My dzieci sieci 2019

Najpierw krótki rys historyczny. W 2011 roku w USA podjęto próbę uregulowania działalności cyberkorpów w postaci ustaw antypirackich SOPA i PIPA.

Firmy zarabiające na wyświetlaniu reklam przy pirackich materiałach poczuły się zagrożone. 9 listopada 2011 w siedzibie jednej z nich (Google’a) spotkali się jej pracownicy razem z przedstawicielami sponsorowanymi przez Google’a organizacji zajmujących się tzw. „obroną wolności w internecie”.

Na tym spotkaniu obmyślono wspólną strategię protestu, w tym słynny „strajk Internetu”. Było to na tyle spektakularne, że zrobiło furorę w mediach.

W Polsce tymczasem doszło do zbiegu kilku okoliczności. Rząd Tuska wszedł w samobójczy konflikt ze środowiskami kibolskimi – którego nie mógł wygrać, bo jak mieliby szalikowców pokonać politycy, którzy sami fotografowali się w szalikach.

Trwała polska prezydencja w Unii Europejskiej, którą ekipa Tuska chciała wykorzystać do pokazywania światu swojej dyplomatycznej sprawności. Jednym z przykładów miała być sprawna ratyfikacja międzynarodowego paktu o ochronie własności intelektualnej ACTA.

Robili to pośpiesznie, a więc niechlujnie. Polski przekład traktatu odbiegał treścią od angielskiego. Konsultacje społeczne niedbale odfajkowano.

W tamtych czasach praktycznie wszystkie instytucje zajmujące się „obroną praw internautów”, były sponsorowane przez Google’a, Yahoo, Facebooka (itd) albo bezpośrednio, albo przez jakieś ogniwo (Google -> Mozilla -> Kolejny Beneficjent). Tym kolejnym beneficjentem były m.in. polskie organizacje zajmujące się Internetem, które rzecz jasna podczepiły się entuzjastycznie pod googlowską kampanię.

Dziś to zdumiewające, ale wtedy tylko nieliczni malkontenci tacy jak Jors Truli wyrażali publicznie nieufność wobec cyberkorpów. Krytyka Polityczna kochała Google’a, Facebooka i Twittera, publikując głupkowate teksty Paula Masona czy Jana Kapeli. Szydziłem z nich na blogu już w 2010.

Polscy „obrońcy internautów” podczepili się pod protesty kiboli. Rząd się wycofał, ACTA upadło. Kij mu w ucho.

Ubocznym skutkiem protestów przeciw ACTA była erupcja w 2012 afektowanej publicystyki, pełnej zachwytów nad rzekomą „wolnością w internecie”. Najgłupszym z najgłupszych był wówczas manifest „My, dzieci sieci”, opublikowany przez poetę Piotra Czerskiego 12 lutego 2012 m.in. w ówczesnej gazecie „Polska The Times” (z licznymi przedrukami).

Czerski wrzucił tam wszystkie ówczesne mity cyberoptymizmu. Pisał, jak to nasze pokolenie w internecie „jest u siebie”. Ma tam wolność, której nikt już nie może nam odebrać – itd.

Szydziłem z tego na blogu już wtedy, wynikały z tego dyskusje na setki komciów. Przepadły razem z migracją.

I oto niedawno poeta Czerski dostał bana na fejsie i z tej okazji opublikował kolejny manifest, który można by zatytułować „My, dzieci sieci 2019”. A jaki po tym banie się nagle zrobił mądry:

„Podobnie [do facebooka] monopolistyczną dla różnych wymiarów funkcjonowania informacyjnego społeczeństwa rolę odgrywają inne firmy, w szczególności Google z jego 94-procentowym zasięgiem na polskim rynku, przekładającym się na średnio 15 milionów osób każdego dnia. (Obie firmy nie płacą przy tym w Polsce podatków). Być może więc czas, żeby przy okazji Święta Niepodległości nieco mniej rozmawiać o znanej już historii, a więcej — o niejasnej przyszłości, w tym: o roli cyfrowych platform w naszym życiu społecznym i sposobie, w jaki ich działalność powinna być regulowana przez organizacyjną ramę społeczeństwa, czyli państwo. I może czas zauważyć, że Europa — głosem np. Ursuli van der Leyen — mówi o rosnącej potrzebie zapewnienia sobie cyfrowej suwerenności póki to jeszcze możliwe”

No cóż, lepiej późno niż wcale. Wystarczyła niespełna dekada, by optymiści z 2012 zrobili się pesymistami w 2019.

Przyznam, że brakuje mi tu „closure”. Żeby tak ci, którzy WTEDY pisali pierdolety o „wolności w internecie”, napisali DZISIAJ, że byli w mylnym błędzie…

Wtedy pisali „politycy, ręce precz od naszego ukochanego internetu!”, a dziś są, lajk, „Ursulo van der Leyen, na pomoc!”. Mogliby tę przemianę jakoś skomentować. Albo cuś. Ale mniejsza.

Ja w każdym razie mam dziś takie same zdanie na temat Google’a, Facebooka, Amazona (itd.), jakie miałem w 2010. Przypomnijmy:

Każda korporacja zrobi tyle zła, na ile państwo jej pozwoli i tyle dobra, ile państwo z niej wymusi. Dobra korporacja, to uregulowana korporacja.

En Lecture 177

Miesiąc temu z okazji premiery mojej książki spełniłem swoje wielkie marzenie – zagrałem jako winylowy didżej dla publiczności. Niektórzy z PT komcionautów zaszczycili mnie swoją obecnością, za co bardzo dziękuję.

Puszczałem głównie stare rzeczy, bo jestem starym człowiekiem, a poza tym chciałem nawiązać do pionierskich lat internetu. Średnią wieku na densflorze zresztą miałem raczej iksową niż milenialską.

Ubocznym skutkiem przygotowań było dorobienie się mikroobsesji na punkcie francuskiej piosenkarki Danièle Graule, występującej jako Dani. Zaczęło się od piosenki „La Machine” (1967), do której dorobiono proto-teledysk.

Na tle pozostałych „les ye-ye” (jak we Francji nazywano swojską odmianę rokendrola), Dani miała stosunkowo najbardziej drapieżny image. Wcielała się w „motocyklistkę”. Wiele jej piosenek nieźle znosi próbę czasu, „La Machine” można sobie wyobrazić w punkowym coverze.

Mam nadzieję, że moi PT komcionauci dzielą przynajmniej jedną z tych trzech moich pasji – paleoinformatyka, francuski pop, archeologia rokendrola. Wszystkie spotykają się w tym teledysku – Dani występuje na tle komputera, który wygląda mi na IBM System 360 (skopiowany w naszym obozie jako RIAD R1).

