Co to jest marksizm kulturowy?

Gdyby ktoś z PT komcionautów chciał się dowiedzieć, co to właściwie jest ten cały marksizm kulturowy, ale nie miał ochoty na przebijanie się przez ciężko napisane knigi, proponuję dwa rozwiązania. Ironiczne i błyskotliwe komiksy z serii „Existential Comics” oraz „1984” Orwella.

W tym drugim występują maszyny do tworzenia popkultury dla proli. Ich opis nie ma sensu.

Już w czasach Orwella istniały pierwsze „mózgi elektronowe”, gdyby więc pisarz na serio chciał sobie wyobrazić „maszynę piszącą powieści”, powinien opisać coś w rodzaju lemowego Elektrybałta. Pisarz jednak uparcie używa określeń sugerujących, że te maszyny wyglądają jak coś z klasycznej fabryki:

„Since he had sometimes seen her with oily hands and carrying a spanner – she had some mechanical job on one of the novel-writing machines (…) Probably she had crushed her hand while swinging round one of the big kaleidoscopes on which the plots of novels were 'roughed in'. It was a common accident in the Fiction Department (…) But she was not interested in the
finished product. She 'didn’t much care for reading,' she said. Books were just a commodity that had to be produced, like jam or bootlaces.”

Te wszystkie wstawki dotyczące Departamentu Prozy można by sfilmować i pokazywać jak ten odcinek „South Park” o scjentologach: w to naprawdę wierzą kulturowi marksiści! Orwell był jednym z nich (z nas), umieścił w swojej powieści fabularyzowane streszczenie rozdziału „Przemysł kulturalny” z „Dialektyki oświecenia” Adorno i Horkheimera.

Marks i Engels żywo interesowali się kulturą jako odbiorcy, ale nie jako filozofowie. Zgadzam się z późniejszymi myślicielami, którzy zarzucali im wulgarny ekonomizm – zafiksowanie na stosunkach produkcji i lekceważące podejście do tego, co zbiorczo nazywali „nadbudową”.

Socjaldemokratyczni reformatorzy, którzy zaczęli tworzyć na Zachodzie państwo opiekuńcze, powielali ten błąd, podobnie zresztą jak leniniści na Wschodzie. Uważali, że wystarczy masom zapewnić dach nad głową i dość jedzenia, a inne problemy same się rozwiążą.

Na usprawiedliwienie wulgarnego ekonomizmu zaznaczmy, że jeszcze w latach 1930. ludzie umierali z głodu na ulicach miast (w tym: Warszawy). Jestem więc pełen empatii dla reformatorów społecznych, którzy 90 lat temu rozumowali po brechtowsku: „Erst kommt das Fressen, dann kommt die Moral”.

Niemniej jednak, Fressen przyszło, a problemy nie zniknęły, ani w zachodnich „społeczeństwach dobrobytu”, ani we wschodnich dyktaturach. W marksizmie do tego doszedł kryzys związany z tym, że według ortodoksyjnego materializmu historycznego wojny światowe po prostu nie powinny się były wydarzyć.

Napisałem kiedyś powieść, która się dzieje w alternatywnym świecie, w którym historia poszła według marksowskich prognoz, więc trochę się musiałem wczuć w mindset intelektualisty z roku 1877. Łatwo mi go teraz zrozumieć: dla kogoś takiego wyobrażenie sobie, że najbardziej cywilizowane narody Europy poślą swoje dzieci na okrutną rzeź, było niemożliwe.

Dla każdego marksisty już 100 lat temu musiało więc to być oczywiste, że w tej doktrynie jest jakiś błąd. Ale gdzie?

Odpowiedź marksizmu kulturalnego brzmiała: w lekceważeniu kultury jako czynnika sprawiającego, że ludzie robią to, co robią. Woody Allen w którymś filmie zażartował, że „po pięciu minutach słuchania Wagnera ma ochotę najechać na Polskę”. Marksiści kulturalni podejrzewali, że może faktycznie stąd się wziął faszyzm.

Filozofowie szkoły frankfurckiej zaczęli więc badać kulturę. A że byli marksistami, zaczęli się interesować kulturą dla mas, jako pierwsi w ogóle – dlatego do dziś każda porządna teoretyczna książka o popkulturze musi cytować Adorno i Horkheimera choćby po to, by się od nich odciąć.

Tak jak McLuhan zainicjował akademickie badania nad mediami, więc jego prace są pełne błyskotliwych intuicji przemieszanych z bzdurami i non-sequiturami, podobnie jest z „Dialektyką oświecenia”. Marksiści wyjątkowo źle się nadają do analizowania popkultury.

Jak z pewnością zauważyliście choćby po tym blogu, jesteśmy przeważnie nudnymi sztywniakami. Będziemy notować w naszych kajecikach, że hip hop polega na tym, że po „jou” powinno nastąpić „madafaka”, ale gdy na koncercie MC Didżeja ktoś nas zagadnie per „eluwina zią, chcesz zajarać blanta?”, zestywniejemy ze zgrozy, nerwowo poprawiając krawat zawiązany na podwójnego windsora.

Oczywiście, trochę przesadzam (tak naprawdę nauczyłem się tylko węzła podstawowego, inne umiem rozpoznać, ale nie stosuję). Ale gdyby na tym wymiaginowanym koncercie byli Adorno i Horkheimer, mieliby gajery, windsory, kamizelki i złote spinki do mankietów. Oppa marxist style!

Ich kulturalny gust był szalenie konserwatywny, podobnie jak Marksa i Engelsa. W sztambuchu córki Marks wypełnił słynny kwestionariusz, z pytaniami typu „ulubiony poeta” albo „czego nienawidzisz najbardziej”.

Absolwent Uniwersytetu Jutuba (praca dyplomowa broniona pod kierownictwem dr Jordana B. Petersona), może pomyśleć, że Marks w tej ostatniej rubryce wpisał coś w stylu „zachodniej cywilizacji”, „Boga”, „posprzątanych pokojów”, „homarów alfa” albo przynajmniej małych kotków czekających na pogłaskanie.

Tymczasem Marks wpisał Martina Tuppera, wiktoriańskiego Paolo Coelho. Dziś pomiętają o nim właściwie tylko marksiści, jako o Tym Kogo Przywódca Naszego Reptiliańskiego Ssssspisku Nienawidził Najbardziej Z Wszystkich Ludzi (napisałem „retpiliańskiego”? sssorki, to się wytnie).

Tupper był autorem bestsellerowej książki „Proverbial Philosophy”, zawierającej złote myśli takie, że tylko walnąć helwetiką na tle zachodu słońca i wrzucić na fejsa. Przykład cioci Wiki: „Well-timed silence hath more eloquence than speech”.

Jako ulubionych poetów Marks podał Dantego, Ajschylosa, Szekspira i Goethego. Jako ulubionych prozaików: Diderota, Lessinga, Balzaka i Hegla. Pomijając Hegla, umieszczonego tu chyba w ramach złośliwego żartu, to gusta tak konserwatywne, że podwójny windsor sam się zawiązuje.

Adorno i Horkheimer mieli gust podobny, tylko jeszcze bardziej. Za ideał kultury uważali dodekafonię – muzykę, której można słuchać właściwie tylko w filharmonii, a do tego trzeba skończyć studia muzykologiczne (Adorno był cudownym dzieckiem fortepianu, grywał Beethovena w wieku lat dwunastu).

NIENAWIDZILI POPKULTURY za jej „schematyzm”, który „objawia się o tyle, że mechanicznie wyróżnione produkty okazują się zawsze tym samym. Że różnica między serią Chryslera a serią General Motors jest złudzeniem, o tym wie każde dziecko, które się tą różnicą entuzjazmuje (…) Tam samo rzecz się ma z produkcjami Warner Brothers i Metro Goldwyn Mayer”.

Ten cytat wydaje mi się jednocześnie błyskotliwy i błędny. Sam, podobnie jak większość PT komcionautów, mogę do upadłego dyskutować o różnicach między Batmanem Nolana a Batmanem Burtona. Ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że gdyby tu się pojawił elegancki duch Adorna i zażądałby „explain me like I’m five”, miałbym problem z wytłumaczeniem mu nie tylko tej różnicy, ale nawet (o herezjo!) między Batmanem a Iron Manem.

Może w gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do tego, że jeden jest produkcją Warner Brothers, a drugi Sony? O różnicach między markami samochodów też przecież mogę się sprzeczać do upadłego, ale tu jeszcze prędzej się zgodzę, że różnice są symboliczne, wszystkie firmy oferuja z grubsza to samo: wszystkie kompakty są golfem, wszystkie minivany espacem…

Choć Adorno i Horkheimer potępiają popkulturę w czambuł, jest tu interesująca dla mnie niespójność: w ich książce często pojawia się teza o tym, że popkultura robi się CORAZ GORSZA. I nawet to egzemplifikują: Kaczor Donald jest gorszy od Betty Boop, a perfekcyjny jazz Benny Goodmana od spontanicznej muzyki nowoorleańskiej.

Choć nie definiują tego wprost, można się domyślić, jakie są ich kryteria popkultury „lepszej” (a przynajmniej: mniej złej). To taka, która jest bardziej spontaniczna, nieprzewidywalna, oddolna, ludowa. A gorsza jest taka, która wygląda na przemysłowy produkt maszyn z orwellowskiego Departamentu Prozy.

Nigdy nie napiszę książki o teorii popkultury, ale skoro się nią zajmuję zawodowo, a parę razy ocierałem się też o jakieś formy quasi-akademickie, to muszę taką teorię mieć w głowie. No więc wygląda jak w powyższym akapicie (oczywiście, nie wymyśliłem tego sam, zerżnąłem z książek okołofrakfurckich intelektualistów, Siegfreda Kracauera i Waltera Benjamina).

