W moim wieku już bliżej jest niż dalej, rób co chcesz. Co za tym idzie, żyję coraz bardziej Wspomnieniami. Lubię wspominki z czasów, gdy jeszcze to wszystko jakoś zasuwało do przodu, zanim pierwszy był krok w rozpadlinę bez dna.
No właśnie, kiedy? Nie wiem. Moim osobistym peakiem ostatnio wydaje mi się pewien dzień z roku 2002. Tego samego dnia jednocześnie na wywiady zgodzili się Mój Ukochany Pisarz oraz basista mojego ukochanego zespołu rockowego (będący liderem po odejściu poprzedniego lidera, ale i tak od początku najbardziej kochałem właśnie basistę).
Z perspektywy ćwierćwiecza przyznam, że dzień takich dwóch wywiadów to Rzecz Wspaniała. Ale ja wtedy byłem stachanowcem wierszówki, w wiecznym niedoczasie, zawsze na debecie, więc przede wszystkim się martwiłem, jak mam się z tym wyrobić.
Pisarz zapraszał do swojego mieszkania w łódzkim blokowisku. Basista zgadzał się pogadać przez telefon. Ostatecznie więc wyszedł z tego mikromaraton, że pociągiem na dworzec Łódź Fabryczna (dla młodzieży: nie było autostrady, nie było pendolino), taksówką na Retkinię, a potem taksówką do redakcji łódzkiej „Wyborczej”, gdzie udostępniono mi telefon z magnetofonem, z którego wykręciłem przysłany mi przez agenta numer, usłyszałem ten charakterystyczny brytyjski sygnał, który od dziecka znałem z „The Wall”, a potem odebrało jakieś dziecko i zawołało „tato, ktoś do ciebie”. Wszystko się dobrze skończyło, ukazały się oba wywiady. Dziś więc wspominam to jako swój peak, a wtedy czułem się w piekle przepracowania.
Żyjąc wspomnieniami, słucham ostatnio dużo owego zespołu. A zwłaszcza wczesnych płyt, a zwłaszcza w ogóle pierwszej – „Rattus Norvegicus”. Jak wiadomo, moje nastoletnie gusta miotały się między rockiem progresywnym a punkiem. Czyli z jednej strony „trzy akordy darcie mordy”, z drugiej „concerto for a group and orchestra”.
Już od pierwszej płyty, zespół The Stranglers uprawiał heglowską Syntezę obu skrajności. Wzbogacał punkowe instrumentarium o klawisze, głównie organy Hammonda, w których dźwięk generowany był elektromechanicznie. Były podatne na interferencje i przesłuchy, nadające brzmieniu nieprzewidywalność, zaskakująco dobrze pasującą do punk rocka.
Szczytową formą rocka progresywnego, jak wiadomo, była wieloczęściowa suita. Już pierwsza płyta kończy się punkową suitą (być może pierwszą w dziejach gatunku?) – „Down In The Sewer”, składającą się z czterech części, „Upadek”, „W kanale”, „Próba wydostania” i „Wyścig szczurów”.
Jak przystało na punk rocka, to tak naprawdę parodia tych wszystkich „błyszczących szalonych diamentów”. Prawdziwy fan King Crimson powinien dostać palpitacji (choć nie sam Robert Fripp, jak wiadomo otwarty na autoironię). Z perspektywy czasu bardzo doceniam to, że wszystko jest konsekwentnie Prymitywne (od czasu do czasu ktoś gra jakąś niby-solówkę, ale bez wirtuozerii, która zabija piękno rocka tak jak finezja zabija piękno futbolu). Natomiast przez cały czas utrzymywane jest rockowe Napierdalanie Rytmicznej Machiny, składającej się zawsze co najmniej z basu i perkusji, czasami dodatkowo z gitary i/lub klawiszów unisono.
Parę razy już pisałem na blogu o „Stranglersach”, ale zawsze z późniejszych płyt. Bo też i jak przystało na pokolenie Wychowanych Na Trójce, po raz pierwszy usłyszałem ich z płyty „Feline” (1983). Że przedtem grali punka, było to dla mnie zaskoczeniem. Ich wcześniejsze płyty nie leciały w radiu. Krążyły w kręgu znajomych, ja przywiozłem „La Folie”, inni mieli inne rzeczy, nawet single (kupuję je teraz jako dziaders, ale 40 lat temu przegrywałem je na kasety od tow. Zgliczyńskiego).
„Down In The Sewer” opowiada fabularną historię, po punkowemu sprowadzoną do minimum. Podmiot liryczny trafia do kanału (jak? to długa historia, odpowiada wymijająco). Snuje wizję prokreacji ze szczurami, bo urodzą mu dzieci, które Przetrwają.
Szczur stał się, jak wiadomo, maskotką zespołu, tak jak potworny Eddie maskotką Iron Maiden. Jak już parokrotnie pisałem uważam, że ówczesna punkowa i metalowa makabra pełniła funkcję terapeutyczną. Piosenki przenosiły nas przez świat wypełniony tym, czego się najbardziej boimy czy brzydzimy, żebyśmy czuli się oczyszczeni w finale, gdy automat podnosi ramię gramofonu.
Jako dziaders doceniam coś, na co wtedy nie zwracałem uwagi – Młodzieńczą Energię wykonawców. Trochę na zasadzie fałszywej nostalgii, wrzucam więc nie wersję studyjną (której tak naprawdę słucham), tylko demonstrujący tę Energię występ na żywo w Paryżu w 1979. Nie mógłbym na nim być nawet gdyby nie Żelazna Kurtyna, bo po prostu byłem za małym dzieckiem. Ale bywałem na takich koncertach przez wiele lat W Wyobraźni.

W albumowej wersji „Midnight Summer Dream”, tej ponadsześciominutowej (oczywiście z płyty „Feline”, też od niej zaczynałem stranglersowanie) dokładnie w czwartej minucie i pięćdziesiątej sekundzie jest maleńka pauza (po dłuższym momencie wyciszenia, mamrotania wokalisty, szumienia klawiszami, plumkania basem), a po pauzie nastepuje nagłe i rześkie: „Woke up on a good day and the world was wonderful, a midnight summer dream had me in its spell” (z drugim głosem cicho powtarzającym to samo w tle). To jest jeden z moich naukochańszych momentów w całej muzyce.
Korekta Obywatelska: od począgku -> od początku
@ergonauta
„To jest jeden z moich naukochańszych momentów w całej muzyce.”
Niczym w universum Marvela, czasami czuję że jest Pan moim przypadkowo rozdzielonym bratem bliźniakiem. A czasami że ja Victor Doom, a pan Reid Richards.
„W albumowej wersji”
A u mnie nawet wygląda na to, że z samym faktem istnienia wersji extended zetknąłem się przy tej piosence. Nie żebym szczególnie polecał, po prostu mnie to zaszokowało, że ale jak to tak.
@wo
Prawdziwy fan King Crimson powinien dostać palpitacji (choć nie sam Robert Fripp, jak wiadomo otwarty na autoiromię).
Z moich doświadczeń wynika, że prawdziwi fani KC to też raczej ludzie o szerokich muzycznych horyzontach. Gdybym szukał symbolu prog-rockowej konserwy to pewnie jakieś Yesy czy klasyczni floydziarze wychowani na Trójce.
@Fripp i inne skojarzenia
Pan Robert nawet jeżeli się konserwował i np. szedł w patetyczny ciąg „Epitaph” –> „In The Wake Of Posejdon” –> „Exiles”, to potem się autoironicznie samoprzełamywał w „Starless”. Ale wrócmy do rzeczy, czyli do Stranglersów: na „Rattus Norvegicus” mój ulubiony numer to „Princess Of The Streets” z rewelacyjnym basowym riffem, ujmująco zwięzłą solówką gitary i tekstem, którego bohater jest w tej samej pechowej erotycznej sytuacji, co bohater „Roxanne” The Police. Ale zamiast szlochać i żebrać o atencję jak Sting, konstatuje dzielnie: „She’s no lady, she’ll stab you in the back. She’s no lady, she’s princess of the pack”. Co zapowiada całą przyszłość zespołu: nawet kiedy złagodnieli, nawet kiedy bywali przebojowi czy poprockowi („Golden Brown”), to nigdy się nie łasili do publiki.
No nieeee, Golden brown, z jego metrum 13/4 (3/4+3/4+3/4+4/4) czy coś koło tego, plus klawesynem czy innym klawikordem i tekstem o heroinie, to słabo się mieści w poprocku. Ale tak, to potwierdza, że się nie łasili do publisi.
Od Yesów to się proszę odpieprzyć.
A co do fanów KC, to zależy czy to fani KC czy pierwszej płyty.
@clandestino
„Golden Brown” z jego metrum i tekstem
Własnie o to chodzi, że nawet jak grali walca, to nie był wiedeński, lecz szopenowski.
A „Always The Sun” niby takie na słoneczną niedzielę jak dzisiaj, a o ponurym świecie jak dzisiaj.
Jest taka ich płyta „All Twelve Inches”, gdzie są same albo prawie same dziwne wersje.
@ergonauta
nawet jak grali walca, to nie był wiedeński, lecz szopenowski
Szopenowski był chyba wiedeński, bo raczej nie angielski;
link to dancedesk.pl
zaznaczam, że na tańcach w ogóle się nie znam, a na muzyce słabo.
@airborell
co do fanów KC, to zależy czy to fani KC czy pierwszej płyty
Jeszcze są fani wyłącznie „Epitaph”, niekiedy wyłącznie w roli pościelówy (poza tym mogą nie wiedzieć, co to i kto to). Taka rzeczywistość.
@Gamon No.82
walc a sprawa polska
Biorąc tamto kryterium wiedeński-angielski, to owszem, Chopin pisał wiedeńskie, szybkie (albo bardzo szybkie: link to youtube.com ). Więc doprecyzowuję, że pisząc wiedeńskie, chodziło mi o straussowskie, takie nadpięknymmodrymdunajowskie.
Zamiast „An der schönen blauen Donau” u Fryderyka była „Wisła, co ją Prusacy z Rosjanami zajumali”.
@ergonauta
chodziło mi o straussowskie
Rany, młodszy Strauss był młodszy od Chopina 15 lat, to jest prawie-że różnica pokolenia, zwłaszcza w tamtych czasach. To Straussa można ustawiać względem Chopina, nie odwrotnie. A jeżeli już ustawiać, to nie dopatrywałbym się nachalnie różnic (ściślej: źródła różnic) w tym, że mindset dwu kompozytorów radykalnie się różnił (nawet jeśli). W innych formach muzycznych może nawet tak, ale nie w walcach.
W przypadku starego Straussa różnica mindsetu mogła zadecydować o tym, że komponował w gatunku
link to youtube.com
którego OIMW Chopin końcem czegokolwiek nie tknął.
Przepraszam, w jakimś sensie tknął (sonata b-moll, Marche funèbre: Lento), no ale tym bardziej.
@Gammon No.82
„mindset dwu kompozytorów radykalnie się różnił”
Mindset Chopina i Straussa głęboko wpłynął na ich walce. Jest na youtubie seria mini wykładów Grzegorza Niemczuka, który na przemian gra i opowiada m.in. o walcach Chopina – jakie to są maxi sprawy. link to youtube.com
Dobry wykład, bardzo nieakademicki, daje też Ewa Demarczyk z niewielką pomocą Tuwima i Koniecznego.
The Stranglers w „Golden Brown” robią to, co Chopin: nie że przyjdzie walc i wyrówna, tylko wyłażą różne rzeczy spod spodu.
@sonata b-moll
Zestawienie marsza Radeckiego i marsza żałobnego z sonaty Chopina jest baaaardzo śmiałe 😉
@gammon
„Jest taka ich płyta „All Twelve Inches”, gdzie są same albo prawie same dziwne wersje.”
Mam ją na kompakcie, stopniowo zaś odtwarzam tytułowe winyle z „dziwnymi wersjami”. Może zanim mnie zawiozą do domu opieki, będę miał wszystkie?
