Nihil dicens

Strona kościelna usilnie teraz lansuje przekaz, że „pierwsze poważne oskarżenia pod adresem kardynała McCarricka pojawiły się dopiero w roku 2017”. Cóż, zachęcam do lektury watykańskiego raportu.

McCarrick to nie był taki typ molestatora, jakiego poznaliśmy z filmów Sekielskich. Nie działał po kryjomu, zamykając się z jakimś ministrantem w zakrystii.

Nie ukrywał ani swojej skłonności do chodzenia do łóżka z młodymi mężczyznami (czasem nieletnimi), ani skłonności do obmacywania ich. Przeciwnie, w 1985 roku wygłosił homilię, w której to obmacywanie przedstawił jako boskie błogosławieństwo („na przekór wszelkim pokusom, obejmijmy tych, których Bóg dotyka przz nas”) [s. 34/35].

W 1990 roku Msgr. Dominic Bottino uczestniczył w zakrapianej kolacji z McCarrickiem, w której poza nimi brali też udział biskupi Smith i McHugh, oraz nienazwany młody kleryk. McCarrick w pewnym momencie zaczął go głaskać po kroczu na oczach pozostałych.

Bottino był stosunkowo młodym księdzem, którego tu zaproszono by obiecywać mu awans. Próbował złowić wzrokiem dwóch biskupów, by zobaczyć ich reakcje.

Widział, że oni to widzą. Smith nie zareagował wcale, ale McHugh wstał i powiedział „musimy już iść”. W drodze powrotnej McHugh skomentował ten incydent krótkim „cóż, czasem arcybiskup mówi jedne rzeczy, a potem robi inne rzeczy”, po czym zapadła dwugodzinna cisza.

Bottino opisał ten incydent swojemu bezpośredniemu przełożonemu (pośrednio podlegał McHuhgowi, a wyżej McCarrickowi). Jak wynika z watykańskiego śledztwa, ostatecznie nikt z tym nic nie zrobił [s. 88 – 93].

Chłopców, z którymi szedł do łóżka, McCarrick nazywał „siostrzeńcami” („nephews”). Byli to klerycy, seminarzyści, a także nastolatki z katolickich rodzin zaprzyjaźnionych z McCarrickiem.

McCarrick podróżował z nimi prywatnie i służbowo, dbał także o to, by towarzyszyli mu przy kolacjach takich jak opisana przez Bottino. Jeden z sekretarzy pracujących dla kurii biskupiej opisał to tak: „Zawsze przy nich był jeden z siostrzeńców, a kolacje były 5 razy w miesiącu. Jeśli ktoś odwołał, trzeba było znaleźć zastępstwo (…) wszystko odbywało się punktualnie, koktajle, jedzenie, rozmowa (…) potem on i siostrzeniec znikali w sypialni i to był koniec wieczoru”. [s. 35]

Ten sam sekretarz zeznał jednak, że nie domyślił się, że to miało seksualny podtekst i przypisał to swojej „młodzieńczej naiwności”. Myślał, że to po prostu męskie „kind of buddy thing”.

Z raportu wynika, że nie można było utrzymywać towarzyskich relacji z McCarrickiem i nie zauważyć towarzyszących mu „siostrzeńców”. Nie można też było nie zauważyć, że McCarrick ich lubi „przytulać” albo głaskać po różnych częściach ciała.

Dziwisz i Wojtyła po raz pierwszy spotkali się z McCarrickiem w 1976 (a więc jeszcze za pontyfikatu Pawła VI). McCarrick specjalnie dla nich przerwał wakacyjny wyjazd z „siostrzeńcami” na wyspy Bahama.

Podczas spotkania żartobliwie („deadpanning”) skarżył się, że Polacy zrujnowali mu wakacje. Według jego relacji, Dziwisz nie zrozumiał żartu, ale gdy Wojtyła mu go wyjaśnił, wszyscy się roześmieli [s. 19]. Gdy potem Wojtyła (już jako papież) przyjął go na audiencji, nawiązał do tego spotkania, pytając „did you get your vacation?” [s. 25]

To nie było ich ostatnie spotkanie, jeszcze wielokrotnie zapraszali się nawzajem na kolacje. Wojtyła nie mógł nie zauważyć „siostrzeńców”. Jak u Izajasza, „miał oczy, a nie zobaczył, miał uszy, a nie usłyszał”.

To prawda, że dużo winy ponoszą tutaj amerykańscy biskupi i kardynałowie, którzy nie przekazywali skarg do Watykanu. Można jednak ich zrozumieć o tyle, że McCarrick chwalił się, że ma świetne relacje z Wojtyłą i ten uwierzy jemu, a nie jakimś donosicielom.

Tak było. Do Watykanu mimo wszystko docierały skargi, podpisane imieniem i nazwiskiem. Jedynym komentarzem Wojtyły było „nihil dicens” („bez komentarza”). [s. 191]

Tak zwane „cyniczne kłamstwo” McCarricka polegało na tym, że w czerwcu 2000 kardynał przyznał, że lubi z młodymi mężczyznami chodzić do łóżka. Zapewnił jednak, że z nikim nie uprawiał seksu. [s. 9] To papieżowi wystarczyło.

Sytuacja przypomina stereotyp popkulturowy znany jako „KOCHANIE, TO NIE JEST TO NA CO WYGLĄDA!”. „TV Tropes” charakteryzuje go jako odmianę „idiot plot”, czyli fabuły wymagającej założenia, że bohaterowie są idiotami.

Drodzy katolicy – wasi przyozdobieni purpurą przywódcy, którzy wciskają wam kit, że „papieża cynicznie oszukano”, idiotami oczywiście nie są. Za idiotów mają was.

Bo tylko idiota uwierzy, że kiedy ktoś kogoś najpierw głaszcze po kroczu, a potem z nim idzie do sypialni, „TO NIE JEST TO NA CO WYGLĄDA”. A obserwujący to 56-latek ma w sobie „młodzieńczą naiwność” i wierzy, że to tylko „kind of buddy thing”.

Kolegium elektorów – WTF?

W takich chwilach wszyscy jesteśmy amerykanistami. A czekając na głosowanie w Kolegium Elektorów zastanawiamy się, po kiego grzyba Amerykanie tak to sobie skomplikowali.

Widziałem trochę komentarzy, zawierających uzasadnienia typu „chodziło o wzmocnienie suwerenności stanów”. Te uzasadnienia dorabiane są post factum, bowiem sami twórcy konstytucji (The Framers) o tym akurat nie myśleli.

A o czym myśleli? Żeby już pójść do domu. Jak ujął jeden z nich (James Wilson), żadna kwestia tak bardzo ich nie poróżniła, jak sposób powoływania władzy wykonawczej.

Zdecydowali się na Kolegium Elektorów nie dlatego, że to im się wydawało najlepszym rozwiązaniem tylko dlatego, że wszytkie inne nie podobały im się jeszcze bardziej. Zadecydowała przesłanka, która szybko okazała się kompletną pomyłką (o czym za chwilę).

Pierwszą propozycją rozważaną przez Framersów, było to, co dziś stosuje większość demokracji: wybór rządu przez parlament. Przegłosowano to 6 sierpnia 1787 – i projekt nie zdobył większości.

Framersi wierzyli w klasyczny, monteskiuszowski trójpodział władz. Większość demokracji (w tym amerykańska) i tak od niego odeszła, bo jest niepraktyczny.

To był główny argument pisowców kilka lat temu, podczas ich zamachu na sądy – że „trójpodziału i tak nie ma”. No pewnie, że nie ma, tak jak bielizna nie musi być biała. Trójpodziałem się dziś nazywa coś, co w rzeczywistości stanowi system „checks and balances” (zniszczony w Polsce przez PiS).

W 1787 jednak Framersi nie mieli wielu przykładów działających demokracji, wygrał więc argument o trójpodziale. Odrzucili ten projekt, a potem do 24 sierpnia zdążyli odrzucić wszystkie inne, wliczając w to (!) kolegium elektorskie.

Obrady się przeciągnęły. A przypominam, że nie toczono ich w siedzibie parlamentu czy też w jakimś centrum kongresowym, tylko w skromnym, ciasnym budyneczku w Filadelfii.

Wielu delegatów miała kiepskie warunki noclegowe. Gdy przyjeżdżali, nie byli nastawieni na wielomiesięczną nasiadówę.

31 sierpnia delegaci przerzucili ten problem na specjalną komisję, którą wyłonili wśród siebie. Ta po czterech dniach wróciła do kolegium elektorskiego.

Za jego główną zaletę uznano… zapewnienie bezpartyjności wyboru. Jak to ujął Gouverneur Morris (to jest, wbrew pozorom, imię i nazwisko), „skoro Elektorzy będą głosować jednocześnie w dużym oddaleniu od siebie, unikniemy Wielkiego Zła tworzenia kabał. niemożliwe będzie też ich Skorumpowanie”.