Skąd prawicowym świrom wzięła się teza, że celem szkoły frankfurckiej jest zniszczenie zachodniej cywilizacji – nie mam pojęcia. Rationalist Wiki sugeruje, że mógł to wymyślić Lyndon LaRouche, co skądinąd pasuje do niego.

Prawacy traktują „szkołę frankfurcką” jako synonim postmodernizmu oraz „French intellectuals”, nie przejmujac się tym, że Frankfurt, mimo zbieżności pierwszych liter, nie leży we Francji. Trzeba tymczasem pamiętać, że nawet jeśli pewne tezy brzmią podobnie, to obie szkoły wyszły z radykalnie przeciwstawnych założeń. Zabawnie pokazuje to „Existential Comics”.

Gdybym umiał rysować takie komiksy, narysowałbym to bardziej serio, ale mniej śmiesznie. Dwaj rewolucjoniści Adorno i Horkheimer, ubrani bardzo elegancko, stoją wśród marmurów z kieliszkami szampana. Adorno jest we fraku, bo tak wypada – przyszli tu na prawykonanie jego kompozycji na kwartet smyczkowy i fortepian.

Panowie mają smutne miny, bo rozmawiają na swój ulubiony temat: upadku cywilizacji zachodu. Dochodzą do tego samego wniosku co zwykle: że oświecenie odniosło tak wielki sukces, że zmieniło się w swoją negację.

Ale co poradzisz? Nic nie poradzisz. Dlatego nazywają nas „szkołą krytyczną”, umiemy tylko krytykować – wzdychają.

Nagle z ulicy wchodzą Ze Frencz Intelektuels. Jeden ma skórzaną kurtkę, drugi fioletowy garnitur, trzeci ma elegancką białą koszulę, ale rozpiął trzy guziki, żeby pokazywać włochatą klatę. Starannie nieogoleni i jeszcze staranniej nieuczesani.

Foucault wyjmuje zębami korek z butelki Chateauneuf du Pape rocznik 1968, polewa osłupiałym marksistom do ich kieliszków z szampanem i mówi: „Le oświecenie est mort, eh bien, allors on danse”.

OK, wychodzi mi z tego komiks typu „French Chads vs Frankfurt Virgins”, więc bardziej serio: „Dialektyka Oświecenia” jest pisana z rozpaczą. Autorzy właśnie uciekli przed faszyzmem, ale w zachodnich demokracjach też widzą przejawy faszyzujących tendencji – „ucieczki od wolności”, jak to ujął Erich Fromm w bodajże największym bestsellerze tego środowiska.

Francuscy i amerykańscy postmoderniści nawet jeśli doszli do podobnych wniosków o końcu Oświecenia, mieli inny punkt wyjścia, a przede wszystkim inne podejście. Nie pisali z rozpaczą, raczej z ironią.

Temu panu z KUL, który do nas tu niedawno dołączył, dedykuję na koniec taki oto cytat z Adorno i Horkheimera, proponując, żeby się zastanowił w swoim sumieniu, czy Peterson rzetelnie przedstawia ich filozofię:

„…osiągnięcia ekonomiczne obracają się w swoje przeciwieństwo (…) To, że higieniczna fabryka i wszystko, co się z tym wiąże, volkswagen i pałac sportu, tępym nożem zarzyna metafizykę, byłoby jeszcze obojętne, ale nie jest obojętne, że w całości życia społecznego owa fabryka, volkswagen i pałac sportu same stają się metafizyką”.

PS. Wszystkie cytaty z wydania IFiS PAN, przeł. Małgorzata Łukasiewicz, Warszawa 1994; ilustracja to fragment komiksu „Adorno Returns”,(c) Corey Mohler

Jordana Petersona recepta na sukces

Kiedyś chciałem napisać felieton o Napoleonie Hillu, twórcy gatunku literackiego „książek o sukcesie”. Zawsze były inne tematy, a potem mnie skasowali, więc w końcu nie napisałem.

Książki o sukcesie („self help”) wydają mi się dobrym kryterium lewicowości. Programowo w nie nie wierzę, bo jestem Przekonany że o sukcesie decyduje ślepy traf.

Książki „self help” uważam więc za ściemę. I faktycznie, pionier tego gatunku był po prostu konfabulatorem. Nazmyślał jak to wielcy biznesmeni osiągnęli sukces dzięki jego poradom. Ludzie dość głupi, żeby w to uwierzyć, kupowali jego książki w milionowych nakładach.

Prywatnie uważam, że recepta na sukces zawiera się w dwóch słowach: „miej szczęście”. There is no step three.

To jak z wiarą w Boga, to deklaracja światopoglądowa. Nie da się tego udowodnić w żadną stronę.

Wydaje mi się, że lewica i prawica są wobec tego wtórne. Gdy ktoś wierzy w „hipotezę sprawiedliwego świata”, wierzy też, że każdy ma to, na co zasłużył. Pijak, bezdomny, odmieniec, ofiara przemocy w rodzinie – sami są sobie winni.

Ja wierzę w hipotezę niesprawiedliwego świata. Uważam, że hierarchia są ściemnione, przywileje niezasłużone, cierpienia niezawinione. Stąd dążenie do wyrównywania, naprawiania itd.

Widzę więc coś głęboko symbolicznego w tym, że guru nowej prawicy stał się Jordan Peterson – psycholog, który wylansował się na protestach przeciw „politycznej poprawności”. Tak to w jest z „cancel culture”, to żyła złota dla „kancelowanych”.

Peterson straszył, że po przyjęciu w Kanadzie ustawy antydyskryminacyjnej ludzie będą szli do więzienia za używanie niewłaściwych zaimków wobec osób trans. Ustawa obowiązuje od 4 lat, nic takiego się nie dzieje – jak to w prawicy, na początku była ściema, a potem przyszła monetyzacja.

Nie czytałem jego „12 życiowych zasad” i nie zamierzam. Jak już pisałem – nie wierzę w książki „self help”. Nic nie może sprawić, ze w nie uwierzę.

Fascynuje mnie jednak to, że Peterson ponosi właśnie straszliwą porażkę. Nie wypada z tego szydzić, ale kiedy to spotyka autora książki „self help”, mamy uzasadniony wyjątek.

Upadek Petersona zaczął się gdy jego córka Mikhaila, zamiast znaleźć sobie uczciwą pracę, podczepiła się pod popularność ojca. Stała się dietetyczno-lajfstajlową influencerką, propagującą dietę składającą się wyłącznie z mięsa.

Ojciec wsparł córkę i ogłosił, że wraz z żoną przeszedł na tę dietę i od razu przeszły im wszystkie choroby. Dopiero wtedy zaczął mówić o swojej lękowej depresji oraz o uzależnieniu od benzodiazepin – które dzięki diecie wreszcie mógł odstawić.

To takie prawackie! Skoro lewacy są wege, przejdźmy na dietę składającą się ze steków, żeby się poczuć jak zwierzęta alfa.

Był lipiec 2018. Kilka miesięcy później u żony Petersona, która również reklamowała dietę swojej córki jako panaceum, zdiagnozowano raka
nerki.

Jak to z rakiem, nigdy nie będzie dowodu, że to miało związek z dietą. Na pewno jednak ta dieta nie pomogła.

Zaraz potem Peterson, którego podobno ta dieta wyleczyła z uzależnienia od benzodiazepin, zwiększył dawkę. Tak bardzo, że go to wykończyło.

Zwykły człowiek jak ja czy ty, kiedy się już w coś takiego wpakuje, musi swoje odcierpieć. Człowiek obrzydliwie bogaty może próbować oszukać system.

Jordan Peterson znalazł klinikę w Moskwie, stosującą metody niedozwolone na Zachodzie. Dla mnie czy dla Ciebie to znaczy, że takich metod należy unikać, ale jeśli jesteś prawicowym intelektualistą, to wierzysz też w pierdu-pierdu o cywilizacji śmierci i prostowaniu bananów w Unii.

Zaczyna cię ciągnąć do nienależacych do Unii krajach posługujących się cyrylicą. Przecież Putin jest katechonem!

Idol prawactwa trafił w końcu do Serbii. Dostał zapalenia płuc, które w jego wieku jest bardzo niebezpieczne. A potem cała rodzina złapała tam Covid (choć wcześniej wychwalali Serbię jako kraj wolny od wirusa).

Od jakiegoś roku Peterson komunikuje się za światem wyłącznie za pośrednictwem swojej córki, Mikhaily i kontrolowanych przez nią kanałów społecznościowych. Stara się w nich pokazywać rodziny ludzi sukcesu, doskonale się bawiącej w Serbii. Wygląda to groteskowo, bo w tle ciągle padają słowa takie jak „śpiączka”, „intensywna opieka” albo „zapalenie płuc”.

Jedną z zasad Petersona jest: posprzątaj u siebie, zanim zaczniesz krytykować świat. Sam jej nie umiał zastosować. Wygląda na człowieka pogubionego w życiu osobistym.

Jajako lewica rozumiem pogubienie, rozumiem bezradność. Przecież dlatego właśnie jestem za państwem opiekuńczym. Które Peterson światopoglądowo zwalcza – więc wylądował w szpitalu w kraju nieopiekuńczym…

I heart cancel culture

W zasadzie powinienem się bać. Czytam przecież teraz wszędzie, że podobno panoszy się coś zwanego „kulturą unieważniania”.

Według opisów ma to polegać na tym, że politycznie poprawne hordy grasują na Twitterze i niszczą kariery autorów, którzy ośmielili się tylko nieprawomyślnie zażartować, albo nazwać kogoś niewłaściwym przyimkiem. Skoro sam lubię się wypowiadać ostro, powinienem się bać, że się stanę kolejną ofiarą „unieważnienia”!

