Z braku dobrych wiadomości, pocieszmy się taką: właśnie mija okrągła rocznica od kiedy pojawiły się pierwsze zapowiedzi, że Pokrowsk upadnie w ciągu najbliższych dni. Na blogasku pierwszy taki komć był 17 sierpnia 2024, ale oddawał on to, co różni analitycy analizowali już od tygodnia.
Gdy piszę te słowa, teraz też się wydaje że to już kwestia najbliższych dni. Ale samo to, że Pokrowsk wytrwał rok coś nam już mówi – to mianowicie, że upadek różnych „kluczowych hubów logistycznych” i „strategicznych fortec”, po których według analityków cały front miał się rozsypać, bo „dalej już tylko płaskie stepy”, przynosił dotąd w praktyce przesunięcie frontu o kilkanaście, maks kilkadziesiąt kilometrów, po czym to znów zastygało na rok czy dwa.
Ukradłem komuś mapę porównującą linię frontu z końca 2022 z linią ówczesną, czyli z 20 lipca 2025. Widać, że większość frontu jest nieruchoma, a te wielkie rosyjskie ofensywy, jak zdobycie Bachmutu albo szturm na Sumy (podkręcany przez media jako „gwałtowne przyśpieszenie”), przynosiły pipsztyczki z serii „wytęż wzrok i zauważ różnicę”.
Uzupełniłem tę mapę o podpisy tych „wielkich ofensyw”. Ewentualny upadek Pokrowska (gdy to piszę, wciąż nie nastąpił) wygładzi kawałek frontu, ale też nie spodziewam się zmiany widocznej gołym okiem. Oczywiście analitycy analizują, że Kramatorsk upadnie zaraz potem, no ale Rosjanie nadal mają kawał drogi. Przed zimą nie zdażą.
Skoro nie możemy liczyć na analityków, zanalizujmy się sami. Jak to się skończy? Notkę z takim pytaniem chcę napisać od pół roku, ale ciągle czekałem aż coś wyjdzie z tych planów Trumpa, że 24 godziny, albo jednak nie!, 14 dni, albo nie!, 50 dni, nie! 10 dni, nie! A może Alaska?
Oleję więc te bzdury i napiszę notkę przed spotkaniem, które rzekomo ma wszystko zmienić – bo zakładam, że nic nie zmieni. Oczekuję kolejnej porcji TACO. Oczywiście, za parę dni być może bardzo się wygłupię, no trudno.
Z jednej strony nie chcę, żeby Ukraina skapitulowała – bo to byłaby fatalna wiadomość dla Polski. Z drugiej mam swój jednostkowy interes w jak najszybszym zakończeniu wojny: tęsknię za Lwowem, tęsknię za Kijowem, chcę żeby przywrócono regularne połączenia lotnicze a ludzie nie musieli spać na stacjach metra.
Najważniejsze jednak, że nie mamy nic do gadania – to decyzja tylko i wyłącznie Ukraińców. Nam pozostanie ją uszanować, jaka by nie była.
Możliwe, że Trump coś z Putinem „podpiszą”, a Ukraina to odrzuci i będzie walczyć bez Ameryki. Trump już i tak de facto wstrzymał pomoc, dalsze dostawy z USA mają być finansowane przez Europę. Nie posunie się chyba do embarga? Choć oczywiście masowe groby w Europie Wschodniej są pełne tych co to myśleli, że jakiś polityk się do czegoś nie posunie…
Nadal wierzę w zwycięstwo Ukrainy i mam na to argument, który chciałbym przedyskutować. Lubię historię rapierów (ale z naciskiem na historię a nie przekrój poprzeczny muszkietu tylnojęzykowego!) no i naprawdę będę wdzięczny za kontrprzykłady do następującej tezy.
Mniej więcej od czasów Napoleona, inwazje albo się udają natychmiast, albo kończą się klęską agresora. Nigdy nie było tak, żeby najeźdźca po trzech latach impasu znajdował nowe siły by wreszcie zdobyć Verdun.
Można się tu pokłócić o definicję „agresora”, więc proponuję – roboczo – taką, że to ten, kto się spotyka z wrogością miejscowej ludności. W tym sensie więc Amerykanie i ich sojusznicy byli agresorami w Iraku i Afganistanie, nawet jeśli propagandowo przedstawiano ich jako wyzwalaczy.
Historia mówi, że agresor może przegrać nawet jeśli do końca kontroluje część terytorium. W obu światówkach Niemcy okupowali spore kawałki podbitych państw. Ukraina nie musi więc całkowicie wyprzeć Rosjan, żeby wygrać.
Agresorzy często szukali sposobu na pozorne wyjście z twarzą. Amerykanie formalnie nie przegrali wojny w Wietnamie, po prostu przekazali odpowiedzialność Wietnamowi Południowemu. Sowieci formalnie nie przegrali w Afganistanie, w traktacie „byli” gwarantem pokoju między Afganistanem a Pakistanem. Nie wiem kto z kim teraz zawrze podobny traktat, ale wydaje mi się to jednym z możliwych zakończeń.
Ciągle mam nadzieję na gospodarczy kolaps Rosji. Ukraina jest w stanie zniszczyć rosyjski przemysł petrochemiczny. Już zaczęli, wstrzymali prawdopodobnie pod wpływem matactw Trumpa, teraz wznowili – i jaram się każdą jarającą się rafinerią. Oby zniszczenia sięgnęły 100% potencjału, czym wtedy Putin załata dziurę w budzecie? Eksportem samochodów?
No ale cóż. The floor is open – chętnie poznam Wasze opinie, prognozy, sprostowania oraz oczywiście sarkastyczne „ha ha” jeśli „Ich Trumpuszka” coś jednak w tej Alasce załatwi.
Przyjaciel, z którym byłem na Iron Maiden na Narodowym zapytał mnie, czemu właściwie nie poszedłem na historyczny koncert z 1984. Wstydziłem się mu odpowiedzieć, więc teraz odpowiem całemu światu – no bo jakoś głupio mi było udzielać szczerej odpowiedzi wśród tysięcy fanów zespołu.
W 1984 byłem już po pierwszych koncertach Kultu. W związku z tym młodzieńczą fascynację metalem i hardrockiem uważałem za wstydliwe wspomnienie z podstawówki – niegodne dostojnego licealisty. Dla którego odtąd miały się liczyć tylko punk i new wave! A że w młodości byłem bardzo radykalny we wszystkim, oznaczało to potępienie fascynacji z zamierzchłej przeszłości zeszłego roku. Czułem się po prostu za dorosły na metal.
W jednym teraz przyznałbym sobie rację. Skojarzenie metalu z młodością nie jest takie głupie. Gdy spojrzeć na klasyczne zdjęcie zespołu TSA (wiecie o które mi chodzi), to przedstawia ono przede wszystkim Alegorię Młodości.
Przy całym chichraniu się z psychologii ewolucyjnej nie sposób nie zauważyć, że rytuał rockowego koncertu przypomina zwyczaje godowe ptaków błotnych. Muzycy demonstrują krzepę, kondycję i zręczność na sposoby nie znane jazzmanom, nie mówiąc już o pianistach chopinowskich.
Z perspektywy dziaderskiej to jeszcze fajniej się obserwuje, no bo ludzi w moim wieku coraz bardziej dołują te pogrzeby rówieśników, rozsypka rodziców, i pytanie „ile mi jeszcze zostało”. Niedawno już myślałem, że tak zdziadziałem, że będę musiał kupić rower elektryczny, ale na szczęście to był tylko rozciągnięty łańcuch.
Członkowie Iron Maiden są 10 lat starsi ode mnie, a dają radę. Biegają i skaczą po scenie jak młodzieniaszkowie. Ufff!
Próbując się gibać do ich piosenek odkryłem, że to trudniejsze niż w przypadku Boney M i to nie tylko z racji wieku, urzędu i woltażu. Utwory Iron Maiden miewają skomplikowany rytm, na przykład nagle z 4/4 potrafi się zrobić 3/4.
To pełni rolę narracyjną. W „The Number of the Beast” ta zmiana rytmu sprawia, że wydaje nam się, że wokaliście jakby brakło tchu, co ewokuje nastrój dusznego koszmaru.
Dopiero na tym koncercie zrozumiałem jakie to ważne, że kompozytorem wielu utworów, zwłaszcza tych wczesnych i nabliższych mojemu sercu, jest basista Steve Harris, a więc członek sekcji rytmicznej. Jeśli ktoś z PT Czytelników ma ulubiony fragment piosenki, to zapewne moment ZMIANY RYTMU.
Na Narodowym zagrali suitę „Phantom of the Opera” z pierwszej płyty, obfitującą w takie właśnie przeskoki. Z tego utworu znam dosłownie każdą nutkę, mogę go sobie „odtwarzać z pamięci” jak Jack Reacher, gibało mi się więc przepysznie w antycypacji kolejnej zmiany rytmu.
