Tysiąclatki po latach

Jest sobie wydawnictwo „Księży Młyn”, którego stoiska zwykle wypatruję na różnych targach w poszukiwaniu książek o historii szeroko rozumianej infrastruktury. Nabyłem u nich ostatnio pracę Krzysztofa Wałaszewskiego „Tysiąc szkół na tysiąclecie”.

Mit założycielski III RP opisuje PRL jako radziecką okupację. Przywódcy zajmowali się niewoleniem nas, a my jęczeliśmy w kajdanach: zero pozytywnego dorobku.

Tysiąclatki do tego nie pasują. W wielu małych miejscowościach to był pierwszy – i przez dziesięciolecia jedyny – nowoczesny budynek użyteczności publicznej.

Tylko tam okoliczni mieszkańcy mogli zrobić kurs tańca, kiermasz staroci, przegląd kapel ludowych albo punkrockowych czy konwent science-fiction. Ba: słynna giełda Bajtka, na której powstała niejedna spółka pompująca dziś warszawski indeks giełdowy, odbywała się w szkole tego typu.

Po wejściu do Unii i serii inwestycji typu „aquapark w każdej gminie”, tysiąclatki zaczęły odchodzić na dalszy plan. Przez dekady jednak poza funkcjami edukacyjnymi, budowały też więź społeczną – towar do dziś deficytowy.

Książkę Wałaszewskiego czyta się trochę jak dobrą pracę magisterską (w istocie chyba nią jest). Widać solidny risercz, ale gdy tylko się robi ciekawie, autor pisze, że coś „wykracza poza zakres tego opracowania”.

Mamy więc kopalnię informacji „kto, kiedy, gdzie i za ile”, ale kwestie społeczne czy estetyczne traktowane są zdawkowo. Rozdział „tysiąclatki dziś” to niecałe 3 strony na 350!

Same fakty też są jednak ciekawe. Okazuje się na przykład, że plotka o rzekomym „prawdziwym przeznaczeniu” tysiąclatek na potrzeby wojska była legendą miejską.

Owszem, MON przedstawiło uwagi dotyczące dostosowania niektórych szkół – ale było to już po ogłoszeniu akcji. Równie dobrze można powiedzieć, że prawdziwym celem była poprawa infrastruktury turystycznej, bo inne szkoły modyfikowano tak, żeby można było w nich urządzić kolonie albo hostel (sam nocowałem w takich szkoło-schroniskach).

Autor książki zdaje się interpretować wątpliwości na niekorzyść PRL, ale z przytoczonych przez niego faktów wynika, że pomysłodawcą akcji był Gomułka. I chodziło mu jednak o przede wszystkim o uwolnienie uczniów od prymitywnych warunków (szkoły bez łazienek, ogrzewania, sal gimnastycznych itd).

Jasne, był też cel propagandowy (co wielokrotnie podkreśla Wałaszewski). Ale przecież tak można powiedzieć o każdym polityku – że wszystko robi dla utrzymania władzy.

Moim zdaniem bez względu na intencje, liczy się konkret: szkoła, autostrada, ustawa. Coś, co zostanie dla następnych pokoleń.

Pomniejszając dorobek tej akcji Wałaszewski pisze, że mimo niej „nadal było ciasno”. Tu już przypomina prawicowych publicystów, którzy dowodzili, że Platforma nie buduje autostrad („bo Warszawa nadal nie ma obwodnicy!”).

Twierdzi w podsumowaniu, że bez tej akcji te szkoły i tak by powstały – bo poza „oficjalnym tysiącem” zbudowano tysiące innych szkół, często mylnie nazywanych tysiąclatkami, bo korzystały z tych samych projektów. No dobrze, ale bez akcji nie byłoby tych projektów, a także konkursów, konferencji, uzgodnień, ułatwień w pozyskiwaniu działek – itd.

Propaganda PRL przedstawiała tę akcję jako działanie całego społeczeńswa. Ludność stawiała się na budowie z łopatami, zakłady pracowały w niedzielę z przeznaczeniem wypłaty na Społeczny Fundusz Budowy Szkół, Polonia przysyłała dewizy.

Wałaszewski przeciwstawia tej narracji swoją: pomniejsza znaczenie „czynów społecznych” (amator na placu budowy często robi więcej szkody niż pożytku), podkreśla przymusowość tej „dobrowolności”.

Jasne, kto pamięta PRL, ten pamięta „sprawdzanie obecności na czynie społecznym”. Sam się buntowałem jako uczeń, gdy mnie „wyznaczano na ochotnika” i wykłócałem się z nauczycielami o absurd tych sformułowań.

Dziś widzę to inaczej. Już starożytni Grecy wiedzieli, że ustrój republikański wymaga aktywności obywatelskiej. Demokracja zginie, jeśli obywatele będą ją traktować jak sklep („płacę podatki, więc wymagam”).

W PRL społeczeństwo obywatelskie było fikcją, ale w III RP też nią jest. Tzw. „trzeci sektor” polega przecież głównie na zagospodarowywaniu rządowych pieniędzy na „organizacje pozarządowe” (w najlepszym wypadku: unijnych lub norweskich, a więc tak czy siak rządowych).

Czy to lepsze od PRL-owskich „czynów społecznych”? Czy nie przykładamy podwójnych kryteriów: gdy coś dobrego zrobiono w PRL, to „dla propagandy”, a gdy w III RP, to „dla obywateli”?

Ciekawe pytania. Niestety, wykraczają poza zakres…

Złoty ćwiek

Z okazji świąt wypadałoby napisać coś optymistycznego (dla tych, co zajrzeli tu po raz pierwszy: czy ateiści obchodzą święta? no jasne, przecież to, że chrześcijaństwo sobie zawłaszczyło pogańskie solarne święta przesilenia i równonocy, to jeszcze nie powód do ich bojkotu).

Dobre wiadomości płyną z frontu infrastruktury drogowej. PiS wprawdzie buduje wolniej i drożej od Platformy, ale jednak nie doszło tym razem to całkowitej zapaści, jak za Kazza Marcinkiewicza.

Kiedyś fantazjowałem na blogu o symbolicznym „wbiciu złotego ćwieka” w polski system autostrad i ekspresówek. Chyba już można o tym mówić – bo pamiętajmy, że w USA podczas budowy transkontynentalnej linii Union Pacific ceremonię „złotego ćwieka” urządzono, gdy jeszcze pierwsi pasażerowie musieli się przeprawiać promem przez Missisipi, bo most był jeszcze w budowie.

Dziś otwarto autostradową obwodnicę Częstochowy. To znaczy, że jadący z północy kierowca musi wprawdzie się przebiedować przez kilkadziesiąt kilometrów gierkówki upgradowanej do autostrady, ale na węźle Częstochowa-Północ (do niedawna zwanym węzłem Rząsawa, szczęśliwie przemianowali zawczasu) jest już w europejskiej sieci autostrad. Hen, do Lizbony!

