Same dobre wiadomosci

Nie umiem pisać o takich rzeczach, ale odczuwam zrozumiały przymus – więc pochwalę się i tu. Jury Górnośląskiej Nagrody Literackiej „Juliusz” w swej łaskawości uznało „Kopernika” za biografię roku.

To dla mnie niezwykły moment. Tyle dobrych wiadomości w tak krótkim czasie!

To prawdopodobnie szczytowy moment mojej tzw. kariery. Nigdy dotąd nie dostałem nagrody w ogólnopolskim konkursie literackim („Lem” załapał się na miano „warszawskiej książki miesiąca” – ale już nie roku).

Następnej już nie dostanę, bo „Kopernik” nie załapał się w innych konkursach nawet na nominację. A następna książka do żadnego konkursu nie pasuje, będzie po prostu popularnonaukowa.
Ta następna w pierwotnych planach miała być ostatnią. „Kopernika” pisało mi się ciężko, czułem że już nie umiem tego robić.

Ciepłe recenzje i miłe reakcje trochę mnie pocieszyły. A teraz ta nagroda! Muszę to wszystko przemyśleć.

Głupio mi narzekać na pisanie, bo oczywiście są profesje cięższe i gorzej płatne. Ale jednak żeby czytelnikowi się lekko czytało, autor musi się ciężko napracować. Przynajmniej tak jest w moim przypadku.

W każdym razie, jeżeli ktoś z PT Czytelników jeszcze nie czytał, to może nagroda będzie jakimś argumentem? Nadchodzą długie jesienne wieczory, a to jest grube czytadło (i wciągające, jak twierdzą niektórzy…).

I co teraz?

Pisowcy próbują siebie nawzajem przekonać że wygrali wybory, jednocześnie szukając winnych porażki. Kochani, przecież wiem że tu zaglądacie: wyjaśnię wam, czemu straciliście większość.

Przedobrzyliście. Mieliście tak dużo genialnych pomysłów na pokonanie opozycji, że w efekcie ją zmobilizowaliście. Tę rekordową frekwencję nabili przecież zwolennicy opozycji, których sami skłoniliście do sterczenia w niedzielnych kolejkach.

Przykłady? Ach, za dużo na blogonotkę.

Zacznijmy od Lex Tusk – ustawy, która w pierwotnych planach miała pozwalać wam arbitralnie eliminować dowolnego polityka, któremu przyszylibyście zarzuty o „nieświadome sprzyjanie rosyjskiej propagandy”. Tym nawet mnie, demonstracjofoba, zmusiliście do udziału w czerwcowym proteście.

Nie wiem który konkretnie geniusz to wymyślił, bo teraz nikt się nie chce przyznać. Lex Tusk przyniósł wam więcej szkody niż pożytku.

Nikogo nie wyeliminowaliście, został z tego tylko głupkowaty wyskok Morawieckiego ze „złotym wazonem”. Co za dzban!

A no właśnie: debata telewizyjna. Kolejny genialny pomysł!

Wydawało się, że PiS nie może tego przegrać. Kaczyński i tak nie wziął udziału, więc nic mu nie groziło. A penis przebrany za dziennikarza miał atakować opozycję pytaniami z tezą.

Efekt był taki, że wielu ludzi na codzień nie oglądających TVP, mogło się na własne oczy przekonać jak toporna jest ta wasza propaganda. Dla tych, którzy skłaniają się do topornego symetryzmu, że „PiS-PO jedno zło”, że „Tusk to lustrzane odbicie Kaczyńskiego” (i tak dalej), to było jak sole trzeźwiące.

Te wszystkie Rachonie, Pereiry i Wildsteiny potrafią przekonywać tylko przekonanych. Niezdecydowanych ludzi o poglądach prawicowych skłonią raczej do głosowania na Trzecią Drogę albo Konfederację, bo tak skondensowana pisowska propaganda jest niestrawna dla wszystkich poza najwierniejszymi pisowcami.

Tą debatą tylko sobie zaszkodziliście. Nikogo nie przekonaliście do głosowania na PiS (te wierne 35% i tak by zagłosowało), ale zmobilizowaliście niezdecydowanych do głosowania przeciw sobie.

Idźmy dalej. Ach, jaki to był genialny pomysł – obniżyć ceny paliw przed wyborami! Co mogło pójść nie tak?

Ano oczywiście „przepraszamy awaria”. Kierowcy w całej Polsce widzieli te napisy. W Warszawie to do przeżycia, ale w trasie sam widziałem kierowców spanikowanych, że to już któraś tam stacja „z awarią” i nie wiedzą, czy dojadą do następnej.

A te wszystkie nagłe przelewy dla różnych grup społecznych… Sam się załapałem, bo wszyscy nauczyciele dostali premię od Czarnka – netto to było siedem stów z hakiem.

Jakim trzeba być głupkiem żeby coś takiego wymyślić! Jestem przekonany, że Czarnek nie kupił tym ani jednego głosu, za to wywołał kolejną falę wrogich komentarzy w pokojach nauczycielskich.

Mam nadzieję, że w PiS ruszy teraz rozliczanie winnych klęski. Wszystkim stronom dintojry składamy serdeczne życzenia, żeby się jak najmocniej lutowali.

A co przed nami? No cóż, jasne że wolałbym lepszy wynik lewicy, ale i tak cieszę się, że Razem się umocniło. To oznacza mocniejszą pozycję przetargową na przykład przy przyszłorocznym układaniu list do wyborów europejskich.

Dręczy mnie jednak pytanie, które zadam wam (bo sam się czuję za głupi). Co tak konkretnie da się załatwić bez współpracy Dudusia?

Na pewno da się pozamykać te wszystkie Narodowe Instytuty Grabienia Majątku Publicznego. Co minister powołał podpisem, następny może zlikwidować i rozliczyć.

Ale czy da się naprawić sądy bez z pominięciem prezydenta? Przecież może np. odmówić wręczenia nominacji. Co wtedy? Nie wiem, pytam!

To samo z mediami publicznymi. Widuję jakieś fantasmagorie o scenariuszu, w którym nowa władza zlikwiduje TVP i powoła w jej miejscu nową instytucję, powtarzają to nawet ludzie w teorii całkiem poważni.

Wszystko super, ale czy da się to zrobić z pominięciem KRRiTV oraz RMN? A czy da się im skrócić kadencje bez ustawy, a więc bez weta Dudusia?

Śledzę wypowiedzi opozycyjnych polityków, ale nie odnoszą się do tego, zadowalając się ogólnikami typu „liczymy na to, że prezydent nie będzie się tak chciał zapisać w historii”. Słabo to wygląda.