„Kabały” („cabals”) to pejoratywne określenie proto-partii politycznych. Framersi mieli bolesną świadomość tego, że sami są podzieleni i skłóceni, ale mieli nadzieję, że to tymczasowa sytuacja – w dojrzałej republice te podziały znikną.

Wyobrażali sobie więc to kolegium tak, jak Alexander Hamilton w „Federalist #68”, że będzie to grono ekspertów, „men most capable of analyzing the qualities”. Stąd ich bodaj najgłupszy pomysł, że ten co dostanie najwięcej głosów zostanie prezydentem, a drugi w kolejności – wiceprezydentem.

Zafundowali tym sobie koszmarną sytuację, w której prezydent był z jednej kabały (np. Federalistów), a drugi z konkurencyjnej (np. z Demokratycznych Republikanów). Szybciutko się z tego wycofali, w 1804 przechodząc na system obowiązujący w zasadzie do dzisiaj. Że „kabały” wybierają w stanie elektorów, zobowiązanych do wskazania konkretnego prezydenta i wiceprezydenta.

Zamiast elitarnego grona bezstronnych ekspertów, o którym śnił Hamilton, mamy więc partyjne marionetki. Zdarzają się tzw. wiarołomni elektorzy, ale to rzadkość.

Większość Amerykanów chce zmiany tego systemu. W 1989 taka inicjatywa zdobyła miażdżące (83%!) poparcie w Izbie Reprezentantów, ale w Senacie miała za małą większość (tylko 54, a nie wymagane 60). I upadła.

W efekcie głos wyborcy z Wyoming jest 4 razy „cenniejszy” od głosu wyborcy z Kaliforni. To źle.

James Wilson pytał retorycznie: „Dla kogo tworzymy rząd? Dla ludzi czy dla wyimaginowanych tworów zwanych ‘Stanami’”?

Dla obywateli USA lepiej byłoby, gdyby kandydat dbał o głos każdego z nich, zamiast skupiać się na przypadkowych „swing states”. Granice stanów są sztuczne jak granice państw kolonialnych (bo w istocie pierwsze stany BYŁY koloniami).

Wbrew intencjom Framersów, Senat i Kolegium Elektorów stały się jednak instytucjami umacniającymi stanowe kabały. Jedna nie da ruszyć drugiej, więc Amerykanie ugrzęźli z tym in saecula saeculorum amen.

PS. Główne źródło: Robert A. Dahl, „How Democratic Is the American Constitution?”, Yale University Press 2003

Detrumpizacja ruszyła

Nareszcie dobra wiadomość! Tak jak wielu PT Komcionautów spędziłem ostatnią dobę na chichraniu się z bezsilnej rozpaczy prawackiego internetu.

Została im już tylko absurdalna nadzieja, że coś wywalczą w sądzie. „Dowody” typu „zdjęcie na którym ktoś coś ładuje do samochodu” mogą wystarczyć na prawackim forum dyskusyjnym, ale nie w sądzie.

Przewaga Bidena jest tak duża, że nawet gdyby po ponownym przeliczeniu stracił jeden czy dwa stany, i tak wygra. Nadzieja na sądową wygraną Trumpa została już tylko głupkom wierzącym w chemtrailsy.

Cieszę się z porażki Trumpa, bo prawicowym populizmem brzydzę się bardziej niż zwykłym konserwatyzmem. Ostatecznie, nawet Nixonowi nie można odmówić pewnych pozytywnych osiągnięć – Trump nie miał absolutnie żadnych.

Jak wiecie, jestem marksistą. Przy tej okazji przypomnę podstawowe założenie marksizmu, odwołując się do znanej przypowieści o ciastkach.

Oto przy stole siedzą kapitalista i pracownik. Pracownik przy pomocy sprzętu należącego do kapitalisty wyprodukował 10 ciastek.
Kapitalista bierze 9 ciastek i woła do pracownika: „UWAŻAJ! GEJE/UCHODŹCY/FEMINISTKI/ZWIĄZKOWCY/SOCJALIŚCI CHCĄ CI ZJEŚĆ TWOJE CIASTKO!”.

Walkę o to, żeby pracownikowi przypadło choćby jeszcze jedno ciastko, uważam za jedyną rzecz wartą działalności społecznej. Dlatego gdy inni angażują się w organizacje broniące kotków, foczek, pszczółek czy też roślinek, moim jedynym wolontariatem jest działalność związkowa.

Powyższy schemat jest naturalnie uproszczony, tak jak wszystkie inne schematyczne opisy rzeczywistości. Neoliberalizm też przecież odwołuje się do uproszczeń (jeśli przyjrzymy się założeniom robionym przez neoliberalnych ekonomistów, opisują m.in. kapitalizm, w którym nie ma marży).

Wierzę, że ten schemat opisuje kapitalizm najtrafniej. Przez ostatnie setki lat zmieniało się tylko to kłamstwo, którym kapitalista odwracał uwagę pracownika, gdy zgarniał dla siebie większość ciastek.

Trumpizm to kłamstwo wyjątkowo perfidne, bo w tym przypadku kapitalista udaje, że stoi po stronie pracownika. „Będę bronić twoich ciastek, wybuduję mur chroniacy cię przed Meksykanami, i wypowiem wojnę handlową Chińczykom, bo oni ci chcą zjeść ciastka, poza tym oczyszczę waszyngtońskie bagno ze skorumpowanych polityków, którzy jedzą twoje ciastka”.

W rzeczywistości jednak Trump sam – jako kapitalista – był i jest typowym wyzyskiwaczem. Unikał podatków, nie płacił robotnikom (w tym polskim budowlańcom), sam był umoczony w waszyngtońskim bagnie po uszy. Był winny wszystkiego, co zarzucał elitom – przyjaźnił się z Epsteinem i Weinsteinem, a nawet z Clintonami.

To charakterystyczne, że jego ostateczny upadek nastąpił na parkingu firmy ogrodniczej Four Seasons 16 kilometrów od Filadelfii. Ktoś z jego sztabu miał zrobić konferencję prasową w luksusowym hotelu w centrum miasta, ale przez pomyłkę zamówił ją w miejscu o podobnej nazwie, przy autostradzie, między sex shopem a krematorium.

Gdyby w tej kampanii pracowali wolontariusze, nie zrobili by takiego błędu. To typowy błąd źle opłacanego, źle traktowanego personelu. Ludzie, którym ciągle zabierasz ciastka, nie będą wobec ciebie lojalni.

Prawicowy populizm, czyli zabieranie pracownikom ciastek w atmosferze udawanej „ludowości”, to zjawisko stare jak demokracja. Od kiedy pojawiło się w miarę powszechne prawo wyborcze (czyli mniej więcej od 1848), mamy też polityków wygrywających pod takimi hasłami. To właśnie jest ten bonapartyzm, w który wierzy poczciwy subiekt Rzecki.

Żeby pracownicy zaczęli liczyć ciastka, muszą skupić uwagę na stole. A nie na urojonych zagrożeniach, którymi straszy ich Trump, Kaczyński czy Boris Johnson.

Dlatego zagłada trumpizmu to wstępny warunek, żebyśmy mogli mieć ładne rzeczy. Na szczęście udało się go spełnić.

Lewicowość Wita Szostaka

Pod notką o Mrozie komcionauta nazwał Wita Szostaka „pisarzem lewicowym”. Postanowiłem wyciągnać MacLuhana zza kadru i poprosić samego Szostaka o odpowiedź. Oto ona:

Kwestia polityczności/apolityczności pisarza to sprawa złożona – jak niemal wszystko. Jedna płaszczyzna to polityczne poglądy samego autora, druga to upychanie tych poglądów w literaturę. To drugie zazwyczaj kończy się dla literatury marnie. Mogę zatem sobie wyobrazić pisarza bardzo politycznego jako człowieka (nawet zaangażowanego otwarcie w rozmaite inicjatywy) i jednocześnie uprawiającego literaturę apolityczną. Upolitycznienie literatury rzadko owocuje dobrą literaturą. Takie jest moje doświadczenie czytelnicze i dlatego staram się unikać tego we własnych książkach. Jeśli więc ktoś klasyfikuje mnie jako pisarza lewicowego, to się dziwię, bo właśnie polityczności staram się unikać – co można różnie oceniać – podobnie jak staram się unikać komentowania bieżącej agendy politycznej – co również można różnie oceniać. To tyle na temat lewicowości. Natomiast kiedy ktoś klasyfikowałby mnie jako pisarza prawicowego, to śmiałbym się długo i szyderczo.

Cóż, śmiech to zdrowie, zwłaszcza długi i szyderczy, więc powiem Ci, bracie Wicie, że rzeczywiście ja Cię dość długo klasyfikowałem jako prawicowego. Z dwóch powodów.

Po pierwsze, ze znanych mi utworów (przyznam się bez bicia, że nie znam wszystkiego), jawisz mi się jako Arcykrakus – jakby stopiono w jedną osobę Smoka Wawelskiego, Lajkonika i mariackiego hejnalistę. A klerokonserwatywny Kraków, jak wiadomo ze znanego listu, był miastem zbyt prawicowym nawet dla Henryka F. Sienkiewicza.

