Po co komu Nowa Solidarność

Zapowiedź założenia związku zawodowego przez Rafała Trzaskowskiego przyjąłem z niedowierzaniem. W wywiadzie udzielonym Iwonie Szpali, mojej koleżanki z „Gazety Wyborczej”, powiedział więcej o swoich planach.

Zacznijmy od jego słów, żeby uniknać przekłamań:

„zbudujemy także związek zawodowy dla samozatrudnionych (…) Dziś prawdziwym proletariatem są ludzie, którym brak reprezentacji, twardego gruntu pod nogami. Jest ich mnóstwo – wolne zawody, artyści, rzemieślnicy czy taksówkarze. Łączy ich wspólne poczucie: PiS wyciąga od ich pieniądze, a będzie tylko gorzej, wielu nie ma pewnej pracy, a wraca COVID, perspektywa kłopotów na długie miesiące, może nawet rok. Potrzebują się organizować, więc chcę im pomóc (…) Związki zawodowe mają dużo szersze możliwości niż stowarzyszenia czy fundacje, stąd pomysł (…) Henryka Krzywonos, legenda „Solidarności”, która chce się włączyć w organizację związkowego projektu”.

Trzaskowski ma rację, że „związki zawodowe mają dużo szersze możliwości niż stowarzyszenia czy fundacje”, tylko chyba nie wie, jak to działa.

Przepisy zobowiązują pracodawcę do konsultowania różnych decyzji z przedstawicielami pracowników. W tej roli niemal zawsze występują związki zawodowe. Jeśli ich w danym zakładzie nie ma, pracodawca może robić co chce.

Jako entuzjasta Mitbestimmung nie jestem entuzjastą tego rozwiązania. WOLAŁBYM część tych uprawnień przenieść na radę pracowników. Ale jest jak jest i się to raczej nie zmieni.

Te „szersze możliwości” biorą się więc z tego, że w wielu ustawach i rozporządzeniach występuje obowiązek uzyskania zgody zakładowej organizacji związkowej na to czy tamto. Albo przynajmniej zawiadamiania jej o czymś z wyprzedzeniem (np. o zamiarze rozwiązania umowy o pracę z członkiem związku).

I dlatego właśnie nie założyliśmy w Agorze stowarzyszenia ani fundacji, tylko związek zawodowy. Inna forma prawna po prostu nie dawałaby nam możliwości korzystania z tych przepisów.

Za to ustawowe uprzywilejowanie związek zawodowy płaci pewną cenę. Ma na przykład bardziej upierdliwą sprawozdawczość, niż zwykłe stowarzyszenie (musimy np. co miesiąc pracodawcę informować o stanie członków, stowarzyszenie by tego nie musiało robić).

Wniosek jest więc prosty. Zakładaj związek tylko jeśli chcesz korzystać z tych przepisów. Jeśli nie, lepszym rozwiązaniem będzie stowarzyszenie lub fundacja.

I teraz pytanie: jakie potrzeby mają „wolne zawody, artyści, rzemieślnicy czy taksówkarze”, które mogą się wiązać z tymi przepisami? W nich zazwyczaj mowa jest o zakładowej organizacji związkowej, bo podstawową rolą związków zawodowych jest reprezentowanie pracowników przed pracodawcą (tzw. collective bargaining).

Jeśli ta „Nowa Solidarność” ma reprezentować swoich członków nie przed pracodawcami, tylko przed państwem – to na grzyba jej formuła związku zawodowego? Lepszy będzie klasyczny NGO, albo po prostu partia polityczna.

W codziennej działalności związkowej, wbrew pozorom, niewiele jest miejsca dla polityki. Na szczeblu zakładowej komisji o tym się po prostu nie rozmawia.

Nie wiem, jak głosuje większość koleżanek i kolegów z naszej komisji. O mnie to wiadomo, bo o tym trąbię na prawo i na lewo. Ale nie wszyscy o tym mówią, a nie miewamy takich sytuacji (typu „a teraz głosujemy, kto jest za Pisem, a kto za Antypisem”), żeby się o tym dowiedzieć.

Przypuszczam, że Trzaskowski po prostu nie jest tego wszystkiego świadom. Nie wie też tego „legenda Solidarności Henryka Krzywonos”, bo ona przecież od 1989 nie jest pracownikiem (w rozumieniu prawa pracy).

Jej doświadczenia związkowe pochodzą sprzed 40 lat. Dotyczą innego ustroju. Henryka Krzywonos nie przepracowała (w rozumieniu prawa pracy) ani minuty w kapitalizmie.

Tak, wiem, prowadzenie rodzinnego domu dziecka to ciężka praca. Nie deprecjonuję tego, tylko zauważam, że nie jest to praca zarobkowa w rozumieniu ustaw, a więc „organizacja rodzinnych domów dziecka” powinna być stowarzyszeniem, podobnie jak np. polski związek hodowców strusi (to też ciężka praca).

Może w tym wszystkim jest jakieś drugie dno, którego Trzaskowski nie ujawnił w tym wywiadzie. Może ktoś z PT komcionautów zna jakieś inne wypowiedzi jego albo Krzywonos, które coś tu wyjaśniają.

Wątpię, czy ta organizacja w ogóle wyjdzie poza etap sądowej rejestracji (o ile Trzaskowski i Krzywonos będą się upierać przy formule „zwiazku zawodowego”).

Rekomendacja: kraina Lovecrafta


Dyskusja pod notką o Mrozie i tak odleciała w dygresję o lewicowej fantastyce, pociągnijmy więc ten wątek rozmawiając o serialu „Kraina Lovecrafta”. To kapitalny przykład, jak lewicowa fantastyka mogłaby wyglądać (i wygląda).

Mamy w tym serialu wszystko. Jest wątek LGBT, jest „krytyczna teoria rasowa”. Koszmarny sen prawaka o marksizmie kulturowym.

A przy tym – świetne, ożywcze widowisko. Które polecam gorąco wszystkim, choć prawacy będą się zapluwać z wściekłości przed ekranami.

Dla tych, którzy są HBO-wykluczeni, kilka słów opisu. To nie jest ekranizacja prozy Lovecrafta, choć jego wielbiciele rozpoznają kilka zaczerpniętych z niej motywów.

Akcja dzieje się w alternatywnym świecie, w którym wprawdzie istniał Lovecraft (bohaterowie też rozpoznają te motywy), ale jednocześnie mamy zasugerowane, że Lovecraft inspirował się prawdziwymi wydarzeniami. Ujmując rzecz w skrócie zrozumiałym dla każdego fandomity, ktoś tu wpadł na trop Necronomiconu (sortof) – i fabuła krąży wokół tego tropu.

Ten skrót jest dla nas zrozumiały, bo naoglądaliśmy się od grzmota horrorów i nagraliśmy się w od grzmota gier, w których fabularnym punktem wyjścia było „ktoś odnalazł Necronomicon”. Ale tu mamy jeden istotny twist, za sprawą którego oglądamy to z pasją, jak coś świeżego.

Oglądamy to z punktu widzenia Afroamerykanów w roku 1955. To właśnie oni wpadli na trop tej zakazanej księgi.

Serial zawiera więc przy okazji realistyczny portret codziennego życia Afroamerykanów w 1955. Przy czym nie chodzi tu o jakichś wyidealizowanych pracowników rolnych w ogrodniczkach i słomianym kapeluszu, tylko o ówczesny odpowiednik wielkomiejskiej klasy średniej.

Większość głównych bohaterów (są wyjątki) to ludzie tacy jak my. Tzn. tacy jak widownia serialu fantastycznego na HBO.
Są oczytani jak my, dlatego rozpoznają wątki z Lovecrafta. Wyrośli na tej samej amerykańskiej popkulturze jak my.

Łatwo się nam z nimi identyfikować. Mamy podobne do nich problemy, typu „czy stać mnie na hipotekę w tej dzielnicy”. Tylko że nam to pytanie nie nakłada się na „czy w tej dzielnicy wolno mieszkać ludziom o naszym kolorze skóry”.

Pisałem w poprzedniej notce, że kompozycja thrillera to „woda – woda – BUM!”. Tu jest jakby odwrotnie.

„BUM!” to lovecraftowskie zwroty akcji. Że nagle przyfrunie jakiś potwor z CGI. Bo-ring.

Za to „woda” to realistyczny obraz stosunków rasowych w USA w roku 1955. I to jest dopiero prawdziwy horror.

Widzimy wiele autentycznych motywów, już spopularyzowanych innymi filmami i serialami. A więc – masakra w Tulsie (1921). A więc – „prawo o zachodzie słońca”. „Zielona książka”, czyli „poradnik dla Negra w podróży”.

Do tego – pogrzeb Emmetta Tilla, czternastoletniego chłopca z Chicago, który pojechał z rodzicami w odwiedziny do krewnych z Missisipi. Spojrzał niewłaściwym wzrokiem na białą kobietę, za co został skatowany i wrzucony do rzeki z ciężarem przytroczonym kolczastym drutem do szyi.

Afroamerykanie w Missisipi byli przyzwyczajeni do takich sytuacji, bali się protestować, bo skończyliby tak samo. To była jednak rodzina z Chicago.

Matka Tilla urządziła pogrzeb przy otwartej trumnie, żeby całe miasto mogło to zobaczyć. W ósmym odcinku serialu bohaterowie stoją w kolejce żałobników (trzeba znać tę historię, żeby zrozumieć kontekst tej sytuacji).

Wszytkie te straszne wydarzenia pokazane są – o ile mi wiadomo – realistycznie. To przypomina, że lincze i segregacja to nie jest jakieś „dawno i nieprawda”, jak czasem sugeruje biała popkultura. Jeszcze żyją ludzie pamiętający rok 1955.

Szukałem z ciekawości, czy jakieś prawicowe media podważają coś z realizmu „Krainy Lovecrafta”. Ale nie, najwyżej pieklą się, że „krytyczna teoria rasowa” jest „antyamerykańska” i po prostu nie wolno robić takich seriali.

Nie bo nie. Nie ma nic bardziej amerykańskiego od cenzury.

Może wy coś znacie – bo mam tu niewielkie, ale regularnie komentujące grono obserwatorów różnych Karoniów i Petersonów. Obczailiście tam merytoryczne zarzuty wobec tego serialu?

Dla mnie to świetny przykład, że wzbogacenie fantastyki o elementy otwarcie lewicowe, „marksistowsko kulturalne”, może jej dobrze zrobić ze strony czysto fabularnej. Po prostu pozwala na wprowadzenie nowego wątku.

Baliśmy się już w popkulturze różnych potworów. Ale tu po raz pierwszy poczujemy taką grozę, jaką musiał czuć afroamerykański kierowca, ścigający się z zachodzącym słońcem, pędząc ku granicy hrabstwa, żeby nie złamać idiotycznego, rasistowskiego zakazu „przebywania czarnuchów po zmroku”.

