Now Playing (203)

Na poważne tematy i tak nic mądrego nie wymyślimy, proponuję więc wrócić do kategorii „plejlista”. Jak pisałem, kolekcjonuję muzykę taneczną z lat 70., 80. i 90.. Czas na bieda-teoryjkę wyjaśniającą, co tak szczególnego jest w tych trzech dekadach.

Warta rozważenia jest oczywiście hipoteza zerowa: nie ma nic, to zwykła nostalgia za dzieciństwem i młodością. Nie mogę jej odrzucić, ale mam słaby argument przeciw: jako didżej-amator mam czasem przyjemność obserwowania entuzjastycznych reakcji zetek i milenialsów na piosenki nagrane przed ich urodzeniem. Zresztą wszyscy znamy fale nagłego zainteresowania Abbą, Kate Bush czy A-ha wśród Dzisiejszej Młodzieży, za sprawą takiej czy innej popkulturowej przypominajki.

Kalendarzowe granice są jak zwykle umowne. Zdarza mi się puścić piosenkę formalnie z lat 60., która jednak brzmi jakby była już z następnej dekady (typowy przykład – Sam & Dave „Soul Man”). Tym ciekawsza wydaje mi się próba zdefiniowania co to znaczy „jakby z następnej dekady”.

W latach 60. ludzkość powoli oswajała się z koncepcją „tańczenia do muzyki z płyt”. Na początku dekady każdy nawet umiarkowanie szanujący się lokal musiał mieć zespół grający na żywo, pod koniec lokale zwane „discotheque” zaczynały się robić modne (choć nigdy tak do końca nie wyparły koncepcji „Jede Abend Live Music”).

Tej ewolucji towarzyszyły zmiany zachowania publiczności. Przez stulecia taniec był czynnością wysoce sformalizowaną, a te wymogi często oznaczały, że bez partnera nie mamy czego szukać na parkiecie.

W dyskotekach pojawiły się kroki typu „two step” czy „hustle”, w którym partner jest wskazany, ale niekonieczny, a formalne wymogi były tak rozluźlione, że wyewoluowało to do fristajla. Że przypomnę hymn tamtej epoki, „Łakamakafą”.

Im więcej swobody miała publiczność, tym sztywniejsza robiła się sama muzyka. Każdy hicior po 1970 na przykład określone tempo, dajmy na to 128 bpm. Współczesna konsola to automatycznie wyświetla, a analogowi didżeje je sobie wypisywali na kopertach płyt dla ułatwienia miksowania.

Tymczasem jeśli sobie z didżejskiego oprogramowania puścimy taneczny bigband z lat 50., zobaczymy że te bpmy pływają jak na gramofonie ze skopanym napędem. Ci ludzie grali nierówno nie dlatego, że nie potrafili grać równo tylko dlatego, że manipulowanie tempem było dla nich jedną z metod ekspresji – nie myśleli w mechanicznych kategoriach, tylko grali „napierdalamento con brio”.

Rock był bardziej sformalizowany od jazzu, ale w latach 60. jeszcze w piosenkach rockowych granych do tańca zdarzały się złamania tempa czy akordy dysonansowe. Robili tak choćby Bitelsi. Pod koniec dekady wyłaniają się z tego dwie osobne ścieżki ewolucji: rock grany do tańca (a więc konserwatywny w kwestiach rytmu i harmonii) i rock progresywny do słuchania.

Brak mi wiedzy muzycznej, zapewne piszę więc jakieś głupoty – i będę wdzięczny za destruktywną krytykę, zawsze miło się czegoś dowiedzieć. Zaryzykuję prostą hipotezę, że muzycy i tancerze nie mogą jednocześnie freestyle’ować. Albo ci, albo tamci. Narastający konserwatyzm muzyki tanecznej był odbiciem coraz luźniejszych obyczajów na densflorze.

To, co dziś zbiorczo nazywamy „disco”, było spotkaniem odmiennych tradycji muzycznych. Abba wywodziła się z ruchu „svenska dansband”, Farian i Moroder z niemieckiej „Schlagermusik”, Bee Gees i ELO uważali siebie za rockmanów, amerykańskie gwiazdy grały soul i funky.

Gdybyśmy puścili dziś to, co ci sami muzycy nagrywali kilka lat wcześniej, densflor opustoszeje. Mało kto chce tańczyć do WCZESNYCH Bee Geesów. To kolejny argument za tym, że w latach 1970. następuje jakaś przemiana.

Dyskoteka sprowadziła te różne nurty do wspólnego mianownika maksymalnej prostoty rytmiczno-aranżacyjnej. 4/4, dur/mol, okolice 125 bpm. Dobrze to pokazuje kurczący się skład i upraszczanie kolejnych przebojów ELO. W latach 80. okazało się, że to wszystko można zagrać na jednym keyboardzie, a w latach 90. pełna cyfryzacja sprawiła, że zatarły się same pojęcia „instrumentu” czy „piosenki”.

Stąd górna cezura. Po 2000 muzyka zaczyna lecieć już nawet nie z cedeka, tylko z laptopa. A ten i Pendereckiego może nam przerobić na C-dur i 125 bpm oraz dobrać housowy beat do tego.

Ludzie faktycznie zaczęli robić takie przeróbki, stąd moda na mashupy, a potem electroswing czy jazzowe przeróbki Technotronic. To już jednak wykracza poza temat notki.
Moja teza jest więc taka, że okolice 1970 to rozpoczęcie wielkiego upraszczania muzyki tanecznej, zakończonego pożarciem własnego ogona około 2000, razem z automiksem, autotunem i autowszystkim. W zalewie strukturalnej prostoty lubimy takie oldskulowe mini-komplikacje jak żywe smyczki, analogowy syntezator czy funkujący bas – stąd nostalgia.

To moja teoria na temat tych trzech dekad, raz jeszcze zapraszam do dyskusji. A ja u przejdę do konkretyzacji: moim ulubionym symbolicznym podsumowaniem tej 30-letniej tendencji jest „L’amour tououjrs” Gigi D’Agostino. Wiem, że w Niemczech wykorzystuje go skrajna prawica, ale nie jestem w Niemczech (swoją drogą to zabawne, że nawet oni nie wolą Aryjczyka).

D’Agostino coverował hity z lat 80. takie jak „You Spin Me Round” albo „Riddle” i jego przeróbki dobrze pokazują tendencje do upraszczania. Gigi kasuje wszelkie solówki i sprowadza rytm do najprostszego „umcyk umcyk”.

Kiedy pierwszy raz usłyszałem „L’amour tououjrs” myślałem, że to przeróbka jakiejś arii. Zakładałem, że to jakiś zsamplowany operowy Enrico Palazzo – tym bardziej, że nazwiska wokalisty nie ma na płycie.

Dziś, gdy mam do tego wszystkiego bardziej kolekcjonerskie podejście wiem, że to Afrobrytyjczyk Ola Onabule. Mam nadzieję, że jakiś ichni Zaiks wypłaca mu fortunę za udział w megahicie sprzed 25 lat, ale facet z jakiegoś powodu nie przyznaje się do swojego największego sukcesu w oficjalnym biogramie na własnej stronie.

A nie żeby tych sukcesów miał zbyt wiele. Ze strony wynika, że jego ostatni publiczny występ miał miejsce w 2019 w Nowym Jorku, w prestiżowej hali „Pub u Joego”. Poza tym już tylko czasem lajfuje z domu.

Jak wiecie, uwielbiam takie tematy, więc gdy dziś tego słucham, myślę o sytuacji faceta w Tym Wieku, kiedy już wiadomo, że co się miało osiągnąć, to się osiągnęło. Dwudziestolatek jeszcze może marzyć, że dziś pub u Joego, jutro Madison Square Garden, ale sześćdziesięciolatek już wie, że dziś lajfuje z domu, jutro z domu opieki.

„L’amour toujours” królowało na listach przebojów w tych ostatnich chwilach, kiedy świat zmierzał w dobrym kierunku. Na całym świecie miały zapanować demokracja i prawa człowieka, można było wznieść za nie toast w restauracji „Windows on the World” na szczycie World Trade Center, a w cyfrowych nowinkach widzieliśmy wolność, a nie zniewolenie.

„Gazeta Wyborcza” miała po kilkadziesiąt stron i milionowy nakład. I mało kto się spodziewał, że tak szybko to się wszystko rozpierniczy. W każdym razie ja na pewno nie.

