Wielki problem małej Emi

Chciałbym zrozumieć oficjalną linię wobec afery hejterskiej. Nie adresuję już tej notki do „drogich pisowców”, bo omijają mojego bloga (#smuteczek), ale gdyby któryś przechodził i potrafił tę linię tutaj wyeksplikować, będzie mile widziany.

Jeśli dobrze rozumiem, oficjalnie wygląda to tak: nieokreślona grupa sędziów związanych z wiceministrem Piebiakiem prowadziła niedozwoloną działalność w mediach społecznościowych. Gdy tylko dowiedział się o tym minister Ziobro, natychmiast go dymisjonował, razem z kilkoma innymi sędziami.

Początkowo bagatelizowano sprawę – podważano wiarygodność hejterki Emilii, sugerowano też, że ujawnione przez nią skriny mogą być sfałszowane. Po kilku dniach jednak prawdziwość tych rewelacji potwierdzili także sędziowie, którzy byli uwikłani z nią w tym przedziwnym trój- (lub więcej?) kącie.

Nawet w oficjalnej, propisowskiej wersji sprawa wygląda grubo. Połamano kilka poważnych paragrafów – to nie był tylko banalny hejt, czyli zniewagi i pomówienia, tutaj widać także podżeganie do przestępstwa, przekroczenie uprawnień i ujawnianie materiałów ze śledztwa.

Ktoś za to w końcu powinien beknąć. Kto? I tutaj wersja oficjalna robi się dziwna.

W tej chwili brzmi tak, że minister Ziobro o niczym nie wiedział, a więc za nic nie odpowiada. Już to jest dziwne, bo zawsze było tak, że szef resortu odpowiada za to co się dzieje w resorcie – a jeśli o niczym nie wiedział, to tym gorzej dla niego.

Zarzuty PiS wobec poprzedniej władzy przecież sprowadzają się do tego samego. Że nie dopilnowali (procedur przy tupolewie, Amber Gold, mafii vatowskich itd.). Nagle porzucili tę zasadę? OK, niech będzie. Ale absurdów i tak tylko przybywa.

Hejterka Emilia od dłuższego już czasu o swoich krzywdach – prawdziwych lub domniemanych – informowała dziennikarzy i polityków. W tym: prezesa Kaczyńskiego i posłankę Pawłowicz.

Propaganda prześciga się w przedstawianiu odpowiedzi Kaczyńskiego i Pawłowicz jako wzoru profesjonalizmu. Proszę bardzo, ale faktem jest, że skoro Kaczyński odpisał Emilii na temat jej konfliktu z Piebiakiem to znaczy, że o nim WIEDZIAŁ. Ditto Pawłowicz.

Ja mam narastające trudności z uwierzeniem, że Kaczyński po tym wszystkim nie zapytał ministra Ziobry „co się tam u was dzieje, dostaję dziwne listy na temat twojego wiceministra”. Szanowny wyborcy PiS: a wy w to wierzycie?

Moje rozumienie sprawy jest proste. Nigdy nie przeczyłem, że trzeba zreformować polski system sprawiedliwości.

Od początku krytykowałem reformy Ziobry przy pomocy metafory motoryzacyjnej. Mamy niesprawny samochód – nie zacznie jeździć lepiej od samej tylko wymiany kierowcy.

Dwa lata temu pisowcy na moim blogu dawali Ziobrze kredyt zaufania. Obiecywali, że ocenią po owocach. Może już czas?

Poprawianie sądów przez wymianę sędziów było od początku głupim pomysłem. Towarzyszyły temu kłamliwe deklaracje, że chodzi o odsunięcie sędziów orzekających w czasach PRL – tymczasem dzisiejsi sędziowie w czasach PRL mogli być najwyżej aplikantami.

Załóżmy nawet, że sędziowie rzeczywiście są skorumpowaną kastą złodziei kiełbas. Co w związku z tym – powołać grupę czyścicieli i dać im nadzwyczajne uprawnienia?

To się nigdy nie udało. Oprycznina Iwana Groźnego, Komitet Ocalenia Publicznego Dantona i Robespierra, CzK: to wszystko różne warianty tego samego pomysłu, żeby się nie patyczkować tylko wprowadzić Dyktaturę Uczciwych.

Ten pomysl często chwytał, no bo w końcu kto się ośmieli skrytykować dyktaturę uczciwych? NIEUCZCIWI! POD ŚCIANĘ!

Historia pokazuje, że takie Nadzwyczajne Komisje błyskawicznie się degenerują. Taka jest po prostu Natura Lucka: bezkarność rodzi amoralność.

Gdyby oni zamiast wycierać sobie gęby Inką i Pileckim naprawdę poczytali coś o AK wiedzieliby, że również w AK obawiano się degeneracji w pospolitą bandyterkę. Władze państwa podziemnego próbowały temu zapobiec proceduralnie – wcale nie uważały, że wystarczy być genetycznym patriotą, a problem zniknie.

Współczesna polska prawica pobiła wszelkie rekordy tempa moralnej degeneracji. Usta mają pełne frazesów o moralności, ale w praktyce dziecko z drugiego małżeństwa mają z trzecim mężem.

No i co teraz z reformą sądownictwa, drodzy pisowcy? To nasz wspólny problem, bo unijne kary uderzą i w nas, i w was (a na dalszą metę: w zdolność do wypłacania 500+).

Dalej macie zaufanie do Ziobry i uważacie, że on ma dobry pomysł? Chętnie usłyszę waszą wersję (ale przypominam: to nie Twitter, zachowujemy się).

Winylowy coming out

Znajomych fejsbukowych zanudzam tym już od pewnego czasu – dojrzałem do publicznego comingouta. Otóż dopadła mnie moda na winyle!

Nigdy nie myślałem, że to spotka akurat mnie. Nie jestem audiofilem. Uwierzyłem w zapewnienia o „bezstratnej kompresji”.

Jako młody człowiek nienawidziłem ograniczeń analogowego świata. Nie mogłem się doczekać pożegnania trzeszczących płyt, wkręcających się taśm, śnieżących telewizorów – bo teoretycznie wiedziałem, że kiedyś nadejdzie.

Początki rewolucji witałem z radością. Jakie to było cudowne, gdy iPod wyzwolił człowieka od dylematu „jaką muzykę zabrać w podróż”, bo można było zabrać WSZYSTKO!

Postęp stopniowo zmienił się w regres. To nieprawda, że teraz nie trzeba zabierać, bo wszystko jest w sieci.

Dwa przykłady: swój playlistowy cykl na blogu zacząłem, tak się składa, od remiksu „Radio #1” Air w wykonaniu Senora Coconuta. Pokażcie mi to na Spotify czy Youtubie!

Pisałem na blogu o pięknej balladzie Emmanuelle Seigner „P’tite Pédale”. Jest w płatnych serwisach, ale nie ma na Youtubie, bo „zakazane słownictwo”.

Winyla, podobnie jak papierowej książki, nie mogą ci zdalnie wyłączyć. Tymczasem cenzura cyberkorpów przestaje już być teoretycznym konceptem, to się już dzieje.

