Najfajniejsze w internecie

W internecie najfajniejsze jest to, co kompletnie nie ma sensu. Dokonałem tego epokowego odkrycia lata temu, gdy stawiałem w sieci swoje pierwsze kroki, jeszcze w kultowej piwnicy Maszkowskiego (nie było wtedy jeszcze nawet telefonicznego dostępu tepsy). Zobaczyłem wtedy stronę-objawienie, która na długo miała wyznaczyć moje sieciowe zainteresowania. Była to galeria najbardziej obrzydliwych rzeczy, jakie autor znalazł w swojej lodówce.
Dziś pewnie gościu robiłby o tym bloga, wtedy zaś robił statyczną galerię ze skanami polaroidów (szał na cyfrówki też miał się dopiero zacząć). Tej strony już chyba nie ma, ale wyguglałem przynajmniej notkę o konkursie na najbardziej zasyfioną lodówkę, ponoć ogłoszonym przez Whirlpoola, ale też jeszcze w zeszłym stuleciu. Co jest, w XXI wieku wszyscy tak dbają o lodówki?
Inspiracją do tej notki jest zaś blog poświęcony zdjęciom ludzi skaczącym po hotelowych łóżkach. Wirusowo obiegł inne blogi – cóż, przyłączę się do propagowania, bo właśnie takie rzeczy najbardziej lubię oglądać.
Ponadczasowym klasykiem w tej kategorii jest IMO cryingwhileeating – serwis zawierający zdjęcia ludzi, którzy płączą jedząc lub jedzą płacząc. Serwis powstał jako odprysk konkursu na wypromowanie strony o niczym. To był mój faworyt, niestety wygrała jakaś nudna strona o majtkach z GPS-em. Fejkowych, rzecz jasna. I tak to jest z tą promocją, najłatwiej wypromować towar, który nie dość że nie ma sensu, to jeszcze nie ma go w ogóle.

Prawicowe podniety

Ideowi pobratymcy Giertycha w Niemczech zaczęli wydawać pismo dla młodzieży wszechniemieckiej pod tytułem „Objektiv”. Pod hasłem „Deutsch ist geil” zamieścili w nim zdjęcie atrakcyjnej blondynki, mającej dowodzić swą krótką spódniczką, że jest za co kochać Ojczyznę. Okazuje się jednak, że rzekoma Niemka jest czeską modelką erotyczną, a młodzież wszechniemiecka po prostu spiraciła jej zdjęcia z Internetu. Sprawę wygrzebał serwis spreeblick.com.
W sumie nic w tym dziwnego – nacjonaliści wzięli po prostu to co mieli pod ręką, a wiadomo że ksenofoba podświadomie najbardziej podnieca to, co werbalnie zwalcza. Na komputerach naszych wszechpolaków pewnie też znaleźlibyśmy niejeden plik typu steinbach.jpg. Który przypadkiem znajdzie się w końcu na wszechpolskim plakacie przedstawiającym działaczki Rodziny Radia Maryja 🙂

Byle do wakacji!

Brrr, pierwszy dzień szkoły. Sam nie chodzę, ale zawożę dzieci – a to wystarczy bym zaczął marzyć o wakacjach. Stąd dziś speszial ediszyn bloga – wakacyjne marzenia!

Numer jeden to oczywiście Fhloston, turystyczny raj z filmu Luca Bessona „Piąty element”. Planeta niemal całkowicie pokryta błękitnym, czystym oceanem, ale z rozrzuconymi tu i ówdzie sympatycznymi piaszczystymi wysepkami. Dla zapewnienia odpowiedniej jakości usług – ściśle limitowana jest liczba turystów.
Turyści przybywają na pokładzie luksusowego statku kosmicznego „Fhloston Paradise”, z dwunastoma basenami, luksusowymi apartamentami i koncertem Divy Plavalaguny. Jeśli ktoś zna lepsze wakacje, jakie kiedykolwiek pokazano w kinie fantastycznym (lub nie), niechaj pierwszy rzuci komentarzem.

Numer dwa to Overlook Hotel z „Lśnienia” – nie ma to, jak dzika, górska przyroda, którą się ogląda z balkonu luksusowego hotelu. Że tam straszy? No trudno, pięciogwiazdkowy hotel musi mieć jakieś szkielety w szafach, przecież i tak w każdym drinku będzie kropelka krwi proletariatu (doskonale komponująca się z oliwką).

