Now Playing (187)


Jak już wielokrotnie pisałem, moje kolekcjonowanie płyt winylowych to zdecydowanie bardziej nostalgia niż audiofilia. Kupuję płyty, które kiedyś były dla mnie ważne, albo takiem o których marzyłem, ale byłem skazany na kasetową kopię.

Z ogromnym wzruszeniem kupiłem niedawno w sklepie z używanymi płytami „First Issue” PIL. Płyta trochę trzeszczy, ale nieźle się trzyma jak na swoje 45 lat. Tylko papierowa koperta się rozłazi w rękach, ironicznie ma dwujęzyczny napis „CARE OF YOUR RECORD – PRECAUTIONS ESSENTIELLES POUR LA BONNE CONSERVATION DE CE DISQUE”.

Należę do pokolenia, które punka zaczęło słuchać równolegle z post-punkiem, przy czym pierwsze nagrania obu tych gatunków już wtedy zaczynały być szacownymi klasykami, które wypada znać. Byłem więc wtedy rozdarty między postawą wierności ortodoksji („punk’s not dead”) a autokontestacją gatunku („it’s a swindle!”).

Przez te wszystkie lata zdarzało mi się dla przyjemności słuchać punka ortodoksyjnego, bo zazwyczaj jest to po prostu uczciwie zagrany rokendrol. Do postpunka a la PIL nie wracałem, bo ta autokontestacja często w praktyce sprowadzała się do celowego wydawania nieprzyjemnych w słuchaniu odgłosów.

Gdy puściłem sobie tę płytę, było to więc trochę spotkanie pięćdziesięcioparoletniego mnie z nastoletnim mną. Ciekawe, czym się ten dzieciak tak wtedy jarał?

Z wyjątkiem ostatniego utworu „Fodderstompf”, płyta zdumiewająco dobrze zniosła próbę czasu. Wtedy zdaje się, że go nawet nie skopiowałem na kasetę – w istocie był to głupi żart dograny na siłę, bo po prostu mieli za mało materiału na LP.

Zdumiewająco przyjemnie słuchało mi się „Religion”. Oczywiście, nie mogę teraz ocenić, na ile ta przyjemność bierze się z wartości tego utworu, a na ile z bagażu emocjonalnego związanego ze spotkaniem „dawnego mnie”.

Są tu właściwie dwaj „dawni ja”. Najpierw ten nastoletni anarchokomunista, zauroczony bluźnierstwem tego utworu, tym słodszym, że słuchanym pośród powszechnego ukąszenia wojtyliańskiego (na które sam byłem jakoś odporny).

A potem ten młody-dorosły, który odrzucał już takie naiwne formy ateizmu. Kuroń i Michnik nazywali go „tramwajowym” (co oni właściwie mieli przeciwko tramwajom?).

John Lydon wrzucił do tej swojej tyrady przeciwko religii zarzuty najrozmaitszego kalibru, od idiotycznych („God is Dog spelled backwards”), po w miarę sensowne („Not for one race, one creed, one world, but for money-effective absurd”). Przeważają tu jednak tandentne rymowanki („This is Bible full of libel”).

Kiedy się tego słucha z płyty, słyszymy ten tekst dwukrotnie. Znów: bo mieli za mało materiału. Ale efekt jest dzięki temu wzmocniony.

Najpierw Lydon recytuje to a capella, w stylistyce przemówienia w Hyde Parku. Dziś powiedzielibyśmy: slamu poetyckiego. Potem dołączają bas, perkusja i gitara i mamy to samo, ale z kapelą, już jako archetyp postpunka: ostra sekcja rytmiczna z melorecytacją.

Dziś to banał, ale wtedy coś takiego zrobiono chyba po raz pierwszy. Gdyby nie ta płyta, nie byłoby polskiej ejtisowej sceny alternatywnej.

Wyprzedzając Joy Division, PIL nie zamieścił na okładce konwencjonalnej listy utworów. Trudno z niej nawet zgadnąć, jak się ten zespół nazywa – na jednej stronie „PUBLIC IMAGE” (bez „ltd”), na drugiej „PIME”. W tekstach drobnym druczkiem występuje jako PIL, więc tego się trzymam.

Uderzyły mnie w tych tekstach antypodziękowania. „Nastoletni ja” był taką postawą zachwycony, dzisiejszy niespecjalnie – wydaje mi się to akurat dziecinadą.

No ale to są dzieci! Wtedy muzycy rockowi wydawali mi się wzorcem dorosłości. Ale na okładce tej płyty na jednej stronie mamy portret 22-letniego Johna Lydona, na drugiej – 21-letniego Keitha Levene’a. Jakie ich twarze są niewinnie dziecinne!

Że rocka tworzyły dzieci – tzn. ludzie, którzy dziś mi się wydają dziećmi – to dla mnie stosunkowo nowe odkrycie. Inaczej teraz patrzę na ten bunt, na te grymasy, na te rymowanki Bible/libel. Jak na ich wiek, to nie jest takie złe…

Nareszcie dobre wiesci


Niniejsza notka to przede wszystkim apel do PT Komcionatów o ubogacenie wiedzy mojej i innych. Sam czuję się z jednej strony totalnie niekompetentny, a z drugiej strony bardzo zainteresowany tematem współczsnego lewicowego zwrotu w Ameryce Łacińskiej.

Niekompetentny zrobiłem się trochę z własnej inicjatywy. Kiedyś interesowałem się tym, co się tam dzieje (trochę też ze względu na znajomość z ludźmi, którzy tam dużo jeździli – najpierw z Ikonowiczem, potem z Domosławskim i Zgliczyńskim.

Pod koniec minionej dekady z Ameryki Łacińskiej przychodziły jednak same złe wiadomości. „Nasi” popełniali koszmarne błędy, ponosili kosztowne porażki.

Nie miałem już siły tego słuchać. Wpadłem w coś w rodzaju geopolitycznego blackpillingu. Uznałem, że kraje tego kontynentu są po prostu skazane na to, żeby rządzili tam na zmianę wąsaty caudillo w mundurze i jakiś kolejny złodziej w garniturze od Armaniego.

Szczególnie dużo bólu sprawiało mi obserwowanie Chile. Ich przejście do demokracji mniej więcej zbiegało się z naszym, kibicowałem mu więc wyjątkowo gorąco.

Szybko okazało się, że ustępująca dyktatura w praktyce zabetonowała swoje pozycje poprzez zapisy w konstytucji i system wyborczy, który praktycznie blokował drogę dla nowych ugrupowań.

Gdyby nie hiszpański sędzia Baltasar Garzon, który wydał nakaz aresztowania, Pinochet uniknąłby więzienia. Polskie elity oczywiście gorąco wtedy broniły dyktatora – Marek Jurek, Misiek Kamiński i seryjny zarzynacz gazet Tomasz Wołek wyruszyli do zbrodniarza z ryngrafem.

Każdego, kto to robił, mam za khooya. Nikomu tego nie wybaczę, nawet jeśli dzisiaj struga demokratę.

