Chwała wielkiej Czechii!


Jak już z grubsza nauczysz się grać w grę Paradoxu – wypuszczają wielkie update, po którym trzeba się uczyć od nowa. Na jesień zapowiadane jest update „No Step Back”, które ma przynieść radykalną przebudowę mechaniki oraz tzw. drzew fokusowych dla kilku państw, w tym dla Polski.

Ja tymczasem jeszcze w starej wersji wreszcie zrealizowałem marzenie o Wielkiej Demokratycznej Czechosłowacji. Przypominam, że moim celem gry nie jest sama wygrana, tylko wytworzenie alternatywnej ścieżki rzeczywistości, w której nie doszło do wielkich zbrodni Hitlera i Stalina, a więc lwowscy matematycy dalej spotykają się w Szkockiej, Anna Frank sobie randkuje w Amsterdamie, Warszawa wita nowy rok 1940 sylwestrową rewią Własta i Golda, w której Bodo i Sym parodiują Hitlera i Stalina – i tak dalej.

Dotąd idealnym krajem na realizację tego scenariusza wydawała mi się alternatywna sanacyjna Polska. Teraz wreszcie udało mi się zbudować jeszcze lepszą alternatywną ścieżkę historii przy założeniu „Benesz mówi nie”.

Stosunkowo wcześnie zaprosiłem do rządu księdza Tiso. Początkowo nie tykałem tej postaci azbestową rękawicą z oczywistych powodów.

W mechanice gry Tiso to standardowy Backroom Backstabber, występujący w wielu krajach. Jego obecność gwarantuje nam po prostu szybszy przyrost punktów politycznych, co w praktyce oznacza możliwość częstszego podejmowania decyzji.

Czy to realistyczne? W granicach rozsądnej symulacji chyba tak. Tiso był pragmatycznym politykiem, którego w 1936 Benesz mógł jeszcze po prostu pozyskać.

Ja za priorytet uznałem pojednanie ze Słowakami. To oznacza m.in. ścieżkę industrializacji, w której fabryk powstaje mniej, ale za to w całym kraju. Dzięki temu Czechosłowacja traci malusa (ujemnego bonusa) „podzielony naród”.

Zamiast ufać Zachodowi, zbudowałem „małą ententę”. Czechosłowacja może do niej zaprosić mocą eventu Rumunię i Jugosławię. Jeśli gramy na ustawieniach historycznych, nie mogą tego zaproszenia odrzucić.

W czasach pokoju inne kraje odrzucą choćbyśmy stawali na uszach. Mechanika gry sztucznie blokuje sojusz polsko-czeski, które wybrałoby nawet najgłupsze AI.

Jesienią 1938 Czechosłowacja odrzuca niemieckie żądania, wybucha wojna. Alianci cofnęli gwarancje, ale dołącza Rumunia, która wypowiedziała wojnę Niemcom i oddała sojusznikowi kilkanaście dywizji.

Czeskie fortyfikacje w Sudetach, powstały naprawdę – i Niemcy je przejęli jesienią 1938 bez walki. Niemiecka AI, całkiem logicznie, nie chce ich bezpośrednio atakować, na lądzie więc praktycznie nie ma walki.

Zamiast tego Niemcy próbują te forty zniszczyć lotniczo. Mają z tym problem – wprawdzie faktycznie szybciej je niszczą niż ja nadążam z odbudowywaniem, ale jednak wymaksowałem tam stacjonarną obronę przeciwlotniczą (budując też pionierski radar na Hradczanach!), więc w sumie stracili 120 bombowców, na dalszą metę nic nie osiągając.

W kwietniu 1939 Niemcy zaatakowali Luksemburg. Nie wiadomo po co. To jakby Hitler po prostu chciał cokolwiek sobie zaokupować (w tych grach nie udaje mu się zająć niczego poza tym). To się spójnie powtarza w wielu moich grach i nawet nie umiem ocenić, bug czy feature.

Alianci teraz wreszcie wypowiadają wojnę Niemcom. Belgia i Holandia zachowały jednak neutralność, a rząd Luksemburga udał się na emigrację do Czechosłowacji.

Na zachodzie zaczęła się „dziwna wojna”. Francuzi nie chcieli wyjść zza linii Maginota, Niemcy nie chcieli jej szturmować. Dla małej ententy to była wielka ulga, bo Niemcy przerzucili na zachód część jednostek, zrezygnowali też z bombardowań fortów w Sudetach.

Nadszedł czas na czeską kontrofensywę! Mechanika gry przewiduje „doktryny wojenne” – na początku trzeba sobie jakąś wybrać i szkolić wojsko podług niej.

Niemcy zaczynają od „mobile warfare”, więc mają bonusy w typowych sytuacjach dla Blitzkriegu. W wojnie pozycyjnej jednak bonusy mają kraje stawiające na „trench warfare”.

*GDYBY* doszło do takiej wojny, Niemcy mieliby dwa trudne do utrzymania odcinki – Dolny Śląsk i Dolną Austrię. Na tym pierwszym śmiałym natarciem z Sudetów zająłem Wrocław, zamykając w kotle niemieckie dywizje w Gliwicach.

W Austrii szło mi gorzej. Zająłem na chwilę Wiedeń, ale szybko go straciłem.

Doświadczenie z poprzednich gier kazało mi się wstrzelić z zaproszeniem Jugosławii tak, żeby dołączyła do „małej ententy” pod koniec 1939, gdy Niemcy będą uwikłani w Polsce. Jeśli zaproszę ją przed wybuchem wojny, wojna zacznie się na Bałkanach, a więc nie spełniam marzenia o powstrzymaniu najgorszych zbrodni.

W mojej grze Niemcy zagrozili Polsce wojną dopiero w listopadzie 1939 (wyglądało to tak, jakby stracili 1 event, czyli 70 dni). Co więcej, wystosowali ultimatum „Danzig or war” i… nic.

Z punktu widzenia AI to była rozsądna decyzja, bo mieli za dużo pootwieranych frontów. Historycznie mogło wyglądać tak, że Hitler by zablefował (w końcu przed chwilą w podobny sposób bez walki wyszarpał od Litwy Kłajpedę), Beck by wygłosił przemówienie o honorze… i zapadła krępująca cisza.

Jugosławia oddaje mi do dyspozycji kilkanaście dywizji. Nagle jesienią 1939 ruszam więc z ofensywą na Wenecję i Wiedeń od strony Zagrzebia i Klagenfurtu.

Włosi pośpiesznie przerzucili jednostki z zachodu, ruszyli w kontrofensywą, na chwilę nawet zajęli Rijekę. Ale z kolei wojska alianckie wtedy ruszyły od Nicei i maluczko, a dotarli do Rzymu.

Włochy skapitulowały. Niedobitki w Afryce przegrupowały się tworząc faszystowskie państwo ze stolicą w Tunisie – które dotrwało do końca wojny, bo Tunezja jest za 0 punktów, a więc alianckie AI traktowało ten teatr niezbyt priorytetowo. W tym alternatywnym wszechświecie powstanie niejeden film, komiks i płyta blackmetalowa o włoskim faszyzmie w Afryce!

Front zachodni ustabilizował się na dłuższy czas. Czasem traciłem (lub odzyskiwałem) Legnicę, Opole, Graz lub Klagenfurt, ale ogólna linia utrzymywała się jak na pierwszym skrinie (widać na nim czeską i jugosłowiańską strefę okupacyjną).

W poprzednich grach nóż w plecy wbijały mi w podobnym stylu Węgry i Bułgaria, dołączając do Osi i wypowiadając mi wojnę. Za pierwszym razem przez to właśnie przegrałem.

Teraz rozwiązałem ten problem przez nawrócenie Węgier na demokrację (poprzez wywołanie wojny domowej z poduszczenia czeskiego wywiadu). Wtedy Bułgaria do Osi owszem, dołącza – ale do wojny już nie. Pozostaje w pokoju (aż do momentu, w którym ja odpalę fokusa „dissolve Bulgaria”, chłe chłe chłe).

W lipcu 1940 na Polskę napada Stalin. Wydaje mi się, że by to zrobił – obsesyjnie nas przecież nienawidził.
Możliwe są teraz trzy scenariusze. Pierwszy: nie robię nic. Polska dołącza do aliantów, ci przysyłają nawet jakieś dywizje, ale nie są w stanie zatrzymać tego walca parowego, w końcu pojawia się komunikat „tym razem nie było cudu nad Wisłą”. Polska kapituluje, a ja mam nieprzyjemną granicę od północnego wschodu.

Co gorsza, odpala się wtedy ultradystopijny scenariusz, w którym alianci walczą z Hitlerem i Stalinem jednocześnie. To się kończy wspólnym „dekolonizowaniem” Azji przez Japonię i ZSRR, wygraną „złych ludzi” i jeszcze większą rzezią niż historyczna.

Scenariusz drugi. Ruszam wielką ofensywą na całej długości frontu, żeby obalić Hitlera w 3 miesiące. To wykonalne kosztem potwornych ofiar (zapas „manpower” mi spadł z 300 tysięcy do zera), ale pojawia się kolejny problem.

Na tym etapie gry Rumunia jest już po faszystowskim zamachu stanu. Mechanika gry poprzez „fokusy” odtwarza ówczesną ewolucję Rumunii, która próbuje dwustronnego sojuszu z Polską (który w teorii był, ale w praktyce na papierze), „kordonu sanitarnego małych państw”, zbliżenia do aliantów, zbliżenia do Osi i zbliżenia do kominternu. Inne kraje muszą wybierać albo-albo, Rumunia zalicza to po kolei.

