Let’s make it official

Nie lubię i nie umiem się autopromować, więc będę zwięzły. „Piąteczek” w pewnym sensie wrócił, ale autoironiczne „2.0” w nazwie sygnalizuje radykalną zmianę formuły.

Nie można mnie już słuchać na antenie – też ubolewam, ale tak krawiec kraje. Nie jest to już także formuła „rozmowa z zaproszonym gościem”, na razie to jest moja swobodna paplanina.

Zaleta nowej formuły jest z kolei taka, że robię Naprawdę Co Chcę. Jeśli kiedyś z jakiegoś powodu zechcę zrobić oldskulową godzinną rozmowę z gościem – to zrobię.

Uboczny skutek jest jednak taki, że – o ile mi wiadomo – nie można już teraz mnie słuchać na jakiejś darmowej, ogólnodostępnej platformie. Odpowiada mi to, ogólnie podoba mi się formuła „płatnego dostępu do treści premium”.

Że pracuję w korporacji, która taką akurat formułę rozwija, to żadna moja zasługa. Nie mam przecież wpływu na świetlane decyzje korpomenedżmentu. Z tymi akurat jednak rzeczywiście jest mi po drodze.

Ceterując parobasa, gdybym miał do wyboru sprzedać 10.000 egzemplarzy książki albo wystąpić w niekodowanej telewizji dla milionowej publiczności, zawsze będę wolał te 10.000 egzemplarzy. Po prostu wolę grono kameralne, ale płacące za treść.

Nie wiem, skąd mi się to bierze. Może po prostu stąd, że sam dużo płacę za dostęp do różnych treści (wliczając w to płyty, bilety i netfliksy), a więc instynktownie czuję, że z płacącymi za podcast coś mnie łączy.

Jeszcze nie wiem, jaką wypracuję formułę łączności ze słuchaczami. Na razie proponuję wpisywać ewentualne uwagi i sugestie w komciach na blogu – myślę też o jakiejś formie fejsbukowej.

W każdym razie, o ile bloga robię za friko (a nawet dopłacam do tego interesu), to słuchacz podkastu jest dla mnie płacącym klientem. Ergo, inaczej zareaguję na uwagi typu „zmień to” albo „zainteresuj się tamtym”.

I skoro już mowa o płatnych treściach – w dzisiejszej „Świątecznej” znów jest mój artykuł. Podobnie jak tydzień temu. Oraz dwa tygodnie temu.

Let’s make it official, jak podobno mówi młodzież na trzeciej randce. Za tydzień chyba też będzie. Wygląda na to, że znów jestem stałym felietonistą.

Nie przyzwyczajam się do tego jakoś bardzo, bo od 2017 zdążyłem już chyba trzykrotnie przelecieć fazy cyklu „felietonista / były felietonista”. Korpomenedżment dmie kędy chce, niezbadane są wyroki jego.

Póki co, raduję się po prostu, że znowu mogę się spotykać ze swoimi nielicznymi, ale płacącymi odbiorcami. Oby wreszcie komuś wypalił jakiś podtrzymywalny biznesowo model jakościowych mediów komercyjnych!

Nolensując wolensa

Miałem dużo miłych reakcji (powiedziałbym: zaskakująco dużo, zaskakująco miłych) na mój tekst o pokoleniach. Trochę krytyki budził tytuł, w którym swoje pokolenie przedstawiam jako pierwsze, które zostawi świat w gorszym stanie, niż je zastało.

Tytuł nie mój (faktycznie trochę clickbaitowy), ale podobna teza pada w tekście. Rzeczywiście uważam, że dorobek netto generacji X, czyli roczników 1965-1980, jest wręcz ujemny.

Stosunkowo najmniej szkody wyrządzili ci spośród nas, którzy gdzieś tam w kąciku pilnują własnego nosa. Ale ci, którzy zostali liderami w polityce, biznesie czy mediach? O rety. Lepiej by było, gdyby ich nie było.

Za wyjątek uważam polski przemysł gier wideo, który moi rówieśnicy stworzyli niemalże od zera.
Niemalże – bo jednak korzystali z tego, że poprzednie pokolenia zainwestowały w nauczanie informatyki (ekipa Gierka uwierzyła, że to „klucz do dobrobytu”), ułatwiały import komputerów, a nawet wybudowały szkołę na Grzybowskiej, na której korytarzach ten przemysł się narodził. Jeśli nie mówimy dziś o węgierskim przemyśle gier wideo to także dlatego, że nie było węgierskiego Kwaśniewskiego.

Cenię też dorobek kulturalny mojego pokolenia. Wymienię tylko Tokarczuk, bo niewymienieni czują się pokrzywdzeni (a tak mogę powiedzieć, że to miejsce parkingowe zarezerwowane dla laureatów Nobla). Ale to miecz obosieczny, bo Zenek Martyniuk i Patryk Krzemieniecki to też moje pokolenie.
Łatwiej podawać przykłady pozytywne niż negatywne, więc zacznę tak. Gdy patrzę na fajne nowe projekty medialne, to albo je rozkręcają milenialsi („Pismo”, „Dwutygodnik”), albo boomerzy otoczeni milenialsami („OKO”).

Gdy coś rozkręcają moi rówieśnicy, wychodzą im serwisy o niebiańskim smaku parówek na Orlenie i majtkach Dody Elektrody („ZDJĘCIA!”), ewentualnie o tym, jak fajną żonę ma pan minister, skądinąd też fajny. Jakbyśmy potrzebowali boomersów, żeby nas zmuszali do przestrzegania standardów, bo sami z siebie nie czujemy takiej potrzeby.

Moje pokolenie w tej chwili nominalnie nami rządzi. Wywodzą się z niego pan premier i pan prezydent. Skądinąd oczywiście marionetki boomersa Kaczyńskiego.

Może dlatego właśnie opozycja miota się jak bezgłowy kurczak? Nie ma swojego boomerskiego masterminda – władcy marionetek?

Nie chcę się źle wypowiadać o opozycji w trakcie kampanii wyborczej, ale na scenie politycznej po prostu nie widzę polityków ze swojego pokolenia, o których bym myślał per „fajna babka, fajny facet, chciałbym bliżej poznać, z przyjemnością zagłosuję”. Tak mam tylko z milenialsami z Razem (a kiedyś z boomersami typu Borowski).

Moje pokolenie działalność zaczynało razem z ruchem Wolność i Pokój. Pewien mój kolega niedawno nostalgicznie wrzucał zdjęcia z demonstracji przeciwko budowie elektrowni atomowej w Żarnowcu.