Nie wybaczę też Janowi Wróblowi załganego tekstu o Chile z „Frondy” sprzed prawie 30 lat. Mam z nim wielu wspólnych znajomych (przybyło mi ich, kiedy przeszedłem z mediów do oświaty). Ale ja z nim nigdy nie przejdę na „ty”, zawsze będę per „szanowny panie dyrektorze”.

Polskie elity musiały kanonizować Pinocheta, bo to był pierwszy na świecie neoliberalny przywodca. Kiedy Kuroń na spotkaniach z wyborcami wychwalał Jeffreya Sachsa, powoływał się na jego rzekome sukcesy w Boliwii.

Gdy neoliberałowie w Boliwii sprywatyzowali zasoby wodne, co oznaczało delegalizację zbierania deszczówki na własną rękę (to okradanie korporacji, która wykupiła koncesję!), eksplodowało powstanie. Boliwią od 21 lat rządzą socjaliści, tam akurat nie ma złych wiadomości.

W Chile jednak szybko się okazało, że ktokolwiek wygra wybory – rządzi i tak Pinochet zza grobu. Neoliberalno-militarny establishment wydawał się nie do ruszenia.

Tutaj masowy bunt eksplodował w 2019 od pozornie nieistotnego czynnika – cenę przejazdu metrem podniesiono o 4%. Pojawiły się masowe studenckie protesty, wymierzone przeciwko wszystkim siłom politycznym, także „starej lewicy”, która ułożyła sobie modus vivendi z postpinochetowską prawicą.

Nie chciałem o tym czytać, bo wydawało mi się, że wiem jak to się skonczy. Tak jak zawsze, jednych kupią, drugich zastraszą, po dwóch latach nie będzie śladu po proteście.

Aż tu nagle – zonk. Protestujący wymusili zmianę konstytucji (październik 2020), a potem ich przywódca, 37-letni Gabriel Boric, został prezydentem. I co teraz?

Nie mam pojęcia. Jak już pisałem, liczę na oświecone komcie.

Powyższa mapa w tym roku powinna się jeszcze bardziej zaczerwienić. To duże niebieskie to Brazylia, tam w tym roku będą wybory i póki co lewica znacząco prowadzi w sondażach.

Niesamowita wydaje mi się też wygrana Pedro Castillo w Peru i Xiomary Castro w Hondurasie. Lewicowa prezydentka Hondurasu! Marksistowski prezydent Peru! Ay caramba!

Optymistyczny morał jest z tego taki, że wbrew temu, co tak lubi pisać kolega MNF, nie ma „narodów wiecznie prawicowych” (ani oczywiście „wiecznie lewicowych”). Ja mu to w końcu zacznę wycinać, bo ile można.

Co więcej, pozornie wszechpotężny i zabetonowany sojusz tronu, ołtarza i mamony, może się wykopyrtnąć od sprawy tak pozornie nieistotnej, jak niewielka podwyżka cen metra albo prywatyzacja wodociągów. Jacy ci złodzieje w garniturach musieli być zaskoczeni – przecież większe wały uchodziły im bezkarnie, a tu nagle trzeba uciekać w panice przed demonstrantami.

Obyśmy dożyli podobnego zaskoczenia naszych rodzimych kleptokratów w garniturach i sutannach. Ameryka Łaciska pokazuje, że to jest możliwe nawet tam, gdzie się wydawało niemożliwe.

Wigilia u karpiów

Ledwie w felietonie wyraziłem radość, że dawno już nie było sondażu dającego większość koalicji PiS+Konfederacja, niestety pod koniec roku pojawiły się takie. Dobro-zła wiadomośc jest taka, że rośnie Konfederacji, a nie Pisowi, co zmniejsza d’hondtowską premię Pisu.

Nim to wyjaśnię – rys historyczny, czemu mamy tak dziwną ordynację. Jej korzenie leżą w latach 90., gdy główną osią podziału polskiej polityki była postkomuna/postsolidarność.

Doświadczenie pierwszych rozdrobnionych Sejmów doprowadziło do zgody, że ordynację należy zaostrzyć. Zaostrzono ją za rządów koalicji AWS-UW.

Pod koniec kadencji oba te ugrupowania spadły poniżej progu. Wszechpotężna (rzekomo) „Gazeta Wyborcza” robiła co mogła, by obronić Unię Wolności – skończyli z imponującym wynikiem 3,2%.

Nowa ordynacja poza progami wprowadzała też bardzo małe okręgi, od 7 do 19 mandatów. Te progi tworzą „próg realny”, w siedmiomandatowym okręgu przekraczający 10%.

SLD prowadziło w prawie wszędzie, z wyjątkiem Tarnowa, gdzie na pierwszym miejscu był PSL. Gdyby wyniki przeliczano według d’Hondta, dostaliby kilkadziesiąt mandatów więcej.

Nikt wtedy nie myślał, że Leszek Miller w ciągu jednej kadencji sprowadzi swoje ugrupowanie z 41% do 11%, a desperackimi pomysłami typu „Ogórek na prezydenta!” w ogóle poniżej progu. Dlatego tego d’Hondta wprowadzili.

Jest tu interesująca prawidłowość, że w dziejach polskiej ordynacji trzykrotnie karpie urządzały wigilię. Kolejno AWS-UW, SLD-PSL i PO-PSL przyjmowały zasady niekorzystne dla słabszych ugrupowań, padając ich pierwszą ofiarą.

Najdziwniejsze, że te zmiany zazwyczaj były aprobowane przez PSL, który też ma problem z progiem. Przypuszczam, że powodem był ficzer, o którym mało się mówi: granice okręgów sztucznie promują wyborców prowincjonalnych.

Oś „prowincja-metropolia” to dziś podział ważniejszy niż „komuna/postkomuna” czy nawet „prawica/lewica”. Kaczyński to pierwszy lider, który wyciągnął z tego logiczne wnioski.

PiS od początku pozycjonuje się jako „partia prowincji”. Nie używają tego słowa, ale semantycznie do tego się sprowadzają przekazy typu „postawiliśmy na zwykłą Polskę”. Jakby w miastach powyżej 100 tysięcy było coś niezwykłego.

Jak to działa? Weźmy Gdynię. Ma 244 tysięcy mieszkańców, rządzi w niej niepisowski prezydent. Ale w wyborach parlamentarnych Gdynia sztucznie dołączona jest do okręgu Słupsk, razem z Bytowem, Chojnicami i Lęborkiem.

Gdyby inaczej dzielić okręgi i na przykład zrobić z Trójmiasta dwa okręgi wielkomiejskie, premie za dwa pierwsze miejsca dostałaby „partia metropolii” – a tak, dostaje jedną, drugą oddając „partii prowincji”. Aglomeracje warszawską też można by dzielić np. na lewobrzeżną i prawobrzeżną, tymczasem odcięto Konstancin i Łomianki, żeby je roztopić wśród mazowieckich wiosek nad Bugiem i Bzurą.

W ostatnich wyborach Platforma wygrała w pięciu okręgach, PiS w 36. Premii od d’Hondta nie zawsze się dostaje za pierwsze miejsce, ale trywializując można powiedzieć, że PiS miał na to siedem razy więcej okazji.