Znam je na pamięć między innymi dlatego, że w tym okresie mego życia gdy mnie nie było stać na kompakty, kupiłem sobie wczesnych Ironów na kasetach. No bo możemy przed znajomymi udawać nie wiadomo jak wyrafinowany gust, ale ostatecznym testem jest Muzyka do Samochodu.
W tamtych czasach na poprzedniku obecnego Narodowego można było kupić od ruskich kompakty z pełnymi dyskografiami „w nowom zwukowom formatje”. Tak nadrobiłem to co Iron Maiden nagrali po moim awansie na postpunkowca. Na dzisiejszym Narodowym znalazłem się więc jako człowiek znający głównie twórczość grupy sprzed ładnych paru dekad.
No cóż – syndrom Mamonia, najbardziej lubię te płyty, które znam na pamięć. ALE! O ile nadal uważam, że „Seventh Son of a Seventh Son” to nie jest moja „The szklanka of Earl Grey”, to pokochałem na Narodowym „Fear of the Dark”. Stadion chóralnie wtórował nie tylko partiom wokalnym. Swoją drogą uwielbiam ten rockowy paradoks, że nic tak nie sprzedaje biletów jak piosenki o tym, że ktoś się czuje samotnym odmieńcem (śpiewane chóralnie przez pięćdziesiąt tysięcy gardeł).
Trochę też wtórowałem kawałkom z młodości. Inna sprawa, że te 40 lat temu nie można ich było tak po prostu wyguglać, więc przez dekady tkwiłem w kilku mylnych błędach. Na przykład myślałem, że „hell and fire” są „bound to be relased”, a to jednak „spawned”. Wydawało mi się też, że Iron Maiden „can’t be bought/sold”, a to „fought/sought”. Na szczęście aż tak bardzo to nie wypaczyło treści.
Bruce Dickinson ma na tyle dobrą dykcję, że sporo można zrozumieć ze słuchu. To paradoksalnie zraziło mnie jako licealistę, bo te piosenki zaczęły mi się wydawać prymitywne literacko. Doszukiwałem się głębi w Joy Division, której tam też przecież nie było, ale Curtis to ukrywał mamrotaniem.
Teraz doceniam względną prostotę tekstów Iron Maiden. Kiedyś pełniły dla mnie rolę terapeutyczną. W kręgach gogicznych popularnym tematem konwersacji jest przediagnozowanie Dzisiejszej Młodzieży. Ja uważam że wprost przeciwnie, to my byliśmy niedodiagnozowani.
Za naszych czasów nikt nie miał ADHD ani autyzmu, niektóre bachory po prostu były bardziej nieznośne od innych. Stanów lękowo-depresyjnych nie mogliśmy leczyć pigułkami, ale trochę pomagały ponure piosenki. W największych hitach Iron Maiden bohaterowie często konfrontują się z Lękiem – bo to albo żołnierz w samobójczym szturmie, albo skazaniec czekający na egzekucję, albo marynarz na tonącym statku, albo ktoś kto spotkał we śnie Szatana (ale czy to na pewno tylko sen?).
Piosenka rozkręca emocje słuchacza na maksa, a potem je wycisza. Co przy sprzyjających wiatrach pozwala słuchaczowi wyciszyć także jakiś jego własny „Fear of the Dark”. Oczywiście nie powiem nikomu, że po co ci terapia, kup se dobre słuchawki, ale nam to niestety musiało wystarczyć.
Personifikacją takiej „metaloterapii” wydaje mi się Eddie, potwór-maskotka. Podczas koncertu grozi muzykom i publiczności, markuje ciosy – no ale przecież na grafikach widzimy go, jak walczy z Ruskimi, Niemcami a nawet z Margaret Thatcher, więc to swój gość. Interpretuję to jako przesłanie: nigdy do końca nie pozbędziesz się swoich fobii i schiz, ale możesz je zaakceptować jako część siebie.
Może dorabiam za dużo filozofii, ale wierzę we wzajemne inspiracje kultury wyższej i niższej. Chłopak z ludu coś zanuci, usłyszy to jakiś Puccin albo Chopini, wplotą te nuty do Arcydzieła, które w radiu usłyszy kolejny chłopak z ludu i wplecie w swoją solówkę.
Jak już parę razy pisałem sprawia to, że ja z kolei nie umiem się powstrzymać przed słuchaniem symfonii czy opery jako metalowej płyty. Przecież niejedna aria „Sacrileggio di Stracciatella” opowiada historię jak z piosenki Iron Maiden, a smyczki potrafią Pierdolnąć jak zdistorszynowany stratocaster.
Ubolewam nad tą swoją ułomnością, bo czuję, że gdybym lepiej się znał na muzyce klasycznej, lepiej potrafiłbym docenić spektakl Iron Maiden. Pewnie na to wszystko co robi zespół – i zmiany rytmu, rywalizację gitarzystów, symulowany brak tchu już dawno wymyślono jakieś określenia, zapewne włoskie?
Myślę zresztą, że ta filozofia naprawdę tam jest. Ironi od początku wyróżniali się nawiązywaniem do innych dziedzin kultury. Z takimi klasykami jak serial The Prisoner, Zabójstwo na Rue Morgue albo Upiór w Operze zetknąłem się po raz pierwszy za pośrednictwem ich piosenek. Przypuszczam więc, że od początku chcieli stworzyć Dzieło Totalne, muzyczno – literacko – graficzne, odwołujące się do całej Kultury Zachodu, ale nigdy tego nie riserczowałem.
Notka wyszła długa jak przekombinowana suita, może zrobię z tego projekt szantażo-żebrolajkowy: wpłacajcie bym się streszczał. W każdym razie, wszystkim Osobom Czytelniczym życzę by przytulili swojego Eddiego. Jest jaki jest, ale jest częścią Was. Badadum, badabum, jebudu, srru, hahaa!
Wątek polecanek zakończę zniechęcanką. Nowy King rozczarował mnie. Mówiąc bezspojlerowo, ostatnia scena kojarzy się z najgorszą tandetą firmowaną z nazwiskiem Kinga na okładce, jakimś VHSem „Dzieci kukurydzy 6”.
Książka należy do cyklu o prywatnej detektywce Holly Gibney, zapoczątkowanej w 2014 całkiem fajnym „Panem Mercedesem”. King wielokrotnie deklarował że chce wypróbować sił w nowym dla siebie gatunku. Te książki są więc teoretycznie kryminałami, w takim sensie że jest morderca i detektyw. Niestety, zjawiska paranormalne występują w każdej, choć przynajmniej na początku King starał się trzymać realistycznej głównej fabuły.
Paranormalny kryminał nie ma sensu, bo istotą powieści sensacyjnej jest saspens. W klasycznym „whodunnicie” krąży wokół pytania „kto zabił?”, w nowoczesnych thrillerach raczej „czy złapią zbrodniarza zanim ten zrealizuje Superzbrodnię”.
Jakiś saspens musi być, tak jak w operze musi być aria. A więc musi być też detektyw o ograniczonych możliwościach („bo ci na górze nic nie rozumieją”, etc). Kiedy wprowadzamy zjawiska paranormalne, saspens się rozsypuje, no bo dowolna postać może nagle zacząć lewitować albo teletapetetować. To czemu zbrodniarza nie złapią przy pomocy wahadełka?
W „Nie wymiękaj” zbrodniarzy mamy zasadniczo dwóch, choć zależy jak liczyć, bo to tak straszliwi psychole, że skromne rozdwojonko to i tak drobiażdżek na tle całej karty chorobowej. Za sprawą przekombinowanego zbiegu okoliczności, obaj w finale chcą zabić z grubsza te same ofiary.
To kolejny zabijacz suspensu. Detektyw na tropie mordercy – OK. Ale na tropie DWÓCH NA RAZ, bo psychopatyczni mordercy występują tak często, że muszą pobrać numerek i ustawić się w kolejce? Jak mam się przejąć czymś tak idiotycznym?
Kiedyś w Kingu fajne były obyczajowe portrety prowincjonalnej Ameryki. Sam nie wiem na ile to ja się zmieniłem, a na ile Kingowi to coraz gorzej wychodzi. Tutaj te portrety wydają mi się toporne jak w propagandowym slopie MAGA.
Ach jak im wszystkim fajnie, gdy polewają hotdogi syropem klonowym, słuchając klasyki bluesa z lokalnej rozgłośni NFSW. Byłby to raj, gdyby nie to straszydło w kanalizacji.
W czasach Trumpa nie musimy udawać transatlantyckiej przyjaźni, więc powiedzmy szczerze – ich żarcie jest gówniane, sprowadzone do najprostszych smaków: słodkie / słone / tłuste. Gdyby mi ktoś zafundował wyprawę na steka moich marzeń, pojechałbym na Żurawią a nie do Teksasu.
