Wojenny klub książki

Otwieram spotkanie Ekskursyjno-Dyskusyjnego Klubu Książki, poświęcone książkom pomagającym zrozumieć tę wojnę. Na początek proponuję „Czarne złoto” Karoliny Bacy-Pogorzelskiej i Michała Potockiego.

Jak wynika z posłowia, autorzy ukończyli pracę w lutym 2020, czyli w Ostatnim Normalnym Miesiącu. Wojny ani pandemii w tej książce nie ma, za to jest interesujący rozdział profetyczny, z którego wynika, że prezydentura Zełeńskiego wymusi JAKĄŚ radykalną zmianę związaną z Donbasem, ale „w jej początkowej fazie nie sposób ocenić, który scenariusz się spełni”.

Książka jest w lekturze ciężka i nieprzystępna i gdyby nie wojna, nie przebrnąłbym do końca. Autorzy przywalają nas dziesiątkami nazwisk i nazw typu „Wniesztorgserwis”, wpadają też w liczne dygresje, które są ciekawe, ale oddalają nas od głównego tematu.

Głównym tematem jest przecież Donbas i sieć korupcyjnych powiązań, za sprawą których tamtejszy antracyt, mimo sankcji i embarga, jest kupowany w Polsce, na Zachodzie, w Turcji itd. Zamiast się tego trzymać, autorzy dorzucają nam np. rozdział o historii Wałbrzycha (że też antracyt).

Czytana dziś, ta książka pomaga zrozumieć „na cholerę to było Putinowi”. Zaznaczę jednak, że przedstawię raczej swoją interpretację, niż słowa autorów.

Rosja od 30 lat odbudowuje swoje imperium poprzez tworzenie kleptokratycznych niby-państw, istniejących wyłącznie dzięki obecności rosyjskiej armii, która utrzymuje na tronie jakiegoś lokalnego bandziora, namaszczonego przez Kreml na namiestnika prowincji. Prototypem było Naddniestrze.

Donbas różni się od tych wszystkich Osetii, Czeczenii i Karabachów tym, że nie trzeba do niego dopłacać. Gdyby się udały pierwotne plany Striełkowa i Zacharczenki z 2014 roku i separatyści oderwaliby od Ukrainy Mariupol, Charków i Odessę, powstałaby machina mogąca finansować tworzenie kolejnych „republik ludowych”, na przykład w Estonii czy Kazachstanie.

Udało się połowicznie, czy nawet ćwiartkowicznie. Przejęli tylko część kopalń, ale żadnego portu. ORDŁO (tak to nazywają Ukraińcy) stało się tworem dochodowym, ale nie samowystarczalnym.

Do mniej więcej 2017 w separatystycznych republikach trwały walki o władzę między fanatykami a kleptokratami. Wśród założycieli ORDŁO miała wtedy miejsce seria zamachów, zgonów i ucieczek. Kleptokraci wygrali.

W początkowym okresie doniecki antracyt przekraczał linię frontu na pełnym legalu. Ukraina miała wiele elektrociepłowni, przystosowanych wyłącznie do spalania donieckiego antracytu – nie mogli tego paliwa niczym zastąpić bez przebudowania pieca.

Prowadziło to do paradoksalnej sytuacji. Doniecki biznes płacił ukraińskiemu państwu podatki i jednocześnie haracze władzom ORDŁO, finansując obie strony wojny.

Po zamachach z 2017 lokalni kleptokraci pogonili ukraińskiego oligarchę Rinata Achmetowa i położyli łapę na przemytniczym biznesie. Dzielili się na cztery rywalizujące gangi, których moskiewskimi kryszami były: wywiad cywilny, wywiad wojskowy, resorty gospodarcze i otoczenie Putina, ze szczególnym uwzględnieniem Władisława Surkowa, bliskiego doradcy Putina, będącego prawdopodobnie pomysłodawcą operacji donieckiej.

Ukraina tymczasem zmodernizowała swoje elektrownie i już nie potrzebowała antracytu. W 2017 zaczęło się coś w rodzaju blokady ORDŁO (nadal dziurawej). Kleptokraci tworzyli mechanizmy omijania sankcji z wykorzystaniem innych niby-państw.

Rosja do niedawna nie uznawała DRL i ŁRL, ale uznawała Osetię Południową, która z kolei uznawała DRL i ŁRL. Przez kilka lat pośredniczenie w przepływach finansowych było więc podstawą „gospodarki” Osetii (która ma 70 tysięcy mieszkańców).

Prezydent Poroszenko przymykał na to oko. Zełensky zapowiadał zerwanie z tym. To dlatego autorzy kończą książkę proroczą sugestią, że jego prezydentura musi doprowadzić do jakiejś radykalnej przemiany.

Dopowiem możliwy dalszy ciąg wydarzeń. Pandemia sprawiła, że Putin słuchał już tylko bardzo nielicznych doradców, wśród których na pewno był Surkow.

Cała ta potworna wojna może być po prostu monstrualną konsekwencją rozgrywek między donieckimi gangami, które z kolei mają swoje wtyki w Moskwie. Uznanie DNL i ŁRŁ na przykład z dnia na dzień przekreśliło „biznes” osetyńskich prowizji (i pewnie dlatego Osetia od razu poprosiła o wcielenie do Rosji).

Skoro różne gangi kleptokratów mają krysze w różnych filarach państwa rosyjskiego, to by tłumaczyło, dlaczego np. wywiad cywilny zdaje się nie wspierać wywiadu wojskowego. Po prostu od wyniku tej wojny zależy to, kto położy łapę na Donbasie.

Gdyby się udał pierwotny plan i rosyjska flaga załopotała nad Kijowem jeszcze w lutym – Surkow stałby się najbogatszym człowiekiem w Rosji. Zamiast na liście Forbesa, wylądował jednak w areszcie, zapewne dlatego, że Putin się poczuł oszukany.

Sukces Surkowa oznaczałby porażkę tych kleptokratów, którzy mieli kryszę w FSB. Dla nich najlepszym rozwiązaniem („FSB positive”) byłoby przejście tej wojny w „low intensity conflict”, jak prognozował Awal.

Ludzie z FSB mają najwięcej know-how w produkowaniu przykrywkowych papierów dla omijania sankcji. Zbyt duży sukces militarny byłby porażką dla ich kleptokratów. Może więc celowo karmili Surkowa błędnymi raportami, żeby go wprowadzić na minę?

Z plotek z Rosji wynika, że Putin zaczął też czystkę wśród ludzi wywiadu i generalicji. Jedyną grupą podwładnych, którzy mu raportują jakieś sukcesy, są ludzie odpowiedzialni za gospodarkę – którym faktycznie póki co udaje się minimalizować skutki sankcji.

Skoro autorzy „Czarnego złota” wymieniają te resorty jako jedną z krysz dla donieckich gangów – to pewnie im Putin najchętniej oddałby ten antracyt, razem z niewolniczą siłą roboczą. Tylko czy będzie mógł narzucić swoje warunki pokoju?

Gdy myślimy o warunakach pokoju, musimy pytać nie tylko „jak Putin mógłby uratować twarz?”, ale też „jak zachować nielegalne dochody donieckich kleptokratów”. Z książki wynika, że oni już w 2019 mieli w Moskwie taką pozycję, że trudno powiedzieć, czy to Rosja podbiła Donbas, czy Donbas Rosję.

A wy jakie lektury polecacie?