Warsztat Remigiusza Mroza

Napisałem niedawno o „mistrzowskim warsztacie” Remigiusza Mroza. Komcionauci na to zaszydzili z wyjściowego pomysłu powieści „Testament”. Postanowiłem ją nadrobić i wrócić do tematu.

Rzeczywiście, początek jest dokładnie tak idiotyczny, jak wtedy napisaliście. Nie chcę spojlować, ale nic w tej konkretnie kwestii się nie poprawia do samego końca.

Słowo „mistrz” może jest na wyrost, bo chodziło mi o zręczne rzemiosło, a nie o tworzenie arcydzieł. Nie byłbym sobą, gdybym się jednak nie bronił.

Przecież używamy słów typu „serwis mistrzowski” właśnie na określenie kogoś typu złota rączka – zdolnego rzemieślnika, który nam zabinduje droselklapę na szoner. Mróz zdolnym rzemieślnikiem z pewnością jest.

Potrafi skonstruować narratora, który nie ryksztosuje. Mała rzecz, a już na tym się wywracają początkujący autorzy przekonani, że każdy głupi umie napisać kryminał.

Z kryminałem problem jest taki, że typowy narrator prozy współczesnej, TPO (czyli „wszechwiedzący w trzeciej osobie”), skoro jest wszechwiedzący, to wie także, kto zabił. Jak to sensownie pociągnąć, żeby nam tego nie wypaplał?

Niektórzy próbują z tego wybrnąć stosując narratora subiektywnego w pierwszej osobie (FPS), który o zbrodni wie tyle co my. To ryzykowne rozwiązanie, bo skoro FPS wie tyle co my, to jest nudziarzem takim jak my.

O ile nie ma przygód takich jak Jack Reacher, ciężko mu utrzymać zainteresowanie czytelnika przez setki stron (a i Lee Child czasem daje odpocząć Reacherowi, oddając narrację TPO). FPS nam nie opisze tego, co tak bardzo lubimy u Jo Nesbo, czyli detalicznego opisu ostatnich sekund z życia ofiary.

Teoretycy kryminału uważają, że do tego typu prozy najlepsza jest narracja w trzeciej osobie ze zmiennym punktem widzenia (TPMPOV). Nie wiem, czy Mróz czytał tych teoretyków, czy też sam na to wpadł, ale ją stosuje.

Robiąc przeskok z jednego punktu widzenia do drugiego, początkujący autor często się potyka i robi błąd wyrażany żartobliwym „who was phone?”. Przed chwilą byliśmy w głowie detektywa, potem w głowie przestępcy, a teraz w czyjej, autora?

Mróz robi to na tyle zręcznie, że dla czytelnika to przebiega przezroczyście (zaznaczam: wypowiadam się na podstawie tego, co znam, czyli kilku „Chyłek” i „Świtu, który nie nadejdzie”). Większość czytelników nie zauważa tych przeskoków, a to znak mistrzowskiego opanowania rzemiosła.

Mróz dobrze sobie radzi z inną zasadą prozy sensacyjnej: konstruowania fabuły na zasadzie schodków: „woda woda woda BUM! woda woda woda BUM!”. Te jego „bum!” następuje zawsze kiedy trzeba, jakby to pisał ze stoperem (?).

No i tyle zalet. W sumie dwie: narracja i kompozycja. Ale w literaturze sensacyjnej to dużo.

Jak wszyscy, wolę narzekać niż chwalić, oddawszy więc autorowi komplementa, przejdę do wad. Bo jednak na hasło „nowy Nesbo” czy „nowy Chmielarz” reaguję ekscytacją, której nie budzi we mnie „nowy Mróz”. Gdybym Chyłkę polubił tak jak Jacka Reachera, miałbym już przeczytaną całość.

Zacznijmy od jakości wody. U Nesbo to będzie opis panoramy fiordu jesienią, rozważania o ewolucji brytyjskiego rocka gitarowego albo retrospektywa z drugiej wojny światowej.

U Mroza często to jest dosłownie lanie wody. „Wstał, odchrząknął, poprawił krawat. Wciąż nie zabierał głosu. Powiódł spojrzeniem po zebranych z bladym uśmiechem, jakby chciał ich przeprosić, że nie może jeszcze przemówić, bo pisarz potrzebuje dalszych pięciu stron beztreściowego wypełniacza”.

Chyłka często kogoś pogania obcesowym „będziesz pan tak pieprzyć od rzeczy przez cały dzień”? Zawsze mi szkoda tych, których ona tak sztorcuje, no bo od razu widać, że facet tak nie pieprzy z własnej woli. Po prostu autor w tym rozdziale wyznaczył mu rolę woziwody.

To dlatego właśnie Mróz potrafi pisać tak szybko. Inni autorzy wypełniają tę wodę owocami swojego riserczu. Jeśli akcję umieścili w przedwojennym Wrocławiu, to tutaj właśnie serwują nam jakieś ciekawostki na jego temat.

„Świt” mnie rozczarował jako książka o przedwojennej Warszawie, bo tej Warszawy tam po prostu nie ma. Niektórzy czepiali się Twardocha, że w „Królu” przekręcił jakieś szczegóły, ale niewątpliwie STARAŁ SIĘ pokazać klimat tamtego miasta.

Mróz się nie stara. Owszem, padają jakieś nazwy ulic, ale równie dobrze akcja może się dziać na rogu Generycznej i Defaultowej.
Zaznaczę, że tu akurat dokonał się ogromny postęp między wczesnymi Chyłkami, a względnie późnym „Testamentem”. Nadal jednak kosmicznie daleko do naturalizmu Chmielarza, nie mówiąc już o Żulczyku.

Mróz tak oszczędnie operuje detalami, że większości scen z jego książek nie da się sobie wyobrazić. Twarz jednej postaci opisuje po prostu jako „przeciętną”. O innej pisze zaś, że ma na sobie „drogi” garnitur.

Co za bezsensowny przymiotnik! Większość z nas się tym nie interesuje, więc nie potrafi na oko ocenić, czy ktoś ma na sobie garnitur za pięć stów czy pięć kafli.

Ci, którzy to potrafią, będą z kolei widzieć też inne detale – dwurzędowy, gabardynowy, na miarę (itd). Ale to Mróz musiałby sobie wyobrazić, a jemu się nie chce. Jak mawiał trener Piechniczek, głupi się zastanawia, mądry napierdala.

Jako petrolhead największe problemy mam ze słynnym BMW X5 Chyłki. W komentarzach krytykowano, że w „Kasacji” ma ręczną skrzynię biegów („wrzuciła jedynkę”).

Prosty risercz wykazuje, że do 2006 najtańsze wersje z najsłabszymi silnikami rzeczywiście oferowano z manualem. Tylko czy cała nasza wiedza na temat Chyłki pasuje nam do kogoś, kto wybrałby najsłabszą wersję?

Machnąłbym ręką na ten manual, bo samochody tej klasy zawsze mają opcję przełączenia się na ten tryb. Bardziej w „Kasacji” drażniła mnie scena, w której Chyłka w swoim BWM używa zakładanej na ucho słuchawki BT.

Od 2009 w BMW X5 już oferowano fabryczny zestaw głośnomówiący. Chyłka tak często prowadzi rozmowy z samochodu, że byłby to dla niej must have.

W „Testamencie” kupuje nowy model (rocznik 2018 lub 2019). I co robi? „Głośna muzyka sprawiła, że prawie nie usłyszała dzwonka, wyjęła telefon z podłokietnika, by sprawdzić, kto dzwoni”.

Doprawdy, BMW powinno wytoczyć proces za naruszanie dobrego imienia. Mróz ewidentnie nie jeździł samochodem tej klasy.

Ja też nigdy nie jeździłem akurat X5, ale kilkakrotnie innymi BMW z górnej półki. Nawet w moim Subaru z półki średnio-średniej, gdy ktoś dzwoni, muzyka się AUTOMATYCZNIE WYCISZA, a wyświetlacz informuje nas, kto nam przerwał rozkoszowanie się solówką Davida Gilmoura. Sam telefon zostaje tam gdzie był, nie po to Harald Sinozęby wynalazł technologię Bluetooth (TM), żebyśmy go teraz szukali po omacku.

Samochód z tego rocznika i tej klasy ma wiele cech, które Mrozowi mogłyby się przydać literacko. Ma automatykę, która na styl prowadzenia Chyłki reagowałaby pasywno-agresywnymi brzęczykami („WYKRYTO PRZESZKODĘ!”), protestującymi przeciw manerwowaniu bez kierunkowskazu albo wyprzedzanie o grubość lakieru.

Jeśli to BMW z górnej półki, to ma też HUD, który wyświetla na szybie widoczne tylko dla kierowcy informacje: jego prędkość vs dozwoloną na tym odcinku prędkość, oraz inne obowiązujące tu znaki. To jest kopalnia motywów, Chyłka w prawdziwym BMW kłóciłaby się z HUD-em i brzęczykami.

Mróz o tym nie wie. Rzuca więc tandentymi metaforami typu „prowadziła jakby kodeks drogowy był tylko zbiorem luźnych sugestii”. A powinno być: „sam jesteś wykryta przeszkoda, warknęła Chyłka do HUDego”.

Chyłka ma do swojego samochodu emocjonalne podejście. Nazywa go „swoim dzieckiem”, ma opory przed oddawaniem komuś kierownicy, jest petrolheadką.

A jednak ona sama nie wie, czym właściwie jeździ. Jaka to generacja? Jaka wersja? Jaki silnik? Diesel czy benzyna?

W „Testamencie” mamy scenę kupienia samochodu i wygląda to dosłownie tak, że Chyłka idzie do salonu i kupuje „iks piątkę”. Targuje się przy tym bez sensu o rabat, bo jest koniec miesiąca i sprzedawca chce wyrobić normę (w prawdziwym świecie Chyłka dostałaby większy rabat za bycie sławną prawniczką, ale musiałaby to załatwiać w centrali).

Pytania o model i wersję wyposażeniową nie zadaje ani ona, ani sprzedawca. Dowiadujemy się potem tylko, że Chyłka dopłaciła za lepsze głośniki.

Wszytko co wiemy o Chylące sugeruje nam jednak, że dość ważne dla niej byłoby pytanie, czy chce mieć 4, 6 czy 8 cylindrów, oraz czy skusiłaby się na wersję M. Wygląda na to, że Mróz na etapie „Testamentu” nadal nie wie, że pod ogólnym hasłem BMW X5 kryje się paleta różnych wersji wyposażeniowych (w tym takie, na które nie stać nawet Chyłki więc powinna być jakaś scena, że wzdycha, marzy itd.; „widząc smutek na jej twarzy, Oryński spytał, czy znów myśli o poronieniu. – Nie, że nie mogę mieć wersji z silnikiem V8, która ma 567 koni – odparła).