Po drugie, Mistrz Sapkowski dzieli ludzi na papistów i antypapistów (a robił tak na długo przed „Narrenturm”). W tej klasyfikacji zawsze mi się wydawałeś papistą, kumplem/zwolennikiem ludzi takich, jak Tischner, Gowin czy Jędraszewski. A więc prawicy.

Moje rozumowanie było oczywiście skażone błędem poznawczym znanym jako „guilt by association”. A przecież od lat obserwuję paradoks: znani mi Krakowianie to zazwyczaj tacy antypapiści, że Mistrz Sapkowski by się zarumienił. A już najbardziej antyklerykalni są ci związani ze Znakiem albo Tygodnikiem Powszechnym.

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem (i chętnie wysłucham opinii PT Komcionautów). Najnowsza powieść Szostaka „Cudze słowa” niespecjalnie tu pomaga.

Część bohaterów KIEDYŚ była stereotypowymi krakoskimi konserwatystami. Chodzili „do dominikanów na dwunastkę”. Jeden z nich nawet ironicznie mówi o „pokoleniu JP2”.

Ale właśnie: ironicznie. Bo oni wszyscy już z tego wyrośli.

Nie tłumaczą, niestety, tego wcale. Jeden, ten ironista, mówi tylko, że do tego stopnia był wtedy innym człowiekiem, że już nawet nie jest w stanie rzetelnie relacjonować sposobu myślenia „dawnego siebie”.

Bohaterka, która zapłaciła chyba za to większą cenę, nie ironizuje. Z pasją szydzi z papizmu, z „teologii ciała” Wojtyły i Półtawskiej, choć skądinąd wiemy, że to był kiedyś jej światpogląd.

Wszyscy w tej powieści albo są eks-papistami, albo ich światopogląd pozostaje nieustalony. Opisują nam te życiowe momenty, w których stracili wiarę, ale niewiele piszą o motywach. A jako ateista chciałbym ich podręczyć pytaniami: „OK, tego dnia Wojtyła przestał być dla ciebie autorytetem, a co z Tischnerem? Co z Jędraszewskim? Co z – he he – Levinasem?”.

Szostak unika odpowiedzi wprost, choć cała ta powieść, że to ujmę jako niespojlujący spojler, to historia o utracie Boga. Dosłownie i metaforycznie.

Na początku mamy – jak w kryminale – całkiem niemetaforycznego trupa. Ludzkiego, zwęglonego w wypadku (?). Kto i dlaczego zginął, dowiemy się (?) kilkaset stron później.

Do tego pierwszego rozdziału będziemy wracać w trakcie lektury. Bo nagle zrozumiemy mroczną prawdę kryjącą się za jakimś pozornie niewinnym zdaniem.

Pod koniec dowiemy się nawet, że ten pierwszy rozdział jest ostro ocenzurowaną wersją innego tekstu (stąd dziwna okładka książki). Poznamy też wersję pierwotną, która nam (prawie) wszystko wyjaśni.

Nie jest to jednak kryminał, tylko nawiązanie do innego gatunku popkulturowego: powieści akademickiej. W centrum fabuły mamy krakowskich akademickich filozofów, a zwłaszcza Wybitnego Profesora i jego Studenta Najzdolniejszego, A Jednak Wielce Tajemniczego.

Przypomina to bodajże najbardziej znaną historię z tego gatunku, „Cudownych chłopców” Chabona, zekranizowanych w 2000 z Michalem Douglasem i Tobey Maguirem. Czytając „Cudze głosy”, wyobrażałem sobie ich w rolach Czaskiego i Benedykta – to te same postacie!

Nie robię z tego zarzutu. Duetu Wypalony Mędrzec & Jego Tajemniczy Czeladnik nie wymyślili Szostak, Chabon, Lodge, Roth ani Franzen.

To postacie stockowe stare jak świat. Commedia dell arte ich też nie wynalazła, ale ustandaryzowała (krytyk ze skłonnością do rozkręcania książek na śrubki zauważy, że centralny wątek powieści Szostaka rozgrywa się w kwartecie: Doktor, Arlekin, Pierrot i Kolombina).

Nie sposób nie zauważyć też, że bohaterowie mają imiona biblijne lub apokryficzne (Weronika). Szymon, Józef, Jan, Jakub, brakuje tylko maderfakingowego Ezawa.

I chociaż akcja dzieje się we współczesnym Krakowie, odgrywają oni role podobne do świętych pierwowzorów. Cóż, pierwszą książką napisaną w stylu MPOV jest Ewangelia.

Kultura to wieczny recykling mitów i archetypów. Bohaterowie Szostaka zajmują się tym akademicko (podobnie jak sam Szostak!), ucinają sobie więc o tym seminaryjne pogawędki.

Ze względów promocyjno-sprzedażowych dodam, że te pogawędki odbywają się głównie podczas smakowicie opisanych orgii gastronomicznych (ach, Kraków…). Nie na darmo spis treści wystylizowany jest na menu włoskiej restauracji.

Przynajmniej jedno seminarium fenomenologiczne ma miejsce podczas orgii seksualnej. Jest opisana taktownie i bez anatomicznych detali, ale to jednak seks grupowy (ach, Kraków?). Jeśli ktoś chce zacząć od tego, to rozdział „SECONDI DI CARNE” (tak, te tytuły też są dwuznaczne).

Szostakowi MPOV wychodzi znakomicie, bo jako pisarz cechuje się wyjątkowo empatią wobec swoich postaci. Jeśli Olgę Tokarczuk uznamy za wzorzec „czułego narratora” i skalibrujemy jej czułość na 100, Szostak to jakieś solidne 150.

W typowej popkulturowej pulpie MPOV ma ten psychologiczny feler, że narracja niby i przedstawia zmienne punkty widzenia, ale narrator zawsze ma taki sam zasób słownictwa.

Nawet ubóstwiany przeze mnie Jo Nesbo tak robi – gdy opisuje punkt widzenia esesmana, Chorwata ocalonego z Wukowaru, nastoletniego kongijskiego partyzanta, Aborygena, tajskiej prostytutki, norweskiego miliardera i norweskiego bezdomnego, ONI WSZYSCY MÓWIĄ TAK SAMO. I nie chodzi mi o to, że „po norwesku”.

U Szostaka narracja każdej postaci jest inna. Bywa w pierwszej, bywa w trzeciej. Bywa ironiczna, bywa bardzo serio.

Niektóre postacie szamoczą się ze „swoim” narratorem jak, nie przymierzając, Jakub z aniołem, gdy ten dotyka ich traum. Stopniowo zauważamy zresztą, że wszyscy tu walczą ze „swoimi” narracjami, tylko że naturszczycy robią to jawnie, a ludzie pióra to elegancko maskują. Ale każdy tu ma coś do ukrycia przed sobą i czytelnikiem.

Jest taka definicja lewicy, że lewicowość to empatyczność. Prywatnie jej nie lubię, bo mam ciągoty do oldskulowej lewicy technokratycznej a la Olof Palme.

Wiem że to bez sensu. Jak reżyser Hochwander, 28 wywiadów ze Skandynawami o tym zrobiłem. Nie da się budować państwa opiekuńczego bez, uhm, pewnej dozy opiekuńczości. Ale ta niespójność to już kwestia mojej szamotaniny z moim narratorem.

Jeśli empatia ma być kryterium definiującym lewicowość, Szostak się nas nie wyprze. Każdy jego utwór (spośród znanych mi) jest jak legitymacja partyjna.

I tylko chciałbym kiedyś jemu (albo jego bohaterom) zadać pytanie, GDZIE WY MIELIŚCIE GŁOWY 15 LAT TEMU. Teraz widzicie, że „teologia ciała” Wojtyły i Półtawskiej to stek bredni, a wtedy nie?

Wiem niestety, że byłych papistów nie ma sensu o to pytać. Odpowiedzi będą wymijające, jak bohaterów tej książki. Ot, zwieść ich mógł ciągnący ulicami tłum, wódka w parku wypita albo zachód słońca.

Już to słyszałem. W życiu jak w literaturze, dostajemy mity, a nie odpowiedzi.

Po co komu Nowa Solidarność

Zapowiedź założenia związku zawodowego przez Rafała Trzaskowskiego przyjąłem z niedowierzaniem. W wywiadzie udzielonym Iwonie Szpali, mojej koleżanki z „Gazety Wyborczej”, powiedział więcej o swoich planach.

