Polska ocalona!


Przypomnę, że gram ostatnio Polską w „Hearts of Iron 4”, traktując grę strategiczną bardziej jak RPG. Moim zasadniczym celem jest nie tyle wygrana, co zapobieżenie wielkim zbrodniom Hitlera i Stalina, dlatego z żadnym nie chcę wchodzić w choćby chwilowy sojusz.

Wreszcie mi się częściowo udało. Uwaga techniczna: wszystkie DLC, historyczne fokusy, wersja 1.9.2, najniższy poziom trudności (już ostatni raz, chyba się wreszcie nauczyłem).

Najpierw po staremu podbiłem Litwę, jak tylko była taka możliwość (marzec 1938). Proklamowałem odtworzenie Rzeczpospolitej Obojga Narodów i z tej okazji z rozpędu zająłem też Łotwę.

Tymczasem moi agenci budowali siatkę w Czechosłowacji, tworząc od zera propolską Partię Niezaangażowanych (ahistoryczne). W marcu 1939 było Monachium i alianci tradycyjnie oddali Niemcom Sudety.

Szkoda, bo Monachium to ostatnia szansa na zatrzymanie Hitlera. Czechosłowacja miała wtedy sporą armię, z dwiema dywizjami pancernymi – i łatwą do obrony granicę.

W moich pierwszych grach czasem odmawiali oddania Sudetów i wojna wybuchała wcześniej. Teraz oddają zawsze. Nie wiem czym tu się kieruje AI, może sam sobie szkodzę zwiększając napięcie międzynarodowe swoimi podbojami bałtyckimi?

W każdym razie, TYM RAZEM w reakcji na moralną kompromitację Hachy i Benesza, Partia Niezaangażowanych zaczyna wojnę domową (z dyskretnej podpuchy polskiego wywiadu). Wtedy Niemcy zajmują Czechy, pozostawiając Kingdom of Bohemia, na czele którego stanał niejaki Slavomir Vesely (z puli Generycznych Czechów).

Kingdom of Bohemia było początkowo de facto Wielką Słowacją (z Mukaczewem). Co za tym idzie, gdy Węgrzy (historycznie) wypowiedzieli traktat z Trianon, nie mogłem ich zaatakować od razu, bo nie miałem lądowej granicy.

Jak zawsze, bez walki oddałem Gdańsk – wtedy niemieckie AI odpuszcza Polsce i skupia się na aliantach. Pojęcia nie mam, na ile to historyczne tym bardziej, że od razu po oddaniu Gdańska, wyrabiam sobie casus belli „retake core states”, a więc zachowuję się prowokacyjnie.

2WŚ zaczęła się 21 września 1939, podstępnym atakiem na Holandię. Trzymałem dużą armię na niemieckiej granicy, niemiecka armia nie była przećwiczona kampanią wrześniową, ogólnie więc wojna na Zachodzie poszła Niemcom słabo.

Przegraliby z kretesem, gdyby nie Włosi, którzy w końcu doszli do Paryża. Gra używa dziwnej protezy do zasymulowania prawdziwej historii: gdy tylko jedno z państw Osi zajmie Paryż, Francja rozpada się na dwa państwa: Francję Vichy i Wolną Francję. Ponowne zajęcie Paryża przez aliantów powoduje, że Vichy znika, zostaje tylko Free France.

Ponieważ w tej grze walki toczyły się długo ze zmiennym szczęściem, alianci na chwilę odbili Paryż nim państwa Osi ich ostatecznie zepchnęły do morza (luty 1941). W efekcie więc Vichy istniało przez parę tygodni, a znakomita większość Francji przeszła pod okupację włoską, co miało taki dalekosiężny skutek, że większość kolonii np. w Afryce pozostała przy Wolnej Francji.

Dopiero w styczniu 1940 udało mi się proklamować sojusz Międzymorza, złożony z Bohemii, Rumunii, Bułgarii, Jugosławii i Finlandii (plus później Estonia z eventu). Grecja tym razem nie chciała.

W ten sposób zyskałem możliwość zaatakowania Węgrów z terytorium Słowacji, ochoczo najechali ich też wszyscy sąsiedzi. Tym razem nie tworzyłem marionetkowego państwa, utrzymałem bezpośrednią okupację.

To już była ostatnia chwila na zwalcowanie Węgrów, bo w międzyczasie już przerzucałem wojska na wschodnią granicę. Od wiosny 1938 jak wściekły budowałem linię Maginockiego na granicy z ZSRR, w chwili radzieckiego ataku miałem już na całej długości fortyfikacje lvl 4-5.

W poprzednich grach Stalin się na to wściekle rzucał na „uraa”, tracąc miliony w pierwszych miesiącach. W tej grze te bunkry prawie nie wzięłu udziału w walce, Stalin bowiem w czerwcu 1940 zaatakował Finlandię, która w tej grze stała się „Winkelrydem narodów”.

Jej cierpienie odwróciło los historii. W poprzednich grach Międzymorze rozsypywało mi się przez zdradę Rumunii, która (zgodnie z historią) przechodziła do Osi. A ta zdrada była możliwa dlatego, że na początku wojny polsko-radzieckiej odmawiali dołączenia, tłumacząc się (podobnie jak Estonia i Finlandia) niebezpieczną granicą z ZSRR.

Tym razem Stalin skoncentrował tyle wojska w Finlandii, że Rumuni sami dołączyli i zajęli Odessę, po czym zatrzymali się na linii Bohu. Wtedy ja też zrobiłem ofensywę, niezbyt udaną, bo nadal nie miałem żadnych wojsk motorowych, ale podszedłem pod Leningrad i front wschodni praktycznie zastygł na lata w dziwnym kształcie.

Częściowo nadal opierał się o linię Maginockiego (pierwotną granicę), ale zająłem m.in. Mińsk i Żytomierz, pośpiesznie budując kolejną linię bunkrów. Zdążyłem tylko Lvl 1, gdy Stalin ruszył z wściekłym kontrnatarciem na całej długości.

Tu i tam się wbił na jedną-dwie prowincje, ale ogólnie utrzymałem zdobycze. Niestety, nie byłem w stanie pomóc Finlandii, która w maju 1941 skapitulowała.

Nie udało mi się więc całkiem zapobiec ludobójstwo. W moim świecie Hitler mógł wysłać Annę Frank do Terezina. Strach pomyśleć, co Stalin robił w okupowanej Finlandii. Pocieszam się, że skoro większość Francji kontrolowali Włosi, Holocaust przynajmniej tam się nie wydarzył. No ale co najważniejsze: obroniłem polskich obywateli.

Pozbawione rumuńskiej ropy, węgierskiego aluminium i większości dróg morskich państwa Osi powoli realizowały historyczne cele. Włosi wypowiedzieli wojnę Grecji, podbili ją po zaciekłych walkach (nie mieli drogi lądowej!). Dopiero w marcu 1943 Niemcy wypowiedzieli wojnę Jugosławii.

Musiałem wtedy zrobić straszną rzecz – wyrzuciłem Jugosławię z Międzymorza. Wiedziałem z poprzednich gier, że jeśli tego nie zrobię, wciągną inne kraje sojuszu do wojny z Osią, prowokując wojnę typu „każdy z każdym”.

Historycznie prawie w ogóle tego nie było, choć np. Finlandia przez chwilę była w stanie wojny równocześnie z ZSRR i Niemcami. W HOI4 niesłychanie łatwo taką wojnę wywołać, trzeba się wręcz nagimnastykować, by jej uniknąć.

Wyrzucona z Międzymorza Jugosławia natychmiast dołączyła do aliantów. Ponieważ nadal była w stanie wojny z ZSRR, formalnie wypowiedzieli wojnę także Stalinowi.

Wojny światowe toczyły się jakby równolegle: alianci vs Oś i Japonia (w HOI4 to odrębne, acz zblokowane sojusze), plus „dziwna wojna” z ZSRR, oraz Międzymorze vs ZSRR. Mimo wspólnego wroga, alianci nadal mnie nienawidzili (-100 w dyplomacji) za wywołanie napięcia w latach 1938-1940.

Tymczasem Japonia powoli wygrywała wojnę na wschodzie. Zajęli Indie (!), zajęli Nową Zelandię (!!), w końcu nawet Australię (!!!).

Gdy Niemcy i Włosi wykańczali Jugosławię, alianci w zrobili desant w zachodniej Francji. Tymczasem Stalin ruszył do drugiego natarcia na całej długości frontu i wykrwawił się tak bardzo, że powstałą wielka luka w rejonie Velkiye Luki (uwielbiam ten frontowy suchar).

Zrobiłem tam kocioł, z którego częściowo się wyrwali, ale z ogromnymi stratami, które im chyba odebrały na dobre inicjatywę strategiczną.
W maju 1943 przeprowadziłem operację „Katarzyna Jagiellonka”, czyli desant na Finlandię. Być może mogłem to zrobić wcześniej, ale – mehemm – nie umiałem. Stalin zaczął pośpiesznie przerzucać wojsko do Helsinek, więc udało mi się zająć Leningrad w czerwcu. Moje bombowce morskie dobiły radziecką marynarkę.

Tymczasem AI moich sojuszników z jakiegoś powodu uznało Finlandię za główny front, zaroiło się tam od wojsk bułgarskich i rumuńskich, co paradoksalnie miało ten zły skutek, że zrobiły się problemy z zaopatrzeniem i wielką atrycją. W efekcie front się tam ustabilizował.

Jak zająłem Smoleńsk, bałem się radzieckiego kontrnatarcia i jeszcze tam walnąłem zestaw bunkrów, tym razem już zbędnych. Stalin stracił inicjatywę strategiczną, co zauważyłem trochę za późno, ale jednak wysłałem zagon pancerny prosto do Moskwy. W listopadzie 1943 dywizja pancerna „Stefan Batory” osiągnęła jej przedpola.

Front wyglądał dziwnie, bo w jednym miejscu (na Polesiu) nadal opierał się o przedwojenną granicę, a na północy miał długą kichę. Stalin zaczął przerzucać do Moskwy dywizje z południa, więc ruszyłem do ofensywy na froncie rumuńskim i zimą 1943/1944 zacząłem zajmować Krym.

