Bóg którego nie było

A więc, na początek: będzie kontynuacja pod nową domeną (z przeniesieniem archiwum). Ponieważ to wszystko wymaga więcej niż jednego kliknięcia, będę to robić w swoim tempie.

Stąd jeszcze jedna notka tutaj. Planowałem ją pierwotnie jako pierwszą na tamtym.

Temat tego, jak Internet z nadziei na wyzwolenie zmienił się w symbol korporacyjno-państwowej opresji, świetnie pasuje akurat do zamykania bloga. Przecież nawet i tak pod poprzednią notką wyszedł nam o tym offtopiczny (?) spór..

Toczyłem wiele bojów z formacją intelektualną, którą nazywałem „cyberoptymistami” lub „otwartystami”. Radek Czajka, który kiedyś pracował dla Lipszyca, nazwał mnie „zamkniętystą” – proszę bardzo, może być.

Ich tezy wielokrotnie przedstawiałem tu szyderczo (w innych publikacjach bardziej serio, ale też krytycznie). Że Internet przyniesie wolność, bo dziennikarze obywatelscy będą prowadzić śledztwa blogerskie; że wszyscy będziemy twórcami; że w gospodarce dzielenia im więcej oddajesz, tym więcej masz; że sieć wyeliminuje „strażników wejścia” („gatekeeperów”) itd.

Słyszeliśmy to wielokrotnie od Tarkowskiego cytującego Lipszyca, od Moglena cytującego Stallmana, od Doctorowa cytującego Stephensona, od Jenkinsa cytującego Lessiga, od Shirky’ego cytującego „Deklarację niepodległości cyberprzestrzeni”.

Przez pewien czas to był model standardowy opisywania Internetu – także w naukach humanistycznych, jak „socjologia internetu”, której pionierami w Polsce byli Tarkowski i Hofmokl (również często cytujący się wzajemnie).

Jesteśmy dziś w paradoksalnej sytuacji, w której z jednej strony, ten standardowy model przeżył spektakularną kompromitację. Gdzieś między Snowdenem a Cambridge Analytica jego wyznawcy musieli go rozbić o cyberkant e-bioder 2.0.

Z drugiej jednak nigdy tego standardu oficjalnie nie odwołano – a przynajmniej ja to przegapiłem. Tytuł notki zaczerpnąłem z książki tekstów zachodnich intelektualistów, którzy w 1949 ogłosili swoje rozczarowanie Stalinem.

Zdaje się, że Lessig, Moglen, Jenkins (itd.) nigdy tego wprost nie odwołali, podobnie jak ich polscy wyznawcy. „My, dzieci sieci” ciągle czeka na sequel „Byliśmy głupi”.

W tej sytuacji wygląda na to, że nową socjologię (antropologię, itd.) Internetu po prostu jakaś nowa fala badaczy będzie musiało napisać od nowa. Ciekawie mi się więc czytało „Między wolnością a nadzorem” Marty Juzy (parę razy nawet jestem cytowany, brawo ja!).

Jeśli poprawnie streszczam podejście autorki, przedstawia współczesny Internet jako grę pozorów, w której panuje ścisły nadzór i kontrola rozmaitych gatekeeperów (rządowych i komercyjnych). A jednocześnie – większośc uczestników werbalnie deklaruje, że tego nadzoru nie ma (choć widzą jego działanie i dostosowują się do niego).

Lewacy oldskulowi powiedzą: sytuacja jak z Foucault. I rzeczywiście, Juza proponuje wylansowane przez niego określenie „rządomyślność” („gouvernmentalité”) dla opisania stanu ducha internauty w roku 2019.

Nie chodzi oczywiście o banalne dostosowywanie się do tego, kto nami rządzi w sensie dychotomii PiS-Antypis. Chodzi o… dostosowywanie się. Do tych reguł, których (bardzo w to chcemy wierzyć) nie ma, a jednak przecież są.

O tyle mi się to wydaje zabawnym, że mamy już przykład partii stworzonej według recept cyberutopistów. Współrządzą we Włoszech w koalicji z faszystami.

Szoker, prawda? Przecież te wszystkie Partie Piratów miały być takie mniamuśne i wolnościowe!

Wierzyliśmy w to mimo bazylionów dowodów, że jest inaczej. Że środowisko IT jest pełne rasizmu, seksizmu i klasizmu, widzieliśmy to na każdym kroku.

Wmawialiśmy sobie, że oni się tylko tak wygłupiają. Jeszcze w 2012 miałem na blogasku flejmy z obrońcami naziolków z reddita!

Jest już rok 2019 i czas to sobie powiedzieć wprost: internetowe społeczności nie przyniosą wyzwolenia. Są niczym ORMO, uzupełniające korporacyjne ZOMO.

Pozostaje nam tylko jedna skuteczna droga, jaką ludzkość zna ze swojej historii: państwowe regulacje, broniące jednostkę przed korpoprzemocą. Tak, zgoda, państwo jest niedoskonałe, wszyscy tu mamy jakąś anegdotę z serii „urzędnik był dla mnie niemiły”.

Ale historia pokazuje, że ta metoda od czasu do czasu działa. Utopia „oddolnej aktywności” zawodzi zawsze i wszędzie, od setek lat.

Zawiodła i teraz. Zero koma zero na moim oldskulowo socjaldemokratycznym zdziwieniometrze.

Czterysta kwadrylionów

Suponuję, że blogonauci mogą z zaciekawieniem przeczytać książkę Dermota Turinga (bratanka Alana) „XYZ. Prawdziwa historia złamania szyfru Enigmy”. Niedawno zwywiadowałem jej autora.

Czytałem już przedtem książki o Turingu i Bletchley Park. Polski wkład w Enigmę zazwyczaj sprowadzał się tam do jednego akapitu lub przypisu – z którego wynikało z grubsza, że Polacy mieli sukcesy do 1938, ale potem Niemcy skomplikowali swoje urządzenie, polskie metody stały się bezużyteczne, nadeszła era maszynerii zaprojektowanej przez Turinga.

Jego bratanek przedstawia to inaczej. To bodajże pierwsza książka napisana przez nie-Polaka, która polski wkład stawia na pierwszym miejscu.

Argumentacja sir Dermota wygląda z grubsza następująco. Podstawą działania Enigmy były elektryczne wirniki, które obracały się po zakodowaniu każdej litery.

W rezultacie szyfr nie jest podatny na atak statystyczny, znany z opowiadania Edgara Allana Poe „Złoty Żuk”, że zakładamy, że najczęściej występującą literą w danym języku jest „e”, a potem szukamy ciągów typu „der”/„die”/„das” (albo, jak u Poego, „the”). Dostajemy ciąg liter, który pozornie jest całkowicie losowy.

Między wirnikami a klawiaturą (która jest jednocześnie interfejsem wejścia i wyjścia) mamy łącznicę. Ona decyduje, którym kablem popłynie prąd, a więc że na przykład po naciśnięciu „A” dostaniemy zaszyfrowany odpowiednik „B”.

W maszynie rozpracowanej przez Polaków wirniki miały 17576 ustawień, nieustannie się zmieniających, ale w sposób deterministyczny. Jeśli Alice i Bob zgodnie ustawili swoje maszyny w położeniu, na przykład, ABC, mogli się bez trudu dogadać, podczas gdy podsłuchująca ich Eve musiałaby bruteforcowo przeanalizować 17576 kombinacji.

To jest do zrobienia, nawet bez komputera. Dodatkowym utrudnieniem jednak jest łącznica – jej okablowanie było stałe, ale stanowiło tajemnicę. Była to niby prosta permutacja, sama z siebie podatna na atak statystyczny, ale jednak w grę wchodziło 26! = 4.03e26 możliwości. Czterysta pieprzonych kwadrylionów.

Marian Rejewski właściwą kombinację po prostu odgadł w 1932. Podobno jego inspiracją było to, że próbował sobie wymyślić Typowego Niemieckiego Inżyniera, jak układa te kable tak, żeby wyglądały ładnie i metodycznie, bez żadnego Kabelsalat… i trafił.