Zacznijmy od jego słów, żeby uniknać przekłamań:

„zbudujemy także związek zawodowy dla samozatrudnionych (…) Dziś prawdziwym proletariatem są ludzie, którym brak reprezentacji, twardego gruntu pod nogami. Jest ich mnóstwo – wolne zawody, artyści, rzemieślnicy czy taksówkarze. Łączy ich wspólne poczucie: PiS wyciąga od ich pieniądze, a będzie tylko gorzej, wielu nie ma pewnej pracy, a wraca COVID, perspektywa kłopotów na długie miesiące, może nawet rok. Potrzebują się organizować, więc chcę im pomóc (…) Związki zawodowe mają dużo szersze możliwości niż stowarzyszenia czy fundacje, stąd pomysł (…) Henryka Krzywonos, legenda „Solidarności”, która chce się włączyć w organizację związkowego projektu”.

Trzaskowski ma rację, że „związki zawodowe mają dużo szersze możliwości niż stowarzyszenia czy fundacje”, tylko chyba nie wie, jak to działa.

Przepisy zobowiązują pracodawcę do konsultowania różnych decyzji z przedstawicielami pracowników. W tej roli niemal zawsze występują związki zawodowe. Jeśli ich w danym zakładzie nie ma, pracodawca może robić co chce.

Jako entuzjasta Mitbestimmung nie jestem entuzjastą tego rozwiązania. WOLAŁBYM część tych uprawnień przenieść na radę pracowników. Ale jest jak jest i się to raczej nie zmieni.

Te „szersze możliwości” biorą się więc z tego, że w wielu ustawach i rozporządzeniach występuje obowiązek uzyskania zgody zakładowej organizacji związkowej na to czy tamto. Albo przynajmniej zawiadamiania jej o czymś z wyprzedzeniem (np. o zamiarze rozwiązania umowy o pracę z członkiem związku).

I dlatego właśnie nie założyliśmy w Agorze stowarzyszenia ani fundacji, tylko związek zawodowy. Inna forma prawna po prostu nie dawałaby nam możliwości korzystania z tych przepisów.

Za to ustawowe uprzywilejowanie związek zawodowy płaci pewną cenę. Ma na przykład bardziej upierdliwą sprawozdawczość, niż zwykłe stowarzyszenie (musimy np. co miesiąc pracodawcę informować o stanie członków, stowarzyszenie by tego nie musiało robić).

Wniosek jest więc prosty. Zakładaj związek tylko jeśli chcesz korzystać z tych przepisów. Jeśli nie, lepszym rozwiązaniem będzie stowarzyszenie lub fundacja.

I teraz pytanie: jakie potrzeby mają „wolne zawody, artyści, rzemieślnicy czy taksówkarze”, które mogą się wiązać z tymi przepisami? W nich zazwyczaj mowa jest o zakładowej organizacji związkowej, bo podstawową rolą związków zawodowych jest reprezentowanie pracowników przed pracodawcą (tzw. collective bargaining).

Jeśli ta „Nowa Solidarność” ma reprezentować swoich członków nie przed pracodawcami, tylko przed państwem – to na grzyba jej formuła związku zawodowego? Lepszy będzie klasyczny NGO, albo po prostu partia polityczna.

W codziennej działalności związkowej, wbrew pozorom, niewiele jest miejsca dla polityki. Na szczeblu zakładowej komisji o tym się po prostu nie rozmawia.

Nie wiem, jak głosuje większość koleżanek i kolegów z naszej komisji. O mnie to wiadomo, bo o tym trąbię na prawo i na lewo. Ale nie wszyscy o tym mówią, a nie miewamy takich sytuacji (typu „a teraz głosujemy, kto jest za Pisem, a kto za Antypisem”), żeby się o tym dowiedzieć.

Przypuszczam, że Trzaskowski po prostu nie jest tego wszystkiego świadom. Nie wie też tego „legenda Solidarności Henryka Krzywonos”, bo ona przecież od 1989 nie jest pracownikiem (w rozumieniu prawa pracy).

Jej doświadczenia związkowe pochodzą sprzed 40 lat. Dotyczą innego ustroju. Henryka Krzywonos nie przepracowała (w rozumieniu prawa pracy) ani minuty w kapitalizmie.

Tak, wiem, prowadzenie rodzinnego domu dziecka to ciężka praca. Nie deprecjonuję tego, tylko zauważam, że nie jest to praca zarobkowa w rozumieniu ustaw, a więc „organizacja rodzinnych domów dziecka” powinna być stowarzyszeniem, podobnie jak np. polski związek hodowców strusi (to też ciężka praca).

Może w tym wszystkim jest jakieś drugie dno, którego Trzaskowski nie ujawnił w tym wywiadzie. Może ktoś z PT komcionautów zna jakieś inne wypowiedzi jego albo Krzywonos, które coś tu wyjaśniają.

Wątpię, czy ta organizacja w ogóle wyjdzie poza etap sądowej rejestracji (o ile Trzaskowski i Krzywonos będą się upierać przy formule „zwiazku zawodowego”).

Rekomendacja: kraina Lovecrafta


Dyskusja pod notką o Mrozie i tak odleciała w dygresję o lewicowej fantastyce, pociągnijmy więc ten wątek rozmawiając o serialu „Kraina Lovecrafta”. To kapitalny przykład, jak lewicowa fantastyka mogłaby wyglądać (i wygląda).

Mamy w tym serialu wszystko. Jest wątek LGBT, jest „krytyczna teoria rasowa”. Koszmarny sen prawaka o marksizmie kulturowym.

A przy tym – świetne, ożywcze widowisko. Które polecam gorąco wszystkim, choć prawacy będą się zapluwać z wściekłości przed ekranami.

Dla tych, którzy są HBO-wykluczeni, kilka słów opisu. To nie jest ekranizacja prozy Lovecrafta, choć jego wielbiciele rozpoznają kilka zaczerpniętych z niej motywów.

Akcja dzieje się w alternatywnym świecie, w którym wprawdzie istniał Lovecraft (bohaterowie też rozpoznają te motywy), ale jednocześnie mamy zasugerowane, że Lovecraft inspirował się prawdziwymi wydarzeniami. Ujmując rzecz w skrócie zrozumiałym dla każdego fandomity, ktoś tu wpadł na trop Necronomiconu (sortof) – i fabuła krąży wokół tego tropu.

Ten skrót jest dla nas zrozumiały, bo naoglądaliśmy się od grzmota horrorów i nagraliśmy się w od grzmota gier, w których fabularnym punktem wyjścia było „ktoś odnalazł Necronomicon”. Ale tu mamy jeden istotny twist, za sprawą którego oglądamy to z pasją, jak coś świeżego.

Oglądamy to z punktu widzenia Afroamerykanów w roku 1955. To właśnie oni wpadli na trop tej zakazanej księgi.

Serial zawiera więc przy okazji realistyczny portret codziennego życia Afroamerykanów w 1955. Przy czym nie chodzi tu o jakichś wyidealizowanych pracowników rolnych w ogrodniczkach i słomianym kapeluszu, tylko o ówczesny odpowiednik wielkomiejskiej klasy średniej.

Większość głównych bohaterów (są wyjątki) to ludzie tacy jak my. Tzn. tacy jak widownia serialu fantastycznego na HBO.
Są oczytani jak my, dlatego rozpoznają wątki z Lovecrafta. Wyrośli na tej samej amerykańskiej popkulturze jak my.

Łatwo się nam z nimi identyfikować. Mamy podobne do nich problemy, typu „czy stać mnie na hipotekę w tej dzielnicy”. Tylko że nam to pytanie nie nakłada się na „czy w tej dzielnicy wolno mieszkać ludziom o naszym kolorze skóry”.

Pisałem w poprzedniej notce, że kompozycja thrillera to „woda – woda – BUM!”. Tu jest jakby odwrotnie.

„BUM!” to lovecraftowskie zwroty akcji. Że nagle przyfrunie jakiś potwor z CGI. Bo-ring.

Za to „woda” to realistyczny obraz stosunków rasowych w USA w roku 1955. I to jest dopiero prawdziwy horror.

Widzimy wiele autentycznych motywów, już spopularyzowanych innymi filmami i serialami. A więc – masakra w Tulsie (1921). A więc – „prawo o zachodzie słońca”. „Zielona książka”, czyli „poradnik dla Negra w podróży”.

Do tego – pogrzeb Emmetta Tilla, czternastoletniego chłopca z Chicago, który pojechał z rodzicami w odwiedziny do krewnych z Missisipi. Spojrzał niewłaściwym wzrokiem na białą kobietę, za co został skatowany i wrzucony do rzeki z ciężarem przytroczonym kolczastym drutem do szyi.

Afroamerykanie w Missisipi byli przyzwyczajeni do takich sytuacji, bali się protestować, bo skończyliby tak samo. To była jednak rodzina z Chicago.

Matka Tilla urządziła pogrzeb przy otwartej trumnie, żeby całe miasto mogło to zobaczyć. W ósmym odcinku serialu bohaterowie stoją w kolejce żałobników (trzeba znać tę historię, żeby zrozumieć kontekst tej sytuacji).

Wszytkie te straszne wydarzenia pokazane są – o ile mi wiadomo – realistycznie. To przypomina, że lincze i segregacja to nie jest jakieś „dawno i nieprawda”, jak czasem sugeruje biała popkultura. Jeszcze żyją ludzie pamiętający rok 1955.

