Now Playing (193*)

Ukazał się mój felieton laudacyjny dla książki Jarka Szubrychta „Skóra i ćwieki na wieki”. Tak mi się podoba, że zareklamuję ją jeszcze na blogu.

Właściwie dopiero z tej książki dowiedziałem się, że to co lubiłem w metalu, ma fachową nazwę „New wave of British heavy metal”. Wtedy nie używano tego określenia, w każdym razie nie w Polsce.

Wysiadłem z piekielnego pociągu Szatana właśnie kiedy to się zaczęło różnicować. Pamiętam, jak czytałem artykuł (być może w „Non Stopie”?) o nowych odmianach: że speed, że power, że glam i nie mylmy trashu z thrashem.

Padały tam nazwy, które nic mi już nie mówiły. A i opis nie brzmiał zachęcająco.

Szubrycht, jak wynika z jego książki, wtedy właśnie do tego pociągu wsiadał. Możliwe, że zadecydowało kluczowe 5 lat różnicy wieku między nami.

Dobrze ilustruje to stosunek do TSA. Ja ich pokochałem miłością od pierwszego przesteru. Byli dla mnie „równie dobrzy jak AC/DC”, a to był najwyższy komplement dla dwunastoletniego mnie.

Nastoletniego Szubrychta od TSA odrzucało (!!!), bo nie byli równie dobrzy jak Europe (!!!!!). Polubił ich (i retroaktywnie docenił) dopiero za sprawą „Akademii Pana Kleksa”.

Dla mnie z kolei zagranie w filmie dla dzieci było upadkiem, zdradą, selloutem. Szubrycht powinien to rozumieć, skoro gdzie indziej pisze, że zespół Mech był obiektywnie dobry, ale nie słuchało się go, no bo jak tu słuchać zespołu, którego leader występuje w Teleranku…

Felieton poświęciłem wątkowi pobocznemu w książce Szubrychta. Parę razy pisze, że metal dla nastolatka może pełnić funkcję terapeutyczną.

Nie jesteśmy psychologami, ani on, ani ja. Ale coś w tym jest.

Najgorsze, że od kiedy jestem nauczycielem, moje wyobrażenia na temat psychiki nastolatków i ich potrzeb terapeutycznych, nie są już tylko inspiracją do felietonów. Jeśli coś sobie wyobrażam źle, mogę komuś zrobić krzywdę – więc wyjątkowo serdecznie zapraszam do dyskusji.

Moje kanapowe psychologizowanie wygląda tak. Wczesny nastolatek, taki z przedziału 11-15, czyli właśnie typowo metalowego, po raz pierwszy doświadczył przynajmniej jednej życiowej straty: straty dzieciństwa.

Doświadcza „worst of both worlds”. Nie bardzo może korzystać z tego, że jest już dorosły, ale na każdym kroku słyszy, że nie jest już dzieckiem. Nie wolno mu tego, tamtego, siamtego i owamtego, na wszystko jest za duży albo za mały.

To rodzi frustrację. Do tego dochodzą hormonalne skoki nastroju plus uświadomienie sobie własnej śmiertelności.

Metalowe piosenki często traktują o trupach, czaszkach, zaświatach, makabrze i apokalipsie. Nawet jeśli nie rozumiemy tekstu, albo nie ma żadnego tekstu tylko ktoś charcze do rury od odkurzacza, makabra jest przekazywana pozawerbalnie.

Hallowed Be Thy Name”, o którym piszę w felietonie, to dla mnie kandydat na wzorzec z Sevres Metalowej Doskonałości. Że to piosenka o śmierci – to rozumiałem jeszcze nie znając angielskiego, przebijając się ze słownikiem.

Bardzo głośne słuchanie tego (na słuchawkach) rzeczywiście działało na mnie przeciwlękowo i antydepresyjnie. Nie twierdzę oczywiście, że muzyka może każdemu zastąpić porządne leczenie, ale ja po prostu wtedy musiałem się nią zadowolić.

Wydaje mi się, że to działa następująco. Ta muzyka zmusza nas do skonfrontowania się z naszymi najgłębszymi lękami, które symbolizują te wszystkie czaszki, szubienice i maskotka Eddiego.

Wychodzimy z tej konfrontacji cało. Przeszliśmy przez dolinę cienia i nadal żyjemy. To płyta się skończyła, nie my.

Możemy ją puścić jeszcze raz, ale teraz to my mamy symboliczną kontrolę. Nasze lęki są teraz zaklęte w winylowym krążku albo magnetycznej taśmie. Możemy wcisnąć PLAY, ale możemy też wcisnąć STOP (czy co tam się teraz robi na tych tam, panie dziejaszku, spotifajach).

Oczywiście, to działa tylko w pewnym wieku. Potem zazwyczaj mamy większe wymagania wobec muzyki i tekstu. Chociaż…

Nie jestem koneserem muzyki klasycznej. Te kawałki, które lubię (i zdarza mi się nawet puścić z winyla), mają zazwyczaj trochę metalowego wykurwu.

Nie zaskoczę was, myślę np. o dziewiątej Dvoraka i siódmej Beethovena. To taki Iron Maiden dla dorosłych (przynajmniej na mnie działa w podobny sposób).

