Do Sławoja Żiżka mam stosunek dialektyczny, jak wypada wobec heglisty. Z jednej strony go kocham, bo podtrzymuje nadzieję, że można być filozofem konsekwentnie lewicowym, ale bez popadania w wybielanie Lenina. Przeżyłem mnóstwo rozczarowań niejednym Chomskym. Z drugiej jednak, czasami gada straszne głupoty. Ze względu na punkt 1, jestem skłonny wybaczać. Parafrazując „Blade Runnera” – „but then again, who doesn’t”.
Przeczytałem ci ja jego niedawną xięgę, „Freedom: A Disease Without Cure”. Jest to esej na temat wolności. Próbując streścić zasadniczą tezę (choć jak wiadomo hegliści celowo piszą tak mętnie, by to uniemożliwić): Żiżek twierdzi, że jedyny sposób na uwolnienie się z dialektyki „pana i niewolnika” to nauczyć się być panem.
To niegłupia intuicja, jakoś zbiegająca się nawet z petersonowym „posprzątaj pokój zanim zaczniesz urządzać świat”. Idol prawicy wyciągnął z tego jednak wnioski idiotyczne w teorii i samobójcze w praktyce – jego własna filozofia uczyniła go ćpunem w delirce. Bo w tym cały ambaras, że jak ktoś się czuje bezkarnym homarem alfa, traci hamulce trzymające w ryzach szarego Kowalskiego („żona odejdzie, wywalą cię z roboty, stracisz prawo jazdy…”).
Książkę czyta się fajnie, bo Żiżek po swojemu Althussera miesza z filmami kung-fu, a do tego opowiada anegdoty jak w przesiąkniętej homofobią jugosłowiańskiej armii najpopularniejszym dowcipem było wsunięcie palca koledze między pośladki. Jest to więc miłe divertimento w sam raz na rozpoczynający się sezon plażowy.
Zauważyłbym jednak, że celniej od Żiżka tę samą myśl wyłożył mezoamerykański myśliciel Ritchie Valens. Podług niego żeby tańczyć bambę („para bailar la bamba”), trzeba się nią stać (jakie to heglowskie!). A osiągamy to powtarzając sobie dialektycznie „yo no soy marinero, soy capitan”.
Przejdę już może do wspomnianych bzdur, bo wszyscy na to czekają. Otóż Żiżek dialektykę wolności buduje na tym, że nauka (rzekomo) zakwestionowała pojęcie wolnej woli, a wszak Metoda Naukowa się do niej odwołuje. Naukowcy (rzekomo) mówią „z własnej woli daj się przekonać że nie masz wolnej woli”.
Ta „nauka” to kwantowy superdeterminizm i genetyka. Teza Żiżka wydaje mi się bzdurą (rzekłbym nawet, typowo humanistyczną bzdurą). Nie jestem oczywiście naukowcem, ale z obu tych przedmiotów zdawałem kiedyś egzaminy u naukowców jako-tako światowej klasy, więc mam papiery dowodzące, że coś z tych kwantów i genów zrozumiałem.
Przede wszystkim superdeterminizm nie jest czymś, co mechanika kwantowa „udowodniła”, tylko hipotezą pomocniczą przyjętą w modelu. Ja zawsze to mówię ciągiem, Hipoteza Superdeterminizmu, jakby to było imię i nazwisko („dla przyjaciół Hipcio”). Moim zdaniem, Żiżek usłyszał „rozważmy przypadek idealnie sferycznej krowy” i zrozumiał „naukowcy twierdzą że krowy są sferyczne”.
Z genami przywalił jeszcze bardziej. Biologia molekularna jest pełna procesów indeterministycznych i chaotycznych, od tautomerii po dyfuzję i osmozę.
Jeszcze zanim to zdążyli skomplikować kwantowcy, już w XIX wieku fizykochemicy rozumieli, że owszem, da się policzyć, ile molekuł przejdzie przez membranę – ale nie wiadomo które. Tymczasem nasze procesy myślowe działają właśnie na zasadzie „stochastycznego przejścia kationu przez ucho igielne”. Rozumowanie typu „miał geny mordercy więc to nie jego wina że zabił” nie jest uproszczeniem tylko wypaczeniem.
Podobnie wyobrażanie sobie DNA jako programu komputerowego jest kuszące, ale mylące. Odczytywanie i egzekucja kodu bardziej przypomina przepisywanie fragmentów książki trzęsącą ręką i wkładanie ich do butelki w nadziei, że dopłynie do adresata. Tak mi to opisano 35 lat temu i mam wrażenie, że od tego czasu zrobiło się to tylko jeszcze bardziej skomplikowane (np. dziś wiadomo, że ta drżąca ręka nie tylko przepisuje kod, ale i zamazuje fragmenty markerem).
Stąd najczęściej dziś zakłamywany motyw „genetycznej płci”. W tej butelce może płynąć komunikat „na mocy genu SRY domagam się największego penisa we wsi”. Ale butelka gdzieś się zawieruszy albo adresat nie odczyta gryzmołów i wyjdzie nam równie piękna wagina.
