Pod notką rocznicową pojawiły się liczne głosy chwalące cykl muzyczny na tym blogu. OK, tak naprawdę to jeden, ale spróbuję być asertywnym jak Ludzie Sukcesu.
Skoro blog ma 20 lat, muszę chyba wyjaśnić coś Młodym Ludziom, jeśli takowi tu zaglądają. W zamierzchłej przeszłości, gdy Lech Wałęsa hodował velociraptory, komunikaty „Currently Playing” / „Now Playing” były wyświetlane na kieszonkowych odtwarzaczach, a zwłaszcza na ich jedynie słusznej wersji, iPodach.
To była wtedy Nowoczesność! No ale nic się nie starzeje tak szybko jak nowoczesność. Młodzież używa tego całego streamingowego ekskrementingu, a ja się cofnąłem do winyli. Nawet dałoby się zmienić tag „Playlista” tak, żeby się trzymac konwencji nazywania wszystkiego na „p” (przecież polichlorek!), ale zostawmy z szacunku dla Tradycji. W każdym razie, cykl niepostrzeżenie wyewoluował z „co mi leci z odtwarzacza” na „nowy placek na talerzu”.
Niczym Paul Anderson, szukam w tych plackach z lukrecji przede wszystkim własnych wspomnień. A że należę do „wychowanych na Trójce” (tak, wiem, obciach, ale proszę z tym na swojego bloga), wiele muzycznych wspomnień łączy mi się z Trójką, a zwłaszcza z Listą Przebojów w klasycznym okresie.
Słuchałem oczywiście regularnie, przy czym część przyjemności polegała na słuchaniu tych utworów, które tam leciały w kółko jako podkład muzyczny. Staram się je zbierać na winylach, trochę dla swojej przyjemności, a także dla tych rzadkich chwil, gdy występuję publicznie. Na początek puszczam jeden, żeby zasygnalizować gościom w czyje łapska trafili i czego się mogą spodziewać (przeważnie zresztą to nie ma sensu, ludziom się wydaje że to z radia albo z laptopa).
W tamtych czasach żeby je usłyszeć, trzeba było włączyć Trójkę. Nie dało się tego nagrać (bo Niedźwiedzki ciągle coś gadał i zagłuszał), a kupienie tego na winylu to w większości było marzenie ściętej głowy. Jeden podkład był dostępny tylko na maksisinglu „Look of Love” ABC, drugi tylko na albumie z remiksami Human League (dla zmyłki wydali go pod szyldem League Unlimited Orchestra – to dopiero autosabotaż, ciekawe ilu ludzi odłożyło z niesmakiem taką płytę w przekonaniu, że to jakiś cover band), a trzeci wreszcie tylko jako ścieżka B singla „Bostich” duetu Yello.
I tenże sobie właśnie kupiłem. O ile mi wiadomo, tylko w tym formacie można kupić wersję instrumentalną (która w LP3 leciała gdy Niedźwiecki wspominał archiwalne notowania). W roku 1981 był to jeszcze szkic zamysłu piosenki, która w następnym roku dojrzała już do wersji wokalnej (wydanej na płycie „Claro Que Si”). Wydaje mi się, że we wszystkich późniejszych wydaniach mamy już wersję wokalną, albo co gorsza koncertową.
Te klasyczne trójkowe dżingle z lat 1980-1982 to synth pop i nowa fala. Potem gust Niedźwieckiego poszedł raczej w stronę Whitney Houston, mój też ewoluował, ale nostalgię do synth popu z tej epoki zachowałem.
Syntezatory były wtedy analogowymi pudłami z mnóstwem pokręteł i możliwości konfiguracji. Za chwilę staną się standardowymi keyboardami, mogącymi grać piękne dźwięki, ale jednak z góry zaprojektowane przez fabrykę. A za kolejną chwilę, z eksperymentów Morodera wyjdzie zautomatyzowane umcyk-umcyk.
Tymczasem pionierzy elektronicznego popu nie tylko kręcili pokrętłami, ale też łączyli syntezatory z klasycznym instrumentarium, acz często przepuszczonym przez elektroniczne filtry. Dawało to ogromne bogactwo brzmień – echa, wybuchy, przestery, efekty taśmowe. Szybko to wyszło z mody, a w czasach cyfryzacji wszystkiego często jest to już niemożliwe do odtworzenia.
„She’s Got a Gun” brzmi jak muzyka filmowa – do czegoś, co wyświetla nam się w wyobraźni. Wersja z tekstem poszła tym skojarzeniem, dowiadujemy się nawet, że to „czarno biały francuski film z lat 50.”, potem poznajemy fabułę… no i super, ale dla mnie to jak dopowiedzenie dowcipu. Przecież i tak zawsze lepszy będzie film z wyobraźni.
Synthpopu z tamtej epoki świetnie się słuchało samemu w ciemnym pokoju, puszczając wodze wyobraźni. Nadal zresztą jest to miłe, o ile się ma ciemny pokój, analogowy sprzęt (z jego ciepłymi, staroświeckimi, dyskretnymi światełkami) i wyobraźnię. A może po prostu wtedy byłem w Odpowiednim Wieku, a teraz to już tylko Wspomnienia? Czy w ogóle ktoś jeszcze coś takiego robi – słucha muzyki by odpłynąć w marzenia, czy to kolejny fenomen z serii „tylko dla dziadersów”? A Wy Jak Myślicie?

Korekta obywatelska: Niedźwiecki przez c (link to pl.wikipedia.org)
@syntezator
Tu jeden z pierwszych link to blabler.pl
„Czy w ogóle ktoś jeszcze coś takiego robi – słucha muzyki by odpłynąć w marzenia”
Oczywiście, ale używam do tego kupionych płyt CD zripowanych na dysk podłączony via telewizor do porządnego wzmacniacza.
Nie gniewaj się, ale pytałem Młodszych Od Nas.
@wo
„Czy w ogóle ktoś jeszcze coś takiego robi – słucha muzyki by odpłynąć w marzenia, czy to kolejny fenomen z serii „tylko dla dziadersów”?”
Zdarza się, ale rzadko. Za dużo rzeczy „do ogarnięcia” ciśnie się w czaszce, żeby móc sobie tak odpłynąć. Ale częściej wracam do muzyki której słuchałem przed laty, żeby powspominać dawnego siebie.
@”Nie dało się tego nagrać (bo Niedźwiedzki ciągle coś gadał i zagłuszał), a kupienie tego na winylu to w większości było marzenie ściętej głowy.”
Jasne przedmioty ówczesnych marzeń i ciemne przedmioty ówczesnych pożądań dziś walają się w stertach, dostępne łatwo i o każdej porze. A nostalgiczny przemysł jeszcze je podsuwa buldożerami. Jako zombie-nostalgik przypominam sobie dżingiel z motywem z „Children Of Sanchez” Chucka Mangione, czyli z płyty długo arcyniedostępnej. Kiedy w połowie lat 90. w końcu miałem w ręce kompakt, byłem zdumiony, że to taka zwyczajna rzecz: grube pudełko na dwa CD, facet z trąbką na tle gór, i poczułem się jak Indiana Jones, kiedy wybrał właściwy kielich.
@synthpop
W synthpopie Polaki trzymali się mocno. Łosowski w Kombi, Stróżniak w Lombardzie, uciekający z tropiku Biliński, Papa Dance z okresu Wesołowski/Zabrodzki, 2+1 z okresu „Bez limitu” (i „Video” trochę też), Lipko dla Izabeli Trojanowskiej (i dla Urszuli trochę też). Nie byliśmy wtórni, byliśmy zainspirowani. W synthpopowym kontekście utyskiwania Słowackiego „Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą;
Pawiem narodów byłaś i papugą” stają się wizją barwnej i brawurowej przeszłości. Bardzo szanuję tamte błyskotki i papugowanie.
@”Synthpopu z tamtej epoki świetnie się słuchało samemu w ciemnym pokoju, puszczając wodze wyobraźni.”
Jednym z filarów synthpopu (szczególnie tego instrumentalnego) była tzw. muzyka elektroniczna, której jednym z wiodących przedstawicieli był zespół niezwykle ważny w Polsce – Tangerine Dream (wiki: „Po występie w Berlinie Wschodnim w 1980 roku, kiedy Tangerine Dream stali się jednym z pierwszych znaczących zachodnich zespołów, jakie wystąpiły w krajach komunistycznych, zespół zyskał ogromną popularność za żelazną kurtyną. W Polsce wczesnych lat 80. byli jednym z najpopularniejszych zespołów, a ich występ w Warszawie uwieczniony został na dwupłytowym albumie „Poland”. Grupa wyłoniła się z awangardowego kraut-rocka, by z czasem popłynąć w rejony Jean-Michela Jarre’a, ale krautrockowo-medytacyjny pazur zawsze błyskał – w mroku. Wiki: „Najwcześniejsze koncerty Tangerine Dream były z dzisiejszego punktu widzenia dość nudne od strony wizualnej – trzech mężczyzn siedzących godzinami nieruchomo przy olbrzymich szafach z elektroniką pospinaną kablami i mrugającymi gdzieniegdzie światełkami. Niektóre występy odbywały się nawet w zupełnej ciemności!”.
Ja delurkuję na dwie rzeczy, pierwsze primo jako osoba młodsza od wo (aczkolwiek nie gen Z, więc nie taka młoda) moim trybem słuchania muzyki zawsze było „do pasjansa/sudoku/puzzli/whatever”. Coś co zajmie mi bardzo wierzchnią warstwę mózgu.
Drugie primo, z przyczyn… różnych, zaczęłam szukać ostatnio muzyki z gatunku techno i/lub synthwave, skutkiem czego mój algorytm youtube’owy jest dosłownie zasrany filmikami wrzuconymi dwa dni temu, tydzień temu, miesiąc temu, co do których nie wiadomo (ale zawsze jest silne podejrzenie), że są wyplute przez AI. Skutkiem czego pierwszą rzeczą, na którą patrzę, to data wrzucenia czegoś na YT i poniżej 4 lat jestem bardzo podejrzliwa.
Czyli dziękuję za każde polecajki w tym zakresie.
Lurk mode on
Jako 40+ mam podobnie jak kol. RW, czyli chęci są ale czasu brak. Jakimś tam ersatzem jest puszczenie sobie czasem na słuchawkach jakiegoś albumu z tidala w ostatnich momentach świadomości przed zaśnięciem.
Co do Yello natomiast to wstydiliwue przyznam że dopiero niedawno ich odkryłem. Jako dziecko Mtv w głowie miałem taki obraz że to jakiś novelty band od 'The Race’, 'Oh Yeah’ i wydawania odgłosów paszczą, a tu szok że robili takie numery jak ten z notki, czy np. Desire, więc tak, mam parę nowych albumów do odsłuchania przed snem.
@marzenia
50-, retrospektywnie sprawę rozpatrując – to podczas biegania. Jak naładuję zagarek, jak naładuję słuchawki i jak się do biegania zbiorę to umysł wtedy odpływa. Ostatni album Puscifer’a tu ukłon w stronę synth. A co do kawałka z notki (thanks!) to świetny ten gwizd! Jest i „klik” jak w RAM „Giorgio by Moroder” i jakieś odległe skojarzenia z Jarrem.
@Cpt. Havermeyer
„Jako dziecko Mtv w głowie miałem taki obraz że to jakiś novelty band od 'The Race’, 'Oh Yeah’ i wydawania odgłosów paszczą, a tu szok że robili takie numery jak ten z notki”
Zdarzało im się pisać numery dla niebylejakich paszcz. Np. kawałek Yello z Shirley Bassey „Rhythm Divine” to spokojnie mogłaby być jej trzecia piosenka do Bonda (i tak jest liderką, bo śpiewała do dwóch). No i wtedy nastąpiła taka sytuacja, że dzięki nowoczesnemu Yello o szacownej Shirley w 1987 dowiedziała się młodzież.
@ololo
„zaczęłam szukać ostatnio muzyki z gatunku techno i/lub synthwave,”
Definicje są nieprecyzyjne, ale jeśli trzymać się wikipedycznej, że synthwave to nostalgia za starą elektroniką, zwłaszcza soundtrackami – I’m your man. Wszystko co załączę, mam oczywiście na winylu. Polecam się łaskawej pamięci, jeśli Osiągniesz Sukces i będziesz to chciała uświetnić garden party (w swojej nowej willi) wynajmując Dziadka Wojtka jako didżeja!
To też płyta, którą czasami puszczam na samym początku, gdy jeszcze nikt nie tańczy, po prostu żeby publiczność się wczuła w nastrój i wiedziała czego się spodziewać (oczywiście mam maksisingla i wersję extended): link to youtube.com
Ejtisowy soundtrack w wykonania Króla Gatunku, na punkcie którego modnie jest dziś mieć nostalgię – link to youtube.com
53 lata temu Jean Michael Jarre wydał swój pierwszy singiel. Wtedy jeszcze uważano, że piosenka musi mieć wokal, więc go dodano – niepotrzebny, wszystko psuje. Można się tylko Domyślać jakie to byłoby fajne, gdyby Jarre miał wolną rękę. W miarę współczesny (tzn. dla Janka i mnie) zespół Metronomy nagrał retro-cover, czyli przeróbkę utworu z 1973 wykonaną w naszym stuleciu ale tak, jak by to powinno było brzmieć, gdyby Jarre się wcześniej wybił – link to youtube.com
(miłego lurkania, życzę Sukcesu!)
@ergonauta
” Np. kawałek Yello z Shirley Bassey „Rhythm Divine” ”
Zrobiłem koledze maleńką edycję (proszę już przestać pytać slopa).
„trzecia piosenka do Bonda”
Nawet fajny pomysł na tytuł (i zalążek fabuły) – „From Warsaw to Rome”. Oczywiście, goes without saying, #mamtonawinylu.
Yello wyłaniają się corocznie z niebytu przed Bożym Narodzeniem ze swoją wersją „Jingle bells”. Takich świątecznych zombie muzycznych jest zresztą sporo.
@captain
„mam parę nowych albumów do odsłuchania przed snem.”
Nie jestem też przesadnym fanem „Oh Yeah” (i w ogóle tych ich „novelty songs”) i nie mam pojęcia, dlaczego to właśnie one są największymi hitami. Za ludożerką nie nadążysz. W każdym razie, jeśli preferujesz słuchanie ALBUMAMI, to chyba najlepiej się sprawdza „Stella” (jako poukładana całość). Niestety, jest tam „Oh Yeah”, od 40 lat uważam że najsłabszy kawałek na płycie.
… Co do Króla Gatunku to jeszcze muzyka do filmu „Cat People” (jest i Bovie!), film który widziałem pacholęciem będąć pewnego lata w niechoskim kinie, no ale efekty wizualne zupełnie zdominowały wtedy odbiór, więc że tam Giorgio grał wygrzebałem dopiero po latach!
„Cat People” – też mam (ale tylko singla z Bowiem)
@wo
Zacne playlisty, ale mają jeden feler: nie ma nich nic od Johna Carpentera. No choćby „Escape from New York” by się nadał!
@Cpt.Havermeyer
Kompensuję sobie brak czasu na delektowanie się muzyką w samotności puszczaniem jej dziecku co by się młode zwoje mózgowe lepiej zwijały. Głównie klasyczna, ale nikt nie jest za młody na Pink Floyd, nieprawdaż?
Z wiadomej, smutnej, przyczyny zapoznałem się ze studyjnym Kavinskym i „Pulsar” z miejsca wskoczył na listę kawałków życia. Inspiracja jest oczywista (filmy Carpentera), ale marzę o tym, by napisać scenę godną tego podkładu. Tak poza tym druga płyta Kavinsky’ego ma IMO zbyt wiele kawałków z niepotrzebnie dogranym wokalem.
Carpenter Brut dla wielu ziomków pokoleniowych muzyką ilustracyjną, ja nie grałem w „Hotline Miami”, więc dla mnie „Roller Mobster” jest czołówką wyobrażonej ekranizacji „Dawno temu w Warszawie”.
„Games Without Frontiers” Arcade Fire (tak, cover Gabriela) brzmi jak czołówka serialu, który sam chciałbym napisać z wizualiami w stylu nowszych Bondów/Fincherowskiej adaptacji Larssona.
Z rzeczy ejtisowych: „The Trial and The Search” oraz „Candy” Hammera, „Poison Arrows” i „Talk About Your Life” Oldfielda, „Ravishing” Bonnie Tyler (Rest in Power), „Save a Prayer” i „Lonely in Your Nightmare” Duran Duran.
Niech mi będzie wybaczona na koniec odrobina samochwalstwa. Po usłyszeniu lata temu „Trojan Blue” Icehouse’u podjąłem twardą decyzję „muszę to rozpisać”. Po kilkukrotnych zmianach koncepcji powstało opowiadanie, które tytuł wzięło z piosenki, ale by uniknąć spoilerów cytuje „Chauffeura” Duranów. Ten drugi utwór też uało się połączyć z treścią (choćby przez „srebro błękitne”, będące osią intrygi).
@WO
„brzmi jak muzyka filmowa – do czegoś, co wyświetla nam się w wyobraźni.”
Skoro wszedł tu Jarre, to niech wejdzie i Vangelis, też synthpopujący i piszący muzyką filmową lat 80. (słynny był jego temat do „Chariots Of Fire”, który potem niemalże splagiatował Zbigniew Górny w „Karate po polsku”). No i otóż duet Jon and Vangelis (Jon = Jon Anderson, wcześniej wokalista Yes) stworzył soundtrack do nieistniejącego filmu, do filmu dziejącego się w wyobraźni, czyli płytę „The Friends of Mr Cairo”. Był to muzyczny ukłon dla klasycznego kina noir lat 40. (Mr Cairo = Joel Cairo z „Sokoła Maltańskiego”). Słuchając, zamykamy oczy i – oglądamy.
W jakiś dziwmy sposób wpadłem na filmową muzykę Piero Umilianiego z płyty Paesaggi. Filmu nie widziałem. Proszę sobie posłuchać. Zamykam oczy i mam niczym nie poparte wrażenie, że jestem w Toskanii – łagodnie, słonecznie, ale nie gorąco. Za chwile kelner przyniesie kieliszek wina i jakąś smaczną przekąskę:
link to youtube.com
Zdelurkuję się na moment, bo siedzę w syntezatorach i stwierdzenie, że zniknęły i zastąpiły je keyboardy, mija się trochę z rzeczywistością: przeżywają wręcz renesans.
Keyboardy rzeczywiście wyewoluowały z syntezatorów jako instrumenty prostsze i bardziej użytkowe, ale nie zepchnęły swoich przodków do lamusa. Syntezatory analogowe i modularne ciągle się widzi i słyszy, w studiu i na scenie. Co więcej, Korg, Roland czy Behringer masowo wypuszczają wierne reedycje i repliki legendarnych, vintage’owych modeli (np. Minimoog, TB-303, TR-808). Modulary (te z pokrętłami i kablami do łączenia, system Eurorack) też nadal istnieją jako nisza (mówi się, że modular wciąga jak heroina, tylko jest droższy). Można spojrzeć, jaką ścianę modularów ma Martin Gore z Depeche Mode czy Hans Zimmer – ewidentnie coś jest w fizycznym operowaniu kablami patchującymi i kręceniu gałkami w poszukiwaniu właśnie tego „brudnego” analogowego charakteru. Cyfryzacja dała wygodę i cyfrowe wtyczki VST (które też często emulują vintage’owe analogi, jest cała taka seria Arturii, niektóre nieodróżnialne od oryginałów w ślepej próbie), ale analogowe syntezatory nie tylko nie wyszły z mody, co mają się dziś lepiej niż kiedykolwiek.
