Zakladki 2: Electric Boogaloo

Bawię się w to dopiero trzeci tydzień, ale już zacząłem zaglądać na cudze blogi z innym podejściem – kiedyś zaglądałem tylko gdy mnie kierował jakiś inny link, teraz już są takie, na które zaglądam regularnie po prostu by sprawdzić „co słychać”. Czas więc też chyba na uzupełnienie zakładek.
Blisko mi ideowo do bloga Meta-Krisa, ale nie powstrzymam się przed krytyczną uwagą. „Polemika z dyskursem” to rzecz z definicji niemożliwa. Dyskurs to znaki określające nasze postrzeganie świata, a więc wszelkie polemiki możliwe są tylko w ramach jednego dyskursu.
Typowy przykład konfliktu dyskursów to „aborcja” versus „mordowanie nienarodzonych”. Nie jest możliwe polemiczne wykazanie wyższości jednego dyskursu nad drugim – do tego obie strony musiałyby najpierw uzgodnić jakiś meta-dyskurs na gruncie którego toczyłaby się ta polemika; jak jednak dogadają się co do meta-dyskursu to się dogadają w ogóle, więc tak czy siak zamiast polemiki będzie konsensus.
Możliwe jest najwyżej, po pierwsze, krytyczne badanie dyskursu (na przykład poprzez urządzanie sobie w nim różnych wycieczek aka ekskursji), po drugie, kreowanie i lansowanie kontr-dyskursu, czego fantastycznie skutecznym przykładem jest ofensywa dyskursu moherowo-kaczystowskiego (bez względu na mój osobisty stosunek do tegoż, bondowski kapelusz do samej ziemi wobec skuteczności operacji).
Jako wielbiciel tracenia czasu na bezsensowne rozrywki przy komputerze oczywiście wykonałem też instrukcję z bloga Libre Examen:

1. Weź do ręki najbliższą książkę.
2. Otwórz ją na 123. stronie.
3. Znajdź piąte zdanie.
4. Opublikuj je na swoim blogu razem z tą instrukcją.
5. Nie szukaj najfajniejszej książki jaką można znaleźć. Użyj tej, która faktycznie leży najbliżej Ciebie.

W moim przypadku zdradzi to jednak tylko sekret totalnego pieprznika jaki mam w książkach, działającego jak typowy informatyczny stos (Last In First Out), gdyż owe zdanie brzmi:

BASIL: He’s drunk.

(Książką było „The Complete Fawlty Towers”, a cytat pochodzi z odcinka piątego „Gourmet Night”, premiera 17 października 1975, BBC2).

En lecture (3)

Pisałem niedawno o renesansie muzyki do kotleta. Najfajniejsza jest jednak muzyka do sushi. Od pewnego czasu układam sobie plejlistę do Nieistniejącego Lokalu Moich Marzeń i sporo miejsca zajmują tam wykonawcy stylu zwanego Shibuya-Kei, od modnego zakątka w Tokio.
Shibuya-Kei to muzyka szokująco eklektyczna, łącząca różne tradycje zachodniego popu – przede wszystkim stare francuskie „ye-ye”, ale też właściwie wszystko co długonosi barbarzyńcy wymyślili przez ostatnie parędziesiąt lat – trochę Sinatry, trochę Kraftwerku, trochę Gilberto. Wszystko wykonane tak, że zachodniemu słuchaczowi opada szczęka ze zdumienia, bo już sam nie wie co tu jest na serio a co dla jaj.
I o to chodzi, bo przecież taka właśnie muzyka powinna rozbrzmiewać w barze piękniejszym od oczu szatana. Słuchając Shibuya-Kei wystarczy zamknąć oczy i już można się przenieść do takiego idealnego lokalu, w którym przy sąsiednim stoliku O-Ren Ishii i Sophie Fatale omawiają sprawy jakuzy, przy następnym Bill Murray pociesza Scarlett Johanssen, szef zaibatsu dobija targu umowę z szefem keiretsu, a ich kogal bawią się w kosupure.
Shibuya-Kei wymyślili Japończycy – Pizzicato Five, Fantastic Plastic Machine, Takako Minekawa, ale pod ten styl podczepiają się też Europejczycy, jak Momus, Dmitri from Paris czy Stereo Total. Zaczęło się więc od japońskiej kopii zachodniej popkultury a skończyło na zachodniej kopii japońskiej kopii (miłośnicy fantastyki, komiksu animacji znają oczywiście inne przykłady podobnych sytuacji).
Moją najnajnajnajukochańszą piosenką Shibuya-Kei jest utwór „Nikon 2” symbolizujący ten przekładaniec. Momus (właść. Nick Currie) napisał go dla Kahimi Karie, imitując piosenki pisane przez Serge Gainsbourga dla Jane Birkin, odwołując się przy tym do tego, że Karie była zawodowym fotografem i faktycznie robiła zdjęcia Gainsbourgowi. Wyszła więc szkocka imitacja japońskiej imitacji francuskiej imitacji anglosaskiego rocka, śpiewana po francusku głosem szepczącej dziewczynki – can you get better than that?
Tekst utworu jest komiczny i rozczulający – tak jak teksty klasycznych piosenek „ye-ye”, choćby „Tous Les Garcons Et Les Filles” Francoise Hardy. Opowiada o fotografce romansującej z pewnym niewiernym żigolo, która swoim Nikonem 2 utrwala wszystkie jego zdrady by kiedyś je opublikować w prasie, w ramach zemsty za swe „łzy płynące pod przyciemnianymi szkłami”. Cudo! Kelner, następne Suntory poproszę…