Podmiotka liryczna kupiła sobie maszynę, która wprawdzie niczego nie potrafi robić, ale gdy się do niej wrzuci 20 centymów, odpowiada „bardzo dziękuję”. Maszyna ma mrugające lampki i przyciski, które doprowadzają podmiotkę do szału, ale mimo to już nie umie się rozstać z tą maszyną. Przy odrobinie dobrej woli możemy to uznać za proroctwo smartfonów.

„Les ye ye” snobowali się na angloamerykańskość, miewali angielskie pseudonimy, nadużywali anglicyzmów, ale to było zjawisko francuskie jak żaba w berecie. Teksty pisali im francuscy poeci, były więc na wyższym poziomie literackim od ówczesnego anglojęzycznego rocka, z tym całym „gdy cię dotykam czuję się szczęśliwy w środku”.

Stety lub niestety, ci poeci wnosili do tego zjawiska cały bagaż swojego porypania. Wśród nich – król poezji i cesarz porypania, Serge Gainsbourg, któremu nie raz na blogasku składałem swe hołdy.

Dani nie była prominentną przedstawicielką „ye-ye”. Nie występuje w haśle w angielskiej wiki, autorzy skupili się na bardziej znanych wykonawczyniach.

Trochę lepiej jej szła kariera aktorki, ale tu też szczytowym osiągnięciem była drugoplanowa rola w „Nocy amerykańskiej” Truffaut (1973). Wtedy jeszcze mogło się wydawać, że jest na wznoszącej fali kariery.

W 1974 miała reprezentować Francję w konkursie Eurowizji. Niestety, Francja wycofała się z konkursu z powodu żałoby po śmierci prezydenta Pompidou. Konkurs wygrała wtedy piosenka o kobiecie wyznającej komuś miłość przez osobliwe porównanie siebie do Napoleona kapitulującego pod Waterloo (rze co?).

Śpiewające ją Szwedki z wyżyn swoich srebrzystych koturnów tak naprawdę ogłaszały porażkę rokendrola i ye-ye. Nastała era cekinów, głupkowatej wesołkowatości i rymu „fire/desire”.

Ambitne piosenki z poetyckimi tekstami wygnano z Eurowizji. W 1965 nagrodę mógła dostać „Poupée de cire, poupée de son” z tekstem Gainsbourga, a w 1963 Demarczyk mogła wygrać w Opolu. Po „Waterloo” to wszystko już zesłano na wyspę świętej Heleny.

W 1975 Gainsbourg napisał dla Dani piosenkę „Boomerang”. To szczytowe osiągnięcie „ye ye”.
Gainsbourg zrymował tytułowy bumerang m.in. z komiksowymi onomatopejami „boom” i „bang”, a także ze słowem „dingue” (szaleństwo, gorączka, maligna). To miłosny dialog ludzi, którzy za dużo przeżyli, zbyt często krzywdzili, zbyt często byli krzywdzeni, ale ich serca nadal biją.

Francuska telewizja była przerażona „Bumerangiem”. W czasach koturnów i cekinów po prostu nie ma miejsca na takie piosenki. Dani i Gainsbourg ostatecznie nigdy tego nie nagrali w duecie, powstały tylko demówki.

Ich kariery były już tymczasem na fali opadającej. Gainsbourg pogrążał się w ekscentryczności, a Dani walczyła problemami w życiu prywatnym. W 1976 nie proponowano jej już reprezentowania Francji w Eurowizji.

Jej kariera skończyła się, zanim się zaczęła. Z oczywistych powodów uwielbiam takie opowieści, stąd ta mikroobsesja – tak naprawdę raczej na punkcie „Bumerangu” niż „Maszyny”.

W 2001 piosenkę wreszcie poprawnie nagrano – i wykonano publicznie – z inicjatywy Etienne Daho, którym też się tu już kiedyś zachwycałem. Nie ma tego złego – w głosie pięćdziesięciosiedmioletniej Dani słychać te emocje, o których pisał Gainsbourg. Może ćwierć wieku wcześniej po prostu jeszcze nie była gotowa?

Zostawię państwa z tym arcydziełem.

Jak zostałem „lewakiem”

Pod jakimś moim tekstem komcionauta zadeklarował, że lubi moje teksty, ale chciałby się dowiedzieć dlaczego „jestem lewakiem”. Blogaski stworzono na takie manifesty, więc postaram się to zwięźle wyjaśnić.

Jak wielu nastolatków, w liceum przeżywałem fascynację Wolnością. Były lata 80., za oknami było szaro i ponuro, w moich marzeniach było kolorowo i swobodnie.

Moje ówczesne marzenia o Idealnym Społeczeństwie były mieszanką infantylnego „żeby było jak na Zachodzie” z równie infantylnym zainteresowaniem anarchizmem.

W liceum byłem więc najbliżej klasycznego „lewactwa”, w sensie „utopijnych doktryn lewicowych”. Czytałem na ten temat co się dało – w PRL było tego niewiele, a w dodatku wyłącznie w formie wyklinania i potępiania (jeśli pamiętasz taką broszurę, „Marks, Engels i Lenin o anarchizmie i syndykalizmie”, czas na kolonoskopię!).

Agnieszka Holland nakręciła wówczas film „Gorączka” na podstawie „Dziejów jednego pocisku” Andrzeja Struga (ze scenariuszem Krzysztofa Teodora Toeplitza). Bogusław Linda gra anarchistę, Adam Ferency socjalistę.

Obaj aktorzy stworzyli fascynujące kreacje, zapadające w pamięć widza – zwłaszcza nastoletniego. Rywalizowali w mojej głowie jak Naphta z Settembrinim.

Wygrał Ferency, bo w miarę Dalszych Lektur oraz ogólnego nabierania Mądrości Życiowej, zacząłem sobie uświadamiać, że Wolność to fajna sprawa, ale w praktyce jest nieosiągalna bez Społeczeństwa. Załamanie struktur społecznych na danym terytorium nie daje wolności.

Jako nastolatek wyznawałem naiwny egocentryzm. Wierzyłem, że każdy jest kowalem swojego losu i że jeśli ktoś jest biedny to jego wina, bo nie chciało mu się uczyć (a poza tym gdyby tyle nie pił… – etc). Ofkorsjalmą, byłem też Przekonany, że mnie osobiście czeka Bogactwo, bo tego Chcę.

Potrafię więc zrozumieć typowego gimbusa-korwinistę. Mogę sobie wyobrazić, czego on jeszcze nie wie o życiu, skoro w to wierzy. Zdumiewają mnie tylko dorośli, którzy powtarzają takie bredotki – durnie czy kłamcy?