No właśnie. My zaczęliśmy od szkodnictwa, a potem było z nami tylko coraz gorzej.

Per saldo lepiej byłoby, gdyby ruch Wolność i Pokój nie zaistniał. Elektrownia w Żarnowcu dostarczałaby prąd od 30 lat. Pułkownik Konstanty Miodowicz nie wpłynąłby na wybory prezydenckie z 2005 (przy pomocy paskudnej intrygi udało mu się wtedy utrącić kandydaturę Cimoszewicza, co miało wspomóc Tuska, ale oddało władzę Kaczyńskiemu; cierpimy do dzisiaj).

Liberałowie lubią straszyć liderami, którzy się „zniechęcą i wyjadą”. Otóż z mojego pokolenia nie przychodzi mi do głowy nikt (poza wspomnianym wyjątkiem rozrywkowo-technologicznym), za kim bym w takiej sytuacji tęsknił.

Niektórych liderów bym nawet z radością odwiózł na lotnisko. O ile obiecają, że nie wrócą.

Jeśli macie kontrprzykłady, spełniające następujące warunki: (1) generacja X, (2) lider(ka) biznesu lub polityki, (3) spoza kultury/gier/IT, (4) dali społeczeństwu więcej niż wzięli; to wpisujcie. Naprawdę chętnie poznam.

Wydaje mi się, że wiele systemowych porażek III RP da się sprowadzić do następującego schematu. Poprzednie pokolenia przykroiły definiujące nasz ustrój konstytucje, statuty i ustawy pod własną miarę.

Nie przewidzieli w nich zabezpieczeń przed nadejściem nas. Z naszym cynizmem, chciwością i kazuistyką.

Stworzyli konstytucję, która jest być może odporna na Hitlera, ale jest bezbronna wobec trzeciorzędnego krętacza w todze, który tu nie odbierze poleconego, tam załatwi zgubienie dowodów, a wyroku po prostu nie wydrukuje i co mu pan zrobisz?

Jedyną nadzieję widzę w milenialsach. Chcą czy nie chcą, muszą sprzątnąć ten bajzel. Nie mają wyboru.

Nie oni pierwsi (jeśli to jakaś pociecha).

Now Playing (178)

W swojej winylowej szajbie jestem raczej kolekcjonerem niż audiofilem. Najchętniej kupuję takie płyty, o jakich marzyłbym w latach 80., ale nie było mnie na nie wtedy stać. Dlatego kupuję nieproporcjonalnie dużo maksisingli z tego okresu.

Dla przeciętnego mieszkańca PRL były niewyobrażalnie drogie. Panuje mit, że kultura była wtedy tania – to nieprawda.

Kupiłem sobie na przykład niedawno debiutancką płytę Trojanowskiej z 1981. To było tuż przed inflacją, więc na okładce wydrukowano cenę detaliczną: 200 zł.

Przeciętne zarobki były wtedy zbliżone do nominalnych dzisiejszych. W Warszawie zarabiało się tak gdzieś po 3, 4 czy 5 tysięcy – jak dzisiaj. No ale dzisiaj kiedy nowy winyl kosztuje stówę, to ludzie kręcą nosem, że zdzierstwo.

Z zachodnimi płytami było, oczywiście, jeszcze gorzej. O ile pamiętam, typowa bazarowa cena typowego longplaja to było jakieś 600-800. Peweksowa to 8-10 dolarów.

Maksisingli praktycznie nie było w Polsce w obiegu. Nie mieli ich handlarze z Wolumenu ani prywatne małe sklepiki płytowo-kasetowe (trochę ich w Warszawie było za komuny, m.in. na Słupeckiej i na Rynku Nowego Miasta).

Stykałem się z nimi podczas nielicznych wyjazdów na Zachód, podczas których zazwyczaj udawało mi się wychachmęcić jakieś parę franków czy dojczmarek – za co kupowałem głównie płyty. No ale oczywiście kupowałem te, które mi się wydawały Szczególnie Ważne, a więc prawie nigdy nie były to single.

Zrobiłem jeden wyjątek: „Love Will Tear Us Apart”. Po prostu chciałem mieć wszystko Joy Division. I miałem, nie było tego przecież dużo.

Maksisingiel kosztował jednak prawie tyle samo co zwykły album. Rozsądek podpowiadał, żeby jednak dołożyć te dwa dolce i kupić czterdzieści pięć minut muzyki, a nie kilkanaście.

Teraz używkę w dobrym stanie da się spokojnie kupić za trzy dychy. Za tyle sobie impulsowo kupiłem maksisingla Sade „Hang On To Your Love”.

W klasycznej romantycznej komedii o zombie (zom-rom-com) „Shaun Of The Dead” bohaterowie rzucają w zombiaki winylami, przy okazji zastanawiając się, którymi można rzucić, a które są zbyt cenne. „Blue Monday?” „Oszalałeś, pierwsze tłoczenie”. „Soundtrack z Batmana?” „RZUCAJ!”.

W ich rękach pojawia się też „Diamond Life” Sade. „To płyta Lizzie…” „Przecież cię rzuciła!” WIUUUUUU…

To podsumowuje stereotypowy odbiór Sade w latach 80. Mężczyźnie nie wypadało się przyznać, że tego słucha (ale mógł się usprawiedliwić, że to płyta jego dziewczyny).

Że ten zespół w ogóle miał maksisingle, to było dla mnie zaskoczeniem. Puściłem sobie właściwie z ciekawości. A potem nie dość, że dokupiłem jeszcze ze dwa single, to jeszcze bindżowo w samochodzie słucham „Diamond Life”. To jednak świetna muza!

W latach 90. muzyka pop była pełna imitacji Sade. Zaliczyłbym tutaj cały ten polski badziew z serii De Mono / Varius Manx / Piaseczny, którego do dzisiaj nie trawię. Komuś, kto nie pamięta ejtisów trudno więc sobie wyobrazić to, że ta muzyka kiedyś była szokująco nowatorska.

Sade (to nie tylko imię wokalistki, ale także nazwa zespołu) grali muzykę w zasadzie przypominającą amerykański soul/rnb/smooth jazz, ale jednak o rockowym rodowodzie. Perkusista nie synkopuje, basista nie wygłupia się z solówkami, saksofonista też nie udaje Coltrane’a.

Ani to rock, ani to jazz. Wytwórniom nie pasowali do szufladek, więc ileś tam odrzuciło dema późniejszych superhitów, typu „Smooth Operator”.

Gdy już zyskali popularność w Wielkiej Brytanii, pozostawała jeszcze kwestia wejścia na rynek amerykański. Podbili go właśnie „Hang On To Your Love”, który – dzięki maksisinglowi – dotarł na piąte miejsce przebojów tanecznych.