Ciekawostką jest to, że na różnych tego typu instrumentach coraz częściej jest obecnie napis Made in Poland – producenci bywają ze Szwecji (Elektron), z Francji (Expressive E), a instrument jest robiony w Polsce… i jest też polski np. Polyend, który nawet trochę w nazwie nawiązuje.
@clandestino
Dziękuję, to bardzo dobra wiadomość w sumie!
„zniknęły i zastąpiły je keyboardy, mija się trochę z rzeczywistością” – natomiast zakwestionowane stwierdzenie dotyczy oczywiście końca ejtisów, wynika z kontekstu.
@WO
polichlorek
Logiczno-semantycznie biorąc (współcześnie), jest to osobnik upijający się wielokrotnie.
„wychowanych na Trójce” (tak, wiem, obciach […])
Czy chodzi o to, że muzyka w programie II PR była dla hardkoroniszowców?
> Nie dało się tego nagrać (bo Niedźwiecki ciągle coś gadał i zagłuszał).
Może mam coś z pamięcią nie teges, ale namiętnie nagrywałem na Kasprzaku kawałki z LP3 – z palcem zawieszonym na pauzie przy wciśniętym już PLAY i REC.
Nie wiem co się podziało po 94, po ustawie antypirackiej, ale w 80’s na trójce i chyba czwórce leciały nawet pełne albumy, bez żadnej wstawki/gadki pośrodku, za to z pięknymi opisami przed.
Całe kawałki dało się też z audycji Beksy nagrywać – choć wtedy jego selekcja mnie mierziła.
Z nadgadywaniem pod koniec 80’s to MTV miała problem (znaczy ja), takoż teledyski na VHS mam czasem z Ray’em Cokesem.
Na czwórce w rozgłośni harcerskiej leciały programy i gry na Atari.
PS
Nie wiem, czy to synth, ale polskie elektro to też Komendarek.
@inuita
WO chodziło o utwór Yello, na którym Marek Niedźwiecki zwykle podsumowywał utwory z np. z 4. dziesiątki listy przebojów, które nie zmieściły się do notowania.
@inuita
„Może mam coś z pamięcią nie teges, ale namiętnie nagrywałem na Kasprzaku kawałki z LP3”
Ja też, ale nigdy pan nie miał w tym formacie tego kawałka, prawda? There’s a reason.
Mi się o tyle pofarciło, że CZASAMI po puszczeniu longpleja, dawali też b-tracki z singli. Rzadko, nie wszyscy. Udało mi się więc nagrać TO! (ale tego co szanowny pan zamawiał to nie mamy). Przy czym do dziś nie mam tego na winylu (gdyby ktoś szukał pomysłu na prezent dla mnie…) link to youtube.com
Jak ja zacząłem słuchać muzyki, to jest tak intymne, że wcale nie chcę pisać, a wy nie chcecie czytać; dotyczy to jednakowo muzyki każdego rodzaju. Serio. No ale tak, jak już zacząłem słuchać, to słuchałem, a przez to została mi do tej pory skłonność do Yes, Budgie, Rush. I się nie wstydzę, i zarażam tym młodzież młodszą o 40+ lat
> Ja też, ale nigdy pan nie miał w tym formacie tego kawałka, prawda?
Prawda i absolutnie nie będę się sprzeczał co do konktretnego utworu.
Przykładowy Thriller Jacksona poleciał u Niećwieckiego w pełnym wydaniu.
—
Post vocem, nie mam tu nic do gadania i szarogęszenia, ale zastanawia mnie powrót formy per pan.
Razem (nomen omen) z Panem siedzieliśmy na jusnecie i tam się nie panowało wedle netykiekty, choć zupełnie fizycznie się nie znało.
Bez uzurpowania i „tykania”, nie rozumiem.
Kontrreformacja form zwracania się w sieci nastąpiła?
—
Z niezmiennym uszanowaniem,
Inuita
A to masz na winylu? link to youtube.com
Świetny kawałek, choć nie ukrywam że znałem go oczywiście przez długie lata tylko z 90sowego covera, oryginał podrzucił mi dopiero kiedyś spotifaj.
Pierwsze lata synthpopu to jest świetna muzyka, pewnie najlepsze co wypłynęło na postpunkowej fali. Tylko żeby ją docenić trzeba mieć warunki by jej spokojnie posłuchać – a ja takie warunki mam po raz chyba pierwszy w życiu dopiero niedawno (bieganie + inwestycja w drogie słuchawki).
Słuchanie muzyki w skupieniu i izolacji w ciemnym pokoju umrze prawdopodobnie z generacją X. Niekonieczne jest zresztą od niej dużo starsze.
Odświeżyłem sobie ostatnio „Solaris”. Lem podobno nie jest tu nigdy off-topic. Centrum Stacji zajmuje biblioteka, z tymi oprawionymi w skórę grimuarami – jasne, że w odległej przyszłości ludzkość będzie transportować skóry martwych zwierząt na obce układy. Mają tam też wino – Snaut go nadużywa.
Ale uderzyło mnie, że Kelvin ani nikt inny niczego nie słucha. Biblioteka na Solaris wydaje się nie mieć działu z winylami ani taśmami szpulowymi. Tak samo, Pirx nigdy nie nastawia gramofonu w czasie długich wacht. Ta część ludzkiego doświadczenia dla Lema nie istniała.
Dla odmiany, w „Marsjaninie”, napisanym i sfilmowanym już 21 wieku muzyka jest istotną częścią fabuły. Bohater non stop komentuje czego słucha i jakie to kiepskie.
@amatill
Inteligencja pokolenia moich dziadków słuchała muzyki robiąc inne rzeczy, gotując albo pisząc artykuly. W skupieniu to siedzieli na koncertach.
@prezent dla WO
Czuję się tu od lat jak u dobrego znajomego więc skoro @WO sugeruje, żeby mu zrobić prezent z tego:
link to youtube.com
to ja bardzo chętnie mogę zorganizować zbiórkę na prezent i zakupić.
Problem polega na tym, że discogs wypluwa 71 wyników wyszukiwania:
link to discogs.com
Proszę szanownego „solenizanta” o wskazanie właściwego wydania i nośnika na Discogs, który jest do kupienia. Zorganizuję zbiórkę (wśród komentujących Blog WO) na patronajcie czy innym takim. Wszystko co wpadnie powyżej kwoty zakupu i dostawy zobowiązuję się przesłać na dowolny, szczytny cel związany z obroną Ukrainy. Najchętniej na leczenie a nie na zakup sprzętu.
Zacznijmy od zgody @WO i linku do odpowiedniej płyty. Może być?
@Lem i muzyka
Wydaje mi się, że Lem nie był specjalnym fanem muzyki. OIDP nawiązań do muzyki w jego powieściach i opowiadaniach jest bardzo niewiele.
@fieloryb
„Proszę szanownego „solenizanta” o wskazanie właściwego wydania i nośnika na Discogs, który jest do kupienia”
Przepraszam, to był niesmaczny dowcip. Proszę absolutnie tego nie robić.
@amatil
„Ale uderzyło mnie, że Kelvin ani nikt inny niczego nie słucha.”
Przy Lemie wybuchł pocisk artyleryjski, całe powojenne życie zmagał się z częściowym, potem pełnym ubytkiem słuchu. Obawiam się, że opowiadanie o Ijonie Tichym w olfaktorium miejskim oddaje to, jak Lem czuł się gdy go zaciągnięto na jakiś koncert.
@embercadero
„A to masz na winylu? link to youtube.com”
No masz! W dwóch wersjach, siedmiocalowej (zwykły singiel) i dwunastocalowej (extended).
„Chase” Morodera genialnie zagrał ten pan: link to youtu.be
@Lem i muzyka
W „Obłoku Magellana” bohater zachwyca się koncertem IX symfonii Beethovena, granym na tradycyjnych instrumentach na pokładzie Gei.
W „Edenie” nagle słyszą „powolne takty melodii, którą wszyscy znali”
„Przyjaciel”, czyli komputer dążący do władzy nad światem potrzebował do czegoś nagrania adagio, opus ósme Dahlen-Gorskiego.
Co jeszcze? „nieliniowiec” z „Rozprawy” podobno docenia muzykę.
Nadczłowiek ^janekr jak zwykle wyciąga to wszystko z własnych neuronów. Bardzo fajny nadczłowiek, a czasem przeraża.
Co Ty, mam tablet z całą biblioteką pod ręką.
BTW Kompozytor Dahlen-Gorski nie istniał, ale jego adagio opus ósme istnieje i można je kupić.
@Gammon No.82
„Budgie”
Jesteś braćmi w tej zgrozie. Bo przecież Budgie = symbol żenady and topornego hardrocka dla wąsatych wujów (nigdzie na świecie nie byli tak kochani jak w Polsce, może przez tą toporność).
Ale przecież byli jedną z ważnych inspiracji dla Metaliki, no i oprócz hardrockowej młócki mieli takie wspaniałe kawałki jak „Parents” (z zaskakująco refleksyjnym tekstem o rodzicielstwie i jego dylematach) czy „Young Is A World” (trochę o tym, o czym tu gadamy: że kiedyś świat wydawał się młodszy, a może to my byliśmy młodsi?, a może zakochani?).
@Lem i muzyka
Za to jak mu Tarkowski przełożył Bachem, to porządnie.
Syntezatorowo (!) przetworzony preludium „Ich ruf’ zu dir, Herr Jesu Christ” to jest jeden z głównych filarów, na których Tarkowski oparł swoją antylemowską herezję. Edward Artemiew poddał oryginalne brzmienie organów syntezatorowej ezoteryce, robiąc to i odważnie, i uniwersalnie (coś jak ubranie kosmonauty Krisa Kelwina w skórzaną kurtkę kosmicznego Jamesa Deana czy innego Cybulskiego). Kurczę, pisałem o tym w mojej pracy mgr (precz, nostalgio!).
@autokorekta
Kelvina, rzecz jasna. Bez przesady z tym polskim patriotyzmem.
@ergonauta
Jesteś braćmi w tej zgrozie. Bo przecież Budgie = symbol żenady and topornego hardrocka dla wąsatych wujów (nigdzie na świecie nie byli tak kochani jak w Polsce, może przez tą toporność).
Ja zupełnie tej toporności nie czuję (toporność, ale na tle czego?); poza tym (jak głosi dawna plotka) byli kochani w Polsce, Walii i Holandii, jakoby nigdzie indziej. Nie wiem, jak można sprawdzić empirycznie taką plotkę, ani co przyjąć za miarę bycia kochanym.
Co do toporności, może jej nie czuję, gdy zaczynam słuchać Cepów (Led Zeppelin), Zauberfleta (wiadomo kogo), [the] Exploited on Stage (bardzo piękna płyta), BWV 1001–1006 (wiadomo kogo), za każdym razem mam inne nastawienie co do subtelności / toporności. Technicznie: nie mam żadnego przygotowania do słuchania muzyki. Słucham „as is”.
@janekr
Co Ty, mam tablet z całą biblioteką (…)
Ale w ogóle wiesz, czego tam szukać; gdyby ci zamontować w jamę brzuszną, czy gdziekolwiek, odpowiednie bazy danych, byłbyś o wiele rzędów wielkości powyżej LLMów i powyżej prostych homosapiensów.
@Gammon
Co do toporności, może jej nie czuję, gdy zaczynam słuchać Cepów
No właśnie Budgie w porównaniu z Cepami byli toporni. Wokal nie ta swoboda, co u Planta, zamiast stu gitarowych patentów Page’a, tylko kilka schematów, no i skala inspiracji muzyczno-mitologicznych zupełnie inna.
A co przyjąć za miarę kochaności? Ja testuję u różnych moich wujków-kuzynów wychowanych na hardrocku, no i Budgie to podstawa, jeden ze składników emocjonalnej bazy, filar poczucia smaku. No i występ w Dolinie Charlotty też się liczy, na arcydziaderskim Festiwalu Legend Rocka.
@ergonauta
No właśnie Budgie w porównaniu z Cepami byli toporni. Wokal (…) zamiast stu gitarowych patentów (…) tylko kilka schematów, no i skala inspiracji (…)
Tak, do pewnego stopnia absolutnie tak, ale ;po co ich zestawiać? Poza tym mnie się, czysto subiektywnie, Budgie podoba jako inny stylistycznie zestaw dźwięków, wywołujący inne wzruszenia, niż LZ.
A co przyjąć za miarę kochaności? Ja testuję u różnych moich wujków-kuzynów wychowanych na hardrocku, no i Budgie to podstawa, jeden ze składników emocjonalnej bazy, filar poczucia smaku. No i występ w Dolinie Charlotty też się liczy, na arcydziaderskim Festiwalu Legend Rocka.
U mnie w rodzinie jakoś nie ma czujników do takiego testowania. No ale znam bardzo blisko człeka w moim wieku (prawie-przyjaciel), który słucha Budgie bez nadawania im statusu „bazy”, „filaru”, czegokolwiek w tym duchu. Z kolei jak czasem testuję Budgie na bardzo młodej młodzieży, a skądinąd wiem, że młodzież zna LZ, to oni zwyczajnie, słuchają Budgie „as is”.
@Gammon
„ale po co ich zestawiać?”
Nie mam pojęcia, po co. Czasem się czyta kryminał Chandlera, potem się czyta kryminał Mroza i jakoś tak odruchowo się ich zestawia. Bez pobudek moralnych, żeby książki jednego dać do kanonu lektur, a książki drugiego spalić.
„słucha Budgie bez nadawania im statusu „bazy””
Teraz tak się słucha. Już tylko uchem, nie brzuchem. Lecz kiedy wzdycham, podobnie jak gospodarz, że jestem wśród „wychowanych na Trójce” to słowo „wychowanie” nie zatraca złowrogiego wydźwięku pedagogicznego; jakieś trenerstwo emocjonalne, estetyczny kouczcing jednak w tej Trójce się odbywały.
„jak czasem testuję Budgie na bardzo młodej młodzieży”
Bądź wierny tej misji, tej hardrockowej ewangelizacji, albowiem słuszne jest i wspaniałe to „as is”. Ja z kolei współorganizuję (w ramach lokalnej instytucji kultury i dotowany z budżetu RP) lokalny klub muzycznych nostalgików, gdzie didżejem od analogów i cedeków jest koleżka 70+, wychowany jeszcze na Radiu Luxembourg.
@ergonauta
„No i występ w Dolinie Charlotty też się liczy, na arcydziaderskim Festiwalu Legend Rocka.”
Każdy festiwal rockowy jest teraz choćby po części dziaderski (po obu stronach sceny). Jak byłem w Oslo na Tons of Rock bo przyjechało Iron Maiden, to połowa ludzi w kolejce do wejścia była starsza ode mnie. A druga połowa to młodzież.
@rw
„przyjechało Iron Maiden”
Iron Maiden to prawie jakby Jan Sebastian Bach przyjechał i zagrał na swoim Hammondzie. Może za bardzo lubię Ironów, żeby się wyzłośliwiać, ale dla mnie szczyty dziaderstwa osiągają wielbiciele Guns N’ Roses i Metaliki. Owszem, oba zespoły nie są tu bez winy, jak się nagrywa wydrążone buły w rodzaju „Nothing Else Matters”, to trudno liczyć na coś więcej. Na szczęście jest też apokryf, że umarli młodo – na „Kill 'Em All”, i można wstąpić do tej sekty. A tak w ogóle to precz z festiwalami i precz z wielkostadionowością; kto gromadzi więcej niż 200 ludzi na koncercie, tego ja nie oglądam, ewentualnie mogę go sobie posłuchać kameralnie w domu.
@ergonauta
„A tak w ogóle to precz z festiwalami i precz z wielkostadionowością”
Świetnie się bawiłem teraz na Narodowym, bo cały program mieli ułożony pod nostalgicznych dziadersów, więc leciały kawałki z wczesnych płyt, czyli właśnie Ery Mojej Nostalgii. No i koncert Ironów jednak wymaga tych wielkich dekoracji, ze szczególnym uwzględnieniem Eddiego.
@WO
„No i koncert Ironów jednak wymaga tych wielkich dekoracji, ze szczególnym uwzględnieniem Eddiego.”
Jasne, toteż pewnie nie kupiłbym biletu, ale z ciężkim sercem i potem żałując. Jednak jako nostalgiczny dziaders wolę się melancholizować w formacie gramofonowo-klubowym. Na naszą imprezę przychodzi maks 40 osób i tak jest dobrze. A leci wszystko „as is” od Piotra Szczepanika po Roberta Frippa, zawsze z nośnika: LP, CD lub MC, bo jednak przekaźnik to przekaz.
@ergonauta
ech; no ech
@ergonauta
„Na naszą imprezę”
O ile to nie jest sekret… to co to za impreza właściwie?
Metallikę tłumaczy nieco PTSD po śmierci Cliffa, chłopaki doszli do wniosku że na tym koniec jeżdżenia autobusem z koncertu na koncert i że czas zarobić pieniądze. Spięli się, zarobili i od 30 ponad lat odcinają od tego kupony. Do Maidenów nie ma startu – oni IMHO najlepsze płyty mieli właśnie na starość, w XXI wieku. Znaczy – moim zdaniem lepsze, a co najmniej nie gorsze.
Z tego samego podwórka: dałem się wziąć dla towarzystwa w zeszłym roku na Helloween w Spodku. Bardzo przyjemnie weszło, choć akurat oni mogliby się ograniczyć wyłącznie do kawałków z lat 80tych bo wszystko co nowsze to często przynudzali .
Ja ze stadionowych najlepiej wspominam Green Day (byłem 3 razy) ale to oczywiście indywidualne zboczenie. Panowie umieją zrobić show.
BTW: był ktoś na SOAD w W-wie? Ja się wahałem i w końcu stwierdziłem że nie chce mi się.
@wo
„No i koncert Ironów jednak wymaga tych wielkich dekoracji”
Czy to nie była aby ta trasa jubileuszowa w której do każdego kawałka mieli specjalnie zrobiony film animowany który leciał w tle sceny na zajebiście wielkim ekranie? Jeśli tak to to robiło duże wrażenie nawet z jutuba.
@embarcadero
Byłem na ich dwóch koncertach, w 2016 i tym roku. Oba były świetnym show. W 2016 roku w Londynie Bruce Dickinson na scenie nawoływał za Brexitem.
@WO
„co to za impreza właściwie?”
Muzyczne spotkania raz w miesiącu, w ramach cyklu o roboczym tytule „Spotkania z winylem” (ten tytuł od razu był mylący, bo leciały LP i CD po równo), który początkowo bazował na garstce znajomych i na bardzo skromnym honorarium dla prowadzącego, pozyskanego po znajomości i trochę w ramach wsparcia go (bo wróciwszy po paroletniej pracy w Niemczech był trochę w dołku, finansowym i psychicznym). Didżejujący M. to rocznik 1952, jest długoletnim płytowym kolekcjonerem, pierwsze longplaye dostał jako nastolatek od cioci Zosi, która mieszkała bodaj w Chicago, ale w latach 70. miał też epizod w lokalnym zespole rockowym z Ciechanowa, a studiując w Studium Kulturalno-Oświatowym w Ciechanowie, miał za kumpla Marka Piekarczyka z późniejszego TSA). Po roku czy dwóch dobra wieść się rozeszła, audytorium nam się potroiło, więc moja instytucja kultury wyłożyła więcej kasy, pojawił się lepszy gramofon (aczkolwiek cała reszta to po prostu średnia wieża Sony, dość leciwa, no ale sprzęty z lat 90. są niesamowicie żywotne), honorarium dla M. zrobiło się rzetelniejsze, moja koleżanka z pracy Beata robi rewelacyjne eksperymentalne herbaty, sączone potem w trakcie, M. przygotowuje ciekawe opowieści o prezentowanych płytach czy wykonawcach, każde spotkanie ma jakiś tytuł/ideę/motyw_wiodący, zaś audytorium jest na tyle oddane, że jest w stanie znieść nawet 25-minutową progresywną suitę Procol Harum. Średnia wieku dość wysoka, 50+, bo to głównie nostalgicy, młodsi też zaglądają, ale nie regularnie co miesiąc. Muzyka też raczej retro, płyty wydane po 2000 to jakieś 10%.