W efekcie jeśli Rumunia będzie w stanie pokoju pod koniec 1940 – zmieni sojusznika. Zaobserwowałem to jeszcze grając Polską. A teraz, gdy tylko pokonaliśmy Hitlera, Rumunia dołącza do koalicji antyalianckiej (z Japonią i ZSRR!). To uruchamia kolejny dystopijny scenariusz, bo Rumunia to trudny przeciwnik.

Pozostaje trzeci scenariusz – nareszcie realny się robi mój ukochany sojusz polsko-czeski. Wymaga to wprawdzie zaangażowania punktów politycznych na poprawę relacji (przyda się Tiso!) oraz udzielenia Polsce gwarancji, gdy Stalin zacznie grozić wojną – ale jest do zrobienia.

Osłabiłem front zachodni, przerzucając praktycznie wszystkie mobilne jednostki do Rumunii. Niemcy to zauważyli i ruszyli z niewielką ofensywą – no cóż, Legnica i Klagenfurt to piękne miasta, ale mogę je na chwilę stracić dla wcielenia tak pięknej utopii.

Radziecka ofensywa wprawdzie wkroczyła w głąb Polski, ale zajęli głównie poleskie bagna. W najgorszym momencie front się oparł o Wilno, Grodno i Lwów, ale samych tych miast nie zajęli.

Mój blitzkrieg znad Dniestru doprowadził do zajęcia Odessy i Kijowa w pierwszych tygodniach wojny, nim radzieckie AI się pokapowało i przegrupowało. Z wcześniejszych gier wiedziałem, że za chwilę radziecki walec parowy pojedzie na mnie, więc po osiągnięciu linii Dniepru, okopałem się na niej.

To była przesada (zawsze mi się wtedy przypomina ten cytat z Pattona wyświetlany na początku gry), teraz już bym tego nie zrobił. Radziecka AI ogólnie ma problem z tymi wielkimi rzekami – i znów nie wiem, czy to bug czy feature, bo podobny problem miał Stalin w 1941.

W tej grze trzykrotnie przeprowadziłem wielkie ofensywy w rejonie Morza Czarnego, bo Rosjanie zostawili słabo bronione ujścia Dniestru, Dniepru i Donu. Jak widać na skrinie, dopiero gdy front się oparł o linię Wołgi (!), wreszcie zrobili porządną linię, od Wilna po Astrachań, ale było już za późno.

Moja ofensywa tak ich zaskoczyła, że kilka dywizji ewakuowali z Sewastopola, chcąc je przerzucić na Kubań – ale nim okręty dopłynęły do celu, rumuńska kawaleria dotarła do granicy z Turcją. ZSRR stracił ostatni przyjazny port na Morzu Czarnym.

Ewakuowane jednostki pływały tygodniami po morzu, na koniec robiąc desperackie samobójcze desanty w przypadkowych miejscach. Czy podobna sytuacja kiedykolwiek wydarzyła się w historii? Czy to w ogóle realistyczne? W prawdziwym świecie chyba by raczej dążyli do internowania w neutralnym kraju?

Skrin pokazuje ostatnią, desperacką radziecką kontrofensywę. Może gdyby jej nie zrobili, walczyliby dłużej. Ale do lipca 1941 ZSRR ma malusa „czystka wśród oficerów”, który w praktyce sprawia, że nie potrafią dynamicznie zareagować na nagłą dziurę w froncie.

Gdy atakują, to aż do całkowitego wyczerpania frontowych jednostek. Pojawia się wtedy przy nich żółty wykrzyknik sygnalizujący doprowadzenie ich do takiego stanu, że nie zdolne nawet do przemarszu (nie mówiąc o walce).
Zielone kółka na skrinie to bitwy, które wygrywam ja. Jak widać, Stalin odnosi pewne sukcesy między Pińskiem a Kijowem, ale jego ofensywa między Rostowem a Stalingradem to porażka. Za chwilę tam zaroi się od żółtych wykrzykników, a ja wtedy ruszę do ofensywy ostatecznie rozrywającej front – zajmując Moskwę czeską pierwszą „jezdecką brigadą” OD POŁUDNIA.

Gdy gramy z wszystkimi dodatkami (a konkretnie z DLC MTG), Holandia dołączy do aliantów z fokusa we wrześniu 1940. I znów nie wiem, bug czy feature – zazwyczaj państwa demokratyczne w tej grze unikają udziału w wojnie tak długo, jak się da (Belgia pozostała neutralna, bo ma generyczne drzewo fokusowe).

Pod koniec 1940 to jednak już oczywiste, że Japonia sięgnie po zachodnie kolonie w swoim zasięgu. Belgia ich nie ma, Holandia ma tylko takie. Opcja „go with Britain” wydaje się więc naturalna NAWET gdyby Hitler nie zaatakował.

To kolejny event, który zaskakuje wszystkich (z wyjątkiem mnie, który w to już grał kolejny raz). Niemcy mieli nieobsadzoną granicę z Holandią, ale Holandia z kolei miała na niej słabe jednostki – więc owszem, inwazja na całej długości frontu, ale wszędzie na parędziesiąt kilometrów.

Niemcy jednostki na front holenderski odciągnęli ze wschodu, a więc przykrótka kołdra zaczyna im trzeszczeć. Zrobiłem małą ofensywę, głównie piechotą górską (prawie wszystko co mobilne, miałem w ZSRR).

Zamknąłem worek alpejski, który widać na górnym skrinie. Doszedłem nawet do Monachium, ale się zaraz wycofałem, żeby Niemcy mnie nie zamknęli w worku.

Wiosną 1941 Japonia atakuje Filipiny (w moich grach to następuje wcześniej niż historycznie – nie wiem czemu). Wtedy do wojny dołączają Amerykanie. Mając do wyboru dwa demokratyczne bloki, wybrały czeską ententę (kto wie, może historycznie też by tak zrobili?).

Wejście Amerykanów to coup de grace – niemiecka krótka kołdra ulega definitywnemu rozpruciu. Historycznie też tak było.

Radziecką rozprułem już wcześniej. Broniły ich już tylko te odległości – żeby ZSRR skapitulował, trzeba zająć miasta po drugiej stronie Uralu, a tam nawet jednostki motorowe jednak jadą parę tygodni.

Swoje dywizje pancerne tymczasem przerzuciłem na front niemiecki, gdzie zrobiłem śliczną ofensywę śląsko-saksońską, zajmując Lipsk i Kostrzyń, a w końcu i Berlin. Miały tu miejsce jedyne porządne bitwy pancerne w całej mojej grze, z czeskimi czołgami ST vz 39 kontra wczesne Pz-III i Pz-IV.

ZSRR skapitulował 28 lipca, Trzecia Rzesza 16 sierpnia. Ostatni skrin pokazuje mapę nowego, lepszego świata. Czechosłowacja nie tylko ma dostęp do morza, ale jeszcze zażądałem Leningradu, Kłajpedy i Krymu jako eksterytorialnych czeskich baz wojskowych!

Ciekawe, czy taki świat ewoluowałby do zimnej wojny (zachód kontra wschód?) Czy powstałaby w nim Unia Europejska? Czy bylibyśmy w nim my, tzn. nasi rodzice spotkaliby się w Polsce, której nie spustoszyła wojenna zawierucha?
Ach, tyle pytań. A mnie jeszcze czeka ostatnie zadanie: zwalcowanie Japonii…

Lem w PRL


My tu gadu-gadu, a ja na śmierć zapomniałem o zasadniczym przeznaczeniu tego bloga – telosie blogosa, etosie promosa, pijarum scholarum. Otóż książka wyszła!

Chociaż na stronie Wydawnictwa Literackiego premiera zapowiedziana jest na 29 września, to przecież w Księgarni Pod Globusem na Długiej są już egzemplarze. Sam się zdziwiłem, zajrzawszy tam w ramach oprowadzania wycieczki „szlakiem Lema”.

Tak naprawdę to nie jest moja książka – to są listy Lema w moim wyborze, z autorskim komentarzem. Ale mojej treści jest tam najwyżej 20%, 80% to lemiana inedita.

O niektórych listach z tego wyboru pisałem w swojej biografii, ale cytowałem je tam we fragmentach, albo w ogóle tylko się na nie powoływałem. Teraz będzie można się zapoznać z materiałem źródłowym, raz na zawsze rozstrzygając różne sporne kwestie, typu „czy Lem kiedykolwiek wierzył w świetlaną przyszłość modelu radzieckiego” (moim zdaniem, nigdy – i listy z lat 1955-1981 dowodzą tego jednoznacznie).

Pewne wątki mogą być zaskakujące dla czytelnika. Na przykład opowiadanie „Topolny i Czwartek”, które Lem sam nazywał po latach „socrealistycznym paskudztwem”, miało problemy z drukiem, jako niesłuszne ideowo.

Zazwyczaj nie chodziło tu o cenzurę w ścisłym sensie, tylko o asekurancką postawę redaktorów w wydawnictwach. W okresie stalinizmu ci się bali nie tylko „Czasu nieutraconego”, ale także „Obłoku Magellana” i „Sezamu”!