Dopiero dzięki temu odkryciu możliwe były bruteforcowe ataki. Niemcy trochę ułatwiali zadanie, bo niemiecka Alice (Frau Adelaide) z życzliwości dla Boba (Herr Ruprechta) często zaczynała depeszę od powtórzenia kodu. Żeby Ruprecht wiedział, że gdy ustawił Enigmę na ABC i dostał ABC jako pierwsze literki, to wszystko doszło jak trzeba. Polska panna Ewa oczywiście zacierała ręce.

Później Niemcy dodali dwa kolejne wirniki, więc bruteforcowe przełamywanie zrobiło się prawie niemożliwe bez maszynerii z Bletchley Park. „Prawie” – bo Frau Adelaide nadal posługiwała się szyframi typu „ABC” lub „QWE”, Polacy przebywający w tym czasie we Francji nadal byli w stanie przechwytywać część niemieckich depesz, posługując się po prostu ołówkiem i papierem.

Nie wiadomo, ile czasu Alanowi Turingowi zajęłoby szukanie właściwej opcji z tych czterystu kwadrylionów. Może dzień, może rok, może wieczność.

Ale – argumentuje sir Dermot – gdyby zajęło chociaż miesiąc, Bletchley Park nie byłoby gotowe na Bitwę o Anglię. A więc… mamy dystopijną alternatywną linię historii, w której Niemcy zmuszają Anglię do kapitulacji, przejmują Afrykę Północną z kanałem sueskim, przejmują kontrolę nad Atlantykiem, mają bliskowschodnią ropę…

O polskim wkładzie w przełamanie Enigmy zaczęło być głośno w latach 70., kiedy chodziłem do podstawówki. Matematyka była moim ulubionym przedmiotem w szkole. Była tak cholernie łatwa!

Załączam skrina z serialu w reżyserii niestety Romana Wionczka. Jako dziecko się nim jarałem (skąd miałem wiedzieć, że Wionczek się skompromituje kolaboracją w stanie wojennym).

Polecam książkę Sir Dermota także dlatego, że spojrzenie na to z brytyjskiego punktu widzenia jest ciekawe dla polskiego czytelnika. Turing opisuje źródła wzajemnej nieufności w relacjach sojuszniczych w trójkącie Anglia/Francja/Polska przed 1939.

Dla nas to oczywiste, że nim nie ufaliśmy. Przecież nas zdradzili w Jałcie! Ale jak oni śmieli nie ufać nam, „frist to fithg”? Jednak z brytyjskiego punktu widzenia w 1938 to rzeczywiście mogło wyglądać tak, że nie było jeszcze wiadomo, czy Polska nie wyląduje w sojuszu z Hitlerem. W końcu także dzisiaj są tacy meszuge, co uważaliby to za dobry pomysł…

Now that it s all over

Tego typu plotki zazwyczaj się potwierdzają. Plotka, którą po raz pierwszy usłyszałem w styczniu na tzw. „mieście”, jest już oficjalnym komunikatem – Agora zamyka bloxa. To najprawdopodobniej ostatnia z ok. 1350 notek na tym blogu, pisanym od sierpnia 2006.

Prawdę mówiąc, sam nie wiem, co z tym zrobić. Zrobiłem mikrogłosowanie dla znajomych na fejsie: kontynuować bloga gdzie indziej czy ograniczyć się do fejsa. Niewielką większością wygrał blog, ale przez pewien czas fejs prowadził.

Teraz zapraszam do dyskusji PT komcionautki i komcionautów. Wciąż rozważam opcję zerową: nie robić absolutnie nic.

Formuła bloga trochę się przecież przeżyła. Prawdę mówiąc, wzruszacie mnie tym, że nadal tu zaglądacie – tylko dzięki temu dobrnęliśmy do tego gorzkiego końca (snułem takie leniwe plany, że jeśli liczba komentarzy systematycznie spadnie poniżej 10, po cichutku wyciągnę wtyczkę i prawie nikt tego nie zauważy).

Agora namawia do migracji na WordPressa. Obawiam się jednak, że za chwilę oznaczałoby to podobny dylemat – nie wiem, jak długo sam WordPress będzie utrzymywać darmowy hosting.

Własny hosting? Myśl o dopłacaniu do tego interesu budzi we mnie niechęć.

To zapewne irracjonalne, bo mówimy prawdopodobnie o kwotach rzędu „stówka rocznie”. Więcej wydaję na przeróżne głupoty. Nadal, jest dla mnie jakaś bariera między „nie zarabiam na tym” a „dopłacam do tego”.

Jest oczywiście teoretyczny zarobek promocyjny. Moja niewiara w możliwość „zarabiania na blogowaniu” została wielokrotnie negatywnie zweryfikowana przez sukcesy różnych koleżanek i kolegów, w przypadku Macieja Samcika można nawet powiedzieć, że awansował z dziennikarza „GW” na blogera finansowego.

Tak się jednak złożyło, że nie zaistniałem jako – z braku innego określenia – influencer monetyzowalny. Nie piszę o bankach, nie recenzuję kosmetyków, nie robię porad „jak sprzątać mieszkanie” (już nie mówiąc o braku instagramowych zdjęć z serii „ja na prywatnej wyspie Pablo Escobara”).

Co więcej, strasznie nie mam ochoty na cokolwiek z powyższych. Jeśli w ogóle miałbym zarabiać na blogu jakkolwiek, to reklamą displayową. A to są takie fistaszki, że nie zwrócą nawet tej stówki rocznie.

Blog jest teoretycznie fajnym miejscem do ogłoszenia, że wyszła moja nowa książka. Ale praktycznie, szacuję ten efekt promocyjny na maks. kilka procent ogólnej sprzedaży.

Większość czytelników moich książek to ludzie, którzy w ogóle nie używają mediów społecznościowych. Do większości i tak muszę więc docierać innymi kanałami, reklamy na blogu po prostu nie zauważą.

Odsuwając argumentację cyniczno-materialistyczną, muszę przyznać, że polubiłem interakcje z Wami, drodzy komcionauci. Będzie mi brakowało takiego miejsca w sieci.

Chcąc sobie zostawić jedno, najfajniejsze wspomnienie z dziejów blogaska, wspomnę dyskusję z roku 2015. Pod notką, będącą w gruncie rzeczy agitką do głosowania na Razem, wyłoniła się dyskusja, w której dygresją do dygresji doszliśmy do pytania o polski biegun niedostępności – czyli miejsce najbardziej odległe od wszelkich dróg. Jak w piosence z pierwszego sezonu „Detektywa”, „Far From Any Road”.

Jak je wyznaczyć? Komcionauci Kuba Wu i Charliebravo przerzucali się pomysłami typu „obrobić mapę polski Photoshopem i odpalić algorytm Euclidean Distance Map. Komcionauta Inz. Mruwnica zauważył, że to bez sensu, bo wyjdzie nam geometryczny środek jeziora Śniardwy.

Spór rozstrzygnął komcionauta Awal, typując niezamieszkałą, ale widniejącą w gusowskim rejestrze TERYT wieś Sianki, dawniej Sanniki, w pobliżu granicy ukraińskiej w Bieszczadach. Jak ja uwielbiam takie dygresyjne rozmowy!

Nie brak w sieci miejsc, w których można spytać o biegun niedostępności (choćby fejsowa grupa „jak będzie na mapie”). Ale żeby dziś było to, a jutro bozon Higgsa, punk rock albo motoryzacja?

Sam muszę was spytać – czy znacie inne takie miejsce, w którym to się zdarza. I w dodatku wychodzi spontanicznie, bez tych rozpaczliwych „a wy jak myślicie”, którymi administratorzy fanpejdżów o popkulturze usiłują rozruszać publiczność, niczym wodzirej na weselu.

Na koniec blogowania zresztą sam spytam: a wy jak myślicie (tylko proszę się nie rozpędzać przed wydawaniem za mnie mojej stówy). Machnąć ręką i przenieść się na jakieś inne fajne miejsce – czy jednak usiłować odtworzyć podobną kulturę dyskusji na darmowym wordpressie?