Onuce w dyskursie

W pierwszych dniach wojny Rosjanie przegrywali na froncie informacyjno-propagandowym. Rzucili nowe siły i teraz nawet w polskich mediach społecznościowych widać rosyjskie fejki, na razie głównie wśród zwolenników Konfederacji Targowickiej.

Zachodnią lewicę już infiltrują. Na polskiej tego jeszcze nie widzę w dużych ilościach, ale prędzej czy później tu też dotrą. Zatem: parę słów o tym, jak rozpoznać fejka.

Fejki są przede wszystkim niekonkretne. Często na przykład słyszymy o ukraińskim ludobójstwie w Donbasie. Podobno miało przynieść aż 14 tysięcy ofiar.

Ale gdzie i kiedy ta rzeź miała miejsce? Czy to jest 14 zbrodni po 1 tysiąc, czy 7 dwutysięcznych? A może codziennie Ukraińcy zabijali 4,79 Rosjanina?

Nigdy nie widziałem doprecyzowania tych oskarżeń. Jeśli ktoś z was je widział – wrzućcie, przyjrzymy się temu bliżej.

Ukraińskie oskarżenia są zazwyczaj precyzyjne. Tego a tego dnia tu i tu zginęło tyle a tyle osób, mogą to zaświadczyć te i te instytucje.

Oczywiście, precyzja sama z siebie nie gwarantuje prawdziwości. Ale jest to bardzo silny wskaźnik.
Wrzucenie na Twittera czegoś w stylu „Ukraińcy sami siebie zbombardowali!” jest proste i nie wymaga dowodów. Prokremlowscy idioci (nie umiem ich nazywać „użytecznymi”) i tak to będą kolportować.

Żeby dostarczyć dowody, trzeba mieć kogoś na miejscu. I tu się pojawia szczególnie ważna różnica.
Po stronie ukraińskiej wojnę na miejscu opisują dziennikarze bardzo zróżnicowanych mediów – Fox News i CNN, Al Jazeera i BBC. Założenie, że oni wszyscy są w jednym wielkim spisku, to już teorie spiskowe na poziomie płaskoziemstwa.

Po stronie rosyjskiej widziałem tylko dwóch korespondentów. Aleksander Koc, pracujący dla Komsomolskiej Prawdy i jutuber Graham Philips. Obaj wjechali od strony białoruskiej i prawdopodobnie ich głównym zadaniem miało być utrwalenie triumfalnego zawieszenia rosyjskiej flagi nad Kijowem.

Obaj kręcili głównie wideo-selfiki, z kamerą skupioną na swoim obliczu. Nawet z takich materiałów da się wydobyć cenne informacje dla OSINT, przypuszczam więc, że podczas procesu w Hadze materiały nakręcone przez Koca będą wykorzystane do udowodnienia, kto był którego dnia w Buczy.

Poza tym jest jeszcze teoretycznie dwójka zachodnich dziennikarzy, acz nie produkują oni już niczego prosto z frontu. Anne-Laure Bonnel przedstawiana bywa przez Rosjan jako ktoś, kto ma dowód na ukraińskie zbrodnie – ale te jej „dowody” to po prostu ludzie, którzy mówią do kamery „to wszytko wina Ukraińców”.

Bonnel tego nie weryfikuje (przynajmniej ja się z tym nie zetknąłem). Sama nie mówi o sobie jako o „dziennikarce” tylko jako o „reżyserce”, czyli że „dobre ujęcie” jest dla niej ważniejsze od prawdy.

Scott Ritter to jeszcze dziwniejsza persona. To analityk wojskowy, który w USA dwukrotnie (!) dał się zwabić w pułapkę policjantom udającym przez internet chętne małolaty.

Jest wpisany na listę przestępców seksualnych, co nie pomaga w robieniu kariery w USA. Ritter przeniósł się do Rosji, gdzie występuje w roli dyżurnego amerykańskiego eksperta potwierdzającego wersję Kremla (jakakolwiek by nie była).

Żadna z tych osób nie wyłamie się z narracji narzucanej im przez rosyjskie władze. Nie trzeba do tego spisku, wystarczy im wydawać polecenia.

Nie da się ich wydać dziennikarzom pracujacym w Ukrainie. Jest ich za dużo, ze zbyt zróżnicowanych redakcji, często wrogo wobec siebie nastawionych.

Zapewne nie muszę tego tłumaczyć swym PT Komcionautom, ale są przecież lurkerzy. Poza tym, może i was ktoś będzie próbował w rozmowie wciągnąć w tandentny symetryzm, typu „obie strony kłamią”.

Może i tak, ale jedna się nie boi weryfikowania tego przez międzynarodowe media (oraz w związku z zaproszeniem ICC – międzynarodowych prokuratorów). Druga na taką weryfikację konsekwentnie nie pozwala.

Gdy natomiast słyszysz, że „ktoś udowodnił, że to Ukraińcy wystrzelili tę rakietę!”, zadaj kilka podstwowych pytań. Jaki ten ktoś ma dostęp do informacji? Jeśli ten ktoś twierdzi, że na pewno Rosjanie takich rakiet nie używają, albo że numer seryjny zdradza, że to rakieta ukraińska: zapytaj, skąd ten ktoś to wie? Ma dostęp JEDNOCZEŚNIE do rosyjskich i ukraińskich spisów inwentarzowych?

Prawdę ustali trybunał w Hadze (ICC). Jedna strona z nim współpracuje, druga nie. Ta druga de facto przyznaje się do winy: nie ma symetrii.

Fukujamując

Nie sposób o tym pisać, nie sposób o tym nie pisać – a więc trudno, pofukujamujmy na temat świata, który wyłoni się z tej wojny, choć jeszcze nawet nie wiemy, kto ją wygra.

Spontaniczna chęć pomocy uchodźcom w polskim społeczeństwie odmieni na długo oblicze tej ziemi. To pierwszy taki oddolny zryw od karnawału „Solidarności”.

W książce „Lem w PRL” na przykładzie funduszu wspomagania tłumaczy, który Lem chciał ustanowić – i wszystko uwalono razem ze stanem wojennym – starałem się pokazać ten mechanizm, w jaki przetrącono w nas na dekady chęć samoorganizacji.

W sierpniu 1980 nie tylko Lem poczuł chęć, żeby zrobić coś dla dobra ogółu. Powszechne wtedy zrobiło się zakładanie różnych komitetów sąsiedzkich, osiedlowych, wiejskich, zakładowych – i załatwianie drobnych spraw, typu „żeby wreszcie chodnik”.

Stan wojenny oznaczał rozwiązanie wszystkich organizacji, nie tylko „Solidarności”. Zabił ten zryw, wpędzając społeczeństwo w rodzaj wyuczonej bezradności – „nie warto nic próbować, bo i tak w każdej chwili może przyjść władza i rozwalić”.

Rok 1989 nie przyniósł odrodzenia odruchu samoorganizacji, bo przyjęliśmy wtedy w pakiecie neoliberalną wizję państwa jako instytucji usługowej. „Płacę podatki i wymagam, więc macie mnie tu ten chodnik w tej chwili zrobić”.

Kaczyzm, łączący nienawiść wobec wszystkiego, co oddolne, obywatelskie i samorządowe, razem z odgórną ofertą typu „siedź cicho, obywatelu, to ci damy jakiś ochłap” jest w tym sensie najwyższą formą neoliberalizmu. Rozumiem obywateli, którzy wolą ochłap+ od jego braku, acz generalnie uważam, że przez taką postawę nie możemy mieć ładnych rzeczy.