Czy ktoś z was wie coś więcej o konkretnych planach? Albo ma jakieś pomysły wychodzące poza głupkowate „Trybunał Stanu dla Dudy”? Chętnie poznam!

Awaria Instrybutora

Szybciutko przed ciszą wygłoszę swój manifest przedwyborczy. Oczywiście bez zmian lewica, „moim” kandydatem będzie Jacek Dehnel – ale szanuję inne wybory, byle też lewicowe, a przynajmniej opozycyjne.

Czemu akurat Dehnel, to już wyjaśniałem na fejsie, ale zbiory blogowe i fejsowe mam trochę rozłączne, więc powtórzę tutaj. Po prostu uważam, że Kultura Jest Ważna.

Kultura w naszej polityce traktowana jest zazwyczaj po macoszemu. Ministrem zostaje ktoś, kto marzył o innym resorcie, ale zabrakło mu siły przebicia – i dostaje ten jako nagrodę pocieszenia.
Najbliższa mojemu sercu jest kultura pop, która teoretycznie może dać sobie radę bez rządowego wsparcia. Zajmując się nią przez wiele lat zawodowo wiem jednak – i mógłbym o tym napisać książkę! – że w praktyce nie może się rozwijać bez kultury wyższej.

Na wielu przykładach (zbyt oczywistych, żebym je tutaj teraz wymieniał) można pokazać, jak opera inspirowała rocka, malarstwo komiks, a awangarda synthpop. Dlatego uważam, że państwo powinno wspierać kulturę wyższą, nawet jeśli ja sam nie skorzystam.

Żeby wspierać, trzeba ją rozumieć. W naszej polityce (i nie dotyczy to tylko PiS) dominuje często postawa typu „wspieramy kulturę, przecież postawiliśmy budynek”.

Może w sporcie to jest takie proste, że wystarczy wybudować stadion, ale w kulturze nie. To dlatego przez 8 lat PiS nie potrafił zrobić „swojego” filmu, nie doczekał się też „swoich” spektakli teatralnych, „swoich” powieści, „swoich” wystaw.

Potrafili tylko sypnąć milionami dla nieudaczników. Nawet jeśli wydamy dzieła zebrane Bronisława Wildsteina na kredowym papierze, czytelnicy i tak będą się ustawiać w kolejce po autograf do Olgi Tokarczuk.

Jacek Dehnel jest człowiekiem kultury w każdym calu (rzekłbym, w każdej jednostce Plancka). Ilu w przyszłym Sejmie znajdzie się posłów, o których można to powiedzieć? Da się ich zapewne wszystkich policzyć na palcach, i to pewnie jednej ręki.

Ktoś powie: mamy teraz pilniejsze zmartwienia od emerytur dla rzeźbiarzy. Ja odpowiem, że od 1989 słyszę, że są sprawy pilniejsze od tych, które ja uważam za ważne. I nie mam ochoty czekać dłużej.

Wzywam jednak przede wszystkim do głosowania na opozycję. Powodów jest wiele, przypomnę w skrócie najważniejsze.

Pisowscy dygnitarze cały czas flirtują z ideą Polexitu. Jeśli stworzą rząd z Konfederacją, to już nie będzie flirt tylko penetracja.

Brexit był katastrofą dla bogatej Wielkiej Brytanii, jeszcze większą będzie dla Polski. Oni oczywiście sami się wyżywią, bo im jakiś biskup zawsze działkę sprzeda po taniości. Ale my wszyscy (ja i ty, drogi czytelniku) bardzo zbiedniejemy.

Historia mówi nam też, że osamotniona Polska nie ma szans na przetrwanie. Nie w tym miejscu na mapie. Polexit to automatycznie Rassijawchod.

Jak wielokrotnie zaznaczałem, doceniam socjalne programy PiSu ale uważam, że gdy jedną ręką dają kasę, drugą jeszcze więcej wyciągają. Na przykład: PiS zrujnował służbę zdrowia.

Nawet największy zwolennik Kaczyńskiego nie powie, że na wizytę u specjalisty czeka się dziś krócej niż 8 lat temu! To znaczy w praktyce, że emeryt tę czternastą emeryturę z nawiązką wyda zaraz na prywatnego lekarza, bo wizytę w NFZ mu wyznaczą na 2035.

Kolejny przykład: zrujnowanie oświaty. Nawet największy zwolennik Kaczyńskiego nie powie, że publiczne szkoły działają dziś lepiej niż 8 lat temu! A więc korepetycje, czesne, dowożenie do innej dzielnicy to będzie osiemset plus, ho ho jaki wielki plus!

Kolejny przykład: niszczenie spółek skarbu państwa. Chyba nawet największy zwolennik PiS widział już karteczkę „PRZEPRASZAMY AWARIA DYSTRYBUTORA” na Orlenie?

Kolejny przykład: niszczenie sądów. Nawet największy zwolennik Kaczyńskiego nie powie, że działają lepiej niż 8 lat temu. A to przecież wpływa np. na szansę wyszarpania odprawy od pracodawcy.

Mogę się zgodzić, że Platforma też nie była szczególnie dobra w rozwoju usług publicznych. No ale dlatego głosuję na Lewicę. Taka koalicja przynajmniej daje nadzieję na ich rozwój, a koalicja PiS-Konfederacja żadnego. Konfederacja wręcz otwarcie zapowiada dalszy zwój.

W wymiarze indywidualnym w moim życiu zapewne niewiele się zmieni razem z tymi wyborami. Ktokolwiek wygra, ja dalej będę pracował jako nauczyciel i dalej będę sobie dorabiać pisaniem książek i felietonów.

Chcę po prostu żyć w silnym i zamożnym kraju, liczącym się w Unii Europejskiej i w NATO. PiS i Konfederacja prowadzi nas do modelu rosyjskiego, gdzie bogata będzie niewielka grupka oligarchów zblatowanych z rządem. A reszta będzie „zap…lać za miskę ryżu”, zgodnie z Doktryną Morawieckiego.

O granicy

Film Agnieszki Holland „Zielona granica” dobrze pokazuje różnicę między nami a nimi. Różnica #1: oni nie potrafią robić filmów.

Śledząc pisowską komcinautykę widziałem fantazje o tym, żeby odpowiedzieć na ten film jakimś kontr-filmem, przedstawiającym pisowską narrację. Ja oczywiście nie miałbym nic przeciwko, ale wszyscy wiemy, że taki film nie powstanie – bo po tamtej stronie po prostu już nie ma ani speców od dokumentu, ani od fabuły.

Jeśli ktoś poda kontrprzykłady, chętnie je poznam. Bo ja naprawdę chętnie obejrzę ciekawy film, nawet jeśli nie będę się z nim zgadzać światopoglądowo (przez większość mojego życia i tak się czuję na lewo od mainstreamu).

