Bieszczady przybliżone

Podróżować samochodem po Europie zacząłem dwadzieścia parę lat temu. Zazdrościliśmy wtedy Czechom i Słowakom, że już mają sieć autostrad, a my jeszcze nie.

Przez polskie drogi człowiek dopełzał do Cieszyna, Kudowy czy Zwardonia, gdzie niestety początkowo dalej z trudem przebijał się przez małe miasteczka. Ale po jakimś czasie w Trenczynie, Ołomuńcu czy Hradec Kralove nagle robiło się jak w Europie.

W rzeczywistości te ich sieci nie były duże. Z powodów historycznych my zaczynaliśmy od sprzątania pozostałości po Adolfie, a oni od łączenia głównych miast.

Ich mini-sieci długo miały jednak tę samą wadę, którą mieliśmy my. Nie były połączone z siecią ogólnoeuropejską – w najlepszym wypadku urywały się na przejściach granicznych. Integracja Czechów i Słowaków z Europą przyszła względnie niedawno, prawie równocześnie z naszą.

Nasza sieć autostrad i ekspresówek jest już na finiszu. Od kiedy można się po nich kręcić w kółko (A1/S8/S5/A2), można mówić o zintegrowanej sieci.

Ostatni fragment A1, upgradowana gierkówka, ma już ruch w całości odbywający się po nowych jezdniach. To nadal oznacza spowolnienie w rejonie Piotrkowa, ale już jest to spowolnienie przypominające remont autostrady, a nie jej budowę – a więc coś, co i tak dopadnie nas w Niemczech czy we Francji podczas maratonu Warszawa-Lizbona.

Z nutką nostalgii napiszę więc o mikro-siatce, która się wyłoniła na wschód od Wisły. To już chyba ostatnia w Polsce sieć drogowa niepołączona z resztą Europy.

Za jakieś pół roku ją też podłączą, gdy skończy się budowa tunelu pod Ursynowem. Na razie kombinacja fragmentów S2, A2, S12, S17 i S19 stanowi coś przypominającego te stare odcięte od świata lokalne sieci Czech i Słowacji.

Wszytkiego razem jakieś 200 kilometrów. Najdłuższa podróż, jaką można tym odbyć, to chyba Świdnik-Mińsk Mazowiecki, ok. 180 km.

Najważniejsze jest jednak połączenie Warszawy z Lublinem, przywracające szlachetne znaczenie pradawnego szlaku handlowego, łączącego kiedyś Hanzę z Orientem (przez Lwów). To oznacza zrewolucjonizowanie wielu drogowych odruchów.

Kiedyś na przykład jazda z Warszawy w Bieszczady wyglądała tak: siódemką na Radom (koreczek przez most w Białobrzegach, he he), w Radomiu na tym strasznym rondzie dziewiątką w lewo, a potem w Sandomierszczyznie robi się szalenie malowniczo, mijamy Klimontów i Opatów, ale jedziemy chwilami dwudziestką, momentami przez jakieś ciasne gotyckie uliczki.

A potem jeszcze na moście przez Wisłę zawsze był jakiś remont… Do Rzeszowa dojeżdżamy po zmroku, a w Ustrzykach jesteśmy nocą.

Tymczasem teraz Wisłę przekraczamy od razu w Warszawie nowym mostem, z którego po prostu teleportujemy się już za Lublin. Dalej
S19 jest w budowie, ale do Rzeszowa już blisko. O zmroku to będziemy w Sanoku (joł madafaka).

Rzeszów, Bieszczady, Zamość, Przemyśl zrobiły się nam bliższe o jakieś dobre dwie godziny. Lwów też, no ale tam na razie granica.
Razem z domknięciem odcinka przed Ursynów, Warszawa będzie już miała 3/4 obwodnicy. Zostanie wschodni odcinek – na razie nie da się podać żadnej daty.

Długo na nią poczekamy, bo nie ma nic trwalszego od prowizorki. Tymczasem zanim doczekamy się pięknej obwodnicy ekspresowej oznakowanej jako S17, możemy już jeździć bieda-obwodnicą w ciągu DW631 – przez Marsa/Żołnierską.

Jak już ukończą tunel, może to być sensowna alternatywa dla wiecznie przeciążonej S8 przez most Grota. Kierowcy jadący do Rygi (albo powiedzmy z Poznania do Białegostoku) pakują się tam w stojący, wielokilometrowy korek, bo łączą się z ruchem warszawskich osiedli-sypialni.

Po ukończeniu odcina ursynowskiego na takiej trasie sensowna może być nieco dłuższa, ale mniej zatkana trasa przez DW631, albo wręcz przez DK50 (do Ostrowi Maz). Tą drugą uda się bezkolizyjnie ominąć całą warszawską aglomerację.

Te wszystkie podróże na razie odbywam niestety głównie palcem na mapie. Przejechałem się z Warszawy do Lublina i z powrotem, no bo tyle się da bez zostawania na dłużej. Jak wygląda trasa Lublin-Rzeszów, na razie teoretyzuję (i nie mogę się doczekać testu).

Rok 2021 będzie obfitować w dobre wiadomości drogowe. Oby było dokąd jechać i gdzie przekąsić, a przede wszystkim jakoś to wszystko przeżyć. Czego sobie i państwu życzę.

Serio o szczepionkach


Trochę wbrew swojej niedawnej deklaracji, chciałbym komentarze pod tą notką uczynić „bezpieczną strefą”. Proszę swobodnie zadawać choćby najgłupsze pytania (byle na temat) – postaram się uprzejmie odpowiadać i pilnować manier innych komentatorów.

W notce będę tłumaczył oczywistości oczywiste dla PT Stałych Bywalców, więc przepraszam ich za nudę. Od matematyki na poziomie tensora Riemanna przejdziemy do szkolnych procentów, ale to konieczne, skoro w rozmowie o szczepionkach pojawiają się błędy takie jak ten na załączonym skrinie.

Tym błędem zachwycał się Łukasz Warzecha (kolejny dowód na to, że nieoliberalnym publicystą człowiek zostaje z powodu kłopotów z matematyką). Widziałem go też w innych zakątkach prawicowego internetu. Ale dziś, w duchu inkluzywności, nie chcę szydzić, chcę wyjaśnić.

Dodawanie i odejmowanie procentów to śliska sprawa. W ogólności po prostu nie należy tego robić.

W przypadku, gdy takie dodawanie ma sens, nie mówimy o procentach, tylko o punktach procentowych. Gdy jakiejś partii poparcie wzrośnie z 20 na 30 procent, możemy powiedzieć, że wzrosło o 50%, ale też o 10 punktów procentowych.

W serialu „Z Alternatywy 4” mamy scenę rozmowy dyrektora (Tadeusz Pluciński) z inżynierem (Jacek Fedorowicz). Ten opisuje mu straty ciepła, na trzech kolejnych etapach sięgające 50%.

Dyrektor dodaje te liczby i wychodzi mu, że straty wynoszą łącznie 150%. Śmiejemy się, ale czy rozumiemy, gdzie popełnił błąd?

Na wszelki wypadek, w skrócie. Procenty to rodzaj ułamków. Ułamki można dodawać i odejmować tylko po sprowadzeniu do wspólnego mianownika.

W skeczu z Plucińskim i Fedorowiczem to trzy różne mianowniki, bo za każdym razem uwzględniamy kolejny etap strat. Po sprowadzeniu wyjdzie nam 87,5%. Też dużo, ale jednak nie 150%.

Mianownik rzadko kiedy jest wspólny tak sam z siebie. Dlatego procentów najlepiej po prostu nie odejmować i nie dodawać w ogóle.

Co więc chciał policzyć autor bloga czlowiek info, z którego zaczerpnąłem ten skrin? Chciał porównać prawdopodobieństwa dwóch zdarzeń, oznaczmy je jako Ps i Pn – prawdopodobieństwo, że zachoruje na covid mimo zaszczepienia i prawdopodobieństwo, że zachoruje bez zaszczepienia.

Pomysł zrównania tych liczb z danymi o zachorowaniach z testu szczepionek jest równie absurdalny, jak matematyka z serialu Barei. Przede wszystkim P nie jest wartością stałą i niezmienną dla całego Wszechświata, jest funkcją czasu.

Prawdopodobieństwo, że złapiesz koronawirusa w ciągu najbliższej doby, jest z grubsza dwa razy mniejsze, niż że go złapiesz w ciągu dwóch dób. Dla bardzo krótkiego okresu t zachodzi prosta proporcjonalność: P(2*t)=2*P(t).