Symbolem tych czasów, o którym będę opowiadać wnukom, jest dla mnie spontaniczny punkt recepcyjny, który pojawił się przy MOP Markuszów na S17. Niezależnie od przejścia, jedzie tamtędy praktycznie cały ruch między granicą a Warszawą, a jednocześnie dla jadących z południowego-wschodu to pierwszy cywilizowany MOP, z McDonaldsem, BP i dużym kiblem (takim że cała wycieczka może bez kolejki).

Punkt recepcyjny prowadzi tam samorząd i wolontariusze. Gdy tam byłem, nie widziałem przedstawicieli państwa (w sensie centrali, bo oczywiście samorząd to też państwo).

Pan premier będzie teraz wypinać pierś do orderów, ale ten pomocowy zryw jest głównie oddolny. Nie przeczę, że w innych punktach recepcyjnych widuje się terytorialsów, policję i straż graniczną, ale nawet tam przede wszystkim rzuca się w oczy to, co zorganizowali sami obywatele. Bez tej samoorganizacji te punkty wyglądałyby dużo straszniej.

Że tak to wygląda na Zachodzie, o tym wiedzieliśmy głównie z literatury. Że tam w sytuacjach kryzysowych ludzie się najpierw spotykają w „komunie” czy innym „city hall” i wspólnie ustalają, jak walczyć z Hitlerem / apokalipsą zombie / inwazją ufoków.

Takie sceny mamy choćby w prozie Stephena Kinga. Wydawały mi się wtedy egzotyczne, no bo prawdę mówiąc nie myślałem o tym, że w razie kryzysu mam pójść do rady narodowej. Samorząd długo dla mnie był po prostu miejscem, do którego się szło po jakiś papier.

No więc ta wojna zrobiła z nas zachód, przynajmniej pod tym względem. Oby to się przełożyło na postawy polityczne i żebyśmy zaczęli bardziej szanować partie stawiające na samorządność i samoorganizację.

Co zrobi z samym zachodem, nie ośmielę się jeszcze prognozować. To za bardzo zależy od tego, jakie kreski na mapie się wyłonią z konferencji pokojowej.

Na razie ze zdumieniem patrzę, jak różne rzeczy, które do wczoraj były niemożliwe – jak konfiskata majątku oligarchów i ich rodzin – teraz nagle są możliwe. Mam też nadzieję, że to koniec brąchania na energię atomową i przyśpieszenie uniezależniania się od paliw kopalnych.

Mam też nadzieję, że wojna zmusi szeroko rozumiany Zachód do zastanowienia się, kim my właściwie jesteśmy i jakie są nasze wartości. Co do mnie, Zełeński jest chodzącą personifikacją moich wartości.

Oby ta wojna przyniosła sukces takich liderów, a porażk dziadersów w rodzaju Putina, Trumpa czy Łukaszenki.

Now Playing (188)

A jednak pojawił się aspekt popkulturowy! Na jednym teatrze działań Ukraina już odniosła zwycięstwo: to wojna propagandowo-wizerunkowa.

W tym Rosjanie dotąd byli mistrzami. Udawało im się opakować swoje stanowisko propagandowe w niezłych filmach, powieściach, piosenkach.

Nawet największy rusofob może i tak czuć miętę do Chóru Aleksandrowa. W latach 80. któryś polski zespół punkowy grał rockową wersję „Stawaj Strana Agromnaja” i oczywiście publika to uwielbiała, tak jak dzisiaj Sabatona.

Ten patos, te chóry, te surmy, te aranżacje były potrzebne by ukryć, że śmierć wielu ofiar wielkiej wojny ojczyźnianej była najzwyczajniej niepotrzebna. Brała się ze złego przygotowania. Hitler liczył się z życiem swoich żołnierzy (do pewnego momentu przynajmniej), Stalin nie liczył się z niczyim.

I nagle okazuje się, że Ukraińcy ten balon patosu przebijają żartem, ironią, sarkazmem. Tak jak w pieśni o „Bajraktarze”, która będzie gwarantowanym przebojem lata.

Jeśli ktoś jeszcze nie słyszał, to niech celebruje każdą sekundę nieznajomości; nie dlatego, że to jest złe, po prostu za chwilę będzie dobiegało z każdej strony. W istocie to naprawdę jest bardzo dobre, zwracam uwagę np. na serię niebanalnych rymów do tytułowego słowa. Może ktoś z was wie coś więcej o twórcach?

O ile rosyjski patos dla człowieka Zachodu brzmi jak produkt innej cywilizacji (bo trochę faktycznie nim jest), ukraińskie „russkij korabl, idi nachuj” podbiło Internet. Prorosyjskie onuce są w odwrocie, chyba nie tylko dlatego, że przelewy przestały przychodzić.

Zastanawiając się nad przyczyną doszedłem do wniosku, że wzorcem z Sevres zachodniego poczucia humoru jest Saturday Night Live. Nawet jeśli ktoś nie ogląda, na pewno zna humor „absolwentów” tego programu.

Nie każdy Polak wie, kto to Lorne Michaels, ale w moim pokoleniu każdy oglądał „Blues Brothers” co najmniej dziesięć razy. Każdy wie, jakie rodzaje muzyki grają w „Budzie Boba” i jak się kupuje instrumenty na kredyt.

Do tego wszyscy znamy (w moim pokoleniu) Chevy Chase’a, Jima Carreya, Steve’a Martina, Billa Murraya, Eddiego Murphy’ego, Bena Stillera, Willa Ferrella. Młodzież zna Sarę Silverman i Pete’a Davidsona.

Jeśli mamy uczucie, że wszyscy ci komicy żartują w mniej więcej podobny sposób, jakby wyszli spod jednej sztancy – to dlatego, że tak jest. Są ukształtowani przez „SNL” (także „Seinfelda”, także niezależnych komików standupowych – te światy się przenikały).

To humor kresowych Aszkenazyjczyków. W Polsce tę tradycję kontynuowali choćby Hemar czy Tuwim, nie mówiąc już o Moim Ukochanym Pisarzu.

Ceni się w nim autoironię. Patos jest obiektem kpiny, ale wysoce ceni się cnotę zachowywania odwagi w chwili próby („nie zobaczą tu trwogi ziemianina!” – woła Ijon Tichy podczas Strumu).

Żaden ze mnie znawca judaistyki, więc skontrujcie moją ewentualną niewiedzę. PODOBNO praźródłem tego stylu są czasy powstania Chmielnickiego, gdy kresowi Żydzi uznali, że muszą przebłagać Boga za swoją dotychczasową rozpustę, więc wprowadzono zakaz tańców, żartów i swawoli.

Że względu na znaczenie ceremonii weselnych dla spoistości społecznej zostawiono jednak instytucję badchena (weselnego mistrza ceremonii) i klezmerów (weselnych grajków). PODOBNO gdy potomkowie kresowych Aszkenazyjczyków trafili do Nowego Jorku i Hollywood, przenieśli złośliwą ironię badchenów do satyry, a klezmerskie solówki do muzyki pop. Sam nie umiem ocenić, ile w tym prawdy.

Ale jeśli jest tej prawdy choćby okruch, to okazuje się, że ulice Lwowa czy Odessy są tak naprawdę pra-matecznikiem, źródłem Q, Wedami, sanskrytem współczesnej popkultury. I dlatego gdy widzimy Zełeńskiego, widzimy w nim „naszego”. Bo my wszyscy – on, my, Jake & Elwood Blues, Beavis i Butthead, jesteśmy z tego samego Izaaka Babla, choć nie zawsze o tym wiemy.