Szukałem z ciekawości, czy jakieś prawicowe media podważają coś z realizmu „Krainy Lovecrafta”. Ale nie, najwyżej pieklą się, że „krytyczna teoria rasowa” jest „antyamerykańska” i po prostu nie wolno robić takich seriali.

Nie bo nie. Nie ma nic bardziej amerykańskiego od cenzury.

Może wy coś znacie – bo mam tu niewielkie, ale regularnie komentujące grono obserwatorów różnych Karoniów i Petersonów. Obczailiście tam merytoryczne zarzuty wobec tego serialu?

Dla mnie to świetny przykład, że wzbogacenie fantastyki o elementy otwarcie lewicowe, „marksistowsko kulturalne”, może jej dobrze zrobić ze strony czysto fabularnej. Po prostu pozwala na wprowadzenie nowego wątku.

Baliśmy się już w popkulturze różnych potworów. Ale tu po raz pierwszy poczujemy taką grozę, jaką musiał czuć afroamerykański kierowca, ścigający się z zachodzącym słońcem, pędząc ku granicy hrabstwa, żeby nie złamać idiotycznego, rasistowskiego zakazu „przebywania czarnuchów po zmroku”.

Warsztat Remigiusza Mroza

Napisałem niedawno o „mistrzowskim warsztacie” Remigiusza Mroza. Komcionauci na to zaszydzili z wyjściowego pomysłu powieści „Testament”. Postanowiłem ją nadrobić i wrócić do tematu.

Rzeczywiście, początek jest dokładnie tak idiotyczny, jak wtedy napisaliście. Nie chcę spojlować, ale nic w tej konkretnie kwestii się nie poprawia do samego końca.

Słowo „mistrz” może jest na wyrost, bo chodziło mi o zręczne rzemiosło, a nie o tworzenie arcydzieł. Nie byłbym sobą, gdybym się jednak nie bronił.

Przecież używamy słów typu „serwis mistrzowski” właśnie na określenie kogoś typu złota rączka – zdolnego rzemieślnika, który nam zabinduje droselklapę na szoner. Mróz zdolnym rzemieślnikiem z pewnością jest.

Potrafi skonstruować narratora, który nie ryksztosuje. Mała rzecz, a już na tym się wywracają początkujący autorzy przekonani, że każdy głupi umie napisać kryminał.

Z kryminałem problem jest taki, że typowy narrator prozy współczesnej, TPO (czyli „wszechwiedzący w trzeciej osobie”), skoro jest wszechwiedzący, to wie także, kto zabił. Jak to sensownie pociągnąć, żeby nam tego nie wypaplał?

Niektórzy próbują z tego wybrnąć stosując narratora subiektywnego w pierwszej osobie (FPS), który o zbrodni wie tyle co my. To ryzykowne rozwiązanie, bo skoro FPS wie tyle co my, to jest nudziarzem takim jak my.

O ile nie ma przygód takich jak Jack Reacher, ciężko mu utrzymać zainteresowanie czytelnika przez setki stron (a i Lee Child czasem daje odpocząć Reacherowi, oddając narrację TPO). FPS nam nie opisze tego, co tak bardzo lubimy u Jo Nesbo, czyli detalicznego opisu ostatnich sekund z życia ofiary.

Teoretycy kryminału uważają, że do tego typu prozy najlepsza jest narracja w trzeciej osobie ze zmiennym punktem widzenia (TPMPOV). Nie wiem, czy Mróz czytał tych teoretyków, czy też sam na to wpadł, ale ją stosuje.

Robiąc przeskok z jednego punktu widzenia do drugiego, początkujący autor często się potyka i robi błąd wyrażany żartobliwym „who was phone?”. Przed chwilą byliśmy w głowie detektywa, potem w głowie przestępcy, a teraz w czyjej, autora?

Mróz robi to na tyle zręcznie, że dla czytelnika to przebiega przezroczyście (zaznaczam: wypowiadam się na podstawie tego, co znam, czyli kilku „Chyłek” i „Świtu, który nie nadejdzie”). Większość czytelników nie zauważa tych przeskoków, a to znak mistrzowskiego opanowania rzemiosła.

Mróz dobrze sobie radzi z inną zasadą prozy sensacyjnej: konstruowania fabuły na zasadzie schodków: „woda woda woda BUM! woda woda woda BUM!”. Te jego „bum!” następuje zawsze kiedy trzeba, jakby to pisał ze stoperem (?).

No i tyle zalet. W sumie dwie: narracja i kompozycja. Ale w literaturze sensacyjnej to dużo.

Jak wszyscy, wolę narzekać niż chwalić, oddawszy więc autorowi komplementa, przejdę do wad. Bo jednak na hasło „nowy Nesbo” czy „nowy Chmielarz” reaguję ekscytacją, której nie budzi we mnie „nowy Mróz”. Gdybym Chyłkę polubił tak jak Jacka Reachera, miałbym już przeczytaną całość.

Zacznijmy od jakości wody. U Nesbo to będzie opis panoramy fiordu jesienią, rozważania o ewolucji brytyjskiego rocka gitarowego albo retrospektywa z drugiej wojny światowej.

U Mroza często to jest dosłownie lanie wody. „Wstał, odchrząknął, poprawił krawat. Wciąż nie zabierał głosu. Powiódł spojrzeniem po zebranych z bladym uśmiechem, jakby chciał ich przeprosić, że nie może jeszcze przemówić, bo pisarz potrzebuje dalszych pięciu stron beztreściowego wypełniacza”.

Chyłka często kogoś pogania obcesowym „będziesz pan tak pieprzyć od rzeczy przez cały dzień”? Zawsze mi szkoda tych, których ona tak sztorcuje, no bo od razu widać, że facet tak nie pieprzy z własnej woli. Po prostu autor w tym rozdziale wyznaczył mu rolę woziwody.

To dlatego właśnie Mróz potrafi pisać tak szybko. Inni autorzy wypełniają tę wodę owocami swojego riserczu. Jeśli akcję umieścili w przedwojennym Wrocławiu, to tutaj właśnie serwują nam jakieś ciekawostki na jego temat.

„Świt” mnie rozczarował jako książka o przedwojennej Warszawie, bo tej Warszawy tam po prostu nie ma. Niektórzy czepiali się Twardocha, że w „Królu” przekręcił jakieś szczegóły, ale niewątpliwie STARAŁ SIĘ pokazać klimat tamtego miasta.

Mróz się nie stara. Owszem, padają jakieś nazwy ulic, ale równie dobrze akcja może się dziać na rogu Generycznej i Defaultowej.
Zaznaczę, że tu akurat dokonał się ogromny postęp między wczesnymi Chyłkami, a względnie późnym „Testamentem”. Nadal jednak kosmicznie daleko do naturalizmu Chmielarza, nie mówiąc już o Żulczyku.

Mróz tak oszczędnie operuje detalami, że większości scen z jego książek nie da się sobie wyobrazić. Twarz jednej postaci opisuje po prostu jako „przeciętną”. O innej pisze zaś, że ma na sobie „drogi” garnitur.

Co za bezsensowny przymiotnik! Większość z nas się tym nie interesuje, więc nie potrafi na oko ocenić, czy ktoś ma na sobie garnitur za pięć stów czy pięć kafli.

Ci, którzy to potrafią, będą z kolei widzieć też inne detale – dwurzędowy, gabardynowy, na miarę (itd). Ale to Mróz musiałby sobie wyobrazić, a jemu się nie chce. Jak mawiał trener Piechniczek, głupi się zastanawia, mądry napierdala.

Jako petrolhead największe problemy mam ze słynnym BMW X5 Chyłki. W komentarzach krytykowano, że w „Kasacji” ma ręczną skrzynię biegów („wrzuciła jedynkę”).

Prosty risercz wykazuje, że do 2006 najtańsze wersje z najsłabszymi silnikami rzeczywiście oferowano z manualem. Tylko czy cała nasza wiedza na temat Chyłki pasuje nam do kogoś, kto wybrałby najsłabszą wersję?

Machnąłbym ręką na ten manual, bo samochody tej klasy zawsze mają opcję przełączenia się na ten tryb. Bardziej w „Kasacji” drażniła mnie scena, w której Chyłka w swoim BWM używa zakładanej na ucho słuchawki BT.

Od 2009 w BMW X5 już oferowano fabryczny zestaw głośnomówiący. Chyłka tak często prowadzi rozmowy z samochodu, że byłby to dla niej must have.

W „Testamencie” kupuje nowy model (rocznik 2018 lub 2019). I co robi? „Głośna muzyka sprawiła, że prawie nie usłyszała dzwonka, wyjęła telefon z podłokietnika, by sprawdzić, kto dzwoni”.

Doprawdy, BMW powinno wytoczyć proces za naruszanie dobrego imienia. Mróz ewidentnie nie jeździł samochodem tej klasy.