W 1954 Lem był więc w paradoksalnej sytuacji jako autor jednego bestselleru, który mu wydano – oraz czterech innych woluminów, z których Z KAŻDYM był jakiś polityczny problem. To dla mnie rozstrzyga inną kwestię, czy i na ile był koniunkturalistą – gdyby nim był, unikałby śliskich tematów (a wtedy były nimi cybernetyka i teoria względności!).

Te listy pozwalają zrozumieć fenomen odruchowej niechęci, którą Lem (i wielu ludzi, którzy dorosłość spędzili w PRL) odczuwał wobec tamtego ustroju. Niestety, przekładało mu się to też na niechęć do całej lewicy jako takiej (acz w biografii wspominam jego zabawny list z RFN, że co chce się zaprzyjaźnić z jakimś konserwatystą, ten się okazuje durniem, a jak z kolei pozna kogoś inteligentnego, okazuje się lewakiem – cóż, mnie to nie dziwi!).

Jeśli uwzględnić, ile energii Lemowi zabierało boksowanie się z różnymi absurdami tamtego ustroju – można to zrozumieć. Choć oczywiście trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe, zamiast w uwiędłych laurów liść z uporem stroić głowę (jak ci współcześni „antykomuniści”).

En lecture (185)

Jako entuzjasta cancel culture, woke’ismu, politycznej poprawności i innych zjawisk, którymi straszą Fox News i Gazeta Świąteczna – chciałbym zaprosić PT komcionautów do poważnej analizy piosenki „3’eme sexe” grupy Indochine. I przyjmę ze zrozumieniem, jeśli w wyniku tej notki ktoś zechce mnie „unieważnić” (jeśli ktoś nie chce mnie czytać, to niech mnie po prostu nie czyta – jak mawia mój serdeczny przyjaciel, Łajdefak Szudajgiwedamn).

Jak już parokrotnie pisałem na blogu, Indochine w latach 80. było dla mnie wzorcem Doskonałości w Muzyce. Było w tym oczywiście sporo snobizmu, bo angielski hiciory leciały w Trójce, a francuskie nie (ale można było sobie je nagrywać z winyli udostępnianych przez Instytut Francuski w Warszawie).

Piosenka traktuje o osobach trans, ale nie jest napisana współczesnym, tożsamościowym językiem. Dla podmiotu lirycznego są to po prostu „dziewczyny noszące się po męsku i chłopcy noszący się po kobiecemu”.

Podmiot liryczny jest tu jednak niekonsekwentny, bo wyznaje, że podoba mu się „ta dziewczyna z długimi włosami”. Czyli kto właściwie? Nie ów „chłopiec noszący się kobiecemu” jednak?

Niekonsekwencja narasta. Podmiot początkowo sytuuje siebie jako zewnętrznego obserwatora, który zaobserwował to zjawisko na ulicy.

Potem z obserwatora robi się jakby jednak uczestnik. W refrenie powtarza w kółko „on se prend la main”. To bezosobowa forma, która w zasadzie oznacza „się trzyma za ręce”, ale w języku potocznym zastępuje zwykle pierwszą osobę liczby mnogiej, czyli „trzymamy się za ręce – kobiece chłopaki i chłopięce dziewczyny”.

Podmiot od pierwszego wersu deklaruje zachwyt tym zjawiskiem, ale ma kilka zaskakujących deklaracji. Podkreśla na przykład, że nie ma ochoty zobaczyć ich nago.

Czy to jest deklaracja transfobiczna? Pytam absolutnie serio. Moim zdaniem, nie.

Znakiem rozpoznawczym prawdziwego transfoba (np. najsłynniejszej terfki Rzeczpospolitej) jest obsesyjny pierdolec na punkcie „co oni mają pod majtkami” (sam bym nie uwierzył, gdybym nie zalurkał). Podmiot liryczny kwituje to tymczasem lakonicznym „nic mi do tego” („j’en ai rien а faire”).

Można podmiotowi lirycznemu zarzucić, że traktuje całe to zjawisko powierzchownie. Podoba mu się estetyka „drag”, ale w ogóle go nie obchodzi tożsamość opisywanych osób.

Inna sprawa, że to typowe podejście do opisów urody w piosenkach pop. „She was just seventeen, you know what I mean” – tu też niczego się nie dowiadujemy o duszy bohaterki.

Metafory, których używa podmiot liryczny, bywają ciężkie niczym batalion Schwere Pazerjagdmetaforabteilung. Zaprzecza na przykład, że „oni wyglądają jak konkwistadorzy” – wprost przeciwnie, są „podniecający dla małych dziewczynek”. [PATRZ DYSKUSJA]

Uh-huh. It was acceptable in the eighties, it was acceptable at the time.

Zakładając, że podmiot liryczny to głos lidera i wokalisty – zacznijmy od tego, że Nicola Sirkis jest raczej hetero. Miał dwie żony, ma trójkę dzieci.

Sam jego pseudonim wprowadza jednak pewną genderową dwuznaczność. W języku francuskim nie ma takiego imienia, jest męski Nicolas i żeńskie Nicole/Nicolette.

Nie czytałem z nim żadnego wywiadu, więc nie wiem, czy kiedykolwiek tłumaczył, czemu zdecydował się zgubić jedną literkę (która zresztą nie zmienia wymowy), ale to może być dyskretna demaskulinizacja. Genderowa wieloznaczność pojawia się w tekstach innych piosenek, a także w ogólnej stylizacji zespołu (proszę zresztą zobaczyć teledysk).

Jak wielu nastolatków uważałem siebie podówczas za Najbardziej Niedostosowaną Do Społeczeństwa Istotę Na Świecie. Względną tolerancję ejtisowej popkultury traktowałem jako ogólną metaforę „bycia innym”, co dziś mnie śmieszy – mimo wszystko nigdy nie musiałem ukrywać akcentu czy orientacji, jak prawdziwe mniejszości.

Czy w takim razie moje zamiłowanie do ówczesnej „mniejszościowej” popkultury (typu Bronski Beat czy Pet Shop Boys) było – jak to się dzisiaj mówi – zawłaszczaniem, czyli apropriacją? Jestem autentycznie ciekaw, jak to ocenić z punktu widzenia współczesnej wrażliwości.

Przyjmę stosowne unieważnienia i call-outy ze zrozumieniem, ale i obojętnością (je n’ai rien a faire, tu n’as rien a faire, nous n’avons rien a faire). Kto przesadzi, wyciętym będzie. Ale zapraszam do przeanalizowania tej piosenki pod kątem potrójnej ideologii LGBT, Genderu i Marksizmu Popkulturowego.

Wspomnienie Vabanku

Kiedyś oburzało mnie kulturowe barbarzyństwo, z jakim Amerykanie porzucili różne kultowe obiekty przy historycznej Route 66 – razem z samą Route 66. Zdążyłem nawet napisać o tym książkę, choć z kolei robiąc risercz do tej książki, zrozumiałem ich motywację.

Słynne motele przy słynnych drogach mogą budzić nostalgię po latach, gdy wspominamy uogólnione cadillaki z Marylin Monroe i Elvisem Presleyem (tym szczupłym, rzecz jasna!). Ale kiedy naprawdę ktoś jechał po takiej drodze w roku, dajmy na to, 1958 – był udręczony korkami, skrzyżowaniami i ograniczeniami. I nie mógł się doczekać, aż zbudują tę cholerną autostradę.

W swojej książce porównywałem Route 66 do siódemki. Trasy, do której Warszawiacy z jednej strony odczuwają potężny sentyment – bo wiele wakacyjnych wojaży tu się właśnie zaczynało. A z drugiej, w obie strony od razu się wpadało w straszliwe korki.

Gdy zacząłem jeździć po Polsce jako samodzielny kierowca, siódemka na południe miała początkowo tylko jeden ekspresowy fragment. Była to jednojezdniowa obwodnica Kielc, zbudowana jeszcze za Gierka.

Każdy kolejny fragment był wybawieniem. Teraz ten najstarszy, kielecki, jest już pełnowymiarową dwujezdniówką – postęp jednak trwa nadal. A jest tak szybki, że z „siedmiu cudów siódemki” z powieści Ziemowita Szczerka, nie takiej starej przecież, sześć już omijamy ekspresówką.

Nie tęsknię za nimi, o nie. Ale zjechałem ostatnio na drogę opaskową przy S7, żeby odszukać ruiny motelu-restauracji Vabank, która kiedyś była dla mnie żelaznym punktem wyprawy.

Mieli tam duży, ogrodzony teren. Dzieci miały się gdzie wybiegać, można było spokojnie posiedzieć przy jedzeniu, nabierając sił przed kolejnym etapem podróży.

Ostatni raz byłem tam tuż przed ukończeniem kolejnego fragmentu ekspresówki – nie wiedząc, że to ostatni raz. Zauważyłem wtedy tylko, że nie da się tu zjechać jadąc na południe, ale miałem nadzieję, że zostanie taka możliwość przy podróży na północ.

Tak się nie stało. Od 2008 droga całkowicie omija Vabank, w pobliżu powstał za to dość standardowy „Zajazd Jagielloński”.

Vabank przez te 13 lat pochłonęła dżungla. Wygląda jakby opuszczono go w pośpiechu – jeszcze widać „menu dnia” wypisane kredą na tablicy z napisem „Czas na EB”. Kartka na drzwiach informuje, że jest „nieczynne do odwołania”.