Ścieżka A to wersja opisana na okładce jako „US Remix” i ma 5:13. Jest dość podobna do albumowej, która ma 5:55. Większość z nas zna głównie wersję radiową, która z kolei miała 3:58 (i jest podstawą do teledysku).

Polecam cały album. Jak mi wpadł w ucho, kompulsywnie guglałem ciekawostki na temat tego zespołu, wtedy przecież wiedzieliśmy tyle, co nam w trójce powiedzą.

Myślałem, że „Sally” jest o jakiejś kobiecie, a to po prostu o Armii Zbawienia! No i nie wiedziałem, że członkowie zespołu jeszcze w 1984 żyli w biedzie, więc „When Am I Going To Make A Living” jest autobiograficzne (myślałem, nie wiem czemu, że Sade Adu urodziła się w jakiejś bogatej rodzinie).

Krótko mówiąc, polecam Sade. Choćby jako arsenał na wypadek nadchodzącej apokalipsy.

Unio, do boju!

Pozwoliłem sobie zapolemizować na łamach „Gazety Świątecznej” z optymistycznymi tezami prof. Michała Kosińskiego, przedstawionymi tydzień wcześniej w wywiadzie dla Anity Karwowskiej i Waldemara Pasia. Który to Waldemar Paś, mówiąc bardzo nawiasem, 14 lat temu namówił mnie do założenia bloga (gdy wspominam tę rozmowę, pamiętam nasze ówczesne biurka – obaj siedzieliśmy piętro niżej, bo „Gazeta Wyborcza” była wtedy tak wielką instytucją, że zajmowała dwie kondygnacje).

Jako mistrz autopromocji zaznaczę od razu, że dla PT blogobywalców w tym tekście prawdopodobnie nie będzie niczego nowego (może poza anegdotą o kardynale Richelieu, pionierze medialnym). No ale skoro cyberoptymiści powtarzają w kółko te same argumenty, my jako cyberpesymiści nolensując wolensa musimy powtarzać te same polemiki.

Profesor Kosiński miał ostatnio tournee w polskich mediach, w których prezentował klasyczny cyberoptymizm w wersji, którą – jak naiwnie myślałem – pogrzebaliśmy razem z superkretyńską książką „The New Digital Age” Cohena i Schmidta z 2014. Klasyczna obietnica cyberoptymizmu mówiła, że korporacje takie jak Google czy Facebook gromadząc i dostarczając wielkie ilości informacji wyrządzą dla ludzkości tyle dobrego, że nie należy ich działalnośco ograniczać regulacjami.

Wydawało (mi) się, że po Snowdenie i Cambridge Analytica do wszystkich już dotarło, że tak nie jest. I że bilans z działalności kartelu GAFA jest dla nas generalnie ujemny. Te firmy od dawna robią więcej złego niż dobrego.

Okazuje się, że cyberoptymizm przeszedł tylko drobny rebranding, wszystko tłumacząc (jak robi to prof. Kosiński) prostym hasełkiem „dwa kroki do przodu, jeden w tył”. Tylko gdzie są właściwie te „kroki do przodu”, pray tell?

Gdy tutaj dociskać prof. Kosińskiego, odfruwa w science-fiction typu „sztuczna inteligencja wyleczy raka”. Nie, nie wyleczy, choćby dlatego, że rak to nie jest jedna choroba.

Ale nawet gdyby, to takimi badaniami powinny się zajmować państwowe jednostki, finansowane z podatków pobranych od cyberkorpów. A nie cyberkorpy w wolnych chwilach od kradzieży naszych danych i udoskonalaniem technik animowania kotków.

Kartel GAFA należy uregulować i rozbić. Nie dajmy sobie wmówić, że sprawa jest skomplikowana i zniuansowana: jest bardzo prosta.

Cyberkorpom przede wszystkim należy zabronić tworzenia karteli wertykalnych – tak w 2004 Komisja Europejska zabroniła Microsoftowi łączenia przeglądarki i odtwarzacza z systemem operacynym. Kiedyś to Microsoft wydawał się potęgą nie do ruszenia – Waszyngton leżał przed nim plackiem, ale Bruksela go pokonała. Da radę Bezosom i Zuckerbergom, jeśli tylko zechce działać.

Wzorem tamtego rozwiązania, Amazon musi dostać propozycję nie do odrzucenia. Może być albo globalnym sklepem „z wszystkim”, albo platformą streamingową, albo serwisem hostingowym. Ale nie może łączyć Amazon Prime, Amazon Web Services i Amazon Store jako jeden.

Tak samo Alphabet/Google musiałby wybrać – wyszukiwarka, Android czy Youtube? A Facebook rozstać się z Whatsappem i Instagramem.

Facebookowo dodatkowo dupnijmy interoperatywność. W praktyce ona już i tak jest, tylko że jednostronna. Część z Was, drodzy komcionauci, loguje się przecież na tym blogu swoim kontem fejsowym – powinna być też symetryczna możliwość logowania się na fejsie kontem wordpressowym (czyli ogólnego logowania się jakimś EuroID na wszystkich komercyjnych serwisach działających w EU).

Oczywiście, Unia Europejska nie może niczego nakazać amerykańskim firmom. Ale może im zabronić zarabiania pieniędzy na europejskim rynku. No już widzę jak Cook, Zuckerberg, Bezos czy Brin strzelają focha i nas opuszczają. Papatki, nie będę tęsknić.
Na Microsoft ten straszak podziałał. Podziała i na Google’a.

Nie zapominajcie, że niczego tym firmom nie zawdzięczamy, więc niczego nie jesteśmy im winni. To nie one stworzyły internet. To nie one wynalazły wyszukiwanie ani serwisy społecznościowe.

One to tylko zmonopolizowały, hamując dalszy rozwój. Należy je rozbić w interesie – cytując senator Elizabeth Warren – „the next kid who comes along”.

To jest takie proste. To bym zrobił jako unijny komisarz. I chciałbym głosować na polityków, które taką agendę forsowaliby na unijnym forum (wolę nie wiedzieć, jakie zdanie ma Biedroń).

Drodzy pisowcy…

Dawno się do was nie zwracałem (ale bywalcy bloga wiedzą, że ten nagłówek się tu czasem pojawia). Dla początkujących przypomnienie, że to nie jest Twitter, to jest mój blog, komentarze podlegają ostrej moderacji. Debiutantom rekomenduję przyjrzenie się poprzednim komentarzom i próbę dostosowania do ogólnego poziomu.