Chwała Ukrainie!

W ten straszny dzień nie sposób rozmawiać o popkulturze. Nawet ukraińskiej (choć, nawiasem mówiąc, niezmiennie gorąco polecam „Internat” Żadana jako najlepszą książkę o tej wojnie – i jedną z najlepszych książek wojennych w ogóle).

Wprawdzie nie traktuję serio pojęcia „geopolityka”, bo w Polsce zazwyczaj używają go ludzie, którzy z kolei traktują serio filmiki na jutubie – ale proponuję odwiedzającym pewną refleksję historyczno-geograficzno-polityczną. Otóż jak wiadomo, to akurat truizm, od czasów jagiellońskich Polska wciśnięta jest między dwa zasadnicze ośrodki potęgi – HRE i jego kontynuatorów, oraz Ruś Moskiewską i jej kontynuatorów.

Z obu stron nasi praprzodkowie zaznali sporo zła. Często nawet całkiem niedawno (dla mnie to jest pokolenie moich dziadków – a więc znałem ludzi, którzy tych cierpień doznali na własnej skórze).

Nie ma tutaj jednak symetrii. Relacje z HRE Polska często miała przyjazne. Bywaliśmy pełnoprawną częścią imperium (z uprawnieniem elektorskim). W tej roli w ogóle pojawiliśmy się na mapie i dostaliśmy nazwę (bez przyjaźni z Ottonem Bolesław byłby tylko jeszcze jednym plemiennym watażką).

To samo powiedzą Duńczycy, Holendrzy, Czesi, Szwajcarzy. Sąsiedztwo z Niemcami bywa nieprzyjemne, oni też w historii mieli szalonych, zbrodniczych władców, ale bywa też całkiem korzystne.

Sąsiedztwo z Rosją jest wyłącznie niekorzystne. Nie tylko dla Polski – patrzę na mapę i na granice Rosji, od Finlandii przez Estonię, Polskę, Besarabię, Czerkiezję, Kaukaz, serię państw ze „stanem” w nazwie, Mongolię i Mandżurię aż po Japonię. Nie widzę ani jednego kraju, któremu to sąsiedztwo przyniosło coś poza podbojem, cierpieniem i niewolą.

Jeśli ktoś może mi wskazać kontrprzykład – będę zobowiązany. W propagandzie PRL standardowo było nim oczywiście tzw. „wyzwolenie” w 1945, w którym ja jednak widzę zastąpienie jednego zniewolenia drugim.

Stalin nie był lepszy od Hitlera. Tyle w nim dobra, że umarł zanim zdążył w pełni uruchomić swój wariant Holokaustu – ale przymusowa koncentracja ludności żydowskiej w getcie Birobidżanu w połączeniu z „wykryciem spisku żydowskich lekarzy” wskazują, że takie miał plany.

Oczywiście, to już tylko gdybanie. Skupmy się więc na czymś, co jest obiektywnie weryfikowalne – czy gdzieś w jakimś kraju Rosjanie są spontanicznie fetowani jako fajni sąsiedzi?

Wiele narodów świata ma na przykład jak najgorsze zdanie o Amerykanach, to prawda. Ale są kraje, w których celebruje się rocznicę wyzwolenia przez wojska amerykańskie. Czy gdzieś celebruje się wkroczenie wojsk rosyjskich w formule innej niż „lokalny dyktator zwozi publikę ciężarówkami”?

Amerykanie o mrocznych sprawkach swojej historii robią hollywoodzkie superprodukcje – od wyrżnięcia Indian aż po zbrodnię iracką. Rosjanie o swoich nie mówią w ogóle, zakazują tego prawnie.

W efekcie do dziś niewielu ludzi poza Polską wie o zbrodni katyńskiej. Ale my na przykład niewiele wiemy o ludobójstwie czerkieskim.

Dzięki funkcjonującej w tym kraju niemal nieprzerwanie cenzurze, Rosjanom udało się wytworzyć wrażenie, jakoby nie uczestniczyli w imperialistycznych zbrodniach XIX wieku. Jakby cała ta gwałtowna ekspansja w stronę Kaukazu i Kamczatki odbywała się pokojowo.

Tymczasem tam ktoś mieszkał. I tego kogoś tam już nie ma nie dlatego, że wyjechał czy się zasymilował – ale dlatego, że go zamordowano.

Oczywiście, to samo się działo w Afryce, na Dzikim Zachodzie, w Indiach. Ale znów: odpowiadające za to zachodnie potęgi kolonialne otwarcie o tym mówią. Rosja udaje, że dokonała swojej ekspansji pokojowo.

Nie winię o to wszystkich Rosjan. Wiem, że są tam inne tradycje państwowe i że zanim spadkobiercy Rurykowiczów zaczęli zniewalać inne narody, najpierw musieli zniszczyć inne państwa rosyjskie.

O ile jednak na przykład Niemcy po 1945 włożyli dużo wysiłku w rugowanie pruskich tradycji, Belgowie chcą wreszcie usunąć pomnik swojego króla-ludobójcy, Amerykanie rozgrzebują dawne rany, by nie zarosły błoną podłości – Putin nawet nie ukrywa, że chce kontynuuować dzieło Stalina. To nie jest czas na symetryzm, tu nie ma „dwóch złych państw, jedno warte drugiego”. Niech żyje niepodległa Ukraina!

Kaprealizm

Jak już pisałem, pasjami oglądam ostatnio stare filmy. Niestety, nie będzie to notka aż tak apolityczna, jak bym chciał, bo jedną z motywacji mej ucieczki w przeszłość jest poszukiwanie Zaginionych Utopii Kapitalizmu.

Inna sprawa, że amerykańska popkultura naprawdę nigdy nie była apolityczna. Case in study: John Wayne. Gdy zyskał gwiazdorski status, miał kontrolę nad swoimi rolami – często współprodukował lub współreżyserował filmy i wykorzystywał to jako okazję do wygłaszania ideologicznych monologów.

Bodajże najwięcej tego jest w westernie „Chisum” (1970). Obejrzyjcie chociaż czołówkę – daje pewien przedsmak tego, jak wygląda sam film.

Uśmiecham się ironicznie, ale całość obejrzałem z przyjemnością. Bo ja w ogóle lubię westerny, nie tylko te, przy których się zgadzam z ideowym przesłaniem (co wbrew pozorom zdarza się całkiem często; muzyka country to też nie tylko ten syf, który puszczali w trójce).

Może to jedyny sposób na dyskusję międzybąbelkową – jeśli pojawi się tu prawicowiec potrafiący kulturalnie dyskutować o westernach, nie wywalę go tylko za to, ze ma poglądy takie jak John Wayne. Skłonię raczej do zastanowienia się nad skalą tego podobieństwa.

John Chisum to postać zmitologizowana, ale historyczna – jeden z uczestników „wojny w hrabstwie Lincoln”, w której walczyli m.in. Patt Garret i Billy The Kid. Obrosło to tyloma legendami, że nie da się dziś ustalić prawdy.

Co wiadomo na pewno, to że Lawrence Murphy miał monopol na handel i wszelakie usługi, z bankowymi włącznie (fachowa nazwa to więc raczej „monopson”) w hrabstwie Lincoln. A propos korwinistów i ich „tylko państwo może stworzyć monopol” – tam nie było państwa, był Dziki Zachód, z którego gringos już pogonili państwo meksykańskie, ale jeszcze nie byli w stanie zastąpić go własnym.

