Wspomnienie Johanny Haase

Jednak nie mogę o niczym innym myśleć, więc napiszę pożegnalną notkę. I tutaj już zapraszam do dyskusji, może ktoś się do niej dołączy z zaświatów?

Nie wiem, czy mam prawo ujawnić tożsamość Johanny Haase – bo to oczywiście był pseudonim. Kiedy dostałem ze szpitala SMSa (głos z zaświatów: „iMessage”!), że jest źle i szukają respiratora, nie zapytałem „czy mogę zdradzić tożsamość”. Odpisałem, że się nie mogę doczekać, aż mi opowie o swojej covidowej przygodzie przy piwie.

Bardzo lubiłem nasze pogaduszki o wszystkim i o niczym, o technologii, polityce, historii i winylach z lat 80. Przy wszystkim, co nas łączyło, jedno nas bardzo różniło.

Jestem Warszawiakiem, na dobre i na złe – identyfikuję się także z wadami tego miasta (np. z wiecznym bałaganem i tym, że każdy plan robi się nieaktualny jeszcze zanim się go wprowadzi w życie; c’est moi!). Te rozmowy pozwoliły mi dokładniej to sobie uświadomić.

Dla Johanny Haase kluczowym elementem auidentyfikacji był Śląsk – ten galicyjski, z zaboru austriackiego. I tu już słyszę głos z zaświatów: „nie nazywaj tego zaborem, mieliśmy wtedy więcej wolności niż w II Rzeczpospolitej”.

Ten pseudonim nawiązuje do tej tradycji. To zresztą prawdziwe imię i nazwisko, tylko że z drzewa genealogicznego.

Pogrzeb był w tej małej ojczyźnie. Rzecz można: ze Śląska do Warszawy przyjedziesz, ale na Śląsku w proch się obrócisz.

Z punktu widzenia Johanny Haase Warszawa była prowincją. Miasto według niej jest tam, dokąd da się dojechać tramwajem. Bo po wsiach się jeździ autobusami.

Jako fanatyczny Warszawiak znoszę takie narzekania wyrozumiale. Cokolwiek nam powiedzą mieszkańcy Krakowa czy Mycisk – my i tak będziemy ze stolycy, a oni nie.

Nie odtworzę już teraz, na ile to był skutek rozmów z Johanną Haase, a na ile uboczny efekt mojego riserczu do Lema, ale chyba zacząłem rozumieć galicyjski punkt widzenia. Taki od „nie nazywaj tego zaborem”.

W drugiej połowie XIX wieku Galicja była jednym z najdemokratyczniejszych państw Europy. Formalnie była niepodległa, ale połączona z Austro-Węgrami unią personalną.

To dawało margines swobody, którego nie mieli nawet Węgrzy czy Czesi, nie mówiąc już o Słowakach. Ani o Polakach w pozostałych zaborach.

Gdy ktoś mówi, że Polacy nie mają tradycji demokracji i praworządności, przyjmuje kongresówkocentryczny punkt widzenia. To niemądre, bo utrudnia nam zrozumienie postaci takich, jak choćby Wincenty Witos, nie mówiąc już o Daszyńskim. „No wy tam w Rosji rzeczywiście nie mieliście, ale nas w to nie wciągajcie” – mogłaby mruknąć Johanna Haase.

Gdzieś znalazłem cytat z Witosa, że sanacja uświadomiła mu różnicę między wolnością a niepodległością. W Galicji miał wolność, ale nie niepodległość, w II RP odwrotnie.

Johanna Haase widziała to chyba podobnie, tzn. ta prawdziwa, z drzewa genealogicznego. Dwudziestowieczne totalitaryzmy przekreśliły ten punkt widzenia – za Hitlera i Stalina już nie można było być po prostu „tutejszym”, od tożsamościowego stempelka zależało miejsce w kolejce po kartki żywnościowe, albo i w kolejce do eksterminacji.

Dla Johanny Haase te „małe ojczyzny” i galicyjskie niejednoznaczności były jak utracony skarb. Wysłuchalem wielu wspomnień o różnych jej przodkach. Chwilami to przypominało opowieści lemowskiego Cezarego Kouski.

Tam też był „dziadek z Wehrmachtu”, a raczej pradziadek w KuK Kriegsmarine. Największe wrażenie zrobiła na mnie opowieść o austriackim marynarzu, który uczestniczył w czymś, co – o ile dobrze zapamiętałem – było pościgiem za krążownikami Goeben i Breslau (nie robiłem notatek, mogłem coś pokręcić).

Dużo tu dyskutujemy o „ściganiu Europy”. Dla Johanny Haase to kolejny temat z serii „problemy Kongresówki”. Berlin, Wiedeń, Paryż, Ateny, były jej równie bliskie jak Warszawa (trochę razem bywaliśmy na różnych iwentach). Morze Śródziemne było dla niej tym, czym dla Warszawiaka zalew zegrzyński.

Traktowała Europę tak, jakby była postacią z powieści dziejącej się 120 lat temu – kimś, kto Orient Expressem przekracza granice, na których nie sprawdza się paszportów. No bo faktycznie moi kongresówkowi przodkowie potrzebowali ich nawet na wyprawę do Białegostoku – a jej cesarsko-królewscy przodkowie bez paszportu mogli popłynąc i do Stanów.

Nasuwają mi się teraz frazesy o „ostatniej podróży”, więc na tym już urwę to wspomnienie. Poza wszystkim innym, była to po prostu Dobra, Porządna Ludzka Osoba. Kto ją poznał, ten ją dobrze wspomina – a kto nie poznał, jego strata.

Emblematyczny TAAKS AVOYD

Kiedyś nudziłem się na dyżurze i szukałem w archiwum „Gazety Wyborczej” najstarszego tekstu zapowiadającego rychłe bankructwo Szwecji. Wydaje mi się, że jest to tekst Piotra Cegielskiego „Kryzys po szwedzku” z 30.10.1990 – sama „Gazeta” istniała wtedy od niedawna.

Przeciętny Polak miał wtedy infantylne wyobrażenie kapitalizmu, bo w czasach PRL trudno było wyjechać. A nawet jak ktoś wyjechał, to tyle tam z tego rozumiał, co w „Misiu” („my money, w wasz bank, fersztejen?” „dlaczego nie fersztejen? my wszystko fersztejen!”).

W to wyobrażenie wpisywała się niejasna świadomość, że Szwecja próbowała połączyć kapitalizm z socjalizmem. Skoro zaś socjalizm zawsze musi się skończyć katastrofą (za to wówczas przeciętny polski inteligent dałby się pokroić!), Szwecja też zaraz upadnie.

Skandynawia rzeczywiście przeżywała wtedy kryzys gospodarczy, podobnie jak cały świat. Media najbardziej lubią publikować to, co potwierdza stereotypy, wolały więc pisać o kryzysie w Szwecji niż, powiedzmy, w Nowej Zelandii – umacniając tym stereotyp (itd.). Ten sam mechanizm działał parę lat temu z uchodźcami.

Dziś podróżować po Europie jest łatwiej, przybywa więc ludzi – zwłaszcza młodych – którzy już wiedzą, że lepiej upadać jak Szwecja, niż rozkwitać jak Polska. A co więcej, że wiele innych państw ma podobne rozwiązania ustrojowe (oraz równie dobre thrillery nordyckie).

To najprostsze wyjaśnienie, dlaczego młode pokolenie Polaków – zwłaszcza wykształconych, znających języki, podróżujących – skręciło w lewo. Żaden gazetowy tekst ich nie przekona, że w Finlandii źle się żyje, bo byli i widzieli.

Są jednak ludzie, dla których czas się zatrzymał na początku lat 90. I oni w kółko od 30 lat piszą ten sam tekst o nieuchronnym upadku socjalizmu, tak jak ich poprzednicy całe życie pisali tekst o nieuchronnym triumfie socjalizmu.

Inspiracją do tej notki jest tekst „Socjalizm szkodzi w każdym wieku” Janusza A. Majcherka, ale przykładów można przytoczyć multum. Trudno jednak przebić pierwsze zdanie: „Główny problem z młodą polską lewicą wynika stąd, że jest młoda, zatem jej eksponenci nie pamiętają realnego socjalizmu”.