„sonata b-moll, Marche funèbre: Lento”
Lento Violento, to zdaje się ostatni styl muzyczny, który świadomie lubiłem gdy był nowością. Teraz oczywiście jak to puszczam to też retro-nostalgia.
„Mój Ukochany Pisarz (…) Pisarz zapraszał do swojego mieszkania w łódzkim blokowisku”
Czyli AS jest Ukochanym Pisarzem Gospodarza?
@PWirth
Zestawienie marsza Radeckiego i marsza żałobnego z sonaty Chopina jest baaaardzo śmiałe
Marsz kawaleryjski (w sumie skomponowany dla koni) versus marsz żałobny, ale też marsz. Oba dorobiły się słów prześmiewczych („Stary Radetzky, chłop na schwał / mit seine Elizabeth Frau” / „Jak dobrze mi w pozycji tej, / w pozycji horyzontalnej”). Zestawienie jest nieoczywiste, ale nie całkiem wyjęte z kiszki. Poza tym napisałem, że „w jakimś sensie tknął” (że Chopin w jakimś sensie tknął marsza jako formy, a nawet wpisał to w te tam didaskalia nad pięciolinią).
@tbo
„Czyli AS jest Ukochanym Pisarzem Gospodarza?”
Też!
@marsz/walc
Forma to jedno, ciężar gatunkowy drugie. Strauss pisał marsze do maszerowania i walce do tańca. Chopin jedno i drugie do słuchania w salonie albo sali koncertowej.
A to przełamanie walczyka co jakiś czas jednym taktem na 4/4 w Golden Braun to oczywiście główny powód dla którego kojarzę ten kawałek. Chopin akurat takich rzeczy z rytmem nie robił.
@Gammon
Marsz kawaleryjski jako samodzielny utwór vs. marsz żałobny jako część większej formy, kontrastujący z poprzedzającym go scherzem i następującym po nim finałem, który jest prawdopodobnie najdziwniejszym, co Chopin napisał, to jednak bardzo różne rzeczy.
Natomiast pełna zgoda co do „tknięcia” tzn. marsz jako forma odgrywa w muzyce Chopina rolę bardzo podrzędną.
@Albrecht de Gurney
„Chopin akurat takich rzeczy z rytmem nie robił.”
Robił za to rubato. Czyli dłuższe odcinki utworu mają się zgadzać z zapisem, ale wykonawca może je pokonywać nierównymi krokami, dźwiękami wydłużanymi lub skracanymi według własnego uznania. Można rubato uznać za prekursorskie wobec synkopowania, głównie w jazzie. Aczkolwiek po drodze był jeszcze Béla Bartók z „Synkopowym tańcem”, a dziś lubią się w synkopy bawić i ambitniejsi rockmani, i wykonawcy drum and bass.
Jest ciekawa refleksja na ten temat, czyli żart o tym, jak kwartet Dave’a Brubecka gra „Golden Brown” (zamiast „Take Five”):
link to youtube.com
@cd
A tu „Take Five” bez żartów: link to youtube.com
@ergonauta
Akurat w chopinowskim rubato chodzi o co innego niż synkopy (znane muzyce na stulecia przed jazzem) — o to, że linia melodyczna i akompaniament nie muszą być zawsze idealnie „w fazie” (zsynchronizowane), frazowanie melodii jest ważniejsze niż dokładność rytmiczna, ale w szerszym planie nie może się oczywiście całkowicie rozjechać.
Chopina oczywiście z jazzem łączy wiele — improwizacja, skomplikowane harmonie z wyszukanymi dysonansami, ale rytmicznie to IMO prekursorem jazzu (a konkretnie ragtime’u) był przed nim Beethoven w 32 sonacie fortepianowej.
[mój pierwszy post, choć lurkuję od jakiegoś czasu]
Stranglersi wydają mi się zespołem bardzo niedocenianym, tymczasem „Rattus Norvegicus” (płyta pierwsza i chyba najlepsza) stanowi przykład czegoś dość rzadkiego, a mianowicie wczesnego dzieła jakiegoś nurtu (a dla tego konkretnego zespołu – po prostu jego debiutu), które już zawiera w sobie jakby wzięcie w nawias całej konwencji (ale nie jako wygłup). Ogromna w tym zasługa klawiszy śp. Greenfielda, które w punku/post-punku były chyba czymś unikalnym – melodyjnym, a jednocześnie nie ujmującym zadziorności. Podobnym „wzięciem w nawias” jest dla mnie inne wybitne dzieło gatunku, „Pink Flag” Wire – płyta, która przy całej swojej surowości już dekonstruuje jakby całego punk rocka (a wyszła w 1977!), „Field Day for the Sundays” uważam w ogóle za jeden z najlepszych utworów punkowych ever (dla nieobeznanych – trwa 29 sekund).
Tak na marginesie – jest dla mnie czasem zdumiewające, jak krótko trwały te intensywne erupcje twórcze owocujące powstaniem nowych konwencji, gatunków itd. (punk, post-punk, grunge – to wszystko trwało raptem parę lat, myślę, że w przypadku różnych surrealizmów czy Bauhausów nie było to wiele dłużej). W zestawieniu z tym rozciągnięta w czasie współczesność musi wydawać się jakąś rozcieńczoną breją – a może po prostu sam w międzyczasie zdziadziałem (jestem z ’87), skoro Mars Volta wydaje mi się czymś „współczesnym”? Czysto kalendarzowo to tak, jakby JJ Burnel powiedział na wspomnianym koncercie w Paryżu, że Elvis jest dla niego czymś współczesnym…
@Albrecht de Gurney
Chopina oczywiście z jazzem łączy wiele
„Gdyby Chopin żył w Bostonie /
nieco później, o sto lat, /
toby grał na saksofonie, /
nie zmarnowałby się tak.”
#pchepracham
Rattus to pierwsza postpunkowa płyta stworzona zanim punk się na dobre zaczął. Rzecz niewątpliwie ponadczasowa. W ogóle stranglersi i clash na tyle wyrastają ponad punkowy background że nazywanie ich punkiem robi im niesprawiedliwość.
However: Rob Wright z Nomeansno wielokrotnie mówił, w odpowiedzi na pytanie czemu uporczywie twierdzi że jego zespół gra punk mimo że muzycznie nie ma to z punkiem za wiele wspólnego, że „punk is about the attitude”. A co jak co, chłopaki ze stranglersów mieli w 70s bardzo punkowy attitude.
„jest dla mnie czasem zdumiewające, jak krótko trwały te intensywne erupcje twórcze owocujące powstaniem nowych konwencji, gatunków itd.”
Była taka książka, nie pomnę teraz szczegółów, gdzie autor wiązał te peaki kreatywności z każdorazowym świeżym wysypem nowych dragów na rynek. Co miało pewne uzasadnienie (LSD w 68, MDMA w początkach techno/rave pod koniec 80s w EU czy meksykańska heroina dla grungu) ale to nie wyjaśnia właśnie fenomenu 1977/78 który IMHO wysypem kreatywności muzycznej, choć głównie w UK, przewyższał pozostałe.
@embercadero
Heroina nie była historycznie nowa, nie była nawet nowa jako substancja +/- masowo dostępna.
@Albrecht de Gurney
„Akurat w chopinowskim rubato chodzi o co innego niż synkopy (znane muzyce na stulecia przed jazzem) ”
Jasne, że o co innego. Natomiast idea poluzowania rytmicznego kaftana jest ta sama. Z czego wynika to sama możliwość, by wykonawca był współtwórcą utworu.
I jasne, że zarówno rubato, jak i synkopy, były dużo wczesniej niż muzyczne romantyzmy i jazzy. Jedno i drugie (a także trzecie: improwizacja) pojawia się w średniowiecznych chorałach i u muzyków ludowych (nad Wisłą np. w mazurkach czy kujawiakach). Co Chopin czy Bartok podsłuchali na wsi, pod stodołą, to potem grali w salonie i w filharmonii, a czarni proto-jazzmani oraz pierwotni bluesmani brali to po prostu ze swego naturalnego otoczenia, mieli to wyssane z mlekiem Mississipi czy wcześniej nad Nigru.
@FranzRetman
„ogromna w tym zasługa klawiszy”
Rzuć uchem na zespół Magazine, szczególnie na ich pierwszą płytę „Real Life” z 1978, rok po „Rattusie” Stranglersów, też pod kątem zasług klawiszowca i wychodzenia przed szereg. W rocku często jest tak, że to, co najlepsze, jest na początku, za młodu (inaczej niż u Chopina czy Beethovena), no i najlepsze albumy nowofalowe powstały u narodzin gatunku.
„Heroina nie była historycznie nowa, nie była nawet nowa jako substancja +/- masowo dostępna.”
Oczywiście że to wiem, sęk w tym że facet pisał że ludzie pokroju Kurta Cobaina (mówiąc wprost: biali ludzie w USA) w poprzednich dekadach nie używali heroiny tylko co najwyżej innych dragów i to meksykańskie kartele w początkach 90s, które właśnie przerzuciły się na herę z colombiany i poszukiwały nowych rynków zbytu spowodowały, że przysłowiowe Seattle jechało na heroinie. Nie wiem, nie znam się, cytuję z pamięci.
@embercadero
„ludzie pokroju Kurta Cobaina (mówiąc wprost: biali ludzie w USA) w poprzednich dekadach nie używali heroiny”
I’m waiting for my man
26 dollars in my hand
Up to Lexington, 125
Feel sick and dirty, more dead than alive
I’m waiting for my man
Hey, white boy, what you doin’ uptown?
Hey, white boy, you chasin’ our women around?
Oh pardon me sir, it’s the furthest from my mind
I’m just lookin’ for a dear, dear friend of mine
I’m waiting for my man
Używali, używali, ale chyba rzeczywiście Seattle dostało wyjatkowe heroinowe bęcki bo jednak Cobain, Stayley, Andrew Wood…, czyli że tam nastąpiła jakaś lokalna, napędzająca się rynkowa pętla podaży i popytu.
Natomiast gdyby to były tylko dragi to Maleńczuk i Riedel powinni stworzyć proto-grunge. Warto zwrócić uwagę że jednak każdy taki świezy sound tworzył jakąś lokalną scenę, która potem się rozprzestrzeniała po świecie. HC Punk w Californii, metal w industrialnym Black Country, brytyjski punk w Londynie, było progowe Canterbury, był jazz w Orleanie. Mimo wszystjo wydaje mi się że od substancji psychoaktywnych ważniejszy był ferment muzyczny młodych ludzi napędzających się wzajemnie swoją kreatywnością. Zanim grunge miał swoich świętych była tam już masa bandów poczynając od Green River. No i był tez Sub Pop który to wszystko wydawał. Zresztą w US to jest też historia tych pierwszych punkowych składów, które robiły „get in the van” i jechały w świat, inspirując innych do grania, co potem owocowało grungem i wszelkim innym indie po drodze.
Więc tak, dragi może, ale imho bardziej scena i zwyczajne zmiany pokoleniowe. Plus pewnie też ewolucja sprzętów do grania i ich dostępność. Sporej części postpunka (i nie tylko) by nie było bez tego 3 członka Big Black co miał na imię Roland.
@Cpt. Havermeyer
Ja w sumie też tej teorii nie kupuję, zbyt naciągana. Choć małe sprostowanie: gościowi nie chodziło o fakt istnienia dużej ilości artystów w jednym miejscu tylko raczej o ponadczasowy a chwilowy poziom jej kreatywności i nowych idei, które łączył wprost z nowymi dragami. Że niby masz tą „scenę” ale póki nie posmarujesz dobrą chemią to nie stworzy czegoś unikalnego.