Bałem się zimowego kontrnatarcia, ale Stalin był zbyt wykrwawiony, a moje dywizje z większości już zaprawione. W styczniu 1944 zająłem Moskwę, stolica się przeniosła do Stalingradu. Wiosną ruszyłem do niejakiej odwrotności operacji Bagration: zagony pancerne z północnej kichy ruszyły na południe, zamykając w kotle większość radzieckich dywizji na Polesiu.

W lipcu zająłem też Stalingrad, stolica przeniosła się do Władywostoku. Na wielu odcinkach już nie było frontu, moje dywizje po prostu jechały przed siebie.

Skrin przedstawia sytuację z sierpnia 1944, tuż przed kapitulacją ZSRR. Widać też alianckie przyczółki we Francji i Beneluksie.
Czteroletnia wojna kosztowała Rosjan prawie 10 mln żołnierzy (ale z tego większość to jeńcy, których zwolniono). Polska straciła pół miliona, Rumunia 300 tysięcy, całe Międzymorze 1,26 mln.

W traktacie pokojowym zażądałem hojnie pojmowanych granic przedrozbiorowych, w rekompensacie cierpień Finów i Rumunów tym pierwszym dałem Murmańsk, tym drugim Odessę. Rosję zaś zmarionetkowałem – władzę objął niejaki Andrei Romanow.

Ideologicznie to chyba nacbolszewizm, bo gdy Rosja zaczęła odtwarzać swoją armię, utrzymała historyczne nazwy jednostek. Mamy więc np. dywizję „Proletarskaya” pod carską flagą.

Przegrupowałem się, skróciłem służbę wojskową i w październiku 1944 uderzyłem na Niemców. Wojska pancerno-motorowe skupiłem na odcinku pomorskim, na reszcie frontu dałem piechotę, żeby go trzymała. W tym celu walnąłem linię bunkrów level 1, znów na prawie całej długości.

Gdańsk odzyskałem w ciągu tygodnia, potem w kotle zniszczyłem dywizje broniące Prus Wschodnich. Szybko zająłem Gdańsk, a moje zagony jadące wzdłuż wybrzeża zmusiły admirała Doenitza do wyjścia w ostatni rejs.

Odbyła się epicka bitwa morska. Ja miałem 10 niszczycieli i 6 łodzi podwodnych (w tym historyczne), plus 300 bombowców morskich. Niemcy – kilka ciężkich okrętów, ale wszystkie już mocno poturbowane.

Wyobrażacie sobie moje wzruszenie, gdy samolot PZL-60 „Lew Morski” dobił torpedą płonący pancernik „Schleswig Holstein”? W tej samej bitwie na dno poszły też „Graf Spee”, „Blucher” i „Scheer”, a po mojej stronie ORP „Żbik” i 8 samolotów. W moim świecie Lejtes zrobi z tego pierwszy polski film panoramiczny.

Niestety, kapitulacja Niemiec niewiele zmieniła. Włosi nadal kontrolowali większość Francji, prawie całe swoje terytorium oraz kawał Bałkanów. Co gorsza, do Osi dołączyła Hiszpania, a że przedtem (w ostatnich miesiącach wojny z ZSRR) do Międzymorza dołączyła Portugalia, została zwalcowana.

Obecnie tracę już trochę serce do tej gry. Jest marzec 1945. Pokonaliśmy (my i alianci) Włochy, ale front hiszpański się ustabilizował.
Odwojowanie Azji i Pacyfiku to będzie zadanie na lata. Bardzo nie chcę tego robić, ale może będę musiał zrzucić na Japonię atomówkę?

Najgorsze, że z tego co wiem o japońskich zbrodniach wojennych – to nie wiem, czy wyszedł mi świat, w którym per saldo byłoby znacząco mniej ludobójstwa…

Now Playing (180)

Jestem ciekaw jak to wygląda u tych PT komcionautów, którzy są w moim wieku, albo nawet starsi – u mnie jest tak, że po pięćdziesiątce zaczynam doceniać różne rzeczy, w które wierzylem albo które lubiłem jako nastolatek (a potem jako dwudziestolatek naiwnie myślałem, że z nich „wyrosłem”).

Ostatnio mam fazę na słuchanie Pink Floyd, i to tych płyt, które ćwierć wieku temu wydawały mi się produktem przerośniętego ego Rogera Watersa: „The Wall” i „The Final Cut”. Zaskoczył mnie samego zwłaszcza powrót do tej drugiej płyty.

Jako nastolatek bardzo młody, taki bardziej podstawówkowy nawet niż licealny, uważałem rock operę za Szczytową Formę Popkultury. „The Wall” zaś za uważałem szczytowe osiągnięcie tejże. Już wtedy byłem dość stanowczy w ocenach!

Potem przeszedłem ewolucję dość typową dla Generacji X. Pochłonęły mnie pospunk i nowa fala, zacząłem uważać, że mniej znaczy więcej i cenić sobie formułę „trzy akordy, darcie mordy”.

Dalej miałem sporo szacunku dla wcześniejszych nagrań Pink Floyd, ale tych dwóch płyt już nie byłem w stanie słuchać dla przyjemności. Częściowo dlatego, że wysłuchałem ich już tyle razy, że znałem każdy dźwięk na pamięć.

W jakichś chwilach przykrych a nudnych, np. na szkolnym apelu, zabijałem czas „odtwarzając” płytę w wyoraźni, z pamięci. Poza „The Wall” potrafiłem tak z „Back in Black” AC/DC i oczywiście pierwszym Iron Maiden. Byłem dziwnym dzieckiem, ohne Zweifel.

Im lepiej rozumiałem teksty, tym bardziej się robiłem sceptyczny. Szczególnie mnie zniesmaczył film Alana Parkera, jakoś inaczej sobie to wszystko wyobrażałem (do dziś uważam, że najlepsze są fragmenty animowane!).

Miałem nawet konkretne zarzuty, że np. narracja w „Hey You” przeskakuje między pierwszą, drugą a trzecią osobą tak niekonsekwentnie, że w końcu robi się nam z tego klasyczny błąd typu „who was phone”.

Spierając się z nastoletnim sobą jako pięćdziesięciolatek odparowałbym to tak, że to naturalne w operze. Jeśli chodzi o literacką spójność libretta, „The Wall” i tak wypada lepiej od niejednej „Zachlastanej fifulki”.

Ze wstydem muszę wam wyznać, że mój szkolny angielski z podstawówki czynił mnie zaś zupełnie bezradnym przy interpretacji „Final Cut”. Śmiejcie się, śmiejcie, ale skąd ja wtedy miałem wiedzieć, że „Union Jack” to nie jest ksywka jakiegoś faceta? Byłem dzieckiem za Żelazną Kurtyną, helou. Nie było takich słówek w podręczniku Leona Leszka Szkutnika.

Gdy teraz słucham „The Final Cut” widzę, jak bardzo tej płyty nie zrozumiałem te 37 lat temu. A słuchałem jej od dnia oficjalnej premiery, gdyż wtedy takie Wydarzenia w Trójce świętowano z wyprzedzeniem – od tygodnia leciał promujący singiel, „When The Tigers Broke Free”, płytę zaś wyemitowano w całości (początkowo razem z tymi dwiema piosenkami, „Get..”/„Fletcher…”, które potem wycinano w związku z występowaniem w nich Breżniewa w roli negatywnej), żebyśmy mogli ją sobie nagrać.

Nie zrozumiałem jej w sposób najbardziej niebezpieczny. Rozumiałem pojedyncze zdania, ale nie związki frazeologiczne. Na przykład: co oznacza w rokendrolu metafora „across the tracks”, zrozumiałem kilkanaście lat temu, jak zacząłem podróżować po Ameryce i fizycznie przekraczać takie granice.

Co za tym idzie, dwuwiersz „You can relax on both sides of the tracks” z fundamentalnego manifestu tej płyty, „The Gunner’s Dream”, nic dla mnie nie znaczył. Myślałem, ze to jakiś idiom oznaczający relaks pełniejszy, bo dubeltowy (śmiejcie się, śmiejcie).

W dyskusji pojawiło się tu niedawno pytanie, jak ludzie wychowani na Pink Floyd mogli wyrosnąć na prawicowców. Mogę to chyba wyjaśnić.
Otóż jeśli słuchasz tej płyty znając tylko szkolny angielski, może ci się wydawać, że opłakiwany na niej „postwar dream” to marzenie o INDYWIDUALNYM SUKCESIE. Ot, Eric Fletcher Waters zginął pod Anzio fantazjując o tym, że jak wróci z frontu, to się dorobi fajnego domu. Ale nie dane mu było, kurtyna.

Nic dziwnego, że w takiej interpretacji niespecjalnie to wszystko zachwyca!

Wtedy polityczne przesłanie tej płyty wydawało mi się sprowadzać do „Wojna Jest Straszna”. Teraz wiem, że to epitafium dla powojennego programu socjaldemokratycznych reform, niszczonych wtedy przez Thatcher.

Szukacie programu dla lewicy? Posłuchajcie manifestu z „The Gunner’s Dream”. Nic się nie zmieniło: chodzi o świat równego dostępu do usług publicznych, powszechnego bezpieczeństwa, bez rasizmu, bez wyzysku, bez cenzury.

Za taki świat zginął Eric Fletcher Waters.

Przed ciszą

Ostatni dzień przed ciszą to czas manifestów. U mnie bez zaskoczeń: w pierwszej turze na Biedronia, w drugiej przeciw Dudzie.

Żeby notka nie była tak nudna, odniosę się do kwestii „niezrozumiałych wyroków nadzwyczajnej kasty”, bo ten temat wrócił w ostatnich dniach kampanii. To swoją drogą zabawne, rządzą od 5 lat, przejęli prokuraturę, trybunał konstytucyjny, sąd najwyższy itd., ale nadal wymiarem sprawiedliwości rządzą jacyś Oni.

To szkodliwe, bo swoją propagandą utrudniają ludziom rozumienie, jak działa prawo. A w efekcie zabijają umiejętność dochodzenia swoich praw np. w miejscu pracy.