Ordynacja rozciencza wielu wyborców wielkomiejskich w okręgach prowincjonalnych. Gdyby nie to, PiS nie miałby samodzielnej większości w 2019, ani nawet w 2015. I to akurat wina Tuska, bo ostatnie zmiany wprowadzono w 2011.

Stąd mój sceptycyzm wobec idei „zjednoczonej opozycji”. Po pierwsze, w ogóle nie wierzę, że antypisowskie elektoraty da się zsumować – że jak Tusk i Zandberg zrobią sobie wspólne zdjęcie, ich wyborcy też się rzucą sobie w ramiona.
Po drugie, w ten sposób opozycja tylko jeszcze bardziej wygra tam, gdzie cały czas wygrywa, czyli w Warszawie, Gdańsku i Poznaniu. Tam po prostu jeszcze raz dostanie tę samą premię od d’Hondta co w 2019 i bilans wyjdzie na zero (pero, pero-o-o…).

Podział na metropolię i prowincję jest tak silny, że mało prawdopodobne wydaje mi się, żeby w Siedlcach wygrała ta sama partia, co w Warszawie. Co więcej, im bardziej zmobilizowani będziemy „my”, tym bardziej zmobilizują się „oni” – a naszym największym sojusznikiem będzie teraz po prostu apatia i frustracja obozu pisowskiego.

To, czego opozycja potrzebuje teraz najbardziej, to partia, mogąca odebrać Pisowi poparcie prowincjonalnego elektoratu. Nie o to chodzi, że ja lubię PSL – far from it – tylko że ugrupowania klasycznego antypisu wydają mi się zbyt jednoznacznie wielkomiejskie.

Ten podział nie będzie wieczny. Nie było go widać w wyborach jeszcze 20 lat temu. Sztucznie generują go dwa czynniki: po pierwsze, ordynacja; po drugie, komercyjne media.

Kiedyś mieszkańcy wielkich miast byli atrakcyjnym targetem, dlatego zabiegały o nich wszystkie media (z wyjątkiem niekomercyjnego Radia Maryja). Dziś razem z wyrównywaniem poziomu życia i aspiracji konsumpcyjnych to nie ma sensu.
Tylko że to się nie zmieni w ciągu najbliższego roku czy dwóch. A więc jeśli chodzi o te wybory – wydaje mi się, że jednoczenie opozycji nie jest dobrym pomysłem na obalenie PiS.

Soooo twenty twenty


W mojej bańce fejsbukowej film „Don’t Look Up” jest lekturą obowiązkową. Podobnie to powinno wyglądać w bańce blogokomentatorskiej – zapraszam do wyrażania opinii.

Moim znajomi są skrajnie podzieleni w opiniach. Wszyscy zgadzają się z ogólnym przesłaniem filmu (jakby ktoś się nie zgadzał, to bym przecież odziomał), ale niektórych razi jego nachalna dydaktyczność.

Rzeczywiście, tu nie ma niuansów. Przesłanie jest podane na tacy, bez żadnego „tak ale”.

Z drugiej strony, jakie tu mają być niuanse? To przesłanie wyrażone jest nawet w piosence z filmu, duetu Ariana Grande & Kid Cudi: „get your head out of your ass / listen to the goddamn qualified scientists (…) 'Cause you’re about to die soon everybody”.

Byłoby zabawne, gdyby to zabrzmiało na zatłoczonym densflorze jednej z nadchodących imprez z serii „Sylwester z Omikronem”. „And you can act like everything is alright /
But this is probably happening in real time”.

Myślę, że dla moich niezadowolonych znajomych to był po prostu pierwszy kontakt z żartami Adama McKaya. Ci, którym nie podobało się „Don’t Look Up”, to zarazem zazwyczaj ci, którzy ekscytują się nowym tłumaczeniem „Ulissesa” albo oglądają pięciogodzinny film Paolo Sorrentino „Schnięcie farby w prowincjonalnym włoskim kościółku w latach sześćdziesiątych”.

Zachwycałem się przed laty filmem „Big Short”, w którym publicystyczne przesłanie na temat kryzysu finansowego również wyrażali sławni ludzie w roli samych siebie albo parodii samych siebie, w tym niezapomniana „Margot Robbie w wannie dla przyciągnięcia uwagi”. Gwiazdorska obsada „Don’t Look Up” robi w gruncie rzeczy to samo.

Mam tylko dwie krytyczne uwagi. Miażdżąca ocena mediów jest tu bardzo zabawnie pokazana, ale jednak przesadzona.
W filmie mamy z bliska pokazane dwie redakcje. To gazeta „New York Herald”, parodia „New York Timesa”, oraz generyczna telewizja śniadaniowa.

Nie umiem ocenić trafności tej drugiej parodii, bo ani nigdy w takim miejscu nie pracowałem, ani tego nie oglądam. Gazetę działającym w modelu subskrypcyjnym pokazano tu jako typową portalozę, a to już budzi mój sprzeciw.

Lubię pesymistyczny sarkazm, sam więc czasem rzucam tekstami typu „co za różnica, klikalność czy prenumerowalność”. Ale różnica z całą pewnością jest.

Użyję własnego przykładu. Miałem niedawno trochę klikalnych tekstów, zauważyli to nawet PT Komcionauci.

Jednocześnie tekstem, który najwyżej był oceniany według parametrów prenumeratowych (to kombinacja „ile osób kupiło prenumeratę by przeczytać” oraz „ilu prenumeratorów przeczytało), był długaśny esej o superstrunach na podstawie książki Michio Kaku. Którą skądinąd polecam.

Z mediami nie jest więc dobrze, ale nie jest też AŻ TAK źle, jak ten film sugeruje. W prawdziwym świecie bohaterowie znaleźliby medium, które potraktowałoby ten temat na serio.

Po drugie, przesłanie filmu dotyczy roku 2020. Meryl Streep i Jonah Hill parodiują Trumpa i Trumpiątka. Świetnie im to wychodzi, ale przecież dziś Ameryką rządzi kto inny.

Śmiejac się (przez łzy) z tamtych afer nie zauważamy tego, że dziś na przykład Trump alienuje swoich dawnych wyznawców, mówiąc o skuteczności szczepionek. Podobne problemy ma dziś prawica w Polsce.

Antyszczepionkowców nie ma może na lewicy, ale są w Antypisie. Układa nam się więc nowy podział. To już nie jest takie proste, że lewica mówi językiem nauki, a prawica językiem Alexa Jonesa.

Z tego nowego podziału wynikają nowe wyzwania i nowe sytuacje komiczne. Trump wygwizdany przez swoich zwolenników! Kaczyński, który nagle łagodnieje i nie chce niepotrzebnych restrykcji!

Pośmiałbym się z tego, a nie z wyzwań roku 2020. Te już ośmieszył netfiksowy paradokument „Death to 2020”. Sprzed roku, a jakby z innej epoki.

PS. Komentarze antyszczepionkowców są jak zwykle mile widziane, ale na zasadzie kulturalnego pytania i pokornej akceptacji odpowiedzi od osób bardziej kumatych. Komentarze odsyłające do filmików na jutubie będą wycinane bez dania racji.