Może kiedyś zmienię zdanie, ale na razie niespecjalnie się tym przejmuję. Ze względu na same swoje nerdowate zainteresowania, uprawiam takie dziennikarstwo, w którym sam siebie skazuję na bycie zbojkotowanym przez jakieś 99,9% populacji.

Nawet zakładając, że dam z siebie wszystko i napiszę najlepszą możliwą książkę na dany temat, nie wyskoczę powyżej kilkudziesięciu tysięcy sprzedaży. No trudno, dopóki jestem w stanie się z tego utrzymać, odpowiada mi to

Gdybym więc spotkał wróżkę kanceluszkę i ta mi zaproponowała taki deal: 99% populacji się na mnie wścieknie i ogłosi totalny bojkot. Ale za to 1% mnie polubi i zadeklaruje, że odtąd płaci za każdą moją treść – wchodzę w to natychmiast.

Sprzedawać po 400 tysięcy! Ech, marzenie. Kupiłbym Twardochowi nowego mercedesa! Ufundowałbym nagrodę literacką Puma, konkurencyjną wobec Nike, i przyznałbym sam sobie!

Wydaje mi się, że przejmowanie się „kulturą unieważnienia” to problem autorów, którzy chcą być jak zupa pomidorowa. Żeby wszyscy ich lubili.

Ja nie chcę. Ja chcę pisać takie książki, jakie sam chciałbym przeczytać, ale chwilowo takiej nie ma, więc muszę ją napisać ja.
Czasem wyskakuje mi jakiś wuj dobra rada, który mi sugeruje, jak powinienem uprawiać swój zawód, żeby „przekonywać ludzi do swoich racji”, albo wręcz żeby się zachowywać, jak „przystoi lewicowemu publicyście”. Robię tym wujom benyhilowe klepu-klepu.

Moją jedyną motywacją jako dziennikarza (poza oczywiście tradycyjnym „cholerne rachunki same się nie spłacą”) jest szukanie odpowiedzi na różne dręczące mnie pytania. Robiłem to jeszcze zanim zostałem dziennikarzem, po prostu szedłem do biblioteki, żeby Coś Sprawdzić.

Potem zacząłem się z tego utrzymywać, ale motywacja pozostała ta sama. Coś mnie interesuje, wszystko jedno co – warsztat ulubionego pisarza albo okoliczności powstania internetu. Więc drążę.

Czy skutki moich drążeń kogoś do czegoś przekonają? I couldn’t care less. Dla mnie ważne jest to, że sam się czegoś dowiedziałem (i że mi za to zapłacono).

Załóżmy więc hipotetycznie, że czymś wkurzę jednocześnie Kpoperki, środowisko LGBT i na dobitkę obrońców zwierząt. Co mi zrobią?

Ogłoszą na Twitterze, że przestają mnie czytać? Przecież 99,9% z nich i tak mnie nie czyta. Chyba że za darmo na blogu, no ale wtedy co mnie to w’ogle.

Zrobią publiczne palenie moich książek? Jak ktoś kupił, to już go lubię. Nawet jeśli kupił, żeby spalić.

Konkretne przykłady ludzi, którym „unieważniono” karierę mnie nie przekonują. Że ogłoszono bojkot J.K. Rowling? Przecież nawet gdyby był bardzo skuteczny, ona tego nie odczuje.

Co za różnica, czy ktoś ma trzy miliardy, czy osiem. I tak jednego dnia można zjeść tylko jeden porządny stek.

Że prezes Radia Nowy Świat musiał ustąpić ze stanowiska? Cóż, jest różnica między zawodem prezesa a zawodem dziennikarza. Dziennikarz może sobie pozwalać na wypowiedzi prowokujące i kontrowersyjne, prezes nie bardzo. Zwłaszcza jeśli swój biznes opiera na „donejtach”.

Że studenci wymuszają na swoich uczelniach „deplatforming” niektórych osób albo zakaz używania dyskryminującego słownictwa? Cóż, płacą więc wymagają. Ja się zawsze STARAM (czy mi to wychodzi, to osobna kwestia) pamietać, że to studenci płacą mi, a nie ja im, więc to ja się muszę do nich dostosować, a nie oni do mnie.

Ludzie nawołujący do bojkotu J.K. Rowling mają do tego takie same prawo, jak J.K. Rowling do transfobii. Co właściwie bowiem tak konkretnie proponują publicyści straszący „kulturą unieważniania”?

Zakaz nawoływania do bojkotu? Jak chcą ten zakaz wprowadzić? Powołując Urząd ds Kontroli Publikacji i Widowisk, zatrzymujący prewencyjnie wszystkie apele o bojkot kogokolwiek?

Jeśli chcemy wolności, to musi to być także wolność „unieważniania”. Freedom of speech includes the right not to listen.

Folwark SA


Jak wielu blogobywalców czekam w napięciu na nadchodzącą książkę prof. Adama Leszczyńskiego. Zapewne będzie w niej dużo o gospodarce folwarczno-pańszczyźnianej, o której wspominaliśmy mimochodem w poprzedniej notce.

Skąd się wziął folwark? Jak nasi przodkowie zafundowali nam pułapkę, z której nie umiemy się wyrwać 500 lat później? Czekając na fachowe odpowiedzi, podzielę się garścią intuicji.

W szkołach uczono nas o jagiellońskiej złotej erze, kiedy Rzeczpospolita Od Morza do Morza była jednym z najbogatszych, najnowocześniejszych i najpotężniejszych państw Europy. Ówczesny boom miał już w sobie zarzewie przyszłej klęski.

Przez Rzeczpospolitą przechodziły ważne szlaki handlowe – przede wszystkim trasa Orient-Flandria, której dzisiaj odpowiada europejska trasa E40 (w Polsce i w Niemczech oznakowana jako A4).

Wiele miast cieszyło się wtedy „prawem składu”, czyli pierwokupu przewożonych towarów. Miało to tę zaletę, że miastom „samo rosło”. Ale i tę wadę, że niczego się w nich nie opłacało produkować na eksport.

O ile na Zachodzie miasta i rodzący się w nich przemysł postrzegano jako koło zamachowe gospodarki, w Polsce uważano mieszczan za pasożytów. Nikt ich nie lubił, one też się nie lubiły nawzajem (wiele animozji typu Toruń/Bydgoszcz ma korzenie w epoce jagiellońskiej).

Nikt więc ich nie bronił, gdy na kolejnych Sejmach ograniczano ich prawa. A i tak gorzej to się odbiło na wsi.

Jeszcze za Piastów zakładano pierwsze kopalnie. Stąd powiedzenie, że to Kazimierz Wielki wygrał bitwę pod Grunwaldem (bo Jagiełło miał ją za co prowadzić).

Ubocznym skutkiem było tworzenie klasy posiadaczy, ludzi żyjących z odziedziczonych dochodów „z soli i z roli”. Rosła w siłę za Jagiellonów, bo monarchia wtedy pozornie była dynastyczna: władza przechodziła z ojca na syna i z brata na brata, ale każdą sukcesję zatwierdzał Sejm.

Jagiellonowie przekupywali posiadaczy kolejnymi przywilejami. W 1496 wprowadzono prawo przypisujące chłopów do ziemi, będące początkiem folwarku.

Popularnym tematem na moim blogu jest mobilność społeczna. Nie zapominajmy, że przez stulecia była w Polsce zakazana. Plany typu „jak tu wysłać dziecko na studia” były PRZESTĘPSTWEM!

Powstały dwie klasy opierające się modernizacji. Po pierwsze: chłopi folwarczni, którzy nie mogli snuć planów na poprawę losu, bo zabraniało im tego prawo.

Po drugie: właściciele folwarków i kopalni. Mieli zagwarantowany prawnie rezerwuar taniej siły roboczej. A dzięki dostępowi do szlaków handlowych, łatwy eksport na całą Europę.

W pamiętnikach i listach zachowały się opisy co się działo, gdy polski szlachcic sprzedał swoje zboże w Gdańsku. Zachowywał się jak kowboj po sprzedaniu bydła w Carson City – w pijackim szale próbował wszystko wydać w jedną noc.

W I Rzplitej nie było komu rozwijać mieszczańskich cnót oszczędności i gospodarności. Szlachta żyła w sztucznej obfitości. Mieszczanie byli skorumpowani „prawem składu”.

To się posypało w XVII wieku. Szlaki handlowe zaczęły nas omijać, a opłacalność eksportu nieprzetworzonych surowców poleciała na pysk. My zaś sami siebie skazaliśmy w XVI wieku na import wszystkiego poza nimi – wysyłaliśmy płótno, które do nas wracało jako płaszcz (z kolosalną marżą).

Z podróży po Polsce i świecie wyniosłem wrażenie, że to trwa do dzisiaj. W Polsce właściciel hotelu, knajpy czy myjni samochodowej to często osoba nieobecna na miejscu – obsługują mnie wyłącznie jego pracownicy.

Na Zachodzie tymczasem nie raz samochód mył mi WŁAŚCICIEL MYJNI, a śniadanie serwował WŁAŚCICIEL HOTELU. Pamiętacie Bogdana z „Breaking Bad”? Zatrudniał pomocników, np. Walta, ale sam też obsługiwał klientów.

To tylko anecdata, niech mnie więc ktoś skontruje twardymi danymi, ale mam wrażenie, że w Polsce biznesu nie zakłada się po to, żeby samemu stać za ladą. U nas biznes, nawet drobny, ma działać tak, żeby właścicielowi „samo rosło”.

Wpisałem kiedyś do wyszukiwarki bibliotek cyfrowych słowo „pańszczyzna”. Przywaliła mnie publicystyka z lat 1910-1920, skupiona wokół pytania „czy pańszczyzna wróci”. Z tym się znacznej części populacji kojarzyła niepodległość!

Na wsi mamy sporą część populacji, która od setek lat boi się zmian. Pod pewnym względem przypomina to sytuację Afroamerykanów: to cztery stulecia, w których nie wolno im było nawet myśleć o wolności.

