Lata temu Marek Krajewski cyklem o Breslau wylansował specyficzny podgatunek powieści kryminalnej miejsko-historycznej. Moim ulubiono-ulubionym w tej materii jest lubelski cykl Wrońskiego, niestety autor chyba połamał pióro, nie mam więc pretekstu by o nim pisać.
Nieźle rozwija się za to seria przygód profesorowej Zofii Szczupaczyńskiej duetu Dehnel-Tarczyński pod pseudonimem „Maryla Szymiczkowa”. Pseudonim to w tym wypadku mało powiedziane, to osobna bohaterka literacka, z fikcyjną biografią („wdowa po prenumeratorze Przekroju, itd.”), która wprawdzie nie występuje w książkach, ale możemy sobie jej osobowość rekonstruować.
Szymiczkowa jest pastiszem stereotypowego wyobrażenia krakowskich cnót i niecnót. Kocha Kraków tak jak ja kocham Warszawę – ja sobie nie wyobrażam przenosin do innej aglomeracji. Panowie D&T są w tej kwestii bardziej elastyczni, powołali jednak tę postać jako list miłosny do królewskiego grodu (podobno nie należy pisać „list miłosny”, ja właśnie napisałem i co pan zrobisz).
Wspominałem kiedyś o niepisanej zasadzie „woda-woda-BUM!” w literaturze sensacyjnej. Najbardziej cenimy ją za te strony, na których pozornie nic się nie dzieje – ot, Harry Hole parzy sobie kawę przez dziesięć stron.
W kryminałach historycznych „wodą” jest zmysłowy portret nieistniejącego miasta. Tym lepszy, im wyraźniej słyszymy jego zgiełk, czujemy smaki i zapachy, orientujemy się w siatce ulic, wiemy gdzie szukać narkotyków, a gdzie steków. A w tym przypadku: gdzie się kupuje porządny kapelusz.
W każdym kryminale śledztwo polega na tym, że detektyw zauważa niespójności i na tej podstawie Rozwiązuje Zagadkę. Tutaj dostrzega je sokolim wzrokiem kobieta z obsesją na punkcie dobierania broszki do bluzki. Po drobnych detalach w stroju potrafi zauważyć, że ktoś kłamie mówiąc, gdzie spędził minioną noc. Gdy widzi grupę ludzi siedzących przy stole, czyta w ich emocjach jak patolog w wymazach: widzi, kto się ma ku sobie, kto kogo nie lubi, kto skrywa jakie uczucia pod jaką przykrywką.
Książka jest pełna opisów garderoby z użyciem słów, które nic mi nie mówią i nawet nie próbuję sobie tego wyobrazić. Puszczam te „szmizjerki z milanezu” mimo uszu, tak jak w innych książkach nie wiem co to znaczy, że główny bohater wymierzył przeciwnikowi zdecydowane wu-han w jego kundalini, albo załadował wyrzutnię BRDM pociskiem RBMK. I tak nigdy nie będę się stroić jak Szczupaczyńska ani walczyć jak Reacher.
Profesorowa bywa nazywana okrętem flagowym krakowskiego mieszczaństwa. Autorzy dali jej wiele cech charakterystycznych tej klasy – zaczynając od tego drobiazgu, że jak wiadomo, my mieszczanie cenimy sobie wygodę. W imię wygody gotowi jesteśmy na najrozmaitsze niewygody, w rodzaju dojeżdżania godzinami do centrum z teoretycznie wygodniejszego przedmieścia.
Wciśnięci między klasę wyższą i niższą, mamy obsesję na punkcie hierarchii. Biedna profesorowa jest skazana na wieczne rozpamiętywanie, czy jeśli jej męża posadzono między docentem Pipsztyckim a dziekanem Kuciapskim, oznacza to upadek czy awans.
To znów się jej jednak przydaje w śledztwie, bowiem – jak u Agaty Christie – często się tu okazuje, że Ktoś Nie Jest Tym Za Kogo Się Podaje. Czujne oczy Zofii zdemaskują i hrabiego udającego żebraka, i magistra podającego się za doktora.
Klasowa obsesja prowadzi małżeństwo Szczupaczyńskich do paradoksu. Oboje mówią czasem rozsądne rzeczy, Ignacy to ostoja racjonalizmu, a Zofia zbyt dużo wie o mrocznych aspektach CK Monarchii, by wierzyć w system. A jednak oboje są odruchowo przeciwni wszelkiemu wichrzycielstwu, czują autentyczne oburzenie na myśl o tym, że ktoś mógłby obrażać Najjaśniejszego Pana.