Cierpliwie zaczynając od podstaw: nie ma nic nierozumiałego w przegranej Dudy w sporze z Trzaskowskim o znaczenie słowa „dzisiaj”. Wiele pojęć ma dwa znaczenia (albo i więcej): ścisłe i potoczne.

W potocznym ujęciu „dzisiaj” może oznaczać „w tej dekadzie” albo nawet „w tym stuleciu”. Tak jest na przykład w piosence „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma” – przecież nie chodzi o to, że zniknęli o północy!

Proszę przeczytać jakieś przemówienie Dudy czy Kaczyńskiego i interpretować każde słowo „dzisiaj” tak, jakby oznaczało „w ciągu bieżącego dnia kalendarzowego”. Wyjdą absurdy.

Podobnie przegrać powinien Samuel Pereira z Borysem Budką w sporze o użycie słowa „recydywista”. Budka powie w sądzie, że chodziło mu o znaczenie potoczne i nie wiem jak w tej sytuacji miałby przegrać, chyba tylko przez przegapienie terminu.

Nie wiem, dlaczego PiS pakuje się w te procesy. Zgaduję, że w tym środowisku samo wyrażanie na głos wątpliwości robi z człowieka zdrajcę.

To było widać po pisowskich komentarzach w notkach politycznych – Tusk to zdrajca, bo nie sprowadził wraka, nie załatwił reparacji od Niemców i „oddał śledztwo”. Gdyby na Nowogrodzkiej ktoś powiedział, że sinus nie może mieć wartości większej od 1, Suski pewnie by się zerwał i zadeklarował, że on dla Prezesa znajdzie takiego sinusa, ze będzie miał choćby i sto!

Uważam, że każdy (nie tylko dziennikarz) powinien znać różnicę między zniewagą a zniesławienie. A więc: zniewaga jest wtedy, gdy ktoś obraża naszą godność „słowem powszechnie uważanym za obelżywe”, wulgarnym gestem, albo jakąś nieprzyjemną uwagą dotyczącą spraw osobistych. Często z tego paragrafu swoich hejterów ściga Pawłowicz, wygrywa i ma rację.

Nikogo nie wolno nazwać, powiedzmy, „brzydkim babsztylem” i dodać do tego wulgarną uwagę o zgubnych skutkach braku seksu. Czasem oskarżony broni się per „przecież tylko powiedziałem prawdę!”.

Sądu to nie obchodzi. „Truth defense” nie działa w przypadku zniewagi. Zniewaga to bardziej kwestia formy niż treści.

Do pewnych form ekspresji ustawodawca po prostu chce nas zniechęcić i w ogólności się z nim zgadzam. Większość sędziów też, dlatego nie ma się co powoływać w sądzie na „wolność słowa!”.

Istnieją specjalne zaostrzenia gdy ktoś znieważa funkcjonariusza publicznego albo głowę państwa. Moim zdaniem są niepotrzebne, powinny wystarczyć przepisy ogólne. Orzecznictwo idzie w podobnym kierunku, więc tu akurat powołanie się na „wolność słowa” może być skuteczne. Wszyscy chcemy czasem móc powiedzieć, że mamy durnia za prezydenta. Nie w tej kadencji to w innej.

Ze zniesławieniem jest w pewnym sensie odwrotnie. To kwestia treści, a nie formy: to przypisanie komuś takich właściwości, które godzą w dobre imię albo zaufanie.

Przy zniesławieniu może zachodzić „truth defense”, ale ciężar dowodu spoczywa na oskarżonym. Musi uzasadnić swoje zarzuty, inaczej sąd uzna je za zwykłe pomówienie.

I słusznie, bo nie chcielibyśmy żyć w kraju, w którym każdy nas może oskarżać o co chce bez dowodów. To niby oczywiste, ale wielu ludzi ujmowało się za Janem Śpiewakiem, skazanym za pomówienie Bogumiły Górnikowskiej o „przejęcie kamienicy metodą na 118-letniego kuratora”.

Wygrałby ten proces, gdyby potrafił udowodnić, że mec. Górnikowska działała w złej wierze, że celowo zastosowała jakąś „metodę” celem „przejęcia kamienicy”. Zamiast tego mówił nie na temat: że reprywatyzacja to skandal, itd.

No pewnie że skandal. Ale czy mamy jakieś dowody obciążające mec. Górnikowską? Śpiewak ich nie przedstawił.

Kibicowałem mu kiedyś, tak jak wszystkim walczącym z reprywatyzacją. Na długo przed Śpiewakiem było ich wielu, dlatego nazywanie go (jak robił to Rafał Woś) „sygnalistą” to nonsens. Sygnalista to ktoś, kto ujawnia tajemnice, a nie ktoś, kto z artykułów prasowych robi infografikę.

Przede wszystkim jednak kibicuję ogólnej zasadzie, że jak się nie ma kwitów, to się nie oskarża. A jak się zagalopowało, to trzeba zwyczajnie przeprosić. Często to najprostszy sposób na uniknięcie kary („prawnicy go nienawidzą! on zna sekret…”).

Osobną kwestią jest mowa nienawiści. To zniewagi i zniesławienia odwołujące się do pewnego katalogu cech zastrzeżonych – o czym miałem notkę, więc teraz tylko do niej odeślę.

Zniewagę i zniesławienie ściga się z prywatnego oskarżenia. Czasem gdy ktoś wygrywa taki proces, pojawiają się oburzone głosy typu „a co gdy Iksiński wygadywał takie rzeczy o Igrekowskim”.

O ile Igrekowski nie wniósł prywatnego oskarżenia, nic się nie mogło stać. I dobrze! Nie chcielibyśmy żyć w świecie, w którym prokuratura ściga z urzędu każde „ty ch…!”.

Powyższe dotyczy kodeksu karnego. Osobną kwestią jest naruszenie dóbr osobistych, którego można dochodzić w trybie cywilnym. Zniewagi i zniesławienia zazwyczaj stanowią takie naruszenie (nie umiem sobie wyobrazić innej sytuacji, ale może ktoś pomoże).

Po co ten dualizm? Czy nie wystarczyłby jeden tryb, cywilny albo karny?

Uważam, że jest potrzebny. Procesy cywilne z natury są drogie. Eliminując art. 212 i 216, zamknęlibyśmy drogę obrony dobrego imienia osobom niezamożnym. Gdybym więc sam pisał prawo, poddałbym je różnym modyfikacjom, ale co do zasady zostawił.

Z kolei tryb cywilny jest niezbędny, bo prawo karne powinno przynajmniej próbować być maksymalnie precyzyjne, żebyśmy wiedzieli, co nam wolno. Tymczasem „dobro osobiste” to pojęcie szerokie. W kodeksie cywilnym nie jest ściśle zdefiniowane – ustawodawca spróbował wyliczyć w art. 23 te przykłady, które mu przyszły do głowy, ale dodał magiczne słowo „w szczególności”.

To znaczy, że ta lista nie jest kompletna. I nie powinna być, bo nowe „dobra osobiste” pojawiają się razem z postępem technologii i obyczajów.

Nie jestem prawnikiem, więc powyższe nie może nikomu zastąpić fachowej porady prawnej. Zapraszam też do fachowego prostowania w komciach moich ew. błędów. Tylko bez zniewag!

Kościół, lewica, monolog

Niniejsza notka jest luźno inspirowana artykułem mego redakcyjnego Grzegorza Wysockiego o dialogu. Nie nazwałbym jej polemiką, to raczej czysto osobista opowieść o tym, dlaczego uważam siebie raczej za człowieka monologu.

Zauważmy na początek, że dialogu w Polsce oczekuje się wyłącznie od lewicy. Gdy w tytule występują słowa „dialog” i „lewica”, możemy być pewni, że tekst będzie połajanką pod adresem lewicy, że ma być otwarta na dialog z prawicą i/lub kościołem, a nie analogicznym apelem do stron przeciwnych.

Będą tam te same argumenty co zwykle. Że takie mamy społeczeństwo, a więc lepiej go nie prowokować. I że najlepiej lewica zrobiłaby przepraszając za swoje istnienie i dołączając do kościoła falenickiego.

Jeśli o mnie chodzi, to nie jestem politykiem, nie chcę wygrywać wyborów. Chcę po prostu opisywać rzeczywistość tak jak ją postrzegam – niby drobiazg, a jednak od 30 lat ciągle jakiś wujo mnie poucza, że nie powinienem.

W młodości próbowałem dialogu. 1/10, nie polecam.

Byłem „otwarty”, właśnie tak jak Wysocki to postulował. Nie odrzucałem zaproszeń, łaziłem do prawicowych publicystów i na eventy typu „spotkania Życińskiego z dziennikarzami”.

Z osobistego doświadczenia mówię dziś, że to nie miało sensu. Nie twierdzę, że to uniwersalna prawidłowość dla wszystkich państw i wszystkich epok. Ale tu i teraz dialog lewicy z Kościołem i prawicą to w najlepszym wypadku strata czasu.

Oddzielam Kościół od prawicy, bo widzę tu dwa różne mechanizmy. Zacznę od polskiego Kościoła, który z jakiegoś powodu posługuje się językiem wykluczającym dialog.

Ten język charakteryzuje nadużywanie metafor mętnych jako ta zabłąkana owieczka, co do kwasu wpadła, oraz narracja typu „non sequitur”. Zwykle ciężko w ich wypowiedziach odgadnąć, z jakich przesłanek wyciągają jakie wnioski, albo nawet jaka właściwie jest ich zasadnicza teza.

Prywatnie staram się wypowiadać tak, żeby wiadomo było, co dokładnie twierdzę i czym to uzasadniam. Tischner, Życiński, Wojtyła pisali tak, jakby specjalnie chcieli to ukryć (wymieniam autorów, do których robiłem podejścia).

W efekcie nie można wejść w dialog: „hola hola, tu pan ma błędne wynikanie”. Zostaje nam monolog kaznodziei, który możemy w całości pokornie zaakceptować. Albo odrzucić.