Numer trzy to plaża w meksykańskim stanie Oaxaca, do której trafiają bohaterowie przeprzeprzegenialnego filmu „I twoją matkę też” Alfonso Cuarona. Tej plaży tak naprawdę nie ma – bohaterowie wymyślili ją próbując poderwać pewną tajemniczą kobietę. To miała być taka sobie gadka szmatka, bo przecież nie liczyli na sukces, ale gdy owa dama powiedziała „dobrze, zabierzcie mnie tam” – zaczął się kłopot :-). Plaża w końcu jakimś cudem się znalazła, jak widać na załączonym obrazku, ale zdecydowanie nie był to koniec problemów.
Marzenie o wakacjach w Meksyku byłoby chyba stosunkowo najprostsze do zrealizowania. Zewnętrzne zdjęcia hotelu Overlook kręcono w hotelu Timberline w stanie Oregon, gdzie może kiedyś też dowieją mnie jakieś przyjazne wiatry? Wnętrza kręcono zaś tam gdzie kręcono planetę Fhloston, w angielskim studiu Pinewood. Załapałem się tam kiedyś na wycieczkę dla dziennikarzy, więc przynajmniej część wakacyjnych marzeń mam odfajkowaną 🙂

Pospieszalski? Nie, dziękuję.

W najnowszej „Świątecznej” świetny jak zawsze tekst Kingi Dunin „Pospieszalski nie rozmawia”. Nie ma go chyba online, toteż polecam wersję papierową. Kinga inteligentnie demonstruje manipulację programu „Warto rozmawiać”, który tyle ma wspólnego z uczciwą debatą co konferencje prasowe ministra Urbana.
Do mnie Pospieszalski dzwonił dwa razy namawiając mnie na udział. Za każdym razem uprzejmie acz stanowczo przekierowywałem propozycję na dev/null. Raz to miała być dyskusja o przemocy w grach komputerowych, innym razem o „Kodzie Leonarda Da Vinci”.
Mogę oczywiście na te tematy rozmawiać na neutralnym gruncie (dzień wcześniej zresztą o „Kodzie” dyskutowałem w TVP Kultura), ale wystąpić u Pospieszalskiego to jakby grać w pokera na pieniądze z notorycznym szulerem. Mógłbym przecież mieć dowolne argumenty, ale on je skonfrontuje z chlipiącą babuliną, której wnusio zszedł na złą drogę za sprawą przemocy w „Sokobanie” i se pogadamy.
Mam nadzieję, że w miarę postępu budowy IV Rzeczpospolitej Pospieszalski tracić będzie potrzebę listka figowego w postaci zapraszania osób ośmielających się mieć inne poglądy i w jego programie już tylko narodowo-konserwatywni katolicy będą rozmawiać z konserwatywno-katolickimi nacjonalistami. I fajnie – przynajmniej nikogo nie będzie oszukiwać.