BTW: wydaje mi się że było to (nomen omen, wszystkie drogi prowadzą do Lou Reeda) „Waiting for the Man: The Story of Drugs and Popular Music” by Harry Shapiro. Czytałem na pewno ponad 10 lat temu, jeśli coś źle zapamiętałem to sorasy
@ergonauta
„Jasne, że o co innego. Natomiast idea poluzowania rytmicznego kaftana jest ta sama. + Jedno i drugie (a także trzecie: improwizacja) pojawia się w średniowiecznych chorałach i u muzyków ludowych…” itd.
Fajne są Twoje wpisy często ze względu na duże osłuchanie, ale jednak jestem team AdG w tej kwestii. Nie zamulajmy pikczera. Bez synkopy barok i klasycyzm już byłby niemożliwy i uważam „luzowanie rytmicznego kaftana” za trochę niefortunne sformułowanie, bo nie trzeba tu całej Afryki wpuszczać rytmicznie, żeby się odpowiednio wcześnie cokolwiek działo w kwestii samego przesunięcia akcentu, a czym innym jest trzymanie się lub nietrzymanie się zapisu i improwizacja, a czym innym synkopa jako środek (a rubato to przecież jeszcze inna historia, do której nie wciskałbym na siłę nietypowego metrum, polirytmii, czy co tam sobie wymyślimy).
Inaczej dojdziemy do tego, że jacyś (salonowi? dworscy?) protomuzycy z europejskiego kręgu kulturowego to mieli tylko mocny akcent na 1 i 3 i wszystko ciosali równo, jakby do siatki przyciągali najprostsze klocki w DAW, potem to wlazło do sal koncertowych, a dopiero potem się luzował jakiś kaftan (to raczej jakaś linearna bzdura).
@Cpt. Havermeyer
„Mimo wszystko wydaje mi się że od substancji psychoaktywnych ważniejszy był ferment muzyczny młodych ludzi napędzających się wzajemnie swoją kreatywnością.”
Tak, albo to, że połowę dni sponsoruje firma Siąpiradło Inc., może by tak już pograć coś ciut innego niż Hendrix, a poza tym i tak nie ma nic innego do roboty. Seattle było akurat tym miejscem symbolicznie wyniesionym na poziom globalny z powodu konkretnego albumu konkretnej grupy, ale przecież ferment bywał wszędzie (nawet w miejscach z pozoru niepasujących do tej układanki) i też zaczynał fascynować pasjonatów, jak np. taki Bruce Pavitt – niedawno nabyłem antologię Sub Pop USA: The Subterraneanan Pop Music Anthology, 1980-1988 – bardzo polecam.
Nie tylko po to, żeby zapoznawać się z czymś, co nawet da się teraz w streamingu wyhaczyć lub miejscach dla kolekcjonerów, czy też z czymś zupełnie zapomnianym. Nawet bowiem recenzja Ride the Lightning z października 84 jest przezabawna, gdzie autor już wytyka lekki skręt komercyjny, gandziowe ekskursje niczym u Led Zeppelin, choć w przypadku miłośników tego bardziej słusznego kierunku „Fight Fire with Fire” czy „Creeping Death” miało wciąż „zrobić tricka”. Jednak ten słynny mem o końcu już w Sub-Popie był wyczuwalny.
„Seattle było akurat tym miejscem symbolicznie wyniesionym na poziom globalny z powodu konkretnego albumu konkretnej grupy” – trochę przesadziłeś, jednak poza N to jeszcze mieliśmy tam Soundgarden czy Alice in Chains, nie wspominając o Pearl Jamie. To jednak był fenomen że tyle na raz w jednym miejscu – i to że prawie wszyscy potem wymarli z przedawkowania.
BTW: fun fact, miałem na kasecie płytę „Bleach” zanim wyszło „Nevermind”. Na zasadzie: no może i fajne ale ciut wtórne. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział że zrobią taką karierę w życiu bym nie uwierzył. Zresztą jak „smells” zaczęło lecieć wszędzie to przez dłuższą chwilę nie skojarzyłem że to ta sama nirvana.
Jako licealny psychofan Ten i Dirt przyznaję, że trochę przesadziłem. Aczkolwiek nie wiem, czy znałbym Pearl Jam bez Nevermind, który to album we mnie uderzyło z rocznym opóźnieniem i to wciąż w podstawówce. Potem to już cała reszta na MTV, równocześnie z Vanessą i balem headbangerów (w którym chyba i taki „Rooster” gościł nie raz).
Soundgarden i Alice in Chains były niszowo znane jeszcze przed sukcesem Nirvany no ale oczywiście nikt wtedy jeszcze ich wszystkich nie wkładał do jednego wora, przecież muzycznie każdy z nich był z kompletnie innej wsi (a Pearl Jam czy Mother Love Bone z jeszcze innej), łączyło ich tylko miejsce i wytwórnia. BTW: równolegle trochę bardziej na południe wybuchała druga punkowa rewolucja, tym razem wkoło wytwórni Lookout i Epitaph. To faktycznie była eksplozja, przynajmniej na west coaście (no a w EU techno i ehm britpop)
@Martin
przecież ferment bywał wszędzie (nawet w miejscach z pozoru niepasujących do tej układanki) i też zaczynał fascynować pasjonatów, jak np. taki Bruce Pavitt
Dlatego wyżej rzuciłem hasło Sub Pop też. Tam była konwergencja i w garnku się gotowało dużo różnych ingrediencji. No i najśmieszniejsze że ta sztandarowa Nirvana nie była z Seattle tylko z Aberdeen.
A jak już wspomnieliśmy o Sub Pop to amerykancka alternatywa zaistniała też dzięki tym kilku niezależnym labelom, przed Pavittem i spółką było przecież SST i Alternative Tentacles. To sobie organicznie bąbelkowało od końcówki 70s. Podobnie 90sowa elektronika miałaby trudniej bez Warpa, na przełomie z naughties dużo też ciekawego wydało Ninja Tune, więc nawet najbardziej kreatywna nuta przepadłaby w otchłani dziejów gdyby nie ta cała organizacja indie labeli tworząca ekosystem z muzykami, klubami i fanami.
@Cpt. Havermeyer
W rzeczy samej, nie napisałbym tego lepiej. Zresztą sam Sub-Pop jako wytwórnia to przecież tylko zwieńczenie wysiłków pasjonata, które miały początki w rozesłaniu 500 egzemplarzy zina do Systematic, bez żadnej gwarancji, że cokolwiek z tym zrobią. Zmonetyzowali wszystkie sztuki i wysłali mu czek.
@Martin_S
„nie trzeba tu całej Afryki wpuszczać rytmicznie, żeby się odpowiednio wcześnie cokolwiek działo w kwestii samego przesunięcia akcentu, a czym innym jest trzymanie się lub nietrzymanie się zapisu i improwizacja, a czym innym synkopa jako środek (a rubato to przecież jeszcze inna historia”
Wyraźnie zaznaczam, że to było kilka równoległych zjawisk albo dziejących się niezależnie w różnych czasach. I ża każde było czymś innym. Ale też każde służyło temu, by to, co zdyscyplinowane, trochę rozdyscyplinować (terminy od Roberta Frippa z drugiego wcielenia King Crimson) i aby jakiś hipotetyczny AdG mógł powiedzieć: „to przełamanie walczyka (…) to oczywiście główny powód dla którego kojarzę ten kawałek”.
„Golden Brown” w całej swojej niepozorności jest dla mnie świetnym polem, by zetknęły się skojarzenia a to z Chopinem, a to Brubeckiem. Słusznie holdujesz moje horsy, ale to są luźne tropy, nie splatam ich w jakąś ogólną teorię, muzyczny heglizm. Chcę tylko powiedzieć, że The Stranglers, które powstało w nurcie niejakiej opozycji do rocka progresywnego, zasłuchanego z muzykę tzw. klasyczną i epatującego jej znajomością, też byli nieźle osłuchani, ale nie recytowali tego jak uczniowie przy odpowiedzi, tylko jakby sobie gwizdali od niechcenia.
Jak walce to oczywiście “Waltzinblack”, wesoła melodyjka wzbudzająca dreszcze przerażenia.
@mgr_Sianko
Jak walce to oczywiście “Waltzinblack”, wesoła melodyjka wzbudzająca dreszcze przerażenia.
Melodyjki pianolowo/katarynkowe, a zwłaszcza specjalnie wystylizowane na takie, a priori nie wydają mi się wesołe.
@wo
Dobrze się w ogóle rozmawiało z Burnelem? To chyba dość wdzięczny rozmówca. Nie mogę znaleźć tego wywiadu w archiwum gazety – jest tylko tekst z marca 1999, ale to nie wywiad. Z Burnelem potem chyba rozmawiał Kamiński, ale to sporo później. Z kolei „sztuczny głupek” też twierdzi, że wywiad Wojciecha Orlińskiego z Burnelem to przy okazji koncertu w 1999 roku. Strangysław zatem (chociaż pewnie nie wszystko musi być w archiwum albo nie umiem w to).
Też ta wersja live zdaje się do mnie przemawiać bardziej. W ogóle bez winyla to człowiek nawet nigdy nie dowiedziałby się, że to czteroczęściowa suita (pierwsza i ostatnia część zresztą oznaczone jako instrumentalne). Oczywiście iście punkowa, bo okolice 8 minut to wciąż nie 16.
W streamingu na ten przykład jest w ogóle tylko remaster Rattusa z 1996, bez podziału na części, jedynie z oznaczeniem Medley w nawiasie. I jak tu nie wracać do ceremonii z czarnymi krążkami?
@martins
„Nie mogę znaleźć tego wywiadu w archiwum gazety – jest tylko tekst z marca 1999, ale to nie wywiad.”
Może mam fałszywe wspomnienia, a może to po prostu szło przez promocję, tzn. ktoś (wydawca płyty albo organizator koncertu) zapłacił żeby Gazeta miała ze dwie dodatkowe strony poświęcone Stranglersom. Materiałów z promocji często nie ma w archiwum.
@embarcadero
„Rattus to pierwsza postpunkowa płyta stworzona zanim punk się na dobre zaczął. ”
Dla mnie osobiście „Low” Davida Bowie’ego, szybsze o 4 miesiące.
@heroina z Seattle
To chyba nie była meksykańska heroina, bo heroina z Meksyku uderzyła dopiero pod koniec lat 90 (jeśli dobrze pamiętam z książki „Dreamland”).
Wczesny grunge, mam wrażenie, był tak naprawdę bardzo zachowawczy („Ten” Pearl Jamu, Mother Love Bone, metalowe Alice in Chains). Nirvana odróżniała się o tyle, że kradła od punków, a nie od Hendrixa, a i te inspiracje nie były jakoś bardzo odkrywcze, bo choćby Green River/Mudhoney, a w szerszej perspektywie Dinosaur Jr i Sonic Youth. Chris Ott stawiał tezę, że o wszystkim i tak zdecydowała charyzma pojedynczego Kurta Cobaina. I że wszyscy dookoła widzieli, że Kurt długo nie pociągnie, więc wytwórnie podjęły stosowne kroki. Z jednej strony zaczęły sondować scenę z Seattle, która znowu aż tak Nirvanowa nie była, a z drugiej – napędziły całą rzeszę copycatów i epigonów, która bardzo chciała zgarnąć pulę pozostawioną przez zmarłego.
Sukces sceny Seattle to również tytaniczna praca dj-ów z lokalnych rozgłośni radiowych, którzy bardzo dbali o lokalne bandy, zaznajamiali słuchaczy i animowali scenę. Potem Bill Clinton znowu zderegulował, nastąpiło
link to en.wikipedia.org
I zamiast transgresywnego Kurta Cobaina i jakichś podejrzanych kobit z gitarami dostaliśmy zdrowego, amerykańskiego Freda Dursta. A prawdziwej, kulturowo-muzycznej rewolucji, takiej z modą, hitami i własnymi używkami, nie dostaliśmy aż do czasów trap music, która oczywiście nie mogła sięgnąć aż tak daleko jak grunge. Każdy Wychowany na Trójce powie, że to dlatego, że nie da się zanucić „Gucci Gang”, ale da się zanucić „Smells Like Teen Spirit”, a znowu Gucci nie jest tak powszechne jak Teen Spirit.