Czytałem księży z innych krajów, więc wiem, że to lokalny fenomen. Nie wiem, z czego się bierze: z odrzucenia tomizmu?, z antyoświeceniowości?, z przekonania, że filozofia analityczna to dzieło Szatana?

Nadużywanie metafor prowadzi ich często na manowce takie, jak uwaga Pieronka z 2001 o polewaniu kwasem Jarugi-Nowackiej. Kościół był u szczytu potęgi, a więc i napawania się bezkarnoą arogancją, ale NAWET WTEDY wzbudziło to protesty.

Obrońcy księdza oczywiście mówili, że to była tylko metafora. Jakby to było jakiekolwiek usprawiedliwienie!

Z okazji śmierci Pieronka w 2018 posypały się hagiograficzne próby usprawiedliwiania tej haniebnej wypowiedzi. Postanowiłem wtedy zerwać relacje z jej obrońcami, czyli w praktyce: z wszystkimi znanymi mi księżmi i publicystami katolickimi, No cóż, cytując Hana Solo: rozmowa i tak się nie kleiła.

Z polską prawicą jest inaczej. Owszem, potrafi się czasem klarownie wypowiadać, ale uległa samozatruciu propagandą.

Tak długo opowiadali mit o tym, jak to lewica jest wspierana przez Sorosa oraz Układ, że w to uwierzyli. Typowy polski prawicowy publicysta może zarabiać 50 tysięcy miesięcznie, za swoje zasługi dla reżimowej propagandy dostać synekurę dla żony, a I TAK będzie wierzyć, że jest wyklęty, zaszczuty, prześladowany i niepokorny.

Co za tym idzie, ich oferty dialogu nie będą szczere. Oni się wiecznie czują jak partyzanci na terenie wroga: chcą nas infiltrować, a nie wchodzić z nami w dialog.

Był taki moment, kiedy Warzecha, Ziemkiewicz i Terlikowski zdawali się mieszkać w TOK FM. Ale I TAK każdy by wtedy powiedział, że „Salon ich skazał na zamilczenie na śmierć”.

Mam znajomych dziennikarzy – ludzi dialogu. Czasem ogłaszają sukces: udało im się „nakłonić X-a do wywiadu” (gdzie X to jakiś śmiertelny wróg lewicy, Michnika, Układu, Sorosa itd.). I ten wywiad się niestety ukazuje.

Ich nie trzeba „nakłaniać”. Sami się wpychają, chętnie skorzystają z okazji do wykorzystania zasobów wroga do propagowania swojego ideolo. Ale czy któryś z tych wywiadów uznalibyście za dobry przykład dialogu?

Dialog lewicy z Kościołem i z prawicą jest tak asymetryczny, że zamienia go w monolog. Przyczyny są różne, ale niezależne od lewicy: nie namówimy ludzi Kościoła do wypowiadania się klarowniej, ani nie wyleczymy prawicy z jej samozatrucia.

Osobiście więc wolę robić coś ciekawszego. Np. patrzeć, jak schnie farba.

Ideologia rachunku różniczkowego


W roku 1632 kościół katolicki potępił ideologię rachunku różniczkowego. Mówiąc ściślej, dokonała tego Rada Rewizorów zakonu jezuitów, którzy mieli jednak wtedy takie wpływy, że stanowisko jezuitów było de facto stanowiskiem Watykanu.

Skutki odczuwano w następnych stuleciach. Do połowy XVII wieku Italia była w czołówce postępu matematyki i fizyki (Leonardo, Gallileo, Toricelli!). Potem pałeczkę przejmują kraje protestanckie i Francja (która za sprawą przywilejów gallikańskich mogła lekce sobie ważyć jezuickie prikazy).

To dlatego facet, który przyszedł na świat jako Giuseppe Luigi Lagrangia przeszedł do historii jako Joseph Louis Lagrange. U siebie w kraju miałby problemy z robieniem tego, co chciał robić: operować na wielkościach infinitezymalnych, czyli „prawie zerowych”.

Matematycy w XVII wieku nauczyli się na nich działać i odkryli, że „prawie zero” podzielone przez „prawie zero” może mieć jakąś konkretną wartość. Ba, zaczęli też robić takie tricki, jak sumowanie nieskończenie wielkiej porcji wartości „prawie zerowych” i wychodziło im coś skończonego!

Kościołowi się to nie podobało, bo jak zaczniemy badać nieskończoności większe i mniejsze, pod znakiem zapytania stają także pojęcia teologiczne. Bóg jest nieskończenie dobry – o jaką tu nieskończoność chodzi? Większą, mniejszą? Skończenie nieskończoną?

Jezuici orzekli, że zadawanie takich pytań jest sprzeczne z doktryną chrześcijańską a także naukami Arystotelesa. Uznali to za niebezpieczną nową ideologię, którą należy wyrugować z życia publicznego i akademickiego. I udało im się to zrobić tam, gdzie sięgała ówczesna władza Watykanu.

Nie używali oczywiście słowa „ideologia”, pojawiło się dopiero w XIX wieku. To moja modyfikacja, celowy anachronizm by podkreślić podobieństwo do argumentów używanych przez ich dzisiejszych następców w walce z „ideologią LGBT”.

Jeśli za Kopalińskim ideologię zdefinujemy jako „całokształt idei i poglądów na świat”, to oczywiście katolicy nie są ludźmi, tylko ideologią. Ich przynajmniej naprawdę łączy wspólny „całokształt idei”.

Czasem kościół mówi też o „ideologii gender”. Nie jest jasne, czy to jest to samo. Sądząc po retorycznym pytaniu z zadanego obrazka, tak zdaje się uważać Patryk Jaki.

Czym się zajmują „katedry gender”? Badaniem różnicy między płcią określoną biologicznie a płcią określoną kulturowo.

Wiadomo, że pewne cechy są determinowane przez ciało. Ale co z taką cechą, jak zdolności matematyczno-informatyczne?

Wielu ludzi dziś odpowie odruchowo, że kobiety gorzej sobie radzą z komputerami, że to nie dla nich i że to biologia. „Płeć mózgu”. Kobiety są stąd, mężczyźni stamtąd.

I można to świetnie teoretycznie uzasadnić, że no cóż, psychologia ewolucyjna, pitekantropy na sawannie programowały w COBOL-u i tak dalej, ale pół wieku temu ludzie byli równie głęboko przekonani, że jest odwrotnie. Około 1970 roku to była silnie sfeminizowana branża.

Angielskie słowo „computer” pierwotnie oznaczało rachmistrza: osobę wykonującą obliczenia. To zazwyczaj były kobiety (rachmistrzynie). Redaktor magazynu ilustrowanego, który by w roku 1940 zamówił w agencji zdjęcie do tematu „computers”, dostałby fotkę pomieszczenia pełnego kobiet.

Co się stało? Zmieniła się biologia? Tak szybko? Ewolucja nie działa w skali 50 lat, raczej w skali 50.000 lat.

A może jednak zmieniła się kulturowa percepcja płci? Może warto by to zbadać?

Jeśli zadasz sobie to pytanie, będziesz jak ktoś, pytający w 1632 roku, czy nieskończoności mogą być większe i mniejsze. Kościołowi się to nie spodoba.

Na szczęście dziś Kościół ma mniejsze możliwości zakazywania uczelniom prowadzenia niektórych badań. Stąd te katedry, o które pyta Patryk Jaki. Studiują kwestie takie jak powyższa – badają płeć określoną kulturowo, społecznie, politycznie itd.

Katedry gender zajmują się „ideologią” w takim samym sensie, w jakim katedry rachunku różniczkowego zajmują się „ideologią rachunku różniczkowego”. Zajmują się stawianiem zakazanych pytań – tylko że z jednymi pytaniami (tymi zakazanym w 1632) Kościół się już pogodził. A z tymi drugimi nie.

Dlaczego ich tak uwiera to pytanie o płeć kulturową, można się domyślić. Tak jak można zrozumieć powody, dla których tak ich niepokoił rachunek infinitezymaliów 400 lat temu.

W XXV stuleciu Kościół zapewne pogodzi się już z genderem. I znajdzie sobie kolejnego wroga.

Ta ideologia po prostu jakoś tak ma.

Za miskę ryżu

W ostatnim „Piąteczku” przypominałem słowa Morawieckiego o „misce ryżu”, nagrane w niesławnej restauracji „Sowa i przyjaciele”. Przyszły premier w rozmowie ze swoimi kolegami-banksterami przedstawił swój światopogląd.

Przypomnijmy kontekst. Jest rok 2013, Platforma nie ma z kim przegrać. Przedstawiciele ówczesnych elit, którzy są także przedstawicielami obecnych elit, rozmawiają przy ośmiorniczkach o polityce.

W rozmowie poza Morawieckim uczestniczą prezes PKO Zbigniew Jagiełło, prezes PGE Krzysztof Kilian i jego zastępczyni Bogusława Matuszewska. Wszyscy zawdzięczają swoje stanowiska Tuskowi.

Mówiąc o kapitałowej słabości Polski, Morawiecki tak wyjaśnia jej źródła: „I tak jeździsz po tym świecie, tak się zastanawiasz, wiesz, gdzie jest ta różnica, poza tym, że oczywiście trzysta lat temu daliśmy dupy i zamiast mieć porządnie Oświecenie (…) to się bawiliśmy w jakieś tam liberum veto, demokracje szlacheckie i tak dalej”.

To teza ciekawa o tyle, że Oświecenie miało dwa sprzeczne nurty. Republikańsko-demokratyczny i absolutystyczny, idealizujący dyktaturę oświeconego króla-filozofa.

Zwolennicy obu tych nurtów spierali się, używając Polski jako przykładu. Wolter, jako admirator Fryderyka II i Katarzyny Wielkiej, potępiał polski republikanizm – Rousseau go bronił.

Dla Morawieckiego „porządne Oświecenie”, jak wynika z kontekstu, to oświecony absolutyzm. Monarchia pruska albo carat, a nie jakieś tam „demokracje szlacheckie”.

Dla każdego co innego jest „porządne”. Jako polska lewica, czuję się spadkobiercą tradycji Kilińskiego, Kołłątaja, Kościuszki, Lelewela itd. A więc tych, którzy przyczyny upadku RON widzieli raczej w niedostatku, niż w nadmiarze demokracji. No ale to jest kwestia arbitralnych wyborów.

