Remis ze wskazaniem

To miała być zupełnie inna notka, bardziej złośliwa. Publikację pierwotnej wersji przerwała żałoba narodowa. Druga będzie więc bardziej rozwodniona tym bardziej, że od wyjątkowo niemądrego tekstu Adama Szostkiewicza w „Polityce” mija prawie miesiąc, więc to wszystko odgrzewany bigos.
Dziś w kioskach pierwszy odcinek nowej serii dodaktów do „GW” o zjawiskach mirakularnych (uwaga #ttdkn: tego nie będzie online!). Redaguje ją Grzegorz Polak, autor dzieł takich jak „Papież, który zmienił świat”, „Encyklopedia Jana Pawła II” i „Ojciec wszystkich narodów”.
Był tak miły, że zaprosił mnie do napisania niby-sceptycznego tekstu – takiego, żeby wyszedł „remis ze wskazaniem”. Bardzo stanowczo mu odmówiłem. Za karę zacytował mój tekst  „Chemia boskiego portretu” – opublikowany kiedyś w „Magazynie” (jeszcze nie „Dużym Formacie”) anonimowo, jestem wspomniany w tej wkładce per „autorzy tekstu”.
Jak naprawdę sprawa wygląda z punktu widzenia sceptyka, pisałem już tu kiedyś na blogu. Do datowania Całunu w 1988 roku użyto najprecyzyjniejszej metody spektrometrii mas, w której mierzy się bezpośrednio zawartość izotopu (a nie pośrednie parametry takie jak promieniowanie beta). Wybrano trzy najlepsze laboratoria, te laboratoria poprawnie określiły wiek próbek kontrolnych.
Z punktu widzenia sceptyka nie ma żadnego remisu. Badanie radiowęglowe potwierdziło to, co mówi historia. Dzieje Całunu sięgają roku 1353 – bo do tej daty cofa nas pierwsza pisemna wzmianka, list miejscowego biskupa przekonanego, że Całun to fałszerstwo.
Wszystko, co dotyczy hipotycznych wcześniejszych losów tej relikwii to paranaukowe spekulacje, warte dokładnie tyle co teorie Daenikena czy Dana Browna. Bo Ian Wilson to historyk tej samej klasy.
Wilson połączył Całun z tzw. Mandylionem z Edessy, którego historia urywa się podczas rzezi Konstantynopola dokonanej przez krzyżowców. Mandylion opisywało wiele źródeł, ale żadne nie przedstawia go jako portret całego ciała. Wilson tłumaczy to tym, że płótno przez stulecia było złożone w kostkę i jakoś nikt się nie skapnął. Łagodnie mówiąc – naciągane.
Szostkiewicz wyliczając „cztery ważne daty” z dziejów Całunu zaczyna od roku 1204. Otóż nie ma racjonalnych powodów by przyjąć, że to w ogóle jest data z dziejów Całunu; historia i chemia zgodnie jego początki umieszczają najwcześniej kilkadziesiąt lat później.
Jak ludzie chcący wierzyć w autentyczność Całunu tłumaczą wynik badania radiowęglowego? W tekście z gazetowej wkładki pojawia się moja ulubiona hipoteza, że zmartwychwstaniu Jezusa towarzyszył rozbłysk neutronowy, który podwyższył zawartość C14.
Ten sposób rozumowania jest bliski mojej duszy, bo to coś jak rozważania o działaniu statku kosmicznego Enterprise. Hipoteza ma ten feler, że gdyby wszystkie hadrony z ciała Chrystusa uwolniły się w chwili zmartwychwstania, całun by poszedł w drebiezgi, razem zresztą ze sporym kawałkiem Palestyny.
Neutrony musiały być więc zmoderowane, zapewne ręką boską. „Jak widać, analiza C-14 okazała się „opatrznościowa” dla zwolenników autentyczności całunu” – konkluduje Grzegorz Polak. Bo nawet to, że hipoteza nie trzyma się kupy, jest dowodem na cudowność.
Szostkiewicz w „Polityce” zabrnął w jeszcze śmieszniejszą szarlatanerię. „Sceptycy nie cieszyli się jednak długo z potwierdzenia bliskiej im hipotezy średniowiecznej fałszywki (…) Do kontrofensywy ruszył znany włoski dziennikarz, teolog z wykształcenia, praktykujący katolik i czciciel całunu Orazio Petrosillo. Jego zespół badawczy ustalił, że płótno w znacznej części pochodzi jednak z I w”.
Zatem z jednej strony mamy ustalenia trzech czołowych ośrodków – a z drugiej ustalenia „zespołu badaczy” kierowanego przez „czciciela”. Dla Szostkiewicza to jest remis. Pewnie też „ze wskazaniem”.
Przy takim rozumieniu metody naukowej przez dziennikarza „Polityki” nie dziwi zaangażowanie tego pisma w propagowanie denializmu globalnego ocieplenia. Po jednej stronie opinie czołowych światowych specjalistów, po drugiej – samotny polski geniusz profesor Jaworowski. „Remis ze wskazaniem”, jak w mordę strzelił.
Rozumiem wiarę jako pewną postawę filozoficzną, jako zespół stanów emocjonalnych. Nigdy nie zrozumiem wiary jako walki z nauką.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz