Now Playing (209)

Tytus mówi w którejś księdze do przyjaciół, że nie mógł zasnąć, bo miał goń myślową. Pamiętam kolosalną ulgę z dzieciństwa, gdy się dowiedziałem z komiksu, że nie jestem jedyną osobą na świecie, której się to przydarza.

Chciałbym, żebyśmy na blogasku chociaż na chwilę oderwali się od wojny i polityki i wrócili do jego popkulturowych korzeni. Z pewnych przyczyn jechałem ostatnio samochodem, w którym głównym źródłem rozrywki był fizyczny egzemplarz płyty „Phrenology” the Roots. Za to z głośnikami o wystarczającej mocy, żeby basy przyjemnie masowały łydki.

Miałem potem goń myślową, w której w tle słyszałem w kółko największego hiciora z tej płyty „Seed 2.0”, a konkretnie oczywiście jego linia basu. W końcu nie mogłem się powstrzymać i ją wyguglałem. Zasnąłem wyobrażając sobie, że ją gram. Jest zwodniczo prosta, ale oczywiście jak zawsze w klimatach funky, i tak chodzi o te stumilionowe ułamki nuty, których amator nie odtworzy – więc najwyżej będzie grać jak MIDI.

Piosenka też w pewnym sensie mówi o goni myślowej. Jak wiecie, nie jestem przesadnym wielbicielem hiphopu, ale mam trochę szacunku dla „starej szkoły” (niczym tytułowy Bill od Tarantino, „I’m all about the old school”). Podobno dziś główne kryterium to „czy twórca używa auto tune’a”. Na tej płycie oczywiście wszystko jeszcze brzmi należycie analogowo.

Takie prawdziwe oldschoolowe rapowanie dobrze się nadaje do oddawania goni myślowej właśnie, w której jedno się rymuje z drugim, ale niekoniecznie się układa w spójną narrację. Kiedy to się zrobi porządnie, rap wzbija się na wyżyny tego, co kiedyś nazywano „piosenką aktorską”. Ciekawe swoją drogą czy ktoś to kiedyś analizował, „inspiracje tymi wszystkimi Brelami we współczesnym hiphopie?”.

Piosenka ma cyferkę „2.0”, bo jest wersją rozwojową prototypu z solowej płyty Cody Chesnutta. Nie jest to hiphop, ciocia Wiki klasyfikuje jego styl jako „R&B i neo-soul”.

Pierwotna wersja jest słabiutka, choć widać w niej zalążki przyszłego hiciora. Jest tam już na przykład w całości ta zachwycająca linia basu, ale zagrana nieporównanie słabiej (według Cioci Wiki, artysta nie miał warunków na porządną produkcję i nagrał to wszystko na amatorski magnetofon).

Jest też niemal cały ten tekst, który Chesnutt ponownie śpiewa w wersji „2.0”. Tylko że bez rapu jest tragicznie słabiutki. Piosenka jest o seksie przedstawionym bez jakichkolwiek metafor – tak, tytułowe nasienie to nasienie.

Podmiot liryczny zapładnia swoją ukochaną (imieniem Mary), a ponieważ ma wielkiego i długiego, to na pewno się to uda. Poza tym „she don’t take no pill”. Podmiot liryczny oczekuje narodzin dziewczynki, której chce nadać imię „Rock and Roll”.

Gdybym znał tylko to, to bym kolesia nie polubił. Jakoś ogólnie odrzuca mnie od samochwalstwa, od razu myślę „koleś, uwierzę w ten twój Grosstalent dopiero jak Mary nagra piosenkę na jego cześć”.

W wersji „2.0” dochodzi do tego jednak rapowy monolog, który zawiera wspomnianą goń myślową, skonstrastowaną ze spokojną pewnością siebie monologu Cody Chesnutta. Wokalista, godzien swego pseudonimu Black Thought, jest pełen wątpliwości.