Ważniejsze jest to, co mówił o „misce ryżu”. Zaczął od zachodnich polityków, którzy „w takim świecie, jak dzisiaj, gdzie przez pięćdziesiąt lat ludziom się wydawało, że zawsze będzie lepiej, emerytury będą dość wysokie, żyć będziemy coraz dłużej, służba zdrowia będzie za darmo ku*** i edukacja za darmo, oni tą krzywą, która wiesz tak szła co do oczekiwań, oni muszą ją odkręcić, nie. I takie rzeczy się dzieją. (…) To co robi Merkelowa… Ona działa na najważniejszych rzeczach społeczeństwa czyli oczekiwaniach. Management of expectations. Jak ludzie ci zapier*** za miskę ryżu, jak było w czasach po drugiej wojnie światowej i w trakcie, to wtedy gospodarka cała się odbudowała”.

To obiektywnie nieprawda. W USA, RFN, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoszech, Beneluksie czy krajach nordyckich, gospodarka po 1945 rozkwitała przy ogromnych projektach socjalnych. Morawiecki po prostu nie zna historii.

Dalej perorował o potrzebie „obniżania oczekiwań” w Polsce, mówiąc przy tym, że najlepszym sposobem jest „wojna”. Niższe oczekiwania ma mieć oczywiście plebs taki, jak ja czy Ty, drogi czytelniku – bo przecież nie elity.

Żaden z uczestniczących w tej rozmowie banksterów, zawdzięczających kosmiczne zarobki koneksjom z Tuskiem i Kaczyńskim, nie powiedział przecież: „musimy SOBIE obniżyć oczekiwania, chodźmy na miskę smażonego ryżu do Chińczyka za rogiem”.

W pandemii Morawiecki znalazł swoją „wojnę”. Po wyborach zacznie nam „obniżać oczekiwania”.

Do wyborów będą szli pod mętnymi obietnicami „żeby płace w Polsce były takie jak w Europie Zachodniej”. Na to jest tylko jeden sposób: umacnianie pozycji negocjacyjnej pracowników, tak jak to zrobiono w Europie Zachodniej.

Można wyróżnić trzy modele. Typowy dla krajów anglosaskich „union shop” to układ, w którym związek zawodowy (po uzyskaniu akceptacji załogi w referendum) przejmuje wyłącznie uprawnienia do negocjowania w jej imieniu.

Prowadzi to do sytuacji szokujących dla Polaka, w których np. na jakichś targach wystawca dowiaduje się, że nie może sam okablować swojej ekspozycji, bo monopol ma lokalny związek. Kończy się to nadużyciami, które znamy choćby z filmu „Irlandczyk”.

Jest też model gandawski, typowy dla Beneluksu i krajów nordyckich, w którym związki są quasi-upaństwowione. Wypłacają zasiłki, pełnią rolę inspekcji pracy itd.

Ten model zakłada brak pluralizmu. Wszyscy należą do tej samej centrali, która w krajach nordyckich nazywa się po prostu „Organizacją Krajową” („LO”).

Polacy pluralizm mają we krwi, więc raczej nie zaakceptują modelu, w którym nie ma pluralizmu na szczeblu zakładowym („union shop”). A już na pewno takiego, w którym nie ma go wcale (Gandawa).

Od lat rekomenduję model Mitbestimmung/Autogestion, wprowadzony m.in. w RFN. W tym modelu pracownicy współzarządzają zakładem pracy, a podstawowym zadaniem związków jest rywalizowanie w wyborach reprezentacji załogi.

Jeśli ktoś zna inny model, niech wpisze. Wiem jedno: nigdzie to się nie udało w taki sposób, w jaki nam to obiecuje Duda, że wielkie inwestycje pozwolą firmom więcej zarabiać, więc one tak same z siebie będą więcej płacić pracownikom.

Czytelniku, zadaj sobie pytanie: czy gdyby twój pracodawca nagle zarobił dodatkowe miliony, dałby ci z tego powodu podwyżkę? Będzie ci płacić ile masz w umowie. Nadwyżka pójdzie na dywidendę, premię dla zarządu, ew. inwestycje.

Na Zachodzie też nie było tak, że firmy zaczęły więcej zarabiać i więcej płacić. Ustawodawcy wprowadzili opisane powyżej rozwiązania, wzmacniając pozycję negocjacyjną pracowników. Bez tych ustaw bogaci by się bogacili, a biedni by biednieli, jak dzieje się tam, gdzie je rozmontowano w myśl neoliberalnej utopii.

Poparłbym każdy rząd, który propracownicze ustawy wprowadziłby w Polsce. Na razie Morawiecki pod pretekstem pandemii dąży do obniżenia negocjacyjnej pozycji pracowników.

Efekt będzie więc taki, że nawet gdyby ktoś zarobił na tych inwestycjach – to będzie to brat ministra, albo jego żona, albo instruktor narciarski. Nie ja i nie ty.

Morawiecki nie chce zbudować drugiego RFN. Chce zbudować drugie Prusy Hohenzollernów, czyli jego ideał „porządnego Oświecenia”.

Tarcza antypracownicza

Z wszystkich kłamstw reżimu żadne nie wkurza mnie tak jak zapewnienia, że tarcze antykryzysowe mają poparcie związków zawodowych. Którego konkretnie?

Na pewno nie jest to NSZZ „Solidarność”. Wielu ludzi milcząco zakłada, że skoro Duda głosuje na Dudę, to oznacza jakieś hurtowe poparcie związku dla Morawieckiego.

Nic mi o tym nie wiadomo. A jako dziennikarz lubię takie tezy rozstrzygać riserczem antyziemkiewiczowskim, czyli sprawdzeniem dokumentów źródłowych.

Na obrazku mamy fragment opinii NSZZ „S” o projekcie tzw. „tarczy 4”. Nie jestem pewien, czy jest czytelny po przeskalowaniu – oryginał jest na stronie Sejmu jako PDF. Tak jak to zrobiłem w ostatnim „Piąteczku”, przytoczę fragmenty.

Zaczyna się od „Prezydium Komisji Krajowej NSZZ wyraża stanowczy protest…” i potem leci tak: „Propozycja ta jest całkowicie nie do zaakceptowania”, „Niedopuszczalne jest, aby…”, „Szczególnie rażący jest fakt…”, „Prezydium domaga się uchylenia…”. Podpisano: Piotr Duda – przewodniczący, Ewa Zydorek – sekretarz.

W przypadku „tarczy 3” było blisko demonstracji antyrządowej, ale wtedy PiS się wycofał z najbardziej szokujących zapisów. Co do „tarczy 4”, na razie się nie wycofuje.

Może się wycofa? Oby. Ale nawet gdyby tak było, to uporczywe umieszczanie wrzutek odbierających kolejne prawa pracownicze wydaje się rozpoznawaniem bojem. Jakby Morawiecki liczył na to, że „może nie zauważą i tym razem się uda”.

W swoim lewackim serduszku interpretuję to tak, ze dla rządu Morawieckiego pandemia jest tym, czym dla rządu Tuska był kryzys finansowy z 2007. Okazją do przeforsowania rozwiązań, za sprawą których bogaci staną się bogatsi, a cała reszta zbiednieje.

Wygląda na to, że PiS już się wycofał z deklaracji sprzed 5 lat, że „wystarczy nie kraść, a na wszystko wystarczy”. Teraz już ciagle słyszymy, że na takie czy siakie rozwiązania socjalne brakuje pieniędzy – a z projektu „Tarczy 4” wreszcie się dowiedzieliśmy, kto za to wszystko zapłaci. Otóż będą to pracownicy sfery budżetowej.

Dwa miliardy rocznie dla TVPiS oczywiście się znajdą. Pieniądze na dworki Glapińskiego też. Pieniądze na kupienie przyłbic z kolosalną marżą od żony instruktora narciarskiego pana ministra, która sama je kupiła od handlarza oscypków, podobnie jak pieniądze na przepłacone respiratory od kolegi pana ministra, itd.

No na coś w końcu jednak musiało zabraknąć. Traf chciał, że zabraknie na pensje dla około miliona pracowników budżetówki. To oni mają ponosić wyrzeczenia, bo przecież nie bracia Sz. i zaprzyjaźnieni z nimi biznesmeni.

I nie róbcie sobie złudzeń, że „tarcze” przynoszą rozwiązania tymczasowe. Wyrzeczenia, które nam zafundował Tusk 12 lat temu, też w większości zostały na stałe.

Na pytanie „co ja bym zrobił na miejscu rządu”, odpowiem po pierwsze odsyłając do kontrpropozycji przedstawionych przez różne związki zawodowe (nie tylko „Solidarność”). Po drugie, w skrócie: stawiałbym na większą podmiotowość pracowników.

Część może chcieć gwarancji stabilności w zamian za mniejsze wypłaty. Część wolałaby stracić pracę, zgarnąć odprawę i poszukać szczęścia gdzie indziej.

Obecne „tarcze” nie dają ani jednego, ani drugiego. A już cięcia w budżetówce uważam za skandaliczny absurd.

Przecież pandemia przyniosła urzędom więcej spraw do załatwienia, służbie zdrowia więcej pacjentów, edukacji więcej problemów itd. Ostatnie czego teraz potrzebujemy, to wkurzeni i zdemotywowani urzędnicy, nauczyciele, pielęgniarze itd.

Oszczędności w sferze budżetowej trzeba szukać gdzie indziej. Np. w tych dwóch miliardach rocznie, które podarował TVPiS swym hojnym długopisem nasz kochany pan narciarz, w zamian za chwilową iluzję „siły, sprawczości i machtu”.

Starcza na telewizję? To powinno wystarczyć też na podwyżki dla budżetówki.

Nie wykluczam, że gdyby samodzielnie rządziła Platforma, forsowałaby jeszcze bardziej antypracownicze ustawy. Duch prof. prof. Rzońcy i Balcerowicza wiecznie żywy.