Galaktyczny szop pracz

Zawsze chcę dokładnie poznać argumenty strony, z którą się nie zgadzam. Sięgnąłem więc po książkę Kary’ego Mullisa „Dancing Naked in the Mind Field” głównie ze względu na jego sławę jako denialisty klimatycznego.

Mullis dostał nagrodę Nobla z chemii za wynalezienie metody PCR, którą dziś powszechnie się stosuje w diagnozowaniu Covid-19. Po chemiku oczekiwałem argumentacji, która będzie intelektualnym wyzwaniem. Dostałem jednak coś innego.

Mullis na przykład całkiem serio przytacza w swojej książce dowód na zjawiska paranormalne. Otóż pewnego dnia przygotowywał dla siebie inhalację z gazu rozweselającego i źle dobrał ciśnienie. Zaaplikował sobie taką dawkę, że stracił przytomność. Ocknął się na podłodze, z lekkim odmrożeniem ust.

Obok niego leżał pokryty szronem ustnik. To go zdziwiło, bo nie pamiętał, by go wyjmował z ust – ale to wyjęcie uratowało go przed jeszcze poważniejszymi obrażeniami. Gdyby tak leżał nieprzytomny z lodowatym aparatem w ustach, nie skończyłoby się na drobnym odmrożeniu.

Kilka miesięcy później spotkał koleżankę. „Jak myślisz, kto ci wtedy wyjął ten ustnik?” – spytała i wyznała, że odebrała telepatyczne wezwanie o pomoc i przybyła do Mullisa poprzez czwarty wymiar, dyskretnie się przezeń potem ewakuując, nie czekając aż ten odzyska świadomość.

Koleżanka nie mogła tego zmyślić, bo – argumentuje Mullis – powiedział o tym w zaufaniu tylko dwóm osobom. Te obiecały mu, że nikomu ani mru-mru!

Mullis nie bierze pod uwagę innych wyjaśnień. Że na przykład jednak sam sobie wyjął ten ustnik, ale po prostu tego nie zapamiętał. Albo że te dwie osoby też w zaufaniu opowiedziały o tym czterem osobom, które powiedziały ośmiu (itd).

W podobnym stylu argumentuje, że kiedyś spotkał kosmitę (pod postacią świecącego szopa pracza, który mówił po angielsku). A także że astrologia mówi prawdę o ludziach.

Argumentacja Mullisa przypomina popkulturowy stereotyp „stoner logic”. Można sobie tę książkę wyobrazić jako komedię Judda Apatowa („duuuude, spotkałem kosmicznego szopa pracza”!).

Na studiach chemicznych można spotkać ludzi, którzy tam poszli, żeby produkować dla siebie narkotyki. Na moim roku też był taki kolega, nie żyje od kilkunastu lat. Mullis miał więcej szczęścia, ale nie ukrywa, że to była również jego główna motywacja (systematycznie mieszał mocniejsze używki z banalnym alkoholem, może to go uratowało).

Jak z takim podejściem można dostać Nobla? Używki czasem wspomagają myślenie lateralne. Wynalezienie PCR wymagało spojrzenia na DNA jak na program komputerowy, czyli połączenia wiedzy z dwóch różnych dziedzin.

Ktoś by to w końcu zrobił. Nie odmawiam Mullisowi pierwszeństwa i zasłużonej nagrody, niemniej jednak: to był wynalazek, a nie odkrycie.

Mullis to typowy przykład tego, co Marks w „Nędzy filzofii” nazwał „Fachidiotismus”. Fachidiota może być bardzo sprawny w bindowaniu droselklapy na szoner, a jednocześnie dziecięco bezbronny wobec prostych zadań logicznych.

Denializm Mullisa jest więc rozczarowująco banalny. Stawia sprzeczne ze sobą tezy („klimat się oziębia, bo kiedyś Wikingowie”; „to fajnie, że się ociepla, dzięki temu przyjemnie mi na tarasie”).

Koronny argument, że to nie może być skutek działalności człowieka wygląda tak – do tego musielibyśmy być panami stworzenia. A nie jesteśmy, bo boimy się ciemności (sic).

To i tak jakoś z grubsza przypomina implikację. W sprawie denializmu HIV argumentacja sprowadza się do tego, że Mullis prywatnie lubi innego denialistę, Duisberga – a za to nie lubi odkrywców wirusa HIV.

Co więc wywołuje tę chorobę? Niezdrowy styl życia gejów. A dlaczego inni też chorują? Bo na walkę z AIDS są duże pieniądze, więc dowolne zapalenie płuc przypisuje się AIDS.

Książka jest z 1998, Mullis zmarł w 2019, ale można sobie mniej więcej wyobrazić, co pisałby dzisiaj. Charakterystyczne dla jego denializmu jest unikanie konkretów przy zamiłowaniu do rozbudowanych, niby-dowcipnych metafor. Coś jak klasyczny argument, że ziemia jest płaska: bo buty się zużywają najbardziej na obcasie i palcach, a gdyby była okrągła, zużywałyby się pośrodku, szach mat lewaki!

Książka mnie więc rozczarowała. Nie ma tu wyrafinowanego denializmu, jest taki jak zwykle. Łańcuchy tautologii, parę pojęć jak cepy.

Streszczam wam to głównie po to, żebyście nie popełnili mojego błędu i tego nie czytali. Wyrafinowany denializm jest jak rozsądny terfizm – po prostu nie istnieje.

Now Playing (186)

Z europejskim federalizmem zetknąłem się po raz pierwszy jako nastolatek, bardzo nietypową drogą. W 1983 powerplayem radiowej Trójki była piosenka „Midnight Summer Dream” zespołu The Stranglers i jak wielu moich rówieśników – zakochałem się w niej.

No tak, chciałbym udawać, że fanem „Stranglersów” byłem od początku, ale bądźmy szczerzy, kiedy wyszła płyta „Rattus Norvegicus”, miałem 8 lat. Pokochałem ich w fazie synthpopowej, punkowe albumy poznałem jednak zaraz potem i też je uwielbiam, w zasadzie do dziś.

Jednak pierwszą ich płytą w mojej kolekcji była „Feline”. Nie od razu ją miałem jako winyl, najpierw przegrałem na kasetę (skądinąd od towarzysza Zgliczyńskiego).

Choć nie ma tam żadnego utworu równie hitowego jak „Midnight Summer Dream”, to jednak z przyjemnością słuchałem całości. Wszystkie piosenki mają tam oniryczny charakter, była to więc jedna z moich ulubionych płyt do słuchania przed zaśnięciem.

W rezultacie hipnagogicznie nauczyłem się na pamięć tekstów, wiele z nich umiałbym wyrecytować do dzisiaj. Większość nie ma większego sensu, jak choćby ten hicior o śnie nocy letniej. Wyróżnia się na tym tle piosenka w zasadzie tytułowa, bo choć nazywa się inaczej, to w niej występuje tytułowy kot, a właściwie kotka.