Czy ta Mary to w ogóle odpowiednia kobieta na matkę jego dziecka? Ona w ogóle nie szanuje jego muzyki, chce tylko „platyny, lodu i złota”. Zdaje się, że gdy ją przygarnął, w była na najlepszej drodze do wejścia na złą drogę. Przecież jak coś się finansowo nie uda, ona natychmiast odejdzie.

W tej wersji „Seed 2.0” to już ponadczasowa opowieść, w której każdy może się odnaleźć. Wszyscy kiedyś przecież mieliśmy taką szamotaninę, choćby jak w piosence „Ostatnia nocka” Maleńczuka („wierzę jej czy nie wierzę”), też o nocnej goni myślowej przecież. Teraz można to nawet odczytać jako metaforę procesu twórczego („wyjdzie z tego świetna płyta!” / „to będzie kompletna porażka!”).

Płyta pochodzi z zupełnie innej epoki, gdy głównym kanałem promocji muzyki była tak zwana „muzyczna telewizja”, w skrócie MTV. Nikt dziś nie uwierzy że kiedyś było coś takiego! W każdym razie, tam po raz pierwszy usłyszałem / zobaczyłem „Seeds 2.0”. Bardzo mi się spodobał ten dialog „czarnych myśli” / „białych myśli”, choć oczywiście nie znałem wtedy wersji pierwotnej. Zaczynałem właśnie pracować nad pierwszą książką i mniej więcej tak się właśnie miotałem, „to nie ma sensu, to mnie przerasta” i „dam radę”.

Szczerze mówiąc, mam tak do dzisiaj. Nic się nie zmieniło, tylko dawna MTV już nie wróci…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Skomentuj

21 komentarzy

  1. [str. 51, pierwszy obrazek od góry:]
    „- Tytus, dlaczego nie śpisz? Co robisz?
    – Miałem goń myślową i nie mogłem zasnąć. Wpadłem na pomysł, żeby…”
    [drugi obrazek, ze stosownymi figurami fikających Tytusów:]
    „…wybudować trapezy we wszystkich stylach architektonicznych. Kiedy będę fikał, równocześnie będę uczył się historii architektury.”
    Księga XI, z prasolotem, duszkiem i spieszeniem zabytkom na odciecz.

    Z takimi piosenkami chyba jest trochę podobnie, jak z trapezami niby tylko do fikania. Już jeden rzut ucha wystarczy na wychwycenie jakichś symbolicznych odniesień do religii czy heglowskieh historiozofii („Mary”? „bush”? wątpliwości Jehowy czy dobrze wybrał surogatkę dla syna?), a to wszystko w szatach rozwoju muzyki pop, która stała się już tylko wypełniaczem i maszynką do pieniędzy, jakby po prostu doszło do wymiany modelu Chrystusa na inny („She want Neo-Soul, this Hip-Hop is old, she don’t want no Rock’n’Roll, she want platinum or ice and gold”). No i jeszcze zagwozdka z tym: „Fertilize another behind my lover’s back and I’m keeping my secrets mine”. Teraz nie mam czasu, ale pochylę się nas tym z wiekszą psotmodernistyczną uwagą.

  2. @notka

    Piosenka wspomniana w trzecim akapicie od końca jest autorstwa serbskiego pieśniarza Momčilo Bajagicia, zwanego Bajagą. Majestro Maleńczuk w swoim coverze dodał tylko elementy sztafażu performatywnego gitczłowieka i knajpiany zaśpiew, z którego zawsze pragnął być słynny (i w końcu chyba się stał).

    @ergonauta

    Bardzo popieram psotmodernizm (a.k.a. sowizdrzalstwo nowoczesne) jako program badawczy!

  3. Ok, czy znowu otwieramy seminarium pt. „Mizoginia w muzyce rozrywkowej?”

    Ja w tym tekście widzę silną potrzebę przedłużenia siebie poprzez potomstwo i groźbę że jak nie chcesz, Mary, to sobie zapłodnię kogoś innego (bo nie bierze pigulek), więc Mary chciała i teraz oczekuje rozwiązania.