Pewnego dnia trafił w moje ręce sprzęt stereo sprzed prawie 40 lat. Nic nadzwyczajnego, ówczesna „średnia półka”.

Przez 20 lat stał nieużywany na strychu. Włączyłem z ciekawości, myśląc „here goes nothing” – coś mi się kołatało w pamięci, że kondensatory elektrolityczne wysychają, więc naprawdę nie spodziewałem się, że cokolwiek zabrzmi.

Testowo odpalona stara płyta zabrzmiała od razu i to… przepięknie, mimo trzasków, mimo starej wkładki Unitra Mf-102. Zainwestowałem w nową wkładkę, oczyściłem z kurzu i teraz jest to moja najukochańsza zabaweczka.

Podkreślę ponownie, że nie chodzi mi o audiofilię. Słychać w tym sprzęcie brumienie 50 Hz, słychać biały szum wzmacniacza. Płyty zwykle kupuję jako używane, a więc mają swój naturalny trzask.

Nie próbuję z tym walczyć. Jeśli będę chciał posłuchać tego samego utworu bez szumów, mogę w każdej chwili go puścić przez cyfrowy aplituner. Wykosztowałem się swego czasu, bo chciałem mieć porządne kino domowe.

Moja ukochana zabaweczka jest tymczasem całkowicie analogowa. Od igły gramofonu aż po membrany głośników, nic tu nie jest przetwarzane cyfrowo. Bardzo mi to odpowiada.

Dlaczego ta sama piosenka brzmi lepiej ze starej wieży niż z nowoczesnego cyfrowego amplitunera? To ma racjonalne wyjaśnienie.

Po pierwsze, jeszcze w czasach rewolucji kompaktowej, cyfrową muzykę zniszczyły tzw. „loudness wars”. Była to bezsensowna licytacja na to, czyja płyta brzmi GŁOŚNIEJ.

W efekcie wszystko zaczęto miksować tak, żeby brzmiały głośniej – ze szkodą dla dynamiki. W analogu to niemożliwe, w pewnym momencie przestaje być głośniej, wychodzi zamiast tego przesterowanie.

Dla słuchacza to się objawia tak, że kiedy np. ktoś zaczyna grać solówkę na saksofonie, to dźwięk tego saksofonu jest DODANY do sekcji rytmicznej, którą słyszymy mniej więcej tak samo, jak przedtem. W cyfrowej wersji tymczasem saksofon rozlegnie się KOSZTEM sekcji rytmicznej.

Kiedyś myślałem, że cyfra jest lepsza od analogu, bo ma takie same pasmo odtwarzania, przekraczające możliwości ludzkiego ucha. A do tego – bez zakłóceń.

Teraz już wiem, że to nieprawda. Niezależnie od kiloherców i decybeli, jest jeszcze barwa dźwięku. W tradycyjnym, analogym zestawie HiFi, na barwę decydujący wpływ ma charakterystyka przedwzmacniacza.

Gramofonu nie można podłączyć do współczesnego wzmacniacza przez „line in”. Sygnał musi być wstępnie wzmocniony – stare wieże miały do tego specjalne wejście „phono in” (audiofile używają osobnego urządzenia).

Przedwzmacniacz nie ma liniowej charakterystyki. Dokonuje wstępnej korekty dźwięku – i zdaje się, że tak naprawdę tę korektę właśnie lubi ktoś, kto mówi, że lubi „brzmienie winyla”.

Nikt nie powie, że „lubi brzmienie cyfrowego odtwarzacza”, bo cyfra w ustawieni FLAT brzmi… płasko. Ale niezależnie od dźwięku – mnóstwo radości sprawił mi sam powrót do nośników.

Słuchanie starej płyty na starym sprzęcie pozwala na podróż w czasie i wyobraźni. Pisałem niedawno o maksiksinglach Duran Duran – jak fajnie się ich słucha na sprzęcie z lat 80.!

Winylarstwo to hobby demokratyczne. Rynkowa wartość mojego sprzętu to jakieś parę stów i raczej nie wzrośnie, bo wieże HiFi z lat 80. robią się coraz bardziej bezużyteczne – nie sparuje się ich z bluetoothem, nie podłączy inteligentnych głośników, nie powie się do nich „Alexa, play Africa by Toto”.

Płyty bywają drogie – i ja też mam w swojej kolekcji kilka takich, za które zapłaciłem absurdalnie dużo. Na przykład: kolekcjonerskie wydanie „Re” Les Rita Mitsouko, w postaci pięciu maksisingli ułożonych w coś w rodzaju klastra.

Ale jak każdy kolekcjoner, najwięcej mam radości, gdy uda mi się upolować Prawdziwą Okazję (TM). Na targach staroci winyle z czasów PRL wyprzedawane są za dychę-dwie. A bywają tu perełki.

Najstarszą płytą w mojej kolekcji jest soundtrack z musicalu „High Society” z 1957 (który skądinąd uwielbiam od lat i muszę kiedyś napisać notkę zawartym w nim „spojrzeniu klasy średniej na klasę wyższą” z czasów Eisenhowera). Mam go w niemieckim wydaniu pod tytułem „Die oberen Zehntausend” (ale piosenki są normalnie po angielsku).

W sklepie w Wiedniu leżało w skrzynce „za 1 euro”. Stan bardzo dobry. A w ogóle dostałem za friko, bo poza tym coś jeszcze kupiłem.

W kolekcjonowaniu pomaga mi to, że jestem dziwakiem, a więc mam dziwaczne gusty. Z innej skrzynki z przecenami wyczaiłem też kiedyś za śmieszne pieniądze 50-letnią płytę Toma Lehrera (kto nie zna, powinien natychmiast poznać, jeśli chce się uważać za godnego komciania na mym blogu).

A i ten obrzydliwie drogi albumik Les Rita Mitsouko kupiłem w Paryżu w stanie mint condition, ale jedyną wadą jest to, że całość pachnie piwnicą. Przypuszczam, że był to jakiś niechciany prezent.

Zdumiewająco łatwo tracić na płytę, która ma 50. czy nawet 60. lat, ale jest jak nówka sztuka. Nigdy jej nie odtworzono, więc dziś nawet nie trzeszczy.

Czy konto na Spotifaju będzie działało w 2070? Bardzo wątpię. A płyty winylowe – z całą pewnością tak.

Drodzy pisowcy…

Dla tych, którzy tu są po raz pierwszy – łagodne przypomnienie, że mój blog to nie Twitter, nie będę tolerować chamstwa ani odchodzenia od tematu. Ale owszem, chętnie usłyszę wasze odpowiedzi na kilka konkretnych pytań.

Premier Morawiecki zaproponował niedawno, żebyśmy wszyscy sobie zadali pytanie: czy żyje się teraz lepiej niż 4 lata temu. To znakomite pytanie i w pełni akceptuję to, że ktoś na tej podstawie podejmuje wyborczą decyzję.

