Polityka zagraniczna Obamy

Pisząc o książce O’Briena napisałem (za O’Brienem) że polityka zagraniczna USA to jedna wielka głupota i Obama nie był lepszy od Trumpa. Bardzo się wtedy oburzyła (i prawdopodobnie sfochała) pewna osoba komcionautyczna, której to naruszało religijne uczucia obamolatryczne.

Polityka zagraniczna USA zasługuje na notkę. Będę się tu odwoływać do Licznych Książek Które Czytałem. Bez formalnych przypisów, bo nie pamiętam co czytałem 35 lat temu.

Bodajże w „Cold War America” Wittnera wyczytałem, że praźródłem zła były czystki McCarthy’ego. Ich ubocznym skutkiem było wyrzucanie z dyplomacji ludzi znających obce języki i kultury. Amerykańska dyplomacja oślepła w ich rezultacie, stąd błąd powtarzany od Wietnamu do Iranu. Wciąż pakują się do jakiegoś kraju, o którym nic nie wiedzą. I za każdym razem są tak samo zdumieni, że tu ich nie witali kwiatami, a tam nie obalili reżimu na hopaj-siup.

To ponadpartyjne. Bipartisan tudzież across the aisle. Republikańska dyplomacja to pasmo porażek, ale demokratyczna to stos głupot. Jednako wierzyli w dobre chęci Putina.

Obama w 2009 odziedziczył po Bushu Młodszym i Głupszym politykę zagraniczną w stanie upadku. W 2001 Bush nie wiadomo po jaką cholerę napadł na Afganistan, a w 2003 na Irak. Oficjalnie chodziło o złapanie Bin Ladena tudzież obalenia Saddama. Pierwsze się Bushowi nie udało, drugie częściowo, bo zabrakło pomysłu co dalej. Klasyczne „wygraliśmy pierszą połowę meczu”.

Ameryka (wraz z niefortunnymi sojusznikami) została wciągnięta w bezsensowne „forever wars”. Obama wygrał obiecując, że je zakończy. Wyszło mu to tak jak Trumpowi zakończenie wojny w Ukrainie w 24 godziny.

Tymczasem Putin wykorzystał osłabienie Ameryki do kontrofensywy. Już nie był zapadnikiem, którego udawał na początku stulecia. W 2007 pojawił się na konferencji w Monachium, a w 2008 na szczycie NATO w Bukareszcie.

Z perspektywy czasu to drugie było może nawet ważniejsze. Wystąpienie z Monachium cytowane jest do dzisiaj, bo Putin tam otwarcie zaatakował USA. O tym z 2008 mówi się mniej, ale Putin zachował się bardziej chamsko. Zaproszono go na zakończenie, ale niespodziewanie się pojawił pierwszego dnia żeby ten szczyt rozwalić. To wpierdzielenie się w kaloszach było ważnym sygnałem znamionującym dalsze intencje.

To wszystko jeszcze za Busha. Ale co na to Obama? A Obama na to ładnie wyglądał w garniturze.

Rosji zaproponował niesławny „reset”, który był błędnym odczytaniem sygnałów z 2007-2008. Historia oceni (już ocenia) Obamę jako tego, kto z głupoty sprowokował inwazję na Ukrainę w 2014, niczym Daladier i Chamberlain w 1938.

W sprawie Afganistanu nie szło mu lepiej. Po wyborach okazało się, że sam nie wie co zrobić. Pracował nad rozwiązaniem ze swoimi najlepszymi krawcami aż do czerwca 2011, gdy ogłosił plan. Jaki? Kurczę, sprytny. Wysłać w połowie 2012 dużo wojska (tzw. „surge”), żeby wykończyć wszystkich obrzydliwców.

Patus walący jabola na ławce wymyśliłby lepszy plan od potusa. Byłby dość mądry by nie ogłaszać wrogom: „chłopaki, chcemy do was wysłać za rok od cholery woja, jakbyście chcieli w międzyczasie coś umocnić albo zaminować to spoko, zdążycie.”

Z Iraku wyszedł nawet bez takiego planu, zostawiając bajzel tym gorszy, że w regionie szalało Państwo Islamskie, kolejne nieślubne dziecię USA. Zachęcali do „arabskiej wiosny”, ale zostawiali buntowników na pastwę tyranów, jak teraz w Iranie. W efekcie albo władzę zdobywał ktoś jeszcze gorszy albo ruszała wojna każdego z każdym. Dziękujemy pan Obama.

W Syrii sięgnął dna. W 2012 Obama wyznaczył broń chemiczną jako „czerwoną linię”. Asad przekroczył ją w 2013. A co na to Obama? Nadal ładnie wyglądał w garniturze.

Grozić interwencją i nie zrobić nic – to jest ten sam poziom głupoty, co ultimatumy Trumpa. „48 godzin! Dwa tygodnie! Pięć dni!”. Natomiast oddajmy to kościołowi św. Baracka – rzeczywiście Trump ubiera się gorzej (te krawaty!).

Obama bajzel zastał – i bajzel zostawił. Trump odziedziczył po nim Ruskich w Ukrainie, Amerykanów nadal (!) w Afganistanie, NATO w rozsypce, państwo islamskie w Syrii i Iraku, nie wiadomo co w Libii, Iran z dostępem do Morza Śródziemnego. I Putina w natarciu, rozochoconego „resetem”.

Oczywiście, Trump też spieprzył wszystko czego się dotknął. Ale niestety to nie jest tak, że między nim a Bushem przez osiem lat polityka zagraniczna USA (tylko o tym jest notka, o wewnętrznej proszę dyskutować gdzie indziej) była w rękach ludzi kompetentnych. W amerykańskiej polityce jak ktoś mówi po arabsku, chińsku albo ukraińsku, to utrudnia mu karierę. Jak w thrillerze Michaela Baya, czyni go to podejrzanym („derka derka derk derk”).

Towarzyszka Gencjana

Lata temu Marek Krajewski cyklem o Breslau wylansował specyficzny podgatunek powieści kryminalnej miejsko-historycznej. Moim ulubiono-ulubionym w tej materii jest lubelski cykl Wrońskiego, niestety autor chyba połamał pióro, nie mam więc pretekstu by o nim pisać.

Nieźle rozwija się za to seria przygód profesorowej Zofii Szczupaczyńskiej duetu Dehnel-Tarczyński pod pseudonimem „Maryla Szymiczkowa”. Pseudonim to w tym wypadku mało powiedziane, to osobna bohaterka literacka, z fikcyjną biografią („wdowa po prenumeratorze Przekroju, itd.”), która wprawdzie nie występuje w książkach, ale możemy sobie jej osobowość rekonstruować.

Szymiczkowa jest pastiszem stereotypowego wyobrażenia krakowskich cnót i niecnót. Kocha Kraków tak jak ja kocham Warszawę – ja sobie nie wyobrażam przenosin do innej aglomeracji. Panowie D&T są w tej kwestii bardziej elastyczni, powołali jednak tę postać jako list miłosny do królewskiego grodu (podobno nie należy pisać „list miłosny”, ja właśnie napisałem i co pan zrobisz).

Wspominałem kiedyś o niepisanej zasadzie „woda-woda-BUM!” w literaturze sensacyjnej. Najbardziej cenimy ją za te strony, na których pozornie nic się nie dzieje – ot, Harry Hole parzy sobie kawę przez dziesięć stron.

W kryminałach historycznych „wodą” jest zmysłowy portret nieistniejącego miasta. Tym lepszy, im wyraźniej słyszymy jego zgiełk, czujemy smaki i zapachy, orientujemy się w siatce ulic, wiemy gdzie szukać narkotyków, a gdzie steków. A w tym przypadku: gdzie się kupuje porządny kapelusz.