Piszę do was, drodzy pisowcy, zdruzgotany ostatnimi porażkami prezydenta Dudy i polskiej dyplomacji. Marka „Polska” to nasze wspólne dobro, więc przykro nam, gdy Wasi politycy ją niszczą.

Depesza Reutersa „Poland’s President Says He Won’t Attend Holocaust Event in Israel” brzmi fatalnie. W takiej mniej więcej wersji to pokazują zachodnie media.

Zgadzam się, że prezydent Duda nie miał innego wyjścia. Ale to właśnie źle, że dał się zapędzić do sytuacji bez wyjścia.

Gdzie on w ogóle był, kiedy problem narastał? Jeździł na nartach? Łapał hostię? Tweetował z Ruchadłem Leśnym?

Rosjanie – z tym się też chyba zgodzicie – to dobrzy gracze. Nie „dobrzy” w sensie „stojący po stronie dobra”, tylko w sensie „dobrzy w te klocki”.

Zręcznie udało im się wygenerować przekaz o „antysemickiej Polsce”. Choć to Rosjanie na nas napadli do spółki z Hitlerem, wytworzyli narrację, w której wszystko jest na opak. To jest katastrofa.

Gdzie były te wszystkie fundacje od dbania o polskie dobre imię? Czy one w ogóle potrafią cokolwiek, poza wydaniem setek milionów na jacht, który nie pływa? Gdzie Mabena? Gdzie Czaputowicz?

Jak może wiecie, pasjonuje mnie USA i amerykańska popkultura, w tym: westerny. Zastanówmy się wspólnie nad pewnym paradoksem: Amerykę zbudowano na ludobójstwie.

Biali osadnicy najpierw ukradli ziemię jej rdzennym mieszkańcom, a potem ich zamknęli w rezerwatach, skazując na powolne wymieranie z biedy i chorób. Dlaczego nikt im tego nie wypomina, poza niszowymi lewakami, którzy i tak uwielbiają westerny z Johnem Wayne?

No bo przyjrzyjmy się, jak to John Wayne rozegrał. Od lat 50. był współscenarzystą, współproducentem i współreżyserem filmów, w których występował, więc można zakładać, że wyraża w nich swój światopogląd.

Te filmy często bazowały na prawdziwych wydarzeniach i często pokazywano w nich krzywdę rdzennych Amerykanów. Ale odpowiadał za nią jakiś bohater negatywny: niekompetentny agent ds Indian, niedoświadczony dowódca kawalerii, skorumpowany gubernator, nieuczciwy biznesmen itd.

Wayne grał bohatera pozytywnego, który jest wolny od rasizmu i pełen szacunku dla rdzennych mieszkańców. Z wodzem Apaczów wypalił niejedną fajkę, z wodzem Siuksów polował na bizony, a wódz Komanczów go kiedyś ciężko ranił, ale walka była honorowa, więc połączyło ich „krwawe braterstwo”, więź silniejsza od przyjaźni (streszczam tutaj autentyczne wątki z kilku westernów).

Oczywiście, mówi płynnie w ich językach. I mówi im w nich (a także po angielsku), że co się stało, to się nie odstanie, ale powinni korzystać z wielkich możliwości, jakie im daje Ameryka: studiować w college’u, zakładać biznesy.

Gdyby John Wayne był Polakiem, zarzucalibyście mu zdradę narodową. Tylko dlatego, że ośmiela się wspominać o ciemnych sprawach z historii Ameryki – tak jak pisarze i filmowcy, których wyklinacie za wspominanie o ciemnych sprawach z historii Polski. Ale przecież mówią też o jasnych!

Gdyby minister Gliński miał minimum kompetencji, potrafiłby wykorzystać prozę Tokarczuk jako punkt odbicia do rozsławiania Polski na świecie. Te książki wcale nie są antypolskie – nie bardziej niż westerny Johna Wayne’a są antyamerykańskie.

A że są popularne, to jakaś kontr-impreza – bez Putina, ale za to z polskimi artystami i intelektualistami o światowej sławie, mogłaby przyciągnąć uwagę. To by na pewno wyglądało lepiej, gdyby Duda ogłosił, że nie pojechał do Jerozolimy, bo wolał rocznicę obchodzić w towarzystwie Tokarczuk.

To było do zrobienia, tylko wymagałoby kompetentnego ministra kultury i kompetentnego ministra spraw zagranicznych. Gdy PiS przechwycił 5 lat temu kulturę i dyplomację, powyrzucał wszystkich starych fachowców.

Efektem był paraliż. Przez pierwsze dwa-trzy lata można było to uważać za okres przejściowy, ale kiedy on się skończy? W 2030?

A może jednak trzeba znaleźć kogoś, kto umie wykorzystać międzynarodową sławę polskich pisarzy. I kogoś, kto umie grać w dyplomatyczne gry. I prezydenta, który ma inne talenty poza jazdą na nartach?

No wiem, nie powiecie tego na głos. Ale wierzę, że część z was zaczyna mieć takie wątpliwości…

Śmiszek 2020

Pod poprzednią notką już się pojawił offtopic o kandydaturze Biedronia, zrobię więc dedykowaną notkę, żeby ten temat się ograniczał do jednego miejsca. I więcej do niego nie wracajmy, proszę. To temat tak przykry, że podsumowałbym go najchętniej słowami wybitnego biznesmena i filantropa Zbigniewa Stonogi: szkoda, nie warto.

Zaczęło się od niesmacznego przecieko-falstartu w wydaniu Krzysztofa Śmiszka, który – jak go usprawiedlwiała rzeczniczka Lewicy – po prostu ma „krotochwilny styl”. A potem było coraz gorzej.

Odwołuję swoje nadzieję sprzed miesiąca, że lewica może zawalczyć o podium. Gdyby zadziałać PRZED Hołownią, może i by się udało, ale teraz to on przechwyci większość rozczarowanych duopolem PO-PiS.

Biedroń cofa lewicę do roku 2015. Do jednoprocentowego wyniku, do gry w tej samej lidze, co PSL, Braun, Korwin i Tanajno.

Może się znowu mylę, może to będzie sukces. Cóż, obiecuję, że będę wtedy co miesiąc zamieszczać notkę pochwalną na cześć prezydenta Biedronia.

Tak bym się ucieszył z przegranej pozostałych kandydatów, że nawet mnie ta myśl nie przeraża. Tylko że dobrze wiemy, i ja, i wy, że to się nie wydarzy.

Kiedyś zatkałem nos i zagłosowałem na Komorowskiego, to i pewnie do Biedronia się jakoś przymuszę. Tylko że przez piękną krótką chwilę miałem nadzieję już tak nie głosować.