Ten upgradowany fragment kiedyś był najlepszym odcinkiem na tej trasie, bo w odróżnieniu od odcinka Piotrków-Warszawa, był zbudowano od początku nowym śladem. To już za Gierka mogła być autostrada, ale z przyczyn oszczędnościowych obcięto węzły i wiadukty, więc zostało kilkanaście kolizyjnych skrzyżowań.

Gdy jedziemy przez kraje, które swoją sieć autostradową zasadniczo ukończyły kilkadziesiąt lat temu, jak USA czy Niemcy, też natrafiamy na odcinki z wykopkami. Potraktowałbym to więc jak ten tymczasowy prom przez Missisipi – na tym odcinku zresztą sytuacja będzie się stopniowo poprawiać, w miarę oddawania kolejnych elementów.

Tydzień wcześniej czekała nas też inna sensacja, o której z kolei pisałem pół roku temu w „Wyborczej”. Pojawiła się już możliwość jazdy w kółko bez opuszczania autostrad i ekspresówek.

W trójkącie Poznań – Łódź – Wrocław można się teraz kręcić po kombinacji S8-A8-S5-A2-A1. Zważywszy, że na A2 mija się wtedy ze dwa motele, można to robić w nieskończoność – bawiąc się w tokarczukowego „bieguna”.

Wkrótce zaś, gdy dokończą S3 i wspomniany fragment gierkówki, pojawią się kolejne potencjalne kółka. Otwarcie S5 już teraz pozwala zaś na przejechanie najdłuższej teoretycznie możliwej trasy wyłącznie po nowych drogach, Szczecin-Rzeszów (858 km – choć oczywiście gugiel sugeruje raczej 812 km po S3, bo ten niedokończony fragment to już naprawdę drobiażdżek).

To są oczywiście wszystko wycieczki dla maniaków infrastruktury – ewentualnie zawodowych transportowców. Ale samo pojawienie się możliwości kręcenia w kółko dowodzi, że mamy już konkretną sieć.

Na zachód od gierkówki mamy już właściwie zachodnioeuropejskie nasycenie autostrad i ekspresówek. A i na wschód tragedii nie ma. Po Polsce jeździ się już nie gorzej niż po „starej unii”, a na pewno lepiej niż po naszej ukochanej Skandynawii.

A przecież gdy zaczynałem blogować w roku 2006, autostrady sprowadzały się do kilku niepowiązanych ze sobą kresek na mapie, a ekspresówki do kilku obwodnic. Jedynym ich skrzyżowaniem był węzeł S1/A4 w Mysłowicach.

O prawdziwym skrzyżowaniu dwóch autostrad, albo o możliwości przejechania kilkuset kilometrów bez opuszczania sieci, mogliśmy wtedy tylko marzyć. Gdy Komorowski w 2010 zapowiedział budowę 1000 km nowoczesnych dróg, prawica dostała histerii, że to niemożliwe, że to wykluczone, że nic nie zbudują, a co zbudują, to trzeba będzie potem zamykać.

Tymczasem na początku 2010 mieliśmy 636 km autostrad i ekspresówek. W 2015, gdy Komorowski potrącił zakonnicę na pasach, mieliśmy 3115 km.

Obecnie mamy ok. 4000 km. Przez te 4 lata rządów PiS trochę nam ich przybyło, nie zaprzeczam – choć były to głównie kontrakty podpisywane jeszcze za PO, których ubywa, więc w roku 2020 niewiele się wydarzy.

Oby w drugiej połowie roku na ceremoniach przecinania wstęgi pojawiał się już nowy prezydent. A choćby i Hołownia. Czego sobie i państwu życzę z okazji przesilenia solarnego.

Toss a Coin to Your Witcher

Zamawiając u mnie tekst o Netfliksowym „Wiedźminie” redakcja wyraźnie zaznaczyła, że mam nie recenzować, bo recenzję napisze kto inny. Przemyciłem więc z drżeniem serca jeden akapit z opinią – w którym porównałem styl narracji do gry wideo, w której niecierpliwy gracz naciska spację, żeby przeskoczyć cutsceny i przejść do akcji (w związku z tym nie wie, z kim i o co walczy, ale mu to nie przeszkadza).

Opinię wprawdzie sformułowałem na podstawie pierwszych 5 odcinków – tyle „Netflix” udostępnił recenzentom – ale po obejrzeniu całości ją podtrzymuję. Bez znajomości opowiadań widz będzie się tu czuł zagubiony.

Najbardziej irytujące to jest w pierwszym odcinku, który w dość powszechnej opinii jest najsłabszy. Odpowiada z grubsza opowiadaniu „Mniejsze zło” (plus fragmenty z „Coś więcej”, które rozsmarowano na cały sezon).

Każdy wielbiciel prozy Sapkowskiego czuje dreszcz grozy na dźwięk tych dwóch słów: tridamskie ultimatum. W serialu wycięto wszystko na jego temat.

W jednym dialogu ktoś Geraltowi nawet wysuwa ultimatum i potem redundantnie dodaje „to jest ultimatum”. Wyglądało to trochę tak, jakby scenariusz skracano i skracano, aż został kikut – który tak naprawdę też trzeba było wyrzucić, bo i tak widzimy, że to jest ultimatum.

Skoro nie wiemy, jakie – to nie wiemy też, dlaczego Geralt dobywa miecza. I dlaczego właściwie wynikającą z tego rzeź uznał za tytułowe „mniejsze zło”.

Tego typu zabiegi pokazują po raz kolejny unikalność prozy Sapkowskiego. Wielkie rozpierdziuchy często dzieją się poza główną narracją – poznajemy je z drugiej ręki, w dialogach, we wspomnieniach.

Twórcy serialu chcieli chyba rywalizować z widowiskowością „Gry o Tron”, więc koniecznie musieli pokazać z detalami bitwę o Sodden albo rzeź Cintry. I od strony wizualnej chwilami nawet dają radę – powiedziałbym na przykład, że smok z „Granicy możliwości” jest lepiej zrobiony niż w „GoT”.

Tylko że w efekcie te bitwy przebiegają tak, jakby dowodzili nimi absolwenci Akademii Militarnej Westeros. Nic w nich nie ma sensu.

Czarodzieje potrafią teleportować siebie i innych gdy tylko mają taki kaprys, ale nagle zapominają o tych umiejętnościach podczas oblężenia. Obrońcy fortecy wychodzą na przedpole, by się dać zmasakrować przeważającym siłom nieprzyjaciela – niedobitki wracają, by popełnić w tej fortecy samobójstwo.