PS. Nie ma czego żałować – na pożegnanie odkryłem, że nie da się zrobić „it’s” w tytule notki…

Silvergate

Afera taśmowa rozwija się fajnie. Reżim nie nadąża z produkowaniem kolejnych usprawiedliwień – najpierw „nie było faktur”, potem „nie było umowy”, teraz „nie ma dowodów”.

Na każdym etapie odsłania się kolejna porcja brudów pod dywanem. Okazuje się, że najbliższymi współpracownikami Kaczyńskiego są TW „Ryszard” i jakiś przedziwny „ksiądz zaginiony”.

Na tym się raczej nie skończy, bo PiS znalazł się w sytuacji, w której nawet genialny strateg nie znajdzie dobrego wyjścia. Kto ma dla niego jakiś dobry pomysł, niech zdradzi w komciu.

Wyobraźmy sobie wariant najprostszy, metodę na „nie mamy pańskiego płaszcza”. Czyli: PiS wszystkiemu zaprzecza, kontrolowana przez ministra Ziobrę prokuratura nawet nie wzywa Kaczyńskiego na przesłuchanie, sprawa zostaje umorzona.

W takim razie proces przenosi się do Austrii/Strasburga. Nasz austriacki biznesmen ma teraz argumenty na uzasadnienie tezy, że Polsce nie może liczyć na uczciwy proces.

Nie wiem, czy tak będzie, ale wiem, czego na pewno nie będzie. Bardzo proszę, wyśmiewajcie moje słowa w przyszłości, jeśli się pomylę.

Nie będzie czegoś takiego, jak pisowska wygrana w austriackim sądzie (albo po prostu unijnym). Łagodnie mówiąc, na meczach wyjazdowych PiS radzi sobie raczej tak sobie.

Dlaczego? Moi szanowni prawicowi lurkerzy zapewne interpretują to tak, że świat się uwziął na PiS, w jednej wielkiej konspiracji izraelsko-irańsko-amerykańsko-norwesko-brukselskiej.

Ja interpretuję to tak, że Kaczyński nie rozumie świata. Jest nieuleczalnie prowincjonalny, jak ci wszyscy naiwniacy wierzący w „strefy szariatu w Szwecji”.

Niezależnie od interpretacji, zgodzimy się chyba co do jednego. W interesie PiS leży to, żeby ta sprawa nie wyszła poza Polskę.

Co za tym idzie: polska prokuratura musi działać bezstronnie, albo przynajmniej przekonująco to udawać. To w tej sytuacji oznacza teraz przesłuchanie Kaczyńskiego.

I nawet załóżmy, że nie uda się udowodnić koperty z gotówką dla księdza. Sam nie mogę w nią uwierzyć – ksiądz domagający się „marności” w łapówce? Tego nie było od czasu Borgiów!

Prezes wszystkich prezesów i tak będzie więc teraz odpowiedzieć na niewygodne dla niego pytania. Na przykład: w jakiej roli występował w tych negocjacjach.

Jako szeregowy poseł? Jako szef partii? Jako przedstawiciel fundacji? Jako biznesmen?

Każda z tych odpowiedzi prowadzi do jakiejś nieprawidłowości. A jednocześnie grozić mu będzie odpowiedzialność za fałszywe zeznania. Jasne, w tej kadencji nie ma się czego obawiać… ale ta się właśnie kończy.

Przypominam, że posłowi zawodowemu nie wolno prowadzić działalności gospodarczej. Żadnemu zaś posłowi nie wolno prowadzić działalności gospodarczej z udziałem skarbu państwa (dajmy na to, na preferencyjny kredyt od państwowego banku).

Jak Kaczyński się w to wpakował? Swoje wieżowce planował na początku kadencji. Liczył wtedy na karierę drugiego Orbana.

Wspomnijmy tamte czasy. Let’s party like it’s 2016!

Komisja Amber Gold miała zniszczyć Tuska. Komisja Jakiego miała zatopić Gronkiewicz.
Macierewicz miał wzmocnić armię zakupem misiokopterów (lepszych i tańszych od caracali!) i wykryć tupol na trotylewie i zwrowadzić sprak. Deforma oświaty miała przejść bezproblemowo, opozycyjne media miały być zrepolonizowane, a Unia miała mieć za dużo problemów, żeby blokować przechwycenie sądownictwa.

W efekcie PiS miał przechwycić samorządy, a potem zyskać w Sejmie większość konstytucyjną. To się nie wydarzyło i nie wydarzy: w samorządach stracili wszystkie miejskie miasta, a w Sejmie mogą liczyć najwyżej znów na kruchą większość, być może w kłopotliwej koalicji z Kukizem/Korwinem.

W 2020 mogą też stracić prezydencki długoPiS. Ergo: drugim Orbanem Kaczyński już nie zostanie. Znowu zawiedli go prawie wszyscy współpracownicy.

Tymczasem tylko w kapitalizmie Orbana czy Putina nikt nie zadaje kłopotliwych pytań o dziwne interesy, które wódz robi z udziałem swojego kuzyna, państwowego banku, kucharza czy trenera judo. Bo nie ma opozycyjnych mediów ani niezależnych sędziów.

Swoich wieżowców Kaczyński nie mógł budować normalnie, wolnorynkowo, z komercyjnym kredytem. Wtedy musiałby np. swój deweloperski biznes wpisać do oświadczenia majątkowego…

Grill dopiero się rozpala, ale danie zapowiada się smakowicie.

Fyre!

Drogie komentatorki, drodzy komentatorzy, ogłaszam film „Fyre: The Greatest Party That Never Happened” kanoniczną pozycją. Każdy, kto z jakiegokolwiek powodu zagląda na tego bloga będzie się dobrze bawił przy oglądaniu.

Film opowiada o próbie zorganizowania „luksusowego festiwalu muzycznego” w 2017 przez Billy’ego McFarlanda, którego dziś (w świetle wyroków) można nazwać oszustem, wtedy zaś za to groził proces. McFarland był wtedy przedsiębiorcą, człowiekiem sukcesu, wygłaszaczem motywacyjnych spiczów.

Hejtowałbym go już tylko za to. Nawet gdyby festiwal Fyre okazał się sukcesem (w istocie wtedy hejtowałbym go jeszcze bardziej).

Ogólnie nienawidzę opowieści, że sukces jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy ciężko pracować i nie jeść tostów z avocado. Zdradzę wam sekret sukcesu: trzeba mieć dzianych rodziców

A już szczególnie nienawistną nienawiścią darzę instagramowych influencerów, wrzucających zdjęcia, jak zjeżdżają na nartach z lodowca albo jak są z partnerem na Malediwach #mega!. Kto się tak pokazuje tego ja nie szanuję (joła).

Uważam, że to nie jest nawet po prostu głupie, jak żółte karteczki Pawlikowskiej. To jest społecznie szkodliwe.

99% populacji nie może dołączyć do górnego 1% populacji. Niby tautologia, ale młodym ludziom wmawia się, że oni też mogą trafić do tego 1%, między Lewandowską a Chodakowską, wystarczy wyjść ze strefy komfortu.

Póki McFarland nie trafił za kratki, snuł podobną opowieść. Oto dwudziestoparolatek, który bez dyplomu trafia do Nowego Jorku i udaje mu się założyć jednorożcowego startupa. Zobaczcie, to ja w moim maserati #mega!

Jednorożec McFarlanda monetyzował te marzenia, była to bowiem firma Magnises, oferująca millenialsom elitarną kartę kredytową, która była z prawdziwego metalu, więc jej premiumowość czuło się na dotyk i nawet na dźwięk (brzdęk!).

Do promocji McFarland zatrudnił przygłupiastego hiphopera i odkrył, że proces wynajmowania gwiazd jest upierdliwy. Wymyślił startupa, mającego być „uberem wynajmowania gwiazd”.