Ciechanów, oidp jedno z najwcześniejszych miast w tych stronach, znacznie starsze od Warszawy.
@muzyka polska (jeśli @WO pozwoli)
Wydaje mi się, że większość piszących deklaruje się jako miłośnicy muzyki z młodości. Mam rację? Jeśli nie to dajcie znać, kto was porusza z młodszych twórców. Pora jest poniekąd świąteczna, więc moja prośba dotyczy muzyki polskiej. Moje typy z młodziaków to Ania Dąbrowska, Jacek „Budyń” Szymkiewicz (Pogodno) a ostatnio Błażej Król (całkiem, całkiem płyta z Katarzyną Nosowską). I jeszcze wyciszona Daria ze Śląska.
@fieloryb
„Jacek „Budyń” Szymkiewicz”
Był to wielki artysta, którego też podziwiałem, ale to trochę dziwne mówić o nim jako o młodszym twórcy.
@Jacek „Budyń” Szymkiewicz
Przykro i smutno, że nie ma go wśród nas. Zadziwiające, że mimo talentu nie zdobył powszechnego uznania. Młodszy, bo kalendarzowo i stylistycznie pojawił się później niż duet Yello.
„Czy w ogóle ktoś jeszcze coś takiego robi – słucha muzyki by odpłynąć w marzenia, czy to kolejny fenomen z serii „tylko dla dziadersów”?”
Jestem w wieku środkowego syna Gospodarza i owszem, robię coś takiego. Przy czym może dodam, że mam diagnozę na sześć liter, pierwsza A, więc jestem niereprezentatywny dla swojej kohorty wiekowej.
>Czy w ogóle ktoś jeszcze coś takiego robi – słucha muzyki by odpłynąć w marzenia, czy to kolejny fenomen z serii „tylko dla dziadersów”?
Jak średnio już młody milenista , który niedawno, pod dłuższej przerwie, był na bardzo fajnym festiwalu muzycznym, chciałbym powiedzieć, że robi tak bardzo dużo młodszych i średnio młodszych ludzi, na przeróżnych festiwalach, klubach, jak również w czeluściach własnego domu wspomagając się wszelkiej maści legalnymi lub nie do końca legalnymi używkami, które pozwalają odpłynąć jeszcze bardziej. Tylko obecnie słuchają zwyczaj trochę innej i szybszej muzyki niż synthpop. Ale każda nisza w muzyce, szczególnie elektronicznej, ma swój festiwal więc może są też festiwale z syntpopem. Całe lato w Europie jest usłane fajnymi festiwalami muzycznymi położonymi w bardzo ładnych miejscach, których nie było jeszcze kilkanaście lat temu.
„trochę innej i szybszej muzyki niż synthpop”
nawet w taki upał?
Legenda głosi, że ska zmieniło się, kiedy pewnego upalnego lata (moje źródło podaje rok 1966) słuchacze nie nadążali z tańcem a muzycy z utrzymaniem tempa i powstało rocksteady, które dalej ewoluowało w reggae.
Istnieje pojęcie chemseks, ciekawe, że nie powstało pojęcie łączące używanie substancji psychozmieniających i muzyki jednocześnie.
Muzyka to najlepszy drug. Minister zdrowia ostrzega.
@fieloryb
>Istnieje pojęcie chemseks, ciekawe, że nie powstało pojęcie łączące używanie substancji psychozmieniających i muzyki jednocześnie
Ja uważam, że większość współczesnej muzyki gdzieś tak pewnie od początku 20 wieku i bluesa, powstało głównie dzięki przeróżnym używkom.
>powstało rocksteady, które dalej ewoluowało w reggae.
a potem pojawiły się inne używki i maszyny perkusyjne i reggae ewaluowało w dance hall/reggaeton, a potem w jungle, a potem w drum & bass
>nawet w taki upał?
Są różne festiwale i różne regulacje i licencje, niektóre odbywają się w dzień, inne w nocy, jeszcze inne trwają cały czas przez kilka dni no-stop i upał zdecydowanie nie pomaga. Ten na którym byłem miał w miarę znośną pogodę, niestety z tego co czytałem, inne w Europie miał mniej szczęścia. Niektóre zostały nawet przerwane, na niektórych niestety doszło do śmiertelnych wypadków bo albo ktoś popełnił samobójstwo albo przesadził z używkami, co w połączeniu z upałem i zmęczeniem skończyło się tragicznie.
@wo
>Tymczasem pionierzy elektronicznego popu nie tylko kręcili pokrętłami, ale też łączyli syntezatory z klasycznym instrumentarium, acz często przepuszczonym przez elektroniczne filtry. Dawało to ogromne bogactwo brzmień – echa, wybuchy, przestery, efekty taśmowe. Szybko to wyszło z mody, a w czasach cyfryzacji wszystkiego często jest to już niemożliwe do odtworzenia.
To dalej jest relatywnie modne w szybszej muzyce elektronicznej i jest dość dużo występów producentów/artystów grających tak zwany live i używających syntezatorów, maszyn perkusyjnych i sekwencerów.
@fieloryb
„kto was porusza z młodszych twórców”
Mnie poruszała Marcela Rybska (rocznikowo okolice mojej córki, więc eo ipso i nolens volens młodsza) z zespołem SALK, ale niestety chyba zaprzestali poruszania.
@Jacek „Budyń” Szymkiewicz
@”dziwne mówić o nim jako o młodszym twórcy”
Czy i od kogo był „młodszy”, to zależy od skali. Na pewno „Budyń” był młodszy niż Stare Dobre Małżeństwo i na tym tle dokonał jednego ze swych epokowych czynów: w duecie z „Bajzlem” (czyli jako Babu Król) zdjął długoletni zły czar rzucony przez SDM na Edwarda Stachurę.
Inny przypadek względnej „młodszości” rozkminiałem wczoraj wieczorem, bo koło 22.00 na TVP Kultura leciał fortepianistyczny występ Marcina Maseckiego (stary koń, rocznik 1982) grającego utwory Henryka Warsa. Bardzo „młode” to były wersje, a przy okazji młodością oberwało się Warsowi. Przy otrzepaniu kurzu z „Miłość ci wszystko wybaczy” miałem ochotę się popłakać, bo „stare” wzruszenia połączyły siły z „młodymi” i wespół w zespoł, wespół w zespół…
Pamiętam, że tak samo bliski płaczu byłem na koncercie Budynia i Bajzla w 2012 w Wałbrzychu, cała sala tańczyła do Stachury, a ja stanąłem w kącie ze łzami w oczach. Potem, bodaj w 2018, poznaliśmy sie z Budyniem osobiście i opowiedziałem mu o tym incydencie, ale się wykręcił od bycia wielkim artystą (w tonacji „ja jestem facet, co w saksofon dmie, taką mam pracę, nie najlżejszą, nie”), zwalając wszystko na Stachurę.
@Jacek „Budyń” Szymkiewicz
Mnie zachwycił albumem solowym (jest na y/t). O dziwo były to rzeczy odrzucone przez zespół Pogodno. Wobec tego ciekawy jestem co zostało u niego w szufladzie (nie mówiąc o tym co miał w śmietniku ;-)).
A tutaj piosenka zespołu monofon
link to youtube.com
@fieloryb
„ciekawy jestem co zostało u niego w szufladzie”
Opublikowano książkę z wierszami, nad którą wiosną 2022 pracował z redaktorką. Ona pisze we wstępie, że poszły wersje z etapu prac, na jakim byli. Blurb Lecha Janerki też został napisany, kiedy jeszcze sprawy zmierzały w dobrą stronę. W środku sporo tekstów takich sobie, ale kilka rewelacyjnych.
Mówisz, że „nie zdobył powszechnego uznania”, a ja myślę, że właśnie zdobył; zresztą, nie ma lepszego uznania niż takie (precz, stadiony!):
link to youtube.com
Ta rozmowa zmierza w kierunku potrzeby zorganizowania jakiejś Budyniady!
@Budyńiada
Na corocznym Ińskim Lecie Filmowym (filmy, koncerty, spotkania) odbywają się urodziny Jacka Szymkiewicza.
link to ilf.org.pl
Pozwolę sobie na małą promocję bo to zacna, nieduża impreza w ładnych okolicznościach przyrody. Małe, turystyczne miasteczko w zachodniopomorskim, leżące nad jeziorem z bazą turystyczną (noclegi, wieża widokowa, możliwość nurkowania w jeziorze), kinem, trasami spacerowymi, plażą. Można zjeść na miejscu i kupić ryby z Gospodarstwa Rybnego.
Jeśli kogoś zmęczy obecność innych, to bardzo łatwo znaleźć kilkanaście kilometrów dalej mniej uczęszczane plaże. Jeśli ktoś lubi jeździć w urlop to nad morze jest około półtorej godziny drogi. Bywam tam co roku w wakacje na obiadach.
„Pozwolę sobie na małą promocję”
Ukłon serdecznej aprobaty!
Właśnie pierwszy raz dowiedziałem się o człowieku <3
@Ińskie Lato Filmowe z urodzinami Budynia
Można się wirtualnie przespacerować po ińskim google maps:
link to maps.app.goo.gl
i zapisać sobie w terminarzu dorzucając do propozycji urlopowych w przyszłym roku. Zwykle impreza jest corocznie w sierpniu, zdaje się, że w drugi tydzień.
Przyznam, że nigdy nie byłem na urodzinach Jacka Szymkiewicza, więc nie wiem jakie prezentują gatunki i poziom wykonawczy, ale zdarzył się np. koncert Jacka Kleyffa oraz fajne filmy.
@fieloryb
Kuszące czy nie, dzięki za szczerość, (…no bo może nikt jeszcze nie wie).
@fieloryb
„Pozwolę sobie na małą promocję bo to zacna, nieduża impreza”
Czyli w sam raz dla mnie. Dzięki! W przyszłum roku – jadę!
„nie byłem na urodzinach Jacka Szymkiewicza, więc nie wiem jakie prezentują gatunki i poziom wykonawczy, ale zdarzył się np. koncert Jacka Kleyffa”
Na urodziny Budynia w sam raz byłby Czarny Kisiel, nostalgiczny cover-band, trącający struny melancholii od Krawczyka po Brygadę Kryzys.
link to youtube.com
@ergonauta
„Dzięki! W przyszłym roku – jadę [do Ińska]!”
Trzeba czyhać na karnety i bilety na projekcje filmowe na https://ilf.org.pl, bo rozchodzą się szybciutko. Kino jest nieduże. Mniejsze widziałem tylko w 3mieście. Obok kina i sceny jest mikro-kawiarenka i restauracja. Przez miasteczko, które rozłożyło się nad jeziorem biegnie krótka traska rowerowa na końcu której są domki letniskowe do zamieszkania. Widziałem grupy rowerowe w drodze, więc kierowcy aut są życzliwi (a drogi ładne, choć górzyste). Weź ze sobą śpiwór, bo sierpień nad jeziorem może być chłodny, nawet w upalne dni. Dostępne są kajaki i rowery wodne.
Dla zmotoryzowanych – niedaleko jest Pojezierze Drawskie z mocno pagórkowatym krajobrazem. Tutaj mogę polecić bardzo obleganą restaurację Ryby Lubie (nad jeziorem Lubie). No i oczywiście święta miast. Ostatnio np: Teatr Ósmego Dnia występował w Złocieńcu (trzeba googlać).
To jest teren dla samotników chyba. Kilka agroturystyk zagubionych w naturze, lasy i jeziora. Takie Mazury light.
@fieloryb
Zerknąłem po twoim linku, co w tym roku w Ińsku, jako że dziś ostatni dzień festiwalu (cóż za paranormalna zbieżność z wątkiem), no i dwa dni temu leciał „Głos Pana” Pálfiego, więc zapewne od Szczecina po Kraków zareagowały sejsmografy, bo Lem się w grobie przewracał.
” Lem się w grobie przewracał.”
Część filmu jest fajna – oczywiście, głównie to co pochodzi od Lema. Poza tym fajny jest ogólny pomysł, że po latach potomek Rappaporta usiłuje ustalić, co się właściwie stało. Natomiast niestety oczywiście wszystko co ponad to, radosna twórczość twórcy, to już coś okropnego.
@ergonauta
„cóż za paranormalna zbieżność z wątkiem”
Synchroniczność jak zwykle zadziwiająca. Mistrz Lem mówił wprost o przypadku.
@Tarkowski
A co on zrobił z „Piknikiem na skraju drogi”? Trzech żuli złomiarzy szwenda się po opuszczonej fabryce i brodzi w pseudofilozoficznym ścieku. Emanacja rosyjskiej duszy?
@mgr_Sianko
A co on zrobił z „Piknikiem na skraju drogi”? Trzech żuli złomiarzy szwenda się po opuszczonej fabryce i brodzi w pseudofilozoficznym ścieku. Emanacja rosyjskiej duszy?
Piknik jako literatura jest kameralny i, zasadniczo, ekranizacja wzięta na serio, może tak to powinna oddawać (można jednak robić ekranizacje mniej na serio, ze zwiększoną liczbą apostołów, kangurów, Czarciego Puddingu i innych itemów).
Tylko żeby nie było, że jestem [psycho]fanem Tarkowskiego, bo nie jestem.
@mgr
” Emanacja rosyjskiej duszy?”
Odstawiam ostatnio samozwańczego znawcę tejże, więc w skrócie – tak. Kluczowe do zrozumienia rosyjskiej duszy jest uświadomienie sobie, że oni nie wierzą w przyczynowość. Bohaterowie uogólnionego Tołstojewskiego (ale także ich współczesnych autorów) poruszają się na oślep, od zbiegu okoliczności do zbiegu okoliczności. Nie próbują wpływać na bieg wydarzeń bo wierzą/wiedzą że to niemożliwe, zwłaszcza w Rosji. Strugaccy się tego na ogół trzymali, Tarkowski również. Bohaterowie oczywiście czasem są żulami, czasem hrabiami, czasem za sprawą wyroku losu raz tymi, raz tamtymi.
Swoją drogą w 2017 miała powstać amerykańska serialowa wersja „Pikniku na skraju drogi”, ale skończyło się na niewyemitowanym pilocie, publicznie pokazano jedynie trailer tegoż:
link to youtube.com
@wo
Nie próbują wpływać na bieg wydarzeń bo wierzą/wiedzą że to niemożliwe, zwłaszcza w Rosji.
Jeszcze za japońskiej wojny Aleksiej Nowikow (ten od „Cuszimy”), czy Wikientij Wieriesajew (też jest tłumaczony na nasze), ewidentnie wierzyli, że zmiana w Rosji jest możliwa. W sumie to nawet „Samotny biały żagiel” opiera się na takim założeniu. Wszystko dotyczy oczywiście czasów przedrewolucyjnych.
@Gammon No.82
„Wszystko dotyczy oczywiście czasów przedrewolucyjnych.”
Wierzący w możliwość zmiany nadal się zdarzają – wspominany przeze mnie parokrotnie ekonomista Władimir Miłow zrobił kilka długich filmików na youtubie, w których dowodził że rosyjski zamordyzm był zawleczony z zagranicy, zwłaszcza z Niemiec. Na przykład przez Niemkę Katarzynę Wielką albo niemieckiego agenta o pseudonimie „Lenin” (miał więcej przykładów, ale inne już zapomniałem). No i on wierzy, że naród rosyjski jest w głębi duszy demokratyczny, trzeba tylko dać mu szansę.
Ale na tematy ekonomiczne mówi z sensem.
@mgr_Sianko
„A co on zrobił z „Piknikiem na skraju drogi”?”
Bardzo dobrze wspominam ten film. Poszedłem na niego do jakiegoś kina studyjnego przemęczony i niedospany. Zdrzemnąłem się jakieś dwadzieścia minut po początku, obudziłem tuż przed końcem i nie miałem poczucia, że coś mnie ominęło.
Ja z drugiej strony dziecięciem będąc pamiętam że na Jedynce bardzo późno słuchałem Muzyka Świata aka. World Music i to było dla mnie czymś zupełne innym od wszystkiego co słuchałem do tej pory.
Dodatkowo po 8-bitowcach zostało mi zamiłowanie do chiptunes, ten SID z C64, mod trackery z Amigi przy wszystkich swoich ograniczeniach jednak miały swój czar i do tej pory jestem tego fanem.
@cmos
„albo niemieckiego agenta o pseudonimie „Lenin” (miał więcej przykładów, ale inne już zapomniałem).”
Ciekawe jaki wpływ jego zdaniem na rosyjski zamordyzm miał niejaki Iwan, pseudonim Groźny?
@”Trzech żuli złomiarzy szwenda się po opuszczonej fabryce i brodzi w pseudofilozoficznym ścieku.”
Pomysł Strugackich – połączenie elementów kultu Cargo, prakosmitów von Dänikena i złomiarskiej wersji astromistyki – to było uderzenie wyprzedzające wymierzone w Spielberga et consortes. Dlatego „Stalker” Tarkowskiego jest dobry jako „kino nieprzygody”, anty_Indiana_Jones. Szkoda tylko, że ci Indiana Żule tyle filozofują, jakby łazili milcząc, byłoby gites. Widziałem dokument o ogromnych sumach żyjących w skażonej radioaktywnie Prypeci i o wędkarzach, którzy się na nie zasadzają, bez potrzeby mistycznej gadki siedzą godzinami w łódce otoczeni postapokaliptycznym surowym pięknem – szkoda że Tarkowski tak tego nie nakręcił.
@ergonauta
„Szkoda tylko, że ci Indiana Żule tyle filozofują, jakby łazili milcząc, byłoby gites.”
Ja nie mówię że film dobry, ja mówię że owszem, kwintesencja rosyjskiej duszy.
@Wo
A ja tam uznaję, że film dobry. Przegadany, przemędrkowany, ale poza tym daje radę. Jako etnograficzny dokument „rosyjska dusza” też.
@wo
„kwintesencja rosyjskiej duszy”.
Mi się wydaje, że my trochę tutaj przesadzamy z tą „rosyjską duszą”. Wiele jej rzekomo unikatowych aspektów widzę również wśród innych narodów „imperialistycznych”: Amerykanów i Chińczyków. One są raczej związane z byciem obywatelem kraju na tyle dużego, że władza centralna jest daleko od ciebie, a sam kraj może czynić dużo złego innym bez żadnych konsekwencji dla siebie.
Oczywiście są również aspekty specyficzne dla Rosji, jak np przesycenie jej kulturą wiezienną, ale to nie one są tym co nam sprawia najwięcej problemów (a wręcz przeciwnie czasami).
@wo
„Ciekawe jaki wpływ jego zdaniem na rosyjski zamordyzm miał niejaki Iwan, pseudonim Groźny?”
Aż znalazłem i posłuchałem jeszcze raz: link to youtu.be
On na wszelki wypadek zaczyna dopiero od Katarzyny Wielkiej, i jego tezą jest że ona i kolejni Romanowowie aż do końca dynastii to była kolonialna władza niemiecka, absolutnie nie związana z Rosją i nie zainteresowana jej rozwojem. I mimo że ludność miejscowa chciała demokratyzacji, to oni cały czas hamowali i tłumili. Głównym jego argumentem za demokratycznymi Rosjanami jest powstanie Pugaczowa.
Myślę że jego wierzenia w demokratyczną naturę Rosjan są stąd, że on jest bardzo mocno zaangażowany w rosyjską opozycję demokratyczną, i musi sobie racjonalizować że wszystko co robi i wszystkie ryzyka które na siebie bierze mają jakiś sens.
