, a w 1997 r. uzyskał licencję Doradcy Podatkowego.
XXXXXX nie będzie prowadził żadnej innej działalności poza pełnieniem funkcji
członka zarządu Agory SA.
Prezes zarządu Agory, Wanda Rapaczynski, powiedziała: „Nominacja XXXa XXXa to
jednoznaczny sygnał, że spółka z determinacją będzie realizować założoną strategię
dalszej ekspansji Agory na rynku polskim, a z czasem – europejskim. Rozległe
doświadczenie, wiedza, a także energia XXXa z pewnością pomogą nam ten cel
osiągnąć. Bardzo się cieszymy, że dołączy do naszego zespołu.”
@wo
„Na moje oko, zdecydowanie wyższej średniej.”
Albo średniej z 0-1 dzieckiem, bez psa, i akceptującej niższy metraż w zamian za atrakcyjną lokalizację.
„Ja nadal się dziwię że zatrudniali Ryśków a nie poszli tam gdzie chodzą korporacje w takich sprawach: do McKinseya, Boston Consulting itp.”
Hehehe, przecież całą strategię transformacji przygotował w 2009 IBM Business Consulting czy jak się tam wtedy nazywało ich doradcze ramię. Pochwalne laurki nadal wiszą online.
@ols
IBM Business Consulting to nikt na tym rynku, 3 liga. Doradca technologiczny, z kiepską opinią, który bardzo udaje że może więcej niż robi (jak oni wszyscy). Agorę stać było na zapłacenie komuś z ligi pierwszej, a na pewno drugiej. I za konsulting zarządczy, nie stricte technologiczny. Ale uważali że nie potrzebują bo sami wszystko lepiej wiedzą.
@eo
Nieporozumienie, miałem na myśli zatrudnienie firmy konsultingowej X w celu Y, a nie zatrudnienie do zarządu byłego pracownika polskiego oddziału firmy X. Różnica dość zasadnicza. Firmy pokroju McKinseya jednak odpowiadają reputacją i mają interes by źle nikomu nie doradzić. Taki Deloitte parę razy się podłożył i dziś się praktycznie nie liczy (znaczy też 3 liga)
„W Oslo najłatwiej stać się ofiarą przestępstwa parkując rower na ulicy bez solidnego zamka, albo trzymając za drogie rzeczy w piwnicy.”
Ciekawe. W Kopenhadze uderzyło mnie, że „nikt” nie przypina roweru do stojaka, płotu itp. Właściwie wszystkie rowery miały jedynie blokadę na tylne koło, ale stały luzem. W „Jeźdźcach sprawiedliwości” początkowa scena pokazuje zaś, że ktoś kradnąc rower odcina łańcuch. Naprawdę nie wiem, czy przez 2 tygodnie widziałem choć kilka rowerów przypiętych łańcuchem.
No ale u nas też się zmieniło. Na klatkach, a nawet na osiedlach i w otwartych wózkowniach rowery też stoją luzem i nikt ich za bardzo chyba nie kradnie.
@Tbo Rossbach
W Norwegii kradną: link to aktivioslo.no
„Det blir stjålet 100.000 sykler hvert år og beregninger viser at en av ti sykler i Norge er tyvegods. Sykkeltyverier utgjør så mye som 30% av alle anmeldte tyverier i Norge.”
@embercadero
„Firmy pokroju McKinseya jednak odpowiadają reputacją i mają interes by źle nikomu nie doradzić.”
Wynajętych konsultantów z tego typu firm też regularnie spotykaliśmy, przychodzili na zebrania i przedstawiali świetlane plany (a potem znikali, gdy wyszło jak zwykle). Nie wiem czy w Guardianie kiedykolwiek wpadli na ten genialny pomysł, żeby zatrudnić Price & Old żeby im doradzali jak robić to co robią, ale w Agorze i owszem, bywało. Dlatego silnie rezonował u nas ten dowcip o bacy rozmawiającym z doradcą z Arthur Andersen.
@embercadero
IBM dostarczał konsulting zarządczy „Agora engaged IBM Global Business Services to define a comprehensive new media strategy—built around the needs of discrete user communities—that has positioned the company for future audience and online ad revenue growth.”.
Grupa krawaciarzy blokowała przez wiele tygodni salki konferencyjne i na koniec wypluła różne rekomendacje, strukturę organizacyjną i inne takie rzeczy (z których zza mojego bardzo mało ważnego biureczka widziałem tylko jakieś cienie na ścianie).
Na pewno też było drogo. Tzn. według obowiązującej w całej organizacji toxic frugality tak było przedstawiane, realnie pewnie było to jakimś marginesowym dodatkiem do zakupu serwerów POWER7.
@Tbo Rossbach
Widzisz nieprzypięte rowery z podkową na tylnym kole, bo tylko takie tak się zostawia, mieszczuchy, z przekładnią w piaście, „parkowane” na zewnątrz. Gravela czy szosowego tak nie zostawią. No i ciężko czasem przypiąć w kraju egzekwującym przepisy, gdzie odpadają znaki drogowe, barierki itp.