Nie raz, nie dwa, będziemy w tym filmie stukać się w czoło, że coś kompletnie nie ma sensu. I to nigdy nie będzie wina Sapkowskiego.

Te minusy nie powinny przesłaniać plusów. Zaklinam wszystkich, by przetrwali najsłabsze dwa odcinki – pierwszy i drugi. Od trzeciego robi się coraz lepiej.

Aktorzy grający Geralta, Yennefer i Jaskra początkowo mnie drażnili – bo po prostu inaczej sobie wyobrażałem te postacie. Ale to chyba raczej wina mojej wyobraźni?

Cavill gra Geralta jako postać, którą trudno polubić. To antypody poczciwiny Żebrowskiego. I chyba… taki powinien być wiedźmin?

Netfliksowa Yennefer ma taki typ urody, jakby do Aretuzy trafiła z dyskoteki „Ibiza” w Myciskach Niżnych. Początkowo mnie to raziło, ale przecież pasuje do prozy Sapkowskiego.

Jak ująłby to niestrudzony komcionauta Awal, Yennefer to social climberka. Nie pochodzi z arystokracji magicznej. Że ja fantazjuję o inaczej wyglądających czarodziejkach, to już tylko moje oxenfurckie zboczenie.

Serialowy Jaskier to mitoman, egocentryk, erotoman, pijak i degenerat. Zaraz – przypomnijcie mi, co właściwie chciałem zakwestionować?

Z wszystkich znanych mi Jaskrów (a byłem nawet na musicalu w Teatrze Muzycznym w Gdyni!), ten ma najlepsze piosenki. „Toss a Coin to Your Witcher” od razu wpada w ucho.

Netfliksie, pomyśl o winylu z piosenkami z serialu. Picturedisc! Shut up and take my money.

Większość smaczków społeczno-politycznych wypadło, ale został najważniejszy: Nilfgaard jako metafora dwudziestowiecznych totalitaryzmów. Tutaj jakby celowo uwspółcześniony w duchu rozważań Snydera o tyranii.

Siedzimy sobie w tym Oxenfurcie, popijamy piwo kraftowe i komentujemy wieści z parlamentu. Że cesarz przepchnął w parlamencie kolejną ustawę. A opozycja się zachowuje jak armia upadającego imperium z serialu fantasy.

Krótko mówiąc, w skali pięciogwiazdkowej dawałbym „Wiedźminowi” solidną czwóreczkę. „Gra o Tron” to zresztą też przecież nie było nieustające 5/5. Ogólnie nie jest źle, raczej polecam.

Hołownia 2020

Podchodząc do sprawy cynicznie i taktycznie, lewica powinna wspierać kandydaturę Hołowni. Wszak w pierwszej turze będzie podbierać głosy kandydatom PO-PiSu.

Dudę pokonuje w kategorii „wymarzony zięć dla małomiasteczkowej gospodyni”. Kandydatów okołoplatformianych jako celebryta z TVN.

Obóz balcero-kremówkowy będzie w pierwszej turze podzielony jak nigdy dotąd. Dla zjednoczonej lewicy otwiera to okno możliwości na drugą turę – tym szersze, im więcej głosów Hołownia odbierze kandydatom tradycyjnym.

Ja jednak nie umiem być cyniczny i taktyczny, więc nie umiem wzbudzić w sobie nieszczerego entuzjazmu. Szczerego zresztą też nie.

Nie lubię celebrytów i celebrytozy. Nie umiem wyjaśnić tego uczucia – gdy już muszę wyjaśniać, czuję się raczej zdziwiony tym, że kogoś to dziwi. Że ktoś naprawdę tak sam z siebie zna i lubi „znanych i lubianych”.

Szczególnie żarliwie hejtuję „talent shows”. I znów, to dla mnie niepojęte, jak ktoś ich może NIE hejtować choćby po serialu „Black Mirror”.

Uważam, że propagują szkodliwy system wartości – kapitalistycznej pogoni za „sukcesem”. Ja propaguję raczej lenistwo, roszczeniowość i przesuwanie „work-life balance” w stronę „life”.

Tak jak inni celebryci, Szymon Hołownia prowadzi działalność charytatywną. I tak jak Dominika Kulczyk et consortes, prowadzi ją w dalekich, egzotycznych krainach, jakby w Polsce nie było żadnych problemów.

Nie rozumiem tego. Mam dużo szacunku dla aktywistów takich jak Ikonowicz czy Szumlewicz. Gdyby Hołownia wziął udział w blokadzie eksmisji albo wspomógł strajk w PLL LOT, miałby mój podpis.

Polskich celebrytów nigdy jednak nie interesują eksmitowane staruszki ani strajkujący nauczyciele. Ludzką biedę dostrzegają wyłącznie na innych kontynentach.

Nie umiem tego zrozumieć. A ściślej, nie umiem znaleźć innego wyjaśnienia niż to, że interesuje ich tylko taka pomoc, z jakiej da się zrobić show.

Ja tymczasem uważam, że pomagać należy dyskretnie. Najlepiej, żeby twoja lewica nie wiedziała co robi prawica. To cytat z takiej książki, ciekawe czy Hołownia ją czytał.

Tego nie da się dokładnie policzyć, ale wierzę, że ogólny bilans charytatywnej działalności celebrytów jest ujemny. Samym udziałem w machinie dopingującej ludzi do pogoni za sukcesem przynoszą więcej złego, niż mogą dać dobrego.

Najlepsze, co każdy z nas może zrobić dla Afryki, dla klimatu, dla ludzkości (itd.), to mniej zarabiać i mniej wydawać. Tymczasem sensem istnienia „talent shows” jest reklama – namawianie ludzi, żeby kupowali więcej telefonów, samochodów, ubrań itd.

W Afryce od połowy lat 90. trwa straszliwa wojna, która przyniosła już więcej ofiar od drugiej światówki. Toczy się o kontrolę nad „krwawymi surowcami”, które są esencją elektroniki konsumenckiej.

Kupując nowego smartfona, sponsorujesz tę wojnę. Kupując nowe ciuchy, wspierasz szwalnie w Bangladeszu. Jeśli ktoś się tym przejmuje, to przede wszystkim nie powinien być celebrytą w „talent show”.

Niespecjalnie więc szanuję celebrycką filantropię (nie tylko w wydaniu Hołowni). Nie zgadzam się też z nim światopoglądowo.

Polemizowałem z nim na blogu w 2011 (gdy zwalczał związki partnerskie) i w 2012 (gdy krytykował pisanie o życiu seksualnym księży). Dziś podobno akceptuje już związki partnerskie, choć nie jest to jasne.