W każdym kryminale śledztwo polega na tym, że detektyw zauważa niespójności i na tej podstawie Rozwiązuje Zagadkę. Tutaj dostrzega je sokolim wzrokiem kobieta z obsesją na punkcie dobierania broszki do bluzki. Po drobnych detalach w stroju potrafi zauważyć, że ktoś kłamie mówiąc, gdzie spędził minioną noc. Gdy widzi grupę ludzi siedzących przy stole, czyta w ich emocjach jak patolog w wymazach: widzi, kto się ma ku sobie, kto kogo nie lubi, kto skrywa jakie uczucia pod jaką przykrywką.

Książka jest pełna opisów garderoby z użyciem słów, które nic mi nie mówią i nawet nie próbuję sobie tego wyobrazić. Puszczam te „szmizjerki z milanezu” mimo uszu, tak jak w innych książkach nie wiem co to znaczy, że główny bohater wymierzył przeciwnikowi zdecydowane wu-han w jego kundalini, albo załadował wyrzutnię BRDM pociskiem RBMK. I tak nigdy nie będę się stroić jak Szczupaczyńska ani walczyć jak Reacher.

Profesorowa bywa nazywana okrętem flagowym krakowskiego mieszczaństwa. Autorzy dali jej wiele cech charakterystycznych tej klasy – zaczynając od tego drobiazgu, że jak wiadomo, my mieszczanie cenimy sobie wygodę. W imię wygody gotowi jesteśmy na najrozmaitsze niewygody, w rodzaju dojeżdżania godzinami do centrum z teoretycznie wygodniejszego przedmieścia.

Wciśnięci między klasę wyższą i niższą, mamy obsesję na punkcie hierarchii. Biedna profesorowa jest skazana na wieczne rozpamiętywanie, czy jeśli jej męża posadzono między docentem Pipsztyckim a dziekanem Kuciapskim, oznacza to upadek czy awans.

To znów się jej jednak przydaje w śledztwie, bowiem – jak u Agaty Christie – często się tu okazuje, że Ktoś Nie Jest Tym Za Kogo Się Podaje. Czujne oczy Zofii zdemaskują i hrabiego udającego żebraka, i magistra podającego się za doktora.

Klasowa obsesja prowadzi małżeństwo Szczupaczyńskich do paradoksu. Oboje mówią czasem rozsądne rzeczy, Ignacy to ostoja racjonalizmu, a Zofia zbyt dużo wie o mrocznych aspektach CK Monarchii, by wierzyć w system. A jednak oboje są odruchowo przeciwni wszelkiemu wichrzycielstwu, czują autentyczne oburzenie na myśl o tym, że ktoś mógłby obrażać Najjaśniejszego Pana.

Dalszy paradoks: damy z wyższych sfer, żony bardziej prestiżowych profesorów, ekscytują się nowymi prądami: sufrażyzmem, bohemą, dekadencją, Młodą Polską, a nawet socyalizmem. Śledztwo zmusza Szczupaczyńską do infiltrowania takich środowisk, odwiedza lokale dla homoseksualistów, bywa na imprezach, gdzie pijają absynt i zażywają coś mocniejszego, poznała tam kwiat Młodej Polski, a co do socyalizmu, doczekała się nawet pseudonimu w PPS („towarzyszka Gencjana z Krakowa”).

Gdyby się przyznała do ułamka tych przygód, zrobiłaby furorę wśród Znanych Krakoskich Rodzin i wreszcie zaproszono by ją do tych lepszych stolików. Ale z różnych powodów tego nie może zrobić. W głębi duszy naprawdę jest ucieleśnieniem krakoskiego konserwatyzmu. Jej wewnętrzne monologi często brzmią jak parodia działu „opinie” Gazety Wyborczej.

Szczupaczyńska nie wierzy w sądy i policję (zbyt dużo o nich wie), ale nie chce bezprawia i anarchii. Wie, że hierarchia klasowa jest fałszywa, ale to nie znaczy, że profesorowa ma być zrównana z kucharką. Gdy słyszy o wolnej miłości, widzi w tym tylko zniewolenie kobiety. Alkohol i narkotyki nie kojarzą się jej z fantazyjną zabawą, tylko z chorobą i uzależnieniem.

No i… czasem musimy jej przyznać rację, nawet będąc Mieszczanami Postępowymi. Ja na przykład jestem zwolennikiem poprawnej polityczności, łołkizmu i lolkizmu. Gdy osoba trans mnie prosi „mów mi Józiu”, to mówię „Józiu” (chyba że zapomnę, co mi się zdarza i wobec osób cis, zresztą częściej bo ich więcej).

Ale czy wierzę w „wolną miłośc”? Niespecjalnie. Jak słyszę o „poliamorii”, mam mnóstwo praktycznych wątpliwości, niczym Szczupaczyńska. Kto utrzymuje mieszkanie i kto je odziedziczy? Róbta co chceta, ale tak szczerze to uważam, że szczęśliwy związek powinien być pobłogosławiony sakramentem hipoteki.

Te książki prowokują czytelnika do zastanawiania się nad sobą – ile we mnie Zofii i Ignacego? Autorzy wkładają też sporo wysiłku w składanie hołdu klasycznej tradycji, zgodnie z którą „kto zabił” dowiadujemy się z monologu detektywa, który zgromadził wszystkich w salonie. „Morderca jest wśród nas!”. Wszyscy kochamy te słowa…

Za najlepszy tom uważam „Złoty róg”, w którym Zofia wkręca się na pamiętne wesele w Bronowicach. Nie było jej na liście, bo – jako się rzekło – ma za niską pozycję w Krakowie. Ale wbiła po swojemu. Wypatrzyła znajomą twarz i wcisnęła się wołając „ach panie Tadeuszku, tylu ludzi tu próbuje wejść bez zaproszenia, że nie dam rady wejść bez pańskiej pomocy”. I Tadeuszek (moja ulubiona postać drugoplanowa) pomógł jej jak zwykle.

Sztuka Wyspiańskiego jest, jak wiadomo, alegorią meczu piłki nożnej. Tutaj okazuje się, że tak naprawdę chodziło o morderstwo i kradzież tytułowego „Złotego rogu”. Wszystko ma racjonalne wyjaśnienie z jednym wyjątkiem: Szczupaczyńska to jedyna osoba na tym weselu, którą naprawdę odwiedziło widmo.

Ponarzekam jednak na audiobooka – bo w tej formie najbardziej lubię przyswajać kryminały. Otóż mam wrażenie, że nie odsłuchał tego nikt poza frajerami którzy za to zapłacili, takimi jak ja. Nikt nie wyłapał technicznych potknięć takich jak dwukrotne odczytanie tego samego akapitu albo zmiksowanie przez didżejski crossfade (jedno zdanie cichnie, drugie narasta, NAŁOŻONE NA SIEBIE), do tego bywają kwiatki jak „Observatore Romano”.

Cóż, kolejna rzecz, która mnie łączy z Zofią i Ignacym, to uczucie, że świat zmierza ku upadkowi i wszystko jest coraz gorsze. Za Habsburgów robili lepsze audiobooki.

Sukcesja w domu

Pięć lat temu agorowa „wojna na górze” między zarządem a naczelnymi wzbudziła spore zainteresowanie w mediach. Jej zakończenie przeszło niemalże bez echa. No ale od tego są niszowe blogaski, żeby pisały o niszowych tematach.

Temat wymaga krótkiego wprowadzenia, w wielu komentarzach widziałem bowiem niezrozumienie jak funkcjonuje Agora i czym się różni od typowej spółki giełdowej. Widziałem też ogromne oczy zdumionych znajomych, gdy im to tłumaczyłem w okolicznościach towarzyskich.

Spółka medialna tym się różni od typowego startupa, że założycielom zazwyczaj zależy na stworzeniu systemowego zabezpieczenia przez wrogim przejęciem przez władzę i/lub kapitał. W Agorze to się udało: za rządów PiS niektórzy snuli marzenia o przejęciu przez spółki skarbu państwa, osobliwie Ziemkiewicz się podniecał tą wizją. Jak to z prawicą bywa (a osobliwie z Ziemkiewiczem), nie przeczytali publicznie dostępnych dokumentów i nie wiedzieli, że to niemożliwe.