W moich oczach Biedroń skompromitował się bezsensownym kłamstwem, że po wyborach zrzecze się mandatu (jak się okazało – zrobiłby to na rzecz prof. Moniki Płatek, którą w europarlamencie widziałbym chętniej od niego).

Po co mu to było? Nie rozumiem tego. Ale nie szanuję ludzi, którzy składają takie deklaracje, a potem nie dotrzymują słowa i nie widzą potrzeby, żeby się z tego jakoś wytłumaczyć.

Mówicie, że wielu polityków tak robi? Zgoda – skądinąd rzeczywiście gardzę wieloma politykami, szanuję bardzo nielicznych, a już osobliwą komorę w swoim hejterskim serduszku mam do ludzich chorągiewek, które to robią ponadprzeciętnie często.

Co bym zrobił na jego miejscu? No cóż, nieprzypadkowo nie jestem. A gdybym był, to bym nie składał takiej deklaracji. A gdybym złożył, to bym dotrzymał, bo po prostu nie umiem inaczej.

Czasem tak mam, że się w coś dam wrobić, że nie umiem komuś odmówić, i wtedy piszę tekst na temat, który mnie tak naprawdę nie obchodzi, albo biorę w czymś udział za haniebną stawkę (przeklęty brak asertywności!). Ile wtedy zrzędzę, narzekam i przeklinam, o tym dużo i barwnie mogą opowiedzieć moi współpracownicy – ale jednak dostarczam.

Pewnie dlatego nigdy nie będę człowiekiem sukcesu, jak Śmiszek z Biedroniem. Nie będę wrzucać radosnych fotek na instagrama z hasztagami #mega, #sukces, #mamyto. Raczej będę narzekać na fejsie (#nano #porażka #niemamytego).

Gdybym był kimś ważnym, jakimś liderem opinii albo wpływowym publicystą, powstrzymywałbym się przed krytyką Biedronia. W kontekście przyszłych wyborów zależy mi przecież na tym, żeby kandydat lewicy dostał 5% (o 8% nie śmiem nawet marzyć).

Na szczęście nie jestem nikim ważnym, więc mogę sobie pozwolić na szczerość. Sprawy, które popieram, przeważnie przegrywają – dla Biedronia to nawet lepiej, że nie okazuję mu entuzjazmu.

Rozumiem natomiast tych, którzy już w pierwszej turze zagłosują od razu na Hołownię. W tych wyborach chodzi przede wszystkim o obalenie kaczyzmu – niektórzy w tej sytuacji nie mają głowy do planktonu z końca tabeli.

Na mojego czuja, Hołownia ma większą szansę od Kidawy na pokonanie Dudy w drugiej turze. Ergo, ma pewien sens postulat taktycznego głosowania na niego już w pierwszej.

Hołownia to zwierzę medialne. Zna media od podszewki: pracował w gazecie (stąd się znamy), pracował w radiu (stąd właściwie też), pracował w telewizji (co zabawne, stąd też).

Kiedyś siedziałem z nim przy sąsiednim biurku, potem parę razy przyjmowałem zaproszenia do jego programów. Tak, za friko. Cóż: pisałem już o braku asertywności, nie umiem odmówić, jak ktoś sympatycznie prosi (a Hołownia to umie, oj umie).

Wiem więc, że on w mediach ma wielu przyjaciół – i praktycznie nie ma wrogów. Ja siebie też nie uważam za jego wroga, po prostu za kogoś o innym światopoglądzie.

Media będzie miał generalnie za sobą. Kampanii wprawdzie nie wygrywa się w mediach, ale Hołownia świetnie sobie radzi także w Internecie i na wystąpieniach publicznych. Nie wiem, czy Kidawa na jakimkolwiek polu ma nad nim przewagę.

Jeśli Hołownia pokona Dudę, to też mu napiszę notkę pochwalną. Trzymajcie mnie za słowo, dostarczę. Tak bardzo przydałaby się wreszcie jakaś dobra wiadomość w sferze publicznej…

Duchy Sylwestrów przeszłych i przyszłych

To chyba jedyna okazja w dziejach bloga, by napisać podsumowanie dekady. Bloga założyłem latem 2006, więc w sylwestra 2009/2010 byłem jeszcze blogerem względnie początkującym. W sylwestra 2029/2030 bloga już chyba raczej nie będę prowadzić (?).

Świat się potężnie zmienił przez tę dekadę, na pewno bardziej niż w latach 90. czy nawet zerowych. W 2010 wchodziłem jeszcze z resztkami optymizmu roku 1989: wierzyłem, że świat idzie Generalnie w Dobrym Kierunku.

Wierzyłem, że mój kraj uwolnił się z autorytarnych ciągot i nawet jeśli będzie rządziła niemiła mi partia (przecież wszystkie były mi mniej lub bardziej niemiłe), podstawowe swobody nie będą zagrożone. Straciłem tę wiarę.

Wierzyłem w trwałość Unii Europejskiej i NATO oraz w stopniowe rozszerzanie obu sojuszy. Przecież każdy chce żyć tak jak my, w Azji i Afryce też! Tę wiarę też straciłem.

W sylwestra 2009/2010 kończyłem pracę nad swoją drugą książką, „Ameryka nie istnieje”. Uważny czytelnik zauważy w niej założenie, że Ameryka też zmierza w Ogólnie Dobrym Kierunku.

Wybór Obamy uważałem za symboliczne wyzwolenie się Ameryki ze stuleci rasizmu. By to zilustrować (tak, teraz mnie też to śmieszy) pojechałem do symbolicznego miasteczka, rozsławionego filmem „Missisipi w ogniu”. Miasteczko w 2009 wybrało afroamerykańskiego burmistrza.

Burmistrz Young, jak wynika z internetu, nadal sprawuje urząd. Ale dziś już oczywiście nie wierzę, że takie pojedyncze wydarzenia oznaczały koniec rasizmu w USA. Potem ze zgrozą czytałem o zamieszkach na przedmieściach St Louis – ja tam kilkakrotnie zabłądziłem (tam się zawsze błądzi, to nawet żart w „National Lampoon’s Vacation”), wysiadałem, pytałem o drogę, nie wiedziałem, że jestem w jakimś niebezpiecznym getcie!

Przywilej jasnej skóry. A to ważne miejsce, występuje w obu moich książkach, to skrzyżowanie rokendrolowych dróg numer 61 i 66. Teraz bym się chyba bał tam pojechać, błądzić, wysiadać i robić zdjęcia.