Ktoś kiedyś w jakiejś książce powiedział: „niech mowa wasza będzie tak-tak/nie-nie, co ponadto, ode złego jest”. Ciekawe czy Hołownia ją czytał?

Jeśli tak, to się nie stosuje. Jego wypowiedzi są pełne niby-dowcipnych stylistycznych ozdobników („do kroćset!”, „do stu par beczek!”), ale nigdy nie wiadomo, co tak konkretnie proponuje.

„Przyjazny rozdział kościoła od państwa”? Przecież to już jest. Co konkretnie Hołownia chce zmienić? Do kroćset, nie wiadomo.

W sprawie liberalizacji aborcji: „nie mówmy o wecie i odrzuceniu weta (…) zwróciłbym ją Sejmowi do ponownego rozpatrzenia. Nie po to, żeby ją uwalić. Po to żeby zapytać, czy Sejm jest pewien tego, co robi”. Czyli nie zawetowałby, zamiast tego by po prostu zawetował, a w ogóle nie mówmy o tym.

Dobra, nie mówmy. Do stu par beczek – tak naprawdę nie ma o czym.

Zandberg 2020!

Jako lojalny lewicowy wyborca, nie planuję zaskakujących wyborów w majowych wyborach prezydenckich. W pierwszej turze zagłosuję na kandydata zjednoczonej lewicy, kimkolwiek będzie (może z wyjątkiem paru osób z eseldowskiej starej gwardii, ale to bardzo mało prawdopodobne, żeby akurat ich wystawiono).

W drugiej zaś zagłosuję na dowolnego przeciwnika Dudy, również kimkolwiek będzie. Znów: wyjątek zrobiłbym dla niektórych narodowców, ale to jeszcze mniej prawdopodobne, bo to przecież ten sam elektorat – jeśli do drugiej tury przejdzie Braun, to zamiast Dudy.

Z tymi zastrzeżeniami pozwolę sobie na wyrażenie osobistego marzenia. Też nie będzie zaskakujące: otóż chciałbym, żeby tym lewicowym kandydatem był Zandberg we własnej osobie.

Domyślam się, że on sam nie ma na to ochoty. Ja też bym nie miał. W istocie, nie miałbym jej nawet na bycie posłem. Jednak, jak mawiają raperzy, „gdy się powiedziało jou, trzeba powiedzieć madafaka”.

Znakomite kontrexpose Zandberga otworzyło nową epokę w dziejach polskiego parlamentaryzmu. Był jednocześnie stanowczy i merytoryczny, grzeczny i zdecydowany w ocenach. Takiego połączenia w Sejmie nie słyszałem od dawna.

Pochwały Zandberga i Lewicy Razem zacząłem słyszeć od ludzi, od których bym tego nigdy dotąd nie oczekiwał. Od tej części mojego towarzyskiego bąbelka, która dotąd popierała lewe skrzydło Platformy (czyli: jakieś ograniczone prawa dla LGBT niech sobie może i będą, ale Balcerowicz musi wrócić).

To daje promyczek nadziei na trwałą zmianę. Jest bowiem pewne twarde jądro elektoratu Platformy, dla którego to partia pierwszego wyboru. Ale szacuję jego liczebność na jakieś 10%.

Drugie, a może i trzecie tyle, to ludzie głosujący na Platformę jak Antypisa. Sam na tej zasadzie kiedyś na nią głosowałem – gdy lewica była w rękach kretynów, uważających kandydaturę dr Ogórkowej za dobry pomysł.

Elektorat antypisowski jest labilny. Poprze po prostu tego Antypisa, który w danym momencie będzie najsilniejszy. W dniu, w którym lewica w sondażach wyprzedzi Platformę, stanie się elektoratem lewicowym.

Dążenie do tego dnia powinno być dla nas strategicznym celem. Uwolnimy się wtedy od duopolu Popisu, a nasza scena polityczna zacznie przypominać scenę normalnego, zachodnioeuropejskiego kraju – z dużym blokiem lewicowym i dużym blokiem prawicowym.

Platforma ma teraz w sondażach dwadzieścia procent z hakiem – z malejącym hakiem. Lewica ma kilkanaście – z rosnącym „kilka”. Gdy platformiany „hak” spadnie do zera, a lewicowe „kilka” wzrośnie do dziewięciu, nastąpi heglowskie przejście ilości w jakość.

Publiczne wystąpienie Zandberga przynoszą wzrost popularności jego samego i jego ugrupowania. W kampanii prezydenckiej ma szansę co najmniej na mocne trzecie miejsce.

Biedroń mógł się wydawać lepszym kandydatem rok temu, ale za dużo się zmieniło. Twardy elektorat „antyklerykalnego liberalizmu” też szacuję na jakieś 10% – Palikot, Petru i Biedroń dochodzili do tego progu i na tym kończyli.

Kandydat celebrycki, uśmiechnięty, prawiący bezbarwne komunały i ubóstwiany przez gospodynie domowe z małych miejscowości, już się przecież w tych wyborach ma pojawić. Będzie to Szymon Hołownia, bohater kilku notek na moim blogasku.

Wyobrażacie sobie ewentualną debatę między Biedroniem a Hołownią? Stężenie celebrytozy przekroczyłoby masę krytyczną. Aż by się od tego zmaterializowała Gesslerowa z okrzykiem „kto to, k…, tak przesłodził?”.

Lewica powinna przestać przepraszać za swoją lewicowość. Czas skończyć z trwającą od 30 lat maskaradą, od wymyślania kamuflujących etykiet w stylu „Solidarność Pracy”, aż po „nie jesteśmy lewicowi tylko progresywni” niegdysiejszej partii Wiosna.

Część neoliberalnych publicystów dostanie oczywiście piany na usta. Już zrestą dostała i aż miło patrzeć na tę histerię. Im głośniej krzyczą, że „nie dadzą się zapędzić w kozi róg obciachu”, tym bardziej się robią obciachowi.

Liberałowie w nadchodzących wyborach będą mieli dość problemów sami ze sobą. Już się zaczęły przepychanki między zwolennikami Kidawy i Schetyny/Jaśkowiaka, a przecież jeszcze dojdzie im Hołownia.

Elektorat centroprawicowy, kościelno-otwarty i umiarkowanie-balcerowiczowski, rozdzieli się w wyborach prezydenckich między PSL, Platformę i Hołownię. W tej sytuacji przy odrobinie szczęścia do drugiej tury może przejść kandydat(ka) lewicy.

I to oni będą się wtedy męczyć nad wyborem mniejszego zła. Mogę ich skołczingować, mam 30 lat doświadczenia.

My dzieci sieci 2019

Najpierw krótki rys historyczny. W 2011 roku w USA podjęto próbę uregulowania działalności cyberkorpów w postaci ustaw antypirackich SOPA i PIPA.