Dalszy paradoks: damy z wyższych sfer, żony bardziej prestiżowych profesorów, ekscytują się nowymi prądami: sufrażyzmem, bohemą, dekadencją, Młodą Polską, a nawet socyalizmem. Śledztwo zmusza Szczupaczyńską do infiltrowania takich środowisk, odwiedza lokale dla homoseksualistów, bywa na imprezach, gdzie pijają absynt i zażywają coś mocniejszego, poznała tam kwiat Młodej Polski, a co do socyalizmu, doczekała się nawet pseudonimu w PPS („towarzyszka Gencjana z Krakowa”).
Gdyby się przyznała do ułamka tych przygód, zrobiłaby furorę wśród Znanych Krakoskich Rodzin i wreszcie zaproszono by ją do tych lepszych stolików. Ale z różnych powodów tego nie może zrobić. W głębi duszy naprawdę jest ucieleśnieniem krakoskiego konserwatyzmu. Jej wewnętrzne monologi często brzmią jak parodia działu „opinie” Gazety Wyborczej.
Szczupaczyńska nie wierzy w sądy i policję (zbyt dużo o nich wie), ale nie chce bezprawia i anarchii. Wie, że hierarchia klasowa jest fałszywa, ale to nie znaczy, że profesorowa ma być zrównana z kucharką. Gdy słyszy o wolnej miłości, widzi w tym tylko zniewolenie kobiety. Alkohol i narkotyki nie kojarzą się jej z fantazyjną zabawą, tylko z chorobą i uzależnieniem.
No i… czasem musimy jej przyznać rację, nawet będąc Mieszczanami Postępowymi. Ja na przykład jestem zwolennikiem poprawnej polityczności, łołkizmu i lolkizmu. Gdy osoba trans mnie prosi „mów mi Józiu”, to mówię „Józiu” (chyba że zapomnę, co mi się zdarza i wobec osób cis, zresztą częściej bo ich więcej).
Ale czy wierzę w „wolną miłośc”? Niespecjalnie. Jak słyszę o „poliamorii”, mam mnóstwo praktycznych wątpliwości, niczym Szczupaczyńska. Kto utrzymuje mieszkanie i kto je odziedziczy? Róbta co chceta, ale tak szczerze to uważam, że szczęśliwy związek powinien być pobłogosławiony sakramentem hipoteki.
Te książki prowokują czytelnika do zastanawiania się nad sobą – ile we mnie Zofii i Ignacego? Autorzy wkładają też sporo wysiłku w składanie hołdu klasycznej tradycji, zgodnie z którą „kto zabił” dowiadujemy się z monologu detektywa, który zgromadził wszystkich w salonie. „Morderca jest wśród nas!”. Wszyscy kochamy te słowa…
Za najlepszy tom uważam „Złoty róg”, w którym Zofia wkręca się na pamiętne wesele w Bronowicach. Nie było jej na liście, bo – jako się rzekło – ma za niską pozycję w Krakowie. Ale wbiła po swojemu. Wypatrzyła znajomą twarz i wcisnęła się wołając „ach panie Tadeuszku, tylu ludzi tu próbuje wejść bez zaproszenia, że nie dam rady wejść bez pańskiej pomocy”. I Tadeuszek (moja ulubiona postać drugoplanowa) pomógł jej jak zwykle.
Sztuka Wyspiańskiego jest, jak wiadomo, alegorią meczu piłki nożnej. Tutaj okazuje się, że tak naprawdę chodziło o morderstwo i kradzież tytułowego „Złotego rogu”. Wszystko ma racjonalne wyjaśnienie z jednym wyjątkiem: Szczupaczyńska to jedyna osoba na tym weselu, którą naprawdę odwiedziło widmo.
Ponarzekam jednak na audiobooka – bo w tej formie najbardziej lubię przyswajać kryminały. Otóż mam wrażenie, że nie odsłuchał tego nikt poza frajerami którzy za to zapłacili, takimi jak ja. Nikt nie wyłapał technicznych potknięć takich jak dwukrotne odczytanie tego samego akapitu albo zmiksowanie przez didżejski crossfade (jedno zdanie cichnie, drugie narasta, NAŁOŻONE NA SIEBIE), do tego bywają kwiatki jak „Observatore Romano”.
Cóż, kolejna rzecz, która mnie łączy z Zofią i Ignacym, to uczucie, że świat zmierza ku upadkowi i wszystko jest coraz gorsze. Za Habsburgów robili lepsze audiobooki.

Dziękuję za polecenie lubelskiego cykl Wrońskiego. Przeczytałem pierwsze dziewięć tomów, został mi już tylko ten z opowiadaniami innych autorów.
Kurczę, brzmi jak coś, co bym czytała (Wrońskiego skosztowałam na zasadzie patriotyzmu lokalnego i się nie spodobało). A czemu nie należy pisać „list miłosny”?
@lurkerka
” A czemu nie należy pisać „list miłosny”?”
Nie pamiętam, gdzieś czytałem czyjeś fochu brąchu że nie lubi tego określenia.
