Zatrzymać to szaleństwo

Aglomeracja warszawska ma trzy trasy o przebiegu wschód-zachód, w większości albo już gotowe, albo w zaawansowanej budowie. To S8 (która wchłonęła mazowiecki odcinek dawnej gierkówki), A2/S2 (przez Warszawę biegnąca jako droga ekspresowa, ale w standardzie autostrady) oraz DK50, czyli tak zwana obwodnica dla tirów, na wielu odcinkach utrzymująca standard zbliżony do drogi ekspresowej (zdjęcie z serwisu Google Maps).

W tej sytuacji budowanie czwartej drogi równoległej do tamtych, w dodatku w standardzie autostrady, po prostu nie ma sensu. Jeśli tranzyt kiedyś będzie rzeczywiście tak duży, DK50 można będzie zupgradować do S50, ale na razie tam nie ma nawet tak dużego ruchu, żeby to miało sens.

Rozpaczliwie brak dobrej drogi północ-południe, którą ktoś jadący z Gdańska do Lublina, albo z Radomia do Olsztyna, mógłby ominąć warszawskie korki. Na razie kierowcy jadący tą trasą pakują się w Wisłostradę albo w S8 i stoją razem z mieszkańcami Łomianek czy Białołęki.

Budowa planowanych od dawna dróg S7 (jako obwodnicy Łomianek) czy S17 (jako obwodnicy Wesołej) od lat blokowana jest w dużym stopniu za sprawą decyzji polityków PiS, jak Jacek Sasin, Jan Szyszko czy Paweł Poncyliusz. Tam jakoś ciągle nie udaje się podjąć decyzji.

Tymczasem teraz w szalonym tempie, aby tylko zdążyć przed wyborami, ruszyły konsultacje do budowy nowej, nikomu nie potrzebnej autostrady wschód-zachód. Ma biec pomiędzy A2/S2 a DK50, więc po prostu nie da się jej przeprowadzić tak, żeby nie naruszała jakiegoś rezerwatu.

W konsultacjach niestety nie przewidziano w ogóle najrozsądniejszego wariantu: nie budować tej drogi wcale. Albo ograniczyć się do upgrade do S50. PiS zmusza nas do tego, żebyśmy zgodzili się na wydanie przeszło 20 miliardów na kolejną drogę wschód-zachód (a na drogę północ-południe wiecznie będzie brakowało środków).

Ta droga zapewne nigdy nie powstanie, ale co zblatowani z władzą przedsiębiorcy się nachapią na przygotowaniu – to ich. Szkoda tylko mieszkańców podwarszawskich miejscowości, którzy nagle się dowiedzą, że ich domy i działki leżą w korytarzu trasy-widmo. Powodzenia na rynku wtórnym!

Już to przed chwilą przerabialiśmy. Nowa elektrownia węglowa Ostrołęka C nigdy nie powstanie, ale wydaliśmy na nią 890 milionów złotych. Pan zapłacił, pani zapłaciła.

Tak, wiem, Platforma robiła jeszcze większe przekręty. Żarli ośmiorniczki za osiem dych!

Tak się kończy gigantomania naszej kochanej władzy. Eksperci ostrzegają, że jakaś inwestycja nie ma sensu – ale ministrowie PiS krzyczą, że Polska wstaje z kolan, że potrzebujemy wielkich, słomianych inwestycji, my tym misiem otwieramy oczy niedowiarkom i to nie jest ostatnie słowo (a poza tym bierzemy po 30% prowizji od kosztów, koniaczku?).

A kiedy potem trzeba się przyznać, że w Szczecinie nie ruszyła budowa żadnego promu, to kamer TVPiS już nie ma. Wyborcy tej partii nawet się nie dowiedzą, że władza ich oszukała. Politycy PiS mają swoich wyborców za idiotów.

To samo będzie z Centralnym Lotniskiem im. Solidarności Baranów. Nigdy nie powstanie, ale na przygotowania pójdą setki miliardów. Już zresztą idą.

To lotnisko jest po prostu niepotrzebne. Ruch lotniczy nie będzie rósł w nieskończoność. Będzie ograniczany przez unijnych polityków, którzy dotąd – bez sensu – de facto go dotowali. Urealnimy ceny paliwa lotniczego i opłaty środowiskowe, wyrównamy podatki – bilety podrożeją i ruch spadnie.

Ponadto wstrzymanie produkcji Airbusa 380 pokazuje coś, o czym dobrze wie każdy frequent flyer: że przesiadki to mordęga a wielkie hubowe lotniska to piekło. Ludzie po prostu wolą latać mniejszymi maszynami, z mniejszych lotnisk, ale za to bezpośrednio.

Nawet jeśli ktoś jednak wierzy w CPK – ja ani trochę – to nie powinien wierzyć w sens czwartej (!) trasy wschód-zachód obok Warszawy. To szaleństwo trzeba zatrzymać.

Rozumiem motywację wyborczą „zrobić na złość Warszawie”. Ale nikt w Warszawie ani w warszawskim obwarzanku nie powinien głosować na Dudę. Nie wyobrażam sobie warszawiaka, który chciałby mieć tą drogę.

Podatek 90%

Górna stawka podatku dochodowego w USA w latach 1951-1964 wynosiła 91% (przez 2 lata nawet 92%). Wpadało się w nią przy progu 400.000 dolarów dochodu rocznie (ok. 4 mln dolarów na dzisiejsze).

Nie od razu obniżono ją do dzisiejszych 39,6%. Długo było to 70% (lub więcej), dopiero w 1987 dokonano skokowej obniżki.

W praktyce prawie nikt nie wpadał w ten górny próg, bo prawie nikt tyle nie zarabiał. Dzisiaj z kolei dotknęłoby to wielu liderów biznesu, bo 4 miliony dolarów rocznie to wcale nie są jakieś szokujące zarobki w korpomenedżmencie.

Tu na blogu wszyscy znamy te stawki – przepraszam za przypominanie oczywistości. Z pewną regularnością wciąż widuję jednak ludzi, którzy w takie stawki nie chcą wierzyć, albo snują jakieś apokaliptyczne wizje, co by było, gdyby do tych stawek wrócono – krowy przestaną się cielić, a biznesmeni się zniechęcą i wyjadą.

Osoby, które mają takie obawy, zapraszam do opisania ich komentarzach. Kozetka zaprasza: wyraź swoje lęki!

Mi takie stawki odpowiadają, choć oczywiście rozumiem, że żaden kraj nie może ich wprowadzić jednostronnie. W scenariuszu „obecna Polska w obecnej Unii” zadowoliłbym się więc górnym progiem rzędu 50%, żeby za bardzo się nie różnić od sąsiadów.

W hipotetycznym scenariuszu globalnego triumfu lewicy, w którym podobne stawki wracają także w innych krajach kapitalistycznych, byłbym jednak także za 90% w Polsce. A nawet 92%. Nie od dziś wiecie, że kocham Amerykę z czasów świetności Route 66 i złotych lat kariery Franka Sinatry, Johna Wayne’a i Marylin Monroe.

W Polsce ustawiłbym próg tak, żeby wpadał w to tylko topowy korpomenedżment. Powiedzmy, od miliona złotych rocznie wpadamy w 70%, od kolejnego w 80%, od następnego w 90% (detale wymagałyby obliczeń).