Ja jestem stara lewica, więc pamiętam zbowidowskich dziadków, którzy przychodzili na szkolne apele, by wspominać, jak ciężko było za sanacji. Słuchałem ich z tym samym szyderczym uśmiechem, z jakim dziś młodzież słucha dziadków neoliberalnych.

„Lewicowi aktywiści wskazują na ogół Skandynawię, ze szczególną atencją dla Szwecji” – pisze Majcherek. To nieprawda, obsesję na punkcie tego kraju mają właśnie neoliberałowie, bo tutaj przynajmniej mogą powtórzyć kilka tych samych sloganów, co zwykle (o Islandii czy Finlandii nie mają już do powiedzenia nic, nie rozumieją nawet geograficznego zniuansowania, za sprawą którego wolimy mowić o krajach „nordyckich” niż „skandynawskich”).

Majcherkowi nawet się jednak nie chce sięgać po te slogany. Dosłownie CAŁA jego argumentacja przeciw modelowi nordyckiemu sprowadza się do tego, że „założyciel i główny udziałowiec emblematycznego dla szwedzkiej gospodarki koncernu IKEA miliarder Ingvar Kamprad” nie płacił podatków.

Wnioskuje z tego, że lewicy nie uda się dziś budowa modelu nordyckiego, bo biznesmen „kilkoma prostymi czynnościami może przerejestrować swoją firmę i wszelkie zasoby do państwa, gdzie podatki są niższe”, a więc zabraknie środków „koniecznych do sfinansowania socjalistycznych projektów”.

Sprowadzenie podatkowego schematu Kamprada do „kilku prostych czynności” obraża jego księgowych. Zainteresowanych odsyłam do raportu grupy Zielonych w Parlamencie Europejskim, wystylizowanego graficznie na instrukcję montażu mebla „TAAKS AVOYD”. To pajęczyna powiązań, w których jedna sekretna fundacja należy do drugiej.

U schyłku życia Kamprad zaczął w końcu płacić podatki, co Majcherek przedstawia jako jego wielkoduszną reakcję na ich obniżenie. W rzeczywistości po prostu władze kilku państw zaczęły mu się dobierać do bioder (stąd m.in. powyższy raport).

Z niejasnych przyczyn Majcherek dodaje do tego Gerarda Depardieu. Pisze, że był „pierwszym uciekinierem”, jakby po nim byli jacyś inni. Ich nazwisk jednak Majcherek oczywiście nie podaje.

W istocie Depardieu miał serię medialnych deklaracji, którym zaprzeczały władze francuskie i belgijskie. Ani obywatelstwa francuskiego nie można się zrzec konferencją prasową, ani nie można tak uzyskać belgijskiej rezydencji podatkowej.

Nie wiadomo, co się w ogóle udało uzyskać Żerardowi Renowiczowi, głównym źródłem informacji jest rosyjska propaganda, zawsze gotowa generować niusy typu „Zachód upada”, żeby na Zachodzie powielali je użyteczni idioci. Nic nie wskazuje, żeby przed czymkolwiek rzeczywiście uciekł. Nadal gra we Francji (a więc ze wsparciem francuskich podatników), ale te wybryki nie przysporzyły mu popularności.

Gdy jeszcze byłem dziennikarzem, rozmawiałem z gwiazdami nordyckiego kina czy literatury, a więc z ludźmi, którzy naprawdę mogą łatwo uciec przed fiskusem. Jo Nesbo przecież równie dobrze mogłby pisać na Bahamach.

Pytałem ich, czemu tego nie robią. Nesbo na przykład odpowiedział, że lubi biegać turystyczno-rekreacyjnie: że czasem przez las, czasem przez miasto, i gdy go nachodzi ochota na skręcenie w jakąś ścieżkę czy uliczkę, nie chce się zastanawiać, czy to bezpieczne. Więc gdzie mu się będzie lepiej biegało?

Czasem dociskałem, cytując klasyczne argumenty polskiej publicystyki. „Nie przeszkadza ci, że pracujesz na utrzymanie emigranckiej wielodzietnej rodziny?” W odpowiedzi słyszałem: „pielęgniarka, która mi w ostatnich chwilach życia będzie wycierać tyłek, będzie pochodziła z takiej rodziny – jesteśmy kwita”.

Lone Scherfig udzieliła mi pamiętnej odpowiedzi na inny wariant tego pytania: „pracujesz na zasiłek dla ludzi, którzy cały dzień piją piwo przed telewizorem”. „To moi dobroczyńcy!” – roześmiała się – „Gdy potrzebuję pieniędzy, kręcę telewizyjną reklamę piwa” (puściła mi swoją reklamę Carls Special, z Madsem Mikkelsenem w roli barmana).

Rzeczywistość pokazuje, że jest akurat odwrotnie, niż to pisze Majcherek. To państwo „kilkoma prostymi czynnościami” może zablokować przekręty takie jak „TAAKS AVOYD”.

Długo nie było do tego woli politycznej, za sprawą bałamutnej ideologii twierdzącej, że „bogactwo skapuje”, więc po co podatki. Ta ideologia wszędzie na świecie jest w odwrocie, dziś wyznaje ją już właściwie tylko kilku smutnych starszych panów nad Wisłą.

Schematy „TAAKS AVOYD” mają swoją cenę. Ten kampradowski możliwy jest tylko gdy firma ma jednego właściciela (nawet nie „głównego udziałowca”), gotowego na względnie ascetyczny styl życia oraz z góry nastawionego, że nie będzie mógł wejść na giełdę (formalnie IKEA nie jest „koncernem”).

„Żaden rozwijający biznes przedsiębiorca nie zapłaci postulowanych przez młodych lewicowców danin na cele publiczne (niektórzy sugerują nawet 70 proc. od dochodów)” – pisze Majcherek, pokazując tym dominujące w Polsce zeszłego stulecia wyobrażenie sobie biznesu jako działalności osoby fizycznej, PPHU Transinterjanusz, bez oddzielenia pieniędzy firmowych od prywatnych.

W praktyce „rozwijający biznes przedsiębiorca” raczej i tak nie będzie sobie wypłacać takich zarobków, żeby wpadać w wysokie progi PIT. Gdy w USA górna stawka sięgała 92%, mało który biznesmen rzeczywiście w nią wpadał – to zachęcało do reinwestowania, a zniechęcało do przejadania.

Kraje nordyckie zazwyczaj przodują we wszyskich rankingach, także tych na łatwość „rozwijania biznesu”. Łatwiej go rozwijać ze świadomością, że porażka nie oznacza katastrofy, bo w NAJGORSZYM wypadku będzie można przyzwoicie żyć na zasiłku. A PIT do tego ma się zwyczajnie nijak.

18 lat temu trójka studentów politechniki w Helsinkach wystartowała w zorganizowanym przez Nokię konkursie na grę na telefony komórkowe. Wygrali i założyli startupa.

Napisali 51 gier, żadna nie odniosła wielkiego sukcesu, ale oni się nie przejmowali. Nie mieli przecież na głowie wielkich kredytów – mieszkali w kraju, w którym mieszkania są komunalne, samochód niepotrzebny, a szpitale, przedszkola i uniwersytety darmowe. Próbowali więc dalej.

Ich pięćdziesiątą drugą grą było „Angry Birds”. I to jest właśnie dla mnie „emblematyczna” firma dla nordyckiej gospodarki.

Tylko że aby zrozumieć, dlaczego startupa z nowych technologii łatwiej założyć w Helsinkach czy w Sztokholmie, niż w Panamie czy na Bahamach, trzeba myśleć w kategoriach XXI wieku. Polscy neoliberalni publicyści mentalnie tkwią w latach 90.

Zabójcza saRNA

Ostatni raz pisałem tutaj o szczepionkach w grudniu. To cała epoka, bo wtedy jeszcze były science-fiction.

Teraz jestem już po pierwszej dawce, podobnie jak 6 milionów rodaków. Ja oczywiście dostałem tzw. „gorszą”, dla nauczycieli – czyli Astrę Zenka.