Chętnie poznam wasze muzyczne historie. Oraz opinie na temat mojego wyobrażenia psychiki nastolatka…

Po wyzwoleniu Chersonia


Wciąż nie wiadomo, jak to wszystko się skończy, ale front chyba nie ulegnie w najbliższym czasie znaczącym zmianom. Nawet jeśli Ukraina zajmie Svatove – czego im oczywiście życzę – nie wyjdzie z tego raczej blitzkrieg aż do Starobielska.

Z kolei nawet jeśli Rosjanom uda się zrobić jakieś postępy w rejonie Hulajpola, też z mapy nie wyłania się obraz załamania frontu. W zajęcie Zaporoża, Słowiańska i Kramatorska kompletnie nie wierzę, tak jak w marcu na zajęcie Kijowa – chyba że na zasadzie „zatknięcie rosyjskiej flagi na radioaktywnych ruinach” – ale przecież wierzę też, że odpowiedź NATO byłaby taka, że to raczej atlantycka flaga pojawi się na ruinach Kremla.

Postulowana przez komcionautę Awala hipotetyczna „Rosja modernizacyjna” na szczęście póki co nie daje się zaobserwować. W rosyjskich mediach i serwisach społecznościowych hula za to memogenna Rosja „przepitych oblechów”, których występy możemy podziwiać choćby u Sołowiowa.

Zapewniają się nawzajem co do wiary w zwycięstwo, ale nie potrafią przedstawić zarysu realistycznego scenariusza. „Unicztożenie infrastruktury”, którym się tak ekscytują, przynosi niestety Ukrainie wiele cierpienia, ale wojny się tak nie wygrywa.

Im więcej nalotów, tym więcej na Zachodzie głosów takich jak mój: że Ukrainę należy wspomagać militarnie i cywilnie, że sankcje na Rosję należy tylko zaostrzać, nawet kosztem obniżenia poziomu życia. Na swoją zgubę Rosjanie więc tylko zwiększają dostawy nowoczesnej broni, która masakruje bezbronnych „mobików” na froncie.

Aż bym chciał zapytać tego Caleba Lancastera, tego Grahama Maupin Rittera, albo może chociaż Elona Watersa, jakiegoś Russlandverstehera, który podobno rozumie, o co im chodzi. Po kiego grzyba im były te ściemnione referenda i „aneksacje” regionów, z których żadengo nie kontrolowali w całości?

Po co stawiali w Chersoniu bilbordy z napisem „Rosja tutaj na zawsze”, skoro to „zawsze” trwało 42 dni? Przecież do tego nie da się dorobić nawet sensownej teorii spiskowej.

„Kto podjął te błędne decyzje? Zidentyfikować i ukarać!”, przekrzykują się przepite oblechy w rosyjskich mediach. Czy naprawdę nie wiedzą, jak się nazywa ich Umiłowany Przywódca?

Na początku mogilizacji buntujący się żołnierze nagrywali filmy, na których zasłaniali twarze. Słusznie, nawet w demokratycznej armii za taki bunt grozi surowa kara.
Od pewnego czasu już nie zasłaniają. Znacie te filmy, na których żołnierze otaczają generała, skandując „pidorod, pidorod?”.

Teraz Aleksander Chodakowski, dowódca batalionu „Wostok” (jednostka separatystów donbaskich) wrzucił informację, że ktoś w jego oddziale postrzelił dowódcę. To nie był przypadek, żołnierz podejrzewał, że dowódca chce uciec z pola walki i zostawić swój oddział bez opieki.

To częsty motyw w relacjach „mobików”. Ich bezpośredni dowódcy też są przecież z pośpiesznego naboru – często nie mają żadnego doświadczenia w kierowaniu ludźmi choćby w cywilu, nie mówiąc już o wojsku.

Gdy ukraińska artyleria zaczyna walić, dowódcy gdzieś znikają. Razem z nimi „mobiki” tracą łączność ze sztabem, nie dociera do nich amunicja, żywność, woda. Zdezorientowani giną jeden po drugim pod ostrzałem.

Czy z tych buntów wyjdzie rewolucja? Pewnie nie, reżim Putina na razie wygląda zaskakująco stabilnie.

W najbliższym czasie buntów będzie raczej coraz więcej. W Ukrainie już gdzieniegdzie spadł śnieg, spanie pod gołym niebem robi się nie tyle nieprzyjemne, co zabójcze dla „mobików”.

W najbliższym czasie spodziewam się więc kolejnych „sprawnych przegrupowań”, „gestów dobrej woli” i „przyjmowania lepszych pozycji obronnych”. Plus powolnej agonii rosyjskiej gospodarki, dobijanej kolejnymi falami mogilizacji.

Nie oczekuję jednak końca wojny w tym roku. Będzie trwać dopóki Rosjanie nie zauważą, kto podejmuje te wszystkie błędne decyzje.

O dziadach i dybukach

Tytuł i okładka najnowszej książki Jarosława Kurskiego są takie, jakby jej nie chciał sprzedać – a tymczasem zamiata listami przebojów. Kolejny przykład jak zagadkowy jest rynek książki.

„Dziady i dybuki” na ten sukces zasługują, bo to rzeczywiście ciekawe i świetnie napisane. Aż byłem zaskoczony, że autorowi się chciało to tak dopieszczać (ma przecież pozycję zawodową, w której się już nic nie musi).

Największy szum towarzyszy kwestii ujawnienia żydowskich korzeni w jednej z odnóg drzewa genealogicznego, co rykoszetem oczywiście uderza w Jacka Kurskiego. Ale nie to jest w tej książce najciekawsze.