Dla tych, którzy dostają 500+, sprawa jest pozornie oczywista. Sam jestem za stary, żeby się załapać na ten program, ale gdyby to było 10 lat wcześniej, dostawalibyśmy tysiaka miesięcznie. To byłaby bonanza!

Jak wiecie, partia na którą głosuje, nie postuluje w ogóle zniesienia tego programu. Jeśli już, to rozszerzenie – żeby jeszcze więcej ludzi dostawało jeszcze hojniejsze świadczenia.

Nie musicie mi więc opisywać zalety 500+. Na moim blogu to wyważanie otwartych drzwi.

Przejdźmy więc do pytań, które chciałbym wam zadać. Jestem ciekaw, jak oceniacie inne kwestie wpływające na jakość życia – czyli na usługi publiczne.

Dla rodziny, która ma dzieci w wieku szkolnym, cholernie ważnym czynnikiem jest edukacja. Ja już mam w wieku studenckim, więc to na szczęście nie mój problem, ale jeszcze nie słyszałem od znajomych opinii, że sytuacja w szkołach publicznych się polepszyła od 2015.

Jak wy to oceniacie, drodzy pisowcy (z dziećmi w wieku szkolnym). Czy dotknął was fenomen „roczników zagłady”?

Jeśli ktoś z powodu braku miejsc w szkołach publicznych musiał posłać dziecko do płatnej szkoły, to korzyści z 500+ poszły się kochać. Za niedomagania szkoły publicznej zawsze w końcu w taki czy inny sposób płacą rodzice.

To się będzie tylko pogarszało. Podczas strajku nauczycieli rząd i prorządowi dziennikarze powtarzali im, że jak im się nie podoba, to niech odejdą. No to odchodzą, podobnie jak lekarze i pielęgniarki.

W 2015 PiS obiecywał, że tak zmieni Polskę, żeby ludzie nie wyjeżdżali po lepsze zarobki. A konkretnie obiecywał powstrzymanie ucieczki lekarzy.

Nie udało się, prawda? Oczywiście, w 2015 ze zdrowiem też było źle, ale nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być jeszcze gorzej. Wygląda na to, że PiS-owi udało się sytuację w służbie zdrowia JESZCZE BARDZIEJ ZEPSUĆ.

I znów, jestem ciekaw, jak to sobie tłumaczycie. Że jesteście okazami zdrowia, więc w ogóle nie boicie się, że kiedykolwiek wylądujecie w szpitalu?

Kiedy będziecie siedzieć kilkanaście godzin na SOR, czekając aż ktoś się zajmie waszym krewnym – będziecie sobie powtarzać „ale Platforma przeklinała przy ośmiorniczkach”? Serio jestem ciekaw waszej odpowiedzi – uważacie, że się poprawiło/pogorszyło/nie zmieniło/nie ma to dla was znaczenia?

To samo z reformą sądownictwa. Dwa lata temu w notce skierowanej do Was porównałem polski wymiar sprawiedliwości do szwankującego samochodu i krytykowałem PiS za to, że nic w jego reformie nie wskazuje na to, że chce coś naprawić pod maską. Cała uwaga idzie w zmianę kierowcy.

Dwa lata później widać, że sądownictwo działa tylko JESZCZE GORZEJ. Nikt nie powie, że cieszy się z tej reformy, bo dzięki niej może swoje sprawy załatwić szybciej/taniej/lepiej. Terminy, które już były długie, tylko się jeszcze bardziej wydłużyły.

Może wy macie inne doświadczenia? Chętnie je poznam. A może uważacie, że nieważne, jak bardzo sparaliżowane są sądy – grunt, żeby je dekomunizował niezłomny i wyklęty antykomunista Piotrowicz?

Przez te 4 lata PiS zademonstrował, że nie umie poprawić niczego, co dotyczy usług publicznych. Co w 2015 działało dobrze, teraz działa źle (edukacja, autostrady). Co działało źle, teraz działa bardzo źle (szpitale, sądy, pociągi).

Szczególnie przerażająco wygląda obronność. Macierewicz storpedował zakupy planowane przez Platformę obiecując, że kupi tańsze helikoptery i korwety. Na razie jedyna PiSowska inwestycja w armię, to luksusowe samoloty dla VIP-ów.

Następnego 500+ PiS już raczej nie wprowadzi. Dziury w budżecie zaczyna łatać np. planując ograniczanie prawo do rent – i znów, rodzina, która straci rentę dziadka, może być na minusie nawet jeśli dostaje 500+ na wnuczka, a kuzyna objął zerowy PIT.

Pod względem usług publicznych mamy pogorszenie od 2015 i – w razie drugiej kadencji PiS – wysokie prawdopodobieństwo dalszego pogorszenia w latach 2019-2023. Chętnie usłyszę rzeczową polemikę (ale raz jeszcze uprzedzam: to nie Twitter, proszę się zachowywać).

Nowy Tarantino (hura!)

A może byśmy pogadali o nowym filmie Tarantino, dla przyjemnej odmiany? To dla mnie reżyser najulubieńszy z ulubionych, najukochańszy z ukochanych, nie jestem go w stanie obiektywnie oceniać, po prostu wszystko mi się podoba.

„Pewnego razu w Hollywood” jest bodajże w największym stopniu komedią z jego dotychczasowej twórczości. To mnie zaskoczyło, bo idąc do kina wiedziałem o tym filmie tylko tyle, że tematem przewodnim jest zbrodnia na Cielo Drive.

W zasadzie niby jest… i tutaj przerywam i solennie przyrzekam, że niczego nie zaspojluję, a także zaapeluję, by unikać spojlerów. Kto chce pisać o zakończeniu, niech użyje rot13!

No więc, wracając, niby jest, ale mimo wszystko w tle. Owszem, w napisach do filmu znajdziemy aktora grającego Charlesa Mansona, a także tę czwórkę, która zabiła Sharon Tate z przyjaciółmi.

Ale to są role piątoplanowe. Na pierwszym planie jest dwójka gwiazdorów, Leonardo DiCaprio i Brad Pitt, koncertowo autoparodiujący swoje emploi.

DiCaprio gra neurotycznego gwiazdora, który ciągle wpada w panikę, że nie umie grać.
Niczym BoJack, żyje sobie w willi z basenem, hajsu ma jak lodu, ale dwa słowa wystarczą, żeby wybuchnął płaczem nad swoją nieudaną karierą.

Brad Pitt z kolei przechodzi samego siebie w roli „sympatycznego twardziela”. Gra kaskadera, który jest trochę najlepszym kumplem, a trochę chłopcem na posyłki dla DiCaprio.

W jednej scenie, która nawet nie ma porządnego uzasadnienia fabularnego, rozbiera się od pasa w górę, żeby pochwalić się swoją przepięknie wyrzeźbioną sylwetką typu „Bez Grama Tłuszczu”. Wygląda to trochę tak, jakby Tarantino kazał mu zbudować postać, będącą wręcz campowo przegiętym wcieleniem stereotypu „seksownego kowboja”.