Folwark przetrwał II RP, w PRL go znacjonalizowano, a w 3RP sprywatyzowano, jako Folwark SA. Dopóki z nim nie skończymy, tu nigdy nie będzie Normalnie.

Ruchy, ruchy!

Przepraszam PT blogobywalców że się powtarzam, ta notka dotyczy mojej idee fixe, której poświęciłem już niejeden tekst. Skoro prezydenccy kandydaci zakładają ruchy i szukają pomysłów, nie mogę się powstrzymać przed zasuflowaniem im jej.

Antypis potrzebuje odpowiednika hasła „500+”. Game changera, który stałby się głównym tematem debaty wyborczej, zmuszając polityków PiS najpierw do desperackiej obrony („tak się nie da! inflacja od tego wzrośnie! agencje obniżą nam ratingi! druga Grecja i Wenezuela! krowy przestaną się cielić!”), a potem w końcu do upokarzającej kapitulacji („my też jesteśmy za i obiecujemy, że nie zliwidujemy”).

Oczywistym pomysłem wydaje mi się, jak zwykle, Mitbestimmung. Trzeba by to jakoś ładnie nazwać po polsku, ale na wymyślaniu zgrabnych sloganów to ja już się zupełnie nie znam.

Chodzi po prostu o upodmiotowienie pracowników dużych firm. Zwiększenie uprawnień Rad Pracowników, ustawowe wprowadzenie ich przedstawicieli do Rad Nadzorczych – tak jak to jest od 70 lat w Niemczech.

PiS ma do Niemców stosunek dwuznaczny. Straszy nimi, ale równocześnie uwielbia argument „tak jest w Niemczech”.

W kampanii prezydenckiej obiecali nam, że będziemy zarabiać tak jak w Niemczech. Tylko że PiS traktuje to na zasadzie kultu cargo – brak podstawowej refleksji, dlaczego Niemcy zarabiają więcej od Polaków.

Argument, który był ważny 30 lat temu – że ich firmy są bogatsze i bardziej wydajne, więc „mogą” więcej płacić, jest nieaktualny. Fabryka Volkswagena czy magazyn Amazona w Polsce pracują przecież tak samo wydajnie jak ich niemieckie opowiedniki.

W Niemczech płacą więcej nie dlatego, że MOGĄ tylko dlatego, że MUSZĄ. Każdy korpoludek w Polsce wie, że gdyby nawet jego pracodawca dostał od złotej rybki miliard, on sam zobaczy z tego figę z makiem. Wszystko zgarną udziałowcy (jako dywidendę) i zarząd (jako premie). Zarobki pracowników pozostaną bez zmian.

W Niemczech tak by nie było. Tam przedstawiciele pracowników w Radzie Nadzorczej byliby w stanie wymusić inny podział tego miliarda – taki, w którym coś tego skapnie nawet szatniarzowi.

Od lat wydajność pracy w Polsce rośnie znacznie szybciej niż płace. I to się nie zmieni, dopóki nie wprowadzimy w Polsce takich mechanizmów.

Kaczyński tego nie zrobi. Miał 5 lat i nawet nie zasygnalizował takiego zamiaru.

„Upodmiotowianie” nie jest w stylu PiS. Nawet zwolennicy tej partii przyznają, że ona nie chce żadnej grupie przyznawać nowych praw,
przeciwnie, jest za ich odbieraniem (nauczycielom, dziennikarzom, prawnikom, lekarzom itd.). Tyle że zwolennikowi PiS się to podoba, a przeciwnikowi nie.

Platforma też jest do tego mentalnie niezdolna. Za dużo ją wiąże z kręgami korwinobalcerowskimi.

Hołownia i Trzaskowski mają jednak wolną rękę, przynajmniej teoretycznie. Zatem niniejszym sugeruję to jako moją propozycję programową dla ich ruchów.

Tak najbardziej to oczywiście marzę o wprowadzeniu tego w Polsce przez rząd premiera Zandberga. Ale ucieszę się, jak zrobi to ktokolwiek.

Parafrazując Churchilla, gdyby Szatan zgłosił program upodmiotowienia pracowników, umieściłbym kilka ciepłych słów o piekle w następnej blogonotce. Chwaliłbym za to nawet PiS.

Pandemia to dobry moment na zmianę myślenia o gospodarce. Pierwsze 30 lat kapitalizmu w Polsce wpisywało się w 500 lat tradycji gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej.

Mieliśmy „ludzi sukcesu”, którzy „tworzyli miejsca pracy”. Nie było „my”, byłem „ja” (genialny prezes, który odpowiada za sukces firmy, a więc zasługuje na nagrodę) i „wy” (feudalna czeladź, której firma „daje” pracę).

Pandemia wymusiła w wielu firmach myślenie w kategorii „my”. Okazało się, że za dotychczasowe sukcesy jednak nie odpowiadał sam tylko zarząd, ale firma jako wspólnota.

Ciężko czuć się wspólnotą, gdy prezes zarabia półtora miliona rocznie, a pracownicy kilkadziesiąt razy mniej (tak to mniej więcej wygląda w Agorze). I jeszcze ciągle słyszą od tego prezesa, że na wszystkim trzeba oszczędzać.

Obecny stan prawny nie ma sensu. W wielu ustawach wymagana jest reprezentacja pracowników, która w ich imieniu np. wyraża zgodę na warunki zwolnienia zbiorowego, wybór PPK, zasady działania funduszu socjalnego albo (jak ostatnio) zgodę na obniżkę zarobków o 80%.
Na logikę, to powinni robić ich demokratycznie wybrani przedstawiciele. Ale prawie w każdej ustawie te uprawnienia ma zakładowa komisja związków zawodowych.

Wniosek – skrzyknij się z 9 kolegami i załóż związek. Będziesz w imieniu tysięcy ludzi współdecydować o milionowych funduszach. Tak, polskie prawo jest aż tak durne.

Wielkie centrale związkowe będą zapewne próbowały zawetować zmiany, bo na krótką metę to osłabiać ich pozycję. Osobiście jako lokalny Frank Sobotka jednak z przyjemnością się pozbędę tej „władzy” (serio: na cholerę mi ona?) na rzecz rzeczywistego upodmiotowienia załogi.

Posprzątanie tego bajzlu to nie jest kwestia lewicy ani prawicy, tylko rozumu i godności człowieczej. Ale skoro o tym mowa to przypominam, że w ten sposób CDU zaszło SPD z lewej mańki i zapewniło sobie polityczną hegemonię w RFN.

Po co komu socjaldemokracja, gdy największą zdobycz klasa pracująca zawdzięcza chadecji? Socjaldemokraci go nienawidzą, tym sposobem Adenauer ich uczynił zbędnymi (na 70 lat istnienia RFN, CDU rządzi przez 52).

Tej propozycji nie da się obalić tradycyjnym argumentem „nie stać nas na to, musimy najpierw zbudować kapitalizm, a potem myśleć o socjalu”. Niemcy to wprowadzili w 1951, gdy kraj leżał w ruinie (i poniekąd dlatego właśnie to wprowadzili, żeby pracowników motywować do odgruzowania „swoich” zakładów).

Historia państwa opiekuńczego i społecznej gospodarki rynkowej to mój konik. Ne znam ani jednego przykładu, w którym zbudowano to na takiej zasadzie, że ktoś powiedział „OK, już nas teraz stać, to wprowadzajmy”.

Czy to w Japonii, czy to w Szwecji, czy to Wielkiej Brytanii, czy to w RFN wreszcie, zawsze wyglądało to tak: „kraj jest w ruinie, musimy wprowadzić socjal, bo ludzie żyją w biedzie”.

My nie jesteśmy w ruinie. Ale większość z nas żyje i pracuje w Folwarku S.A.

Resortowe dziecko

Od kiedy „Piąteczek” zawieszono na wakacje, odczuwam brak platformy na rekomendacje popkulturowe. Dopóki (o ile) mnie nie odwieszą, będziecie je musieli znosić tutaj.

A więc: jeśli ktoś jeszcze szuka fajnego wakacyjnego czytadła kryminalnego, rekomenduję cykl o komisarz Ninie Warwiłow Jędrzeja Pasierskiego. Stosunkowo niedawno wyszedł trzeci tom, „Czerwony świt” – wciągnęło mnie na tyle, że mam nadzieję, że będą następne.

Jak z Harrym Holem, można czytać w dowolnej kolejności, sugeruję jednak czytanie w kolejności wydawania. Niezależnie od poszczególnych intryg kryminalnych, rozwiązujących sie w obrębie pojedynczego tomu, w tle mamy „story arc” z zagadką samej pani komisarz.

Dlaczego ona właściwie ma rosyjskie nazwisko? Ona sama tego nie wie.

Pozornie wie: to nazwisko jej ojca. Tylko że wszystko wskazuje na to, że nieprawdziwe.

Aleksander Sergiejewicz Warwiłow to człowiek-enigma. W niejasnych okolicznościach przeniósł się z ZSRR do PRL i podjął pracę w w wiadomym resorcie. Przy takich ludziach wszystkie elementy tożsamości mogą być legendą i przykrywką.

Jak wynika z retrospektyw był złym, tyranizującym ojcem. Dziś jest starcem na progu grobu, który albo jest pijany, albo pod narkozą w szpitalu, ciężko się więc z nim rozmawia. Córka ma przez niego porypaną psychikę i miota się między odrzuceniem a wybaczeniem – nie chce mieć nic wspólnego z tym, co on sobą reprezentował, i dlatego oczywiście wybrała zawód policjantki.

Ten poboczny wątek się rozwija nieśpiesznie. Nie jestem nawet pewien, czy sam Pasierski już to wszystko wymyślił, czy tylko improwizuje z tomu na tom. Czegoś tam Nina Warwiłow przez te trzy tomy już się o sobie dowiedziała, ale nadal nie zna odpowiedzi na podstawowe pytania.