Za najlepszy mechanizm zabezpieczeń uważa się powszechnie Scott Trust. Założył go w 1936 roku John Russell Scott, wydawca Guardiana, który zainwestował nadwyżki w fundusz udzielający się w biznesach po to, żeby Guardian nie musiał być biznesem. Nie grozi mu nie tylko wrogie przejęcie, ale nawet pokusa obniżania poziomu w pościgu za klikalnością.

W Agorze, cytując Rapaczyńską z wywiadu z 1999, zastosowano „odpowiednik trustu”. W tych słowach była zapowiedź przyszłych kłopotów: „odpowiednik” to niebezpieczne słowo gdy mowa o finansach. Czy zainwestowalibyście w odpowiednik obligacji, z odpowiednikiem gwarancji odpowiednika zysku?

Odpowiednikiem jest spółka Agora Holding, dzierżąca pakiet kontrolny Agory SA. Ma uprzywilejowane akcje zwane żargonowo „złotymi”. W praktyce bez zgody Holdingu nie da się zmienić zarządu nawet jeśli ktoś inny skupi 51% akcji.

On jest z kolei zabezpieczony przed przejęciem tak, że nie jest to spółka publiczna. Udziałów w niej nie można kupić ani odziedziczyć. Gdy ktoś odchodzi, jego udziały są umarzane i następnego członka się kooptuje. To ekskluzywny klub, do którego wejść można tylko na zaproszenie.

Początkowo holding tworzyli wyłącznie założyciele „Gazety Wyborczej”. Później, gdy na czele Agory SA pojawili się fachowcy z zewnątrz, tradycyjnie jednym z pięciorga udziałowców był prezes. Od dekady jest to Bartosz Hojka. Do grudnia 2025 w holdingu towarzyszyli mu, w kolejności alfabetycznej, Blumsztajn, Łuczywo, Piegdoń i Rapaczyńska, sami gazeciarze.

Hojka wprawdzie niemal całą karierę zrobił w Agorze, ale w pionie radiowym. Niedawno odniósł sukces w postaci przejęcia Radia Zet, co pisowscy regulatorzy blokowali na zasadzie „robienia Agorze na złość za bycie Agorą”. Można domniemywać, że Radio Zet będzie jego oczkiem w głowie.

Od grudnia skład Holdingu to, znów alfabetycznie: Wojciech Bartkowiak (GW), Bartosz Hojka (R), Sławomir Jędrzejewski (AMS), Dominika Wielowieyska (GW), Maciej Strzelecki (R). W nawiasie oznaczyłem piony awansu.

Ludzie „Gazety Wyborczej” po raz pierwszy znaleźli się w mniejszości. Wprawdzie jest ich tyle samo co ludzi radia, ale jednym z radiowców jest prezes, czyli w holdingu niejako primus inter pares.

W cytowanym wywiadzie Niemczycki mówił „musimy więc koncentrować się na tym, co jest najważniejsze. A to jest 'Gazeta’, 'Gazeta’, 'Gazeta’”. Kto by wtedy pomyślał że tak szybko się z tego zrobi „radio, radio”!

Coś tu założycielom nie pykło. Gdy się przyjrzeć Guardianowi, rzuca się w oczy różnica. Guardian Media Group i Scott Trust Limited to odrębne podmioty. Jeden należy do drugiego, ale umożliwia to klarowny podział ról: STL ma się dokładać do GMG, nie odwrotnie.

Taki podział niedawno wyłonił się ze wspomnianej „wojny na górze”. Wyborcza to teraz odrębna spółka (należąca do Agory). Obawiam się jednak, że to nie będzie deal w stylu Guardiana, tylko raczej „teraz musicie sobie radzić sami”. Zapewne dlatego ostatnim akordem było zwolnienie zbiorowe, w którym poleciała m.in. redakcja dwumiesięcznika „Książki”.

Sympatykom „Gazety Wyborczej” (do których nadal się zaliczam), jedno zostaje na osłodę. Wojna sprzed 5 lat toczyła się o zachowanie niezależności, której istotnym elementem jest niezwalnialność naczelnych. W portalu nie ma odpowiednika: tam nie ma naczelnych, tam są „menadżerowie kątętu”.

A raczej byli, bo stamtąd wyleciało już chyba całe kierownictwo. W zarządzie Agory od lutego nie ma nikogo, kto awansował po pionie portalowym. To tylko kremlinologia, ale to miało znaczenie, gdy jakaś frakcja znikała z politbiura.

Wygląda na to, że to nie jest „scalenie redakcji”, tylko przejęcie przez „Gazetę Wyborczą”. Sygnalizowali to odchodzący z portalu gwiazdorzy, którzy w nowym rozdaniu mieli stracić ten status, jak polscy magnaci po rozbiorach.

Melancholijnie zauważę, że tak powinno być od początku. Wydawca „Gazety Wyborczej” jako odrębny podmiot plus portal jako jego część, a nie jakaś dysfunkcjonalna wewnętrzna konkurencja, z odrębnym kierownictwem i własną polityką. „Gazetę” czeka teraz odkręcanie błędów ludzi, których już dawno nie ma w Agorze. Odfrunęli na złotych spadochronach.

Frazes „cała branża ma kłopoty” jest tu nie na miejscu. Ma kłopoty, ale nie aż takie. Niektórzy choćby nadal mają korektę (np. tygodnik, z którym mam zaszczyt współpracować). Błędne decyzje sprzed dekad wprowadziły „Gazetę” w spiralę, która wykończyła wiele mediów na świecie. Cięcia sprawiają, że coraz mniej treści za które warto płacić. Ubywa więc płacących klientów, co wymusza kolejne cięcia – i tak dalej.

Czy nowemu kierownictwu uda się z tego wyjść? Trzymam kciuki. Cóż nam innego zostało…

Heglizm malkistowski

Gdy wychodził nowy numer agorowego magazynu „Książki”, jego redaktorzy wrzucali teksty do internetu w krótkich odstępach. Ponoć jak się wrzuci wszystko na raz, spadają zasięgi.

Wywalono ich w trakcie tego procesu, więc najnowszego numeru do dzisiaj nie ma w całości na wyborczej pe el. W tym mojego tekstu o „Porachunkach” Jędrzeja Malko. Trochę szkoda, bo chciałem go podlinkować pisząc o nim na blogu. Może kiedyś wrzucą, ale pewnie mają pilniejsze sprawy na głowie.

Książka jest o pieniądzu w różnych ujęciach (historycznym, politycznym, ekonomicznym). Dla kogoś, kto nie czytał Graebera, niektóre tezy będą rewolucyjne – ale jak ktoś czytał, też się dowiaduje ciekawych rzeczy.

Na początku Malko pisze o oporze, który w ludziach wywołuje wiedza „skąd się biorą pieniądze”. Każdy uważa, że to wie, ale jak się robi szczegółowe badanie typu „czy rząd ma prawo do tego, a bank do tamtego”, większość ludzi udziela błędnych odpowiedzi, w tym: posłowie, którzy teoretycznie o tym decydują.

Wystarczy rzucić zdechłym kotem by trafić w publicystę opinii, który powie coś w stylu „banki udzielają kredytów z tego, co zgromadziły z depozytów”. Albo że zanim ludzkość nie wynalazła pieniędzy, posługiwała się barterem. Takie głupoty znajdziemy niestety nawet w podręcznikach. Książka Malki jest odtrutką, choć oczywiście przeczytają ją nieliczni.