Moją ulubioną postacią drugoplanową jest Franciszka. Podoba mi się też klasowe napięcie między nią a Zofią, która musi kontrolować swoje fumy, bo lepszej kucharki za tę niską pensję nie dostanie. Raz zresztą musiała jej dać podwyżkę (nie pamiętam już, w którym tomie), gdy Franciszka odeszła i trzeba ją było czymś ułaskawić.
@baja
„Moją ulubioną postacią drugoplanową jest Franciszka.”
Podoba mi się, że twórcy jej jednak nie idealizują. Franciszka owszem, czasem błyska ludowym sprytem, ale zwłaszcza w pierwszych paru tomach wykazuje się straszliwą głupotą i wiarą w zabobony.
„ja sobie nie wyobrażam przenosin do innej aglomeracji. Panowie D&T są w tej kwestii bardziej elastyczni”
Tam doszło do wymiany barterowej: T zamieszkuje u D już zasiedziałego w Warszawie, a w zamian piszą o jego rodzinnym Krakowie (ewentualnie: D bierze T wraz z posagiem). Cofka w czasie licuje z D i jego anturażową nienowoczesnością, laseczkowo-surdutową (ba, w pierwszej książce z wierszami datował je z równo stuletnim przesunięciem wstecz), zaś T może odsapnąć sam od siebie – nowoczesnego podkastera i amerykanisty-politologa. Więc obaj czują się w Szymiczkowej jak ryby w wodzie.
Też uważam „Złoty róg” za najlepszą powieść p. Szymiczkowej, ale „Seans w Domu Egipskim” ma swój urok, zarówno z uwagi na czas akcji; te magiczne kilka dni między Bożym Narodzeniem a Sylwestrem, ale też z racji patentu profesorowej na sklejone karmelki dla kolędników i „chleb kroić grubo, a kiełbasę cienko, bo po Świętach to niezdrowo tak się objadać”. Bardzo, bardzo doceniam; cnota oszczędności nie jest mi obca, być może z uwagi na kilka pokoleń przodków na Rakowicach. I pewne sformułowania profesorowej… Jakbym słyszał moją ś.p. babcię, zresztą również profesorową (i tak była tytułowana przez kolejne gosposie).
Podzielam ponarzekanie. Jako czytelniczka, która woli słuchać, też jestem tą frajerką, która zapłaciła za audiobook (niejeden) i ma wrażenie, że jest jedyną osobą zgłaszającą uwagi do kiksów technicznych. Jedyny z tego pożytek, że dostałam raz kupon na gratisowy audiobook. Z którego skorzystałam, kupując zresztą „Oślizgłe macki…”
„Jako czytelniczka, która woli słuchać, też jestem tą frajerką, która zapłaciła za audiobook (niejeden)”
Nie wiem, czy takie bezczelne reklamowanie będzie dobrze widziane, ale… Storytel w subskrypcji na rok z góry kosztuje 26 zł miesięcznie. Jeżeli uda się znaleźć 2 dodatkowe osoby (konto Family za 70 zł), to subskrypcja wychodzi 23 zł na głowę. Z różnych serwisów streamingowych żaden tak mi się nie amortyzuje, jak storytel. A jak się ma dzieciaka, to storytel staje się dobrem pierwszej potrzeby. Nie mamy w domu TV, a mój 8-latek tylko dzięki audiobookom jest w stanie zająć się sobą.
Czytałem dwie książki z cyklu. Miły, dodatkowym atutem są lokalne smaczki (tak, spacerowałem sobie kiedyś u Helclów — kojarzę budynek). Nie wykluczam, że sięgnę po więcej (nawet się przymierzałem przed wizytą w szpitalu, bo to dobry moment na czytanie kryminałów). Generalnie czytam głównie literaturę faktu, jeśli kryminały (czy thrillery) to dla „tła” — smaczków takich jak tu, bądź spojrzenia na świat oczami naszych sąsiadów (jak w czeskich kryminałach, czy teraz czytanym słowackim thrillerze).
@pak
” (tak, spacerowałem sobie kiedyś u Helclów — kojarzę budynek). ”
Ja o istnieniu się dowiedziałem z książki!
„Generalnie czytam głównie literaturę faktu, ”
Ja też, ale stąd słabość do retrokryminałów – one są tylko o krok od książki „Życie codzienne w findesieclowym Krakowie”.
@flotsam
„ale „Seans w Domu Egipskim” ma swój urok,”
Wszystkie mają swój urok. Wybór „Złotego rogu” jest głównie motywowany zuchwałością porwania się na „Wesele” i wymyślenia interpretacji godnej tego, że chodzi o mecz z Ruchem Chorzów.
Przyjemne jest też to, że postacie historyczne gadają swoimi tekstami z przemówień, artykułów, książek etc.