Im większe t, tym bardziej nam się to rozjeżdża, bo przecież w ogólności P(t) to funkcja nieliniowa. Prawdopodobieństwo zakażenia się w ciągu 24h jest dziś znacznie większe niż kilka miesięcy temu. Dla odpowiednio małych odcinków prawie wszystkie funkcje zachowują się jak liniowe, ale nie wchodźmy w to, bo miało być bez różniczek.

Niestety, P(t) jest nie tylko funkcją czasu, ale i przestrzeni. Prawdopodobienstwo złapania Covida jest w tej chwili inne w Polsce i w Zanzibarze. Ba, jest inne w powiecie łowickim, a inne w łosickim.

W to też nie wchodźmy, bo jednak wyjdzie nam tensor. Dość, że tego, co autor bloga czlowiek info chciał policzyć, w ogóle nie da się zrobić z podanych przez niego danych.

Nie, to nie jest tak, że jego „zdrowy układ odpornościowy” daje mu 99% szans na uniknięcie zakażenia. Nie da się tego wyliczyć na podstawie informacji o tym, ile osób zachorowało W INNYM KRAJU, W OKRESIE PRÓB KLINICZNYCH.

Równie dobrze można powiedzieć, że skoro w grupie placebo 4,3% było etnicznymi Azjatami, a w grupie szczepionki 4,2%, to szczepionka zmiejsza o 0,1 procent prawdopodobieństwo Polaka na stanie się Azjatą. „Turning Japanese, I think I’m turning Japanese, I really think so…”

Jak zatem wyglądają te dwa prawdopodobieństwa dla Polaka? Z takimi funkcjami jest jak z pogodą, da się coś na krótką metę modelować, a także bardzo dokładnie opisać post factum – ale prognozy typu „na najbliższy rok” są najwyżej zgrubną estymacją.

Zaryzykuję swoją. Myślę, ze oficjalne dane zachorowań są kilkakrotnie zaniżone, bo chorzy z różnych powodów się nie testują.

Wydaje mi się, że wirusa już teraz miało nie milion z hakiem Polaków, ale kilka milionów – jakieś 10% populacji.

Nawet zakładając, że szczepienia uda się przeprowadzić zgodnie z planem, w ciągu najbliższego roku wirusa złapią kolejne miliony. Pn (prawdopodobieństwo przy niezaszczepieniu) dla przeciętnego Polaka szacuję na plus minus 50%.

Z testów Pfizera i innych szczepionek wynika, że Ps (ceterując parobasa) jest kilka/naście razy niższe. Powiedzmy, że będzie to jakieś 5%.

To i tak już znaczy, że warto. Tak jak warto zapinać pasy bezpieczeństwa w samochodzie, choć rzecz jasna nie redukują prawdopodobieństwa śmierci do 0%.

Wiadomo już dużo o tym, w jaki sposób Covid-19 zabija ludzi. Układ odpornościowy najpierw go nie zauważa, a potem w panice nadrabia, reagując z przesadną furią, zabijając – w skrajnym scenariuszu – płuca.

Jeśli układ odpornościowy będzie dysponował rysopisem sprawcy, większe są szanse, że zareaguje w porę i w sam raz. Na tym polega łagodny (czy wręcz bezobjawowy) przebieg infekcji.

Dla 100% populacji istotne jest jednak to, żeby pandemia wreszcie wygasła. Na to po prostu nie ma innego sposobu, niż powszechne szczepienie – jak pokazuje przeszło 200 lat historii medycyny.

Nie jestem lekarzem ani mikrobiologiem, tylko niepraktykującym chemikiem. Dlatego zapraszam do merytorycznej krytyki oraz śledzenia zmian, które będę wprowadzał w miarę takowej. I, cóż, zdrowia życzę.

Luminarze dziadocenu


Jestem entuzjastą „cancel culture”, lubię więc także pojęcie „dziaders”. Nie jest ono przecież związane z metryką, tylko z postawą uporczywego odrzucania wszelkich zmian obyczajowych, które nadeszły po 1990/1970/1950.

Dalej niż 1950 chyba się nie cofają z powodów czysto biologicznych, ale do tej daty i owszem. Za wielką wodą zrobił to nie dawno pisarz Joseph Epstein (rocznik 1937), który zaapelował na łamach „Wall Street Journal” do nowej pierwszej damy, by ta nie posługiwała się stopniem doktorskim, bo go śmieszy kobieta-doktorka.

Zamiast tego tytułował ją „kiddo”. Było to cofnięcie się już nawet nie do czasów Reagana, tylko Eisenhowera.

Dziadersem zostaje się z prostej przyczyny. Jest nim całkowite odrzucenie takiej choćby hipotetycznej możliwości, że się jednak nim jest – jak na skrinie z wypowiedzi Waldemara Kuczyńskiego.

Jak widać, odrzuca taką możliwość a priori, w dodatku powołując się na bezsensowne uzasadnienie. Zaczął używać komputera w 1987? Oh, wow, zaimponował mi.

Jedynym sposobem na uniknięcie bycia dziadersem jest dopuszczenie takiej hipotetycznej możliwości, że się jednak nim jest. Możliwe, że jestem – nie mnie to przecież oceniać.

To jakbym sam o swoim tekście powiedział, że jest „głośny”, albo wybitny, albo po prostu dobry. Nawet jeśli mam swoje zdanie, zostawię je dla siebie.

Pośrednio wynika z tego kolejny mechanizm obronny: okazywanie szczerego zainteresowania następnemu pokoleniu. Niby nic, a luminarze dziadocenu ([c] Jacek Dehnel) lubują się w tekstach sprowadzających się do „nie rozumiem i nie chcę zrozumieć młodzieży, a już zwłaszcza płci żeńskiej”.

Żaden grzech czegoś nie rozumieć. Ja na przykład nie rozumiem Ogólnej Teorii Względności, ale nie przyjmuję wobec niej charakterystycznej dla dziadersów agresywnej obrony własnej ignorancji („no i po co komuś jakaś głupia geometria różniczkowa, ja w ogóle nie rozumiem, o co w niej chodzi!”).

W sporach międzypokoleniowych nikt nie ma obiektywnej „racji”. Pewne jest za to jedno: odchodzące pokolenie zabierze swoje racje na cmentarz.

Każde pokolenie uważa, że zajmowało się „prawdziwymi” wyzwaniami, a te następne duperelami niegodnymi uwagi. I to akurat może być obiektywnie prawdziwe – w końcu wynika to z samej idei postępu.

Nie moglibyśmy dzisiaj rozmawiać o prawach osób trans, gdyby Wielkie Pokolenie nie pokonało faszyzmu, a boomerzy nie dokonali rewolucji obyczajowej. Równocześnie gdyby poprzestać tylko na ich osiągnięciach, Wielkie Pokolenie zostawiłoby cis-kobiety sprowadzone do niewolnic, a boomerzy dodaliby pozorną emancypację w stylu „króliczków Playboya”.

Moje pokolenie wychowywało się na osiedlowych podwórkach. Gdy się bawiliśmy na trzepakach, nasze głowy przefruwały o centymetry od stalowych czy betonowych elementów konstrukcji.

Tylko zwinność ratowała nas przed tragedią. Poza tym jednym przypadkiem na tysiąc, gdy zawodziła.

Dla naszych rodziców (a poniekąd także dla nas samych) czymś naturalnym było to, że dziecko pójdzie na plac zabaw i wróci jako kaleka. Z kolei nasi rodzice wyrastali wśród ruin i niewybuchów, a ich rodzice walczyli na wojnie. Widać tu ewolucję w dobrym kierunku, coraz mniejszej akceptacji dla niepotrzebnego ryzyka.

Moje pokolenie swoim dzieciom zakładało kaski i zapinało pasy bezpieczeństwa. Następnemu nie wystarczają już kaski, chcą swoje dzieci chronić przed przemocą psychiczną przy pomocy koncepcji takich jak „safe spaces”.

To koncepcja obca mojemu pokoleniu. Na PRL-owskim podwórku „safe space” nie miałoby sensu, wszystko było fundamentalnie unsafe (według dzisiejszych norm). I wszystko było przemocowe, nawet (zwłaszcza!) zabawa.

Mój blog więc z pewnością o tyle dziaderski, że sekcja komentarzy nie jest strefą bezpieczną dla wszystkich. I to się nie zmieni – więc jeśli ktoś mnie chce „unieważnić”, by all means, proszę się nie krępować. Lubię cancel culture także gdy chodzi o mnie.