Those Were the Days

O nostalgio! Wpadła mi niedawno w ręce książka Rafała Chwedoruka „Socjaliści z Solidarności w latach 1989-1993”, w której autor rekonstruuje próby stworzenia w Polsce postsolidarnościowej lewicy. Próby, jak wiadomo, nieudane – co prywatnie uważam za praprzyczynę otaczającej nas ogólnej syfiastości. Myślę, że jednym z powodów dla których Czechy – w odrożnieniu od Polski – są dziś normalnym krajem jest właśnie to, że tam dominującą rolę na lewicy odgrywa partia nawiązująca do przedwojennych tradycji, zaś (post)komuniści stanowią najwyżej pikantną przystawkę do głównego dania.
Dlaczego nam się to nie udało? Piszę „nam”, bo obaj z Autorem tej zacnej księgi spędziliśmy naszą studencko-idealistyczną młodość właśnie na próbach budowy nie-postkomunistycznej lewicy w Polsce. Autor unika udzielenia jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, może dlatego, że jej istotnym członem musi być konstatacja „bo takie z nas ciężkie pierdoły, niestety”.
Były też jednak inne przyczyny. W odróżnieniu od Czech, u nas jeszcze w 1989 roku pojawiło się utożsamienie pojęć „lewicowy” i „postkomunistyczny”. To utożsamienie było bardzo na rękę trzem ośrodkom politycznym.
Po pierwsze – prawicy, która cieszyła się krótkowzroczną korzyścią jaką daje kojarzenie oponentów z upadającym ustrojem. Do dzisiaj zresztą idiotyczna konstrukcja „jesteś zwolennikiem feminizmu? To znaczy, że odpowiadasz za Gułag, bo jedno i drugie to dzieło lewicy!” ma się świetnie w naszym prawicowym dyskursie.
W ten sposób polska prawica zrobiła prezent postkomunistom – bo to był drugi obóz zyskujący na tym utożsamieniu. O ileż wygodniej postkomunistom było mówić o sobie per „my lewica” niż „my obrońcy ekonomicznych interesów uwłaszczonej nomenklatury”!
Trzecim obozem byli zaś wreszcie ci, którym wprawdzie bliski był model państwa świeckiego i opiekuńczego, ale zamiast używać niepopularnego słowa „lewica” woleli mgławicowe koncepty „ruchu obywatelskiego” sytuującego się „na Zachód od Centrum”.
Pierwsze sondaże w 3RP pokazywały, że Polacy nie lubią słowa „partia”, za to przemawia do nich „ruch obywatelski” – a pierwsze wolne wybory, czyli samorządowe z roku 1990, zdawały się taki scenariusz potwierdzać. Płynęła stąd pokusa, by zamiast o skromne trzydzieści procent głosów należnych normalnej centrolewicowej partii, zawalczyć o osiemdziesiąt procent zgarnianych przez Apolityczny Ruch Obywatelski.
Skończyło się to, jak dziś wiemy, fatalnie. Na kolejnych wirażach w prawo z Apolitycznego Ruchu wypadali kolejni politycy o lewicowej tożsamości – ale robili to zawsze pojedynczo, nigdy nie stworzyli więc jednego wyrazistego ugrupowania, tylko jak kamień w wodę znikali gdzieś w Unii Pracy czy SLD. Gdyby paręnaście lat temu powstała postsolidarnościowa centrolewicowa partia, moglibyśmy mieć dzisiaj scenę polityczną taką jak Czechy. A nie taką jak Bolanda.

Co to jest polityka?

Konstruktor Trurl zbudował kiedyś maszynę, która mogła robić wszystko na literę N. Jego przyjaciel Klapaucjusz kazał jej zrobić Naukę. Maszyna wyprodukowała tłum ludzi kłócących się ze sobą, zapisujących papierzyska, od czasu do czasu powodujących też jakieś eksplozje czy pomniejsze kataklizmy. Klapaucjusz nie był z tego zadowolony bo uważał, że Nauka to zupełnie coś innego, ale nie umiał powiedzieć co.
Gdyby Trurl zrobił maszynę robiącą wszystko na literę P, Klapaucjusz mógłby ją poprosić o Praptaka… i Politykę. Jak by sobie poradziła z tym pierwszym, nie wiem. Ale z tym drugim mogę sobie wyobrazić na podstawie albumu fotografika Tima Davisa „My Life in Politics”.
Davisa nie interesują wyrażane w polityce Głębokie Treści. Fotografuje cechy uboczne – sztaby wyborcze, demonstrantów, wyblakłe plakaty, przecenione znaczki. Bawią go paradoksy, takie jak "Seven Entertainers" („siedmiu gości od rozrywki” – postacie polityków razem z bohaterami popkultury takimi jak Xena czy Dr. Evil). Chętnie zwraca uwagę na postacie charakterystyczne dla różnych obozów, takie jak „Madonna lewicy” albo (niestety nie ma online, ale jest w książce) trzech palantów demonstrujących poparcie dla Busha.
Można oczywiście narzekać jak Praptak, że to łatwe i bezproduktywne, ale można też zastanowić się, czy przypadkiem maszyna Trurla nie miałaby racji. Może polityka to właśnie nie jest treść tylko forma? Sposób mówienia, wykształcenie, ortografia, oczytanie w literaturze, osłuchanie w muzyce, ciuchy, fryzura, nakrycie głowy?
Może to, że w jakimś obozie politycznym częściej niż w innych występują np. osoby mające zasadnicze problemy z ortografią i klarownym wyłożeniem swoich myśli (co niemal zawsze zdradza po prostu niski poziom oczytania), mówi coś bardzo istotnego na temat tego obozu? I „bezproduktywne” będzie właśnie skupianie się na treści wtedy, gdy tak ciekawy trop podsuwa nam forma?