Moje liceum skorzystało z puli niespodziewanie uwolnionej przez inną placówkę. Zadzwonili, że jest wolny termin. „Kiedy?” „Dzisiaj”. No to rzuciłem wszystko i pognałem.

Doświadczyłem tych niepożądanych objawów, którymi straszono w dyskusji pod tamtą notką. Nie była to jakaś bardzo ciężka dolegliwość – raczej jak kac niż jak grypa. Po prostu nic mi się nie chciało (bardziej niż zwykle).

Na pewno słyszeliście, że nauczyciele masowo potem brali dni wolne. No cóż, kto może wziąć dzień wolny, ten bierze. Ja nie wziąłem tylko dlatego, że i tak miałem okienko.

Następnego dnia mi przeszło, już normalnie prowadziłem lekcję (zdalną). Spokrewnieni seniorzy, którzy dostali Pfizera, nie mówili jednak o zupełnie żadnych skutkach ubocznych, więc kiedy nadejdzie ten dzień, w którym będziemy mogli grymasić i wybierać, sugerowałbym Pfizera (ale każdego namawiam, żeby wybrał to co może dostać szybciej).

Choć zwykle jestem pesymistą, w jednym jestem ostrożnym optymistą. Gdzieś za miesiąc dostęp do szczepienia przestanie już być „dobrem rzadkim” i będziemy się dzielić wspomnieniami z objawów ubocznych dzień po.

Choć jestem sceptykiem jeśli chodzi o nadzieje z serii „kupisz autonomiczny samochód za bitcoiny wydrukowane na drukarce 3D”, to jestem ostrożnym optymistą jeśli chodzi o przyszłość zastosowania technologii mRNA. Polecam artykuł z „The Atlantic”.

Ubocznym skutkiem II wojny światowej było opracowanie technologii, które potem miały zastosowanie cywilne, często w niespodziewanie odległych dziedzinach. Ubocznym skutkiem wyścigu o zaszczepienie ludzkości jest dopracowanie technologii wprowadzenia do ludzkiej komórki arbitralnego mRNA, by skłonić rybosomy do produkcji arbitralnego białka.

Z tego może nawet wyniknąć mityczne Lekarstwo Na Raka. Na razie odpowiedź na pytanie „dlaczego go jeszcze nie ma” brzmi: bo rak to nie jest jedna choroba.

Ale gdyby tak wyspecjalizowane mRNA z wyspecjalizowaną lipocząstką – które dotrze tylko do określonych komórek i tam wyprodukuje Lekarstwo Na Raka? Nie „takiego w ogóle”, tylko tego konkretnie (może nawet: „dla tego pacjenta”)?

Na razie trujemy cały organizm, żeby otruć grupę komórek, które tak naprawdę stanowią kilka promili masy pacjenta. A gdyby tak białko odpowiedniego przeciwciała powstawało tylko tam, gdzie ma powstać?

Pytanie „CO MOŻE PÓJŚĆ NIE TAK” wydawało mi się nieistotne z punktu widzenia szczepionek mRNA, bo wyobrażam to sobie z grubsza tak (znów, skrytykujcie mnie, jeśli błędnie) – najbardziej prawdopodobne „nie tak” wygląda w ten sposób, że lipocząstka nie wejdzie do komórki i będzie nieaktywnym, nieszkodliwym syfem.

Takie syfy i tak regularnie wnikają do naszego organizmu przez błony śluzowe czy skaleczenia. Pocięte przez enzymy, zneutralizowane przez fagocyty, zostają w końcu wydalone.

Jeśli wejdzie do komórki i tam dopiero coś pójdzie nie tak – to znów, nic złego się nie stanie. Przy translacji ciągle coś idzie nie tak, bo zwłaszcza RNA jest podatne na literówki.

Mamy w komórkach mnóstwo śmieciowego RNA, które powstało przez pomyłkę, albo jest już niepotrzebne, albo jest nieaktywne z powodu literówki. Z biegiem czasu ulega recyklingowi, ale ciągle powstaje nowe.

Jeśli ktoś się boi, że mRNA od Pfizera wejdzie do jądra i coś zepsuje w DNA – powinien się bać tego śmieciowego. Jądro po prostu ma mechanizmy samoobrony.

Jasne, niektóre molekuły RNA mogą do niego przeniknąć – czasem specjalnie, a czasem w strukturze odpowiedniego wirusa (HIV). Ale takie coś jest skrajnie nieprawdopodobne jako przypadkowy skutek uboczny.

To jakby się okazało, że stoisz przed drzwiami Pilnie Strzeżonej Instytucji, i całkiem przypadkowo pasują te klucze, które masz w kieszeni. Tak sobie wyobrażam ryzyko „mRNA wejdzie do jądra i ulegnie odwróconej transkrypcji”.

Gdy zaczynamy myśleć o saRNA, uruchamiającym produkcję białka-killera – przybywa rzeczy, które w mojej wyobraźni już mogą pójść nie tak. Tu już zagrożenie widzę jako „dynamit, który wzięliśmy do sforsowania tych drzwi, zdetonuje nam w mieszkaniu”.

Cała ta moja notka jednak jest raczej „myśleniem na głos” niż futurologią – chętnie wysłucham komentarzy osób bardziej kompetentnych, zakończę więc serowym „a wy jak myślicie?”.

Pornokracja w dyskotece

Chciałem wrócić do Wielkiego Zachodniego Cheata, o którym była przedpoprzednia notka, bo ostatnio lubię uciekać wyobraźnią do zupełnie innych czasów i miejsc.

Wyobraźmy więc sobie, że lecimy wehikułem czasu do Europy w X stuleciu. Wysiadamy próbujemy powiedzieć po łacinie „jestem podróżnym z daleka, szukam noclegu, kolacji, golibrody i krawca, płacę złotymi monetami”.

Konstantynopol byłby moim pierwszym wyborem. Ach, wkręcić się na leżącą ucztę po rzymsku, sprobować garum, wpaść na akademię cesarską, trollować wykładowców astronomii…!

Do zachodniego Rzymu już bym się bał. To czasy „pornokracji”, co brzmi fajnie, ale chodzi o długotrwałą wojnę domową (w jej wyniku parokrotnie do władzy dorwały się kobiety, ta nazwa to historyczny slut-shaming).

W Rzymie człowiek nie podczepiony pod żadną potężną instytucję (kościół, cesarza, arystokratyczne rodziny), był wtedy bezbronny. Podróżny musiał mieć podkładkę w rodzaju „mam protekcję hrabiego Tusculanum”, ale biada mu, jeśli napotkał jego wrogów, albo usłyszał „doprawdy? jestem jego kuzynem i nic o tobie nie wiem, zamorski psie”.

Miasta, które dziś kojarzymy jako zachodnie metropolie – London, Paryż, Wiedeń już wtedy były na mapie, ale do nich bym nie jechał. Tam też trwały wojny, a poza tym bariera językowa w Londynie za Ethelreda Bezradnego byłaby taka, że już prędzej się dogadamy łamaną łaciną, „romanes eunt domus”.

Ówczesna Polska bardzo mnie ciekawi, ale tam prawdopodobnie skończymy jak święty Wojciech. Zaciukają nas nim zdążymy powiedzieć „przybywam w pokoju”.

Do świata islamu mnie nie ciągnie, bo cenię sobie wino i wieprzowinę, ale wizyta w Kordobie mogłaby być niezwykłym przeżyciem. Czasy świetności Abbasydów już wtedy przemijały, ale w porównaniu z tym, jaka dzicz panowała wtedy w chrześcijańskiej Europie, tu byśmy się znaleźli w świecie z „1001 nocy”.

W roku 950 nic nie zapowiadało, że chrześcijański Zachód dostanie zaraz rozwojowego kopa. Co się stało?

Otóż wydaje mi się, że tego cheata zafundowali nam poprzednicy i konkurenci. Pierwszą połowę dostaliśmy od Tyberiusza, który po porażce w Lesie Teutoburskim zaniechał kolonizowania terenów na wschód od Renu.