Zdrada Zachodu

Fragment francuskiego drzewa decyzji

W Polityce piszę o tym, jak hasło „zdrady Zachodu” opisywane jest w różnych wersjach Wikipedii. W skrócie, pełne spektrum – od udawania że nie ma tematu (polska, niemiecka, włoska), poprzez „temat budzi kontrowersje” (angielska), aż po „oczywiście że jest temat” (hiszpańska, rumuńska).

Stąd od razu moje pierwsze „a wy jak myślicie”. Czy poza mocno już zdeaktualizowaną książką Jemielniaka, znacie jakieś poważne prace porównawcze? Wydaje mi się wdzięcznym tematem badawczym porównanie na serio, jak w różnych językach pisze się na tak kontrowersyjne tematy jak aborcja czy majonez.

Zgodnie z tradycją, że na blogu piszę na tematy zbyt żenujące jak na felieton, tutaj o zdradzie Zachodu napiszę na podstawie jeszcze bardziej tandetnego źródła. Czyli, ma się rozumieć, mechaniki „Hearts of Iron”.

Zacznę jednak od deklaracji serio. Temat jest moim zdaniem ważny i aktualny. „Czy nas znowu sprzedadzą Putinowi”, to jedno z tych pytań, od których zależy wszelka nasza przyszłość – także wybory z 2027, co do których niektórzy już wiedzą, że Nowa Lewica nie weźmie niewiernego Razem na listy.

W ujęciu historycznym to też jest ciekawe. Francuzi nie chcieli umierać za Pragę i Gdańsk, a dwa lata później ginęli w Belgii w znacznym stopniu z broni, którą Niemcy skonfiskowali podbitej Polsce i Czechosłowacji.

Z naszego punktu widzenia to było z ich strony samobójczo głupie. Przecież gdyby w 1938 wypowiedzieli wojnę Niemcom, wyszedłby z tego w najgorszym wypadku pat, ale nie Blitzkrieg. Sami by na tym wyszli dużo lepiej, a co dopiero my – w alternatywnej ścieżce bez Holokaustu i Katynia, którą usiłuję budować w tej grze.

Ale jak to wygląda z ich punktu widzenia? Oczywiście, człowieka Zachodu mogę tylko kosplejować, ale „Hearts of Iron” pozwala zrozumieć mechanizmy decyzji, a co za tym idzie, zadać sobie pytania co (i czy) dziś wygląda inaczej.

Otóż najfajniejsze w tej grze jest to, że w niej nie można grać „Zachodem jako takim”. To pewne novum. W gry symulujące 2WŚ gram od kiedy one w ogóle są (czyli od czasu ośmiobitowców).

W tamtych grach były zazwyczaj dwie-trzy strony (Axis, Allied, Soviet, Japan). Pasowało to do powojennej mitologii, w której każdy był albo neutralny, albo sojusznikiem jednej z tych stron. Historia Polski (ale także Chin, Finlandii, Rumunii, państw bałtyckich itd) była anomalią, stąd problem w jej pełnym przedstawianiu po obu stronach Żelaznej Kurtyny.

HOI4 zaczyna się w 1936, kiedy te sojusze jeszcze się nie rozstrzygnęły. Kraje alianckie jeszcze nie wiedzą, że nimi będą – na początku 1936 jest między nimi wiele sprzeczności.

Wiele małych państw wierzy, że uda im się utrzymać neutralność dzięki demonstracyjnej demilitaryzacji – jak Holandii czy Danii w I Wojnie Światowej. Niby czemu z nową wojną miałoby być inaczej?

Belgia odebrała bolesną nauczkę, że to nie musi zadziałać, więc z niechęcią patrzy na Francję. Linia Maginota to przecież pomysł na przeniesienie wojny na jej terytorium. W 1936 stara się więc dystansować od Francji, przymilać Niemcom, a jeśli jakiś inny sojusz – to z Wielką Brytanią.

W tej jednak wtedy jeszcze idea „continental commitment” jest kontrowersyjna. Nikt nie ma ochoty na wysłanie kolejnego pokolenia by gniło w okopach pod Verdun. Dominuje nadzieja, że nadchodzącą wojnę uda się rozstrzygnąć na wodzie i w powietrzu, po prostu odmawiając Niemcom dostępu do surowców.

Ta idea oczywiście bardzo się podoba w Belgii, ale we Francji już mniej, bo bez „continental commitment” Francja nie da rady Niemcom. Dlatego na początku 1936 jeszcze liczy na antyniemiecki sojusz z Mussolinim.

Z punktu widzenia Zachodu my tu na Wschodzie jesteśmy zbyt nieprzewidywalni. W 1936 jeszcze nie było wiadomo, czy Polska i Rumunia nie dołączą do Hitlera (mogło się nawet wydawać, że Polska zrobi to szybciej, bo Rumunia całą swoją tożsamość budowała wtedy na byciu „małą Francją”).

W dodatku jesteśmy skłóceni, więc oczywiście mój ukochany sojusz polsko-czesko-rumuński sprzymierzony z Francją nie wchodzi w grę. W HOI4 coraz ciężej go stworzyć (od pewnego czasu mechanika gry sztucznie go blokuje), a historycznie w ogóle jest wykluczony. Stawiając na jedno z tych dziwnych nowych państw Anglia i Francja psułyby sobie relacje z pozostałymi.

Jakie z tego dla nas wynikają nauki historii od mgr Wita? Że to, co my postrzegamy jako „zdradę Zachodu”, brało się tak naprawdę z dwóch czynników.

Pierwszy to konflikty między krajami Zachodu. Powstanie Osi Hitler – Mussolini było nieprzewidzianym skutkiem ubocznym rywalizacji anglo-francuskiej. I dopiero jej powstanie wymusiło ponowne zjednoczenie dawnych aliantów z pierwszej światówki (częściowe, bo aż do 1945 mieli odmienne pomysły na powojenny ład, co elegancko rozgrywał Stalin).

Drugim czynnikiem był brak zaufania do nas. Zachód w 1936 był skłócony, ale Wschód to wtedy jedna wielka zimna wojna w wielokącie wileńsko – zaolzio – komarno – dobrudżańskim (periodycznie eskalująca do strzelanin i zamachów).

No i teraz pytanie, od którego zależy nasza przyszłość: czy to się może powtórzyć? Tworząc podwaliny Unii i NATO, Ojcowie Założyciele wyciągnęli wnioski i zbudowali te instytucje tak, żeby konflikt między państwami członkowskimi był jak najmniej prawdopodobny.

Nie jest jednak niemożliwy, a historia pokazuje, że gdy do niego dojdzie – np. między Grecją a Turcją – te instytucje są zasadniczo bezradne. Mogą tylko udzielać azylu uchodźcom.

Czy my – kraje naszego regionu – jesteśmy dziś bardziej przewidywalni i mniej skłóceni? Hm. Bardzo hm.

Straszliwą głupotą ze strony naszej prawicy wydaje mi się ta ich ciągła nadzieja, że Unia się rozpadnie. Na szczęście od 20 lat te ich nadzieje (że Le Pen, że Farage, że AfD) ciągle się nie spełniają, ale to są przecież marzenia karpia o Wigilii.

Czy zjednoczony Zachód nas sprzeda Putinowi – może tak, może nie. Ale rozpadnięty sprzeda nas już na pewno, bo takie „sprzedaże” historycznie brały się właśnie z braku jedności (automatycznie uruchamia licytację „kto da więcej”).

Magister Wit wyjaśnia nam także, czemu każdy lider naszego regionu, który ucieleśnia pisowskie marzenia o „wstawaniu z kolan” – obecnie są to Fico i Orban – natychmiast wdziewa onuce. Po prostu w tym regionie nie można grać solo, wszelkie próby są efemeryczne.

Ogólne wnioski są więc niewesołe. Oba czynniki „zdrady zachodu” mogą zaistnieć ponownie, częściowo już się materializują. Ewentualna wygrana Trumpa potężnie to przyśpieszy.

I wtedy Zachód nas zdradzi ponownie. Nie na zasadzie świadomej decyzji „a gdyby tak zdradzić Europę Wschodnią?”, tylko tak jak 90 lat temu, z powodu ogólnego niedogadania.

Z ktorej jestes frakcji?

Na niszowym blogu nie można nie odnotować rozpadu niszowej partii Razem. Wreszcie się o coś będziemy mogli pokłócić, więc niechaj PT zaglądający tu pisowcy szybko biegną do Żabki po popkorn.

Jeśli dobrze rozumiem sytuację, partia zmierzała w kierunku odejścia z klubu Lewicy. Uprzedzając ten krok, jej parlamentarzystki ogłosiły odejście z partii (i pozostanie w klubie).