Przyznam, że lekturę zacząłem od sprawdzenia wzmianek o Jacku. Dla ciekawych: nie ma o nim ani jednego złego słowa.

Najbardziej obszerna scena z nim to wspomnienie typowego rodzinnego obiadu sprzed 40 lat (Jackowi przypadało zadanie obierania ziemniaków). Wspomnienia urywają się jakieś 30 lat temu, czytelnik z innego kraju może się nawet nie domyślić, że Jacek jest dziś prominentnym politykiem.

Książka ma strukturę dygresyjnej opowieści o drzewie genealogicznym Kurskich. Przypomina to trochę „Podróż dwudziestą ósmą” Lema (bo mi się wszytko z Lemem kojarzy), gdzie pojawiają się postacie typu „K.u.K. Cyberleutnant Adalbert Tichy”.

Najciekawsze jednak wydają mi się traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa, z którymi nasi rówieśnicy będą się być może mniej lub bardziej, ale jednak identyfikować. Autor opisuje je autoironicznie, z pozorną lekkością – domyślam się, ile go ta lekkość kosztowała.

Autor próbuje te traumy zrozumieć. Z dygresyjnych opowieści wyłania się takie mniej więcej przesłanie: nasi (tj. naszego pokolenia) rodzice byli emocjonalnie poranieni przez swoich rodziców, których z kolei straumatyzowali światowej klasy eksperci, Hitler i Stalin.

Nasi dziadkowie i pradziadkowie podejmowali próby ustabilizowania życia, tego mitycznego „social climbingu”. Co zbudowali, to szło z dymem w Powstaniu, w rzezi wołyńskiej, w Holokauście, w stalinizmie – w tym pokoleniu miało się szczęście, jeśli się w ogóle dożyło do roku 1956.

Nic dziwnego, że dla swoich dzieci i wnuków często bywali trochę, ujmując eufemistycznie, nieczuli. Oczywiście, nie wszyscy, ale wystarczająco wielu, żeby to uformowało z kolei nas jako pokolenie.

Z tą samą autoironią Jarek (nie umiem o nim myśleć per „Jarosław”) pisze o swojej młodzieńczej fascynacji prawicą i Dmowskim. Wprawdzie tego Dmowskiego poznawał w wersji „wypatroszonej z antysemityzmu”, ale gdzie indziej sam pisze, że w tej wersji pisma Dmowskiego są jak wódka bezalkoholowa.

Czy to znaczy, że Jarek „wyrósł” ze swojej niegdysiejszej prawicowości? Nie ma w tej książce odpowiedzi wprost, bo to nie jest politologiczny esej.

Ja w tym wieku byłem zafascynowany utopijną lewicowością, być może z podobnych pobudek: świat anarchokomunistyczny („Fully Automated Luxury Gay Space Communism”) byłby światem bez naszych traum.

Przeszło mi to – jak wiecie – w „nordycką socjaldemokrację”. Ale ja też dzisiaj przeżywam pewien kryzys tożsamości.

Kiedyś myślałem, że głosowałbym na GUE/NGL. Gdy patrzę na Clare Daly i Micka Wallace’a, mam wrażenie, że widzę parodię oszalałych lewaków, wymyśloną przez prawicowego satyryka. Doprawdy, bliżej mi do Anne Applebaum!

Pisząc o jednej ze swoich babć Jarek mówi o jej „ubogiej kolejarskiej rodzinie”. Uśmiechnąłem się, bo u mnie też się pojawia kolejarz, ale w kontekście „social climbingu”. W carskiej Rosji kolejarz był „arystokracją robotniczą”, wiązało się to z wieloma przywilejami, wśród nich: prawem do zamieszkania w Warszawie.

Pewnie obie narracje są prawdziwe. Babcia Jarka była uboga na tle reszty Jarkowego drzewa, a mój prapraszczur był bogaty na tle reszty mojego.

Opowieść o moim drzewie wyglądałaby inaczej, ale wniosek byłby podobny. Nas, Polaków z generacji X, wychowywano z przeznaczeniem odegrania roli mięsa armatniego w kolejnym powstaniu, ewentualnie radioaktywnego pyłu.

Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu, ten scenariusz się nie ziścił. Czekało nas życie, do którego w ogóle nie byliśmy przygotowani: kolekcjonowanie porcelany, pielęgnowania kafelków w łazience, mieszczańskiego obrastania w tłuszczyk.

I rozpaczliwej, z góry skazanej na porażkę próby nieprzekazania tego łańcucha traum naszym dzieciom.

Astronomiczne faux-pas

Książka od dziś jest w sprzedaży, więc ponownie pozwolę sobie na chwilę wyskoczyć z lodówki. Musicie przyznać, że tego nie nadużywam!

Udzieliłem już paru wywiadów, w niemal każdym mnie pytano, czy Kopernik była kobietą, a w żadnym o to, co mi się wydaje w tym wszystkim najciekawsze. Bardzo będę wdzięczny PT Komcionautom za odpowiedź na pewne pytanie – ale najpierw parę słów wstępu.

Dzieło życia naszego wielkiego rodaka zaczyna się od monstrualnego nietaktu, zniewagi o rozmiarach astronomicznych, galaktycznego faux-pas. Pytanie brzmi: czy zetknęliście się, żeby ktoś jeszcze kogoś tak obraził w jakiejkolwiek książce, jak Kopernik obraził swojego szefa, Dantyszka.