@Roland sp-404
„Nirvana odróżniała się o tyle, że kradła od punków, a nie od Hendrixa”.
Od punków to w sumie „kradła” tam połowa sceny. Wybaczano tam każdemu nawet solówkowe fiksacje, jeśli była w kawałku wystarczająca doza punka, stąd tak się trochę kotłowało – zresztą czy taki Porch, a potem Spin the Black Circle, a nawet Corduroy nie mają pierwiastków punkowych czy post-punkowych?
Ale zgoda, Nirvana od Hendrixa na pewno nie, kiedy u takiego McCready’ego już bywał wyraźnie słyszalny, natomiast harmonicznie z kolei najbardziej od Beatlesów – świadomie czy nie (nawet dzisiaj ludzie robią jutubki o tym, jak Cobain zdawał się być biegły w „modal interchange”, a przecież jest nawet jeden wywiad, w którym wręcz parska śmiechem, sarkastycznie rzucając „dooorian mode!” i zapewniając, iż nie jest skalany żadną teorią). Wiadomo też, że punk i post-punk wszędzie się wciskał (może tylko takie AIC czy Soundgarden korzeniami bardziej w metalu/hard-rocku tkwiły).
Nirvanie zdarzało się np. coverować takich Wipers z Portland (ponoć 3 pierwsze płyty to poważna inspiracja dla Cobaina). Niby band surowy, post-punkowy z mocnym przesterem, ale można pofantazjować, że w hipotetycznej sytuacji, gdyby Burnela starych wywiało do Portland zamiast do Londynu, pewnie grałby w czymś takim (choć może bliżej by mu było do Youth of America niż Is This Real?).
@”Sukces sceny Seattle to również tytaniczna praca dj-ów z lokalnych rozgłośni radiowych, którzy bardzo dbali o lokalne bandy, zaznajamiali słuchaczy i animowali scenę.”
Wypisz, wymaluj – Pavitt.
@Martin_s
„natomiast harmonicznie z kolei najbardziej od Beatlesów – świadomie czy nie ”
Raczej na pewno świadomie, Cobain często wymieniał Beatlesów jako jeden z najważniejszych zespołów dzieciństwa. „About a Girl” miało powstać ponoć jako homage do Beatlesów i Lennona. Rzeczywiście, jeśli się prześledzi progresję akordów, to wszystko to jest bardzo beatlesowskie, ze wskoczeniem w skalę równoległą w refrenie (z e-mol do E-dur) i modalnym zakończeniem refrenu E-A-C-Em.
@Roland sp-404
„Raczej na pewno świadomie, Cobain często wymieniał Beatlesów jako jeden z najważniejszych zespołów dzieciństwa. „About a Girl” miało powstać ponoć jako homage do Beatlesów i Lennona.”
Ach, OK. Nie chodziło mi o tę świadomość. Na poziomie przyznawania się do inspiracji to wiadomo, bez dwóch zdań. Tylko to nie tak, że wiedział, co robi w sensie teoretycznym.
Ale to w sumie osobne zagadnienie i skomplikowane. Czasem, patrząc z drugiego bieguna, można się uśmiać, kiedy ktoś mówi, że Hendrix nie znał teorii… a jednak ten akord Hendrixowski mu się napatoczył i wysunął niemal na sztandar (a to tylko jeden z przykładów).
@meself
Wipers
Włączam takie np. When It’s Over i nie umiem nie pomyśleć, że Burnel by tam doskonale pasował. A nawet wrzucony klawisz by niczego tam nie pogryzł.
@Roland
tytaniczna praca dj-ów z lokalnych rozgłośni radiowych
Teraz zaś mamy tam KEXP, dzięki którym np. ostatnio Angine de Poitrine wypłynęło na szerokie wody. (Chociaż tu chyba pomógł też trochę algorytm YT) W dzisiejszym zalewie wszystkiego wszędzie taki curated content jako serwują też jest pożądanym zjawiskiem, a że są już globalną marką to na pewno pomagają muzykom promować się w miejscach do których sami by nie dotarli.
@Martin_s
„można się uśmiać, kiedy ktoś mówi, że Hendrix nie znał teorii… ”
Hendrix musiał znać teorię, bo przecież pracował jako gitarzysta z zespołami R&B. Adam Neely (jeśli dobrze pamiętam) rzucił teorię, że obniżone o pół tonu strojenie gitary Hendrixa ma tak naprawdę korzenie właśnie z tamtego czasu – bo w takim strojeniu o wiele wygodniej gra się z dęciakami, dla których często pisano w Eb i Bb. I ponoć Stratocaster też brzmi lepiej, ale to już wedle uznania.
Tak czy inaczej – Hendrix musiał znać akordy, musiał poznać ich następstwa choćby przez osmozę, musiał wiedzieć, co to septymolka i dlaczego substytut nie chce żreć. Nie musiał za to znać zapisu nutowego, ale znowu dla gitarzystów to nie jest zbyt wygodny zapis.
„Używali, używali, ale chyba rzeczywiście Seattle dostało wyjatkowe heroinowe bęcki bo jednak Cobain, Stayley, Andrew Wood…, czyli że tam nastąpiła jakaś lokalna, napędzająca się rynkowa pętla podaży i popytu.”
Odnalazłem tamtą książkę na kindlu. Oczywiście pokręciłem. Meksykańska heroina była na rynku co najmniej od 70s. W postaci „brown sugar”, do palenia. Za to w 90/91 z impetem na rynek wjechała hera kolumbijska, w postaci białego proszku dożylnie. To z nią autor wiąże wysyp kreatywności a przy okazji oczywiście i przedawkowań. Czego nadal nie kupuję.
„kradła od punków”
Chyba za duży skrót myślowy, no chyba że trzymamy się definicji że „punk is about the attitude”, to wtedy tak. Po ponad 10 latach od powstania scena indie była już tak różnorodna że nazywanie tego wszystkiego punkiem tylko sprawy zaciemnia. Cobain sam pisał z czego zrzynał (słynna lista 50-ciu) ale i tak własnej kreatywności mu nie brakowało.
Burnel – nie był oczywiście w tym jedyny, ale jest niewątpliwie jednym z ojców faktu że zaczęto powszechnie używać basu jako instrumentu prowadzącego melodię, a nie tylko rytm. Co jest jedną z lepszych rzeczy jaka się wtedy stała w muzyce rockowej/popowej.
@Seattle a gitara basowa
W 1933 Paul Tutmarc, nauczyciel muzyki w Seattle, zmajstrował pierwszą na świecie basową gitarę elektryczną. Jednak rządziły wtedy kontrabasy i nikt się nie poznał na jego wynalazku. Temat wrócił dopiero 20 lat później.
@Hendrix
Hendrix nie znał się na teorii tak jak ptaki nie znają się na aeronautyce.
@bas samopas
Pierwszym zespołem rockowym, gdzie bas chodził samopas, był trio Cream – przesterowane i hałaśliwe, lecz funkcjonujące jak tria jazzowe. Szczególnie na ich koncertach słychać, że Jack Bruce raz gra w sekcji rytmicznej z Gingerem Bakerem, a za chwilę w wyprowadza kontrmelodię przeciw Claptonowi. Wpływ Bruce’a na basistów kolejnych pokoleń był większy niż Burnela. Duży był też wpływ całego brzmienia Cream na kolejne pokolenia zespołów, z Nirvaną włącznie, szczególnie tą z okresu „Nevermind”.
@The Stranglers jako postpunkowcy zanim zaczął się punk
Najciekawsze są takie omsknięcia, kwantowe myki, kiedy zespół już opuścił muzyczny gatunek, do którego nie zdążył nawet wejść. Niby trzeba robić te różne pozy i miny, których wymagają fani (ktoś się wypiera znajomości teorii, a ktoś inny zataja fakt, że ukończył studia). Gombrowicz nazwał to „uciekaniem z gębą w rękach”.
@ergonauta
Ryzykuję plonka bo lata przed 1975 to dla mnie terra incognita, ale o ile ci wierzę że Cream tak miał, to chyba to się tak od razu nie przyjęło by inni to masowo papugowali – a po Stranglersach i Joy Division (pewnie kogoś równie istotnego pominąłem) nagle stało się to powszechne.
@embercadero
„by inni to masowo papugowali”
Nie powiedziałbym, że Burnel był masowo papugowany. Owszem, być może w pewnej muzycznej niszy to zjawisko zachodziło, ale generalnie świat rocka niespecjalnie odczuł obecność The Stranglers. Już raczej wpływ Joy Division był większy, nawet w zakresie czysto basowym. Natomiast zoomując spojrzenia na zespoły niszowe, to Bruce też był masowo papugowany, bo wtedy takich rockowych tercetów, gdzie każdy gra swoje, było sporo (moje ulubione trio to T2, prawie nikt tego nie zna).
@ergonauta
„generalnie świat rocka niespecjalnie odczuł obecność The Stranglers.”
Pan i te pańskie radykalne tezy! Choćby w Polsce co najmniej jeden zespół kopiował ich formułę, niszowa grupa „Monarchia” z Bydgoszczy.
@WO
„co najmniej jeden zespół kopiował ich formułę, niszowa grupa „Monarchia””
No i teraz pytanie, czy „co najmniej jeden” to dużo, czy mało, i czy niszowa „Monarchia” świadczy o mocnej obecności w świecie rocka, czy o takiej szaroeminencyjnej.
Bo o to, czy The Stranglers są zespołem ważnym dla muzyki popularnej, oczywiście się nie spieramy. Jednak według mnie to była ważność utajona, niegwiazdorska, nie dyktująca mód, tylko je cicho poprzedzająca. Fred Thomas określił ich piosenki jako „proto-new wave synth pop”, a magazyn „Uncut” pisał o ich wielowątkowych utworach, że to „the prog end of goth rock”. No i jak przystało na Überpunkowców: „More songs by the Stranglers have been licensed for use in commercials than from any other punk band.”
Może i racja z tym wpływem na licznych basistów (@embercadero, tu ukłon w twoją stronę), bo to tacy bohaterowie drugiego planu. Wydaje mi się, że Burnela mógł słuchać Bogdan Kowalewski, basista Maanamu na pierwszych czterech płytach.
Aż sobie dzisiaj zrobiłem maraton i posłuchałem Rattusa i dwóch kolejnych płyt i niektóre kawałki (bo absolutnie nie wszystkie, chłopaki mieli różnorodność trza im przyznać) budzą we mnie tyle skojarzeń z innymi rzeczami z ejtisów a nawet najntisów (Blur!) że kartki by nie starczyło by je spisać. W muzycznej niszy w której siedzę przez większość życia literalnie wszyscy się tu czy tam na nich wzorowali.
A poza tym to uwielbiam muzykę rockową w której gitara pełni rolę drugoplanową w stosunku do basu, bębnów i w tym przypadku dodatkowo klawisza (ktoś kiedyś powiedział że Cornwell miał gitarę głównie po to by mieć co zrobić z rękami na scenie, a o graniu na niej przypominał sobie raz na kilka kawałków. Coś w tym jest). I drugie poza tym: tego nie pamiętałem (dawno nie słuchałem Stranglersów) ale te klawisze na wczesnych płytach są strasznie doorsowe. Nie żebym robił z tego zarzut. Po prostu to nie częste.
@embercadero „te klawisze na wczesnych płytach są strasznie doorsowe.”
Jakoś na początku liceum odkryłem The Stranglers za pośrednictwem The Doors. Najpierw byli Doorsi, ale potem mnie uświadamiano, że „Hello, I love you” i „All day and all of the night”… A potem kilka razy księżyc odmienił się złoty i „Girl I want to be with you all of the time…” Ech, nostalgia przełomu ejtisów i najntisów…
Przepraszam, jeszcze dołożę; oczywiście The Kinks nie byli wtedy jak popularni w krakowskich liceach, trochę musiało minąć, zanim dotarłem do pierwotnej wersji.