Razem w Sejmie reprezentowane więc będzie przez nieliczne grono, w którym – jeśli dobrze rozumiem – pozostaną Zandberg, Stożek, Zawisza i Konieczny. Dotychczasowych wyborców Razem czeka więc wybór jak przy rozwodzie rodziców – czy bardziej kochasz mamusia czy tatusię?

Zacznę oczywiście od autodeklaracji, w końcu po to piszę tę notkę. Jestem #teamzandberg. Tak zwana „sprawczość” lewicy w tej koalicji i tak jest symboliczna, czuję się zmęczony świeceniem oczami za kolejne decyzje Tuska.

Nie jestem oczywiście zwolennikiem PiS, Platforma to dalej dla mnie moje ulubione mniejsze zło, w drugiej turze wyborów prezydenckich oczywiście poprę dowolnego Antypisa, choćby i Hołownię. Moje niezadowolenie z koalicji 13 grudnia bierze się z tego, że skręca w prawo, w stronę bycia Pisem light (tylko 2 kalorie).

Odejście posłów Razem nie oznacza jednak powrotu PiS do władzy. Koalicja dalej będzie miała swoje 231 szabel. Jajako zwolennik lewicy nie widzę więc powodów dla dalszego robienia dobrej miny do złej gry. Czy to będzie oznaczać definitywny koniec mojej ulubionej partii? Nie wiem.

Wiem za to, że do następnych wyborów w 2027 mamy gwarantowanego przynajmniej jednego czarnego łabędzia w polityce (a zapewne znacznie więcej). I tak wydarzy się jakieś Wielkie Nieoczekiwane Wydarzenie, wywołujące przetasowanie jeszcze w obecnym Sejmie. W polityce możliwe są przecież ponowne zejścia, czyli w grę wchodzi odpowiedź, której dziecko w takiej sytuacji udzieliłoby najchętniej („a nie możecie się po pogodzić?”). W ramach pełnoskalowej wojny z Rosją i tak powstanie przecież Rząd Zgody Narodowej.

Jeśli lewica w wyborach prezydenckich wystawi Dziemianowicz-Bąk, ma ona oczywiście mój głos w pierwszej turze (w drugiej – teoretycznie – tym bardziej). Wiem że członkowie Razem mają jej za złe to, że kiedyś ich „zdradziła”, ale jajako prosty wyborca nie mam o to żalu, za to każdy kto do lewicy trafił z tego klucza budzi u mnie więcej sympatii niż ktoś, kto trafił z SLD czy od Palikota (serio, jak głupim trzeba być żeby zaufać Palikotowi?).

Ewentualny dobry wynik ADB może być pierwszym „czarnym łabędziem”. Ale (przewidywalnie) zły też nie będzie końcem świata. Byle tylko nie wystawili tego pana, co to zasłynął spamowaniem schroniskami dla źwieziątek, spam o źwieziątkach hejtuję chyba nawet bardziej niż Palikota, w takiej sytuacji już w pierwszej turze głosowałbym na Trzaskownię.

To tyle moich deklaracji. Planów wychodzących poza 2025 po prostu jeszcze nie mam. A jak u Was? #Teambiejat, #teambiedroń, #teamczarzasty, #teammatysiak? Tylko grzecznie i kulturalnie, żeby lurkający prawacy się nie zadławili popokornem…

Mobbing w rytmie kung fu

Kung Fu (1979), reż. Janusz Kijowski

Im jestem starszy, tym bardziej doceniam kino moralnego niepokoju. W młodości uważałem je za fenomen czysto PRL-owski, teraz widzę tam uniwersalne mechanizmy.

W tych filmach grała garstka aktorów, wcielających się w zestaw stereotypowych postaci. Byli to głównie stereotypowi inteligenci – Cynik, Idealista, Mater Dolorosa, Imprezowiczka. Klasa ludowa była na drugim planie, też sprowadzona do stereotypów: Cham, Ofiara, Sól Tej Ziemi.

Aktorzy zamieniali się rolami, czasem dekonstruując swoją kreację z poprzedniego filmu. Nie można było zakładać, że ktoś jest postacią pozytywną tylko dlatego, że gra ich Komorowska czy Zapasiewicz. Plot twist często polegał na tym, że rzekomy idealista okazywał się cynicznym manipulatorem.

Polecam „Kung Fu” Kijowskiego z 1979. Warszawski ściślak doceni kapitalne rozegranie schodów Politechniki!

Na początku czwórka studentów rozgrywa na tych schodach dramat – Idealista #1 (Olbrychski) uderzył docenta za molestowanie koleżanki, koleżanka (Teresa Sawicka) informuje że właśnie z Imprezowiczki zmienia się w Mater Dolorosa, Idealista #2 (Fronczewski) chce wystąpić w obronie kolegi a Cynik (Seweryn) proponuje strategię obrony, która może ocaliłaby Olbrychskiego, ale sankcjonując bezkarność obleśnego docenta.

Bohaterowie spotykają się po 10 latach. Z dialogów wynika, że wtedy w 1968 odrzucili propozycję Cynika. Ale oto historia zdaje się powtarzać. Idealista#2 pada ofiarą prowokacji sitwy, z którą zadarł – podsunęli mu Chama (Zdzisław Kuźniar), który swoim Chamstwem sprowokował pana inżyniera do rękoczynów, dając sitwie pretekst do dyscyplinarki.

Cynik znów ma plan jak uratować przyjaciół. Idealiści tym razem współpracują. Udaje się aż za dobrze.

Przyjaciele celebrują zwycięstwo na domówce. Uczestniczy w niej ich trener kung fu, więc w pijackim gwarze pojawia się tytułowy temat.

Cynik doznaje epifanii, że jego przyjaciele są być może bardziej cyniczni od niego – tylko są dość mądrzy by to ukrywać. Szczery cynik to przecież dupa nie cynik.

Paczka przyjaciół właśnie zmieniła się w sitwę. Gdy Seweryn o tym mówi, Mater Dolorosa, która znów stała się Imprezowiczką, dogaduje mu – „i dlatego nic ci w życiu nie wyszło”. Ugodzony w samą szczepionkę Seweryn woła „cała sala tańczy kung fu” i wdaje się w chaotyczny taniec (na skrinie)

Oglądany dzisiaj, ten film wydaje się proroczym ostrzeżeniem, że kiedy pokolenie 1968 dojdzie do władzy stanie się sitwą, może nawet gorszą od poprzednich. Wskazuje mechanizm – bohaterowie często mówią, że mają tak wielu wrogów, że muszą się wspierać choćby nie-wiadomo-co.

Ostatnim ciosem kung-fu tego pokolenia jawi mi się list boomerów w obronie zwolnionej za mobbing Marii Anny Potockiej. „Co z tego, że mobbowała, ale przecież Zasługi!”. Hu-ha!

Czy następne pokolenia są inne? W końcu wśród moich rówieśników (i młodszych) można wskazać podobne mechanizmy w rodzaju chwalenia sobie nawzajem książek.

Nie wiem czy ktoś to badał socjologicznie – i będę wdzięczny za polecajki lekturowe – ale chodzi mi po głowie pewne kryterium. WIEM, bo życie mnie parę razy stawiało przed taką próbą, że kiedy mój kolega okazuje się mobberem czy molestatorem nie bronię go, tylko zrywam koleżeństwo (i pewnie dlatego niczego w życiu nie osiągnąłem, kiai!).

Nawiązując do powiedzonka, że z „kimś można konie kraść” zaryzykowałbym, że każdy ma jakiś próg. Ten od przysłowiowych koni wybaczy koledze zabór mienia o znacznej wartości, ale przecież nie morderstwo.

Taki próg można skwantyfikować, na przykład od 0 do 5, gdzie zero to Robespierre, a pięć to mafia. Cztery to „kradzież koni”, trzy – lżejsze przestępstwa, dwa – wykroczenia.

Siebie oceniłbym na jedynkę. Przymknę oko na drobne grzeszki typu „victimless crime” – posiadanie grama na własny użytek, spiracenie serialu albo jazda rowerem z zero cztery. Ale z kryciem mobbingu proszę na mnie nie liczyć.

Sitwy mogą tworzyć tylko ludzie co najmniej trójkowi. Tacy co to gwałt komentują per „No cóż, kto nigdy nie wykorzystał nietrzeźwej niech rzuci pierwszy kamień…”.