Ja też nigdy nie jeździłem akurat X5, ale kilkakrotnie innymi BMW z górnej półki. Nawet w moim Subaru z półki średnio-średniej, gdy ktoś dzwoni, muzyka się AUTOMATYCZNIE WYCISZA, a wyświetlacz informuje nas, kto nam przerwał rozkoszowanie się solówką Davida Gilmoura. Sam telefon zostaje tam gdzie był, nie po to Harald Sinozęby wynalazł technologię Bluetooth (TM), żebyśmy go teraz szukali po omacku.

Samochód z tego rocznika i tej klasy ma wiele cech, które Mrozowi mogłyby się przydać literacko. Ma automatykę, która na styl prowadzenia Chyłki reagowałaby pasywno-agresywnymi brzęczykami („WYKRYTO PRZESZKODĘ!”), protestującymi przeciw manerwowaniu bez kierunkowskazu albo wyprzedzanie o grubość lakieru.

Jeśli to BMW z górnej półki, to ma też HUD, który wyświetla na szybie widoczne tylko dla kierowcy informacje: jego prędkość vs dozwoloną na tym odcinku prędkość, oraz inne obowiązujące tu znaki. To jest kopalnia motywów, Chyłka w prawdziwym BMW kłóciłaby się z HUD-em i brzęczykami.

Mróz o tym nie wie. Rzuca więc tandentymi metaforami typu „prowadziła jakby kodeks drogowy był tylko zbiorem luźnych sugestii”. A powinno być: „sam jesteś wykryta przeszkoda, warknęła Chyłka do HUDego”.

Chyłka ma do swojego samochodu emocjonalne podejście. Nazywa go „swoim dzieckiem”, ma opory przed oddawaniem komuś kierownicy, jest petrolheadką.

A jednak ona sama nie wie, czym właściwie jeździ. Jaka to generacja? Jaka wersja? Jaki silnik? Diesel czy benzyna?

W „Testamencie” mamy scenę kupienia samochodu i wygląda to dosłownie tak, że Chyłka idzie do salonu i kupuje „iks piątkę”. Targuje się przy tym bez sensu o rabat, bo jest koniec miesiąca i sprzedawca chce wyrobić normę (w prawdziwym świecie Chyłka dostałaby większy rabat za bycie sławną prawniczką, ale musiałaby to załatwiać w centrali).

Pytania o model i wersję wyposażeniową nie zadaje ani ona, ani sprzedawca. Dowiadujemy się potem tylko, że Chyłka dopłaciła za lepsze głośniki.

Wszytko co wiemy o Chylące sugeruje nam jednak, że dość ważne dla niej byłoby pytanie, czy chce mieć 4, 6 czy 8 cylindrów, oraz czy skusiłaby się na wersję M. Wygląda na to, że Mróz na etapie „Testamentu” nadal nie wie, że pod ogólnym hasłem BMW X5 kryje się paleta różnych wersji wyposażeniowych (w tym takie, na które nie stać nawet Chyłki więc powinna być jakaś scena, że wzdycha, marzy itd.; „widząc smutek na jej twarzy, Oryński spytał, czy znów myśli o poronieniu. – Nie, że nie mogę mieć wersji z silnikiem V8, która ma 567 koni – odparła).

Do tego Mróz musiałby zrobić tak elementarny risercz, jak przejrzenie broszury modelowej, choćby w internecie. Ale nie mógłby pisać powieści w miesiąc, gdyby riserczował cokolwiek.

W „Kasacji” Oryński mieszka na ulicy Mickiewicza, która przedstawiona jest jako slums. Nie mam pojęcia, skąd autor to wytrzasnął, od kiedy tę ulicę wytyczono, to raczej drogi adres. Zresztą w Warszawie nawet jeśli kiedyś był slums, to razem z metrem przychodzi gentryfikacja.

Metrem? Jakim metrem? „Kasacja” dzieje się w rzeczywistości alternatywnej, w której w Warszawie nie ma metra!

Z niejasnych przyczyn Oryński z ulicy Mickiewicza do siedziby kancelarii Żelazny & McVay, mieszczącej się, jak wiadomo, na 21. piętrze wieżowca Skylight przy Złotych Tarasach, dojeżdża tramwajem. I zajmuje mu to 2 godziny (sic).

Nawet *gdyby* z powodu klaustrofobii nie korzystał z metra, to byłoby pół godziny. Ale wtedy też ktoś powinien wyrazić zdziwienie, widząc Oryńskiego idącego na przystanek tramwaju.

Zresztą nawet ludzie niejeżdżący metrem odwiedzają czasem stację centrum. Jest tam na przykład świetny sklep z komiksami. To jest po prostu niemożliwe, żeby Oryński tak konsekwentnie unikał „patelni”, nawet korzystając z tramwaju.

Wygląda na to, że Mróz wziął te adresy z mapy, nie oglądając nawet budynków przez Google Street View” ani nie odpalając serwisu „jak dojadę”. Nie sprawdzał też cen.

Na początku Oryński jako stażysta zarabia 1000 złotych na rękę. To za mało, żeby wynająć samodzielne mieszkanie na Mickiewicza. Potem awansuje i zarabia już 6k brutto, co pozwala mu wynająć kawalerkę w centrum za 1500 i uważa tę cenę za „rozbój”.

Rozbój? Chyba na właścicielu! 1500 miesięcznie to w Warszawie kawalerka w blokowisku na praskich peryferiach, ale nie w centrum! Może pandemia i kryzys coś tu zmienią, ale przecież mowa o książce dziejącej się w latach 2014-2015.

Wkurza mnie to, bo pisałem już przedtem jak istotny dla mnie jest w kryminale ten balzakowski excel – żeby było wiadomo, ile kto zarabia, na co go stać, a hajs się ogólnie zgadzał. A jak się nie zgadza, to powinno oznaczać Mroczną Tajemnicę, jak w „Ojcu Goriot”. Tutaj się nic nie zgadza po prostu z niedbalstwa autora.

Jako varsavianista ubolewam też nad zmarnowaniem Szpitala Bielańskiego jako miejsca akcji. Rozgrywa się tam kilka rozdziałów „Kasacji”.

To bardzo charakterystyczny budynek, pełen właściwości mogących ubogacić thriller. Moje życie przebiega trochę w jego cieniu – tam przyszedłem na świat, tam parę razy lądowałem w dzieciństwie, tam wreszcie odwiedzałem stosunkowo niedawno różne bliskie mi osoby.

Tyle tu okazji literackich! Opis parkowania pod, opis błądzenia po… A u Mroza to znowu budynek bez właściwości, wziął go po prostu z mapy jako nazwę.

Krótko mówiąc, o ile sam schemat „woda woda woda BUM!” Mróz konstruuje z mistrzowską zręcznością, to sama woda jest podłej jakości. Niczym woda w Wiśle za prezydentury Lecha Kaczyńskiego, gdy non stop lały się do niej niefiltrowane nieczystości.

„Bum!” też jest takie sobie. Już starożytni potępiali zwroty akcji typu „deus ex machina”.

Świetnie je wykpił Marek Hłasko w „Pięknych dwudziestoletnich”: najpierw pakujemy bohatera w tarapaty, z których nie ma prawa się wydostać. A potem piszemy „Nadludzkim wysiłkiem Mike pokonał te irytujące okoliczności i wrócił do Nowego Jorku”.

Nie chcę tu robić spojlerów, żeby komuś nie psuć – jednak – przyjemności, ale u Mroza wygląda to tak. Oto nasi prawnicy chcą zastosować prawny wybieg, zwany Epsodem Meniętnym.

Przez cały rozdział studiują Ustawę o Epsodzie Meniętnym i ciągle dochodzą do tego samego wniosku. Że ustawa wyraźnie mówi, że można to zrobić w sześciu przypadkach i żaden tu nie zachodzi (…woda woda woda…).

I nagle: „bum!”, Oryński odkrywa orzeczenie Sądu Najwyższego przewidujące wyjątek, który akurat idealnie pasuje do naszej sprawy. Uratowani!

Nie poznajemy treści tego orzeczenia. MROZOWI NIE CHCIAŁO SIĘ GO NAWET WYMYŚLIĆ! Po prostu deus wyskoczył z machiny i zabił niemożliwego do pokonania smoka, żebyśmy wreszcie mogli przejść do następnego aktu.

I znów, to nie jest dla mnie dyskwalifikujący zarzut. Najwięksi mistrzowie gatunku stosują „deus ex machina”, zazwyczaj jednak starają się to zamaskować. Mróz nie traci na to czasu.

Popkulturowy krytyk powinien pytać „skąd więc ten fenomen”. Częściowo odpowiedziałem na początku: sprawna narracja i rytmiczne „woda-woda-BUM!”, to już dużo.

W „Testamencie” widzę dalszy rozwój postaci Chyłki i Oryńskiego. Sporo w ich życiu się wydarzyło od „Zaginięcia”!.
To powinno zainteresować znanego szczecińskiego prozaika, o ile ten nadal zajmuje się Biurową Klasą Średnią. Chyłka i Oryński to jej projekcje, jak w tych japońskich kreskówkach, gdzie czyjeś lęki się objawiają jako antropomorficzny potwór.