Przecież on ma w Rosji zaoczny wyrok 11 lat kolonii karnej, a jego kolegę Leonida Wołkowa polscy kibole pobili młotkiem tak, że trafił na dłużej do szpitala i od tego czasu już się nie pokazuje w mediach.
Jeżeli nie da się nic zmienić, to całe jego życie i praca nie mają sensu.
@rw
„Wiele jej rzekomo unikatowych aspektów widzę również wśród innych narodów „imperialistycznych”: Amerykanów i Chińczyków”
Ale nie ten. Z cywilizacją, która kulturowo odrzuca kauzalność, nie można negocjować na zasadzie „my ustępujemy tu, wy ustępujecie tam”. Oni złamią wszystkie ustalenia bo i tak nie będą wierzyć, że ty się będziesz trzymać swoich. Tymczasem właśnie Amerykanie odwrotnie, mają obsesję na punkcie kauzalności (ich wielkie dzieła narracyjne opowiadają o Przyczynach i Skutkach, zwroty akcji typu „i nagle zdarzył się nieprawdopodobny zbieg okoliczności” są uważane za błąd warsztatowy i tolerowane są głównie w komediach). No i Amerykanie są za każdym razem zdumieni (nie tylko Trump przecież) że z Rosjanami się tak nie da robić interesów. Umówisz się z nimi na to i to za tyle a tyle, a oni potem i tak wezmą wszystko i nie zapłacą.
@”przesadzamy z tą „rosyjską duszą”. Wiele jej rzekomo unikatowych aspektów widzę również wśród innych narodów”
@”wierzenia w demokratyczną naturę Rosjan”
U Strugackich w „Pikniku” wśród artefaktów porzuconych przez obcych jest złota kula, na której poszukiwanie wyrusza Red Shoehart. Jest to rzecz mityczna, bo nikt jej nie widział, ale też pewne jest, że kto ją znajdzie, ten spełni swoje najserdeczniejsze życzenia („Ty, bracie, zapamiętaj: Złota Kula wypełnia tylko najskrytsze życzenia, tylko takie, które muszą się spełnić, bo inaczej nie ma po co już żyć!”). Z tym, że z Shoehartem jest ten problem, że jego największym pragnieniem, pasją życia może być właśnie owo błąkanie się wewnątrz zony, więc chodzi nie o to, by złapać króliczka-złotą kulę, ale by gonić go. A czy złota kula = rosyjska dusza, czy złota kula = demokratyczna natura, to już jak kto chce.
Stalker – gorszy i od Pikniku, i od trzech z czterech wcześniejszych dzieł Tarkowskiego, ale ciągle całkiem dobry film (tylko ta żenada z Beethovenem w ostatniej minucie trudna do przełknięcia). Oczywiście dzieje się w innym wszechświecie niż oryginał, ale porównywanie z oryginałem to nie jest najlepszy sposób na ocenę ekranizacji.
@wo @rw – fatalizm
Chińczycy też są fatalistami, chociaż w nieco inny sposób niż Rosjanie. Powiedzmy, że Rosjanie są fatalistami pasywnymi, a Chińczycy – aktywnymi. Rosjanie poddają się wyrokom losu, więc jak trafią w czarną d…, to się po prostu tam urządzają (jak ci ludzie z wiersza Bursy, co to kiszą kapustę na dnie piekła). Chińczycy tymczasem zawsze szukają okazji, żeby poprawić swój los, więc w podobnej sytuacji zaraz zaczną otwierać sklepiki z papierem toaletowym i maścią na hemoroidy. Nie zawsze im wychodzi, ale uwielbiają zakłady z losem, dlatego też chętnie grają na giełdzie albo popadają w hazard.
Pytanie: jak dylogia przyczynowość/fatalizm ma się do demokracji? Przykład chiński i rosyjski pokazują, że fataliści na ogół mniej się buntują przeciw autorytarnej władzy, bo ją traktują jak dopust boży (albo pogodę). Japonia, Korea i Tajwan też są fatalistyczne, co przejęły z dobrodziejstwem inwentarza chińskiej kultury. Ale Japończykom udało się ten fatalizm pokonać, dzięki innej fenomonenalnej zdolności protochińskiej – bezczelnemu naśladownictwu i przekonaniu, że najlepiej jest kopiować mistrzów. Bez misji komodora Perry’ego do zatoki tokijskiej świat mógłby wyglądać zupełnie inaczej, bo bez przykładu japońskiego nie byłoby demorkacji w Korei Płd., ani na Tajwanie.
Rosja też mogła wielokrotnie swój fatalizm przełamać, kiedy do ataku ruszały siły reformatorskie, np. za Piotra Wielkiego, albo na początku i pod koniec komunizmu, a więc w okresach, kiedy tak jak Japonia za Meiji uznawała, że się czegoś od innych krajów jeszcze może nauczyć. Tak też w przypadku Rosji zabójczą kombinacją jest fatalizm pomieszany z urojeniem wyższościowym – trzeciorzymowym i euroazjatyckim. Z tego wynikałoby, że jeśli chcemy Rosję zmienić, to należałoby ją wpędzić w kompleksy i samozwątpienie.
Tylko jak to zrobić?
@mb
„Z tego wynikałoby, że jeśli chcemy Rosję zmienić, to należałoby ją wpędzić w kompleksy i samozwątpienie.
Tylko jak to zrobić?”
Muszą przegrać wojnę, bez tego Japonia też by się nie chciała zmieniać.
„Powiedzmy, że Rosjanie są fatalistami pasywnymi, a Chińczycy – aktywnymi.”
A powiedz jeszcze, czy to znajduje jakieś odzwierciedlenie w Arcydziełach Kultury? Bo typowa rosyjska powieść naprawdę idzie od zbiegu okoliczności do zbiegu okoliczności – „cudem przeżył pojedynek, cudem przeżył bitwę, nagle odziedziczył fortunę, nagle się zakochał, nagle wszystko przegrał w karty, O! KOMETA! PRZEBÓG, PRZEPOWIEDNIA!, skazali go na śmierć, ale cudem go ułaskawili” (to mniej więcej „Wojna i pokój” w streszczeniu 1:10000). Czy jest jakiś chiński odpowiednik Tołstojewskiego?
@WO
„typowa rosyjska powieść naprawdę idzie od zbiegu okoliczności do zbiegu okoliczności – „cudem przeżył pojedynek, cudem przeżył bitwę, nagle odziedziczył fortunę, nagle się zakochał, nagle wszystko przegrał w karty, O! KOMETA! PRZEBÓG, PRZEPOWIEDNIA!, skazali go na śmierć, ale cudem go ułaskawili” (to mniej więcej „Wojna i pokój” w streszczeniu 1:10000)”.
W chińszczyźnie to jest skompresowane to powiedzenia 塞翁失馬 ( link to en.wikipedia.org ), opartego na przypowieści z Huainanzi (księga filozoficzna z II w pne.). Dlatego zastanawiałbym się, czy ten ruski fatalizm, to nie jest w istocie fatalizm chiński, zawleczony do Moskowii przez Mongołów.
„Czy jest jakiś chiński odpowiednik Tołstojewskiego?”
W zasadzie cała młodochińska literatura z okresu republiki była insprowana Fioksiejem Tołstojewskim. Chińscy pisarze przejęli rosyjski styl, ale trzeba im oddać, że dużo do niego dołożyli od siebie. Nie będę udawał, że ich wszystkich przeczytałem, ale podam dwa przykłady.
Nowoczesna wersja historii dziadka od konia to „Rykszarz” Lao She. Chiński tytuł to przezwisko bohatera – „Wielbłądzi Farciarz”. Bohater jest sierotą w Beipingu (Pekinie), który oszczędza na rykszę, żeby poprawić swój los, i kiedy ma już całą kasę, konfiskują mu ją żołdacy lokalnego warlorda (republikańskie Chiny de facto rozpadły się na państwka rządzone przez oligarchów, Rosja też mogłaby się tak rozpaść). Zdesperowany biedak kradnie wielbłądy pozostawione przez wojsko, stąd jego przezwisko. Kasy z wielbłądów jednak nie starcza na rykszę, więc historia toczy się dalej… (do smutnego finału). Lao She to pisarz bardzo „rosyjski” w swoich obserwacjach, i myślę, że przez to podobieństwo powinien się w Polsce bardziej podobać. O wydaniu jego powieści S-F (link to yumeka.pl) już wspominałem. Zmarł tragicznie w czasie rewolucji kulturalnej.
Podobnie fatalistyczna jest wcześniejsza „Prawdziwa historia A Q” Lu Xuna, równie wpływowego pisarza. Tutaj bohater jest symbolem typowego chińskiego biedniaka – „A” dodaje się maszynowo na początku chińskich imion/przezwisk, szczególnie na Południu, a literka „Q” (czyt. kiou; Lu Xun użył łacińskiej literki w tekście po chińsku) ma symbolizować głowę z warkoczem. Tytułowy A Q dostaje od losu baty, ale podchodzi do tego z optymizmem. A jak go wieszają, to śpiewa strofy z klasycznej opery.
Mój ulubiony chiński tekst to „Dziennik Obłąkanego” tegoż Lu Xuna, wzorowany na słynnym, eponimicznym opowiadaniu Gogola. O ile u Gogola bohater rozmawia z psami i roi sobie, że jest królem Hiszpanii (co ogólnie jest satyrą na carską Rosję), to tutaj ma schizę, bo mu się wydaje, że go własna rodzina tuczy niby to w trosce o jego zdrowie, a tak naprawdę, to żeby go zjeść. Bo generalnie Chiny to kraina, w której homo homini. W Chinach to lektura szkolna. Moim skromnym zdaniem tekst Lu Xuna jest lepszy od Gogola, bo mocniejszy.
@Lu Xun
Oni we dwóch z młodszym bratem byli pionierami, jeżeli chodzi o tłumaczenie na chiński utworów ze Europy Wschodniej. No i ciekawe, że interesowała ich nie tylko literatura rosyjska, ale literatura mniejszych narodów z tej, egzotycznej dla nich, okolicy. Na Polskę zwrócili uwagę dzięki Noblowi dla Sienkiewicza w 1905. Nie tłumaczyli bezpośrednio, tylko np. via przekłady francuskie. Lu Xun bardzo lubił „Odę do młodości” i w ogóle polski romantyzm (z jego fatalizmem). Osobiście tłumaczył prozę, opowiadania i nowele (duże polskie powieści po chińsku to dopiero po II WŚ i już z innej inicjatywy), ale jako redaktor czasopism chętnie zamieszczał przekłady poezji.
@ wo
„Muszą przegrać wojnę, bez tego Japonia też by się nie chciała zmieniać.”
Ale to – idąc tropem Japonii i Niemiec – musieliby fest przegrać, tak z okupacją przynajmniej liczącej się części terytorium (czyli chociaż tych Dwóch Miast co są w Rosji). Bo krymską wojnę, a i potem kolejne Afganistany itd. przerżnęli i nie pomogło.
@mcal
„Afganistany itd. przerżnęli i nie pomogło.”
Afganistan jednak pomógł, bo koincydował z wyścigiem zbrojeń, który narzucił Reagan. Ludzie radzieccy mieli kładzione do głowy, że żyją w supermocarstwie, a tu się okazało, że nie można zrobić porządku z pasterzami kóz na rubieżach imperium. Oczywiście to był głównie symbol. Prawdziwy kłopot z to spadek cen ropy na skutek zwiększenia wydobycia po kryzysie, który wywołała rewolucja irańska. Zabrakło kasy i po Sojuzie.
@mcal
Afganistan już kolega wyjaśnił, a ja dodam, że z Japonią przegrali tak bardziej symbolicznie niż naprawdę, a jednak pomogło bardzo. Z Niemcami nie przegrali, a przynajmniej nie definitywnie, do marca 1917 r., a pomogło jeszcze bardziej.
I patrząc na historię sprzed stu lat nie bardzo podzielam pogląd gospodarza. Tam zawsze gdzieś te siły wolnościowe się tlą i te grupy, jak tylko są warunki, to wychodzą na powierzchnię. One nie są liczne, ale to tak ja prawie na całym świecie. Poza kilkoma krajami Europy Zachodniej (a może i nie, zobaczymy, jak to pójdzie w kolejnych wyborach) nie ma społeczeństwa, które nie byłoby gotowe wybrać sobie dyktatora pod jakimś pozorem.
Natomiast to, co zmniejsza szansę Rosji na demokratyzację, to pamięć czasów Gorbaczowa i Jelcyna, które są łączone z nędzą i chaosem. Gorbaczow tego nie wywołał, ale jest z tym kojarzony. Trochę tak, jak u nas coraz częściej Balcerowicz jest kojarzony z kryzysem, którego też nie wywołał, ale nie za dobrze sobie z nim radził, choć i tak lepiej niż na wschodzie.
Coraz bliżej jesteśmy upadku tego systemu, ale demokratyzacji nie będzie, skoro oligarchowie nadal mają mnóstwo pieniędzy i zasobów. Oni sobie zmienią twarz, która pościska trochę rąk, i wrócimy do osławionego BAU, najwyżej przy lekkim poluzowaniu. Powiedzmy, że dopuści się jakichś liberałów do wyborów, oni przecież oligarchom nigdy nie przeszkadzali.
Chyba że Putin im te zasoby zabierze zanim upadnie, albo wszystko walnie tak, że kamień na kamieniu nie zostanie. Wojna jeszcze trochę potrwa, więc jest szansa, a ukraińskie rakiety i drony pomogą.
@gp
„nie bardzo podzielam pogląd gospodarza. Tam zawsze gdzieś te siły wolnościowe się tlą”
To jakaś pomyłka, ja wiem że się tlą. Tylko że nie mają szans, bo nie pasują do Rosji.
„i wrócimy do osławionego BAU”
Bez Nord Stream, to już nie będzie BAU.
„Oni sobie zmienią twarz, która pościska trochę rąk,”
Poprzednie dwa przykłady mówią, że zmiana zainicjowana przez ludzi dawnego systemu (książę Lwow, generał Pugo) wymyka się spod kontroli i w końcu niszczy tamten system. Oczywiście, poprzednie dwa przykłady mówią też, że na końcu i tak nie ma demokracji, tylko inny zamordyzm z inną flagą.
@pg
„I patrząc na historię sprzed stu lat nie bardzo podzielam pogląd gospodarza. Tam zawsze gdzieś te siły wolnościowe się tlą i te grupy, jak tylko są warunki, to wychodzą na powierzchnię. One nie są liczne, ale to tak ja prawie na całym świecie.”
To co odróżnia Rosję od reszty krajów naszego kręgu kulturowego to fakt, że tam okresy demokracji liczy się w miesiącach, jeśli nie w tygodniach. No nie przyjęła się jakoś na dłużej nigdy. To naiwność, może i szlachetna ale wciąż naiwność, sądzić że akurat tym razem będzie lepiej. Nie będzie. Najlepsze co się może wydarzyć to jakaś kolejna wielka smuta. Zajmą się sami sobą i nie będą tego swoje syfu rozsiewać na resztę świata.
@WO
„Bez Nord Stream, to już nie będzie BAU.”
Mam szczerą nadzieję, że się nie mylisz i rura is dead. Schröder jest wciąż wolnym człowiekiem, energia w Niemczech jest jedną z najdroższych w Europie. Cholera wie co oni zrobią jak się wojna skończy.
@kot immunologa
No przecież wiemy, co robić, jak będą chcieli zrobić następną taką rurę. Wysadzić.
@”To co odróżnia Rosję od reszty krajów naszego kręgu kulturowego”
Rosja wisi na skraju tego kręgu (podobnie jak Izrael) i stale ma jedną nóżkę bardziej. Co to w ogóle za głupi pomysł, żeby jeden kraj był na dwóch kontynentach, a polityka miała pierwszeństwo nad geologią. Sprzedaż Alaski uratowała nas przed krajem na trzech kontynentach (w tym przypadku Rosja trzyma się umowy; może dlatego USA łudzą się, że jest to jakiś precedens).
@kot immunologa
„Cholera wie co oni zrobią jak się wojna skończy.”
Nie wojna, tylko jak AfD się dorwie do władzy.
@”Cholera wie co oni zrobią jak się wojna skończy.”
Nikt nie wie, co zrobi, jak się wojna skończy. Nie wiadomo nawet, co będzie tym momentem: defilada wojsk ukraińskich pod Kremlem? wycofanie wojsk rosyjskich na pozycje sprzed lutego 2022? oddanie Ukrainie Krymu? podpisanie jakiegoś papierzyska przez Putina?
Wybory w 2029, mam szczerą nadzieję, że nie będzie żadnych przedterminowych, oraz że do tego czasu Rosja dostanie tak mocno po tyłku, że i AfD oberwie. Oczywiście, poza Putinem, mają i druga nóżkę w postaci J.D. i Muska.
@cmos
„Władimir Miłow zrobił kilka długich filmików na youtubie”
Miłow jako liberał po prostu nie może przyznać, że źródłem samodzierżawia były interesy kapitalizującego się dworianstwa i kupiectwa/kapitału handlowego, solidarnie prowadzących handel z Zachodem. Ułożenie Soborowe 1649 wprowadzające niewolnictwo chłopów i późniejszy zamordyzm Piotra I plus jego następców to właśnie efekty ich zwycięstw politycznych nad buntującymi się sproletaryzowanymi masami ( bo w Rosji XVIIw.to tzw. „buntasznyj wiek”) z jednej strony i starym bojarstwem rodowym z drugiej (likwidacja Dumy Bojarskiej, koniec Soborów Ziemskich).
„No i on wierzy, że naród jest w głębi demokratyczny, trzeba tylko dać mu szansę”
Nigdzie nie ma masowych ruchów żądających demokracji „dla zasady”. Zawsze takie procesy zaczynają się od uświadomienia sobie swojego interesu jako części interesu grupy czy klasy społecznej, ale ku temu muszą być odpowiednie warunki. Takie np. jakie były na początku XXw., kiedy masowo burzyła się wieś w Imperium czy proletariat miejski.
„Wpływ Iwana Groźnego na zamordyzm”
Ten z kolei był pod takim wpływem lobbingu pierwszej spółki na świecie, The Muscovy Company, że jeden z jego doradców nazwał go „Angielskim Carem”.
@mcal
„Muszą przegrać wojnę, bez tego Japonia też by się nie chciała zmieniać”
Przegrana czy nie, nie ma znaczenia. Afganistan nie miał decydującego wpływu na rozpad Sojuzu, również dawniej do niepokojów wcale nie trzeba było przegranych wojen. Było też odwrotnie, carat wchodził do wojen „uciekając” przed buntami społecznymi, jak w 1905 i 1914. Idea, że „państwo” to jakiś totem dla ludu, to nieporozumienie, zresztą to jego masowy udział w moskiewskich wystąpieniach marcowych w 1991 przesądził o niepodległości np. Litwy.
O niepodległości Litwy przesądzili Litwini.
Tak jak o niepodległości Czeczenii przesądzili Czeczeni, jasne. Albo jak Polacy przesądzili o niepodległości Polski w 1831 czy 1863.
@rw, @airborell
„O niepodległości Litwy przesądzili Litwini”
Ale bez masowego poparcia w Rosji ich aspiracji niepodległościowych raczej nie mieliby szans na zaniechanie próby interwencji zbrojnej przez Gorbaczowa. Zachód wtedy trzymał stronę Gorby’ego.
Nieco off-topicowo w kwestii aktualnej sytuacji w Chinach: otóż nawet oficjalny (hotelowy) internet pozwala czytać ekskursje – jak widać Państwo Środka nie zdaje sobie sprawy z potencjalnego subwersyjnego zagrożenia.
