Marksistowska analiza zakończenia „Gry o Tron”

Jest taki list Fryderyka Engelsa do Franza Mehringa, historyka i działacza SPD, w którym wyszydzono inne szkoły historyczne. Kpiąc z „burżuazyjnego złudzenia o odwieczności kapitalizmu”, Engels w 1893 sparodiował ich wywody tak: „gdyby Ryszard Lwie Serce i Filip August wprowadzili wolny handel zamiast angażować się w głupie krucjaty, oszczędzono by nam pięć stuleci biedy”.

Zatrzymajmy się na chwilę przy tym żarcie. Proszę o to zwłaszcza tych PT czytelników, którzy odrzucają marksizm jako filozofię.

Zgodzimy się chyba wszyscy co do tego, że wizja Ryszarda Lwie Serce, który przemawia w 1189 do zebranych w Westminsterze: „Drodzy poddani, najlepszy jest wolny rynek, a więc zakładajcie biznesy” – jest absurdalna.

Ale jak to wytłumaczyć? Na prawicy popularne jest sprowadzanie wszystkiego do konfliktu cywilizacji. Nie wyjaśnimy w ten sposób, dlaczego Francja i Anglia w naturalny sposób pasują do kapitalizmu w 1893, a w równie naturalny nie pasują w 1096.

Marksizm udzielał na to odpowiedzi. Jest nim słynne zdanie „Nie świadomość ludzi określa ich byt, lecz, przeciwnie, byt społeczny ludzi określa ich świadomość”. „Byt” definiowany jest obok jako „materialne siły wytwórcze społeczeństwa [na danym szczeblu rozwoju]”.

Pozbawiony kontekstu, ten cytat często rozumiany jest jako „biedny myśli biednie, a bogaty bogato”. To oczywiście bzdura, chodzi raczej o to, że „średniowieczny Francuz myśli średniowieczno-francusko”.

Wszyscy jesteśmy więźniami swojej epoki – bogaci i biedni, bez różnicy. Jeśli jutro się nagle wzbogacę albo zbiednieję, nie przestanę być Polakiem z pierwszej połowy XXI wieku.

Dlatego właśnie Sam Tarly nas śmieszy – choć jest szlachcicem z Westeros, zdaje się rozumować jak współczesny widz HBO. Finałowy żart Sama przypomina żart Engelsa.

Myliłem się w swojej prognozie – finał „GoT” nie przyniósł przejścia z średniowiecza do renesansu. Miałem jednak rację o tyle, że widzimy przejście z wczesnego do późnego średniowiecza.

W finale serialu widzimy narodziny odpowiednika świętego cesarstwa rzymskiego. Historycznie wyglądało to tak, że od upadku Rzymu w V stuleciu, za stolicę Europy zaczęto uważać Bizancjum (które podejmowało różne próby odwojowania Zachodu).

Pod koniec VIII stulecia w Bizancjum władzę objęła Irena, pierwsza caryca w historii. Trochę jak Cersei, doszła do tronu po trupach (m.in. oślepiła i uwięziła własnego syna). Mówiąc łagodnie, była postacią kontrowersyjną.

Zachód zareagował odmową uznania jej tytułu i koronował własnego cesarza: Karola Wielkiego. Ten na chwilę odtworzył dawne imperium, ale jeszcze za jego życia ruszyła gra o żelazną koronę.

Ostatnim, który ją miał na głowie, był niejaki Berengariusz. W latach 915-924 rządził on czymś w rodzaju cesarstwa rzymskiego, sprowadzającego się do skrawka północnych Włoch o nieokreślonych granicach, bo każda była frontem jakiejś wojny.

Berengariusz przegrał je wszystkie. Po jego śmierci już nikt nie chciał zostać cesarzem.

To ciekawy moment, o którym chciałbym przeczytać coś więcej, niestety autorzy znanych mi książek opisują to zdawkowo. Robią fast forward do tematów, które im się wydają ciekawsze.

Gdyby ktoś z PT komcionautów miał rekomendację czegoś typu „Od Berengara do Ottona”, będę wdzięczny. Ale rekomendujcie tylko o ile sami przeczytaliście (wyguglać to ja też se potrafię).

Jak to wygladało? „Panowie, to kto teraz będzie cesarzem?” „Rudolf go obalił, to niech się teraz męczy”. „Nie ma głupich, oddaję insygnia Henrykowi Ptasznikowi” „Nie bądź pan taki boss z Wolfensteina”.

Cesarstwo odtworzył dopiero następca Henryka, Otton Wielki. Ale już na innych zasadach.

Karolingowie próbowali kontynuować antyczny despotyzm. „Ja mam koronę, więc klękajcie, bo was zdrakarysuję”! W starożytnej Europie to działało przez kilka stuleci (dopóki nie było żadnej siły zdolnej stawiać opór rzymskim legionom).

W feudalizmie tak się nie dało, ale zrozumiał to dopiero Otton. Zasiadł nie na tronie zbudowanym z mieczów pokonanych wrogów, tylko z pergaminowych traktatów, typu „wy uznajecie mnie za cesarza, a ja wam za to przyznaję X, Y i Z”.

Działał jak Tyrion. Jak ktoś mu się stawiał, to trudno, mordował. Ale wolał się dogadać. Wolał zhołdować niż podbić.

Wolał doprowadzić Bizancjum do wzajemnego uznania tytułów, niż mu zadać decydujący cios. Zgodził się na niepodległość Zachodniej Frankonii, dając początek trwającej w zasadzie do dzisiaj „exception francaise”. Nawiązał też relacje z Mieszkiem, dając początek tysiącletniego Hassliebe polsko-niemieckiego.

W feudalizmie to, kto przed kim klęka i w jakich okolicznościach, było regulowane w tysiącach przepisów. Można było w ich gąszczu wywalczyć sobie duży margines wolności.

Ubocznym produktem HRE stał był rozkwit gospodarczy Europy. Te wszystkie quasi-niepodległe księstwa i biskupstwa miały zróżnicowaną politykę fiskalną, opłacało się więc robić interesy. Paradoksalnie, gdyby Karolingom albo Bizantyjczykom udało się kontynent zunifikować, mielibyśmy setki lat stagnacji jak w Chinach.

Dodatkowy impuls gospodarczy dały krucjaty. Dzięki nim wynaleziono bankowość i księgowość, a zakony rycerskie stworzyły organizacyjne podwaliny tego, co dziś znamy jako korporację. W efekcie byt zmienił świadomość.

Chyba coś podobnego widzimy w finale „GoT”. Niepodległa Północ będzie mieć osobną politykę fiskalną, więc ruszy handel. Nocna Straż przekształci się w państwo post-zakonne, jak Prusy czy Kurlandia, a to sugeruje powstanie czegoś na wzór Hansy. Wyprawa Arii przypomina zaś inicjatywę portugalskiego Henryka Żeglarza, który zapoczątkował erę wielkich odkryć geograficznych.

Wygląda na to, że byt w Westeros niedługo się zmieni, a razem z nim świadomość. Ale wracając do naszego wszechświata, równie aktualne jak w 1893 pozostaje dziś pytanie: czy kapitalizm będzie trwać wiecznie?

A wy jak myślicie?