We wstępie do „De Revolutionibus” występuje parę osób wymienionych z imienia i nazwiska. Wrzucam fragment, w którym astronom wspomina „swojego serdecznego przyjaciela Tidemana Giese, biskupa chełmińskiego”.

Kopernik był, jak wiadomo, kanonikiem warmińskim, nie chełmińskim. Biskup warmiński był formalnie jego szefem, a nawet „przewielebnym panem”.

Zapisek typu „pozdro dla przyjaciół” to normalna rzecz we wstępach i posłowiach, książki często mają też specjalną sekcję „podziękowania”. Elementarny sawuar wiwr wymaga jednak, żebyśmy – pozdrawiając szefa konkurencyjnej placówki – co najmniej równie ciepło pozdrowili szefa własnego.

Ja na przykład w podziękowaniach pozdrawiam szanowną Dyrekcję oraz Grono Gogiczne swojego liceum, bo idą mi często na rękę w sprawach typu „czy możesz się ze mną zamienić, bo mam spotkanie autorskie we Wrocławiu”. Gdyby nie to, byłoby mi dużo ciężej uprawiać literacką połowę swojego życia zawodowego.

Przeżyliby oczywiście brak takiego podziękowania, ale jednak gdybym o „swoich” nie wspomniał ani słowem, ale za to bardzo serdecznie pozdrowił swoich przyjaciół w INNYCH szkołach, byłoby to nieeleganckie. W tym przypadku to już policzek, bo skądinąd wiemy, że Dantyszek łaknie europejskiej sławy.

Od lat dostaje listy typu „słyszeliśmy tu w Niderlandach, że twój podwładny pracuje nad epokowym dziełem, kiedy to w końcu wyjdzie? Nie możemy się doczekać!”. Odpisuje taktownie i wymijająco, bo przecież nie przyzna się Erazmowi z Pieprzonego Rotterdamu, że relacje z podwładnym ma mocno napięte. Przed Europą udaje przyjaciela Kopernika.

Dantyszka musiał trafić szlag, gdy dotarł do niego egzemplarz. Wyobrażam sobie, jak kartkował go nerwowo w słabnącej nadziei, że przecież w takim razie musi być wspomniany na jakiejś innej stronie… ale nie był.

Tak się nie robi. Jeśli Kopernik chciał pozdrowić Giesego, powinien był chociaż sięgnąć po formułę typu „dla sympatycznego pana Tidemana i niewątpliwie również sympatycznego pana Janka – revo, revo”.

Kopernik był wytrawnym dyplomatą. Nie zrobił tego niechcący. Chciał się zemścić na swoim szefie i zrobił to.

Za co? Szczegółową odpowiedź znajdziecie oczywiście w wiadomej książce. Uczciwie przyznam, że nieźle to rekonstruuje Teresa Borawska w swoich pracach o Giesem i Scultetim, więc jeśli ktoś nie chce mi dać zarobić, proponuję zapolowanie na którąś z jej książek.

Ale pytanie brzmi: czy kojarzycie inną, podobną sytuację? Żeby ktoś w książce wydanej w WueLu serdecznie pozdrowił przyjaciół ze Znaku? Albo żeby dziennikarz Wyborczej w swojej książce podziękowania złożył wyłącznie przyjaciołom z RASP? Albo żeby profesor z Instytutu Chemii Fizycznej pozdrowił dyrekcję Instytutu Fizyki Chemicznej?

Ja o czymś takim nie słyszałem. Wygląda więc na to, że wśród różnych swoich osiągnięć, Kopernik dokonał także największego afrontu w historii polskiego życia literacko-wydawniczego. Ciekawe, czy Giese był w to wtajemniczony i obaj rechotali na zamku w Lubawie wyobrażając sobie minę Dantyszka?

A może mieliście kiedyś szefa, na którym CHCIELIBYŚCIE się zemścić „metodą na Kopernika?”. Jest urocza – przecież delikwent nie przyjdzie z awanturą „czemu tu o mnie nie ma ani słowa”, bo to tylko zwiększy jego upokorzenie. Może tylko udawać że nic się nie stało.

Biedny Dantyszek! Ale należało mu się…

Koniec świata boomerów

Przez media znowu przebiegła dyskusja o pokoleniach, znów zdominowana przez motyw „boomerów narzekającym, że młodzież nie chce sobie wypruwać flaków w ich firmach”. Zakpił z tego Jacek Dehnel u siebie na fejsie, snując wizję skeczu o polskich boomerach przy kominku, jako nowym wariancie klasycznych „dżentelmenów z Yorkshire”.

Na pierwszy rzut oka – tej frustracji nie powinno być. Typowy boomer wysuwający takie żale ma za sobą przepiękną karierę.

Wszyscy mu jej zazdrościmy. Czemu nie może otrzeć łez studolarówką?

Wydaje mi się, że od paru lat widzimy wygryzanie boomerskich Merowingów przez Karolingów z mojego pokolenia – generacji X. klasyczny schemat emancypacji majordomusów.

Polscy boomerzy nie mieli doświadczenia z kapitalizmem ani z zarządzaniem dużymi strukturami. Komuś takiemu trudno jest utrzymać fortunę zdobytą w pierwszych latach transformacji.

Kaczyński postąpił stosunkowo najmądrzej, inwestując ją w warszawskie nieruchomości. Ale i on traci kontrolę nad swoim imperium, o czym świadczy to, że główna rozgrywka toczy się teraz między Ziobrą a Morawieckim. Kaczyński odgrywa rolę zdumiewająco pasywną, jakby mu się to wymknęło spod kontroli.