Cieszyłoby mnie to nawet nie tylko dlatego, że do budżetu wpadnie więcej pieniędzy – ale także dlatego, że należy aktywnie zniechęcać korpomenedżment do wypłacania sobie takich zarobków. Dla nas wszystkich będzie lepiej, jeśli zamiast sobie – zapłacą pracownikom, albo zainwestują w rozwój spółki.

Firmy takie, jak General Motors, Boeing czy IBM istniały przecież już w 1954. I nikt, kto interesuje się historią technologii nie powie, że ich ówcześni menedżerowie byli gorsi od dzisiejszych – choć zarabiali po kilkadziesiąt razy mniej (z uwzględnieniem inflacji).

Przy tamtych stawkach podatkowych wynaleziono internet, układ scalony, odrzutowy transport pasażerskich i telefonię komórkową. W porównaniu do technicznych przełomów z lat 1945-1975, te obecne wydają się jakieś takie kiepaśne. W hali sławy innowacji Jeff Bezos czy Mark Zuckerberg wypadną żałośnie w porównaniu do geniuszy sprzed pół wieku.

Nie boję się więc wstrzymania innowacji. Nie boję się też, że sam wpadnę w ten próg – przecież piszę książki dla nerdów nie dlatego, że nie wiem, że lepiej by się sprzedawało coś w stylu „Masa z Lewandowskim zdradzają sekret sukcesu”.

Nie jestem ascetą, lubię sobie dogodzić. Ale właśnie dlatego wiem, że nie trzeba do tego milionów (nie mówiąc już o miliardach). Przecież gdybym pięć razy więcej zarabiał, nie zjem pięć razy więcej steków.

Nie umiem sobie wyobrazić realistycznego scenariusza, w którym dotknęłoby mnie boleśnie to, że „elity się zniechęcą”. Co konkretnie się stanie?

Załóżmy, że Solorz się „zniechęci”, zlikwiduje swoje aktywa i wyjedzie. No i papatki. A co mnie to w’ogle?

Telefony z Plusa nadal będą działać, sygnał Polsatu nie zniknie z anteny. Ktoś przecież przejmie te koncesje. Kto wie, może Polsat z nowym właścicielem nawet zacząłbym oglądać?

Że sam stracę pracę? Ale jak, ale dlaczego? Ja produkuję kontent. Ten kontent ma swoje skromne, lecz niezerowe grono odbiorców (inaczej by mi nie wydawali książek, a pracodawca by mnie nie zatrudniał).

Wśród tych odbiorców raczej nie ma superbogaczy (jeśli ktoś jest: proszę pomyśleć, jaką fajną mógłbym panu/pani napisać autobiografię w stylu „Jak wszystko sam osiągnąłem!”). Ewentualne zniechęcenie, a nawet masowy eksodus korpomenedżmentu na grono moich odbiorców nie będzie mieć zauważalnego wpływu. Jakoś tam będę do nich docierać, nie w tej formie to w innej.

Na was też, drodzy komcionauci, to nie będzie miało wpływu – chyba że macie biznes nastawiony na obsługę elit (wynajem statystów udających, że śmieją się z dowcipów prezesa? wyrób i serwis rodowodów szlacheckich? ASO Gulfstreama?). Ufam jednak, przestawicie się na ofertę dla klasy średniej. Która wtedy będzie rosła tak, jak w Ameryce 70 lat temu.

Szanujmy się


Skandal w Wirtualnej Polsce nie daje mi spokoju, bo dotyczy mojej branży. Gdy czytałem opisy tego, jakim szefem był Tomasz Machała, przypomniał mi się running joke Aleksego U., „pracowałem z nim”.

No bo owszem, znam ten typ szefa. Wszyscy znamy. „Wymaga dużo od innych i od siebie”.

Pracownicy go krytykują za jego plecami, ale menedżment jest zachwycony, bo dostarcza wyniki. Parę osób przez niego odeszło, parę osób przez niego musiało się leczyć, ale nikt nic nie powie pod nazwiskiem, bo po co mieć kłopoty. Za to uruchomiony przez niego od zera medialny projekt „X” obsypano branżowymi nagrodami, więc zamiast zeznawać w procesie o mobbing, wygłasza motywacyjne spicze.

Nie cierpię tego typu ludzi. Gdy wyjeżdżają do mnie z mobbującymi tekstami, zazwyczaj to się kończy awanturą. Dlatego zresztą na stare lata zostałem związkowcem, ale byłem taki na samym progu kariery – w wieku 25 lat odszedłem z dziennikarstwa, i byłem wówczas przekonany, że robię to na zawsze i palę za sobą mosty, trzaskając drzwiami po wygarnięciu ówczesnemu szefowi, co o nim myślę.

Najważniejsza porada, jaką bym udzielił współczesnemu 25-latkowi jest więc taka, żeby nie bał się awantur. W tej branży jesteś tak dobry jak twój ostatni materiał.

Dla twojego przyszłego szefa to, czy pozwalasz sobą pomiatać, nie powinno być ważniejsze od tego, jakim jesteś fachowcem. A jeśli to jest ważniejsze – to znajdź innego szefa. Albo inny zawód. NIC, PO PROSTU NIC nie jest warte pracy dla kogoś, kto „dużo wymaga od siebie i od innych”.

Oczywiście, w korporacji nie masz na to wpływu. Przyszedłeś, bo zrekrutował cię Abacki. Ale po paru latach w radzie nadzorczej Fąferska zerwała sojusz z Kuciapskim, poleciał prezes Fafluński, a Dabacki był jego człowiekiem, dali mu kopa w górę, ale musieli zrobić cięcie po skrzydałach, więc przesunęli Ebackiego na miejsce po Iksińskiej, krótko mówiąc, teraz twoim nowym szefem jest Babacki i właśnie patrzysz, jak się wydziera, że stół jest upierdolony.

Co możesz teraz zrobić? No oczywiście odejść, zgoda, to jest jakieś rozwiązanie. Ale masz tu przyjaciół, masz pożyczkę z funduszu socjalnego, odchodząc nie będziesz miał prawa do odprawy, a poza tym Babacki też nie będzie wiecznie twoim szefem. Prezesi wylatują, a korpo trwa.

W przypadku mobbującego szefa warto przede wszystkim pamiętać, że winnym mobbingu jest KORPO – a nie personalnie SZEF. To znaczy, on też, ale on ponosi odpowiedzialność służbową, a pracodawca może beknąć w sądzie. To bardzo ważna różnica.

Nie znam szczegółów afery w Wirtualnej Polsce, ale przypuszczam, że dlatego właśnie wyleciała akurat szefowa HR. Zgodnie z kodeksem pracy zapobieganie mobbingowi to obowiązek pracodawcy (czyli w praktyce: działu HR).

Zazwyczaj HR stara się ten obowiązek odfajkować przez robienie kretyńskich pseudoszkoleń i rozdawanie żenujących broszurek, że Mobbing Jest Niedobry. Każdego korpoludka przez takie coś przeciągnięto (jeśli nie, to wzmacnia jego pozycję w razie procesu – bo będzie miał dowód, że HR nie dopełnia obowiązku z paragrafu 1 Artykułu 94-3).