Wczesne dedlajny Dziennika :-)

Wczesne dedlajny u naszych drogich kolegów prowadzą ich czasem do zabawnych sytuacji, w których jakąś imprezę odwołano, ale "relacja" z niej już poszła do druku. Ładnie wypunktowała to "Rzeczpospolita":

Poniedziałkowy "Dziennik" na stronach warszawskich informuje: "W Ossowie tłumy obejrzały rekonstrukcję bitwy 1920 roku". Rekonstrukcja była przekonująca, co na łamach "Dziennika" potwierdza mieszkanka Warszawy Anna J. (z dwójką synów): "Dzięki takim inscenizacjom możemy pokazywać naszym dzieciom, jak to było. To taka aktywna i widowiskowa lekcja historii".

I fajnie, tyle że impreza się jednak nie odbyła 🙂

Ze Germans

Serial „Hotel Zacisze”, odcinek szósty – „The Germans”. Czy może być lepszy komentarz dla dzisiejszej polskiej polityki zagranicznej?
Basil Fawlty, właściciel hotelu, przyjmuje grupę niemieckich gości. Bardzo mu się to nie podoba, bo razem ze zdemenciałym majorem (stałym gościem hotelu), Fawlty wciąż nie może Niemcom zapomnieć drugiej wojny światowej. No ale cóż – cedzi przez zaciśnięte zęby – skoro już weszliśmy do tego europejskiego wspólnego rynku to się podporządkuje, chociaż oczywiście głosował przeciw.
W międzyczasie Basil Fawlty dostał w kuchni patelnią w łeb (stąd bandaże). Ten przykry incydent zradykalizował jego stosunek do „Ze Germans”. Gdy przyjmuje od swoich gości zamówienia, obsesyjne skojarzenia z wojną zmuszają go przekręcania nazwy każdego dania – np. „pickled herring” zamienia się „Hermanna Goeringa”. Doprowadza tym jedną z turystek do płaczu. Fawlty ma bolesną świadomość, że jak zawsze w tym serialu wyszedł na kompletnego durnia, ale oskarża o to swoich gości – „to wy zaczęliście! napadliście na Polskę!”.
Trzydzieści lat temu dla Anglików postawa obsesyjnego wypominania Niemcom wojny już zasługiwała najwyżej na burzę śmiechu publiczności w studio BBC. U nas budzi aplauz moherowego elektoratu. Czy to nie jest najlepsze podsumowanie naszej polityki – to po prostu sitcom z oklaskami zamiast śmiechu?