Zagadki kryminalne, które rozwiązuje, są uczciwie przemyślane. Pasierskim zachwyciłem się już przy debiutanckim „Domu bez klamek”. Była to wariacja na temat bodajże najstarszego schematu opowieści kryminalnej, czyli „zagadki zamkniętego pokoju”. Z taką modyfikacją, że tym pokojem jest oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego.

Wydarzyła się zbrodnia, która nie miała prawa się wydarzyć. Przecież sala jest pod nadzorem. A jednak…

Obiecuję, że rozwiązanie zagadki nie będzie w stylu „to kosmici!”. To uczciwy kryminał, nie powstydziliby się go mistrzowie gatunku.

„Czerwony świt” to wariacja na temat innego klasycznego motywu, doprowadzonego do mistrzostwa przez Agathę Christie, w Polsce spastiszowanego przez Joannę Chmielewską, czyli „wszyscy jesteśmy podejrzani”. Grupa przyjaciół wesoło razem imprezuje, a o świcie okazuje się, że jedna osoba się zezgonowała całkiem dosłownie.

Na pierwszy rzut oka każdy ma alibi, bo bawili się razem. Ale i nikt go nie ma, bo znikali sobie z oczu na minutę czy dwie.

Byli zgraną paczką od dzieciństwa, więc motywu nikt nie miał. Jak poskrobać dokładniej – jakiś motyw miał każdy, jak to między przyjaciółmi bywa.

Do imprezy dołączyła Tajemnicza Nieznajoma, która ulotniła się tuż przed zbrodnią. Teraz goście nawet nie mogą sobie przypomnieć, jak się nazywała i kto ją właściwie zaprosił. Ale to wszystko się wyjaśni, oj wyjaśni.

Najmniej mi się podobały „Roztopy”. Tam mieliśmy zbrodnię w kręgu mieszczuchów, którzy postanowili „rzucić to wszystko i wyprowadzić się w góry”. Intryga tam wydawała mi się nieprzekonująca i źle skonstruowana.

Jak wielu Warszawiaków, mam w głowie tabelkę, ile się tu zarabia na jakim stanowisku. Nie lubię, gdy „excel mi się nie zgadza” – a pewne liczby w „Roztopach” nie miały sensu. I tyle o nich.

Teraz jednak w „Roztopach” widzę drugi tom fajnej trylogii, jestem więc skłonny machnąć na to ręką. Nawet najsłabszą książkę o Harrym Hole (czyli oczywiście „Trzeci klucz”) też warto przeczytać dla ogólnego story arc.

W „Czerwonym świcie” jedna z postaci drugoplanowych ma brzydki warszawski odruch szacowania ceny każdego mijanego samochodu. I akurat tutaj to wścibstwo doprowadza do Przełomu W Śledztwie. Tym razem excel się zgadzał.

Porządny kryminał powinien być portretem środowiska, w którym umieszczono akcję. Warszawa Pasierskiego jest miastem ludzi, którzy nie znają swoich korzeni – bo to miasto niszczy związki. Ich, ich przodków, przodków ich przodków…

Cóż. Coś w tym jest!

Ja tam nie emigruję

No więc ja na przykład nie planuję emigracji. Nie napiszę „nigdy w życiu”, bo mogę sobie wyobrazić hipotetyczny scenariusz, w którym ktoś mi proponuje Atrakcyjną Posadę Gdzieś Za Morzem. Ale się niespecjalnie rozglądam, więc to mało realne.

Nie wyobrażam sobie dłuższego rozstania z Warszawą. Czuję się emocjonalnie związany z warszawskością jako czymś ulotnym, a jednak namacalnym.

Uwielbiam na przykład patrzeć na warszawski skyline. Kiedyś to był tylko Pałac Kultury i kilka drobniejszych klocków.

Teraz Pałac już nie dominuje. Z wielu kierunków za sprawą perspektywy inne wieżowce zdają się go zasłaniać – np. Warsaw Spire albo żagiel Libeskinda.

Ten skyline się ciągle zmienia. Jeśli dawno nie byliście w Warszawie, czeka Was zaskoczenie. Już dominuje na nim nowy wieżowiec, który będzie najwyższy w Unii Europejskiej (Varso Tower) i jaram się tym jak dziecko.

Uwielbiam wyszukiwać miejsca, z których widać je wszystkie. To nietrywialne, bo gdy już naprawdę jesteś w centrum, często nie widać nawet Pałacu.

Gdyby mnie ktoś spytał o miejsce, z którego jest najlepszy widok na warszawski skyline, odpowiedź jest banalna. Każdy Warszawiak się ze mną zgodzi: most Siekierkowski!

Ale lubię odkrywać nowe miejsca, gdzie widok może nie jest aż taki fajny, ale za to inny. Moim ostatnim odkryciem jest wiadukt nad torami przy stacji Warszawa Jeziorki – tory znikają tam na horyzoncie, tworząc takie złudzenie optyczne, jakby wychodziły spomiędzy tych wieżowców.

W innych miastach taką architekturę uważam za kicz. Jestem ideowym przeciwnikiem Le Corbusiera, Roberta Mosesa i Miesa van der Rohe. Ale nie w Warszawie.

Zawsze, dosłownie zawsze gdy patrzę na centrum Warszawy, myślę, że to miasto było skazane na śmierć. Nie umiem zapomnieć skąd się wzięły w centrum uzbrojone działki pod te wieżowce.

Myślę o tych strasznych zdjęciach, przedstawiających morze ruin – tam gdzieś czasem widać jakąś kobietę z niemowlęciem. To może być moja babcia.

Mnie od tych ruin dzieli tylko jedno pokolenie. Te niemowlęta przeżyły, dorosły i sprowadziły mnie na świat.

Na przekór wszystkiemu moje miasto odżyło. I to jak odżyło!

Warszawskie wieżowce są jak ten kuplet, spopularyzowany przez Grzesiuka – o jednym takim, co był na Warszawę straszny pies, już mówił nawet „Warschau ist kaput!”. Lecz pomylił się łachudra, rozczarował fest i próżny był majchrowy jego trud.

Pewuc niedawno trafnie zauważył, że Warszawie zamiast „across the tracks” jest „across the river”. Dorastałem na lewym brzegu, ale korzenie mam na prawym.

To statystycznie oczywiste. W latach 1944/1945 przeżywalność niemowląt i kobiet w ciąży na prawym brzegu nie była przesadnie wysoka, ale jednak niewątpliwie wyższa niż na lewym.

Za epicentrum praskości tradycyjnie uważane jest skrzyżowanie Szwedzkiej i Stalowej. Adres moich przodków to dosłownie sąsiednia przecznica.

Z dzieciństwa mam tylko mgliste wspomnienia z wypraw „do prababci”. Zapamiętałem też trochę praskich anegdot – że na przykład kiedyś kuzyna z prowincji miejscowi skroili na ulicy z portfela i zegarka. Prababcia poszła do kogo trzeba i wytłumaczyła nieporozumienie. Następnego dnia nieznani sprawcy podrzucili pod drzwi skradzione fanty i flaszkę na przeprosiny.

Albo jak w knajpie na placu Leńskiego zaczęło się mordobicie i pewien wuj nagle poprosił swą kuzynkę (moją mamę), żeby udawała jego narzeczoną. Panowała wtedy niepisana zasada, że chłopak z dziewczyną ma immunitet od wpierdolu.

Kiedyś marzyłem o ucieczce. Kiedyś literalnie flipałem temu miastu fingera, gdy wracałem z nocnego dyżuru do swego podwarszawskiego domku. Zupełnie mi przeszło. Gdy robię życiowy bilans, co wyliczę to wyliczę, ale zawsze wtedy powiem, że zawdzięczam temu miastu wszystko.

Są chwile gdy czujesz, że twoje miasto się sprzysięgło przeciw tobie. Ale są i takie, jakby cię niosło na rękach przez swoje ulice.

Aż za dobrze znam te pierwsze. Ale znam też te drugie. Jeśli wy ich nie znacie, to życzę wam ich z całego serca, bo to takie uczucie, jakby bogowie zaprosili na Olimp i częstowali ambrozją.

Prezes Kaczyński będzie się teraz mścić na Warszawie za to, że opozycja ma tu większość konstytucyjną. 67% na Trzaskowera!

Szlag mnie trafia, że pewnie znowu tu przyślą jakiegoś Patryczka w ząbek czesanego. Kogoś, kto tego miasta nie zna i nie rozumie, nie szanuje jego tradycji.

No cóż, to nie będzie pierwszy raz. Ukarać Warszawę chcieli i car, i Wałęsa („wojna na górze” ruszyła pod hasłem „przewietrzania warszawki”). Przeżyliśmy najazd szwedzki, przeżyliśmy radziecki, przeżyjemy i pisowskie zemsty.

Zostanę tutaj choćby żeby bronić miasta swoich przodków. My Warszawiacy jesteśmy tacy. Chcesz z nami zadrzeć, to se trumnę kup.

Przed drugą ciszą


Spot wyborczy Dudy, z którego pochodzi ten skrin, zaskoczył mnie o tyle, że pokazuje wizję Polski, która mi też jest bliska. Ktoś tu coś chyba pomylił, bo przecież w tym spocie widzimy typowe warszawskie lemingi, klasę średnią z korporacyjnych biurowców.

To ta Warszawa, którą znam i kocham, w której się czuję jak u siebie w domu. Spot ją pokazuje (słusznie) jako fajne miejsce do życia. Ale skoro tu jest tak fajnie, no to zróbmy prezydenta tego miasta prezydentem kraju!