Równocześnie nie mam nic przeciwko takim inicjatywom tam, gdzie występuję jako pracownik. Decyduje o tym różnica między „tym, za co sam płacę” a „tym, za co mi płacą”. Ta różnica jest intuicyjnie oczywista dla mojego pokolenia, ale znów, zrozumiem jeśli dla następnych nie (zapewne zresztą kiedyś unieważni ją Uniwersalny Dochód Podstawowy).

Ogólnie podoba mi się idea zmieniania świata tak, żeby był coraz bardziej równościowy, inkluzywny i bezpieczny dla wszystkich. Ci, którzy mają zasługi z 1968 albo z 1989, z biegiem lat mogą lądować po złej stronie historii.

Zdarza się.

Transfobia Roberta Galbraitha

Jak wielokrotnie pisałem, staram się oddzielać ocenę dzieła od personalnej sympatii do autora, a zwłaszcza od jego poglądów. Wiem, że tak do końca to nie jest możliwe, dlatego piszę tylko, że się staram.

Chciałem to przetestować na książkach kryminalnych, które J.K. Rowling pisze jako Robert Galbraith. Ta pierwsza, „Wołanie kukułki”, nawet mi się spodobała – ale nie tyle, żebym od razu sięgnął po sequel.

Zrobiłem to dopiero teraz, bo chciałem przeczytać czwartą część i samodzielnie ocenić, czy rzeczywiście objawia się w niej transfobia autorki. I już w drugim tomie znalazłem taką transfobię, że oskarżenie nie ma więcej pytań.

Ponieważ to kryminał, to postaram się pisać bez spojlerów. Niestety sama ta świadomość, że autorka ma obsesję na punkcie osób trans, już spojluje pewien wątek.

Występuje tam ktoś przedstawiający się imieniem – dajmy na to – Stella, kto wprawdzie chodzi w sukience i bierze hormony, ale w papierach ma imię Steven (imiona zmieniłem). Ten ktoś jest ucieleśnieniem najdurniejszych stereotypów sprzed kilkudziesięciu lat.

Jak wiemy z „Milczenia owiec” facet przebierający się za babę to musi być jakiś psychol. Tym bardziej niebezpieczny, że zaatakowana osoba nie spodziewa się po kobiecie takiej siły i zręczności (mniej więcej takimi słowami informuje nas o tym narrator).

Obrońca J.K. Rowling powiedziałby może, że to nie jest pogląd autorki, tylko bohatera. Nie mamy tu jednak klasycznego MPOV, tylko trzecioosobowego narratora wszechwiedzącego. Zazwyczaj informuje nas o tym, co zachodzi w głowie jednego z bohaterów, ale kiedy mu jest tak wygodniej, stosuje klasyczne „little did he know”: „gdyby wtedy wyjrzał przez okno, zobaczyłby, że ktoś na niego czyha”.

Nie lubię tej formy w kryminale, bo jest niekonsekwentna. Czemu od razu nie napisać „little did he know, że zabił kamerdyner?”.

Przy tej formie argument „to nie są poglądy autorki” wypada słabo. Tym bardziej, że transfobia pasuje do ogólnej logiki świata przedstawionego w „Jedwabniku”.

Już w „Harrym Potterze” można było zauważyć, że Rowling ma problem z konstruowaniem wątków miłosnych. Akcja działa się głównie wśród dzieci, więc nie rzucało się to w oczy, ale jeśli przeanalizujemy relacje między dorosłymi – wyglądają dziwnie.

Małżeństwa są tu albo niestabilne, albo patologiczne i i/lub nieszczęśliwe. Mamy teoretycznie wyjątek w postaci Weasleyów, ale co ich łączy, co oni w sobie widzą, tego nie wie nawet wszechwiedzący narrator. A jeśli wie, to nam nie mówi.

Jeśli narrator pokazuje nam namiętne uczucia, towarzyszy im przemoc, destrukcja i resentymenty, jak w tym całym high school drama Potter/Evans/Snape/Black. Miłość rozumianą jako bezinteresowne pragnienie szczęścia drugiej osoby Rowling umie opisywać tylko w relacji matka-dziecko, a i tu jest często jednostronna.

Byłem kiedyś na czymś w rodzaju konferencji J.K. Rowling, na której wyraziła ona swoje zaskoczenie pojawieniem się „fandomu Malfoya”. „Nieuważnie czytali” – narzekała.

A może jednak to ona nieuważnie pisała? Tak jakoś wyszło, że najbardziej wyraziste postacie w tym cyklu to postacie negatywne. Reszta pokazana jest jako wariaci, nieudacznicy, zdrajcy, obłudnicy, nieludzie, a w najlepszym wypadku nudziarze.

Rozumiem, że intencją autorki było potępienie rasizmu i klasizmu Malfoyów, Blacków, Lestrange’ów itd. Ale ich racje opisywała z taką pasją, a racje postaci pozytywnych z takim brakiem przekonania, że sama się stała swoim misaimed fandomem.

Najlepszy dowód, że jej książki spopularyzowały ucieleśnienie brytyjskiego przemocowego klasizmu, czyli „szkoły z internatem”. Od początku słyszymy teksty w stylu „ludzie giną na tym turnieju, Harry”. Jaki kochający rodzic wysłałby swoje dziecko do takiej szkoły?

Zrobiłby to klasistowski snob. Taki jak dentysta wysyłający dziecko do Eton w idiotycznej nadziei na przyjaźń z diukiem.

Kryminały Galbraitha dzieją się w świecie dorosłych, a tutaj to widać wyraźniej. Głównymi bohaterami są, jak wiadomo, prywatny detektyw Cormoran Strike, który stracił pół nogi na wojnie i jego młodziutka asystentka Robin, którą mu przydzielono z powodu pomyłki w pośredniaku.

W pierwszej części podobali mi się, jako symbole cynicznego pokolenia X i milenialnej prekaryjności. A może wtedy jeszcze lubiłem Rowling i chciałem rozstrzygać wątplwości na jej korzyść?

Bo w „Jedwabniku” oboje mnie wkurzają. Mizantropia Cormorana działa mi na nerwy – nikogo nie lubi, a najbardziej tych, którzy próbują być dla niego uprzejmi.

Chociaż Robin teoretycznie ma być pokazana jako osoba ambitna i inteligentna, ilekroć narrator opisuje jej monologi wewnętrzne, wychodzi na słodką idiotkę, której nie wiadomo o co chodzi. Cormoran traktuje ją jak szmatę, ona się na to zgadza – zamiast szorstkiej przyjaźni mamy studium mobbingu.

Ich relacja przypomina obecne skandale ze świata teatru. „Nauczysz się przy mnie tego zawodu, mała, ale to wymaga ciągłego poświęcenia, czy jesteś gotowa?”. I wszechwiedzący narrator opisuje to z aprobatą, że tak ma być.

Cormoran jest po nieszczęśliwym, przemocowym związku z niejaką Charlotte, z którą był szesnaście lat z przerwami, ze zdecydowaną przewagą przerw – jak sam dodaje. Z jego wspomnień wynika, że ich związek polegał głównie na tym, że ona w niego rzucała ciężkimi przedmiotami, a on jej odpłacał przemocą psychowerbalną.

Czy coś im w tym związku tak poza tym sprawiało wspólną przyjemność? Nie wiadomo. Wszechwiedzący narrator o tym nie mówi.

Robin z kolei jest w związku z niejakim Matthew, którego poznała jeszcze jako dziecko. Wyrośli na atrakcyjnych nastolatków, byli piękną parą, więc pod presją rodzin zaręczyli się.

Wszechwiedzący narrator mniej więcej wie, co Robin widzi w Matthew, ale to żenujące. Jest przystojny, ma wyrazistą męską szczękę – i właściwie tyle ma zalet.

On też traktuje Robin jak szmatę. Nie wiadomo, co on w niej widzi, ale wygląda na to, że to nie problem, bo jeszcze w narzeczeństwie ustawił sobie życie tak, że spokojnie może ją zdradzać mówiąc, że w pracy go coś zatrzymało.

Cormoran Strike, jako prywatny detektyw, często wynajmowany jest do śledzenia niewiernych małżonek i małżonków. Widzimy tutaj wiele popieprzonych związków, w których ewidentnie ktoś jest z kimś dla pieniędzy albo dla biustu (skądinąd sztucznego).