Firmy zarabiające na wyświetlaniu reklam przy pirackich materiałach poczuły się zagrożone. 9 listopada 2011 w siedzibie jednej z nich (Google’a) spotkali się jej pracownicy razem z przedstawicielami sponsorowanymi przez Google’a organizacji zajmujących się tzw. „obroną wolności w internecie”.

Na tym spotkaniu obmyślono wspólną strategię protestu, w tym słynny „strajk Internetu”. Było to na tyle spektakularne, że zrobiło furorę w mediach.

W Polsce tymczasem doszło do zbiegu kilku okoliczności. Rząd Tuska wszedł w samobójczy konflikt ze środowiskami kibolskimi – którego nie mógł wygrać, bo jak mieliby szalikowców pokonać politycy, którzy sami fotografowali się w szalikach.

Trwała polska prezydencja w Unii Europejskiej, którą ekipa Tuska chciała wykorzystać do pokazywania światu swojej dyplomatycznej sprawności. Jednym z przykładów miała być sprawna ratyfikacja międzynarodowego paktu o ochronie własności intelektualnej ACTA.

Robili to pośpiesznie, a więc niechlujnie. Polski przekład traktatu odbiegał treścią od angielskiego. Konsultacje społeczne niedbale odfajkowano.

W tamtych czasach praktycznie wszystkie instytucje zajmujące się „obroną praw internautów”, były sponsorowane przez Google’a, Yahoo, Facebooka (itd) albo bezpośrednio, albo przez jakieś ogniwo (Google -> Mozilla -> Kolejny Beneficjent). Tym kolejnym beneficjentem były m.in. polskie organizacje zajmujące się Internetem, które rzecz jasna podczepiły się entuzjastycznie pod googlowską kampanię.

Dziś to zdumiewające, ale wtedy tylko nieliczni malkontenci tacy jak Jors Truli wyrażali publicznie nieufność wobec cyberkorpów. Krytyka Polityczna kochała Google’a, Facebooka i Twittera, publikując głupkowate teksty Paula Masona czy Jana Kapeli. Szydziłem z nich na blogu już w 2010.

Polscy „obrońcy internautów” podczepili się pod protesty kiboli. Rząd się wycofał, ACTA upadło. Kij mu w ucho.

Ubocznym skutkiem protestów przeciw ACTA była erupcja w 2012 afektowanej publicystyki, pełnej zachwytów nad rzekomą „wolnością w internecie”. Najgłupszym z najgłupszych był wówczas manifest „My, dzieci sieci”, opublikowany przez poetę Piotra Czerskiego 12 lutego 2012 m.in. w ówczesnej gazecie „Polska The Times” (z licznymi przedrukami).

Czerski wrzucił tam wszystkie ówczesne mity cyberoptymizmu. Pisał, jak to nasze pokolenie w internecie „jest u siebie”. Ma tam wolność, której nikt już nie może nam odebrać – itd.

Szydziłem z tego na blogu już wtedy, wynikały z tego dyskusje na setki komciów. Przepadły razem z migracją.

I oto niedawno poeta Czerski dostał bana na fejsie i z tej okazji opublikował kolejny manifest, który można by zatytułować „My, dzieci sieci 2019”. A jaki po tym banie się nagle zrobił mądry:

„Podobnie [do facebooka] monopolistyczną dla różnych wymiarów funkcjonowania informacyjnego społeczeństwa rolę odgrywają inne firmy, w szczególności Google z jego 94-procentowym zasięgiem na polskim rynku, przekładającym się na średnio 15 milionów osób każdego dnia. (Obie firmy nie płacą przy tym w Polsce podatków). Być może więc czas, żeby przy okazji Święta Niepodległości nieco mniej rozmawiać o znanej już historii, a więcej — o niejasnej przyszłości, w tym: o roli cyfrowych platform w naszym życiu społecznym i sposobie, w jaki ich działalność powinna być regulowana przez organizacyjną ramę społeczeństwa, czyli państwo. I może czas zauważyć, że Europa — głosem np. Ursuli van der Leyen — mówi o rosnącej potrzebie zapewnienia sobie cyfrowej suwerenności póki to jeszcze możliwe”

No cóż, lepiej późno niż wcale. Wystarczyła niespełna dekada, by optymiści z 2012 zrobili się pesymistami w 2019.

Przyznam, że brakuje mi tu „closure”. Żeby tak ci, którzy WTEDY pisali pierdolety o „wolności w internecie”, napisali DZISIAJ, że byli w mylnym błędzie…

Wtedy pisali „politycy, ręce precz od naszego ukochanego internetu!”, a dziś są, lajk, „Ursulo van der Leyen, na pomoc!”. Mogliby tę przemianę jakoś skomentować. Albo cuś. Ale mniejsza.

Ja w każdym razie mam dziś takie same zdanie na temat Google’a, Facebooka, Amazona (itd.), jakie miałem w 2010. Przypomnijmy:

Każda korporacja zrobi tyle zła, na ile państwo jej pozwoli i tyle dobra, ile państwo z niej wymusi. Dobra korporacja, to uregulowana korporacja.

En Lecture 177

Miesiąc temu z okazji premiery mojej książki spełniłem swoje wielkie marzenie – zagrałem jako winylowy didżej dla publiczności. Niektórzy z PT komcionautów zaszczycili mnie swoją obecnością, za co bardzo dziękuję.

Puszczałem głównie stare rzeczy, bo jestem starym człowiekiem, a poza tym chciałem nawiązać do pionierskich lat internetu. Średnią wieku na densflorze zresztą miałem raczej iksową niż milenialską.

Ubocznym skutkiem przygotowań było dorobienie się mikroobsesji na punkcie francuskiej piosenkarki Danièle Graule, występującej jako Dani. Zaczęło się od piosenki „La Machine” (1967), do której dorobiono proto-teledysk.

Na tle pozostałych „les ye-ye” (jak we Francji nazywano swojską odmianę rokendrola), Dani miała stosunkowo najbardziej drapieżny image. Wcielała się w „motocyklistkę”. Wiele jej piosenek nieźle znosi próbę czasu, „La Machine” można sobie wyobrazić w punkowym coverze.

Mam nadzieję, że moi PT komcionauci dzielą przynajmniej jedną z tych trzech moich pasji – paleoinformatyka, francuski pop, archeologia rokendrola. Wszystkie spotykają się w tym teledysku – Dani występuje na tle komputera, który wygląda mi na IBM System 360 (skopiowany w naszym obozie jako RIAD R1).

Podmiotka liryczna kupiła sobie maszynę, która wprawdzie niczego nie potrafi robić, ale gdy się do niej wrzuci 20 centymów, odpowiada „bardzo dziękuję”. Maszyna ma mrugające lampki i przyciski, które doprowadzają podmiotkę do szału, ale mimo to już nie umie się rozstać z tą maszyną. Przy odrobinie dobrej woli możemy to uznać za proroctwo smartfonów.