Piosenka odwołuje się do metafory, która dziś jest może ryzykowna, bo ociera się o seksizm – ale to było akceptowalne w latach 80., it was acceptable at the time. Zaczyna się od opisu urody jakiejś kobiety (która porusza się z kocią gracją), po czym okazuje się, że to nie kobieta, tylko personifikacja Europy:

I saw her in the Strasse
And in the Rue as well
Pursued her in the high street
She had me in her spell
The European female’s here
We’ll be together for a thousand years

No cóż, jeśli ta piosenka miała oddawać związek Anglii z Europą, to ten tysiąc lat trwał w praktyce jakieś 47 (choć tu zależy jak liczyć). Przy okazji tej piosenki dowiedziałem się, że Jean Jacques Burnel (sam w pewnym sensie będący owocem tego związku) jest entuzjastą ideii Stanów Zjednoczonych Europy, którą propagował też w solowym projekcie „Euroman Cometh”, który poznałem poprzez bardzo dziwną epkę „Stranglersów”, „Do The European”.

40 lat temu unijny federalizm kojarzyło się z buntem, kontrkulturą i kontestacją. Kiedy Berlin przedzielała strefa śmierci, trudno było to zresztą traktować serio.

Do Stranglersów wróciłem ostatnio głównie dlatego, że nagrali nową płytę. Zaskakująco dobra!

Ale do tego kawałka z kolei wróciłem, bo wokół konfliktu „federacja czy nie” zaczyna się rysować oś polityczna także w Polsce. Boję się, że nasza opozycja jak zwykle będzie unikać tego tematu, bo to zbyt kontrowersyjne.

Na moim blogu ja ustalam reguły, a więc wznieśmy okrzyk: niech żyje federacja europejska! I niechaj basuje nam do tego charakterystyczna linia basu J.J. Burnella!

Rozkosz bycia gdzie indziej

Kolejna faza wojny na Czerskiej wywołała wiele komentarzy ze złotymi radami typu „w takim razie niech Agora po prostu sprzeda Wyborczą” albo „niech jedna strona odwoła drugą”. Tę notkę piszę gwoli wyjaśnienia, czemu najprostsze rozwiązania są w tej chwili nierealne.

Gdy 20 lat temu ojcowie i matki założyciele Agory szykowali się do wejścia na giełdę, obmyślili sposób na utrzymanie kontroli nad spółką. To uprzywilejowane akcje serii A, zwane metaforycznie „złotymi akcjami”.

Nie można ich kupić na giełdzie. Jedna akcja serii A daje pięć głosów na walnym zgromadzeniu, ale co ważniejsze, w praktyce tylko ich posiadacze mogą dokonywać zmian składu rady nadzorczej i zarządu.

Teoretycznie inni akcjonariusze mogą zgłaszać swoich kandydatów, ale dopiero gdy posiadacze serii A „wyczerpią swoje prawa”. To w praktyce uniemożliwia wrogie przejęcie Agory SA – nawet gdyby ktoś skupił wszystkie akcje na giełdzie, da mu to w najlepszym wypadku mniejszościową reprezentację we władzach spółki.

Do kogo należą akcje serii A? Do spółki Agora-Holding, którą ojcowie i matki założyciele powołali głównie w tym celu – jako strażnika Złotego Pakietu Kontrolnego.

Holding już nie ma akcji, ma udziałowców. Jest ich w tej chwili pięcioro: Seweryn Blumsztajn, Helena Łuczywo, Wanda Rapaczyńska, Barbara Piegdoń, Bartosz Hojka.

Udziałów w Agora-Holding nie można kupić, sprzedać ani odziedziczyć. Wejść do spółki można tylko przez kooptację. Odejście oznacza umorzenie udziału.

Tradycyjnie z objęciem stanowiska prezesa wiąże się kooptacja do Holdingu, a gdy prezes „podejmie inne plany życiowe” – jego udział jest umarzany. Prezes Agory ma więc władzę większą, niż typowej korporacji, w której CEO jest tylko najemnikiem akcjonariuszy. Tutaj prezes ma wpływ na najważniejszego akcjonariusza, a więc pośrednio na skład Rady Nadzorczej.

Ten mechanizm na pierwszy rzut oka jest genialny. Zapewnia harmonijną sukcesję, pozwalającą uniknać intryg jak z serialu „Sukcesja”. Za każdym razem, gdy ktoś z Holdingu odchodzi, pozostała czwórka powołuje kogoś na jego miejsce. Co tu może pójść nie tak?

Coś jednak może, bowiem Holding wobec obecnego konfliktu zajmuje przedziwne milczenie. Reakcja strażników Złotego Pakietu sprowadzała się do wymijającego oświadczenia z 16 czerwca, sprowadzającego się do apelu o wyciszenie emocji.

Wygląda na to, że Holding jest w tej sprawie podzielony. W różnych przeciekach zdradzano już nawet domniemany rozkład głosów. Nie będę w to wnikać, ograniczam się w tej notce do tego, co stanowi informację publiczną. W każdym razie, bez zdecydowanego działania Holdingu proste rozwiązania nie wchodzą w grę.

W KRS można sobie sprawdzić PESELe, a więc także wiek udziałowców Agora-Holding. Prezes Hojka ma 47 lat i młodszy o pokolenie od pozostałej czwórki (trzy osoby są mocno po siedemdziesiątce).

Moim zdaniem, te liczby wyjaśniają wszystko. W co gra prezes, dlaczego ten konflikt ostatnio się tak zaostrzył, skąd ten pat decyzyjny. Ja te odpowiedzi widzę w peselach, ale to już spekulacje, więc na tym poprzestanę.

Hojka odstaje od reszty Holdingu nie tylko wiekiem, także biografią. Skąd on się tu w ogóle wziął?

W 2013 poleciał, przepraszam, odnalazł nowe plany zawodowe, cały zarząd prezesa Niemczyckiego. Holding szukał nowego prezesa przez rok i odnalazł go w szefie agorowego pionu radiowego – który był pod każdym względem anty-Niemczyckim. Młody, dynamiczny, skuteczny, pełen pomysłów, nieuwikłany w polityczne przepychanki obozu „solidarnościowego”.

Od siedmiu lat w zarządzie Agory nie ma nikogo związanego z „Gazetą Wyborczą”. Może to i dobrze, bo nie wiem, czy ta spółka by z poprzednią ekipą dożyła do dziś.

Ale efekt jest taki, że ogon zamienił się miejscami z psem. Zwolennicy obu stron konfliktu używają teraz formuły „ogon macha psem”, ale gdzie indziej widzą psa.

Ludzie tak starzy jak ja pamiętają, że Agora miała być biznesowym wsparciem dla „Gazety Wyborczej”. Tak to 20 lat temu przedstawiano, można zajrzeć do starych wywiadów z Rapaczyńską.

Kiedy jednak te chude czasy nadeszły okazało się, że to właśnie agorowe imperium parówkowo-kinowe jest w centrum uwagi kierownictwa. To zrozumiałe choćby z powodów psychologicznych, w końcu ja sobie mogę pokpiwać z tych parówek, ale one są niezaprzeczalnym osobistym sukcesem Hojki i jego ekipy.