To oczywiście cytat z Ziemkiewicza, który ma obsesję na punkcie tropienia Układu, uber-mega-sitwy rządzącej Polską. Zaryzykowałbym tezę, że ludzie odruchowo zakładają, że inni mają równie wysoki próg. Czyli jak ktoś by krył kolegę, który „wykorzystał nietrzeźwą”, to inni też.

To ich skazuje na błędne diagnozy i prognozy. W tej sprawie nie mogą zrozumieć, że jedni dziennikarze „Wyborczej” demaskują mobberkę, inni jej bronią. Po każdym środowisku oczekują, że będzie monolitem. A gdy nie jest, wymyślają coraz bardziej wariackie teorie spiskowe, mające wyjaśnić – powiedzmy – „co chcą przykryć Palikotem” (pewnie te tysiące ofiar śmiertelnych powodzi?).

Co najważniejsze, nie rozumieją, że większość ludzi ma jakieś gusty i poglądy niezależnie od powiązań towarzyskich. Wydaje im się, że chwalimy Żulczyka i Tokarczuk, bo ich promuje sitwa – więc kiedy sami obejmą władzę, zaczną promować Wildsteina i Tomczyka i presto.

Próbowali przez osiem lat, nie wyszło. Jak buldog z dowcipu, pewnie do dziś nie rozumieją czemu. Ale zostawmy ich już.

Wydaje mi się, że te postawy są testowalne naukowo. Żyjących ludzi można by kwantyfikować na podstawie ankiety typu „co z tej listy uznałbyś za powód do zerwania koleżeństwa” – wycięcie filtra z diesla? handel mefedronem? gwałt ze szczególnym okrucieństwem? plagiat doktoratu? nielegalne wyścigi po mieście?

Postawy postaci historycznych można by z kolei kalibrować na podstawie środowiskowych kontrowersji typu Iredyński / Polański / Krollop / Maleszka. Przecież nigdy nie było tak, że wszyscy potępiali gwałt albo że wszyscy wybaczali współpracę z SB.

Wracając do tematyki pokoleniowej – mam intuicyjną hipotezę, że najwyższe średnie progi „wybaczalności koledze” przypadną rzeczywiście pokoleniu boomerów. Z memuarystyki i epistolografii wiemy, że w pokoleniu ich rodziców zrywano znajomości z powodów, które dziś mogą się wydawać niewarte tego (np. rozwód). Używano wtedy pojęcia „zachowania niehonorowego”, czyli niekoniecznie zabronionego formalno-prawnie, ale dyskwalifikującego towarzysko. Boomerzy unieważnili to pojęcie, częściowo słusznie widząc w nim nietolerancję.

Po latach jednak widać, że zakazy formalne i nieformalne są niezbędne by chronić najsłabszych. Jeśli „zabronimy zabraniać”, otrzymamy tyranię Bogatych, Sławnych, Zasłużonych, Ustosunkowanych i Kierujących. Damy im carte blanche na gwałt, mobbing, defraudację. Czyli wejdziemy w lata 80. na Zachodzie oraz lata 90. w Polsce.

Doświadczenia tych dekad sprawiły, że następne pokolenia, od mojego poczynając, znów zaczęły ten próg obniżać. To oczywiście tylko moja hipoteza, którą warto by zbadać – ale to by tłumaczyło czemu boomerzy boją się „cancel culture”. To po prostu powrót „zdolności honorowej” pod innym szyldem.

W moich oczach mobber czy molestator po prostu ją traci. Nie czekam na wyrok, bo wiem z doświadczenia, że w takich sprawach wyrok jest rzadkością. Ja nie jestem sądem, a zerwanie znajomości ze mną to nie jest kara (powiedziałbym raczej że wprost przeciwnie).

Nie upieram się przy skali 0-5, być może wynajduję tu Amerykę w konserwach i od dawna jest w użyciu jakaś fachowa, ale upieram się przy potrzebie gradacji. Zerojedynkowość to narzędzie sitwiarzy – jedni mówią, że układ kontroluje wszystko, a więc wszystkie konkursy są ustawione, wszystkie recenzje skłamane, wszystkie hierarchie fałszywe. A potem próbują je zastąpić własnymi, z góry obmyślonymi jako sitwa.

Drudzy z kolei niby bronią Wartości, ale de facto wychodzi im panświnizm. Mówią: zasługi Saville’a, Weinsteina, Gulbinowicza, Krollopa dla Filantropiji, Monarchii, Opozycji, Kultury, Dziedzictwa i Kościoła są tak ogromne, że nie ośmielaj się krytykować Wielkich, ty motłochu co to niczego nie osiągnął w życiu, bo nie było procesu, gdzie domniemanie niewinności, wszystko nieprawda, to się nigdy nie wydarzyło, a poza tym sama mu weszła do łóżka, to było tylko „daj ciumka”, rowerzysta wymusił pierwszeństwo, szef musi czasem podnieść głos, a zresztą wy też nie jesteście bez grzechu.

Potrzeba jakiejś gradacji by móc odpowiedzieć „no jasne że z grzechami, ale nie tego kalibru”. Inaczej wiecznie będziemy dostawać ciosy kung-fu od obu stron, unisono zabraniających nam powiedzieć, że mobberów trzeba zwalniać.

Teroz grane (202)


Dawno temu w odległej galaktyce u zarania bloga po raz pierwszy napisałem o legendarnym spacerze Davida Bowie po depresyjnych okolicach Dworca Gdańskiego, który zaowocował pozbawioną tekstu piosenką o strasznym miejscu o nazwie „Warszawa”. Piosenka trochę przypomina muzykę ludową, stąd popularna wówczas hipoteza, że Bowie przypadkiem kupił jakąś płytę i się zainspirował.

Ale jaką? Gdzie? To zależało od tego, dokąd skręcił po wyjściu z dworca – w stronę Żoliborza czy w stronę Śródmieścia. Dominowała ta pierwsza hipoteza (choć o ile dobrze pamiętam, kol. Marek Krukowski sugerował Śródmieście – gdzie stosunkowo blisko Bowie natrafiłby na ówczesny sklep muzyczny na dzisiejszego Andersa).

W stronę centrum zobaczyłby głównie pustkowia po ruinach getta, zajęte raczej zniechęcającą architekturą parkingowo-magazynowo-barakową. Nie było hotelu Ibis, biurowca Intraco, apartamentowców Inflancka.

W stronę Żoliborza linia pierwszych zabudowań była mniej więcej tam gdzie teraz. Bowie mógł nawet błędnie uznać, że to jest Śródmieście, którego sercem wydawałby mu się Plac Komuny Paryskiej. Tam był empik (dziś Rossman) oraz księgarnia Domu Książki (dziś kebab).

Dziś wiemy o tym dużo więcej – co się da ustalić, to ustalił mój kolega z „Polityki”, Bartek Chaciński. Wiadomo więc, że to utwór „Helokanie” i jedyna płyta, która go wówczas zawierała to „Śląsk. The Polish Song and Dance Ensemble vol. 2” (nr katalogowy Muza SX 0183) z roku 1964. To jej okładkę widzimy na jutubce.

Mam jednak wątpliwości. Z ustaleń Bartka wynika, że postój Bowiego trwał 42 minuty. Musiałby w obcym sobie mieście ruszyć sprintem, zgarnąć pierwszą z brzegu płytę i wrócić tuż przed odjazdem. Nierealne.

Bartek sugeruje taksówkę. Ale na postoju na dworcu stała wtedy kolejka pasażerów, a nie kolejka samochodów. Poza tym co miał powiedzieć kierowcy, zapewne nieznającemu angielskiego: „quick, to the nearest record store”? „Tego co szanowny pan zamawiał to ja nie mam, ale może być Lala albo Buba”.

Płyta sprzed 9 lat nie byłaby tak eksponowana, żeby mu się nawinęła jako „pierwsza z brzegu”. Raczej nie byłoby jej już w ogóle w sprzedaży – za komuny podobnie jak dzisiaj, poza evergreenami typu Lenin czy papież, niewiele było tytułów w ciągłej sprzedaży.

Moja hipoteza: niczego wtedy nie kupił. Nie ma przecież żadnych dowodów że cokolwiek.

Znacznie później w Berlinie albo Paryżu, gdzie przecież były polskie ośrodki kultury, ktoś jemu (albo on sam sobie) kupił w prezencie inne wydanie, jubileuszowe i szykowane jako „prezentowe”, „The Polish Song And Dance Ensemble 25 lat vol 9” (SX 1781). Nie ukrywam, że twierdzę tak przede wszystkim dlatego, że sam je mam.