Moja hipoteza jest taka, że te parę nieruchomości Porozumienia Centrum to było dużo kilkanaście lat temu, ale teraz Kaczyński ma do czynienia z politykami, którzy poprzez spółki skarbu państwa i różne dziwne fundacje kontrolują kapitały większe o rząd wielkości. Sam im je oddał!

Podobne procesy dokonują się po naszej stronie. Cesarz Tusk wrócił z brukselskiego pałacu by odkryć, że jego dawni poddani skłaniają się ku markizowi Trzaskowskiemu, jeśli nie wręcz renegatowi Hołowni.

Niedawna „wojna w Agorze” też miała charakter pokoleniowy. Chociaż ludzie o Agorze do dzisiaj mówią, że „Michnik to, Michnik tamto”, przy jej okazji widać było, że główne decyzje podejmują ludzie z mojego pokolenia. W porównaniu z Michnikiem relatywnie anonimowi, ale tak naprawdę od dawna trzymający władzę w firmie.

Wyimaginowana scenka Dehnela z boomerami narzekającymi w „willi z kominkiem” powinna więc uwzględniać, że ta willa od dawna należy do jakiegoś Obajtka z Generacji X. Kogoś, kto lepiej umiał grać w kapitalizm, jak z tego szmoncesu („ja mam doświadczenie, a on ma pieniądze – za rok ja będę miał pieniądze, a on doświadczenie”).

Ich narzekania to opłakiwanie utraconej kontroli. Świata, który przestają rozumieć. Niczym Dydona lamentująca – „When I am being cancelled on Twitter…”.

Dla polskich boomerów formacyjnym doświadczeniem był PRL i stan wojenny. Dla generacji X wczesna kleptokratyczna transformacja, gdy ferrari NAPRAWDĘ czekało za rogiem, wystarczyło wyczarować reprywatyzacyjne roszczenie od 150-latka.

Plus oczywiście papieskie kremówki. To przecież moi rówieśnicy lansowali pojęcie „pokolenia JP2”.

Powiem coś niepopularnego, ale ta sztafeta pokoleń to zamiana na gorsze. Cokolwiek zarzucamy polskim boomerom, przeważnie chcieli dobrze. Po obu stronach.

Kaczyński chciał być „emerytowanym zbawcą ojczyzny”, bo wierzył w moczarowską mitologię. Założyciele Agory wierzyli, że dadzą dobrą pracę tysiącom ludzi. Gdańscy liberałowie wierzyli, że kapitalizm zaowocuje tysiącami takich firm.

Przypływ podniesie wszystkie łódki, a bogactwo będzie skapywać. Tako rzeczą święte księgi. Czy von Hayek i von Mises mogliby się mylić?

Formacja majordomusów nie ma takich aspiracji. Morawiecki wyznał, że jego wizja kapitalizmu to masy „zapierdalające na miskę ryżu” i bogactwo bardzo nielicznej elity.

To dla nas typowe. Prawdę mówiąc, podobnie to widzę (dlatego wolę się w tym systemie ustawiać jako outsider – nie ciągnie mnie do takich „elit”).

Mieliśmy głęboko zinternalizowane przekonanie, że w kapitalizmie pracownik nie ma żadnych praw. Dlatego godziliśmy się na niepłatne nadgodziny, mobbing, wyzysk – a gdy ktoś z nas awansował, bez większej refleksji gnębił niedawnych kolegów. Bo tak trzeba.

Dyskusja o „kulturze zapierdolu” jest więc podwójnie nieszczera. Boomerzy udają, że nic nie wiedzieli o tym, co się działo w ich firmach („to skandal, w tym lokalu uprawia się hazard!”). W generacji X każdy kto był kimś, ma coś za uszami.

Skutkiem wojny pokoleń w PiS może być Polexit. W obozie liberalnym jego skutkiem jest przewlekły kryzys przywództwa. Rozumiecie więc chyba mój brak entuzjazmu.

Dlatego lubię określenie „dziaders”. Rozumiem, że to ironiczne określenie przedstawiciela Gen X lub boomerów, który uparcie trzyma się systemu wartości sprzed dekad („it was acceptable in the eighties, it was acceptable at the time”).

Nie gniewam się, gdy ktoś mnie tak nazywa. Wprawdzie PRÓBUJĘ rozumieć nowe czasy, ale np. fenomen ludzi, którzy (a) wrzucają selfiki na pablik, (b) wściekają się na komentarze dotyczące ich wyglądu, jest dla mnie Niepojmowalny.

Mogę sobie jednak wyobrazić, jak młody wegeaktywista patrzy na kogoś takiego jak ja – stekożercę i petrolheada. Domyślam się, że określenie „dziaders” i tak jest uprzejmym kompromisem, więc uchylam kaszkiet w rewanżu.

Zostawimy wam taki bajzel do posprzątania, że nie naszą rolą jest teraz narzekać.

Bridge over troubled water


Na wojskowości zupełnie się nie znam, udało mi się nawet wykręcić od studium wojskowego. Za moich czasów teoretycznie był to przedmiot obowiązkowy dla wszystkich studentów i przedstawiano nam, że to i tak lepsze rozwiązanie od podchorążówki.