Idea była prosta. Jesteś fxui bogaty i stać cię, żeby Ja Rule zarapował ci hepi bersdej? Kliknij na Ja Rule, przesuń palcem żeby zapłacić.

Taka aplikacja mogłaby mieć sens. Niestety McFarland wymyślił, że w celach promocji zorganizuje luksusowy festiwal muzyczny, na prywatnej wyspie na Bahamach, pełen okazji do zrobienia sobie selfika z hasztagiem #mega!

Goście zapłacili fortunę. Po przybyciu okazało się, że nie ma festiwalu i nie ma samolotów mogących ich zabrać z powrotem. Spędzili piekło w przeciekających namiotach, gdzie mokły ich kosztowne ciuchy i cyfrowe gadżety, nie było jedzenia, nie było prądu, nie było k… niczego.

Nikt ich nie żałował – gdy krzywda spotyka palanta w ciuchach za 3k, Bóg głaszcze kotka. Szkoda ludzi z klasy średniej, których McFarland zrujnował swoimi mrzonkami – tych restauratorów, którym nie zapłacił albo ludzi pracujących w dobrej wierze nad aplikacją Fyre.

Z filmu wyłania się obraz McFarlanda jako toksycznego szefa, który wszelką krytykej sprowadzał do prostej alternatywy, zaczerpniętą z motiwejszyningowo kołczingowych pierdoletingów: „czy szukasz problemów czy szukasz rozwiązań? Jeśli nie szukasz rozwiązań, won z mojej firmy”.

W efekcie ego ludzie faktycznie szukali rozwiązań, zamiast powiedzieć szefowi: „tego się nie da zrobić”. Paradoksalnie prowadzili tym siebie do bezrobocia, a McFarlanda za kratki.

Nie płynie z tego prosta lekcja życiowa. Sam należę do ludzi, którzy zbyt szybko mówią, że coś jest nie do zrobienia. Po latach współpracy ze sobą nauczyłem się, że rzadko bo rzadko, ale pesymiści też się czasem mylą (#nano!).

Mimo to twierdzę, że aspirowanie do górnego 1% nie ma sensu. Przeciętny Człowieku, nie będziesz miał Ferrari. Nie będziesz latać własnym samolotem na prywatną wyspę. Chyba, że to odziedziczyłeś to po przodkach (ale wtedy zamiast komciać na blogaskach, noblesa se obliż).

Co ma sens – to dążenie do poziomu akceptowalnej porażki. Nieźle można żyć będąc kimś drugorzędnym. Walić Bahamy, we Włoszech też jest fajnie. Albo i w Krynicy, w zależności jak ustawimy sobie suwaczek.

Kapitalizm dobrze działał, dopóki zaspokajał potrzeby w miarę szerokiej rzeszy średniaków. Coca-Cola, Ford czy Apple miały sens dzięki ofercie dla Johna Smitha.

System zaspokajający potrzeby 1%, to już nie kapitalizm. Ani demokracja. Im więcej McFarlandów za kratkami, tym lepiej (#mega! #jeszcze #jeden!).

Luźne tezy o Biedroniu

Jak mniemam, wszyscy szanowni komcionauci mają jakąś opinię na temat inicjatywy Biedronia. Doceniam, że jeszcze nie ruszył szał offtopicznych komentarzy. Proponuję ewentualną debatę prowadzić pod tą wystukaną na kolanie blogonotką.

Tezy mam luźne, właściwie przy żadnej się nie upieram, może ktoś mnie do czegoś przekona, bardzo proszę. Tak naprawdę nawet pisowcom nie zabraniam tu pisać, zabraniam tylko pisać mętnie, chamsko i nie na temat (niestety, pisowcy zazwyczaj mają problem z dyscypliną intelektualną, ale to już nie moja wina).

A oto i tezy:

1. Partią mojego pierwszego wyboru pozostaje „Razem” i ewentualna koalicja, w której ta partia weźmie udział. Za najważniejszy element programu lewicowego/progresywnego uważam sprawy pracownicze.
Biedroń w ogóle nie poruszył tego tematu (a mówił o kilku sprawach rangi duperelnej, w rodzaju darmowego internetu). Na stronie partii figuruje propozycja, która nie ma sensu (urlop przy umowie o dzieło? czy oni tam w ogóle rozumieją, do czego służy ta umowa?).

To znaczy, że dla niego to po prostu nieistotne. A to znaczy, że to nie są roboty, których szukam.

2. Uwzględniając powyższe, nie wykluczam głosowania na Biedronia, zwłaszcza w okolicznościach typu „druga tura wyborów prezydenckich”. Uważam, że polska polityka rozpaczliwie potrzebuje uwolnienia się od zapachu naftaliny.

To bardzo cenna metafora Ewy Kopacz, ale nie jestem pewien, czy przemyślała jej bogactwo znaczeniowe. Naftalina bucha z ekranu telewizora nie tylko gdy pojawiają się tam weterani „zakonu PC”. Polska polityka jest ciągle w rękach tych samych ludzi, którzy podzielili się wpływami w latach 1988-1991. Kiedyś Niesiołowski, Kaczyński i Wałęsa byli w jednym obozie, potem się przetasowali, ale  czas już ich wszystkich (WSZYSTKICH!) zastąpić kimś innym.

3. Teza, że Biedroń osłabia opozycję, jest dla mnie absurdem. Kto twierdzi, że to wynika z ordynacji – ten nie rozumie ordynacji (tradycyjny caveat: nie kłóć się ze mną o system d’Hondta, jeśli nie umiesz go matematycznie opisać).

Sekretem niedawnych triumfów populistycznej prawicy było nie tyle pozyskiwanie centrum, co zniechęcanie najsłabiej zmotywowanych przeciwników. Tych, którym wprawdzie nie podobał się Trump, ale Clinton też niespecjalnie. Albo: Kopacz i Komorowski.

Pomysły typu „zjednoczona opozycja” odtworzą tę sytuację. Część Antypisu zostanie w domu, bo po prostu nie będzie mogła znieść myśli o głosowaniu na Kazza Marcinkiewicza albo Leszka Millera.

Biedroń zmobilizuje tą część elektoratu antypisowskiego, która na „zjednoczoną opozycję” by nie zagłosowała. Lepiej wprowadzić do Sejmu jeszcze jedno ugrupowanie antypisowskie, niż snuć mrzonki o powszechnym poparciu kilku niesympatycznych naftalinersów.

4. W eurowyborach stawką i tak nie jest jeszcze obalenie Kaczyńskiego. To dobry moment na eksperymenty, na konsolidację środowiska, na zaprezentowanie własnego programu. Dlatego ucieszyłbym się z koalicji wiosenno-alizarynowej, ale nie zmartwię się bardzo jej brakiem. Ci się konsolidują, tamci się konsolidują – normalka („co robił Mikołaj, Wilq…?”).

5. Za samą złość, którą Biedroń wzbudził w liberalnym establishmencie, ma już u mnie ogromnego plusa. To mogło utopić jego projekt na samym początku: gdyby przedstawiciele elit 3RP go zaczęli hołubić i wychwalać w tych swoich programikach z serii „publicysta jedzie samochodem i nagle dosiada się ksiądz Sowa”.

Zareagowali hejtem, i bardzo dobrze. Polskie elity wciąż zapominają, jak potężny mają elektorat negatywny. Im goręcej kogoś zwalczają, tym bardziej rośnie on w siłę. Sami wsadzili Biedronia na falę wznoszącą – ciekawe jak daleko na niej zaserfuje.

Jak RSW likwidowano

Pewien przemiły młody człowiek, którego część komentatorów może kojarzyć pod nickiem ^ols, skomentował towergate m.in. następującymi zdaniami:

uwłaszczenie na majątku społecznym było ustalone przy okrągłym stole – państwowa prasa została wtedy podzielona pomiędzy różne środowiska (…) założyciele Agory byli aktywnymi politykami, posłami, ministrami (…) Kaczyński planował monetyzację będąc w głębokiej opozycji, ministrów wtedy nie miał

Zakładam, że w dobrej woli wierzył w to, co napisał. A więc edukacyjnie przybliżę okoliczności transformacji.