Wraz z dorosłością przyszło dla zrozumienie, że w życiu niemal wszystko zależy od loterii bocianiej. Oczywiście, wszyscy znamy opowieści typu „od zera do milionera”, ale po pierwsze, dotyczą rzadkich, szczególnych przypadków – na tyle szczególnych, że aż książki się o tym pisze. Sam nawet ostatnio taką napisałem!

Po drugie zaś – przy takich historiach zazwyczaj widać działanie państwa, wspierającego mobilność społeczną. Bohater mojej książki był zbyt mądry, żeby powiedzieć coś w stylu „wszystko zawdzięczam tylko sobie”.

Teoretycznie mógłby. Przecież sam zarobił na swoje studia, pracował niemal wyłącznie dla sektora prywatnego, do końca życia był aktywny i nieustannie podnosił kompetencje.

Ale tylko idiota tak mówi. A to był mądry człowiek.

Gdy już więc zrozumiałem, jak dużo w życiu zależy od loterii bocianiej – oraz od działań państwa i społeczeństwa – doszedłem do wniosku, że centralnym najważniejszym pytaniem polityki jest: jak urządzić państwo i społeczeństwo tak, żeby dawały jednostce maksimum wolności? Żeby od loterii bocianiej zależało możliwie jak najmniej?

Najdoskonalej ten ideał zrealizowano w nordyckim państwie dobrobytu. Trochę gorzej funkcjonował w USA w latach 1945-1980. Jako tako działa w krajach tzw. starej Unii.

W innym czasie i miejscu nagłe uwolnienie od wpływu loterii bocianiej towarzyszyło pojedynczym, niepowtarzalnym wydarzeniom historycznym – wojny napoleońskie wygenerowały na przykład sporo fortun w Anglii i Francji, o czym pisali a to Balzac, a to Thackeray. Potem jednak się to znów betonowało (o czym też pisali ci sami autorzy).

Czytam dużo książek o historii różnych krajów. Wydaje mi się, że nigdzie indziej tych dwóch warunków (względnej wolności osobistej i redukcji znaczenia loterii bocianiej) nie zrealizowano jako powtarzalnego modelu na skalę masową.

Jeśli wy znacie kontrprzykłady, no to dawajcie. Rekomendacje lekturowe to coś, co zawsze witam z radością.

W Polsce takiego modelu nigdy nie udało się wprowadzić, ale dążyła do niego zawsze Polska Partia Socjalistyczna. Uświadomiłem sobie to jakieś 30 lat temu – pamiętam, że na pierwszym roku studiów jeszcze miałem jakieś ciągoty anarchistyczne, ale na czwartym już się zapisywałem do PPS.

Nie zmieniłem zdania. W 1989 uważałem, że Polska powinna prowadzić socjaldemokratyczną politykę społeczną – i tak samo uważam dziś. Zacząć można zawsze, szkoda dziś tylko tych 30 zmarnowanych lat.

I w takim sensie (oraz dlatego właśnie) jestem „lewakiem”.

Głos za przyszłością

Blogobywalcy pamiętają moją notkę sprzed 4 lat, w której opisywałem receptę dla Platformy na wygranie wyborów. Jest nadal aktualna, mogą z niej też skorzystać inne partie.

To propozycja wprowadzenia w Polsce rozwiązań analogicznych do tego, co Niemcy nazywają Mitbestimmung. Angielski skrót to BLER (Board-Level Employee Representation), posługuje się nim w swoich materiałach propagująca tę ideę fundacja Böcklera.

Polskie określenia, jak „współzarządzanie”, nie do końca oddają istotę zjawiska. Warto by wymyślić nowe słowo, ale nie jestem w tym dobry, a w dodatku lubię obcojęzyczne chwasty, więc na użytek tej notki niech zostanie BLER.

Przez te 4 lata więcej się na ten temat dowiedziałem. Pojechałem do Wolfsburga, by porozmawiać jak to działa w praktyce (rezultat ukazał się niedawno w Dużym Formacie). Przywiozłem sobie na pamiątkę kubeczek, o którym piszę w tym tekście.

Przyznacie, że wygląda jak rekwizyt z utopijnego serialu. Nad wyidealizowaną sylwetką fabryki Volkswagena dominuje napis: „Deine Stimme fur die Zukunft” („głosem na przyszłość” jest głos na kandydatów IG Metall).

Tekst pisało mi się zaskakująco ciężko, bo wielu ekspertów od Niemiec odpowiadało mi, że się na tym nie zna, nic nie wiedzą, nic nie mogą. Pomógł mi dopiero Dominik Owczarak z Instytutu Spraw Publicznych, od którego m.in. dostałem wspomniane materiały fundacji Böcklera (dziękuję!).

BLER polega na tym, że powyżej pewnego limitu (w Niemczech: od 500 pracowników wzwyż) część miejsc w radzie nadzorczej firmy wybiera załoga. W Niemczech to zazwyczaj połowa, choć w większości firm w razie remisu rozstrzygający głos ma przewodniczący.

Wszystkie kraje Unii muszą mieć jakąś formę pracowniczej reprezentacji. W Polsce dyrektywę wprowadzono jednak tylko na aby-aby. Rada nic nie może. Między innymi dlatego musieliśmy w firmie założyć związek.

Obecne polskie prawo jest nielogiczne. Radę Pracowników teoretycznie wybierają w powszechnych wyborach pracownicy, ma więc mandat demokratyczny do ich reprezentowania.

Wiele ustaw jednak wprost mówi, że pracowników reprezentuje związek. Nie ma związku – nie ma reprezentacji (np. nie można bez związku zrobić legalnego strajku).

Żeby to bardziej skomplikować, to ponieważ z kolei Rada nic nie może, w wyborach zwykle jest niewielka frekwencja. Znam pewną korporację, w której w wyborach do Rady pada mniej głosów, niż związek ma członków, więc oczywiście jest zdominowana przez związkowców.

Logiczne rozwiązanie byłoby takie, żeby wszystkie te ustawy, które czynią związki jedynym reprezentantem pracowników (jak np. ustawa o sporach zbiorowych) zmienić tak, żeby te uprawnienia przechodziły na Radę Pracowników i przedstawicieli pracowników w Radzie Nadzorczej. Wtedy związki zmuszane byłyby do regularnego potwierdzania mandatu w wyborach.

Na krótką metę to by oznaczało spadek znaczenia komisji zakładowych, a więc PiS tego nigdy nie zrobi, bo nie chce wkurzać „Solidarności”. Z mojego punktu widzenia, jako lokalnego Franka Sobotki, to byłoby OK.