Z kolei łaskawy internet konferencyjny (podróżujący przez Hongkong, choć sama konferencja pod Pekinem), umożliwiający korzystanie na przykład z gmaila czy strony Guardiana, nadal bezwzględnie blokuje dwutygodnik.com. Ot, ciekawostki.
@nienietoperz
„Państwo Środka nie zdaje sobie sprawy z potencjalnego subwersyjnego zagrożenia.”
Net Delusion.
„nadal bezwzględnie blokuje dwutygodnik.com.”
A to ciekawe, jaki komunikat wyrzuca?
@rosyjska dusza.
W moim przypadku moje wyobrażenie o rosyjskiej duszy jakoś się ukształtowało w okresie późnej podstawówki/szkoły średniej. W tej kwestii wychowałem się na Wielkim Guślarze Kiryła Bułyczowa. Połączenie ułańskiej fantazji z brakiem większego zdziwienia, że hipopotam zamieszkał na podwórku. No zamieszkał i teraz jakoś trzeba z tym żyć i rozwiązywać codzienne problemy z tym faktem związane.
Dopiero późniejsze informacje i relacje innych osób dołączyły do tego obrazu bezrefleksyjne okrucieństwo. Ale mówiąc Rosjanin, wciąż gdzieś tam myślę Korneliusz Udałow.
@junoxe
„No zamieszkał i teraz jakoś trzeba z tym żyć i rozwiązywać codzienne problemy z tym faktem związane.”
Właśnie – mieszkańcom Wielkiego Guslaru różne dziwne rzeczy się wydarzają i oni nawet nie próbują zrozumieć czemu, po prostu się za każdym razem jakoś dostosowują. Jakąś intrygę, jakiś ciąg przyczynowo skutkowy próbuje czasem uruchomić kosmita – podobnie jak szatan u Bułhakowa, nie jest wszak Rosjaninem. Udałow się dostosowuje. Ja bym go nie idealizował, Stalin i Putin potrzebują Udałowów.
I to przeświadczenie o wyjątkowości.
„Ludzie czasem pytają: czemu to przybysze z kosmosu, którzy wybrali Ziemię za cel swej podróży, lądują nie na wyspach Oceanu Spokojnego, nie na szczytach Pamiru, nie na pustyni Takla Makan, nie w Osace lub Konotopie, lecz w mieście Wielki Guslar? Dlaczego pewne dziwne wydarzenia, których naukowcy do tej pory nie zdołali zadowalająco wyjaśnić, zachodzą właśnie w naszym sławetnym grodzie?
Pytanie to zadawali sobie również liczni naukowcy i miłośnicy astronomii, głowili się nad nim uczestnicy sympozjum w Addis Abebie, zastanawiali dziennikarze i czytelnicy „Litieraturnoj gaziety”.
Niedawno z nową hipotezą na ten temat wystąpił członek rzeczywisty Akademii Nauk, Spiczkin. Obserwując trajektorie meteorologicznych satelitów Ziemi, Spiczkin doszedł do wniosku, że miasto Wielki Guslar stoi na ziemskiej wypukłości, całkowicie niezauważalnej dla jej mieszkańców, lecz natychmiast rzucającej się w oczy tym, którzy oglądają nasz glob z sąsiednich gwiazd. Tej wypukłości w żadnej mierze nie należy mylić z górami, wzgórzami i innymi tego rodzaju tworami geologicznymi, gdyż niczego podobnego w okolicach Wielkiego Guslaru po prostu nie ma”.
@MB
Komunikat standardowy: Forbidden, HTTP 403.
Jak zwykle podczas chińskich okazji naukowych fascynuje mnie rozbieżność między traktowaniem części swojej historii zarówno duchowej jak i materialnej absolutnie z buta – patrz konsekwentne wyburzanie pekińskich hutongów, trwające zdaje się jeszcze kilka lat temu – z drugiej zaś namietne odwoływanie się publicznie do wydarzeń z tej historii pochodzących i traktowania ich jako bezpośrednie analogie tego, co dzieje się dziś. I tak informatyk wygłaszający (co prawda popularny) wykład o teoretycznych aspektach związanych z najnowszą ewolucją AI zaczyna od tego, że wszak spotykamy się tu dziś dokładnie tak samo jak w 145 roku n.e. uczeni Bum Tsyk i Bam Bęc nad strumieniem Sloł Ło Ter i ciąży nad nami ta sama odpowiedzialność, itd..
@nienietoperz
Część swojej historii się pielęgnuje, część zapomina albo wymazuje. Nie jest to znowu takie wyjątkowe.
@rw: Tu jednak chodzi chyba o coś głębszego niż fakt, że kiedy organizujemy dożynki celebrujące wieki słynnej polskiej tolerancji, to nie wspominamy od razu o Jedwabnem.
W nieco innym (japońskim) kontekście David Kerr pisze bardzo ciekawie o innej wersji jakoś podobnego zjawiska związanego z azjatyckim obserwowaniem rzeczywistości w bardzo wybiórczy sposób. Możemy jednocześnie zachwycać się nieustannie głębokimi haiku o pięknie liścia odbitego w powierzchni historycznego stawu przed świątynią X i obudowywać tenże staw betonowymi słupami – bo przecież liść nadal widać, jeśli tylko umieć zignorować to, co obok.
@nienietoperz
To tak jak w Warszawie tuż po wojnie – jednocześnie zachwyt z uwielbieniem nad wszystkim co pochodziło z epoki Oświecenia i np odbudowa Nowego Światu w formie skansenu z końca XVIII wieku a jednocześnie niepochamowana chęć zniszczenia wszystkiego co przetrwało a było „kamienicą mieszczańską” z końca XIX / początku XX wieku. Gusta architektoniczne motywowane wyłącznie ideologią. Oni widocznie uważają hutongi za błąd historii o którym nie należy pamiętać.
@nienietoperz
Wielka rozwałka
Jest nawet na to termin – developism. Sprowadza się to z grubsza to rozwalania zacnych zabytków, zeby na ich miejscu pobudować szklane kible. Nie tylko w Chinach, ale też w Japonii i Korei.
Temat braku szacunku dla kultury materialnej na Dalekim Wschodzie jest nietrywialny i przypuszcza się, że jakąś rolę mogły odgrywać tajfun i trzęsienia ziemi. Tam jest normalne, że świątynie buddyjskie czy shintoistyczne Co jakiś czas się rozwala i buduje na nowo.
Osobiście uważam, że to jest spowodowane cykiliczną koncepcją czasu. Za Chińczykami tradycyjne go tam liczą w cyklach 60-letnich. W azjatyckim pojeciu budowle żyją – rodzą się, trwają, umierają. To widać po nowoczesnych budynkach w ChRL, ktore już po kilku latach wyglądają na bardzo zaniedbane, czasem wręcz brudne. Nikt nie widzi sensu konserwacji, bo i tak za parę lat je się zburzy i zbuduje cos nowego.
To dotyczy również ochrony przyrody,nieprawdaż?
Autokorekta: developmentalism.
I jeszcze taka ciekawostka: głównym głosem wołającym na puszczy o ochronę hanoków, trydycyjnych domów budowanych na piecach w Korei Południowej, był Anglik, David Kilburn.
Tak, o tym ostatnim Kerr pisze dużo – co prawda to raczej relacje z perspektywy Japonii lat siedemdziesiątych-osiemdziesiątych XX wieku, ale zbyt wiele się raczej nie zmieniło.
A w Chinach mieszkałem sobie właśnie jakiś kilometr od brzegu jeziora Yanqi, położonego pod pięknymi górami, nieopodal Wielkiego Muru, czyli obok zjawiska przyrodniczego wychwalanego w materiałach turystycznych i tak dalej. Próba dotarcia do wody zakończyła się kilometrowym maszerowaniem dookoła i dookoła płotów odgradzających pracowicie wybetonowane nabrzeża, na których stoją budynki niczym nie przymierzając kuzyni hoteli Gołębiewskich. Dramat.
Ale z drugiej strony w kwestii sypiących się nowoczesnych budynków – nie mam zbyt wiele świeżego doświadczenia, ale infrastrukturalnie (czyli na przykład lotniskowo) Pekin to jednak bardziej poziom europejski niż powiedzmy amerykański. Lądowanie na JFK tworzy nieodparte wrażenie przybycia w okolice dawnego Trzeciego Świata; tak brudnych i ogólnie zaniedbanych terminali dawno już nie widziałem. W przypadku smutnego pokoju, gdzie czekałem pod wielkim zdjęciem miłościwie nam panującego Prezydenta na łaskę służb granicznych, wydawało się to nawet odpowiednie.
@wo
podobnie jak szatan u Bułhakowa, nie jest wszak Rosjaninem
Właśnie jestem świeżo po lekturze Mistrza i Małorzaty i uderzyło mnie, że w zasadzie wszyscy starają się tam w jakiś sposób urządzić w tej sowieckiej dupie, a jak tylko coś ich przerasta to idą się nawalić albo lądują w psychuszce. Wszystko co się dzieje w książce to tylko sprawki nadprzyrodzonych sił i nic się nie da zrobić, bo Annuszka już wylała olej. No i szczęście na Ziemi jest niemożliwe, M i M mogą zaznać spokoju tylko po śmierci. Ta rosyjska pogarda dla życia ma gdzies pod spodem mocno eschatologiczny korzeń, który nawet w czasach plakatów z kosmonautą mówiącym „Boga niet” siedział głęboko w rosyjskiej duszy i teraz znowu kwitnie Duginami i Cyrylami. Jak wspominaliście wyżej Stalkera to tak sobie pomyślałem że Tarkowski niespecjalnie się przejmował zdrowiem swoim i ekipy i nakręcił te wspaniałe industrialne pejzaże w toksycznych oparach i jakoś dziwnie on, jego żona i ten aktor co grał pisarza zeszli na ten sam rodzaj nowotworu płuc. Dziwne że przy tym całym filozofowaniu nigdy nie mogą dojść do wniosku, że życie może być wartością którą należy chronić za wszelką cenę, ale to Zgniły Zachód jest cywilizacją śmierci.
A i jeszcze jako smaczek: wyczytałem na anglofońskiej Wiki że M i M to iedna z ulubionych lektur Thiela. Niesamowite jak te puzle zawsze do siebie pasują.
A w temacie notki to przesłuchałem sobie Stellę na słuchawkach przed zaśnięciem i jest to bardzo przyjemne doświadczenie soniczne, chociaż są tam też momenty lekko męczące. Chwilami miałem wrażenie że jest tam nawet trochę klimatów à la Killing Joke, czy jakieś proto Ministry o dużo mniejszej jednak intensywności, chociaż może to rojenia odpływająceg w sen umysłu. Tak czy inaczej bardzo mi siadła produkcja tego albumu, sporo jakichś przestrzennych padów, różnej rytmiki, zresztą Claro Que Si też ma już tego dużo, obie płyty bardzo fajne, na pewno lepsze dużo od debiutu.
Na fali tego synthowania puściłem sobie jeszcze Dare Human League, ale zdecydowanie mi nie siadło, za bardzo pachnie mi tam dużymi niespełnionymi ambicjami i zdecydowanie wolę Yello, bo ewidentnie słychać u nich że przede wszystkim dobrze się bawią, co z kolei przypomina mi Sparks na „No.1 in Heaven” wyprodukowanym przez Morodera (to dopiero jest novelty band!). Niektórzy twierdzą że bracia Mael tą płytą stworzyli template synthpopowego duo i nawet oidp. w filmie „Sparks Brothers” pojawia się Vince Clark twierdzący że go zainspirowali.
Póki co zaś zatrzymałem mój synthpopowy binge na OMD i przypomniałem sobie jakie świetne są ich dwie pierwsze płyty. Goraco polecam.
@Cpt. Havermeyer
„Dziwne że przy tym całym filozofowaniu nigdy nie mogą dojść do wniosku, że życie może być wartością którą należy chronić za wszelką cenę, ale to Zgniły Zachód jest cywilizacją śmierci.”
To chyba nie tak, odwrotnie, dla nich niby liczy się ta „dusza”, miotana wichrami losu czy boskiej woli, a Zachód dba o ciało i materię, czyli – przyziemność, hedonizm, marność nad marnościami.
@kuba_wu
To chyba nie tak, odwrotnie, dla nich niby liczy się ta „dusza”, miotana wichrami losu czy boskiej woli, a Zachód dba o ciało i materię, czyli – przyziemność, hedonizm, marność nad marnościami.
Jasne że to się bierze z dualizmu ciała i duszy, natomiast ten dualizm dość ekstremalnie się u nich manifestuje.
@nienietoperz
„Próba dotarcia do wody zakończyła się kilometrowym maszerowaniem dookoła i dookoła płotów odgradzających pracowicie wybetonowane nabrzeża, na których stoją budynki niczym nie przymierzając kuzyni hoteli Gołębiewskich. Dramat.“
Dawno temu jak studiowałem w Będzinie, to jeździłem regularnie na Wielki Mur, jak ktoś przyjeżdżał do mnie z Polski. Najlepszy był w Simatai. Najdalej, ale Mur biegnie tam spektakularnie po wysokiej grani. Wtedy nic innego tam nie było, jechało się 2 godziny autobusem spod znanego hotelu dla laołajów z Będzina.
Jakieś 10 lat temu postanowiłem zabrać tam żonę i dzieci, bo zdarzyło się, że trafiliśmy do stolicy. Hotel zburzyli, autobus już nie jeździł, więc, po burżujsku zamówiliśmy taksę, bo śmiesznie tania. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w miejscu zapamiętanych północnochińskich wiosek z czerwonej cegły pod drodze ujażałem ciągnące sie po horyzont winnice, a pomiędzy nimi jakieś pokraczne pseudafrancuskie chateau (a może chalet?), jak sen pijanego cukiernika.
Do Muru też niedało się podjechać, bo na kilka kilometrów przed nim wyrosła rozległa artapa wioski wodnej ze Wschodnich Chin, gdzieś z Zhejiangu/Jiangsu (Beijing WTown, link to visitourchina.com ). To tak, jakby na podjeściu pod Giewont pierdzielnąć wioskę kaszubską albo górę krzyży spod Szawle. Ale współczesne Chiny nie znają umiaru, to jest przestrzeń symulakrów a la Baudrillardowski Disneyland. Także pod tym względem prześcignęli Stany.
@Marco Bollocks
Wielka rozwałka „Osobiście uważam, że to jest spowodowane cykliczną koncepcją czasu.”
Mi się od dawna wydaje, że kult staroci jest specyficzny tylko dla szeroko rozumianego Zachodu, i można wskazać konkretną osobę która go wywołała – cesarzową Helenę wyprawiającą się do Palestyny po relikwie. Trochę trwało zanim zakres takiego kolekcjonerstwa rozprzestrzenił się na wszystko co stare, ale to trzyma do dziś. W innych kulturach jeżeli taki kult istnieje, to został zawleczony z Zachodu.
Oczywiście moja znajomość kultury Zachodu jest tylko amatorska, a innych kultur w ogóle znikoma, więc mogę się totalnie mylić.
@cmos
„relikwie”
To jest ciekawy trop i też go rozważałem, ale buddyści zaczęli czcić relikwie na długo przez chrześcijanami. Po skremowaniu zostają z człowieka niespalone resztki kości, czasem tez perły (powstają czasem dzięki wysokiej temperaturze). Te resztki nazywają się po sanskrycku śarira (po chińsku shelizi) i są czczone jak relikwie świętych katolickich. Pierwsze miały powstać po skremowaniu Buddy Śakjamuniego. Śarira Buddy mnożyły się cudownie jak te drzazgi z Krzyża Świętgo. Dość powiedzieć, że kły Buddy rozrzucone są po świecie, m.in. na Sri Lance i w Pekinie. Z kolei w Shaolin jest cały cmentarzyk z śarirami opatów klasztoru. I tak dalej.
Jest w zachodniej kulturze jakaś taka obsesja materialnej autentyczności, która ją wyróżnia, i bez której nie byłoby zapewne archeologii. Azjaci pod wpływem buddyzmu postrzegają świat jako coś bardziej ulotnego i przemijającego, więc ten buddyjski kult relikwii nie dał takich efektów jak chrześcijański (a przed nim był zapewne pogański; związany choćby z bogami Greków i Rzymian). Może jest tu jakiś kompetentny religioznawca, który ma to pochytane i rzuci światło?
cmos
Cofnij licznik
„Możemy być absolutnie pewni, że orszak Hadriana dotarł do tego miejsca w połowie listopada 130 roku, ponieważ cesarzowa Sabina zostawiła swój ślad na lewej nodze posągu. Wyrzeźbiony po grecku napis głosi, że „żona cesarza Hadriana” usłyszała głos Memnona. Bardziej wylewna okazała się Julia Balbilla – zapamiętana przede wszystkim z tego, że na ateńskim wzgórzu Muzejon (zwanym też wzgórzem Filopapposa) wzniosła monumentalny pomnik ku czci swojego brata Gajusza Juliusza Filopapposa – która napisała po grecku cztery wiersze o swych egipskich doświadczeniach. One również znalazły się na lewej nodze posągu. I absolutnie nie był to odizolowany akt wandalizmu ze strony utytułowanych członków cesarskiej rodziny.”
„Grawerowanie na pomnikach było czymś w rodzaju lokalnego zwyczaju. Na posągu nadal znajduje się ponad sto takich grawerunków wykonanych na zlecenie starożytnych turystów (nie chce się wierzyć, że byliby w stanie wyrzeźbić to wszystko sami). Inna rzymska dama, prawdopodobnie również członkini dworu Hadriana, wiersz opłakujący śmierć jej brata kazała wyryć po łacinie na Wielkiej Piramidzie, co sugeruje, że piramidy znajdujące się niemal 650 kilometrów w dół rzeki, pod dzisiejszym Kairem, również znalazły się na szlaku wyprawy cesarskiego dworu.”
Beard, Mary „Cesarz Rzymu”
@Marco Bollocks
„buddyści zaczęli czcić relikwie na długo przez chrześcijanami.”
Moją tezą jest, że te relikwie cesarzowej Heleny to był tylko początek, a potem kult powoli i stopniowo rozszerzył się na wszystko, co stare. Wydaje mi się, że w innych kulturach to rozszerzenie nie zaszło i to jest ta różnica.
@rpyzel
„Cofnij licznik”
Wydaje mi się, że podane przez ciebie przykłady to nie kult staroci, tylko zwyczajne obsikiwanie terenu.
@Marco Bollocks
Pierwsi archeologowie to byli już w starożytnym Egipcie, wykopywali tysiące lat temu zabytki, które już dla nich były starożytne. Za czasów Totmesa IV dokonano renowacji tysiącletniego już wtedy Sfinksa w Gizie.
@ausir
„Za czasów Totmesa IV dokonano renowacji tysiącletniego już wtedy Sfinksa w Gizie.”
Tylko jaka była motywacja tej renowacji? Podejrzewałbym że to nie był kult staroci, tylko tania i szybka metoda zrobienia czegoś imponującego.
@cmos
Może i tak, ale czy tego samego nie można powiedzieć o wielu współczesnych renowacjach zabytków?
@ausir
„Może i tak, ale czy tego samego nie można powiedzieć o wielu współczesnych renowacjach zabytków?”
Owszem, ale nie da się zanegować istnienia kultu staroci w naszej kulturze. Wszystkie te muzea, giełdy staroci, urzędnicy od konserwacji zabytków, rekonstrukcje dawnej zabudowy, skanseny, rejestry zabytków, specjalne przepisy dla samochodów zabytkowych, grupy entuzjastów ratujące zabytki techniki itp. itd.
Czy potrafisz podać podobne przykłady z innych kultur, ale takie które nie są w oczywisty sposób zawleczone z Zachodu?
@cmos
Przeca to stały motyw w opisie panowania każdego władcy – stare świątynie odnowić, posagi przyodziać na nowo, a potem postawić nowe – powiedziałbym że elementarne w byciu 'dobrym władcą’ w starożytności.