    Co do „she wants platinum, ice or gold” to w kontekście tego że wyżej jest „knocked up 9 months ago, what she finna have she don’t know” to ja rozumiem że może mówimy metaforycznie o płci dziecka, której matka nie zna, ale nie chce żeby był Rock’n’Roll (czyli dziewczynka jak życzy sobie tata?), a woli Neo-soul, czyli że może chłopiec, ale grzeczny a nie jakiś gangsta hiphoper ma być? Może to jest też ogólna metafora tego że wyobrażamy sobie nasze potomstwo jako osiągające sukcesy i projektujemy sobie w głowie taki obraz, a nie jakiś rokenrol, bo np. sami mieliśmy rokenrol i byśmy tego nie chcieli dla swoich dzieci? A tata jednak chce żeby to było przedłużenie jego jako twardego zawodnika który sobie poradził i w’ogle i jak trzeba to sobie ukradnie a nie będzie żebrał od bogoli, więc czy córka, czy syn, to i tak ma być Rock’n’roll. I niech sobe Mary marzy o dziecku-prymusie, tata i tak wychowa po swojemu.
    W sumie to fajny odcień hiphopowego bragadoccio – jestem taki fajny że aż muszę przekazać swoje geny dalej, jak, nie przymierzając Elon Musk.

    W sumie to się teraz zastanawiam nad innymi utworami o nadchodzącym rodzicielstwie i poza pachnącymi dramatem „Papa don’t Preach” i „Bille Jean” to chyba tylko „Young Turks” Roda Stewarta patrzy z optymizmem i nadzieją na młodych ludzi rozpoczynających przygodę z potomstwem. Jest jeszcze „Little girl in bloom” Thin Lizzy, gdzie jednak też chyba mamy nastoletnią ciążę i przyszłą matkę widzącą wszystko w różowych barwach że zaraz będzie ślub i happy end, ale jeszcze tylko musi o tym ojcu powiedzieć jak wróci z roboty.

  4. @mbied
    „Piosenka wspomniana w trzecim akapicie od końca jest autorstwa serbskiego pieśniarza Momčilo Bajagicia, zwanego Bajagą.”

    Rzeczywiście, bardzo przepraszam. „Verujem – ne verujem”. Nie trzeba znać języków nawet.

  5. @Cpt Havermeyer
    „ma być Rock’n’roll. I niech sobie Mary marzy o dziecku-prymusie, tata i tak wychowa po swojemu.”

    Pasuje i do odczytanie chrystologicznego, i do rokendrolowego aranżu z gitarą.

    „nie chce żeby był Rock’n’Roll (czyli dziewczynka jak życzy sobie tata?), a woli Neo-soul, czyli że może chłopiec”

    Raczej na odwrót: Neo Soul to imię dla dziewczyny, nie dla chłopca („Music writers have noted that neo soul artists are predominantly female, which contrasts the marginalized presence of women in mainstream hip hop and R&B.”)

  6. @”nie miał warunków na porządną produkcję i nagrał to wszystko na amatorski magnetofon”

    Trochę mnie Pan tym amatorskim magnetofonem uruchomił, więc pozwolę sobie rozwinąć i zaryzykować uruchomienie plonkownicy blokiem tekstu. Faktycznie ChessnuTT nagrywał to cudeńko na słuchawkach w swoim pokoju, tak by współlokator go nie złapał za fraki i wystawił za drzwi (stąd też tytuł albumu „The Headphone Masterpiece”) więc akustycznie warun miał pewnie marny, ale czy aby na pewno na amatorskim sprzęcie?

    Jedyne co wiemy od samego zainteresowanego to to, że do nagrania używał jakiegoś TASCAMa Portastudio. Przy budżecie na sprzęt do studia nagraniowego, które sobie wtedy urządził (deklarowane ~10.000$) to pewnie działał na czymś bardziej zaawansowanym, na przykład modelu 424 MkII (podobno nowy za ~500$ w tamtych czasach).