Różnica #2: ich nie interesuje prawda. Ja chętnie przeczytam reportaż kogoś, kto był na granicy, rozmawiał z ludźmi, porobił jakieś zdjęcia – i na tej podstawie powie, że „Zielona granica” to bzdura.

Tylko że po tamtej stronie nie ma kogoś takiego. Nie istnieje w Polsce taki twór, jak „propisowski reporter”.

Znów: jeśli to nieprawda, no to dawajcie nazwiska. Chętnie kogoś takiego sobie poczytam.
Propisowscy dziennikarze uprawiają wyłącznie publicystykę opinii. Nie ruszając się zza biurka, wyrażają opinię przypadkowo zgodną z porannymi instrukcjami z Nowogrodzkiej.

Publicystyka opinii – jak wielokrotnie pisałem – to ogólnie jest najtańszy i najtandetniejszy gatunek dziennikarstwa. Tomasz Lis ma opinię, pan Ziutek z alpagą ma opinię, ja mam opinię – i co z tego.

Reportaż to przeciwny kraniec spektrum wartości. Ktoś się musi pofatygować, spędzić parę dni w terenie. To dużo kosztuje – wszystko jedno, czy te koszty ponosi redakcja czy sam autor-zapaleniec, tak czy siak koszty mierzone w osobogodzinach są wysokie.

Nagrodą za to jest ciekawy materiał. Z dobrego reportażu możemy się dowiedzieć czegoś, czego nie wiemy o świecie.

Nie twierdzę, że po naszej stronie są sami dobrzy reporterzy. Twierdzę, że w ogóle są. Po ich stronie nie ma po prostu żadnego (mylę się? nazwiska, nazwiska!).

Poza Agnieszką Holland, pisowcy hejtują też więc Mikołaja Grynberga za jego reportaż spod granicy, „Jezus umarł w Polsce”. Okej, super, rozumiem że wam się nie podobają przytoczone przez niego fakty. Ale gdzie w takim razie jest wasz kontr-reportaż?

Póki go nie ma, zaufam raczej Grynbergowi. Oczywiście, moje zaufanie ZAWSZE jest warunkowe, może być zawieszone, jeśli przeczytam dobrze udokumentowaną książkę typu anty-Grynberg.

O ile jednak potrafię sobie wyobrazić chronocykl, hobbita i infundybułę chronosynklastyczną – to jakoś nie umiem sobie wyobrazić tego Semki, tych Karnowskich, tego Pereiry, tego Ziemkiewicza, tego Warzechy, jadących w teren i robiących reportaż. Natomiast doskonale sobie potrafię ich sobie wyobrazić, jak nie ruszając się zza biurka piszą zgodnie z przekazem dnia, że Holland kłamie, a Grynberg jeszcze bardziej.

Oczywiście, zawsze pozostaje Argument Ostateczny: chamska propaganda bazująca na „przekazach dnia” jest skuteczna, bo Suweren nie chodzi do kina, nie czyta książek, dotrzeć do niego można wyłącznie krótkimi filmikami typu „Narąbany Stanowski mówi jak jest”.

No i trudno. Ja dalej będę czytać książki i chodzić do kina dla samej przyjemności obcowania z dobrze przygotowanym materiałem. Wolę tak przegrać niż wygrać jak Semka.

„Zielona granica” to po prostu dobrze zrobiony film. Nie jest antypolski ani antymundurowy – są tu funkcjonariusze ratujący honor munduru.

Ja mam akurat wielki szacunek dla munduru, bo jestem ogólnie propaństwowy. Tylko że zazwyczaj noszenie munduru wiąże się z przysięgą na ład prawny Rzeczpospolitej, „pushbacki” są z nim niezgodne.

Absolutnie nie jestem za tym, żeby „wpuszczać każdego jak leci”. Wprost przeciwnie, uważam że osadzanie uchodźców w ośrodkach pozwala na ich filtrowanie, a „pushbacki” powodują, że ten ktoś w końcu przejdzie, tylko nawet nie będziemy wiedzieli którędy.

Wszyscy wiemy (i my, i pisowcy – tylko pisowcy tego nie mówią na głos), dlaczego PiS nie chciał działać zgodnie z procedurami. Z tego samego powodu, dla którego nie chciał ich przestrzegać przy pandemii – zamiast tego wymyślając dziwne specustawy.

Bo jak nie przestrzegamy prawa – to ten zarobi na lewych respiratorach, tamten na maseczkach bez atestów, a owamten na łapówkach za wizy. I stąd ten oburz w przekazach dnia.

Gdy wygramy

Jak już informowała o tym prasa, odwiedziłem niedawno Ukrainę. Nie był to wyjazd dziennikarski, czyli: nie starałem się szukać jak najwięcej zróżnicowanych źródeł informacji, tylko spotkanie dwóch grup nauczycieli (do którego prywatnie dołączyłem zaległą premierę ukraińskiego wydania mojej książki).

Zakochałem się we Lwowie pracując nad Lemem. Najpierw do tego wyjazdu podchodziłem jak pies do jeża, a potem Lwów awansował do ścisłej czołówki moich ulubionych europejskich miast na tzw. „city break”.

Takie idealne miasto powinno mieć przede wszystkim dużo knajp o bardzo zróżnicowanej ofercie, żeby całymi dniami snuć plany na wieczór (i wyjeżdżało się z poczuciem, że jeszcze tyle zostało do sprawdzenia). Te knajpy powinny być pełne ludzi, ale to bardzo ważne, żeby to byli lokalsi. Największym marzeniem turysty jest to, żeby nie spotykać innych turystów.

No i, finalmente, dobrze by było, żeby ci ludzie byli jak w tym wyobrażeniu raju u konstruktora Turla („primo — weseli, secundo — życzliwi…”). Jako ponurak źle znoszę otoczenie innych ponuraków, nawet jeśli próbuję pamiętać, że tak naprawdę są nie tyle ponurzy, co po prostu są osobami w kryzysie angielskości.

Myślałem, że pandemia i wojna zabiły „mój Lwów”. Lockdowny przerzedziły gastronomię także w Warszawie. No i czy można być wesołym tłumem w knajpie w mieście, w którym regularnie rozlegają się syreny?

Otóż… można. Na dźwięk syren lwowianie wyjmują smartfony i upewniają się że „to tylko start migów z kindżałami”. W centrum Lwowa w tym momencie przychodzi kelner i mówi, że możemy dokończyć to co już mamy na stołach, ale musi zamknąć rachunek. Na przedmieściu jednak nie było nawet tego.