Currently playing (4)

Co jak co, ale mieszać to my potrafimy. Produkcje didżejskiego duetu El Barto & Liam B trzymają zacny światowy poziom i nie musimy się za nie wstydzić tak jak za żenady z Eurowizji. Polecam z ich dorobku zwłaszcza znakomitego mashupa „Zapłać za to, co zrobiła twoja papuga”, składającego się głównie z „Pod papugami” Czesława Niemena i hiphopowego klasyka „Paid in Full” duetu Eric B. & Rakim.
Po ten ostatni utwór często sięgają mashupowi artyści, bo to genialna sekcja rytmiczna po prostu dla czegokolwiek. Polscy didżeje narażają się więc na porównanie z tym, jak ten sam utwór wykorzystali inni mistrzowie mieszania – choćby Party Ben, didżej-rezydent klubu Bootie w San Francisco, Mekki miłośników mashupów. On też wykorzystał „Paid in Full” tworząc sympatycznego mashupa „I Paid For My Doorbell” (drugim składnikiem jest piosenka White Stripes).
Ale właśnie to porównanie wypada zdecydowanie na korzyść Polaków. Party Ben zmieszał „Paid in Full” z utworem White Stripes, dostając utwór zabawny, miły w słuchaniu… ale to już wszystko. El Barto i Liam B nałożyli tymczasem tę sekcję rytmiczną na „Pod Papugami” Niemena, zyskując coś więcej niż tylko zabawną mieszankę.
Wyszedł utwór z jednej strony bardzo nowoczesny, z drugiej zaś sięgający głęboko w kulturowe korzenie. Zmysłowy głos Niemena śpiewającego o kolorowej słodyczy w szkle (przed dziewczętami zresztą) przypomina, jak stare jest marzenie o Doskonałej Knajpie. Wsamplowany głos spikera ze stalinowskiej kroniki filmowej potępiającej wystawę sztuki nowoczesnej („Popatrzcie, do jakiego zwyrodnienia doszły te dzieła artystów!”) pokazuje zaś jak stare jest pragnienie, by zabronić ludziom się bawić.
Wszystko razem przypomina więc, że w naszym dzisiejszym Kulturkampfie gramy wciąż te same role, „zwolenników zabawy” i „zwolenników czystości ideowo-moralnej”. Między PRL a Rzeczpospolitymi o różnych numerkach zmieniają się tylko dekoracje.

Konserwatywne zombiaki

W „Heraldzie” ciekawy artykuł o holenderskiej polityce wobec lekkich narkotyków (sorki, linka nie będzie bo Herald chyba nie ma wszystkich tekstów online; jakby ktoś próbował guglać, autor John Thierney, numer z 29 sierpnia). Badania są jednoznaczne – mimo swobodnej dostępności marihuany, w Holandii zażywa jej mniejszy odsetek populacji niż w USA. Co więcej, mniejsze jest ryzyko, że ktoś, kto raz spróbował popadnie w uzależnienie.
Autor ironicznie przypomina prognozy amerykańskich polityków twierdzących, że przekształci to Holandię w „kraj uzależnionych zombie”. Liberalna polityka trwa już tam tak długo, że powinna już wyrosnąć cała generacja zombiaków – tymczasem jedynym ubocznym skutkiem jest kwitnąca marihuanowa turystyka. W coffee shopach przesiadują głównie turyści, nie holenderskie nastolatki. Zyskuje fiskus, zyskuje przemysł turystyczny, traci mafia, która nie zarobi na nielegalnym towarze.
Administracja Busha wprowadziła tymczasem politykę kompletnej paranoi (zakazane jest nawet używanie marihuany jako leku tam, gdzie to jest medycznie uzasadnione). Trudno o lepszą ilustrację tego, jak bezsensowne są konserwatywne zakazy. Konserwatyście w gruncie rzeczy wcale nie zależy na tym, żeby skutecznie walczyć z narkomanią (albo, z innej beczki, ograniczać liczbę dokonywanych aborcji czy rozwodów). Do szczęścia wystarczy mu sam zakaz. Mafia narkotykowa powinna zawsze głosować na tych, którzy propounują zakazy i zaostrzenia – „to co nielegalne jest bardziej opłacalne”.