Związków szczęśliwych widzimy niewiele i opisywane są zawsze bez entuzjazmu. Szczęśliwi małżonkowie są nudziarzami, z którymi Cormoran nie umie znaleźć wspólnego tematu, a w dodatku drażnią go ich rozwydrzone bachory.

Oczywiście, to postawa Cormorana, a nie narratora. Ten się nie dystansuje, a potrafi kpić z wewnętrznych monologów Robin, np. zderzając jej naiwne wyobrażenia z czymś, co za sekundę im zaprzeczy.

W innych sytuacjach od Cormorana też się dystansuje, choćby przez wspomniane „little did he know”. Nigdy tego nie robi, żeby się odciąć od niechęci, którą detektyw odczuwa wobec szczęśliwych małżeństw i ich dzieci.

Cormoran jest ubogi, co narrator nieustannie podkreśla z pewną ostentacją. W związku z tym nie stać go na samochód. Mimo inwalidztwa musi więc ciągle jeździć metrem.

Narrator opisuje te podróże z absurdalną drobiazgowością, że wsiadł na tej stacji, a na tamtej przesiadł się z tej linii do tamtej. Widać, że Rowling do każdej podróży Strike’a zrobiła risercz z jakimś programem do wyznaczania trasy.

Nie zrobiła jednak wizji lokalnej. Skąd o tym wiem?

Otóż w miarę rozwoju wydarzeń, Cormorana coraz bardziej boli urażone kolano. W końcu puchnie mu tak, że nawet nie może do niego przymocować protezy.

W związku z tym parokrotnie wszechwiedzący narrator informuje nas o smutku, jaki Cormoran odczuwa patrząc, że będzie musiał przejść paręset metrów po płaskim. Na przykład: przejść na drugi koniec peronu metra.

Z jakiegoś powodu zupełnie mu jednak nie przeszkadza charakterystyczna cecha londyńskiego metra, którą ja z kolei dobrze znam, bo przed pandemią trochę się zdążyłem napodróżować z ciężką walizką.

Tą cechą są SCHODY. Często oblodzone, bo te stacje bywają odkryte.

Otóż Cormoran Strike, podobnie jak wszechwiedzący narrator, schodów w londyńskim metrze po prostu nie zauważa. Wierę, teleportuje się na nich proszkiem fiuu.

Ciekawe, kiedy Rowling ostatni raz jechała metrem? Albo piła piwo w pubie?

Opisuje te czynności z absurdalną drobiazgowością, jakby to były przygody magicznych bestii w krainie fantazji. „Rzucił kolejne zaklęcie Pintus Londonpridus”.

Ta drobiazgowość jest jednak dziwnie niepełna, jakby to też opisywała ze zdjęć. W efekcie londyńskie metro nie ma tutaj nie tylko schodów, ale i bramek i kas biletowych.

Nigdy nie mamy sceny typu „Już na stacji Cormoran uświadomił sobie, że zapomniał doładować Oystera. Zaklął. Zaklął ponownie, gdy sobie uświadomił, że nie ma jak doładować – nie miał przy sobie gotówki, a jego jedyną kartę już wczoraj terminal odrzucił z powodu przekroczenia limitu”.

Bywały w moim życiu chwile może nie zaraz biedy, ale powiedzmy, przewlekłych problemów z płynnością. Zdaje się, że właśnie wracają. Nie jestem więc ekspertem od biedy w sensie socjalnym, ale coś tam wiem o takiej, jakiej doświadczają Cameron i Robin.

To nie polega na tym, że co chwila wzdychasz „ach, jaki jestem biedny” (jak bohaterowie tej książki), tylko na codziennym kombinowaniu: ile mogę wyjąć z bankomatu, które wezwanie do zapłaty może poczekać, „skąd pożyczyć sto mrówenów”.

Ilekroć Cormoran Strike za coś płaci, płaci gotówką. W roku 2014 to trochę nienaturalne.

Ile ma na koncie osobistym? Zero? A to burżuj! Debet? Jaki i ile go miesięcznie kosztują odsetki? Jeśli on tego nie wie, to niech mi nie mówi, że jest ubogi.

Doprawdy, już Remigiusz Mróz zgrabniej opisuje problemy z płynnością Tomasza Oryńskiego. Lepiej też konstruuje intrygę kryminalną (to moim zdaniem powiązane).

Intryga w „Jedwabniku” jest straszna. Na początku Cormoran Strike zostaje wynajęty przez żonę pewnego pisarza, który zaginął. Żona przypuszcza, że znów się zaszył w jakimś hotelu, jak robił to już wiele razy przedtem.

Chociaż Strike potrzebuje pieniędzy (czy już wspomniałem, że jest ubogi?), ze słabo uzasadnionych przyczyn bierze tę niedochodową sprawę, odrzucając te dochodowe. Kilkaset stron dalej w jednym z najbardziej zaskakujących zwrotów akcji w dziejach kryminału okazuje się, że pisarz nie żyje. I nie mówcie mi, że to spojler.

Pisarz był narcystycznym dupkiem, podobnie jak wszyscy jego znajomi i wspołpracownicy. Wdowa jest idiotką. Strike odkrywa to na początku śledztwa, pozostaje mu już tylko ustalić, kto z nich był dupkiem zbrodniczym.

Mam wrażenie, że tworząc tę galerię niesympatycznych postaci, Rowling chciała się zemścić na londyńskim światku literackim. W efekcie wyszła jej powieść, w której dupek prowadzi śledztwo w sprawie dupka zamordowanego przez kogoś z kręgu dupków.

Lektura jest męczarnią. Nie kibicujemy bohaterom, a sama zbrodnia też niespecjalnie intryguje, bo Strike w trakcie śledztwa ustala, że zamordowany dupek od lat się o to prosił. Nikt go nie żałuje, a jego śmierć jest wszystkim na rękę. To na ch… drążyć temat?

Jak już pisałem, po „Jedwabnika” sięgnąłem już po aferze z transfobią Rowling. Początkowo rozstrzygałem wątpliwości na jej korzyść („na pewno nie o to chodzi, może niechcący użyła niewłaściwego przyimka?”).

Przeszło mi, gdy przeczytałem jej długi esej, w którym straszyła mężczynami, którzy zadeklarują się jako trans-kobiety, żeby podglądać „prawdziwe” kobiety w łazienkach i przebieralniach. To było jak „nie jestem arachnofobem, po prostu boję się tych cholernych pająków”.

„Jedwabnik” pomógł mi zrozumieć ten paradoks. Tę książkę napisał ktoś głęboko przekonany, że Wszyscy Kłamią, zwłaszcza gdy chodzi o seks, miłość, pożądanie.

To spójne z tym esejem. Rowling wprawdzie deklaruje tam współczucie i wsparcie dla osób dotkniętych „dysforią genderową”, ale wygląda to tak: współczu współczu, wspieru wspieru, ale to przecież rzadkie przypadki, a teraz przejdźmy do tego, co naprawdę istotne: mężczyzn przebierających się za kobiety w zbrodniczych intencjach.

Nie wiem, kiedy ostatni raz miliarderka korzystała z publicznej przebieralni razem z nami, plebejuszami. Pewnie pojechała na basen metrem, a potem poszła do pubu „Ye Olde Workmens Classe Inn”.

Scenariusz, w którym ktoś się przebierze za kobietę po to, żeby podglądać kobiety w szatni, wydaje mi się idiotyczny jak kryminalna intryga „Jedwabnika”. A co z gejami i lesbijkami?

Czy Rowling się nie boi, że te grupy od stuleci na bezczela mogą poglądać współprzebierających płci tożsamej? KTOŚ POWINIEN TEGO ZABRONIĆ!

Sam teraz nie wiem, czy „Jedwabnik” naprawdę jest skokowo gorszy od „Wołania kukułki” – czy tylko przestałem rozstrzygać wątpliwości na korzyść autorki. I się nie dowiem, bo „Jedwabnik” trwale odebrał mi ochotę na dalsze kontakty z twórczością Roberta Galbraitha.

Teraz odtwarzane (182)

W moim bąbelku mało który gatunek muzyki traktowany jest z niechęcią taką, jak polskie reggae. Ze smutnej okazji wkurzę więc coponiektórych wyznając, że cenię sobie wczesny Daab.

Złą sławę polskiemu reggae przyniosły te późniejsze religijne nawrócenia. Ja oczywiście też pawiuję od „Arki Noego”, ale w ramach winylowej nostalgii kupiłem sobie tonpressowską siódemkę „Przed nami wielka przestrzeń” i całkiem niedawno sobie nawet puściłem.