„Les ye ye” snobowali się na angloamerykańskość, miewali angielskie pseudonimy, nadużywali anglicyzmów, ale to było zjawisko francuskie jak żaba w berecie. Teksty pisali im francuscy poeci, były więc na wyższym poziomie literackim od ówczesnego anglojęzycznego rocka, z tym całym „gdy cię dotykam czuję się szczęśliwy w środku”.

Stety lub niestety, ci poeci wnosili do tego zjawiska cały bagaż swojego porypania. Wśród nich – król poezji i cesarz porypania, Serge Gainsbourg, któremu nie raz na blogasku składałem swe hołdy.

Dani nie była prominentną przedstawicielką „ye-ye”. Nie występuje w haśle w angielskiej wiki, autorzy skupili się na bardziej znanych wykonawczyniach.

Trochę lepiej jej szła kariera aktorki, ale tu też szczytowym osiągnięciem była drugoplanowa rola w „Nocy amerykańskiej” Truffaut (1973). Wtedy jeszcze mogło się wydawać, że jest na wznoszącej fali kariery.

W 1974 miała reprezentować Francję w konkursie Eurowizji. Niestety, Francja wycofała się z konkursu z powodu żałoby po śmierci prezydenta Pompidou. Konkurs wygrała wtedy piosenka o kobiecie wyznającej komuś miłość przez osobliwe porównanie siebie do Napoleona kapitulującego pod Waterloo (rze co?).

Śpiewające ją Szwedki z wyżyn swoich srebrzystych koturnów tak naprawdę ogłaszały porażkę rokendrola i ye-ye. Nastała era cekinów, głupkowatej wesołkowatości i rymu „fire/desire”.

Ambitne piosenki z poetyckimi tekstami wygnano z Eurowizji. W 1965 nagrodę mógła dostać „Poupée de cire, poupée de son” z tekstem Gainsbourga, a w 1963 Demarczyk mogła wygrać w Opolu. Po „Waterloo” to wszystko już zesłano na wyspę świętej Heleny.

W 1975 Gainsbourg napisał dla Dani piosenkę „Boomerang”. To szczytowe osiągnięcie „ye ye”.
Gainsbourg zrymował tytułowy bumerang m.in. z komiksowymi onomatopejami „boom” i „bang”, a także ze słowem „dingue” (szaleństwo, gorączka, maligna). To miłosny dialog ludzi, którzy za dużo przeżyli, zbyt często krzywdzili, zbyt często byli krzywdzeni, ale ich serca nadal biją.

Francuska telewizja była przerażona „Bumerangiem”. W czasach koturnów i cekinów po prostu nie ma miejsca na takie piosenki. Dani i Gainsbourg ostatecznie nigdy tego nie nagrali w duecie, powstały tylko demówki.

Ich kariery były już tymczasem na fali opadającej. Gainsbourg pogrążał się w ekscentryczności, a Dani walczyła problemami w życiu prywatnym. W 1976 nie proponowano jej już reprezentowania Francji w Eurowizji.

Jej kariera skończyła się, zanim się zaczęła. Z oczywistych powodów uwielbiam takie opowieści, stąd ta mikroobsesja – tak naprawdę raczej na punkcie „Bumerangu” niż „Maszyny”.

W 2001 piosenkę wreszcie poprawnie nagrano – i wykonano publicznie – z inicjatywy Etienne Daho, którym też się tu już kiedyś zachwycałem. Nie ma tego złego – w głosie pięćdziesięciosiedmioletniej Dani słychać te emocje, o których pisał Gainsbourg. Może ćwierć wieku wcześniej po prostu jeszcze nie była gotowa?

Zostawię państwa z tym arcydziełem.

Jak zostałem „lewakiem”

Pod jakimś moim tekstem komcionauta zadeklarował, że lubi moje teksty, ale chciałby się dowiedzieć dlaczego „jestem lewakiem”. Blogaski stworzono na takie manifesty, więc postaram się to zwięźle wyjaśnić.

Jak wielu nastolatków, w liceum przeżywałem fascynację Wolnością. Były lata 80., za oknami było szaro i ponuro, w moich marzeniach było kolorowo i swobodnie.

Moje ówczesne marzenia o Idealnym Społeczeństwie były mieszanką infantylnego „żeby było jak na Zachodzie” z równie infantylnym zainteresowaniem anarchizmem.

W liceum byłem więc najbliżej klasycznego „lewactwa”, w sensie „utopijnych doktryn lewicowych”. Czytałem na ten temat co się dało – w PRL było tego niewiele, a w dodatku wyłącznie w formie wyklinania i potępiania (jeśli pamiętasz taką broszurę, „Marks, Engels i Lenin o anarchizmie i syndykalizmie”, czas na kolonoskopię!).

Agnieszka Holland nakręciła wówczas film „Gorączka” na podstawie „Dziejów jednego pocisku” Andrzeja Struga (ze scenariuszem Krzysztofa Teodora Toeplitza). Bogusław Linda gra anarchistę, Adam Ferency socjalistę.

Obaj aktorzy stworzyli fascynujące kreacje, zapadające w pamięć widza – zwłaszcza nastoletniego. Rywalizowali w mojej głowie jak Naphta z Settembrinim.

Wygrał Ferency, bo w miarę Dalszych Lektur oraz ogólnego nabierania Mądrości Życiowej, zacząłem sobie uświadamiać, że Wolność to fajna sprawa, ale w praktyce jest nieosiągalna bez Społeczeństwa. Załamanie struktur społecznych na danym terytorium nie daje wolności.

Jako nastolatek wyznawałem naiwny egocentryzm. Wierzyłem, że każdy jest kowalem swojego losu i że jeśli ktoś jest biedny to jego wina, bo nie chciało mu się uczyć (a poza tym gdyby tyle nie pił… – etc). Ofkorsjalmą, byłem też Przekonany, że mnie osobiście czeka Bogactwo, bo tego Chcę.

Potrafię więc zrozumieć typowego gimbusa-korwinistę. Mogę sobie wyobrazić, czego on jeszcze nie wie o życiu, skoro w to wierzy. Zdumiewają mnie tylko dorośli, którzy powtarzają takie bredotki – durnie czy kłamcy?

Wraz z dorosłością przyszło dla zrozumienie, że w życiu niemal wszystko zależy od loterii bocianiej. Oczywiście, wszyscy znamy opowieści typu „od zera do milionera”, ale po pierwsze, dotyczą rzadkich, szczególnych przypadków – na tyle szczególnych, że aż książki się o tym pisze. Sam nawet ostatnio taką napisałem!