Czasem przy okazji różnych renowacji podmieniano też główki posągom czy poprawiano aby chwaliły aktualnego suwerena – to akurat faktycznie tania metoda na poprawę 'imidżu’, choć do tego renowacja starocia potrzebna nie była – robiono tak i całkiem nowym dziełom – w Rzymie coś mi się kołacze o takich przypadkach. No ale tak – na ile mi się wydaje/pamiętam to kwestia przede wszystkim tego że generalnie co stare to tradycyjne = słuszne i dobre – nie bez powodu prawodawcy odwoływali się do tego że oni nowych praw to nie wprowadzają, a jeno przywracają prawa przodków tak jak były i być powinny, a odnawianie pomników wzniesionych przez poprzedników też się w ten trend wpasowuje.
@AdDur
„stare świątynie odnowić”
No właśnie „odnowić” – czyli przebudować według aktualnej mody, albo użyć je jako źródło materiału budowlanego, a nie „odtworzyć stan z momentu oddania do eksploatacji”.
To „zachowanie/odtworzenie pierwotnego stanu” stało się wartością tylko w kulturze Zachodu, i to relatywnie niedawno.
@cmos
„To „zachowanie/odtworzenie pierwotnego stanu” stało się wartością tylko w kulturze Zachodu, i to relatywnie niedawno.”
Czy do kultury Zachodu zaliczasz Japonię?
link to en.wikipedia.org
W bonusie inny kraj z tego regionu
link to en.wikipedia.org
Na Chinach się nie znam (poza paroma niszowymi tematami, a i w nich wiem niewiele), ale przecież Wielkiego Muru też nie wyburzyli pod autostrady. Mam wrażenie, że oni mają do tego bardziej praktyczne podejście – wolą, żeby ludzie mieli gdzie mieszkać, niż żeby zachować budynek sprzed lat po to, żeby ktoś mógł go oglądać.
Nie wiem czyje podejście jest lepsze, ale osobiście nie chciałbym mieszkać w takim, gdzie na każdą pierdołę trzeba mieć zezwolenie konserwatora zabytków i mieć odrzucane wnioski bo się kolor płytek nie zgadza.
@Piotr Kapis
Czy ja postawiłem tezę, że gdzie indziej nic się nie odbudowuje?
Moją tezą jest od samego początku, że gdzie indziej to odbudowywanie zostało zawleczone z Zachodu całkiem niedawno. W twoim pierwszym linku jest mowa o roku 1939, w drugim o latach dziewięćdziesiątych i liście prowadzonej przez zachodnią organizację.
Bardzo proszę o dyskutowanie z moją tezą, a nie wrzucanie randomowych faktów.
@Piotr Kapis
Przepraszam za post pod postem, ale ta lista UNESCO to najlepsze potwierdzenie mojej tezy: Instytucja takiej listy została stworzona przez kraje Zachodu, a inne kultury wpisują tam swoje zabytki bo im to się opłaca gospodarczo – do wpisanego tam miejsca przyjeżdżają masowo zachodni turyści. Oczywiście przy tym ludność miejscowa powoli zaczyna przejmować zwyczaj interesowania się swoimi zabytkami, i to jest właśnie to zawlekanie.
@Cpt. Havermeyer
„W M i M wszyscy starają się tam w jakiś sposób urządzić, a jak tylko coś ich przerasta to idą się nawalić albo lądują w psychuszce.”
Nie brałbym M i M jako zbyt wiernie pokazującą stosunki społeczne lat 30. Tamten okres („wielkiego przełomu”) to czas z jednej strony tragedii jednych (rozkułaczanie np.) i kariery/korzyści materialnych drugich, przy czym zainteresowani nie traktowali tego wszystkiego jako dopust boży, bo znali dobrze związki przyczynowo-skutkowe tego co się wtedy działo. Nie widzieli powodu bić głową w mur systemu, bo po co, jeśli zostając gdzieś np. przodownikiem pracy, osiągniesz/możesz osiągnąć poziom konsumpcji nieosiągalny dla swoich dziadków.
Nie „urządzano się na starym, dobrze znanym”, a szło się na nowe, łamiąc (świadomie czy nie) to stare. Lata 30. w skrócie.
W Tokio w ogrodach Hamarikyu rośnie 300 letnia sosna. Ktoś musiał dbać o nią i to chyba nie jest „zawleczone” z Zachodu?
BTW nie wiem, jakim cudem przetrwała w mieście, które w XX wieku było 2 razy dokładnie spalone.
@kult staroci
Tak się zabawnie złożyło, że nie dalej jak wczoraj byłem świadkiem tego kultu na żywo: dwójka wspaniale utalentowanych i wprawionych dzieciaków, skrzypaczka i wiolonczelista, cięła od ucha z wielką swadą muzykę Corellego, Vivaldiego i kilku innych, mniej sławionych staruchów (choć musiałem z ręką na sercu przyznać samemu sobie, że nie znając programu, też zwróciłbym uwagę przede wszystkim na kompozycję panów na V i na C, widać ono faktycznie nierówno pany podzielono, no i trudno) – na jakichś zgrzypiących i rzężących wersjach instrumentów smyczkowych, ze strunami ze starego barana (albo w sumie z żyłki wędkarskiej, nie podchodziłem i nie sprawdzałem), które musieli dostrajać po każdej części każdej z sonat, siłując się z drewnianymi kołkami wyrzezanymi kozikiem i wciśniętymi w resztę instrumentu. No ale kultowi starocia stało się zadość, wszyscy zadowoleni. (Ja też, bo muzyka błyskotliwa, a także pięknie wykonana pomimo nadmiarowej walki z materią).
@cpt
„przesłuchałem sobie Stellę na słuchawkach” (…) „Tak czy inaczej bardzo mi siadła produkcja tego albumu, sporo jakichś przestrzennych padów, różnej rytmiki, zresztą Claro Que Si też ma już tego dużo, obie płyty bardzo fajne, na pewno lepsze dużo od debiutu.”
No więc z mojego punktu widzenia słuchanie tamtych albumów na słuchawkach się jakoś mija z sensem, dlatego pytałem o słuchanie w ciemnym pustym pokoju. Jako przedstawiciel Gen X wobec basów wyznaję zasadę „słuchaj brzuchem a nie uchem”, porządne basy powinniśmy odczuwać jako fizyczny masaż ciała. Dosłownie, to nie jest metafora. Dlatego zresztą w praktyce tym idealnym „pokojem do słuchania muzyki” dla starego dziada w moim wieku staje się samochód („we like the cars, the cars that go BOOM”). I to dotyczy w dużym stopniu na przykład „Stelli” właśnie, tam są liczne utwory słynące z takiego akustycznego masażu tajskiego („Vicious Games”, choćby).
No i jak wiadomo, w 198x to nagrywano na analogu, a potem pośpiesznie robiono cyfrowy remaster na kompakty, więc akurat na płytach z klasyki synthpopu pogorszenie „produkcji” słychać w ślepej próbie. To wszystko naprawdę lepiej brzmi z winyla, nawet lekko trzeszczącego.
@janekr
„W Tokio w ogrodach Hamarikyu rośnie 300 letnia sosna. Ktoś musiał dbać o nią i to chyba nie jest „zawleczone” z Zachodu?”
No ale nie mieszajmy systemów walutowych – ogród z żywymi roślinami to zupełnie co innego niż stare artefakty.
Tak samo proszę nie podawać przykładu drabiny stojącej w tym samym miejscu w Jerozolimie od 300 lat – ona nie stoi tam ze względu na kult staroci.
@Piotr Kapis
„przecież Wielkiego Muru też nie wyburzyli pod autostrady”
Za Mao żołnierze rozbierali go „na chlewiki”, jak w Tytusie, właśnie w okolicach Simatai, o których pisałem. Odcinki otwarte dla turystów to mniej lub bardziej udane rekonstrukcje, a nie prawdziwy mingowski mur. I wcale nie jestem pewien, czy tu czy tam go nie wyburzają pod autostrady. O starszych odcinkach nie wspomnę, bo to tysiące kilometrów wałów, którymi nikt się nie przejmuje.
@janker
„W Tokio w ogrodach Hamarikyu rośnie 300 letnia sosna.”
W całej Azji masz mnóstwo starych, świętych drzew, co jest dziedzctwem animizmu i ludowych religii, ktore się z niego wywodzą. W Europie kult obiektów przyrody też był, ale go rozjechał kato-walec, pozostawiając reminescencje W rodzaju kapliczek np. w grotach, czy „pomników przyrody”.
@MB
„W Europie kult obiektów przyrody też był, ale go rozjechał kato-walec”
Zależy gdzie, w Estonii i Litwie ten kult się utrzymywał bardzo długo.
@kult staroci
W moim mieście najważniejszym budynkiem jest katedra (jednak 800 lat to nie w kij dmuchał). Ta katedra tył ma romański, potem od dołu jest trochę gotycka, ale wyżej robi się renesansowa, dwie wieże sto lat temu miała barokowe, ale jak przyszła moda na neogotyk, to je stosownie zatemperowano. Teraz mamy chwilę „kultu staroci”, dyktaturę konserwatorów zabytków, trend na mumifikację architektury, ale wcale się nie zdziwię, jeżeli za kolejne sto lat coś tam jej dostawią po nowemu. Tym bardziej, że Polska się wyludnia, więc może przyjść moment przemianowania katedry na meczet.
Moja katedra to i tak spokój i wytrwalość, widziałem ostatnio katedrę w Palermo – architektoniczne ADHD, chyba niemożliwe, żeby powiedziała już ostatnie słowo w kwestii swego wyglądu, tylko chwilowo musi grzecznie siedzieć w ławce i słuchać belfra.
@ergonauta
„ADHD katedra w Palermo”
Katedra w Aachen (czyli po łacińsko-naszemu Akwizgranie) też jest niezła w tej kategorii.
@cmos
„Czy ja postawiłem tezę, że gdzie indziej nic się nie odbudowuje?”
Nie, napisałeś konkretnie 'To „zachowanie/odtworzenie pierwotnego stanu” stało się wartością tylko w kulturze Zachodu, i to relatywnie niedawno.’ i twierdziłeś, że gdzie indziej jeśli to występuje to przywleczone z zachodu.
Japonia ma nie tylko stare drzewa ale i budynki, zwłaszcza świątynie. Ale przede wszystkim te budynki przetrwały długie lata gdy Japonia na pewno nie była częścią kultury zachodu ani nawet miała z nią kontakt. Służyły im cały czas, mimo że świat się zmieniał.
„W twoim pierwszym linku jest mowa o roku 1939”
Ale przeczytałeś ten artykuł uważnie czy złapałeś pierwszą lepszą datę, która pasowała ci do koncepcji? Zacytuję większy kawałek
„Excavations done in 1939 confirmed that Prince Shotoku’s palace, the Ikaruga-no-miya (斑鳩宮), occupied the eastern part of the current temple complex, where the Tō-in (東院) sits today.[6] Also discovered were the ruins of a temple complex which was southwest of the prince’s palace and not completely within the present temple complex.[6] The original temple, named by modern historians and archaeologists Wakakusa-garan (若草伽藍), was lost, probably burned to the ground after being hit by lightning in 670. The temple was reconstructed but slightly reoriented in a northwest position, which is believed to have been completed by around 711.[7] The temple was repaired and reassembled in the early twelfth century, in 1374, and 1603.
(…)
When the seat of the Hossō sect, Kōfuku-ji, was shut down for a time during the Meiji restoration, Hōryū-ji became affiliated with Shingon Buddhism.[11] However, after the government changed its position and allowed Buddhist temples to choose their own affiliated sect in the late 19th century, Hōryū-ji renewed its affiliation with the Hossō school.[11] Due to the lack of resources during the early Meiji period, the monks at Hōryū-ji decided to donate many of the temple’s treasures for museum display.[12] They were able to secure compensation for this donation, improving the financial situation of the temple. Conservation work at the site began in 1895, but culminated in 1934, when a massive restoration project at Hōryū-ji began.”
Czyli wykopaliska z 1939 potwierdziły, że stał tam również pałac. Prace naprawcze były przeprowadzane jeszcze w XIX wieku, a sama świątynia stała w tym samym miejscu albo była odbudowywana czy naprawiana przez stulecia.
Inny przykład „Founded in 1160, Tsuen Tea in Uji, near Kyoto, is the oldest working teahouse in Japan. Still in its original spot next to the Uji Bridge, Tsuen serves a variety of fine green tea.
The current building has remained unchanged since 1673, and the Tsuen family have been serving tea in this spot for 24 generations. You’ll find antique jars, low beams and a traditional kitchen well.”
link to theculturetrip.com
Owszem, można powiedzieć że zachód ma jakąś większą obsesję na tle historycznych obiektów i zachowywania artefaktów, ale to nie jest tak, że inne kultury (tudzież cywilizacje) ignorują ten temat albo robią to tylko pod wpływem zachodu. Czyli zachowanie/odtworzenie pierwotnego stanu bywa wartością w różnych miejscach. I niekoniecznie pod wpływem zachodu. Oczywiście można argumentować, że praktycznie cały świat jest pod jakimś wpływem kultury zachodu, bo praktycznie każde miejsce w pewnym momencie należało do zachodnich państw (może poza Rosją, zwłaszcza co bardziej prowincjonalną, ale i tu dałoby się znaleźć argumenty). Tyle że Japonia odbudowywała Horyu-ji i naprawiała ją zanim komodor Perry się tam pojawił.
Natomiast mogę się zgodzić, że zachód ma do tego podejście na sterydach. Japonia czy Chiny wybierają co sobie zachowają a resztę potrafią wyrzucić na śmietnik historii. Na zachodzie oczywiście w pewnym stopniu też – nie zachowujemy każdej kurnej chaty – ale można zauważyć podejście żeby trzymać się każdego śmiecia tylko dlatego, że jest stary. Tworzyć skanseny i muzea żeby mieć zachowany kawałek starego świata.
Przykład z Japonii jak się odrzuca część historii bez żalu. Podczas drugiej wojny światowej masowo produkowano tam miecze na szybko, bo zgodnie z regulaminem każdy oficer miał mieć miecz, a przecież nie każdy miał rodzinną, kilkusetletnią broń. Ale po wojnie uznano, że te miecze nie spełniają standardów i zarządzono, że mają być zniszczone. I robi się to, bez wyjątku. Bywa więc, że jakiś Amerykanin ma pamiątkę po dziadku (który sobie zabrał łup z wojny) ale gdy próbuje ją odrestaurować i przyjeżdża do Japonii to jest ona konfiskowana i niszczona. To po prostu nie są prawdziwe miecze w ich rozumieniu i zachowanie ich nie jest wartością.
@ergonauta
„Katedra różnych stylów”
Niech zgadnę, Płock?
@Marco Bollocks
„Za Mao żołnierze rozbierali go „na chlewiki”, jak w Tytusie, właśnie w okolicach Simatai, o których pisałem.”
W Chinach na przestrzeni wieków to pewnie da się znaleźć przykład na wszystko. Ale przykład na to, że w pewnym momencie nie szanowano historii, nie oznacza że nigdy jej nie szanowano. Czasami go rozbierali a czasami zostawiali w spokoju. Ok, Wielki Mur to nie jest najlepszy przykład, zwłaszcza że wcale nie jest jednym wielkim murem. W ogóle Chiny to nie jest za dobry przykład. To jest w ogóle kultura o innym podejściu, dla nas czasami trudnym do wyobrażenia, jak sam dobrze wiesz. Tam spojrzenie na to co warto zachować a co nie potrafiło się odbywać nie tyle po linii narodowej/kulturowej co naszej/ich, np. starą dynastię i wszystko co z nią związane można było (a nawet należało) zaorać przy przejmowaniu władzy, żeby pokazać że oto nastał nowy porządek (upraszczam, oczywiście. Ciężko tego nie robić gdy się próbuje tak skomplikowany temat zawrzeć w kilku zdaniach).
Mój problem z tezami Cmosa w tym wątku jest taki, że ja się po części z nimi zgadzam (albo mogę zgodzić), a po części nie, zależnie jak akurat je sformułuje. Na przykład gdy pisze, że na zachodzie panuje kult staroci z entuzjastami, konserwatorami i skansenami to ja mogę pokiwać głową. Ale za chwilę pojawia się stwierdzenie, że zachowanie/odtworzenie oryginalnego wyglądu stało się wartością tylko w kulturze zachodu albo z niej pochodzi. A z tym się nie zgadzam.
Moim zdaniem jest różnica między kultem, który traktuje temat obsesyjnie, a zachowaniem swojego dziedzictwa, szczególnie jeśli traktowane jest wybiórczo. Wiele kultur – w tym niezachodnie – budowało po to, żeby przetrwać długo. Pod tym względem zachowanie/odtworzenie oryginału było ważne. Japonia jest tu lepszym przykładem, ich miecze mają stulecia bo były dla nich ważne. Mają całą sztukę składania rozbitej porcelany na nowo i uzupełniania braków, co oczywiście nie przywróci oryginalnego wyglądu, ale próbuje odtworzyć przedmiot z części i na tyle blisko wyglądu oryginału, na ile to możliwe.
Ja bym powiedział, że próby przekazania czegoś kolejnym pokoleniom, tworzenia na lata oraz pamiętania o własnej historii są normalne dla każdego. Więc niejedna kultura będzie próbowała zachowywać pewne stare rzeczy, jeśli uzna je za ważne. Natomiast nie każda będzie produkować ludzi mających na tym punkcie obsesję i systemy ich wspierające.
@Piotr Kapis
Problem z argumentacją z naprawy budynków jest taki, że przecież nikt normalny nie będzie wyburzał i budował od nowa budynku tylko dlatego, że on jest stary i tynk mu odpada, czy belki w konstrukcji dachu zbutwiały. Budynek remontuje się przede wszystkim z przyczyn ekonomicznych, zamiłowanie do starego jest dopiero na dalszych pozycjach typowej listy motywacji (sprawdzić, czy budynek nie jest na Oficjalnej Liście Zabytków Czy Innego Dziedzictwa Narodowego).
W wielu miejscach świata zabytkowe budynki traktowano i traktuje się nie jako dziedzictwo, tylko jako źródło materiałów budowlanych, było tak również w Europie (patrz na przykład Koloseum w Rzymie).
„sama świątynia stała w tym samym miejscu albo była odbudowywana czy naprawiana przez stulecia.”
No ale to żaden dowód na zamiłowanie do staroci – typowo remont, rozbudowa czy przebudowa budynku są prostsze i tańsze niż jego zburzenie i budowanie od nowa, więc nie buduje się zawsze od nowa, tylko remontuje, przebudowuje, rozbudowuje itd. Miejsce na zbudowanie świątyni też raczej nie jest wybierane losowo, nawet gdy świątynia się spali czy zostanie zniszczona, to przecież miejsce w którym stała nie przestaje być dobre na zbudowanie świątyni. Więc buduje się ją w tym samym miejscu i niekoniecznie ma to cokolwiek wspólnego z kultem staroci.
@cmos
„Mi się od dawna wydaje, że kult staroci jest specyficzny tylko dla szeroko rozumianego Zachodu, i można wskazać konkretną osobę która go wywołała – cesarzową Helenę wyprawiającą się do Palestyny po relikwie.”
Tyle, że nie jest i skąd w ogóle taki pomysł?
@cmos
„No ale to żaden dowód na zamiłowanie do staroci – typowo remont, rozbudowa czy przebudowa budynku są prostsze i tańsze niż jego zburzenie i budowanie od nowa, więc nie buduje się zawsze od nowa, tylko remontuje, przebudowuje, rozbudowuje itd.”