Manifest przedwyborczy

Wpis wyborczy, żeby zdążyć przed ciszą: zrobiłem sobie „latarnika”, wyszło mi 82% zgodności z Razem. Te 18% niezgodności to raczej kwestia semantyki, np. inaczej odpowiedziałem na pytanie o euro.

Uważam, że Polska *kiedyś* powinna je przyjąć, no bo ogólnie jestem za Polską jaką jednym ze Zjednoczonych Stanów Europy. Jestem za europejską federację, która powinna mieć wspólną armię, walutę, dyplomację i nawet Federalne Biuro Śledcze.

To jasne, że *obecnie* euro jest źle skonstruowane. Wspólna waluta wymaga wspólnej polityki fiskalnej. Na pytanie odpowiemy więc inaczej gdy domyślnie założymy „w najbliższym czasie”, a inaczej gdy „docelowo”.

Poza tym jednak Razem pozostaje moją opcją. Nie zamierzam się kierować sondażami, bo albo nie uwzględniają tego, że większość ludzi i tak na te wybory nie pójdzie – albo podają nierealistyczną frekwencję rzędu 60%.

W poprzednich to było 23,8% (a przedtem 24,5% i 20,9%). Mogę od biedy uwierzyć w skok do 30%, ale na pewno nie do 60%.

W poprzednich wyborach oddano niewiele ponad 7 mln ważnych głosów. Jeden procent od tego to 70 tysięcy.

Z kolei w sondażu losują 1000 respondentów, z tego ok. 600 deklaruje chęć pójścia na wybory, a 300 pójdzie tak naprawdę. 1% od tego to 3 osoby.

Co za tym idzie, akurat w eurowyborach regularnie zdarzają są niespodzianki w okolicach 5%. To przecież tylko 350 tysięcy głosujących (albo 15 osób w sondażu).

Nie będę więc aż banować za samo tylko przyznawanie się do głosaowania na Wiosnę czy Koalicję – o ile oczywiście agitujący za tymi partiami nie będą tu nadużywać gościny! – ale argumentację sondażową uważam za matematycznie nietrafną.

Skoro o tym mowa: komentarze powołujące się na „d’Hondta” będą wylatywać, jeśli po nich będzie widać, że autor nie rozumie matematyki stojącej za tą ordynacją.

Głosuję na Razem, bo nie lubię polskich elit. Elity definiuję jako klasę wyższą + wyższą średnią; ludzi mających na coś wpływ, ludzi podejmujących decyzje (za komuny funkcjonowało pożyteczne słowo „decydent”, niestety wyszło z mody).

Pytanie „czy dziennikarze wliczają się do elity” jest dla mnie źle postawione. Niektórzy z pewnością, o ile poza byciem dziennikarzami mają też stanowiska menadżerskie / kierownicze, albo zarządzają własną marką jako celebryci.

Jajako drugorzędny felietonista i okazjonalny autor książek jestem po prostu średnią klasą średnią. Nie mam wpływu na nic.

Nie czuję się odpowiedzialny za obecny kształt kraju czy mediów, bo nie miałem nic do gadania. Tradycyjna riposta polskich Polyann, że „wyborcy tak zadecydowali” jest fałszywa – kluczowe decyzje w latach 1989-1991 podejmowała władza, która nawet nie udawała demokratycznej.

A kiedy już zbudowano zręby demokratycznego ładu (za symboliczny początek uważam konstytucję z 1997), znaleźliśmy się w sytuacji, w której TEORETYCZNIE każdy już mógł sobie założyć partię, gazetę czy telewizję, ale PRAKTYCZNIE musiał konkurować z elitami, które się zdążyły uwłaszczyć i pobudować niejedno imperium typu Srebrna. Elity wspięły się i kopnęły za sobą drabinę.

Ubocznym skutkiem jest to, że polska polityka to ciągle ten sam Tusk, Kaczyński, Niesiołowski, Wałęsa, Komorowski, Kwaśniewski i Piechociński, tylko w wirującym kadrylu zmiennych konfiguracji. Każdy każdego zdążył już w tym tańcu zdradzić i każdy każdemu przysięgał wieczystą przyjaźń.

Dziś głównym podziałem jest PO kontra PiS, kiedyś AWS kontra SLD, ale to ciągle ten sam taniec. Ci ludzie nie reprezentują nas, interesuje ich reprodukcja statusu.

Za najważniejszy problem dzisiejszej Polski uważam to, że decydenci zarabiający po trzydzieści tysięcy (i więcej) oczekują wiecznych wyrzeczeń od ludzi zarabiających trzy tysiące (i mniej). Gdy my o coś prosimy, to dla nas zawsze brak pieniędzy, które jakoś magicznie się odnajdują, gdy chodzi o podwyżki dla nich.

Na Zachodzie istnieją rozmaite mechanizmy zobowiązujące tych decydentów o uwzględnianie dobrostanu ich podwładnych. Układy zbiorowe, silne związki zawodowe, „pakty społeczne” zawierane pod egidą rządu uniemożliwiają im przesadzanie z wyzyskiem.

W Polsce rozmontowano wszystkie odpowiedniki tych mechanizmów (najstarsi górale pamiętają, że układy zbiorowe były częstym rozwiązaniem do 1996). Nie stworzono niczego w ich miejsce.

To nie jest kwestia „PO czy PiS” ani „sektor prywatny czy publiczny”. Po prostu takie państwo w latach 90. nam zbudowali (tak, Oni – nie My, a już z pewnością nie ja).

Partie kontrolowane przez obecne elity tego nigdy nie zmienią. Mogą więc dla mnie być najwyżej mniejszym złem (w tych wyborach szczęśliwie niekoniecznym).

Pojemnik na socjalistów

Gdy prowadzisz felietonowy słowniczek, wszystko zaczyna wyglądać jak hasła. Chciałbym więc dzisiaj opowiedzieć wam o pewnym słowie (które jak zwykle, nie nadaje się do hasła w słowniczku pisanym dla zarobku, ale tu na blogasku, etc.).

Słowo pochodzi z języka, którego nie znam – więc będzie zabawnie! Jest nim „sossecontainer”, czyli dosłownie „pojemnik na socjalistów”.

O ile mi wiadomo z różnych lektur, a także rozmów ze Szwedami (toczonych niestety po angielsku), „sosse” jest określeniem nacechowanym pejoratywnie. I tu mamy problem translatorsko-politologiczny.

Moglibyśmy spróbować je na polski oddać jako „lewak”, ale o ile to słowo w ogóle ma cokolwiek oznaczać w języku polskim, to zazwyczaj chodzi o przedstawiciela lewicy skrajnej, oderwanej od potrzeb zwykłego człowieka. W takim sensie wylansowali je kilkadziesiąt lat temu komuniści, a podchwycili to ich najwierniejsi uczniowie – polska prawica.

Otóż szwedzkie „sosse” oznacza coś wprost przeciwnego. Oznacza socjalizm przeciętnego Svenssona – przyziemny, banalny, nudny jak Volvo 740, czyli tytułowy „sossecontainer”.

Volvo 740 wprowadzono na rynek w 1984 jako tańszy wariant oferowanego już od 2 lat Volvo 760. Designerem był Jan Wilsgaard, którego kojarzymy także z modelami serii 200 i 900.