W Oslo przeciętny rower jest droższy niż w Kopenhadze czy Amsterdamie, bo teren nie jest płaski i wielu ludzi jeździ również w zimie. Miejskie klekoty słabo pasują do takich wymagań.
@TBo
No ale u nas też się zmieniło. Na klatkach, a nawet na osiedlach i w otwartych wózkowniach rowery też stoją luzem i nikt ich za bardzo chyba nie kradnie.
Zdefiniuj „u nas”. Ja w ciągu ostatnich 5 lat w Krakowie słyszałem od znajomych o 5 przypadkach. Jeden z klatki, jeden z balkonu, jeden zapięty na chodniku pod kamienicą, jeden gdzieś z ulicy no i najbardziej efektowny: szosa do triathlonu za jakies pewnie 20k wyjęta z pancernej szafy na podziemnym parkingu w zdaje się grodzonej deweloperce. Poza tym all carbon aero cośtam śmośtam to pozostałe pojazdy były raczej przeciętniackimi starymi mtb na 26″, czy holendrami, nothing fancy. Tak że ten, Vittorio deSica dalej kręci sequele. 😉
> pancernej szafy na podziemnym parkingu
Może lekko retorycznie – gdzie takie cuda w Krakowie?
Domyślam się jednak hiperboli.
Poważniej, moi znajomi rowery za +20 tys. trzymają w domu, czasem na ścianie w bloku.
Tu naszła mnie szydercza myśl, że to niczym dzieło sztuki, ale jednak obstawiam ergonomię miejsca życia.
Ad rem: nie wiem ilu masz znajomych, ale 5 rowerów w 5 lat to dla mnie sporo.
@inuita
Ad rem: nie wiem ilu masz znajomych, ale 5 rowerów w 5 lat to dla mnie sporo.
Aż się zastanawiam teraz nad tym jak z wiekiem zmienia się percepcja czasu. Kurcze, ten carbon to musiało być jakoś przed pandemią, albo zaraz na początku. Im dłużej o tym myślę tym bardziej mi wychodzi że to było więcej niż 5 lat i może rzeczywiście skala problemu maleje. Jedyne dane do jakich się dogrzebałem mówią o jakichś 200+ kradzieżach rocznie. W 2024 było dokładnie 274, w 25 ponad 200 do sierpnia, więc rzeczywiście 5 osób w 5 lat wygląda nieprawdopodobnie, chociaż 3 na pewno jestem w stanie umiejscowić w czasie tych 5 lat. W każdym razie problem nadal istnieje, a rower to jednak wdzięczny obiekt kradzieży bo można na nim szybko i bezszelestnie odjechać z miejsca zbrodni, więc zawsze bedą chętni.
Po części off topowo się wyspowiadam, ale to też daje jakiś ogląd.
Czas przed pandemią, pozostawiona na 3 lata przed Żabką damka, wartości około 1200 zika, przyczepiona jakimś badziewiem do byle płotka. Tak, tu moje sumienie – wpadł mi do łba idiotyczny pomysł żeby ją „zgarnąć” dla kogoś bliskiego – 3 lata „na polu” to już praktycznie porzucenie. Oczywiście nie posunąłem się do tego.
Zapewne w ramach czyszczenia straż miejska ją usunęła.
Tu kolejna ciekawostka, w pierwszej połowie 2022 (tu: chodzi o ilość legalizujących się pobytowo osób z Ukrainy) składałem papiery o dowód osobisty. Nudząc sie przez ~3 godz. w urzędzi przeczytałem tablicę ogłoszeń z rzeczami znalezionymi do oddania w UM. Rowerów (nie żadne wypożyczalnie) było od groma. Ogólnie ciekawy wgląd co ludzie gubią/porzucają.
Wracając – nie obserwuję w Krakowie istotnej kradzieży rowerów, a wręcz ich porzucanie. Może to nie skala amsterdamskich kanałów, ale jednak.
Rowerowy off-topic:
link to cdn.blabler.pl
obok w Muzeum wystawa rowerów wyłowionych z rzeki.
@inuita
Wszystko zależy pewnie od tego co, gdzie i kiedy.
Ja też oglądałem latami takie rowerowe wrosty przykute do słupów i powoli tracące kolejne części, czytałem też przed chwilą że kradzieże maja swoje hotspoty jak np. Stare Miasto, (co by się mniej więcej zgadzało, znajoma straciła pojazd spod domu zaraz po drugiej stronie Alej, obok Kijowa) może część kradzieży to też jakiś schemat typu: przejechać się i porzucić, więc część jednośladów się znajduje w innych miejscach i dobrzy ludzie szukają właścicieli.
inuita
> pancernej szafy na podziemnym parkingu
Może lekko retorycznie – gdzie takie cuda w Krakowie?