Z pozytywnego dorobku – pod koniec 2009 mój antyklerykalizm, lewicowy światopogląd i moja nieufność wobec technologicznych korporacji czyniły mnie ekscentrykiem nawet w moim gazetowym bąbelku towarzyskim. Dziś w tym bąbelku to już mainstream. Ba, nawet wreszczie mam na kogo głosować!

Przez te kilkanaście lat zdarzało mi się na różnych sylwestrowych domówkach spełniać w roli didżeja-amatora. Podsumuję tę dekadę przez pryzmat swoich setów.

Ze względu na zróżnicowane towarzystwo na tych domówkach, musiałem kombinować jak koń pod górkę, żeby było i coś dla punko-nostalgików, i coś współczesnego, i coś latynoskiego, i jakaś klasyka disco. Mashupy, które eksplodowały w drugiej połowie lat zerowych, częściowo rozwiązywały ten problem.

Zacznę więc od mashupa Team9 „Casbah Girls”, hitu sylwestra 2009/2010. Największym floor fillerem tamtej nocy było jednak „Mas Que Nada”, odświeżone wówczas przez Black Eyed Peas. Goście wtórowali chóralnym zaśpiewem, największa radość dla didżeja amatora, ech. Tak niedawno, a tak dawno.

W sylwestra 2011/2012 na moich plejlistach pojawił się electro swing, który do dzisiaj uważam za swój ulubiony gatunek taneczny. Zacząłem od „Catgroove” Parov Stelara, głównie z powodów pragmatycnych – nastrój tego kawałka powoli narasta, więc świetnie się nadaje do zrobienia przejścia („a teraz z innej beczki”). Tamtej nocy największym hitem z tego samego gatunku było jednak „Soulsalicious” Tape Five.

Fascynacja electro swingiem i współczesnymi wariacjami na temat muzyki latynoskiej przeszła mi do zainteresowania oryginałami. W sylwestra 2013/2014 dużo puszczałem Pereza Prado i Tito Puente.

„Oryginał” to zresztą kwestia umowna, bo oni przecież z kolei przerabiali latynoskie melodie ludowe na jazz i rock. Weźmy „Quien Sera” Pereza Prado (które do dziś bardzo lubię, ewokuje wyobrażeniem Idealnej Prywatki Lat Sześćdziesiątych).

W sylwestra 2015/2016 dalej kochałem electro swing. Znów poleciał Parov Stelar, wtedy płyta „Demon Days” była względną nowością – a na niej było bodaj najlepsze ever wykonanie „Don’t Mean a Thing”. A trochę tych wykonań słyszałem!

Hitem, proszę mi wybaczyć banał, tamtego sylwestra było jednak „Uptown Funk”. Puszczałem też znakomity kawałek z tej samej płyty „Feel Right”.

W 2018 połknąłem winylowego bakcyla, jak już o tym pisałem. Zacząłem kolekcjonować taneczne dwunastki z lat 80. (i szukać pretekstu do ich puszczenia).

Moje setlisty nie mają więc już wyraźnego śladu cyfrowego, ale na blogu pisałem o dwunastkowych wersjach Duran Duran. Poza tym: A-Ha, Alphaville, Bronski Beat, Tears For Fears, Ultravox, Eurythmics… wrzucę tylko linka do swojego przenajukochańszego duetu Les Rita Mitsouko.

Co nas czeka w latach 20.? Strachu teraz we mnie dużo więcej niż nadziei. Może to nieuchronne kalendarzowo: w minionej dekadzie byłem czterdziestoparolatkiem. W tej będę pięćdziesięcioparolatkiem. To już nawet nie jest „bliżej niż dalej”, to jest… ech, tylko Demarczyk puszczać na zmianę z Grechutą.

Życzę wam wszystkim wspaniałej zabawy i udanej dekady. Obyśmy dotrwali w niezmniejszonym składzie do lat trzydziestych!

Tysiąclatki po latach

Jest sobie wydawnictwo „Księży Młyn”, którego stoiska zwykle wypatruję na różnych targach w poszukiwaniu książek o historii szeroko rozumianej infrastruktury. Nabyłem u nich ostatnio pracę Krzysztofa Wałaszewskiego „Tysiąc szkół na tysiąclecie”.

Mit założycielski III RP opisuje PRL jako radziecką okupację. Przywódcy zajmowali się niewoleniem nas, a my jęczeliśmy w kajdanach: zero pozytywnego dorobku.

Tysiąclatki do tego nie pasują. W wielu małych miejscowościach to był pierwszy – i przez dziesięciolecia jedyny – nowoczesny budynek użyteczności publicznej.

Tylko tam okoliczni mieszkańcy mogli zrobić kurs tańca, kiermasz staroci, przegląd kapel ludowych albo punkrockowych czy konwent science-fiction. Ba: słynna giełda Bajtka, na której powstała niejedna spółka pompująca dziś warszawski indeks giełdowy, odbywała się w szkole tego typu.

Po wejściu do Unii i serii inwestycji typu „aquapark w każdej gminie”, tysiąclatki zaczęły odchodzić na dalszy plan. Przez dekady jednak poza funkcjami edukacyjnymi, budowały też więź społeczną – towar do dziś deficytowy.

Książkę Wałaszewskiego czyta się trochę jak dobrą pracę magisterską (w istocie chyba nią jest). Widać solidny risercz, ale gdy tylko się robi ciekawie, autor pisze, że coś „wykracza poza zakres tego opracowania”.

Mamy więc kopalnię informacji „kto, kiedy, gdzie i za ile”, ale kwestie społeczne czy estetyczne traktowane są zdawkowo. Rozdział „tysiąclatki dziś” to niecałe 3 strony na 350!

Same fakty też są jednak ciekawe. Okazuje się na przykład, że plotka o rzekomym „prawdziwym przeznaczeniu” tysiąclatek na potrzeby wojska była legendą miejską.

Owszem, MON przedstawiło uwagi dotyczące dostosowania niektórych szkół – ale było to już po ogłoszeniu akcji. Równie dobrze można powiedzieć, że prawdziwym celem była poprawa infrastruktury turystycznej, bo inne szkoły modyfikowano tak, żeby można było w nich urządzić kolonie albo hostel (sam nocowałem w takich szkoło-schroniskach).

Autor książki zdaje się interpretować wątpliwości na niekorzyść PRL, ale z przytoczonych przez niego faktów wynika, że pomysłodawcą akcji był Gomułka. I chodziło mu jednak o przede wszystkim o uwolnienie uczniów od prymitywnych warunków (szkoły bez łazienek, ogrzewania, sal gimnastycznych itd).