Generalnie jeśli ktoś zamknie oczy i spróbuje sobie wyobrazić „typowe, klasyczne volvo”, pomyśli zapewne o czymś z serii 200, 700 albo 900. Ja na przykład pomyślę o 245, bo miałem takiego żelaźniaka w dzieciństwie.

Krótko mówiąc, wyobrazimy sobie najprawdopodobniej jakiś projekt Wilsgaarda, nudny, ale jednak na swój sposób dostojny. Dla Polaków wszystkie te samochody były niewyobrażalnie drogie – nawet jako używki w latach 90. trzymały wartość, a jako nówki były poza horyzontem (jak kogoś było stać na nowe volvo, i tak kupował raczej mercedesa czy beemkę).

„Volvo dla Kowalskiego” to oksymoron po tej stronie Bałtyku. Ale po tamtej istniał model obmyślony jako „Volvo dla Svenssona”, czyli właśnie 740 GLE.

Stał się szczególnie popularny wsród klasy robotniczej, ktora tradycyjnie głosowała wtedy na socjalistów. Tak ten przydomek wyjaśnia szwedzka wikipedia.

Dwa lata po premierze „sossecontainera” zginął Olaf Palme. Jego śmierć jest symbolicznym końcem szwedzkiego socjalizmu, bo pozbawiona przywództwa partia wkrótce potem przegrała wybory i choć dzisiaj znów jest u władzy, to nigdy nie odzyskała już tamtej hegemonii.

Volvo 740 symbolizuje jej ideał – żeby robotnik jeździł takim wozem, a jego szef nieco bardziej odbajerowanym direktörsvagn (760). A jeśli ktoś był wziętym pisarzem, muzykiem albo filmowcem, mógł się szarpnąć na szpanerskie 780 coupe.

To świat egalitaryzmu, który sami Szwedzi uznali 30 lat temu za zbyt nudny. W 1991 wybory wygrali centroprawicowi moderaci, którzy rozmontowali dawne państwo dobrobytu.

Tamten socjalizm jest dziś anachronizmem choćby dlatego, że jego symbolem jest samochód. Inne kraje nordyckie już wtedy ograniczały ruch w swoich stolicach, a
Sztokholm w planach Palmego miał być poprzecinany przelotowymi arteriami i niestety wyburzono pod to trochę zabytków w centrum.

Palme spędził młodość w Ameryce. Smutny dowcip polityczny mówi, że Ameryka zniesmaczyła go, jako kraj biedy i morderstwa, więc zbudował Szwecję jako jej przeciwieństwo: kraj dobrobytu i samobójstwa.

W odróżnieniu od innych krajów nordyckich, w Szwecji Palmego widać jakiś kompleks na punkcie bycia anty-Ameryką albo lepszą Ameryką. Klasyczne modele Volvo można przecież uznać za europejską wariację na temat amerykańskiego station wagon.

Trochę się wstydzę swojej miłości do samochodów. Wiem, że to ekologicznie nie do obrony, ale to jak religia.

W kościele petrolheadów jestem umiarkowany i otwarty, jak te wszystkie Więzi i Znaki (w tej analogii Top Gear to Radio Maryja). Mam więc nostalgię do wizji typu „socjalizm, ale z bajeranckimi samochodami”, chociaż wiem, że planeta potrzebuje raczej modelu, w którym się popyla rowerkiem w deszczu i pod górkę (brrr)…

Krajobraz po filmie

Rację miał Leszek Jażdżewski: kościół w Polsce jest dziś moralnym bankrutem. Oczyścić go może już tylko wariant chilijski: wszyscy składają dymisje na ręce papieża, papież niektórych dymisji nie przyjmuje.

Oczywiście, wielu ludzi się w tym momencie ze mną nie zgodzi. Powiedzą, że nadal mają zaufanie do polskiego episkopatu i liczą na to, że ten będzie się potrafił oczyścić własnymi siłami.

Proszę bardzo, proszę sobie w to wierzyć. Jako zwolennik filozofii relatywizmu, jestem ostatnim, który by komuś zabraniał głoszenia własnych poglądów.

Zwracam jednak uwagę na logiczne konsekwencje tego podejścia. W poniedziałek 13 maja usłyszeliśmy trzy oświadczenia:

– warszawska kuria powiadomiła, że ksiądz Dariusz Olejniczak wystąpił ze stanu duchownego
– wrocławska kuria powiadomiła, że ksiądz Paweł Kania został usunięty ze stanu duchownego
– zgromadzenie marianów powiadomiło, że ksiądz Eugeniusz Makulski został odsunięty od działalności duszpasterskiej

Człowiek, który wierzy w samooczyszczanie się polskiego kościoła musi też uwierzyć, że to jakiś niesamowity zbieg okoliczności stoi za tym, że te trzy oświadczenia wydano akurat tego samego dnia. Ot tak po prostu ksiądz Olejniczak przechodził obok kurii z tragarzami, więc zajrzał złożyć rezygnację.

Nie wiem, to pewnie dlatego, że jestem jakiś uprzedzony albo cuś, ale wydaje mi się znacznie bardziej prawdopodobne, że wynika to z tego, że wszyscy ci trzej księża występują w filmie braci Sekielskich, pokazanym dwa dni wcześniej.

No ale w takim razie z kolei okazuje się, że nasi wielcy hierarchowie i przedostojni purpuraci, eminencje, ekscelencje, kardynałowie i arcybiskupi, bez tego filmu nie podjęliby działań w tych sprawach, prawda? No bo jak to się stało, że ksiądz Dariusz Olejniczak był pełnoprawnym księdzem w piątek – a przestał nim być w poniedziałek?

Skoro episkopat nie jest się w stanie oczyścić, o ile nie zostanie przyłapany na matactwach i krętactwach ukrytą kamerą… to czy w ogóle jest się w stanie samooczyścić?

Przekazem dnia pisowskiej propagandy w poniedziałek było „w innych branżach też są pedofile”. Nagle okazało się, że najwięcej jest wśród murarzy.

OK, więc jeśli ktoś udowodni, że w przypadku stwierdzenia pedofilii u murarza, przełożony kongregacji budowlanej albo hierarchia diecezji murarskiej ukrywa sprawę w najgłębszej tajemnicy, a potem tego murarza przenosi na inną budowę, żeby tam mógł nadal bezkarnie krzywdzić inne dzieci – wtedy będziemy mieć podobny skandal.

Na razie skupmy się na tym, że ksiądz Dariusz Olejniczak – mimo zakazu sądowego – z jakiegoś powodu nadal mógł prowadzić rekolekcje dla dzieci. A ksiądz Paweł Kania, przyłapany we Wrocławiu na gorącym uczynku, wyszedł na wolność dzięki poręczeniu arcybiskupa Gulbinowicza, po czym został przeniesiony do parafii w Bydgoszczy, gdzie krzywdził kolejne dzieci.

Łagodnie mówiąc, stosowanie takich praktyk źle świadczy o tych biskupach, o tych diecezjach, o tych zakonach. Jeśli twierdzą, że „takie są procedury” to tylko znaczy, że te procedury czas najwyższy zmienić.