Murphy pozyskał (westerny pokazują to zazwyczaj jako „skorumpował”) lokalnego szeryfa, Billa Brady’ego. Bandidos pracujacy dla Murphy’ego byli bezkarni, bo Brady dał im status „zastępców szeryfa”.

Rancher John Tunstall założył konkurencyjną firmę oraz opłacił własną armię rewolwerowców, której działalność zalegalizował sędzia pokoju. Armia przyjęła miłe lewakom miano „Regulatorów”.

Tunstall zginął, ale jego armia wygrała wojnę o dominację nad hrabsterm Lincoln. Historia przyznała jej rację, niejako walkowerem – tylko Regulatorzy przeżyli, więc znamy tylko ich wersję wydarzeń.

Nawet w ich wersji pozostaje pewna niespójność – status Billy Kida. Walczył po stronie Regulatorów, ale gdy ci wygrali, pozostał „desperado”. Zastrzelił go w końcu dawny przyjaciel (acz jak zwykle w przypadku legend Dzikiego Zachodu, wszystko tu jest wątpliwe i słabo uźródłowione – ten, kto przeżył strzelaninę miał przecież powody, by kłamać na temat jej przebiegu).

John Wayne umieścił siebie w tej historii jako postać drugoplanową – krowiego barona Johna Chisuma, który popierał Regulatorów. Daje mu to okazję do wygłaszania monologów na temt przyczyn owego poparcia, które są polityczne jak w socrealizmie (te późne westerny z Waynem można nazwać „kaprealizmem”).

Chisum przedstawia siebie jako człowieka, który nie szuka przygód. Codziennie zarządzanie biznesem dostarcza mu ich w nadmiarze.

Ta działalność biznesowa przedstawiona jest z kolei jako filantropia – Chisumowi nie chodzi o personalne wzbogacenie się. Działa dla dobra wszystkich – konsumentów, kontrahentów, podwładnych.

Może i ma z tego jakieś przywileje, ale z nich nie korzysta. Nie dla niego szampany, najlepiej smakuje mu kawa z ogniska na prerii, wypita razem z kowbojami, którzy dla niego pracują.

„Ty pracujesz dla mnie, a ja pracuję dla każdego Amerykanina, który ma ochotę na stek” – mówi Wayne w innym filmie, „McLintock!”, w którym też gra krowiego barona. W ten sposób aktor jakby mówił do swoich fanów: „to, że jestem gwiazdą oznacza tylko tyle, że kupując bilet na western – stajesz się moim szefem”.

W tych westernach często występują mniejszości etniczne – Czarni, Chińczycy, Indianie i przede wszystkim Meksykanie. Wayne odnosi się do nich (w swoim mniemaniu) z szacunkiem i bez rasizmu. W „Fort Apache” mamy sugestię, że wszystkie wojny z Indianami można by zakończyć w jeden dzień, gdyby zostawić negocjacje postaci granej przez Wayne’a, niestety jak zwykle wszystko zepsuł głupiec przysłany z Waszyngtonu (Henry Fonda).

Ameryka pokazana jest jako raj dla wszystkich, nawet dla mniejszości. Meksykański ogrodnik jest szczęśliwy, że może pielęgnować piękny ogród krowiego barona, a chiński pracz, że ma tyle prania.

Jak w memach z serii „this could be us, but you keep playing”, ten raj jest możliwy pod warunkiem, że wszyscy znają swoje miejsce. Chińczycy nie domagają się prawa do głosu, kobiety rozwodu, pracownicy podwyżek, Indianie utraconych ziem a Czarni prawa do spacerowania po zmroku. I nikt nie kwestionuje przywództwa Johna Wayne’a, no chyba że chce dostać po ryju.

Wydaje mi się, że znając kaprealistyczne westerny – dobrze rozumiem światopogląd wyborców Trumpa, a także pisowskich emerytów. Młodzieży wyjaśnię, że te westerny były pokazywane w TVP w latach 70., a każda taka emisja była świętem (w „Brunecie wieczorową porą” wszyscy sąsiedzi Kowalewskiego oglądają fikcyjny western „Przez prerie Arizony”; tak to wtedy wyglądało, okna w blokach migotały synchroniczną poświatą i grzmiały zwielokrotnionym echem lektora).

To też tłumaczy, dlaczego mimo swojej (słusznej) niechęci do elit, nie uważają za elitę Trumpa, Kaczyńskiego ani „swoich” celebrytów i oligarchów. Po prostu wierzą, że jako widzowie, klienci czy wyborcy, są ich „szefami”. A kapitalizm wyobrażają sobie jak z tych monologów Chisuma.

Ja wiem, gdzie robią błąd w tym rozumowaniu – ale nie wierzę, że da się ich do tego przekonać. Ta notka nie jest więc po to. Zapraszam do rozmowy o kaprealistycznych westernach (do których zaliczam także np. „Terytorium Komanczów”). O lewicowych planuję osobną notkę…

Kochani pisowcy…


Jak bardzo – och jak bardzo! – chciałbym teraz przeczytać komentarz zwolennika PiSu, który miażdząco by mi wykazał słuszność polityki rządu. Ach czemuż ach czemuż redaktor Woś tak się niby interesuje tą ekonomią, tak lubi wychwalać PiS za jego niebywale prześwietlanie słuszne decyzje, a na temat flagowego rządowego programu to ani be, ani me, ani kukuryku.

Kiedy rząd zapowiadał, że zmiany będą „korzystne lub neutralne” dla podatników zarabiających mniej niż „12800 brutto miesięcznie” (czyli 153600 rocznie), to nawet się trochę ucieszyłem, bo zarabiam znacznie mniej. Jako lewak uważam, że jeśli ktoś przekracza ten próg, to faktycznie nie powinien narzekać na podatki, tylko z godnością wypłakać się w studolarówkę.

O swoich zarobkach nie będę wam pisać konkretów, ale możecie je sobie łatwo oszacować. Szkoła jest wprawdzie prywatna, ale nie płaci znacząco lepiej od publicznych (mniej więcej wiem ile się zarabia w publicznych, bo mam znajomych z roku, którzy od 30 lat są wierni naszej wyuczonej profesji).

Jak wielu nauczycieli, mam dodatkowe dochody. W moim przypadku nietypowy jest ich charakter (ksiązki, felietony, spotkania autorskie), ale samo zjawisko jest już typowe.

Typowy warszawski nauczyciel ma jakieś dodatkowe źródło dochodów. Najczęściej są to po prostu korepetycje.

Zwykle na początku roku nie jestem w stanie oszacować swoich przyszłych zarobków. Po prostu nie wiem ile książek się sprzeda, ile będę miał spotkań, czy mi znowu nie zrzucą felietonu.

Mogę tylko powiedzieć, że raczej na pewno nie będzie to 153600. Nie sądzę, żebym w tym roku wyszedł ze stówy bez jakichś mało prawdopodobnych wydarzeń w rodzaju znalezienia angielskiego wydawcy.

Jestem więc dość typowym przedstawicielem klasy średniej. Na pewno nie niższej średniej, ale na pewno też nie wyższej średniej. Czyli teoretycznie słynna ulga powinna mnie uchronić przed stratą, prawda?

Praktycznie moja pierwsza nauczycielska pensja w tym roku była pomniejszona o jakieś 180 złotych. Jak bardzo wzrosną obciążenia od moich fuch honoraryjnych, tego jeszcze nie wiem, bo moje biuro rachunkowe też nic nie wie.