Po drugie zaś – przy takich historiach zazwyczaj widać działanie państwa, wspierającego mobilność społeczną. Bohater mojej książki był zbyt mądry, żeby powiedzieć coś w stylu „wszystko zawdzięczam tylko sobie”.

Teoretycznie mógłby. Przecież sam zarobił na swoje studia, pracował niemal wyłącznie dla sektora prywatnego, do końca życia był aktywny i nieustannie podnosił kompetencje.

Ale tylko idiota tak mówi. A to był mądry człowiek.

Gdy już więc zrozumiałem, jak dużo w życiu zależy od loterii bocianiej – oraz od działań państwa i społeczeństwa – doszedłem do wniosku, że centralnym najważniejszym pytaniem polityki jest: jak urządzić państwo i społeczeństwo tak, żeby dawały jednostce maksimum wolności? Żeby od loterii bocianiej zależało możliwie jak najmniej?

Najdoskonalej ten ideał zrealizowano w nordyckim państwie dobrobytu. Trochę gorzej funkcjonował w USA w latach 1945-1980. Jako tako działa w krajach tzw. starej Unii.

W innym czasie i miejscu nagłe uwolnienie od wpływu loterii bocianiej towarzyszyło pojedynczym, niepowtarzalnym wydarzeniom historycznym – wojny napoleońskie wygenerowały na przykład sporo fortun w Anglii i Francji, o czym pisali a to Balzac, a to Thackeray. Potem jednak się to znów betonowało (o czym też pisali ci sami autorzy).

Czytam dużo książek o historii różnych krajów. Wydaje mi się, że nigdzie indziej tych dwóch warunków (względnej wolności osobistej i redukcji znaczenia loterii bocianiej) nie zrealizowano jako powtarzalnego modelu na skalę masową.

Jeśli wy znacie kontrprzykłady, no to dawajcie. Rekomendacje lekturowe to coś, co zawsze witam z radością.

W Polsce takiego modelu nigdy nie udało się wprowadzić, ale dążyła do niego zawsze Polska Partia Socjalistyczna. Uświadomiłem sobie to jakieś 30 lat temu – pamiętam, że na pierwszym roku studiów jeszcze miałem jakieś ciągoty anarchistyczne, ale na czwartym już się zapisywałem do PPS.

Nie zmieniłem zdania. W 1989 uważałem, że Polska powinna prowadzić socjaldemokratyczną politykę społeczną – i tak samo uważam dziś. Zacząć można zawsze, szkoda dziś tylko tych 30 zmarnowanych lat.

I w takim sensie (oraz dlatego właśnie) jestem „lewakiem”.

Głos za przyszłością

Blogobywalcy pamiętają moją notkę sprzed 4 lat, w której opisywałem receptę dla Platformy na wygranie wyborów. Jest nadal aktualna, mogą z niej też skorzystać inne partie.

To propozycja wprowadzenia w Polsce rozwiązań analogicznych do tego, co Niemcy nazywają Mitbestimmung. Angielski skrót to BLER (Board-Level Employee Representation), posługuje się nim w swoich materiałach propagująca tę ideę fundacja Böcklera.

Polskie określenia, jak „współzarządzanie”, nie do końca oddają istotę zjawiska. Warto by wymyślić nowe słowo, ale nie jestem w tym dobry, a w dodatku lubię obcojęzyczne chwasty, więc na użytek tej notki niech zostanie BLER.

Przez te 4 lata więcej się na ten temat dowiedziałem. Pojechałem do Wolfsburga, by porozmawiać jak to działa w praktyce (rezultat ukazał się niedawno w Dużym Formacie). Przywiozłem sobie na pamiątkę kubeczek, o którym piszę w tym tekście.

Przyznacie, że wygląda jak rekwizyt z utopijnego serialu. Nad wyidealizowaną sylwetką fabryki Volkswagena dominuje napis: „Deine Stimme fur die Zukunft” („głosem na przyszłość” jest głos na kandydatów IG Metall).

Tekst pisało mi się zaskakująco ciężko, bo wielu ekspertów od Niemiec odpowiadało mi, że się na tym nie zna, nic nie wiedzą, nic nie mogą. Pomógł mi dopiero Dominik Owczarak z Instytutu Spraw Publicznych, od którego m.in. dostałem wspomniane materiały fundacji Böcklera (dziękuję!).

BLER polega na tym, że powyżej pewnego limitu (w Niemczech: od 500 pracowników wzwyż) część miejsc w radzie nadzorczej firmy wybiera załoga. W Niemczech to zazwyczaj połowa, choć w większości firm w razie remisu rozstrzygający głos ma przewodniczący.

Wszystkie kraje Unii muszą mieć jakąś formę pracowniczej reprezentacji. W Polsce dyrektywę wprowadzono jednak tylko na aby-aby. Rada nic nie może. Między innymi dlatego musieliśmy w firmie założyć związek.

Obecne polskie prawo jest nielogiczne. Radę Pracowników teoretycznie wybierają w powszechnych wyborach pracownicy, ma więc mandat demokratyczny do ich reprezentowania.

Wiele ustaw jednak wprost mówi, że pracowników reprezentuje związek. Nie ma związku – nie ma reprezentacji (np. nie można bez związku zrobić legalnego strajku).

Żeby to bardziej skomplikować, to ponieważ z kolei Rada nic nie może, w wyborach zwykle jest niewielka frekwencja. Znam pewną korporację, w której w wyborach do Rady pada mniej głosów, niż związek ma członków, więc oczywiście jest zdominowana przez związkowców.

Logiczne rozwiązanie byłoby takie, żeby wszystkie te ustawy, które czynią związki jedynym reprezentantem pracowników (jak np. ustawa o sporach zbiorowych) zmienić tak, żeby te uprawnienia przechodziły na Radę Pracowników i przedstawicieli pracowników w Radzie Nadzorczej. Wtedy związki zmuszane byłyby do regularnego potwierdzania mandatu w wyborach.

Na krótką metę to by oznaczało spadek znaczenia komisji zakładowych, a więc PiS tego nigdy nie zrobi, bo nie chce wkurzać „Solidarności”. Z mojego punktu widzenia, jako lokalnego Franka Sobotki, to byłoby OK.

Z tych uprawnień nie mam przecież żadnych osobistych korzyści. Z wielką przyjemnością bym się ich pozbył, gdyby efektem było wzmocnienie podmiotowości całej załogi.
BLER można by wprowadzić choćby od jutra. Nie trzeba czekać na mityczny moment „aż się wzbogacimy”.

W Europie Zachodniej wprowadzano to, gdy cała leżała w gruzach po drugiej wojnie światowej. Między innymi po to, żeby ludzie nie mieli uczucia, że odbudowują ją po to, żeby wyzyskiwacz sobie podpalał cygaro studolarówką.