Nie było takich ustaleń przy okrągłym stole, bo komuniści byli przy nim przekonani, że jeszcze nie oddają władzy. Wolne wybory miały być dopiero w 1993.

Władze PRL zgodziły się na wydawanie 1 opozycyjnej gazety i 1 opozycyjnego tygodnika, oraz na uwolnienie 35% mandatów w Sejmie. Nikt się wtedy nie spodziewał, że w całości zdobędą je kandydaci Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, co uruchomi lawinę wydarzeń.

Założyciele Agory byli wtedy inteligenckimi gołodupcami. Gdyby ktoś im wtedy powiedział „zaprawdę powiadam wam, nim ten rok przeminie, jeden z was ministrem zostanie”, zabiliby go śmiechem.

Nadzieję na reelekcję w 1993 komuniści wiązali z filarami władzy, od których odstąpić nie zamierzali. Był to prezydent o dyktatorskich uprawnieniach (Jaruzelski) oraz kontrola nad prawie wszystkimi mediami.

Z kilkoma sławnymi wyjątkami (typu „Tygodnik Powszechny”), prawie wszystkie czasopisma w PRL należały do wydawnictwa RSW (od gazet ogólnopolskich po miesięczniki hobbystyczne). To z kolei niemal w całości należało do PZPR.

Partii komunistycznej nie wypadało prowadzić działalności gospodarczej, więc posługiwała się przedziwną formułą „spółdzielni osób prawnych” (praktycznie jednoosobowej). Coś jak te dzisiejsze fundacje komandytowe.

Komuniści stracili władzę dużo wcześniej, niż planowali (sierpień 1989). Dyktatorskim prezydentem został Lech Wałęsa (grudzień 1990). Wolne wybory odbyły się w październiku 1991.

W marcu 1990 Sejm przyjął ustawę o likwidacji RSW. Posłowie z PZPR (zwłaszcza Izabela Sierakowska) gorąco protestowali, nazywając ją „zamachem na pluralizm”. Poseł Adam Michnik zaproponował jej swój stary powielacz (polecam poczytać stenogram).

Przyjęta w tych warunkach ustawa musiała jednak być kompromisowa – zostawiać postkomunistom jakieś furtki. Jedną z nich była możliwość przejęcia tytułu przez dziennikarską spółdzielnię pracy. Poseł Juliusz Braun otwarcie mówił, że mogą z tego skorzystać redakcje sympatyzujące z PZPR/SdRP, a że było ich sporo, ta partia będzie na „w gruncie rzeczy uprzywilejowanej pozycji”.

Mało mówiono w tej debacie o potrzebach czytelników. A przecież wiele czasopism wydawanych przez RSW cieszyło się naprawdę sporą popularnością.

To nie jest tak, że wszyscy się od razu rzucili na „Gazetę Wyborczą” i „Tygodnik Solidarność”. Przede wszystkim przez dłuższy czas do kiosków poza Warszawą trafiała de facto wczorajsza „Wyborcza” – i ze względu na ówczesne ograniczenia techniczne, to była bolączka całej tzw. prasy ogólnokrajowej.

Przypuszczam, że to inspirowało Stanisława Lema w opowiadaniu o komputerze dziennikarskim, który nie znając wyniku meczu, z którego ma napisać „relację”, wypełniał przestrzeń „frazesami o dzielnej postawie obu drużyn”. Tak wyglądała ogólnopolska gazeta w Krakowie.

Stąd nieustająca popularność tych wszystkich „Gazet Krakowskich” i „Wieczorów Wybrzeża”. Tam przynajmniej wczorajszy mecz relacjonował ktoś, kto znał wynik.

„Gazeta Wyborcza” musiała na każdym z tych rynków stoczyć walkę z lokalnym liderem. Nie wszędzie się to udało do dzisiaj.

W Warszawie wyjątkowo popularne były: popołudniówka „Express Wieczorny” (na jej weekendowe trzeba było się zapisywać u zaprzyjaźnionego kioskarza) i „Życie Warszawy”, które miało monopol na ogłoszenia drobne typu „sprzedam pralkę” czy „wyrób kapeluszy”.

Uważano wtedy te gazety za najbardziej smakowite kąski w całym torcie. W kolejce po „Express” ustawiło się wiele instytucji (m.in. Region Mazowsze „S” i PPS – partia, która tę gazetę wiele lat wcześniej założył).

W „Życiu Warszawy” na samym początku zmieniono naczelnego, na bliskiego współpracownika premiera Mazowieckiego, intelektualistę Kazimierza Woycickiego. To posunięcie miało dalekosiężne skutki, których wtedy nikt nie mógł przewidzieć.

Nim komisja likwidacyjna zakończyła pracę, zmienił się rząd (styczeń 1991). Rząd Bieleckiego, podobnie jak rząd Mazowieckiego, nie miał pełnego mandatu demokratycznego – powołał go ten sam niedemokratyczny sejm kontraktowy, ktory nie zmienił składu. Zmieniła się tylko osoba prezydenta.

W Polsce nie było wtedy demokracji, tylko transformacyjny autorytaryzm. To grzech pierworodny III RP: wiele decyzji, których skutki odczuwamy do dziś, podejmowano bez demokratycznego mandatu (z planem Balcerowicza na czele).

Nie podoba mi się to, ale nie wiem, co tu można było zrobić lepiej/inaczej. Gdyby wcześniej zrobić wybory – byłyby prowadzone przy postkomunistycznej kontroli nad mediami!

Nowy rząd zmienił skład komisji likwidacyjnej, finalne decyzje podejmowano więc w kwietniu 1991 w składzie: Kazimierz Strzyczkowski (prawnik akademicki), Jan Bijak („Polityka”), Andrzej Grajewski („Gość Niedzielny”), Alfred Klein (prawnik; wycofał się w trakcie), Krzysztof Koziełł-Poklewski („Prawo i życie”), Maciej Szumowski („Gazeta Krakowska”), Donald Tusk („Gazeta Gdańska”).

71 tytułów przekazali spółdzielniom, pozostałe prywatyzowali drogą przetargu ofertowego, w którym cena była tylko jednym z kryteriów. Pozostałymi była wola zespołu dziennikarskiego oraz poparcie organizacji społecznych.

„Gazeta Wyborcza” nie bez ironii wyliczała co dziwniejsze organizacje, deklarujące swoje poparcie dla tego czy innego oferenta (Polski Związek Wędkarski, Tarnowskie Stowarzyszenie Radiestetów, Polski Związek Filatelistów, biskup Gocłowski, regiony NSZZ „S”…). Grubą Bertą było poparcie Lecha Wałęsy, który poparł m.in. przekazanie „Expressu” fundacji powiązanej z bliskim mu (wówczas) Porozumieniem Centrum.

Wbrew pozorom, komisja wcale nie faworyzowała partii politycznych. Najhojniej obdarowała KPN – zapomnianą dziś, przedziwną partię neopiłsudczyków, którzy głośno wtedy krzyczeli, że są prześladowani, bo nie było ich przy Okrągłym Stole.

Dostali dwa atrakcyjne tytuły – „Razem” i „Motor”. Wszystko zarżnęli, nie zbudowali na tej bazie niczego trwałego.

Poza tym zdarzały się oferty quasi-partyjne. Na przykład: „Gazetę Krakowską” przekazano dziennikarzom sympatyzującym z krakowską Unią Demokratyczną, a „Dziennik Łódzki” sympatykom ZChN. Oba tytuły szybko się jednak usamodzielniły.

Spotkałem się w kilku miejscach z wersją, że „Życie Warszawy” przekazano liberałom z KLD. To jakieś nieporozumienie.

Rzeczywiście, była taka oferta – ze strony Krajowej Izby Gospodarczej (powiązanej z KLD) i Roberta Maxwella, szemranego magnata medialnego, który pół roku później zginął w tajemniczych okolicznościach.