Specjalnością obu panów są bowiem westerny, chociaż aktor, którego gra DiCaprio, grywa także „zbrodniarzy tygodnia” w serialach sensacyjnych. Najwięcej sławy przyniósł mu film o drugiej wojnie światowej „14 pięści McCluskeya”, który wygląda na połączenie „Tylko dla orłów”, „Parszywej dwunastki” i „Inglorious Basterds”.

To wszystko mu nie wystarcza. Marzy o rolach szekspirowskich. Chciałby zagrać w jakimś porządnym filmie – najlepiej w reżyserii swojego nowego sąsiada, Romana Polańskiego!

Rodzina Mansona jest tylko tłem, ale obecnym właściwie przez cały czas. Bohaterowie ciągle gdzieś w tle widzą jakieś autostopowiczki – w tym wyglądające na nieletnie uciekinierki z domu.

Brad Pitt gra postać zasadniczą i obowiązkową. Gdy dziewczyna mu pokazuje na migi, że jedzie na zachód, a on ma coś konkretnego do załatwienia na wschodzie, no to cóż, pożegna ją przyjaznym machaniem i pojedzie załatwiać to co chciał załatwić.

Manson, jak wiadomo, w takiej sytuacji jednak zmieniał plany i korzystał z okazji do zrekrutowania kolejnej zagubionej duszyczki. Podrywając autostopowiczki, Brad Pitt nieświadomie podąża jego tropem.

Los Angeles wygląda więc tutaj trochę jak w „Pulp Fiction” czy „Wściekłych psach”. Na powierzchni mamy pozornie raj na ziemi – palmy, baseny, knajpy, szybkie kobiety, piękne samochody. Ale piekło jest tuż za rogiem i w każdej chwili mogą z niego wyskoczyć Pumpkin i Honey-Bunny.

Tym razem tym piekłem jest „true crime”, więc nolensując wolensa, Tarantino zmusza do zastanowienia się trochę bardziej na serio nad jego źródłem. Każdy czytelnik tego bloga zapewne choć raz miał w życiu jakąś rozkminę: skąd się wzięły zbrodnie Mansona?

Hipisów zapamiętaliśmy jako „łagodnych ludzi z kwiatami we włosach” – trudno ich sobie wyobrazić jako sadystycznych morderców. Bitelsi śpiewali o miłości i pokoju, a Manson odnalazł w ich tekstach nienawiść i wojnę.

Do dziś pokutuje ten mit, że gdyby ludzie porzucili alkohol dla marihuany i LSD, świat stałby się lepszym miejscem. Tak jakby w Afryce bojówkarze nie odurzali się haszyszem podczas masakrowania sąsiadów maczetami!

Ale nie twierdzę, że sam mam lepszą odpowiedź na pytanie „skąd Manson”, bo to oczywiście część odwiecznego, nierozkminialnego „unde malum”. Wolałbym, żeby istniała jakaś prosta, spiskowa interpretacja typu „uboczny skutek eksperymentów CIA nad kontrolą umysłów”. Ale chyba jej nie ma.

Lem miał prostą odpowiedź na pytanie „skąd zło”: że w epoce lodowocowej hominidy wbrew sobie musiały stać się drapieżnikami. Tylko że ta odpowiedź to tylko nowe opakowanie dla starego: „bo taka jest Natura Lucka (TM)”…

ALE DLACZEGO JEST TAKA?!??!?!?!?!?!?

Brzydkie kompromisy zmieniają świat

Trzy dekady temu – w czasach mojej idealistycznej młodości -Piotr Ikonowicz miał taki running joke. Opowiadał, jak spotkał emisariuszy Brytyjskiej Partii Socjalistycznej, którzy powiedzieli mu z dumą: „jesteśmy Brytyjską Partią Socjalistyczną, od 80 lat nie poszliśmy na żaden kompromis”.

Sens tej anegdoty był wtedy taki: jesteś idealistą? No to super, dookoła ciebie są sami tacy. W Polsce nie zostaje się socjalistą dla profitów.

Ale jeśli po latach twoim jedynym powodem do dumy będzie to, że przez 80 lat nie poszedłeś na żaden kompromis, to co dobrego przyniósł ten idealizm?

Ikonowicz przy całym swoim radykalizmie (pozornym zresztą, przypominam że to, co w Polsce uchodzi za skrajną lewicowość, w Niemczech nazywane jest chadecją, a w Danii konserwatyzmem) działał zawsze pragmatycznie. W 1993 poparł kompromis z SLD, dzięki któremu wszedł do Sejmu wraz z dwoma innymi posłami PPS.

Czy to coś dało? A owszem. I nie mam na myśli wystąpień Ikonowicza w sprawie jedynego sensownego rozwiązania problemu reprywatyzacji (umorzenia roszczeń za zryczałtowanym odszkodowaniem) czy przeciw wprowadzeniu przez Barbarę Blidę eksmisji na bruk.

Poselska (a potem ministerialna) kariera Cezarego Miżejewskiego zmieniła świat na lepsze w postaci ustawy o spółdzielniach socjalnych, wprowadzonej w ostatnim roku rządów SLD. Nie twierdzę oczywiście, że to wyłączna zasługa Miżejewskiego, ale bez pasji, którą wkładał w propagowanie tej idei, zapewne skończyłoby się na idei.

Wprowadzenie jej w życie wymagało od Miżejewskiego pracy dla rządów Millera i Belki (aaa!), a nawet Marcinkiewicza (AAA!). Czy świat byłby lepszym miejscem, gdyby Miżejewski odrzucał kompromisy?

Jak wiecie, interesuję się historią lewicy i ruchu związkowego. Mógłbym sypać przykładami, jak najpiękniejsze osiągnięcia tej historii wynikały ze zgniłych kompromisów.

Notki by zabrakło, by je wszystkie opisać, ale uwierzcie mi, że ich pełno w historii krajów nordyckich, Francji, RFN. Ponieważ, jak śpiewał poeta, „we’re all living in Amerika, Amerika ist wunderbar”, skupię się na przykładach z USA.

Historyczne osiągnięcia amerykańskiej lewicy to New Deal i ruch praw obywatelskich, dzięki któremu w latach 60. de iure (choć do dzisiaj nie de facto) zlikwidowano segregację rasową. Filmy i książki takie jak „Grona gniewu” czy „Missisipi w ogniu” w dużym stopniu uczyniły mnie lewicowcem.

Wyobraźmy sobie młodego idealistę w świecie tych filmów – który chciałby w latach 30. pracować przy wprowadzaniu opieki socjalnej, albo w latach 60. przy desegregacji południa. Ot, wskakuje do amerykańskiego filmu, niczym Tytus de Zoo do westernu.

Stanie przed wyborem gorszym nawet od tego, który dziś stoi przed działaczami Razem. Albo dołączy do bezkomopromisowych socjalistów, a wtedy pozna wprawdzie wspaniałych ludzi, jak Eugene Debbs, Norman Thomas czy Daniel DeLeon, ale cała jego energia pójdzie na agitowanie za kandydatami z góry skazanymi na porażkę, albo zatka nos i ułoży sobie jakąś współpracę z Partią Demokratyczną (jak dzisiaj AOC).