BLER utrudnia scenariusze typu „zwolnijmy paręset ludzi i wypłaćmy sobie po milioniku premii za tę oszczędność”, bo byłoby to przedmiotem co najmniej burzliwej sesji Rady Nadzorczej. Mogłoby się to nawet skończyć odwołaniem takiego zarządu.

Ideę sformułowała 100 lat temu socjaldemokracja, ale w Niemczech wprowadził to Adenauer, w ramach obchodzenia SPD od lewej. W wielu krajach Europy Zachodniej socjaldemokratyczne ideały wprowadzała jakaś inna partia (wielokrotnie pisaliśmy tu o Finlandii).

W Polsce MOGŁABY to zrobić Platforma, wszak zaprzyjaźniona z CDU. Ale wszyscy wiemy, że nie zrobi.

Nie chcę być monotematyczny, ale… domyślacie się, do których posłów-elektów przepijam teraz owsianym flat white ze swojego czerwonego kubeczka. Fur die Zukunft!

Tragedii nie ma

Serial „Czarnobyl” ubogacił język potoczny cytatem „not great – not terrible”. Wybaczcie mi banał, ale to mi się wydaje najlepszym komentarzem powyborczym.

Szału nie ma, ale tragedii też nie. PiS wprawdzie wygrał, ale drugiego takiego zwycięstwa ta partia może już nie przetrwać.

W Sejmie ledwo-ledwo utrzymali kruchą większość, którą mogą stracić po najdrobniejszym rozłamiku. A przecież partia rządząca ze swojej natury zawsze ma ten problem, że część posłów musi oddelegować do władzy wykonawczej.

Poseł-minister czasem zwyczajnie nie może być w Sejmie, bo jest na szczycie w Brukseli. Dotąd sobie z tym radzili dzięki kontroli nad Senatem i Pałacem Namiestnikowskim. Tę pierwszą już stracili, tę drugą mogą stracić w przyszłym roku.

Senackie zwycięstwo opozycji ma wymiar raczej symboliczny niż praktyczny, ale to jednak oznacza, że PiS w tej kadencji będzie słabszy niż w poprzedniej. Nieznacznie, ale słabszy.

Tak się nie da zbudować autorytaryzmu. Ten wymaga triumfalnego marszu od zwycięstwa do zwycięstwa, za sprawą którego rozproszona i przerażona opozycja nie będzie stawiać oporu.

Niemcy w latach 30. wymyślili na to ironiczne słowo Selbstgleichschaltung. Za jego sprawą nawet ci, którzy nie głosowali na Hitlera (czyli, przypomnę, większość społeczeństwa), woleli to ukrywać, bo po co mieć kłopoty.

W poprzedniej kadencji PiS znalazł trochę Selbstgleichschalterów np. w środowisku sędziowskim, rozumujących na zasadzie „skoro i tak sprawa jest przesądzona, to skorzystam z okazji do awansu”. Okazało się to równie nierozsądne, jak wysyłanie nagich fotek żonie kolegi.

W tej kadencji w imieniu Instytutu Wróżenia z Fusów przepowiadam, że środowiska, które stawiały opór PiS-owi w poprzedniej kadencji – teraz będą go stawiać jeszcze silniej. Bo widzą, że nie ma się czego bać, a klasyczne pytanie „gdzie siebie widzisz za pięć lat” sugeruje trzymanie się od chwiejącego się reżimu na bezpieczny dystans, żeby jak to się w końcu zawali, nie wylądować pod gruzem.

Senat przy Okrągłym Stole został obmyślany jako instytucja, która nie może przejąć władzy (tę komuniści chcieli utrzymać do 1993), ale może zapobiegać łamaniu praw obywatelskich. Do dzisiaj więc decyzuje o obsadzie instytucji kontrolno-hamulcowych takich, jak RPO, NIK, UODO, IPN i UKE (a kto ma UKE, ten ma przychylność prezesa Solorza).

To utrudni PiSowi zapowiadane na tę kadencję przykręcanie śruby różnym środowiskom (w tym: mojemu). Załóżmy bowiem, że Sejm wymyśli sposób na zabronienie wykonywania komuś zawodu dziennikarza – to go przecież zatrudni Biuro Prasowe Senatu.

Jeśli więc nawet PiS kogoś wyrzuci z pracy za poglądy, to przybywa miejsc, w których będzie można przeczekać, by wrócić po zmianie władzy. Z mołojecką sławą w bonusie.

W trzecią kadencję PiS już nie wierzę, bo sam się wpakował w pułapkę: został ze swoimi hojnymi obietnicami, a nadchodzi gospodarcze spowolnienie. Jeśli Morawiecki z tego wybrnie, uznam go za geniusza.

Na mój relatywnie dobry humor wpływa też zapewne to, że po raz pierwszy od niepamiętnych czasów głosowałem na „większe dobro” z nadzieją, że mój głos rzeczywiście kogoś wprowadzi do Sejmu. I wprowadził! O rety!

Lewicę też czeka teraz ciężkie zadanie, ale przynajmniej nie wydaje mi się to niemożliwe. Pierwszym krokiem jest pozyskanie tych panów Jourdainów, którzy ze zdziwieniem odkryli, że im Latarnik Wyborczy pokazuje lewicę – że powinni opuścić pokład tonącego statku MS „Liberalizm” i zaakceptować swojego wewnętrznego lewaka.

W moim środowisku to się już dzieje. Cztery lata temu moi znajomi zupełnie serio mówili „Zandberg to komunista” i straszyli „dokwaterowywaniem lokatorów”.

Ryszard Holzer, którego pamiętam z „Gazety Wyborczej”, ogłosił tuż przed ciszą wyborczą, że Zandberg ma komunistyczne powiązania, które ukrył poprzez… edytowanie historii (!) swojego hasła w Wikipedii. Cóż, neoliberalizm na starość bardziej niszczy szare komórki od alkoholu.

Wieczór wyborczy spędziłem w swojej redakcji. O Zandbergu mówiono już zdecydowanie z sympatią, jako obiecującym nowym liderze. Że takie herezje mówią młodzi dziennikarze, to już przywykłem, ale że Aleksander Smolar? Że Michał Boni?

To ma jeden negatywny skutek uboczny. Jak ktoś z Razem jeszcze teraz mi powie coś o blokadzie medialnej, osobiście go palnę gumowym kurczakiem.

Kiedyś, owszem, była taka niechęć, zwłaszcza wśród redaktorów starszych nawet ode mnie. Ale im już przechodzi, obserwuję to z bliska.

Drogie razemitki, razemici i razemy niebinarne: skończyła się epoka łatwych usprawiedliwień. Już możecie, a więc także musicie.