W połowie kwietnia 1991 tę ofertę odrzucili pracownicy w wewnętrznym referendum (nigdy przedtem ani nigdy potem pracownicy gazet nie mieli tak dużo do gadania!). Stosunkiem głosów 94:81 wybrali ofertę spółki Życie Press, firmowanej przez Wóycickiego i jego zastępcę, wybitnego eksperta od dryblingów, wolejów i dośrodkowań, komentatora sportowego Tomasza Wołka – który w tym duecie grał pierwsze skrzypce.

Komisja likwidacyjna uznała decyzję pracowników. Głosy dziennikarzy rozłożyły się inaczej (64:59 na rzecz Maxwella i KLD), część zespołu odeszła i założyła konkurencyjne „Życie Codzienne”.

To był początek końca „Życia Warszawy”. W spółce „Życie Press” mniejszościowe udziały miała tajemnicza włoska firma STI oraz Wielkopolski Bank Kredytowy (dziś: Santander), który udzielił na ten zakup 40 mld starych złotych pożyczki. Kredyt był wysoko oprocentowany (to czasy hiperinflacji!), „Życie” było więc ciągle na minusie.

W 1993 WBK odsprzedał swoje udziały Włochom (teraz mieli już 55%). Okazało się, że to tak naprawdę jeden Włoch, niejaki Nicola Grauso. Nic więcej na ten temat nie odważę się napisać.

Przemiły ^ols myli się pisząc, że Kaczyńscy byli wtedy w opozycji. Byli wtedy u szczytu swoich dwudziestowiecznych wpływów – z którego wkrótce zlecą, ale przetrwają wiele lat chudych właśnie dzięki zgromadzonemu wtedy tłuszczykowi.

Najcenniejszym asem w ich talii kart był minister budownictwa Adam Glapiński. Był działaczem KLD i PC jednocześnie – to wtedy nie było sprzeczne, w tych czasach Donald Tusk był w jednym wałęsowskim obozie z Jarosławem Kaczyńskim.

Czasy były jednak tak dziwne, że Glapiński w pewnym momencie zwrócił się do „Solidarności” w Ursusie, z notorycznym Wrzodakiem na czele, żeby ci demonstrowali przeciwko rządowi, w którym ten zasiadał (!), żeby wywierać nacisk na jak najszybsze przyjęcie ustawy, mającej przyśpieszyć budowę mieszkań.

Postawił na swoim, ustawę przyjęto w październiku 1991. A w niej znalazło się jedno zdanie, za sprawą którego otoczenie Kaczyńskiego uwłaszczyło się na swoich nieruchomościach.

Gdyby mieli ministra zdrowia, poszliby w farmację. Gdyby ministra sportu – w budowę stadionów. A że mieli ministra budownictwa, poszli w deweloperkę.

Czy to wszystko było legalne? Prawo lat 90. było tak dziurawe, że wcale bym się nie zdziwił. Ale wysuwany zwykle przez sympatyków PiS argument „gdyby coś znaleźli, to by wyciągnęli” może być też stosowany wobec innych liderów biznesu tej epoki – Kulczyka, Krauzego, Gudzowatego.

Odczuwanym do dzisiaj skutkiem likwidacji RSW jest dominacja zagranicznego kapitału w prasie lokalnej. Bo co miała zrobić taka biedna, niedoinwestowana spółdzielnia dziennikarzy „Tygodnika Wąchockiego”? Znaleźć inwestora, przecież raczej nie polskiego.

W 1995 prasoznawca Zbigniew Bajka przeanalizował 1400 polskich gazet i czasopism i ustalił, że 65% nakładu oraz 70% tytułów jest w rękach firm z udziałem zachodniego kapitału. W samych ogólnopolskich wyglądało to wtedy tak: „Rzeczpospolita” – 49%, „Nowa Europa” – 80%, „Sztandar Młodych” – 70%, „Express Wieczorny” – 80%, „Życie Warszawy” – 97%, „Gazeta Wyborcza” – 12,5%. Do „Super Expressu” właśnie wchodzili wtedy Szwedzi.

Czy to było do uniknięcia? Wątpię.

Gdyby w ustawie umieścić zakaz przyjmowania zagranicznych wspólników, redakcje obchodziłyby to kombinejszynami typu „100% polskie wydawnictwo, które ma 5% udziałów w agencji reklamowej razem z koncernem Hersant”. A gdyby i tego zakazać, polskie gazety by umarły, wypierane przez nowe tytuły takie jak „Fakt”.

Czytelnicy mieli wtedy dość czarno-białych gazet drukowanych na kiepskim papierze w dziewiętnastowiecznej technologii. Chcieli koloru, offsetu, ładnych zdjęć.

Dziennikarze też tego chcieli, a do tego: podwyżek. To w praktyce oznaczało szukanie inwestora: niemieckiego, szwedzkiego, austriackiego, francuskiego, szwajcarskiego…

To się musiało tak skończyć.

To chyba najdłuższa notka w dziejach bloga! Kto dojechał do końca, niech w komciu napisze „REFERNAZOR”, by uzyskać mą przychylność.

Korzystałem z artykułów z „GW”: „Referendum w Życiu Warszawy”, 17.4.1991; „Krajobraz po likwidacji”, 30.4.1991; „Życie Warszawy na kredyt”, 27.7.1993; „Prasa i kapitały”, 24.1.1995; „Taśmy Kaczyńskiego”, 31.1.2019

Illegal Tower

Czy taśma Kaczyńskiego jest „bombą” czy „kapiszonem”, tego nie wiem i w ogóle nie zamierzam się zniżać do oceniania tego w takich kategoriach. Ten sposób podejścia do spraw publicznych wydaje mi się godny przepychanek na Twitterze, zainteresowani niech się tam z tym przeniosą.

To, co mnie interesuje jako obywatela tego kraju, to praworządność. Obrońcy PiS błyskawicznie zapewnili, że taśma Kaczyńskiego nie demonstruje łamania prawa.

„Nie widzę tam nic nielegalnego. Oto starszy, kulturalny pan, chce wybudować wieżowce” – napisał w przezacnym serwisie Salon24 jego czołowy przedstawiciel, Grzegorz Wszołek.

Założę tu dobrą wolę – powiedzmy, że wszyscy piszący w ten sposób po prostu nie znają prawa. Oto zatem kaganek oświaty.

Przed kulturalnym starszym panem, który marzy o wybudowaniu wieżowców, prawo stawia zasadniczo trzy drogi. Musi się zdecydować na jedną z nich.

W jednej z tych dróg nasz starszy pan może zostać biznesmenem. Może tymi wieżowcami bezpośrednio zarządzać, budując je na przykład w ramach swojej sieci hotelowej, jak kilkadziesiąt lat temu zrobił to Conrad Hilton. Może też użyczać im swoje nazwisko jako brand, jak Donald Trump.

W tym celu nasz starszy pan musi zarejestrować działalność gospodarczą. W praktyce zrobi to w formie spółki, ale bardzo teoretycznie rzecz biorąc mógłby postawić niewielki wieżowiec w ramach samozatrudnienia (PPHU Interntransjanusz Tower).

Druga droga to ścieżka non-profitu. Nasz przemiły, kulturalny starszy pan może zarejestrować stowarzyszenie lub fundację, której celem będzie zbudowanie Cat Tower – wieżowca, będącego miejscem spotkań miłośników kotów.

W praktyce non-profity rzeczywiście często inwestują w nieruchomości. W centrum Sztokholmu i Oslo stoją gmachy z siedzibami związków zawodowych – nie są to wprawdzie wieżowce w dzisiejszym znaczeniu tego słowa, ale widać w nich pewien rozmach i optymizm socjaldemokracji sprzed prawie 100 lat.

Największymi inwestorami tego typu są chyba związki wyznaniowe. Opisywałem kiedyś na blogasku przedziwną dzielnicę Świadków Jehowy w sercu Nowego Jorku. W Warszawie niedługo stanąć ma Nycz Tower, widomy dowód, która denominacja chrześcijańska najlepiej sobie radzi w deweloperce.