Jeden z pobocznych ale ważnych wątków polega na tym, że dawna mistrzyni r’n’b postanawia wznowić karierę koncertem w małym miasteczku (przypadkiem tym samym w którym grasują nasi psychole). Pewna postać drugoplanowa zostaje zaproszona na scenę i okazuje się tak utalentowana, że po jednodniowym przeszkoleniu śpiewa i tańczy z zespołem.
HELOU! Jeżeli wydarzają się takie cudowne zbiegi okoliczności, to jak mam się przejąć pościgiem za mordercami? Równie dobrze mogą ich zabić spadające z nieba odważniki z napisem „16 ton”.
Niedawno pisałem, że każdy pisarz po odniesieniu Sukcesu zaczyna pisać książki o idyllicznym miasteczku (w którym zbudował willę swoich marzeń). Zmodyfikowałbym to teraz tak, że każdy zaczyna prędzej czy później opisywać swoją terapię uzależnieniową. To jest KOLEJNA powieść Kinga, w której część fabuły dzieje się podczas zebrań AA, mamy obowiązkowe cytowanie Wielkiej Księgi i Modlitwy Anonimowych.
Co za sztampa! Znowu bohater jest „niećpającym alkoholikiem” albo „niepijącym narkomanem”? Ile można? Czemu nie choć raz dla odmiany niegamblujący hazardzista albo seksoholik na odwyku? Opowieści o uzależnieniach są podobne, znasz jedną, znasz wszystkie, zwłaszcza jak czytałeś non-fiction.
Jedyną zaletą jest „dobre bo słuszne”. Ach, ileż tu potępienia dla skrajnej prawicy! No ale to jak w tym starym dowcipie, „ty mnie Styka nie maluj woke, ty mnie maluj dobrze”. WOLAŁBYM intrygujące śledztwo, niebanalnych bohaterów, zaskakujące zwroty akcji oraz BRAK gadających lalek, zabójczych klaunów, telekinezy, telepatii i innych teledefekacji. Jeśli King się nie może od nich uwolnić, niech pisze horrory („mam na imię Stephen, udało mi się napisać sto stron bez elementów nadprzyrodzonych – „tak trzymaj, Stephen”).
Dobremu kryminałowi wybaczę odrobinkę niesłuszności ideowej. Dobremu horrorowi zresztą też, ale King wyprodukował chimerę, która ani nie straszy duchami, ani nie intryguje śledztwem. Posuwamy się od jednego nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności do drugiego, aż do idiotycznej ostatniej strony, która sugeruje że Mistrz planuje sequel pod roboczym tytułem „Zabójczy cieć”. To żaden spojler, trzeba dobrnąć do tej sceny żeby zrozumieć ten smutny dowcip. Ale nie polecam.
Nowa płyta „Pulp” jest zaskakująco dobra, szczególnie otwierający ją singiel „Spike Island”. To autotematyczny monolog byłej gwiazdy rocka, której nie udało się nawet wygasnąć – bo Wszechświat na wszystkie upadki reagował tylko wzruszeniem ramion. Tytuł zaś, jak czytam w interwebsach, nawiązuje do historycznego koncertu Stone Roses z 1990, który przyczynił się do zdefiniowania estetyki brit popu.
No ale tak jak Jarvis nawet nagrywając nową płytę, myśli o swojej młodości sprzed 35 lat – tak z kolei ja jej słuchając myślę o najlepszej płycie „Pulp” sprzed 30 lat, czyli o „Different Class”. Zatem notka będzie jednak głównie o niej.
Słuchałem jej w całości, bo w tym okresie życiowym moim głównym nośnikiem były kasety – nieprzyjazne dla słuchaczy chcących sobie ułożyć własną kolejność. A były nim dlatego, że aż do 1999 roku nie było mnie stać na odtwarzacz płyt kompaktowych. Na nowe winyle oczywiście tym bardziej nie.
I tu mam pytanie do zaglądającej tu czasem Młodzieży. Czy to się jakkolwiek przekłada na sytuację współczesnego człowieka?
Współczesnym odpowiednikiem byłby… nie wiem co, głośniczek BT? Soundbar? Alexa? Czy dla Młodego Człowieka (co z mojej perspektywy oznacza także trzydziestoletniego bobaska) istnieje problem: „chciałbym słuchać muzyki lepiej niż obecnie, ale mnie nie stać na dzyndzlotron”? I czym on jest?
Za naszych czasów potrzeba słuchania muzyki była finansową studnię bez dna. Jak już ktoś miał dobrą wieżę, to marzył o nowych głośnikach. Jak ktoś miał nowe głośniki, marzył o nowym wzmacniaczu. To wszystko kosztowało majątek, bo epoka wszechobecnego „made in China” dopiero miała nadejść.
Niby więc już miałem dobrą pracę, zarabiałem więcej od średniej, ale ta ówczesna średnia to było jakieś 200 dolarów miesięcznie. Nie myślałem, że dożyję Polski, w której dojdzie kolejne zero!
Co za tym idzie, nie umiałem się wczuć w brytyjskie problemy klasowe. Najgorsza praca w Albionie była przecież wtedy lepiej płatna od relatywnie niezłej pracy w Polsce. Przyjeżdżałem do Londynu robić wywiady z gwiazdami, ale zazdrościłem zarobków kelnerowi, ba – niewidocznemu Polakowi w kuchni na zmywaku. Gdy piosenka „Common People” była nowością, wszyscy ci „common people” byli bogatsi ode mnie.
Wpisywało mi się to szerzej w esetykę britpopu. Pod podchwyconym przez neoliberalne New Labour hasłem „cool Britania”, przedstawiał on UK jako kraj, w którym wszystkim jest fajnie, bo lepiej być biedakiem z komedii romantycznej Richarda Curtisa niż bogaczem z komedii sensacyjnej Olafa Lubaszenki. Squat w Camden Town wydawał się fajniejszy od pałacu w Pułtusku. Była to oczywiście jedna wielka ściema i zapowiedź nadchodzącej katastrofy. Tak dziś odbieram teksty z „Different Class”.
W „Common People”, jak już pisałem, jest fragment „dance, drink and screw, because there’s nothing else to do”. Brzmiało to jakoś tak uwodzicielsko atrakcyjnie dla przynudziastego nerda, zwłaszcza uprawiającego 30 lat temu „kulturę zapierdolu” (która wtedy oczywiście nie miała jeszcze nazwy, nie wiedzieliśmy że mówimy prozą).
Inne teksty z tej płyty, jak „Sorted for E’s and Wizz”, „Live Bed Show” czy „Underwear” traktowały o hedonizmie lat 90. Cocker opisywał go z charakterystycznym brytyjskim ironicznym dystansem. Przyciągnęło to panikę moralną ówczesnych tabloidów, oskarżających Pulp o propagowanie narkotyków. Gdy tego słucham dziś widzę, że to oskarżenie było bezpodstawne – ale mam alibi, że nie ja jeden widziałem w tym pewien urok.
Płyta „Different Class” ma świetną kompozycję. Opowiada pewną ciągłą historię od „Mis-Shapes” (pełniącego rolę uwertury), do „Bar Italia”, nietypowo kameralnego, ale jednak wspaniałego grande finale.
Teraz do tego utworu sięgam najchętniej. Jak poucza internet, tytuł nawiązuje do całodobowej kawiarni w Soho, w której klubowicze kończyli noc, mijając ludzi idących rano do pracy. Bohaterowie piosenki nie mogą jeszcze wrócić do domu, bo ciągle ich trzyma jakieś świństwo. Planują więc przebicie się do tytułowego baru.
„Jeżeli możesz wstać, wezmę cię za rękę – wyjdźmy zanim uznają nas za zmarłych… gdyby zburzyli to miejsce, wyglądałoby nadal lepiej niż ty”. Nie jest to chyba głęboka relacja, bo pożegnanie jest typowo clubbingowe: „Jeżeli wyjdziemy z tego żywi, do zobaczenia za tydzień w tym samym miejscu o tej samej porze”.
Znałem ludzi, którzy naprawdę tak funkcjonowali – nie w Londynie, w Warszawie. Dziś albo nie żyją, albo są „niepijącymi alkoholikami”. Naszym „Barem Italia” był „Lemon” na Sienkiewicza. Czy nadal jest? Nie wiem, jako nauczyciel to ja już w ogóle palulu najpóźniej o jedenastej.
Transformację ustrojową wspominam jako coś w rodzaju wojny w Wietnamie, udało mi się wyjść z Da Nang z wszystkimi kończynami. Oczywiście mam PTSD jak wszyscy, ale jednak aż nie takie jak sierżant X czy porucznik Y. No i tak teraz postrzegam „Different Class”: jako muzyczną opowieść nie tyle o konflikcie klasowym („a case of haves against haven’ts”, jak w piosence „I Spy”), co o klasowym AWANSIE.
To opowieść o bohaterze, który nie pasował do swojego rodzinnego Sheffield („Mis-Shapes”), więc włożył gigantyczny wysiłek w przekształcenie się w przedstawiciela londyńskiej klasy średniej. Po drodze spotykał różnych ludzi, bohaterów różnych piosenek (w tym wywodzących się z klasy wyższej, jak bohaterka „Common People”). I czasem dobrze się przy tym bawił, ale w ostatniej piosence jest już po prostu śmiertelnie zmęczony.
Jak mawia pewien mój przyjaciel, „jak my wszyscy, jak my wszyscy…”
Wyszedł nowy Chmielarz, a co więcej: nowy Mortka! To musi być upierdliwe dla pisarza, który nastukał tych książek od grzmota, eksperymentował z różnymi formami, wymyślał inne cykle z innymi bohaterami, a i tak na każdym spotkaniu go pytają, kiedy nowy Mortka.
Entuzjastyczną recenzję z wczesnych książek o Mortce pisałem… sam już nie wiem kiedy. Chmielarzowi udało się stworzyć bohatera pasującego do oczekiwań czytelników, ale z drugiej na tyle oryginalnego, że jednak brzmi świeżo.
Kiedyś porównywałem Mortkę do Borewicza. Gliniarza nieortodoksyjnego, działającego na granicy prawa, nierzadko chamowatego, którego niby nie mamy powodu lubić – no ale dobrze pomyśleć, że na straży naszego bezpieczeństwa czuwa ktoś, kto w razie czego da Złym Ludziom w mordę, zamiast powoływać się na fascykuł ustępu.
To już nieaktualne. Borewicz tak jak Kojak czy Columbo, był zawsze tą samą postacią, a Mortka się przez te kilkanaście lat rozwinął. Czy raczej zwinął. No, w każdym razie zmienił. Zbliża się do pięćdziesiątki, już wie że niczego nie osiągnie (za późno!), że zniszczył życie osobiste dla kariery, a karierę przez Bycie Sobą, jest wypalonym sfrustrowanym przegrywem – kocham go teraz jeszcze bardziej.
Na wszystkich teraz patrzę okiem belfra (gdy trzymasz IPET, wszystko wygląda jak WOPFU), podejrzewam więc Mortkę o niezdiagnozowane spektrum autyzmu. Jest niezdolny do small talku, do drobnych codziennych uprzejmości, do wszelakiego „a co słychać u żony”. Nie umie budować i podtrzymywać przyjaźni. Co pomyśli to palnie, co palnie to pożałuje. W branży, w której tak dużo zależy od przełożonych i kolegów, taka postawa to zawodowe samobójstwo. Mortka już to rozumie, no ale po cholerę mu teraz ta wiedza.
Blogobywalców zainteresują wątki Wykluczenia Komunikacyjnego i Klasowego. Rzecz dzieje się w Kopalnicy, fikcyjnym wyludniającym się miasteczku w Karkonoszach. Jak wszędzie tam u nich, okoliczne lasy kryją poniemieckie sekrety – jakieś ruiny, sztolnie, obwałowania, służące cholera wie do czego cholera wie komu cholera wie kiedy. No i jak to w Sudetach, mają swoją wersję legendy o Trumnie Klappera oraz całkiem realnych przemytników.
Co z kolei typowe dla gatunku literackiego, dość wcześnie w jednej z poniemieckich ruin napotykamy Trupa. Zmasakrowano go tak jakby ktoś w tych pięknych okolicznościach przyrody uprawiał satanistyczny mord rytualny.
W aferę wmieszane są dwie dziewczyny z klasy ludowej, trzydziestoletnia Bianka i osiemnastoletnia Zuza. Bianka wie jak spieprzyła swoje życie i bezsilnie patrzy, jak Zuza powtarza te same błędy.
Chmielarz nie uprawia okraskingu, nie przedstawia Kopalnicy jako pułapki bez wyjścia. Bianka i Zuza znają ludzi, którzy znaleźli pracę w Jeleniej Górze czy nawet w samym Wrocławiu, dorobili się w Reichu albo nieźle ustawili się na miejscu.
Pokazuje jednak, że do tego potrzebny jest łut szczęścia. Nie można sobie pozwolić na żaden błąd, żaden przypał, na pseudo-bunt w stylu „mój ziomo wypalił Amsterdam”, bo co dla warszawskiego licealisty w najgorszym wypadku oznacza zmianę szkoły, tutaj oznacza game over.
Mortka „poniósł porażkę” w takim sensie, że nikt w policji go nie chce, ale nie mogą go wywalić. Więc pensja regularnie wpływa na konto, ale nawet nie wie czy jest „na służbie”. Bianka i Zuza by zrobiły Dalece Niejedno dla faceta, który by im załatwił taką „porażkę życiową”!
No i one tak właśnie robią różne rzeczy dla różnych facetów, przy czym Bianka z doświadczenia już wie to, czego Zuza się tylko domyśla. Wie, że pewnego faceta należy omijać szerokim łukiem – ale awaria samochodu zmusza ją do szukania szybkiego zarobku.
Saspens polega więc nie na „czy złapią zbrodniarza”, tylko „czy Zuza i Bianka się z tego wyplączą”. Szybko zaczynamy im kibicować. Oczywiście, jako Wujek Dobra Rada miałbym dla nich mnóstwo propozycji – Bianka na przykład ma doświadczenie w opiece nad starszą osobą, w Warszawie mogłaby żądać wynagrodzenia w krugerrandach, a Zuza tak naprawdę musi się skupić na zdaniu matury, no ale Chmielarz świetnie pokazuje klątwę klasy ludowej.
Obie bohaterki ciągle mają jakiś pożar do gaszenia „na wczoraj”. Bianka bez samochodu nie zdziała nic, więc musi go naprawić. A Zuza, no cóż, jak pisał Poeta, „dance, drink and screw because there’s nothing else to do”. Na pierwszy rzut oka to brzmi atrakcyjnie, zwłaszcza dla takiego nerda jak ja, który w wieku Zuzy czytał durne książki o kosmosie, no ale Chmielarz potrafi pokazać że jednak nie ma czego zazdrościć (hm).
Jak by to ujęła Maria Janion, wszystkie polskie powieści są powieściami o uzależnieniach. Ta też. Gdzieś w tle mamy przesłanie, że w miejscowości typu Kopalnica gigantycznym życiowym osiągnięciem jest już samo tylko uniknięcie zapicia/zaćpania na śmierć.
No ale… czy to na pewno kwestia klasowego wykluczenia? Choćby nowy Varga z poprzedniej notki jest o warszawskich Ludziach Sukcesu, również usilnie pracujących nad zaćpaniem/zachlaniem na śmierć. Jako Dziadek Wojtek co to już niejedno widział mam wrażenie, że Szatańska Potęga Uzależnienia polega na tym, że wszystko jest pretekstem. Sukces trzeba oblać, porażkę trzeba zalać, a brak jednych i drugich, czyli Nuda, to dopiero najlepszy powód do picia/ćpania.
Czy rzeczywiście uzależnienia mają profil klasowy, poza trywialnym podziałem na używki droższe i tańsze? Nie wiem, pytam. Czytuję o tym raczej fiction niż non fiction. Czy awans klasowy ratuje przed zapiciem? To skąd literacki motyw uzależnienia jako ceny awansu?
Na koniec wyżalę się nad swoim tradycyjnym zarzutem do prawie wszystkich polskich kryminałów. Awaria samochodu Bianki jest istotna dla fabuły, opisywana jest na ładnych kilku stronach, wliczając rozmowę z mechanikiem, ale NIE DOWIADUJEMY SIĘ CO SIĘ ZEPSUŁO! Ba, nawet nie wiemy co to za samochód, poza tym że „stary golf”.
Dlaczego akurat golf? Mam wrażenie, że typowym autem Polski Wykluczonej jest szary opel. Po prostu ceterując parobasa, lepszą funkcjonalność zaoferuje stara astra.
Inny bohater książki jeździ „volvo z górnej półki”. No i co on robi widząc że droga będzie szła pod górę? „Redukuje bieg”. Volvo „z górnej półki”, ale z manualem i silniczkiem tak słabiutkim, że wymaga redukowania w Sudetach, nie w Alpach? Helou?
GDYBYM JA PISAŁ POWIEŚĆ, to może niekoniecznie bym informował o tych detalach, ale miałbym je w głowie. Rocznik, silnik, wyposażenie. Przecież to ważne w kryminale – np. od tego, czy ktoś ma w bagażniku matę, którą można wyjąć i umyć szlauchem, zależą możliwości pozbycia się zwłok! Inaczej też wygląda sprawa krwi na tapicerce skórzanej, inaczej na welurowej!