Chyłka to ucieleśnienie stereotypu tzw. „fajnej laski”. Nie pozwala mężczyznom na mansplaining czy przerywanie jej w pół zdania – to ona wyjaśnia, to ona przerywa. Toalety korporacyjnych biurowców pełne są szlochających kobiet, które chciałyby iść przez życie tak przebojowo jak Chyłka.

Lubi heavy metal, samochody, steki i piwo (choć w „Testamencie” jest już niepijącą alkoholiczną). Niczym w PRL-owskiej powieści dla młodzieży, Chyłka jest dziewczyną tak fajną, jakby była chłopakiem.

Oryński to z kolei ucieleśnienie lęków i marzeń milenialsa zatrzaśniętego na niskim szczeblu kariery. On się nie boi napyskować szefowi, odejść z pracy, dać w mordę gdy trzeba. Toalety korporacyjnych biurowców pełne są szlochających facetów, którzy choć raz chcieliby być odważni jak Oryński.

W późniejszych tomach pojawia się jego zmora, William McVay. To karykaturalny przedstawiciel elit.

To wszystko, na co Oryński musi ciężko zapracować, McVay dostał od życia na srebrnej tacy. Po prostu jako syn McVaya.
Ten wątek byłby nawet ciekawy, gdyby Mróz narysował go subtelniejszą kredką. W „Testamencie” to jednak tylko garść stereotypów.

W każdym razie, charakterystyka tych postaci (plus doskonałe wyczucie narracji/kompozycji), wydaje mi się kluczem do sukcesu tych książek.

Patronite nie istnieje

Ponieważ porozumieliśmy się z zarządem jak Polak z Polakiem, nie będę już do niczego wracać. Wielkodusznie puszczę wszystko w niepamięć.

Napiszę więc tak sobie ogólnie o elitach i ich alienacji. Alienacja klasy pracującej to temat doskonale opisany w marksizmie, świetny wywiad ostatnio miała o tym moja koleżanka (związkowa i redakcyjna) Adriana Rozwadowska z prof. Moniką Kosterą.

Fascynuje mnie ostatnio temat alienacji elit, o którym w marksizmie jakby mniej, ale literatura uwielbia go opisywać co najmniej od czasów Szekspira. A nawet Elektrybałta („Gniewny Gienek Gienerator garbiąc garści grzązł gwałtownie…”).

Dla porządu zaznaczę, że „elity” definiuję marksistowsko, jako tych, którzy posiadają środki produkcji (klasa wyższa) lub nimi zarządzają (wyższa średnia). Czyli nie łapie się na to profesor ani pisarz (nawet wzięty).

Świat elit jest dla mnie niepojęty. Często w różnych swoich rolach, i jako dziennikarz, i jako aktywista rozmawiam z tymi ludźmi, ale ich nie umiem zrozumieć.

Nie nadawałbym się na autora fabuły o elitach z fantazji nieocenionego Awala. Nie umiem dokończyć zdania typu „Prezes Pokrzycki spojrzał w lustro i pomyślał…”.

Pomyślał co? Nie wiem. Nie umiem sobie wyobrazić ich myśli, ich uczuć, ich motywacji.

Wyobrażam sobie, że to się zaczyna niewinnie. Z tego, że kontrolujesz środki produkcji nieuchronnie wynika, że zaczynają cię otaczać pochlebcy. Podwładni zaczynają ci przytakiwać i mówić miłe rzeczy, bo podświadomie liczą, że im to wynagrodzisz awansem, podwyżką albo przynajmniej przesunięciem na koniec kolejki kandydatów do zwolnienia.

Nie ma znaczenia, kim jesteś jako człowiek. Możesz być sympatyczny, otwarty, bezpośredni, możesz probować być tzw. „dobrym panem”, albo wręcz „ludzkim szefem”, te mechanizmy ruszą i tak, bo taka jest Natura Lucka (TM).

Ludzie zaczną zmieniać temat rozmów gdy zobaczą, że się zbliżasz. Nawet jeśli to zauważysz, to co poradzisz?

Przecież jeśli zapytasz „ej, czy wy właśnie zmieniliście temat rozmowy na mój widok?”, zaprzeczą. Ktoś nawet powie „no skąd, przecież w naszej firmie panuje atmosfera otwartości i zaufania, a poza tym wszyscy pana traktujemy jak kumpla”.

Nie będziesz miał pewności, czy się nie zgrywa. W myślasz przesuniesz go na początek kolejki kandydatów do zwolnienia, ale problemu tym nie rozwiążesz.

Ale w sumie co cię to obchodzi? Coraz lepiej czujesz się u siebie, w magicznej krainie Elitopii, w Dyrektorsburgu, w Zarządolandii, w Ciudad Padron. Niech tam sobie nawet twoi podwładni coś szepczą po kątach, na każdego z nich masz dwudziestu chętnych.

Myślę, że kluczem wszelkiego sukcesu, czy to w biznesie, czy w polityce, jest niepoddawanie się temu zjawisku. Steve Jobs na przykład był mobbującym szefem, ale potrafił WYCZUĆ potrzeby małego, nieważnego ludzika (w zakresie technologii cyfrowych). I przewidzieć, jakiego ten ludzik chciałby sobie kupić laptopa, albo i smartfona.

Nawet przeciwnicy Kaczyńskiego zgodzą się ze mną, że jego triumfalna passa po 2015 brała się z wyczucia potrzeb szeregowego wyborcy. Inni politycy doskonale dogadują się ze sobą nawzajem (oraz z innymi mieszkańcami Elitopii), ale wyborcom takim jak ja czy ty mają do zaoferowania wymiętolone frazesy, które możemy zaakceptować tylko jako „mniejsze zło”.

Kaczyński stworzył fantastyczną miksturę kija i marchewki, że 500+ plus „straszydło sezonu”, jak nie islamiści to seksualizatorzy. To wszystko bzdury, ale opozycja od 5 lat nie umie tego skontrować, bo nie umie mówić językiem Jana Kowalskiego. Bążur!

Ale i Kaczyńskiemu to gaśnie. Afera futerkowa, na której o mało co nie wykopyrtnęła się koalicja, jest tego przejawem. Wszyscy wiedzą, że prezes kocha zwierzątka, a więc zapewne na Nowogrodzkiej od dawna ludzie demonstracyjnie noszą worki z kocim żwirkiem, żeby pokazać prezesowi, że też kochają zwierzątka.

Skoro wszyscy mu w tej sprawie przytakiwali, to prezes był przekonany, że poprą go też wszyscy. I najwyraźniej zaskoczył go brak entuzjazmu wielu Janów Kowalskich – często dotychczasowych wyborców PiS! – dla jego nowej ustawy.

Pożarła go Elitopia. Zabłądził w Prezesburgu. I dobra nasza.

Gdybym kiedyś awansował do elity, zatrudniałbym kogoś jako konsultanta ds mówienia mi przykrych rzeczy. Ale nie awansuję.

Na razie wiem jedno, że na jakiś czas temat Patronite’a (oraz wskrzeszenia podkastu) nie istnieje. Chciałbym też, żeby tutaj została wszelka ew. dyskusja na ten temat, żebyśmy mogli się zająć czymś ciekawszym, no bo ile można…

Strefy wolne od pizzy hawajskiej

Chciałbym na spokojnie i na serio wyjaśnić, o co chodzi z tymi strefami wolnymi od LGBT. Machina propagandowa polskiej prawicy zdążyła już jej wmówić, że Unia i Ameryka czegoś tu nie rozumieją. Jak ktoś jest wyborcą PiS, łatwiej mu uwierzyć w omylność całego świata, niż Prezessimusa.

Tak, wiem, że formalnie żaden samorząd nie podjął uchwały typu „zakaz wstępu dla gejów”. Myślicie, że ci wszyscy ludzie przyłączający się do krytyki, o tym nie wiedzą?

Prawicowa publicystka Aleksandra Jakubowska zasugerowała, że samorządy przyjmujące uchwały potępiające „ideologię LGBT” korzystały z praw człowieka, a konkretnie z prawa do wyrażania poglądów. Absurdalne? Może i tak, ale ten błąd jest na tyle popularny, że zrefutujmy go na serio.

Prawa człowieka i obywatela oznaczają tylko tyle, że państwo nie może komuś czegoś zabronić jako obywatelowi. Ten ktoś może jednak przyjmować życiowe role, które z korzystaniem z niektórych praw się wykluczają.

Jako dorosły człowiek mam prawo pić alkohol. Tracę to prawo gdy siadam za kierownicą.

Jan Kowalski ma pewne prawa jako człowiek, ale nie ma ich jako wójt. Z sytuacjami, w których różne rzeczy z nami można (albo nie można) zrobić jako z człowiekiem, ale nie z kimś, kim w danej sytuacji jesteśmy, stykamy się na co dzień – zabawny literacki opis mamy w „Potopie” („Prywatnemu, nie posłowi!”, krzyknął Kmicic do Kuklinowskiego).

Organom państwowym generalnie nie wolno deklarować niechęci do jakiejkolwiek ideologii (bez odpowiedniej ustawy). Prawa człowieka chronią obywatela przed państwem, nie odwrotnie.

Prawo chroni obywatela przed dyskryminacją – nikt nie może być przez państwo gorzej traktowany z powodu wyznawanej ideologii (o ile ta nie jest zakazana ustawowo). Nie może też być gorzej traktowany z powodu innych cech, w szczególności wieku, płci, orientacji seksualnej itd.

Nawet gdyby przyjąć prawicową interpretację, że nie chodzi o potępianie ludzi, tylko ideologii, to już i tak jest dyskryminacja. Gdyby samorządy przyjęły uchwały potępiające pizzę hawajską, producenci i konsumenci tej pizzy również mogliby się czuć dyskryminowani.

Jan Kowalski ma prawo nienawidzieć pizzy hawajskiej jako człowiek. Ale jeśli przyjmie antyananasowę uchwałę jako wójt, powinien się spodziewać pozwu od spółki „Yum! Brands”, właściciela znaku Pizza Hut.

Gdybyśmy na lewicy nie byli takimi gołodupcami, to właśnie powinniśmy zrobić: wytoczyć któremuś z tych samorządów pokazowy proces w imieniu np. przedsiębiorcy, którego ta uchwała dyskryminuje (np. hotelarza, który stracił klientów). Pozostają nam happeningi i protesty.

Prawo przewiduje, że pewne relacje podlegają szczególnej ochronie. Najwyższej – relacje obywatela z państwem. Tutaj wszelkie formy dyskryminacji wymagają aktywnego przeciwdziałania (mamy więc bezwzględny obowiązek ułatwiania dostępu do budynku np. niepełnosprawnym).

Niższy poziom ochrony mają relacje obywateli z usługodawcami. Pytanie, który zadał w tym kontekście pewien mój redakcyjny kolega: „czy właściciel ściany wspinaczkowej dyskryminuje niepełnosprawnych?”, jest więc o tyle źle postawione, że relacje „obywatel-gmina” i „obywatel-ściana wspinaczkowa” są różne, regulowane przez różne ustawy.

Pracodawców i usługodawców również obowiązuje przeciwdziałanie dyskryminacji, ale gdyby ktoś im wytoczył o to proces, oni mogliby się bronić, że charakter prowadzonego biznesu wyklucza obsługiwania albo zatrudnianie osób obdarzonych konkretnymi cechami. Powiedzmy – „nie możemy wpuszczać małych dzieci, bo jeżdżą po hali ciężkie maszyny”. Albo „nie możemy zatrudniać osób z wadą wzroku, bo praca wymaga specjalnego kasku”.

Społeczeństwo musi tu wyważyć między dwiema wartościami: zwalczaniem dyskryminacji i swobodą prowadzenia działalności gospodarczej w formie wymagającej pewnej selekcji klientów i pracowników (a więc: hurtowni, sali wspinaczkowej, klubu gejowskiego, agencji ochrony mienia). Od tego mamy sądy.

Przedsiębiorca, który po prostu wywiesi kartkę „nie obsługujemy gejów”, przegra taki proces. I dobrze.

Samorządy z kolei nie mają prawa nawet do dyskryminacji pozornie uzasadnionej, typu „budynek jest tak zaprojektowany, że nie możemy tu wpuszczać niewidomych”. Sąd by im w takiej sytuacji nakazał przebudowanie budynku! I też dobrze.

Krótko mówiąc, te argumenty opierają się na dwóch błędach. Pierwszym jest uważanie, że prawa człowieka i obywatela przysługują organom państwowym (otóż nie przysługują, choć skądinąd wójt to człowiek). Drugim jest mylenie relacji obywatel-państwo z relacją klient-usługodawca.

Dziękuję za uwagę.

Mic Drop

Z okazji zbliżającego się lata przekazano mi oficjalną decyzję – przypominam, że to nigdy nie są MOJE decyzje – że zawieszony na lato „Piąteczek” nie będzie odwieszony. Nie będę udawać, że byłem tym zaskoczony.

Nie mam do nikogo o nic żalu, ta branża jest w opłakanym stanie. PiS nie musi wprowadzać ustaw antymedialnych, to się wszystko zawali pod własnym ciężarem (tzn. pod ciężarem decyzji, które kilka/naście lat temu wydawały się trafne wysokoopłacanym korpomenedżerom).

Nie wiem jeszcze, co z tym wszystkim zrobię. Książki się jakoś trzymają, więc w tej chwili to jest dla mnie priorytet.

Komentując sytuację „Pressowi” powiedziałem, że nie wykluczam próby przekwalifikowania się na nauczyciela chemii. Nie żartowałem.

To nie musiałoby oznaczać całkowitego zerwania z mediami. Pozytywnym przykładem jest tu dla mnie Jerzy Sosnowski – można być belfrem z blogiem, podkastem i książkami.

Nawiasem mówiąc, wielu ludzi wierzy w wykreowany przez neoliberalnych publicystów mit tzw. „niezwalnialnych związkowców”. Sosnowski też w Polskim Radiu był tzw. „niezwalnialnym związkowcem”.

Cud? Paradoks? A może po prostu neoliberalna publicystyka to jak zwykle stek bzdur i po prostu każdego można zwolnić, związkowce też?

Posłużyłem się jego przykładem nie dlatego, że jest jedyny, tylko dlatego, że JS otwarcie o tym mówi. Ale znam więcej (eks) dziennikarzy, którzy poszli w oświatę.

Na nieszczęście dla kraju, ale na szczęście dla ludzi w mojej sytuacji, PiS zniszczył szkolnictwo publiczne. To oznacza wzrost popytu na szkoły prywatne, a więc lepsze zarobki w tym sektorze – krzywe „spadających zarobków w mediach” i „rosnących zarobków w szkołach prywatnych” już się chyba przecięły.

Formalnie nic się nie zmienia. Nadal jestem w Agorze na etacie, podobnie jak jakieś dwa tysięcy czterysta osób. Ale nie przeceniałbym trwałości tej sytuacji, czeka nas jesień pełna emocji.

Zazwyczaj niezbyt miłych. Nawet gdyby spełnił się scenariusz z marzeń moich (i większości PT komcionautów): że jedyny polityk, który potrafi obalić Jarosława Kaczyńskiego, czyli Jarosław Kaczyński, rzeczywiście ponownie dokona tej sztuki, to co to zmieni?

PiS umie grać w 3RP lepiej niż pozostali gracze. Zawłaszczyli media publiczne i tak sprawnie się tam zabetonowali, że nawet gdyby nowa władza próbowała coś zmienić, to zajmie lata.

Inna sprawa, że pewnie nawet nie spróbuje. Przecież niewiele słów politycy Platformy wypowiadają z taką dumą, jak „nie zhobiliśmy czystki”.

Przedtem też jej nie „zhobili”. Pospieszalski miał swój własny program w TVP przez CAŁY OKRES RZĄDÓW PLATFORMY. Dostał go w 2004 (za rządów, he he, „lewicy”) i nigdy nie stracił, zmieniał tylko anteny, pasma, branding itd.

Teraz też nie „zhobią”. A więc media publiczne nawet po hipotetycznym upadku kaczyzmu będą rządzone przez pisowską nomenklaturę.
Nadal więc obciachem będzie więc wystąpienie tam nawet w roli gościa, nie mówiąc już o prowadzeniu audycji. Dziennikarzom z kręgosłupem pozostaną więc kurczące się mediach niezależne.

Chciałbym widzieć jakąś nadzieję dla swojej branży, ale jej nie widzę. A i tak powyżej zarysowałem scenariusz skrajnie optymistyczny – pesymistyczny (realistyczny) wygląda tak, że PiS utrzyma władzę i zarżnie niezależne media karnymi podatkami.

Żałuję że tak to wygląda. Wierzę że społeczeństwo potrzebuje niezależnych mediów (przy wszystkich ich wadach i pamiętając niezależne muszą być także od widzimisię mojego czy Waszego). Ale nic tu nie zależy ode mnie (czy od Was).

Studentom często mówię „ja teraz państwu opisuję, jak jest, a potem możemy przejść do tego, jak powinno być – ale pamiętajmy, że to dwa różne tematy”. Jak powinno być, to ja też mam ho ho ile pomysłów, ale jest jak jest.

Kończąc: nie wykluczam powrotu do podkastu. Ale póki jeszcze mam etat, tkwię w błędnym kole: Agora nie jest zainteresowana, a do konkurencji nie wypada mi iść (nie wiem czemu tak uważam, po prostu tu akurat wyznaczam sobie granicę; w praktyce myślę, że w obecnej sytuacji kierownictwo by nawet tego nie zauważyło).

I to by było na tyle.