To było jak w „Cywilizacji”, gdy wysyłasz settlera z legionistami i napotykasz wioskę barbarzyńców tak groźnych, że ci zaciukają legionistów i wezmą w niewolę settlerów. Potem już przez stulecia nie kolonizujesz tej części kontynentu.

Bitwy często zależą od przypadku, więc można sobie pogdybać o alternatywnej historii. A co gdyby Rzymianie, uhm, wczytali sejwa i jednak zasiedlili Germanię, fundując sobie krótszą i łatwiejszą do obrony granicę np. na linii Wisła-Karpaty? Ich imperium mogłoby istnieć do dzisiaj.

2000 lat temu traf sprawił, że kawał Europy zaczęli zamieszkiwać foederati – barbarzyńcy, którym Rzymianie płacili za obronę przed innymi barbarzyńcami. Foederati przejmowali język i obyczaje, ale nie mieli szans na obywatelstwo (co przyczyniło się do upadku Rzymu).

Przez kilkaset lat zlatynizowani Celtowie czy Germanie współistnieli ze swoimi niezlatynizowanymi ziomkami. Na pamiątkę tego podziału narody Europy nazywają siebie nawzajem Włochami, Tyskami, Alemanami, Anglikami, Walonami, Suevami czy Sasami. Dla naszych praprzodków sens tych nazw sprowadzał się do „czy dogadasz się z nimi po łacinie”.

Poprawcie mnie (naprawdę łaknę ciekawych komci), ale to chyba unikalne na skalę światową. Czy jakieś inne imperium tak długo współistniało z wielkim przedpolem, zasiedlonym przez kulturowo zasymiliowaną „bliską barbarię”?

Upadek Rzymu osierocił foederatich, którzy byli teraz sfederowani nie z instytucjonalnym Rzymem, ale z abstrakcyjną ideą Rzymu. Jej ucieleśnieniem była oficjalna religia imperium rzymskiego – chrześcijaństo.

I tutaj wkracza Bizancjum, w którym cesarz Leon III dokończył cheata, dopisując „DQD” do „ID” wklepanego przez Tyberiusza. W VIII stuleciu Bizancjum zaczęło walkę z kultem świętych obrazów. Ubocznym skutkiem było wkurzenie zachodnich sojuszników, w tym biskupów Rzymu.

Bez tego pewnie nigdy nie doszłoby do koronacji Karola Wielkiego na cesarza. Taki układ, że cesarz jest gdzieś daleko na wschodzie, a my wprawdzie teoretycznie uznajemy jego zwierzchnictwo, ale rządzimy się po swojemu, odpowiadał wielu możnym na zachodzie (zwłaszcza papieżom).

Nie był jednak aż tak wygodny, żeby możni wyszli do wiernych i oświadczyli „słuchajcie, od dzisiaj zakazujemy świętych obrazków”. Nolensując wolensa Zachód odbudował własne cesarstwo.

Pierwsze podejście było nieudane. Imperium Karola Wielkiego pękło jeszcze za jego życia.

Dopiero drugie podejście Ludolfingów okazało się skuteczne, od początku było bowiem luźną konfederacją. To było chyba jedyne imperium w dziejach ludzkości trwale pozbawione konkretnej stolicy (de facto za późnych Habsburgów stał się nią Wiedeń, ale de iure nie było jej aż do formalnego rozwiązania HRE w 1806).

I tylko takie mogło powstać w ówczesnej Europie, wśród ludów przyzwyczajonych od setki lat do tego, że żadnej stolicy nie ma, ewentualnie jest odległa, a jej władza czysto tytularna. To stąd właśnie wziął się ten względny (jak na owe czasy) większy egalitaryzm Zachodu, o którym pisałem w tamtej notce.

Świat islamu wprawdzie wtedy właśnie uległ fragmentacji, ale poszczególne fragmenty pierwszego kalifatu nadal były większe od Bizancjum czy od imperium Karolingów. Te fragmenty zachowały zaś zasadniczą cechę pierwotnego imperium – że kto kontroluje stolicę, ten kontroluje państwo.

Odtworzony zachodni Rzym nie miał już tak rozumianej stolicy. Wbrew nazwie, nie był nią Rzym – uczestnicy wojen pornokratycznych mieli złudzenie, że walczą o kontrolę nad stolicą światą, ale w istocie walczyli tylko o jedno z wielu włoskich miast.

Przekonali się o tym boleśnie (niektórzy bardzo boleśnie), gdy Otton wkroczył i ich zaorał. Jego następcy znów stracili kontrolę nad Rzymem, ale już wiedzieli, że to nie ma znaczenia.

Jeszcze dla Karola Wielkiego symbolicznym centrum imperium były miasta położone w pobliżu dawnej granicy na Renie – Akwizgran, Moguncja, Wormacja. Do tych miast nieustannie tęsknie wzdycha w swoich komciach Awal – i ma rację.

Tam bije Serce Zachodu. Tam wynaleziono szczepionkę na Covid, tam otwarto pierwszą dyskotekę (Akwizgran, 1959).

Te miasta wielokrotnie przechodziły z rąk do rąk w latach 840-1945, bo praktycznie każda większa europejska rozpierdziucha miała tutaj linię frontu. Ale żaden Ludolfing ani Bonaparte nie mógł powiedzieć, że jak już zająłem Akwizgran, to kontroluję cały Zachód.

Tak to tymczasem działało u naszych rywali. Kto zajął stolicę, obejmował władzę nad państwem. Stąd fenomeny „dynastii najeźdźców” albo „dynastii zbuntowanych żołnierzy” – Mameluków, Madedończyków, Mandżurów itd.

Gdybyśmy teraz z grupą tysiąca najemników przejęli kontrolę nad Akwizgranem, Zachód by dalej działał po swojemu, aż w końcu by na nas spadł z niszczycielskim kontratakiem. I tak samo byłoby w roku 1800, 1500 i 1000.

Za sprawą dwóch cesarzy, Tyberiusza i Leona, Zachód stał się imperium bez stolicy. W którym zamachu pałacowego nie da się przeprowadzić, bo nie ma Centralnego Pałacu (są za to setki lokalnych pałacyków).

Instytucja foederatich przetrwała do dzisiaj i nietrudno zauważyć, że tak jak kiedyś zachodni Germanie mieli chronić Rzymian przed wschodnimi, ten zaszczyt teraz przypada zachodnim Słowianom. Mieszkańcy Akwizgranu nie są gotowi ginąć za unijny gwieździsty sztandar – a mieszkańcy Kijowa literalnie za niego ginęli (i giną).

Co pewien czas Zachód ogłasza jakiś edykt Karakalli, rozszerzający prawo do obywatelstwa. I wtedy potomkowie dawnych foederatich mogą wyciągnąć gwiaździste paszporty i zawołać „civis romanus sum”.

Weszliśmy do tej poczekalni na pełnej pornokracji, w dużym stopniu za sprawą wspomnianego świętego Wojciecha. Umowny status foederatich mieliśmy wcześniej od Wikingów, Piktów, Basków czy Ugrofinów.

Za Jagiellonów mieliśmy moim zdaniem pełne obywatelstwo. Potem nas Habsburgowie wyślizgali, no cóż, nie nas jednych, wróciliśmy do poczekalni, ale tak do końca nie wylecieliśmy z niej nawet podczas zaborów.

Jak wrócić do Akwizgranu, to Najważniejsze Pytanie Stojące Przed Polską. Dużo o tym gadaliśmy pod poprzednimi notkami, ale o tym nigdy nie dużo.

Ja tam nie wiem, ale zakończę linkiem do Pierwszej Piosenki, którą Pierwszy Didżej (Klaus Quirini, występujący jako DJ Heinrich) puścił w Pierwszej Dyskotece 19 października 1959. Po czym, jak informuje ciocia Wiki, założył pierwszy związek zawodowy didżejów. Jakie to akwizgrańskie…

Droga lewicowa młodzieży…

Podobno młodzież po raz pierwszy w historii badań deklaruje przewagę postaw lewicowych. Skoro tak, a na dodatek wielu ludzi deklarowało, że mój blog był ich pierwszym zetknięciem z lewicowymi ideami, zaryzykuję Specjalną Notkę Dziadka Wojtka Dla Lewicującej Młodzieży.