Było szykowane na prezent (niechciane prezenty to skarb dzisiejszych kolekcjonerów winyli!), z kiczowatymi złocistymi zdobieniami, oraz bardzo dziwnym okolicznościowym tekstem. Wyobrażam sobie, że ktoś to mógł dać Bowiemu ze słowami „yo dawg, I heard you like Poland…”.

Poza powyższym mam taki argument, że jak przystało na wydanie „prezentowe”, jest tu okolicznościowy tekst, napisany po polsku przez Celestyna Kwietnia i przetłumaczony na angielski przez Ludwika Wiewiórkowskiego. Tekst w kilku momentach robi „łodafaka?” niewtajemniczonemu czytelnikowi.

Wyguglałem, że Celestyn Kwiecień był śląskim działaczem literackim, który sam pisywał niewiele. W dzieciństwie mogłem czytać jego książkę „Od papirusu do bibliobusu”.

Sam czasem pisuję coś okolicznościowego, więc jestem zdumiony tym co zrobił mój kolega po fachu. Nie wiadomo dlaczego dwukrotnie przywołuje Gustawa Morcinka, literata który wystąpił z wnioskiem o przemianowanie Katowic na Stalinogród, czym zasłużył sobie na wieczny dopisek „słusznie zapomnianego”.

Cały tekst jest utrzymany w klimacie dowcipno-agresywnym, który źle wygląda w zbyt dosłownym przekładzie. Wynika z niego, że zespół Śląsk zajmował się przez te 25 lat głównie wojną z Warszawą, W 1954 „hass (sic!) enruptured Warsaw”, a potem ponownie „took Warsaw by storm … the Varsoviens were dumbfounded”, i tak dalej.

Oficjalna nazwa to „The State Song and Dance Company”, ale nikt tak nie mówi – Kwiecień nie wiedzieć czemu zaczyna od tej ciekawostki (na okładce nazwa to The Polish Song and Dance Ensemble). Zaleca nazwę „The Sunny Republic”, wymyśloną przez Gustawa Morcinka.

Cóż u diabła z tym Morcinkiem, jak powiada stary Fredro? Sztabem bojowym Słonecznej Republiki jest „The Koszęcin Castle”. W finale autor wyraża „pewność” że „boys and girls from Koszęcin (…) will go on winning hearts and continents”.

Zgaduję, że Celestyn Kwiecień chciał sparodiować język ówczesnej propagandy. Dla mnie po latach to jest słabo czytelne, a co dopiero dla Anglika czytającego przekład. Jako kolega po fachu uważam to za błąd warsztatowy: tekst jubileuszowy powinien być o jubilacie, nie o autorze czy o Gustawie Morcinku.

Moja hipoteza wyjaśnia czemu choć inspiracją była płyta „Śląska”, Bowie nie zatytułował swojej piosenki, dajmy na to, Bytom albo Chorzów. To jedyne (!) miasto wymienione w tym tekście (w pewnym sensie jest Cieszyn, ale jako „mountain region of”, więc Bowie mógł pomyśleć że to pasmo górskie). Warszawa jest pięć razy, Stalinogród wcale.

Anglik po przeczytaniu tego tekstu mógł się spodziewać różnych rzeczy (mi się to kojarzy dystopijną zabawą a la Laibach, z totalitarną organizacją z siedzibą w Castle Koszęcin). No ale nie „Helokania”, które walnęło go od razu po odpaleniu płyty lub kasety (CX-310).

Moja hipoteza ma zasadniczą wadę, że według Discogs płyta wyszła w 1977, a Bowie musiał ją dostać w 1976. Mam na to jednak easy-peezy ripostę – wierzyć w daty na Discogsie, to jak wierzyć że Palikot zwróci pieniądze. Na samej płycie nie ma żadnej daty, a prezentowo-jubileuszowe wydania często są robione z wyprzedzeniem.

Ale mogło oczywiście też być tak, że ekspres Moskwa-Paryż miał nieplanowany dłuższy postój z powodów technicznych. Dziś to nie do sprawdzenia. Bowie mógł mieć ze dwie godziny do zabicia, co by wystarczyło na leniwy spacer i rozmowę ze sprzedawcą, który mu wyciągnął spod lady osobistą rekomendację, vol. 2…

Sen chataskrajnika


Konsekwentnie nie mogę o niczym innym myśleć, więc wbrew własnym deklaracjom, chciałbym jednak zaprosić do wróżenia z fusów o tym, Jak Się To Wszystko Skończy. Zaglądającym tu do nas z przyszłości przypominam, że jeszcze nawet nie wiemy, kto wygra wybory prezydenckie w USA – więc mamy potężny czynnik niepewności.

Zaglądający od dawna wiedzą zaś, że wróżę nie tyle z fusów, co z rosyjskiej blogosfery – którą śledzę z niezdrową obsesją. Uważam ją za cenne źródło informacji oczywiście nie w takim sensie, że wszyscy tam piszą świętą prawdę tylko w takim, że zdradzają tendencje, nastroje, walki frakcyjne itd.

Sprawa śmierci „Ernesta i Gudwina” (o której pisałem na substacku) żyje tam do dziś. Trochę to przypomina sprawy Murza, Berega czy Prigożyna.

Na początku jest dużo smrodu i oburzenia. Potem jednak co przytomniejsi zauważają, że oficjalna linia władz jest taka, że żadnej sprawy nie ma i nie było (jak u Gogola: „wdowa sama się wychłostała”) i się dostosowują. Niedostosowani lądują w pierdlu albo na cmentarzu.

Tutaj linia władz (oficjalnie sankcjonowana przez samego Sołowiowa) jest taka, że nie było żadnej śmierci operatorów dronów, bo w tej jednostce nigdy nie było takich etatu dla operatorów dronów. Ernesta, Gudwina i pozostałych wysłano zaś w bezpiecznej misji na tereny kontrolowane przez Rosję, więc zginęli z głupoty („sami się wychłostali”).

Sołowiow po swojemu opluwa blogerów „nieprzystosowanych”, z okrzykami typu „a kto tobie, zdrajco, w ogóle daje przepustkę na front?”. Ktoś oczywiście daje i można się domyślać, że to ktoś równie wysoko ustosunkowany jak Sołowiow, ale z innej mafii.

Ci „nieprzystosowani” kontrują, że rosyjskie jednostki pełne są fikcyjnych etatów. Niejaki „Healer” pisał niedawno, że teoretycznie rosyjska armia nie ma też wsparcia medycznego, istniejący medycy są (formalnie) na innych etatach.

A żołnierze wysłani po ciała Ernesta i Gudwina też zginęli, więc jednak ten teren nie jest pod rosyjską kontrolą. Oficjalna wersja jest kłamstwem, ale wygra, jak to w Rosji (nikt tam się nie odważa kwestionować, że Prigożyn i Utkin zginęli „w wypadku”).

Wśród wszystkich frakcji furorę ostatnio robi esej niejakiej Żanny Walewskiej „Śpij, strano ogromnaja”. Nawiązując do hiciora Aleksandrowa, esej ten opisuje strategię władz, ujawnioną jakoby przez Rusłana Puchowa.

Władze otóż podobno od razu miały sobie uświadomić, że „specjalna operacja” nie poszła zgodnie z planem i nie ma szans na sukces. Dla ochrony stabilności zaczęto więc propagandowo usypiać społeczeństwo tak, żeby wojna toczyła się dla niego w równoległej rzeczywistości.

Po trzech latach usypiania Rosjanie są bardziej zdemobilizowani niż w pierwszych dniach wojny. To dlatego w magazynach amunicję układa się na stosie, to dlatego mieszkańcy Sudży nawet nie próbowali stawać oporu.

Przeciętny Rosjanin nie wierzy, że wojna może go bezpośrednio dotknąć aż do ostatniej sekundy życia. A że strana jest agromnaja, to mieszkaniec Riazania ciągle może sobie myśleć, że co go obchodzi jakiś Twer, on jest poza zasięgiem – aż mu na łeb spadną „odłamki zestrzelonego ukraińskiego drona”. Ale wtedy to samo pomyśli mieszkaniec Kazania.

Esej Walewskiej wywołuje różne reakcje. Jedni, chyba zgodnie z intencjami autorki mówią: w takim razie my musimy wziąć mobilizację na siebie! Tu się często pojawiają kombatanckie wspomnienia typu „jacy byliśmy osamotnieni gdy w 2014 szliśmy z Girkinem na Donbas”.