    Dla Kolegów i Koleżanek lurkerów oraz Osób w kryzysie komcionauckości, które mniej siedzą w sprzęcie niż zapewne robi to Szanowny Gospodarz – dekadę wcześniej na podobnym sprzęcie (Portastudio 144) nagrał w domu „Nebraskę” Bruce Springsteen. Bliżej sprzętu studyjnego niż poczciwa Unitra czy jakiś wypasiony boom-box Sharpa, ale do jakości i kosztów dedykowanego sprzętu studyjnego na pewno wciąż daleko. Ot, taki sprzęt na którym można zrobić coś naprawdę fajnego z nurtu lo-fi. Albo trzaskać demówki, które dopiero później zostaną nagrane na nowo na magnetofonie studyjnym i rozwinięte do masterów.

    Jeśli P.T. Gospodarz mnie nie splonkuję za rospisywanie się na granicy tematu – obejrzałem w tym tygodniu nową wypaśną wersję dokumentu „Dig!” w której Anton Newcombe, enfant terrible i spiritus movens The Brian Jonestown Massacre, przechwala się wyprodukowaniem w domowym (skłotowym?) studio „Thank God For Mental Illness” kosztem całych 17 dolarów i 36 centów. A dwa poprzednie albumy A.D. 1996 nagrywał równolegle, na granicy bezdomności, w życzliwie udostępnionych do nagrań studiach (dwóch naraz, na dwie zmiany, od spania na ulicy będąc oddalony o długość studyjnej sofy – od razu przychodzą do głowy inny geniusze na skraju szaleństwa jak Syd czy Roky). Owe trzy albumy IMHO zdmuchują poprzedzające dwie dekady Stonesów, produkowane za taczki studolarówek wysyłanych przez studio helikopterem.

  7. @War

    Teraz jest jeszcze łatwiej bo wystarczy byle lapek, jakiś interfejs audio i daw, którego dodają też w bundlu do interfejsu (np. ograniczony do 8 tracków ableton lite). Zdaje się że są też oidp. precedensy w stylu „album złożony na telefonie”, nadal jednak zostaje kwestia ziarnka kreatywnego geniuszu, którą teraz może ciężej wyłowić z tego potoku dźwieków powstającego każdego dnia.

    Nebraskę mam od niedawna na winylu i dalej robi na mnie wrażenie jak świetnie to brzmi jak na nagranie z czteroślada zarejestrowane tylko na dwa SM57, ale creditsy tutaj się chyba należą Ludwigowi i Kingowi za mastering, który pewnie też swoje kosztował. Podobno długo walczyli z odszumianiem tych tracków.

  8. Sorki za post pod postem, ale warto sobie posłuchać wersji Born in the USA z tej nebraskowej sesji, bo to też dobry przykład tego jak dość przeciętne demo bedące po prostu kolejną balladą z gitarą i harmonijką przepoczwarza się w hiciora po solidnym przearanżowaniu, wstawieniu bombastycznego hooka na klawiszu i wyciągnięciu refrenu na front. Jak to mawiają: don’t bore us, get to the chorus. Tylko potem nikt nie słucha zwrotek, w przeciwieństwie do ballady.

  9. @ww
    ” Przy budżecie na sprzęt do studia nagraniowego, które sobie wtedy urządził (deklarowane ~10.000$) to pewnie działał na czymś bardziej zaawansowanym, na przykład modelu 424 MkII (podobno nowy za ~500$ w tamtych czasach).”

    Nie rozumiem co takiego triggerującego w określeniu „amatorski”. Wygląda to na budżet który ktoś może wysupłać w ramach hobby.

  10. IMHO w kwestii „amatorski” i DIY nic nie przebije kawałka Bad Brains z płyty „I against I”, którego tytułu oczywiście nie pamiętam, a którego wokal został zaśpiewany i dograny przez telefon z pudła w którym to wokalista tegoż zespołu chwilowo był osadzony za posiadanie.