Do tego Mróz musiałby zrobić tak elementarny risercz, jak przejrzenie broszury modelowej, choćby w internecie. Ale nie mógłby pisać powieści w miesiąc, gdyby riserczował cokolwiek.

W „Kasacji” Oryński mieszka na ulicy Mickiewicza, która przedstawiona jest jako slums. Nie mam pojęcia, skąd autor to wytrzasnął, od kiedy tę ulicę wytyczono, to raczej drogi adres. Zresztą w Warszawie nawet jeśli kiedyś był slums, to razem z metrem przychodzi gentryfikacja.

Metrem? Jakim metrem? „Kasacja” dzieje się w rzeczywistości alternatywnej, w której w Warszawie nie ma metra!

Z niejasnych przyczyn Oryński z ulicy Mickiewicza do siedziby kancelarii Żelazny & McVay, mieszczącej się, jak wiadomo, na 21. piętrze wieżowca Skylight przy Złotych Tarasach, dojeżdża tramwajem. I zajmuje mu to 2 godziny (sic).

Nawet *gdyby* z powodu klaustrofobii nie korzystał z metra, to byłoby pół godziny. Ale wtedy też ktoś powinien wyrazić zdziwienie, widząc Oryńskiego idącego na przystanek tramwaju.

Zresztą nawet ludzie niejeżdżący metrem odwiedzają czasem stację centrum. Jest tam na przykład świetny sklep z komiksami. To jest po prostu niemożliwe, żeby Oryński tak konsekwentnie unikał „patelni”, nawet korzystając z tramwaju.

Wygląda na to, że Mróz wziął te adresy z mapy, nie oglądając nawet budynków przez Google Street View” ani nie odpalając serwisu „jak dojadę”. Nie sprawdzał też cen.

Na początku Oryński jako stażysta zarabia 1000 złotych na rękę. To za mało, żeby wynająć samodzielne mieszkanie na Mickiewicza. Potem awansuje i zarabia już 6k brutto, co pozwala mu wynająć kawalerkę w centrum za 1500 i uważa tę cenę za „rozbój”.

Rozbój? Chyba na właścicielu! 1500 miesięcznie to w Warszawie kawalerka w blokowisku na praskich peryferiach, ale nie w centrum! Może pandemia i kryzys coś tu zmienią, ale przecież mowa o książce dziejącej się w latach 2014-2015.

Wkurza mnie to, bo pisałem już przedtem jak istotny dla mnie jest w kryminale ten balzakowski excel – żeby było wiadomo, ile kto zarabia, na co go stać, a hajs się ogólnie zgadzał. A jak się nie zgadza, to powinno oznaczać Mroczną Tajemnicę, jak w „Ojcu Goriot”. Tutaj się nic nie zgadza po prostu z niedbalstwa autora.

Jako varsavianista ubolewam też nad zmarnowaniem Szpitala Bielańskiego jako miejsca akcji. Rozgrywa się tam kilka rozdziałów „Kasacji”.

To bardzo charakterystyczny budynek, pełen właściwości mogących ubogacić thriller. Moje życie przebiega trochę w jego cieniu – tam przyszedłem na świat, tam parę razy lądowałem w dzieciństwie, tam wreszcie odwiedzałem stosunkowo niedawno różne bliskie mi osoby.

Tyle tu okazji literackich! Opis parkowania pod, opis błądzenia po… A u Mroza to znowu budynek bez właściwości, wziął go po prostu z mapy jako nazwę.

Krótko mówiąc, o ile sam schemat „woda woda woda BUM!” Mróz konstruuje z mistrzowską zręcznością, to sama woda jest podłej jakości. Niczym woda w Wiśle za prezydentury Lecha Kaczyńskiego, gdy non stop lały się do niej niefiltrowane nieczystości.

„Bum!” też jest takie sobie. Już starożytni potępiali zwroty akcji typu „deus ex machina”.

Świetnie je wykpił Marek Hłasko w „Pięknych dwudziestoletnich”: najpierw pakujemy bohatera w tarapaty, z których nie ma prawa się wydostać. A potem piszemy „Nadludzkim wysiłkiem Mike pokonał te irytujące okoliczności i wrócił do Nowego Jorku”.

Nie chcę tu robić spojlerów, żeby komuś nie psuć – jednak – przyjemności, ale u Mroza wygląda to tak. Oto nasi prawnicy chcą zastosować prawny wybieg, zwany Epsodem Meniętnym.

Przez cały rozdział studiują Ustawę o Epsodzie Meniętnym i ciągle dochodzą do tego samego wniosku. Że ustawa wyraźnie mówi, że można to zrobić w sześciu przypadkach i żaden tu nie zachodzi (…woda woda woda…).

I nagle: „bum!”, Oryński odkrywa orzeczenie Sądu Najwyższego przewidujące wyjątek, który akurat idealnie pasuje do naszej sprawy. Uratowani!

Nie poznajemy treści tego orzeczenia. MROZOWI NIE CHCIAŁO SIĘ GO NAWET WYMYŚLIĆ! Po prostu deus wyskoczył z machiny i zabił niemożliwego do pokonania smoka, żebyśmy wreszcie mogli przejść do następnego aktu.

I znów, to nie jest dla mnie dyskwalifikujący zarzut. Najwięksi mistrzowie gatunku stosują „deus ex machina”, zazwyczaj jednak starają się to zamaskować. Mróz nie traci na to czasu.

Popkulturowy krytyk powinien pytać „skąd więc ten fenomen”. Częściowo odpowiedziałem na początku: sprawna narracja i rytmiczne „woda-woda-BUM!”, to już dużo.

W „Testamencie” widzę dalszy rozwój postaci Chyłki i Oryńskiego. Sporo w ich życiu się wydarzyło od „Zaginięcia”!.
To powinno zainteresować znanego szczecińskiego prozaika, o ile ten nadal zajmuje się Biurową Klasą Średnią. Chyłka i Oryński to jej projekcje, jak w tych japońskich kreskówkach, gdzie czyjeś lęki się objawiają jako antropomorficzny potwór.

Chyłka to ucieleśnienie stereotypu tzw. „fajnej laski”. Nie pozwala mężczyznom na mansplaining czy przerywanie jej w pół zdania – to ona wyjaśnia, to ona przerywa. Toalety korporacyjnych biurowców pełne są szlochających kobiet, które chciałyby iść przez życie tak przebojowo jak Chyłka.

Lubi heavy metal, samochody, steki i piwo (choć w „Testamencie” jest już niepijącą alkoholiczną). Niczym w PRL-owskiej powieści dla młodzieży, Chyłka jest dziewczyną tak fajną, jakby była chłopakiem.

Oryński to z kolei ucieleśnienie lęków i marzeń milenialsa zatrzaśniętego na niskim szczeblu kariery. On się nie boi napyskować szefowi, odejść z pracy, dać w mordę gdy trzeba. Toalety korporacyjnych biurowców pełne są szlochających facetów, którzy choć raz chcieliby być odważni jak Oryński.

W późniejszych tomach pojawia się jego zmora, William McVay. To karykaturalny przedstawiciel elit.

To wszystko, na co Oryński musi ciężko zapracować, McVay dostał od życia na srebrnej tacy. Po prostu jako syn McVaya.
Ten wątek byłby nawet ciekawy, gdyby Mróz narysował go subtelniejszą kredką. W „Testamencie” to jednak tylko garść stereotypów.

W każdym razie, charakterystyka tych postaci (plus doskonałe wyczucie narracji/kompozycji), wydaje mi się kluczem do sukcesu tych książek.

Patronite nie istnieje

Ponieważ porozumieliśmy się z zarządem jak Polak z Polakiem, nie będę już do niczego wracać. Wielkodusznie puszczę wszystko w niepamięć.

Napiszę więc tak sobie ogólnie o elitach i ich alienacji. Alienacja klasy pracującej to temat doskonale opisany w marksizmie, świetny wywiad ostatnio miała o tym moja koleżanka (związkowa i redakcyjna) Adriana Rozwadowska z prof. Moniką Kosterą.

Fascynuje mnie ostatnio temat alienacji elit, o którym w marksizmie jakby mniej, ale literatura uwielbia go opisywać co najmniej od czasów Szekspira. A nawet Elektrybałta („Gniewny Gienek Gienerator garbiąc garści grzązł gwałtownie…”).

Dla porządu zaznaczę, że „elity” definiuję marksistowsko, jako tych, którzy posiadają środki produkcji (klasa wyższa) lub nimi zarządzają (wyższa średnia). Czyli nie łapie się na to profesor ani pisarz (nawet wzięty).

Świat elit jest dla mnie niepojęty. Często w różnych swoich rolach, i jako dziennikarz, i jako aktywista rozmawiam z tymi ludźmi, ale ich nie umiem zrozumieć.

Nie nadawałbym się na autora fabuły o elitach z fantazji nieocenionego Awala. Nie umiem dokończyć zdania typu „Prezes Pokrzycki spojrzał w lustro i pomyślał…”.

Pomyślał co? Nie wiem. Nie umiem sobie wyobrazić ich myśli, ich uczuć, ich motywacji.

Wyobrażam sobie, że to się zaczyna niewinnie. Z tego, że kontrolujesz środki produkcji nieuchronnie wynika, że zaczynają cię otaczać pochlebcy. Podwładni zaczynają ci przytakiwać i mówić miłe rzeczy, bo podświadomie liczą, że im to wynagrodzisz awansem, podwyżką albo przynajmniej przesunięciem na koniec kolejki kandydatów do zwolnienia.

Nie ma znaczenia, kim jesteś jako człowiek. Możesz być sympatyczny, otwarty, bezpośredni, możesz probować być tzw. „dobrym panem”, albo wręcz „ludzkim szefem”, te mechanizmy ruszą i tak, bo taka jest Natura Lucka (TM).

Ludzie zaczną zmieniać temat rozmów gdy zobaczą, że się zbliżasz. Nawet jeśli to zauważysz, to co poradzisz?

Przecież jeśli zapytasz „ej, czy wy właśnie zmieniliście temat rozmowy na mój widok?”, zaprzeczą. Ktoś nawet powie „no skąd, przecież w naszej firmie panuje atmosfera otwartości i zaufania, a poza tym wszyscy pana traktujemy jak kumpla”.

Nie będziesz miał pewności, czy się nie zgrywa. W myślasz przesuniesz go na początek kolejki kandydatów do zwolnienia, ale problemu tym nie rozwiążesz.