Partia Demokratyczna to instytucja bardziej paskudna od SLD. Złośliwe portrety polityków z filmów „Brother, Where Art Thou” braci Coen, „Kansas City” Altmana czy „Gangi Nowego Jorku” Scorsese, nie mówiąc już o serialu „House of Cards”, to portrety Demokratów.

Ów młody lewicowiec musiałby więc zaakceptować to, że w wyborach jego kandydata wspomagać będzie Ku-Klux-Klan na południu, a Cosa Nostra na północy. I jakoś to sobie wytłumaczyć tym, że GOP też stosuje brudne sztuczki, a poza tym warto dla dobra sprawy.

Bo z historycznego punktu widzenia – chyba jednak było warto. Zalegalizowanie związków zawodowych (w XIX wieku traktowanych jako nielegalne konspiracje), wprowadzenie socjalu (nie jak w Szwecji, ale jednak), wprowadzenie polityki rolnej, która gwarantowała zbyt farmerom – to dobra cena za zaakceptowanie różnych brudów towarzyszących wyborom w latach 30.

W późniejszych dekadach było (i jest) podobnie. AOC też nie ma lekko!

W serialu „The Wire” mamy idealistycznego radnego, który próbuje zmienić to miasto – jego antagonistą jest skorompowany do cna, a jednak na swój sposób sympatyczny Senator Który Mówi Shiit. OBAJ SĄ Z TEJ SAMEJ PARTII, a więc z jednej strony, starają się storpedować swoje działania. Ale z drugiej, czasem muszą wystąpić razem. Polityka.

Lewicowy kompromis jest paskudny jak amerykańskie wybory. Ale jeśli da polskiej politycy choć jednego następcę Miżejewskiego, to już będzie warto.

Now Playing (176)

Kultura disco spopularyzowała w latach 70. instytucję maksisingla, zawierającego wydłużoną wersję przeboju przeznaczoną dla didżejów. W Polsce nazywano ją „wersją dyskotekową”, trochę bez sensu, bo dyskoteki – przynajmniej te nieliczne, które zdążyłem odwiedzić (przypominam, że byłem raczej pogrążonym w książkach nerdowatym geekiem, więc te incydenty naprawdę można policzyć na palcach) – puszczały zwykłą wersję, czyli tę, którą publika znała z radia.

Zdaje się, że korzeniem polskiego określenia był niemiecki zwyczaj walenia „DISCO VERSION” na niemieckich tłoczeniach maksisingli. W każdym razie, czasami jako ciekawostkę tę wersję puszczali ówcześni bogowie naszych gustów, Dziennikarze Radiowej Trójki (i tak ją nazywali).

Synthpop lat 80., który za sprawą nostalgicznych seriali typu „Stranger Things” ma jakby coś w rodzaju renesansu, intensywnie korzystał z tej formy. Przy czym ejtisowe dwunastki często nie miały już w ogóle przeznaczenia tanecznego, na przykład do dzisiaj gdy chcę się ogólnie wyciszyć, zrelaksować i obniżyć sobie ciśnienie krwi – bo na przykład będę próbował zasnąć w samolocie – puszczam sobie „Hold Me Now” Thompson Twins w wersji extended.

Najbardziej ambitnie do swoich dwunastek podchodziły dwa zespoły na D – Depeche Mode i Duran Duran. Do tego pierwszego jeszcze kiedyś wrócę (oj wrócę), dzisiejsza notka jest o tym drugim.

Duran Duran był jedynym znanym mi wykonawcą (wdzięcznym będę wielce za inne przykłady), który wersję maksisinglową nagrywał od zera. Nie był to więc remiks, tylko – jak to opisywano na pierwszych singlach grupy – „night version”.

Bardzo lubię je wszystkie, a szczególnie ujmująco bezwstydną nocną wersję przeboju, którego wersję dzienną wszyscy słyszeliśmy bazylion razy: „Hungry Like The Wolf”. Zespół Bloodhound Gang miał coś w rodzaju jej parodii („Your best friend is you, I’m my best friend too, we share the same views and hardly ever argue…” #toonas).

Przykładając dzisiejsze kryteria, ta piosenka jest skandalicznie seksistowska. „Nocna wersja” jeszcze to podkreśla wmiksowanymi niby-erotycznymi kobiecymi postękiwaniami #nsfw.

Tekst opowiada o stalkerze, który wypatrzył atrakcyjną kobietę w metrze i uwziął się, że będzie jego. Dodododododo.

Na dzisiejsze czasy to brzmi jak historia z hasztagiem #metoo. Chciałbym skądinąd usłyszeć parodię tej piosenki, opowiadającą to z punktu widzenia tej kobiety.

No cóż, rzekł poeta: „It was acceptable in the eighties. It was acceptable at the time”. W tamtej dekadzie gwiazdy sceny gejowskiej udawały, że nie są gwiazdami sceny gejowskiej, żeby puszczano je w Trójce i BBC (jednako pruderyjnych).

„Nocne wersje” Duran Duran polecam każdemu, kto planuje dyskotekę w klimatach lat 80. Są tak skoczne, że rozruszają nawet nerdowatych geeków, którzy przyszli tu pogadać o „Stranger Things” (trzeci sezon jest słaby – change my mind).

Guy N. Kaczynski

Jarosław Kaczyński – to mu trzeba przyznać – jest mistrzem w wymyślaniu opowieści grozy. W 2005 wygrał wybory dzięki opowieści o wielkim, strasznym Układzie, przed którym tylko PiS może nas obronić. W 2015 wymyślił horror o uchodźcach, których chmary zaraz zaleją Europę, i znów tylko PiS może ich powstrzymać.

W elektoracie PiS najbardziej mnie zdumiewa krótka pamięć. Bajki Kaczyńskiego okazują się być czymś na poziomie zabójczych krabów Guya N. Smitha, ale cztery lata później wymyśli coś nowego… i elektorat znów się boi.

Kolejnym straszydłem jest oczywiście ideologia LGBT, która będzie nam seksualizować dzieci. Z nasłuchów prawicowego internetu widzę, że elektorat
PiS szczerze w to wierzy. Ich lęki nie są udawane.

Tak samo wierzyli w Układ przez wielkie U. Sekundujący Kaczyńskiemu publicyści i pisarze tworzyli dzieła eseistyczne i quasi-literackie, odwołujące się do wizji potężnej, tajnej struktury, penetrującej cały kraj i decydującej o tym, kto wygra przetarg a kto dostanie pracę.

Przypomnę głupkowatą sztukę „Norymberga” literata Tomczyka. Albo powieść Sumlińskiego o dziennikarzu, który już-już miał jakieś dowody na niebezpieczne związki Komorowskiego, ale niestety nie może ich podać.

PiS obiecywał, że gdy obejmie władzę, zdemaskuje Układ. I co? I nico.
Przechwycili prokuraturę, przechwycili policję, przechwycili parlament. Gdzie te demaskacje?