    A tak poza tym to takie rzeczy się strasznie słabo starzeją, słyszałem w życiu setki punkowych (i okolicznych) nagrań zapisanych przy pomocy żelazka i lutownicy w kanciapie pod schodami i one na dłuższą metę jednak nigdy nie dają się słuchać, jeśli nie zostały potem nagrane porządnie to pozostają tylko jako ciekawostka i zmarnowany potencjał utalentowanych często ludzi.

    Z drugiej strony mamy przykłady takie jak debiut Bad Religion, nagrany przez licealistów za 3 tys USD pożyczone od ojca jednego z nich – i jest to w swoim gatunku dzieło surowe ale ponadczasowe 🙂

  11. Co z resztą potwierdza starą prawdę, że podstawowe warsztaty z akustyki, realizacji nagrań, mikrofonów i całej reszty warto robić w lokalnych domach kultury, choćby wszystko było na telefonach, tik-toku, youtube i llmach. Jest prawidłowością w historii ludzkości, że rupiecie ojco-wujo-starostwa wyjęte spod schodów po prostu działają jako rozsadniki muzyki w każdym pokoleniu sapiensów, tylko wymagają skali.

    Stąd z resztą najlepsze uzasadnienie na emerytury dla artystów i zawodów okołoartystycznych – iluśtam akustyków, aktorów lokalnych itd. musi trzaskać chałtury i warsztaty dla młodzieży, aby utrzymać gęstość ekosystemu, z którego będzie się pączkować i mainstream, i podziemia.

    @Cpt. Havermeyer
    Kurczę, to już rozumiem czemu demo wersja z Nebraski podoba mi się nawet bardziej 😉 Choć kilka lat temu, po ciężkiej dniówce przeżytej w wieku średnim zauważyłem, że z Because the Night też mi się wahadło wychyliło na stronę Bruce’a a nie Patti (ale tylko odrobinkę poza środek, bo Patti nadal lofciam).

  12. @”amatorski magnetofon”

    Jest cały nurt zwany „lo fi” („low fidelity”) z premedytacją idący w nieprzeprodukowanie i zaszumienie. Można się cofnąć do debiutanckiego albumu duetu sióstr Coco Rosie, które nagrały go w łazience u Sierry Casady, a wręcz w jej wannie, używając jako instrumentów starych zabawek kupionych u sąsiadów, czy w ogóle do folkowców z kręgu New Weird America, jednak korzenie takiej wykonawczo-producenckiej strategii – trochę antykomercyjnej, trochę anarchistycznej, no, takiego rage against machina szołbiznesu i gładkich mieszczańskich guścików – tkwią głębiej i rozrastają się od brzmieniowego rynsztoka Captaina Beefharta do celowo zbliżającego gitarę za blisko wzmacniacza Hendrixa, odrzępolenia Velvet Underground do gitarowego zbrzytania Marca Ribbota. Nie musi być hałaśliwie, ważne żeby brzmiało pozornie byle jak, na odwal się. Miewa to swój wymiar ideowy (muzyk/producent nie kelneruje w ukłonach, tylko wylewa gościowi obiad na głowę), ale miewa też po prostu estetyczny (w bluesie czy rocku nie chodzi o to, żeby było ładnie, to muzyka odszczepieńców, kloszardów, proletariuszy). Tom Waits o Captainie Beefharcie: „Once you’ve heard Beefheart” it’s hard to wash him out of your clothes. It stains, like coffee or blood.”