Ludzie mijani na ulicy rzeczywiście przeważnie są życzliwi i uśmiechnięci. Nie wiem, czy nie bardziej niż w Warszawie.

Oczywiście, na każdym kroku widać wojnę. Lwowskie zabytki są zabezpieczone przed bombami – witraże w zabytkowych świątyniach są osłonięte pancernymi płytami, pomniki owinięte ochronnymi kokonami. Parterowe okna w większości budynków zabezpieczono workami z piaskiem, żeby podziemia mogły pełnić rolę schronu.

Rosjanie liczyli na to, że uda im się złamać ukraińskiego ducha. Pamiętam jak u Sołowiowa i Skabejewej „eksperci” podniecali się rok temu wizją tego, jak wygłodniali i przemarźnięci Ukraińcy obalają Zełeńskiego, żeby wymusić na nim kapitulację.

To się po prostu nie wydarzy. Odwrotnie: wśród ludźmi, z którymi rozmawiałem nastroje są raczej takie, że obaliliby Zełeńskiego, gdyby ten powiedział coś w stylu „a może już zrezygnujmy z tego Krymu”.

Ja też zaobserwowałem to, o czym pisze wielu korespondentów. Ukraińcy nie mówią „jeśli wygramy” tylko „gdy wygramy”. Porażki nie rozważają nawet jako hipotetycznej opcji. Dla nich to oczywiste, że warto się przemęczyć kolejny rok, żeby tylko nie kapitulować.

Spotykałem się tam z ludźmi z grubsza takimi jak ja, czyli z (pod)miejską klasą średnią. Wojna ich też nie omija – mój lwowski przyjaciel nie może walczyć z powodów zdrowotnych, ale na froncie jest jego redaktor naczelny.

Ludzie Tacy Jak My raczej nie głosowali na Zełeńskiego tylko na Poroszenkę („jako na mniejsze zło”, jak zaznaczali). Heroiczna postawa prezydenta w pierwszych dniach wojny zaskoczyła nawet jego wyborców, a co dopiero opozycję.

Pewna nieufność jednak pozostała. Moi znajomi zaproponowali mi konkretny test na szczerość prozachodnich intencji Zełeńskiego: mam obserwować, czy ten będzie się umiał odciąć od oligarchy Kołomojskiego, który zasponsorował jego karierę.

I proszę: mówisz-masz. Kołomojskiego aresztowano. Więc może jednak…?

Jestem nadal ostrożnym optymistą jeśli chodzi o kontrofensywę. Most kerczeński niby stoi, ale prawie codziennie jest zamykany. Jedyne lądowe połączenie kolejowe między Rostowem a Krymem przechodzi przez Tokmak.

Ukraińcy nie muszą zająć miasta, żeby przerwać to połączenie. Wystarczy że węzeł kolejowy będzie w zasięgu artylerii lufowej – chyba już jest. Zatem za chwilę zaopatrywanie wojsk rosyjskich na zaschód od Tokmaku zrobi się trudne – i znów, chyba już jest (milblogerzy Romanov i Saponkov alarmują, że żołnierze na lewym brzegu Dniepru muszą jeść myszy).

Krymu więc w tym roku pewnie jeszcze nie wyzwolą, ale mogą zmusić Rosjan do kolejnego „skutecznego przegrupowania na korzystniejsze pozycje”. Co w praktyce oznaczałoby odcięcie Krymu od Rosji.

Nie mogę się doczekać kolejnego ataku szału Sołowiewa.

Ekonomia lacanowska

Raz na rok wracam do swojego dawnego zawodu, gdy pojawia się okazja zrobienia czegoś, co w nim lubiłem najbardziej – czyli Rozmowy z Ciekawym Człowiekiem. W tym roku jest to Andrzej Leder, z którym rozmawiałem z okazji wydania przez Krypola jego książki „Ekonomia to stan umysłu”.

W „Młodym Techniku” była kiedyś rubryka „Pomysły genialne, zwariowane i takie sobie” i takie mam uczucie po lekturze. Nie wiem ocenić tę książkę – może genialna, a może szalona.

Przeczytać warto, zwłaszcza w Naszym Zacnym Gronie, Leder bezpośrednio odnosi się do tematów, które pojawiają się w naszych dyskusjach – jak choćby degrowth. Robi to w zaskakujący czytelnika sposób, opisując to językiem psychoanalizy, językoznawstwa i dekonstrukcji.

Zetknąłem się z takim połączeniem po raz pierwszy. Nie umiem jej więc ocenić na tle innych – nawet nie wiem czy ekonomia lacanistyczna to przełom czy ślepa uliczka.

Pisane „po bożemu” książki odwołują się do empirycznych faktów (polecany przykład: wydany przez KiP Simon Mundy, „Wyścig po jutro”). Psychoanaliza pomija empirię, przechodzi do pytania „a czemu ten wzrost jest dla ciebie taki ważny, czy chcesz o tym porozmawiać?”.

Wielokrotnie pada mniej więcej taka teza: „nie rodzimy się z pragnieniem posiadania Ferrari, to pragnienie jest w nas sztucznie wywołane przez konstrukt społeczny”. „Pożądanie Ferrari” jest tu analizowane na pełnym Lacanie.

Było to dla mnie inspirujące, bo tego akurat pragnienia na przykład we mnie nie ma. Społeczeństwo przekazało mi inne sztuczne konstrukty – przywiązanie do średniej klasy średniej i jej średnich metraży, średniej latte, samochodów z średniej półki.

Oczywiście, marzę o Sukcesie. Tylko że jak się pod wpływem tej książki nad tym zacząłem zastanawiać: w praktyce nie aż tak, żeby mnie to motywowało do realnych działań.

Jeśli miałbym sobie (jak u terapeuty) zwizualizować ten Sukces, to by w moim wypadku oznaczało zapewne otrzymanie Prestiżowej Nagrody, Tłumaczenie Na Liczne Języki albo Deal Z Uogólnionym Netfliksem. Czyli to, czego doznał powieściowy Senderovsky – ale już nie Dee.

To nie jest niemożliwe w sensie fizycznym, ale ponieważ praktycznie nic w tym kierunku nie robię – nieosiągalne w praktyce. Chciałbym odnieść Sukces eksternistycznie, bezwysiłkowo, żeby po prostu mi nadali statuetkę do paczkomatu, a kasę wysłali przelewem. Sam wiem że tak się nie da.

Co więcej, Sukces wymagałby ode mnie robienia rzeczy, których nie cierpię. Wiem o tym, bo niestety czasem muszę je robić POMIMO braku sukcesu – to konkretnie jest Udzielanie Wywiadów oraz Uczestniczenie w Galach.