Co to znaczy „lewica”? Dlaczego postawy polityczne opisujemy przy pomocy spektrum lewo-prawo, a nie np. ciepło-zimno?

Popularne jest bałamutne niby-wyjaśnienie, że „przypadkowo tak usiedli posłowie podczas rewolucji francuskiej”. Znajdziemy je niestety także w tzw. poważnych mediach.

Tak się składa, że akurat podczas rewolucji francuskiej posłowie lewicy siedzieli na górze, a posłowie prawicy na dole. A po drugie, prawie 200 lat wcześniej osią lewica-prawica posługiwał się Szekspir.

Skrin pochodzi z pierwszego wydania (tzw. First Folio) „Koriolana”. Senator Meneniusz zwraca się tutaj do dwóch trybunów ludowych, Sycyniusza i Juniusza z pytaniem „czy wiecie, co na mieście mówią o was prawicowcy tacy jak ja”.

W polskich przekładach zwykle robiono z tego coś w stylu „patrycjusze tacy jak ja” (Paszkowski: „w naszych wyższego rzędu towarzystwach”). W oryginale jednak jak wół stoi „us at the right hand file”.

Metafora lewicy i prawicy tak naprawdę odwołuje się do obowiązującej już w starożytności etykiety rozdzielania miejsc przy stole. Najbardziej zaszczytne miejsce jest przy prawicy gospodarza, dlatego Chrystus „siedzi u prawicy ojca” („sedet ad dexteram Patris”).

W dawnych parlamentach stanowych po prawej stronie króla siedzieli reprezentanci szekspirowskich „wyższego rzędu towarzystw”, a po lewej – stanu trzeciego. Już w czasach Szekspira ten model się rozsypywał, coraz popularniejsza w Europie robiła się wywrotowa idea, że wszyscy powinni mieć równe prawa polityczne.

Czterysta lat po Szekspirze niby je mamy, ale przecież jednak nie. Nadal „them at the right hand file”, mają więcej praw niż my, hałastra z niszowego blogaska.

Każdy ustrój ma jakieś oficjalne usprawiedliwienie tego stanu rzeczy. W feudalizmie to było „Deus vult” – gdyby Bóg tego nie chciał, stworzyłby świat inaczej. W kapitalizmie to mit merytokracji – gdybyś wstawał wcześniej i nie jadł tostów z awokado, byłbyś bogaty jak Kulczyk.

Prawicowość polega na akceptacji tych usprawiedliwień i wynikającej z nich hierarchii (czyli na sympatyzowaniu z „them at the right hand file”). Lewicowość na kontestacji i ogólnym chichraniu z tych „qui sedent ad dexteram”.

Czasem na organizowaniu przeciwko nim buntów. Sycyniusz i Juniusz zorganizowali pierwszy w Rzymie strajk generalny, „secessio plebis” (bohaterowie „Koriolana” to w większości postaci historyczne).

Jego skutkiem było powołanie urzędu trybuna ludowego, antyczny odpowiednik socjaldemokratycznego kompromisu. Senat reprezentujący patrycjuszy pogodził się z tym, że jego władzę równoważyć będą reprezentanci plebsu.

Dzięki temu republika rzymska przetrwała setki lat. Jego upadek przyniósł też upadek republikanizmu – cesarze przejęli uprawnienia trybunów ludowych.

To typowy scenariusz upadku republiki – dyktator ogłasza siebie obrońcą ludu przed „elitami”. Tylko że lud nie może go już wybrać ani odwołać.

Lud nie jest jednorodny – w starożytnym Rzymie też nie był. Poza plebsem był w nim proletariat (to nie to samo!), wyzwoleńcy, wolni nie-obywatele (peregrini) i kobiety, też o zróżnicowanym statusie. Do tego, rzecz jasna, niewolnicy.

„Bycie na lewicy” zawsze mogło mieć różny charakter. Możemy się więc kłócić (i niestety często to robimy!) czy ważniejsi są dla nas uchodźcy czy związkowcy. A gdyby mała trans panda walczyła z bezrobotną foczką?

Prywatnie uważam, że wszyscy siedzący po gorszej stronie stołu są dla nas równie istotni. Młodzież ma na to nowomodne słówko „intersekcjonalność”, ja wolę staroświeckie „solidarność” (ale rozumiem, że może się dziś źle kojarzyć).

Jeśli więc tak ogólnie czujesz się lewicą, droga młoda osobo to znaczy, że dołączasz do antycznej tradycji troszczenia się o tych, którym przypadła gorsza rola w społeczeństwie. Lubię francuskie określenie – o „defaworyzowanych”.

Czy bardziej ci chodzi o defaworyzowanych ze względu na majątek, religię, gender, kolor skóry czy orientację seksualną – to w tej chwili drugorzędne. Witamy w klubie („chez le Club des Jacobins” – [LAUGHS IN FRENCH])!

Korowanie peryferiów

Jestem teraz freelancerem, więc będę na blogasku anonsować niektóre swoje publikacje. Na początek – agorowy magazyn „Książki”, do którego na razie nadal zamierzam pisać.

Książka Branko Milanovica „Capitalism, Alone: The Future of the System That Rules the World” powinna zainteresować PT komcionautów, zwłaszcza uczestniczących w rozmowie na temat rdzenia i peryferiów.

Książka, jak sama nazwa wskazuje, jest o kapitalizmie i jego globalnym triumfie. Milanovic nie wierzy w całkowitą zmianę ustroju w dającej się przewidzieć przyszlości, ale zakłada możliwość przesunięć pomiędzy wariantami.

To niekoniecznie dobra wiadomość, bo niektóre warianty są paskudne, jak autorytarny kapitalizm rosyjsko-chiński (przez Milanovica nazywany „politycznym”). Rozważa też warianty sympatyczniejsze, jak nasz ukochany model nordycki, a także „kapitalizm egalitarny” (czyli to, o czym marzyła część amerykańskich Ojców Założycieli – republika yeomanów, agrarno-smolbiznesowa). Niejako na marginesie omawia on różne teorie, zwracając uwagę, że wszystkie mają feler: są bezradne poznawczo wobec wielu punktów zwrotnych w historii kapitalizmu.

Marksizm świetnie wyjaśnia, dlaczego wybuchnęła pierwsza wojna światowa, ale nie bardzo sobie radzi z transformacją po 1989. Model liberalny odwrotnie – świetnie opisuje rok 1989, ale według niego, pierwsza wojna światowa po prostu nie powinna była się wydarzyć.

Uczestniczące w niej państwa od 45 lat rozwijały globalną gospodarkę, jednostronnie znosząc kontrole celne i paszportowe (bez żadnego Schengen). Z liberalnego punktu widzenia (a la „Lexus i drzewo oliwne”), globalizacja oznacza pokój. Skoro Niemcy w 1914 mogli legalnie wjechać do Francji jako turyści czy inwestorzy, po co by mieli wkraczyć jako wrogowie?

Kolejną szkołą omawianą przez Milanovica jest strukturalizm, zwany też teorią zależności. Zainteresowałem się nią za sprawą przypadku, jeden z twórców też się nazywa Paul Baran.

Jej podstawą jest hipoteza Prebischa–Singera, zgodnie z którą wymiana gospodarcza centrum i peryferii na dalszą metę jest szkodliwa dla peryferii, bo pogarszają się „terms of trade”: relacja cen surowców eksportowanych przez peryferie i dóbr przetworzonych eksportowanych przez centrum.

To jest sprzeczne z hipotezą Ricardo, zwaną przez ekonomistów neoklasycznych „prawem przewagi komparatywnej” (czaicie: oni mają „prawa”, a inni „hipotezy”). Zgodnie z nią wymiana gospodarcza na dalszą metę jest korzystna dla obu stron, bo „terms of trade” dążą do optymalnego ekwilibrium.

Hipoteza Prebischa–Singera doskonale opisuje upadek gospodarczy Polski jagiellońskiej. Początkowo eksport zboża do industrializującej się Europy przynosił polskiej szlachcie fortunę.