Kiedy jednak skończyłem studia, państwo było na progu bankructwa. Mój rocznik do podchorążówki szedł tylko na ochotnika, znudzony oficer w WKU zapytał mnie, czy chcę – i chyba nawet niespecjalnie czekał na odpowiedź, wbił mi zbawienny stempel o przeniesieniu do rezerwy.

Nawiasem mówiąc, na komisji dostałem tzw. kategorię A1, co było chyba moim ostatnim sukcesem. Wszyscy gleba i pięćdziesiąt pompek na moją cześć!

Już wtedy dużo grałem w gry, zwłaszcza marki SSI – to był Paradox czasów ośmio- i szesnastobitowych. Niektóre w symulacji były na tyle wierne, że usiłowały oddawać kwestie zaopatrzenia, morale, różnych generacji czołgów i samolotów itd.

Tak mnie to pochłonęło, że przeczytałem nawet „O wojnie” Clausewitza, choć teraz już nie pamiętam, czy nie było to jakieś omówienie. Ktoś z PT komcionautów kojarzy, w jakiej postaci można to było kupić w późnym PRL?

Zapamiętałem z niego zasadę ekonomii sił. Mówi ona, że na każdym odcinku trzeba mieć tyle wojska, ile jest potrzebne do realizacji planu – nie za mało, i NIE ZA DUŻO.

To sprzeczne z intuicją. Jak to, wojska może być ZA DUŻO? Częstym błędem noobów jest nakićkanie na jakimś odcinku ZBYT WIELU jednostek („źle się dzieje? rzućmy tam Kamfgruppe Steiner, od razu wszystko wróci do normy”).

Zanim taki dodatkowy tysiąc żołnierzy przeprowadzi kontratak, od pierwszego dnia zwiększa nam potrzeby zaopatrzenia. To tysiąc gąb do wyżywienia, tysiąc ciał, które na noc trzeba gdzieś położyć, tysiąc magazynków do dostarczenia na pierwszą linię.

Oczywiście, możemy im kazać żreć brukiew i powiedzieć, że broń mają zdobyć na przeciwniku, ale wtedy realna wartość bojowa tego oddziału zaczyna spadać. Gdy zaczną umierać z głodu, chłodu, chorób zakaźnych itd., spadnie morale sąsiednim jednostkom, więc w efekcie rzeczywiście może być tak, że dodatkowe jednostki na froncie pod Chersoniem go OSŁABIĄ.

Najbardziej wyrafinowaną symulacją jest w tej chwili chyba „Hearts of Iron”. Podzielę się z wami garstką intuicji i metafor i zapraszam do grillowania ich w komentarzach.

Ku swojemu zdumieniu widzę na przykład, jak Rosjanie narzekają na brak skutecznej taktyki obronnej przed Ukrainską taktyką „ataku lekką kawalerią”. Czyli szturmem kilkunastu HUMVEE, za sprawą którego w krótkim czasie Rosjanie są okrążeni i choć TEORETYCZNIE mieli lepiej uzbrojone bewupy, patrzą jak te wylatują w powietrze jeden za drugim od salw z MANPADów.

W „Hearts of Iron” dowodzimy całym państwem, ale konkretną bitwą dowodzą generałowie (AI), którzy mają konkretny poziom skilla, a do tego mogą wybrać jedną z wielu taktyk dostępną danemu państwu. Ten, który ma lepszego skilla, może wybrać lepszą (ale tylko takie, jakie jego państwo już odblokowało).

W ten sposób gra oddaje sytuację z 2WŚ, w których na początku często Niemcy zaskakiwali taktyką „blitz” armie, które były szkolone w taktyce „trench warfare” i nie umiały zareagować. Po pewnym czasie te armie jednak opanowują taktykę „elastic defence”, kasującą przewagę „blitza” (ale Niemcy wtedy mogą już mieć „masterful blitz”, itd.).

Jakie mamy taktyki, to zależy od tego, jaką na samym początku przyjmiemy doktrynę. „HOI4” ma w tej chwili 4 doktryny: „mass attack” (liudiej u nas mnogo), „mobile warfare” (blitzkrieg), „superior firepower” (kule są tanie, życie naszych żołnierzy jest bezcenne) i „grand battleplan” (odpowiadająca wnioskom z 1WŚ – jej pierwszy poziom to właśnie „walka w okopach”).

Gra odzwierciedla w ten sposób odmienne doktryny Niemców („MW”), Rosjan i Japonii („MA”), Amerykanów („SF”) i reszty aliantów, w tym Polski („GP”). To nieźle symuluje kampanię wrześniową i upadek Francji (blitz vs trench).

Na początku obecnej wojny mawiałem, że „kto zaczyna Blitzkriegiem, ten kończy Volkssturmem”. Inspiracją było dla mnie niemieckie drzewko doktrynalne z HOI4, ale chyba właśnie teraz to widzimy – najpierw był nieudany Blitz na Kijów, a teraz widzimy mobilizowanych sześćdziesięciolatków ze strzelbami z pierwszej wojny światowej.

Wygląda na to, że Rosja ma doktrynę przypominającą „mobile warfare” (na „mass attack” mają za mały manpower). A Ukraina kontruje to „superior firepower”.

Stąd narzekania rosyjskich milblogerów i wojenkorów, że Ukraina gra niesportowo. „Pod Łymaniem mieli dziesięciokrotną przewagę, każdy głupi by tak umiał wygrać” – naprawdę czytałem takie komentarze.