To niekonsekwentne, bo przecież rządowa propaganda próbuje przedstawić Warszawę jako miasto katastrof. W kółko podkręcają jedną awarię, która w gruncie rzeczy była po prostu hołdem dla czasów, gdy rządził tu Lech Kaczyński – wtedy szambo cały czas leciało do Wisły.

Tradycja rzecz ważna, można przez parę dni nawiązywać do tych wspomnień. Lech Kaczyński nie potrafił zrealizować dosłownie żadnej inwestycji, z wyjątkiem jednego muzeum dla przyjezdnych. Most Północny, sieć ścieżek rowerowych, obwodnica, druga linia metra, kolektor ściekowy, Bulwary Wiślane – to wszystko zrealizowali dopiero jego następcy.

Warszawa za Lecha Kaczyńskiego nie wyglądała tak pięknie jak dziś. Ja już wtedy blogowałem, jeśli ktoś tamte straszne czasy zapomniał – proponuję starą notkę dla odświeżenia pamięci.

Trzaskowski nie jest dla mnie kandydatem idealnym, ale zagłosuję na niego z przekonaniem. Bo chcę, żeby Warszawa dalej wyglądała jak na tym spocie.

W tym celu Polska musi być w Unii. To upiększanie Warszawy przecież było głównie za unijne pieniądz. Kaczyński i Marcinkiewicz nie potrafili z nich skorzystać, następcy tak.

Co więcej, te wszystkie wieżowce, które pną się do góry, mają rację bytu głównie dlatego, że jesteśmy częścią największego rynku świata. W razie Polexitu firmy wynajmujące biura w tych wieżowcach po prostu nas opuszczą.

Razem z nimi wyjadą bohaterowie tego spotu. PiS od początku prowadzi wojnę z „wykształciuchami”. „Emigrujcie” – to już usłyszeli nauczyciele, lekarze, prawnicy.

No i emigrują, zwłaszcza ci młodzi i wykształceni. Już nie uciekają przed biedą, chodzi im o jakość życia. Chcą być traktowani jak ludzie w miejscu pracy. Chcą żyć w kraju, w którym sprawnie działają usługi publiczne – szkoła, służba zdrowia, wymiar sprawiedliwości.

PiS swoimi reformami nie naprawił usług publicznych, tylko jeszcze bardziej zaszkodził. Pod pretekstem „tarcz antykryzysowych” osłabił zaś prawa pracownicze, z którymi już przedtm było słabo.

W moim pokoleniu ludzie LGBT zazwyczaj to ukrywali, co prowadziło do nieszczęść, od samobójstw nastolatków po nieudane małżeństwa na pokaz. Dziś nie chcą się już ukrywać – i dobrze. To w praktyce znaczy, że każdy człowiek taki jak bohaterowie tego spotu ma statystycznie przynajmniej jednego otwarcie nieheteronormatywnego kumpla.

Problemy kumpla stają się jego problemami. Robiąc imprezę musi kombinować, czy jak ten kumpel będzie tańczyć z partnerem, ktoś nie zrobi homofobicznego skandalu. A jak pójdą do knajpy, to czy wszystkich ich nie pobiją.

Wykształceni młodzi ludzie, nawet jeśli są heteronormatywni, wolą wyjechać do kraju, w którym nie ma takich problemów. A turyści omijają kraje słynące z prześladowania mniejszości.

Dalsze rządy PiS grożą więc tym, że Polska przestanie przypominać kraj z tego spotu, a zacznie przypominać kraje z rosyjskiej strefy wpływów. Gdzie owszem, też są wieżowce, ale knajpy są już tylko dla oligarchów i bardzo nielicznych ekspatów, bo rodzima klasa średnia jest nieliczna, ludzie „zap… za miskę ryżu”.

Polska ma wybór tylko między Rosją a Unią. Te wszystkie Międzymorza, Wyszehrady i trzecie drogi to pomysły dobre do testowania w grach Paradoxu na najniższym poziomie trudności. Nasze położenie geopolityczne skazuje nas na level hard.

500 lat temu Polska stała się mocarstwem m.in. dzięki dyplomatom takim, jak Włodkowic czy Dantyszek, którzy potrafili obronić polskie stanowisko przed Hanzą, papiestwem czy cesarstwem. PiS jest w tej analogii jak ci, którzy „chcieli Piasta i basta”.

W dyskusji pod poprzednią notką wspominaliśmy alternatywne ścieżki historii, które by się otworzyły, gdyby Jagiełły nie było wcale, albo po jego śmierci doszło do restytucji dynastii piastowskiej. A przypominam, że Piastowie mazowieccy wysuwali roszczenia przy każdym bezkrólewiu.

Mieli sporo zwolenników, zwłaszcza w tzw. stronnictwie ziemskim. Tym ludziom nie podobało się rozmawianie o polskich sprawach w obcych językach, jagielloński eksperyment z wielokulturowością uważali za zdradę schematu Polak-katolik, nie lubili wykształciuchów z Akademii Krakowskiej i najchętniej by ją zlikwidowali (było blisko!), wypominali Dantyszkowi niemieckość.

Przez swoje położenie nasz kraj jest skazany na powtarzanie w kółko tych samych schematów. I zawsze o miłości do wiary i narodu najgłośniej krzyczy Targowica.

Załatwienie czegokolwiek w Unii Europejskiej (jak w każdej instytucji) wymaga pewnych kompetencji. Rafał Trzaskowski je ma. Jego przeciwnicy mogą wątpić, czy użyje je w dobrym celu, ale chyba nikt mu ich nie odmawia.

Andrzej Duda ich nie ma. Jego zwolennicy mogą mu przypisywać inne zalety, ale chyba nawet oni się zgadzają, że PiS nie umie się poruszać po Brukseli i Strasburgu. Nie mają swojego Pawła Włodkowica.

Nie jestem politykiem, ale parę razy uczestniczyłem w międzynarodowych projektach, więc rozumiem praprzyczynę tych porażek. Na Zachodzie przegrana w głosowaniu oznacza utratę twarzy, więc kto przegra parę razy pod rząd, temu coraz trudniej gromadzić sojuszników i w końcu już zacznie przegrywać nawet sprawy pozornie łatwe do wygrania.

Zanim tam się jakiś projekt podda plenarnemu głosowaniu, najpierw się montuje za kulisami koalicję zwolenników. Gdy ta koalicja ma oczywistą większość, głosowanie jest formalnością.

W Polsce też długo tak było. „Liberum veto” w szkole przedstawia się jako prawo do zrywania Sejmu, ale tak naprawdę przez stulecia oznaczało to po prostu, że projektu nie poddawano głosowaniu, dopóki czołowe stronnictwa się nie dogadały (np. w sprawie wyboru króla).

Załatwienie czegokolwiek w Unii wymaga zbudowania koalicji według jednej z typowych osi podziału: lewica/prawica, duże kraje/małe kraje, nowa unia/stara unia, północ/południe, płatnicy/beneficjenci itd. PiS tego nie umie robić, jego politycy od razu prą do głosowania i przegrywają 27(6):1. Nie popierają ich nawet Węgrzy, którzy potrafią grać w tę grę.

Żeby montować takie koalicje, trzeba zawierać transakcje typu „my was poprzemy w sprawie rybołówstwa, jeśli wy nas poprzecie w energii odnawialnej”. Do tego trzeba mieć swoich ludzi w prezydiach, w komisjach, w dużych grupach politycznych.

Pisowcy zarzucają Platformie, że nie dbała o polskie interesy, tylko o stanowiska dla swoich ludzi. Rzecz w tym, że w Unii dbanie o interesy narodowe POLEGA WŁAŚNIE NA lokowaniu swoich ludzi na wpływowych stanowiskach.

Gdyby PiS się kiedyś dorobił swojego Dantyszka, zobaczymy jego działanie właśnie tak: że pisowcy zaczną zajmować takie stanowiska, jakie kiedyś mieli Buzek albo Tusk – przewodniczącego Europarlamentu, przewodniczącego Rady Europejskiej, albo coś tej rangi.

Póki co dostają tylko absolutne minimum, przysługujące w Unii każdemu z samej przynależności. Tyle w dyplomacji załatwi ktoś, kto wali pięścią w stół i krzyczy, że „mu się należy”. Dostanie tyle, co mu się należy i nic więcej.

Głosuję na Trzaskowskiego z tego samego powodu, dla którego w XIV i XV stuleciu bym głosował na Jagiellonów lub Andegawenów (a przeciw Piastom). Chcę Polski, która się rozwija i bogaci. W której jest miejsce dla Kallimacha, Dantyszka i akademickich wykształciuchów. I w której król nie próbuje „władać sumieniami naszymi”.

Jasne, że wiele rzeczy chciałbym poprawić. Marzę na przykład o wzmacnianiu praw pracowniczych. Ale wiem skądinąd, że rząd Morawieckiego chce je osłabiać. Jego odsunięcie od władzy to niezbędny krok, żeby coś tu móc poprawić.

A dopóki nie będziemy mieli równie silnych praw pracowniczych jak Niemcy czy Szwedzi, nigdy nie będziemy zarabiać tyle, co oni. Bez tego po prostu nawet jeśli polskie firmy będą się bogacić, wszystko pójdzie na premie dla zarządu i dywidendy.

Czy Trzaskowski będzie wspierać taką legislację? Prędzej niż Duda. Jeśli zwolennicy Dudy zarzucają Trzaskowskiemu chęć kopiowania rozwiązań niemieckich, no to właśnie Mitbestimmung jest rozwiązaniem niemieckim.

Nagromadziłem argumentów, ale tak naprawdę wystarcza mi jeden. Prezydent Duda podczas debaty z sobą samym, którą prowadził w komfortowych warunkach wyłącznie ze swoimi zwolennikami, powiedział: „Absolutnie nie jestem zwolennikiem jakichkolwiek szczepień obowiązkowych”.