Drewniany mostek nad strumyczkiem spróchniał i runął. Strumyczek też już zresztą zamienił się w stacjonarne bajoro.

Nalepki na drzwiach to przegląd archeologii bankowej. Kartę PBK Styl to nawet sam kiedyś miałem, ale czym była karta „Bis”?

Z ekspresówki widać tylko maszt z napisem „MOTEL” oraz bilbord z rysunkiem sympatycznego volkswagena garbusa. Ale to miga tak szybko, że łatwo przegapić – bilbord zresztą już porósł roślinnością, jest praktycznie nieczytelny.

Z bliska widać, że budynki w zasadzie nadal stoją. Na płocie tablice ostrzegają przed monitoringiem ochrony, ale może są równie aktualne, jak menu dnia?

Marzy mi się taki projekt, może filmowy, może wydawniczy: porzucone polskie motele. Wspomnienia po czasach, w których Bogumił Kobiela pruł simką po wąskich i krętych polskich drogach z Kaliną Jędrusik. Udokumentujmy to, zanim wszystko się rozleci!

Wymarzona Ustawa Medialna

Nie mam zawodowych marzeń wychodzących poza „dopełznąć do emerytury”. Nie myślę o powrocie do mediów w jakiejkolwiek roli.

Zainspirowany przez Awala pofantazjuję jednak, co bym doradzał lewicy, gdybym był jej medialnym doradcą. Którym, przypomnę, też nie chcę być

Otóż po pierwsze, hipotetyczne obalenie PiS oznaczać będzie kohabitację z pisowskim prezydentem do 2025. W tym okresie nie uda się żadna „wielka reforma”.

Bardziej realistyczne wydaje mi się zwycięstwo takie, jak pisowskie – dwieście trzydzieści parę mandatów w Sejmie. Tak dużo tu zależy od szczegółów typu „kto weźmie Senat?”, że za wcześnie na szykowanie Wielkich Projektów. Będziemy skazani na improwizowanie z dnia na dzień.

Ekscesy PiSu sprawiają, że nowa władza nie powinna mieć żadnych hamulców typu „ojej, ale to nie wypada”. Powinna wykorzystać te dwieście trzydzieści parę mandatów na maksa, tak jak zrobił to PiS w 2015 – z niedrukowaniem prywatnych opinii pani magister P. na czele.

Można – i należy! – zrobić wielką czystkę w mediach publicznych oraz orlenowskich. Nie da się ich jednak zreformować, bo projekty ustaw uwalać będzie prezydent.

Do 2025 pisanie takich projektów nie ma sensu. Co napiszemy dziś, w 2025 i tak będzie już wymagać poprawek, bo np. wejdą jakieś regulacje unijne, albo pojawi się globalny gracz typu „netflix dla dziennikarstwa subskrypcyjnego” (substack ma chyba takie aspiracje).

Zakładając, że w 2025 będzie można przyjąć Ustawę Moich Marzeń, naszkicuję jej ogólny kierunek. Przede wszystkim powinna ujednolicić regulacje (a więc mieć sformułowania typu „Traci moc ustawa <> z 1984, itd).

W tej chwili media podlegają trzem dużym ustawom, z których każda jest tragicznie niedostosowana do naszych czasów. Nasze blogopogaduszki odbywają się na przykład na podstawie ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną (UŚUDE).

Jest najmłodsza (2002), więc wydawałoby się, że chociaż ona jest dostosowana do naszych czasów. A guzik. Pisano ją nadal w epoce, w której internet był zabawką i nikt nie myślał, że tak szybko doczekamy się przeniesienia do niego wszystkich mediów.

UŚUDE sytuuje mnie wobec was, drodzy komcionauci, jako usługodawcę (darmowego – to nie ma znaczenia). Kawał ustawy polega na wyłączeniu mnie od odpowiedzialności za świadczone wam usługi. Musiałbym zrobić coś bardzo dziwnego, żeby jednak ją ponieść.

W tej samej sytuacji jesteśmy wobec Facebooka, Youtube’a, Twittera itd. Mamy wobec nich mało praw (tak naprawdę to żadnych), UŚUDE za to daje im od cholery możliwości wykręcenia się przed odpowiedzialnością za cokolwiek.

Źle się stało, że taka ustawa reguluje działalność serwisów, do których zaglądamy by się dowiedzieć, co z Covidem i kto wygrał wybory. Ten brak odpowiedzialności jest przyczyną zjawisk takich, jak hejt, fake newsy czy antywacki.

Wiele razy pisałem, że czym innym jest dla mnie blogowanie, czym innym dziennikarstwo. To dlatego, że reguluje to inna ustawa – prawo prasowe.

To ustawa z czasów PRL, pełna martwych przepisów. Do niedawna zobowiązywała dziennikarzy do przestrzegania konstytucji PRL (sic).

Nadal są tam martwe przepisy w rodzaju zakazu komentowania procesu zanim nie zapadnie wyrok w I instancji (art 13 ust 1). Większość ludzi nawet nie wie, że taki zakaz obowiązuje!

Dużo w tej ustawie o poligrafii i kolportażu. Podstawą prawną do jej stosowania w internecie jest wzmianka „lub inne techniki”.

Dostosowywanie do niej realiów pracy współczesnego portalu jest trudne. Sądy wydają wyroki nie na podstawie ustawy, tylko komentarzy i orzecznictwa.

Dla opinii publicznej często są niezrozumiałe. Sami dziennikarze zresztą notorycznie mylą np. zniewagę ze zniesławieniem.

Kiedy rządził Tusk, zaufał doradcom z Centrum Cyfrowego, którzy doradzili mu cyberkorwinizm – uwalniać, otwierać, najlepsza regulacja to brak regulacji. Dlatego „blogi” czy „serwisy streamingowe” działają na wątłych podstawach, co jest niekorzystne dla Jana Kowalskiego, ale korzystne dla Google’a, który może kreować własne zasady przez lex EULA.

Chaos pogłębia trzecia ustawa – o radiofonii i telewizji z 1992. Jest najbardziej regulatorska, przewiduje możliwość nakładania srogich kar, odbierania koncesji, narzuca „chrześcijańskie wartości” (art 18 ust 2). To ją właśnie usiłuje zmodyfikować PiS, by zniszczyć TVN.

Jej feler jest taki, że dotyczy mediów o malejącyn znaczeniu. Media przenosząc się do internetu, uciekają przed tą ustawą. Nie reguluje streamingu, vlogów ani podkastów.

Tymczasem media konwergują. Podział na dziennikarstwo „prasowe” i „audiowizualne” nie ma dziś sensu.

„Wyborcza” zatrudniła Dobrosz-Oracz, żeby ta robiła (zresztą znakomite) materiały „telewizyjne” dla „prasowego” serwisu wyborcza.pl. TVN zatrudnił Justynę Suchecką, żeby ta robiła materiały „prasowe” (też prześwietne!) dla „telewizyjnego” serwisu tvn24.pl.

Te serwisy będą się upodabniać. Nie ma żadnego uzasadnienia poddawania ich rygorom DWÓCH RÓŻNYCH USTAW.

W tej chwili możliwa jest paradoksalna sytuacja, w której ten sam materiał dziennikarski (dochodzący do użytkowników tym samym kablem, jako takie same zera i jedynki!) podlega trzem ustawom w zależności od tego, jak redakcja te zera i jedynki oznakuje. Od tego zależeć będzie, czy można w nim powiedzieć „dupa” albo „Boga nie ma”, albo bezkarnie skłamać (w UŚUDE nie ma sprostowań, więc bloger może kłamać np. o szczepionkach).

Poza tym mamy inne ustawy, odwołujące się do „środków masowego komunikowania” – przede wszystkim kodeks karny i jego art 212 i 216, ścigające za zniesławienie i znieważenie. Oba zawierają specjalne zaostrzenie, jeśli sprawca dokonał tego za pomocą wspomnianych środków.

To kiedyś miało sens – „pan X to kawał chuja” ma inną wymowę w knajpie, inną na pierwszej stronie gazety. Dzisiaj jednak znieważamy i zniesławiamy się nawzajem głównie w Internecie, więc biedny Kowalski jest zaskoczony wyrokiem za to, że nazwał Malinowskiego chujem na Twitterze.

Nie jestem za likwidacją tych przepisów. Ludzie, którzy beztrosko machają ręką, że „wystarczy kodeks cywilny” w praktyce chcą czynić ludzi niezamożnych bezbronnymi.

Tymczasem zagrożenie takie, jak w „Utraconej czci Katarzyny Blum”, że media zaszczują niewinną osobę – tylko się nasila. Potrzebujemy silniejszych zabezpieczeń, a nie rozmontowywania istniejących.

Gdy dochodzi do procesu, media bronią się odwołując do pojęć takich, jak „interes publiczny” albo „należyta rzetelność”. I znów, ze względu na słabe definicje ustawowe, procesy odbywają się na podstawie komentarzy i orzecznictwa.

To dlatego, że dziennikarz nie jest zawodem zaufania publicznego. Wielu ludziom wydaje się, że jest – bo powinien być. Ale nie ma takiej ustawy (a jest np. o zawodzie notariusza).

Wymarzona Ustawa powinna to zmienić. Zawód ma ten status, gdy istnieją jakieś obligatoryjne zasady etyczne – dziś w dziennikarstwie ich nie ma.