Czym jeździ Mortka, tego już w ogóle (chyba?) się nie dowiadujemy. A przecież wybór samochodu tak dużo mówi o człowieku! A przynajmniej ja mam tak, że od dziecka maszynki interesowały mnie bardziej od ludzików. Pewnie dlatego nigdy nie napiszę dobrej powieści. Ktoś coś tu pisał o niezdiagnozowanym spektrum…?
Nową powieść Krzyśka Vargi przeczytałem z zaciekawieniem, ale tym razem szczególnie mnie intryguje jak to odczytują ludzie młodsi, dla których to jest dostojny pan Krzysztof. Krzysiek produkuje jeden Portret Warszawiaka Czasu Transformacji za drugim, w tej książce też mam uczucie że maluczko, a jakaś postać będąca moją parodią gdzieś się pojawi jako cameo, no ALE… co to wszystko obchodzi ludzi spoza naszego bąbelka?
„Śmiejący się pies” to powieść wesoła jak „ekshumacja w listopadzie”, cytując narratoro-bohatera, który jak zwykle mocno przypomina Vargę. Bohater rzucił alkohol, ale wpadł w lekomanię. Zażywa gigantyczne ilości relanium i tym podobnych, uważa to wszystko za największe możliwe dobrodziejstwo cywilizacji, więc częstuje tabletkami swojego psa Ziutka – do którego snuje swoją (o)powieść.
Monologuje głównie na temat przyjaciela Tomasza. Był on kiedyś Człowiekiem Sukcesu, który ziścił klasośredniowe marzenie o założeniu rodziny i zapewnieniu jej dostatniego życia.
Po pięćdziesiątce Tomasz stracił jednak serce dla rodziny, a głowę dla znacznie młodszej od siebie kochanki i z ogromnego mieszkania przeniósł się do klitki. Chciał tu wszystko zacząć od nowa, ale kochanka rychło wróciła do swojego rówieśnika, z którym tak naprawdę nigdy nie zerwała.
Tomasz został sam. To znaczy, w towarzystwie swoich ostatnich dwóch przyjaciół: alkoholu oraz bohatero-narratora – który bez powodzenia próbuje nawrócić Tomasza na relanium. Większość fabuły to kronika miłosno-alkoholowego upadku opowiedziana psu Ziutkowi – acz w odróżnieniu od „Masakry”, jest tu pewien Zaskakujący Zwrot Akcji w finale.
Znam trochę ludzi takich jak Tomasz, którzy po pięćdziesiątce zburzyli wszystko co zbudowali. Zbudowali sobie na przykład piękny dom, pełen książek i płyt, z plazmą i kastomowym systemem hifi, po czym wszystko zostało z byłą żoną i z dziećmi, które nie chcą znać takiego tatusia, więc wylądowali z flaszką i pierdzidełkiem blututowym.
Pytanie „o czym oni myśleli” rzeczywiście wydaje mi się ciekawe literacko. Czy ktoś na serio może się spodziewać szczęśliwego związku przy różnicy wieku rzędu 30 lat? Rozumiem zaślepienie pożądaniem, ale przecież przez te kilka sekund po orgazmie mężczyzna jest w stanie myśleć w miarę trzeźwo?
Ale jak odbiera taki wątek młoda osoba czytelnicza? Na ile pamiętam siebie sprzed lat, przede wszystkim bym wściekle zazdrościł Tomaszowi bogactwa zarobionego, a narratorowi odziedziczonego. W związku z tym zamiast empatyzować z bohaterami, żałowałbym że jeszcze za mało cierpią.
Przy okazji „Masakry” Vargi pisałem, że jego proza to lament stachanowców kapitalizmu, fistowanych przez niewidzialną rękę rynku bez lubrykanta. Z tą książką jest podobnie.
Weszliśmy w kapitalizm niewiele o nim wiedząc. Z natury rzeczy nikt w naszym pokoleniu nie mógł mieć tatusia w korpo czy mamusi w NGO’sie, więc nasi rodzice nie mogli nam niczego doradzić. Oni mieli jakieś swoje wydeptane ścieżki w PRL, wiedzę o załatwianiu spraw w ustroju, który przestał istnieć. Nawet jeśli zajmowali się „prywatną inicjatywą”, ich doświadczenia były teraz bezużyteczne. Świat akademicki, edukacja i służba zdrowia też wyglądały inaczej, nie mówiąc o polityce.
Musieliśmy sami sobie wymyślać, kim właściwie w tym nowym ustroju chcemy być. Te pomyły były naiwne, bazujące na amerykańskich serialach. Jak w piosence Talking Heads: „A beautiful house, a beautiful wife, a large automobile”. Część z nas odkrywała, że tak naprawdę to nigdy nie było dla nich. Tak interpretuję wątek Tomasza (oraz paru prawdziwych historii moich rówieśników).
Często towarzyszyło temu przeświadczenie – zapewne również inspirowane popkulturą czasów Reagana – że jednostka nie ma żadnych praw w starciu z korporacją. Stąd na przykład przekonanie, które Varga wyraził w książce non-fiction, że Sapkowski nie ma szans w starciu z CD Projekt.
To świadczy o niezrozumieniu reguł gry, w którą graliśmy. I to było udziałem większości z nas, nieliczni się decydowali na otwarty konflikt z korpo (o czym mógłbym dużo i malowniczo). To zaczęli dopiero słynni „roszczeniowi milenialsi”.
To się przekładało na nasz dobrostan: wielu z nas miało poczucie „tkwienia w pułapce”, która tak naprawdę była głównie w naszej wyobraźni (oczywiście, manipulowanej przez System). To jest moje wyjaśnienie Zaskakującego Zwrotu Akcji.
No ale ja to czytam, bo dla mnie #toonas – o moich kolegach z pracy (jak Varga) czy też z Żoliborza w PRL (też jak Varga). Ale jak to czyta młody człowiek z innej miejscowości? Co was to wszystko wewogle? Miasta, które czytają Vargę, niech się wpisują…
Jak mawiał Lenin, są miesiące bez jednej blogonotki i są tygodnie codziennego szitpostingu. Więc bez zbędnych, zapraszam obecnych tu wielbicieli podkastów do podkastu Instytutu Narutowicza z gościnnym udziałem moim oraz Krzysztofa Iszkowskiego.
Instytut założyli pisowcy jako Instytut Dmowskiego. Za chwilę minister Braun przemianuje go na Instytut Eligiusza Niewiadomskiego. Jesteśmy w tym maleńkim okienku, w którym w Instytucie możliwe są rozmowy dwóch osób różniących się zdaniem – potem jeśli będą robić podkasty, to takie na zasadzie „rozmowy Ziemkiewicza z Lisickim”.
Co do mnie, to oczywiście nie przełamałem swojej niechęci do podkastów, ale jak wiecie – nie jestem w takiej pozycji zawodowej, żeby móc przesadnie grymasić. Zapraszają, to idę (oczywiście nie dotyczy to Tamtej Strony).
Na własnej skórze jednak wyraźnie odczułem, za co tych podkastów nie lubię. Czynność opisywana internetowym żartem „checks notes” jest w nich niemożliwa, każdy rozmówca jest skazany na to, co zapamiętał. A memoria, jak wiadomo, fragilizuje.
Ta notka to takie postscriptum, albo raczej esprit d’escalier. Jak już wróciłem z nagrania, sprawdziłen parę rzeczy, do których w rozmowie nawiązuję na zasadzie „no było takie coś, nie pamiętam szczegółów”.
Jedna to drobiazg: relacje, w których Karol Marks był opisywany jako czarujący rozmówca. Jak wynika z rozmowy, Iszkowski celowo wypełnił swoją książkę małostkową złośliwością, bo Marks też był taki małostkowy i złośliwy, co (rzekomo) odnotowują wszyscy, którzy się z nim zetknęli.
W rozmowie argumentowałem, że to nieprawda. To kołowe dowodzenie: Iszkowski złośliwie skupił się na relacjach, które to potwierdzają, pomijając inne.
Ta relacja, o której konkretnie myślałem, to nie była ta od „anonimowego szpiega” (o której wspomniał Iszkowski, upierając się jakby to była jakaś jedna jedyna). Nie mogłem sobie przypomnieć nazwiska autora, teraz sprawdziłem że to niejaki Henry Hyndman, który jeśli w ogóle czymkolwiek się zapisał w historii, to właśnie swoją relacją z Marksem (i o Marksie).