Od pewnego czasu premier obiecuje różne rzeczy w wywiadach, ale przecież podatków nie pisze się na podstawie obietnic z wywiadu, tylko na podstawie ustaw. A do 20 lutego podatnik musi podjąć decyzje typu „działalność? ryczałt? skala? liniowy?”.

Najpiękniejszą obietnicą premiera było wprowadzenie podwójnego systemu podatkowego. Że kto będzie stratny na nowych zasadach (ale zarabia poniżej tego pułapu), będzie mógł się rozliczać według starych zasad. Byłoby super, ale to chyba jednak tylko kolejne kłamstwo.

Słuchajcie, drodzy pisowcy zaglądający na tego bloga. Ja naprawdę CHCIAŁBYM, żeby premier mówił prawdę. Ja chciałbym, żeby ludzie zarabiajacy poniżej stówy rocznie nie byli stratni, no bo sam do nich należę.

A jak już jestem stratny, to chciałbym chociaż wiedzieć, jak bardzo. Ale to też niemożliwe. Tak zwany „Kalkulator Polski Ład” ma serię opcji takich jak ta obrazku.

Skąd u licha mam wiedzieć, czy „korzystam z zasad rozporządzenia”? Jakiego rozporządzenia? Przecież nie sposób z tego skorzystać.

Wygląda na to, że nikt nie pomyślał o banalnym scenariuszu, w którym podatnik pracuje w kilku miejscach na raz. Ileś ma z etatu, ileś z dzieła, a ileś ze zlecenia. Albo w ogóle łączy pracę z działalnością i za fuchy wystawia faktury.

Ale nie wiem, może się mylę. W istocie: bardzo CHCĘ się mylić. Bardzo bym teraz chciał, żeby jakiś zwolennik PiS mnie przekonał, że to wszystko jednak jest dla mnie korzystne albo chociaż neutralne.

W tym całym chaosie jest jedna grupa zawodowa, która z pewnością zyskała na Polskim Ładzie. To zarabiający po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie dziennikarze TVP, menadżerowie państwowych spółek, trenerzy narciarscy pisowskich polityków.

Przy tych zarobkach z pewnością stać ich na ubogacenie portfolio posiadanych nieruchomości o jakąś skromną leśniczówkę czy pałacyk. A wtedy ich podatek spada do zera.

Ach, jak bardzo bym chciał przeczytać komentarz obrońcy PiSu, który będzie przekonywać, że owszem, że uważa to za sprawiedliwe. Że podatki trzeba podnieść pielęgniarce, która dorabia sobie zleceniami – ale obniżyć oligarchom.

Znów o wolności słowa

Na początku III RP niechęć do cenzury jednoczyła nas wszystkich. Tylko na skrajnie prawym skrzydle Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego otwarcie mówiono wtedy o potrzebie cenzury pro-katolickiej. Nie miało to symetrycznego odpowiednika na ówczesnej lewicy, pod tym względem libertariańskiej jak mainstream.

30 lat później został „nam” złośliwy rechot, kiedy „im” coś zablokuje Facebook czy Youtube, a „im” złośliwy rechot, kiedy prokuratura ściga kogoś z „nas” za tęczową aureolę. Czy jest szansa, żebyśmy (umowni) „my” i „oni” znowu wspólnie opowiadali się za wolnością słowa – „my” „ichniego”, a „oni” „naszego”?

Żeby to przeanalizować na serio, trzeba moim zdaniem oddzielić kilka różnych zagadnień, które hurtowo wrzucamy do worka „cenzura” i „wolność słowa”. Pierwszym jest PREWENCYJNA CENZURA PAŃSTWOWA, jedyna zakazana konstytucyjnie.

Tutaj nic się nie zmieniło. Część ludzi jednak myli ją z moderacją komentarzy, stosowaną choćby na moim blogu. Prywatnej moderacji, choćby i prewencyjnej, nie zabrania żaden przepis.

Represyjna tymczasem stopniowo się zaostrza. Od 1989 coraz więcej jest zakazów mówienia tego czy tamtego.
Początkowo byłem przeciwnikiem prawnego ścigania tzw. mowy nienawiści (zainteresowany znajdzie definicję w tej notce). W ostatnich czasach wygrało we mnie podejście belferskie.

Nastoletnie dzieci są podatne na skoki nastroju, przeżywają mnóstwo niepewności z serii „kim jestem”, „kim będę”, „czy życie ma sens”. Są jedną burzę hormonalną od myśli samobójczych.

Nie można im dokładać dodatkowych problemów poprzez tolerowanie w dyskursie wypowiedzi atakujących ich cechy, na które nie mają wpływ – takie jak tożsamość etniczna czy genderowa. Życie ludzkie wydaje mi się ważniejsze od prawa do zwalczania „ideologii LGBT”.

Mogę sobie ewentualnie wyobrazić teoretyczny model, w którym homo-, trans- albo ksenofobię uprawia się wyłącznie w specjalnych serwisach dla dorosłych, tak jak upychamy tam inne treści szkodliwe dla dzieci. Tylko że to już naciągany hipotetyczny scenariusz, który łatwiej rozwiązać po prostu przez „możesz sobie być homofobem, ale bądź nim w domu po kryjomu”.

Przyjęta przez Radę Europy definicja mowy nienawiści już jest kompromisem między prawicą a lewicą. „My” akceptujemy, że na liście chronionych cech jest wyznanie, „oni” akceptują orientację. Pola do innych kompromisów nie widzę (zresztą definicja Rady Europy po prostu nas obowiązuje).

Do cenzury represyjnej wliczają się też przepisy zakazujące obrażać osoby i instytucje. Tutaj jestem nie tyle za ich zniesieniem, co za łagodnym interpretowaniem (tak jak to zwykle czynią sądy).

Z jednej strony, ogólnie jako drobnomieszczanin nie lubię publicznego dyskursu typu „dupa chuj kurwa wypierdalać”. Jestem za tym, żeby kary były rzadkie i symboliczne, ale jestem za zachowaniem większości zakazów tego typu.

Jestem też za prawną ochroną obiektów sakralnych. Uważam, że występki w postaci wysprejowania swastyki na synagodze, wylania świńskiej krwi w meczecie albo napisu „JEBAĆ PIS” na zabytkowym kościele powinny być karane – i to nie jak zwykły czyn chuligański (materialna wartość szkody może być przecież symboliczna). W tym sensie jestem więc gotowy na kompromis z prawicą (sam nie mam osobistego zainteresowania w ochronie uczuć religijnych z powodu ich braku).

Osobnym problemem jest CENZURA W PRYWATNYCH SERWISACH. Tutaj istnieje „od zawsze” – trudno sobie wyobrazić gazetę publikującą wszystko co jej przyślą.

Mimo to i tak ludzie, którym coś odrzucono, często krzyczą o „cenzurze”. Pan Stanisław Remuszko kiedyś wytaczał procesy gazetom, które nie chciały go publikować, a przegrane procesy przedstawiał jako prześladowanie go przez sądy.

Sytuacja uległa zmianie, gdy pojawiły się monopolistyczne serwisy typu Facebook i Google. Rzeczywiście, jeśli tam ktoś dostanie bana, to średnią pociechą dla niego, że może się przenieść do któregoś z konkurencyjnych mikroserwisików.