Gdybym był wierzący, widziałbym w tym Zamiar Stwórcy. Wiedział, że my kiedyś zyskamy moc imitowania jego dzieła, więc umieścił w nim zaimplementowaną hardwarowo tru-randomowość. A my, jak wie każdy gracz, ledwie dajemy radę z softwarową pseudolosowością.
Jako niewierzący powiem po prostu, że od zarania życia, jego podstawową strategią przetrwania jest nieprzewidywalność. Dziedziczymy ją po jednokomórkowych przodkach. Bóg stworzył dynamiczną tęczę, diabeł kusi nas jej czarno białą statyczną karykaturą. Uwiodła Żiżka, bo heglista reaguje na binarne determinizmy jak kot na kocimiętkę.
Gdy sprawdzić źródła jego wyobrażenia genów i kwantów okazuje się, że to nie podręczniki tylko popularnonaukowe podkasty. Na przykład Hosenfelder, która owszem, napisała fajną książkę – ale inaczej się tworzy książkę, a inaczej kątęt na sosziale. Niby oczywiste, a jednak nie dla każdego.
Żiżek ma skłonność do słabych źródeł. Sięga dna opisując przykład terroru woke. Oto we Francji na Ecole Normale Superieure rozważają wprowadzenie w akademiku korytarza, na który byłby wstęp wzbroniony dla cis-mężczyzn. Nie wolno im nawet wejść w roli gościa. Nur fur transen und cis-frauen!
Próbowałem wyguglać potwierdzenie, wpisywałem to po angielsku i po francusku. Rien de rien. Jak media mogły to przeoczyć?
Teraz mi wstyd. Taki duży chłopiec, a wierzy filozofom. Żiżek w odsyłaczu powołuje się na… prywatną rozmowę z doktorantem.
Usłyszał plotkę i jej nie zweryfikował. Na tej podstawie wysmażył wywody jak to woke dialektycznie z inkluzywności zamienia się w wykluczenie. I to jest jego JEDYNY przykład! Gdy fakty przeczą plotce, tym gorzej dla faktów.
Jak wielokrotnie pisałem, jestem entuzjastą Cancel Culture, Ideologii Woke i Politycznej Poprawności – z tym zastrzeżeniem, że nie uważam, że te pojęcia opisują realne zjawiska. Prawica straszy produktami własnej imaginacji, lewica śni o bojkocie JK Rowling. W praktyce cancel culture to piękna idea, ale niemożliwa do wprowadzenia.
Żiżek jest przeciw, bo układa mu się to w dialektyczną binarność: chcieli uwolnić, ale zniewalają. Ale przykład woke wyssał z palca jugosłowiańskiego żołnierza, przykładów cancel culture nie przytacza wcale, nawet się bawi w bajki o „profesorze wyrzuconym bo powiedział murzyn”. Nawet nie ma z czym polemizować, wystarczą słowa Najmądrzejszego Z Friedmanów w „Dialogach na cztery nogi”: „Docent, nie teoryzuj”.
Zirytowany tymi przypisami sprawdziłem pozostałe i zauważyłem, że Żiżek często powołuje się na nieweryfikowalne źródła. Albo „prywatna komunikacja”, albo „nieopublikowany manuskrypt”. Z wszystkimi jego przykładami może być jak z tym akademikiem w Paryżu – że nie w Paryżu tylko w Erewaniu…
To o tyle przykre, że dla wielu ludzi Żiżek to jedyny kontakt z marksizmem. To utrwala stereotyp marksizmu jako bajdurzenia o utopijnej przyszłości. Tymczasem najważniejsze teksty Marksa, z „Kapitałem” na czele, bazują na konkrecie. Odsyłacze tam prowadzą do solidnych źródeł, w rodzaju raportów brytyjskich inspektorów fabrycznych.
Żiżek cytuje Lenina i Majakowskiego – obaj używali tej samej metafory, że dialektyka bolszewików „nie pochodzi od Hegla”. „I stąd Stalin”, konkluduje Żiżek.
To prawda, a nawet półprawda. Wymagająca dialektycznego dopełnienia tym, że Marks wyłuskawszy z Hegla racjonalne jądro (jak powiadał Wielki Słownik), bazował na empirii zgodnie z tym, jak wtedy rozumiano Metodę Naukową. „Kapitał” to oparta na twardych danych próba zrozumienia XIX-wiecznego kapitalizmu, nic tam nie ma o władzy rad ani elektryfikacji.
Marksizm jest jak katolicyzm, w którym paruzja jest niejasną metaforą, odsuniętą w czas nieokreślony (a może i w ogóle poza czasem). Leninizm jak sekta apokaliptyczna, w której guru snuje wizje rapture nomenklatury, im bardziej doczesne tym bardziej oderwane od realiów. Tego nie jednak dowie się ktoś, kto zna tylko „Manifest Komunistyczny” i Żiżka na jutubie.
Na rozumienie Hegla ani Marksa nie mam żadnych papierów, na Żiżka zresztą też nie, choć Uważny Czytelnik może zauważyć, że w paru miejscach próbuję tu parodiować jego niepowtarzalny styl. Papiery na chemię też mam już mocno zwietrzałe. Wśród PT Blogobywalców mam takich z mocniejszymi na wszystko powyższe, „pleno titulo” nie jest tu tylko zwrotem grzecznościowym, więc zapraszam do prostowania mych błędów w komciach.