Kiedy w 2015 Volkswagena przyłapano na oszukiwaniu w sprawie norm emisyjnych, prezes Martin Winterkorn ustąpił ze stanowiska (razem z prezesem powiązanego kapitałowo Audi oraz kilkoma innymi menadżerami). Nie dlatego, że on sam fałszował wyniki, ale skoro był prezesem, odpowiadał za wszystko.

W hierarchicznej organizacji, jak zakon, diecezja czy korporacja, kierownictwo nie może się chować za usprawiedliwieniem „my o niczym nie wiedzieliśmy”. Od tego są zarządem, żeby wiedzieć.

Wierzę w istnienie normalnych, uczciwych księży. Wierzę, że stanowią większość.

Nie rozumiem, dlaczego nie chcą dostrzeć, że cała ta sprawa jest krzywdząca także dla nich. Kompromitacja kierownictwa kompromituje ich rykoszetem.

Ale to nie moje zmartwienie. W latach 90. podobnie arogancką postawę przyjmowali hierarchowie w Irlandii, Austrii, Hiszpanii, Francji i USA.

Czuli się bezkarni, bo przez wiele lat rzeczywiście byli. Po kilku głośnych skandalach z drugiej połowy lat 90. przestali być.

Polska idzie tą samą drogą. Mnie to nie martwi. Ale księży chyba jednak powinno…

Wypijmy setę!

Jest sobie taki kraj w Europie, nazwijmy go na razie krajem X, albo Ikslandią. A jego mieszkańców Ikslandianami.

Kraj X jest raczej peryferyjny. W historii bywał lokalnym mocarstwem, a i teraz jego dyplomacja ciężko pracuje, by go uczynić regionalnym liderem, ale niewiele może zdziałać.

Władcy Ikslandii często mieli ten kompleks, że w gruncie rzeczy są panami na Zadupiu, setki lat temu wynajmowali więc tzw. „kronikarzy”, którzy dorabiali im starotestamentowe rodowody albo starożytne legendy.

Według jednej z nich, Ikslandia to Atlantyda (która nigdy nie zatonęła!), a Ikslandianie powinni się nazywać Atlantami. To do dziś obecne w dyskursie jako narodowa mitologia.

Ikslandia przespała początki rewolucji przemysłowej. Gdy reszta Europy budowała pierwsze fabryki, Ikslandia eksportowała żywność i surowce.

Uciekając przed biedą, Ikslandianie jechali za chlebem do innych krajów, zwłaszcza do Niemiec. Reszta Europy znała Ikslandian głównie w roli niewykwalifikowanych robotników sezonowych.

Wytworzyło to stereotyp mieszkańca tego kraju jako chama, prostaka, pijaka i złodzieja.
W XVII wieku w Niemczech ukazał się paszkwil na Ikslandię, zawierający m.in. uwagę, że gdy Ikslandczyk idzie ulicą, z daleka wyprzedza go jego smród. Ten paszkwil potem wznawiano i tłumaczono na języki krajów ościennych.

Do pierwszej połowie XIX wieku w tych językach funkcjonował odwołujący się do tego stereotypu czasownik „zaikslandczyć”. Czyli: ukraść, zmalwersować, zakombinować na boku.

W 1663 Ikslandię przemierzał francuski podrożnik. Odnotował, że po drodze między dwoma największymi miastami tego kraju nie napotkał ani jednego murowanego budynku.

Ikslandianie nie chcieli podjąć rozmowy na żaden temat, interesujący Francuza – sztuki, kultury czy jedzenia. Jedyne, co ich interesowało, to broń i sztuka wojskowa. Francuz uznał, że Ikslandianie może i chcieliby uchodzić za ludzi kulturalnych, ale są najwyżej „na wpół cywilizowani”.

Ikslandią zazwyczaj rządzili tyrani, czasem zagraniczni. Dlatego mieszkańcy przez stulecia nie chcieli płacić podatków, robili przeciw nim i bunty i powstania. Przywódcę jednego z nich król kazał ściąć, a głowę nabić na pal, żeby jego poddani to sobie zapamiętali.

Ten incydent też często wraca w dyskursie. Jedni metaforycznie sugerują, że warto znów zrobić powstanie, inni, że warto by znowu kogoś ściąć dla przykładu.

Oczywiście, to nie jest na serio. Ikslandianie uważają siebie za najbardziej pokojowy naród świata. To wkurza ich sąsiadów, którzy do dziś pamiętają Ikslandii zdradzieckie napady.

Ikslandczycy pielęgnują swoje tradycje narodowe, zazwyczaj sprowadzające się do generowania pretekstu do schlania się na umór. Każdy mieszkaniec tego kraju zna piosenkę, której tekst sprowadza się do, mniej więcej, „wypijmy setę, tralala, a kto z nami nie wypije, ten więcej nic nie dostanie, tralala”.

Ikslandczycy długo żyli w biedzie. W 1939 w miastach połowa mieszkań miało jedną izbę, w 42% w każdej izbie mieszkały co najmniej dwie osoby, 1/5 nie miała wody bieżącej ani ogrzewania. A to i tak miasta, na wsi było poniżej wszelkich cywilizowanych standardów.

Pamiątką po tych czasach jest ikslandzki zwyczaj zdejmowania butów przed wejściem do mieszkania. Po wojnie Ikslandczycy wprawdzie przeprowadzili się do masowo budowanych blokowisk, ale zachowali zwyczaje z wiejskiego obejścia.

Kraj X ma straszną tradycję ksenofobii, nietolerancji i antysemityzmu. Królowie czasem pozwalali Żydom się osiedlać, a potem ich prześladowali, a potem znowu pozwalali – i tak dalej.

Po latach prześladowań zostały dziwne pamiątki – jak np. wiszące w kościołach obrazy o treści antysemickiej. Nie wiadomo co z nimi zrobić, bo to obrzydliwe, ale jednak zabytki. Więc sobie dalej wiszą.

Dopiero w 1864 zniesiono prawo, pozwalające mężom na dyscyplinowanie niesfornych małżonek przy pomocy kar cielesnych. Pod względem praw kobiet Ikslandia długo była w ogonie Europy. Do 1970 Ikslandianki przyjeżdżały do Polski celem dokonania tu aborcji.

Co zabawne, w Polsce uważamy Ikslandię za nasze przeciwieństwo. „Takie rzeczy to się mogą udać w tej postępowej Szwecji, ale nie u nas, bo my mamy zupełnie, ale to zupełnie odmienną historię i tradycję” – ile razy to słyszeliśmy?

Krajem X jest oczywiście Szwecja. A ciekawostki na jej temat zaczerpnąłem z książki Elisabeth Asbrink „Made in Sweden”, która ukazuje się właśnie nakładem wydawnictwa Wielka Litera i niniejszym serdecznie ją rekomenduję.

Now Playing (174)

Z oczywistych powodów słuchałem ostatnio często „The Last Day of Miners Strike” ukochanej grupy Pulp. Z tej okazji zaryzykuję wznowienie kategorii „plejlista”, zamarłej po poprzednim adresem.

Jak przystało na Pulp, kawałek jest raczej ponury. Wiadomo, ich piosenki są smutne nawet gdy pozornie są skoczne i wesołe, jak „Common People”.