W superskrócie, opowiada jak koncepcja „finansowej alchemii”, czyli kreowania pieniędzy ex nihilo przez banki, rywalizowała przez stulecia z koncepcją „pieniądza kruszcowego”, by z nią ostatecznie wygrać pół wieku temu. To na tyle niedawno, że część z nas była wtedy na świecie. Ja jeszcze gdy jako dziecko pytałem, czemu właściwie waluty dzielą się na peweksowe i niepeweksowe wyjaśniano mi, że te pierwsze mają pokrycie w złocie. Wtedy jeszcze szczątkowo faktycznie je miały.

Pieniądz alchemiczny wymaga zaufania, że bankowe kredyty, w wyniku których powstaje, zostaną kiedyś spłacone. W tyranii z tym krucho, bo tutaj zawsze jest ryzyko, że król może bankierów spalić na stosie. To jest świetny numer na raz, ale potem trzeba pożyczać pieniądze na zaporowych warunkach i dlatego tyranie w końcu upadają.

Stąd widoczna w Europie przez kilkaset lat tendencja faworyzująca ustroje może niekoniecznie zaraz demokratyczne, ale przynajmniej praworządne. W państwie, w którym w teorii król może przegrać proces ze swoim poddanym, finansowa alchemia lepiej działa. Gdy „są jeszcze sędziowie w Berlinie” to i bankierzy tam prosperują.

To tłumaczy koncepcję „końca historii”, którą Fukuyama jak wiadomo zaczerpnął od Hegla. On za ten koniec uważał narodziny nowożytnego państwa pruskiego.

Wielu historycznych progresywistów (w tym Adam Smith i Karol Marks) wierzyło w istnienie jakiejś niewidzialnej ręki, która sprzyja wolności. Marks i Engels próbowali to wyjaśniać „materializmem historycznym”, którego nigdy do końca nie wymyślili, co stawiało pokolenia marksistów w niezręcznej sytuacji konieczności udawania, że się zna dzieło nieznane nawet jego twórcom.

Jeśli ta książka doprowadzi do pojawienia się malkizmu, to w nim ta „niewidzialna ręka” okazuje się kamieniem filozoficznym, za sprawą którego bank może napisać „to jest stówa” na kartce papieru. I staje się stówa. Zimnej wojny nie wygrali więc demokraci, tylko stojący za nimi alchemicy.

Sprawują władzę absolutną. Nawet w Rosji człowiekiem numer dwa od pewnego czasu zdaje się być nie generał, nie czekista tylko finansista pilnujący obszczaka.

Co za tym idzie, alchemicy nie potrzebują już demokratów. Okazali się poputczykami, „użytecznymi idiotami”, „fellow travellerami”, którzy spełnili swoją rolę – i są teraz do odstrzału jak żyrondyści dla jakobinów, sa-mani dla ss-manów albo eserowcy dla bolszewików.

Malko dostarcza nowej odpowiedzi na pytanie o „koniec historii”. Otóż on nadszedł, tylko nie taki jak go sobie Hegel wyobrażał. Prawdziwymi zwycięzcami zimnej wojny nie byli Wałęsa, Reagan ani Wojtyła, tylko Jeffrey Epstein.

Klasa Epsteina jest coraz bogatsza, a reszta populacji Zachodu coraz biedniejsza. Gwałtownie to przyśpieszyło w ciągu ostatnich paru lat, gdy pandemia i wojna nam wszystkim przysparzała biedy i cierpienia, ale dla klasy Epsteina to była bonanza, są znacznie bogatsi niż w 2019 i nawet już nie ukrywają, że w kolejnych tragediach widzą kolejne okazje.

Malkizm udziela odpowiedzi na wiele pytań współczesności, na przykład na fishero-żiżkowe „dlaczego łatwiej nam wyobrazić koniec świata niż koniec kapitalizmu”. Bo koniec świata nastąpił, tylko nie taki, na jaki byliśmy nastawieni. Albo dlaczego czy wygra Pis czy Antypis (albo Trump czy Antytrump), i tak rządzący nawet nie próbują już udawać, że w ogóle ich cokolwiek obchodzi los Przeciętnego Człowieczka z Przeciętnymi Zarobeczkami. Klasa Epsteina zawłaszczyła wszystko, nawet wyobraźnię.

Jest to więc książka wybitna, więc dla mnie to szczęście w nieszczęściu, że akurat na niej kończy się moja współpraca z Agorą. 29 lat temu moim pierwszym tekstem też była recenzja książki: „Kokainowych nocy” Ballarda. Nie jest może najwybitniejsza w jego dorobku, ale po prostu akurat wtedy wyszła w Polsce.

Te książki dobrze ze sobą korespondują, bo odrobinę tylko naciągając powiedziałbym, że cała proza Ballarda to ilustracja dla zjawisk opisywanych w „Porachunkach”. Nawet „Imperium Słońca”, bo to przecież też powieść o wojnie finansowych alchemików z upadającą tyranią.

Malką więc kończę, co Ballardem zacząłem. Mogło być gorzej. Z tej okazji ośmielę się jednak zaapelować o suby i donejty. Niedługo o książkach naprawdę będziemy mogli gadać już tylko na crowdfundowanych blogaskach.

Czytajta O’Briena!

Osoby interesujące się Ukrainą kojarzą Phillipsa O’Briena (a nieinteresujce się trafiły na niewłaściwego bloga). Wydał on niedawno książkę „War and Power: Who Wins Wars ― and Why”, którą należy tu uznać za lekturę obowiązkową. O’Brien wykłada tam swoją Teorię Sztuki Wojennej, która brzmi dla mnie – jako dla absolwenta szkoły Paradoxu – całkiem sensownie.

O’Brien jest zaprzysięgłym wrogiem „realizmu”, podobnie jak Jors Truli. Pod tą pozornie sympatyczną nazwą kryje się doktryna międzynarodowa, w której liczy się tylko siła, więc cokolwiek robi supermocarstwo, jest eo ipso usprawiedliwione. Można się tej idei sprzeciwiać z powodów etycznych, ale można też z czysto racjonalnych: realizm wszystko sprowadza do pojęć, których nie sposób zdefiniować.

Kto jest supermocarstwem? W HOI4 definicja jest prosta: trzeba mieć co najmniej 70% potencjału przemysłowego siedmiu najbardziej uprzemysłowionych państw (wbrew pozorom, nie chodzi więc po prostu o bycie w górnej siódemce, w mojej obecnej grze jest 9 supermocarstw, w tym odrodzona Rzeczpospolita Obojga Narodów ofc).

A czym jest siła? Realiści sprowadzają to do stalinowskiego „ile papież ma dywizji?”, ale to droga donikąd. Jeśli liczyć lufy, czołgi i samoloty, Południowy Wietnam i Irak Saddama należały do czołówki mocarstw.

Potencjał Rosji wielokrotnie przeszacowano w ten sposób. Podczas pierwszej światówki Niemcy zakładali, że Rosja to groźny niedźwiedź a Francja to taka śmieszna żabka, więc plan Schlieffena zakładał błyskawiczne pokonanie Francji doborowymi wojskami, które potem by przerzucono na wschód.

Jak wiadomo, wyszło odwrotnie. Doborowe wojska ugrzęzły pod Verdun, za to tyłowa armia na wschodzie, licząca 175.000 żołnierzy, unicestwiła atakujące 485.000 Rosjan. Gdyby kajzer Wiluś lepiej to zaplanował, odpala się przerażająca alternatywna historia absolutnej dominacji Niemiec w Europie.

Ten sam błąd robili prawie wszyscy do 24 lutego 2022. Zachodni analitycy przeszacowali potęgę Rosji nawet bardziej niż sam Putin, który zakładał raczej 10 dni niż 3 dni. Ale jakiś amerykański głupek (niejaki Rob Lee, specjalista od Rosji w Foreign Policy Research Institute) dla New York Timesa mówił wręcz o „30 minutach”.