Z tych uprawnień nie mam przecież żadnych osobistych korzyści. Z wielką przyjemnością bym się ich pozbył, gdyby efektem było wzmocnienie podmiotowości całej załogi.
BLER można by wprowadzić choćby od jutra. Nie trzeba czekać na mityczny moment „aż się wzbogacimy”.

W Europie Zachodniej wprowadzano to, gdy cała leżała w gruzach po drugiej wojnie światowej. Między innymi po to, żeby ludzie nie mieli uczucia, że odbudowują ją po to, żeby wyzyskiwacz sobie podpalał cygaro studolarówką.

BLER utrudnia scenariusze typu „zwolnijmy paręset ludzi i wypłaćmy sobie po milioniku premii za tę oszczędność”, bo byłoby to przedmiotem co najmniej burzliwej sesji Rady Nadzorczej. Mogłoby się to nawet skończyć odwołaniem takiego zarządu.

Ideę sformułowała 100 lat temu socjaldemokracja, ale w Niemczech wprowadził to Adenauer, w ramach obchodzenia SPD od lewej. W wielu krajach Europy Zachodniej socjaldemokratyczne ideały wprowadzała jakaś inna partia (wielokrotnie pisaliśmy tu o Finlandii).

W Polsce MOGŁABY to zrobić Platforma, wszak zaprzyjaźniona z CDU. Ale wszyscy wiemy, że nie zrobi.

Nie chcę być monotematyczny, ale… domyślacie się, do których posłów-elektów przepijam teraz owsianym flat white ze swojego czerwonego kubeczka. Fur die Zukunft!

Tragedii nie ma

Serial „Czarnobyl” ubogacił język potoczny cytatem „not great – not terrible”. Wybaczcie mi banał, ale to mi się wydaje najlepszym komentarzem powyborczym.

Szału nie ma, ale tragedii też nie. PiS wprawdzie wygrał, ale drugiego takiego zwycięstwa ta partia może już nie przetrwać.

W Sejmie ledwo-ledwo utrzymali kruchą większość, którą mogą stracić po najdrobniejszym rozłamiku. A przecież partia rządząca ze swojej natury zawsze ma ten problem, że część posłów musi oddelegować do władzy wykonawczej.

Poseł-minister czasem zwyczajnie nie może być w Sejmie, bo jest na szczycie w Brukseli. Dotąd sobie z tym radzili dzięki kontroli nad Senatem i Pałacem Namiestnikowskim. Tę pierwszą już stracili, tę drugą mogą stracić w przyszłym roku.

Senackie zwycięstwo opozycji ma wymiar raczej symboliczny niż praktyczny, ale to jednak oznacza, że PiS w tej kadencji będzie słabszy niż w poprzedniej. Nieznacznie, ale słabszy.

Tak się nie da zbudować autorytaryzmu. Ten wymaga triumfalnego marszu od zwycięstwa do zwycięstwa, za sprawą którego rozproszona i przerażona opozycja nie będzie stawiać oporu.

Niemcy w latach 30. wymyślili na to ironiczne słowo Selbstgleichschaltung. Za jego sprawą nawet ci, którzy nie głosowali na Hitlera (czyli, przypomnę, większość społeczeństwa), woleli to ukrywać, bo po co mieć kłopoty.

W poprzedniej kadencji PiS znalazł trochę Selbstgleichschalterów np. w środowisku sędziowskim, rozumujących na zasadzie „skoro i tak sprawa jest przesądzona, to skorzystam z okazji do awansu”. Okazało się to równie nierozsądne, jak wysyłanie nagich fotek żonie kolegi.

W tej kadencji w imieniu Instytutu Wróżenia z Fusów przepowiadam, że środowiska, które stawiały opór PiS-owi w poprzedniej kadencji – teraz będą go stawiać jeszcze silniej. Bo widzą, że nie ma się czego bać, a klasyczne pytanie „gdzie siebie widzisz za pięć lat” sugeruje trzymanie się od chwiejącego się reżimu na bezpieczny dystans, żeby jak to się w końcu zawali, nie wylądować pod gruzem.

Senat przy Okrągłym Stole został obmyślany jako instytucja, która nie może przejąć władzy (tę komuniści chcieli utrzymać do 1993), ale może zapobiegać łamaniu praw obywatelskich. Do dzisiaj więc decyzuje o obsadzie instytucji kontrolno-hamulcowych takich, jak RPO, NIK, UODO, IPN i UKE (a kto ma UKE, ten ma przychylność prezesa Solorza).

To utrudni PiSowi zapowiadane na tę kadencję przykręcanie śruby różnym środowiskom (w tym: mojemu). Załóżmy bowiem, że Sejm wymyśli sposób na zabronienie wykonywania komuś zawodu dziennikarza – to go przecież zatrudni Biuro Prasowe Senatu.

Jeśli więc nawet PiS kogoś wyrzuci z pracy za poglądy, to przybywa miejsc, w których będzie można przeczekać, by wrócić po zmianie władzy. Z mołojecką sławą w bonusie.

W trzecią kadencję PiS już nie wierzę, bo sam się wpakował w pułapkę: został ze swoimi hojnymi obietnicami, a nadchodzi gospodarcze spowolnienie. Jeśli Morawiecki z tego wybrnie, uznam go za geniusza.

Na mój relatywnie dobry humor wpływa też zapewne to, że po raz pierwszy od niepamiętnych czasów głosowałem na „większe dobro” z nadzieją, że mój głos rzeczywiście kogoś wprowadzi do Sejmu. I wprowadził! O rety!

Lewicę też czeka teraz ciężkie zadanie, ale przynajmniej nie wydaje mi się to niemożliwe. Pierwszym krokiem jest pozyskanie tych panów Jourdainów, którzy ze zdziwieniem odkryli, że im Latarnik Wyborczy pokazuje lewicę – że powinni opuścić pokład tonącego statku MS „Liberalizm” i zaakceptować swojego wewnętrznego lewaka.

W moim środowisku to się już dzieje. Cztery lata temu moi znajomi zupełnie serio mówili „Zandberg to komunista” i straszyli „dokwaterowywaniem lokatorów”.

Ryszard Holzer, którego pamiętam z „Gazety Wyborczej”, ogłosił tuż przed ciszą wyborczą, że Zandberg ma komunistyczne powiązania, które ukrył poprzez… edytowanie historii (!) swojego hasła w Wikipedii. Cóż, neoliberalizm na starość bardziej niszczy szare komórki od alkoholu.

Wieczór wyborczy spędziłem w swojej redakcji. O Zandbergu mówiono już zdecydowanie z sympatią, jako obiecującym nowym liderze. Że takie herezje mówią młodzi dziennikarze, to już przywykłem, ale że Aleksander Smolar? Że Michał Boni?