Na jej ponurość wpływa zapewne też i to, że to ostatni hit zespołu – który de facto się już rozpadł, ale kontrakt go zobowiązuje do nagrania premierowej piosenki na składankowy album. Mogli się wykręcić byle czym, ale za to właśnie kochamy Pulp, że walczyli do upadłego nawet w meczu o pietruszkę.

Na ponurość tej piosenki być może wpływa też to, że lider i frontmen grupy, Jarvis Cocker, był właśnie koło piędziesiątki. To wiek, w którym do człowieka dociera już to, że wszystko co się miało ciekawego wydarzyć w jego życiu, już się wydarzyło.

Pozostało już tylko nagrać kompilację „Greatest Hits”. I czekać, aż barman ogłosi „ostatnie zamówienia”.

„Ostatni dzień strajku górników” miał miejsce 3 marca 1985. To był gigantyczny sukces Margaret Thatcher, której udało się rozbić potęgę górniczych związków. Zakończyli trwający przeszło rok protest kapitulacją.

Nie wygrali niczego. Wielu ze strajku poszło prosto na bezrobocie. Bez zasiłku: zaostrzone przez Thatcher przepisy odbierały im nawet to.

Gdy zaczynali protest w 1984, taki jego wynik był nie do pomyślenia. Rok 1985 wszystkim pokazał, że żyją teraz w takim właśnie świecie.

Kilka lat wcześniej Roger Waters celnie to podsumował na płycie „Final Cut”: że thatcheryzm oznacza koniec „powojennego marzenia”. Brytyjscy żołnierze, tacy jak Eric Fletcher Waters (1914-1944) nie ginęli przecież na wojnie za lordów i fabrykantów, za utytułowanych palantów z „Downton Abbey”. Ginęli za marzenie, które (z być może przesadnie publicystyczną dosadnością) Waters definiuje w utworze „Gunners Dream”.

To było marzenie o Anglii jako ojczyźnie wszystskich Anglików. Zapewniającej im mieszkanie, jedzenie, elementarne poczucie bezpieczeństwa nawet na metaforycznym Zatorzu („You can relax / on both sides of the tracks”).

Upolitycznienie tekstów na „Final Cut” doprowadziło w końcu do rozpadu zespołu. Acz, muszę przyznać, płyta dobrze zniosła próbę czasu.

No tak, miało być o Pulp, a jest o Pink Floyd. Bo mnie się wszystko kojarzy, panie psorze…

Tytuł ostatniego przeboju Pulp należy chyba traktować metaforycznie. Podmiot liryczny ma jakiś zjazd psychiczny (jou madafaka), podczas którego przypomina mu się smutek tamtych dawnych dni.

Naiwny socjalizm strajkujących umarł razem z całym „powojennym marzeniem”. Zamiast niego nowe pokolenie dostało imprezy rave, razem z pigułkami poprawiającymi nastrój i zwyczajem „podnoszenia rąk” (COME ON PARTY PEOPLE!).

A więc (niegdyś robotnicza, obecnie bezrobotnicza) północ Anglii znowu się zrywa do boju. Bohater połknął wszystkie pigułki jakie miał. Może wreszcie dzięki temu przestanie się czuć, jakby był ostatni dzień strajku górników?
COME ON, COME ON, LET’S GET IT ON!

Czarnobyl w HBO

Blogobywalcom, którzy rozważają wykupienie abonamentu na HBO GO dla finału „Gry o Tron”, podrzucam kolejny argument. Za chwilę premiera pięcioodcinkowego serialu „Czarnobyl”. Bindżowalny!

Wspominam o tym serialu w swoim tekście w „Wyborczej”, ale nie było tam miejsca na recenzję. Zrecenzuję więc tu.

W tej tematyce uważam siebie za średniozaawansowanego. To było jedno z najważniejszych wydarzeń historycznych za mojego życia, a na dodatek akurat wtedy byłem nastolatkiem pasjonującym się fizyką i chemią.

Czytałem wszystko na ten temat, co mi wpadło w ręce. Było tego sporo, bo cenzura wtedy ogólnie łagodniała, w ZSRR paradoksalnie najszybciej.

Kupiłem sobie wtedy w księgarni radzieckiej na Nowym Świecie (nie umiałbym teraz sobie przypomnieć, gdzie dokładnie była – jakoś tak obok Amatorskiej?) fotoalbum „Czernobylski reportaż”. Komuś pożyczyłem, mam mgliste wspomnienie, że Pewnemu Pisarzowi SF, którzy chciał coś napisać na kanwie.

Serial pokazuje to wszystko z dokumentalną starannością, której oczekujemy po marce „HBO”. Zobaczymy tutaj kadry, wyglądające toczka w toczkę jak słynne, ikoniczne zdjęcia (ewakuacja mieszkańców Prypeci, katastrofa helikoptera w akcji gaśniczej, ruina z charakterystycznym kominem). Niektóre były w tym albumie.

Nawet nie wiem, czy nie wmontowali oryginalnego materiału – na pierwszy rzut oka, scena z helikopterem nie do odróżnienia. W dialogi w każdym razie na pewno wpisane kwestie znane z książek.

Odpowiednie wnętrza i plenery odnaleziono na Litwie. Komunistyczne blokowiska wyglądają podobnie od Rostocku po Kamczatkę. Blokowisko przypominające Prypeć znaleziono na wileńskich Fabianiszkach. A elektrownia bliźniaczo podobna do czernobylskiej działała do niedawna w Ignalinie, makabrycznie blisko polskiej granicy.

Rekwizyty i detale w rodzaju telefonów, mebli, samochodów, nawet krawatów i garniturów, wyglądają mniej więcej tak, jak to zapamiętał człowiek żyjący w tamtym ustroju. Tyle, że w tych garniturach chodzą hollywoodzcy aktorzy i rozmawiają ze sobą po angielsku (choć parokrotnie słyszymy rosyjski, znów w ikonicznych scenach, np. wezwania strażaków).

Osią narracyjną uczyniono współpracę dwóch niepasujących do siebie mężczyzn: chemika Walerego Legasowa (gra go Jared Harris, szerzej znany jako „Angol z Mad Men”) i ministra energetyki Borysa Szczerbyny (Stellan Skarsgard).

Obaj są postaciami historycznymi, Legasow popełnił samobójstwo w drugą rocznicę katastrofy, Szczerbyna zmarł wkrótce po nim (być może w związku ze sporą dawką promieniowania, którą dostał podczas akcji likwidacyjnej).

Ich współpraca pasuje do klasycznego „buddy movie”. Początkowo się nie lubią jak aparatczyk z jajogłowym, stopniowo nabierają do siebie szacunku.

Rolę ich współpracy zdecydowanie tu wyolbrzymiono – tam było więcej aparatczyków i więcej jajogłowych. Zrobiono też trochę innych uproszczeń, typu lekka podmiana chronologii albo połączenie dwóch postaci w jedną.