Jasne, był też cel propagandowy (co wielokrotnie podkreśla Wałaszewski). Ale przecież tak można powiedzieć o każdym polityku – że wszystko robi dla utrzymania władzy.

Moim zdaniem bez względu na intencje, liczy się konkret: szkoła, autostrada, ustawa. Coś, co zostanie dla następnych pokoleń.

Pomniejszając dorobek tej akcji Wałaszewski pisze, że mimo niej „nadal było ciasno”. Tu już przypomina prawicowych publicystów, którzy dowodzili, że Platforma nie buduje autostrad („bo Warszawa nadal nie ma obwodnicy!”).

Twierdzi w podsumowaniu, że bez tej akcji te szkoły i tak by powstały – bo poza „oficjalnym tysiącem” zbudowano tysiące innych szkół, często mylnie nazywanych tysiąclatkami, bo korzystały z tych samych projektów. No dobrze, ale bez akcji nie byłoby tych projektów, a także konkursów, konferencji, uzgodnień, ułatwień w pozyskiwaniu działek – itd.

Propaganda PRL przedstawiała tę akcję jako działanie całego społeczeńswa. Ludność stawiała się na budowie z łopatami, zakłady pracowały w niedzielę z przeznaczeniem wypłaty na Społeczny Fundusz Budowy Szkół, Polonia przysyłała dewizy.

Wałaszewski przeciwstawia tej narracji swoją: pomniejsza znaczenie „czynów społecznych” (amator na placu budowy często robi więcej szkody niż pożytku), podkreśla przymusowość tej „dobrowolności”.

Jasne, kto pamięta PRL, ten pamięta „sprawdzanie obecności na czynie społecznym”. Sam się buntowałem jako uczeń, gdy mnie „wyznaczano na ochotnika” i wykłócałem się z nauczycielami o absurd tych sformułowań.

Dziś widzę to inaczej. Już starożytni Grecy wiedzieli, że ustrój republikański wymaga aktywności obywatelskiej. Demokracja zginie, jeśli obywatele będą ją traktować jak sklep („płacę podatki, więc wymagam”).

W PRL społeczeństwo obywatelskie było fikcją, ale w III RP też nią jest. Tzw. „trzeci sektor” polega przecież głównie na zagospodarowywaniu rządowych pieniędzy na „organizacje pozarządowe” (w najlepszym wypadku: unijnych lub norweskich, a więc tak czy siak rządowych).

Czy to lepsze od PRL-owskich „czynów społecznych”? Czy nie przykładamy podwójnych kryteriów: gdy coś dobrego zrobiono w PRL, to „dla propagandy”, a gdy w III RP, to „dla obywateli”?

Ciekawe pytania. Niestety, wykraczają poza zakres…

Złoty ćwiek

Z okazji świąt wypadałoby napisać coś optymistycznego (dla tych, co zajrzeli tu po raz pierwszy: czy ateiści obchodzą święta? no jasne, przecież to, że chrześcijaństwo sobie zawłaszczyło pogańskie solarne święta przesilenia i równonocy, to jeszcze nie powód do ich bojkotu).

Dobre wiadomości płyną z frontu infrastruktury drogowej. PiS wprawdzie buduje wolniej i drożej od Platformy, ale jednak nie doszło tym razem to całkowitej zapaści, jak za Kazza Marcinkiewicza.

Kiedyś fantazjowałem na blogu o symbolicznym „wbiciu złotego ćwieka” w polski system autostrad i ekspresówek. Chyba już można o tym mówić – bo pamiętajmy, że w USA podczas budowy transkontynentalnej linii Union Pacific ceremonię „złotego ćwieka” urządzono, gdy jeszcze pierwsi pasażerowie musieli się przeprawiać promem przez Missisipi, bo most był jeszcze w budowie.

Dziś otwarto autostradową obwodnicę Częstochowy. To znaczy, że jadący z północy kierowca musi wprawdzie się przebiedować przez kilkadziesiąt kilometrów gierkówki upgradowanej do autostrady, ale na węźle Częstochowa-Północ (do niedawna zwanym węzłem Rząsawa, szczęśliwie przemianowali zawczasu) jest już w europejskiej sieci autostrad. Hen, do Lizbony!

Ten upgradowany fragment kiedyś był najlepszym odcinkiem na tej trasie, bo w odróżnieniu od odcinka Piotrków-Warszawa, był zbudowano od początku nowym śladem. To już za Gierka mogła być autostrada, ale z przyczyn oszczędnościowych obcięto węzły i wiadukty, więc zostało kilkanaście kolizyjnych skrzyżowań.

Gdy jedziemy przez kraje, które swoją sieć autostradową zasadniczo ukończyły kilkadziesiąt lat temu, jak USA czy Niemcy, też natrafiamy na odcinki z wykopkami. Potraktowałbym to więc jak ten tymczasowy prom przez Missisipi – na tym odcinku zresztą sytuacja będzie się stopniowo poprawiać, w miarę oddawania kolejnych elementów.

Tydzień wcześniej czekała nas też inna sensacja, o której z kolei pisałem pół roku temu w „Wyborczej”. Pojawiła się już możliwość jazdy w kółko bez opuszczania autostrad i ekspresówek.

W trójkącie Poznań – Łódź – Wrocław można się teraz kręcić po kombinacji S8-A8-S5-A2-A1. Zważywszy, że na A2 mija się wtedy ze dwa motele, można to robić w nieskończoność – bawiąc się w tokarczukowego „bieguna”.

Wkrótce zaś, gdy dokończą S3 i wspomniany fragment gierkówki, pojawią się kolejne potencjalne kółka. Otwarcie S5 już teraz pozwala zaś na przejechanie najdłuższej teoretycznie możliwej trasy wyłącznie po nowych drogach, Szczecin-Rzeszów (858 km – choć oczywiście gugiel sugeruje raczej 812 km po S3, bo ten niedokończony fragment to już naprawdę drobiażdżek).

To są oczywiście wszystko wycieczki dla maniaków infrastruktury – ewentualnie zawodowych transportowców. Ale samo pojawienie się możliwości kręcenia w kółko dowodzi, że mamy już konkretną sieć.

Na zachód od gierkówki mamy już właściwie zachodnioeuropejskie nasycenie autostrad i ekspresówek. A i na wschód tragedii nie ma. Po Polsce jeździ się już nie gorzej niż po „starej unii”, a na pewno lepiej niż po naszej ukochanej Skandynawii.

A przecież gdy zaczynałem blogować w roku 2006, autostrady sprowadzały się do kilku niepowiązanych ze sobą kresek na mapie, a ekspresówki do kilku obwodnic. Jedynym ich skrzyżowaniem był węzeł S1/A4 w Mysłowicach.