O’Brien proponuje zamiast tego podejście, które nazywa „holistycznym”. Jak się można domyślić po tej nazwie, też nie jest łatwe do zdefiniowania, ale przynajmniej nie udaje takowego.

W kolejnych rozdziałach opisuje jakie znaczenie dla potencjału wojennego państwa ma jego przywództwo, gospodarka, społeczeństwo i pozycja międzynarodowa. Zauważę na marginesie, że wszystkie te parametry próbują oddawać gry Paradoxu, gdzie przywódca niczym w RPG, miewa plusy i minusy za swoje cechy osobowości, są też „national spirits”, „diplomatic reputation”, „stability”, „war support”, itd. Francja na przykład zaczyna ze spiritem „zwycięzcy wielkiej wojny” (który uniemożliwia reformę armii).

Wiele obserwacji O’Briena znajduję ciekawymi, na przykład że dyktatorzy generalnie z biegiem lat głupieją. Nawet niekoniecznie za sprawą sklerozy, ale po prostu dlatego, że po 10 latach zaczynają wierzyć w swoją nieomylność (bo musieli mieć już sytuacje typu „moi generałowie się ze mną nie zgadzali i kto teraz gryzie trawę”). Hitler na przykład w latach 1933-1939 parę razy grał va banque wbrew wszystkim doradcom – i wygrywał, co go doprowadziło do serii samobójczych decyzji w latach 1940-1943.

Teoretycy wojskowości mają skłonność do pomijania czynniku ludzkiego, bo patrzą na niebieskie i czerwone strzałki na mapie, a nie na tego Churchilla, który je narysował. Tymczasem Osobowość Przywódcy ma kapitalne znaczenie, bo na przykład może on mieć osobistą preferencję wobec marynarki kosztem lotnictwa, albo zdolność zrażania sojuszników.
Kajzer Wiluś skazał siebie na porażkę swoją agresywną polityką zagraniczną. Wydawało mu się, że sojusz francusko-rosyjski będzie niemożliwy, a Wielka Brytania zachowa neutralność. Zachowywał się chamowato wobec wszystkich, czym niczego nie zyskał, za to stworzył ententę przeciw sobie.

Drugim błędem krytykowanym przez O’Briena jest skupianie się na bitwach. Wszyscy mają do tego skłonność: historycy, politycy, generałowie. Tymczasem można wygrywać bitwy i przegrać wojnę, typowy przykład to USA w Wietnamie.

Żeby nie być gołosłownym, O’Brien stosuje swój model do prognozowania przebiegu ewentualnej wojny amerykańsko-chińskiej. Będzie to starcie dwóch największych współczesnych mocarstw, a więc coś porównywalnego do obu światówek.

Zakładając, że Chiny zaczną od desantu na Tajwan, wojna zacznie się od bitwy wygranej przez USA. Chińska armia nie ma doświadczenia bojowego – w odróżnieniu od amerykańskiej.
Wynik pierwszej bitwy niewiele jednak mówi o wyniku wojny. Felix Steiner, ten z memów o Hitlerze, szedł sobie w 1939 przez Polskę jak przez masło nieświadomy, że pośmiertną sławę przyniosą mu walki w ruinach Berlina. Bush junior jak ostatni kretyn świętował sukces w Iraku („MISSION ACCOMPLISHED!”).

Wojny mają tendencje trwać dłużej niż ktokolwiek przewidywał gdy padały pierwsze strzały. Kończą się w innej konfiguracji koalicyjnej niż się zaczynały, przy użyciu broni, których na początku nie znano lub bagatelizowano ich znaczenie. W 1914 powątpiewano w bojowe zastosowania aeroplanu, w 1939 nie było pewności czy bomba atomowa jest możliwa. W 2021 Ukraina robiła jeden model drona w ilościach chałupniczych, teraz 4 miliony sztuk rocznie w różnych konfiguracjach.

Wojna chińsko-amerykańska z całą pewnością spowoduje więc przetasowania w międzynarodowych sojuszach oraz wynalazek niejednego super-rozwalatora, który nawet jeszcze nie wiemy czym będzie. O’Brien jako najbardziej oczywiste podsuwa nowe rodzaje AI, ale to może być bardziej zaskakujące.

W tym wyścigu ostrożnie stawia na przewagę Chin. Jak wielu analityków nie uważa Trumpa za jednorazowy wypadek przy pracy, tylko syndrom ogólnego skretynienia amerykańskich elit (tzw. „klasy Epsteina”). Na tle Trumpa Biden, Obama czy Bush mogą się wydawać rozsądni, ale to nisko zawieszona poprzeczka.

Cała ta czwórka zniszczyła dyplomatyczną reputację USA, zdradzając sojuszników, słuchając doradców wierzących w łatwe zwycięstwo w Afganistanie, wzywając Kurdów do rebelii (by ich potem wrzucić pod autobus). Podobni kretyni będą kierować amerykańską dyplomacją podczas hipotetycznej wojny z Chinami, a więc… biedny Tajwan. Wszyscy amerykańscy sojusznicy sobie nagle przypomną, że zostawili włączone żelazko.

O irańskiej awanturze O’Brien nie zdążył oczywiście w tej książce napisać, ale analizuje ją na szrubsztaku. Pasuje do jego modelu znakomicie – Trump zachowuje się jak typowy „późny tyran”, absolwent szkoły dyplomacji im. Kajzera Wilusia. Jedyna nadzieja dla Tajwanu, że podobne objawy wystąpią u Xi Jinpinga, ale na razie się na to nie zanosi: właśnie korzysta z okazji do prezentowania Chin jako najrozsądniejszego supermocarstwa.

Zasygnalizowałem tutaj tylko niektóre wątki z tej książki, którą tak poza tym Gorąco Polecam. Dla jasności zaznaczę, że metafory odwołujące się do gier Paradoxu są wyłącznie moje własne, O’Brien ich nie robi. SZKODA!

Optimisticzieskaja dynamika

Czwartą rocznicę trzydniowej celebrowałem już na szrubsztaku, zapraszam także tutaj. Jak zwykle będzie to notka w formacie think tanku TTDKN – moje zgadywanki są równie dobre jak wasze.

Oczywiście, to smutne że w ogóle taka notka powstaje. Nie spełniły się nasze nadzieje na „Crimean Summer Beach Party”, teraz zresztą nie chciałbym tam plażować nawet po wojnie, bo to wszystko musi być potężnie skażone. Cztery lata temu jednak wielu analityków wróżyło szybki upadek Kijowa, a ja się spodziewałem upadku Charkowa – był zresztą w pełnym okrążeniu.

Przyznając więc z góry, że kiepska ze mnie Pytia, znów wyrażę nadzieję, że to się powinno skończyć w tym roku. Główne uzasadnienie mam takie, że od paru miesięcy rosyjskie media piszą o ichnim kryzysie gospodarczym.

To nowość. Dotąd to my snuliśmy nadzieje: że rubel spada, że brak benzyny, że dyskont na uralsie. Zawsze jednak Nabiulina, ten ich Hjalmar Schacht w spódnicy, potrafiła zrobić jakieś finansowe czary-mary.

Teraz to oni mówią o kryzysie. Od pewnego czasu wścieka się na ten temat Sołowiow. Oczywiście, nigdy nie mówi, że jest spowodowany przez wojnę. Wprawdzie wolno mu używać słowa „wojna”, ale używa go w przedziwnym kontekście: „czy ta Nabiulina nie rozumie, że musimy wygrać wojnę?”.

Jeśli szukać jakiegoś sensu w tych wywodach, Sołowiow zdaje się twierdzić, że przyczyną „technicznej recesji” są działania banku centralnego, który nieudolnie zwalcza inflację, schładzając gospodarkę. Że jest źle, to już przyznają wszyscy, od sasa do tassa.

W takim razie może widać światełko w tunelu? Wygląda na to, że ta wojna przypomina bardziej pierwszą niż drugą wojnę światową. Każda ofensywa albo jest nieudana, albo jest pyrrusowym zwycięstwem.