Ale w sumie co cię to obchodzi? Coraz lepiej czujesz się u siebie, w magicznej krainie Elitopii, w Dyrektorsburgu, w Zarządolandii, w Ciudad Padron. Niech tam sobie nawet twoi podwładni coś szepczą po kątach, na każdego z nich masz dwudziestu chętnych.

Myślę, że kluczem wszelkiego sukcesu, czy to w biznesie, czy w polityce, jest niepoddawanie się temu zjawisku. Steve Jobs na przykład był mobbującym szefem, ale potrafił WYCZUĆ potrzeby małego, nieważnego ludzika (w zakresie technologii cyfrowych). I przewidzieć, jakiego ten ludzik chciałby sobie kupić laptopa, albo i smartfona.

Nawet przeciwnicy Kaczyńskiego zgodzą się ze mną, że jego triumfalna passa po 2015 brała się z wyczucia potrzeb szeregowego wyborcy. Inni politycy doskonale dogadują się ze sobą nawzajem (oraz z innymi mieszkańcami Elitopii), ale wyborcom takim jak ja czy ty mają do zaoferowania wymiętolone frazesy, które możemy zaakceptować tylko jako „mniejsze zło”.

Kaczyński stworzył fantastyczną miksturę kija i marchewki, że 500+ plus „straszydło sezonu”, jak nie islamiści to seksualizatorzy. To wszystko bzdury, ale opozycja od 5 lat nie umie tego skontrować, bo nie umie mówić językiem Jana Kowalskiego. Bążur!

Ale i Kaczyńskiemu to gaśnie. Afera futerkowa, na której o mało co nie wykopyrtnęła się koalicja, jest tego przejawem. Wszyscy wiedzą, że prezes kocha zwierzątka, a więc zapewne na Nowogrodzkiej od dawna ludzie demonstracyjnie noszą worki z kocim żwirkiem, żeby pokazać prezesowi, że też kochają zwierzątka.

Skoro wszyscy mu w tej sprawie przytakiwali, to prezes był przekonany, że poprą go też wszyscy. I najwyraźniej zaskoczył go brak entuzjazmu wielu Janów Kowalskich – często dotychczasowych wyborców PiS! – dla jego nowej ustawy.

Pożarła go Elitopia. Zabłądził w Prezesburgu. I dobra nasza.

Gdybym kiedyś awansował do elity, zatrudniałbym kogoś jako konsultanta ds mówienia mi przykrych rzeczy. Ale nie awansuję.

Na razie wiem jedno, że na jakiś czas temat Patronite’a (oraz wskrzeszenia podkastu) nie istnieje. Chciałbym też, żeby tutaj została wszelka ew. dyskusja na ten temat, żebyśmy mogli się zająć czymś ciekawszym, no bo ile można…

Strefy wolne od pizzy hawajskiej

Chciałbym na spokojnie i na serio wyjaśnić, o co chodzi z tymi strefami wolnymi od LGBT. Machina propagandowa polskiej prawicy zdążyła już jej wmówić, że Unia i Ameryka czegoś tu nie rozumieją. Jak ktoś jest wyborcą PiS, łatwiej mu uwierzyć w omylność całego świata, niż Prezessimusa.

Tak, wiem, że formalnie żaden samorząd nie podjął uchwały typu „zakaz wstępu dla gejów”. Myślicie, że ci wszyscy ludzie przyłączający się do krytyki, o tym nie wiedzą?

Prawicowa publicystka Aleksandra Jakubowska zasugerowała, że samorządy przyjmujące uchwały potępiające „ideologię LGBT” korzystały z praw człowieka, a konkretnie z prawa do wyrażania poglądów. Absurdalne? Może i tak, ale ten błąd jest na tyle popularny, że zrefutujmy go na serio.

Prawa człowieka i obywatela oznaczają tylko tyle, że państwo nie może komuś czegoś zabronić jako obywatelowi. Ten ktoś może jednak przyjmować życiowe role, które z korzystaniem z niektórych praw się wykluczają.

Jako dorosły człowiek mam prawo pić alkohol. Tracę to prawo gdy siadam za kierownicą.

Jan Kowalski ma pewne prawa jako człowiek, ale nie ma ich jako wójt. Z sytuacjami, w których różne rzeczy z nami można (albo nie można) zrobić jako z człowiekiem, ale nie z kimś, kim w danej sytuacji jesteśmy, stykamy się na co dzień – zabawny literacki opis mamy w „Potopie” („Prywatnemu, nie posłowi!”, krzyknął Kmicic do Kuklinowskiego).

Organom państwowym generalnie nie wolno deklarować niechęci do jakiejkolwiek ideologii (bez odpowiedniej ustawy). Prawa człowieka chronią obywatela przed państwem, nie odwrotnie.

Prawo chroni obywatela przed dyskryminacją – nikt nie może być przez państwo gorzej traktowany z powodu wyznawanej ideologii (o ile ta nie jest zakazana ustawowo). Nie może też być gorzej traktowany z powodu innych cech, w szczególności wieku, płci, orientacji seksualnej itd.

Nawet gdyby przyjąć prawicową interpretację, że nie chodzi o potępianie ludzi, tylko ideologii, to już i tak jest dyskryminacja. Gdyby samorządy przyjęły uchwały potępiające pizzę hawajską, producenci i konsumenci tej pizzy również mogliby się czuć dyskryminowani.

Jan Kowalski ma prawo nienawidzieć pizzy hawajskiej jako człowiek. Ale jeśli przyjmie antyananasowę uchwałę jako wójt, powinien się spodziewać pozwu od spółki „Yum! Brands”, właściciela znaku Pizza Hut.

Gdybyśmy na lewicy nie byli takimi gołodupcami, to właśnie powinniśmy zrobić: wytoczyć któremuś z tych samorządów pokazowy proces w imieniu np. przedsiębiorcy, którego ta uchwała dyskryminuje (np. hotelarza, który stracił klientów). Pozostają nam happeningi i protesty.

Prawo przewiduje, że pewne relacje podlegają szczególnej ochronie. Najwyższej – relacje obywatela z państwem. Tutaj wszelkie formy dyskryminacji wymagają aktywnego przeciwdziałania (mamy więc bezwzględny obowiązek ułatwiania dostępu do budynku np. niepełnosprawnym).

Niższy poziom ochrony mają relacje obywateli z usługodawcami. Pytanie, który zadał w tym kontekście pewien mój redakcyjny kolega: „czy właściciel ściany wspinaczkowej dyskryminuje niepełnosprawnych?”, jest więc o tyle źle postawione, że relacje „obywatel-gmina” i „obywatel-ściana wspinaczkowa” są różne, regulowane przez różne ustawy.

Pracodawców i usługodawców również obowiązuje przeciwdziałanie dyskryminacji, ale gdyby ktoś im wytoczył o to proces, oni mogliby się bronić, że charakter prowadzonego biznesu wyklucza obsługiwania albo zatrudnianie osób obdarzonych konkretnymi cechami. Powiedzmy – „nie możemy wpuszczać małych dzieci, bo jeżdżą po hali ciężkie maszyny”. Albo „nie możemy zatrudniać osób z wadą wzroku, bo praca wymaga specjalnego kasku”.

Społeczeństwo musi tu wyważyć między dwiema wartościami: zwalczaniem dyskryminacji i swobodą prowadzenia działalności gospodarczej w formie wymagającej pewnej selekcji klientów i pracowników (a więc: hurtowni, sali wspinaczkowej, klubu gejowskiego, agencji ochrony mienia). Od tego mamy sądy.

Przedsiębiorca, który po prostu wywiesi kartkę „nie obsługujemy gejów”, przegra taki proces. I dobrze.

Samorządy z kolei nie mają prawa nawet do dyskryminacji pozornie uzasadnionej, typu „budynek jest tak zaprojektowany, że nie możemy tu wpuszczać niewidomych”. Sąd by im w takiej sytuacji nakazał przebudowanie budynku! I też dobrze.

Krótko mówiąc, te argumenty opierają się na dwóch błędach. Pierwszym jest uważanie, że prawa człowieka i obywatela przysługują organom państwowym (otóż nie przysługują, choć skądinąd wójt to człowiek). Drugim jest mylenie relacji obywatel-państwo z relacją klient-usługodawca.

Dziękuję za uwagę.

Mic Drop

Z okazji zbliżającego się lata przekazano mi oficjalną decyzję – przypominam, że to nigdy nie są MOJE decyzje – że zawieszony na lato „Piąteczek” nie będzie odwieszony. Nie będę udawać, że byłem tym zaskoczony.

Nie mam do nikogo o nic żalu, ta branża jest w opłakanym stanie. PiS nie musi wprowadzać ustaw antymedialnych, to się wszystko zawali pod własnym ciężarem (tzn. pod ciężarem decyzji, które kilka/naście lat temu wydawały się trafne wysokoopłacanym korpomenedżerom).

Nie wiem jeszcze, co z tym wszystkim zrobię. Książki się jakoś trzymają, więc w tej chwili to jest dla mnie priorytet.

Komentując sytuację „Pressowi” powiedziałem, że nie wykluczam próby przekwalifikowania się na nauczyciela chemii. Nie żartowałem.

To nie musiałoby oznaczać całkowitego zerwania z mediami. Pozytywnym przykładem jest tu dla mnie Jerzy Sosnowski – można być belfrem z blogiem, podkastem i książkami.

Nawiasem mówiąc, wielu ludzi wierzy w wykreowany przez neoliberalnych publicystów mit tzw. „niezwalnialnych związkowców”. Sosnowski też w Polskim Radiu był tzw. „niezwalnialnym związkowcem”.

Cud? Paradoks? A może po prostu neoliberalna publicystyka to jak zwykle stek bzdur i po prostu każdego można zwolnić, związkowce też?

Posłużyłem się jego przykładem nie dlatego, że jest jedyny, tylko dlatego, że JS otwarcie o tym mówi. Ale znam więcej (eks) dziennikarzy, którzy poszli w oświatę.

Na nieszczęście dla kraju, ale na szczęście dla ludzi w mojej sytuacji, PiS zniszczył szkolnictwo publiczne. To oznacza wzrost popytu na szkoły prywatne, a więc lepsze zarobki w tym sektorze – krzywe „spadających zarobków w mediach” i „rosnących zarobków w szkołach prywatnych” już się chyba przecięły.

Formalnie nic się nie zmienia. Nadal jestem w Agorze na etacie, podobnie jak jakieś dwa tysięcy czterysta osób. Ale nie przeceniałbym trwałości tej sytuacji, czeka nas jesień pełna emocji.

Zazwyczaj niezbyt miłych. Nawet gdyby spełnił się scenariusz z marzeń moich (i większości PT komcionautów): że jedyny polityk, który potrafi obalić Jarosława Kaczyńskiego, czyli Jarosław Kaczyński, rzeczywiście ponownie dokona tej sztuki, to co to zmieni?