Mam znajomych Ludzi Sukcesu i ich wspólną cechą z kolei jest to, że wywiady dają każdemu kto zaprosi (nawet mediom pisowskim!). Jadą na dowolną Galę Wręczenia Czegokolwiek, nawet jak nie są ani w jury, ani wśród nominowanych, czyli: nie muszą (ja tylko gdy nie mam się jak wykręcić).

Oczywiście miło na takiej gali spotkać znajomych, ale najprzyjemniej mi się z nimi siedzi w w hotelowym barze. Gala, na której się trzeba wypindrzyć i sztywno zachowywać, bo cały czas jakaś cholera robi mi zdjęcie, sprawia mi fizyczne cierpienie.

Co w praktyce oznacza, że moje ulubione sposoby interakcji społecznej są średnio-średniowe, a nawet porażkowe. Zatem nigdy nie trafię do Longines Lounge… ale czy naprawdę tego chcę?

Książka Ledera trochę pomogła mi zrozumieć mój osobisty paradoks. Jako dziennikarz mam taki mentalny cennik, co za ile mi się opłaca. Plus zaporowa stawka „jeśli trzeba wstać rano”.

To dlatego nie lubię UDZIELAĆ wywiadów. Mam wtedy uczucie, że pracuję za darmo (nawet jeśli w teorii mogę liczyć na opóźnioną gratyfikację w postaci promocji książki).

Kiedy odchodziłem z „Gazety”, rozważałem opcje pozostania w zawodzie, ale zdecydowałem się na szkołę. Oto sprzeczność: wstaję teraz rano za pieniądze, za które nie zgodziłbym się kiwnąć palcem jako dziennikarz, ale… w nową rolę wszedłem jak w stary, wygodny sweter. O dziennikarstwie teraz myślę jako o błędnej decyzji, w której tkwiłem zbyt długo – bo przecież jeśli NAPRAWDĘ chodziło o pieniądze, powinienem był i tak robić co innego.

Chciałem o książce, a piszę o sobie – no ale raz, że od tego są blogaski (to „rodzaj sieciowych pamiętników”!). A dwa, że książka do tego inspiruje.

Najciekawsze w niej jest to, że stanowi próbę zdekonstruowania języka ekonomii – a to niezbędny pierwszy krok ku wymyśleniu nowego. Pytanie „jak sprzedać wyborcom degrowth”, które padło w dyskusji pod poprzednią notkę, sprowadza się przecież do „jak wymyślić nowy język do mówienia o gospodarce”.

Dopóki „wzrost PKB” będzie fetyszem, oczywiście nie da się. Warto jednak, żeby każdy kto marzy o Ferrari (oraz o pięćsetmetrowym domu z pięcioma łazienkami) zadał sobie pytanie: po co ci to? Jakie niedostatki próbujesz tym skompensować?

Ten „wzrost PKB” jest przecież fetyszem od stosunkowo niedawna. To konstrukt społeczny, który możemy zastąpić innym konstruktem społecznym. Tylko że musimy rzeczywiście „chcieć o tym porozmawiać”.

Return to Sender

W ramach ekskursyjnego klubu książki polecam powieść Gary’ego Shteyngarta „Nasi przyjaciele na wsi”. Rzadko czytam coś co nie jest kryminałem ani fantastyką, więc rekomenduję tym goręcej, gdy akurat mi się spodobało.

Dziesięć lat temu zachwyciłem się książką Shteyngarta wyczerpującą znamiona science-fiction (choć być może autor by się opierał takiej klasyfikacji): „Supersmutna (ale prawdziwa) historia miłosna”. Jest to dystopijna wizja załamania amerykańskiego kapitalizmu, połączona z kpiną z mediów społecznościowych – dziś rzecz oczywista, ale wtedy jeszcze wszyscy kochali Facebooka.

W „Przyjaciołach” jest element bliskiego science-fiction. Pojawia się tu aplikacja „przyśpieszająca proces zakochiwania”.

Reakcja czytelnika „to przecież jakaś bzdura” jest tu od razu rozbrojona tym, że Wszechwiedzący Narrator informuje nas, że sama twórczyni nie jest przekonana czy to w ogóle działa. Sprzedała swoje dzieło i wyeksitowała z miliardami, a teraz pozwy wkurzonych użytkowników są już zmartwieniem inwestorów. W sumie… bywają podobne sytuacje!

Akcja rozgrywa się na początku pandemii. Głównym bohaterem jest pisarz Sasha Senderovsky, złośliwa autoironiczna karykatura samego autora.

Senderovsky napisał kiedyś bestseller, jest więc w pewnym sensie człowiekiem sukcesu. Zaczął żyć jak na wyższą klasę średnią przystało.

Nabył wiejską posiadłość, do której się przeniósł z Nowego Jorku (miasta, bo pozostał w stanie). Posiadłość rozbudował o kompleks budynków niepotrzebnych jego trzyosobowej rodzinie, bo marzył o zapraszaniu przyjaciół na wielomiesięczne nasiadówy, w stylu klasyki rosyjskiej literatury daczowej.

W praktyce mało komu chciało się tłuc na ten koniec świata. Z moich skromnych doświadczeń podróżniczych wynika, że „upstate New York” bywa dzikszy i słabiej skomunikowany z miastem od bliskiego Connecticut/New Jersey, a nawet Pensylwanii.

Pandemia ziściła jego marzenie. Skoro i tak wszędzie lockdowny, piątka przyjaciół zgadza się, że najlepiej będzie przeczekać najgorsze w wiejskiej posiadłości.

Ta piątka reprezentuje (ach, co za przypadek) kolejne szczeble społeczeństwa klasowego. Najwyżej jest Karen (miliarderka od aplikacji). Pod nią jest Aktor, jedno z topowych nazwisk Hollywood. Pośrodku jest Ed, bon vivant podróżujący biznesklasą po całym świecie, by recenzować lokalną gastronomię. Pod nim Dee, eseistko-felietonistka, typowa średnia średnia. Stawkę kończy Vinod, kolega z liceum, który też próbował pisać, ale mu się nie udało, więc funkcjonuje jako niższa średnia, na granicy spadku do niższej, a może już nawet poniżej tej granicy.

W trakcie dobrowolnej izolacji między bohaterami zawiązują się i rozwiązują romanse, wspomagane aplikacją lub nie. Wychodzą na jaw różne tajemnice, z których zdradzę jedną, najbardziej oczywistą: Senderovsky’ego na to wszystko nie stać, od lat żyje na kredyt. Za jakiś miesiąc bank zajmie posiadłość.

Senderovsky miał jeden bestseller, ale następnego nie umie napisać. Usiłuje się przebić na ekran, ale w Hollywood już ma ksywkę „Return to Sender”.