Tylko że do tego imperium „Gazeta Wyborcza” pasuje już nawet nie jak ogon do psa, tylko jak kwiatek do kożucha, by nie rzecz wręcz dziura do mostu. W normalnej firmie to nie do pomyślenia, żeby recenzent szydził z książki wydawanej przez tę firmę – tak jak Krzysiek Varga z twórczości p. Blanki Lipińskiej.

Struktura Agory daje „Gazecie Wyborczej” niezależność. Zarząd nie może polecić redakcji, że o tym ma pisać tak, o owym siak, a o tamtym w ogóle milczeć.

Tej niezależności nie ma choćby w portalu. Kiedy im zarząd wyda polecenie „zlikwidujcie dział opinii” – to likwidują.

Z poglądami Michnika można się nie zgadzać – ja się często nie zgadzam – ale nie można mieć wątpliwości, że to są JEGO poglądy. Niczyja groźba ani prośba, żadna sakiewka, żaden prezes, żaden dyrektor nie mogą go skłonić do ich zmiany.

Obecny konflikt toczy się o zlikwidowanie tych zabezpieczeń. Jeśli zarząd postawi na swoim – będzie mógł wydawać redakcji polecenia typu „od dzisiaj o Blance Lipińskiej piszecie albo dobrze, albo wcale”. Albo: „od dzisiaj linia polityczna ma być taka-a-taka”.

Zarząd zapewnia, że szanuje niezależność dziennikarską. Szanuje tak bardzo, że chce ją skasować.

Werbalne deklaracje tych ludzi nie mają wartości. To fakt, nie spekulacja. Ja się o tym przekonałem jako związkowiec już dawno, naczelni niedawno, ale gdyby mnie za tą wypowiedź pozwano, bez trudu to udowodnię to w sądzie, pomogą mi w tym dziesiątki świadków.

Jestem o tyle staroświecki, że muszę odczuwać minimum szacunku i sympatii do współpracowników, a już zwłaszcza do szefów. Dlatego z prezesem Hojką i jego ludźmi (oraz, szerzej – tego typu ludźmi) nie chcę pracować już nigdy.

To mnie skazuje na banicję z korporacyjnych mediów, bo ja się tak poza tym zgadzam, że tak rozumiana niezależność jest dziś w Polsce anomalią. Trzymam kciuki za tych, którzy teraz walczą o jej zachowanie – ale ja już zagłosowałem nogami.

Teczka i gabardyna

Czekałem jak na szpilkach na biografię Lema pióra Agnieszki Gajewskiej. Byłem ciekaw nowych odkryć trochę jako fan Lema, a trochę jako autor innej biografii – czy przypadkiem nie popełniłem w niej jakiegoś grubego błędu?

Na szczęście nic takiego nie znalazłem. Znalazłem za to dużo więcej szczegółów, przede wszystkim na temat Samuela Lehma i roszerzonych rodzin Le(h)mów, Wol(l)nerów i Heschelesów.

To trochę kwestia priorytetów. Ja bardzo chciałem uciec z okupowanego Lwowa i całej tematyki okołoholokaustowej, żeby dojechać w końcu do tego Lema, o którym chciałem pisać najbardziej – PRL-owskiego bon vivanta, który zatrzaskuje za tym wszystkim drzwi od wartburga de luxe.

W mojej książce ta tematyka jest ograniczona do minimum. A i tak odchorowałem pisanie tego rozdziału.

Gajewska z kolei do minimum ogranicza wartburgi, ale stworzyła wielobarwny portret środowiska lwowskich Żydów – tych stawiających na asymilację i tych zachowujących ortodoksję. Bezimienni „wujkowie i ciotki” z „Wysokiego Zamku” zyskują imiona i biografie.

Niemalże zaglądamy im do pit-ów, bo Gajewska włożyła dużo wysiłku w tropienie spraw majątkowych. Z „Wysokiego Zamku” można wysnuć wrażenie, że Lem przyszedł na świat w rodzinie zamożnej „od zawsze”, tymczasem Samuel Lehm wydźwignął się z względnej biedy do wyższej klasy średniej ciężkim wysiłkiem.

Razem z tymi szczegółami „wujkowie i ciotki” zyskują też bardziej precyzyjny opis okoliczności śmierci. Samuel Lehm w listach do Hemara (do których dotarła jego biografka, Anna Mieszkowska) podzielił się wiedzą na temat okoliczności śmierci „stryja Fryca i ciotki Berty”.

To jest straszna lektura. W swojej książce ograniczam się do podania widełek czasowych daty ich śmierci – w świetle listu do Hemara można je zawęzić, acz ustalenie dokładnej daty nadal jest niemożliwe.

Podczas spotkań autorskich często jestem pytany, czemu dla Lema tak ważne było ukrywanie żydowskiej tożsamości. Będę się teraz powoływać na biografię Gajewskiej, bo w tej książce to jest precyzyjnie wyjaśnione.

Dla mnie to było naturalne. Wyrastałem w późnym PRL, w którym ta tematyka była stabuizowana. O Żydach się po prostu nie mówiło, ani dobrze, ani źle.

Wyrażała to anegdota, którą lubił także Lem, o rozmowie amerykańskiego i radzieckiego dyrygenta, że ten drugi chwaląc się swoją tolerancyjnością mówi, że ma w swojej orkiestrze aż siedmiu Żydów, a ten pierwszy na to, że nie przyszło mu do głowy pytać.

W praktyce jednak amerykański dyrygent by o tym przecież wiedział, bo podczas podróży orkiestry, widziałby formularze z zaznaczonymi posiłkami koszernymi, halal, weget i gluten free.

Nie lubię tej anegdoty, bo pośrednio wynika z niej ideał społeczeństwa, w którym wszyscy są JEDNAKOWI. Mniejszości są tolerowane, o ile się ukrywają. Jak już pisałem, od dziecka czuję sympatię do naiwnie optymistycznej inkluzywności.

Spójrzmy jednak na to z punktu widzenia Lema. Ze Lwowa do Krakowa wyjeżdżają 17 lipca 1945 – wycieńczeni, zrujnowani, straumatyzowani.

Kraków jest miastem ciemnym, brudnym i niebezpiecznym. Miasto grozy z „Wśród umarłych” to głównie Lwów, ale chyba trochę także Kraków z 1945.

Pod koniec lipca zaczyna się pogrom krakowski. Czasem podawana jest jego konkretna data (11 sierpnia), ale ta data to tylko kumulacja zajść.

Zaczęło się wcześniej. Tradycyjnie, od pogłoski o „porwanym dziecku”. Jeszcze w lipcu więc osoby o „żydowskim wyglądzie” są napadane i bite na ulicach Krakowa.

Pierwsze, co Lemowie słyszą od zaprzyjaźnionej rodzjny Kołodziejów, która udostępnia im ciasny kąt przy Śląskiej – to porada, żeby lepiej chwilowo nie wychodzili z domu. To zresztą też nie gwarantowało bezpieczeństwa, jedyna oficjalna ofiara śmiertelna pogromu – ocalona z Auschwitz 56-letnia Róża Berger – została zabita w mieszkaniu.
Rok później zaś nadchodzi dużo bardziej krwawy pogrom kielecki, w którym zginął Seweryn Kahane – daleki krewny Le(h)mów. Dla ocalonych Żydów koszmar więc nigdy się nie skończył, druga połowa lat 40. nauczyła ich, że nawet Kraków, stolica polskiej kultury, w każdej chwili może stać się dla nich śmiertelną pułapką.