Gdziekolwiek, gdzie masz własne miejsce, może sobie taką kupić i trzymać na swoim miejscu garażowym, jak masz mały samochód to nawet się może czasem zmieścić jedno i drugie (jak masz przy tylnej ścianie)
link to maxstorage.pl
Pozytywnie, bo nie dodałem tego we wcześniejszym wpisie.
Zaskoczyła mnie bardzo in plus ilość zgłoszeń rzeczy zagubionych, odnalezionych i przekazanych.
Sam 3x znalazłem i oddałem pozostawione telefony (na to szczęscie „bezhasłowe”, więc bezpośrednio).
Jeden był zabezpieczony na wzór, nie uprawiam tu poradnika, ale to „Z” lub „N”. D…123, heh.
Wniosek – uważam Polskę (z obserwacji Kraków) za lokalnie bezpieczne miejsce. Nawet kibolsko się to poprawiło.
„Zdefiniuj „u nas”. Ja w ciągu ostatnich 5 lat w Krakowie słyszałem od znajomych o 5 przypadkach kradzieży”
Hm, w Warszawie, na Żoliborzu Południowym, w nowym budownictwie? Rowery stoją luzem na klatce, na co drugim piętrze, od parteru zaczynając. Stoją też nieprzypięte w wiacie rowerowej. Na Starej Pradze, gdzie mieszkam, takich rzeczy nie widuję, ale moi sąsiedzi nie jeżdżą na rowerze.
@Tbo Rossbach
„Stoją też nieprzypięte w wiacie rowerowej.”
Wow. Kiedy mieszkałem w Oslo, w tzw dobrej nudnej dzielnicy (Røa), to w wiacie rowerowej wszystkie roweru były przypięte.
Potwierdzam, i to na Grochowie, nie Żoliborzu, rowery stoją na klatce niczym nie przypięte. Za domofonem oczywiście ale to przecież żadna realna bariera. Wręcz są raczej kłótnie żeby jeden z drugim przypiął bo się przewraca i wkurza.
BTW: akcja z bloku znajomej. Swego czasu chorowała, chodziłem do niej codziennie pomóc. Na dole na klatce stał rower Veturilo. Zdziwiło mnie to ale co tam. Jeden dzień, drugi, trzeci, rower nadal tam stoi.Stwierdziłem że ktoś porzucił, dałem znać operatorowi, wystawiłem z klatki, po chwili ktoś odebrał. Podobno następnego dnia któraś z sąsiadek wzywała policję że jej rower z klatki ukradli 🙂
@złodzieje rowerów
Na mazowieckiej prowincji rynek się nasycił, drogie rowery są przypinane, ale takie przeciętne rowerzyska ludzie zostawiają luzem, nie na noc, ale np. idąc na zakupy. A w latach 90. kradzieże rowerów to była plaga, kradli z ulic, z piwnic, z garaży, albo z rozbojem, np. dzieciakom wyrywali siłą.
Podobnie z samochodami, których kradzieże zdarzają się b. rzadko w porównaniu z latami 90. Ja w dzień nigdy nie zamykam na kluczyk/centr.zamek, chyba że coś cennego jest w środku typu gitara mojej córki. Wychowałem sie na Kojaku, który po prostu trzaskał drzwiami wysiadając i lubię tak jak on, nonszalancja jest ważna w życiu. 20 lat temu bałbym się spełniać to marzenie.
@rpyzel i pancerność
Miałem osobiście okazję demontować u sąsiadki w ramach pomocy chińskie „pancerne” drzwi.
Były do wywalenia, więc z ciekawości wziąłem się do późniejszej dekonstrukcji już nie w futrynie i nie żadną siekierę fiskarsa, ale nożem obiadowym z ikei.
Efekt, nawet ku mojemu zdziwieniu – wlazł jak w masło.
Tak – pełne drzwi (wypełnione swoją drogą pianką) dało się rozpruć nożem do obiadu.
Za nastolatka nosiłem sejfy pancerne, takie wielkości telewizora kineskopowego 30 calowego, ważyły około 50 kg, to było maksimum co mogłem sam unieść.
Sry, ale nie uważam tego produktu na rowery jako coś pancernego.
To nie przymierzając musiałoby z tonę ważyć i być zupełnie nieopłacalne pod względem przechowywanej zawartości.
Już nie wspominając o tym że to kusi złodzieja swoim widokiem.
inuita
Sry, ale nie uważam tego produktu na rowery jako coś pancernego.
Ja też, ale chciałeś gdzie dają boxy na rowery w garażu podziemnym. W pierwszym lepszym (z googla) sklepie.
@inuita
„Sry, ale nie uważam tego produktu na rowery jako coś pancernego.”
Udzielam upomnienia – kolega się zapętlił, polemizuje z metaforą. Oczywiście że nie są pancerne, w jednym z tomów retrokryminałów Wrońskiego ktoś się zresztą wścieka na temat nazywania kasy ogniotrwałej kasą pancerną.