Co moim zdaniem jednak świadczy o tym, że podejście Iszkowskiego (inspirowane Kołakowskim) jest błędne. Jeśli Marks rzeczywiście niczego wartościowego nie stworzył, to dlaczego Iszkowski nie napisał o Hyndmanie właśnie? Jak się skupiamy na wadach i porażkach Marksa, gubimy z oczu jego osiągnięcia. W blogonotce porównywałem to do pisania o muzyku rockowym z pominięciem jego płyt, za to z mnóstwem ciekawostek typu „ćpał, chlał, i się nie mył”.
Ważniejszy jest dla mnie drugi detal, o którym zapomniałem. Że teraz ja sobie pozwolę na małostkowość: Krzysztof Iszkowski dużo zawdzięcza belgijskiemu prawu pracy (o tym jest w jego oficjalnym CV!). Tego prawa pracy nie przyniósł mu Pan Bóg ani Święty Milton, tylko belgijscy socjaliści wywalczyli je na barykadach.
No i oczywiście jak to w podkaście – pamiętałem że była taka masakra, i że ma jakieś francuskie określenie, no ale nie mogłem sobie przypomnieć przy mikrofonie. No to jako musztarda po obiedzie: „fusillade de Mons”, „strzelanina w Mons”, rok 1893. Według tante Wiki, od 13 do 20 ofiar śmiertelnych i cholera wie ile rannych, bo to nie są czasy w których zaraz po masakrze przyjeżdżało pogotowie.
Nigdy nie wolno nam zapominać, że te wszystkie uprzyjemniające nam życie drobiazgi, jak płatny urlop, powszechne prawo wyborcze czy ośmiogodzinny dzień pracy, przodkowie wywalczyli ginąc na barykadach i szafotach. I to nie jest metafora, tylko po prostu w obronie dywidend Reakcja się nie cofnie przed niczym.
I teraz „skup się, do metalu”. Ówczesna Belgijska Partia Pracy, matka obecnej belgijskiej socjaldemokracji, została założona przez ludzi tak głęboko czujących się uczniami Marksa, że na zjazd założycielski symbolicznie wybrali brukselską kawiarnię, w której Marks napisał „Manifest Komunistyczny”.
W przypadku niemal każdej zachodniej partii socjaldemokratycznej (asekuracyjne „niemal” dodałem dlatego, że nie jestem pewien czy czytałem o nich wszystkich; na pewno o wielu) można poprowadzić prostą genealogię. Że oto założyciele, Jean Ouvrier i Hans Arbeiter, przeczytali „Kapitał” i powiedzieli „załóżmy partię pracy”. Albo poszli na odczyt kogoś, kto przyjechał z Niemiec zainspirowany Marksem (jak założyciel szwedzkiej socjaldemokracji August Palm).
Jak ktoś ma łoś-łoś fiksum dyrdum meszugene kopf a la Kołakowski i Marks mu się kojarzy wyłącznie z komunizmem, to oczywiście może napisać taką książkę, ale po co. Książek „Komunizm był be” napisano już od grzmota, czy ma sens powiększanie tego stosu?
Znacznie ciekawszy wydaje mi się temat kontynuacji myśli Marksa na Zachodzie. Jak od pięknego literacko, ale momentami niesłychanie naiwnego „Manifestu komunistycznego” przeszła w powagę „Kapitału”, a potem przez barykady takie jak ta w Mons i ruch oporu przeciw Hitlerowi, przeszła w końcu do Unii Europejskiej. Najbardziej udanej próby stworzenia raju na Ziemi w historii ludzkości (zwłaszcza gdy przyjmujemy punkt widzenia przeciętnego człowieka, a nie księżniczki czy faraona).
No ale takiej książki na polskim rynku nie ma wcale (nie przegapiłbym!), a nie wiem czy wyszła gdziekolwiek. Ech.
PS. Jeśli ktoś w komciach mi chce nawrzucać na zasadzie „nie nadajesz się do podkastów!”, to proszę bez krępacji. Właściwie z góry się zgadzam. Na usprawiedliwienie mam, jak już pisałem, ogólną pozycję niepozwalającą na grymaszenie + świadomość że to krótkie okienko między Dmowskim a Niewiadomskim, za chwilę się zamknie.
Il Duce otwiera fabrykę Mirafiori 15 maja 1939 (domena publiczna)
Przed wyborami straszyłem faszyzmem. Co myślę po wyborach? To samo, że jest to realne zagrożenie i w tej notce to teraz doprecyzuję, ale zapewne niektórym naturalne się wydaje pytanie: skoro tak myślę, to czemu nie uciekam?
Szczerze: czuję się za stary na zaczynanie życia od nowa. Niezależnie kto rządzi, i tak nie mam żadnych aspiracji poza dopełznięciem do emerytury. Sukcesu już i tak nie osiągnę, najwyżej przy sprzyjających wiatrach napiszę jeszcze ze dwie-trzy niszowe książki dla osób o bardzo specyficznych zainteresowaniach.
Historia totalitaryzmów – poza masowymi grobami – jest też na szczęście pełna starszych panów, którym reżim pozwolił wegetować gdzieś na marginesie w zamian za niewychylanie się („nicht hinauslehnen, nie wysowywatsa”). To jest teraz moje „gdzie siebie widzisz za 5 lat”.
W dyskusjach o faszyzmie widziałem pewne pomieszanie pojęć, stąd moja potrzeba doprecyzowania. Zrobię na wstępie zastrzeżenie literaturowe, że będę się tu posługiwać swoim rozumieniem pojęć i procesów historycznych zbudowanym na postawie książek Ryszki, Baszkiewicza i Borejszy, z domieszkami Hannah Arendt i Tima Snydera.
To są autorzy co najmniej tak starzy jak ja. To trochę zaleta, bo rozumiejący „tamte czasy”, ale trochę wada, bo nie umiemy (ja też nie) docierać do młodzieży, która ich nie pamięta. Widzę teraz i w Polsce i w Ameryce wśród młodych lewicowców postawy typu „następne wybory nasze”, bo po prostu sobie nie wyobrażają wyborów w atmosferze terroru. Ten terror w Ameryce już jest, a „polish MAGA” go skopiuje.
Więc tak na marginesie: jeśli ktoś zna jakiegoś „Poppera millenialsów”, jeśli są jakieś ciekawe nowe teorie faszyzmu – dajcie znać w komciach. Oczywiście, będę też wdzięczny za merytoryczną krytykę mojego rozumienia tych autorów, jakieś „you know nothing of my work!” od ducha Hannah Arendt.
W tymże duchu, zacznę od rewolucji francuskiej. Jako rzecze rzeczona, pojęcie „rewolucji” jako zmiany ustroju istniało już od renesansu, ale do 1789 oznaczało COFNIĘCIE ZMIAN (dosłownie: obrót). Na początku chodziło tylko o przywrócenie Stanów Generalnych, nie zwoływanych od 1614, a skończyło się rewolucją w rewolucyjnie nowym znaczeniu.
To wytworzyło w całej Europie Reakcję przez duże R – zbiorczy prąd zmierzający do cofnięcia historii przed 1789. Tak jak wiele lat później Hitler powiedział zeznając w sądzie, chodziło o „rewolucję przeciwko Rewolucji”.
W 1815 wydawało się, że to możliwe. Na straży Reakcji stanęły trzy mocarstwa, które szczególną miłością darzyli ówcześni Polacy – Rosja, Austria i Prusy, połączone Świętym Przymierzem. Przez następne 100 lat to Przymierze się stopniowo rozsypywało, ale przez kawał XIX stulecia było Potęgą.
Reakcja bazowała na prostym przywróceniu dawnych feudalnych przywilejów – żeby Pan Hrabia mógł sobie spokojnie pokojówki wydupczyć a chłopów wychłostać (lub w zależności od preferencji, odwrotnie), i żaden sąd nie miał mu prawa przeszkodzić. Te feudalne przywileje kłuły w oczy ludzi „nowych pieniędzy”, rosnącą w siłę burżuazję, która do 1848 wspierała Rewolucję jednoznacznie, a i potem często zawierała z nią taktyczne sojusze w rodzaju koalicji liberalno-socjalistycznych.
Pierwsza Reakcja była skazana na historyczną porażkę, bo parcia na rzecz rozszerzania praw wyborczych z różnych powodów nie udawało się powstrzymać. A im więcej ludzi ma prawo głosu, tym trudniej się przebić z hasłem „więcej przywilejów dla arystokracji”. Pierwsza wojna światowa dobiła ją definitywnie.
Klasyczna Reakcja (rosyjscy biali, DNVP) próbowała się początkowo odrodzić, ponosząc same porażki. Pierwszy faszyzm był nowym pomysłem na rozszerzenie reakcjonizmu o sojusz z częścią burżuazji – ludźmi „nowych pieniędzy”, którzy chcieli żyć jak dawni markizowie, którzy z kolei nie mieli już wiele do stracenia.