@ergonauta
„proto-new wave synth pop”
No właśnie, bo „gitara basowa występująca w roli instrumentu prowadzącego + klawisze w sekcji rytmicznej” to pomysł, który detonuje z wielkim hukiem w następnej dekadzie (czyli parę lat po Rattus Norvegicus), że wspomnę choćby Duran Duran. Tylko że oczywiście to już są inne klawisze, a i linia basu czasem tak naprawdę idzie z sequencera.
@ergonauta
bo wtedy takich rockowych tercetów, gdzie każdy gra swoje, było sporo
Bo to też był czas kiedy kolejny raz technologiczny postęp umożliwił nowe formy ekspresji. Power trio by nie było, gdyby nie ogarnięto porządnych wzmacniaczy, a konkretnie to Entwistle i Townshend namówili Jima Marshalla żeby im zrobił 200 watowe stacki, co zainspirowało Jacka Bruce’a z Claptonem i Hendrixa z Reddingiem. Wcześniej studyjni basiści nagrywali na jakichś portaflexach etc, w studiu te tam 20 czy 30w wystarczało, ale dopiero te 200+W umożliwiło basistom wybicie się na równorzędną pozycję z gitarzystami na koncertach. W ’69 Ampeg wypuścił SVT które ma 300W i to jest jeden z tych sprzetów który nie musi 'go to 11′ żeby bas gniótł żebra, więc elektryczni basiści mogli się bawić, skoro już wszyscy ich słyszeli.
@WO
„z wielkim hukiem w następnej dekadzie”
Stranglersi byli zespołem na tyle długowiecznym, że mogli się załapać na własne innowacje już jako coś w stylu obowiązującym, konwencjonalnym, słychać to np. na płycie „Feline”. Podobnie było z Siouxsie and the Banshees, którzy różne rzeczy powynajdywali w latach 70., a w latach 80. i 90. nic już nie wykuwali w ogniu buntu, bo to było po prostu wokół jako rzeczy powszechnie używane (The Smiths, The Cure, U2).
Natomiast inaczej było w przypadku równie innowacyjnych, lecz krótkotrwałych zespołów Television czy Magazine, które w połowie lat 70. błysły i zgasły. Basista Magazine Barry Adamson miał więcej szczęścia/wytrwałości niż reszta grupy, bo po jej rozpadzie był jednym z założycieli Visage, ale na „Fade To Grey” już się nie załapał, bo podążył w przeciwnym kierunku niż synth pop, czyli w stronę Nicka Cave’a and the Bad Seeds, niejako wracając do surowych i radykalnych korzeni.
@Cpt. Havermeyer
„Power trio by nie było, gdyby nie ogarnięto porządnych wzmacniaczy”
A wcześniej taki przewrót zrobiła gitara basowa, bo nawet Jack Bruce czy John Entwistle nie daliby rady tak hałasować na kontrabasie. Jazzman Charlie Christian i bluesman T-Bone Walker pogrywali na elektrycznych gitarach juz w latach 30., ale na rock trzeba byo poczekać do basówki. (dlatego wcześniej przypomniał mi się ten Paul Tutmarc z Seattle i jego niedoceniony prototyp)
@ergonauta
A wcześniej taki przewrót zrobiła gitara basowa, bo nawet Jack Bruce czy John Entwistle nie daliby rady tak hałasować na kontrabasie
W sumie to trochę jest historia betamax vs vhs, bo pierwsze elektryczne kontrabasy (m.in. Rickenbackera) pojawiły się w zasadzie równolegle z wynalazkiem Tutmarca i zostały podobnie zignorowane. 20 lat później wjeżdża Leo Fender, cały na biało, i reklamuje p-bass na lewo i prawo aż pojawiają się pierwsi chętni żeby na nim grać, potem robi do niego dedykowany wzmak imieniem Bassman (swoją drogą dziś bardziej ceniony przez gitarzystów) i mamy instrument, który w 60s jest już industry standard. Co ciekawe, Fender opracował p-bass z myślą o bigbandach, ale kontrabasiści nie chcieli się na niego przesiadać, więc imho był rynek na elektryczne kontrabasy, gdyby tylko ich producenci mieli więcej determinacji i technologia wzmacniaczy była w tamtym czasie odrobinę bardziej zaawansowana. Może istnieje alternatywny timeline, gdzie rock grany jest na e-kontrabasach a gitara jest jakimś niszowym wynalazkiem, bo co to za pomysł zeby na kontrabasie grać poziomo?
Niektórzy twierdzą, ze bez lamp 6L6, np. 6L6GC, o której miałem opko, nie mogłaby powstać muzyka rockowa w obecnej postaci.
@Cpt Havermeyer
muzyka a technologia
Z rockiem i elektryką jest trochę jak z rockiem i używkami (albowiem nie lekceważmy wódki, są duże nazwiska na potwierdzenie): często zachodziło sprzężenie zwrotne, wzmagały się wespół w zespół, a nie tak, że jedno przyczyna, drugie skutek. Sztuka wymaga poświęceń, ale i poświęcenia potrafią owocować sztuką. Gdzieś mi przemknęło fajne zestawienie sprzężeń maszyna-człowiek: Gibson ES-155 Charlie Christian, Gibson ES-355 Chuck Berry, Fender Stratocaster Jimi Hendrix. Z używkami można by podobnie zestawić tych różnych Cobainów i Bonhamów. A oglądając się wstecz jeszcze bardziej, to kronikarz Thietmar pisał o Słowianach, że doginali na swoich fidelach czy innych sukach biłgorajskich w bardzo radykalny sposób, pewnie równolegle pędząc bimbry i aplikując sobie pogańskie zioła.
#słowianie
muchomory panie, muchomory!
#muchomory
Łączę wątki jednym zdaniem-agrafką:
W tymże 1977, równolegle z „Rattusem” i także w opozycji do typowego rocka progresywnego, wyszła druga płyta brytyjskiego zespołu Gryphon, gdzie rolę basu pełnił fagot, a tytuł albumu to „Midnight Mushrumps” (z „p”, bo to grzyb po staroangielsku) i wziął się od suity, która jest nietypowym rockiem progresywnym (ma wzorce w muzyce dawnej, szczególnie: renesansowej), zaś nie będąc ani niczego post- (żadnym tam postpunkiem), ani niczego pre-, Gryphon spokojnie sobie przepadł w otchłani dziejów – jednak wiecznego odpoczynku nie raczył mu dać Pan, bo oto go wskrzeszam na niniejszym, jakże mile niszowym, blogu:
link to youtube.com
@cd
a, i jeszcze długowieczność: na jutubce koncert Gryphona z maja 2015 (jeden z komci: Just lovely and glorious! I have loved Gryphon for 40 years)
@ergonauta
„Z rockiem i elektryką jest trochę jak z rockiem i używkami.”
To trochę jak z tym cheat codem Zachodu – jest kilka rzeczy które razem efektownie sprzęgają jak strat Hendrixa. Technologia daje możliwości, młode głowy wpadają na to jak je wykorzystać, czasem z pomocą chemicznego dopingu. Janek pisze o lampach, ja podbijam że wczesne tranzystory dodały głośności i uruchomiły wyścig zbrojeń na tym polu, dopiero jakis czas później ogarnięto lampowe głowy które były w stanie wygenerować podobną ilość watów, jak by nas poniosło w stronę rapierów to można sporo też napisać o topologiach wzmacniaczy itp. Faktem jest jednak to, że żadne Unplugged nie zmieni tego, że od Chucka Berry’ego muzyka rozrywkowa nie istnieje bez prądu, natomiast bez używek może, Ian McKaye mi świadkiem.
„kronikarz Thietmar pisał o Słowianach, że doginali na swoich fidelach czy innych sukach biłgorajskich w bardzo radykalny sposób, pewnie równolegle pędząc bimbry i aplikując sobie pogańskie zioła.”
Jak mawiał mój śp. promotor: „każda kultura ma swój własny wehikuł podróży świadomościowej.” Wydaje mi się że wkraczamy powoli na teren romantycznej wizji artysty bożego szaleńca, wpadającego w twórczy szał, co często ma miejsce, ale jednak są też i muzyczni matematycy i pedanci jak Fripp, czy stachanowcy jak Zappa (który owszem nałogowo palił, ale jednak stronił od innych substancji psychoaktywnych).
A, do słynnych duetów Gibson-człowiek dodałbym jeszcze: Gibson ES-295 i Geordie Walker, bez którego Killing Joke nie miałoby swojego unikatowego brzmienia.
„zespołu Gryphon, gdzie rolę basu pełnił fagot”
Całkiem fajne, jak się domyślasz zapewne, nie znałem 🙂
To ja polecę lokalny krakoski zespół Hańba! grający full opcja punk na dęciakach i akordeonach.
@Midnight Mushrumps
Bardzo przepraszam, ale na moim egzemplarzu jest data 1974.
Tytuł zresztą pochodzi z Szekspira, suita powstała jako ilustracja do spektaklu „Burzy”. Po rozpadzie zespołu jeden z liderów realizował się w pisaniu muzyki dla telewizji.
@wo
„co najmniej jeden zespół kopiował ich formułę, niszowa grupa „Monarchia” z Bydgoszczy.”
Wydaje mi się, że u efemerycznej grupy „Hans Monttag” z Wałbrzycha (z liderem basistą, oczywiście) też można było znaleźć pewne ślady.
@Cream
„Bruce też był masowo papugowany, bo wtedy takich rockowych tercetów, gdzie każdy gra swoje, było sporo”
Chyba się u nas nie docenia, jak wpływowym zespołem był Cream i jak wielu go papugowało, nawet niekoniecznie w trio. Taste – irlandzki Cream. Mountain – amerykański Cream. Pierwsza płyta Black Sabbath – cięższy i mroczniejszy Cream. Pierwsza płyta Jethro Tull – Cream z fletem. I tak dalej (oczywiście upraszczając deczko).
@embercadero
„lokalny krakoski”
Nie taki lokalny, Hańba grała u mnie na Mazowszu wiosną tego roku, no i Broniewskiego śpiewają, więc jakże mógłbym nie znać?
@OdrzutowyWajdelota
„Bardzo przepraszam, ale na moim egzemplarzu jest data 1974”
O, kurde, faktycznie, w 1977 Gryphon nagrał swój ostatni studyjny album i coś mi się nałożyło. To ja bardzo przepraszam!
Czyli to tym bardziej dekonstrukcjoniści prog-rocka oraz rocka_jako_szarpania_drutów, bo najważniejszy jest ich debiut z 1973.
No ale w 1973 to już było po trzech płytach The Stooges, więc i punkrock się skończył (zanim się zaczął).
@Cpt. Havermeyer
„(…)bo co to za pomysł zeby na kontrabasie grać poziomo?”
Co to za pomysł, żeby dźwigać takie wielkie kontrabasowe bydle? W twardym futerale to nawet dwie osoby trzeba do noszenia po schodach.
Zespół Miłość, kiedy nagrywał pierwszą płytę w Szczecinie musiał na czas transportu z 3miasta w Maluchu zdemontować przednie siedzenie, a i tak główka instrumentu sterczała przez okno.
Lech Janerka opowiadał onegdaj, jak to musieli wiolonczelę akustyczną z Bożeną okrywać kocami na scenach, żeby im się nie wzbudzała po dodaniu przystawki. Dopiero jakiś lutnik dokonał elektryfikacji gryfu.
Swoją drogą instrumenty akustyczne są bardzo wrażliwe i kapryśne. Np. orkiestra stroi na próbie w pomieszczeniu, po czym przy wyjściu na zimne powietrze cały proces trzeba zaczynać od nowa.