Jeśli więc Babacki zacznie tobą pomiatać, zgłoś to do HR. HR może to bagatelizować, może udawać, że „nie słyszał skarg”, ale na dalszą metę to będzie dla niego ryzykowne.

W razie eskalacji afery zacznie się szukanie kozła ofiarnego – i w dość naturalny sposób oczy Fąferskiej i Kuciapskiego zwrócą się ku działowi HR. W dobrze pojętym interesie tego działu będzie pouczenie Babackiego, żeby się miarkował nieco.

Dobrze jeśli w firmie działa związek. Wtedy idź do związku, żeby to związek zgłosił do HR. Jeśli to porządny związek, to Babacki się nie dowie, kto złożył skargę – a poza tym zapewni ci prawnika, jeśli jednak postanowisz iść z tym do sądu.

Związek to nie jest magiczna różdżka Ollivandera, nie wszystko może. Ale na pewno może więcej od Rady Pracowników, która według polskiego prawa nie może nic, ale to zupełnie nic.

Apeluję jednak do wszystkich, czy mają w firmie związek czy nie, żeby stawiali opór. Jeżeli ta firma nie należy do ciebie, jeśli nie masz premii uzależnionej od wyników – to nie pracuj tak, jakby należała i jakbyś miał.

Dawaj im tyle, za ile ci płacą. To ferrari za rogiem nie czeka na ciebie, czeka na Babackiego. Spoko spoko, a ty se poczekaj, aż Babacki napruty wódą i kokainą spowoduje wypadek. Zobaczymy, kto się wtedy będzie śmiał.

Korpoludki wszystkich openspejsów – szanujmy się. Bo jak my nie zaczniemy sami siebie szanować, oni nigdy nie zaczną szanować nas.

Druga Irlandia

W czasach idealistycznej młodości zdążyłem (przez Ikonowicza, no bo przez kogo!) poznać paru ludzi z Sinn Fein („Sami dla siebie”). Nie ukrywam, że trochę się ich bałem – wiedziałem o nich tyle, że są politycznym przedłużeniem IRA, a ostatnie bomby wtedy jeszcze wybuchały w Londynie (1996).

A poza tym uważałem ich za nacjonalistów! „Nie nie, to porządni lewacy” – zapewniał Ikonowicz. Miał oczywiście rację, ale i tak się bałem.

Irlandia w ogóle mnie wtedy jednocześnie przerażała i fascynowała. Jak każdy nerd z mojego pokolenia, byłem zauroczony muzyką Clannad, legendami o Cuchulainie i podróżach Brendana, samym brzmieniem języka.

Z drugiej – była wtedy krajem nawet bardziej klerykalnie przegiętym od Polski. Bałbym się tam pojechać, tak jak dziś się boję pojechać – powiedzmy – do Iranu. Przerażają mnie skupiska fanatycznych wyznawców religii monoteistycznych.

Od kiedy sięgnę pamięcią, irlandzką politykę wyznaczał duopol przypominający nasz PO-PiS. Rządziła albo partia Fianna Fail („Żołnierze przeznaczenia”) albo Fine Gael („Irlandzkie Plemię”), ta druga zazwyczaj w koalicji z Partią Pracy (jedyną z normalną nazwą). W europarlamencie ta pierwsza należy do liberałów, ta druga do chadeków, a ta trzecia do socjaldemokratow.

Ze 20 lat temu trzeba było jednak dodawać przy tym „jak na irlandzkie standardy”, bo na europejskie – wszystkie trzy były wściekle prawicowe, i gospodarczo, i obyczajowo. W 1983 prześcigały się w licytacji na papieskość podczas referendum o wpisaniu zakazu aborcji do konstytucji: poparli to jednogłośnie „liberałowie” i „chadecy”, a „socjaldemokraci” byli… podzieleni.

Irlandzka Partia Pracy była jak nasze SLD. Zakładali, że skoro działają w prawicowym kraju, to muszą być prawicową lewicą, jak ministrant Oleksy.

W tej sytuacji porządnym lewakom z Sinn Fein w irlandzkiej polityce pozostawała rola marginesu marginesu. Zgarniali sobie ułamek procenta. Nawet ich rola „politycznego ramienia IRA” zdawała się kończyć razem z procesem pokojowym.

Tymczasem skandal z seksualnymi zbrodniami w irlandzkim kościele powoli sobie dojrzewał przez lata 90., aż eksplodował w 2002. Kościół reagował z typową dla siebie krótkowzroczną arogancją: najpierw wszystkiemu zaprzeczał, a potem nagle musiał przyznawać, że rzeczywistość była gorsza niż mówili najwięksi antyklerykałowie.

W ciągu kilku lat kościoły opustoszały. Od tego czasu zdążyło wyrosnąć całe pokolenie, dla którego proboszcz czy katecheta nie jest już żadnym autorytetem.

W 1997 Sinn Fein wprowadziło do parlamentu pierwszego deputowanego. W 2002 pięciu. W 2007 czterech. W 2011 czternastkę.

W 2016 wprowadzili 16 deputowanych, co czyniło ich partią numer 3, ale rząd stworzyła znów koalicja oparta o Fine Gael. Tylko że to jest już inna Fine Gael, premierem został otwarty gej, Leo Varadkar. Za jego rządów w kolejnym referendum cofnięto aborcyjną poprawkę do konstytucji (2018).

W wyborach z 8 lutego Sinn Fein wprowadziło 37 posłów na 160 i stało się partią numer dwa. Nie wiadomo jeszcze, jaka z tego wyjdzie koalicja, ale za mojego życia Irlandia z kraju konserwatywnego i fanatycznie klerykalnego stała się krajem, w którym partie lewicowe (socjaliści, socjaldemokraci i zieloni) mają blisko połowy mandatów.

Czy to się może powtórzyć w Polsce? Jestem ostrożnym optymistą.

W demaskowaniu moralnej degrengolady episkopatu jesteśmy opóźnieni o jakieś 20 lat. Jesteśmy w takiej fazie, jak oni około 2000 – już wszyscy wszystko wiedzą, ale Kościół jeszcze zaprzecza.
Politycy PO-PiS jeszcze umizgują się o poparcie zblatowanych biskupów, ale już nie wiadomo, kto w tym partnerstwie jest stroną silniejszą. Czy PiS bardziej się boi utraty poparcia, czy Episkopat tego, że Ziobro ruszy ze śledztwami?

Kryzys gospodarczy z 2008 wyjątkowo boleśnie uderzył Irlandię. Wielu ludzi, zwłaszcza młodych, straciło wiarę w skapywanie bogatcwa i w Ferrari czekające za rogiem.

U nas ta wiara jeszcze jest żywa – bardziej chyba nawet, niż katolicyzm. Ale i to wygaśnie. Młody liberale: stracisz swoje sny, stracisz je i ty, i ty.

Jeszcze będziemy drugą Irlandią. Jeszcze wypowiemy konkordat, wprowadzimy aborcję na życzenie, a gej zostanie premierem. Niemożliwe? W Irlandii jeszcze 20 lat temu też nic tego nie zapowiadało.

Dyplomatyka i sądy

Nie wiem, czy moje piąteczki jeszcze mają jakichś słuchaczy (miasta, które…). Rozwinę na blogu myśl, którą w podkaście zasygnalizowałem skrótowo: że w nowożytnej Europie prawo „od zawsze” było i jest tworem obcej cywilizacji.