Tonpressowskie single były tandetne pod każdym względem – jakości tłoczenia i estetyki. Mało który wykonawca zasługiwał wtedy na zaszczyt okładki – te płyty, które warto było kupić, zazwyczaj miały najbardziej prymitywny karton i tytuł zaledwie wytłoczony w czarnym winylu.

To koszmar, kiedy coś chcemy puścić po ciemku – bo na przykład didżejujemy na nostalgicznej ejtisowej imprezie. Trzeba przyklejać kolorowe post-ity i pamiętać, że różowy daliśmy na Republikę, zielony na Janerkę, a niebieski na Daab.

A jednocześnie ejtisowy nostalgik nie może tych siódemek NIE kolekcjonować, bo zdumiewająco wiele ważnych przebojów z lat 80. wydano tylko w ten sposób. Gdy potem dany wykonawca wydawał płytę długogrającą, albo danej piosenki w ogóle na niej nie było, albo nagrywano ją od nowa.

Tak chyba jest z „Przed nami wielka przestrzeń”. Nie riserczowałem tego jakoś bardzo wnikliwie, ale wydaje mi się, że jeśli ktoś chce tego posłuchać w pierwotnej wersji z 1984, nie ma innego wyjścia, musi kupić tandetnego tonpressowskiego singla (albo odpalić sobie na jutubie zrzut audio, jak w zaembedowanym filmiku).

Jest wersja latająca po różnych składankach, a na Youtube opisana jako „official audio”, ale ewidentnie nagrano ją później. To słychać na pierwszy rzut ucha.

I nie mówię, że jest gorsza. Tylko że jest… inna. Dopieszczona, wyładzona, uszlachetniona, kompaktowa, kapitalistyczna. Nie do tego chcemy się gibać na ejtisowo-nostalgicznej imprezie.

Puszczałem to sobie całkiem niedawno z tego trzeszczącego singla, bo tekst wydaje się bardzo na czasie. Dookoła mgła i ciągłe narzekanie, ale jest też jakiś pierwiastek nadziei na czas odkupienia. Tak, zgadliście, puściłem to sobie następnego dnia po wyborach w USA.

W 1984 roku żadnej nadziei nie było. A jednak happy end do koszmaru lat 80. (bo nostalgicznie możemy tęsknić za młodością, ale nie za tym, co się wtedy działo) był tak niedaleko.

To wielka pociecha, jaką możemy czerpać z muzyki z tamtych czasów. Zaraz sobie znowu puszczę…

Nihil dicens

Strona kościelna usilnie teraz lansuje przekaz, że „pierwsze poważne oskarżenia pod adresem kardynała McCarricka pojawiły się dopiero w roku 2017”. Cóż, zachęcam do lektury watykańskiego raportu.

McCarrick to nie był taki typ molestatora, jakiego poznaliśmy z filmów Sekielskich. Nie działał po kryjomu, zamykając się z jakimś ministrantem w zakrystii.

Nie ukrywał ani swojej skłonności do chodzenia do łóżka z młodymi mężczyznami (czasem nieletnimi), ani skłonności do obmacywania ich. Przeciwnie, w 1985 roku wygłosił homilię, w której to obmacywanie przedstawił jako boskie błogosławieństwo („na przekór wszelkim pokusom, obejmijmy tych, których Bóg dotyka przz nas”) [s. 34/35].

W 1990 roku Msgr. Dominic Bottino uczestniczył w zakrapianej kolacji z McCarrickiem, w której poza nimi brali też udział biskupi Smith i McHugh, oraz nienazwany młody kleryk. McCarrick w pewnym momencie zaczął go głaskać po kroczu na oczach pozostałych.

Bottino był stosunkowo młodym księdzem, którego tu zaproszono by obiecywać mu awans. Próbował złowić wzrokiem dwóch biskupów, by zobaczyć ich reakcje.

Widział, że oni to widzą. Smith nie zareagował wcale, ale McHugh wstał i powiedział „musimy już iść”. W drodze powrotnej McHugh skomentował ten incydent krótkim „cóż, czasem arcybiskup mówi jedne rzeczy, a potem robi inne rzeczy”, po czym zapadła dwugodzinna cisza.

Bottino opisał ten incydent swojemu bezpośredniemu przełożonemu (pośrednio podlegał McHuhgowi, a wyżej McCarrickowi). Jak wynika z watykańskiego śledztwa, ostatecznie nikt z tym nic nie zrobił [s. 88 – 93].

Chłopców, z którymi szedł do łóżka, McCarrick nazywał „siostrzeńcami” („nephews”). Byli to klerycy, seminarzyści, a także nastolatki z katolickich rodzin zaprzyjaźnionych z McCarrickiem.

McCarrick podróżował z nimi prywatnie i służbowo, dbał także o to, by towarzyszyli mu przy kolacjach takich jak opisana przez Bottino. Jeden z sekretarzy pracujących dla kurii biskupiej opisał to tak: „Zawsze przy nich był jeden z siostrzeńców, a kolacje były 5 razy w miesiącu. Jeśli ktoś odwołał, trzeba było znaleźć zastępstwo (…) wszystko odbywało się punktualnie, koktajle, jedzenie, rozmowa (…) potem on i siostrzeniec znikali w sypialni i to był koniec wieczoru”. [s. 35]

Ten sam sekretarz zeznał jednak, że nie domyślił się, że to miało seksualny podtekst i przypisał to swojej „młodzieńczej naiwności”. Myślał, że to po prostu męskie „kind of buddy thing”.

Z raportu wynika, że nie można było utrzymywać towarzyskich relacji z McCarrickiem i nie zauważyć towarzyszących mu „siostrzeńców”. Nie można też było nie zauważyć, że McCarrick ich lubi „przytulać” albo głaskać po różnych częściach ciała.

Dziwisz i Wojtyła po raz pierwszy spotkali się z McCarrickiem w 1976 (a więc jeszcze za pontyfikatu Pawła VI). McCarrick specjalnie dla nich przerwał wakacyjny wyjazd z „siostrzeńcami” na wyspy Bahama.

Podczas spotkania żartobliwie („deadpanning”) skarżył się, że Polacy zrujnowali mu wakacje. Według jego relacji, Dziwisz nie zrozumiał żartu, ale gdy Wojtyła mu go wyjaśnił, wszyscy się roześmieli [s. 19]. Gdy potem Wojtyła (już jako papież) przyjął go na audiencji, nawiązał do tego spotkania, pytając „did you get your vacation?” [s. 25]

To nie było ich ostatnie spotkanie, jeszcze wielokrotnie zapraszali się nawzajem na kolacje. Wojtyła nie mógł nie zauważyć „siostrzeńców”. Jak u Izajasza, „miał oczy, a nie zobaczył, miał uszy, a nie usłyszał”.

To prawda, że dużo winy ponoszą tutaj amerykańscy biskupi i kardynałowie, którzy nie przekazywali skarg do Watykanu. Można jednak ich zrozumieć o tyle, że McCarrick chwalił się, że ma świetne relacje z Wojtyłą i ten uwierzy jemu, a nie jakimś donosicielom.

Tak było. Do Watykanu mimo wszystko docierały skargi, podpisane imieniem i nazwiskiem. Jedynym komentarzem Wojtyły było „nihil dicens” („bez komentarza”). [s. 191]

Tak zwane „cyniczne kłamstwo” McCarricka polegało na tym, że w czerwcu 2000 kardynał przyznał, że lubi z młodymi mężczyznami chodzić do łóżka. Zapewnił jednak, że z nikim nie uprawiał seksu. [s. 9] To papieżowi wystarczyło.

Sytuacja przypomina stereotyp popkulturowy znany jako „KOCHANIE, TO NIE JEST TO NA CO WYGLĄDA!”. „TV Tropes” charakteryzuje go jako odmianę „idiot plot”, czyli fabuły wymagającej założenia, że bohaterowie są idiotami.

Drodzy katolicy – wasi przyozdobieni purpurą przywódcy, którzy wciskają wam kit, że „papieża cynicznie oszukano”, idiotami oczywiście nie są. Za idiotów mają was.

Bo tylko idiota uwierzy, że kiedy ktoś kogoś najpierw głaszcze po kroczu, a potem z nim idzie do sypialni, „TO NIE JEST TO NA CO WYGLĄDA”. A obserwujący to 56-latek ma w sobie „młodzieńczą naiwność” i wierzy, że to tylko „kind of buddy thing”.

Kolegium elektorów – WTF?