Mogę tylko znów wzruszyć ramionami, że Ostrzegałem. Na tym blogu toczyłem m.in. flejmy z poetą Kapelą i tłumaczem Szpakiem, którzy 10 lat temu wierzyli w „wolność słowa na fejsie”.

Wolny rynek puszczony na żywioł zawsze kończy się monopolizacją. Albo przez jeden podmiot, albo przez kartel (oligopol).

Firmy internetowe cenzurują całkowicie legalnie. Za każdym razem, gdy usuną konto komuś sławnemu, pojawiają się hasło „JA ICH ZMUSZĘ W SĄDZIE DO PRZYWRÓCENIA”. Nie udało się Trumpowi, nie uda się nikomu.

Jedyne przykłady wygranych procesów tego typu, to procesy obywateli zabanowanych przez konta instytucji państwowych. To spójne z tym, że konstytucje krajów demokratycznych zakazują PAŃSTWOWEJ cenzury prewencyjnej – ale już nie prywatnej.

W Polsce też Konfederacja się odgrażała, że wymusi na Facebooju odzyskanie konta. Wsparł ją minister Cieszyński, stanowczym pismem, że się na to nie zgadza. „HEJ WY TAM W MENLO PARK, SŁYSZYCIE MÓJ DONOŚNY GŁOS? JA BARDZO WAŻNY MINISTER BARDZO WAŻNEGO RZĄDU SIĘ NIE ZGADZAM!”.

To żałosne popiskiwanie zostało olane, podobnie jak równie buńczuczne okrzyki Ziemkiewicza, że Anglicy go będą jeszcze na przepraszać. Takie sprawy są nie do wygrania w sądzie.

Jedynym wyjściem jest teraz regulacja na szczeblu unijnym, taka jak procedowane właśnie Digital Services Act. Ma nakładać specjalne ograniczenia na największe podmioty – tzw. gatekeeperów. Spór trwa o definicję, ale ogólna idea jest słuszna.

Paradoksalnie – ci, którzy dziś narzekają na „cenzurę na Facebooku” to ci sami, którzy parę lat temu protestowali przeciwko unijnym regulacjom, że to „ACTA 2”. Cóż, prawicowiec to człowiek, którego intelektualnie przerasta zauważenie prostej zależności, że im więcej praw mają bogacze, tym mniej praw ma on.

Jest wreszcie trzecie zagadnienie – zróżnicowana grupa zagadnień zwanych ogólnie „cancel culture”. Podkreślam jej zróżnicowanie, bo ilekroć chodzi o przemoc, groźby karalne albo zniewagi, jestem za stosowaniem zakazów ogólnokodeksowych. Potępiam wypowiedź „rektor jest reakcyjnym chujem” tak samo jak potępiałbym „rektor jest lewackim chujem”.

Większość zjawisk opisywanych jako „cancel culture” przyjmuję jednak z entuzjazmem, właśnie w imię wolności słowa. Prawo studentów do mówienia „nie życzymy sobie wykładu dr X” to przecież kwestia ich wolności słowa.

Dlaczego ich wolność ma być mniej ważna od wolności dr X? Moim zdaniem jest nawet ważniejsza, bo to oni płacą (albo bezpośrednio w czesnym, albo pośrednio w dofinansie idącym za uczniem/studentem z budżetu).

Wypowiedzi zwalczające „cancel culture” zazwyczaj mają fundamentalny błąd logiczny. W imię „wolności słowa” chcą zabronić studentom, czytelnikom, słuchaczom itd. nawoływania do bojkotu danego autorytetu.

Ja tymczasem uważam, że J.K. Rowling ma prawo do swoich wypowiedzi – a inni mają prawo do ich krytykowania. Nie widzę powodów, dla których mielibyśmy im to prawo odebrać (jeśli ktoś mi zechce takie powody wyłożyć i zrobi to kulturalnie i merytorycznie, będzie mile widziany).

Podsumowując, mogę się porozumieć z prawicowcem co do następującego minimum:

CENZURA PAŃSTWOWA – wyłącznie represyjna, z katalogiem zakazów uwzględniajacych zakaz mowy nienawiści w definicji Rady Europy (tu zresztą i tak nie uciekniemy, póki jesteśmy w Radzie Europy)
PRYWATNE PODMIOTY – mogą moderować jak chcą, z wyjątkiem gatekeeperów, kiedy już wejdzie Digital Services Act. Póki nie wejdzie, mogą niestety bez wyjątku, to smutny fakt, z którym na razie się trzeba pogodzić.
CANCEL CULTURE – cancelujta kogo chceta, ale w ramach ogólnych granic kodeksu karnego, a więc bez przemocy, bez wulgaryzmów itd.

Dogadamy się?

Utopia i dystopia


Jak wiecie, fascynują mnie wielkie pokolenia XX wieku oraz ich utopijne narracje, a zwłaszcza to, które wręcz nazywane jest Wielkim Pokoleniem i które walczyło w II wojnie światowej. Należał do niego Lem i podejrzanie wielu moich ulubionych pisarzy, filmowców, filozofów i tak dalej.

Prowadzi mnie to do paradoksalnego hobby. Gdybym w latach 80. czytał opowiadanie science-fiction o bohaterze, który w roku 2022 podłącza się do globalnej sieci rozrywkowo-informacyjnej, żeby na jej domowym terminalu obejrzeć stary western z Johnem Waynem albo thriller z Humphreyem Bogartem, uznałbym to za dowód słabej wyobraźni pisarza. Nie chciało mu się nawet wymyślić autentycznej popkultury XXI wieku!

Jak przez mgłę pamiętam zresztą jakieś opowiadanie, budzące we mnie taki niesmak. Akcja działa się w Kaliforni po gospodarczym upadku USA, japońscy milionerzy skupowali artefakty związane z amerykańską popkulturą, fabuła toczyła się wobec poszukiwań rzadkiego plakatu (?) zespołu Grateful Dead.

No i teraz sam jestem jak bohater takiego opowiadania: Dys Topian włączył terminal, by zrobić wpis na swoim „blogu”. Tak nazywano popularne u zarania sieciowej rewolucji „elektroniczne pamiętniki”. Teraz wyszły z mody, bo w miarę jak sieć głupiała, coraz więcej w niej było materiałów wideo. Jeśli ktoś chciał teraz włączyć się do publicznej debaty, musiał to zrobić na kontrolowanym przez komunistyczne Chiny serwisie, w którym wszystko musiało być odtańczone do taktu głupkowatej pioseneczki. Dys Topian miał już dość doświadczenia w sieci by wiedzieć, że cokolwiek przyjdzie następne – będzie jeszcze głupsze…

Już na serio chciałbym polecić Waszej uwadze wojenny dramat „Sahara” z 1943 z Humphreyem Bogartem. Doczekał się bardzo wiernego remake’u z 1995, w którym tę samą postać gra James Belushi.

Remake ma kolor, panoramę, dolby stereo i ogólnie więcej realizmu. Oryginał ma Bogarta, ale chwilami trąci myszką.
Jest to jednak uczciwe kino batalistyczne starej daty. Samoloty robią wziuuuu i papapapa, czołgi robią brm brm i łubu-du, halftracki robią zgrzytu-zgrzytu.

Pierwszą wersję kręcono na pustyni kalifornijskiej, drugą na australijskiej. Może doczekamy remake’u w Libii?
Fabułę zaczerpnięto z radzieckiego filmu wojennego „Trzynastu”, którego nie oglądałem („Dys Topian unikał podejrzanych zakątków w sieci, w których można było znaleźć nielegalne treści”). Że Rosjanie potrafią robić kino batalistyczne, z tym się zgodzi największy rusofob.