Jego jedyną szansą jest deal z Aktorem. To dla niego wystawia tą szopkę. Razem pracują nad serialem, który zapowiada się idiotycznie, ale nazwisko Aktora gwarantuje zyliardy. Wyobrażałem go sobie na wzór Bena Stillera, który faktycznie przymierzał się do wyprodukowania „Supersmutnej…”, ale w końcu zrobił „Severance” (i słusznie).

Jest to książka o książkach. Prawie każdy bohater „robi w literkach”, rozmowy często schodzą na temat literatury, przy czym często dochodzi tu do rozebrania „czwartej ściany”, gdy na przykład sami bohaterowie zastanawiają się, jak bardzo ich sytuacja przypomina klasykę literatury rosyjskiej.

Bohaterowie są świadomi swojego uprzywilejowania – spędzają lockdown w lepszych warunkach niż większość ich rodaków. Ale, jak ktoś zauważa, kawał literatury da się sprowadzić do tytułu „Cierpienia kilku uprzywilejowanych osób” (w tym oczywiście rosyjską klasykę, chłopi pańszczyźniani są tam zazwyczaj milczącym tłem – podobnie jak wiejscy sąsiedzi Senderovsky’ego).

Ponieważ sam „robię w literkach”, zafrapował mnie mój ulubiony temat Sukcesu i Porażki. Sam jestem gdzieś między Dee a Vinodem. Wyżej Dee już na pewno nie podskoczę, ale oby nie spaść do Vinoda.

Parę razy ocierałem się o Sukces. Było tak rozkosznie blisko angielskiego przekładu, ekranizacji albo sprzedania pomysłu na serial. Zawsze jednak kończyło się „return to Sender”.

Najważniejsza różnica między realnym lajfem a literaturą jest oczywiście brak narratora. W tej powieści to najsympatyczniejszy bohater.

Wszechwiedzący Narrator empatycznie wnika w dusze wszytkich postaci pierwszo-, drugo- i fafnastoplanowych. Przez chwilę narracja prowadzona jest z punktu widzenia świstaka Steve’a, świadka kolejnego sekretu Senderovsky’ego.

Opisuje to wszystko z dobrotliwą ironią, za sprawą której wszystkie rozgrywające się tu wydarzenia, czasem naprawdę dramatyczne, nabierają czechowo-gogolowskiej patyny.

No bo z kogo się tu śmiejemy? Z samych siebie się śmiejemy. Na pewno „my robiący w literkach”, ale chyba w uogólnieniu wszyscy „my”, którym życie w kółko robi „return to Sender”.

He was a Steppenwolf

O powieści Hermana Hesse „Wilk stepowy” dowiedziałem się pośrednio jako dziecko, w okolicznościach tak obciachowo komicznych, że powinienem to wrzucić do ekshibicjonistycznego wątku „Now Playing” – gdyby nie to, że trzymam się tam tego, czego chwilowo NAPRAWDĘ słucham.

Otóż moje świadome słuchanie muzyki zaczęło się od pierwszego własnego magnetofonu – ZWM Lubartów B-113 „Kapral”. Był monofoniczny i nie miał żadnych zalet poza tym, że był mój. W ten sposób więc muzyka wokół mnie przestała być „muzyką wybieraną przez dorosłych”, stawała się „muzyką wybieraną przeze mnie”.

Moje pierwsze wybory były oczywiście naiwne i banalne: „wybierałem” to co leciało w radiu. Początkowo nie miałem możliwości nagrywania z radia, kasety więc kupowałem (głównie na tzw. peraku, pozdro dla kumatych).

Nadało mi to skilla znajomości mało znanych kawałków Bee Gees, Abby, Amandy Lear, Village People, Eruption i Boney M, bowiem słuchałem ich całymi albumami (w ukasetowionej formie). Czasami wykorzystuję to jako łonabi didżej.

Steppenwolf” to taki właśnie mniej znany kawałek z płyty „Nightflight to Venus”. Mam do niej szczególny sentyment, bowiem jest dla mnie pamiątką czasów, w których byłem tak dziecięco niewinny, że nie widziałem w tym tytule żadnego double entendre.

Piosenka jest trochę podobna do „Rasputina”, choć nie powtórzyła jego sukcesu. Do gibającego niby-funkowego podkładu mamy tu przegadany tekst, w którym Frank Farian luźno streszcza powieść Hessego.

Wygląda to mniej więcej tak: He was a Steppenwolf, a lost and lonely one / He was a Steppenwolf, forever on the run / He was a Steppenwolf, with a forgotten past / He was a Steppenwolf, who found a love at last”.

Później patrzono na disco i rocka jako przeciwieństwa, konformistyczne yin i buntowniczy yang, ale gwiazdy disco się tak wtedy nie prezentowały, zwłaszcza eurodisco. Gdy się słuchało całych płyt, było tam sporo soft rocka, teksty bywały całkiem „buntownicze”. To jeden z przykładów.

„Wilk Stepowy” był kultową lekturą pokolenia flower power. Piosenka „Born To Be Wild” musi polecieć w każdym filmie o 1968 – pochodzi z płyty „Steppenwolf” zespołu Steppenwolf, nazwanego na cześć książki. Doprowadzało to Hessego do rozpaczy, skądinąd wolał przecież Mozarta od porykiwania szarpidrutów.

Czytana dziś, książka szokuje naiwnością. Pisana w 1926, dzieje się w nieokreślonym czasie w niesprecyzowanym niemieckojęzycznym mieście (krajem rządzi cesarz, nie jest to więc republika weimarska).

Pierwszym narratorem jest facet, od którego ciotki Wilk Stepowy wynajmował mieszkanie i zafascynował go ten milczący, mądry, przystojny sąsiad (te zachwyty są jak z taniego romansidła). Pewnego dnia Wilk zniknął bez śladu, ale zostawił po sobie rękopis, który okazuje się właściwą książką.

Z rękopisu wynika, że Wilk Stepowy bardzo nie lubił swojego społeczeństwa. Miał mu za złe między innymi militaryzm, ale Wilk nie jest pacyfistą – ogólnie nie ma pozytywnego programu, zrzędzi dla samego zrzędzenia.

Z zawodu Wilk Stepowy nie zajmuje się niczym. Gdzieś tam machinalnie wyjaśnia, że odziedziczył papiery wartościowe i żyje z dywidendy.

Pierwszy narrator (sąsiad), pracuje w jakimś biurze. Wilk zdążył mu wyznać, że nie lubi wszelkich miejsc pracy, co sąsiad przyjmuje z zachwytem, a ja z myślą, że nienawidzę takich uprzywilejowanych fjutków, co to nawet nie widzą związku między wyklinanym militaryzmem, a ową dywidendą.