W takich chwilach wszyscy jesteśmy amerykanistami. A czekając na głosowanie w Kolegium Elektorów zastanawiamy się, po kiego grzyba Amerykanie tak to sobie skomplikowali.

Widziałem trochę komentarzy, zawierających uzasadnienia typu „chodziło o wzmocnienie suwerenności stanów”. Te uzasadnienia dorabiane są post factum, bowiem sami twórcy konstytucji (The Framers) o tym akurat nie myśleli.

A o czym myśleli? Żeby już pójść do domu. Jak ujął jeden z nich (James Wilson), żadna kwestia tak bardzo ich nie poróżniła, jak sposób powoływania władzy wykonawczej.

Zdecydowali się na Kolegium Elektorów nie dlatego, że to im się wydawało najlepszym rozwiązaniem tylko dlatego, że wszytkie inne nie podobały im się jeszcze bardziej. Zadecydowała przesłanka, która szybko okazała się kompletną pomyłką (o czym za chwilę).

Pierwszą propozycją rozważaną przez Framersów, było to, co dziś stosuje większość demokracji: wybór rządu przez parlament. Przegłosowano to 6 sierpnia 1787 – i projekt nie zdobył większości.

Framersi wierzyli w klasyczny, monteskiuszowski trójpodział władz. Większość demokracji (w tym amerykańska) i tak od niego odeszła, bo jest niepraktyczny.

To był główny argument pisowców kilka lat temu, podczas ich zamachu na sądy – że „trójpodziału i tak nie ma”. No pewnie, że nie ma, tak jak bielizna nie musi być biała. Trójpodziałem się dziś nazywa coś, co w rzeczywistości stanowi system „checks and balances” (zniszczony w Polsce przez PiS).

W 1787 jednak Framersi nie mieli wielu przykładów działających demokracji, wygrał więc argument o trójpodziale. Odrzucili ten projekt, a potem do 24 sierpnia zdążyli odrzucić wszystkie inne, wliczając w to (!) kolegium elektorskie.

Obrady się przeciągnęły. A przypominam, że nie toczono ich w siedzibie parlamentu czy też w jakimś centrum kongresowym, tylko w skromnym, ciasnym budyneczku w Filadelfii.

Wielu delegatów miała kiepskie warunki noclegowe. Gdy przyjeżdżali, nie byli nastawieni na wielomiesięczną nasiadówę.

31 sierpnia delegaci przerzucili ten problem na specjalną komisję, którą wyłonili wśród siebie. Ta po czterech dniach wróciła do kolegium elektorskiego.

Za jego główną zaletę uznano… zapewnienie bezpartyjności wyboru. Jak to ujął Gouverneur Morris (to jest, wbrew pozorom, imię i nazwisko), „skoro Elektorzy będą głosować jednocześnie w dużym oddaleniu od siebie, unikniemy Wielkiego Zła tworzenia kabał. niemożliwe będzie też ich Skorumpowanie”.

„Kabały” („cabals”) to pejoratywne określenie proto-partii politycznych. Framersi mieli bolesną świadomość tego, że sami są podzieleni i skłóceni, ale mieli nadzieję, że to tymczasowa sytuacja – w dojrzałej republice te podziały znikną.

Wyobrażali sobie więc to kolegium tak, jak Alexander Hamilton w „Federalist #68”, że będzie to grono ekspertów, „men most capable of analyzing the qualities”. Stąd ich bodaj najgłupszy pomysł, że ten co dostanie najwięcej głosów zostanie prezydentem, a drugi w kolejności – wiceprezydentem.

Zafundowali tym sobie koszmarną sytuację, w której prezydent był z jednej kabały (np. Federalistów), a drugi z konkurencyjnej (np. z Demokratycznych Republikanów). Szybciutko się z tego wycofali, w 1804 przechodząc na system obowiązujący w zasadzie do dzisiaj. Że „kabały” wybierają w stanie elektorów, zobowiązanych do wskazania konkretnego prezydenta i wiceprezydenta.

Zamiast elitarnego grona bezstronnych ekspertów, o którym śnił Hamilton, mamy więc partyjne marionetki. Zdarzają się tzw. wiarołomni elektorzy, ale to rzadkość.

Większość Amerykanów chce zmiany tego systemu. W 1989 taka inicjatywa zdobyła miażdżące (83%!) poparcie w Izbie Reprezentantów, ale w Senacie miała za małą większość (tylko 54, a nie wymagane 60). I upadła.

W efekcie głos wyborcy z Wyoming jest 4 razy „cenniejszy” od głosu wyborcy z Kaliforni. To źle.

James Wilson pytał retorycznie: „Dla kogo tworzymy rząd? Dla ludzi czy dla wyimaginowanych tworów zwanych ‘Stanami’”?

Dla obywateli USA lepiej byłoby, gdyby kandydat dbał o głos każdego z nich, zamiast skupiać się na przypadkowych „swing states”. Granice stanów są sztuczne jak granice państw kolonialnych (bo w istocie pierwsze stany BYŁY koloniami).

Wbrew intencjom Framersów, Senat i Kolegium Elektorów stały się jednak instytucjami umacniającymi stanowe kabały. Jedna nie da ruszyć drugiej, więc Amerykanie ugrzęźli z tym in saecula saeculorum amen.

PS. Główne źródło: Robert A. Dahl, „How Democratic Is the American Constitution?”, Yale University Press 2003

Detrumpizacja ruszyła

Nareszcie dobra wiadomość! Tak jak wielu PT Komcionautów spędziłem ostatnią dobę na chichraniu się z bezsilnej rozpaczy prawackiego internetu.

Została im już tylko absurdalna nadzieja, że coś wywalczą w sądzie. „Dowody” typu „zdjęcie na którym ktoś coś ładuje do samochodu” mogą wystarczyć na prawackim forum dyskusyjnym, ale nie w sądzie.

Przewaga Bidena jest tak duża, że nawet gdyby po ponownym przeliczeniu stracił jeden czy dwa stany, i tak wygra. Nadzieja na sądową wygraną Trumpa została już tylko głupkom wierzącym w chemtrailsy.

Cieszę się z porażki Trumpa, bo prawicowym populizmem brzydzę się bardziej niż zwykłym konserwatyzmem. Ostatecznie, nawet Nixonowi nie można odmówić pewnych pozytywnych osiągnięć – Trump nie miał absolutnie żadnych.

Jak wiecie, jestem marksistą. Przy tej okazji przypomnę podstawowe założenie marksizmu, odwołując się do znanej przypowieści o ciastkach.

Oto przy stole siedzą kapitalista i pracownik. Pracownik przy pomocy sprzętu należącego do kapitalisty wyprodukował 10 ciastek.
Kapitalista bierze 9 ciastek i woła do pracownika: „UWAŻAJ! GEJE/UCHODŹCY/FEMINISTKI/ZWIĄZKOWCY/SOCJALIŚCI CHCĄ CI ZJEŚĆ TWOJE CIASTKO!”.

Walkę o to, żeby pracownikowi przypadło choćby jeszcze jedno ciastko, uważam za jedyną rzecz wartą działalności społecznej. Dlatego gdy inni angażują się w organizacje broniące kotków, foczek, pszczółek czy też roślinek, moim jedynym wolontariatem jest działalność związkowa.

Powyższy schemat jest naturalnie uproszczony, tak jak wszystkie inne schematyczne opisy rzeczywistości. Neoliberalizm też przecież odwołuje się do uproszczeń (jeśli przyjrzymy się założeniom robionym przez neoliberalnych ekonomistów, opisują m.in. kapitalizm, w którym nie ma marży).

Wierzę, że ten schemat opisuje kapitalizm najtrafniej. Przez ostatnie setki lat zmieniało się tylko to kłamstwo, którym kapitalista odwracał uwagę pracownika, gdy zgarniał dla siebie większość ciastek.

Trumpizm to kłamstwo wyjątkowo perfidne, bo w tym przypadku kapitalista udaje, że stoi po stronie pracownika. „Będę bronić twoich ciastek, wybuduję mur chroniacy cię przed Meksykanami, i wypowiem wojnę handlową Chińczykom, bo oni ci chcą zjeść ciastka, poza tym oczyszczę waszyngtońskie bagno ze skorumpowanych polityków, którzy jedzą twoje ciastka”.

W rzeczywistości jednak Trump sam – jako kapitalista – był i jest typowym wyzyskiwaczem. Unikał podatków, nie płacił robotnikom (w tym polskim budowlańcom), sam był umoczony w waszyngtońskim bagnie po uszy. Był winny wszystkiego, co zarzucał elitom – przyjaźnił się z Epsteinem i Weinsteinem, a nawet z Clintonami.