Wygląda na to, że Ukraina trzyma się zasady Clausewitza. Wszędzie ma wojska tyle ile trzeba. Przewagę w ataku, remis w obronie. Nie każdy to potrafi, Putin na przykład nie.

„Amatorzy mówią o strategii, zawodowcy mówią o logistyce”, powiedział ktoś sławny. W poprzednim patchu Paradoxu („No Step Back”) logistykę skomplikowano tak bardzo, że wielu narzeka, że nie da się teraz grać.

Gracz jest zmuszony do kombinacji „jeśli do zajęcia Mandżurii skieruję 20 dywizji, to do jakiego lewelu powinienem zapgrejdować kolej transsyberyjską?”. To nie jest już tak sexy, jak rysowanie kresek na mapie. Nikt tego nie lubi.

Putin też nie. Jego żołnierze już teraz marzną, bo jak Hitler, zadbał dla nich o galowe mundury na paradę zwycięstwa w Kijowie ale nie o kalesony. A co ich czeka zimą?

Tom Cooper szacował niedawno, że rosyjska armia pod Chersoniem potrzebuje około tysiąca ciężarówek dziennie, a po improwizowanych przeprawach dostaje około dwustu. Czyli mówiąc po paradoksowemu, mają „supply level 20%”.

Jednostka w takiej sytuacji dostaje do ikonki trupią czaszkę, sygnalizującą zwiększoną atrycję (czy jest jakiś kanoniczny polski odpowiednik tego pojęcia?). Zaczyna ponosić straty nawet nic nie robiąc.

Widziałem skargi że to nierealistyczne. „Czy żołnierze podpalają swoje ciężarówki na znak protestu?” – ktoś ironizował na forum.

Nie, po prostu sprzęt wymaga serwisowania tak jak żołnierze jedzenia. Dywizja pancerna bez zaopatrzenia staje się batalionem piechoty (widzieliśmy to już w tej wojnie).

Tak sobie tłumaczę obecną sytuację na froncie, stąd mój rosnący optymizm. Do niedawna nie wierzyłem w wyzwolenie Krymu, teraz nie wykluczam nawet tego – po prostu wszystkie rosyjskie jednostki na zachód od Mariupola mają teraz potężny problem z zaopatrzeniem.

To oczywiście uwagi totalnego amatora. Ale Putin i Szojgu też nimi przecież są. Spędzili w wojsku dokładnie tyle samo czasu co ja.

Zampolit i wojenkom


Z komcionautycznej publicystyki Awala wyniosłem użyteczne pojęcie opozycji „Rosji modernizacyjnej” i „Rosji memogennej”. Podobno jesteśmy za bardzo zafiksowani na tej drugiej i żarty z przepitych oblechów i ruskiego bardaku przesłąniają nam tę pierwszą, na swój sposób groźniejszą, technokratyczną i pragmatyczną.

Tylko czy ona w ogóle istnieje? Nie będę raczej nigdy pisać o tej książki, więc wielkodusznie się nawet mogę zgodzić, że korzenie „Rosji modernizacyjnej” możemy cofnąć do Piotra Wielkiego, Katarzyny i Potiomkina. Tylko że „Rosję memogenną” cofamy do Iwana Groźnego, jeśli nie do Mongołów.

Fanatycznie proputinowska propagandystka Margarita Simonian mimo woli podsumowała jej istotę, wspominając jakiegoś ponurego „zampolita” (oficera polityczno-wychowawczego), który zalazł jej kiedyś za skórę. Zwykł mawiać „Putin daleko, a ja blisko”, co ona pamięta do dziś.

Simonian zilustrowała tak postawę „złych wojenkomów”, którzy ignorują wytyczne Naczalnika i mobilizują jak leci, inwalidów, 50-latków, studentów. Na szczęście ona i Sołowiow ratują każdego kto się do nich dodzwoni (kwestia „a co z tymi, którzy nie mają numeru do tak ważnej persony”, oczywiście nie pada).

Jak pisałem w felietonie z zeszłego tygodnia, pierwszym literackim portretem tego zjawiska w rosyjskiej literaturze jest „Rewizor” Gogola. Przynajmniej ja nie znam wcześniejszych (bardzo serdecznie zapraszam PT rusycystów).

Pomysł jest podobny: dobry car jest daleko, horodniczy blisko. Car zniósł kary cielesne, ale w swoim miasteczku horodniczy może wychłostać kogo chce.

Gogol był kochał cara (a car Gogola), więc tak jak Simonian nie widział lub nie chciał widzieć tego, że w samodzierżawiu taki horodniczy, zampolit czy wojenkom nie jest incydentalnym odchyleniem od normy. Jest normą.

Dyktatura każdego Naczalnika bazuje na kaskadzie wicenaczelników i wicewicenaczelników. Tak jak ten najważniejszy może wszystko w skali kraju, tak ci poniżej mogą wszystko w skali regionu, miasta, a choćby i komisji rekrutacyjnej.

Pod tym względem mamy spójny ciąg rosyjskich dzieł kultury od Gogola po „Durnia” Jurija Bykowa, „Lewiatana” Andrieja Zwagincewa czy przede wszystkim „Gruz 200” Aleksieja Bałabanowa. Hej, możecie mnie oskarżać o rusofobię, ale nie o nieznajomość rosyjskiej kultury.