Nie ma jednak nawet cienia takiej możliwości. Jedyny w miarę realistyczny scenariusz na odsunięcie od władzy PiS to szeroka koalicja Antypisu: PO-Lewica-PSL.

Jak pokazała niedawna „poprawka antyprezesowska”, Razem jest w stanie narzucać rozwiązania programowe Lewicy. Duchy profesorów Rz. i B. siedziałyby więc w krypcie, gdzie ich miejsce.

Oby przed wyborami dotarło to do zmuszanych do wyrzeczeń pracowników wszelkich branż.

Czy Miedzymorze ma sens?

A ja znów na temat „Hearts of Iron 4”. Jeszcze na stare lata zostanę letsplejerem!

W czasach młodości nie miałem problemu z graniem w roli Hitlera czy Stalina. Tysiąc książek o Gułagu i Holokauście później już nie umiem.

Zapewne mało kto zasiada do tej gry z moją motywacją: zminimalizować ludobójstwo. Prawdziwym graczom, jak Roosevelt czy Churchill, to też przecież zwisało.

O ile gramy z opcją „historyczne fokusy”, to kluczem do minimalizacji jest Polska. Zastąpienie Hitlera i Stalina ekwiwalentami typu Hugenberg czy Trocki przecież nic nie zmieni (change my mind).

Dlatego obsesyjnie gram Polską. Ale co Polska może?

Nim przejdę do odpowiedzi, zaznaczam: opisuję wersje od 1.8 do 1.9.2, z wszystkimi DLC (zaczynałem bez MTG i LR). Wszystkie porady, jakie mi się udało wyguglać, dotyczą niestety wersji sprzed lat.

A więc, opcja zerowa: Rzeczpospolita Pokojowa. Niemcy żądają Gdańska (w tej grze to de facto Pomorze). Oddajemy, granica się cofa do tej sprzed 1466.

Zaraz potem Stalin żąda Wilna i Lwowa. Oddajemy? Zostaje kikut, otoczony przez totalitaryzmy. Nie ma sensu z tym grać.

Walczymy? Nie do wygrania. A w dodatku zachodni alianci, już zmasakrowani przez Hitlera (który ruszył na nich wcześniej), wypowiadają wojnę także Stalinowi.

Scenariusz „oba totalitaryzmy kontra alianci” to dopiero koszmar. Państwa Osi do 1941 zajmują cały basen Morza Śródziemnego, a Stalin podbija Indie. Wyobrażacie sobie te rzezie? I flagę ze swastyką nad Jerozolimą?

Z „HOI4” wynika, że nasi przodkowie, kosztem straszliwych cierpień wojny i okupacji, uratowali zachodnich aliantów przez strasznym losem. I dostali Jałtę w nagrodę.

Co więcej, gdy Polska np. grozi Niemcom wojną w 1938, zachodni alianci jej nie lubią za podnoszenie napięcia. I do końca tego nie wybaczają, nawet w 1945 będziemy u nich -80 do za podnoszenie napięcia (a przecież je podnosiłem, żeby im uratować biodra!).

Kolejna opcja: Poland stronk. Najwcześniej jak się da (wiosna 1938) najeżdżam Litwę. Na Kowno!

To daje (w tej grze) możliwość odtworzenia Rzeczpospolitej Obojga Narodów eventem. To z kolei daje tzw. core’y na granice z 1772, więc z rozpędu najeżdżam też Łotwę.

Jako dziennikarz sanacyjnej prasy uzasadniałbym to tym, że to Litwa nie chciała podpisać traktatu pokojowego z Polską. Nie chcieliście pokoju, no to macie defiladę ułanów w Kownie.

Najechania na Łotwę nie umiałbym uzasadnić. Po prostu starałbym się przemilczeć w nadziei, że ludzie może nie zauważą, przecież te kraje i tak się wszystkim zajączkują.

Gra daje margines, pozwalający najechać jeszcze kogoś. Gdy Węgrzy odrzucają traktat z Trianon (jesień 1938), najeżdżam na nich.

O ile wierzyć HOI4, Węgrzy wtedy blefowali. Wypowiadali wojnę Europie (tak bym to uzasadniał jako sanacyjny dziennikarz) mając jeszcze słabszą armię niż Polska. Walcuję ich w tydzień.

Na razie mam wrażenie, że cokolwiek zrobimy do jesieni 1939, Polska i tak nie ma szans na starcie z Niemcami. Monachium nas załatwiło na perłowo.

W wersji 1.8 Czechosłowacja czasem stawiała opór, o ile Polska równocześnie groziła Niemcom wojną – teraz już działania Polski nie mają znaczenia. Nie można nawet odmówić przyjęcia Zaolzia!

Gdańsk trzeba oddać, ale o ile zajęliśmy Litwę i Łotwę, mamy nawet lepszy dostęp do morza (Kłajpeda jest polska!). Ale co dalej?
Stalin tak czy siak uderzy w 1940. Albo wiosną od razu na Polskę, albo latem, po uprzednim „pokojowym” zajęciu Karelii i Besarabii. W tym drugim scenariuszu polskie granice są jeszcze trudniejsze do obrony.

We wszystkich grach jak dotąd lata 1938-1940 poświęcałem na budowę linii Maginockiego na Wschodzie. Polska po odpaleniu stosownych fokusów może ją budować dość szybko, acz pozostaje pytanie, czy nie lepiej jednak wtedy budować fabryk.

Nie wiem, ale kiedy wiosną 1940 ruszają na nas bolszewickie hordy, naprawdę utrzymanie frontu jest na styk. Bez tych bunkrów by chyba runął, a tak, Sowieci tracą miliony w pierwszych miesiącach, a Polska jakieś parę tysięcy.

Ale co potem? Czasem udaje mi się ruszyć do kontrataku, ale on też mi zawsze grzęznął ok. 1943 (choć raz nawet zająłem Leningrad!). Armia Czerwona w 1944 jest już nie do pokonania, a już na pewno nie przez osamotnioną Polskę.

A może nie musi być samotna? Kolejne wersje dały możliwość stworzenia sojuszu „Międzymorze”. Jak dotąd udało mi się do niego wciągnać kraje od Finlandii po Jugosławię, Bułgarię i Grecję (raz też mi weszła Turcja, ale to wymagało wojny polsko-rumuńskiej).

Polityka w świecie HOI4 jest zawężona do 4 ideologii: faszyzm, komunizm, demokracja i „niezaangażowanie” (non-aligned). Do tej kategorii wpadają autorytaryzmy w stylu sanacji, ale także Finlandia (co wydaje mi się niesprawiedliwe: przecież gdyby była dyktaturą, to socjalista Atos Wirtanen, pierwowzór Włóczykija z „Muminków”, nie mógłby być posłem!).

Mechanika HOI4 utrudnia, a czasem sztucznie uniemożliwia, tworzenie sojuszy między krajami o różnej ideologii. Czechosłowacja jest demokratyczna, więc sojusz czesko-polski jest tu blokowany z automatu.

Kraje „non aligned” przypominają Syldawię z Tintina. W odróżnieniu od totalitarnej Bordurii, Syldawia wydaje się sympatyczna, ale to jednak też dyktatura. Dlatego może upaść od utraty jednego artefaktu, tytułowego „berła króla Otokara”.

Historycznie podobnie wygladały te operetkowe bałkańskie monarchie, budujące swój tytuł do władzy na wydumanej ciągłości z Średniowieczem. Skończyły najpierw pod butem Hitlera, potem Stalina.

Podobnie kończy Międzymorze. Cokolwiek zrobimy, Rumunia i tak w 1940 zdradzi ten sojusz i dołączy do Osi (ma taki fokus). A potem razem z Osią najedzie na Jugosławię, Bułgarię i ew. Grecję.

Te wezwą inne kraje sojuszu na pomoc. Ja muszę odmówić, bo mam niemożliwą do obrony grancę z państwami Osi. Z tego samego powodu Estonia, Finlandia i Rumunia odmawiają w 1940 przyłączenia się do Polski w wojnie z ZSRR.

Jugosławia, Bułgaria i Grecja zgadzają się jednak w 1940 wypowiedzieć wojnę ZSRR, dwa pierwsze państwa nawet przysyłają do Polski kilka dywizji. Ponieważ jesteśmy razem w stanie wojny, mogę wysłać SWOJE dywizje na pomoc krajom bałkańskim – w ten sposób polscy żołnierze walczą z niemieckimi, bez formalnej wojny polsko-niemieckiej.

Najpierw wydawało mi się to bez sensu, ale w Barbarossie hiszpańscy żołnierze walczyli z radzieckimi, bez formalnej wojny Hiszpanii z ZSRR. Polskie dywizje górskie w Grecji mogą wydłużyć tę wojnę o dobre parę miesięcy – tym bardziej, że równocześnie na pomoc Grekom ruszają Anglicy.

Niestety, im lepiej bałkańskim Syldawiom idzie w 1940, tym straszniejsze są warunki porażki. W ostatniej grze Bałkany podzieliły między siebie Włochy i faszystowska Wielka Rumunia (paradoksalnie, gdy im idzie gorzej, zostają czasem kikuty w rodzaju Chorwacji, przez co Międzymorze nadal jest między morzami).

To w tym scenariuszu, gdy Wielka Rumunia miała lądową granicę z Turcją, Turcja zgodziła się wejść do Międzymorza. Ale ogólnie to nie był dobry scenariusz dla kogokolwiek.

Najgorsze, że Finlandia wychodzi z tego w stanie wojny z Niemcami. Która w latach 1940-1944 oznacza tylko zatapianie na Bałtyku statków z fińską flagą, ale Niemcy im w 1945 w końcu robią desant.

O ile dotąd nie byli w stanie wojny z ZSRR, to zaraz będą. Ogólnie po 1941 wchodzą w tę wojnę jak tylko mają jakąkolwiek lądową granicę, choćby w Kłajpedzie. Nie jest to dobry scenariusz dla kogoś, kto chciał minimalizować ludobójstwo.

Nie wiem, co robić z Międzymorzem. Może jak wyślę do Grecji więcej dywizji, to ją uratuję?