Uderzyła mnie ostatnio pewna myśl, do przedyskutowania której zapraszam w komentarzach mole książkowe takie jak ja (bez wikierudytów, proszę). Otóż Europa odkryła prawo niejako dwukrotnie.

Istotą tego wynalazku jest pogodzenie się z tym, że wyrok może nam się nie podobać, ale go honorujemy. To kolosalna różnica w odniesieniu choćby do antycznej Grecji, w której proces (opisany np. w „Obronie Sokratesa”) sprowadzał się do odpowiedzi na pytanie „lubimy tego kolesia czy nie” (a nie „czy jest winny” albo „co zaszło w rzeczywistości”).

Rzymskie prawo w teorii było ślepe na „sympatyczność”. Oczywiście, w praktyce to działało różnie. Mary Beard w swoich książkach zwraca uwagę, że rzymskie prawo znamy głównie z opisów jego porażek.
Niedoskonałe prawo i tak jest lepsze od jego braku. Wynalazek prawa miał spory udział w tym, że Rzymianom udało się zbudować tak wielkie i trwałe imperium.

W grach strategicznych (które też lubię) zazwyczaj oddawane jest to jakimś parametrem, określanym jako „technologia administracyjna”. Bez wynalezienia prawa po prostu nie możemy efektywnie zarządzać dużym imperium – nawet jeśli je zbudujemy orężem czy monetą, zapadnie się pod ciężarem korupcji.

Wszyscy w Europie jesteśmy dziś kulturowymi spadkobiercami barbarzyńców, którzy zbudowali swoje państwa na ruinach Rzymu. Barbarzyńcy zastąpili rzymskie prawo swoim „prawem zwyczajowym”.

Próby imitowania cesarstwa (podejmowane na zachodzie przez Karolingów i Ludolfingów, a na wschodzie przez Bułgarów i Serbów), zazwyczaj się nie udawały. Barbarzyński władca chętnie przyjmował tytuł „cezara”, ale nie zamierzał się kierować rzymskim prawem, którego często po prostu nie znał.

Popkulturowy portret średniowiecznego imperium bez prawa pokazuje nam „Gra o tron”. Widzimy tam kilka makabrycznych „procesów”, przypominających średniowieczne „sądy boże”.

W efekcie baron czy książę, który nie uznał werdyktu zapadającego w takim „procesie” – czy można go winić? – po prostu się buntował. Spór sprowadzał się do tego, ilu rycerzy poprze jego, a ilu władzę centralną. Tak się nie udawało zbudować trwałego imperium.

To się zmienia między XIII a XV wiekiem, między soborami laterańskimi i wormackim Reichstagiem. Cesarstwo i papiestwo zreformowały wtedy zasady działania, tworząc instytucje, które przetrwały stulecia.

Co się stało? Otóż w XII wieku Europa po raz drugi odkryła rzymskie prawo.

We wczesnym średniowieczu Bizancjum próbowało odwojować Półwysep Apeniński, tworząc Egzarchat Rawenny. Nim upadł, zdążył wytworzyć szczególną grupę – rzec można, nadzwyczajną kastę – Włochów obeznanych w rzymskim prawie.

W XI wieku zaczęli wykładać kodeks Justyniana w Bolonii, tworząc podwaliny jednego z najstarszych uniwersytetów w Europie. Absolwenci bolońskiej uczelni zostawali potem papieżami i doradcami cesarzy, przyczyniając się do wspomnianych wyżej reform.

Kodeks spisali po łacinie Bizantyjczycy, którzy kulturowo byli Grekami. A więc już dla nich łacina była obcym, martwym językiem – opatrywali więc ten kodes „glos(s)ami”, czyli po prostu przekładem „z prawniczego na ludzki”.

Pierwsi wykładowcy prawa byli Włochami, dla których obcymi językami była łacina i greka. Oni więc z kolei opatrywali prawo glosami w językach współczesnych. W nowożytnej Europie prawo zawsze jest więc czymś, o czym się mówi w językach obcych (a nawet martwych).

„Kiedy glosa wymaga glosy, sens prawa jest lekceważony i gubi się w labiryntach podwójnych znaczeń”. Ta skarga Azona Bolońskiego ma ponad 800 lat (heh, przy okazji: angielska wiki podaje jego datę śmierci na 1230, a polska na 1220…).

Brzmi do dziś aktualnie, podobnie jak inna skarga sprzed stuleci: że prawo sprzyja klasom uprzywilejowanym. W XIII wieku w Pistoi partia ludowa określała swoich przeciwników jako partię „rycerzów i sędziów”.

Od setek lat jednak wybór jest ciągle prosty. Albo to, albo barbarzyństwo.

Jako przedmurze zachodniego chrześcijaństwa, Polska stała się też wschodnim krańcem zasięgu uznawania rzymskiego prawa. Ten wynalazek przyszedł do nas jakieś dwa stulecia później i na nas się zatrzymał: nigdy nie przyjął się na terenie Rusi Moskiewskiej (i jej następców).

Ekscytujemy się bitwą pod Grunwaldem i robimy co roku jej huczną rekonstrukcję, a nie rekonstruujemy działań dużo ważniejszych. Polskich jurystów skutecznie przedstawiających polską argumentację przed sądami cesarskimi i papieskimi.

Gdyby nie oni, papież ekskomunikowałby Jagiełłę i ogłosił antypolską krucjatę. Na Wawelu zasiadłby jakiś prokrzyżacki kandydat, a resztki Litwy zajęłaby Muskowia. Granice z 1795 pojawiłyby się kilkaset lat wcześniej.

Niektórym podoba się dyplomacja w stylu „Kozacy zaporoscy piszą list do sułtana” – ale pamiętajmy, jak Kozacy skończyli. Kto tak działa w Europie, tego w końcu zwalcują sąsiedzi.

Od XV wieku obowiązuje prosta zasada: Polska jest niepodległa tylko wtedy, gdy ma dyplomatów i jurystów, którzy potrafią jej stanowisko skutecznie przedstawić na europejskim forum – po łacinie, po francusku, po angielsku. To ważniejsze od huzarów, ułanów i czterech pancernych.

Mieli ich Jagiellonowie, miała ich RON (do czasu), miała ich II Rzeczpospolita. PiS ich nie ma. Obecną władzę stać tylko na dyplomację w stylu „europosłowie zaporoscy odpowiadają Komisji Europejskiej”.

Kempa, Szydło, Jaki po prostu nic więcej nie potrafią – i z tym się zgodzą także ich zwolennicy, tylko że będą bagatelizować znaczenie tego problemu. Bo przecież „nie będziemy rozmawiać o polskich sprawach w obcych językach” (tym bardziej że ich nie znacie…), itd.

Rzeki w naszym regionie mają przebieg południkowy, co w naturalny sposób czyni je granicą cywilizacji zachodu. Od setek lat nasza historia biegnie w cieniu właściwie tylko jednego pytania: czy ta granica ma biec wzdłuż Dniepru, Bugu, Zbrucza czy Łaby.

Jak o tym kozacy siczowi bardzo boleśnie się przekonali, w tym rejonie Europy można być tylko albo częścią Turcji, albo częścią Rosji, albo częścią Zachodu. Głos na Dudę w nadchodzących wyborach będzie głosem za przesunięciem granicy cywilizacji Zachodu na Odrę.