Dla mnie każdy antyszczepionkowiec jest po prostu skreślony. „Bo uważam, że nie”.

Polska ocalona!


Przypomnę, że gram ostatnio Polską w „Hearts of Iron 4”, traktując grę strategiczną bardziej jak RPG. Moim zasadniczym celem jest nie tyle wygrana, co zapobieżenie wielkim zbrodniom Hitlera i Stalina, dlatego z żadnym nie chcę wchodzić w choćby chwilowy sojusz.

Wreszcie mi się częściowo udało. Uwaga techniczna: wszystkie DLC, historyczne fokusy, wersja 1.9.2, najniższy poziom trudności (już ostatni raz, chyba się wreszcie nauczyłem).

Najpierw po staremu podbiłem Litwę, jak tylko była taka możliwość (marzec 1938). Proklamowałem odtworzenie Rzeczpospolitej Obojga Narodów i z tej okazji z rozpędu zająłem też Łotwę.

Tymczasem moi agenci budowali siatkę w Czechosłowacji, tworząc od zera propolską Partię Niezaangażowanych (ahistoryczne). W marcu 1939 było Monachium i alianci tradycyjnie oddali Niemcom Sudety.

Szkoda, bo Monachium to ostatnia szansa na zatrzymanie Hitlera. Czechosłowacja miała wtedy sporą armię, z dwiema dywizjami pancernymi – i łatwą do obrony granicę.

W moich pierwszych grach czasem odmawiali oddania Sudetów i wojna wybuchała wcześniej. Teraz oddają zawsze. Nie wiem czym tu się kieruje AI, może sam sobie szkodzę zwiększając napięcie międzynarodowe swoimi podbojami bałtyckimi?

W każdym razie, TYM RAZEM w reakcji na moralną kompromitację Hachy i Benesza, Partia Niezaangażowanych zaczyna wojnę domową (z dyskretnej podpuchy polskiego wywiadu). Wtedy Niemcy zajmują Czechy, pozostawiając Kingdom of Bohemia, na czele którego stanał niejaki Slavomir Vesely (z puli Generycznych Czechów).

Kingdom of Bohemia było początkowo de facto Wielką Słowacją (z Mukaczewem). Co za tym idzie, gdy Węgrzy (historycznie) wypowiedzieli traktat z Trianon, nie mogłem ich zaatakować od razu, bo nie miałem lądowej granicy.

Jak zawsze, bez walki oddałem Gdańsk – wtedy niemieckie AI odpuszcza Polsce i skupia się na aliantach. Pojęcia nie mam, na ile to historyczne tym bardziej, że od razu po oddaniu Gdańska, wyrabiam sobie casus belli „retake core states”, a więc zachowuję się prowokacyjnie.

2WŚ zaczęła się 21 września 1939, podstępnym atakiem na Holandię. Trzymałem dużą armię na niemieckiej granicy, niemiecka armia nie była przećwiczona kampanią wrześniową, ogólnie więc wojna na Zachodzie poszła Niemcom słabo.

Przegraliby z kretesem, gdyby nie Włosi, którzy w końcu doszli do Paryża. Gra używa dziwnej protezy do zasymulowania prawdziwej historii: gdy tylko jedno z państw Osi zajmie Paryż, Francja rozpada się na dwa państwa: Francję Vichy i Wolną Francję. Ponowne zajęcie Paryża przez aliantów powoduje, że Vichy znika, zostaje tylko Free France.

Ponieważ w tej grze walki toczyły się długo ze zmiennym szczęściem, alianci na chwilę odbili Paryż nim państwa Osi ich ostatecznie zepchnęły do morza (luty 1941). W efekcie więc Vichy istniało przez parę tygodni, a znakomita większość Francji przeszła pod okupację włoską, co miało taki dalekosiężny skutek, że większość kolonii np. w Afryce pozostała przy Wolnej Francji.

Dopiero w styczniu 1940 udało mi się proklamować sojusz Międzymorza, złożony z Bohemii, Rumunii, Bułgarii, Jugosławii i Finlandii (plus później Estonia z eventu). Grecja tym razem nie chciała.

W ten sposób zyskałem możliwość zaatakowania Węgrów z terytorium Słowacji, ochoczo najechali ich też wszyscy sąsiedzi. Tym razem nie tworzyłem marionetkowego państwa, utrzymałem bezpośrednią okupację.

To już była ostatnia chwila na zwalcowanie Węgrów, bo w międzyczasie już przerzucałem wojska na wschodnią granicę. Od wiosny 1938 jak wściekły budowałem linię Maginockiego na granicy z ZSRR, w chwili radzieckiego ataku miałem już na całej długości fortyfikacje lvl 4-5.

W poprzednich grach Stalin się na to wściekle rzucał na „uraa”, tracąc miliony w pierwszych miesiącach. W tej grze te bunkry prawie nie wzięłu udziału w walce, Stalin bowiem w czerwcu 1940 zaatakował Finlandię, która w tej grze stała się „Winkelrydem narodów”.

Jej cierpienie odwróciło los historii. W poprzednich grach Międzymorze rozsypywało mi się przez zdradę Rumunii, która (zgodnie z historią) przechodziła do Osi. A ta zdrada była możliwa dlatego, że na początku wojny polsko-radzieckiej odmawiali dołączenia, tłumacząc się (podobnie jak Estonia i Finlandia) niebezpieczną granicą z ZSRR.

Tym razem Stalin skoncentrował tyle wojska w Finlandii, że Rumuni sami dołączyli i zajęli Odessę, po czym zatrzymali się na linii Bohu. Wtedy ja też zrobiłem ofensywę, niezbyt udaną, bo nadal nie miałem żadnych wojsk motorowych, ale podszedłem pod Leningrad i front wschodni praktycznie zastygł na lata w dziwnym kształcie.

Częściowo nadal opierał się o linię Maginockiego (pierwotną granicę), ale zająłem m.in. Mińsk i Żytomierz, pośpiesznie budując kolejną linię bunkrów. Zdążyłem tylko Lvl 1, gdy Stalin ruszył z wściekłym kontrnatarciem na całej długości.

Tu i tam się wbił na jedną-dwie prowincje, ale ogólnie utrzymałem zdobycze. Niestety, nie byłem w stanie pomóc Finlandii, która w maju 1941 skapitulowała.

Nie udało mi się więc całkiem zapobiec ludobójstwo. W moim świecie Hitler mógł wysłać Annę Frank do Terezina. Strach pomyśleć, co Stalin robił w okupowanej Finlandii. Pocieszam się, że skoro większość Francji kontrolowali Włosi, Holocaust przynajmniej tam się nie wydarzył. No ale co najważniejsze: obroniłem polskich obywateli.

Pozbawione rumuńskiej ropy, węgierskiego aluminium i większości dróg morskich państwa Osi powoli realizowały historyczne cele. Włosi wypowiedzieli wojnę Grecji, podbili ją po zaciekłych walkach (nie mieli drogi lądowej!). Dopiero w marcu 1943 Niemcy wypowiedzieli wojnę Jugosławii.

Musiałem wtedy zrobić straszną rzecz – wyrzuciłem Jugosławię z Międzymorza. Wiedziałem z poprzednich gier, że jeśli tego nie zrobię, wciągną inne kraje sojuszu do wojny z Osią, prowokując wojnę typu „każdy z każdym”.

Historycznie prawie w ogóle tego nie było, choć np. Finlandia przez chwilę była w stanie wojny równocześnie z ZSRR i Niemcami. W HOI4 niesłychanie łatwo taką wojnę wywołać, trzeba się wręcz nagimnastykować, by jej uniknąć.

Wyrzucona z Międzymorza Jugosławia natychmiast dołączyła do aliantów. Ponieważ nadal była w stanie wojny z ZSRR, formalnie wypowiedzieli wojnę także Stalinowi.

Wojny światowe toczyły się jakby równolegle: alianci vs Oś i Japonia (w HOI4 to odrębne, acz zblokowane sojusze), plus „dziwna wojna” z ZSRR, oraz Międzymorze vs ZSRR. Mimo wspólnego wroga, alianci nadal mnie nienawidzili (-100 w dyplomacji) za wywołanie napięcia w latach 1938-1940.

Tymczasem Japonia powoli wygrywała wojnę na wschodzie. Zajęli Indie (!), zajęli Nową Zelandię (!!), w końcu nawet Australię (!!!).

Gdy Niemcy i Włosi wykańczali Jugosławię, alianci w zrobili desant w zachodniej Francji. Tymczasem Stalin ruszył do drugiego natarcia na całej długości frontu i wykrwawił się tak bardzo, że powstałą wielka luka w rejonie Velkiye Luki (uwielbiam ten frontowy suchar).

Zrobiłem tam kocioł, z którego częściowo się wyrwali, ale z ogromnymi stratami, które im chyba odebrały na dobre inicjatywę strategiczną.
W maju 1943 przeprowadziłem operację „Katarzyna Jagiellonka”, czyli desant na Finlandię. Być może mogłem to zrobić wcześniej, ale – mehemm – nie umiałem. Stalin zaczął pośpiesznie przerzucać wojsko do Helsinek, więc udało mi się zająć Leningrad w czerwcu. Moje bombowce morskie dobiły radziecką marynarkę.

Tymczasem AI moich sojuszników z jakiegoś powodu uznało Finlandię za główny front, zaroiło się tam od wojsk bułgarskich i rumuńskich, co paradoksalnie miało ten zły skutek, że zrobiły się problemy z zaopatrzeniem i wielką atrycją. W efekcie front się tam ustabilizował.

Jak zająłem Smoleńsk, bałem się radzieckiego kontrnatarcia i jeszcze tam walnąłem zestaw bunkrów, tym razem już zbędnych. Stalin stracił inicjatywę strategiczną, co zauważyłem trochę za późno, ale jednak wysłałem zagon pancerny prosto do Moskwy. W listopadzie 1943 dywizja pancerna „Stefan Batory” osiągnęła jej przedpola.