To ma jeden negatywny skutek uboczny. Jak ktoś z Razem jeszcze teraz mi powie coś o blokadzie medialnej, osobiście go palnę gumowym kurczakiem.

Kiedyś, owszem, była taka niechęć, zwłaszcza wśród redaktorów starszych nawet ode mnie. Ale im już przechodzi, obserwuję to z bliska.

Drogie razemitki, razemici i razemy niebinarne: skończyła się epoka łatwych usprawiedliwień. Już możecie, a więc także musicie.

Czytajta Sołtysa

Paweł Sołtys jest muzykiem, niejeden recenzent odczuwa więc kompulsję opisywania jego prozy przy pomocy metafor quasi-muzycznych. Mi też się cisną na klawiaturę sformułowania typu „bezbłędne wyczucie rytmu”.

Załóżmy jednak, że wydawca dorobiłby mu fikcyjną biografię. Powiedzmy, że by nam wmówił, że dr hab Paweł Sołtys jest fizykiem.

Wtedy bym powiedział, że słowa w jego prozie są nieprzypadkowe, przeciwnie, jedno wynika z drugiego z deterministyczną kauzalnością. Wszystkie są wartościami własnymi operatora sołtysianu.

Ślizgają się po zmarszczkach czasoprzestrzeni, odbijając się jedne od drugich niczym doskonale sprężyste kule bilardowe. Nigdy nie tracą pędu zgodnie z równaniem sigma mv(i) równa się const.

Ale gdyby mi powiedzieli, że to glazurnik, to bym z kolei powiedział, że słowa w tej prozie są poukładane tak równiutko, jakby nad nimi rozpięto niewidzialne żyłki. A fuga jest idealnie gładka, jakby wylano ją z samopoziomującej się drobnokruszywowej cementowej zaprawy do spoinowania.

Przepraszam za te metafory, ja chyba nie umiem napisać nic miłego bez odrobiny wygłupu. Poza tym wszyscy miłośnicy tej prozy zgodzą się chyba ze mną, że jest w niej jakieś takie je-ne-sais-quoi, za sprawą którego Sołtys hipnotyzuje czytelnika.

Jakby nie tyle chciał wyświetlić jakiś film przed oczami wyobraźni, co wciągnąć go w kołysanie na densflorze wyobraźni. OK, znów mnie poniosło.

Metafory ma zresztą zuchwałe, choć nie tak głupie jak moje. Na przykład prezentując nam wiejskiego pijaczka, stojącego przed gieesem z alpagą, Sołtys pisze, że stał on tak męsko, pewnie i swobodnie jak chciałby stać John Wayne, gdyby miał na tej swojej prerii jakiś porządny giees.

To jego drugi tom opowiadań. Sołtys uniknął syndromu drugiej płyty (cholera, znowu zaczynam) swobodniej poczynając sobie z formą.

Treść jest nadal realistyczna, ale w jednym z opowiadań na przykład narrator słucha wódczanego monologu kogoś opisanego jako Bohater Młodości. Z kontekstu domyślamy się, że to jakaś legenda PRL (muzyk? pisarz? aktor?).

Mózg legendy jest już porządnie zryty wódką i być może dotknięty demencją, wypadają mu więc z tej opowieści słowa, ludzie, zjawiska. Narrator nie może się powstrzymać przed zastanawianiem się w duchu, co się dzieje z tym wszystkim, co wypadło.

Opowieść Bohatera Młodości zaczyna się w pociągu, ale zapomniał, kim jest ten facet, co sprawdza bilety. W wyobraźni narratora słowo „konduktur” wypada z pociągu i zaczyna wędrować wzdłuż mazowieckich torów.

Potem z opowieści Bohatera wypadają jeszcze pewna Dziewczyna, oraz Bułat Okudżawa. On więc ją sobie snuje, a narrator równolegle fantazjuje, jak przez słowiańskie równiny, w cieniu powykręcanych wierzb, wędrują Konduktor i Dziewczyna, a Okudżawa brzdąka im na gitarze.

W kilku opowadaniach Sołtys umieszcza kogoś bardzo podobnego do siebie, a w co najmniej jednym daje narratorowi swoje imię i nazwisko. Opisuje początkującego literata, który w międzynarodowych okolicznościach nie umie wymyślić dobrej odpowiedzi na pytanie „o czym piszesz”, więc wykrztusza banalne „o ludziach”.

Dodałbym od siebie, że zazwyczaj (choć nie tylko) o ludziach, którym niewiele już zostało. Jedno z opowiadań kończy się tak, że pewien starszy pan (o którego przygodach czytamy od paru stron), mówi lekarzowi, że wolałby postać podczas wizyty, bo już się sporo nasiedział w poczekalni, a ten nalega, „niech pan jednak usiądzie”.

Tu się narracja urywa, więc nie wiemy, co lekarz zrobił potem. Skoro to opowiadanie Sołtysa, a nie moje, to jednak chyba nie walnął pacjenta kremowym tortem w dziób.

Jako opowiadania o (mniej lub bardziej) przemijaniu, doskonale się nadają na jesień. Jeśli dopadnie cię ochota, by się owinąć kocem z kubkiem gorącego kakao, to świetnym dopełnieniem będzie: „i z książką Sołtysa”.

Jeśli więc masz sobie kupić teraz tylko jedną książkę, rekomenduję „Nieradość”. Jeśli dwie – a jeszcze nie masz jego debiutu – to także „Mikrotyki”.

Dlaczego im nie spada, odc. 3581

Jak zauważył Awal, wróciłem na chwikę do TOK FM. Nie jest to prawdziwy powrót Piąteczku, bo (a) tylko o kampanii i na czas kampanii, (b) nie w formule „z mądrymi ludźmi o cywilizacyji”, (c) tylko jako podcast… tych liter jest więcej, ale i tak się cieszę, że mogę znowu użyć taga.

Przyglądam się kampanii trochę uważniej niż bym chciał, pokuszę się więc o syntezę. Że nieudolność opozycji prowadzi nas ku drugiej kadencji PiS, to twierdziłem już przedtem, ale teraz to mogę opisać bardziej szczegółowo.

Wiem, jaką ofertę przedstawia mi PiS w tej kampanii. Nie akceptuję jej, ale czuję, że mi ją wyraźnie przedstawiono.

Rozumiem ją jako ofertę połączenia dobrobytu przeciętnej polskiej rodziny z zamordyzmem obyczajowym. Mnie ten zamordyzm raczej nie dotknie bezpośrednio (już chyba prędzej tych wszystkich pisowskich dygnitarzy, co to „dziecko z drugiego małżeństwa mają z trzecim mężem”?), ale zwykła empatia i przyzwoitość każą mi się martwić o ludzi LBGT.