4, 8, 15, 16, 23, 42

Serial „Zagubieni” można chwalić za mnóstwo różnych rzeczy. Ja się tu skupię tylko na jednej, jaką jest ładne popkulturowe wykorzystanie zjawiska tzw. „numbers stations”, czyli dziwnych stacji radiowych, na których tajemniczy lektor czyta kolumny cyfr.
Taka stacja działa na serialowej wyspie, ale „numbers stations” istnieją naprawdę. Można je złapać na dowolnym odbiorniku z zakresem fal krótkich – choćby tzw. „Kłusownika z Lincolnshire”, nadającego prawdopodobnie z brytyjskiej bazy na Cyprze.
Prawdopodobnie większość „numbers stations” służy przekazywania agentom różnych wywiadów informacji zakodowanych kluczem jednorazowym. Wszystko jednak tutaj jest tylko domysłem, bo oficjalnie nie ma żadnych komentarzy na ten temat – poza słynną wypowiedzią brytyjskiego rzecznika, że „te stacje są tym, czym wam się wydają być” („these [stations] are what you suppose they are”).
W czasach Zimnej Wojny „numbers stations” były tematem, o którym się publicznie po prostu nie mówiło – po obu stronach Żelaznej Kurtyny zresztą. W latach 90. stały się modne na fali ogólnej postawy nieufności wobec własnych rządów. W 1997 roku ukazał się album „The Conet Project”, zawierający nasłuchy najbardziej znanych „numbers stations” (można go sobie ściągnąć legalnie i za darmo).
W demokratycznych społeczeństwach lubimy myśleć, że wszystko jest jawne i że nasze rządy nic przed nami nie ukrywają – ale to przecież nieprawda. I nie oceniam tego w kategoriach „to dobrze”/”to źle”. Uważam po prostu, że to dobrze, gdy się o tym przypomina.

Obiektywnie kontrowersyjny

Obserwuję z przykrością jak słowo „kontrowersyjny” traci na naszych oczach swoje pierwotne znaczenie (czyli „budzący zróżnicowane oceny”) i przekształca się w coś w rodzaju uniwersalnego określenia negatywnego. Zamiast powiedzieć, że film jest kiepski mówi się, że jest „kontrowersyjny” – dzięki temu wypowiedź brzmi bardziej „ętelektualnie”. Zabawnie wypadło to w niedawnym sporze o to, czy niejaki „Ogień” był postacią kontrowersyjną – otóż jeśli jest na ten temat jakiś spór, to był postacią kontrowersyjną po prostu z definicji.
Znaczna część zamulenia naszego dyskursu bierze się z tego, że wiele słów chcemy przerabiać tak, by były znaczeniowo tożsame słowom „fajny”/”niefajny” – innym przykładem jest słowo „obiektywny”. Mówi się „obiektywny komentator” czy „obiektywna recenzja” zamiast „komentator zgodny z moimi poglądami” czy „recenzja zgodna z moją oceną”.
Tak naprawdę jednak „obiektywny” to „niezależny od poznającego podmiotu”. Obiektywna powinna być informacja, ale komentarz czy recenzja z definicji zależą i powinny zależeć od poznającego podmiotu, którym jest sam recenzent czy komentator. Obiektywny recenzent to kiepski recenzent, bo sam nie ma swojego zdania na temat tego co recenzuje.
Mechanizmem napędzającym to zjawisko jest nasza niechęć do przyznania, że nasze sądy są po prostu naszymi sądami. Zamiast „ja tu widzę słabe punkty” mówimy „można tu dostrzec pewne słabe punkty”, bo nam się wydaje, że nasze słowa zyskują na tym powagi. Osobiście jednak uważam, że ten zwyczaj jest totalnie kontrowersyjny i bardzo nieobiektywny. Nie chcę tu rzucać żadnych alibi, ale to maksymalny kompromis po prostu.

Long life Molvania!

General: Now! I say now!
Doctor: Impossible! I have a queue of sickly as long as an horizon.
General: You dare to contradict me? This hat is decorated. Do these epaulettes lie?
Doctor: Yes – you are a General, demanding elective surgery, but that does not change one drop in all the oceans. When a patient comes on my door, I do not judge him by the decoration of his hat.
General’s wife: Or her’s.
Doctor: Indeed. Women are the same as men, if not more.
General: Sufficient! You speak with much thrust but too much impertinence. I will report you to the state, and then, my good Doctor, we shall see who laughs with most teeth.

Żart, jakim jest próbka nieistniejącego serialu telewizyjnego „Hospital Of Hearts”, wielkiego przeboju w równie nieistniejącym państwie Phaic Tan, spodoba się każdemu, kto oglądał kiedyś azjatycki film z napisami sporządzonymi też przez Azjatów.
Żart wymyśliła trójka australijskich producentów telewizyjnych, którzy założyli wydawnictwo Jetlag Travel publikujące przewodniki turystyczne po nieistniejących krajach. Ich poprzednim przebojem była Molvania, kraina nietknięta przez nowoczesną stomatologię, leżąca gdzieś w naszej okolicy (Polska, podobnie jak Słowacja, Słowenia, Niemcy i Węgry jest wymieniona jako sąsiad Molvanii).
Jeden z trzech autorów ucharakteryzowany na typowego Molvanianina przy pomocy wieśniackich wąsów wystąpił jako Zladko „Zlad” Vladcik wykonując fikcyjne zgłoszenia Molvanii na konkurs Eurowizji – dansowo-dyskowy „Elektronik Supersonik” oraz death-goth-emo-satano-trashowe „I Am The Anti-Pope”.
Long life space race! Long life Bolanda… sorki, Molvania!