  13. @ergonauta
    to muzyka odszczepieńców, kloszardów, proletariuszy

    Oł jes! Widzę że chwytamy się tej cienkiej jak brzytwa linii między estetyką, etyką, talentem i ciężką pracą, no i romantyzujemy sobie troszkę przy okazji. To samo można było przecież powiedziec o tym nowoorleańskim jazzie pobrzmiewającym z burdeli i szemranych knajp, podobnie też rap/hiphop wypłynął na salony z bidy w gettcie i gangsterki. Jest też cała kohorta twórców usilnie pracujących nad dziwnością i odszczepieniem, które ma być magnesem przyciągającym ludzi do ich sztuki, czasem dziwność jednak dzieje się sama, jeśli tylko pozwoli się rzeczom płynąć. Ostatnio fenomenem są Angine de Poitrine, krórzy wygrali w internety za sprawą przebrań, mikrotonalności i wspaniałej technicznej sprawności z którą tworzą wrażenie że nakładanie na siebie zamotanych loopów i trzymanie przy tym solidnego beatu to błahostka. Z wywiadu w Guardianie dowiedzieć się można, że to wszystko zestaw decyzji dość przypadkowych a nie pieczołowicie przemyślana strategia marketingowa, a pod spodem siedzi przede wszystkim radość z grania ze sobą dwóch kolesi robiących wspólnie dźwięki od natolactwa. Więc tak, pewnie trzeba być trochę odklejonym żeby w ogóle chcieć zarabiać na życie muzyką, natomiast uważałbym żeby nie stoczyć się w poszukiwanie true scotsmana zanim nazwiemy takiego np. Jamesa Patricka Page’a kloszardem i odszczepieńcem. Tak jak wychowałem się na tropieniu wsród metalów kto trve kvlt, a kto pozer co sie sprzedał, tak wydaje mi się że obok wspaniale utalentowanych szczerych ćpunów i abnegatów jak Layne Stayley istnieją tacy mistrzowie świadomej autokreacji jak Bowie i czasem ciężko położyć palec w punkcie gdzie jedno graniczy z drugim, a ostatecznym arbitrem i tak jest nasz wewnętrzny organ smaku.

  14. „obok wspaniale utalentowanych szczerych ćpunów i abnegatów jak Layne Stayley istnieją tacy mistrzowie świadomej autokreacji jak Bowie”

    Jeśli Layne był abnegatem to jak określić takiego GG Allina? Layne w czasie gdy był osobą publiczną po prostu był zawsze już po drugiej stronie tej kreski za którą w życiu liczy się już tylko heroina.

  15. Cpt. Havermeyer
    „To samo można było przecież powiedziec o tym nowoorleańskim jazzie pobrzmiewającym z burdeli i szemranych knajp, podobnie też rap/hiphop wypłynął na salony z bidy w gettcie i gangsterki.”

    Można ten wykres poprowadzić jeszcze głębiej i szerzej (w czas i przestrzeń). Uczynić zeń linię łączącą amerykańskich włóczęgów typu „hobo” z helleńskimi kitarzystami typu Mesodemes z Krety. I był ktoś, kto tak zrobił: Harry Partch.
    link to ruchmuzyczny.pl

  16. @embercadero
    Jeśli Layne był abnegatem to jak określić takiego GG Allina? Layne w czasie gdy był osobą publiczną po prostu był zawsze już po drugiej stronie tej kreski za którą w życiu liczy się już tylko heroina.

    No jasne, ciężko przebić Allina w jeździe bo bandzie i wśród heroinistów jest ofc gradacja, z jednej strony GG i Sid, z drugiej Keith Richards, Lou Reed i Maleńczuk, a w środku Layne i Kurt. Wybrałem akurat Stayleya, bo chyba większość jego numerów obraca się wokół tej autodestrukcji w taki melancholijny, samoświadomy sposób i gość tak powoli staczał się w ten mrok, nie że 'I’m waitng for my man, 20 dollars in my hand” tylko „what’s my drug of choice? Well what have you got?” aż do momentu ważenia coś 40kg jak go znaleźli.

    @ergonauta
    Dzięki za ten link! Przypomniałes mi jak na studiach odkryłem Partcha, gdzieś na jakmś dysku albo dvd mam ten dokument:
    link to youtu.be
    plus jakies wykonanie Delusion of the Fury, teraz to wszystko łatwo wyguglać, ale te 20 kila lat temu to wygrzebywałem to na jakichś soulseekach.
    Całkiem ciekawie się do Partcha zabrał Kronos Quartet swego czasu na US Highball, zrobili też te studia nad greckimi skalami bardzo ładnie.