Literatura i film zostawiły nam mnóstwo malowniczych portretów narodzin tego sojuszu, że wspomnę małżeńsko-majątkowe intrygi w tle wielkich dziewiętnastowiecznych powieści. Netflix niedawno przypomniał nam „Lamparta”, kolejną historię o tym jak pieniądze Sedarów połączą się ze starożytnym tytułem Salinów – prefigurując faszyzm. Który był właśnie tym: fantastyczną okazją biznesową dla rodziny Agnellich (założycieli Fabbrica Italiana Automobili di Torino) pod rządami króla Wiktora Emanuela, sprawowanymi przez Il Duce i jego zięcia, hrabiego Ciano.
Kluczowym elementem nowej formuły było dopuszczenie do koryta burżuazji, żeby zobaczyła że faszyzm może jej zaoferować więcej od liberalizmu. Cóż – zobaczyła, poparła i zwyciężyła.
Faszyzm w roku 1938 wydawał się formułą równie wiecznotrwałą, jak klasyczna reakcja w roku 1815. Poniekąd słusznie: kraje faszystowskie, którym udało się nie wkręcić w drugą światówkę, przetrwały do naszych czasów (już byłem na świecie gdy upadały).
Tu pauza definicyjna. W duchu autorów przywoływanych w inwokacji, za kluczowy element uważam reakcjonizm. Zatem zaliczam Franco i Salazara, a także Metaxasa (czyli że był jeden faszyzm „proaliancki”), natomiast NIE zaliczam sanacji i republik bałtyckich: w każdych z tych państw były jakieś siły faszystowskie, ale w 1939 były za słabe, bo po prostu Salinowskich wygonili, a Sedarowscy się nie zdążyli aż tak dorobić.
Rok 1945 przyniósł wielką klęskę Reakcji i historyczne zwycięstwo Rewolucji. Przez piękną krótką chwilę zimnowojenny spór toczył się o to, w którym ustroju lepiej się żyje klasie robotniczej. Doprowadziło to zachodnią lewicę do straszliwego historycznego błędu. Uwierzyła, że dawnej Reakcji już nie ma, a Gianni Agnelli, wnuk/syn faszystów, Bourbonów i Sabaudów, sponsor Juventusu (y otros, y otros), tak po prostu pogodził się z demokracją i nie będzie kombinować jak tu poskromić związkowców, no bo po prostu na niczym mu tak nie zależy, jak na dobrostanie włoskiej klasy robotniczej.
Na wszelki wypadek zaznaczam, że opisuję ten akurat ród nie dlatego, że jest jakiś najgorszy, tylko wprost przeciwnie, bo jest typowy. Po prostu lepiej takie procesy ilustrować na konkretnych przykładach – oczywiście może być też Porsche-Piech, Krupp albo Henkel.
W europejskim kapitalizmie do dziś mamy trochę takich malowniczych dynastii, w których drzewach genealogicznych konary Wokulskich splatają się z pędami Łęckich. W każdej z nich pytanie „a co właściwie dziadek robił podczas Holokaustu” należy do najgorszych faux pas (choć czasem mają przynajmniej jednego Raoula Wallenberga jako listek figowy).
Z historycznego punktu widzenia, ci ludzie nigdy nie zrezygnowali ze swojego podstawowego marzenia: odzyskać przywileje. Jak dziadek, być ponad prawem. A jak już nie mogą wychłostać pracowników, to niech ich chociaż policja spałuje za strajkowanie.
Tym razem trzecia formuła nadeszła z USA, gdzie pojawiły się kolejne dynastie „nowych pieniędzy”, w porównaniu z którymi to Wallenbergowie są „starzy”. Fundowały liczne think tanki, z których jeden – Heritage Foundation – stoi, UWAGA!, i za neoliberalnym programem Reagana, i za neofaszystowskim programem Trumpa (Project 2025).
Dlatego mylił się srodze komcionauta, który w tasiemcowej dyskusji pod poprzednią notką przeciwstawiał neoliberalizm neofaszyzmowi. They’re the same picture: chodzi o przywileje dla nowych dynastii. Główna różnica polega na tym, że stare dynastie już się nie liczą w nowym rozdaniu – Murdochowie nie odczuwają już potrzeby żenienia się z Saxe-Coburgami. Po cholerę im to, to już nie jest XX wiek.
Zasadniczy cel jest jednak z grubsza ten sam: odkręcić prawa kobiet i prawa pracownicze, przywrócić rasizm, nie płacić podatków, dawać rządowe zamówienia z pominięciem wkurzającej biurokracji procedur przetargowych. Głównym wrogiem dla nich jest powszechne prawo do głosu i ogólnie prawo do tego, żeby jakaś aktoreczka niszczyła karierę tak zasłużonej osoby jak Harvey Weinstein jakimiś wydumanymi oskarżeniami.
W ostatniej Polityce pisałem o Curtisie Yarvinie i NRx, ale neofaszyzm („alt-right”) ma różne oblicza. Z poprzednim było tak samo, w typowym scenariuszu mieliśmy ze dwie partie faszystowskie, z których jedna wchłaniała drugą (mniej lub bardziej pokojowo). Bywało i tak, że władzę obejmował Tradycyjny Konserwatysta, postrzegany przez partie demokratyczne jako „Mąż Opatrznościowy, jedyny który może zatrzymać tych prawdziwych faszystów”, który przekazywał im władzę, albo do nich dołączał (Hindenburg, Horthy, Antonescu).
Kluczowe do faszyzacji są dwa elementy: monopolizacja mediów, umacniająca w społeczeństwie wrażenie, że „przecież wszyscy tak myślą” oraz fizyczna przemoc zastraszająca tych, którzy jednak „tak nie myślą”. Oba te elementy są już w Stanach, a „polish MAGA” to za chwilę skopiuje.
Historycznie pierwszą reakcję zniszczyła pierwsza światówka, a drugą druga. Nie wiem czy teraz uda się zatrzymać trzecią bez równie ponurych wydarzeń.
Najsmutniejsze dla mnie jest to, że wpadamy w podobne koleiny. Kiedy upadają te republiki weimarskie, nikt ich nie żałuje. Na początku wszystkich cieszy „koniec duopolu” i nikt nie ma świadomości, że to były ostatnie wolne wybory na następne 53 lata (Rumunia: 1937-1990).
My już też wpadliśmy w te koleiny. Nawet antyfaszyści sarkają, że mają dość rządu powtarzającego, że nic nie może, bo prezydent wszystko wetuje. No to będziecie mieć robaczki taki, któremu rząd będzie tak ochoczo wszystko podpisywać, aż was „kukle zaswędzą”, cytując klasyka.
Więc tak zupełnie z innej beczki, żeby odpocząć itd., wrócę do cyklu muzycznego. Na stare lata zachowuję się często jakbym był bohaterem opowiadania sf próbującego przewidzieć rok 2025 w roku 1985. Częstym motywem wtedy było to, że gdy bohater ma w przyszłości korzystać z rozrywek z przyszłości – to sięga po klasykę (a nie po coś ze „swoich” czasów).
Więc na nocnym stoliku ma „Niezwyciężonego” Lema, na holodecku odgrywa sceny z westernu albo kryminału noir, a jak słucha czegoś z Planetarnego Repozytorium Zasobów Cyfrowych, jest to Frank Sinatra. Ja w każdym razie jestem ostatnio bohaterem opowiadania typu „Wsiadł do samochodu. Ten go jak zwykle rozpoznał i przywitał komunikatem Witaj, WO, po czym przez łączność bezprzewodową rozpoznał komunikator w jego kieszeni i dokonał znakomitego wyboru. Na centralnym wyświetlaczu pojawiła się charakterystyczna okładka płyty Fear of Music Talking Heads, a z rozmieszczonych przestrzennie głośników zaczęły dobiegać dźwięki, które choćby i za 500 lat wszyscy będą rozpoznawać jako mistrzostwo produkcji Briana Eno”.
No tak to mniej więcej wyglądało. „Fear of Music” to płyta tak dobra, że aż trudno mi się tu dostosować do charakterystycznej dla tego cyklu konwencji trzymania się piosenek. Przecież zacząłem to właśnie w szczytowej fazie zachłyśnięcia się cyfrową muzyką (o ja cie nie mogę, cała płytoteka w kieszeni!) i nie myślałem, że kiedykolwiek wrócę do słuchania albumów z winyla.
No ale fakt jest faktem, winyli do samochodu nie zabiorę (tak, wiem że kiedyś były takie konstrukcje – ale z tego co się orientuję, wyłącznie na single i w dodatku z niszczącą płyty wkładką piezoelektryczną, więc tak czy siak bym nie chciał). Z wielkim trudem wybiorę więc piosenkę być może najbardziej rozpoznawalną z tej płyty, bo powtórzonej na znakomitym koncercie „Stop Making Sense” (wrzuciłem tą wersję, choć notka jest o studyjnej).