O Układzie zapomnieli już nawet wyborcy PiS. Nie szkodzi, prezes wymyślił im kolejne straszydło: UCHODŹCY!

Pamiętacie czym żył internet 5 lat temu? Niejaki „Bulonis Kamil” opisywał na fejsie, jak był świadkiem przemilczanego przez media ataku uchodźców na przejście graniczne między Włochami i Austrią.

Media, zamiast naprawdę przemilczeć, nagłaśniały tę bzdurę, chociaż nie trzymała się kupy na najprostszym poziomie. W ogóle nie ma takiego przejścia, na którym Bulonis Kamil rzekomo widział te sceny (a w dodatku prawdziwe, realnie istniejące alpejskie przełęcze graniczne mają zazwyczaj kamery online).

Wielu wyborców PiS w 2015 rzeczywiście naprawdę bało się hordy uchodźców, która zniszczy Europę. Być może jakieś niedobitki do dzisiaj wierzą w strefy szariatu w Berlinie, Sztokholmie i Paryżu. Reżimowa propaganda nagłaśniała to do przewyrzygu.

Problem uchodźców wygasł, Europa się nie zawaliła. Stref szariatu w zachodnich miastach jak nie było tak nadal nie ma.

A więc teraz mamy „ideologię LGBT”. I ja naprawdę wierzę, że ten typowy wyborca PiS – człowiek, który nie zna języków i nie podróżuje – dał się nabrać na kolejne straszydło prezesa.

Ubocznym skutkiem horrorów Kaczyńskiego jednak jest nienawiść – już najzupełniej realna. I prowadząca do równie realnych aktów ulicznej przemocy.
Jeśli istnieje Bóg (w co prywatnie wątpię), Kaczyński odpowie za to w piekle.
My niestety musimy odpokutować jego horrory w realu.

Bo za to wszystko zapłaci Polska jako kraj. Rasizm i islamofobia, rozpętane w 2015 i homofobia, rozpętana obecnie przekładają się na stopniowe wykluczanie nas z cywilizacji zachodniej.

W swej nieskończonej naiwności wyborcy PiS wyobrażają sobie, że skoro Trump to prawica, podejdzie z wyrozumiałością do ekscesów Kaczyńskiego. To równie głupie jak przekonanie Seby w województwie londyńskim, że kiedy brytyjska prawica mówi o imigrantach, to nie chodzi o Sebę.

Inżynierowie, informatycy i przedsiębiorcy, którzy mieliby pomóc premierowi Morawieckiemu w jego mokrych snach o elektromobilności, nie przyjadą do rasistowskiej i homofobicznej Polski. Oni po prostu wolą klimaty kalifornijskie od białostockich.

To się przełoży na gospodarkę. Ale także (jak to już zauważyli PT komcionauci pod poprzednią notkę) na politykę obronną.

Maluczko, a ciapaty gej z US Army pójdzie ze swoim chłopakiem na dyskotekę w ramach R&R. I tam go pobiją. I Trump zażąda wyjaśnień od „the very talented prime minister of Poland”.

I ten udzieli wyjaśnień w najlepszym stylu pisowskiej dyplomacji. Wkurzona Ameryka wycofa się ze współpracy wojskowej.

Nie wiem, czym Kaczyński będzie straszyć za 4 lata. Krabami? Klaunami? Atakiem Zabójczych Pomidorów?

Ale wiem, że jego elektorat znów da się nabrać. Jak ktoś nie zna języków i nie podróżuje, uwierzy nawet w strefy szariatu w Sztokholmie.

Samowolka służb


Notkę oznaczyłem jako „pop”, bo jest o komiksie – choć to komiks polityczny. No ale tak jest na moim blogu od zarania: jak o polityce, to popkulturowo. Jak o popkulturze, to politycznie.

Komiks przedstawia historię francuskiej V Republiki, trwającej od 4 października 1958 do dzisiaj. Wyszedł na jej 60. rocznicę.

Komiksy historyczne znamy i u nas. Jeszcze za rządów Platformy kasiora płynęła strumieniami na programy wychowywania młodzieży na mięso armatnie, a cóż temu lepiej służy od komiksowych opowieści o naszej strasznej historii.

Polskie komiksy historyczne zazwyczaj przedstawiały wydarzenia z punktu widzenia „wszechwiedzącego narratora”, co we mnie zostawiało poczucie niedosytu. Jestem wrednym sceptycznym czytelnikiem, który lubi pytać: skąd ta wiedza? To fakt, opinia, czy hipoteza?

W komiksie „L’Histoire de la Ve Republique” scenarzysta, dziennikarz Thomas Legrand umieścił samego siebie w roli narratora. Rysownik Francois Warzala sporządził dla jego alter ego sympatyczną karykaturę.

Jak to w komiksie, chwilami prowadzi to do żarcików. Legrand w latach 60. zaczepia na przykład Mitterranda w latach 60. i mówi mu, że przybywa z komiksu z 2018.

„Komiks? Takie coś jak Tintin? Wy się w to jeszcze bawicie w 2018?” – pyta zdziwiony Mitterrand, wieczny sztywniak. Na sfotografowanym fragmencie Legrand zaś legitymuje się ochroniarzom premiera w drodze na „umówiony wywiad”.

Dialog ochroniarzy: „Czy ja śnię, czy ten facet miał legitymację prasową z 2018?” „Jasne, i zaparkował swój latający spodek za rogiem. Przestań pić na służbie, Rene!”.

Bez takich żarcików komiks byłby ciężko przegadany. Wiele plansz to blachy tekstu typu „prezydent wygłasza przemówienie” albo „autor konstytucji wyjaśnia swoje intencje”.

Spojrzenie na 60 lat historii Francji daje pewien dystans do patrzenia na współczesność. Także w Polsce. Dlatego Zalecam.

Media ekscytują się „żółtymi kamizelkami”, ale prawda jest taka, że demokracja francuska zawsze była w głębokim kryzysie. Witajcie w kraju sera, wina i zamieszek.

Wyjątkowo nieudana IV Republika (1945-1958) była jednym wielkim kryzysem. Kraj zbawienie zobaczył w mężu stanu, któremu dał uprawnienia de facto dyktatorskie.

Nie wszystkim się to podobało. 28 maja 1958 ok. 200 tysięcy obrońców demokracji (z byłym premierem Daladierem i przyszłym prezydentem Mitterandem) demonstrowało w Paryżu pod hasłem „precz z faszyzmem de Gaulle’a!”.

Historia nie przyznała im racji? Niekoniecznie. Gaullizm opierał się na dziwnej organizacji SAC (dosł. „Służba Akcji Obywatelskiej”), która początkowo miała być czymś w rodzaju pospolitego ruszenia apolitycznych patriotów, potem jednak zdegenerowała się w paramafijną bojówkę, uwikłaną w morderstwa, porwania i pobicia.