Może powiniem profilaktycznie powywalać kraje bałkańskie? Ale jak bym to uzasadnił jako sanacyjny dziennikarz? „Po bliższym zbadaniu okazało się, że jednak nie lubimy Greków”?

Albo w ogóle nie robić tego cholernego Międzymorza, tylko polegać na serii odrębnych sojuszy i gwarancji? Ten sojusz daje w sumie niewiele – najbardziej zależy mi na dostępie do lotniska w Tampere, z którego moje bombowce morskie PZL Foka pod eskortą ciężkich myśliwców PZL Wilk anihilują radziecką flotę na Bałtyku do 1942.

Tylko jeden sposób, by się przekonać: znów zagrać. Będę tradycyjnie wdzięczny PT komcionautom za ich doświadczenia lub namiary na porady w sieci.

Tylko sami wiecie, jak to jest z grami Paradoksu. Porady ważne dla 1.9.1 mogą się zrobić nieważne w 1.9.2.

Drodzy pisowcy (2020)…

Dawno się na blogu nie zwracałem do pisowców, bo teraz to nie ma sensu. Oni lubią przychodzić na opozycyjne blogi czy fora, gdy mają uczucie wygranej – ale nie potrafią bronić swojej sprawy, gdy ta przegrywa.

Tak samo było za poprzedniego PiS. Próbowali mi tu robić wjazdy w 2006, odpuścili sobie po upadku Żelaznego Kanclerza.
Teraz też u nich, z tego co widzę, panika i zamieszanie. Ale ponieważ tak mnie jakoś poniosło, że zwrociłem się do nich w swoim ostatnim „piąteczku”, zrobię to znów na blogu.

Otoż, Pisowcy drodzy i szanowni. Wasi wybrańcy mają was za kretynów. Nie nas – was.

Was – bo oczekują, że będziecie wierzyć w ich wersję wydarzeń. Na przykład panu ministrowi, gdy ten mówi, że gdyby nie nowe przypadki wzrostu zachorowań, to mielibyśmy spadek zachorowań. Teza w zasadzie prawdziwa, a przecież wielce durnowata (dla kogoś kumatego).

Do idiotów kierowane są też tłumaczenia w sprawie biznesów rodziny Sz. Fakty, ustalone już przez funkcjonariuszy obecnego reżimu są takie, że w NCBiR dochodziło do nieprawidłowości, które skutkowały m.in. dokonanymi w 2016 aresztowaniami.

Marcin Sz. brat pana ministra i Anna Sz., żona pana minsistra, pobierali wielomilionowe granty od NCBiR. W komisji przyznającej te granty zasiadał pan Marek Orłowski, kolega brata pana ministra.

Kontrolerzy obecnej władzy napisali: „Eksperci Pan Marcin Szumowski i Pan Marek Orłowski oceniali sobie wnioski nawzajem” (…) „Z przedstawionej korespondencji jednoznacznie wynika, że łączące [ich] stosunki osobiste były tego rodzaju, że mogły budzić wątpliwość co do ich bezstronnośc”. Zdaniem kontrolerów był to „najbardziej skrajny przykład braku unikania konfliktu interesów”.

Brat pana ministra odpowiada tymczasem, że nigdy nie był „jednocześnie oceniającym i ocenianym”. OK, niech będzie, że nie był. Ale kto nie jest idiotą, ten zauważy, że nie tego dotyczy zarzut!

Kto nie jest idiotą, ten nie da się też nabrać na tłumaczenia braci Sz., ilekroć są przyłapywani na dealu z jakąś szemraną postacią. „To nas oszukano, to my jesteśmy poszkodowani”.

Droga familio Sz.: skoro macie takiego pecha do współpracowików, to może nie powinniście wchodzić do biznesu, a zwłaszcza do polityki? A moze w ogóle nie powinniście – bo nikt nie powinien! – łączyć biznesu z polityką?

Idiota też tylko przyjmie za dobrą monetę tłumaczenia panów Sz., że kupili te lewe maseczki od swego instruktora narciarskiego, bo „był 16 marca, początek pandemii, wszyscy się prześcigali w zakupach”. Początek pandemii był dużo wcześniej.

Se można sprawdzić tajmlajna w wikipedii. WHO pierwsze ostrzeżenia formułowało zaraz po nowym roku. Do końca stycznia pierwsze zachorowania były już w Rosji, w USA, w Szwecji, we Francji. Zaczęto zamykać pierwsze granice.

Krótko mówiąc, już w styczniu było wiadomo, że będzie źle i że trzeba zacząć kupować sprzęt ochronny. Co robił w styczniu pan minister? Zjeżdżał na nartach z panem prezydentem i swoim instruktorem (choć kłamał, że nie miał z nim kontaktu od lat).

Tylko kretyn nie zada w tej sytuacji pytania: czemuż ach czemuż pan minister nie mógł zrezygnować z tych nart i zabrać się za zakupy już w styczniu. Albo chociaż lutym…

A skoro mowa o nartach: tylko idiota zaakceptuje oficjalną wersję tego, co się dzieje obecnie z panem prezydentem. W marcu z wielką pompą podpisał ustawę o przekazaniu 2 mld rocznie na propagandę (tak wiem, oficjalna wersja, że nie na propagandę, tylko na ośrodki regionalne – głupek w nią uwierzy, bo głupek nie umie sam sprawdzić proporcji wydatków), pod warunkiem usunięcia prezesa Kurskiego.

Pochlebcy i włazipupcy zapiewali wtedy, jak to pan prezydent odniósł wielki sukces, pokazał siłę, sprawczość i „macht”. A teraz prezes Kurski wraca, podobno na prośbę pana prezydenta, który przez te dwa miesiące machtania i sprawczania stracił 20 punktów procentowych.

No przecież tylko idiota nie widzi, że to kompromitacja pana prezydenta. Potwierdził tym wszystkie stereotypy o swoim nieudacznictwie, wyrażane dowcipem o depilacji (który jest tak niesmaczny i wulgarny, że zabraniam przytaczania go w komentarzach!).

A sytuacja w Polskim Radiu? Wyborco PiS, oni po tobie oczekują, że uwierzysz w taką wersję, że piosenka Kazika według regulaminu w ogóle nie powinna być notowana na liście, a poza tym powinna być na czwartym miejscu, a pan dyrektor wprawdzie wysłał SMS w sprawie piosenki. Ale innej.

Oni wiedzą, że nikt inteligentny w to nie uwierzy. No ale nie kierują tej ściemy do nas…

W poszukiwaniu źródeł


Czeka nas rok mikroturystyki. No trudno, pogodzę się, uprawiałem mikroturystykę, zanim się pojawiło takie określenie.

W czasach studenckich uwielbiałem wędrówki rowerem po Warszawie i okolicach. Proponuję mieszkańcom stolycy Wyprawę Na Poszukiwanie Źródeł Potoku Służewieckiego.

Gdzie on ma źródła, można oczywiście se sprawdzić w wikipedii. A jednak skoro podróżnicy mogą się kłócić o źródła Amazonki, my możemy podważyć oficjalne ustalenia w kwestii Potoku Służewieckiego.

Decyzję oddajmy ostatecznej instancji: dziecku, w towarzystwie którego zrobimy tę wyprawę. Jakieś z nami przecież będzie, albo realne, albo tzw. wewnętrzne.

Wyprawa zajmie parę godzin rowerzyście i dobry dzień piechurowi. Prawdziwy hardkorowiec może na Beara Gryllsa maszerować dnem (nigdzie nie będzie powyżej kolan). Obejrzy w ten sposób kilka mostów od spodu, acz w niektórych miejscach zatrzymają go kraty.

Kilkaset lat temu Potok Służewiecki wypływał ze szczęśliwickich mokradeł i meandrował przez kilkanaście kilometrów, by wpaść do rzeki Jeziorki. W tym miejscu Jan III Sobieski walnął sobie letnią rezydencję, tu więc zaczynamy wyprawę.

Samo ujście jest na terenie zespołu parkowo-pałacowego, wstęp biletowany. Ogólnie polecam (honorują Kartę Dużej Rodziny!), ale jak już tu wleziemy, to pół dnia mamy z głowy.

Rozważmy rozwiązanie alternatywne: popatrzymy na ujście z przeciwnego brzegu Jeziora Wilanowskiego. Mamy tu trochę dziki, ale darmowy i legalny parking.

Dzikość wynika z tego, że to tak naprawdę zaniedbana droga do dawnego parku Morysin, który Stanisław Kostka Potocki urządził dla swego ukochanego wnuka Maurycego (Morysia). Park zniszczono podczas wojny, a za komuny nigdy nie było środków na odbudowę.

Gdy tu byłem po raz pierwszy, były to po prostu niezabezpieczone ruiny. Park nie będzie nigdy odbudowany, jest obecnie rezerwatem przyrody. Jak ktoś nigdy nie był, gorąco polecam. I kolejne pół dnia z głowy.

Udajemy się na ulicę S.K. Potockiego i stajemy na moście nad potokiem. Zawsze mnie intrygowało, ile Warszawa ma mostów – łatwo policzyć te wiślane, ale co z tymi nad różnymi Wilanówkami i Jeziorkami? Tracę rachubę nad samym Potokiem Służewieckim…

Z mostu idziemy w miarę wzdłuż Potoku, do przejścia dla pieszych przez Wiertniczą. Tu przechodzimy romantycznym mostem z kłódkami zakochanych i wędrujemy ulicą Wilanowską.

Biegnie prosto jak przy linijcie, bo to dawny tor kolei grójecko-wilanowskiej. Na Potockiego minęliśmy jej wilanowski dworzec, czynny do 1971.

Z lewej mamy Lemingrad, z prawej Zatokę Czerwonych Świń (czyli osiedle, na którym na początku III RP uwłaszczali się prominenci). W zależności od orientacji politycznej, złorzeczymy przechodniom po jednej lub drugiej stronie ulicy.

Przekraczamy Aleję Rzeczypospolitej (ulicę, której jeszcze 10 lat temu w ogóle nie było). Potok odbija tutaj w krzaczory.