Drudzy z kolei przyznają rację Puchowowi. Największym zagrożeniem dla Rosji jest destabilizacja. Niejaki Czadajew pisze, że wielka Rosja dwukrotnie upadała w 1917 i 1991 pod wpływem wewnętrznych sprzeczności i już teraz dwa razy było blisko (podczas „przegrupowań” jesienią 2022 oraz puczu Prigożyna w 2023). Trzeci wstrząs może ją dobić.

Przyq okazji poznałem kolejne rosyjskie słowo, którego można używać po polsku: „chataskrajnik”, czyli osoba mówiąca „moja chata z kraja”. Izwienitie, takie mamy społeczeństwo – mówi Czadajew (za Puchowem).

Wszystkie te frakcje są krytyczne wobec władzy, choć z rożnych pozycji. Putin rzadko jest krytykowany wprost, zwykle eufemistycznie mówi się o „władzy”, ale przybywa wyjątków – np. Saponkow ironizował, że Ukraińcy powinni kochać Putina, bo ten ich nie traktuje tak jak Netaniahu Arabów. A przecież wystarczyłby jeden Iskander w ulicę Bankową…

Część „opozycyjnych” blogerów zdaje się marzyć o zastąpieniu Putina kimś bardziej „w stylu Netaniahu”. Ja z kolei z nadzieją myślę o tym, o czym Czadajew pisze z obawą: że trzeci wstrząs będzie już tym ostatnim. Upadek caratu i upadek ZSRR też przecież zaczęły się od spisku twardogłowych.

Oczywiście, ja z kolei boję się tego, na co on ma nadzieję. Że w końcu Zachód się zmęczy wspomaganiem Ukrainy i sam zaśnie, zanim Rosja się obudzi.

Na razie jednak to oni mają więcej obaw. Powtarzają plotki, że Ukraina „coś” szykuje na jesień, coś w rodzaju kolejnego Kurska, coś co definitywnie obali „zaufanie do władzy”. Obie frakcje powtarzają tę frazę, choć jedni widzą to „coś” w Briansku, inni na Krymie, inni w Biełgorodzie.

Pozostaje jak zwykle mieć nadzieję na to, czego oni się boją i bać się tego, na co oni mają nadzieję. Oraz zadać sakramentalne pytanie, A Wy Jak Myślicie?

Idealnie sferyczna krowa

Jak już wykryli czujni komcionauci, wychodzi moja nowa książka. Jest to po prostu popularnonaukowa książka o chemii, nie ma żadnego twistu, że „tak naprawdę to kryminał o nauczycielu chemii”.

Nie wiem jak zachęcać do lektury. Chemia to najnudniejszy przedmiot w szkole, co do tego się z każdym zgodzę.
Czy dałoby się o niej mówić ciekawiej? Pewnie tak, choć im dłużej pracuję w tym zawodzie, tym więcej mam pokory powstrzymującej mnie przed radykalnymi pomysłami wywrócenia wszystkiego do góry nogami.

Jeśli czegoś się nauczyłem przez te lata, to że podstawa programowa próbuje nauczyć zbyt wiele, przez co naucza zbyt mało. W oświacie często stykamy się z paradoksalnym „mniej to więcej” – jeśli np. ucząc o wojnie przywalimy ucznia datami i nazwiskami, to on może i zaliczy sprawdzian na stówkę, ale dalej nie będzie wiedział kto z kim o co walczył). W szkolnej chemii jest tego wyjątkowo dużo.

Przykład pars pro toto: orbitale. TEORETYCZNIE każdy maturzysta powinien umieć rozpisać konfigurację elektronową dowolnego atomu do wapnia.

Zostawmy na boku pytanie, ilu spośród PT Komcionautów faktycznie to potrafi. Ale warto zadać pytanie „po cholerę”. Ta wiedza się nie przyda w życiu nikomu, nawet zawodowemu chemikowi (poza kilkoma wąskimi specjalnościami).

Gdybym był osobą decyzyjną, dążyłbym raczej do zadbania o to, żeby każdy maturzysta wiedział, że są JAKIEŚ orbitale i skąd się biorą i dlaczego na każdym z nich jest miejsce akurat dla dokładnie dwóch elektronów. Szkoła próbuje przekazać zbyt wiele i w efekcie często nie przekazuje tego minimum.

Dydaktykiem czuję się jednak początkującym, w dodatku: z roku na rok coraz bardziej początkującym. Co roku tę samą lekcję staram się poprowadzić lepiej niż rok temu (i rumienię się na myśl o tym, jakie głupoty gadałem na początku). Ciągle się uczę jak uczyć. Nie zamierzam więc pouczać innych nauczycieli.

Czy umiem pisać, to inna sprawa. Tak w każdym razie zdają się uważać wydawcy, którzy zamawiają u mnie różne rzeczy. Np. popularnonaukową książkę o chemii (jak zwykle to nie był mój pomysł).

Reklamować ją wśród czytelników bloga jest mi wyjątkowo głupio, bo zakładam, że większość z Was uważała w szkole, więc to wszystko wiecie. A druga część się tym nie interesuje i nic tego nie zmieni. Obawiam się więc, że każdego z Was ta książka znudzi, acz z różnych powodów.

Sam najwięcej radości miałem pisząc część, która jest na samym końcu (żeby czytelnik nie odpadł w pierwszym rozdziale). Próbuję tam WYJAŚNIĆ o co chodzi w chemii kwantowej, czyli m.in. skąd się biorą te orbitale oraz w ogóle wiązania chemiczne, a więc cała chemia.

Żeby wytłumaczyć równanie Schroedingera, trzeba wytłumaczyć co to hamiltonian. A więc trzeba powiedzieć co to operator (i tu już wylatujemy poza matematykę szkoły średniej).

Jak mi to wyszło, oddam się osądowi PT Komcionautów. Przy czym starałem się tak pisać książkę, żeby dało się z niej zrobić audiobook (wyobrażając sobie młodego czytelnika, który usiłuje wyjść z zagrożenia pakując na siłowni w słuchawkach), w związku z tym wzorów matematycznych i chemicznych jest tu tyle, żeby lektor nie dostał czkawki.

Moje wywody o kwantach (i nie tylko!) zgodził się zilustrować sam Bartosz Minkiewicz. Słuchacze audiobooka więc tego nie docenią, ale czytelnicy papierowi będą mieć piękne ilustracje przedstawiające „model idealnie sferycznej krowy” a także „dyskretne i zdegenerowane widmo operatora”.

Starałem się te pojęcia WYJAŚNIĆ. Typowe popularnonaukowe teksty o kwantach często przywalają czytelnika ciekawostkami o kocie, kolapsie, nieoznaczoności itd., z czego nie układa się spójna wiedza – a co gorsza czasem zostaje pseudowiedza negatywna (gdzieś przez fandomowych znajomych znajomych natknąłem się na początkującego pisarza sf, który jest przekonany, że astrologia ma uzasadnienie kwantowe, bo panie dziejaszku fale grawitacyjne – usłyszał to na jutubie).

No to u mnie tego nie ma, ale czy mi się udało to WYTŁUMACZYĆ, jako się rzekło, nie wiem. Jest za to jeden sposób by sprawdzić…

Now Playing (201)

Znów chciałem się zwrócić do Młodych Osób Czytelniczych (jeśli są takowe) z prośbą o skomentowanie ejtisowego hiciora z punktu widzenia współczesnej wrażliwości. Zapraszam więc do zastosowania ideologii woke, relatywizmu moralnego, poprawności politycznej i naturalnie ewentualnego skancelowania mnie (emerytura coraz bliżej, czas zacząć myśleć o prawdziwym hajsie).

Wydaje mi się, że tematyka osób trans pojawia się w popkulturze na serio dopiero na początku lat 80. Przedtem mieliśmy dekady, albo i stulecia motywu „przebieranki uzasadnianej fabularnie dla efektu komiczno-erotycznego” („Some Like It Hot”, „Czy Lucyna to dziewczyna”, niejedna opera buffo), oraz sytuacje innuendo, gdy powszechnym podejrzeniom towarzyszą stanowcze zaprzeczenia (Amanda Lear).

Domyślam się – choć jak zwykle proszę o kalibrację – że ze współczesnego punktu widzenia oba podejścia są groźne. Pierwszy utrwala stereotypowe skojarzenie, że cała ta tematyka jest czymś zabawnym, krotochwilnym („well, nobody’s perfect!”), więc nie można tego równoważyć z prawdziwymi tragediami – że na przykład J.K. Rowling nie może pójść na publiczny basen (choć i tak nie chodzi, bo nie miesza się z plebsem). Drugi – że to coś złego, wstydliwego, upokarzającego.