Czasem na takie dictum, że nie ma etyki mediów, jakiś łosiu mi wkleja triumfalnie kodeks etyki, który właśnie pośpiesznie wyguglał. JEDEN Z WIELU. Czaicie bazę?

Kto taki wspólny kodeks, obowiązujący wszystkie media, miałby opracować? Inne zawody zaufania mają prościej, bo łatwiej zdefiniować, kim jest notariusz albo weterynarz. Definiowanie dziennikarza wyprowadzi nas na manowce.

Nie chcę, by to robiły stowarzyszenia dziennikarskie. Są upolitycznione, ich główne zajęcie to wojna Pisu z Antypisem. Gdy pracowałem w tej branży, nie odczuwałem potrzeby ich istnienia (mało kto z autentycznych „ludzi newsroomu” zresztą chodzi na te ich spotkania).

Założenie stowarzyszenia jest prostsze od założenia uczelni czy nawet związku zawodowego (ciekawe, czy ten żółty związek w Agorze dostanie numer KRS?). Dopuszczenie stowarzyszeń groziłoby więc scenariuszem typu „zakładamy dziesięć organizacji, żeby przejąć władzę nad mediami”.

Moja propozycja: ustawowo powołać kilkudziesięcioosobową Radę Medialną, zreszoną z delegatów uczelni mających prawo nadawania dyplomu ze specjalnością „dziennikarstwo i komunikacja społeczna”. Byłoby to ciało pluralistyczne – będzie ktoś od Rydzyka i ktoś z SWPS (może Bodnar? zostawmy uczelniom tryb wyłaniania delegatów).

Nie wiem, kto miałby tam większość. Dlatego moja propozycja jest sprawiedliwa, bo towarzyszy mi rawlsowska zasłona niewiedzy.

Może ktoś ma lepszą – chętnie wysłucham. Ale uwaga, podstawowe kryterium to uniezależnienie mediów od wahadła politycznego. Żeby wygrana Pisu lub Antypisu już nie oznaczała więcej czystki w Polskim Radiu.

Rzecz jasna, przekazałbym tej radzie uprawnienia istniejących ciał, jak KRRiTV. To wymagałoby zmiany konstytucji (ale mówię o scenariuszu idealnym).

Ta rada powinna też wyłonić komisję arbitrażową, rozstrzygającą spory o naruszenie etyki mediów. Skierowanie sprawy do arbitrażu oznaczałoby rezygnację z dochodzenia praw innymi środkami.

Media „niekoncesjonowane” mogłyby istnieć, ale miałyby przegwizdane w razie procesu. Opcja arbitrażu byłaby dostępna tylko do tych, którzy akceptują kodeks etyki wypracowany przez tę radę (tak to mniej więcej działa w Szwecji).

Ustawa powinna definiować „blogi”, „podkasty”, „streamingi” – wszystko to, co jest teraz zbiorczym „lub inne techniki”. Powinna też określać pojęcia typu „interes publiczny”, „tajemnica dziennikarska”, „należyta rzetelność” – bo opinia publiczna ich nie rozumie.

Po aferze Rywina miałem na blogu komcionautę oskarżającego Michnika, że stosował tajemnicę dziennikarską „wybiórczo”. Już nie pamiętam, kto to był, ale ewidentnie nie rozumiał tego pojęcia.

Ustawa powinna zdefiniować „redaktora naczelnego” i „zespół redakcyjny”. I uzależniać możliwość objęcia stanowiska rednacza od wotum zaufania zespołu redakcyjnego.

To by nas chroniło przed zjawiskami takimi, jak „czystki w Polska Press”, i przed „inbą w Agorze”. A chyba teraz nawet najzagorzalsi liberałowie przyznają, że media nie mogą działać na zasadzie „właściciel robi co chce”.

To byłaby ustawa zastępujące trzy inne ustawy i wprowadzająca drobne poprawki do kilku innych – w tym do Konstytucji i Kodeksu Karnego. Kawał roboty.

Przed 2025 nic się nie da zrobić, a po 2025 wiele tematów może stracić aktualność. Żałuję, że zmarnowałem tyle literek na ten temat, wybaczcie, to chateau d’Awal (wina Awala!).

Kalafior na superstrunie


Inba w Agorze trochę jeszcze potrwa, ale opublikowany wczoraj komunikat o „rezygnacji” członkini zarządu Agnieszki Sadowskiej, która niespodziewanie odnalazła dla siebie „inne plany zawodowe” pokazuje kierunek zmian. Nie wiadomo jeszcze, kto tu wygra, ale już wiadomo, kto przegrał.

Życie agorowego korpomenadżera musi być bardziej ekscytujące niż trenera tygrysów w Luizjanie. W czerwcu Agnieszka Sadowska planowała nadzorowanie łączenia portalu z „Gazetą Wyborczą”. Lipiec się jeszcze nie skończył, a tu zdziwko!

Oni zawsze odchodzą w ten sposob. Dopóki są u władzy, wygłaszają dla siebie laudacje na korpoiwentach i odbierają milionowe premie za swe nieomylne decyzje.

A potem nagle znikają. Te „inne plany” mają chyba w tajnych służbach, bo (z nielicznymi wyjątkami) próżno ich potem szukać w zarządach innych spółek.

Gdzie na przykład podział się poprzednik Sadowskiej – członek Robert Musiał? Albo jego poprzednik? Pytam z autentycznym zaciekawieniem, trochę się z tymi ludźmi nahandryczyłem przy różnych negocjacjach – i mam uczucie rozmów przerwanych w pół zdania. Chętnie bym ich spytał po latach, jak to wszystko wspominają i w ogóle co u nich słychać.

Skoro inne spółki giełdowe ich nie zapraszają do swoich zarządów – widzę dwie opcje. Albo Agora ma fatalną rękę do menadżerów, albo to inne spółki popełniają błąd pozwalając, by takie talenty się marnowały.

Nie umiem o tym pisać bez rozgoryczenia. Poświęciłem tej firmie prawie ćwierć wieku. Nie umiem się tym wszystkim nie przejmować.

Moje rozgoryczenie jest tym większe, że gdy chcieli mnie zwolnić dyscyplinarnie, głównym zarzutem było to, że wysyłając komunikaty do związkowców, narażam spółkę na przecieki. Tymczasem w ramach tej afery poszły przecieki, do których ja bym nigdy nie dopuścił.

Żałuję teraz, że jako związkowiec tak się ograniczałem. Wygląda na to, że bardziej się troszczyłem o tę firmę niż ludzie na samym szczycie, którzy rozpętali czerwcową wojnę na przecieki i komunikaty.

Zbyt późno odważyłem się wychodzić ze sporami poza firmę – na kroki takie, jak prośba do inspekcji pracy o kontrolę. To jest niestety trochę jak zakład o satysfakcję – inspekcja nie bardzo może ukarać pracodawcę, może tylko mu zalecić, by pewnych rzeczy więcej nie robił. No więc zaleciła (ciekawe, czy zarząd się przejmie).

Nawiasem mówiąc, gdyby w bajdurzeniach Wosiów i Okrasków o „socjalnym obliczu PiS” była choć krztyna prawdy, PiS by przede wszystkim wzmocnił inspekcję pracy. W rzeczywistości jest tylko coraz bardziej bezsilna (jak cała sfera budżetowa).

Morał dla moich następców w związku jest taki, że nie powinni się przejmować przeciekami. Tym bardziej, że już to mamy przećwiczone w boju, że związkowca się nie da zwolnić dyscyplinarnie.

Moje rozgoryczenie zwiększa to, że dosłownie wszystkim uczestnikom czerwcowej wojny – członkini Sadowskiej, prezesowi Hojce, redaktorom Kurskiemu i Wójcikowi – mówiłem, że dla Agory destrukcyjny jest brak systemu wczesnego zapobiegania konfliktom. To było przy świadkach, więc się nie wyprą.

Trudne decyzje w tej firmie podejmowane są bez konsultacji z podwładnymi. BANG! – nagle jesteś postawiony przed faktem dokonanym. Decyzja zapadła, pozostała tylko tylko drobna formalność, twój podpis. Nie będzie żadnych negocjacji.

Czasem to działa. Zaskoczony i wystraszony człowiek podpisuje to, co mu podsuną.

Czasem jednak po prostu mówi „nie”. LUDZIE – MAMY DO TEGO PRAWO! Tak się w czerwcu zaczęła ta wojna, tak to też wyglądało z próbą zwolnienia mnie i jeszcze z kilkoma wcześniejszymi inbami, które na szczęście nie wyszły poza firmę (ale długo nimi żyły korytarzowe ploteczki).

Mówiłem na spotkaniach z kierownictwem: czy nie lepiej byłoby odwrócić kolejność? NAJPIERW negocjować/konsultować, a potem podejmować drastyczne decyzje?

W najgorszym wypadku afera będzie taka sama (ale trochę później). W optymistycznym można by jej uniknąć, odnajdując kompromis satysfakcjonujący dla wszystkich stron.

Słyszałem od kierownictwa zawsze tę samą odpowiedź. Że Agora musi zaskakiwać pracowników decyzjami, bo jako spółka giełdowa jest zobowiązana działać dyskretnie.

No to se zadziałali dyskretnie. Dyskretnie jak widmo hamiltonianu kwantowego oscylatora harmonicznego. Członkowie zarządu powinni sobie dać po milionowej premii za to mistrzostwo galaktyki w dyskrecji.