To charakterystyczne, że jego ostateczny upadek nastąpił na parkingu firmy ogrodniczej Four Seasons 16 kilometrów od Filadelfii. Ktoś z jego sztabu miał zrobić konferencję prasową w luksusowym hotelu w centrum miasta, ale przez pomyłkę zamówił ją w miejscu o podobnej nazwie, przy autostradzie, między sex shopem a krematorium.

Gdyby w tej kampanii pracowali wolontariusze, nie zrobili by takiego błędu. To typowy błąd źle opłacanego, źle traktowanego personelu. Ludzie, którym ciągle zabierasz ciastka, nie będą wobec ciebie lojalni.

Prawicowy populizm, czyli zabieranie pracownikom ciastek w atmosferze udawanej „ludowości”, to zjawisko stare jak demokracja. Od kiedy pojawiło się w miarę powszechne prawo wyborcze (czyli mniej więcej od 1848), mamy też polityków wygrywających pod takimi hasłami. To właśnie jest ten bonapartyzm, w który wierzy poczciwy subiekt Rzecki.

Żeby pracownicy zaczęli liczyć ciastka, muszą skupić uwagę na stole. A nie na urojonych zagrożeniach, którymi straszy ich Trump, Kaczyński czy Boris Johnson.

Dlatego zagłada trumpizmu to wstępny warunek, żebyśmy mogli mieć ładne rzeczy. Na szczęście udało się go spełnić.

Lewicowość Wita Szostaka

Pod notką o Mrozie komcionauta nazwał Wita Szostaka „pisarzem lewicowym”. Postanowiłem wyciągnać MacLuhana zza kadru i poprosić samego Szostaka o odpowiedź. Oto ona:

Kwestia polityczności/apolityczności pisarza to sprawa złożona – jak niemal wszystko. Jedna płaszczyzna to polityczne poglądy samego autora, druga to upychanie tych poglądów w literaturę. To drugie zazwyczaj kończy się dla literatury marnie. Mogę zatem sobie wyobrazić pisarza bardzo politycznego jako człowieka (nawet zaangażowanego otwarcie w rozmaite inicjatywy) i jednocześnie uprawiającego literaturę apolityczną. Upolitycznienie literatury rzadko owocuje dobrą literaturą. Takie jest moje doświadczenie czytelnicze i dlatego staram się unikać tego we własnych książkach. Jeśli więc ktoś klasyfikuje mnie jako pisarza lewicowego, to się dziwię, bo właśnie polityczności staram się unikać – co można różnie oceniać – podobnie jak staram się unikać komentowania bieżącej agendy politycznej – co również można różnie oceniać. To tyle na temat lewicowości. Natomiast kiedy ktoś klasyfikowałby mnie jako pisarza prawicowego, to śmiałbym się długo i szyderczo.

Cóż, śmiech to zdrowie, zwłaszcza długi i szyderczy, więc powiem Ci, bracie Wicie, że rzeczywiście ja Cię dość długo klasyfikowałem jako prawicowego. Z dwóch powodów.

Po pierwsze, ze znanych mi utworów (przyznam się bez bicia, że nie znam wszystkiego), jawisz mi się jako Arcykrakus – jakby stopiono w jedną osobę Smoka Wawelskiego, Lajkonika i mariackiego hejnalistę. A klerokonserwatywny Kraków, jak wiadomo ze znanego listu, był miastem zbyt prawicowym nawet dla Henryka F. Sienkiewicza.

Po drugie, Mistrz Sapkowski dzieli ludzi na papistów i antypapistów (a robił tak na długo przed „Narrenturm”). W tej klasyfikacji zawsze mi się wydawałeś papistą, kumplem/zwolennikiem ludzi takich, jak Tischner, Gowin czy Jędraszewski. A więc prawicy.

Moje rozumowanie było oczywiście skażone błędem poznawczym znanym jako „guilt by association”. A przecież od lat obserwuję paradoks: znani mi Krakowianie to zazwyczaj tacy antypapiści, że Mistrz Sapkowski by się zarumienił. A już najbardziej antyklerykalni są ci związani ze Znakiem albo Tygodnikiem Powszechnym.

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem (i chętnie wysłucham opinii PT Komcionautów). Najnowsza powieść Szostaka „Cudze słowa” niespecjalnie tu pomaga.

Część bohaterów KIEDYŚ była stereotypowymi krakoskimi konserwatystami. Chodzili „do dominikanów na dwunastkę”. Jeden z nich nawet ironicznie mówi o „pokoleniu JP2”.

Ale właśnie: ironicznie. Bo oni wszyscy już z tego wyrośli.

Nie tłumaczą, niestety, tego wcale. Jeden, ten ironista, mówi tylko, że do tego stopnia był wtedy innym człowiekiem, że już nawet nie jest w stanie rzetelnie relacjonować sposobu myślenia „dawnego siebie”.

Bohaterka, która zapłaciła chyba za to większą cenę, nie ironizuje. Z pasją szydzi z papizmu, z „teologii ciała” Wojtyły i Półtawskiej, choć skądinąd wiemy, że to był kiedyś jej światpogląd.

Wszyscy w tej powieści albo są eks-papistami, albo ich światopogląd pozostaje nieustalony. Opisują nam te życiowe momenty, w których stracili wiarę, ale niewiele piszą o motywach. A jako ateista chciałbym ich podręczyć pytaniami: „OK, tego dnia Wojtyła przestał być dla ciebie autorytetem, a co z Tischnerem? Co z Jędraszewskim? Co z – he he – Levinasem?”.

Szostak unika odpowiedzi wprost, choć cała ta powieść, że to ujmę jako niespojlujący spojler, to historia o utracie Boga. Dosłownie i metaforycznie.

Na początku mamy – jak w kryminale – całkiem niemetaforycznego trupa. Ludzkiego, zwęglonego w wypadku (?). Kto i dlaczego zginął, dowiemy się (?) kilkaset stron później.

Do tego pierwszego rozdziału będziemy wracać w trakcie lektury. Bo nagle zrozumiemy mroczną prawdę kryjącą się za jakimś pozornie niewinnym zdaniem.

Pod koniec dowiemy się nawet, że ten pierwszy rozdział jest ostro ocenzurowaną wersją innego tekstu (stąd dziwna okładka książki). Poznamy też wersję pierwotną, która nam (prawie) wszystko wyjaśni.

Nie jest to jednak kryminał, tylko nawiązanie do innego gatunku popkulturowego: powieści akademickiej. W centrum fabuły mamy krakowskich akademickich filozofów, a zwłaszcza Wybitnego Profesora i jego Studenta Najzdolniejszego, A Jednak Wielce Tajemniczego.

Przypomina to bodajże najbardziej znaną historię z tego gatunku, „Cudownych chłopców” Chabona, zekranizowanych w 2000 z Michalem Douglasem i Tobey Maguirem. Czytając „Cudze głosy”, wyobrażałem sobie ich w rolach Czaskiego i Benedykta – to te same postacie!

Nie robię z tego zarzutu. Duetu Wypalony Mędrzec & Jego Tajemniczy Czeladnik nie wymyślili Szostak, Chabon, Lodge, Roth ani Franzen.

To postacie stockowe stare jak świat. Commedia dell arte ich też nie wynalazła, ale ustandaryzowała (krytyk ze skłonnością do rozkręcania książek na śrubki zauważy, że centralny wątek powieści Szostaka rozgrywa się w kwartecie: Doktor, Arlekin, Pierrot i Kolombina).

Nie sposób nie zauważyć też, że bohaterowie mają imiona biblijne lub apokryficzne (Weronika). Szymon, Józef, Jan, Jakub, brakuje tylko maderfakingowego Ezawa.

I chociaż akcja dzieje się we współczesnym Krakowie, odgrywają oni role podobne do świętych pierwowzorów. Cóż, pierwszą książką napisaną w stylu MPOV jest Ewangelia.

Kultura to wieczny recykling mitów i archetypów. Bohaterowie Szostaka zajmują się tym akademicko (podobnie jak sam Szostak!), ucinają sobie więc o tym seminaryjne pogawędki.

Ze względów promocyjno-sprzedażowych dodam, że te pogawędki odbywają się głównie podczas smakowicie opisanych orgii gastronomicznych (ach, Kraków…). Nie na darmo spis treści wystylizowany jest na menu włoskiej restauracji.