Kilka lat temu pytałem o ocenę piosenki „3eme Sexe” francuskiej grupy Indochine z 1985. Konsensus komcionautów był raczej aprobujący.

No to teraz cofamy wehikuł czasu o kolejne 2 lata, bo w sklepie z używanymi winylami upolowalem „A Girl Called Johnny” Waterboysów z 1983. Wydaje mi się, że to pierwszy przykład podejścia serio w popkulturze.

Żeby uniknąć dyskusji o prawdziwym Szkocie, zdefiniuję pojęcia. Za szkołą frankfurcką popkulturę definiuję jako kulturę masowo powielaną przez przemysł kulturowy (a więc nie wyjeżdżać mi tu z Edem Woodem), zaś „serio” oznacza dla mnie, że ani śmichy-chichy, ani że to coś złego („Walk on the Wild Side” Lou Reeda opisuje bohaterów z sympatią, ale jednak jako narkomanów, przestępców i margines społeczny).

Mike Scott podchodzi więc serio, acz z współczesnego punktu widzenia nie wiadomo nawet w jakim kierunku ktoś tranzycjonował. „A girl called Johnny, who / changed her name when she / discovered her choice was to change / or to be changed”.

Ja to intepretowałem 40 lat temu tak, że bohaterka przyszła na świat jako Johnny, czyli jako metrykalny mężczyzna. W czasach, w których zaprzyjaźniła się z podmiotem lirycznym, była już dziewczyną i powszechnie używano wobec niej żeńskich zaimków.

W takim razie czy sam tytuł piosenki nie jest dednejmowaniem? A może dednejmowanie jest nim tylko wtedy, kiedy sama zainteresowana osoba tak decyduje? A może jednak w ogóle wszystko trzeba odczytać odwrotnie i z kolei to zaimki się nie zgadzają?

Pytam zupełnie serio. Chcę po prostu (a) lepiej zrozumieć piosenkę, która tak poza tym mi się podoba; (b) dowiedzieć się jak tę piosenkę odbierają milenialsi, a może i zetki (o ile bywają tu takowi).

Wikipedia niby dostarcza jakichś informacji, ale jak to bywa – mało użytecznych. „Speaking of the influence of Smith on the song, Scott told Colin Irwin of Melody Maker in 1983, „There’s a line about a girl called Johnny in one of her songs, called 'Redondo Beach’”

To nieprawda. W tej piosence występuje bezimienna dziewczyna (być może lesbijka). Johnny pojawia się w „Horses”, ale jest zdecydowanie cis-mężczyzną.

Wydaje mi się, że Mike Scott doszukał się na płycie z 1975 czegoś, czego tam tak naprawdę nie ma. Wtedy jeszcze było za wcześnie nawet na otwarte podejmowanie tematyki gejowskiej (że bohaterka „Redondo Beach” była być może lesbijką, to nigdy nie pada wprost, do tego potrzebna jest dodatkowa wiedza, przekazywana czasem przez Patti Smith na koncertach, że owa plaża słynęła ponoć jako miejsce intymnych spotkań dla mniejszości).

Choć piosenka jest melancholijna w wymowie, kończy się – być może – happy endem dla dziewczyny imieniem Johnny. Pewnego dnia po prostu wsiadła do pociągu i wyjechała bez pożegnania.

W mojej fantazji po prostu zaczęła nowe, lepsze życie w Londynie, albo i jeszcze dalej. A Wy Jak Myślicie?

W każdym razie, puenta jest mniej jednoznaczna niż „Walk On The Wild Side”, gdzie na końcu mamy wypadek samochodowy spowodowany pod wpływem. Fabularnie urocze, ale umacniające stereotyp, że osoby trans nie mogą – nie wiem – tak po prostu pracować w zawodzie i projektować układy scalone, albo cuś.

Samoje strasznoje

Są dekady, gdy nic się nie dzieje i są weekendy, w które wydarzają się całe dekady. Ja i tak o niczym innym nie mogę myśleć, niż o ukraińskiej inwazji na terytorium Rosji.

A że na razie nic nie wiadomo, będzie to notka z gatunku „a wy jak myślicie”. Zapraszam do burzy mózgów (panie Fielorybie, poczuje się pan jak waleń w wodzie!).

Z maniakalną obsesją śledzę Rosjan na Telegramie. Oczywiście to kłamcy i propagandyści, ale jednak są na miejscu i wrzucają filmiki.

„Nasze” media mają przedziwną skłonność do przesadnego pesymizmu. Ileż to razy już czytałem, że ukraiński front się załamał, a Ukraina już-już straciła Charków albo Czasiw Jar (bo Rosjanie zajęli ruiny kołchozu 20 km od tych miast).

Tak samo jest teraz. „Nasze media” do dzisiaj potrafią twierdzić, że Ukraińcy nie kontrolują Sudży.

O utracie miasta tymczasem jako pierwszy napisał milbloger Romanov, a milbloger Zapiski Veterana dziś zrugał „swoich”, którzy jeszcze się łudzą, że Sudża jeszcze nie całkiem upadła, że Ukraińcy kontrolują ją „na pół szyszki” (sic! – nie znam tego idiomu, ale można się domyślić z kontekstu). Przestańmy się oszukiwać i powiedzmy sobie szczerze, „Sudża k’sażaleniu nachoditsa pod kontroliem protiwnika”, apeluje Veteran.

Co jeszcze kontroluje Ukraina, to pytanie za tysiąc punktów. Kto to wie, ten o tym nie bloguje. Jesteśmy skazani na zgadywanki, że tu donoszą o walkach, a tam tylko przejechała grupa rangersów.

Aleksander Charczenko, który jest na miejscu, wczoraj opisał scenariusz, który nazywa – cytuję – „samoje strasznoje”. Ku mej radości pisze też, że to się właśnie dzieje.

Ukraińcy nie ograniczają się do jeżdżenia po wioskach i strzelania na postrach, jak źli kowboje w westernie. Coraz częściej „atakują na piechotę”. „I dla nas eta krajnie płochoj znak”: to znaczy, że się tu umacniają.

Zamyka się „okno wozmożnosti” do wyparcia ich szybkim manewrem, przez dwa dni Ukraińcy zdążą wybudować takie fortyfikacje, „kak i pod Advijewką”. No i tu dochodzimy do czegoś, co przynajmniej wiadomo na pewno: „samoje strasznoje” się wydarzyło, ergo: Ukraina na długie miesiące będzie kontrolować jakiś kawałek rosyjskiego terenu.

Jak duży? Gubernator powiedział dziś Putinowi, że „głubina 12 km, szyrina 40 km”. Niby nic, ale Deutsche Welle w dniu rozpoczęcia operacji wrzuciło nagłówek „Ukraine’s forces under huge pressure as Russia takes 200 km2 of territory in July”. Czyli kiedy Kali zająć w wekend 480 km2 to nic, ale kiedy Kalemu zająć 200 km2 w miesiąc, to mein Gott, alles verloren.

Można zatem założyć, że gdy już dojdzie do rozmów pokojowych, Ukraina nadal będzie kontrolować Sudżę i okolice. A to oznacza, że suflowana w różnych kontrolowanych przeciekach propozycja „zamrożenia konfliktu według obecnej linii frontu” robi się dla Putina nieatrakcyjna.

Akceptując „wariant koreański”, Putin byłby pierwszym od czasów Lenina rosyjskim przywódcą, który utracił kawałek terytorium. Będzie więc raczej szedł na wymianę.

Czy może odbić Sudżę siłą? Pewnie tak, ale nieprędko.

Putin unika słów „wojna” czy „inwazja”, bo formalnie deklarując stan wojny wzmacniałby generałów, którym nie ufa. Woli więc utrzymywać fikcję „operacji antyterrorystycznej”, żeby wszystko podlegało FSB.

To z kolei sprawia, że rosyjskie jednostki, pośpiesznie przerzucane do Kurska z innych odcinków frontu, na razie nie tworzą spójnej formacji. Rosjanie dużo piszą o braku łączności horyzontalnej (te jednostki nie wiedzą o sobie nawzajem) oraz wertykalnej (nie mają rozkazów).

Co więc widzę w kryształowej kuli? Kol. Fieloryb dziwił się, czemu analitycy mówią o „rozmowach pokojowych na wiosnę”. A to akurat oczywiste.

Ktokolwiek wygra wybory w USA, będzie zaprzysiężony 20 stycznia. Będzie też potrzebował trochę czasu na organizację gabinetu, więc Ameryka nie wejdzie do rokowań przed lutym.