Żegnaj, BoJacku!


Skończył się „BoJack”, jeden z najważniejszych seriali dekady. Podsumuję bez spojlerów.

Dla wykluczonych netfliksowo: akcja dzieje się w świecie, w którym wśród ludzi żyją antropomorficzne zwierzęta. Poza tym bardzo przypomina nasz – jest złośliwą (auto)parodią kapitalizmu i popkultury.

BoJack Horseman jest aktorem, którego szczyt kariery przypadał na lata 1987-1994, gdy był gwiazdą rodzinnego sitcomu „Horsin’ Around” na antenie ABC. Grał tam sympatycznego konia, który przygarnął trzy ludzkie sierotki.

Dwadzieścia lat później głównym problemem BoJacka jest (albo: wydaje mu się, że jest) życie w cieniu swojego dawnego sukcesu. Ludzie go rozpoznają na ulicy, wołając „hej, koleś, czy nie jesteś tym koniem z <>?”>.

Frustrację topi w alkoholu i narkotykach. To chyba nie spojler: tak naprawdę to właśnie jest jego głównym problemem, a reszta to wyparcie.

Zasadniczo akcja dzieje się w drugiej połowie lat nastych, mamy jednak częste flashbacki. Autoironiczna narracja sygnalizuje to na przykład tak, że ktoś jedzie samochodem, a z radia leci piosenka z tekstem „Właśnie są lata osiemdziesiąte”, albo ktoś wchodzi do windy i mówię „opowiem wam teraz seksistowski dowcip, bo są lata dziewięćdziesiąte i jeszcze można”.

Te flashbacki polecam wszystkim, którzy obawiają się, że polityczna poprawność zagraża wolności słowa, albo że ruch #metoo sprawia, że strach rzucić seksistowskim dowcipem. Pewnie nie mam takich komcionautów, ale lurkerzy się znajdą.

Mieliśmy niedawno kilka afer. Serwis Viva opublikował seksistowskie rzygi, „Dzień dobry TVN” pojechało rasistowskimi i homofobicznymi żarcikami (tym razem Chajzer był niewinny, co mnie trochę nawet zaskoczyło). Studenci na Uniwersytecie Śląskim zmusili do rezygnacji wykładowczynię, której zarzucali seksizm i homofobię.

Jak wiecie, jestem kompulsywnym heheszkantem. W sprawie wolności słowa jestem radykalnym liberałem – jak Karol Marks.

Dlaczego więc uważam, że takie żarciki są nieakceptowalne? Bo wolność słowa oznacza brak państwowej cenzury – ale szanujące się gazety, telewizje, uczelnie, blogi (itd.) powinny sobie stawiać wyższe standardy.

Nigdy nie było mitycznej złotej epoki nieograniczonej wolności słowa, kiedy wolno było żartować z wszystkiego, a na uczelni głosić dowolne tezy. Nie tylko w Polsce, także na Zachodzie.

„BoJack” pokazuje ewolucję amerykańskiej kultury serialowej, w której do połowy lat 90. panowała ścisła cenzura obyczajowa. Formalnie jej tak nie nazywano, również mówiono o przestrzeganiu standardów, tylko odwrotnych.

Jednym z seriali przełamujących granice wolności słowa było „Z Archiwum X”, które fantastyczną fabułę łączyło z realistycznymi portretami obyczajowymi. Nie byłoby dzisiejszego uniwersum „Breaking Bad”, gdyby nie tamten serial.

Showrunnerzy toczyli legendarne wręcz spory z cenzurą Foxa. Sparodiowali to w odpryskowym serialu „Millennium”, w którym pojawia się szalony cenzor telewizyjny, cenzurujący serial dziwnie przypominający „XF”; cenzor ów w pewnej scenie krzyczy do telefonu „nie obchodzi mnie, że kosmici nie mają genitaliów! jeśli mają krocza, to nie wolno ich tam kopać!”.

Do lat 80. w amerykańskiej popkulturze homoseksualizm był tabu. Steven z „Dynastii” był jednym z pierwszych wyłomów, ale z dzisiejszej perspektywy, ten wątek graniczył z homofobią – jego orientacja pokazana był jak choroba; nieszczęście, którym ukarano Blake’a za jego grzechy.

„BoJack” gorzko pokazuje tamte czasy – gdy wyszło na jaw, że showrunner „Horsin’ Around” jest homoseksualistą, kierownictwo ABC odebrało mu jego własny serial (co zniszczyło życie jemu i BoJackowi). Otóż tak to właśnie wyglądało jeszcze 25 lat temu.

Seriale bez tabu obyczajowego to fenomen drugiej połowy lat 90. Zaczęły je produkować stacje kablowe (jak HBO), mogące ominąć koncesyjną cenzurę.

Jeśli spojrzymy na progresję dekad w popkulturze, np. od drugiej wojny światowej do dzisiaj, zobaczymy systematyczne POSZERZANIE wolności słowa.

To samo z uniwersytetami. Powieści akademickie Lodge’a, Bradbury’ego czy Amisa przypominają nam nie tak dawne czasy, w których na zachodnich uczelniach można było mieć kłopoty za otwarte głoszenie ateizmu.

Gdyby zrobić podsumowanie literatury campusowej „od McCarthy po Eugenidesa”, wyjdzie nam kronika poszerzania wolności. To, co obserwujemy (np. studenckie inicjatywy „bezpiecznej przestrzeni” czy deplatformowania), to właśnie jej przejaw.

Studenci płacą za uczelnię. Albo bezpośrednio, albo pośrednio (bo dofinans idzie za nimi). Płacą – a więc wymagają. Tak wygląda wolność w praktyce.

Jeśli spojrzeć na to w historycznym ujęciu, wnioski są jednoznaczne. Żyjemy w czasach rekordowej wolności słowa.

„BoJack” to świetny przykład. W tym serialu nie ma żadnych tabu. Szokująco szczerze pokazuje kwestie takie, jak (w losowej kolejności) depresja, uzależnienia, kapitalizm, nieheteronormatywność, rasizm.

Skoro jednak dziś wolno WSZYSTKO, to oczekiwałbym po heheszkantach, że się wykażą czymś ponad „patrzcie! gruby Murzyn! hahahaha!”. Wolność zobowiązuje.

Po setkach lat na uczelniach nareszcie wolno otwarcie być ateistą. Kilkadziesiąt lat temu dopuszczono na nie kobiety (na Harvardzie ten proces dokonał się dopiero w 1999!). To, że dziś nie wolno już obrażać kobiet za sam fakt bycia kobietą (albo ateistów za sam ateizm), to kolejny krok w stronę wolności.

Jako zwolennik wolności słowa jestem za tym, żeby rasiści, seksiści, homofobi itd. mogli sobie to uprawiać na jakichś swoich niszowych forach. Proszę bardzo.

Tam, gdzie mam na to jakiś wpływ, zamierzam ich jednak kosić równo z trawą. Ot, choćby w komciach na SWOIM blogasku…

Żegnajcie, Anglicy!