Przynajmniej jedno seminarium fenomenologiczne ma miejsce podczas orgii seksualnej. Jest opisana taktownie i bez anatomicznych detali, ale to jednak seks grupowy (ach, Kraków?). Jeśli ktoś chce zacząć od tego, to rozdział „SECONDI DI CARNE” (tak, te tytuły też są dwuznaczne).

Szostakowi MPOV wychodzi znakomicie, bo jako pisarz cechuje się wyjątkowo empatią wobec swoich postaci. Jeśli Olgę Tokarczuk uznamy za wzorzec „czułego narratora” i skalibrujemy jej czułość na 100, Szostak to jakieś solidne 150.

W typowej popkulturowej pulpie MPOV ma ten psychologiczny feler, że narracja niby i przedstawia zmienne punkty widzenia, ale narrator zawsze ma taki sam zasób słownictwa.

Nawet ubóstwiany przeze mnie Jo Nesbo tak robi – gdy opisuje punkt widzenia esesmana, Chorwata ocalonego z Wukowaru, nastoletniego kongijskiego partyzanta, Aborygena, tajskiej prostytutki, norweskiego miliardera i norweskiego bezdomnego, ONI WSZYSCY MÓWIĄ TAK SAMO. I nie chodzi mi o to, że „po norwesku”.

U Szostaka narracja każdej postaci jest inna. Bywa w pierwszej, bywa w trzeciej. Bywa ironiczna, bywa bardzo serio.

Niektóre postacie szamoczą się ze „swoim” narratorem jak, nie przymierzając, Jakub z aniołem, gdy ten dotyka ich traum. Stopniowo zauważamy zresztą, że wszyscy tu walczą ze „swoimi” narracjami, tylko że naturszczycy robią to jawnie, a ludzie pióra to elegancko maskują. Ale każdy tu ma coś do ukrycia przed sobą i czytelnikiem.

Jest taka definicja lewicy, że lewicowość to empatyczność. Prywatnie jej nie lubię, bo mam ciągoty do oldskulowej lewicy technokratycznej a la Olof Palme.

Wiem że to bez sensu. Jak reżyser Hochwander, 28 wywiadów ze Skandynawami o tym zrobiłem. Nie da się budować państwa opiekuńczego bez, uhm, pewnej dozy opiekuńczości. Ale ta niespójność to już kwestia mojej szamotaniny z moim narratorem.

Jeśli empatia ma być kryterium definiującym lewicowość, Szostak się nas nie wyprze. Każdy jego utwór (spośród znanych mi) jest jak legitymacja partyjna.

I tylko chciałbym kiedyś jemu (albo jego bohaterom) zadać pytanie, GDZIE WY MIELIŚCIE GŁOWY 15 LAT TEMU. Teraz widzicie, że „teologia ciała” Wojtyły i Półtawskiej to stek bredni, a wtedy nie?

Wiem niestety, że byłych papistów nie ma sensu o to pytać. Odpowiedzi będą wymijające, jak bohaterów tej książki. Ot, zwieść ich mógł ciągnący ulicami tłum, wódka w parku wypita albo zachód słońca.

Już to słyszałem. W życiu jak w literaturze, dostajemy mity, a nie odpowiedzi.

Po co komu Nowa Solidarność

Zapowiedź założenia związku zawodowego przez Rafała Trzaskowskiego przyjąłem z niedowierzaniem. W wywiadzie udzielonym Iwonie Szpali, mojej koleżanki z „Gazety Wyborczej”, powiedział więcej o swoich planach.

Zacznijmy od jego słów, żeby uniknać przekłamań:

„zbudujemy także związek zawodowy dla samozatrudnionych (…) Dziś prawdziwym proletariatem są ludzie, którym brak reprezentacji, twardego gruntu pod nogami. Jest ich mnóstwo – wolne zawody, artyści, rzemieślnicy czy taksówkarze. Łączy ich wspólne poczucie: PiS wyciąga od ich pieniądze, a będzie tylko gorzej, wielu nie ma pewnej pracy, a wraca COVID, perspektywa kłopotów na długie miesiące, może nawet rok. Potrzebują się organizować, więc chcę im pomóc (…) Związki zawodowe mają dużo szersze możliwości niż stowarzyszenia czy fundacje, stąd pomysł (…) Henryka Krzywonos, legenda „Solidarności”, która chce się włączyć w organizację związkowego projektu”.

Trzaskowski ma rację, że „związki zawodowe mają dużo szersze możliwości niż stowarzyszenia czy fundacje”, tylko chyba nie wie, jak to działa.

Przepisy zobowiązują pracodawcę do konsultowania różnych decyzji z przedstawicielami pracowników. W tej roli niemal zawsze występują związki zawodowe. Jeśli ich w danym zakładzie nie ma, pracodawca może robić co chce.

Jako entuzjasta Mitbestimmung nie jestem entuzjastą tego rozwiązania. WOLAŁBYM część tych uprawnień przenieść na radę pracowników. Ale jest jak jest i się to raczej nie zmieni.

Te „szersze możliwości” biorą się więc z tego, że w wielu ustawach i rozporządzeniach występuje obowiązek uzyskania zgody zakładowej organizacji związkowej na to czy tamto. Albo przynajmniej zawiadamiania jej o czymś z wyprzedzeniem (np. o zamiarze rozwiązania umowy o pracę z członkiem związku).

I dlatego właśnie nie założyliśmy w Agorze stowarzyszenia ani fundacji, tylko związek zawodowy. Inna forma prawna po prostu nie dawałaby nam możliwości korzystania z tych przepisów.

Za to ustawowe uprzywilejowanie związek zawodowy płaci pewną cenę. Ma na przykład bardziej upierdliwą sprawozdawczość, niż zwykłe stowarzyszenie (musimy np. co miesiąc pracodawcę informować o stanie członków, stowarzyszenie by tego nie musiało robić).

Wniosek jest więc prosty. Zakładaj związek tylko jeśli chcesz korzystać z tych przepisów. Jeśli nie, lepszym rozwiązaniem będzie stowarzyszenie lub fundacja.

I teraz pytanie: jakie potrzeby mają „wolne zawody, artyści, rzemieślnicy czy taksówkarze”, które mogą się wiązać z tymi przepisami? W nich zazwyczaj mowa jest o zakładowej organizacji związkowej, bo podstawową rolą związków zawodowych jest reprezentowanie pracowników przed pracodawcą (tzw. collective bargaining).

Jeśli ta „Nowa Solidarność” ma reprezentować swoich członków nie przed pracodawcami, tylko przed państwem – to na grzyba jej formuła związku zawodowego? Lepszy będzie klasyczny NGO, albo po prostu partia polityczna.

W codziennej działalności związkowej, wbrew pozorom, niewiele jest miejsca dla polityki. Na szczeblu zakładowej komisji o tym się po prostu nie rozmawia.

Nie wiem, jak głosuje większość koleżanek i kolegów z naszej komisji. O mnie to wiadomo, bo o tym trąbię na prawo i na lewo. Ale nie wszyscy o tym mówią, a nie miewamy takich sytuacji (typu „a teraz głosujemy, kto jest za Pisem, a kto za Antypisem”), żeby się o tym dowiedzieć.

Przypuszczam, że Trzaskowski po prostu nie jest tego wszystkiego świadom. Nie wie też tego „legenda Solidarności Henryka Krzywonos”, bo ona przecież od 1989 nie jest pracownikiem (w rozumieniu prawa pracy).

Jej doświadczenia związkowe pochodzą sprzed 40 lat. Dotyczą innego ustroju. Henryka Krzywonos nie przepracowała (w rozumieniu prawa pracy) ani minuty w kapitalizmie.

Tak, wiem, prowadzenie rodzinnego domu dziecka to ciężka praca. Nie deprecjonuję tego, tylko zauważam, że nie jest to praca zarobkowa w rozumieniu ustaw, a więc „organizacja rodzinnych domów dziecka” powinna być stowarzyszeniem, podobnie jak np. polski związek hodowców strusi (to też ciężka praca).

Może w tym wszystkim jest jakieś drugie dno, którego Trzaskowski nie ujawnił w tym wywiadzie. Może ktoś z PT komcionautów zna jakieś inne wypowiedzi jego albo Krzywonos, które coś tu wyjaśniają.

Wątpię, czy ta organizacja w ogóle wyjdzie poza etap sądowej rejestracji (o ile Trzaskowski i Krzywonos będą się upierać przy formule „zwiazku zawodowego”).