Jedyne wyjście to asymilacja. Mimikra. Maska. Konformizm. Postawa bardzo charakerystyczna dla całego „wielkiego pokolenia”, nie tylko dla Lema.

Gajewska zwraca uwagę na przywiązanie Stanisława Lema do modelu elegancji, w którym ideałem jest styl urzędnika, który niesie „czarną teczkę” w „futrze gabardyną krytym”. To charakterystyczna postawa całego pokolenia, w USA mówi się o „konformizmie ery Eisenhowera”.

Rówieśnicy Lema z wielką niechęcią patrzyli na pokolenie boomerów, które zaczęło nosić podarte dżinsy, koszule w kwiaty, długie włosy i koraliki. Lem tę niechęć wyrażał w prozie (np. w „Kongresie futurologicznym”) i to była jedna z pierwszych rzeczy budzących we mnie niezgodę podczas młodzieńczych lektur.

Ten konformizm brał się z wojennej traumy. Nawet w Ameryce, nawet w krajach neutralnych lepiej było wtedy wyglądać jak „typowy obywatel”.

Wielu Żydów przecież wydostało się z Trzeciej Rzeszy dzięki fałszywym papierom. Dziś stawiamy pomniki dyplomatom, którzy pomagali je produkować – ale w Szwecji czy Hiszpanii posługiwanie się nimi było przestępstwem, grożącym więzieniem, albo co gorsza deportacją.

A nawet jeśli ktoś nie był Żydem, miał powody się obawiać, że zostanie omyłkowo wzięty za takowego. Choćby w Krakowie wiele osób pobito w 1945 „za wygląd”.

Wydaje mi się, że niechęć Lema do mówienia o swoich korzeniach była szczególnym przypadkiem ogólnego dążenia do ukrycia się w „gabardynowej ortodoksji”. I dalece nie był pod tym względem nietypowy dla swojego pokolenia, wprost przeciwnie.

Samuel Lehm był z kolei przywiązany do elegancji jeszcze z czasów Franciszka Józefa. Lem o tym wielokrotnie wspominał.

Mniemam, że musiał mieć żal do ojca, że ten – zamiast się wtopić w gabardynową urzędniczość – zwraca na siebie uwagę, paradując po ulicach Krakowa jak postać z innej epoki.

Wyobrażam sobie, że w sierpniu 1945 to mogło być tematem gorących sporów w mieszkaniu na Śląśkiej. Że ta ekscentryczna elegancja może do tego mieszkania przyciągnąć ludzi, którzy 11 sierpnia przyszli po Różę Berger.

Czy to pytanie kiedykolwiek w Polsce przestało być aktualne? Czy kiedykolwiek stała się krajem bezpiecznym dla mniejszości?

Moim zdaniem, nigdy. Ale moje zdanie tu nie ma znaczenia, ważniejsze jest zdanie Lema. Po 1946 po prostu uważał, że lepiej o tym nie mówić. Doskonale to rozumiem.

Jak załatwić reparacje od Niemców

Nie uważam, że to jest całkiem niemożliwe – choć uważam, że PiS nie jest w stanie tego załatwić. Nad czym ubolewam, bo przy całym moim hejcie na PiS, chcę pieniędzy dla Polski, bo dłużej klasztora niźli przeora.

W komciach pisowców widać pomysły typu „złożyć pozew przez najlepszą kancelarię w Nowym Jorku”. Owszem, taka kancelaria mogłaby to nawet wziąć, tak jak Trumpa obskoczyli naciągacze, obiecujący mu odwrócenie wyborów w Sądzie Najwyższym.

Kancelaria przecież wygrywa nawet gdy przegrywa, bo wystawia rachunek za każde pismo i każdą godzinę. Tylko że Polska w tej chwili nie ma argumentów, którymi mogłaby wygrać na płaszczyźnie prawnej – i na to żadna kancelaria nie pomoże.

Argumenty pisowców z serii „co nas obchodzi, że władze PRL się zrzekły, to nie miało mocy prawnej!” nadają się na Twittera, ale nie do sądu. To nie zadziała, tak jak nie mogły zadziałać argumenty Giulianiego typu „affidavity od świadków, którzy widzieli Dziwne Pudła i Tajemnicze Samochody”.

W Unii jednak wielokrotnie widzieliśmy (i jeszcze nie raz zobaczymy) sytuacje, w których coś się udawało załatwić mimo braku podstawy prawnej. Nie jestem prawnikiem ani historykiem, ale jestem Człowiekiem Który Przeczytał Dużo Książek Na Te Tematy (TM). I na tej podstawie skomentuję to następująco.

W polityce międzynarodowej można wszystko, jeśli się ma wielu sojuszników – zwłaszcza wiernych i stabilnych, na których zawsze można liczyć, jak kraje Beneluksu czy Unii Nordyckiej na siebie nawzajem. I odwrotnie, kraj pozbawiony sojuszników nic nie może, nawet jeśli ma solidne argumenty, jak Polska w sprawie Zaolzia albo Węgry w sprawie Trianon.

Pierwszy krok w sprawie reparacji powinien więc wyglądać tak – Polska powinna budować szeroką koalicję państw poszkodowanych przez Niemcy w drugiej wojnie światowej. Przy okazji jakiejś rocznicy robimy wielki szczyt i zapraszamy Grecję, Francję, Belgię, Holandię, Czechy, a choćby i Austrię (choć wszystko się we mnie przewraca gdy patrzę, jak oni sprytnie się zrebrandowali na „pierwszą ofiarę Hitlera”).

W hipotetycznym scenariuszu, w którym Niemcy mieliby przeciw sobie większość państw Unii, nie zasłanialiby się już tym, że nic nie muszą. Nagle by się okazało, że sami chcą.

W cywilizowanych krajach przywódcy unikają sytuacji, w ktorych mogą być przegłosowani 26:1. Albo nawet 24:3. Widząc takie coś na horyzoncie, dołączają do większości i na koniec mamy głosowanie 27:0.

Każda taka porażka jest po prostu kosztowna. Mówię to jako Człowiek Który Grał W Niejedną Grę Paradoxu (TM), gdzie za takie coś lecą punkty ujemne do „prestiżu” czy „stabilności” i uważam, że to trafna metafora.

Podobnie działają mechanizmy w grupie rówieśniczej. Im bardziej jesteś niepopularny, tym bardziej jesteś niepopularny, bo potencjalni sojusznicy nie chcą się zarazić niepopularnością.

PiS na własną prośbę zaczął od kilku głosowań przegranych 27:1. To było głupie i niepotrzebne. I teraz jedynego sojusznika ma w Orbanie, który wprawdzie często mówi o swoim poparciu dla Polski, ale rzadko to demonstruje czynem.