Po brexitowym referendum odświeżyłem sobie „Mechaniczną Pomarańczę” Kubricka. Teraz trochę nie mam zdrowia, ale tak sobie mniej więcej wyobrażam postbrexitową Wielką Brytanię – a raczej to, co z niej zostanie po niewykluczonej secesji Szkocji i Irlandii Północnej.

Film jest, jak wiadomo, tak przerażający, że sam Kubrick wycofał go z dystrybucji. Jednocześnie wywarł potężny wpływ na popkulturę – ruch punkowy i nowofalowy na różne sposoby odwoływał się do niego.

Heaven 17, weterani synthpopu, zaczerpnęli swoją nazwę z listy przebojów, którą widzimy w sklepie muzycznym (razem z inspirowanymi rosyjskim grupami „Johnny Zhivago” i „Goggly Gogol”). Makabryczny soundtrack Wendy Carlos przyczynił się do popularyzacji syntezatorów (wcześniej wykorzystywanych raczej w widowiskach science-fiction).

Film jest okrutną parodią brytyjskiej lewicy i prawicy. Główny bohater Alex mieszka na osiedlu komunalnym, ucieleśniającym modernistyczne ideały „miasta bez ulic”. Jego adres to „Municipal Flat Block 18A, Linear North”.

To nawiązanie do powojennej labourzystowskiej utopii „nowych miast”, budowanych po drugiej wojnie światowej dookoła zniszczonych bombardowaniami metropolii. Lewicujący urbaniści marzyli o uwolnieniu ludzi od zepsucia i niezdrowego życia w wielkich miastach.

Jednym z tych miast było Basildon pod Londynem, miejsce narodzin Depeche Mode i Yazoo. Życie w nich było nieznośnie nudne, o czym opowiada wczesna piosenka depeszów „Something To Do”.

Pół biedy, kiedy ta nuda inspirowała młodych ludzi do zakładania zespołów. Częściej jednak pchała do przestępczości, jak w „Mechanicznej pomarańczy”.

Lewicę, która niby chce dogodzić prostemu człowiekowi, ale tak naprawdę ma go gdzieś, symbolizuje w tym filmie kilka postaci – przede wszystkim Pisarz, który pada ofiarą Alexa.
Ale równie bezwzględnie prostym człowiekiem gardzi prawica, jak minister, którego ofiarą pada Alex.

W brytyjskiej polityce do dzisiaj dominują absolwenci elitarnych szkół, którzy z klasą średnią czy ludową nie mają żadnych relacji towarzyskich czy rodzinnych. Ludzi takich jak my znają tylko jako podwładnych albo usługodawców.

To dotyczy także herosów lewicy, takich jak Clement Attlee, którego rząd dał klasie robotniczej być może największe zdobycze, jakie kiedykolwiek ta dostała w historii UK od kogokolwiek. Ale trudno się oprzeć wrażeniu, że dbał o ludzi pracy tak jak ogrodnik dba o kwiatki.

Oczywiście, prawicy to też dotyczy. W serialu „Peaky Blinders” widzimy na przykład inne niż zwykle oblicze Churchilla.

Popkultura pokazuje go zazwyczaj z sympatią – jako równego gościa, którego jedyną wadą był alkoholizm. Ale z zimną krwią podejmował on decyzje, o których wiedział, że zabiją wielu ludzi – czasem dla błahej korzyści politycznej. Śmierć „proli” zdawała się nie mieć dla niego moralnego znaczenia, przycinał ich jak ogrodnik kwiatki.

Attlee niestety robił to samo. Jego decyzje dotyczące kolonii miały skutki mierzone w megatrupsach.

Brytyjska polityka jest skażona utylitaryzmem. „Może i ludzie od tego zginą, ale posuniemy jakąś sprawę naprzód”. Ja wolę kontynentalne podejście z konsekwentnym „pulling the lever is murder”.

Jak wiadomo, Wielka Brytania nie ma spisanej konstytucji, a więc nie bardzo można się odwołać do jakiegoś nadrzędnego dokumentu, gdy demokratyczne władze chcą zrobić coś zbrodniczego (powiedzmy, jakąś małą masakrę w Derry). Dopóki byli w Unii, taką możliwość stwarzały unijne traktaty o prawach człowieka, ale czarno to widzę poza Unią.

No cóż, nie ma tego złego… Teraz łatwiej będzie wymuszać unijne prawa człowieka w ramach samej unii. Gdy zabraknie brytyjskich komisarzy i europosłow, uda się przeforsować ostrzejsze regulacje działalności korporacji technologicznych (i nie tylko).

Dla nas to powinien być sygnał do mobilizacji, by zatrzymać tych, którzy nas prowadzą w stronę Polexitu/Wypierpolu. A prowadzą nas tam wszyscy ci, którzy kwestionują zasadę nadrzędności prawa unijnego nad krajowym.

Jestem zwolennikiem tej zasady niezależnie od tego, kto rządzi – Platforma czy PiS. Gdyby kiedyś rząd premiera Zandberga wszedł w kolizję z TSUE, też będę za respektowaniem wyroku TSUE (nawet jeśli mi się nie będzie podobał).

Żegnajcie, Anglicy. Będziemy się czasem odwiedzać, ale pójdziemy swoimi drogami. Ja wam waszej nie zazdroszczę.

The pan is a lajdak

MRW pytał u siebie na fejsie, co to znaczy „czuć się Słowianinem”. Chciał zapewne zakpić z części fandomu „Wiedźmina”, ale pytanie jest ciekawe.

Różnice między Chorwatem a Rosjaninem są ogromne, ale z drugiej strony, równie duże są różnice między Szwedem a Norwegiem. A przecież nie mamy problemu z wyobrażeniem sobie stereotypowego Nordyka, uogólnionego Larsa Jensena.

Oni oczywiście też sobie potrafią wyobrazić „stereotypowego Słowianina”. W nordyckich thrillerach często pojawia się gangster z Europy Wschodniej, Ivan Kovalsky z Banja Luki. Kim on jest?

W średniowieczu Słowianie mieli kilka państw i nawet ze dwa cesarstwa, ale większość z nich nie przetrwała Renesansu. Zostały rozbite lub zasymilowane przez Turków, Niemców, Madziarów albo dwa narody słowiańskie, które z Renesansu wyszły jako regionalne mocarstwa: Polskę i Rosję.

„Słowiańskość” często jest związana ze „środkowoeuropejskością”, czyli pochodzeniem z małego kraju, przytłoczonego przez silniejszych sąsiadów. Jest wspólnym doświadczeniem także dla nie-słowian, np. Litwinów czy Albańczyków.

Tego w „Wiedźminie” sporo. Już w pierwszych opowiadaniach dowiadujemy się, że Geralta wszędzie zdradza jego „rivijski akcent”. Wobec konfliktu między Nilfgaardem a królestwami północy błąka się trochę jak Szwejk – nie jest neutralny, ale to nie jest jego wojna.

Dla Rosjanina słowiańskość, przeciwnie – oznacza mocarstwowość i wieczne zdumienie, że inni Słowianie nie chcą się dołączyć i podporządkować. Polak z kolei definiuje swoją tożsamość jako słowiańskość antyrosyjską.

Do dziś główne obozy polskiej polityki oskarżają się nawzajem o prorosyjskość. Nikt otwarcie nie prezentuje się jako odpowiednik niemieckich „Russlandversteher” (ja też nie!).