Zachowały się malownicze opisy tego, co polscy szlachcice robili z kasą, którą dostali w Gdańsku (wrzucałem kiedyś na fejsa). Szaleli jak Nowi Ruscy w Monte Carlo.

Z czasem to się opłacało coraz mniej, aż się obudziliśmy z problemem folwarku i zacofania. II Rzplita sobie z tym nie poradziła.
Za książką „The Great Convergence” Richarda Baldwina, Milanovic wymienia 6 krajów, którym się udała redukcja dystansu do centrum w ciągu ostatnich 30 lat. To Chiny, Korea Południowa, Indie, Indonezja, Tajlandia i Polska.

Zgadzam się. Co czuł w latach 80. Polak wyjeżdżający na Zachód, tego się nie da opisać młodzieży. To było jak w „Powrocie z gwiazd”, inna cywilizacja.

Dlaczego to się udało, to temat na inną dyskusję. Baldwin w skrocie wyjaśnia to tak, że globalizacja działa dziś inaczej, „CD Projekt” nie potrzebuje zachodniego dystrybutora, może narzucać własne marże.

Ciekawsze jest dla mnie pytanie: skąd to centrum w ogóle się wzięło. Przeczytałem o tym Naprawdę Trochę Książek i nadal nie mam wrażenia, że ktoś to wreszcie Wyjaśnił.

Modnym wyjaśnieniem ostatnio jest „czarna śmierć”, ale przyszła za późno, a w dodatku NAJPIERW trzepnęła Bizanzjum i świat islamu. Jakoś im kurna nie pomogła.

Jeśli spojrzymy na Europę z X wieku (taką z „Crusader Kings”), widzimy co najmniej trzech głównych graczy: islam, Bizancjum i Zachód (jednoczony wtedy przez Ludolfingów, którzy dzięki manewrom matrymonialno-dyplomatycznym potrafili sięgać swoimi mackami daleko poza HRE).

Gdybyśmy obserwowali to jako multiplejera powiedziałbym, że Zachód przegrywa na punkty. Bizancjum i islam przeżywają swoje renesansy, kontrolują kluczowe szlaki handlowe.

Tam już mają wyższe uczelnie. Europa swoje zacznie zakładać w przyszłym stuleciu, siłami kadr kształconych w Lewancie.

Językiem nauki jest greka, której zachodni barbarzyńcy już wtedy nie znają. Kto chce dogłębnie studiować matematykę, medycynę czy fizykę, musi się też uczyć arabskiego i perskiego, inaczej jest skazany na łacińskie bryki.

To wszystko się nagle kończy. Rolnictwo na zachodzie dostaje technologicznego kopa. Portugalczycy odkrywają lądy nie znane dotąd nikomu. Krucjaty pozwalają zdobyć szlaki handlowe. Gdy już ruszy Renesans na Zachodzie, będzie pozamiatane.

Co się stało? Christopher Brooke sarka, że nie da się tak złożonych zjawisk wyjaśnić jedną przyczyną, ale jednak to robi. Wskazuje na względny egalitaryzm Zachodu.

W starożytnym Rzymie między właścicielem ziemi a uprawiającymi ją niewolnikami była przepaść. Zarządca też był niewolnikiem. Nie mieli okazji do pogawędek o innowacjach.

Na Zachodzie te różnice się zacierają, pojawiają się wspomniani „yeomeni” (oraz inne gbury i kmioty). Pojawia się także rzecz niespotykana w innych kulturach: kapłani pracujący fizycznie! (np. cystersi).

W efekcie na Zachodzie na decyzje administracyjno-gospodarcze mieli wpływ ludzie z praktyką w handlu, rolnictwie czy rzemiośle. To pasuje do polskiej historii: tacy ludzie byli w otoczeniu pierwszych Jagiellonów (Kallimach, Dantyszek, Długosz), a w czasach upadku rządzą kolesie typu „mąż z zawodu jest magnatem”.

Branko Milanovic zdaje się udzielać podobnej odpowiedzi, wskazując na republiki kupieckie na Zachodzie – zjawisko nie mające odpowiednika na wschodzie. Orientalni kupcy potrafili być bogatsi od Marco Polo, ale w odrożnieniu od niego nie mieli praw politycznych.

Jedno wiadomo na pewno: do centrum może dołączyć ktoś, kogo w nim nie było 500 lat temu (Finlandia). Albo wypaść ktoś, kto był (Portugalia).

Jak dołączyć do centrum? Różne teorie ekonomiczne dostarczają sprzecznych odpowiedzi. Dla każdej mamy przykłady sukcesów i porażek, tak naprawdę nikdo nic nevi.

Nic dziwnego, skoro historycy do dziś nie wyjaśnili, skąd to centrum się wzięło. Na początku X wieku nie postawiłbym złamanego grosza na wygraną Zachodu w „Crusader Kings”, 300 lat później krzyżowcy pustoszą Bizancjum. Normalnie jakby Zachód wpisał jakiegoś cheata…

Jordan Peterson przerywa milczenie


W zeszłym roku pisałem o ciężkich prszejściach mentora alt-right, Jordana Petersona. Zafascynowało mnie, że ten jutubowy wykładowca „12 sposobów na życie” sam sobie swoje życie koncertowo rozpieprzył.

Ostatnio Peterson postanowił o tym bliżej opowiedzieć (a raczej postanowiła to jego córka Mikhaila) dziennikarce „Sunday Times”. Wywiad ukazał się pod nagłówkiem „Jordan Peterson o swojej depresji, uzależnieniu i piekle rosyjskiego odwyku”, co rozsierdziło prawicę.

Wyznawcy Petersona oczekiwali subtelnego, pełnego współczucia i podziwu tekstu pod tytułem, powiedzmy, „Wybitny myśliciel opowiada o serii całkowicie od niego niezależnych nieszczęśliwych wydarzeń”. Mikhaila najwyraźniej też.

Brak czołobitności uznała za manipulację. Opublikowała pełny zapis na stronie swojego ojca, dzięki czemu mogę tę notkę zilustrować skrinem kluczowego fragmentu.

Że benzodiazepiny uzależniają, wiadomo od dobrych kilkudziesięciu lat. Peterson powinien był o tym wiedzieć jako psycholog kliniczny.

Osoby uzależnione często opisują swoje życie w taki sam sposób: że spadła na nie seria niefortunnych zdarzeń, w wyniku której wylądowali pod mostem czy na dworcu. Postronny obserwator nie może się czasem powstrzymać przed uwagą typu „a czego na litość boską oczekiwałeś po heroinie?”, na co usłyszy taką samą odpowiedź, jak od Petersona: miałem wtedy ważniejsze zmartwienia, „my life was a whirlwind”.

Peterson oczywiście ubiera to w ładniejsze słowa od pana Zdzisia, który pije alpagę pod sklepem. Wiadomo, bogacz cierpi na depresję i migrenę, a pan Zdzisio to nierób, którego łeb napierdala.

Poetycko o uzależnieniu to samo co Peterson napisał Gil Scott-Heron w tym pięknym monologu heroinisty: „you keep saying: kick it, quit it, kick it, quit it / God, but did you ever try / to turn your sick soul inside out”. Wychodzenie z uzależnienia to droga przez piekło, Peterson nie był pierwszym, który przez nią przeszedł.

Akatyzja (czyli odczuwanie przymusu ciągłego poruszania się dla ucieczki przed nieustającym bólem) to częsty element „syndromu odstawienia”. W serialu „The Wire” akatyzję odgrywa Andre Royo jako Bubbles.

Widząc czarnego ćpuna prawicowiec nie okaże współczucia i nie będzie używać wyszukanych słów typu „akatyzja”. Te są zarezerwowane dla bogatych, białych narkomanów z górnej półki, takich jak Jordan Peterson.

Jajako lewak w narkomanie widzę chorego, a nie przestępcę. Ofiarę, a nie sprawcę. Kogoś, komu trzeba pomóc, a nie kogoś, kogo trzeba ukarać za niemoralne prowadzenie się.