Moje rozgoryczenie nie przesłania mi (mam nadzieję) istoty sprawy. Bo to nie jest zwykły spór typu „kto kogo”.

Na zajęciach w Collegium Civitas używam filmu Michaela Manna „Informator” jako materiału dydaktycznego. Cztery podstawowe zagadnienia etyki dziennikarskiej (chiński mur, ochrona źródeł, należyta rzetelność, interes publiczny) są tam wyłożone przez znakomitych aktorów, głównie Ala Pacino (to on wygłasza znakomitą ripostę na pytanie „czy sugerujesz, że członkowie zarządu kierują się motywami finansowymi” w zamieszczonym fragmencie scenariusza).

Moje zajęcia są o internecie i social mediach, potrzebuję więc tego filmu głównie do zilustrowania tezy, że w dziennikarstwie internetowym ciężko te cztery zasady odtworzyć. Jak masz mieć „chiński mur” między biznesem a redakcją, jeśli żebrzesz o donejty, produkując sprzedażowe teksty o „samochodzie naszpikowanym technologią” („cena? dobra!”).

W „Gazecie Wyborczej” ten chiński mur jest przestrzegany. W praktyce polega to tym, że zarząd nie może wydawać poleceń redaktorom, bo nie ma bezpośredniej podległości. Dlatego na przykład zarząd mógł mnie próbować zwolnić, ale nie mógł polecić redakcji, żeby mnie przestała publikować (co byłoby dla mnie WTEDY oczywiście gorsze; TERAZ to wszystko już dla mnie bez znaczenia).

Podobnego rozgraniczenia nie ma w portalu. Im zarząd mógł wydać polecenie „zamknijcie dział opinii”. „Wyborczej” takich poleceń wydawać nie może.

Integracja według pierwotnej wersji oznaczałaby koniec „chińskiego muru” i sztywne podporządkowanie „Gazety Wyborczej” zarządowi (w praktyce Agnieszce Sadowskiej). Wprawdzie potem wydał oświadczenie, że nie chcą w niczym grozić niezależności dziennikarskiej, ale działalność związkowa nauczyła mnie, że gdy ci ludzie mówią, że Paryż leży we Francji – należy to sprawdzić na mapie.

Od kiedy w 2013 poleciała ekipa prezesa Niemczyckiego… przepraszam, cofam te słowa, oczywiście nie „poleciała”, tylko niespodziewanie powzięła „inne plany”, otóż od tego czasu w zarządzie Agory nie ma ludzi związanych z „Gazetą Wyborczą”.

Ci ludzie są jak z Barei: „mąż jest z zawodu członkiem zarządu”. Korpomenadżerowie to nie są dziennikarze, nasze święte zasady ich nie interesują.

Nie mam im tego za złe. Ja też bym ziewał, gdyby mi zaczęli opowiadać coś swoim żargonem o swoim świecie, o arkanach kontrollingu raportingu finansingu w marketingu.

Ideał „chińskiego muru” polega na rozdzieleniu obu światów. Dziennikarze piszą, redaktorzy redagują, kontrollingerzy raportingu raportują kontrolling.

Z niezależnością dziennikarską jest jak z wolnością słowa, werbalnie wszyscy są za. A najwięksi zwolennicy to Orban i Kaczyński. Dlatego werbalne deklaracje nie mają znaczenia.

Trzymam kciuki za znalezienie takiej nowej formuły dla „Gazety Wyborczej”, która pozwoli zachować zasadę „chińskiego muru”. I to musi być zapisane w postaci statutowo-prawnych gwarancji – ustne obietnice członków zarządu to flatus vocis. Nauczyłem się tego, jak mawiają w amerykańskich filmach, „the hard way”.

Mam nadzieję, że redakcyjni negocjatorzy o tym wiedzą i będą negocjować jak najostrzej. Protip: negocjowałem różne przykre kwestie z różnymi zarządami od 2011, nauczyłem się, że wobec agorowych korpomenedżerów nie ma sensu „bycie miłym”. Oni tego nie docenią, oni to interpretują jako słabość i walą jeszcze mocniej.

Najzupełniej prywatnie cieszę się, że w zeszłym roku sam znalazłem dla siebie „inne plany”. Jeśli z powodu tej blogonotki zostanę objęty zakazem druku – cóż, jak bym to ujął wobec studentów, spróbujcie państwo wyobrazić sobie kalafiora dyndającego na jedenastowymiarowej superstrunie…

Level 2 wystarczy każdemu

Nie mogę pojąć, jak to się dzieje, że w czasach napisów na kubkach kawy „uwaga, zawartość może być gorąca”, Elon Musk może bezkarnie oferować w samochodach Tesla funkcję o nazwie Autopilot (TM). Wprawdzie drobnym druczkiem dodaje, że nie wolno jej uważać za autopilota, to zwykła automatyka Level 2, jaką dają dziś wszyscy, ale przecież sama nazwa wprowadza ludzi w błąd.

Nie tylko nazwa zresztą. Meredith Broussard w swojej książce debunkującej mity sztucznej inteligencji opisywała swoje rozmowy ze sprzedawcami Tesli – udawał zainteresowaną zakupem. Ci rozpływali się nad możliwościami Autopilota, narzekając na bezdusznych biurokratów, którzy sztucznie narzucają ograniczenia.

Dla porządku przypomnijmy co to znaczy „level 2”. Amerykańskie stowarzyszenie branżowe zaproponowało skalę o 0 do 5. 0 to brak automatyzacji, 5 to całkowita autonomia, 1 to prymitywna automatyzacja dostępna od przeszło pół wieku, czyli np. tępy tempomat ustawiny na sztywno.

Kilka lat temu portaloza była pełna tekstów przepowiadających nadejście „level 5” w ciągu najbliższych kilku lat. „Kierowcy Ubera mogą sobie strajkować, za chwilę będą zbędni” – to był wtedy standardowy komentarz typowego redaktora Przygłupa Portalskiego z serwisu Technobzdety.pl.

Samochody autonomiczne są dziś przyszłością równie odległą jak 5 lat temu. Od tego czasu niektórzy producenci oferują funkcje szumnie zapowiadane jako Level 3 (że samochód sam potrafi zidentyfikować korek za następnym skrzyżowaniem i zasugerować zmianę trasy).

Niespecjalnie mnie to ekscytuje, bo przecież korki coraz lepiej wykrywają zwykłe google mapsy. I w ogóle podejrzewam, że ta automatyzacja okaże się ślepą uliczką – przyjmie się raczej pobieranie danych z internetu, co będzie powrotem do technologii z lat 1960. (wtedy też robiono huczne prezentacje pojazdów „autonomicznych” – de facto zdalnie sterowanych).

Taksówki „bez kierowcy” startupa Waymo jeżdżą po niektórych dzielnicach Phoenix nie dzięki lokalnej autonomii, tylko dzięki obstawieniu tych dzielnic geofencingiem. To zdalne sterowanie pod inną nazwą.

W serwisie Jalopnik (który szanuję jak coś bardzo szanownego) pojawił się niedawno artykuł o tym, dlaczego wyjście poza Level 3 jest takie trudne. Zaczął się od złośliwości pod adresem Muska (to też szanuję), który na twitterze napisał niedawno, że nie przypuszczał, że zagadnienie autonomii będzie takie trudne.

Sztuczna inteligencja taka, jaką realnie mamy (a nie taka z artykułów w portalozie) nie radzi sobie z generalizacją. Człowiek bez trudu wie, że znak STOP obowiązuje go tylko w pewnej określonej formie (na drągu przy drodze).

Dla sztucznej inteligencji znak STOP nadrukowany na koszulce albo plakacie politycznym jest równie ważny jak prawdziwy znak drogowy. Maszyna nie umie tego odróżnić!

Do dzisiaj przecież standardowy test „czy jesteś człowiekiem” polega na rozpoznaniu na zdjęciu rowerów, przejść dla pieszych i sygnalizacji świetlnej. Gdyby Musk miał technologię, którą się chwali, miałby też Uniwersalny Rozwalacz Testu Captcha.

Przy całej swojej technofobii kupiłem sobie parę lat temu samochód z automatyzacją Level 2. Jestem raczej zadowolony, choć ma tę wadę, że stereoskopowa kamera zajmuje trochę miejsca (głównie kosztem bardzo poręcznego schowka, który w poprzednim modelu był w tym miejscu na suficie).

Nigdy nie miałem sytuacji typu „awaryjne hamowanie całkiem bez powodu”. Czytałem, że zdarzało się to w samochodach, które swoją automatykę bazowały na radarze (a przecież od drugiej światówki wiadomo, że radar nie umie odróżnić płachty folii aluminiowej od meserszmita!).

Parę razy automat zaczynał awaryjnie hamować (jego interwencję słychać jako mechaniczny zgrzyt) na ułamek sekundy przede moją reakcją. No ale jakby o to chodzi w takiej automatyce.

Przedtem byłem ciekaw, jak taki automat będzie sobie radzić z chaotycznym oznakowaniem naszych dróg. Otoż gdy przestaje widzieć oznakowanie pasów, sygnalizuje to dyskretnym brzęczykiem i odpowiednią kontrolką. A gdy przestaje widzieć cokolwiek (na przykład w ulewie), z godnością się wyłącza całkiem, również to sygnalizując.

Nie wierzę w całkiem autonomiczne samochody – nie wierzę też, że będą bezpieczniejsze. Argument „99% wypadków jest z winy człowieka” jest tautologią – gdy człowiek zaufa funkcji Tesla Autopilot, to też jest jego wina (nawet gdy to właśnie ten Autopilot skieruje go na betonową barierkę).

Porządny samochód po prostu wyłącza silnik, gdy wyczuwa, że kierowca na dłużej puścił kierownicę. W Tesli taka funkcja powinna być od samego początku.

Derby 0:0

Nie rozumiem emocji, które w niektórych wzbudził powrot Tuska do polskiej polityki. Ja na to patrzę równie obojętnie, jak na mecz piłkarski – najwyraźniej nie mam w mózgu synaps odpowiedzialnych za odczuwanie tych doznań (możliwe zresztą, że synapsa mundialowa jest zarazem synapsą tuskową).

W polskiej polityce jestem niezmiennie od lat wyborcą partii Razem. Nie wiem, co by się musiało wydarzyć, żeby straciła mój głos – gdy Razem wejdzie do jakiejś koalicji, ta koalicja zyska mój głos, gdy Razem z niej odejdzie, ten głos ze sobą zabierze.

W futbolu moim odpowiednikiem byłby wierny kibic, który jest ze swoim Motorem Myciska na dobre i na złe, w ekstraklasie i w lidze okręgowej (na pewno jest jakieś fachowe określenie na ten typ kibicowania – czy to „hools”?). Jeśli Razem będzie mieć w sondażach 1%, so be it, będę w tym procencie.

Nie jestem jednak symetrystą, Platforma to moje ulubione mniejsze zło. Głosowałem w drugiej turze na Trzaskowskiego, zagłosowałbym i na Tuska.

Rzecz jednak w tym, że jest dla mnie politykiem najdoskonalej obojętnym. Do Budki, Trzaskowskiego czy Hołowni odczuwam jakąś tam sympatię, do pisowców oczywiście hejt (i nie ma dla mnie czegoś takiego, jak były pisowiec, panie Radku, panie Ludku, panie Kaziu, panie mecenasie).

Do Tuska – nic. Ani fte, ani wefte. Człowiek bez właściwości.

Kiedy jeszcze komentowali tu pisowcy, dawali wyraz swojej nienawiści. Że podobno Tusk to zdrajca polskich interesów, służy Niemcom a nie Polakom, i tak dalej.

W to też nie wierzę. Uważam zresztą, że nie mamy sprzecznych interesów z Niemcami, to nasz najważniejszy partner handlowy, im lepiej im, tym lepiej nam.

Część moich friendsów z bańki opozycyjnej wyraża jednak jakiś entuzjazm. Że da im popalić. Że nazywa rzeczy po imieniu. Że teraz wreszcie sondaże się poprawią.

Może ktoś tu zechce to rozwinąć? Bo wiecie, ja CHCĘ w to uwierzyć. Tak jak CHCIAŁBYM, żeby dało się wywalczyć od Niemców reparacje wojenne (albo postawić Dudę przed Trybunalem Stanu), wszystko jedno, nie widzę szans.

Odróżniam to, czego CHCĘ od tego, co uważam za możliwe. Niektórzy mają z tym problem.

Dla piscowców powiedzieć „nie da się wywalczyć tych reparacji” to jak powiedzieć „nie chcę tych reparacji”; „reformy Ziobry są źle pomyślane” to „nie chcę reformy sądownictwa” – itd.

Ale podobnie jest z opozycją. Tu powiedzieć „nie będzie Trybunału Stanu, nie będzie rozliczeń” to jak „nie chcę Trybunału Stanu, nie chcę rozliczeń”. Jasne, że chcę, ale to tak samo nierealne, jak reparacje czy lotnisko baranów.

No więc czym Tusk ma uratować opozycję? Tanimi grepsami, że rządy PiS są jak „drukarka 3D”? Takie grepsy latają ciągle od 2015, sam mecenas Giertych naprodukował ich na kopy.

Grepsiarstwem się nie wygrywa wyborów. Gdyby było inaczej, już byśmy ich dawno obalili.

Tusk znowu nie przedstawił wyborcom żadnej konkretnej oferty, żadnego opowiednika „500+”. Ergo, kto hejtował PiS, ten dalej będzie hejtować, kto hejtował Tuska, ten dalej będzie hejtować. Status quo.

Inna sprawa, że PiS też wytracił umiejętność przedstawiania ofert. O „Polskim Ładzie” mi się nawet nie chce dyskutować, bo już wiadomo, że nie zbierze 231 głosów w Sejmie – więc to takie same zawracanie głowy, jak o reparacjach wojennych.

Weekend miał być politycznym starciem gigantów, a wyszedł mecz piłkarski zakończony 0:0. Tusk potwierdził swoją pozycję jako króla dryblingu. Kaczyński mistrzowskim wolejem posłał piłkę poza boisko.

I wy mi się dziwicie, że wolę już być w tym swoim razemowym procencie?

Lamenty fistowanych

Zachęcony przez kolegę MNF, przeczytałem „Masakrę” Vargi. Krzysiek od dawna toczy krucjatę przeciw ocenianiu powieści jak kryminałów, że „akcja wciąga” albo „dobrze się czyta” – no ale co ja poradzę, że ja lubię, gdy akcja wciąga i dobrze się czyta. W kategorii „współcześna literatura o uzależnieniach”, jednak dalej wyżej stawiam Żulczyka.

Intryga w „Masakrze” jest szczątkowa. Główny bohater budzi się na monstrualnym kacu u siebie w mieszkaniu, ale gdzieś zgubił portfel i telefon, nie wiadomo też gdzie się podziała jego rodzina.

Może dzieci gdzieś wyjechały razem z „nieślubną żoną” i on za bardzo sobie pofolgował jako słomiany wdowiec? Ale mogło być tak, że się wyprowadzili, a on tego nawet nie zauważył, bo był w ciągu.

Przyszła mi do głowy taka interpretacja, że bohater nie żyje i jest w czyśćcu. Ten kac to męki purgatoryjne, natomiast sporadyczna ulga, gdy ktoś mu postawi piwo – to świętych obcowanie, ktoś o nim właśnie życzliwie pomyślał na ziemi?

Miałem jednak wrażenie, że sam autor tak do końca nie wiedział, o co mu chodzi i do czego ta historia prowadzi. Pewien zwrot akcji (scena z Wątrobą) szczególnie mnie zniesmaczył – to było jakby autor pomyślał „no dobra, ta rozmowa się nie klei, niech się szybko wydarzy coś zaskakującego”.

Jestem mało imprezowy, niewiele wiem o nocnym życiu stolicy, nie rozpoznawałem więc większości szyfrów. Domyślam się, że „Zawodowa” to „Amatorska”, ale czy gdzieś naprawdę jest lokal serwujący gourmetową kaszankę do kraftowego piwa?

Brzmi jak coś dla mnie. Na pewno nie ma czegoś takiego na Zbawiksie (wywąchałbym!).

Natomiast trakując współczesną polską literaturę uzależnieniową (dorzuciłbym jeszcze „Heroinę” Piątka i „Jak feniks z butelki” Maziarskiego) jako całość, widzę w niej portret pokolenia stachanowców kapitalizmu. Zaliczam do niego ludzi trochę starszych i trochę młodszych od siebie.

Transformacja i digitalizacja dawały nam szansę budowania pewnych zjawisk czy instytucji od zera. Tu nie chodziło tylko o pieniądze, to dawało kopa i uzależniało jak narkotyk.

Dla wielu kolegów pracoholizm był tym „gateway drug”, po którym sięgali po mocniejsze rzeczy. Pracoholizm utrudniał nam też poukładanie sobie życia osobistego.

Pracoholik, który pił albo ćpał, działał w obiegu zamkniętym. Dużo zarabiał, ale miał coraz większe długi. Osiągał sukcesy, których nie pamiętał. Jeśli miał jakąś rodzinę, stawał się w niej obcym człowiekiem.

Dorobek życiowy części moich rówieśników jest wręcz ujemny, bo wchodzili w kapitalizm z jakimś ładnym domem po babci. A teraz mieszka tam była żona z nowym facetem, który się okazał lepszym tatą od biologicznego, a dawny milioner wylądował w wynajętej kawalerce.

Traktuję Stefana z „Masakry” jako metaforę takich sytuacji. Gdy pięćdziesięciolatek uświadamia sobie, że nie osiągnął w życiu absolutnie nic, nie ma nawet fajnych wspomnień (książka Maziarskiego – niefabularyzowane opowieści ludzi poznanych na terapii – jest pełna takich historii).

Po „Masakrze” z rozpędu sięgnąłem po „Dziennik Hipopotama” Vargi, w naiwnej nadziei, że znajdę tam namiary na gourmetową kaszankę albo chociaż eseistykę magistra Wątroby. Zamiast tego znalazłem pra-źródło, ur-quell największego błędu naszego pokolenia.

Varga zaczął to pisać po mniej więcej dwóch latach niepicia, skończył na progu pandemii. „Dziennik” stał się więc kroniką nadchodzącej katastrofy, wyczekiwanym przez fanów prequelem do „Nagrobka z lastryko”.

W tym okresie Sapkowski zażądał od CD Projektu dodatkowego wynagrodzenia za prawa do „Wiedźmina”. Varga odnotowuje to ze Schadenfreude – cieszy się na myśl, „jak bardzo Sapkowski to przegra”.