Na pozaparlamentarnej lewicy błąkają się prorosyjskie „dźwigi” i „czołgi”, ale w Razem chyba ich nie ma. Na skrajnej prawicy mamy tylko osamotnionego Korwina.

Z polskiej antyrosyjskości kpił już Dostojewski. Poświęcił jej spore pasaże „Gracza” i „Braci Karamazow”.

W „Braciach” występują Polacy jako niesympatyczne postacie drugoplanowe. Udają, że nie znają rosyjskiego i „celowo przekręcają słowa rosyjskie z polska”, jak w fragmencie na skrinie.

Za słabo znam rosyjski, żeby docenić tę grę słów. W tym fragmencie widzimy jednak np. polskie słowo „mówi” zapisane cyrylicą, którego raczej tu nie powinno być. Bohaterowie stanowczo nadużywają też formuł „pan” i „pani”.

W polskim przekładzie Aleksander Wat pominął błędy językowe, ograniczył się do nadmiaru „panowania”. Zabawnie to rozwiązała Constance Garnett w angielskim przekładzie: przełożyła to co rosyjskie, zostawiając to co polskie, co prowadzi ją do zdań takich, jak „The pan is a lajdak!”.

Dymitr Karamazow podchodzi do tych Polaków z szeroką, słowiańską duszą. Wznosi z nimi toast „Za Polskę, panowie, hura!”. Ale gdy krzyknął „Teraz za Rosję, panowie, bratajmy się!”, polscy panowie „nie dotknęli nawet szklanek”.

„Jak to, panowie? — zawołał Mitia – To wy tak?…”. A oni na to wznieśli toast „Za Rosję w granicach sprzed tysiąc siedemset siedemdziesiątego drugiego roku!”.

Scena z powieści z 1880, a przecież mogłaby się wydarzyć dzisiaj (np. u Ziemowita Szczerka). Dodajmy, że w finale, gdy już Polacy (proszę wybaczyć spojler) zeznają w procesie Dymitra jako świadkowie, to nagle się okazuje, że mówią po rosyjsku perfekt, jak to już podejrzewał narrator.

Pierwszą część „Gracza” z kolei można streścić jako „Rusek, Anglik i Francuz wchodzą do kasyna i spotykają tam Niemców i Polaków”. Dostojewski, jak wiadomo, tworzył w pośpiechu, więc pojechał po bandzie ze stereotypami.

Polacy w „Graczu” przedstawieni są jako niehonorowi hipokryci. „Każdy Polak w podróży jest hrabią”, twierdzi narrator. W „Braciach…” Polacy też udawali, że są dużo ważniejszymi panami, niż byli w rzeczywistości.

Na maskaradę Polaków dają się niestety nabrać Francuzi, przedstawieni w „Graczu” z otwartą wrogością. Narrator narzeka więc, że Rosjaninowi podróżującemu po Europie ciężko się przyznać do swojej tożsamości, bo napotka na niechęć Europejczyków, którzy okazują Polakom współczucie w związku z ich (rzekomym) zniewoleniem.

Aleksy, narrator „Gracza”, jest człowiekiem zaburzonym psychicznie, co pisarz nam wyraźnie sygnalizuje. Dał mu jednak swoje własne zaburzenia, więc tak do końca nie wiemy, na ile ksenofobiczne poglądy Aleksego są własnymi poglądami Dostojewskiego.

Aleksy definiuje swoją rosyjską słowiańskość jako odrzucenie zachodnioeuropejskich cnót. Wymienia je: „cierpliwość, rozum, uczciwość, charakter, siła woli, wyrachowanie”. Gardzi tym wszystkim i z dumą woła, że woli po rosyjsku grać w ruletkę o wszystko.

Gdyby się w tej scenie pojawił Dymitr Karamazow (what is this, a crossover episode?), pewnie by się z tym zgodził. W hollywoodzkiej adaptacji grał go przecież Yul Brynner.

U Dostojewskiego wygląda to więc tak. Rosjanie są Słowianami najdoskonalszymi. Odrzucają zachodnioeuropejski system wartości, kierują się w życiu swoim szerokim sercem, a nie zimnym rozumem.

Dzięki temu cieszą się prawdziwą wolnością, bo tą można osiągnąć tylko żyjąc w zniewoleniu, jako poddany sprawiedliwego władcy absolutnego. Uwierzcie mi na słowo (albo zmiażdżcie mnie cytatami z Bachtina czy Przybylskiego), ale Dostojewski naprawdę za idealny ustrój uważał kleronacjonalistyczny zamordyzm.

Za sprawą młodzieńczej fascynacji jego książkami, postrzegam Rosjan przez jego pryzmat. Może to błąd, ale jak inaczej zrozumieć kogoś, komu duma z zajęcia Krymu rekompensuje biedotę materialną?

I od lat zastanawiam się, czy nie jestemy Polakami z karykatur Dostojewskiego. Nie pasujemy do Europy Zachodniej, ale wołamy „państwo prawa” i „państwo dobrobytu” (a to przecież kopie niemieckiego „Rechtsstaat” i angielskiego „welfare state”).

Udajemy, że nie znamy rosyjskiego. Z Rosjanami najchętniej mówimy po angielsku, Polacy u Dostojewskiego używali w tym celu francuskiego i niemieckiego. Ale po wypierpolu może się okazać, że mówimy perfekt, jak panowie z „Braci Karamazow”…

To temat wykraczający poza tę notkę, i tak już zbyt długą. W każdym razie, słowiańskość definiowałbym jako skłonność do stawiania serca nad rozumem – na manierę republikańską (PL) lub absolutystyczną (RU).

W tym sensie znów zaryzykowałbym tezę, że Geralt i Jaskier mają w sobie coś z Polaków. Z Rosjanami się dogadają, ale nie za wszystko z nimi wypiją (całkiem jak mistrz Sapkowski).

I tylko Yennefer pozostaje Zagadką…

Let’s make it official

Nie lubię i nie umiem się autopromować, więc będę zwięzły. „Piąteczek” w pewnym sensie wrócił, ale autoironiczne „2.0” w nazwie sygnalizuje radykalną zmianę formuły.

Nie można mnie już słuchać na antenie – też ubolewam, ale tak krawiec kraje. Nie jest to już także formuła „rozmowa z zaproszonym gościem”, na razie to jest moja swobodna paplanina.

Zaleta nowej formuły jest z kolei taka, że robię Naprawdę Co Chcę. Jeśli kiedyś z jakiegoś powodu zechcę zrobić oldskulową godzinną rozmowę z gościem – to zrobię.

Uboczny skutek jest jednak taki, że – o ile mi wiadomo – nie można już teraz mnie słuchać na jakiejś darmowej, ogólnodostępnej platformie. Odpowiada mi to, ogólnie podoba mi się formuła „płatnego dostępu do treści premium”.

Że pracuję w korporacji, która taką akurat formułę rozwija, to żadna moja zasługa. Nie mam przecież wpływu na świetlane decyzje korpomenedżmentu. Z tymi akurat jednak rzeczywiście jest mi po drodze.

Ceterując parobasa, gdybym miał do wyboru sprzedać 10.000 egzemplarzy książki albo wystąpić w niekodowanej telewizji dla milionowej publiczności, zawsze będę wolał te 10.000 egzemplarzy. Po prostu wolę grono kameralne, ale płacące za treść.