Dalaj Lama na prezydenta!

Znowu rozwiązałem sobie quiz politycznego kompasu. W ciągu ostatnich dwóch lat zrobiłem się mniej lewicowy gospodarczo i radykalniej wolnościowy, ale to nie były jakieś przełomowe zmiany. Dalej sytuuję się w lewym dolnym rogu skali, tam gdzie lądują ludzie opowiadający się jednocześnie za swobodą obyczajową i za społeczną kontrolą gospodarki. Mój obecny wynik to:

Economic Left/Right: -4.25
Social Libertarian/Authoritarian: -5.44

Mój wynik za rok 2004 można znaleźć na mapie poglądów miłośników fantastyki.

Z mapy na stronie politicalcompass wynika, że idealnymi politykami dla mnie są Nelson Mandela i Dalaj Lama. Ba! Gdyby tak wystartowali w Polsce, może wreszcie miałbym jakąś „swoją” opcję polityczną…

Coś dobrego o rządzie

Uwaga, zdarzyło mi się pochwalić stanowisko rządu. Propozycja Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej by w kwestii oznaczania gier komputerowych przyjąć rozwiązanie ogólnoeuropejskie jest po prostu zdroworozsądkowa. A na tle PiS-owskiego projektu ustawy o dobrych mediach, wręcz błyskotliwie rewelacyjno rewolucyjna. Będę za nią trzymał kciuki.

Armia Powstancza im. Wojaka Szwejka

Wyguglałem kiedyś fantastyczny artykuł o eksklawach – czyli kawałkach danego kraju oddzielonych od macierzy przez terytorium innego lub innych państw. Najsłynniejszą ekslawą w Europie jest w tej chwili Kaliningrad, ale przez wiele lat palmę pierwszeństwa dzierżyły eksklawy związane z Berlinem Zachodnim.
Najważniejszą z nich było Steinstucken – terytorium zakupione jeszcze w osiemnastym wieku przez wioskę, którą w dwudziestym wieku wcielono do Berlina. Takich eksklaw Berlin Zachodni miał więcej, ale ta była zamieszkana, więc gdy enerdowcy zaczęli budować mur w 1961, Amerykanie przerzucili tam helikopterem posterunek wojskowy – żeby każda próba zagarnięcia Steinstucken oznaczała wybuch trzeciej wojny światowej.
Eksklawy czasem zawdzięczają swój żywot pomyłkom dyplomatów. W traktacie pirenejskim z 1659 roku Hiszpania przekazała Francji wszystkie wioski na północ od Pirenejów – kreując tym samym istniejącą do dziś eksklawę związaną z miejscowością Llivia, która miała prawa miejskie.
Czasem zawdzięczają ich nadgorliwości. Traktat z Maastricht tak sprawiedliwie podzielił terytoria Belgii i Holandii, że miejscowość Baarle jest po prostu mozaiką kilkudziesięciu eksklaw. Granice biegną czasem przez pojedyncze budynki – podobno są tam restauracje ze stolikami po stronie belgijskiej i po stronie holenderskiej (zapewne po stronie holenderskiej jest sala dla przypalających).
Niewiele brakowało, a mielibyśmy fajną eksklawę u siebie. Traktat wersalski przyznawał Czechosłowacji ekslawy w portach w Hamburgu i Szczecinie. Eksklawa w Hamburgu wróci do Niemiec około roku 2028. Czechosłowacja zrzekła się prawa do eksklawy w Szczecinie w roku 1956 – nazywało się to podobno Półwysep Ewa (nigdy nie byłem w Szczecinie, ciekawe jak to teraz wygląda).
To mi nie daje spokoju – czy po rozpadzie Czechosłowacji eksklawa w Hamburgu nie została przypadkiem ostatnim kawałkiem CSR nie będącym ani Czechami ani Słowacją? I czy nie można by zakwestionować traktatu z 1956 i proklamować w Szczecinie Niezależnej Republiki Czechosłowackiej (polskim politykom wstęp surowo wzbroniony)?
Miasta kture som za niech siem wpisujom, jak mawiają na niektórych portalach.