Policją rządzili fachowcy z czasów rządu Vichy, stosujący sprawdzone nazistowskie metody, czego przejawem były liczne ofiary śmiertelne paryskich demonstracji z 17 października 1961 i 8 lutego 1962. Liczba ofiar tej pierwszej jest do dziś nieznana (od kilkudziesięciu do kilkuset), w tej drugiej wszyscy byli biali, więc jest znana (9).

Lata 70. to z kolei szczytowa faza samowoli służb specjalnych. W redakcji pisma „Canard Enchaine” wieczorem 3 grudnia 1973 pewien rysownik zainteresował się dziwnymi „fachowcami”.

Powiedzieli mu, że są hydraulikami. Rysownik nie uwierzył, bo Paryżanin nie uwierzy w hydraulika pracującego po godzinach.

Szybko okazało się, że to agenci tajnej policji DST, zakładający podsłuch w redakcji. Połamano tutaj mnóstwo ustaw, w tym konstytucję, ale minister spraw wewnętrznych zakazał swoim podwładnym składania zeznań.

Sędzia Alain Bernard mimo to kontynuował śledztwo, bo „hydraulicy” zostawili dość śladów materialnych. Został więc oddelegowany na Korsykę, a jego następca (sędzia Pinsseau) zamknął sprawę 29 grudnia 1976.

Dla nas wejście do Unii było wejściem do elitarnego klubu praw człowieka. Często zapominamy, że tym samym Unia jest dla Francuzów, Szwedów, Niemców, Brytyjczyków i Włochów (wybrałem te kraje, o których wiem na pewno, że tam też były podobne afery typu „samowolka służb, po której za kratki poszedł tylko dziennikarz, który to opisał”).

Zależy im na unijnym systemie wymuszania praworządności, bo oni też chcą być chronieni przed własnymi politykami. Nie trzeba im tłumaczyć, czym grozi sytuacja, w której minister może oddelegować niepokornego sędziego na Korsykę.

I nie ma argumentować, że „u nich też tak było”. Właśnie po to założyli Unię, żeby już tak nie było.

Cenzura politycznej poprawności

Jak wiecie, cenię sobie wolność słowa i humor nawet jadący po bandzie. Ideałem była dla mnie zawsze Francja, w której mogą się ukazywać pisma takie jak „Charlie Hebdo” czy „Le Canard Enchaine”.

Z niepokojem więc wypatruję lewicowej cenzury, która podobno szaleje w USA. Nie chciałbym wylądować po złej stronie!

Przeczytałem z uwagą edytorial Breta Stephensa w „New York Timesie”, który tym właśnie straszy. Ale nie przekonał mnie.

Zaczyna swój tekst od opisu awantury na Twitterze, w których go #prześladujo. Cóż, być na Twitterze i narzekać na chamskie przepychanki, to jak pójść na imprezę swingersów i nie chcieć się rozebrać.

Potem przechodzi do niby-konkretów. Pisze, że „dwie trzecie Amerykanów odczuwa presję, by w pewien sposób się wypowiadać na temat rasy i religii” i że „opinie uważane za rozsądne kilka lat temu wygłasza się już szeptem”.

Na tyle znam Amerykę, że wiem, że jak przerażające opinie na ten temat uważano tam za „rozsądne”. Prezydent Wilson, który ma plac w bliskiej memu sercu części Warszawy, ubolewał nad tym, że jego ojczyzna psuje swoją pulę genetyczną przyjmując imigrantów „najpodlejszego sortu”.

Ludzie o prawicowych poglądach pokiwają teraz głową – no jasne, to prawda, niepotrzebnie wpuszczają tych wszystkich uchodźców. Zrobią ten sam błąd, co Typowy Seba w UK, który popiera prawicę, bo ta jest przeciwko imigrantom.

Bo Wilson w następnym zdaniu wyjaśniał, o jakich ludzi mu chodzi. „Z południa Włoch (…) z Węgier i z Polski, ludzi, którym brak umiejętności, energii i inteligencji”. I w jego czasach mogło to się wydawać uzasadnione: imigranci z naszego regionu zakładali organizacje przestępcze i robili zamachy terrorystyczne, tkwili w swoich gettach, nie integrując się ze społeczeństwem, wyznawali jakieś fanatyczne religie, jak judaizm czy katolicyzm.

Panowało wtedy przekonanie, że Słowianie i Żydzi są genetycznie głupsi (i były na to nawet „naukowe dowody”). Rasizm był wtedy poglądem uważanym za rozsądny.

Ameryka samym swoim rozkwitem udowodniła fałszywość tych poglądów. W drugim pokoleniu ci „genetycznie upośledzeni” zakładali firmy takie jak Sikorsky czy Metro-Goldwyn-Mayer.

I potem punkt widzenia się odwracał. Pojawiło się stereotypowe przekonanie o żydowskim sprycie czy też dziedzicznej predyspozycji Azjatów do matematyki (a ich uważano za jeszcze gorszy sort – do 1945 po prostu ich nie wpuszczano, w trosce o pulę genetyczną).

Jeśli dziś takie przesądy się zwalcza, to dobrze. Dostatecznie wielu ludzi już cierpiało za ich sprawą (wśród ofiar byli Polacy).

Dalej Stephens pisze, że „wykładowcy boją się studentów” a „wydawcy rezygnują z książek wobec najdrobniejszego zagrożenia kontrowersją w mediach społecznościowych”. Obszernie też opisuje, jak Nike i Adidas rezygnowały z kampanii reklamowych w reakcji na nieprzychylne reakcje w targecie.

Zacznę od końca. Nike i Adidas chcą sprzedawać buty Afroamerykanom, a więc chcą, żeby ci pozytywnie przyjmowali kampanie reklamowe. Co w tym w ogóle dziwnego (albo nowego)?

To, że „wykładowcy się boją studentów” wydaje mi się naturalne, zwłaszcza w Ameryce, gdzie student praktycznie zawsze jest płacącym klientem. Ja też się „boję studentów” w takim sensie, że staram się pamiętać, kto tu komu płaci.

Jeśli studenci sobie nie życzą homofobii czy rasizmu, uczelnia powinna ustąpić. To nie cenzura tylko klasyczne „klient nasz pan”.

Przykład o „wydawcach rezygnujących z książek” ze zrozumiałych powodów mnie zaniepokoił, ale Stephens linkuje tam skandal związany z tym, że autorka Natasha Tynes jechała metrem i Afroamerykanka zepsuła jej nastrój, jedząc kanapkę (!).

Pisarka w ramach zemsty zrobiła zdjęcie kanapkożerczyni. A że ta miała służbowe ubranie, to jeszcze otagowała jej pracodawcę, żądając kroków dyscyplinujących (!!).

Wywołała tym oburzenie na Twitterze i straciła m.in. kontrakt książkowy. Ale przecież wbrew opisowi Stephensa, Tynes nie jest niewinną ofiarą.

Nie wolno robić ludziom ukradkiem zdjęć i publikować bez ich zgody. Że wielu ludziom to uchodzi bezkarnie to jeszcze nie znaczy, że to zgodne z prawem.