Owszem, ale jeśli odbudowuje się ją nawet po stuleciach z tych samych materiałów albo stara się zachować oryginalny wygląd to jakby podpada pod „zachowanie/odtworzenie oryginalnego wyglądu stało się wartością”.
Próbujesz opisać jedno zjawisko dwoma różnymi określeniami, z których z jednym mogę się zgodzić a z drugim nie. Czym innym jest kult i parcie na takie odtwarzanie, a czym innym odtwarzanie bo uznajemy daną rzecz za cenną. Między kultem a uznawaniem wartości jest pewna różnica.
Oprócz budynków Japonia ma przecież swoje słynne miecze, które są naprawiane i miały wymieniane części, ale przez stulecia zachowywały i wygląd i charakter. Tyle że stary japoński miecz jest dla nich cenny nie dlatego, że jest stary, tylko dlatego, że jest japońskim mieczem. Nie tyle jest ważny bo przetrwał czterysta lat, co przetrwał czterysta lat bo jest ważny.
Nie zgodziłem się i nadal nie zgadzam z konkretnym stwierdzeniem 'To „zachowanie/odtworzenie pierwotnego stanu” stało się wartością tylko w kulturze Zachodu’. Ono bywa wartością różnież w innych kulturach, aczkolwiek być może z innych powodów i stosowane jest tylko do rzeczy już uznawanych za wartościowe.
Swoją drogą jeśli zachodnie kultowe podejście do staroci jest prawdziwe – nie znam się na tym, ale na potrzeby dyskusji mogę przyjąć, że tak jest – to zastanawiam się na ile jest powiązane z kapitalizmem. Gdy żyjesz w kulturze, w której wszystko przeliczane jest na pieniądze, a sukces finansowy wyznacza wartość, ludzie mogą szukać sposobów by od tego odejść czy jakoś sobie skompensować. Jeden sposób żeby to zrobić, to przypisać przedmiotom „bezcenność”, nadać im wartość ze względu na cechy których nie da się po prostu wyprodukować.
Gdy ktoś żyje w kulturze w której istotniejszy jest np. kult przodków a pewne rzeczy nie mają ceny, inne są linie podziału na śmieci i bezcenne. Ale nadal rzeczy uznawane za cenne czy bezcenne warte są zachowania.
@ Piotr Kapis
Bez jakiekogolwiek kultu staroci kultura w ogóle nie wydaje mi się możliwa, a przynajmniej zdolna do przetrwania. Na czym miałaby polegać ta istotowa różnica między Heleną i późniejszym Zachodem, idącym jakoby w akurat jej ślady, a Mouseionem albo Ennigaldi-Nanną, muzealniczką z Babilonu? Zupełnie tego nie widzę.
Zachód z obsesją staroci kontra indyferentni Chińczycy:
link to en.wikipedia.org
@”@ausir
„Za czasów Totmesa IV dokonano renowacji tysiącletniego już wtedy Sfinksa w Gizie.”
Tylko jaka była motywacja tej renowacji? Podejrzewałbym że to nie był kult staroci, tylko tania i szybka metoda zrobienia czegoś imponującego.”
Konsolidacja władzy. Totmes miał starszego brata Amenhotepa, który jeszcze za życia ich ojca zgromadził prestiżowe tytuły i urzędy, w tym wojskowe. Po wstąpieniu Totmesa na tron inskrypcje odnoszące się do Amenhotepa były pracowicie usuwane (choć niedokładnie).
@Marek Krukowski
„Bez jakiekogolwiek kultu staroci kultura w ogóle nie wydaje mi się możliwa”
Tu by się przydała definicja kultu. Bez niej nie jestem pewien czy rozumiem Cmosa dobrze czy nie. Z częścią rzeczy się zgadzam, np. na zachodzie (przynajmniej w Polsce, nie śledzę jak to wygląda w różnych krajach) potrafimy czasami przejmować się starymi rzeczami głównie dlatego, że są stare. Mamy jakiś budynek, wpisujemy go na listę zabytków i proszę bardzo, teraz niczego tam nie wyremontujesz bez zgody konserwatora. Ale jeśli to utrudnia remont i przez to nie można go przeprowadzić, to państwo już się aż tak nie przejmuje. W rezultacie nie tyle dbamy o sam zabytkowy obiekt co o możliwość kontroli nad nim. I to ja mógłbym nazwać zachowaniem kultowym, nie do końca racjonalnym, czy przynajmniej niezgodnym z deklarowanymi celami. Kult to dla mnie kwestia wiary.
Ale samo dbanie o pewne stare rzeczy nim nie jest. Istotna jest stojąca za tym logika. Nie każde starocie to zabytek, czasami to po prostu ruina czy szmelc. Niektóre rzeczy warto odrestaurować, inne nie. Niewykluczone też, że percepcja tego co warto zachowywać a czego nie, zmienia się z czasem.
A niezależnie od tego, żadna kultura nie zachowuje pełnego kultu staroci, tzn. nie trzyma się uparcie tego samego. Może doceniać w mniejszym albo większym stopniu, ale już nie mieszkamy w kurnych chatach czy lepiankach. Tworzymy coraz nowsze technologie budowlane i materiały, wznosimy nowoczesne konstrukcje, a zabytki zostają w jakichś niewielkich liczbach egzemplarzy. Potem jeden się spali i jest płacz, bo unikat zniszczony. Taka ta miłość do staroci jest, tym większa im bardziej unikalne a więc i postrzegane jako cenne jest dane starocie. Póki jest ich dużo, nikt się nie przejmuje.
Ten budynek link to okiemmaniaka.pl w Kioto jest pod opieką konserwatora zabytków
@Piotr Kapis
Dyskusja skręciła w stronę rzeczy innych niż te, o które mi chodzi. Jeżeli przekonujecie mnie że wszystkie kultury dbają o rzeczy nawet stare, ale z jakąś realną wartością użytkową czy materialną (np. budynki, szable), albo takie które wiążą się emocjonalnie z bliskimi osobami, to ja się całkowicie zgadzam. Tyle że w naszej, zachodniej kulturze mamy mnóstwo pozbawionych wartości użytkowej i materialnej rzeczy, cenionych przez wielu ludzi tylko dlatego że są stare. Przykład: Paczka gumy do żucia z lat pięćdziesiątych. Serio, sprawdziłem, można takie kupić za ceny rzędu 80 EUR + przesyłka. Dla prawie każdego starego śmiecia znajdziecie grupę ludzi kolekcjonujących takie śmiecie i płacących za nie duże pieniądze. Mody na rodzaje śmieci się zmieniają (na przykład znaczki pocztowe nie są już dobrą inwestycją), ale kult starego przedmiotu trwa.
Czy ktoś potrafi podać przykład zbieractwa czegoś takiego jak ta guma do żucia w innych kulturach?
@SJ
Tak. Historycy szacują, że za Krzywoustego to był największy kościół w Polsce. Tak czy owak, jak na rzecz romańską to była duża rzecz. Oczywiście, postęp napędzają wojny i pożogi, a maszynistą dziejów okazali się Litwini, którzy po niedługim czasie katedrę zniszczyli i można było – jak Tytus Romek i A’Tomek w X Księdze – ekspresowo przejść do kolejnej epoki – gotyku.
@Piotr Kapis
„nie tyle dbamy o sam zabytkowy obiekt co o możliwość kontroli nad nim”
Celem zwiększenia kontroli można zastosować metodę zwaną z francuska „spoliations napoléoniennes”. Jasne, że nie Napoleon na to wpadł, zorganizowane wojenne grabieże zabytków są stare jak ludzki świat, ale za jego kadencji do tej bazy dobudowano teoretyczną nadbudowę: „French officials justified taking art and other objects of value as both a right of conquest and as an advancement of public education, encyclopedism, and Enlightenment ideals. These seizures redefined the right of conquest in Europe and caused a surge of interest in art and art conservation.” (wiki)
@cmos
Z tym się mogę zgodzić.
Po prostu napisałeś dwie rzeczy, które tobie chyba wydawały się tożsame, a ja uważam, że były zasadniczo różne. Jedną było, że zachód ma pewną obsesję na punkcie starych rzeczy (zgoda), drugą, że zachowywanie/odtwarzanie pierwotnego stanu jest wartością _tylko_ w kulturze zachodu. Odezwałem się po tej drugiej wypowiedzi i to z nią polemizowałem.
Tak mi się wydawało, że właśnie coś takiego masz na myśli, ale nie chciałem się opierać na założeniach. Chyba lepiej mieć w miarę ciekawą dyskusję i sobie doprecyzować o co nam chodzi.
@Piotr Kapis
„Chyba lepiej mieć w miarę ciekawą dyskusję i sobie doprecyzować o co nam chodzi.”
Jasne, nie dyskutuję przecież dopracowanych tez gotowej mojej książki czy doktoratu, tylko moje intuicje i luźne przemyślenia. Sam sobie muszę to doprecyzować.
@Piotr Kapis
„W ogóle Chiny to nie jest za dobry przykład.”
Przypomnę, że zaczęliśmy od architektury i podałem przykłady na developmentalism nie tylko w ChRL, ale też w Korei (w ogóle to słówko wyczytałem u Goban-Klasa w jego książce o Korei Płd.). W Japonii też tego nie brakuje, czego przykładem jest drama wokół słynnego dworca kolejowego Harajuku w Tokio. Najpierw był płacz, że rozebrali, potem się okazało, że nie wyrzucili, więc go można poskładać na nowo doklejając doń szklane domy.
Ogólnie, to trzeba jednak odróżnić zbieractwo od budownictwa. Kolekcjonerstwo pojawiało się chyba na całym świecie, bo dobra materialne zawsze są rzadkie. Jeżeli nie po całości (jak przez większość historii), to w określonych kategoriach – jak współcześnie. Np. klocki playmobil trafią na śmietnik, ale niektóre zestawy lego kosztują fortunę.
Budowle to co innego, o tym cała dyskusja.
Dla mnie jeden biegun to Europa Zachodnia, szczególnie Niemcy/Szwjacaria, gdzie się z zasady konserwuje tkankę urbanistyczną i architektoniczną (co nie oznacza, że nie powstają nowe, imponujące projekty), a drugi biegun to Azja Wschodnia, gdzie jest permanentna konstruktywna dekonstrukcja. To się jakoś chyba wiąże, że starzeniem się społeczeństw. Polska na tej skali to Wschód jak się patrzy, szczególnie Warushawa/Wareusyawa/Huasha.
@MB
„Najpierw był płacz, że rozebrali, potem się okazało, że nie wyrzucili, więc go można poskładać na nowo doklejając doń szklane domy.”
W książce „Uratowane z Potopu” jest anegdota architektoniczna. W zamku Skokloster znajduje się piękna podłoga z czarnego marmuru, ale tylko w jednej komnacie, w pozostałych – ubogie na tym tle deski. Udało się rozpoznać ten marmur, a przy okazji wyjaśnić, dlaczego starczyło go tylko na jeden pokój – otóż resztę całkiem niedawno znaleziono w Wiśle na wysokości Warszawy, gdzie zatonęła barka z łupami, być może z powodu przeładowania. Technologia nie pozwalała zabrać całego pałacu czy kościoła, więc rozbierano co się dało, pakowano jak w pudła z Ikei, za Bałtykiem składano na nowo i doklejano lokalne elementy. Dlatego większość zabytków wywiezionych przez Szwedów miała wielkość niearchtektoniczną (mieli chrapkę na kolumnę Zygmunta, w końcu ich ziomala, ale podobno technicznie to ich przerosło), ot, jakieś książki zajumane z domu Kopernika czy róg myśliwski z poroża jednego z ostatnich turów. Fajna jest historia hełmu Iwana Groźnego, który Polacy buchnęli z Kremla w 1612, potem Szwedzi podwędzili go z Polski i u nich już został. Może mógłby pomóc w negocjacjach z Putinem: jak odpuścisz w Ukrainie, to dostaniesz w prezencie ten garnek na łeb, żebyś sobie poprawił samopoczucie.
@developmentalism
W mojej okolicy robi się to tak: władze miast i miasteczek są zblatowane z deweloperami, więc bywa, że zabytkowych budynków w strategicznych miejscach się nie remontuje (polityczne blokowanie remontów odbywa się na różne sposoby, są to niedocieczone wątki), cierpliwie się czeka, aż osiągną stan kwalifikujący do wyburzenia, po czym robi się przestrzeń, by w nią wkroczyć patoarchitektonicznie.
„Czy w ogóle ktoś jeszcze coś takiego robi – słucha muzyki by odpłynąć w marzenia”
Robi, choć i nas (czyli osoby 40+) dotyczy kryzys przebodźcowania, wobec czego chyba rzadko jest okazja, żeby tak w 100% odpłynąć z muzyką. Pamiętam (wspomnienia kombatanckie mode on), jak w czasach licealnych wracałem ze szkoły, zaciągałem żaluzje, odpalałem „In the Court of the Crimson King”, kładłem się na dywanie i tripowałem bez wspomagaczy innych niż muzyka + klimat. Dziś jest to o wiele trudniejsze, bo ciągle coś (różne urządzenia robiące „pik/brzdęk/gong”, FOMO, dorosłe myśli natrętne itp.) lub ktoś (też poprzez urządzenia robiące „pik/brzdęk/gong”). Tutaj można zadać kolejne pytanie: kto nadal słucha muzyki ALBUMAMI. Ja słucham, ale to też chyba na razie domena ludzi, ekhm, starszych (piszę „na razie”, bo podobno zetki zaczynają wracać do cedeków).
@ab
„„In the Court of the Crimson King”, kładłem się na dywanie i tripowałem bez wspomagaczy”
No taaaak, to jedna z płyt Stworzonych Specjalnie Do Tego! Czyli widzę, że kolega ulepiony z tej samej gliny (muzycznie). Jeszcze dla Cpt Harermeyera maleńka sugestia – „Dare” rzeczywiście niespecjalnie się nadaje do „odpływania w marzenia”, natomiast ta płyta ma swój – wspomniany w notce – remiksowy rewers, pod nieco mylącym tytułem „Love and Dancing”. Wbrew tytułom, na imprezie w klimatach ejtisowych lepiej puszczać hity z „Dare” niż „Love and Dancing”. Za to „L & D” fajnie się słucha właśnie odpływając.
@Adam Bała
„kto nadal słucha muzyki ALBUMAMI”
Słucham, ale tylko podczas długich podróży samochodowych. W innych kontekstach jest to już faktycznie w zasadzie niemożliwe.
@MB
„W innych kontekstach jest to już faktycznie w zasadzie niemożliwe.”
Ja mimo wszystko nadal praktykuję słuchanie albumowe, kiedy tylko się da i gdzie tylko się da. Wieczorem, po robocie (ale też do roboty), odpalam sobie płyty z cedeków i lecą. Zrobiłem sobie z tego taki rytuał codzienny (w miarę możliwości, of course).
@Adam bala
„pytanie: kto nadal słucha muzyki ALBUMAMI. Ja słucham, ale to też chyba na razie domena ludzi, ekhm, starszych”
Jestem w domenie „ekhm” (w pokoleniu „ekhm”?). A/ słucham albumami (nie gram na komputerze, co uwalnia mi trochę czasu w nocy, nie mam konta na Fb, co uwalnia mi trochę czasu w dzień), B/ zdarza mi się słuchać, jak „the purple piper plays his tune, the choir softly sing, three lullabies in an ancient tongue for the court of the crimson king” i całej reszty płyty za jednym zamachem, C/ na dwupłytowce (co było dwupłytowe w wersji LP mam dwupłytowe w wersji CD) też czasem się zamachnę, czyli na słuchany ciurkiem tzw. „Biały Album” albo „Trout Mask Replica” albo „The Wall”, a w okolicach wielkanocnych na „Jesus Christ Superstar”, razem z córką, aby snuć rozważania teologiczno-popkulturowe (z synem też to robiłem, kiedy jeszcze mieszkaliśmy pod jednym dachem). Ktoś oczywiście może mi zarzucić, że jestem patostreamerem dla własnego dziecka…
@Adam Bała
„kto nadal słucha muzyki ALBUMAMI.”
W trakcie pracy na słuchawkach daje radę, a teraz podczas urlopu rodzicielskiego kiedy brzdąc się bawi w pokoju dziennym do dostaje edukację muzyczną albumami.
Z tym słuchaniem albumami to przecież w dużym stopniu kwestia żenru. Jedne temu sprzyjają albo wręcz wymagają, inne zupełnie nie. Są albumy do słuchania w całości i takie gdzie kawałków nic nie łączy, więc o co kaman. Ja chyba jednak wolę własne plejlisty. Za szybko się nudzę, 40+ minut mniej więcej tego samego to dla mnie za dużo, różnorodność musi być (przy czym oczywiście istnieją albumy zapewniające różnorodność ale to wyjątki, nie reguła).
Jako zbliżający się do smugi cienia (niemal pięćdziesięciolatek) oczywiście słucham wyłącznie albumami, nawet przy użyciu Spotify, choć już bardzo rzadko tak jak za lat młodzieńczych w oderwaniu od jakichkolwiek innych bodźców czy zadań. Kiedy zdarza mi się usłyszeć gdzieś `publicznie’ na przykład końcówkę „I Just Don’t Know What to Do with Myself” zawsze się wewnętrznie dziwię, że nie będzie zaraz akordów do „In the Cold Cold Night”
@ergonauta
mieli chrapkę na kolumnę Zygmunta, w końcu ich ziomala, ale podobno technicznie to ich przerosło
Ależ wodzu, czego wódz oczekuje od XVII wieku?. W XIX też trzeba było kombinować.
link to notechmagazine.com
link to en.wikipedia.org
Poza tym wreszcie kilka osób mnie trąciło w osobiste wspomnienia słuchania (płyty Stworzone Specjalnie Do Tego). Ale płyty inne też mi sporadycznie tak robiły.
@embercadero
40+ minut mniej więcej tego samego
Zależy od tego jak bardzo powtarzalny jest artysta, bo ja np. bardzo lubiłem sobie słuchać całego Undertow Toola, ale tej nowej to nijak się nie da, bo jest to tak potwornie nudne i na jedno kopyto że trzeba jednak być ultrasem Keenana i spółki.
Kiedy miałem jakieś 12 lat i na Mtv zobaczyłem Faith No More grające Easy, postanowiłem że muszę kupić sobie kasetę tego wspaniałego zespołu śpiewającego ładne melodie i, cóż, Angel Dust też mi tak zrobił że nie jestem w stanie słuchać albumów gdzie jest 2 beaty i 4 riffy na krzyż, natomiast playlist nie chce mi się układać a zdawanie się na algortym to albo inna droga do inż. Mamonia (kiedy streaming za dobrze wie co lubię), albo droga do nerwowego przeskakiwania utworów kiedy nie wie (not the f*king Eagles, man!). Więc mam takie hobby ostatnio żeby słuchać nieznanych albumów jakby był 1995 i właśnie wydałem na kasetę całe kieszonkowe, więc słucham aż załapię. Wydaje mi się że to nasze obecne przebodźcowanie powoduje że gubimy umiejętność głębszego czytania/słuchania/oglądania i mnóstwo świetnych rzeczy nas omija, bo nie dajemy rzeczom czasu żeby sę w nas wgryzły. Ja się staram dawać i ostatnio ugryzła mnie nowa płyta Boards of Canada i nie chce puścić.
@wo
L&D miałem następne na liście ale tak mnie Dare zmęczyło że musiałem przegryźć Andrzejem McKluskiem no i wsiąkłem. Skoro jednak warto, to sobie wrócę do tych remiksów.
„Czy w ogóle ktoś jeszcze coś takiego robi – słucha muzyki by odpłynąć w marzenia”
No ja. Właściwie codziennie. Albo sobie półleżę, albo cos czytam. Tak czy siak odpływając. Czasem ktoś z rodzinki przyjedzie czy znajomy to sobie posłucham społecznie.