@Cpt Havermeyer
„muzyczni matematycy i pedanci jak Fripp”
Nie jest tak niewinnie jak myślisz: link to youtube.com
Co do Jacka Bruce’a jeszcze to dużą inspiracją dla jego stylu, i nie tylko jego zresztą, był sesyjny basista Motown James Jamerson. W zasadzie wszyscy wielcy cytują go jako tego gościa, który pokazał im że można grać bogate, melodyjne linie basowe i nikt od tego nie umrze. Jest o nim książka „Standing in the shadows of Motown” i na załączonym do niej CDku Bruce opowiada że na bas przesiadł się z kontrabasu i, o ile dla tego drugiego inspiracją był Mingus, o tyle gitara to Jamerson. Na płytce jest też Entwistle i Macca, oraz masę innych tuzów czterech strun, grających rózne gatunki. Wygląda więc na to że sporej części rocka (i nie tylko) nie byłoby bez Motown.
@fieloryb
Co to za pomysł, żeby dźwigać takie wielkie kontrabasowe bydle?
Kontrabasy elektryczne często nie mają żadnego, nawet małego pudła bo i po co, skoro dźwięk idze przez przetworniki do wzmacniacza. W futerale nie jest chyba aż tak bardzo uciążliwy, wciąż nie jest nawet blisko tego co przeżywają perkusiści. Ale generalnie masz rację, jako rzecze Olo Walicki: „kontrabas to jazzowy krzyż”
link to youtu.be
@ergonauta
Spodziewałem się że to będzie coś z cyklu Robert and Toyah’s Sunday Lunch. Trzeba mu przyznać że ma do siebie dystans, ale o ile dobrze kojarzę to współmuzycy raczej nie malują go jako frywolnego wesołka kiedy przychodzi to roboty w studiu i na scenie.
#Motown
Berry Gordy, szef Motown, obmyślił sobie takie brzmienie: stopa perkusji bije mocno i jest nagrywana przez nawet 3 mikrofony celem dalszego wzmocnienia, klawisze grają jak instrumenty perkusyjne, a gitara basowa wychodzi na pierwszy plan i ma dużą swobodę artykulacji (nie tylko krok w krok z perkusją).
I w ten sposób zdebunkowaliśmy piosenkę Młynarskiego, której tytuł powinien brzmieć „Jesteśmy w Motown” (ale został zmieniony ze względu na cenzurę, bo szedł przekaz, że w USA to Murzynów tylko biją). 12 stycznia 1959 skończyło się „pucio-pucio”, a zaczęło się „Spokój orkiestra! Teraz… dla sympatycznej panny Krysi… z turnusu trzeciego… ode mnie…”.
@ow
(zaraz, pan specjalnie ma takie inicjały?)
„Wydaje mi się, że u efemerycznej grupy „Hans Monttag” z Wałbrzycha (z liderem basistą, oczywiście) też można było znaleźć pewne ślady.”
Absolutna zgoda, przykładów naprawdę jest więcej, kolega E. jak zwykle przestrzelił.
@Cpt. Havermeyer
” Janek pisze o lampach, ja podbijam że wczesne tranzystory dodały głośności i uruchomiły wyścig zbrojeń na tym polu, dopiero jakis czas później ogarnięto lampowe głowy które były w stanie wygenerować podobną ilość watów,”
Czy masz na to jakieś źródła? Wczesne, germanowe tranzystory charakteryzowały się beznadziejnie niskimi mocami. Z krzemowymi już jest lepiej, ale według mojej wiedzy NIGDY nie bylo sytuacji, gdy wzmacniacze tranzystorowe miały wyraźnie wyższą moc od lampowych.
W latach 1960. lampowe wzmaczniacze na 6L6GC miały do 100 W na kanał, a tranzystorowe jakieś 20 W. Obecnie i lampy i tranzystory spokojnie dają 200 W „zwykłych” urządzeniach.
Jeżeli się mylę, proszę o kontrprzykłady.
Tranzystory ułatwiły amatorskie klecenie efektów gitarowych, co rozpowszechniło tę technikę, natomiast do dzisiaj wiele zespołow używa raczej pieców lampowych.
@janekr
” Z krzemowymi już jest lepiej, ale według mojej wiedzy NIGDY nie bylo sytuacji, gdy wzmacniacze tranzystorowe miały wyraźnie wyższą moc od lampowych.”
No bo nie chodzi o moc tylko o odporność na wstrząsy. Ciężko sobie wyobrazić amatorski zespół podróżujący z lampowym sprzętem.
„No bo nie chodzi o moc tylko o odporność na wstrząsy. Ciężko sobie wyobrazić amatorski zespół podróżujący z lampowym sprzętem.”
Koledze Cpt. Havermeyer zdecydowanie chodziło o moc.
Ale OK, zespół amatorski ze skromnym budżetem mógł mieć problemy z kupnem profesjonalnego wzmacniacza lampowego, który byłby odporny na podróże po bezdrożach. O ile wiem Beatlesi początkowy grali w klubach na zastanym sprzęcie, tzn. własne mieli gitary i potem perkusję.
Z odpornością lamp nie musiało być tak źle, pod koniec II wojny w pociskach przeciwlotniczych montowano lampowe zapalniki i jakoś wytrzymywały wystrzał z armaty.
@janekr
„O ile wiem Beatlesi początkowy grali w klubach na zastanym sprzęcie, tzn. własne mieli gitary i potem perkusję”
Cała rozmowa toczy się właśnie o takim rocku, jakiego Beatlesi w Hamburgu jeszcze nie grali (ani w ogóle jeszcze nikt).
Jasne. A czy ten typ rocka wykluczał/utrudniał na początkowym etapie korzystanie przez zespół z „zastanych” wzmacniaczy? Nie wiem, pytam.
@amatorskie zespoły i sprzęt
Weteran lokalnego big-beatu i rocka podał kiedyś – w wywiadzie dla „Gazety na Mazowszu”, dodatku do GW w czasach świetności – taki przepis na niskobudżetową gitarę elektryczną: „Trzeba więc było… nazwijmy to: „rozbroić” trzy budki telefoniczne. Czyli wydobyć ze słuchawek po dwa magnesiki z nawiniętym drutem. Do wykonania przystawki gitarowej konieczny też był ból gardła – żeby iść do apteki i kupić jedno opakowanie akronu. Lekarstwo oczywiście lądowało w koszu, a plastikowe pudełeczko stanowiło obudowę przystawki. Sześć uzyskanych ze słuchawek magnesików owijało się kilkuset zwojami cienkiego jak włos drutu i całość umieszczało się w tym pudełku, zalewało stearyną z kapiącej świecy i mocowało się to urządzenie pod strunami gitarami akustycznej. Potem podłączało się je nie do wzmacniacza, który wówczas był równie nieosiągalny, lecz do radia. Radia miały wbudowane przedwzmacniacze o mocy ok. 1,5 Wat.”
@janek
Czy masz na to jakieś źródła?
Masz rację. Pieprznąłem jak potłuczony, te 200W Marshalle, czy 300W Ampeg SVT (Super Valve Technology, duh!), wszystko na lampach, ale to nie do końca tak że tranzystory były zupełnie do niczego, bo np. na Woodstocku Santana grał na tranzystorowym Gallien-Krugerze GMT226A, gdzie to 226 to zdaje sie ilość watów. Chyba mi się utrwaliło że GK sprzedawał ten wzmak jako 'most powerful amp on the market’ czy coś w tym stylu. I faktycznie pierwsze w miarę działające tranzystorowe wzmaki to przełom 60/70s, wcześniej było sporo prób, ale nie były to zbyt popularne urządzenia i lampa rządziła. Zacząłem teraz grzebać i znalazłem info że w ’68 Rickenbacker wypuścił model Transonic, all solid state, a rok później w ramach promocji grali na tym Zeppelini, Jeff Beck i Steppenwolf, ale miały tylko 100W i były ponoć zaporowo drogie, więc nie zażarło. Czyli było dokładnie tak jak piszesz – w 60s lampy to była moc i niezawodność. Wyścig zbrojeń zaczął się później w miarę jak poprawiła się jakość komponentów, eksperymenty z topologiami, hybrydy z lampowowym preampem itp.
@sesyjny basista Motown James Jamerson
Dopiero doczytałem o koleżce (już szron na głowie, już nie to zdrowie, a wciąż jestem ciemny jak tabaka w rogu), no i wygląda na to, że jeżeli chodzi o wpływowość i decydowanie o losach świata, to Jack Bruce i J.J. Burnel mogliby mu trampki wiązać.
„Potem podłączało się je nie do wzmacniacza, który wówczas był równie nieosiągalny, lecz do radia. Radia miały wbudowane przedwzmacniacze o mocy ok. 1,5 Wat.””
Aż takich samizdatów nie widziałem ale w bardzo wczesnych najntisach moi muzykujący koledzy permanentnie używali bazarowych boomboxów jako wzmacniaczy i na warunki garażowe robiły robotę. Z kolei efekty gitarowe w dużym wyborze można było kupić na „giełdach” robione na kolanie przez hobbystów z lutownicami. To nawet tanie było i też robiło robotę. Oczywiście to już był kapitalizm ale „elektronik kradnie w tewie” na pewno nie pojawiło się w wiadomym tekście przypadkiem, więc i 10 lat wcześniej tak samo się zapewne zaopatrywano.
@embercadero
„robione na kolanie przez hobbystów z lutownicami”
Książka Janusza Wojciechowskiego „Elektronika dla wszystkich” (I wyd. 1967, potem jeszcze chyba 1969 i 1975) to była święta księga w tych kręgach, a o lampach jest w niej sporo.
W związku z tym fraza o nieuczciwym pracowniku fabryki przy ulicy Władimira Komarowa (czyli przy Wołoskiej do 1967 i po 1992) lepiej by pasowała do tekstu „Autobiografii”, gdzieś między „Kumpel radio zniósł, usłyszałem Blue Suede Shoes” a „z gryfu został wiór”.
@ „elektronik kradnie w tewie” na pewno nie pojawiło się w wiadomym tekście przypadkiem
Podobno było zemsta autora tekstu za to, że elektronicy w Tewie niezbyt chętnie kradli…
@janekr
„Jasne. A czy ten typ rocka wykluczał/utrudniał na początkowym etapie korzystanie przez zespół z „zastanych” wzmacniaczy?”
Utrudniał kontrolę nad własnym brzmieniem. Wczesnym Bitelsom to nie przeszkadzało, późni przestali jeździć. Prog-rock typu Pink Floyd i tak obejmował wożenie mnóstwa sprzętu (już na Ummagumma jest zdjęcie zespołu z całym ich szpejem – a przecież dopiero się rozkręcali). Omawiamy tutaj specyficzną odmianę, gdy zespól rozwija swoje charakterystyczne brzmienie, ale jeszcze nie siedzi na workach pieniędzy.
Iron Maiden mieli własny, duży samolot i wokalistę z licencją pilota. Wykorzystali to, zeby zawieźć sprzęt np. do Australii.
@wo
Utrudniał kontrolę nad własnym brzmieniem. Wczesnym Bitelsom to nie przeszkadzało, późni przestali jeździć.
Wydaje mi się że to trochę kwestia tego że zarówno prog jak i arena rock i wielkie trasy rozkręciły się w 70s. Gdyby Beatle nie postanowili się rozpaść u zarania tej ery pewnie skończyliby wożąc sprzęt tirem. W latach 80 to już były całe floty tirów, kiedy duże bandy jeździły już z całymi oprawami scenicznymi i ekipą ktora to składała i rozkładała co parę dni. Zajrzałem właśnie do książeczki z Live after Death Maidenów (84/85 tour, pierwszy koncert w Warszawie) i jest tam piękna rozpiska kilometrów kabli, mocy oświetlenia i nagłośnienia, wszystkich instrumentów i całego personelu. Robi wrażenie. Teraz chyba nadal latają własnym Jumbo z Dickinsonem za sterami. Do grania w klubach można sie spakować do busa, albo część sprzętu zapewnia klub na podstawie ridera dołączonego do umowy, ale jak się ma fantazję mozna też wozić przyczepą własne oświetlenie i inne propsy jak Butthole Surfers w latach 80tych. Wozili masę gratów, ale było nadal miejsce dla ich psa, którego pełne imię brzmiało Mark Farner of Grand Funk Railroad. No i granie na własnym sprzęcie ma zawsze ten plus że wiesz że on działa, co jest szczególnie przydatne na poczatku kariery, kiedy jeździsz po jakichś gównianych klubikach i innych dziwnych miejscach.