PiS umie grać w 3RP lepiej niż pozostali gracze. Zawłaszczyli media publiczne i tak sprawnie się tam zabetonowali, że nawet gdyby nowa władza próbowała coś zmienić, to zajmie lata.

Inna sprawa, że pewnie nawet nie spróbuje. Przecież niewiele słów politycy Platformy wypowiadają z taką dumą, jak „nie zhobiliśmy czystki”.

Przedtem też jej nie „zhobili”. Pospieszalski miał swój własny program w TVP przez CAŁY OKRES RZĄDÓW PLATFORMY. Dostał go w 2004 (za rządów, he he, „lewicy”) i nigdy nie stracił, zmieniał tylko anteny, pasma, branding itd.

Teraz też nie „zhobią”. A więc media publiczne nawet po hipotetycznym upadku kaczyzmu będą rządzone przez pisowską nomenklaturę.
Nadal więc obciachem będzie więc wystąpienie tam nawet w roli gościa, nie mówiąc już o prowadzeniu audycji. Dziennikarzom z kręgosłupem pozostaną więc kurczące się mediach niezależne.

Chciałbym widzieć jakąś nadzieję dla swojej branży, ale jej nie widzę. A i tak powyżej zarysowałem scenariusz skrajnie optymistyczny – pesymistyczny (realistyczny) wygląda tak, że PiS utrzyma władzę i zarżnie niezależne media karnymi podatkami.

Żałuję że tak to wygląda. Wierzę że społeczeństwo potrzebuje niezależnych mediów (przy wszystkich ich wadach i pamiętając niezależne muszą być także od widzimisię mojego czy Waszego). Ale nic tu nie zależy ode mnie (czy od Was).

Studentom często mówię „ja teraz państwu opisuję, jak jest, a potem możemy przejść do tego, jak powinno być – ale pamiętajmy, że to dwa różne tematy”. Jak powinno być, to ja też mam ho ho ile pomysłów, ale jest jak jest.

Kończąc: nie wykluczam powrotu do podkastu. Ale póki jeszcze mam etat, tkwię w błędnym kole: Agora nie jest zainteresowana, a do konkurencji nie wypada mi iść (nie wiem czemu tak uważam, po prostu tu akurat wyznaczam sobie granicę; w praktyce myślę, że w obecnej sytuacji kierownictwo by nawet tego nie zauważyło).

I to by było na tyle.

Now Playing (181)


Już o tym pisałem, ale pojawiło się trochę nowych komcionautów, więc przypomnę, że w ramach kryzysu wieku średniego wróciłem do kolekcjonowania winyli. Szczególnie kręcą mnie dwunastocalowe single.

Powody są dwa. W czasach mojej młodości były zaporowo drogie dla peerelowskiego inteligenta, więc cieszę się, że teraz mogę za parę dych mieć coś, co było wtedy nieosiągalne.

A drugi jest taki, że jako wannabe didżej raz od wielkiego dzwonu gram na imprezie dla Ludzi W Moim Wieku. A kultura maksisingla wyłoniła się z kultury disco w czasach naszego dzieciństwa/młodości.

Żelazna kurtyna już wtedy była na tyle porowata, że po obu stronach tańczyliśmy do mniej więcej tych samych piosenek. Ale oni tam na zachodzie tańczyli do specjalnych, wydłużonych wersji tanecznych – a my do podstawowych, „radiowych”, „albumowych”, „siedmiocalowych”.

Za skromne dwie dychy kupiłem sobie ostatnio dwunastkę, która ma sfatygowaną okładkę, ale nośnik w bardzo dobrym stanie. Winyle, podobnie jak książki, mają swoje losy, więc często się zastanawiam, kim mógł być poprzedni właściciel?

Stan okładki sugeruje, że często tę płytę woził. Stan nośnika, że rzadko puszczał. Zawodowy didżej, niezadowolony z zakupu?

Możliwe. Ten singiel to ostatni szlagier Boney M. Już nigdy potem nie mieli numeru jeden na listach przebojów.

W ciągu kilku miesięcy 1979/1980 disco wyszło z mody. W Polsce nałożyło się to na przemiany polityczne, na Zachodzie też.

Ten ostatni numer jeden Boney M to singiel „Gotta Go Home” / „El Lute”. Nie jest Obiektywnie Lepszy od późniejszych, po prostu pod koniec 1979 disco stało się obciachem.

Gibaliście się do „Gotta Go Home” zylion razy, ale zapewne do czterominutowej wersji podstawowej. Jeśli kiedyś wylądujecie u mnie na imprezie, czeka was wersja dwunastocalowa, wydłużona do 5:04 (bez zbędnych udziwnień – po prostu nieco dłuższa jest część instrumentalna, żeby dłużej się nacieszyć tym fantastycznym rytmem, zsamplowanym wiele lat później przez Duck Sauce).

Niemiecka popkultura ma w sobie jakąś przedziwną skłonność do obciachu. Wiecie jak jest po niemiecku „maksisingiel”? „Super Sound Single” („because of the metric system”?).

Te słowa walnięto ogromnymi literami na okładce, z tyłu dodając bałamutną infografikę: „Warum Super Sound Single? Breite Reife – Grosser Vorteil!” (jakby w dyskotece ktoś się wsłuchiwał w parametry dźwięku).

Na dole zaś napis: „From The New Superalbum Of >>Fantastic Boney M<< >Oceans of Fantasy<” (interpunkcja oryginału). Na samej płycie malutkimi literkami mamy wymienionych czterech autorów „Gotta Go Home”: „Farian/Huth/Huth/Jay”. Farian to pseudonim Franza Reuthera, pochodzącego z kraju Saary mózgu stojącego za Boney M. To on też wykonuje wiele partii wokalnych, do których na koncertach ruszał ustami przystojny Afroholender Bobby Farrell. Jay to pseudonim Friedricha Jacobsona, austriackiego twórcy „schlagerów”, którego specjalnością było dorabianie niemieckich tekstów do hitów angloamerykańskich – i odwrotnie. Jak w tym przypadku.

„Gotta Go Home” pierwotnie było piosenką niemiecką. W 1972 roku nagrali ją bracia Heinz i Jürgen Huth, tworzący krautrockowy zespół Nighttrain, pod tytułem „Hallo Bimmelbahn”, czyli „witaj ciuchcio”.

Podmiot liryczny patrzy na ciuchcię, którą jego Liebling odjeżdża bez niego. Zamierza się więc pod tę ciuchcię rzucić. [EDIT: może nie jest z nim aż tak źle? patrz komcie!]

Angielski tekst jest zupełnie o czym innym, ale zachowano „uhuhuhu” (pierwotnie będące onomatopeją ciuchci!). A także „bye, bye, bye”, którym podmiot liryczny braci Huth żegnał się z tym okrutnym światem.

Druga strona to przedziwna ballada disco, opowiadająca o życiu Eleuterio Sancheza, „bandyty socjalnego” z frankistowskiej Hiszpanii. Gdy wyszedł ten singiel, jeszcze siedział, ale w 1981 go ułaskawiono, gdy Hiszpania po pokonaniu ostatniego prawicowego zamachu stanu zwróciła się na lewo. Muzycy z tej okazji wręczyli mu w prezencie swoją ostatnią złotą płytę.

Jednym słowem, Boney M to nie dosyć, że ukryta opcja niemiecka na naszych prasłowiańskich prywatkach, to jeszcze sączyli lewacką propagandę! Gdybym był zawodowym prawicowym propagandystą, zamiast teorii o Adorno piszącym piosenki Bitelsów, wymyśliłbym dużo lepszą o Adorno stojącym skrycie za Franzem Reutherem i Hansjorgiem Moroderem.

Heinz Huth nawet przecież przyznał się, że umowę z Farianem podpisywał nie gdzie indziej, tylko we FRANKFURCIE. Przypadek? Nie sądzę. Wake up, sheeple!

Polsko-tureckie braterstwo broni


Zrobiłem kolejne podejście do „Hearts of Iron”, tym razem na normalnym poziomie trudności. Przypomnę, że gram nie po to, żeby wygrać, tylko żeby stworzyć alternatywną historię, w której zbrodnie Hitlera i Stalina są zminimalizowane.

W poprzedniej grze ZSRR zajął całą Finlandię, a Trzecia Rzesza Benelux i Bałkany, a więc zapewne doszło tam do strasznych rzeczy. Teraz prawie wszystkich udało mi się uratować.

Zacząłem standardowo. Punkt rozłączenia to 1 marca 1938, gdy zaatakowałem Litwę. Skapitulowała 16 marca, po czym natychmiast proklamowałem odrodzenie Rzeczpospolitej Obojga Narodów.

Na tej podstawie zaatakowałem Łotwę, która z mojego punktu widzenia była teraz zbuntowaną prowincją RON. Została przyłączona do macierzy 9 maja. Odtąd Polska miała szeroki dostęp do morza, od Rygi po Kłajpedę.

8 września ogłosiłem inaugurację Międzymorza, na razie składającego się z Polski i Estonii, zaraz dołączyła Rumunia, potem Jugosławia, miałem więc już sojusz trzech mórz.

Czechosłowacja biegła historycznym losem aż do 12 stycznia, gdy wybuchła tam wojna domowa, inspirowana przez polski wywiad. To wydaje mi się tak logiczne, że jestem zdziwiony, że rzeczywista historia poszła tak głupio. Przecież rozbiór monachijski powinien był skompromitować prozachodnich demokratów i zdestabilizować kraj? Czemu skorzytał z tego tylko ksiądz Tiso?

W świecie mojej gry skorzystali też monarchiści, proklamując Królestwo Bohemii, z tymczasową stolicą w Bratysławie. Tym razem nie poszło tak gładko, jak w poprzedniej grze – koegzystowali z „Wschodnią Słowacją” księdza Tiso (ze stolicą w Presovie).

Południową Słowację i Mukaczewo zajęli Węgrzy (tak jak historycznie). Bohemia dołączyła do Międzymorza i 29 kwietnia ruszyła ekspedycja karna całego sojuszu na Węgrów. Trzymali się jakoś dłużej niż poprzednio, skapitulowali dopiero 18 maja.

Proklamowałem marionetkowe Królestwo Węgierskie, oraz oddałem Królestwu Bohemii terytoria zrabowane trzy miesiące wcześniej. Ależ tam musieli mnie wyklinać stróże, przykręcający i odkręcający tabliczki na budynkach!

Los Węgrów sprawił, ze Grecy dołączyli do Międzymorza w zasadzie dobrowolnie i tylko Bulgaria miała „-200: they rather want Axis”. Zacząłem im grozić wojną, co było raczej blefem, bo gdy tylko zacząłem, Anglicy ogłosili swoje gwarancje.