Podobno nie ma się czego obawiać, bo „strefy wolne od LGBT” mają oznaczać zakaz „propagowania ideologii”. Ponieważ jednak nie wiadomo, czym jest ta „ideologia”, każdy się może czuć zagrożony. Antysemici przecież też nie mówili otwarcie o obozach zagłady.

Mam też argument cyniczno-pragmatyczny. Dobrobyt i nietolerancja – to się wyklucza.
Zachodnie korporacje przecież nie prowadzą polityki antydyskryminacyjnej, bo są takie fajne. Prowadzą – bo im się to opłaca.

Ludzie utalentowani i kreatywni źle się czują w atmosferze nietolerancji. „Strefa wolna od LGBT” to także strefa wolna od talentu. Seba w odzieży patriotycznej nie zbuduje elektrycznych samochodów Morawieckiego.

Inna sprawa, że nikt ich nie zbuduje. Budowa nowoczesnego państwa dobrobytu to piękny cel, ale niemożliwy do zrealizowania bez sprawnych usług publicznych.

We wszystkich znanych mi przykładach (Skandynawia, USA, Wielka Brytania, Japonia, Korea…), wymagało to udziału państwa. PiS tego trochę nie chce (oni też są więźniami neoliberalnych schematów), a trochę nie potrafi. To przyznają nawet zwolennicy tej partii: PiS potrafi zrobić socjalny przelew, chwała mu za to, ale nie radzi sobie z systemowymi rozwiązaniami (edukacja, sądy, oświata, zdrowie itd.).

Krótko mówiąc, ofertę Pisu znam i świadomie ją odrzucam. Ale jaka jest oferta Koalicji Obywatelskiej?

Teoretycznie jest jakaś „szóstka Schetyny”, ale w tej kampanii jest nieobecna. Doprawdy, chciałbym znaleźć jakiś przykład sytuacji, w której ktoś albo chwalił, albo krytykował, ale na razie wszystkie spory są o czymś innym.

Powiedzmy, propozycja PiSu o podnoszeniu płacy minimalnej budzi gorące spory. Kłócą się o to na imprezach rodzinnych, kłocą się w programach telewizyjnych z serii „walka publicystów w kisielu”.

Te podziały są ciekawe, bo nie pokrywają się z liniami partyjnymi. Jestem Antypisem, ale moje wynagrodzenie to „minimalna plus wierszówka”, więc nauturalnie cieszy mnie perspektywa podwyżki. Z kolei część wyborców PiS to drobni przedsiębiorcy, których to trzepnie po kieszeni.

Te spory bywają ciekawe właśnie ze względu na nieoczywistość. Ubocznym skutkiem jest to, że nawet Antypis dokładnie zapoznaje się z ofertą PiS.

To jest najprostsza odpowiedź na pytanie „dlaczego im nie spada, mimo coraz grubszych afer”. Skoro wszyscy znają ofertę PiS, a nikt nie zna oferty PO (poza tradycyjnym „żeby było jak dawniej”), to wyobraźmy sobie typowy rodzinny spór, w którym antypisowski wuj
Czesio wygarnie o tych aferach pisowskiemu stryjowi Ziutkowi.

I teraz powiedzmy, że stryj Ziutek odpowiedział na to pokiwa głową i powie „OK, masz rację, mi też się to nie podoba, ale co proponujesz w zamian”? I spanikowany wuj Czesio na telefonie będzie guglać – jak to leciało, piątka Schetyny? szóstka Kidawy? – program partii, na którą głosuje.

Mecenas Giertych nazwał „najmocniejszym uderzeniem tej kampanii” filmik, w którym aktor z paradokumentów i piosenkarka disco polo kiepsko grają „przeciętną polską rodzinę”. A zatem: znikąd nadziei.

Jedynym ratunkiem dla opozycji byłoby przedstawienie porywającej wizji pozytywnej. Ten film mówi jednak tylko tyle, że za PiS trochę się poprawiło (500+!), a trochę się pogorszyło (skopane reformy).

Antypisowski wuj Czesio nie znajdzie tu argumentów w sporze z pisowskim stryjem Ziutkiem. Bo ten zapyta, „a jak Platforma chce to zmienić na lepsze?”.

I po makale…

Paul Baran, wynalazca Internetu


Latka lecą, klawisze stukają. Krótko mówiąc, zapraszam do zakupu kolejnej książki.

Jeśli biografie mogą mieć sequele, traktuję ją jako kontynuację „Lema”. Mistrz parokrotnie fantazjował na temat swojego alternatywnego życiorysu – gdyby tak rodzina odpowiednio wcześnie, najlepiej jeszcze przed 1939, wyemigrowała ze Lwowa do USA.

Lem żyłby wtedy jak Hogarth, Rappaport, w najgorszym wypadku reporter Roughton. Może nie zostałby najsłynniejszym polskim pisarzem XX wieku, ale również dokonałby wielkich rzeczy?

W inżynierze Paulu Baranie znalazłem takiego jakby właśnie alternatywnego Lema. Jego rodzice wyemigrowali z Grodna w 1928 wraz z nim i dwójką jego rodzeństwa.

Jaki to piękny amerykańki sen. Pięcioosobowa rodzina uchodźców schodzi ze statku w Ellis Island. Ich najmłodsze dziecko to jeszcze nieledwie niemowlę – urzędnik błędnie opisuje je jako dziewczynkę.

Trzy dekady później to dziecko wymyśli Internet.

Uprzedzając pytanie, czy Paula Barana (albo w ogóle kogokolwiek) można nazwać wynalazcą Internetu: jestem świadom, że przypisuje się na przestrzeni lat 1945-1995 to miano różnym ludziom, od Vannevara Busha po Ala Gore’a.

W prawie patentowym wynalazca definiowany jest jako ten, kto jako pierwszy przedstawi nieoczywiste rozwiązanie tak, żeby osoba biegła w sztuce mogła je zrealizować. Wszystkie opisy przed Baranem były ogólnikowe i literackie. Wszystkie późniejsze były zaś późniejsze.

Wśród PT Komcionautów mogę mieć osoby, które przeczytały o początkach Internetu Wszystko (czyli w praktyce: „Where Wizards Stay Up Late” Lyona i Hafner, „A Brief History of the Future” Naughtona i „Inventing the Internet” Abbate). Nawet te osoby poznają pewne nowe fakty, bo cytuję nieopublikowane dokumenty z archiwum Barana na Stanfordzie.

W poprzedniej notce szydziłem ze „standardowego światopoglądu lat 90”. Wchodziło w niego ukrywanie roli państwa w rozwoju technologii cyfrowej – co pośrednio uzasadniało przywileje podatkowe dla kartelu GAFA („niczego nie zawdzięczają państwu”).