Szczególnie obrzydliwe jest gdy ktoś to robi w złej wierze: paniusia z wyższej średniej ma pretensje, że ktoś z klasy robotniczej nie może wyskoczyć do restauracji na lunch, jak ona i jej znajomi. Też bym się brzydził jej książek.

Na koniec Stephens doczepia przykład z zupełnie innej beczki: prawicowy influencer Andy Ngo został pobity podczas filmowania zamieszek. Bardzo mi go szkoda, życzę mu powrotu do zdrowia, ale filmowanie zamieszek jest zajęciem wysokiego ryzyka.

W każdym kraju można ułożyć długą listę fotoreporterów, którzy padli ofiarą przemocy, bo szukając dobrego ujęcia znaleźli się w epicentrum. Także w ojczyźnie „Charlie Hebdo”.

Krótko mówiąc, Stephens mnie nie przekonał. Skoro szukał przykładów dla poparcia swojej tezy – a znalazł tylko to, no to chyba nie ma większego problemu.

W gruncie rzeczy jego ostrzeżenia sprowadzają się do tego, że nie można już być otwarcie rasistą jak za czasów Jima Crow, że Afroamerykanie są istotną grupą konsumencką, z której opiniami muszą się liczyć Adidas i Nike, że studentów traktuje się podmiotowo, że nie wolno robić ukradkiem zdjęć współpasażerom oraz że reporterzy filmujący zamieszki czasem też padają ich ofiarą (a woda nadal jest mokra).

Ktoś może zna jakieś bardziej przekonujące przykłady cenzury politycznej poprawności? Wyślijcie Stephensowi (albo wpiszcie w komciach).

Zero km autostrad

Zaniedbywałem trochę zakładkę Pathfinder, bo po prawdzie niewiele się już dzieje. Te pionierskie czasy, gdy nagle podróże po Polsce ulegały zrewolucjonizowaniu dzięki otwarciu S8 do Wrocławia albo A1 do Gdańska, już się skończyły.

Teraz jeśli gdzieś się dokonuje poprawa – to inkrementalna, jak pipsztyczek na S17 do Lublina (a i tak najbardziej się opłaca jechać przez Kozienice). W centralnym odcinku dawnej gierkówki mamy zaś wręcz regres, bo budowa obwodnicy Częstochowy się zatrzymała, ale już ruszyły remonty i przebudowy zaplanowane z założeniem, że będzie gotowa na lato.

Drodzy kierowcy, trzeba zmienić odruchy. Kiedyś do Krakowa jechaliśmy przez Śląsk, teraz – jeśli kogoś gugielmapa poprowadzi do Katowic przez Kraków, to należy się jej słuchać.

Opozycja się nagle obudziła i zaczęła krytykować rząd, że od 2017 nie oddaje nowych fragmentów autostrad. To prawda, ale dla opozycji ten argument to strzał w stopę.

Rząd PiS miałby wspaniałą okazję do celebry z wielką pompą i przecinaniem wstęgi, RADYKALNIE poprawiając tuż przed wakacjami dojazdy Polaków w przeróżnych kierunkach, gdyby zgodnie z planem udało się w czerwcu oddać do ruchu wspomnianą obwodnicę Częstochowy. Możemy sobie wyobrazić ten materiał o 19:30!

Niestety, kontrakt z firmą Salini okazał się porażką. Firma zeszła w niesławie z placu budowy (a także z S3 na północ od Lubina).

Opozycja powinna to wykorzystać? No nie bardzo. Kontrakt na obwodnicę Częstochowy podpisano na dwa tygodnie przed wyborami (12 października 2015), a na S3 to ho ho, w 2014.

Jeśli więc opozycja będzie grać na tej nucie, władza ją zmiażdży kontrargumentem: krytykujecie nas za umowy, które sami wynegocjowaliście i podpisaliście. Gdybyście wybrali lepszego wykonawcę, mielibyśmy w tym roku bardzo ważne parędziesiąt kilometrów A1.

Tylko że tak naprawdę to wszystko nie ma sensu, bo 4 lata to zazwyczaj za mało, żeby przeprowadzić inwestycję od początku do końca. Pierwsze odcinki dróg szybkiego ruchu, na budowę których umowę podpisano już za rządu PiS, to S6 Kołobrzeg-Koszalin.

Według umowy z jesieni 2015 mieli skończyć na wiosnę 2019. Jak dobrze pójdzie, skończą jesienią 2019.

Oczywiście, skoro jakąś umowę podpisywano zaraz po wyborach to znaczy, że nie ma w tym żadnej zasługi PiS. Poza tym, że nie był już tamtym strasznym PiSem z roku 2005, kiedy premier Marcinkiewicz wraz z ministrem Polaczkiem wyrzucili do kosza to co przygotowali ich poprzednicy.

Nawiasem mówiąc, ISABEL! WALCZ! ZABIERZ MU OSTATNIE SKARPETKI! JAKO WARSZAWSKI KIEROWCA JESTEM PO TWOJEJ STRONIE!

Straty, które ta postawa wtedy spowodowała, oszacowałem kiedyś na blogu na dwa lata i trzy miliardy. No ale to naprawdę był inny PiS.

Obecny – co byśmy o nim złego nie mówili – już tak nie zrobił. Przyjął politykę rozsądnej kontynuacji. Najbardziej spektakularne przecięcia wstęgi będą mieć jego następcy (a tak naprawdę wszystko przygotowali jego poprzednicy).

Załączony wykres (autor: Toonczyk, źródło: forum infrastruktury na Skyscrapercity, oryginał: tu) pokazuje drogi w eksploatacji. Nie widać jakiegoś tąpnięcia, o które można by oskarżyć PiS.

Widać za to inną ciekawostkę: w zeszłym roku po raz pierwszy dwujezdniowe ekspresówki (niebieskie) wyprzedziły autostrady (zielone).

Budowa autostrad zmierza ku końcowi. Według planu ma być ich ok. 2000 km. Od września 2016 w eksploatacji jest 1641 – czyli 82%.

W budowie jest 122 (przy czym to jest zwodnicza liczba, bo część tego to upgrade drogi już istniejącej – np. gierkówki). Następnemu rządowi zostało już tylko ok. 10% (A2 na wschód od Mińska Mazowieckiego). To już nie będzie spektakularne.

Dróg ekspresowych mamy w eksploatacji ok. 2200. Planowana sieć to ok. 2600 (pierwszy etap) i ok. 5200 (drugi etap). W ten drugi etap wliczają się drogi, które być może nigdy nie powstaną i tak do końca sam nie jestem przekonany, czy powinny powstać („autostrada przez Mazury”, itd.).

Krótko mówiąc, w kwestii autostrad i ekspresówek niewiele już zostało następnym rządom. Teraz priorytetem powinna być kolej.

Jeśli opozycyjni dziennikarze akurat teraz się budzą, a w latach 2007-2015 robili w wolontariacie PiS, powielając bzdury o „najdroższych w Europie” (itd.)… to może lepiej by było, gdyby spali dalej.