O prawdziwym skrzyżowaniu dwóch autostrad, albo o możliwości przejechania kilkuset kilometrów bez opuszczania sieci, mogliśmy wtedy tylko marzyć. Gdy Komorowski w 2010 zapowiedział budowę 1000 km nowoczesnych dróg, prawica dostała histerii, że to niemożliwe, że to wykluczone, że nic nie zbudują, a co zbudują, to trzeba będzie potem zamykać.

Tymczasem na początku 2010 mieliśmy 636 km autostrad i ekspresówek. W 2015, gdy Komorowski potrącił zakonnicę na pasach, mieliśmy 3115 km.

Obecnie mamy ok. 4000 km. Przez te 4 lata rządów PiS trochę nam ich przybyło, nie zaprzeczam – choć były to głównie kontrakty podpisywane jeszcze za PO, których ubywa, więc w roku 2020 niewiele się wydarzy.

Oby w drugiej połowie roku na ceremoniach przecinania wstęgi pojawiał się już nowy prezydent. A choćby i Hołownia. Czego sobie i państwu życzę z okazji przesilenia solarnego.

Toss a Coin to Your Witcher

Zamawiając u mnie tekst o Netfliksowym „Wiedźminie” redakcja wyraźnie zaznaczyła, że mam nie recenzować, bo recenzję napisze kto inny. Przemyciłem więc z drżeniem serca jeden akapit z opinią – w którym porównałem styl narracji do gry wideo, w której niecierpliwy gracz naciska spację, żeby przeskoczyć cutsceny i przejść do akcji (w związku z tym nie wie, z kim i o co walczy, ale mu to nie przeszkadza).

Opinię wprawdzie sformułowałem na podstawie pierwszych 5 odcinków – tyle „Netflix” udostępnił recenzentom – ale po obejrzeniu całości ją podtrzymuję. Bez znajomości opowiadań widz będzie się tu czuł zagubiony.

Najbardziej irytujące to jest w pierwszym odcinku, który w dość powszechnej opinii jest najsłabszy. Odpowiada z grubsza opowiadaniu „Mniejsze zło” (plus fragmenty z „Coś więcej”, które rozsmarowano na cały sezon).

Każdy wielbiciel prozy Sapkowskiego czuje dreszcz grozy na dźwięk tych dwóch słów: tridamskie ultimatum. W serialu wycięto wszystko na jego temat.

W jednym dialogu ktoś Geraltowi nawet wysuwa ultimatum i potem redundantnie dodaje „to jest ultimatum”. Wyglądało to trochę tak, jakby scenariusz skracano i skracano, aż został kikut – który tak naprawdę też trzeba było wyrzucić, bo i tak widzimy, że to jest ultimatum.

Skoro nie wiemy, jakie – to nie wiemy też, dlaczego Geralt dobywa miecza. I dlaczego właściwie wynikającą z tego rzeź uznał za tytułowe „mniejsze zło”.

Tego typu zabiegi pokazują po raz kolejny unikalność prozy Sapkowskiego. Wielkie rozpierdziuchy często dzieją się poza główną narracją – poznajemy je z drugiej ręki, w dialogach, we wspomnieniach.

Twórcy serialu chcieli chyba rywalizować z widowiskowością „Gry o Tron”, więc koniecznie musieli pokazać z detalami bitwę o Sodden albo rzeź Cintry. I od strony wizualnej chwilami nawet dają radę – powiedziałbym na przykład, że smok z „Granicy możliwości” jest lepiej zrobiony niż w „GoT”.

Tylko że w efekcie te bitwy przebiegają tak, jakby dowodzili nimi absolwenci Akademii Militarnej Westeros. Nic w nich nie ma sensu.

Czarodzieje potrafią teleportować siebie i innych gdy tylko mają taki kaprys, ale nagle zapominają o tych umiejętnościach podczas oblężenia. Obrońcy fortecy wychodzą na przedpole, by się dać zmasakrować przeważającym siłom nieprzyjaciela – niedobitki wracają, by popełnić w tej fortecy samobójstwo.

Nie raz, nie dwa, będziemy w tym filmie stukać się w czoło, że coś kompletnie nie ma sensu. I to nigdy nie będzie wina Sapkowskiego.

Te minusy nie powinny przesłaniać plusów. Zaklinam wszystkich, by przetrwali najsłabsze dwa odcinki – pierwszy i drugi. Od trzeciego robi się coraz lepiej.

Aktorzy grający Geralta, Yennefer i Jaskra początkowo mnie drażnili – bo po prostu inaczej sobie wyobrażałem te postacie. Ale to chyba raczej wina mojej wyobraźni?

Cavill gra Geralta jako postać, którą trudno polubić. To antypody poczciwiny Żebrowskiego. I chyba… taki powinien być wiedźmin?

Netfliksowa Yennefer ma taki typ urody, jakby do Aretuzy trafiła z dyskoteki „Ibiza” w Myciskach Niżnych. Początkowo mnie to raziło, ale przecież pasuje do prozy Sapkowskiego.

Jak ująłby to niestrudzony komcionauta Awal, Yennefer to social climberka. Nie pochodzi z arystokracji magicznej. Że ja fantazjuję o inaczej wyglądających czarodziejkach, to już tylko moje oxenfurckie zboczenie.

Serialowy Jaskier to mitoman, egocentryk, erotoman, pijak i degenerat. Zaraz – przypomnijcie mi, co właściwie chciałem zakwestionować?

Z wszystkich znanych mi Jaskrów (a byłem nawet na musicalu w Teatrze Muzycznym w Gdyni!), ten ma najlepsze piosenki. „Toss a Coin to Your Witcher” od razu wpada w ucho.

Netfliksie, pomyśl o winylu z piosenkami z serialu. Picturedisc! Shut up and take my money.

Większość smaczków społeczno-politycznych wypadło, ale został najważniejszy: Nilfgaard jako metafora dwudziestowiecznych totalitaryzmów. Tutaj jakby celowo uwspółcześniony w duchu rozważań Snydera o tyranii.

Siedzimy sobie w tym Oxenfurcie, popijamy piwo kraftowe i komentujemy wieści z parlamentu. Że cesarz przepchnął w parlamencie kolejną ustawę. A opozycja się zachowuje jak armia upadającego imperium z serialu fantasy.

Krótko mówiąc, w skali pięciogwiazdkowej dawałbym „Wiedźminowi” solidną czwóreczkę. „Gra o Tron” to zresztą też przecież nie było nieustające 5/5. Ogólnie nie jest źle, raczej polecam.