Ten blef jednak wystarczył. Od razu im się zrobiło „+100: they feel threatened by us”. Co więcej, podobnie się poczuła Turcja. Dołączyła do Międzymorza w lipcu 1939, jako ostatni, ale niebywale istotny element układanki.

I tu moje pytanie dla komcionautów interesujących się rapierami: jak oceniacie realność takiego scenariusza? Z dość pobieżnego riserczu wywiodłem, że neutralność Turcji w IIWŚ była wymuszona, tak naprawdę chcieli dołączyć do Osi, ale ulegali naciskom Aliantów.

*GDYBY* mogli dołączyć do wojny na względnie komfortowych warunkach, licząc np. na zdobycze terytorialne kosztem ZSRR czy Włochów, może by to zrobili? Ubolewam skądinąd, że w HOI4 Turcja ma generyczne drzewo fokusów, bo przecież fascynująco by się grało Turcją z fokusem „odtworzenie imperium osmańskiego”.

W tej grze Turcy odwrócili losy ludzkości, więc podczas konferencji pokojowych sam im ze swoich punktów oddałem Krym, Kubań i Dodekanez. Zaczęło się 6 grudnia 1939, gdy hordy bolszewickie ruszyły na Polskę.

Jak zwykle, Estonia, Rumunia i Finlandia nie dołączyły początkowo do wojny. „-100, mają niebezpieczną granicę z wrogiem”. Dołączyła jednak Turcja, która w dodatku oddała mi kilkanaście swoich dywizji. Sojusznicy z AI czasem ci dają takie prezenty, czasem je potem odbierają (do dziś nie rozgryzłem reguł).

Sowieci byli tak samo zaskoczeni moją ofensywą na Kaukazie jak ja tym, że ją w ogóle mogę prowadzić. Z marszu zająłem Tbilisi, Erewań i Batumi – praktycznie samymi tureckimi wojskami, wysyłając z Polski kawalerię i strzelców podhalańskich, a z Bałkanów Greków i Bułgarów, ale trochę to trwało, nim doszli.

Stalin w końcu ustabilizował front na Kaukazie. Jednak zrobił to osłabiając front europejski, zabierajac te jednostki, które dotąd nie brały udziału w walce – pilnujące granicy z Rumunią.

W związku z tym 22 grudnia 1940 Rumunia dołączyła do wojny, co polska prasa opisywała jako najwspanialszy prezent gwiazdkowy. Na podolskim trójstyku granic pojawił się trójkąt, w którym Rosjanie byli okrążeni jakby z trzech stron.

Ruszyłem tu do ofensywy. Niestety radzieckie AI też o tym wiedziało, że to słaby punkt – i szybko go umocnili. Przez całą zimę toczyła się tu krwawa bitwa, od której front ani drgnął.

Stalin zaczął jednak mieć problem przykrótkiej kołdry. W efekcie na drugim brzegu Dniestru pojawiła się luka.

17 maja 1940 ruszyłem do ofensywy tym, co tu miałem. Były to jakieś tyłowe jednostki rumuńskie (najbliższe jednostki doborowe ugrzęzły w podolskiej maszynce do mięsa).

Byłem tak zaskoczony tym, że sforsowałem Dniestr, że ufortyfikowałem ten pierwszy przyczółek. W ogóle trochę za dużo w tej grze fortyfikowałem, nieustannie obawiając się tej niszczącej kontrofensywy (która gdy już nadeszła, nie była aż taka niszcząca).

W 1940 Armia Czerwona ma „malus” (odwrotność bonusa) z powodu czystki oficerów. Jednostki mają minus ileś do organizacji, co w praktyce oznacza, że możesz ich okrążać, a oni stoją na wyjściowych pozycjach i reagują z tygodniowym opóźnieniem.

Moja rumuńska ofensywa zaowocowała więc przyczółkiem na Bohu i okrążeniem kilkunastu dywizji na południe od Winnicy. Wprawdzie mieli zaopatrzenie z portu w Odessie, ale nieregularne, bo na Morzu Czarnym silną obecność miała sojusznicza flota turecko-bułgarsko-rumuńsko-grecka.

Żeby ustabilizować front krymski, Stalin odciągał dywizje z innych odcinków. W efekcie nagłą ofensywą zająłem Mińsk. Potem miałem kolejne przełamanie na trójstyku z Estonią.

To ciągle były pojedyncze dziurki we froncie, przez które przelewała się moja kawaleria i nieliczne czeskie i rumuńskie jednostki motorowe. Cóż, ofensywę robi się tym, co się ma.

Analizując zachowanie radzieckiej AI myślę, że priorytetowo traktowała centralny odcinek frontu – blokując drogę na Moskwę. W istocie ostatnie radzieckie jednostki trzymające nieprzerwanie pozycje na przedwojennej granicy skapitulowały już po kapitulacji Leningradu i Stalingradu (wrzesień 1940).

Na Wołyniu udało im się nawet wtargnąć na polskie terytorium (już gdy byli okrążeni!). Zapewne stoi tam dziś pomnik cywilnych ofiar Armii Czerwonej, wszystkich kilkunastu.

14 września 1940 na przesmyku kerczeńskim spotkały się Wołyńska Dywizja Kawalerii z armii „Kaukaz”, nacierająca od strony Soczi, i grecka XI Merarchia Pezikou z armii „Odessa”, nacierająca z Ukrainy. To już było załamanie frontu.

Kolejna ofensywa przybliżyła mnie do Moskwy. Stalin w ostatniej chwili zawrócił do stolicy dywizję kawalerii, ale ta już tylko bezskutecznie szturmowała miasto, zajęte niespodziewanie przez rumuńską Divizie 16 Infanterie, po której doszła jugosłowiańska 2 Konjicka Divizja.

Wprawdzie miałem w planach uroczyste wkroczenie Nowogródzką Dywizją Kawalerii i zatknięcie czerwono-biało-czerwonej flagi Rzeczpospolitej Obojga Narodów na Kremlu, ale jednak jako pierwsza zawisła flaga rumuńska, 16 listopada 1940. Skrin na górze pokazuje sytuację na froncie w tym momencie (zielone: wygrywam, czerwone: przegrywam).

Już z poprzednich gier wiedziałem, że Rosja kapituluje dopiero gdy wróg przekroczy linię Uralu. To nastąpiło 28 stycznia 1941.

W traktacie pokojowym nakazałem wyzwolenie „Free State of St. George” (Gruzji), Chanatu Kazachskiego itd. – czego więcej nie zrobię, bo Rosja odtwarza swoją armię i jako posłuszna marionetka oddaje ją Polsce pod komendę, a te wszystkie Tadżykistany nie.
Nadszedł czas na odzyskanie Gdańska. Od sierpnia Włosi grozili Grecji wojną, zgodnie z historycznym fokusem. W lutym ją wypowiedzieli.

To było głupie z ich strony, bo póki co druga wojna światowa szła pańswom Osi tak sobie. Zaczęła się w październiku 1939 od niemieckiego ataku na Luksemburg.

W efekcie Alianci wypowiedzieli wojnę Niemcom. Początkowo była to „drole de guerre”. Gdy Niemcy wreszcie ruszyli do ofensywy, zajęli cały prawy brzeg Renu, ale to wszystko. Front włosko-francuski też ugrzązł w Alpach.

Zaatakowana Grecja wezwała na pomoc sojuszników z Międzymorza. W poprzedniej grze w tej sytuacji zrobiłem coś paskudnego – wyrzuciłem Grecję i Jugosławię z sojuszu, żeby zachować neutralność z Niemcami, bo miałem zbyt ciężką sytuację na froncie wschodnim.

Teraz najpierw dołączyła Turcja i razem z Grecją odbili Dodekanez (historycznie Niemcy i Włosi siedzieli tam do końca wojny). Ja dołączyłem jako ostatni 1 marca 1941, bo ciągle nie czulem się gotowy – nie miałem np. jeszcze wojsk pancernych z prawdziwego zdarzenia, tylko trzy brygady czołgów lekkich i to w większości przestarzałych: głównie zdobyczne radzieckie BT, Vickersy z Lend Lease i 7TP.

Te trzy brygady, razem z innymi doborowymi jednostkami, skoncentrowałem w dowodzonej przez Andersa armii „Gdańsk”, której jedynym zadaniem był rajd do ujścia Wisły. Udało się połowicznie – Niemcy utrzymali Bydgoszcz, ale stracili Toruń, więc zająłem tylko prawy brzeg.

To wystarczyło, żeby odciąć Prusy Wschodnie od właściwej Rzeszy. Trzymali tam mnóstwo wojska, ruszyli nawet do ofensywy, zajęli Suwałki, Białystok i Kłajpedę – ale szybko na ikonkach ich jednostek pojawiły się czaszki oznaczające, że mają tu problem za zaopatrzeniem.

Po trwających do maja 1941 zaciętych walkach udało mi się tę armię zlikwidować. Tymczasem Niemcy ruszyli do ofensywy na całym froncie.

Przed wojną zdążyłem wybudować linię elementarnych (level 1) fortyfikacji na prawie całym froncie, ale teraz prawie całą linię straciłem. Poznań zrobił się miastem otoczonym z trzech stron, utrzymywanym tylko przez „drogę życia” do Swarzędza.

16 czerwca 1941 Turcy uratowali wojnę. Niespodziewanie wysadzili dwa desanty na Bałtyku, zajmując wybrzeże Strzałów-Szczecin i Koszalin-Gdańsk.

Wyobrażacie sobie tą scenę – wkroczenie Turków do Gdyni, czytających z kartki fonetycznie zapisane „Polacy, przybywamy was wyzwolić?”. Widząc to, uruchomiłem kolejną desperacką ofensywę z drugiego brzegu Wisły i dwa dni później do Gdańska wjechał generał Anders na czołgu 7TP wz 41. W tym alternatywnym świecie do dziś ta rocznica jest celebrowana przez wielkie święto przyjaźni polsko-tureckiej w Trójmieście.

Niemcy dalej jednak siedzieli w Tczewie i Kołobrzegu. Nie udało mi się przebić do Szczecina. Desperacką ofensywą zająłem Rostock, ale to już wszystko.

Turcy zaskoczyli tym desantem Niemców tak jak mnie, próbowali nawet z marszu zająć Berlin, ale „kontratak Steinera przywrócił wszystko do normy”. Front się ustabilizował, tworząc trójkątną eksklawę, obejmującą wybrzeże Rostock-Szczecin, na lądzie sięgającą do Neubrandenburg.

Zaczął się ogólny pat – nikt nie był w stanie przełamać frontu. Zakończyli go znowu Turcy, wysadzając w listopadzie desant,tym razem na Hamburg.