„kto nadal słucha muzyki ALBUMAMI.”
Kiedyś nie wyobrażałem sobie inaczej. Słuchanie pojedynczych utworów uznawałem za zepsucie się młodzieży. Kultura niższa. Potem mi przeszło, ale wciąż słucham głównie płytami. Rzadko playlistami.
@Stella
No więc ja byłem fanem One Second. Stella była taka za komercyjna. Idąc śladem kolegi Cpt. Odświeżyłem sobie parę dni temu Stellę. Doceniam złożoność, ale chyba wyrosłem czy też zestarzałem się. A masowania basem nie ma tam prawie w ogóle. Rozumiem przez to takie mruczenie jak w „Persefonie” DCD czy u Alice Russell w „Under the Munka Moon”. Ale Stella? Nie udało mi się.
No i z najnowszą Gazetą przez pomyłkę wyszedł Tygodnik Pszczelaża zamiast Dużego Formatu
@Junoxe
„posłucham społecznie”
U nas w domu był okres (2005-2015?), kiedy słuchaliśmy grając w planszówki, takie niemagiczne, czyli typu „Zamki Burgundii” czy „Osadnicy z Catanu”. Jeden gracz obmyśla/wykonuje ruch, pozostali wymieniają uwagi na temat doboru kawałków na „Best of Donovan” (bo firmowa składanka z epoki to też album, bo swoja niealgorytmiczną fabułę) albo czy „OK Computer” już się zestarzało i przeszło do sekcji retro, czy jeszcze nie. Skupienie na grze i na muzyce jednocześnie było niejako wyższym levelem gry, no i wzmacniało wspólnotowość, rosło w społeczny rytuał. Nie tylko rodzinny, bo bywali przyjaciele syna albo jego dziewczyny (nie zdzierżysz marudzącego Portishead? ziewniesz przy folknudziarzach z Calexico? nie idą z tobą do łóżka!). Oczywiście propaganda muzyczna szła w obie strony, więc staruchy (czyli np. ja z małżonką) musiały brnąć przez „Gospel” Lao Che, przegapiając, że ktoś im podkradł z planszy kafelek z kopalnią. To były – dla mnie osobiście – stare dobre czasy, symboliczną dupą jak jesień średniowiecza było upowszechnienie się Fb w okolicach 2012 i inwazja apek (to tylko symbol, równie dobrze może być inwazja Rosji na Krym), no ale mój syn poślubił dziewczynę, która rozpozna Donovana, więc w sumie bilans globalnych szczęść i nieszczęść jakoś się wyrównuje.
@cpt
” Andrzejem McKluskiem no i wsiąkłem”
MakKluski to zawsze dobry wybór, więc nie potępiam absolutnie, najwyżej delikatnie sugeruję. Po prostu ten album z remiksami zmiksowano z myślą o ciągłym odtwarzaniu, podczas gdy „Dare” to jakby plejlista z szuflą, by tak to anachronicznie opisać.
@embercadero
No, moim zdaniem, nie jest to tylko kwestia żenru. Słuchanie albumami pozwala przede wszystkim najpierw wychwycić kawałki przelatujące pod radarem, często zachwycić się nimi, a w końcu stworzyć sobie z płyty litą całość (do tego stopnia, że osoba przyzwyczajona do albumowego słuchania będzie się spodziewała konkretnych kompozycji następujących po sobie). Nie zgadzam się, że istnieją płyty do albumowego i niealbumowego słuchania (nie mówię o składakach, ofkors), bo wg. mnie każdy album, będący owocem sesji, które odbyły się w konkretnym czasie i miejscu, jest już predestynowany do odbioru całościowego. Jasne, nie odrzucam słuchania playlistowego i sam je praktykuję (nie jestem jakimś albumowym zamordystą – po prostu gorącym zwolennikiem). Oczywiście, że bardziej cieszą mnie płyty artystów, którzy zapewniają mi jakąś muzyczną przygodę w ramach jednego zestawu (np. David Bowie), a mniej tacy, którzy przez 60 lat odtwarzają ten sam kawałek (z całym szacunkiem, ale np. AC/DC). Jednak zawsze staram się najpierw połknąć cały album (najwyżej sobie wyłączę w środku i spróbuję z czymś innym). To jest też, myślę, w dużej mierze kwestia wychowania w kulcie płyty. Kolejna rzecz: większość z nas tutaj zebranych kupuje, albo kupowała przecież kasety, winyle i cedeki (najpierw za ciężko wysupłane pieniądze, a przez to rzadko), a zatem wiemy, że nie tylko o samą muzykę chodzi, ale cały ten klimat wokół słuchania.
@ab
„każdy album, będący owocem sesji, które odbyły się w konkretnym czasie i miejscu, jest już predestynowany do odbioru całościowego.”
To nie jest takie proste. Kolejność piosenek na płycie często była owocem przypadkowych decyzji (stąd na przykład cenione przez kolekcjonerów anomalie typu „różnice między wydaniem japońskim a australijskim”). Nie każdy LP był świadomie, z góry przygotowany przez producenta z przeznaczeniem do słuchania w całości. Acz owszem, niektóre tak – wliczając w to tradycję szykowania „finale grande” na ostatni utwór oraz jakiegoś „intermezzo” na koniec pierwszej strony.
@wo
Zgoda, „predestynowany” było tu chyba zbyt mocnym słowem w kontekście absolutnie wszystkich albumów. Nie stawiałbym jednak znaku równości między przypadkowością kolejności utworów a przypadkowością samego zestawu. Wspólny czas i miejsce sesji, skład, producent czy określony etap twórczości sprawiają, że album może mieć sens jako pewien dokument (nawet jeśli kolejność piosenek ustalono naprędce albo różniła się między wydaniami). Powiedziałbym zatem może tak: każdy album warto potraktować jako całość. No i finalnie największym argumentem dla słuchaczy albumowych pozostaje chyba ta rytualność, cały ten experience, trip itd.
@”nie odrzucam słuchania playlistowego”
Miałem w latach 90. nagrywarkę płyt CD, taką niekomputerową, lecz będącą również odtwarzaczem CD, niezłej firmy Pionier. Do tej pory sięgam po zrobione wtedy – własnoręcznie i własnousznie – składanki. Ba, każda z tych playlist została wyposażona w odpowiednio dobraną okładkę, np. skoro na początek David Sylvian, potem Erik Satie w wersji na jazzowe trio, potem coś triphopowego, potem sambująca Astrud Gilberto, to na okładce jakaś melancholijna dziewoja Gustava Klimta. Krótko mówiąc, autorem tych okładek jest Naturalna Inteligencja.
@”ostatnio ugryzła mnie nowa płyta Boards of Canada i nie chce puścić”
Wreszcie ktoś wspomina muzykę, której akszuali słucham! I tak, ja też team albumowcy, lvl chrystusowy.
@ergonauta
Ha, ja nawet nostalgicznie chomikuję mixtape’y, które robiłem w czasach licealnych na przeróżne okazje (łącznie z rysowanymi własnoręcznie okładkami i takoż przygotowywanymi listami utworów). Przemyślane, tematyczne składaki (albo skarby z MiniMaksu:)) to prawdziwe skarby (KIEDYŚTOBYŁO!). Ostatnio nawet myślę o zakupie jakiegoś magnetofonu, żeby co jakiś czas robić sobie takie nostalgiczne przejażdżki.
@mtxon
Ostatnia płyta Boards of Canada to mój soundtrack tego lata. Najczęściej słuchałem jej przy pracy — przy kreatywnej robocie wchodzi jak lody pistacjowe.
Może ja jestem dziwny (wiem że jestem, ADHD) ale praktycznie nie istnieją albumy na których żaden kawałek by mnie nie irytował. To jest mega rzadkość by płyta mi się podobała od początku do końca. Kilka bym znalazł ale do dziesięciu bym pewnie nie doliczył. Często jest tak że 1-2 kawałki to bardzo-bardzo a kilka innych nie jestem w stanie strawić i natychmiast wyłączam. Więc słuchanie albumami oznaczałoby wieczne klikanie next bo jak ma lecieć coś co mnie irytuje to lepiej żeby nic nie leciało. Nie wiem czemu to we mnie budzi tyle emocji – przy czym dotyczy to tylko świadomego słuchania muzyki dla słuchania muzyki, jak coś sobie leci w tle np w radiu to mam to gdzieś i może lecieć cokolwiek. Co więcej, bardzo długo miałem tak że unikałem kawałków z jakiejś płyty bo ją znałem z czasów kaset i tam był ten kawałek co to mnie tak bardzo irytował więc się nie dotykałem latami do całości. Dopiero jak spotifaj mi zaczął sam podrzucać pojedyncze utwory to „odkryłem” że można inaczej. Tak, jestem popieprzony na maksa.
„nie istnieją albumy na których żaden kawałek by mnie nie irytował.”
Też tak mam. W całości mogę słuchać z pełną przyjemnością np. pierwszych płyt Beatelsów. Ale odcień autyzmu pozwala się zmusić i przesłuchać czasem płytę w całości. Tak samo lubię przechodzić gry w całości ze wszystkimi misjami pobocznym. Albo męczyć się do końca z nudnym książkami. Traktuję to trochę jak stoickie ćwiczenie charakteru.
@Marco Bollocks
Też tak mam. W całości mogę słuchać z pełną przyjemnością np. pierwszych płyt Beatelsów. Ale odcień autyzmu pozwala się zmusić i przesłuchać czasem płytę w całości. Tak samo lubię przechodzić gry w całości ze wszystkimi misjami pobocznym. Albo męczyć się do końca z nudnym książkami. Traktuję to trochę jak stoickie ćwiczenie charakteru.
Noęc co do książek, stoickim ćwiczeniem charakteru (ale nieprawda, dla mnie nie) jest czytanie Nędzników ze wszystkimi detalami.
@mb
Tak samo lubię przechodzić gry w całości ze wszystkimi misjami pobocznym. Albo męczyć się do końca z nudnym książkami.
Też mnie dotknęła ta klątwa, ostatnio doszedłem do wniosku że na starość wolę gry o liniowej fabule, bo alternatywne ścieżki to jest już czysta tortura i masochizm na pełnej. Książki natomiast szacuję po objętosci i nauczyłem się że jak cos wygląda jak Lód Dukaja to mam odwrócić wzrok i udawać że nic takiego nie widziałem, fnord.
W gry nie gram, bo natychmiast wpadam w nałóg (dwa razy w życiu rzucałem granie), natomiast bardzo często nie kończę książek które mnie znudziły. Pewnie part of the same story.
Natomiast małżonka ma, też ADHD ale zupełnie inne, ma np tak że jak pójdziemy np do muzeum czy na wystawę to nie wyjdzie póki nie obejrzy szczegółowo każdego centymetra i nie przeczyta każdego słowa. Koncepcja że pójdziemy na chwilę i obejrzymy to co najbardziej warto a resztę olejemy jest dla niej niewykonalna. Więc trochę tak jak wy macie z grami. Każdy ma swojego świra.
@Adam Bała
a/ „skarby z MiniMaksu”
b/ „myślę o zakupie jakiegoś magnetofonu”
Mnie samo życie napisało scenariusz a+b. Pożegnawszy starego WV Polo, kupiłem trochę nowszą Toyotę Yaris – jednak nie aż tak bardzo nowszą, bo okazało się, że: ma radio z magnetofonem! ten magnetofon działa! pierwsza stara kaseta, która znalazłem w domu, miała na pudełku – wypisany długopisem przez trzydzieści lat młodszego mnie – napis „Piotr Kaczkowski”.
Gammon
„Noęc co do książek, stoickim ćwiczeniem charakteru (ale nieprawda, dla mnie nie) jest czytanie Nędzników ze wszystkimi detalami.”
Ja tak mam z audiobookami, jak czytałem książkę, to chwilami było mentalne skip, bo akcja, zagadka, nudy …
A po latach dorwę ją w audio i odkrywam pominięte detale i smaczki. Jak czytałem „Eden” to nie zauważyłem jak Lem używa słowa „szuścić” w wersji audio nie da się nie zauważyć.
@rpyzel
nie zauważyłem jak Lem używa słowa „szuścić” w wersji audio nie da się nie zauważyć
Ja bym umiał nie usłyszeć. No ale „i jak nie zaszuści, nie zagwazdra! Aż się sama trochę zlękła, patrzy – a toto nic”. Tyle zapamiętałem.
@ergonauta
„okazało się, że: ma radio z magnetofonem”
Z natury rzeczy często odwiedzam sklepy z używanymi winylami. Rośnie tam działka kaset i cedeków, co wydawało mi się dziwne, ale odpowiedź jest banalna. Wielu ludzi kupuje używane, ale nadal premiumowe motocykle, jachty (!), campery itd., które mają wbudowany system audio z kasetą / cedekiem. A umiejętność nagrania / wypalenia zanika (nie mówiąc już o posiadaniu sprzętu po temu). Więc realną wartość rynkową mają już dziś także nasze/wasze stare mikstejpy i wypalane składanki!
@szuścić
Faktycznie!
„osypywały się z nich skórzaste strąki, czasem coś popielatego zaszuściło w zeschłym gąszczu, raz i drugi smuga szalonej ucieczki wyrwała się niemal spod samych kół łazika”
A propos wypalanych składanek: w złotych latach początku wieku, kiedy funkcjonowały jeszcze te fenomeny epoki kamiennej, czyli długie, często błyskotliwe dyskusje na forach Gazety, prawdziwym skarbcem wiedzy o muzyce popularnej (przynajmniej dla niżej podpisanego) było forum o znamiennej nazwie Strawberry Fields. Grupa piszących tam młodzieńców i starzeńców (z których część po latach zyskała albo audycję w Trójce, albo alternatywnomuzyczną szeroką sławę mołojecką, albo stanowiska redakcyjne w czasopismach literackich) organizowała co jakiś czas imprezę pod tytułem BBB, czyli Burn, Baby, Burn. Pojawiał się temat, następowało anonimowe losowanie – niczym na szkolnych Mikołajkach! – osoby, której należało wysłać prezent, a potem każdy w pocie czoła generował tematyczną składankę, wypalał CDka i wysyłał go ślimaczą pocztą, bywało, że i na drugi koniec Europy. Bardzo specyficzny moment, gdy technologie zamierzchłe zderzały się z nowoczesnymi.
@WO
„wbudowany system audio z kasetą”
Odpalając system audio z kasetą wbudowany w moją Toyotę, przeżyłem chwilę rozpaczy/radości/grozy. No bo wsuwam kasetę w szczelinę jej dedykowaną – i nic, robię głośniej (gałką w prawo!) – i słychać szum, myślę: martwy sprzęt, pewnie głowica uszkodzona albo za brudna (ale jak się do niej dobrać?), mija dramatyczne 10 sekund – i rozlega się fortepianowa zagrywka z „Rendezvous 6:02″ zespołu UK, a w głowie myśl: jaki ja jestem stary! zapomniałem, że kasety mają rozbiegówki, the horror, the horror!
@”Więc realną wartość rynkową mają już dziś także nasze/wasze stare mikstejpy”
Wartość trudną do oszacowania. Np. druga stronę wzmiankowanej kasety rozpoczyna Kaczkowski recytujący po polsku wiersz Pabla Nerudy, który za chwilę po angielsku recytuje Marianne Faithful. Obie wersje rewelacyjne brzmieniowo, recytacja pani Marianny jest na jakiejś płycie czy innym twardym nośniku (sprawdzić!), ale recytacja pana Piotra, dokonana nocą w studiu Polskiego Radia w połowie lat 90. to jest rzecz wysoce ulotna.
Pan się teraz rozglądaj za sprzętem do nagrywania kaset. I za czystymi kasetami! Ja ciągle mam jakieś niewyjęte z folii (!), teraz już nawet głupio wyrzucać. Może ktoś coś?
No proszę, dziś wyskoczył mi news, że Maxell wznowił produkcję kasety UD-60U (kultowej!), więc coś się dzieje.
@WO
„Pan się teraz rozglądaj za sprzętem do nagrywania kaset.”
Dwukasetowy Technics od 25 lat stoi na dnie szafy, pod garniturem, który miałem na sobie ostatnio 20 lat temu na pogrzebie ojca. A Filip, syn mojego kolegi z lat licealnych, zajmuje się renowacją takich zabytków, czyści je jubilersko. Deck Techniksa jest czarny, więc kiedy go postawię na srebrnym wzmacniaczu i odtwarzaczu Rotela, wieża będzie jak mój „Coat Of Many Colours”*
[*Back through the years
I go wonderin’ once again
Back to the seasons of my youth
I recall a box of rags that someone gave us
And how my momma put the rags to use
There were rags of many colors
Every piece was small
And I didn’t have a coat
And it was way down in the fall
Momma sewed the rags together
Sewin’ every piece with love
She made my coat of many colors”]
„Pan się teraz rozglądaj za sprzętem do nagrywania kaset.”
Nie wiem jak obecnie, ale tak z 10 lat temu dwukasetowy, wypasiony, używany, lecz sprawny Technics kosztował na Allegro jakieś śmieszne 200 złotych (bez pilota). W latach ’90, żeby kupić takiego w komplecie ze wzmacniaczem+kolumny trzeba było wziąć raty.
Rozwijając tradycję mikstejpów zgrywam sobie pewne rzeczy na serwer NAS, korzystając z yt-dlp (programik z wiersza poleceń m.in do kopiowania z y/t), Mp3Gain (do wyrównania głośności zestawów utworów) i Audacity. Czasochłonne hobby, ale można próbować też pozgrywać szumiące coraz wyraźniej kasety i trzeszczące winyle. Tworzyć tzw. składaczki z plików muzycznych, dodawać im „okładki” z plików jpg, uzupełniać tagi mp3, spisywać tytuły i wykonawców zasłyszanych w radio a potem wyszukiwać po portalach. Dużo dobrego do roboty.
Winyle w domu u fieloryba służą do… oglądania. Dobra okładka winyla potrafi być dziełem sztuki. Ulubione winyle są jak relikwie. Do słuchania są używane setki-tysiące razy, niezdzieralne pliki flac, wav itd.
Problemem jest tzw. długi ogon. Już dziś mógłby spokojnie zaprzestać kupowania muzyki i używać tylko tego co nazbierało się przez lata. Jednakowoż coś nowego lub nieznanego zawsze wpadnie (CZYTAJ – kompulsywne zbieranie muzyki).
@słuchanie całych płyt
Albumów sprzed ery CD słucha mi się lepiej, bo są krótsze. Kiedy wszedł kompakt, zaczęły się pojawiać często płyty grubo powyżej 45 minut. Trudno mi się zanurzyć w uważne słuchanie jednego wykonawcy godzinę lub więcej.
@fieloryb
„Albumów sprzed ery CD słucha mi się lepiej, bo są krótsze.”
Tak. Mam w ogóle takiego tejka, że optymalny czas trwania albumu studyjnego (no bo koncertówki rządzą się trochę innymi prawami) to 40/45 minut (z naciskiem na okolice 40). Wszystko ponad te trzy kwadranse dałoby się z reguły potraktować ostrymi nożycami redaktora (tak jak zbyt opasłe książki), a bardzo często jest to zwykłe męczenie buły. Dlatego cieszę się, że jakiś czas temu artyści zaczęli wracać do tego winylowego czasu i nagrywać płyty nawet 36-minutowe (ostatni, świetny album The Cult, Fontaines D.C. „Romance” itd.). Ostatni (WYBITNY!) album Bowiego trwał 40 minut i jest to 40 monolitycznych minut.
Ja mam odwrotny problem: jak słucham muzyki sama i nic przy tym nie robię, prawie natychmiast zaczynam sobie do niej wymyślać film. Potem utwór jest już zepsuty na zawsze, bo ma scenę, która nie istnieje.