Konserwatysta narkomana najchętniej by wsadził za kratki. A jeśli nawet zaakceptuje konieczność leczenia, to najchętniej takiego, żeby wstrętny ćpun przy tym cierpiał, jak w kontrowersyjnych terapiach typu Synanon, gdzie narkoman ma po prostu odstawić i już.

Jak pisałem w poprzedniej notce o Petersonie, to się sprowadza do fundamentalnej różnicy między lewicą a prawicą, czyli do „hipotezy sprawiedliwego świata”. Prawica w nią wierzy, lewica ją odrzuca.

Ja uważam, że świat jest urządzony niesprawiedliwie (większość przywilejów jest niezasłużona, większość cierpień niezawiniona, większość hierarchii ściemniona itd.). Konserwatysta uważa, że każdy ma to, na co zasłużył.

Biednemu powie więc – po prostu przestań być biedny. Weź pracę, zmień kredyt. Nie żryj tyle tostów z avocado.

Gejowi powie – nie bądź gejem (albo chociaż się z tym nie obnoś). Uchodźcy – nie uchodź. Narkomanowi – odstaw.

No chyba że to on zostanie narkomanem albo uchodźcą. Wtedy okazuje się, że to wszystko nie jego wina, po prostu dopadły go niezależne od niego okoliczności.

Pieniądze i przywileje pozwoliły Petersonowi przejść przez to piekło mimo wszystko w łagodniejszy sposób od narkomana w więziennym ośrodku. Albo pacjenta na Sobieskiego.

Co za tym idzie, guru prawicy wciąż jest w fazie wyparcia. Z jego słów wynika, że nie uważa swojej historii za typową historię uzależnionego.

Z racji swego wieku widziałem już wielu ludzi, którzy zniszczyli sobie życie uzależnieniem od takiej czy innej substancji, w tym: benzodiazepin. Ich historie były podobne, włącznie z akatyzją, depresją, bezsennością i „nic nie pamiętam z tych dwóch miesięcy”.

Oni jednak, w odróżnieniu od Petersona, nie głosili ideologii zakładającej, że każdy odpowiada za swoje decyzje. Dlatego żałuję go ociupinkę mniej.

Cieszę się, że już mu lepiej i że może wrócić do normalnego funkcjonowania. Ale czy wyciągnął z tego wnioski? Wywiad na to nie wskazuje…

Pożegnanie z mediami

Z okazji drugiego wydania mojej książki o Lemie (dodruków hardcovera już nie będzie, więc kto chce mieć twardą okładkę, musię się pośpieszyć – drugie wydanie to paperback), na stronie Czarnego pojawił się mój uaktualniony biogram. Zwracam uwagę na zdanie „W latach 1997-2021 dziennikarz Gazety Wyborczej”.

Zastanawiałem się wielokrotnie, jak będzie wyglądała pożegnalna blogonotka. W życiu bym nie pomyślał, że będzie się zaczynać od „z okazji drugiego wydania mojej książki”!

Formalnie jeszcze tu pracuję, bo haerowe młyny mielą w swoim tempie. Zaczynam właśnie urlop, z którego już nie wrócę. Stosowne papiery są już w dziale Zasobów Ludzkich, a co podpisane, tego nie da się odpodpisać.

Na moją decyzję jakiś wpływ oczywiście miała tamta nieudana próba zwolnienia mnie, ale to był tylko katalizator. Ten, jak wiadomo, przyśpiesza reakcję chemiczną, ale nie może wywołać takiej, która nie zaszłaby i bez niego (jako chemiczny Pimko będę teraz nadużywać takich metafor).

Życie korpoludka ma wiele zalet, ale też tę zasadniczą wadę, że prawie nic od ciebie nie zależy. Decyzje kierownictwa zapadają zazwyczaj bez konsultacji z podwładnymi – są po prostu Obwieszczane, a ty masz się dostosować, albo odejść.

Tak przynajmniej jest w Agorze, jedynym korpo, jakie znam – ale z pogaduszek z braćmi i siostrami w niedoli czelendżowania kejpiajów wnoszę, że to w Polsce typowa sytuacja. Co za tym idzie, decyzja o odejściu dla typowego korpoludka jest pierwszą samodzielną decyzją od lat.

Jako związkowiec wiele razy widziałem radość i ulgę na twarzach podejmujących ją ludzi. Teraz rozumiem, co wtedy czuli.

Związek będzie w tym roku obchodził dziesięciolecie. Przez większość tego czasu byłem przewodniczącym – to za długo. Władze czasem trzeba zmieniać.

O tych latach mógłbym zanucić piosenkę Sinatry: „I could write a book”. Pewnie napiszę podsumowującą blogonotkę, na razie mam pilniejsze sprawy.

Co do mojego obecnego felietonu w „Dużym Formacie”: stan na dziś jest taki, że ja go dalej chcę pisać, a redakcja dalej go chce publikować. Wszystko się może jednak zmienić choćby jutro, do czego podchodzę wyluzowany jak Marek Aureliusz na ketaminie.

Przez ostatnie 5 lat tyle razy już mi coś kasowano, że straciłem rachubę. Najdalej za trzecim razem człowiek się przyzwyczaja (zwłaszcza jeśli jest w takiej sytuacji, jak ja: że i tak się permanentnie nie wyrabia z robotą).

To nie jest zwykła zmiana pracy – nie odchodzę do innej redakcji. Zmieniam branżę.

Przez ostatnie 10 lat byłem etatowym dziennikarzem, angażującym się w różne projekty edukacyjne. Teraz będę etatowym nauczycielem, okazjonalnie pisującym do mediów.

Inspiracją był dla mnie Jerzy Sosnowski, wyrzucony z „Trójki” za działalność związkową. Wygrał w sądzie – związkowiec nie może przegrać takiego procesu, chyba że przegapi termin – ale nie wrócił na antenę. Został nauczycielem.

Zazdrościłem mu, że też bym tak chciał, ale przecież nie mogę, bo za długa przerwa, bo to, bo tamto. A potem się okazało (przepraszam, pojadę coachingowym banałem), że te ograniczenia były tylko w mojej głowie.

Stosowne uprawnienia mam od 30 lat. Gdy zacząłem sobie układać pierwsze konspekty lekcji odkryłem z ulgą, że nie wszystko zapomniałem. Jeden z nich przerobiłem zresztą na artykuł.

Przyszłość mediów w Polsce widzę źle. Pisowskie będą rozkwitać, wspomagane publicznymi pieniędzmi. No ale do nich nie pójdę za żadną kasę.

Gdybym miał pomysł, jak uratować media niezależne – może i bym został i ratował. Nie mam. Mogę tylko zaapelować, żebyście byli dla nich wyrozumiali.

Pracują w nich ludzie coraz bardziej przepracowani, mający coraz więcej obowiązków za coraz mniejsze pieniądze. Wpadki, afery, nieprzemyślane decyzje są oczywistą konsekwencją – i będzie ich tylko coraz więcej.

Wybaczajcie. Prenumerujcie, wpłacajcie, wspierajcie. Nie chcecie świata, w którym wszystko rozdzielą między siebie Sakiewicze i Karnowscy – na wasz koszt w dodatku.

Swojego niszowego blogaska oczywiście zamierzam dalej prowadzić. Nie wykluczam powrotu do podkastu, teraz już nie widzę żadnych przeszkód dla crowdfundingu – w ogóle możliwości będę miał teraz raczej więcej niż mniej.

Na razie nie mam jednak konkretnych planów. Trafiłem w sam środek covidowego zamieszania w edukacji. Nie wiem, jak będzie wyglądał mój plan lekcji za miesiąc. A teraz do tego wszystko muszę dostosowywać…

Now Playing (183)

W ramach dygresji od dygresji w komentarzach pojawił się niedawno temat pesymizmu ejtisowej popkultury. Mój konik!

Piosenki, które pamiętamy ze szkolnych dyskotek, często miały zaskakująco ponure teksty. Dlatego gdy dziś widzę w portalach nagłówki typu „Billie Eilish przełamuje tabu”, tylko się uśmiecham pod miejscem na wąsy.