I wreszcie trzecia opcja to droga polityki. Nasz przemiły starszy pan może zostać działaczem społecznym lub politycznym, którego marzeniem będzie stawianie wieżowców w interesie publicznym (takim, jak on go pojmuje) – tu też są realne przykłady, na przykład Robert Moses w Nowym Jorku.

I teraz mamy kluczowe pytanie: W JAKIEJ KONKRETNIE ROLI JAROSŁAW KACZYŃSKI WYSTĘPUJE W NAGRANEJ ROZMOWIE?

Dowcip polega na tym, że tych ról nie wolno mieszać. Donaldowi Trumpowi nie wolno łączyć roli dewelopera z rolą prezydenta, ani nawet kandydata na prezydenta (dochodzenie w sprawie tzw. collusion dotyczy właśnie domniemanego mieszania tych ról, na przykład celem uzyskania pozwolenia na Trump Tower w Moskwie).

Działalność komercyjna (for-profit), działalność społeczna (non-profit) i działalność polityczna są regulowane odpowiednimi ustawami. Partiom nie wolno prowadzić działalności gospodarczej, fundacjom czerpać zysków, biznesmenom korzystać z protekcji – itd.

Otóż każda odpowiedź na pytanie o rolę Kaczyńskiego w tej rozmowie prowadzi do wniosku, że złamał przynajmniej jedną z tych ustaw. Jeśli był tam jako polityk – łamał ustawę o partiach i przepisy antykorupcyjne. Jeśli jako biznesmen, uczestniczył w tzw. firmanctwie (zachodzi wtedy, kiedy ktoś, potocznie zwany „słupem”, tylko udaje, że prowadzi działalność gospodarczą, w rzeczywistości prowadzoną przez kogoś innego). Traktowanie fundacji jako własnej firmy też jest niehalo, o czym boleśnie przekonał się niejaki Jakub Ś.

Część z tych naruszeń prawa ścigana jest przez prokuraturę, część przez urząd skarbowy, część cywilnoprawnie. Zważywszy, że w grę wchodzi austriacki przedsiębiorca, niewykluczone są też działania na szczeblu międzynarodowym. Mam nadzieję, że jego prawnicy warci są zapłaty swojej – to do nich należy kolejny ruch.

Argument „wszyscy tak robią” jest o tyle bezsensowny, że jeśli nawet: no to jak ich ktoś nagra czy w inny sposób przyłapie, też powiem, że to skandal. Nawet gdyby to miało dotyczyć Zandberga (nie mówiąc już o Schetynie). Nie będę miał litości także dla tych, na których sam głosuję.

Zauważę jednak na koniec, że PiS miał dobre 3 lata na znalezienie dowodów na podobnie nielegalne działania Platformy – i to dopiero był zamokły kapiszon. Nawet na taśmach ośmiorniczkowych nie ma dowodów przestępstwa – jest tylko trochę brzydkich wyrazów.

To smutne, że ktoś woli kulturalnych przestępców od praworządnych obywateli, którzy przeklinają przy wódce.

Jak działa ordynacja DHondta

W wielu dyskusjach widzę teraz ludzi wymieniających nazwisko pewnego belgijskiego matematyka jako zamiennik argumentu. Sam okrzyk „D’Hondt”! ma wystarczyć.

Tak bym chciał wiedzieć, o co im chodzi! Gdy pytam, czy potrafiliby zdefiniować tę metodę, oczywiście obruszają się, że NO JASNE, ale jak się dociśnie, to się obrażą, ewentualnie bezmyślnie wkleją hasło z wikipedii (rzecz jasna, polskiej).

Wyjaśnijmy sobie więc to przystępnie. Nazwa metody pochodzi od Victora D’Hondta, który ją opisał (acz to nie on ją wymyślił).

Wyobraźmy sobie, że głosów w danym okręgu padło 100.000 (wtedy łatwo nam będzie zamieniać procenty na tysiące) i że pięć list przekroczyło próg wyborczy, tak jak to było w 2015. Pomińmy 1 mandat mniejszości niemieckiej dla uproszczenia.

Wyobraźmy sobie, że najwięcej głosów dostała partia… nazwijmy ją Zwis (38 tysięcy), a najmniej – ale powyżej progu – partia, dajmy na to, Pezel (5 tysięcy). A wszystkich mandatów z tego okręgu mamy do obsadzenia 20.

Zgodnie z metodą D’Hondta dzielimy te wyniki przez kolejne liczby całkowite (1, 2, 3 itd.) i zapisujemy w tabelce. Wybieramy 20 największych ilorazów i przypisujemy mandaty tym partiom, które te ilorazy miały w odpowiedniej rubryczce.

Partia Zwis miała kolejno: 38.000, 19.000, 12.667, 9.500, 7.600, 6.333 i 5.429. Musi więc dostać 7 mandatów jeszcze zanim choć jeden dostanie Pezel.

Alternatywą jest stosowana kilkakrotnie w Polsce (i popularna na świecie) metoda Sainte-Lague. Tam wyniki dzielimy przez kolejne liczby nieparzyste (1, 3, 5, itd.).

W tej metodzie mamy większy skok pomiędzy kolejnymi ilorazami. Dla Partii Zwis będzie to teraz: 38.000, 12.667, 7.600, 5.429. Czyli wystarczy jej dać 4 mandaty i już jakiś dostaje także nasz biedny Pezel.

Tyle matematyka. Niektórzy chumaniści przypisują tej metodzie jakieś przedziwne własności, w rodzaju „przyznawania głosów partii, które nie przekroczyły progu, partii najsilniejszej”, a nawet „przyznawania jej większości z automatu”.

To bzdury. W praktyce nie ma uniwersalnego przelicznika. Za dużo zależy od różnicy między wynikiem partii #1 i partii #2, oraz od tego, ile partii przekroczyło próg.

Dodajmy, że cały czas rozpatrujemy to na przykładzie jednego okręgu wyborczego. W wyborach do Sejmu jest ich 41. Kolejność będzie w nich różna, w niektórych to właśnie partia Pezel dostanie premię od D’Hondta.

Twierdzenie, że PiS wygrał wybory w 2015 dzięki ordynacji D’Hondta, jest matematycznie nieprawdziwe. W powyższym przykładzie w 20-mandatowym okręgu mandaty rozłożyłyby się tak: 9-6-2-2-1. Czyli: Zwis nie ma większości.

Gdyby wyniki wyborów były geograficznie homogenne, tzn. w każdym okręgu PiS miałby 37,58% głosów, a Platforma 24,09% głosów (itd.), PiS miałby dwieście kilkanaście mandatów.
Musieliby tworzyć koalicję z Kukizem.

Albo mieli cholernie dużo szczęścia, albo mądrze do tego podeszli od strony socjo-matematycznej i skupili się akurat na tych okręgach, na których powinni. Your guess is as good as mine.

Trochę mniejsze znaczenie ma porażka listy ZLEW-TRUP. Jak pamiętamy, dostała 7,55%, ale z powodu samobójczej brawury Millera i Palikota, była zarejestrowana jako koalicja, a więc obowiązywał ją większy próg (i weź tu nie hejtuj jednego z drugim).

Wielu komentatorów wiązało sukces PiS z zagładą lewicy. Matematyka na to nie wskazuje. Podział w 20-mandatowym okręgu, przy uwzględnieniu wejścia ZLEW-TRUP, to 9-6-2-1-1-1. Ten dodatkowy mandat zabierają Nowoczesnej Ryszardzie Petru.

Wejście SLD do Sejmu nie oznacza jednak zupełnie innej ścieżki historii. W koalicji z Kukizem robiliby mniej więcej to samo.

Z zabawy w symulowanie ordynacji – do której PT czytelników serdecznie zapraszam – płynie kilka wniosków.

PIERWSZY: geografia rządzi. W Polsce nie ma „swing states”, ale i u nas do strategii wyborczej należy podchodzić na zasadzie „Łomżę możemy stracić, ale musimy jak najwięcej ugrać w Legnicy”. Od tego zależy, czy te same 35% przełoży się na 220 czy 240 mandatów.