Nie mam o to żalu. Dzięki tym zabiegom ogląda się ten serial jak pasjonującą, fabularną fantastykę apokaliptyczną. Ta przecież od dawna jest pełna takich wydarzeń: huk, przerażeni operatorzy w pokoju kontrolnym, mroczne korytarze z oświetleniem awaryjnym, wycie syren, kłęby toksycznego dymu, próby ratowania rannych kolegów i ta straszna scena, gdy ktoś w końcu otworzy ciężkie metalowe drzwi i zobaczy, co jest za nimi…

Znamy to z serialu „Stranger Things”. Do licha, znamy to z gry „Half Life”. Opowieść o Czarnobylu można ułożyć z tytułów kolejnych poziomów tej gry („Anomalous Materials”, „Unforeseen Consequences”, „Office Complex”, „Questionable Ethics”, „Surface Tension” i oczywiście „Forget About Freeman!”).

Na załączonym kadrze mamy początek tej tragedii. Inżynierowie Akimow, Diatłow i Toptunow usiłują zrozumieć, co się dzieje.

Usłyszeli huk, budynek się zatrząsł, poleciały szyby. Ale może to tylko wodór, gromadzący się w zapasowym zbiorniku?

Diatłow (na zdjęciu: pośrodku) jeszcze o tym przekonany. To on był szefem, więc jego podwładni, mimo narastających w nich wątpliwości, wykonują jego polecenia, w tym te jawnie samobójcze („chłodzenie nie chce ruszyć, bo widocznie jakiś zawór blokuje obieg, idźcie do reaktora odkręcić…”).

Większość postaci pokazanych w tym kadrze nie dożyje finałowego odcinka. Jak w GoT, ale naprawdę.

Ostatni dzień strajku nauczycieli

Pozytywnym skutkiem strajku nauczycieli jest to, że część ludzi zaczęła się zastanawiać, dlaczego ustawowe regualacje dotyczące strajków w Polsce są takie beznadziejne. Cóż, to długa opowieść.

Ustawę przyjął tzw. sejm kontraktowy. Na użytek zaglądającej tu czasem młodzieży chyba muszę przypomnieć, co to.

Oficjalnie nazywał się Sejmem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej X Kadencji, a przydomek „kontraktowy” zawdzięczał temu, że o jego składzie nie zadecydowali wyborcy, tylko umowa okrągłego stołu. Zgodnie z nią, 299 mandatów dostała z automatu tzw. „strona koalicyjno-rządowa”, czyli PZPR z przystawkami, a tylko 161 podlegało swobodnemu wyborowi w okręgach jednomandatowych.

Opozycja wystartowała zwartym blokiem (tzw. „drużyną Lecha”), więc zgarnęła całe 161. Skala tego sukcesu zaskoczyła wszystkich. Chociaż zgodnie z umową premierem miał zostać Czesław Kiszczak (PZPR), nie udało mu się sklecić większości. Za sprawą buntu przystawek rząd stworzył wywodzący się z opozycji Tadeusz Mazowiecki.

Drużyna Lecha szybko pokłóciła się z Lechem i sama ze sobą. Mazowieckiego identyfikowano z wyrzeczeniami planu Balcerowicza, więc poniósł upokarzającą klęskę w wyborach prezydenckich.

Nowy rząd – Jana Krzysztofa Bieleckiego – został powołałany w styczniu 1991 przez ten sam, niedemokratyczny Sejm. W nowym rządzie, saprajs saprajs!, też był Balcerowicz. Społeczeństwo poczuło się zrobione w bambuko, z euforii 1989 nic już nie zostało, kraj paraliżowały strajki i demonstracje.

Sejm nie reprezentował już nikogo, jego skład był przypadkowym reliktem kompromisu z innej epoki. Powinien się był samorozwiązać, ale większość posłów miała świadomość, że nie ma szans na reelekcję.

Ten właśnie niedemokratyczny Sejm przyjął serię kluczowych ustaw, które do dzisiaj kształtują ustrój Rzeczpospolitej. W tym: ustawę o rozwiązywaniu sporów zbiorowych.

Pierwotny projekt wyszedł z Senatu (teoretycznie demokratycznego). Dla senatorów priorytetem było utrudnienie zorganizowanie strajku.

Jak wszystko, co w tym kraju złe, uzasadniono to cytatem z Jana Pawła II. Cytat na skrinie ze stenogramu to fragment przemówienia senatora Tadeusza Zielińskiego (późniejszego RPO), przedstawiającego projekt w Sejmie 12 września 1990.

Pierwotny senacki projekt i tak był łagodny w porównaniu do ostatecznej wersji, przyjętej 23 maja 1991. Przewidywał możliwość zorganizowania strajku w zakładzie, w którym nie ma żadnej organizacji związkowej. Dopuszczał też strajki solidarnościowe.

Projekt zaostrzono podczas prac w komisji. W II czytaniu (4 kwietnia 1991) posłowie omawiali już dokument, w którym pojawił się zapis o niepłaceniu pracownikom za czas strajku. Nie wiem, kto ten zapis wniósł, w imieniu komisji relacjonował to poseł Marek Rutkowski (Porozumienie Centrum).

Najbardziej antypracownicze stanowisko podczas debaty prezentował poseł Wiesław Kaczmarek (PZPR). W wystąpieniu mówił, że ustawa powinna jak najsilniej chronić interes właściciela firmy.

Zgłosił poprawkę (ostatecznie odrzuconą) o wprowadzeniu w ustawie prawa do lokautu. Domagał się też zakazu strajku solidarnościowego, „aby strajk nie był przedmiotem manipulacji politycznych (…) żeby miał przede wszystkim podłoże o charakterze ekonomicznym i socjalnym”.

Ten zakaz przyjęto, a także zakaz organizowania strajku przez kogokolwiek, poza organizacjami związkowym – oraz bezwzględny wymóg referendum jako warunku legalności strajku. O to wnosił minister pracy Michał Boni.

Uzasadniał te zakazy tym, że związek będzie ponosić finansowe skutki strajku, będzie więc działać „w sposób rozważny i odpowiedzialny. Takiej gwarancji nie można mieć w przypadku strajków organizowanych przez nieformalne przedstawicielstwa pracownicze”.

Ponieważ nie był posłem, jego wniosek formalnie zgłosiła posłanka Maria Dmochowska (ROAD). Prywatnie siostra Jana Józefa Lipskiego i ciotka Andrzeja Celińskiego.

Gorąco poparł ją poseł Jacek Kuroń (również ROAD). W przemówieniu wyraził obawę, że płacenie za czas strajku grozić będzie „nieodpowiedzialnymi zachowaniami”, w których pracownicy „będą na zasadzie zmowy organizować taki strajk, w którym wszyscy będą brali pieniądze i jednocześnie wszyscy będą strajkować. To bez trudu można w zakładzie zrobić”.

Wszystkich posłów – w tym takich, po których naprawdę oczekiwalibyśmy czegoś lepszego – ponad podziałami partyjnymi jednoczyło w tej debacie podejście przypominające średniowieczną „Satyrę na leniwych chłopów”. Że pracownik to taka zła bestyja, która musi czuć świst bata nad dupą, bo inaczej porobi jakieś nieodpowiedzialne zmowy albo co gorsza manipulacje polityczne, za sprawą swej „przecherney a sztuczney natury”.