Wilk przypadkiem trafia do tancbudy działającej też jako nieformalny burdel. Poznaje tam fordanserkę Herminę, czasem występującą w męskim stroju jako Hermann.

Ta androgyniczność bardzo kręci Wilka, ale Hermina podsuwa mu inną prostytutkę, Marię. Wilk przeżywa z nią najwspanialszy seks życia dzięki stosowanym przez nią „miłosnym sztuczkom”. Niestety, autor ich nie opisuje bliżej.

Wilk wchodzi z Marią w typowy układ sponsorski. Wynajmuje jej mieszkanie żeby było blisko, obsypuje ją kosztownymi prezentami.

Tymczasem Hermina poznaje go z szefem jazzbandu w tancbudzie, który wydaje się także stać na czele mniej legalnych biznesów w tym lokalu. Pablo uczy Wilka słuchać jazzu oraz częstuje go narkotykami z własnej dilerki.

Wilk już ma problem alkoholowy (z jego własnej narracji wynika, że potrzebuje co najmniej dwóch butelek wina dziennie), kolejne uzależnienie wciąga go oczywiście jeszcze bardziej. Kulminacją jest wielki bal maskowy w tancbudzie, podczas którego bohater już totalnie odlatuje.

Jest tak napruty, że przestaje odróżniać rzeczywistość od halucynacji. Narracja zostawia czytelnika w niepewności: Hermina być może poprosiła Wilka, żeby ją zabił. On być może to zrobił. Ale może to wszystko było tylko złym odlotem.

Jazzowa historia z proto-psychodeliczną puentą pasowała do epoki „seksu, dragów i rokendrola”. Dziś jednak trudno traktować serio przesłanie, że płatny chemseks to droga do wyzwolenia.

Dziś raczej wysłalibyśmy Wilka Stepowego na terapię. Majątek na razie pozwala mu „wysoko funkcjonować”, ale widzieliśmy nie takie fortuny przepuszczone na wódę, koks i „fordanserki”.

Na stare lata coraz częściej dochodzę do wniosku, że z poszczególnych faz popkultury próbę czasu najlepiej jednak zniosło disco. Rokendrolowe teksty sprzed pół wieku (i więcej) wymagają częstych zastrzeżeń typu „it was acceptable at the time”.

Teksty disco oczywiście ociekały od erotycznego innuendo, ale zazwyczaj zapraszały do wspólnego „lotu na Wenus” albo do „give a bit of mmh to me, and I’ll give a bit a mmh to you”. Równość jest w nich stanem domyślnym, podczas gdy w rokendrolu domyślna jest asymetria samca alfa i jego piszczących groupies.

Wydaje mi się, że nawet najbardziej rygorystyczny strażnik politycznej poprawności nie ma się do czego przychrzanić w przypadku Abby czy Boney M. Ale oczywiście to tylko moja opinia jako dziadersa.

Now Playing (198)

Drodzy komcionauci – wybaczcie, że Was trochę zaniedbuję. Wakacje, itd.

Pozwólcie więc na notkę – strzał z biodra. To odpowiedź na komentarz, zawierający pytanie, czemu w cyklu „Now Playing” nie było bitelsów.

Ten cykl z założenia jest ekshibicjonistyczny. Piszę w nim NAPRAWDĘ szczerze o tym, czego właśnie słucham (przy okazji zapewne dałoby się z niego zrekonstruować kilkanaście lat ewolucji moich gustów).

Nie o wszystkim, co mi wpada w ucho, umiem napisać coś ciekawego. Zatem, ekshibicjonistycznie: słucham sobie francuskiego zespołu „La Femme”, piosenki „Ou va le monde”.

Ciocia Wiki klasyfikuje styl tego zespołu jako psych-punk (po angielsku), jako po prostu rock (po francusku), jako pogranicze krautrocka i psychodeliki (po polsku) oraz jako po prostu psychodelikę (po niemiecku). Przyznacie, że można ich polubić za samą tę wyliczankę!

„Ou va le monde” jest jednak uspokajająco popowe, z łagodnymi akcentami hiphopowymi. Akcent jest właściwie jeden: większość piosenki to rapujący monolog, nawiązujący do tytułowego „dokąd zmierza świat”.

Choć tytuł kojarzy się z jakąś refleksją o naprawie świata, to wygląda bardziej na pijacki (?) słowotok, w którym podmiot liryczny rzuca tekstami w stylu „już nie mam szacunku dla ciebie, nie mam szacunku dla siebie, no i trudno, idę swoją drogą, a ty jesteś daleko, daleko za mną”.

Towarzyszy temu refren, z którego poznałem francuski idiom „dobra gruszka”. Otóż podobno oznacza on osobę dobroduszną, naiwną, dającą się wykorzystywać.

Kobiecy głos w refrenie mówi, że nie będzie już dobrą gruszką. Bo ma już dosyć rujnowania sobie życia historiami, które kończą się w dramach i koszmarach.

I to właściwie tyle. Urocze, nespa?

A co do Bitelsów… Cóż, słuchałem ich dużo w młodości. Większość utworów znam na pamięć, mogę je sobie puścić z „mentalnego odtwarzacza” (ktoś tak naprawdę robi w jakimś kryminale… Chmielarza chyba?).

Ale tak samo mam z Pink Floyd, a jednak ich słucham. Czemu więc prawie w ogóle nie słucham Bitelsów?

Jednym z wyjaśnień mogą być uwarunkowania freudowskie. „It’s because of my mother”, jak odpowiada J.J. Abrams na różne pytania.

Dzieciństwo spędziłem wśród osób dorosłych, które były zdecydowanie za Stonesami, a więc przeciw Beatlesom. Uwierzcie mi, pół wieku temu dla boomerów z warsiaskiej inteligencji to była Wisła i Cracovia.

Co oczywiście niczego nie tłumaczy, bo wiele rzeczy robię specjalnie na odwrót osobom dorosłym z mojego dzieciństwa. Na przykład: nie palę, mam lewicowe poglądy i jestem drobnomieszczańsko dorobkiewiczowski.

No ale faktem jest, że uwięziony na bezludnej wyspie, na którym (jak u J.J. Abramsa) nie wiadomo skąd jest prąd oraz ejtisowa wieża stereo i kompletne dyskografie Stonesów i Beatlesów, zacząłbym od Stonesów. Jejku, zwłaszcza od rzadkich singli – zapewne pierwsza rzecz na talerzu gramofonu byłaby dwunastką „Harlem Shuffle”.

Czemu nie Bitelsi? Wreszcie odpowiem.