  17. @embercadero
    „Jeśli Layne był abnegatem to jak określić takiego GG Allina?”

    Toteż należy wyraźnie oddzielić abnegację wykonawczo-nagraniową od abnegacji po całości.
    Tak samo wśród abnegacji wykonawczo-nagraniowych należy oddzielić abnegację naturalną: wchodzę byle gdzie (do studia albo do wanny w łazience), gram na czym popadnie (wszak wszystko dźwięczy), jak nie umiem, to tym bardziej gram (i przed rock dopisuję „punk”, a przed jazz „free”), rejestruję choćby na sekretarce telefonicznej (byle sygnał jakoś wystawał nad szum, albo szum nad szum), od abnegacji wystudiowanej, wypindrzonej jak „Nebraska” (że niby jakaś sypialnia w New Jersey i gość coś tam brzdąka przy czterościeżkowcu typu ZK 140 T, a potem nosi kasetę w tylnej kieszeni dżinsów jak się nosiło grzebień) czy „Trout Mask Replica” (że niby wujcio-wariatuńcio bełkocze kombatanckie wspomnienia z historii muzyki XX w., mieszając daty i fakty, a ktoś dla kawału nagrywa komórką). Oczywiście, obydwie abnegacje wykonawczo-nagraniowe doceniam równie mocno.

  18. @war

    „to pewnie działał na czymś bardziej zaawansowanym, na przykład modelu 424 MkII’

    A tak się składa, że miałem takiego Tascama i jest to grat zdecydowanie amatorski. Nie mówiąc o tym, że byle laptop z Czerwonym Interfejsem zjada takiego Tascama pod względem możliwości i jakości nagrania, znacznie bliżej jest profesjonalnego nagrania niż taki Tascam. W sensie – nagranie zrobione na interfejsie i laptopie mogłoby polecieć w lokalnej rozgłośni radiowej, jeśli tylko dobrze zmiksowane. Nagranie z Tascama – na pewno nie. Zasadniczo, jest to technologia słusznie miniona, która do zaoferowania ma tylko lo-fi taśmowe szuruburu i trv analogowe wow&flutter, a do tego bardzo bolesny maintenance.

  19. @”Zasadniczo, jest to technologia słusznie miniona, która do zaoferowania ma tylko lo-fi”

    Tak mi przyszło na myśl, że Springsteen podśpiewywał sobie z gitarą w scenerii lo-fi akurat w pierwszą rocznicę objęcia prezydentury przez Reagana, a jak się dziś słucha tekstów z „Nebraski”, to płyta okazuje się lepszą diagnozą „co się stało z USA” niż większość nieamatorskich analiz – i świetnie brzmiących ekspertów od polityki, i publicystów opinii z efektownie podbitą linią basu.

  20. @wo

    Absolutnie nie ma nic kontrowersyjnego, powinienem był wykosić to zdanie przed kliknięciem publikuj. Bardziej miałem na myśli rozróżnienie między sprzętem do domu, domowego studia oraz studia profesjonalnego (wszak w każdym z nich w latach 90. stał magnetofon) a binarnym podziałem amatorski-profesjonalny. Ot, semantyka przy liczbie sprzętów, które się mieszczą w słowie magnetofon.

    @Roland sp-404

    Tak, ze wszystkim co opisujesz się zgadzam, na pewno nie był to sprzęt na którym rzeźbienie takiego debiutu czy dema, dogrywanie i łączenie ścieżek, pozbawione było frustracji. Przy okazji zerknąłem co sobie wstawiali w najtisach do piwnicy artyści, którzy zdążyli już trochę więcej uciułać na zaliczkach i tantiemach – takie Nine Inch Nails nagrywało Downward Spiral na 24-ścieżkowego Studera A800 MkIII, sprzęt ok. 100-200 razy droższy od tego nieszczęsnego Portastudio. Niech więc będzie i amatorski!

Dodaj komentarz

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.