Pełny tytuł to „Life During Wartime (This Ain’t No Party… This Ain’t No Disco… This Ain’t No Foolin’ Around)”. Oczywiście jako nastolatek byłem zachwycony przesłaniem „no disco”, nie umiałem wtedy bowiem zauważyć, że ta pozornie czysto postpunkowa płyta pełna jest muzycznych nawiązań do nurtów, które post factum nazwano „disco” (w połowie lat 70. nie było takiego nurtu, pionierzy disco uważali siebie za muzyków rockowych, funkowych albo soulowych).
Podmiot liryczny prowadzi życie, o którym czytaliśmy wtedy w pierwszych zachodnich thrillerach Forsytha i MacLeana (a jak dzisiaj wiemy, wzorowane na prawdziwym ojcu zachodniego terroryzmu: Iliczu Ramirezie Sanchezie). Ma „trzy paszporty” i tak często zmienia wygląd, że już sam nie pamięta jak wygląda naprawdę.
Czy to naprawdę monolog terrorysty, czy jakiegoś wariata, który o tym fantazjuje? Przepraszam: osoby w kryzysie. Teksty piosenek z tej płyty często brzmią jak monologi osób w rozmaitych kryzysach, na które natykamy się w miejskim zgiełku. Jeden uważa, że zwierzęta spiskują by nas wszystkich wykończyć, drugi chce sobie wybrać miasto do mieszkania i wymienia przedziwne argumenty („Memphis, miasto Elvisa i starożytnych Greków”).
Moje ukochane piosenki postpunkowe i nowofalowe z końca lat 70. nader często snuły apokaliptyczne wizje i tak jest w przypadku „Fear of Music”. Takim ogólnym morałem z wszystkich tych piosenek jest że nadchodzi „Koniec Świata”.
Ta do mnie wtedy z jednej strony przemawiała, ale z drugiej – jako mieszkaniec PRL – nie mogłem się powstrzymać przed pewną zazdrością. Twórcy tych piosenek nadal korzystali z różnych dobrodziejstw gnijącego państwa dobrobytu, co się przebija do tekstów: mieszkali w mieszkaniach komunalnych, mieli sprawne metro, dzięki zasiłkom i stypendiom mieli czas na dopieszczanie debiutanckiej płyty.
W następnej dekadzie nastąpi paradoksalna zamiana. Sade, Bronski Beat, Soft Cell, Culture Club itd. będą mieszkać w squatach albo sublokatorskich pokojach bez szans na stypendia i zasiłki, co też się będzie przebijało do ich tekstów. Ale jednocześnie właśnie ich muzyka zrobi się łagodniejsza, bardziej jednoznacznie taneczna, ponownie dyskotekowa (choć nadal bez używania brzydkiego słowa na „d”).
Wygląda więc na to, że tą apokalipsą, którą straszono pod koniec lat 70. był po prostu neoliberalizm. Punkrockowców wykończył nie Ilicz Ramirez Sanchez tylko Margaret Hilda Thatcher. I w ten sposób „Fear of Music” robi się jeszcze straszniejszy.
Warszawa gdyby rządził w niej Trzaskowski (fot. domena publiczna)
Jakaś część czytelników blogaska zastanawia się nad wyborem mniejszego zła w drugiej turze. Te wątpliwości wydają mi się wynikiem dwóch błędów – niedocenianiem rozmiarów Zła w postaci Nawrockiego, i przecenianiem go w przypadku Trzaskowskiego.
Zacznę od Większego Zła. Część z Was może mówić „PiS już rządził i w sumie nie było tak źle”.
Że to nie będzie taki PiS jak przedtem – daje nam przykład Trump, z którego światowa prawica czerpie inspiracje. Za pierwszej kadencji mimo wszystko nie posuwał się do masowych deportacji, grożenia inwazją Kanadzie czy Grenlandii, wstrzymywania pomocy dla Ukrainy. W sprawach zdrowotnych słuchał się fachowców, nie antyszczepionkowych wariatów. Respektował autonomię uczelni i przynajmniej literę prawa.
W Polsce trzecie rządy PiS będą wyglądać podobnie. Jeśli myślicie, że macie jakąś bezpieczną niszę, w której będziecie nie do ruszenia – to się zdziwicie tak jak Amerykanie, którzy nie chcieli głosować na Harris, „bo nic nie zrobiła by powstrzymać ludobójstwo w Gazie”.
Czujesz się bezpiecznie, bo pracujesz na wyższej uczelni? Nowy PiS rozwali Uniwersytet Warszawski, tak jak Trump niszczy Harvarda. Pracujesz w międzynarodowym korpo? Wycofają się z Polski, rządzonej przez niepohamowanych populistów. Pracujesz w kulturze, w mediach w samorządzie miejskim, w NGO? Dopadną cię i tam, rozpędzą samorząd i wprowadzą władzę komisaryczną, zakażą działalności nieposłusznych NGO’sów, będą robili najazdy na redakcje, teatry i domy kultury aż wymuszą na nich Selbstgleichschaltung.
Duda był jaki był, ale hamował co skrajniejsze pomysły swojego obozu. Nowy PiS możemy sobie częściowo wyobrażać na podstawie tych ustaw, które jednak im wetował. A był to na przykład Lex Czarnek, czyli ustawa dająca kuratoriom (w praktyce: ministrowi) możliwość ręcznego mianowania dyrekcji szkół, także prywatnych. Wtedy już nigdzie nie ukryjesz dziecka przed obowiązkową mszą za żołnierzy wyklętych.
Myślisz, że jeśli jesteś zamożnym gejem jak Krystian Legierski, to cię to wszystko nie obchodzi? Każdego mogą jakoś załatwić, jego na przykład mogą skreślić z listy adwokatów. Mi mogą odebrać uprawnienia nauczycielskie. Władza może dużo, Amerykanie codziennie teraz to odkrywają.
A co do Trzaskowskiego jako mniejszego zła? Zacznę od tego, że Warszawa jest ogólnie przyjemnym miastem. Jeśli ktoś mieszka poza nią i wyobraża ją sobie na podstawie mediów społecznościowych, być może ma jakąś wizję w stylu Sin City, ale nic bardziej błędnego.
Oczywiście mnie to też wkurza, że wszystko powstaje zbyt wolno i za mało. Chciałbym więcej metra i tramwajów, więcej ścieżek rowerowych, więcej nowych parków – ale już i tak jest całkiem fajnie w porównaniu z tym, co było za rządów PiS.
Kto Warszawę zna tylko z mediów, ten z pewnością słyszał o całkowicie nikomu niepotrzebnej kładce pieszo-rowerowej. Jest bardzo bezużyteczna, bo panuje na niej taki tłum, że nie da się szybko przejechać rowerem.
Oczywiście, kto NAPRAWDĘ jeździ rowerem po Warszawie ten wie, że na bulwarach i tak nie da się szybko jeździć. Niby jest wyznaczona trasa, ale wszędzie są znaki i napisy na chodniku „ZWOLNIJ, UWAŻAJ NA PIESZYCH”. Nawet więc gdyby zbudować obok specjalną kładkę tylko dla rowerzystów bijących rekordy, to i tak wpadną w ten nadwiślański tłum.
O tych niepotrzebnych kładkach, tramwajach i liniach metra słyszymy zazwyczaj od tak zwanych „aktywistów”, co do których mam wątpliwości, czy oni w ogóle poruszają się po Warszawie. Najlepiej świadczy o nich to, że walczą teraz ze skrzynkami z instalacją elektryczną, których podobno jest za dużo i to szpeci krajobraz miejski. Miasto, w którym są takie problemy to miasto bez problemów (w latach 90. człowiek nie liczył skrzynek, tylko wypatrywał zagrożeń).
Trzaskowskiego krytykuje się za to, że nie ma swoich poglądów tylko usiłuje się dogadać z każdym. To prawda i ja też wolałbym wyraziście lewicowego prezydenta, ale prezydent centrowy, co to i na piwo z prawakiem, i na kombuczę z lewakiem, to jeszcze nie jest takie znowu największe zło. To nie jest druga tura Chirac-Le Pen, którą kiedyś mieli Francuzi.
Nawrocki nie będzie się chciał z nami dogadywać, drodzy lewacy. On reprezentuje siłę polityczną, która nasze miejsce widzi w obozach. Jeżeli ktoś uważa że przesadzam, to proszę spojrzeć na USA, gdzie Trump już mówi o formalnym „zawieszeniu habeas corpus”, a i bez tego już teraz habeas corpus jest fikcją, skoro każdego mogą uznać za nielegalnego imigranta i tym samym pozbawić prawa do procesu (a więc m.in. do możliwości udowodnienia, że się nie jest nielegalnym imigrantem). Ale Kamala Harris była za mało wyrazista…