Luty to będzie ostatnia okazja na zajęcie kilku wiosek rzutem na taśmę, nim frontu nie zamrozi rozmrożenie, czyli rasputica. Dlatego mi też naturalnym terminem na negocjacje wydawała się wiosna. Ich przebieg będzie zależał od tego, czy w marcu Sudża będzie pod kontrolą ukraińską.

Trzymam się tej Sudży, bo ona jest już na pewno. Notkę ogólnie pisałem konserwatywnie – jeśli gubernator Kurska mówi Putinowi o 480 km2, to raczej zaniża niż zawyża.

Ale co ja tam wiem. Zapraszam wszystkich do dzielenia się kryształowymi kulami, mapkami, transmisjami z frontu na żywo itd. Zamieszczona mapka pochodzi z fejsbuka Toma Coopera i służy wyłącznie ilustracji.

Sympatyczny faszysta

Że Włochy to najwspanialszy kierunek wakacyjny, to ustaliliśmy dawno. Nawet katastrofa klimatyczna tego nie zmienia, bo tam przecież mają góry. Można się tak wycwanić, żeby mieszkać blisko morza, ale paręset metrów nad jego poziomem – dość wysoko na wieczorny chłodny wiaterek.

Sami Włosi o włoskim raju potrafią mieć opinię bardziej krytyczną niż Polacy o Polsce. Uwielbiam książki fiction i non-fiction o „mrocznym obliczu Włoch”.

Polecam więc lekturę wakacyjną w postaci thrillerów o komisarzu Balistrerim, pióra Roberto Costantiniego. Będąc kiepskim krytykiem dostałem pierwszym tom jako gratisa lata temu, ale nie przeczytałem od razu. A jak już się zakochałem, to i tak już wygasła licencja, więc dodruku raczej nie będzie. Pozostaje polowanie na pojedyncze egzemplarze.

Nie wiem jakie poglądy Costantini ma naprawdę (nie przebił się na tyle, żeby go wywiadowali po angielsku). Jego bohater przynosi jednak ciekawą odmianę po galerii detektywów z thrillerów nordyckich, którzy zazwyczaj mają jedynie słuszne poglądy „na lewo od socjaldemokracji”.

Balistreri tymczasem jest na prawo od parlamentarnej prawicy. Lata 70., wspominane we Włoszech jako „lata ołowiu”, spędził w neofaszystowskiej bojówce Ordine Nuovo.

Wyrzuty sumienia sprawiły, że zaczął współpracować z tajnymi służbami. W nagrodę dostał posadę komisarza policji na sennym rzymskim przedmieściu.

Miała to być spokojna synekura, na której doczekałby do emerytury bez stresów. Jednak zabójstwo osiemnastoletniej dziewczyny pracującej dla Watykanu wytrąca go z tej rutyny i w komisarzu budzi się prawdziwy gliniarz.

Taki jest fabularny punkt wyjścia pierwszej części, „Jesteś złem”. Wygląda to pozornie na sztampę – detektyw-wypalony alkoholik? check; prześladuje go wspomnienie nierozwiązanej sprawy sprzed lat? check; ofiarą jest osiemnastoletnie dziewczątko? check.

Książki bronią się po pierwsze konstrukcją bohatera. A właściwie antybohatera. Nawet Harry Hole to przy nim anioł.

W idealistycznej młodości Balistreri był faszystą, w sile wieku jest nihilistycznym pijakiem i dziwkarzem, na starość jest zrzędą, bo doskwiera mu przestrzelone kolano.

Większość to jego pierwszoosobowa narracja, ale czasem wszechwiedzący narrator pozwala spojrzeć na niego okiem kogoś innego. Ten ktoś zazwyczaj widzi w nim aroganckiego dupka.

Balistreri zresztą też go w sobie widzi. Znaczna część narracji to jego rozpamiętywanie błędów z przeszłości – te „nierozwiązane sprawy” brały się z jego lenistwa, pijaństwa lub erotomanii.

Przyjemność lektury nie bierze się więc tu z tego, że obserwujemy pracę „szarych komórek” Herculesa Poirot. Śledztwa Balistreriego polegają na tym, że najpierw wszystko spieprzył, a potem jakiś deus ex machina podrzucił mu nowe informacje.

Mamy za to wspaniały obyczajowy portret Włoch rozciągnięty na całe życie Balistreriego, od lat 50. po współczesność. Taka „Genialna przyjaciółka”, ale jako thriller noir.

W drugim tomie dochodzi jednak jeszcze coś, o czym nie czytałem nigdy – portret włoskiej społeczności w Libii sprzed Kadafiego. Wywodzi się z niej Costantini, podobnie jak jego bohater.

To stąd ten faszyzm. Dziadek Balistreriego zaufał Mussoliniemu i przyjechał do Libii, żeby urządzić od zera na pustyni platację oliwną. Balistreri dosłownie wyssał więc faszyzm z mlekiem matki.

Z jego punktu widzenia włoska I Republika to państwo zbudowane na zdradzie. Włoscy politycy i sycylijscy mafiozi pomogli aliantom dokonać inwazji na własny kraj, za co wynagrodzono ich bezkarnością.

Ta zdrada założycielska legła u podstaw „Tangentopolis”, państwa rządzonego przez „obywateli poza wszelkim podejrzeniem”. Balistreri dobrze ich zna, bo o ile po kądzieli pochodzi z faszystów, to po mieczu z sycylijskich chadeków. Nie wiadomo którzy gorsi.

To spotkanie dwóch światów pozwala Costantiniemu na pokazywanie Włoch z kilku punktów widzenia. Wiemy jak na I Republikę patrzą faszyści, ale wiemy też, jak swoich racji bronią skorumpowane elity.

Mają mocne argumenty. Twierdzą, że dzięki nim udało się Włochy wyciągnąć z biedy – miliony zamieszkały w domach komunalnych i pokupowały fiaciki. A że ktoś sobie przy okazji coś zachachmęcił, czyż nie było warto?

Nie z Balistrerim takie numery. Jako gliniarz dobrze wie, że mafia to nie tylko łapówki. Za „nietykalnymi” ciągną się także gwałty, morderstwa, narkotyki, porwania, zmuszanie do nierządu.

„True crime” miesza się tu z fikcją. Ta pierwsza sprawa – zaginięcie pracownicy Watykanu – przypomina prawdziwą zagadkę Emanueli Orlandi.

Potem mamy inne, też wzorowane na aferach I Republiki. Dla polskiego czytelnika szokujące jest to, że wśród nich jest pranie pieniędzy CIA przekazywanych na wsparcie „Solidarności” przez kościelne organizacje „dobroczynne”.

Dla nas to jednoznacznie pozytywne, dlatego u nas do dziś panuje tu zmowa milczenia. Dla Balistreriego jednak nie ma niewinnej przestępczości.

Gdy mafia pomaga ci w zbożnej misji zwalczania faszyzmu czy komunizmu, kiedyś trzeba się będzie odwdzięczyć. Niestety niekoniecznie w pieniądzach – może na przykład chodzić o zatuszowanie sprawy morderstwa.

„No co ja poradzę, dottore, że mój chrześniak ma takie nietypowe potrzeby. Pan to powinien zrozumieć, a jeśli nie, to mam w tej paczce zdjęcia, które odświeżą pamięć…”

Watykan to nie tylko znane turystom miasto-państwo, ale także szereg eksterytorialnych posesji rozrzuconych po całym Rzymie. Gdy śledztwo doprowadzi detektywa do jednej z nich, jest bezradny – nie może wejść do takiego budynku nawet jeśli świadkowie widzieli, że ofiara tam weszła, ale nikt nie widział jak wyszła…

Kolejne zaskoczenie dla polskiego czytelnika to hipoteza, że Kadafiego do władzy wynieśli nie Ruscy, tylko właśnie włoska mafia. Za mało o tym wiem, żeby mieć własne zdanie (według książki, król Idris chciał oddać atrakcyjne złoże ropy Amerykanom, sycylijscy chadecy woleli więc go wymienić na swoją marionetkę – która urwała im się ze sznurków).

W każdym razie, jeśli za coś w ogóle lubimy tego gliniarza-faszystę to za samobójczą odwagę, z którą zabiera się za „ludzi poza wszelkim podejrzeniem”. W jednej z książek na przykład prowokuje mafię, by go spróbowała zabić – bo wtedy źli ludzie wyjdą z cienia i śledztwo ruszy z miejsca.

Ogólnie więc polecam, nie tylko italianofilom.