Smutne FAQ dotyczące strajku nauczycieli wygląda więc tak:

1. Dlaczego nie mieli postulatów innych niż płacowe? Bo zabrania tego ustawa.

2. Dlaczego szkoły, w których nie ma związku, nie mogły strajkować? Bo zabrania tego ustawa.

3. Dlaczego nie było strajków solidarnościowych? Bo zabrania tego ustawa.

4. Dlaczego nauczyciele nie dostaną wynagrodzenia za strajk? Bo zabrania tego ustawa.

5. Dlaczego czy to w korpo, czy to w szkole, czy to w urzędzie, pracownicy czują się jak feudalni peoni na folwarku? Bo takie prawo przyjął niedemokratyczny Sejm, a wszystkie ugrupowania głównego nurtu do dziś kontynuują jego antypracowniczą tradycję.

The winter of our discontent is coming

Warto mieć bloga, żeby na progu ostatniego sezonu „Gry o Tron” przedstawić swoją wizję finału, pokłócić się z komentatorami a potem wrócić do sporu, jak już ten finał obejrzymy.

Moja teoria bazuje na założeniu, że spośród historycznych inspiracji szczególnie istotną dla G.R.R. Martina była Wojna Róż. Tak jak w fantasy Sapkowskiego wystarczy poskrobać, żeby wyjrzeli nam pan Zagłoba z Horpyną na Dzikich Polach, tak angielski pisarz popkulturowy nie może uciec przed klasyką.

Skoro tak, to „Gra o Tron” nie może się zakończyć pospolitym zwycięstwem którejś z tradycyjnych dynastii. Wyłoni się nowa, tak jak Kapetyngów zastąpili Bourboni, a Plantagenetów Tudorowie.

Zakończenie typu „przywrócenie chwały Targaryenów” byłoby godne Tolkiena czy Lewisa, ale nie G.R.R. Martina. Z finału wyłoni się nowa dynastia. Tego jestem pewien, o to się mogę założyć.

Pytanie tylko jaka. I tu przechodzę już do hipotezy niepewnej i egzotycznej, pieniędzy bym na nią nie postawił. Ale gugiel pokazuje, że nie ja jeden tak kombinuję (joła).

Stawiam na dynastię Tarlych. Tak, wiem, padliście ze śmiechu. Wróćcie jak się już wytarzacie.

Rola Samwella Tarly w tej sadze jest ciągle nieznana. To postać Czechowa, której znaczenie poznamy w finale. Jest na przykład taka hipoteza, że Sam okaże się narratorem.

Możliwe, ale jeśli sekret zakończenia jest zaszyfrowany w pierwszym tomie sagi – a tak nakazują Prawidła Sztuki Pisarskiej – to Martin ma z nim dalej idące plany.

W pierwszym tomie Robert Baratheon i Ned Stark rozmawiają, jak ciążą im kierownicze stanowiska. Współczesny czytelnik powiedziałby, że brak im kompetencji menadżerskich. Są zatruci toksyczną męskością.

W zawodzie króla najbardziej sobie cenią wojny, turnieje, polowania, promiskuityzm i adrenalinę. Czasy pokoju ich nudzą. Mierzi ich papierkologia i administrowanie.

Parę stron obok tymczasem Samwell Tarly – odtrącony przez ojca (kolejne wcielenie toksycznej męskości) – prezentuje się jako idealny kandydat na władcę. Świetnie sobie radzi z rachunkowością i zarządzaniem. Tego argumentu używa Jon Snow, by przekonać mistrza, że chłopiec przyda się Nocnej Straży.

Sam jest klasycznym „underdogiem”. Gdy Jon go próbuje pocieszać, mówiąc „następnym razem pójdzie ci lepiej”, Sam odpowiada „mi nigdy nie idzie lepiej”. Nie można go nie polubić!

Kanon mówi, że taka postać powinna w finale Zatryjumfować, bo czytelnik się z nią identyfikuje. Tarly często mówi tak, jakby był z XXI wieku.

To czasami ma służyć efektowi komicznemu, w dialogach typu „Sam, zostałem Trzyokim Krukiem” / „Gratuluję, ale nie mam pojęcia, co to znaczy”. Ale dotyczy to też poważniejszych kwestii: Sam (podobnie jak Brienne) nie podziela panującego w Westeros systemu wartości.

Jak dotąd nawet nie pretenduje do bycia pretendentem. Dużo się musi wydarzyć, żeby się nim stał: przede wszystkim, muszą wyginąć inne dynastie.

W czym problem? Wojna Róż toczyła się między dwiema gałęziami Plantagenetów. Yorkom udało się wyrżnąć do nogi Lancastrów, a potem sami zginęli z Ryszardem III w bitwie pod Bosworth.

W efekcie królem został szlachcic wierny Lancastrom, jako ich symboliczny spadkobierca. Wziął za żonę Elżbietę z Yorków, pieczętując zjednoczenie kraju.

W finale „GoT” również będzie jakaś wielka bitwa („smoka! królestwo za smoka!”). Tak mówią Unijne Normy Stereotypów Popkulturowych.

Zgodnie z nimi będzie mieć następujący przebieg. „Nasi” będą mieć dobry plan, ale Coś Pójdzie Nie Tak. Już będzie bardzo źle, „nasi” będą padać jak muchy, ale jakaś desperacka akcja odwróci los bitwy.

Na przykład: Jon Snow będzie miał genialny plan, który zawiedzie z powodu zdrady. Niekoniecznie Lannisterów (ile można).

Zdrajcy wymyślą świetną pułapkę – i sami w nią wpadną. Zginą, ale pozbawią „tych dobrych” jakiegoś strategicznego atutu, np. smoków. Nastąpi rzeź, w której zginą wszyscy pretendenci wielkich rodów płci męskiej.

I wtedy ktoś podejmie się samobójczej misji. Zaatakuje słaby punkt Gwiazdy Śmierci, czyli w tym przypadku spróbuje zabić Nocnego Króla.

Sam weźmie w tym udział, bo jest najwybitniejszym ekspertem od zombiakologii w Westeros. Wróci opromieniony sławą tego, kto uratował królestwo. Obwołają go władcą na polu bitwy.

Wprawdzie Sama obowiązują śluby Nocnej Straży, ale ta może już wtedy po prostu nie istnieć. Z Wielkiej Rozpierdziuchy Sam może się wyłonić jako jej najwyższy rangą żyjący przywódca.

Zakładam, że Sam przypieczętuje swój status ślubem z księżniczką (Gilly? No cóż, nie sprzedałbym jej polisy).

Rolę Elżbiety Jorskiej może pełnić Sansa, Arya albo Yara. Albo Brienne, która z Wielkiej Rozpierdziuchy może się wyłonić jako spadkobierczyni Baratheonów.

Acz tu już przemawia przeze mnie Łyszful Fynkin, no bo chcę, żeby Brienne przeżyła. A wy nie?

Z różnych powodów Sama poprze północ, południe, mieszkańcy stolicy i nawet bankierzy z Braavos, którzy wyczują, że z tym królem będą robić lepsze interesy niż z Lanisterami. Znów: historycznie podobnie było z Henrykiem Tudorem.