Lubię ją, ale przecież nie dlatego, że przełamuje tabu, tylko dlatego, że mi przypomina te dawne ejtisowe czy nawet sewentisowe piosenki o tym, że ktoś ma doła (którego ewentualnie przełamie w tańcu, co mu pozwoli utrzymać się przy życiu, ah ah ah ah, utrzymać się przy życiu-u-u).

Moje najulubieńsze były, rzecz jasna, piosenki o końcu świata. Byłem wtedy po prostu Przekonany, że czeka mnie globalna wojna termojądrowa i bardzo mnie interesowało wszystko na temat Bomby (jestem z pokolenia „Głowy Kasandry”!).

Jednym z najwspanialszych przykładów tej tematyki była piosenka „Enola Gay” wczesnego OMD. Wesoła, skoczna, taneczna – nawet jak się znało angielski, można było nie zrozumieć, że to o tym.

Ja wiedziałem to za sprawą wzmiankowanej obsesji – albo z takiej propagandowej broszurki „Alarm w NORAD” (ktoś z Was to czytał?), albo z leksykonu „1000 słów o broni atomowej”. To w ogóle była świetna seria, te „1000 słów”, niedawno sobie odświeżałem tom o broni chemicznej – niesamowity jest ten suchy, beznamiętny język, jakim wojskowi autorzy opisują różne makabryczne kwestie.

Niedawno minęła 40 rocznica premiery piosenki „Enola Gay” (feeling old yet?). Z tej okazji panowie Humphreys i McCluskey zrobili wspaniały prezent dziadersom takim jak ja: maksisinglowy remiks, którego wtedy zabrakło!

Przez te 40 lat oczywiście różni ludzie na różne sposoby modyfikowali ten utwór. Do licha, wersję „OMD vs Sash!” sam kiedyś puszczałem na jakiejś imprezie.

Nie były to więc klasyczne, ejtisowe remiksy typu „extended”, tylko przeróbki – na house, na techniawę, na eurodance. Ejtisowy remiks zazwyczaj nie był przeróbką, tylko po prostu wydłużoną wersją podstawową, ze szczególnym wyeksponowaniem sekcji rytmicznej, żebyśmy przez parę taktów mogli się zachwycać samym basem albo samą perkusją.

Rocznicowa epka jest więc jakby oryginalnym falsyfikatem – to taki remiks piosenki z 1980, jakby go zrobiono w 1980. Chociaż zrobiono go w ZOZO.

Na winylu „limited edition” mamy tylko te dwa falsyfikaty: „extended mix” i „slow mix”, którego można słuchać jak kołysanki. W wersji „digital download” mamy dwa remiksy uwspółcześnione: Theo Kottisa i Hot Chip. Też bardzo fajne!

Cóż, wspaniałe rzeczy na te wszystkie imprezy, które się nie odbędą. For all cancelled parties…

Ludowa Historia Polski

Dyskusja na temat „Ludowej Historii Polski” już tu pojawiała się w komentarzach, poświęcę więc tej książce notkę – niezależnie od dzisiejszego felietonu.

Nie czuję się kompetentny do recenzowania książek historycznych, brak mi elementarnego przygotowywania metodologicznego. Jeden z rozdziałow „LHP” poświęcony jest zresztą metahistorii (historii historii), skądinąd też jest bardzo ciekawy, ale po jego przeczytaniu czuję, że wiem o tym tyle, ile mi Leszczyński przystępnie przybliżył, więc nie mnie go Recenzować.

W sensie Otwierania Oczu na różne zagadnienia, o których niekoniecznie wiedzieliśmy, a nawet jak wiedzieliśmy, to inaczej nam je naświetlali Jasienica z Daviesem, to jednak pozycja znakomita. Stawiałbym ją gdzieś obok Snydera i Wolffa (który wreszcie wyszedł po polsku).

Jako amator muszę jednak pociągnąć deklarację niekompetencji i ograniczenia poznawczego. Jak chyba wielu w peerelowskiej inteligencji, wyrastałem w cieniu Jasienicy.

Dorośli wręczyli mi jego książki (mam je do dziś, podniszczone, miejscami nawet czymś zalane – no cóż, czytały to dzieci) z taką znaczącą miną i komentarzem w rodzaju „to jest Prawdziwa Historia, w odróżnieniu od tego, czego uczą was w szkole”.

Jestem ciekaw, czy ktoś z PT Komcionautów, wśród których nie brak przecież osób po studiach humanistycznych, dzieli ze mną wspomnienie z czytania Jasienicy jako „prawdziwej Historii”, przez wielkie pH? To wytwarza odruchy, z których trudno się wyzwolić, bo potem gdy czytasz powiedzmy Brzezińską, podświadomie jednak ją ciągle porównujesz (PRZEPRASZAM, TO NIE JEST OCENA, PRZECIWNIE – TO DEKLARACJA POZNAWCZYCH OGRANICZEŃ).

Współczesny czytelnik, oceniający z kolei Jasienicę z perspektywy powiedzmy Snydera, zarzuci mu co najmniej polonocentryzm. A jednak nawet Jasienica wyrobił we mnie odruchowe sprzeciwianie się rzutowaniu dzisiejszej definicji „Polaka” na czasy Piastów i Jagiellonów.

Jasienica opisuje pyszną anegdotę z okresu przepychanek o zachowanie niezależności Mazowsza (nawiasem mówiąc, marzy mi się książka: „Od księżniczki Anny po reprywatyzację, 700 lat tradycji warszawskich przekrętów nieruchomościowych”): otóż polscy rycerze zastali zamknięte bramy Warszawy.

Z murów poleciały pod ich adresem obelgi, w których Warszawiacy bardzo dosadnie wyrażali się na temat Polski i Polaków. Obelgi były, ma się rozumieć, po polsku, dlatego z dołu odkrzyknięto ponoć: „A WY TO NIBY KIM JESTEŚCIE?”.

Kiedy w Polsce wyszła „Ludowa historia USA” Zinna, wyrażałem publicznie powątpiewanie w napisanie podobnej książki o Polsce. O ile zdefiniowanie „północnego Amerykanina” jest dość proste, definicja „Polaka” się przez te tysiąc parędziesiąt lat się zmieniała, podobnie jak granice Polski.

Lądujemy więc z pytaniami typu: czy w takiej książce powinniśmy opisać powstanie tkaczy śląskich, chasydów, Kozaków, Olędrów, miejskie tumulta i chłopskie bunty, wymierzane przeciwko Niemcom, Węgrom, ale także Polakom. Czy Róża Luksemburg ma swoje miejsce w historii polskiego ludu?

Leszczyński to przecina niczym węzeł gordyjski, „Polaka” definiując jako „osobę w danej epoce powszechnie uważaną za Polaka”, a lud jako „dolne 90%”. W rozdziale o metodologii zaznacza, że nie pretenduje do ostatecznego wyczerpania tematu, ktoś niezadowolony może sobie napisać inną książkę.

Zauważmy, że do takiej definicji „ludu” nie pasują milionerzy z „Samoobrony”, z Lepperem na czele, ale zaliczają się nauczyciele i większość dziennikarzy, literatów, naukowców oraz medyków.

Awal pisał niedawno o braciach Ziemkiewicz, że kariera się udała Pawłowi, a nie udała Rafałowi. Rafał jednak trafił do górnego 1%, Paweł nie.

Książka Leszczyńskiego nie powinna się więc podobać wosistom-okraskistom, dla których już nie tylko Lepper, ale nawet Trump jest przedstawicielem ludu. Ja lubię sprowadzać te pojęcia do prostego kryterium „dostępu do dóbr materialnych”.

Wprawdzie mamy tu różnicę między kwantylami dochodowymi i majątkowymi, a przy opisywaniu PRL dochodzą nam dojścia i koneksje, ale to nieistotne przy takiej skali historycznej. Na dalszą metę to się konwerguje: kto ma mały majątek, ale duże dochody lub dobre dojścia, ten za parędziesiat lat będzie miał duży majątek.

A czymże jest te kilkadziesiąt lat przy skali historii Polski?