Państwa centralne do dnia kapitulacji kontrolowały kawał Europy. Powiedzmy – Brukselę. Nie wyzwolono jej w wyniku śmiałej kontrofensywy armii belgijskiej – po prostu państwa centralne się rozleciały, żołnierze dawali się rozbrajać cywilom, chcieli tylko wrócić do domu. Może podobnie będzie wyglądało wyzwolenie Donbasu?

Jak wiecie, rosyjska armia ma obecnie problem z łącznością. Wyłączono im Starlinki. Sieć buzuje od plotek, że jakoś to obejdą, ale nigdzie jeszcze nie znalazłem konkretu. Whitelista wydaje mi się rozwiązaniem nie do obejścia?

Na domiar dobrego wyłączają im też Telegram. Na razie jest spowolniony tak, że działają tylko wiadomości tekstowe. Sieć buzuje od plotek, że 1 kwietnia wyłączą go całkiem.
Rosjanie rozpaczają nad utratą „telegi” nawet bardziej niż nad starlinkami. Przeczytałem wiele wyjaśnień czemu ten serwis jest dla nich nie do zastąpienia – zależy im na zamkniętych grupowych czatach, podobno niezbędnych w sytuacjach typu „operator drona zobaczył kogoś w szarej strefie, więc pyta czy to ktoś z naszych”.

Zamknięte czaty są z kolei właśnie tym, czego nie chce dyktatura. Wygląda na to, że decyzję o wyłączeniu Telegrama już podjęto. Sieć buzuje od plotek (nadużywam tego pojęcia, prawda? no ale cóż począć, taki temat), że to wstęp może do kolejnej mobilizacji, a może do konfiskaty oszczędności, a może jednak do zawieszenia broni.

Ja się jak zwykle nie znam na gospodarce, ale wydaje mi się, że w warunkach „technicznej recesji”, każdy gwałtowny ruch typu „mobilizacja siły roboczej” / „wzrost podatków” / „zamrożenie kont” przesunie ją z technicznej w apokaliptyczną.

Jedno jest pewne. Nie sprawdziła się prognoza Niegdysiejszego Awala, że Rosja dochody z eksportu węglowodorów zastąpi czymś innym, osobliwie eksportem samochodów elektrycznych. Cztery lata temu korpomenedżmenty rosyjskich firm motoryzacyjnych mogły snuć takie plany, ale teraz już wszyscy mówią o „pesymistycznej dynamice”.

Minimum Viable PRL

W kinie moralnego niepokoju zwrot akcji często polegał na tym, że cwaniak okazywał się frajerem (i odwrotnie)

Niedawna rozmowa o PRL uświadomiła mi, że o pewnym aspekcie tamtego ustroju wielu zapomniało, część nigdy nie wiedziała. Przybliżę go notką skierowaną zwłaszcza dla Młodzieży (przed pięćdziesiątką).

Otóż droga Młodzieży, jeśli pracowałaś kiedyś w kapitalistycznym korpo, zapewne zetknęłaś się z takim fenomenem, że jest sobie zadanie, które zdaniem fachowca wymaga tygodnia pracy trzech osób. W korpo oczywiście takie zadanie mają zrealizować dwie osoby w trzy dni, kończy się to katastrofą, ale odpowiedzialny menadżer dostaje premię za oszczędnoś, a katastrofa interpretowana jest jako skutek obiektywnych zewnętrznych.

Znacie to z własnej korpokariery? Ja tak, bo to Agora w pigułce (odniosła raz w życiu jeden sukces, którego nigdy nie powtórzyła, bo większość prób wyglądała jak powyżej). W kręgach redditowo-stackoverflowowych widziałem to jak dowcip o korporacji, która udowodniła, że nikt nie lubi pizzy (proszę wyguglać dowcip o „minimum viable pizza”), więc to chyba nie tylko w Agorze tak wygląda(ło).

W każdym razie, korporacyjny kapitalizm rozwija się dzięki temu, że nie wszystkie korporacje tak realizują wszystkie produkty. W PRL to była ogólna reguła.

To konieczne by zrozumieć różnicę między tym, jak ten system wyglądał w praktyce a tym, jak wyglądał na papierze. Na papierze zróżne rzeczy wyglądały fajnie: miliony mieszkań, miejsc pracy, szpitalnych łóżek. Tylko że to wszystko było jak Minimum Viable Pizza z dowcipu.

Jeśli „dostawałeś” mieszkanie, to musiałeś je sam wykończyć, więc ten PRL-owski inteligent uszczęśliwiony kluczami do M-3 musiał teraz wyczarować kasę na tzw. „fachowców” oraz deficytowe towary jak płytki czy klepka. Zakłady działały na pół gwizdka, bo zawsze czegoś brakowało. Cały PRL był jak pizzeria, która „na razie” musi sobie radzić bez sera.

To przenikało ten ustrój z góry do dołu. Jeśli ktoś w nim próbował żyć zgodnie z regułami, czekała go porażka.

Studia niby były za darmo, ale wymagały podręczników. Te były w bibliotece, ale we wrześniu już wypożyczone, musiałeś więc je sobie kupić na rynku wtórnym. Potrafiły kosztować (w przeliczeniu na zarobki) odpowiednik dzisiejszego tysiaka, a potrzebowałeś przecież kilkunastu.

W klasie robotniczej był ten sam problem. Jeśli grałeś zgodnie z systemem, czekało cię krótkie i bolesne życie, w którym szybko traciłeś zdrowie wykonując polecenia niezgodne z BHP (pracując zgodnie, nie wyrobiłbyś normy).

Wytwarzało to kult cwaniaka: kogoś kto potrafi w tej dżungli poruszać się na skróty, podziwianego i nienawidzonego. Komedie Barei i kino moralnego niepokoju pokazywały dwie strony tego medalu. Główna oś fabuły zwykle dotyczyła konfliktu między „pierdołą” i „cwaniakiem”. Ten konflikt czasami był pokazany czasem jako tragedia, czasem jako farsa („jogi babu!”).

Na każdym piętrze chodziło o dolary. Większość inwestycji robiono w nadziei na dewizowy eksport. Do tego jednak zazwyczaj był potrzebny wkład dewizowy, na przykład na jakieś maszyny. Jeśli przemysł socjalistyczny produkował dobry sprzęt, to przecież też po to, żeby go eksportować za dewizy, a nie oddać bratniej firmie za „ruble transferowe”.

Im więcej było dewiz, tym więcej ich było potrzeba. Z błędnego koła miały nas wyrwać gierkowskie kredyty, ale wyszło odwrotnie. Ten problem występował na każdym piętrze, od rządu po Jana Kowalskiego. Sto baksów czyniło go wygrywem.

Konflikt „frajer kontra jogi babu” występował też w piosenkach. Motyw „Dla niego rzuciła mnie – bo on miał dolary, a ja nie” można rozpatrywać jako seksizm, ale wydaje mi się to wulgaryzowaniem tematu. Był to krzyk rozpaczy PRL-owskiego przegrywa, często zresztą wyrażany bez podtekstu miłosnego, np. „Kto mi zapłaci za łzy” Lombardu (#mamtonawinylu).

Jego autor, Jacek Skubikowski, był chyba takim PRL-owskim przegrywem właśnie. Niby gwiazdor, coś tam zarabiał, ale w złotówkach. Muzycy mogli sobie dorobić grając dla Polonii, na statkach albo w knajpach, gdzie mahoniowi goście dawali dolarowe napiwki za takie rzeczy, że jeszcze im wstyd. A co mógł tekściarz?