Głównym argumentem za moją teorią są podobieństwa między „Ryszardem III” a sagą Martina. W obu mamy sławne cytaty, w których zima występuje jako proroctwo i metafora („gdy liść opada, znać, że zima bliska”, akt 2 sc. 3).

Ryszard III wspomina proroctwo, że obali go Earl of Richmond, w które nie uwierzył, bo „Ryszmond / był jeszcze małym, trzpiotowatym chłopcem”, akt 4 sc. 2). Podobnie Sama wspomina Robert Baratheon w pierwszym tomie (podobieństwo tych scen jest intrygujące: w obu król zwierza się ze swoich rozterek komuś, kto myślami jest już przy upadku króla).

Podsumowując:. „Finał serialu” definiuję jako „zakończenie ciągu przygód Jona/Daenerys/Tyriona” (to na wypadek, gdyby ostatnia scena była flashbackiem albo flashfowardem). „Władzę” definiuję jako „kontrolę nad Kings Landing”. To na wypadek, gdyby królestwo zostało podzielone a tron Targaryenów zniszczony.

Prognoza brzmi tak: w finale władzę sprawować będzie Sam. Być może z jakąś księżniczką u boku (np. Starkówną albo Grejżanką).

Zginą: Tyrion, Daenerys, Jon, oczywiście Jamie i Cersei. Zginą też wszystkie smoki, zombiaki i nekromancerzy.

Sam kocha literaturę, zasponsoruje więc rozwój czegoś, co historycy będą późńiej nazywać „dramatem tarliańskim”. I jakiś Bard, tak jak Szekspir, opisze to wszystko tak, żeby wyszła z tego historia o wspaniałości Sama.

„Pieśni Ognia i Lodu” jego pióra będą stulecia później lekturą szkolną nawet na Essos.

Dlaczego nie bon?

Na marginesie strajku nauczycieli (który oczywiście popieram) wraca tu i ówdzie koncepcja „bonu oświatowego”. Dziś proponują ją głównie publicyści związani z PiS, co jest o tyle zabawne, że to była jedna z obietnic PO z 2007.

Ministra Katarzyna Hall zapowiedziała wprowadzenie go w 2011. Skapitulowała, w dużym stopniu za sprawą oporu stawianego przez ZNP.

Prawicowe szczujnie budują teraz tezę, że ZNP nie robiło protestów w latach 2007-2015. Robiło przez cały czas, acz czasem strajk odwoływano, gdy rząd ustąpił.

Gdyby nie ten opór, Tusk i Hall zrealizowaliby swoje obietnice. Zlikwidowaliby Kartę Nauczyciela, zwiększyli pensum i wprowadzili bon oświatowy.

Czy zmienili stanowisko? Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie jakie TERAZ pomysły Platforma (albo Biedroń?) ma na edukację, proszony jest o ujawnienie w komciu.

Rozwiązanie zbliżone do bonu oświatowego od kilkunastu lat zresztą i tak już funkcjonuje. Przy okazji reformy Handkego wprowadzono zasadę, że subwencja idzie za uczniem, teoretycznie więc powiaty są motywowane do szukania rozwiązań przyciągających uczniów do „ich” szkół.

W pełni korzystają z tego szkoły publiczne [edit: patrz komcie]. Proponenci bonu oświatowego marzą o rozszerzenie tego na komercyjne, zwane w Polsce z niejasnych przyczyn „społecznymi”.

Czy tak byłoby lepiej? W polityce nie ma rozwiązań lepszych dla każdego. Co dobre dla dzieci zamożnej, wielkomiejskiej klasy średniej niekoniecznie będzie dobre dla dzieci ze środowisk zagrożonych wykluczeniem.

Bon oświatowy polegałby na tym, że szkoły najbardziej prestiżowe przyciągać będą najwięcej hajsu i najzdolniejszych uczniów. W złych dzielnicach miast i małych miejscowościach spowoduje to ODPŁYW PIENIĘDZY, a więc pogorszenie tam, gdzie już i tak jest źle.

Ta propozycja jest więc ucieleśnieniem obrzydliwego klasowego egoizmu klasy średniej. W 2008 był jeszcze standardową postawą, acz część z tych ludzi zmądrzała i nawet zdążyła o tym opowiedzieć w wywiadzie z serii „Byliśmy głupi”.

W większości krajów demokratycznych ideę bonu edukacyjnego udało się uwalić. Niechlubnym wyjątkiem jest Szwecja, która to wprowadziła w 1992, po czym zleciała w rankingach.

Zazwyczaj kraje nordyckie zajmują pierwsze miejsca we wszystkich rankingach opisujących jakość życia, dobrostan, niską korupcję itd. – zmieniają się w nich tylko kolejnością. Szwecja nadal jest w czołówce innych rankingów, ale już nie pod względem oświaty.

Dlaczego – to temat tamtejszej debaty. Jedni twierdzą, że to przez bon oświatowy. Inni, że to przez dzieci imigrantów (co o tyle mało przekonujące, że inne kraje też mają dzieci imigrantów, a nie zlatują).

Bon oświatowy wprowadziły niektóre stany w USA, a także Hong Kong i Pakistan. Nigdzie nie przyniosło to tak dobrych wyników, żeby gdzieś robiono konferencję oświatową pod hasłem „jak skopiować oszałamiający sukces Oklahomy”.

Robione są zaś konferencje pt. „jak skopiować sukces Finlandii”. Ma rekordowo wydajny system edukacji – przekazuje maksimum wiedzy przy minimum godzin lekcyjnych.

Finowie zareagowali na to w swoim typowym stylu, że pewnie w tych testach jest jakiś błąd. Bo jak się ich o to pyta (pytałem!), odpowiadają, że nie robią niczego nadzwyczajnego.

Po prostu dobrze płacą nauczycielom i dają im duży margines swobody. A także dbają, żeby wszystkie dzieci były najedzone i miały dobre warunki do nauki.

Byłem świadkiem debaty o szkolnych stołówkach w Finlandii. Wszędzie są takie same, bo to niedopuszczalne, żeby jakieś dzieci miały lepsze żarcie. Dlatego zmiana menu wymaga tam ogólnonarodowej dyskusji.

Jeśli więc marzymy o reformie edukacji dobrej dla WSZYSTKICH, a nie tylko dla dzieci prezesów – kopiujmy rozwiązania fińskie. Działają, w odrożnieniu od bonu oświatowego.

Zdumiewa mnie, że w 2019 jeszcze ktoś może wierzyć w zbawienną moc rynku i konkurencji. Proponuję spojrzeć na służbę zdrowia: tam jest konkurencja, pieniądze z NFZ idą za pacjentem. Który w efekcie umiera na SOR.

Paradoks? Nie, po prostu placówki służby zdrowia dbają o to, żeby robić jak najwięcej rzeczy, za które NFZ najlepiej płaci. Przetrzymywanie zdrowego pacjenta na „obserwacji” zawsze się będzie bardziej opłacać od ratowania ciężkich przypadków.

Bon oświatowy proponuję więc zostawić razem z całą ideologią korwinobalceryzmu, imprezami rave, botkami UGG i kompaktami Limp Bizkit w latach 90., gdzie ich miejsce. I zalać to wszystko betonem jak reaktor w Czernobylu.