Nie ma ani jednego państwa, które głosowanie razem z Polską uważałoby za element długofalowej polityki, przypominającej sojusz anglo-portugalski (established 1386). Potencjalnych sojuszników PiS odrzuca – jak ostatnio choćby USA, gdzie źli nie głosowali tak, jak by PiS chciał, więc oczywiście ich też musimy obrażać.

Kiedy opozycja ostrzegała, że w ten sposób PiS osłabia międzynarodową pozycję Polski – zwolennicy rządu mówili o „wstawaniu z kolan”. Po 6 latach tego wstawania Polska jest już tak słaba, że mogą nas nastukać nawet Czesi. A Orban na to nawet nie kiwnie palcem.

Gdyby Polska dziś próbowała zorganizować dyplomatyczny szczyt z udziałem potencjalnych sojuszników, nikt nie przyjedzie. To się zresztą już dzieje.

Ilekroć w TSUE albo Komisji Europejskiej ktoś podejmie decyzję niekorzystną dla PiS, reżim uderza w kampanie atakującą tę osobę i jej państwo. A więc Holandia to raj podatkowy, a Belgia to kraj Dutroux, a Hiszpania nie rozliczyła faszyzmu.

To są wszystko argumenty dobre na Twittera, żeby minister „vel” pomachał sobie retoryczną szabelką. Ale tak się niczego nie załatwi – ani reparacji, ani sporu z Czechami, ani kolejnych kar nakładanych przez TSUE. Załatwi się za to dalsze narastanie izolacji.

Do załatwiania spraw potrzebni są sojusznicy. Gdzie PiS ich chce szukać, na Marsie? Bo na tej planecie zrazili już do siebie wszystkich, z Albanią włącznie.

Naszpikowanie technologiami


W komentarzach pod poprzednią notką pojawił się Nieuchronny Offtopic – tym razem motoryzacyjny. Poświęcę mu więc notkę dedykowaną niczym obsługa Pendolino.

Otóż jak wiedzą blogobywalcy, jestem (niestety) petrolheadem. W dzieciństwie moimi najukochańszymi zabawkami były tzw. żelaźniaki. I to mi się nie zmieniło do dorosłości.

Raz na jakiś czas zdarza mi się coś tak absurdalnie nieopłacalnego, jak zakup nowego samochodu. Nie będę tego racjonalnie uzasadniać, po prostu od kiedy dowiedziałem się (z filmu „Christine”, bo skąd?) o istnieniu „zapachu nowego samochodu”, marzę by go czasem poczuć.

Dziś prędzej go kupię w sprayu (podobno są takie). Na rynku nie widzę ciekawych ofert. Prawie wszystkie SUVy oferowane w Polsce to teraz hybrydy albo elektryki.

Elektryki mnie nie pociągają, bo w Polsce samochód na prąd to de facto samochód na węgiel, uzasadnienie ekologiczne u nas jest więc kruche. Do tego SUV to samochód, którym w wakacje chciałoby się spędzić trochę czasu na pustkowiach – tam krótki zasięg będzie dyskwalifikującym problemem.

Z hybrydami jest niewiele lepiej, bo po pierwsze, oszczędność paliwa jest symboliczna. A po drugie, dochodzi nam kolejny silnik i bateria, a więc kilkadziesiąt kilogramów, zawierających minerały wydobywane przez niewolników w Kongo. Nie wiem, czy to bardziej etyczne i ekologiczne.

O ile mniej więcej rozumiem, dlaczego firmy motoryzacyjne wycofują się z benzynowych silników – presja regulacyjna, no trudno – to nie rozumiem innego zjawiska. Dlaczego tak trudno dziś znaleźć samochód bez cyfrowych gadżetów?

Copywriterzy portalu gazeta.pl co drugi samochód reklamują tym samym hasłem – „SAMOCHÓD NASZPIKOWANY TECHNOLOGIAMI NIE MUSI BYĆ DROGI. PRZEŚWIETLILIŚMY OFERTĘ. CENA? DOBRA!”.

Ostatnio dla większego zróżnicowania ceny bywają też „rozsądne”, ale początkowo były wyłącznie „dobre”. Nie zmienia się tylko to cholerne naszpikowanie.

Pytam całkowicie serio tych z was, którzy też lubią wspomniany zapach: czy kiedykolwiek kierowaliście się „naszpikowaniem technologiami” jako argumentem za zakupem? Staliście przed wyborem „marka X czy Y” i o wyborze zadecydował wodotrysk typu „polecenia głosowe”?

Mam na myśli realne, konsumenckie wybory. Konkretne decyzje zakupowe, a nie włączenie się do jednej z debat piwniczaków o wyższości maybacha nad bentleyem.

Do „killer ficzerów”, decydujących o wyborze tego a nie innego samochodu w moim przypadku należy na przykład to, że siedzenia Forestera rozkładają się tworząc płaską powierzchnię. Można na tym położyć materac i jest fajniej niż w namiocie.

W praktyce oczywiście, jak typowy kierowca SUVa, częściej wykorzystuję to do transportu płaskich pudeł z IKEI niż do biwakowania w głuszy, ale to też ważne zastosowanie. I nie zamieniłbym go na „naszpikowanie technologiami”.

Dlaczego firmy motoryzacyjne stawiają na „szpikowanie”, tego już nie rozumiem. Domyślam się, że jedną z odpowiedzi są koszty – taniej jest dołożyć nową funkcję do komputera (który i tak musi być), niż zaprojektować i wdrożyć przestronny szyberdach, wygodne fotele czy praktyczny schowek na okulary.

Ale to nie tłumaczy wszystkiego! Przecież za szyberdach i tak się dopłaca (przynajmniej w subaru). Te koszty można przerzucić na klienta i na takich opcjonalnych dodatkach pewnie są największe marże.

Wśród PT komcionautów niektórzy twierdzą, że pracują w pokrewnych branżach. Czy wy coś z tego rozumiecie?

Dla mnie uboczny skutek jest taki, że firmy motoryzacyjne straciły we mnie klienta. Przez większość mojego życia zawodowego marzyłem o takim czy innym samochodzie. Była to dla mnie istotna motywacja do pogrążania się w matczako-seniorowej kulturze zapierdolu.

Ta motywacja zniknęła (co ma przełożenie na różne moje decyzje życiowe). Nowe modele są dla mnie odpychające.

Mam zapłacić za kamerę, która będzie mnie non stop inwigilować, rzekomo dla mojego dobra? Spadajcie.

Mam kupić samochód, który wymaga ciągłej łączności z Internetem, więc zacznie źle działać, gdy stracę zasięg na jakimś malowniczym odludziu? Wypchajcie się.

Ogólnie nie narzekam, bo rozumiem, że i dla planety, i dla mnie osobiście będzie lepiej, jeśli się pozbędę tych marzeń. Jedyny ekologiczny samochód to samochód niewyprodukowany.

Dziwi mnie po prostu kierunek rozwoju i język reklam. To jakby restauracja chwaliła się nie tym, że ma smaczne dania – tylko że jest „naszpikowana technologiami”. Widząc takową, wybiorę kebaba za rogiem.