Nie wiem, na ile propagandowe wstawki w filmie z 1942 są inspirowane socrealizmem. Ale w „Saharze” jest dużo tego, co mnie kręci, czyli powojennej utopii („post war dream”).

Jak w piosence Rogera Watersa, swoje marzenie wyraża tutaj umierający żołnierz (gra go zresztą Lloyd Bridges, który 40 lat później stworzy wspaniałą kreację w „Czy leci z nami pilot”). To marzenie o nawodnieniu Sahary, by ją zmienić w wielkie pole uprawne.

Wielbiciele Lema rozpoznają to z „Astronautów”. Dla mojego pokolenia takie pomysły są oczywiście zbrodnią ekologiczną, ale wielkie pokolenie szczerą i naiwną miłością kochało projekty typu „odwracamy biegi rzek”. Również w Ameryce.

Film silny nacisk kładzie na naiwny egalitaryzm. Wśród bohaterów nie ma podziału na oficerów i żołnierzy, wszyscy mają ten sam przydział wody. To naziści są pokazani jako ci, którzy hierarchii trzymają się do końca.

W grupie bohaterów znalazł się Afrykanin Tambul z oddziału kolonialnego. Wśród aliantów nikt nie jest rasistą, jest nim natomiast wzięty do niewoli Niemiec.

Wszyscy bohaterowie akceptują przywództwo Bogarta. Czemu? Francuz odpowiada na to pytanie dwukrotnie, „bo lubię amerykańskie papierosy” (którymi Bogart częstuje). Swoje odpowiedzi mają też Anglik, Irlandczyk, Południowoafrykanin i Włoch.

Mimo różnic kulturowych, odkrywają że łączy ich jedna wartość: „the dignity of freedom” (cyt verbatim), odróżniająca ich z kolei oczywiście od nazistów. Uśmiechnąłem się sarkastycznie, bo czy Irlandczyk by tak powiedział przy Anglikach? Albo Senegalczyk z jednostki kolonialnej?

To męskie kino batalistyczne, więc bohaterowie nie wdają się w seminaria filozoficzne. Wyrażają utopię „wolności pod amerykańską hegemonią (z dobrymi papierosami)” głównie w serii onelinerów. A tych Bogart był zawsze królem. Więc ogólnie polecam…

…napisał Dys Topian i przełączył terminal w tryb śledzenia złych wiadomości z kraju i ze świata. Dobrych nie było już od ponad roku.

Now Playing (187)


Jak już wielokrotnie pisałem, moje kolekcjonowanie płyt winylowych to zdecydowanie bardziej nostalgia niż audiofilia. Kupuję płyty, które kiedyś były dla mnie ważne, albo takiem o których marzyłem, ale byłem skazany na kasetową kopię.

Z ogromnym wzruszeniem kupiłem niedawno w sklepie z używanymi płytami „First Issue” PIL. Płyta trochę trzeszczy, ale nieźle się trzyma jak na swoje 45 lat. Tylko papierowa koperta się rozłazi w rękach, ironicznie ma dwujęzyczny napis „CARE OF YOUR RECORD – PRECAUTIONS ESSENTIELLES POUR LA BONNE CONSERVATION DE CE DISQUE”.

Należę do pokolenia, które punka zaczęło słuchać równolegle z post-punkiem, przy czym pierwsze nagrania obu tych gatunków już wtedy zaczynały być szacownymi klasykami, które wypada znać. Byłem więc wtedy rozdarty między postawą wierności ortodoksji („punk’s not dead”) a autokontestacją gatunku („it’s a swindle!”).

Przez te wszystkie lata zdarzało mi się dla przyjemności słuchać punka ortodoksyjnego, bo zazwyczaj jest to po prostu uczciwie zagrany rokendrol. Do postpunka a la PIL nie wracałem, bo ta autokontestacja często w praktyce sprowadzała się do celowego wydawania nieprzyjemnych w słuchaniu odgłosów.

Gdy puściłem sobie tę płytę, było to więc trochę spotkanie pięćdziesięcioparoletniego mnie z nastoletnim mną. Ciekawe, czym się ten dzieciak tak wtedy jarał?

Z wyjątkiem ostatniego utworu „Fodderstompf”, płyta zdumiewająco dobrze zniosła próbę czasu. Wtedy zdaje się, że go nawet nie skopiowałem na kasetę – w istocie był to głupi żart dograny na siłę, bo po prostu mieli za mało materiału na LP.

Zdumiewająco przyjemnie słuchało mi się „Religion”. Oczywiście, nie mogę teraz ocenić, na ile ta przyjemność bierze się z wartości tego utworu, a na ile z bagażu emocjonalnego związanego ze spotkaniem „dawnego mnie”.

Są tu właściwie dwaj „dawni ja”. Najpierw ten nastoletni anarchokomunista, zauroczony bluźnierstwem tego utworu, tym słodszym, że słuchanym pośród powszechnego ukąszenia wojtyliańskiego (na które sam byłem jakoś odporny).

A potem ten młody-dorosły, który odrzucał już takie naiwne formy ateizmu. Kuroń i Michnik nazywali go „tramwajowym” (co oni właściwie mieli przeciwko tramwajom?).

John Lydon wrzucił do tej swojej tyrady przeciwko religii zarzuty najrozmaitszego kalibru, od idiotycznych („God is Dog spelled backwards”), po w miarę sensowne („Not for one race, one creed, one world, but for money-effective absurd”). Przeważają tu jednak tandentne rymowanki („This is Bible full of libel”).

Kiedy się tego słucha z płyty, słyszymy ten tekst dwukrotnie. Znów: bo mieli za mało materiału. Ale efekt jest dzięki temu wzmocniony.

Najpierw Lydon recytuje to a capella, w stylistyce przemówienia w Hyde Parku. Dziś powiedzielibyśmy: slamu poetyckiego. Potem dołączają bas, perkusja i gitara i mamy to samo, ale z kapelą, już jako archetyp postpunka: ostra sekcja rytmiczna z melorecytacją.

Dziś to banał, ale wtedy coś takiego zrobiono chyba po raz pierwszy. Gdyby nie ta płyta, nie byłoby polskiej ejtisowej sceny alternatywnej.

Wyprzedzając Joy Division, PIL nie zamieścił na okładce konwencjonalnej listy utworów. Trudno z niej nawet zgadnąć, jak się ten zespół nazywa – na jednej stronie „PUBLIC IMAGE” (bez „ltd”), na drugiej „PIME”. W tekstach drobnym druczkiem występuje jako PIL, więc tego się trzymam.

Uderzyły mnie w tych tekstach antypodziękowania. „Nastoletni ja” był taką postawą zachwycony, dzisiejszy niespecjalnie – wydaje mi się to akurat dziecinadą.

No ale to są dzieci! Wtedy muzycy rockowi wydawali mi się wzorcem dorosłości. Ale na okładce tej płyty na jednej stronie mamy portret 22-letniego Johna Lydona, na drugiej – 21-letniego Keitha Levene’a. Jakie ich twarze są niewinnie dziecinne!

Że rocka tworzyły dzieci – tzn. ludzie, którzy dziś mi się wydają dziećmi – to dla mnie stosunkowo nowe odkrycie. Inaczej teraz patrzę na ten bunt, na te grymasy, na te rymowanki Bible/libel. Jak na ich wiek, to nie jest takie złe…