I znów, po PT Komcionautach oczekuję znajomości autorów takich jak Mariana Mazzucato, którzy to pięknie masakrują „po całości”. Ale moja książka będzie dla nich, mam nadzieję, ciekawym studium konkretnego przykładu.

Mój bohater działał w Krzemowej Dolinie na klasycznej scenie startupowej. Kiedyś na pewnej konferencji przedstawiano go jako człowieka, który współzakładał cztery starupowe „jednorożce” – Baran poprawił gospodarza, że tylko trzy, bo czwarty się w kapitalizacji zatrzymał na 600 milionach.

Przez znaczną część kariery pracował jednak pośrednio lub bezpośrednio dla państwa. Widać też przepływ technologii – np. doświadczenia zgromadzone przy telemetrii pocisku manewerującego MGM-1 Matador wykorzystywał jako spec od wysokiej jakości nagrań na taśmie magnetycznej na rozwijającym się wówczas rynku audio-wideo.

Ponieważ w książce trochę będzie o wojsku, więc spodziewam się typowej krytyki entuzjastów rapierów. Na pewno nie pocisk manewrujący tylko manewrant pociskujący, i tak dalej. No trudno, rapierzystom nikt nie dogodzi, nawet inni rapierzyści.

W biografii Barana spotykają się różne moje fascynacje. Jak wiecie, poza technologią, kocham także Amerykę. Zwłaszcza taką z Tamtych Lat, do której pasowałby soundtrack z dowolnego filmu Tarantino.

Mój bohater mieszkał kolejno w Bostonie, Filadelfii, Nowym Jorku, Los Angeles, w Middletown, CT (typowe „miasto o jednej ulicy”) i Krzemowej Dolinie. Odbywał też służbowe wyprawy m.in. na przylądek Canaveral, do Waszyngtonu i do Murray Hill (siedziba Bell Labs).

Staram się zabrać czytelnika w podróż w czasie i przestrzeni. Od Ameryki prohibicji do Ameryki startupów, z wybrzeża na wybrzeże, z klasy niższej do wyższej, ze sztetła na Podlasiu do historii.

Mam nadzieję, że was przynajmniej jeden z tych motywów kręci tak jak mnie: Amerykański sen, złote lata kapitalizmu, narodziny technologii cyfrowej, podróże po Route 66, awans klasowy, zimna wojna, Bing Crosby rejestrujący swój anielski głos na pionierskiej instalacji firmy AMPEX, mormońscy osadnicy jadący przez pustynię w wozach, jak w „The Ballad of Buster Scruggs” (pojawiają się u mnie jako przodkowie małżonki).

W takim razie – polecam się łaskawej pamięci…

Upadek Richarda Stallmana

Ze względu na wieloletnie boje, jakie toczyłem z systemem wartości kojarzonym z Richardem M. Stallmanem (w uproszczeniu, nazywałem to często „linuksiarstwem”), muszę odnotować na blogu jego upadek. Nie ma frajdy nad szadenfrajdę!

Ten upadek to daleki odprysk afery Jeffreya Epsteina, alfonsa dla VIPów. Wśród jego klientów był Marvin Minsky, pionier badań nad sztuczną inteligencją, któremu Epstein stręczył przynajmniej jedną nieletnią dziewczynę.

Epstein aranżował spotkania klientów ze swoimi dziewczynami na terytoriach, które mają luźne podejście do seksualnego wykorzystywania nieletnich. Minsky’ego zabrał do swojej posiadłości na Wyspach Dziewiczych, gdzie oddał do jego dyspozycji siedemnastolatkę (ktora później złożyła zeznania obciążające wielu sławnych i wpływowych).

To wszystko nie dotykało Stallmana bezpośrednio, ale gdy w MIT wszyscy odcinali się od Epsteina (który hojnie sponsorował MIT), wdał w absurdalną obronę Minsky’ego. „Skąd wiemy że siedemnastolatka nie oddała mu się dobrowolnie? Moralnym absurdem jest uzależnianie definicji gwałtu od tego, czy zdarzenie miało miejsce w tym czy tamtym kraju, albo czy ofiara miała 17 czy 18 lat” – argumentował.

Ach, ten każualowy seksizm z zeszłego stulecia. Pamiętacie te czasy, gdy podobnie broniono Polańskiego?

Czasy się zmieniły. Stallmanowi wyciągnięto podobne akty codziennego seksizmu, na przykład to, że na drzwiach swojego gabinetu w MIT opisał siebie jako „Knight for Justice (Also: Hot Ladies)”.

16 września zmuszono go do ustąpienia z MIT i z Free Software Foundation – którą sam założył i przez wiele lat był jej najbardziej znanym działaczem. Za nic nie przeprosił, na blogu lakonicznie podsumował to jako „series of misunderstandings and mischaracterizations”.

Fundacja szuka nowego przewodniczącego – czytelniku, może się zgłosisz? Ale nawet jak już znajdzie, odejście Stallmana to koniec pewnej epoki.

Przez wiele lat w swoich bojach z linuksiarstwem stykałem się z takim mniej więcej pytaniem: „skoro mam lewicowe poglądy, dlaczego nie chcę popierać idealistycznych bojowników o wolność oprogramowania”.

Otóż po pierwsze, zawsze miałem wątpliwości co do tego idealizmu. Linuksiarze nie walczą pro bono, walczą za pieniądze sponsorów takich jak Epstein (albo wrednych monopolistycznych korporacji).

Po drugie zaś, cała moja lewicowość sprowadza się do postulatu, żeby świat stał się lepszym miejscem dla Jana Kowalskiego (i Janiny Nowak). A gorszym dla Epsteina i jego wpływowych przyjaciół. Inne formy lewicowości mnie nie interesują.

Ruch Wolnego Oprogramowania nigdy nie interesował się zwykłym użytkownikiem. Dostarczał narzędzia programistom, żeby ci tworzyli kolejne narzędzia dla programistów – a korporacjom pozwolił obciąć koszty. To wszystko.

Argument „skoro Kowalski korzysta z Google, a Google korzysta z Linuksa, to Kowalski korzysta z Linuksa” nie ma sensu. Google to podmiot komercyjny, wszelkie korzyści związane z obcinaniem kosztów odnoszą zarząd i akcjonariusze. Nic tu nie ma dla Kowalskiego.

Seksizm Stallmana jest szczególnym elementem jego ogólnego światopoglądu, zgodnie z którym bogaci biali mężczyźni po prostu zasługują na swoje przywileje. Im się te siedemnastolatki po prostu należą!