Tej walutowej obsesji nie zrozumie ktoś urodzony po 1989. Dziś kto dolarów potrzebuje, ten se przewalutuje (joła). Nie mamy już sytuacji typu „inwestycję trzeba było wstrzymać bo zabrakło wkładu dewizowego” (zdarzają się natomiast w Rosji). No i generalnie bycie Janem Kowalskim, przeciętnym człowieczkiem z przeciętnymi zarobkami, jest teraz nieporównanie przyjemniejsze niż w PRL – lepiej mieszkanie spłacać 30 lat (mieszkając w nim!) niż na nie czekać 30 lat, mieszkając w hotelu robotniczym.

Teraz odtwarzane (208)

Tyle się dzieje, że nie mam kiedy pisać o muzyce. Tymczasem w międzyczasie dopadło mnie coś, co zawsze uważałem za dno dna, najbardziej fajansiarski format jutikowo-tubtakowy, czyli tzw. „reaction videos”. Zawsze mnie brzydził, bo w ogóle w tych widkastach najbardziej hejtuję to, że kolesie koniecznie muszą pokazywać swoją japę, jakby była czymś najciekawszym na świecie (jest mnóstwo filmików o Ukrainie, zajawionych kadrem typu „głupek robi durną minę gdy się dowiedział o stratach”).

No cóż, na każdego Matyska przyjdzie jego koza do woza. Krótko mówiąc, odkryłem (=algorytmy mi podsunęły) format „obcokrajowcy reagują na polską muzykę z lat 80.”. Konkretnie zafascynowały mnie reakcje na „Samotny dom” Budki Suflera.

Tak, wiem, zaraz mnie tu któryś wyskoczy z komciem, że to 1975. Sami jutuberzy często tak powtarzają, bo pewnie wzięli to sobie z wikipedii czy co gorsza z gpt. Ale za każdym razem wyraźnie słychać, że to wersja z 1983 (ewentualnie jeszcze późniejsze).

Przy okazji rozmowy o „Stranger Things” padło pytanie, co szczególnego było w ówczesnej popkulturze. No więc była po prostu zróżnicowana. Ówczesne przeboje ZASKAKIWAŁY. Nie tylko polskie, ale oczywiście znając to wszystko na pamięć, już zapomnieliśmy jakie to dziwne dla kosmity, tzn. dla młodego obcokrajowca w XXI wieku.

Nawet gdy ktoś nie rozumie tekstu, ta piosenka jest dziwna. A jeśli rozumie, jest dziwna dubeltowo. Teraz po latach, gdy ogólnie (pop)kulturę konsumuję bardziej świadomie widzę, jak silnie Adam Sikorski inspirował się klasyką polskiego romantyzmu, zwłaszcza tego późnego, epigońskiego.

Myślę konkretnie o grupie cyganerii warszawskiej, która się nigdy tak formalnie nie nazywała. Nie stworzyli arcydzieł, ale byli inspiracją dla paru znanych kolesi w rodzaju Norwida.

Ich charakterystyka z Wikipedii brzmi bardzo rokendrolowo: „Cyganie warszawscy nadawali codziennym sytuacjom i zdarzeniom charakter niezwykłości. Ośmieszali strój salonowy – z byle powodu zakładali fraki. Na co dzień chodzili umyślnie brudno i ubogo. Ich atrybutami były długie włosy, brody oraz trzymane w ręku kije włóczęgów (…) Tematami poruszanymi w ich utworach były najczęściej: marzenie, fikcja, sen oraz rozczarowanie. Dominował szablon romantycznych motywów: wichry, ciemne chmury, grzmoty, pioruny, wycie psów, upiory, cmentarze, uroczyska i drogi rozstajne”.

Od samego czytania tego hasła człowiek odruchowo zaczyna na nieistniejącej gitarze wygrywać jakieś „du-du-du-dumm”, a potem na równie nieistniejącej perkusji „łubudu-jebudu sruuuu-dupssss!”. No i w ejtisach fajne było to, że piosenka pt. „Wycie psów na drogach rozstajnych” albo „Marzenie, fikcja oraz sen” mogła tak po prostu lecieć w mainstreamowym radiu, w którym dziś usłyszymy ino jakąś idiotkę, trzepoczącą sztucznymi rzęsami do „o bejbi bejbi” z autotuna.

Ech, to były okropne czasy, ale fajnie było to Usłyszeć Po Raz Pierwszy. A teraz patrzeć, jak to słyszy po raz pierwszy Istota z (ówczesnej) Przyszłości…

Byli redaktorzy ida w prawo

W moim bąbelku dostrzeżono już książkę Eoina Higginsa „Owned: How Tech Billionaires on the Right Bought the Loudest Voices on the Left”. Tytuł zachęca, więc kupiłem – chociaż autor w wywiadach lojalnie uprzedza, że te „loudest voices” to tak naprawdę dwóch muppetów: Glenn Greenwald i Matt Taibbi. Inne przykłady pojawiają się tylko na marginesie.

Najchętniej przeczytałbym inną – o mechanizmach przy pomocy których neofaszystowscy miliarderzy zmienili media społecznościowe w prawicowy ściek. W takiej książce Greenwald i Taibbi byliby tylko jednymi z wielu przykładów, obok tych wszystkich Russellów Brandów, Aaronów Matów, Maxów Blumenthalów (i rodzimych „lewicowców popierających Trumpa”).

Tu jest, jako się rzekło, odwrotnie. Owszem, nareszcie mamy dokładniejszy portret mechanizmów, które sprowadzałem tu na blogasku do „uogólnionego Petera Thiela”. Niestety, są tylko tłem do niemalże biograficznej opowieści o Greenwaldzie i Taibbim, którzy mnie w sumie nie obchodzą.

Stąd moje pytanie do PT Komcionautów. Why are they even a thing? Oczywiście, wiem kim oni są, helou, przeczytałem przed chwilą grubą książkę o nich – ale Higgins zdaje się uważać, że czytelnikowi nie trzeba tłumaczyć, czemu Greenwald i Taibbi są Bardzo Ważni.

Ja za nimi nigdy nie przepadałem. Z Greenwaldem kiedyś robiłem wywiad promujący jego książkę i zrobił na mnie złe wrażenie. Krzyczał jak na wiecu, choć mówił tylko do mnie. Ja ogólnie nie lubię wrzaskliwych ludzi, pewnie dlatego nie nadaję się do tych wszystkich tiktoko-jutubów, bo tam też, zdaje się, najlepiej sprzedaje się krzyk.

Greenwald przynajmniej ma taką zasługę, że przypadkowo wplątał się w aferę Snowdena (dlatego w ogóle chciałem z nim gadać). W całej tej aferze z perspektywy czasu widać, że najlepiej zachowywały się w niej tradycyjne media, z Guardianem na czele – mimo to Greenwald od lat jest ich zaprzysięgłym wrogiem (to właśnie ten temat tak go nakręcił).

Taibbi nie ma nawet takiego osiągnięcia w dorobku. Gdy ktoś chce go elegancko przedstawić, nazywa go „byłym autorem Rolling Stone”. Z Greenwaldem łączy go jednak obsesyjna wrogość wobec tradycyjnych mediów, co jest paradoksem: ich szczytem kariery była niegdysiejsza współpraca z nimi.

Chętnie się nią chwalą w CV, ale po odejściu na swoich blogasko-widkastach zajmują się głównie zwalczaniem ich. Greenwald ma zdjęcie Rachel Maddow sprzed 10 lat przypięte na Twitterze, a na blogaskowisku Taibbiego jeden z pierwszych linków jakie widzimy to „The Media is Busted. And will soon die”.

Higgins wyjaśnia to tak, że dla obu muppetów formacyjnym doświadczeniem było „Russian Collusion” – że media w 2016 jakoby przesadnie eksponowały rosyjski wpływ na wybór Trumpa (zwłaszcza Maddow). Greenwald i Taibbi tak się zaangażowali w bronienie Trumpa przed liberalnymi mediami demonizującymi Rosję, że wyszło im, że Trump i Putin są w sumie całkiem fajni w porównaniu do tej ludobójczej tyranki, Rachel Maddow.