Front wyglądał dziwnie, bo w jednym miejscu (na Polesiu) nadal opierał się o przedwojenną granicę, a na północy miał długą kichę. Stalin zaczął przerzucać do Moskwy dywizje z południa, więc ruszyłem do ofensywy na froncie rumuńskim i zimą 1943/1944 zacząłem zajmować Krym.

Bałem się zimowego kontrnatarcia, ale Stalin był zbyt wykrwawiony, a moje dywizje z większości już zaprawione. W styczniu 1944 zająłem Moskwę, stolica się przeniosła do Stalingradu. Wiosną ruszyłem do niejakiej odwrotności operacji Bagration: zagony pancerne z północnej kichy ruszyły na południe, zamykając w kotle większość radzieckich dywizji na Polesiu.

W lipcu zająłem też Stalingrad, stolica przeniosła się do Władywostoku. Na wielu odcinkach już nie było frontu, moje dywizje po prostu jechały przed siebie.

Skrin przedstawia sytuację z sierpnia 1944, tuż przed kapitulacją ZSRR. Widać też alianckie przyczółki we Francji i Beneluksie.
Czteroletnia wojna kosztowała Rosjan prawie 10 mln żołnierzy (ale z tego większość to jeńcy, których zwolniono). Polska straciła pół miliona, Rumunia 300 tysięcy, całe Międzymorze 1,26 mln.

W traktacie pokojowym zażądałem hojnie pojmowanych granic przedrozbiorowych, w rekompensacie cierpień Finów i Rumunów tym pierwszym dałem Murmańsk, tym drugim Odessę. Rosję zaś zmarionetkowałem – władzę objął niejaki Andrei Romanow.

Ideologicznie to chyba nacbolszewizm, bo gdy Rosja zaczęła odtwarzać swoją armię, utrzymała historyczne nazwy jednostek. Mamy więc np. dywizję „Proletarskaya” pod carską flagą.

Przegrupowałem się, skróciłem służbę wojskową i w październiku 1944 uderzyłem na Niemców. Wojska pancerno-motorowe skupiłem na odcinku pomorskim, na reszcie frontu dałem piechotę, żeby go trzymała. W tym celu walnąłem linię bunkrów level 1, znów na prawie całej długości.

Gdańsk odzyskałem w ciągu tygodnia, potem w kotle zniszczyłem dywizje broniące Prus Wschodnich. Szybko zająłem Gdańsk, a moje zagony jadące wzdłuż wybrzeża zmusiły admirała Doenitza do wyjścia w ostatni rejs.

Odbyła się epicka bitwa morska. Ja miałem 10 niszczycieli i 6 łodzi podwodnych (w tym historyczne), plus 300 bombowców morskich. Niemcy – kilka ciężkich okrętów, ale wszystkie już mocno poturbowane.

Wyobrażacie sobie moje wzruszenie, gdy samolot PZL-60 „Lew Morski” dobił torpedą płonący pancernik „Schleswig Holstein”? W tej samej bitwie na dno poszły też „Graf Spee”, „Blucher” i „Scheer”, a po mojej stronie ORP „Żbik” i 8 samolotów. W moim świecie Lejtes zrobi z tego pierwszy polski film panoramiczny.

Niestety, kapitulacja Niemiec niewiele zmieniła. Włosi nadal kontrolowali większość Francji, prawie całe swoje terytorium oraz kawał Bałkanów. Co gorsza, do Osi dołączyła Hiszpania, a że przedtem (w ostatnich miesiącach wojny z ZSRR) do Międzymorza dołączyła Portugalia, została zwalcowana.

Obecnie tracę już trochę serce do tej gry. Jest marzec 1945. Pokonaliśmy (my i alianci) Włochy, ale front hiszpański się ustabilizował.
Odwojowanie Azji i Pacyfiku to będzie zadanie na lata. Bardzo nie chcę tego robić, ale może będę musiał zrzucić na Japonię atomówkę?

Najgorsze, że z tego co wiem o japońskich zbrodniach wojennych – to nie wiem, czy wyszedł mi świat, w którym per saldo byłoby znacząco mniej ludobójstwa…

Now Playing (180)

Jestem ciekaw jak to wygląda u tych PT komcionautów, którzy są w moim wieku, albo nawet starsi – u mnie jest tak, że po pięćdziesiątce zaczynam doceniać różne rzeczy, w które wierzylem albo które lubiłem jako nastolatek (a potem jako dwudziestolatek naiwnie myślałem, że z nich „wyrosłem”).

Ostatnio mam fazę na słuchanie Pink Floyd, i to tych płyt, które ćwierć wieku temu wydawały mi się produktem przerośniętego ego Rogera Watersa: „The Wall” i „The Final Cut”. Zaskoczył mnie samego zwłaszcza powrót do tej drugiej płyty.

Jako nastolatek bardzo młody, taki bardziej podstawówkowy nawet niż licealny, uważałem rock operę za Szczytową Formę Popkultury. „The Wall” zaś za uważałem szczytowe osiągnięcie tejże. Już wtedy byłem dość stanowczy w ocenach!

Potem przeszedłem ewolucję dość typową dla Generacji X. Pochłonęły mnie pospunk i nowa fala, zacząłem uważać, że mniej znaczy więcej i cenić sobie formułę „trzy akordy, darcie mordy”.

Dalej miałem sporo szacunku dla wcześniejszych nagrań Pink Floyd, ale tych dwóch płyt już nie byłem w stanie słuchać dla przyjemności. Częściowo dlatego, że wysłuchałem ich już tyle razy, że znałem każdy dźwięk na pamięć.

W jakichś chwilach przykrych a nudnych, np. na szkolnym apelu, zabijałem czas „odtwarzając” płytę w wyoraźni, z pamięci. Poza „The Wall” potrafiłem tak z „Back in Black” AC/DC i oczywiście pierwszym Iron Maiden. Byłem dziwnym dzieckiem, ohne Zweifel.

Im lepiej rozumiałem teksty, tym bardziej się robiłem sceptyczny. Szczególnie mnie zniesmaczył film Alana Parkera, jakoś inaczej sobie to wszystko wyobrażałem (do dziś uważam, że najlepsze są fragmenty animowane!).

Miałem nawet konkretne zarzuty, że np. narracja w „Hey You” przeskakuje między pierwszą, drugą a trzecią osobą tak niekonsekwentnie, że w końcu robi się nam z tego klasyczny błąd typu „who was phone”.

Spierając się z nastoletnim sobą jako pięćdziesięciolatek odparowałbym to tak, że to naturalne w operze. Jeśli chodzi o literacką spójność libretta, „The Wall” i tak wypada lepiej od niejednej „Zachlastanej fifulki”.

Ze wstydem muszę wam wyznać, że mój szkolny angielski z podstawówki czynił mnie zaś zupełnie bezradnym przy interpretacji „Final Cut”. Śmiejcie się, śmiejcie, ale skąd ja wtedy miałem wiedzieć, że „Union Jack” to nie jest ksywka jakiegoś faceta? Byłem dzieckiem za Żelazną Kurtyną, helou. Nie było takich słówek w podręczniku Leona Leszka Szkutnika.

Gdy teraz słucham „The Final Cut” widzę, jak bardzo tej płyty nie zrozumiałem te 37 lat temu. A słuchałem jej od dnia oficjalnej premiery, gdyż wtedy takie Wydarzenia w Trójce świętowano z wyprzedzeniem – od tygodnia leciał promujący singiel, „When The Tigers Broke Free”, płytę zaś wyemitowano w całości (początkowo razem z tymi dwiema piosenkami, „Get..”/„Fletcher…”, które potem wycinano w związku z występowaniem w nich Breżniewa w roli negatywnej), żebyśmy mogli ją sobie nagrać.

Nie zrozumiałem jej w sposób najbardziej niebezpieczny. Rozumiałem pojedyncze zdania, ale nie związki frazeologiczne. Na przykład: co oznacza w rokendrolu metafora „across the tracks”, zrozumiałem kilkanaście lat temu, jak zacząłem podróżować po Ameryce i fizycznie przekraczać takie granice.

Co za tym idzie, dwuwiersz „You can relax on both sides of the tracks” z fundamentalnego manifestu tej płyty, „The Gunner’s Dream”, nic dla mnie nie znaczył. Myślałem, ze to jakiś idiom oznaczający relaks pełniejszy, bo dubeltowy (śmiejcie się, śmiejcie).

W dyskusji pojawiło się tu niedawno pytanie, jak ludzie wychowani na Pink Floyd mogli wyrosnąć na prawicowców. Mogę to chyba wyjaśnić.
Otóż jeśli słuchasz tej płyty znając tylko szkolny angielski, może ci się wydawać, że opłakiwany na niej „postwar dream” to marzenie o INDYWIDUALNYM SUKCESIE. Ot, Eric Fletcher Waters zginął pod Anzio fantazjując o tym, że jak wróci z frontu, to się dorobi fajnego domu. Ale nie dane mu było, kurtyna.

Nic dziwnego, że w takiej interpretacji niespecjalnie to wszystko zachwyca!

Wtedy polityczne przesłanie tej płyty wydawało mi się sprowadzać do „Wojna Jest Straszna”. Teraz wiem, że to epitafium dla powojennego programu socjaldemokratycznych reform, niszczonych wtedy przez Thatcher.

Szukacie programu dla lewicy? Posłuchajcie manifestu z „The Gunner’s Dream”. Nic się nie zmieniło: chodzi o świat równego dostępu do usług publicznych, powszechnego bezpieczeństwa, bez rasizmu, bez wyzysku, bez cenzury.

Za taki świat zginął Eric Fletcher Waters.