@janekr
„Iron Maiden mieli własny, duży samolot i wokalistę z licencją pilota”.
Bruce Dickinson jest fanem lotnicta i zrobił licencję pilota w latach 90. Ed Force One to wynik jego dealu z małą brytyjską linią czarterową, Astraeus Airlines. Ale to nie był samolot ajronów, tylko czarter. W zamian Dickinson z zespołem robił im promocję, także wykonując loty komercyjne. Ten model biznesowy jednak nie wypalił, być może wśród potencjanych klientów czarterowych nie ma zbyt wielu heavymetalowców? Astraeus upadł w 2011 roku, akurat kiedy był dołek na rynku czarterowym, który żyje od kryzysu do kryzysu (covid, wypadek Evergreen w Suezie, wojna, teraz Trump vs. Iran) i cienko przędzie, kiedy nie ma większych zawirowań.
Najbogatsze zespoły, także gwiazdki w rodzaju Taylor Swift, generują jednak takie wagony kasy, że normalnie używają czarterów. W ogóle Logistyka koncertowa na bogatości to jest ładny biznes. U2 do swojej 360 tour mieli scenę, która po złożeniu zajmowała 38 naczep. Wozili ją też morzem i lotnikiem. Ktoś na tym nieźle zarobił.
#”Wozili masę gratów, ale było nadal miejsce dla ich psa, którego pełne imię brzmiało Mark Farner of Grand Funk Railroad.”
Vladimir Horowitz i Krystian Zimerman podróżowali po świecie z własnymi fortepianami, na żadnych innych nie chcieli grać; fortepian to bardzo wrażliwe bydlę, więc Zimerman po pierwsze czarterował ekstra wychuchane rejsy i loty, a po drugie dokonywał jakichś modyfikacji, by sprzęt nie doznał szoku w drodze. Natomiast Glenn Gould miał bardziej jak z tym psem, tylko jego Markiem Farnerem of cośtam było zrobione mu przed laty przez ojca wielce specyficzne i niewygodne krzesełko, wyglądające jak narzędzie tortur albo miejsce pracy żebraka-garbusa („siedzisko znajdowało się około 13 cali nad podłogą, o wiele za nisko”), bez którego nie usiadłby do klawiatury.
A z drugiej mańki mamy Światosława Richtera, który na starość, kiedy był w pełni sławy i chwały, uwielbiał jeździć byle gdzie i grać na byle czym. Przyjmował zaproszenia gdzieś z głębi rosyjskiego interioru i grał w dusznych, ciasnych, źle oświetlonych salkach zakładowych, prowincjonalnych świetlicach, szkolnych aulach na zadupiu, siadając z marszu do fortepianów, które tam zastał.
„Trzeba więc było… nazwijmy to: „rozbroić” trzy budki telefoniczne. Czyli wydobyć ze słuchawek po dwa magnesiki z nawiniętym drutem.”
Tu jest brutalniejsza propozycja. Wiercić dziury na śrubki w gitarze… A przetwornik chyba od gramofonu Bambino i podobnych.
link to blabler.pl
@Marco Bollocks
„gwiazdki w rodzaju Taylor Swift”
Przypomniał mi się orszak Kleopatry z Asterixa.
(chyba nie bardzo przesadzony, bo Elisabeth Taylor też tak wjeżdżała na spotkanie z Richardem Bartonem, a ze źródeł wynika, że: „jesienią 46 r. p.n.e. wjechała do Rzymu w orszaku, na którego czele szły dwa rzędy słoni w kolorowych jedwabiach, za nimi półnadzy niewolnicy i poruszające się zalotnie w rytm muzyki niewolnice w przeźroczystych szatach, potem egipscy dygnitarze, dwórki królowej, straż przyboczna, a na koniec wozy pełne rzeźb, obelisków, sfinksów, posągów Izydy)
@wymagania artystów
Przy koncercie jakiejś gwiazdy w okolicach Bemowa organizatorzy zażądali zasilania w wodę do chłodzenia lasera i było to całkiem sporo litrów na minutę.
@sprzęt estradowy i „estradowy”
Aż mi się przypomniało jak gitarę elektryczną do radia podłączałem kabelkiem JACK-DIN.
Oraz słynne w domach kultury na przełomie lat 80/90 zestawy wzmacniacz+kolumna marki Eltron (jaki to był paździerz brzmieniowy…).
Tudzież nieco lepsze Vermony.
Sprzęt dewizowy w latach ’80 XX wieku był poza zasięgiem Polaka-szaraka z powodu zaporowej ceny marki niemieckiej i USD.
Kiedy złotówka stała się wymienialna a ludzie się wzbogacili (jakoś tak druga połowa lat ’90) w moim miasteczku powstawać zaczęło mnóstwo składów, młodych zespołów. W życiu nie widziałem (i pewnie nie zobaczę) tak bogatego życia muzycznego w mojej mieścinie.
@cpt
„Gdyby Beatle nie postanowili się rozpaść u zarania tej ery pewnie skończyliby wożąc sprzęt tirem.”
Na upartego pewnie mogli od razu, ale byli już dość bogaci żeby im się nie chciało. Efekty brzmieniowe robił im rzemieślniczo George Martin i pewnie musiałby z nimi jeździć (a jemu to już tym bardziej się nie chciało). Niemniej Pink Floyd już w to wskakuje pod koniec 1960’s, stąd mój przykład.
Zasadnicza wada tego układu jest taka, że wykonawcy zdolni do zapełnienia stadionu to z konieczności mniejszość. Nie byłoby więc tej eksplozji kreatywności kojarzonej z postpunkiem, że paru chłopaków, którzy się skrzyknęli w miejscowym domu kultury (czy wręcz pubie) zakłada ważny zespół, który przeszedł do historii. Byłoby „albo gramy typowe banalne brzmienia do kotleta” albo „należymy do niewielkiej elity gwiazd stadionowych”.
@janekr
Pamiętam że kolega dodawał jakieś efekty do czeskiej taniej gitary elektrycznej poprzez wydłubanie w jej korpusie sporej dziury, tam wsadził kupioną na jakiejś giełdzie płytkę po czym zalał to żywicą i pomalował. Z daleka wyglądało jak z fabryki, tylko pstryczek i potencjometr które wystawały widać było że z zupełnie innej wsi niż reszta. Tylko nie pytaj co to miało robić bo nie pamiętam.
#artyści
Chłopaki z Rammsteina sami zrobili wszystkie możliwe papiery na pirotechnikę po to by strażacy im nie blokowali koncertów 🙂
@prowizorka
Pamięta ktoś film „Yesterday”? Jeden z chłopaków dostał prądem przez mikrofon podpięty do – nie widać dokladnie do czego. Stare radio albo sprzęt świetlicowy.
#„Gdyby Beatle nie postanowili się rozpaść…”
Ważniejsza była decyzja o poniechaniu koncertów. Podobną decyzję co Beatlesi podjął Glenn Gould, nie chcąc gwiazdorzyć i budzić aplauzu jak jakiś Horowitz. Zadebiutował jako 23-latek pro-punkową wersją „Wariacji golbergowskich” i dziewczęta mogły mdleć na jego koncertach, ale wolał, żeby nie. Zresztą, swoją decyzję Gould uzasadniał postępem techniki: „technologia umożliwia mi lepszy kontakt z publiką będąc równocześnie od niej odseparowanym”.
@janekr
„Pamięta ktoś film „Yesterday”?”
Duże wrażenie na mnie zrobił, bo w podstawówce lubiłem Beatelsów, ale w połowie lat 80. była to już jednak klasyczna ramota. A tu się okazało, że 20 lat wcześniej była to autentyczna muzyka buntu! Jej fanów prześladowano za długie pióra. Niby stary mi opowiadał, że jego kolegów gonili za długie włosy w technikum, ale dopiero jak zobaczyłem „Yesterday”, to uwierzyłem.
@ergonauta
Ważniejsza była decyzja o poniechaniu koncertów.
Oni w zasadzie nie musieli już nic, po tych wszystkich latach koncertów, albumów i filmów. Prawda jednak jest taka że żaden z nich nie usiedział na miejscu, Lennon zaczął kombinować z Yoko, Macca z Wings, Harrison solo i z Travelling Wilburys, Ringo też grał z Lennonem, Harrisonem i solo. Mieli jednak ten komfort że wcale nie musieli już nigdy grać żadnych koncertów, więc grali kiedy chcieli.
Co do Goulda natomiast to ja chyba też wolę słuchać go w skupieniu w komfortowych warunkach, niż siedząc sztywno na sali koncertowej. To jednak inna rzeczywistość od spoconego, roztańczonego tłumu pod sceną na rockowym gigu, na którym nawet nie trzeba dobrze wszystkiego słyszeć żeby się dobrze bawić.
Ringo Starr dalej czynnie koncertuje. 90 lat jeszcze nie ma…
” Duże wrażenie na mnie zrobił, bo w podstawówce lubiłem Beatelsów, ale w połowie lat 80. była to już jednak klasyczna ramota. ”
Backbeat, świetny film choć oczywiście nie o Polsce.
@prowizorka
Frank Zappa zaliczył na scenie porażenie prądem przez mikrofon. Skończyło się to upadkiem do „śluzy” s potem obniżeniem głosu.
@fieloryb
Skończyło się to upadkiem do „śluzy” s potem obniżeniem głosu.
Nope, to było inaczej. Na koncercie chyba gdzieś w UK jakiś matołek z publiki doszedł do wniosku że Zappa gapi się na jego dziewczynę, więc wpadł na scenę, rzucil się na Franka i zepchnął go ze sceny prosto do orkiestronu, coś ponad 3m w dół. Zappa się polamał, spędził chyba z pół roku na wózku a w efekcie urazu krtani obniżył mu się głos. Żeby było ciekawiej stało się to zaledwie tydzień po tym jak spłonął mu na scenie cały sprzęt po pamiętnym incydencie w Montreux, który Purple unieśmiertelnili w Smoke on the Water.
Sorry za double post.
Jest też sympatyczny film Zappa in Sicily, opowiadający historię innego pamiętnego koncertu, bodajże w 84 cz 85r. w Palermo, który skończył się zadymą i oddziałami prewencji pacyfikującymi publiczność. Może nie jest to aż tak spektakularne jak Woodstock ’99, i na szczęście nikt nie zginął jak w Altamont, ale organizatorzy koncertów doprowadzili do nie jednego fakapu olewając zabezpieczenia i crowd control. Nasze Woodstocki/polandrocki to jest organizacyjny majstersztyk jeśli chodzi o imprezy masowe.
Ringo to nawet nie przegapił okazji żeby poonucować na FB. Starość nie radość.
„Ringo to nawet nie przegapił okazji żeby poonucować na FB. Starość nie radość.”
Nigdy jakoś intelektem nie grzeszył…
#”poonucować na FB”
Oni mogliby założyć jakąś super grupę, sporo rockowych legend by się załapało, także mocniejszych intelektualnie. Wykoszmarzyło mi się power trio: Wyatt, Waters, Sting (któremu zdarzało się przygrywać do kotleta rosyjskim oligarchom).
@embercadero
Nigdy jakoś intelektem nie grzeszył…
Zgodnie ze stereotypem perkusisty, vide e.g.
link to muppet.fandom.com
@ergonauta
Akurat Sting od początku wojny zadeklarował się jednoznacznie po stronie Ukrainy i nawet zadedykował im nową wersję utworu „Russians”.
Sting grał dla baszy Uzbekistanu, rosyjskich oligarchów akurat nie kojarzę, a na pewno nie w ostatnich latach.