Te desanty brzmią ahistorycznie, ale przypominam, że po wygranej kampanii na froncie wschodnim turecka armia była już dobrze wyszkolona. A te wojska nie płynęły z Bosforu, tylko dojechały pociągiem do Leningradu i Hawru (wraz z Aliantami udostępnialiśmy sobie nawzajem prawo przemarszu).

Teraz Niemcy mieli problem z przykrótką kołdrą. Przebiłem się do Szczecina, okrązyłem dywizje w Lubuskiem, a 2 stycznia do Berlina wjechała rosyjska dywizja „Sibirskaya Mekhanozovana”.

III Rzesza skapitulowała 20 czerwca 1942, zostawiając osamotnione Włochy, które walczyły do 18 lipca. Rezultat konferencji pokojowej w Wiedniu widać na drugim obrazku.

Jedyne zbrodnie II wojny światowej, których nie udało mi się uniknąć, to zbrodnie japońskie – ale Polska nic na to nie może poradzić. Jestem świadom tureckich zrodni dokonywanych na Ormianach i Grekach w latach 1914-1923, ale myślę, że w tym scenariuszu świadomość wspólnego zagrożenia ze strony bolszewików jednoczyła narody Międzymorza.

Zapewne podczas ofensywy kaukaskiej dochodziło do aktów zemsty i samosądu. Wyobrażam sobie, że ludność cywilna uciekała w różnych kierunkach, chcąc być (lub nie być) tam, gdzie wkraczają dywizje tureckie, polskie albo greckie.

Skoro Hitlera obaliłem dopiero latem 1942, na pewno miały miejsce masakry Żydów w Trzeciej Rzeszy i Protektoracie Czech i Moraw. Anna Frank jednak ocalała.

Ogólne straty Polaków w obu tych wojnach to ok. 300 tysięcy żołnierzy (ale gra nie oddziela rannych od zmarłych – po prostu podaje ubytek „manpower”). Cywilów zginęło maks tysiąc. Ani ZSRR, ani III Rzesza nie miały warunków do bombardowania miast (niepotrzebnie wybudowałem wszędzie baterie p-lot, a nawet stację radarową w Warszawie).

W kolejnym podejściu wiele rzeczy rozegrałbym inaczej. Niepotrzebnie budowałem tyle fortyfikacji, zamiast tego powinienem budować fabryki. Za szybko też próbowałem swoje jednostki przenieść do „40 width” – do końca wojny większość miała to tylko w teorii, w praktyce miałem ciągle za mało artylerii, mimo hojnych Lend Lease.

Ze swoim potencjałem przemysłowym Polska jest chyba skazana na walkę dwudziestkami, i to takimi low-tech (kawaleria, nie czołgi). I to są moje wnioski do następnej gry, może już z ironmanem…

Co to jest marksizm kulturowy?

Gdyby ktoś z PT komcionautów chciał się dowiedzieć, co to właściwie jest ten cały marksizm kulturowy, ale nie miał ochoty na przebijanie się przez ciężko napisane knigi, proponuję dwa rozwiązania. Ironiczne i błyskotliwe komiksy z serii „Existential Comics” oraz „1984” Orwella.

W tym drugim występują maszyny do tworzenia popkultury dla proli. Ich opis nie ma sensu.

Już w czasach Orwella istniały pierwsze „mózgi elektronowe”, gdyby więc pisarz na serio chciał sobie wyobrazić „maszynę piszącą powieści”, powinien opisać coś w rodzaju lemowego Elektrybałta. Pisarz jednak uparcie używa określeń sugerujących, że te maszyny wyglądają jak coś z klasycznej fabryki:

„Since he had sometimes seen her with oily hands and carrying a spanner – she had some mechanical job on one of the novel-writing machines (…) Probably she had crushed her hand while swinging round one of the big kaleidoscopes on which the plots of novels were ‚roughed in’. It was a common accident in the Fiction Department (…) But she was not interested in the
finished product. She ‚didn’t much care for reading,’ she said. Books were just a commodity that had to be produced, like jam or bootlaces.”

Te wszystkie wstawki dotyczące Departamentu Prozy można by sfilmować i pokazywać jak ten odcinek „South Park” o scjentologach: w to naprawdę wierzą kulturowi marksiści! Orwell był jednym z nich (z nas), umieścił w swojej powieści fabularyzowane streszczenie rozdziału „Przemysł kulturalny” z „Dialektyki oświecenia” Adorno i Horkheimera.

Marks i Engels żywo interesowali się kulturą jako odbiorcy, ale nie jako filozofowie. Zgadzam się z późniejszymi myślicielami, którzy zarzucali im wulgarny ekonomizm – zafiksowanie na stosunkach produkcji i lekceważące podejście do tego, co zbiorczo nazywali „nadbudową”.

Socjaldemokratyczni reformatorzy, którzy zaczęli tworzyć na Zachodzie państwo opiekuńcze, powielali ten błąd, podobnie zresztą jak leniniści na Wschodzie. Uważali, że wystarczy masom zapewnić dach nad głową i dość jedzenia, a inne problemy same się rozwiążą.

Na usprawiedliwienie wulgarnego ekonomizmu zaznaczmy, że jeszcze w latach 1930. ludzie umierali z głodu na ulicach miast (w tym: Warszawy). Jestem więc pełen empatii dla reformatorów społecznych, którzy 90 lat temu rozumowali po brechtowsku: „Erst kommt das Fressen, dann kommt die Moral”.

Niemniej jednak, Fressen przyszło, a problemy nie zniknęły, ani w zachodnich „społeczeństwach dobrobytu”, ani we wschodnich dyktaturach. W marksizmie do tego doszedł kryzys związany z tym, że według ortodoksyjnego materializmu historycznego wojny światowe po prostu nie powinny się były wydarzyć.

Napisałem kiedyś powieść, która się dzieje w alternatywnym świecie, w którym historia poszła według marksowskich prognoz, więc trochę się musiałem wczuć w mindset intelektualisty z roku 1877. Łatwo mi go teraz zrozumieć: dla kogoś takiego wyobrażenie sobie, że najbardziej cywilizowane narody Europy poślą swoje dzieci na okrutną rzeź, było niemożliwe.

Dla każdego marksisty już 100 lat temu musiało więc to być oczywiste, że w tej doktrynie jest jakiś błąd. Ale gdzie?

Odpowiedź marksizmu kulturalnego brzmiała: w lekceważeniu kultury jako czynnika sprawiającego, że ludzie robią to, co robią. Woody Allen w którymś filmie zażartował, że „po pięciu minutach słuchania Wagnera ma ochotę najechać na Polskę”. Marksiści kulturalni podejrzewali, że może faktycznie stąd się wziął faszyzm.

Filozofowie szkoły frankfurckiej zaczęli więc badać kulturę. A że byli marksistami, zaczęli się interesować kulturą dla mas, jako pierwsi w ogóle – dlatego do dziś każda porządna teoretyczna książka o popkulturze musi cytować Adorno i Horkheimera choćby po to, by się od nich odciąć.

Tak jak McLuhan zainicjował akademickie badania nad mediami, więc jego prace są pełne błyskotliwych intuicji przemieszanych z bzdurami i non-sequiturami, podobnie jest z „Dialektyką oświecenia”. Marksiści wyjątkowo źle się nadają do analizowania popkultury.

Jak z pewnością zauważyliście choćby po tym blogu, jesteśmy przeważnie nudnymi sztywniakami. Będziemy notować w naszych kajecikach, że hip hop polega na tym, że po „jou” powinno nastąpić „madafaka”, ale gdy na koncercie MC Didżeja ktoś nas zagadnie per „eluwina zią, chcesz zajarać blanta?”, zestywniejemy ze zgrozy, nerwowo poprawiając krawat zawiązany na podwójnego windsora.

Oczywiście, trochę przesadzam (tak naprawdę nauczyłem się tylko węzła podstawowego, inne umiem rozpoznać, ale nie stosuję). Ale gdyby na tym wymiaginowanym koncercie byli Adorno i Horkheimer, mieliby gajery, windsory, kamizelki i złote spinki do mankietów. Oppa marxist style!

Ich kulturalny gust był szalenie konserwatywny, podobnie jak Marksa i Engelsa. W sztambuchu córki Marks wypełnił słynny kwestionariusz, z pytaniami typu „ulubiony poeta” albo „czego nienawidzisz najbardziej”.

Absolwent Uniwersytetu Jutuba (praca dyplomowa broniona pod kierownictwem dr Jordana B. Petersona), może pomyśleć, że Marks w tej ostatniej rubryce wpisał coś w stylu „zachodniej cywilizacji”, „Boga”, „posprzątanych pokojów”, „homarów alfa” albo przynajmniej małych kotków czekających na pogłaskanie.

Tymczasem Marks wpisał Martina Tuppera, wiktoriańskiego Paolo Coelho. Dziś pomiętają o nim właściwie tylko marksiści, jako o Tym Kogo Przywódca Naszego Reptiliańskiego Ssssspisku Nienawidził Najbardziej Z Wszystkich Ludzi (napisałem „retpiliańskiego”? sssorki, to się wytnie).

Tupper był autorem bestsellerowej książki „Proverbial Philosophy”, zawierającej złote myśli takie, że tylko walnąć helwetiką na tle zachodu słońca i wrzucić na fejsa. Przykład cioci Wiki: „Well-timed silence hath more eloquence than speech”.

Jako ulubionych poetów Marks podał Dantego, Ajschylosa, Szekspira i Goethego. Jako ulubionych prozaików: Diderota, Lessinga, Balzaka i Hegla. Pomijając Hegla, umieszczonego tu chyba w ramach złośliwego żartu, to gusta tak konserwatywne, że podwójny windsor sam się zawiązuje.

Adorno i Horkheimer mieli gust podobny, tylko jeszcze bardziej. Za ideał kultury uważali dodekafonię – muzykę, której można słuchać właściwie tylko w filharmonii, a do tego trzeba skończyć studia muzykologiczne (Adorno był cudownym dzieckiem fortepianu, grywał Beethovena w wieku lat dwunastu).

NIENAWIDZILI POPKULTURY za jej „schematyzm”, który „objawia się o tyle, że mechanicznie wyróżnione produkty okazują się zawsze tym samym. Że różnica między serią Chryslera a serią General Motors jest złudzeniem, o tym wie każde dziecko, które się tą różnicą entuzjazmuje (…) Tam samo rzecz się ma z produkcjami Warner Brothers i Metro Goldwyn Mayer”.

Ten cytat wydaje mi się jednocześnie błyskotliwy i błędny. Sam, podobnie jak większość PT komcionautów, mogę do upadłego dyskutować o różnicach między Batmanem Nolana a Batmanem Burtona. Ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że gdyby tu się pojawił elegancki duch Adorna i zażądałby „explain me like I’m five”, miałbym problem z wytłumaczeniem mu nie tylko tej różnicy, ale nawet (o herezjo!) między Batmanem a Iron Manem.