Dlaczego miałby przegrać? Dokładnie na takie sytuacje przewidziano art. 44 prawa autorskiego („W razie rażącej dysproporcji między wynagrodzeniem twórcy a korzyściami…”).

CD Projekt zapłacił, bo w sądzie by przegrał. Wszystkie korporacje robią tyle dobrego, na ile prawo z nich wymusza i tyle złego, na ile prawo im pozwala. Skąd więc ten wpis Vargi?

Przychodzą mi do głowy dwa wyjaśnienia. Pierwsze, że nie znał tego przepisu.

Już to jest dla mnie dziwne. Nie gram w tej samej lidze ani nawet w tej samej dyscyplinie, jestem przy Vardze jak punkowy basista przy jazzowym pianiście, ale o tyle robię w tej samej branży, że dla mnie też istotnym źródłem przychodów jest eksploatacja majątkowych praw autorskich.

Co za tym idzie, przeczytałem ustawę, dzięki którym te prawa w ogóle istnieją. Tak jak rozpoczynając pracę dziennikarza, przeczytałem prawo pracy i prawo prasowe.

Varga chyba tego nie zrobił. Już wcześniej zauważałem, że w monologach wewnętrznych jego bohaterowie często nie rozumieją, że coś wynika z takiej czy innej ustawy i snują swoje odczapistyczne interpretacje, no ale to jest odwieczne pytanie o relację między autorem a narratorem.

A nawet gdyby zrobił, to zapewne dzieli wraz z moim pokoleniem postawę przedziwnej asymetrii. Zgodnie z nią, powoływanie się na swoje prawa jest niehalo, pas comme il fault, fi donc!, roszczeniowe i antyreformatorskie.

Z kolei ilekroć korporacja nas chce dojechać z takiego czy innego paragrafu, no to ogon pod siebie, wzrok ku ziemi, dłonie przy udach, służbiste strzelenie obcasami „TAK JEST, OBYWATELU KORPOMENADŻERZE!”. Widziałem to wielokrotnie w Agorze, gdy ludzie, którzy już i tak wylatywali, więc nie mieli nic do stracenia – nadal nie chcieli stawiać żadnego oporu, żeby wywalczyć trochę lepsze warunki porozumienia stron.

Nawet jak im wytłumaczyłem, jakie mają prawa, oni i tak pokornie godzili się na wszystko. Podpisywali co im podsunięto, byli gotowi jeszcze napisać własną krwią „ZAWSZE BYŁEM WIERNY ZARZĄDOWI”.

Z „literatury uzależnieniowej” najwyżej sobie cenię Żulczyka, bo on wydaje mi się lepiej rozumieć mechanizmy społeczno-ekonomiczne. „Ślepnąc” od początku traktowałem jako metaforę pracy w korporacji (we „Wzgórzu” to już nawet nie metafora).

W korporacji nawet jeśli początkowo jest fajnie, bo twój szef jest sympatyczny i pozornie da się z nim pogadać jak z człowiekiem (jak z Jackiem/Więckiewiczem), prędzej czy później przyjdzie Das Kapital i ci zrobi fisting niewidzialną piąchą rynku (jak Dario/Frycz).

Oczywiście, pijak to pijak, na końcu to już nie ma znaczenia, czy zacząłeś jako światowej sławy neurochirurg, czy jako pan Ziutek z Międliszewa. Ale pan Ziutek nie napisze książki o swoim upadku (czytałbym! – jak my wszyscy, jak my wszyscy).

Wydaje mi się, że wspólnym refrenem „książek uzależnieniowych” od Maziarskiego po Żulczyka jest to, że opowiadają tragedie ludzi lojalnych, wydajnych, pracowitych, ambitnych i grających zespołowo. Idealnych pracowników, co to nigdy się nie upominali swoje prawa, bo to nie wypada (brzydki Sapkowski, a fe!).

I dlatego właśnie jak Stefan z „Masakry”, pewnego dnia budzą się z niczym.

Now Playing (184)

mapa szlaku hipisów - autor NordNordWest, CC-BY-SA
Zacząłem oglądać serial „The Serpent” o seryjnym mordercy, seryjnie mordującym młodzież wędrującą pół wieku temu legendarnym szlakiem hipisów, Londyn – Katmandu/Bangkok. Morderca działał naprawdę, ale jego notka w wikipedii wydała mi się ciekawsza od serialu.

Właściwie nie polecam. Twórcom zabrakło materiału na tyle godzin projekcji – w kółko ci sami ludzie robią te same miny w tych samych dekoracjach. Może zawiniła pandemia?

Sama historia jest przecież fascynująca. Charles Sobhraj był (jest) Azjo-Francuzem, który ponoć nienawidził hipisów na tle antykolonialnym, a przynajmniej tak twierdził na swoją obronę.

Faktycznie, pozytywni bohaterowie tego serialu – ofiary Sobhraja oraz dyplomaci, którzy go próbują namierzyć – nie są przecież całkiem niewinni. Belgia i Holandia, a nawet Francja, to kraje, które dziś nam się kojarzą jako ta biała lelija, ale przecież jeśli ktoś około roku 1970 jest 50-60 letnim holenderskim czy belgijskim dyplomatą w
Trzecim Świecie to znaczy, że zapewne uczestniczył w potwornych zbrodniach, porównywalnych do nazistowskich czy stalinowskich.

To dlatego doświadczony belgijski kolega naszego holenderskiego młodego bohatera, gdy tylko słyszy o Sobhraju, wyciąga spluwę i mówi, że trzeba go po prostu rozwalić. Zapewne nieraz już tak realizował zadania w Afryce.
Serial niestety w to wszystko nie wchodzi. Powierzchownie prześlizguje się też po dwuznacznym aspekcie „szlaku hipisów”.

Dlaczego wędrowali tam? Bo tam było tanio, za jednego dolara można było szaleć jak panisko.

A dlaczego takie było przebicie dolara czy funta w krajach skolonizowanych przez UK/USA? A no właśnie. Nie żadna niewidzialna ręka rynku, tylko całkiem widzialna ręka kolonizatora, uzbrojona w bat albo karabin.

Szlak hipisów się urwał nagle w 1979. W lutym upadł szach Iranu, w grudniu Sowieci wjechali do Afganistanu. Lądowy przejazd na trasie Londyn-Katmandu zrobił się zbyt niebezpieczny – i tak jest do dzisiaj.

O tym bym chciał zobaczyć film: o grupie hipisów w potrzasku w połowie 1979. Wpadają w panikę, nic z tego nie rozumieją, uciekają w złym kierunku – ale czy lepiej wpaść w ręce Rosjan czy islamistów?

Tam powinien być jakiś Polak (Polka?). Jako jedyna osoba w tym zjaranym towarzystwie przynajmniej pobieżnie zna rosyjski, więc w kluczowym momencie przejmuje inicjatywę…

Samo hasło „hippie trail” sprawiło jednak, że zacząłem słuchać piosenki, którą 40 lat temu usłyszałem w „Trójce”. Słuchałem jej wtedy częściej niż codziennie, pamiętam więc, że początkowo jej tytuł tłumaczono jako „kompletne dno” – po tygodniu ktoś się kapnął, że to jednak „antypody”.

Tekst jest niby prosty, ale pełen idiomów, więc całe lata mi zajęło zrozumienie pojedynczych zdań. Choćby pierwszego: „traveling in a fried-out Kombi, on a hippie trail, head full of zombi”, czyli: „podróżowałem szlakiem hiposów rozlatującym się volkwagenem-ogórkiem, głowę mając pełną THC”.

Skąd też miałem w 1982 roku wiedzieć, że smarowidło kanapkowe „vegemite” jest symbolem Australii? Lata mi zajęło zrozumienie dwuwersu „I said – do you speak-a my language? he just smiled and gave me a vegemite sandwich”.

Te wszystkie atrakcje były dla mnie teoretycznie niedostępne, chociaż… kolega z liceum wyjechał na legalną wycieczkę, wystąpił o azyl, no i słał potem pocztówki z różnych miejsc, między innymi z Indii. Trochę mu zazdrościłem, teraz już wcale.

Jako nastolatek byłem jedną wielką sprzecznością. Fascynowały mnie ruchy kontrkulturowe, uważałem siebie za anarchistę, ale jednocześnie uważałem, że muszę najpierw skończyć studia.

Po co, skoro lubiłem piosenki, że „no future” (i naprawdę tak myślałem). A cholera wie. Może pod hipnozą dałoby się to ze mnie wydostać.

Wtedy zazdrościłem wszelkim „dzieciom kwiatom”. Dziś im tylko współczuję – uciekali ze swoich popieprzonych rodzin w łapska jeszcze gorszych typów, Mansonów i Sobhrajów.

Już nie podziwiam, wyłącznie współczuję. Chciałbym redukować szkody, a nie propagować jako „alternatywę” dla normalnego, drobnomieszczańskiego życia.

W tym pewnym sensie na stare lata zrobiłem się konserwatywny, ale przecież sam Karol Marks też miał alergię na wszelką „bohemiczność”. Kontestacji nie lubili też myśliciele ze szkoły frankfurckiej, chociaż dziś prawicowe głupki nie znające ich pism produkują dla innych prawicowych głupków przedziwne teksty, przedstawiające Adorno i Horkheimera nieledwie jako pionierów ruchu LGBT.

To komiczne dla kogoś, kto zna ich pisma. Ale to już temat na inną notkę