@Comet
@aiborell
W Uzbekistanie Sting był w 2010. W 2016, dwa lata po aneksji Krymu, Sting zagrał w Moskwie na ślubie syna Michaiła Gucerjewa, to była imprezka o budżecie szacowanym na miliard dolców. Jednak to prawda, że w 2022 wyraźnie powiedział, że „Czasy prywatnych koncertów dla rosyjskich miliarderów minęły”.
Szkoda, że to, co mówił na koncercie w Polsce już w trakcie trwania wojny, to była takie bla bla bla o demokraji i kłamstwie, a o tym, że kłamie Rosja ani słowa. Dedykowanie Ukrainie „Russians” (z tekstem, że „jedyna nadzieja w tym, że Rosjanie też kochają swoje dzieci”) to nienajszczęśliwszy pomysł). No ale dobra, niech będzie, że to głupota i naiwność, nie onucowanie. Wycofuję Stinga z tego trio.
@nowe „Russians” Stinga
To nowe wykonanie „Russians” z wiolonczelistą (jest u Stinga na instagramie) poprzedził dedykacją: „For the brave Ukrainians fighting against this brutal tyranny and also the many Russians who are protesting this outrage despite the threat of arrest and imprisonment”. Słaby jest ten symetryzm.
Cóż, popłuczyny po tym całym antyimperializmie, swojego czasu obficie dotowanym rublami. Jest Ameryka i ta Ameryka jest imperialistyczna, nie to co Chiny i ZSRR/Rosja, które przecież wcale imperialistyczne nie są, i proszę mi tu nie porównywać interwencji na Węgrzech do Wietnamu, bo to zupełnie co innego.
@Russians
Sting śpiewa, że nadzieja w tym, że Rosjanie kochają swoje dzieci. Naziści kochali, i co z tego? Swoje kochali, cudze mordowali i raszyści robią dokładnie to samo. Nigdy nie przepadałem za jego muzyką, a ten tekst jest tak wybitnie naiwny, że aż głupi.
@Marco Bollocks
„Swoje kochali, cudze mordowali”
Standardy kochania dzieci różnią się w różnych kulturach. Trzeba być ostrożnym w ekstropolacji nadziei (np. na teren Rosji) i w mierzeniu innych (np. Rosjan) swoją miarką.
W 1943 kochający dzieci naziści przekształcili Hitlerjugend w wojskową rezerwę, utworzyli z dzieciaków pierwszą dywizję pancerną i wysłali ją do Francji. W 1945 w Volkssturmie walczyli nawet 12-latkowie, np. fanatycznie (bo tak ich nauczono) broniąc Berlina. Co zapamiętałem, sam dzieckiem będąc, z ostatniego odcinka „Czterech pancernych”, gdzie taki niemiecki dzieciak zabija kapitana Pawłowa, zaprzyjaźnionego sapera (praktycznie już po wojnie, wszyscy się cieszą i pada strzał), a Janek, też jeszcze dziecko, w pierwszym odruchu chce zabić chłopaka, ale reszta pancernych – już dorosła i kochająca dzieci w innym standardzie – go powstrzymuje.
@kmat
„Sting”
Sting w The Police był spoko. To było i nietypowe power trio, i ciekawą ewolucję przeszli od „Roxanne” do „Synchronicity”.
@Marco Bollocks
„a ten tekst jest tak wybitnie naiwny, że aż głupi”
Jak większość tych pokojowo zaangażowanych tekstów z czasów tuż przed upadkiem żelaznej kurtyny. Jest to także typowe spojrzenie na sprawy Wschodu oczami turbosytego obywatela Zachodu, który — parafrazując klasyka — do końca się tak nie orientuje
, czy ten Wschód to pies, czy ch…, czy kraj. Widzę tego Stinga, jak siedzi w swoim chateau przed kominkiem i struga ten naiwny tekst, ocierając łzy plikiem studolarówek. Kompozycyjnie ta piosenka też jest okropna.
ergonauta
„Standardy kochania dzieci różnią się w różnych kulturach.”
W moim mózgu Magda Goebbels, mordująca swoje dzieci przy pomocy trucizny w berlińskim bunkrze, czy Stalin albo Mao, beztrosko szafujący życiem swoich synów, mieszkają w sąsiednich komórkach.
@Adam Bała
„większość tych pokojowo zaangażowanych tekstów z czasów tuż przed upadkiem żelaznej kurtyny.”
Fakt, źle się te teksty prezentują w świetle prezentyzmu. Jak to możliwe, że Scorpionsi mogli kiedykolwiek pomyśleć, że „we could be so close like brothers”? Człowiek jednak czuje nostalgię za czasami „wiatru przemian”, kiedy wydawało się, że będzie lepiej, a nie gorzej. Piosenka Stinga tych uczuć jakoś nie uruchamia
@Adam Bała
Rany boskie, wjeżdżam jako advocatus stingoli*. Kompozycyjnie „Russians” nawiązuje do motywu Prokofiewa napisanego do filmu „Car szaleniec” z 1934, także teledysk idzie w tamtą stronę, bo jest stylizowany na niemiecki ekspresjonizm łamany przez „Obywatela Kane’a”. Piosenka osiągnęła szczyt popularności w 1986, akurat po konferencjach w Genewie i Reykjaviku, kiedy Reagan z Gorbaczowem dogadali się, że podpiszą traktat o likwidacji pocisków krótkiego i średniego zasięgu, Rosjanie mieli wkrótce wycofać się z Afganistanu, „gorbomania” na zachodzie kwitła – a zatem jako mieszkaniec kraju, który w 1989 też doświadczył tego, że Rosja odpuściła, nie mogę wyśmiewać Stinga z 1986.
Wszystko płynie, „Russians 1986” to co innego niż „Russians 2022”.
[*mam nadzieję, że Sting, jak inni wielcy tego świata, lurkuje bloga WO, więc prześle mi stosowne honorarium]
@mb
„Piosenka Stinga tych uczuć jakoś nie uruchamia”
Mnie od niej zawsze odrzucała jej literacka tandeta, rymy „boy/toy” czy „biology/ideology”. Żenua. Oczywiście, Stranglersi też miewali takie rymy, ale to jednak co innego w piosence o facecie, który chodzi po plaży i patrzy na brzoskwinie, a co innego w „łojeziu paczajcie ludziska jaki ze mnie wielki filozof”.
Having said that, ja też przez jakiś czas miałem nadzieję, że Rosja się zliberalizuje. Co do Polskiej Polityki Zagranicznej, zawsze byłem fanatycznie prozachodni (tu nikt mi chyba nie wygrzebie żadnego trupa w szafie?), natomiast nie zawsze byłem tak zdecydowanie antyrosyjski. Za Lemem (wszak!) wierzyłem w sens budowania soft power przez współpracę kulturalną.
@WO
„Stranglersi też miewali takie rymy”
Ogólnie angielski po względem rymów to dość prymitywny język, korzystający głównie z rymów męskich. Ma przebogate słownictwo i więcej warstw niż polszczyzna, dlatego non-fiction czy beletrystyka po angielsku stanowią czystą przyjemność, także ze względu na precyzję i zwięzłość, bo polski bywa rozwlekły. Niemniej, dla mnie różnica między polską a angielską liryką to jak grać w grę 2D, np. Commando na C64, a w grę 3D, np. Dooma z VGA i SoundBlasterem na PC (młodsi wybaczą to trącące myszką porównanie, ale dziś między generacjami sprzętu nie występują tak ogromne różnice w tak krótkim czasie).
Po przeczytaniu tego wpisu zapętliłem się jednak na „Skin Deep”. To jest bardzo dobry tekst! Nie mogę się oderwać.
„natomiast nie zawsze byłem tak zdecydowanie antyrosyjski”
Ja mam do Rosjan z grubsza takie podejście jak Wokulski. Cnoty nie zamierzam stracić, ale rubla mogę na nich zarobić. Pewnie gdybym został w mediach patrzyłbym inczej. Byt kształtuje.
@WO
„biology/ideology” — „to jednak co innego w piosence o facecie, który chodzi po plaży i patrzy na brzoskwinie”.
Co udowodnił Mariusz Lubomski wersetem: „A póki co spacerologia to moja jest ideologia”.
@polski bywa rozwlekły
Angielski „The Loneliness of the Long-Distance Runner”
Polski: „Samotność długodystansowca”
I kto tu jest rozwlekły?
@janekr
„I kto tu jest rozwlekły?”
Raz, napisałem, „bywa”, a nie „jest”.
Dwa, każden jeden tłumacz to wie (zdarzyło mi się za piniunc tłumaczyć teksty prasowe), proszę: EN->PL = +25%, a drugie mańkie -10% ( link to gtelocalize.net )
@janekr
Polski: „pozostawić kogoś na bezludnej wyspie, aby tam sczezł rozmyślając o swoich grzechach, a może nawet w końcu za nie żałując”
Angielski: „to maroon”
To jak z tym śniegiem na Grenlandii, że niby mają na niego 10 różnych określeń, nie mieliśmy w polszczyżnie za wiele powodów by wymyślać akurat taki czasownik.
Bardziej bym się zdziwił że mają czasownik na wbijanie na pal, a u nas to nadal 3 słowa – a niby to nasz folklor
@embercadero
To chyba głównie pochodna tej jakże użytecznej cechy języka angielskiego, że tam wszystko jest jednocześnie rzeczownikiem, czasownikiem i przymiotnikiem, jeszcze jak się doda jakiś przedrostek to mamy mnóstwo pojedynczych słów typu decapitated, beheaded, strapless, gloved itp., które w innych jezykach zwykle potrzebują ze dwóch-trzech.
No ale „maroon” to ewidentnie pochodna kilku wieków piractwa, korsarstwa czy imperialnego rozwożenia przestępców po różnych bezmiarach oceanów, póki się nie trafi na Australię.
A w drugą stronę – język polski (i chyba ogólnie słowiańskie) nie ma odpowiednika tak istotnych i użytecznych pojedyńczych słów jak „otherwise” czy „another”.
Z innej (tej bardziej grenlandzkiej) beczki – Anglicy (Londyńczycy?) mają aż trzy słowa na mgłę: fog, mist i haze, chociaż to ostatnie to chyba niekoniecznie z wilgoci jest.
A Polacy kilka słów na to co w angielskim określa się jako frost – mróz, szron, szadź..
Ciekawe że walijski, choć ma strukturę podobną do angielskiego, potrafi być jeszcze bardziej rozwlekły niż polski.
@kmat
A Polacy kilka słów na to co w angielskim określa się jako frost – mróz, szron, szadź..
Angielski też ma na to osobne słowa tylko nikt ich nie używa poza literaturą / esejami – frost, hoarfrost, rime. Myślę, że w angielskim a zwłaszcza amerykańskim angielskim jest silny trend minimalistyczny w języku i używanie rzadkich słów jest postrzegane negatywnie.
@comet
Myślę, że w angielskim a zwłaszcza amerykańskim angielskim jest silny trend minimalistyczny w języku i używanie rzadkich słów jest postrzegane negatywnie.
Jeżeli takie zjawisko istnieje to gdzie możemy je obserwować i na ile jest ono specyficzne dla anglofonów in general a nie dla konkretnej klasy? Językoznawcą nie jestem, ale zgaduję że społecznościówki spychające do kąta tradycyjne media spowodowały taki upraszczający trend wszędzie, ale nadal mamy jakiś odsetek populacji dla którego wyrafinowanie językowe jest wartościowe. W codziennych sytuacjach komunikacyjnych, oraz w zalewie rolek, tubek i innych tiktoków przekaz siłą rzeczy dąży do uproszczenia. Obstawiam że duża część naszych współobywateli nie będzie roztrząsać czy obserwuje szron, czy jednak szadź i powie po prostu że w nocy drzewa oblodziło, albo coś w tym rodzaju. Już w podstawówce nauczyłem się też, że używanie literackiego czy naukowego języka szybko przykleja człowiekowi łatkę mądrali a w internetach wszyscy jednak chcą być cool, nawet mądrale.