Jak wielokrotnie pisałem, nie cenię sobie publicystyki opinii. To najtandetniejszy gatunek dziennikarski, zwłaszcza gdy komuś się tej opinii nie chce nawet spisać, tylko ją wywrzaskuje do kamery. Opinia jest jak biodra, każdy ma swoją, niekoniecznie musi ją pokazywać.

Cenię sobie dziennikarstwo, z którego można się dowiedzieć czegoś nowego – by sobie o tym potem wyrobić opinię. Tak rozumianym dziennikarstwem Greenwald nie zajmuje się od lat, a Taibbi chyba nigdy. Takie dziennikarstwo nadal w roku 2026 możliwe jest tylko w mediach tradycyjnych. Najgorsze że wyrasta już pokolenie tiktokonautów, którzy nawet nie rozumieją tej różnicy.

Wszystko, co dla mnie nowe i ciekawe w tej książce to zajmujący maks paręnaście stron opis mechanizmów, przy pomocy których nie tylko Peter Thiel, ale także Marc Andressen, Ben Horowitz, Joseph Lonsdale, Larry Ellison, David Sacks (itd). przesunęli internet w prawo. Część serwisów blogowo-widkastowych do nich po prostu należy (Rumble), w innych natomiast mają tak silną pozycję, że Zuckerberg czy Bezos musi się z nimi liczyć, zwłaszcza od kiedy mają swojego prezydenta.

Rząd federalny może zrobić kuku każdej firmie, zwłaszcza działając „na wezwanie akcjonariuszy”, dlatego cyberoligarchowie płaszczą się przed Trumpem i zgadzają się na dochodzenia w sprawie tego, czy ich algorytmy należycie promują treści prawicowe. Treści lewicowe nie mają swoich Thielów, więc lewicowy podkast niech się cieszy gdy nie dostanie bana, ale na jakąś wielką popularność nie ma co liczyć. Algorytmy będą promować kogoś innego.

Ogólnie więc nie polecam, chyba że ktoś jest wielkim fanem Tanwalda i Greibbiego. A jeśli ktoś taki się tu pojawił, to poproszę o wyjaśnienie za co ich ceni.

Dziwniejsze rzeczy

O tym, jak beznadziejne jest zakończenie serialu „Stranger Things” najlepiej świadczy teoria spiskowa „Conformity Gate”, która eksplodowała po jego premierze. Zgodnie z nią, ten finał to tylko zmyłka przygotowana przez siły zła, a prawdziwy miałby mieć premierę 7 stycznia. No cóż, rozczarowali się jak wyborcy Trumpa kwestią „Epstein Files”.

Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał, to porady Dziadka Wojtka są takie. Po pierwsze, cieszyć się Wygranym Życiem. Ale jeśli komuś bardzo zależy, ograniczyć się do pierwszego, maks. pierwszych trzech sezonów. Już czwarty robi się irytujący, a piąty to taka masakra, że dobrnąłem tylko żeby z czystym sumieniem móc zmiażdżyć na blogu.

Pierwszym sezonem byłem zachwycony. Jestem rówieśnikiem głównych bohaterów, w ich wieku też zwiedzałem na rowerku okoliczne lasy, odkrywając tam dziwne rzeczy, o których dużo później dowiedziałem się, że to np. ruiny Transatlantyckiej Stacji Radiowej. Mieliśmy nawet nasze Hawkins Lab w postaci ukrytego w tych lasach Instytutu Fizyki Plazmy i Mikrosyntezy Laserowej.

Moja wyobraźnia była więc pełna historii takich jak w pierwszym sezonie. Ożyły, gdy usłyszałem te analogowe syntezatory, robiące BZZŹŹŹZIUUÓÓU w czołówce. A bohaterowie jeszcze grali na takich samych automatach w te same gry, słuchali tych samych zespołów z tych samych kaset…

Nostalgia braci Duffer, twórców serialu, była jednak oszukana. Nie pamiętali tych czasów, przyszli wtedy na świat. O ile pierwszy sezon doskonale wpisywał się więc w coś w rodzaju „najpiękniejszego filmu Spielberga który nigdy nie powstał”, szybko to poszło w kierunku „najnudniejsze CGI ever”.

Ówczesne kino dla nastolatków (zwane przez polskich krytyków „kinem nowej przygody”) owszem, epatowało efektami specjalnymi, ale te efekty były skromne i w większości pokazywane dopiero w finale – w trzecim akcie, gdy ożywa rycerz z witraża a gremliny demolują miasto.

Przez pierwsze dwa akty pozornie nic się nie działo, poza tym, że poznawaliśmy protagonistów i budowaliśmy sympatię do nich, a potem przejmowaliśmy się, że wkręcili się w jakąś Straszną Aferę, o której nie mogą powiedzieć dorosłym, bo i tak Nikt By Im Nie Uwierzył. Trochę „The Goonies”, trochę „ET”, trochę „Christine”.

Fabułę „Stranger Things” nakićkano tak, że efekty specjalne w czwartym i piątym sezonie są serwowane w nadmiarze od początku. Przeważnie są komputerowe, więc nie mają takiej mięsistości, jak w „The Thing” czy Indiana Jonesie. Czasem są analogowe i wtedy jest jeszcze gorzej – na przykład na bohaterów z góry leje się coś przypominającego stygnący budyń waniliowy, a oni krzyczą że od tego umierają. Niestety wychodzą ze starcia z budyniem tak jak się wychodzi ze starcia z budyniem, trochę się tylko upaprali.

Bohaterowie zachowują sie generalnie jak NPC. Żołnierze jak w grach snują jakieś dziwne twardzielskie dialogi radośnie nie dostrzegając, że cały pluton już nie żyje. I jak w grze, nikt ich nie żałuje, gdy do tego plutonu dołączają. Ja już tu kibicowałem tylko Siłom Zła.

Bracia Duffer tak się skupili na animowanych chujach-mujach dzikich wężach, że zaniedbali kwestię „budowania sympatii do protagonistów”. Motywacje większości pozytywnych bohaterów są egocentryczno-dupkowate. Niby ratują świat przed zagładą, ale Szeryf na przykład chce odkupić poczucie winy za śmierć dziecka (zwiduje mu się jak jakiś Jason Voorhees, niemalże wołając „pomścij mnie tatusiu!”), ktoś inny chce pomścić kogoś innego, ktoś kogoś poderwać, ktoś się na kimś odegrać. Szczególnie wkurzający jest Dustin, ale przecież także Mike, Lucas, Jonathan, Steve, Nancy, Max…

Will niby nie jest dupkiem, podobnie jak jego mama, ale oni w kółko robią tę samą minę. To dotyczy też innych aktorów i skoro dotyka Winony Ryder czy Lindy Hamilton, nie chodzi o brak talentu aktorskiego.

W piątym sezonie bracia Duffer nadal trzymają się schematu „nastolatki nie mogą powiedzieć dorosłym”. Aktorzy grający „nastolatków” są już tymczasem mocno po dwudziestce (w serialu minęły 3 lata, w realu prawie 10), a dorośli widzieli już liczne zjawiska paranormalne, oraz mieszkają pod brutalną wojskową okupacją.

A mimo to w odciętym od świata miasteczku lekcje w szkole, rodzinne obiadki, wydarzenia sportowe odbywają się po staremu. Dorośli zdają się ledwo zauważać, że coś się zmieniło. Stephen King wymyślił by coś w stylu „bo ich zahipnotyzowały Siły Zła”. Bracia Duffer po prostu nie widzą problemu – no i dlatego właśnie fanowskie pomysły na „prawdziwy finał” będą i tak lepsze od całego piątego sezonu razem wziętego.

I tylko lata 80. wydają mi się zasługiwać na lepsze potraktowanie. Może ktoś kiedyś…