Może w gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do tego, że jeden jest produkcją Warner Brothers, a drugi Sony? O różnicach między markami samochodów też przecież mogę się sprzeczać do upadłego, ale tu jeszcze prędzej się zgodzę, że różnice są symboliczne, wszystkie firmy oferuja z grubsza to samo: wszystkie kompakty są golfem, wszystkie minivany espacem…

Choć Adorno i Horkheimer potępiają popkulturę w czambuł, jest tu interesująca dla mnie niespójność: w ich książce często pojawia się teza o tym, że popkultura robi się CORAZ GORSZA. I nawet to egzemplifikują: Kaczor Donald jest gorszy od Betty Boop, a perfekcyjny jazz Benny Goodmana od spontanicznej muzyki nowoorleańskiej.

Choć nie definiują tego wprost, można się domyślić, jakie są ich kryteria popkultury „lepszej” (a przynajmniej: mniej złej). To taka, która jest bardziej spontaniczna, nieprzewidywalna, oddolna, ludowa. A gorsza jest taka, która wygląda na przemysłowy produkt maszyn z orwellowskiego Departamentu Prozy.

Nigdy nie napiszę książki o teorii popkultury, ale skoro się nią zajmuję zawodowo, a parę razy ocierałem się też o jakieś formy quasi-akademickie, to muszę taką teorię mieć w głowie. No więc wygląda jak w powyższym akapicie (oczywiście, nie wymyśliłem tego sam, zerżnąłem z książek okołofrakfurckich intelektualistów, Siegfreda Kracauera i Waltera Benjamina).

Skąd prawicowym świrom wzięła się teza, że celem szkoły frankfurckiej jest zniszczenie zachodniej cywilizacji – nie mam pojęcia. Rationalist Wiki sugeruje, że mógł to wymyślić Lyndon LaRouche, co skądinąd pasuje do niego.

Prawacy traktują „szkołę frankfurcką” jako synonim postmodernizmu oraz „French intellectuals”, nie przejmujac się tym, że Frankfurt, mimo zbieżności pierwszych liter, nie leży we Francji. Trzeba tymczasem pamiętać, że nawet jeśli pewne tezy brzmią podobnie, to obie szkoły wyszły z radykalnie przeciwstawnych założeń. Zabawnie pokazuje to „Existential Comics”.

Gdybym umiał rysować takie komiksy, narysowałbym to bardziej serio, ale mniej śmiesznie. Dwaj rewolucjoniści Adorno i Horkheimer, ubrani bardzo elegancko, stoją wśród marmurów z kieliszkami szampana. Adorno jest we fraku, bo tak wypada – przyszli tu na prawykonanie jego kompozycji na kwartet smyczkowy i fortepian.

Panowie mają smutne miny, bo rozmawiają na swój ulubiony temat: upadku cywilizacji zachodu. Dochodzą do tego samego wniosku co zwykle: że oświecenie odniosło tak wielki sukces, że zmieniło się w swoją negację.

Ale co poradzisz? Nic nie poradzisz. Dlatego nazywają nas „szkołą krytyczną”, umiemy tylko krytykować – wzdychają.

Nagle z ulicy wchodzą Ze Frencz Intelektuels. Jeden ma skórzaną kurtkę, drugi fioletowy garnitur, trzeci ma elegancką białą koszulę, ale rozpiął trzy guziki, żeby pokazywać włochatą klatę. Starannie nieogoleni i jeszcze staranniej nieuczesani.

Foucault wyjmuje zębami korek z butelki Chateauneuf du Pape rocznik 1968, polewa osłupiałym marksistom do ich kieliszków z szampanem i mówi: „Le oświecenie est mort, eh bien, allors on danse”.

OK, wychodzi mi z tego komiks typu „French Chads vs Frankfurt Virgins”, więc bardziej serio: „Dialektyka Oświecenia” jest pisana z rozpaczą. Autorzy właśnie uciekli przed faszyzmem, ale w zachodnich demokracjach też widzą przejawy faszyzujących tendencji – „ucieczki od wolności”, jak to ujął Erich Fromm w bodajże największym bestsellerze tego środowiska.

Francuscy i amerykańscy postmoderniści nawet jeśli doszli do podobnych wniosków o końcu Oświecenia, mieli inny punkt wyjścia, a przede wszystkim inne podejście. Nie pisali z rozpaczą, raczej z ironią.

Temu panu z KUL, który do nas tu niedawno dołączył, dedykuję na koniec taki oto cytat z Adorno i Horkheimera, proponując, żeby się zastanowił w swoim sumieniu, czy Peterson rzetelnie przedstawia ich filozofię:

„…osiągnięcia ekonomiczne obracają się w swoje przeciwieństwo (…) To, że higieniczna fabryka i wszystko, co się z tym wiąże, volkswagen i pałac sportu, tępym nożem zarzyna metafizykę, byłoby jeszcze obojętne, ale nie jest obojętne, że w całości życia społecznego owa fabryka, volkswagen i pałac sportu same stają się metafizyką”.

PS. Wszystkie cytaty z wydania IFiS PAN, przeł. Małgorzata Łukasiewicz, Warszawa 1994; ilustracja to fragment komiksu „Adorno Returns”,(c) Corey Mohler

Jordana Petersona recepta na sukces

Kiedyś chciałem napisać felieton o Napoleonie Hillu, twórcy gatunku literackiego „książek o sukcesie”. Zawsze były inne tematy, a potem mnie skasowali, więc w końcu nie napisałem.

Książki o sukcesie („self help”) wydają mi się dobrym kryterium lewicowości. Programowo w nie nie wierzę, bo jestem Przekonany że o sukcesie decyduje ślepy traf.

Książki „self help” uważam więc za ściemę. I faktycznie, pionier tego gatunku był po prostu konfabulatorem. Nazmyślał jak to wielcy biznesmeni osiągnęli sukces dzięki jego poradom. Ludzie dość głupi, żeby w to uwierzyć, kupowali jego książki w milionowych nakładach.

Prywatnie uważam, że recepta na sukces zawiera się w dwóch słowach: „miej szczęście”. There is no step three.

To jak z wiarą w Boga, to deklaracja światopoglądowa. Nie da się tego udowodnić w żadną stronę.

Wydaje mi się, że lewica i prawica są wobec tego wtórne. Gdy ktoś wierzy w „hipotezę sprawiedliwego świata”, wierzy też, że każdy ma to, na co zasłużył. Pijak, bezdomny, odmieniec, ofiara przemocy w rodzinie – sami są sobie winni.

Ja wierzę w hipotezę niesprawiedliwego świata. Uważam, że hierarchia są ściemnione, przywileje niezasłużone, cierpienia niezawinione. Stąd dążenie do wyrównywania, naprawiania itd.

Widzę więc coś głęboko symbolicznego w tym, że guru nowej prawicy stał się Jordan Peterson – psycholog, który wylansował się na protestach przeciw „politycznej poprawności”. Tak to w jest z „cancel culture”, to żyła złota dla „kancelowanych”.

Peterson straszył, że po przyjęciu w Kanadzie ustawy antydyskryminacyjnej ludzie będą szli do więzienia za używanie niewłaściwych zaimków wobec osób trans. Ustawa obowiązuje od 4 lat, nic takiego się nie dzieje – jak to w prawicy, na początku była ściema, a potem przyszła monetyzacja.

Nie czytałem jego „12 życiowych zasad” i nie zamierzam. Jak już pisałem – nie wierzę w książki „self help”. Nic nie może sprawić, ze w nie uwierzę.

Fascynuje mnie jednak to, że Peterson ponosi właśnie straszliwą porażkę. Nie wypada z tego szydzić, ale kiedy to spotyka autora książki „self help”, mamy uzasadniony wyjątek.

Upadek Petersona zaczął się gdy jego córka Mikhaila, zamiast znaleźć sobie uczciwą pracę, podczepiła się pod popularność ojca. Stała się dietetyczno-lajfstajlową influencerką, propagującą dietę składającą się wyłącznie z mięsa.

Ojciec wsparł córkę i ogłosił, że wraz z żoną przeszedł na tę dietę i od razu przeszły im wszystkie choroby. Dopiero wtedy zaczął mówić o swojej lękowej depresji oraz o uzależnieniu od benzodiazepin – które dzięki diecie wreszcie mógł odstawić.

To takie prawackie! Skoro lewacy są wege, przejdźmy na dietę składającą się ze steków, żeby się poczuć jak zwierzęta alfa.

Był lipiec 2018. Kilka miesięcy później u żony Petersona, która również reklamowała dietę swojej córki jako panaceum, zdiagnozowano raka
nerki.

Jak to z rakiem, nigdy nie będzie dowodu, że to miało związek z dietą. Na pewno jednak ta dieta nie pomogła.

Zaraz potem Peterson, którego podobno ta dieta wyleczyła z uzależnienia od benzodiazepin, zwiększył dawkę. Tak bardzo, że go to wykończyło.

Zwykły człowiek jak ja czy ty, kiedy się już w coś takiego wpakuje, musi swoje odcierpieć. Człowiek obrzydliwie bogaty może próbować oszukać system.

Jordan Peterson znalazł klinikę w Moskwie, stosującą metody niedozwolone na Zachodzie. Dla mnie czy dla Ciebie to znaczy, że takich metod należy unikać, ale jeśli jesteś prawicowym intelektualistą, to wierzysz też w pierdu-pierdu o cywilizacji śmierci i prostowaniu bananów w Unii.

Zaczyna cię ciągnąć do nienależacych do Unii krajach posługujących się cyrylicą. Przecież Putin jest katechonem!

Idol prawactwa trafił w końcu do Serbii. Dostał zapalenia płuc, które w jego wieku jest bardzo niebezpieczne. A potem cała rodzina złapała tam Covid (choć wcześniej wychwalali Serbię jako kraj wolny od wirusa).

Od jakiegoś roku Peterson komunikuje się za światem wyłącznie za pośrednictwem swojej córki, Mikhaily i kontrolowanych przez nią kanałów społecznościowych. Stara się w nich pokazywać rodziny ludzi sukcesu, doskonale się bawiącej w Serbii. Wygląda to groteskowo, bo w tle ciągle padają słowa takie jak „śpiączka”, „intensywna opieka” albo „zapalenie płuc”.

Jedną z zasad Petersona jest: posprzątaj u siebie, zanim zaczniesz krytykować świat. Sam jej nie umiał zastosować. Wygląda na człowieka pogubionego w życiu osobistym.

Jajako lewica rozumiem pogubienie, rozumiem bezradność. Przecież dlatego właśnie jestem za państwem opiekuńczym. Które Peterson światopoglądowo zwalcza – więc wylądował w szpitalu w kraju nieopiekuńczym…