Mam nadzieję, że z moralnego bankructwa takiego podejścia wyjdzie coś dobrego. W amerykańskiej kampanii wyborczej w 2020 kwestia rozbicia kartelu GAFA powinna się stać poważnym tematem przynajmniej na etapie prawyborów wśród demokratów.

Mam też nadzieję, że Epstein zza grobu pociągnie za sobą na dno jeszcze parę ważnych person. Wraz z kolejnymi zeznaniami okazuje się, że od dekad sponsorował on różnych intelektualistów – na przykład Stevena Pinkera i zwolenników psychologii ewolucyjnej.

Tak łatwo to zrozumieć. Z ich książek wynika, że przywileje dla elit są czymś nieuchronnym i naturalnym, a wyższość mężczyzn nad kobietami nie ulega wątpliwości (bo mężczyźni mają lepszą orientację przestrzenną, bo testostereon, le hurr de le durr).

To kanoniczne poglądy lat 90. Można by ułożyć taki „nineties starter pack”: hipoteza sawanny, wolne oprogramowanie, podatek pogłówny, kobiety są z Wenus, urzędnicy nie nadają się do regulowania gospodarki, informacja chce być wolna, memetyka wyjaśnia wszystko. Cieszę się, że dożyłem czasów, w których to wszystko upada punkt po punkcie…

Co z tymi mediami?

Jak zwykle trudno komentować propozycje PiS, bo to co na piśmie nie zgadza się z tym, co na języku. Komentując zapisaną w programie propozycję „ustawy o statusie zawodowym dziennikarza”, marszałek Terlecki powiedział, że to „próba ucywilizowania tej narastającej komplikacji, jaką są media społecznościowe”.

To nie ma sensu. Do regulacji tego, co robią media społecznościowe („portale, które sobie pozwalają często na rzeczy wyjątkowo niesympatyczne i nieprzyjemne”) nie potrzebujemy ustawy o zawodzie dziennikarza.

Potrzebujemy ustawy regulujacej działalność amerykańskich korporacji, takich jak Google, Twitter czy Facebook. Tylko że wobec tych firm PiS konsekwentnie deklaruje politykę służalczej uległości – dalej mają nie płacić podatków, dalej mają być praktycznie bezkarne (chwilę dalej w programie PiS chwali się swoją „walką z ACTA 2”).

Załóżmy, że najgorsi na Twitterze są dziennikarze (co już wydaje mi się naciągane). Skąd będzie wiadomo, że pod ksywką „jorry123” występuje dziennikarz, a nie sędzia czy hydraulik? Panie marszałku, tego nie ruszymy „ustawą o dziennikarzach”, tu potrzebna „ustawa o Twitterze”.

Program PiS mówi z kolei o innym problemie: o zaufaniu publicznym. Już pisałem na blogu, że dziennikarz – w odróżnieniu od np. weterynarza – nie ma takiego statusu.

„Zawód zaufania publicznego” jest wtedy, gdy ustawodawca uznaje, że jakiś zawód musi być regulowany ustawowo, bo wolny rynek nie wystarcza. Gdy ktoś umrze z powodu błędu lekarskiego, to żadna pociecha, że więcej się już nie będzie leczyć u tego konowała.

Czy dziennikarze wymagają podobnej ustawy? Czy nie wystarcza zwykłe „nie ufasz mu – nie czytaj go”? Nie jestem pewien.

Podobne rozwiązania występują w krajach demokratycznych, np. we Włoszech. Co mnie bawi, słowo „publicysta” oznacza tam „autora bez dziennikarskich uprawnień”.

Włoscy dziennikarze lubią ten system, bo m.in. gwarantuje w miarę jawne i równe zarobki w ramach widełek określanych przez ich organizację. Podobne rozwiązanie spowodowałoby w polskich mediach rewolucję, ale nie wiem, czy PiS byłby na nią gotowy.

Widełki wynagrodzeń oznaczałyby z jednej strony, że Wildstein z Pereirą musieliby sobie obniżyć do poziomu nas, maluczkich. A z drugiej, że Sakiewicz by nie mógł swoim nie płacić.

Przez ostatnie 4 lata PiS pokazał, że nie umie współpracować z istniejącymi już samorządami – ani terytorialnymi, ani branżowymi. Kaczyński uważa, że reprezentuje Czyste Dobro, a w takim modelu wszelka autonomia jest podejrzana (skoro ktoś nie chce się podporządkować to znaczy, że jest Czystym Złem).

Prawie każda grupa, która ma jakąś formę ustawowej niezależności (sędziowie, lekarze, akademicy, adwokaci, nauczyciele, filmowcy…) wchodziła w konflikt z PiS. Z samej tej niezależności PiS czynił zarzut („nadzwyczajna kasta”, etc.).

Trudno mi uwierzyć, że PiS chciałby dać kolejnej grupie taką autonomię. Sam by sobie tworzył wroga?

Niezależnie od osi PiS/Antypis, wielu polskich dziennikarzy jest przeciw samej idei zrzeszania się. Przeciwników spotkamy w obu obozach. A nie da się wprowadzić samorządności wbrew woli zainteresowanych.

Zapewne więc nie chodzi o żaden samorząd, tylko o weryfikację jak w stanie wojennym. Czasy się zmieniają, prokurator Piotrowicz zawsze w komisji.

Wojny z tamtymi „kastami” poszły PiS-owi słabo – i przyznają to nawet pisowcy. Nigdzie nie było zdecydowanego zwycięstwa, najwyżej pyrrusowe.

Ta wojna będzie szczególnie trudna. Jesteśmu w Unii. Nie da się zabronić przeniesienia redakcji do czeskiego Cieszyna czy Frankfurtu nad Odrą. Dziennikarze nie musieliby nigdzie jechać, byliby warszawskimi korespondentami czeskiego portalu.

Jak PiS chciałby to zwalczać – prokuraturą? Prześladując dziennikarzy zatrudnionych w niemieckich czy czeskich mediach, a więc bronionych przez tamte rządy i związki?

Z obawy przed unijną aferą, PiS już zrezygnował z „repolonizacji”. Teraz by miał to samo do kwadratu.

Myślę, że prezes coś palnął na Nowogrodzkiej na zasadzie „rzucam myśl, a wy go łapcie”. A jego otoczenie zbiera się na odwagę, by mu powiedzieć, że to nie do zrobienia.

Poprzednio podobne pomysły miał rząd Leszka Millera. Mieli 40% poparcia i wydawało się, że nie mają z kim przegrać, ale mieli przeciw sobie media. Zaczęli mówić o regulacji zawodu i dekoncentracji.

Nic z tego nie wyszło, poza aferą Rywina. Teraz też skończy się aferą albo zaniechaniem samego pomysłu, jak z „dekoncentracją i repolonizacją”.