Najsłabsza wydaje mi się ostatnia, „Szaleństwo i śmierć spłyną z gór”, ale może przez to, że niedawno czytałam biografię Bronisława Malinowskiego, „Dzikie żądze”.
@wo
„Autorzy dali jej wiele cech charakterystycznych tej klasy – zaczynając od tego drobiazgu, że jak wiadomo, my mieszczanie cenimy sobie wygodę. W imię wygody gotowi jesteśmy na najrozmaitsze niewygody, w rodzaju dojeżdżania godzinami do centrum z teoretycznie wygodniejszego przedmieścia.”
Zdaje się, że profesorowa godziła się na pewne niewygody stosunkowo ciasnego mieszkania w imię prestiżu zamieszkiwania w obrębie Plant, co było niemalże konieczne dla osoby o pozycji profesora Uniwersytetu. Poza Plantami mieszkali tylko biedacy, dziwacy i socjaliści.
@kubawu
„Zdaje się, że profesorowa godziła się na pewne niewygody stosunkowo ciasnego mieszkania w imię prestiżu zamieszkiwania w obrębie Plant,”
Nie ona tylko Ignacy, na którego wywiera nieustającą presję, która w końcu skutkuje przeprowadzką do nowej deweloperki bliżej Wisły.
Ad płatności za audiobooki, to przynajmniej w Łodzi (ale może inne miasta też tak mają) biblioteki oferują darmowe kody do legimi. Owszem, trzeba zgarniać osobiście, co miesiąc i dość szybko, no i nie ma dostępnego wszystkiego, ale nie są to ochłapy. I faktycznie darmo.
@ololo
„nie są to ochłapy. I faktycznie darmo.”
Bo to akurat bazuje na kradzieży przecież.
Są też do Empik go, nie słyszałam, żeby oni kradli
Afera z Legimi pojawiła się 2 lata temu. Czy od tego czasu nic się poprawiło?
Gdyby jednak Legimi było już akceptowalne moralnie, to abonament wynosi ok. 50 zł na miesiąc i od biedy daje się używać na trzech różnych urządzeniach.
@Jan Rudziński Zgadza się abonament Legimi to 5 dyszek, ale od czasu afery nie obejmuje wszystkich pozycji z katalogu. Do wielu książek musisz dopłacić kilkanaście złotych, a to już przestaje być opłacalne.
Zawsze fascynowało mnie jak to się pisze w duecie. Nie wykluczam, że jak się już znajdzie złotą formułę, albo jak się składniki duetu jakoś magicznie dobiorą, to może to być nawet i zabawne i satysfakcjonujące, ale ja osobiście, wszystkie tego rodzaju doświadczenia – kiedy trzeba było stworzyć jakiś tekst zespołowo – wspominam ze zgrozą.
@atomek
Tutaj formuła jest ponoć przejrzysta. Tarczyński – większość researchu, Dehnel – większość pisania.
Zdarzyło mi się poznać osobiście inną spółkę autorską, tam był taki system, że fabularny outline rozdziału był wymyślany wspólnie, wtedy też decydowano o przedziale obowiązków w ramach fragmentu historii.
@atomek
„jak to się pisze w duecie”
Rzadko coś z tego wychodzi, ale zdarzyli się Arkadij i Boris Strugaccy albo Maj Sjöwall i Per Wahlöö. Podobno także Pierre Boileau i Pierre Ayraud pod pseudo Boileau-Narcejac (ich/jego „Celle qui n’était plus” zekranizował Henri-Georges Cluzot jako klasyczny dreszczowiec „Widmo”), lecz piszę to na wiarę, bo nic nie czytałem. Podobnie z filmami, wyjątkowy duet Joela i Ethana Coenów potwierdza inną regułę. Chyba tylko muzyka popularna, rock, pop, jazz, jest w miarę dobrym gruntem na twórcze sztamy między twórczymi indywidualnościami/artystycznymi narcyzami.
T&D są jak Sjöwall i Wahlöö: para małżeńska pisząca kryminały, a w dodatku sporo wzkazuje na to, że gdyby to jeden z nich był Szymiczkową, nie wyszło by tak dobrze.
Daniel Abraham i Ty Franck (piszący pod wspólnym pseudonimem James S.A. Corey, autorzy „Expanse”) obmyślają najpierw ogólną fabułę wspólnie, a potem dzielą się postaciami, z których punktu widzenia piszą.
@atomek
„wszystkie tego rodzaju doświadczenia – kiedy trzeba było stworzyć jakiś tekst zespołowo – wspominam ze zgrozą” – może zależeć od objętości tekstu, tak sobie gdybam. W przypadku, bo ja wiem, powieści, scenariusza pełnometrażowego filmu, jest być może dość miejsca dla dwojga, podczas gdy artykuł na parę tysięcy znaków takiej przestrzeni nie daje.