Nie wiem, skąd mi się to bierze. Może po prostu stąd, że sam dużo płacę za dostęp do różnych treści (wliczając w to płyty, bilety i netfliksy), a więc instynktownie czuję, że z płacącymi za podcast coś mnie łączy.

Jeszcze nie wiem, jaką wypracuję formułę łączności ze słuchaczami. Na razie proponuję wpisywać ewentualne uwagi i sugestie w komciach na blogu – myślę też o jakiejś formie fejsbukowej.

W każdym razie, o ile bloga robię za friko (a nawet dopłacam do tego interesu), to słuchacz podkastu jest dla mnie płacącym klientem. Ergo, inaczej zareaguję na uwagi typu „zmień to” albo „zainteresuj się tamtym”.

I skoro już mowa o płatnych treściach – w dzisiejszej „Świątecznej” znów jest mój artykuł. Podobnie jak tydzień temu. Oraz dwa tygodnie temu.

Let’s make it official, jak podobno mówi młodzież na trzeciej randce. Za tydzień chyba też będzie. Wygląda na to, że znów jestem stałym felietonistą.

Nie przyzwyczajam się do tego jakoś bardzo, bo od 2017 zdążyłem już chyba trzykrotnie przelecieć fazy cyklu „felietonista / były felietonista”. Korpomenedżment dmie kędy chce, niezbadane są wyroki jego.

Póki co, raduję się po prostu, że znowu mogę się spotykać ze swoimi nielicznymi, ale płacącymi odbiorcami. Oby wreszcie komuś wypalił jakiś podtrzymywalny biznesowo model jakościowych mediów komercyjnych!

Nolensując wolensa

Miałem dużo miłych reakcji (powiedziałbym: zaskakująco dużo, zaskakująco miłych) na mój tekst o pokoleniach. Trochę krytyki budził tytuł, w którym swoje pokolenie przedstawiam jako pierwsze, które zostawi świat w gorszym stanie, niż je zastało.

Tytuł nie mój (faktycznie trochę clickbaitowy), ale podobna teza pada w tekście. Rzeczywiście uważam, że dorobek netto generacji X, czyli roczników 1965-1980, jest wręcz ujemny.

Stosunkowo najmniej szkody wyrządzili ci spośród nas, którzy gdzieś tam w kąciku pilnują własnego nosa. Ale ci, którzy zostali liderami w polityce, biznesie czy mediach? O rety. Lepiej by było, gdyby ich nie było.

Za wyjątek uważam polski przemysł gier wideo, który moi rówieśnicy stworzyli niemalże od zera.
Niemalże – bo jednak korzystali z tego, że poprzednie pokolenia zainwestowały w nauczanie informatyki (ekipa Gierka uwierzyła, że to „klucz do dobrobytu”), ułatwiały import komputerów, a nawet wybudowały szkołę na Grzybowskiej, na której korytarzach ten przemysł się narodził. Jeśli nie mówimy dziś o węgierskim przemyśle gier wideo to także dlatego, że nie było węgierskiego Kwaśniewskiego.

Cenię też dorobek kulturalny mojego pokolenia. Wymienię tylko Tokarczuk, bo niewymienieni czują się pokrzywdzeni (a tak mogę powiedzieć, że to miejsce parkingowe zarezerwowane dla laureatów Nobla). Ale to miecz obosieczny, bo Zenek Martyniuk i Patryk Krzemieniecki to też moje pokolenie.
Łatwiej podawać przykłady pozytywne niż negatywne, więc zacznę tak. Gdy patrzę na fajne nowe projekty medialne, to albo je rozkręcają milenialsi („Pismo”, „Dwutygodnik”), albo boomerzy otoczeni milenialsami („OKO”).

Gdy coś rozkręcają moi rówieśnicy, wychodzą im serwisy o niebiańskim smaku parówek na Orlenie i majtkach Dody Elektrody („ZDJĘCIA!”), ewentualnie o tym, jak fajną żonę ma pan minister, skądinąd też fajny. Jakbyśmy potrzebowali boomersów, żeby nas zmuszali do przestrzegania standardów, bo sami z siebie nie czujemy takiej potrzeby.

Moje pokolenie w tej chwili nominalnie nami rządzi. Wywodzą się z niego pan premier i pan prezydent. Skądinąd oczywiście marionetki boomersa Kaczyńskiego.

Może dlatego właśnie opozycja miota się jak bezgłowy kurczak? Nie ma swojego boomerskiego masterminda – władcy marionetek?

Nie chcę się źle wypowiadać o opozycji w trakcie kampanii wyborczej, ale na scenie politycznej po prostu nie widzę polityków ze swojego pokolenia, o których bym myślał per „fajna babka, fajny facet, chciałbym bliżej poznać, z przyjemnością zagłosuję”. Tak mam tylko z milenialsami z Razem (a kiedyś z boomersami typu Borowski).

Moje pokolenie działalność zaczynało razem z ruchem Wolność i Pokój. Pewien mój kolega niedawno nostalgicznie wrzucał zdjęcia z demonstracji przeciwko budowie elektrowni atomowej w Żarnowcu.

No właśnie. My zaczęliśmy od szkodnictwa, a potem było z nami tylko coraz gorzej.

Per saldo lepiej byłoby, gdyby ruch Wolność i Pokój nie zaistniał. Elektrownia w Żarnowcu dostarczałaby prąd od 30 lat. Pułkownik Konstanty Miodowicz nie wpłynąłby na wybory prezydenckie z 2005 (przy pomocy paskudnej intrygi udało mu się wtedy utrącić kandydaturę Cimoszewicza, co miało wspomóc Tuska, ale oddało władzę Kaczyńskiemu; cierpimy do dzisiaj).

Liberałowie lubią straszyć liderami, którzy się „zniechęcą i wyjadą”. Otóż z mojego pokolenia nie przychodzi mi do głowy nikt (poza wspomnianym wyjątkiem rozrywkowo-technologicznym), za kim bym w takiej sytuacji tęsknił.

Niektórych liderów bym nawet z radością odwiózł na lotnisko. O ile obiecają, że nie wrócą.

Jeśli macie kontrprzykłady, spełniające następujące warunki: (1) generacja X, (2) lider(ka) biznesu lub polityki, (3) spoza kultury/gier/IT, (4) dali społeczeństwu więcej niż wzięli; to wpisujcie. Naprawdę chętnie poznam.

Wydaje mi się, że wiele systemowych porażek III RP da się sprowadzić do następującego schematu. Poprzednie pokolenia przykroiły definiujące nasz ustrój konstytucje, statuty i ustawy pod własną miarę.

Nie przewidzieli w nich zabezpieczeń przed nadejściem nas. Z naszym cynizmem, chciwością i kazuistyką.

Stworzyli konstytucję, która jest być może odporna na Hitlera, ale jest bezbronna wobec trzeciorzędnego krętacza w todze, który tu nie odbierze poleconego, tam załatwi zgubienie dowodów, a wyroku po prostu nie wydrukuje i co mu pan zrobisz?

Jedyną nadzieję widzę w milenialsach. Chcą czy nie chcą, muszą sprzątnąć ten bajzel. Nie mają wyboru.

Nie oni pierwsi (jeśli to jakaś pociecha).