DRUGI: premię D’Hondta zgarnia nie tylko partia numer 1. W powyższym przypadku skorzystałyby pierwsze trzy (tzn. ich procent byłby zaokrąglony w górę).

TRZECI: im więcej list uczestniczy w podziale, tym mniejsze znaczenie ma ta premia. Już przy 6 listach żaden socjogeograficzny trick nie dałby PiSowi 230 mandatów.

CZWARTY: gdyby nawet to liczyć według Sainte-Lague, PiS stworzyłby rząd z Kukizem. Wygrali nie dzięki metodzie liczenia, tylko dzięki dobremu rozłożeniu poparcia na mapie.

Miasta, które mają inne wnioski, niech się wpisują.

Mowa nienawiści – co to?

Wielu pyta dziś, „co to jest mowa nienawiści” albo co gorsza używa tego pojęcia ewidentnie inaczej, niż jest definiowane w aktach prawnych. Widziałem już sugestie, że mową nienawiści są spektakl „Klątwa” albo słowa o „dorzynaniu watahy”.

Otóz nie są. Nie są nią nawet wypowiedzi typu „nienawidzę PiS” / „nienawidzę PO”. Na początek kilka definicji.

Wyobraźmy sobie, że jeden pan powiedział do drugiego „ty ch…”. Czy to mowa nienawiści?

Nie, to oldskulowa zniewaga (ścigana z art 216 kk), czyli obrażenie kogoś słowem powszechnie uważanym za obelżywe. Słowo „ch…” niewątpliwie takim jest.

Ciekawie wyglądałby proces w sprawie zarzutów, wytoczonych pewnemu panu przez podmiotkę liryczną (Irena Kwiatkowska) w Kabarecie Starszych Panów:

Szuja, obrzydliwa larwa i szczeżuja!
Szuja – do najtępszych pierwotniaków rym!
Szuja, bezlitosny kamień i statuja!
Fałsz i ruja bezustannie powodują nim!

Szuja! Pióra by pożyczyć od Anouilha,
Szuja! By opisać co to jest za typ!
Szuja! kawał matrymonialnego zbója,
Z pieszczot dwója, nieudana galareta z ryb

Kilka wersów tutaj mogłoby podchodzić pod zniewagę, ale widzę też zniesławienie, czyli wypowiedzi godzące w cześć i dobre imię. Inny problem, inny paragraf: art 212 kk, zapewne też nawet inny kodeks, bo także naruszenie dóbr osobistych (art 23 i 24 KC).

Zniesławienie nie musi być wulgarne. Może mieć superuprzejmą formę – np. „Szanowny pan nie ma kwalifikacji do pełnionego stanowiska, które uzyskał dzięki protekcji”.

Często gdy ktoś przegrywa proces o zniesławienie, potem biega po mediach ze spreparowaną wersję wyroku („to już nie wolno nawet napisać, że ktoś nie ma kwalifikacji”?), solicytując przewidywalne głosy poparcia od przygłupersów nie rozumiejących, jak działa prawo. Wielu z nich zawodowo para się prawicową publicystyką.

Otóż różne rzeczy można (byle z wolna i ostrożna). I do zniewagi, i do zniesławienia mamy sporo wyłączeń opisanych w kodeksie – a także ugruntowanych orzecznictwem. Kodeks przewiduje, że nie będzie kary za zniewagę, jeśli „ty ch…” było ripostą na „ty sk…”. A w przypadku zniesławienia/naruszenia: jeśli zarzuty są prawdziwe albo podnoszone w interesie społecznym.

Ważne: to nie sąd będzie sprawdzać. Na tym się przejechał Wałęsa, któremu się wydawało, że to sąd będzie szukać Mitycznego Nagrania Ostatniej Rozmowy Braci.

Ciężar dowodzenia spoczywa na tym, kto wysuwa oskarżenie. Nieważne, czy jest Wałęsą czy Kowalskim.

I wreszcie mamy groźbę bezprawną/karalną, ściganą z art 115 i 190 kk. To wypowiedzi typu „zginiesz”, „zgwałcimy cię” (a także „moi fumfle obleją twoją córkę na studiach”).

To wszystko nie jest ścigane z urzędu, tylko na wniosek poszkodowanego, z oskarżenia prywatnego lub z powództwa cywilnego. W mojej antypisowskiej bańce przegraną Wałęsy komentowano czasem pytanio-narzekaniem, „a co w takim razie z posłami, których Kaczyński nazwał kanaliami”.

A co? A nic. Nie ścigali, to co ma być. Samo z siebie nic się tu nie zadzieje.

Jak do tego wszystkiego ma się mowa nienawiści? Luźno. O ile zniewaga i zniesławienie są z nami od stuleci i historię ich prawnego definiowania można cofnąć do starożytnego Rzymu, mowa nienawiści to koncepcja stosunkowo nowa.

Bierze się ze słusznego założenia, że na pewne cechy nie mamy wpływu. Są to w szczególności: rasa, narodowość, płeć/gender, wiek, wyznanie i orientacja seksualna.

Powyższe przykłady a mogłyby się stać mową nienawiści, gdyby ktoś powiedział „rurytański ch…” i „roboseksualna szuja” o pochodzącym z Rurytanii roboseksualiście. W polskim prawie (art 256 i 257 kk) niestety pominięto „orientację seksualną”. Tak, zgadliście, rządziła wtedy Platforma.

Niejeden czytelnik rzucił teraz jakimś wulgaryzmem pod adresem Platformy. Czy to była mowa nienawiści?

Nie, bo orientacji politycznej nie ma na tej liście. To nie jest niezmienna cecha człowieka. W istocie obrzucamy się politycznymi obelgami właśnie w nadziei na zmianę czyichś postaw wyborczych.

Bez entuzjazmu przyjąłem propozycję redakcji „Liberte”, żeby w związku z niedawną tragedią przyjąć „wzorem innych krajów europejskich” ustawę „zapobiegającą i penalizującą mowę nienawiści w przestrzeni publicznej”.

Jeżeli „mowę nienawiści” będziemy definiować „wzorem innych krajów europejskich”, to hejt na Owsiaka nią nie jest. Hejterzy nie zwalczają go za to, że jest heteroseksualnym białym Polakiem płci męskiej w wieku średnim.

To skandal, że prokuratura umorzyła postępowanie w sprawie ewidentnej groźby karalnej w postaci „aktów zgonu”, wystawionych przez skrajną prawicę m.in. Adamowiczowi. To jednak też nie była mowa nienawiści. Problemu upolitycznionej prokuratury nie rozwiążemy zaś żadną ustawą.

Problem nie w tym, że polskie prawo jest zbyt łagodne, tylko wprost przeciwnie. Gdyby sądy literalnie traktowały Art 212 kk, nie można byłoby napisać, że minister prowadzi błędną politykę, że urzędnik jest niekompetentny, że dany reżyser robi kiepskie filmy, że gdzieś panuje korupcja (dopóki nie zapadną prawmocne wyroki).

Nie chcemy tego, więc prokuratura i sądy zwykle te wątpliwości rozstrzygają na korzyść wolności słowa. Nie podoba mi się to w niektórych przypadkach, ale podoba mi się jako ogólna zasada.

Jeśli bym coś tu zmieniał, to raczej złagodziłbym przepisy tak, żeby można je było ściślej egzekwować. Teraz zbyt wiele zależy od arbitralnych decyzji sędziów i prokuratorów.

Nie sądzę, że ustawa napisana w pośpiechu przez posłankę Pawłowicz i posła Niesiołowskiego (a mamy jakiś inny Sejm?) poprawi ten stan rzeczy. Zamiast pisać nowe prawo, lepiej egzekwujmy już istniejące, by ograniczyć obecność zniewag, pomówień i gróźb karalnych.

I dodajmy, na litość boską, tę orientację seksualną do ustawowej definicji mowy nienawiści, because it’s 2019.