Wytrawny eksplorator zauważy wał ziemny, którym odcięto dzikie połączenie Arbuzowej z Wilanowską. Odwiecznym problemem tej części stolycy jest brak dobrego połączenia Ursynowa z Wilanowem, pozwalającego ominąć permanentny korek w Dolinie Służewieckiej – kierowcy rozjeżdżają więc dzikie drogi.

Zawsze mnie śmieszyło pytanie „po co SUV w mieście”. W mieście takim jak Warszawa choćby żeby pojechać kultowym, nieistniejącym już „skrótem za stajnią” (pozdro dla kumatych!).

Mijamy znak drogowy A-27, który w dzieciństwie był moim ulubionym. Przedstawia samochód robiący „aaaa, chlups”. Nie wiem, czy taki znak stoi jeszcze gdzieś w Warszawie.

Arbuzowa kiedyś służyła dojazdowi do działek rekreacyjnych po drugiej stonie potoku. Po tych czasach zostały bieda-mosty, prowadzące do nich.

Mijamy posąg Katarzyny Aleksandryjskiej, świętej, która mnie ostatnio prześladuje. Jej kult był popularny w kręgach akademickim w późnym średniowieczu, a ja ostatnio dużo czytam o tej epoce.

Ten posąg jest współczesny, ufundowała go pobliska parafia w 2012. Podczas naszej wyprawy spotkamy jednak dużo przydrożnych krzyży i kapliczek, bo drogi biegły wzdłuż potoku na długo przed tym, niż dotarła tu Warszawa.

Potok nagle skręca w prawo i odtąd wędrujemy nieutwardzoną drogą, szumnie zwaną „ulicą Przy Grobli”. Z prawej mamy apartamentowcowisko, z lewej potok, a za nim dzikie chaszcze. Możemy tu strzelić selfika wyglądającego, jakbyśmy wyjechali daleko poza miasto.

Docieramy do styku Wilanowskiej z Doliną Służewiecką. Podziwiamy koszmar współczesnej architektury z wyjątkowo paskudną kolumnadą (wtf?).

Przechodzimy na światłach na drugą stronę Doliny. Każdy Warszawiak i znaczna część Polaków stała tu kiedyś w korku – wędrujemy wzdłuż międzynarodowej drogi E30, Cork-Omsk. W te wakacje być może będzie to dla nas jedyna namiastka wędrowania dalekimi szlakami.

Teraz zobaczymy Dolinę Służewiecką inną niż zwykle. W czasach mojej młodości było tu trochę straszniasto – Warszawa późnego PRL była miastem pustym i groźnym, wygwizdowy towarzyszące lecorbusierowskim koszmarkom, cieszyły się ponurą sławą „strefy wpierdolu”.

Zapuszczałem się tu rowerem i pamiętam przede wszystkim pustkę. Teraz zwykle są tu tłumy spacerowiczów, rolkarzy, rowerzystów itd., niestety została architektura podporządkowana samochodom.

Na wizualizacjach „Warszawy przyszłości” z tamtej epoki w ogóle nie ma pieszych. Przez Dolinę Służewiecką i Rzymowskiego, ulice wybudowane w latach 70. jako nowoczesne przelotówki, trudno więc do dzisiaj przejść czy przejechać rowerem.

Zwracamy uwagę na posąg Jana Nepomucena, ufundowany w 1864 na pamiątkę wsparcia Powstania Styczniowego przez mieszkańców wsi Służew (w Polsce, a już zwłaszcza w Warszawie, te krzyże i kapliczki często są pamiątką naszej strasznej historii).

Most, którym Puławska biegnie nad Potokiem, za komuny był miejscem paskudnym i cuchnącym. Teraz przejedziemy/przejdziemy pod nim eleganckim szlakiem jak na Zachodzie.

Jesteśmy nad stawem Służewiec. Ani Google Maps, ani Apple Maps jeszcze o nim nie wiedzą – pokazują błędnie zygzakowaty przebieg potoku. Moje miasto zmienia się za szybko dla tych korporacji, co zresztą napawa mnie dumą.

Jeśli ktoś szedł pieszo i zaliczał wszystkie punkty wycieczki, może już zakończyć wyprawę na dziś. Jesteśmy przy pętli tramwajowej, dookoła są restauracje i hotele, a także Orlen, McDonald’s i Żabka, więc znajdziemy przynajmniej hotdoga i kawę.

Kto ma kalosze, ten prawdopodobnie da radę przejść wzdłuż Potoku pod ulicą Rzymowskiego. Reszcie z nas pozostają dość odległe i niezbyt przyjazne przejścia przez drogowy precel na skrzyżowaniu.

Przebijamy się do ulicy Modzelewskiego. Ta ulica sama w sobie jest fenomenem, proponuję kiedyś przespacerować przez całą jej długość! Nas interesuje jej południowy kikut, biegnący najbliżej Potoku.

Po charakterystycznym zapachu czujemy, że się zbliżamy do stajni. Jesteśmy obok Wyścigów. Poza samym torem mieści się tu klub sportowy, a także warsztaty samochodowe i Różne Dziwne Budy.

Czas się tu zatrzymał. Przed pandemią wstęp był w miarę swobodny i można było podziwiać sztuczny staw (piękne miejsce!). Ostatnio gdy sprawdzałem, było jednak „zamknięte do odwołania z powodu pandemii”.

Tak czy siak czeka nas wędrówka wokół muru Wyścigów, bo nie ma drogi wzdłuż potoku (chyba że da się w kaloszach). No i mamy teraz dwie opcje do wyboru, obie są pretekstem do wspaniałego spaceru.

Oficjalna geografia kieruje nas w stronę lotniska. Potok płynie przez tereny centrum logistycznego Poczty Polskiej i dziewiętnastowiecznej rezydencji hrabiego Skarbka, postaci skądinąd fascynującej, mistrz Rosiński poświęcił jej komiks.

Kiedyś była to idylliczna podwarszawska posiadłość. Lotnisko sprawiło, że nikt tu by i tak nie chciał mieszkać, wszystko jest więc zamkniętą na łańcuch ruiną.

Nie namawiam do łamania prawa, ale entuzjastom urbexu zwracam uwagę: to chyba najbardziej tajemniczy park w Warszawie. Zabytkowy, zapuszczony i niedostępny!

Na ulicy Łączyny podziwiamy kolejną niesamowitą kapliczkę i poruszamy się równolegle do niedostępnego na legalu Potoku ulicą Wyczółki. Kto idzie korytem Potoku w kaloszach, niech weźmie pod rozwagę, że za chwilę będzie szedł wzdłuż ogrodzenia aresztu na Kłobuckiej. Mam nadzieję, że nie pilnują go snajperzy?

Na Kłobuckiej droga się urywa. Przed nami linia kolejowa i trasa szybkiego ruchu. W kaloszach błyskawicznie przejdziemy na drugą stronę mostu, ale rowerzyście pozostaje cofnięcie się do ulicy Poleczki i przejechanie wiaduktem na ekspresówką.

Kiedyś wszystko tu było dzikie i zapuszczone, teraz wzdłuż płotu lotniska biegnie elegancka ścieżka rowerowa. Dojeżdżamy nią do miejsca, którym Potok wypływa z rury tak szerokiej, że w kaloszach spokojnie można by iść dalej – ale drogę zagradza krata ze świeżą kłódką.

Rury biegną aż do ogrodów działkowych po drugiej stronie lotniska. Sto lat temu Potok wypływał z dzisiejszych Szczęśliwic, ale jeśli źródło zdefiniujemy jako miejsce, w którym ciek wodny wypływa na powierzchnię – to przy nim stoimy.

Odcinek od stawu Wyścigi był dość krótki. Proponuję więc rewolucję geograficzną: uznajmy go za nędzny boczny dopływ, nazwijmy go Kanałem Lotniskowym (bo taką dziś pełni rolę), a za główny nurt Potoku uznajmy ciek, który geografia nazywa dziś Kanałem Grabowskim.

Przepływa pod ulicą Poleczki, do której się cofamy. Całkiem niedawno krajobraz tutaj był po prostu dziki i rolniczy, od kiedy jednak Poleczki przebito do lotniska, wyrosły tu biura, centra logistyczne i hotele.

Nie ma łatwego dostępu do brzegu kanału/potoku. Posuwamy się ulicami Poloneza albo Hołubcową. Obie krajobrazowo są dość niesamowite, bo dzicz łączy się tu z nowymi inwestycjami.

Z tej czy tamtej strony docieramy w końcu do Jeziora Grabowskiego. Tutaj nic się nie zmieniło – dalej jest dziko. Bez trudu zrobimy tu sobie selfika w szuwarach, którym oszukamy znajomych, że pojechaliśmy na Mazury.

Kanał Grabowski odbija prostą krechą na wschód, w stronę Puławskiej. Za chwilę znów zniknie za ogrodzeniem luksusowego apartamentowcowiska.

Nim do niej dotrze, zatrzymajmy się przy ulicy Tanecznej. Tędy biegła pierwotna szosa puławska – obecna ulica idzie po nasypie dawnej linii kolejowej.

Przy szosie puławskiej jacyś Piotr i Katarzyna Łagowscy (nic o nich nie wiem) ufundowali w 1883 krzyż przydrożny, o czym możemy przeczytać na postumencie.

Jesteśmy blisko źródeł Kanału Grabowskiego, który tu wypływa rurą z nasypu Puławskiej. Na starych mapach widać, że nim go wpuszczono w rurę, meandrował sobie po Kabatach.

Zasilają go rowy melioracyjne sięgające drugiej strony obwodnicy, ale pomijam je przy tej wyprawie, bo woda w nich jest okresowo. W Kanale Grabowskim była nawet u szczytu tegorocznej suszy.

To koniec ekspedycji. Tuż obok mamy przystanek 239, który zabierze nas do metra. Rzut beretem na Puławskiej mamy hotel Platinum Residence plus kilka knajp.

Jeśli wakacje w 2020 mają polegać na mikroturystyce, proponuję zacząć od gruntownego zwiedzenia własnego miasta. Nie wiem jak gdzie indziej, ale w Warszawie naprawdę są jeziora, góry, lasy, a nawet bagno (rezerwat Zakole Wawerskie). Nie trzeba nigdzie jechać!