Pierwsza połowa ich dyskografii to banalne piosneczki. „She Loves You”, „Love Me Do”… no po prostu it ain’t me, babe.

Jak już zażyli LSD i przeżyli z tego powodu „wielką duchową przemianę” (wyobrażacie mnie sobie robiącego żaby w powietrzu i wypowiadającego to z Gryzącą Ironią!), zaczęli nagrywać pomysły na wielkie piosenki… których jednak nie kończyli, a teksty były bezsensownymi zapełniaczami. Piję tu powiedzmy do „Mean Mister Mustard”.

Gdzieś tam pośrodku są Beatlesi już robiący fajną muzykę, ale jeszcze dopracowaną. Ale to są pojedyncze utwory – wydaje mi się, że „peak beatles” to „Day Tripper”. Już niebanalne, ale jeszcze ciągle dokończone i dopieszczone.

Więc na tej bezludnej wyspie z serialu J.J. Abramsa to byłby pierwszy kawałek Bitelsów puszczony przeze mnie z siódemki, już po wielokrotnym odsłuchaniu pełnej dyskografii Stonesów. Którą – o ironio – znam dużo słabiej od dyskografii Beatlesów. Bo tę drugą do przewyrzygu wysłuchałem w młodości za sprawą freudowskiej kontestacji (aż do b-tracków i „wersji tylko na acetacie”, latało to w trójce!). A do tej pierwszej po prostu nic mnie nie motywowało, za dużo w muzyce się jednak wydarzyło przez te 60 lat…

Ideologia rosyjska

Drodzy komcionauci – tym razem chciałbym was wykorzystać jako crowdsourcing… crowdresearching… crowdinspiring? Ach, wszystko jedno, do następnej notki na Substacku.

Mam taką intuicję, że w kluczem do zrozumienia Rosyjskiej Duszy (TM) jest rosyjska kultura więzienna. To się pojawiło w poprzedniej dyskusji, Gammon użył nawet określenia „golovorez w zakonye”.

Pierwsze pytanie – zwłaszcza do Gammona, jak z niego taki rusycysta. Czy CAŁOKSZTAŁT tych zjawisk ma jakąś nazwę, odpowiednik polskiej „grypsery”?

Ze wstydem przyznam, że ja jej nie znam. Znam pojedyncze, typu urka, pietuch czy vor w zakonye. Są albo nieprzekładalne, albo po angielski brzmią jakoś słabo („thief in law”?).

Znam je, oczywiście, głównie z popkultury, choć nie tylko. Przecież pierwszy literacki portret rosyjskiej kultury więziennej stworzył nie kto inny, tylko Fiodor Michajłowicz (na kartach którego znajdziemy niejednego Prigożyna).

Dlaczego to jest ważne? Here goes moja kremlinologia. Mam nadzieję, że Awal zakrztusi się Dom Perignon, oby ktoś mu zdążył zrobić manewer Heimlicha.

Otóż przeciętny człowiek kraju demokratycznego, nawet Polski, ma jakąś pobieżną wiedzę, że w jego kraju jest JAKAŚ „grypsera”, i nawet z kryminałów zna pojedyncze słówka, to jednak jest dla niego egzotyka. Sam przecież do więzienia raczej nie trafi i nie ma w swojej bezpośredniej bańce nikogo kto „garował”.

Już w carskiej Rosji to nie było takie oczywiste. Katorga mogła spotkać każdego – w praktyce to zależało oczywiście od cara, ale Paweł potrafił zesłać dworzanina, który po prostu mu się niedostatecznie nisko ukłonił.

ZSRR z pracy przymusowej uczynił jeden z filarów gospodarki. Do Gułagu trafiali czołowi literaci, politycy, konstruktorzy rakiet kosmicznych.

Nie da się oszacować dokładnej liczby ofiar, ale wiadomo, że to były miliony. Nie wiadomo tylko – parę czy parędziesiąt. Czyli albo populacja Czech, albo Hiszpanii, ale tak czy siak populacja jakiegoś europejskiego kraju.

Co za tym idzie, w XX wieku przeciętny Rosjanin albo sam siedział, albo siedział jego bliski krewny lub przyjaciel. Subkultura więzienna nie była więc dla niego egzotyką, tylko egzystencjalnym wyzwaniem: jak przetrwać spotkanie z urką, które nieuchronnie kiedyś przecież nastąpi (albo już nastąpiło).

Skutkiem była mainstreamizacja tej subkultury. Przeciętny Rosjanin zna ten system wartości lepiej niż by chciał. I albo on infiltruje jego własny światopogląd, albo jego światopogląd jest rozpaczliwą próbą stworzenia anty-grypsery (jak w przypadku Fiodora Michajłowicza).

Wydaje mi się, że jedynym krajem poza ZSRR, który tak bardzo zmainstreamizował więzienne subkultury (poprzez masową inkarcerację), są USA. Tam jednak to ma wyraźny charakter klasowo-etniczny.

Gangi więzienne rządzą ulicami gorszych dzielnic Los Angeles albo przedmieść Albuquerque, ale jednak nie kampusami uniwersyteckimi. Choć oczywiście największe arcydzieła amerykańskiej popkultury, jak „Breaking Bad”, pokazują, że te światy są oddzielone o jednego handszejka (w praktyce często o jedną przecznicę).

Bolszewizm był na tyle demokratyczny, że ten łagiernik mógł być byłym – albo nawet przyszłym – członkiem kremlowskich elit. Świat urków nie jest tam oddzielony o handszejki od świata oligarchów, tylko się z nim przenika i zazębia na zasadzie „wujek w łagrze, ciotka w Courcheval, kuzyn wypadł przez okno, a rodzice naprawdę nie powinni byli pić tej herbatki w Kensington”.

O rety, to brzmi jak pierwsze zdanie powieści, która może wreszcie przyniesie mi Sukces. Ale wróćmy do przegrywizmu, czyli blogowania.

Więc: nie mogę zacząć pisać notki, bo nie wiem o czym piszę. Tzn. jak to zjawisko się nazywa. Ta notka jest właściwie po to, żeby zapytać was – to po pierwsze.

A po drugie: co myślicie o samej tej hipotezie? Na ile zgadzacie się z tezą o ciągłości subkultury urków od caratu po Putina?

Ja oczywiście mając w ręku młotek wszędzie widzę gwoździe, więc na przykład w ten sposób interpretuję prywatyzację Gajdara (jako urka-liberalizm), ideologię Dugina (urka-katechonizm), motywacje Girkina (urka-erudyta), system polityczno-gospodarczy „separatystycznych republik” (urkizm) itd.

No ale co Wy Na To?