Pokazuje ona od dwóch stuleci mechanizm, w którym „Rosja memogenna” zabija „Rosję modernizacyjną”. Ta druga nie może zaistnieć, gdy ta pierwsza w każdej chwili może ustami jakiegoś Horodniczego powiedzieć każdemu modernizatorowi: podoba mi się to co stworzyłeś, zabieram ci to, a ty wypiżdżaj zanim wsadzę do więzienia ciebie i twoich prawników.

Wszyscy znamy realne przykłady takich „transakcji” w putinowskiej Rosji. To dlatego ten kraj mimo swoich ogromnych rezerw i możliwości importuje nawet jabłka i gwoździe, a eksportuje tylko surowce.
Prorosyjski serwis Rybar opisuje liczne przykłady konkretnych rosyjskich przedsiębiorstw, w których zmobilizowano z dnia na dzień całą załogę – na przykład stocznię „Zvezda” opodal Władywostoku. To w wielu przypadkach oznacza przerwanie produkcji, którą ciężko będzie wznowić.

Jakim cudem Rosja w tych warunkach miałaby wdrażać nowe technologie? Skąd ma wziąć frajerów gotowych przyjechać do kraju, w którym każdego można nagle ogłosić „obywatelem” i wysłać go na front?

Komcionauta Awal się chyba obraził (?), więc nie wiem, czy nadal wierzy, że Rosja otrząśnie się z tych przejściowych problemów, Zachód wszystko puści w niepamięć, gaz popłynie obydwoma nordstreamami i wróci Business As Usual. Na pewno nadal tak obiecują akcjonariuszom zarządy różnych spółek z mieszanym kapitałem, ale coraz trudniej mi to sobie wyobrazić.

W Festung Breslau pewnie też do końca działały spółki akcyjne. I te spółki miały różne plany na 1945…

Ja wiem jedno. W kraju, który ma zwyczajne ministerstwo ds nadzwyczajnych, business must be unusual.

Bardzo sprawne przegrupowanie

Ciekawe, jak historycy z przyszłości będą nazywali bitwę, która rozegrała się w zeszłym tygodniu. Na razie mówimy o ofensywie charkowskiej – trochę bez sensu, bo zaczęło się daleko od Charkowa, a skończyło jeszcze dalej.

Z drugiej strony, mówimy o bitwie warszawskiej, choć działa się dobre 30 km od Warszawy. A Kursk jest dobre 100 kilmetrów od Prochorowki. Więc może się przyjmie?

Wygląda w każdym razie na to, że Rosjanie wreszcie stracili inicjatywę strategiczną i nie są w stanie jej odzyskać przed jesienną słotą. Mogą już tylko bez większego powodzenia szturmować Bachmut, ale chyba już nawet najwięksi ich optymiści nie wierzą w możliwość zajęcia całego Donbasu.

Niesłychanie przyjemnie się teraz czyta i ogląda prorosyjskich komentatorów, zwłaszcza na Telegramie, gdzie są bardziej szczerzy. Niezdolność przyznania się do porażki miesza się u nich z szukaniem winnych tego, uhm, sprawnie przeprowadzonego przegrupowania.

Nawet seksualny recydywista, dwukrotnie ukarany za próbę współżycia z małolatą, proputinowski „analityk” Scott Ritter, produkujący zwykle teksty z serii „Rosja wygra”, tym razem nie wytrzymał. „Gdzie jest rosyjskie lotnictwo?” – zawołał na Telegramie.

Przecież gdyby Amerykanie zobaczyli kolumny nieprzyjacielskiego wojska, zmierzające ku ich pozycjom, unicestwiliby je z powietrza. Dlaczego Rosjanie tego nie robią, tylko opowiadają o heroicznej obronie Lymana – która w ogóle nie byłaby potrzebna, gdyby lotnictwo działało tak jak powinno?

Podobne pytania zadawali Strelkov, Wargonzo, Starshe Eddy, goście u Sołowiowa. Gdzie rosyjski wywiad? Gdzie rosyjska artyleria?

Dlaczego Zełenski może sobie swobodnie spacerować po świeżo zajętym Iziumie? Dlaczego Ukraińcy sobią robić selfiki przy przechwyconej rosyjskiej amunicji? Przecież współrzędne jej składów nie są tajemnicą dla wojsk rosyjskich?

My oczywiście znamy odpowiedź na te pytania. Brzmi mniej więcej – cyka blyat pizdets pidorodnyi bardakh. Źle dowodzona armia utonęła w bałaganie spowodowanym przez błędne decyzje Putina.

Tego Scott Ritter nigdy nie powie, bo nie może sobie pozwolić na bycie spalonym w jeszcze jednym kraju. Im wszystkim pozostaje więc tylko paniczne szukanie winnych wszędzie, tylko nie na Kremlu.

Na polu bitwy przegrali, więc nawołują do niszczenia cywilnej infrastruktury Ukrainy. Sołowiow i Simonian prześcigają się ze swoimi goścmi w wizjach zrujnowanego kraju, w którym „nie zostanie nawet jedna stacja benzynowa”.

Pomijając już, że gdyby mieli lotnictwo zdolne do takich misji, nie byłoby ofensywy chersońskiej – zbrodnie wojenne przyśpieszają moment, w którym Rosja będzie wpisana na listę krajów wspierających terroryzm. W USA to oznacza automatyczne sankcje dla każdego podmiotu handlującego z takim krajem.

Wtedy Rosja będzie mogła wdrażać produkcję samochodów elektrycznych we współpracy owszem, z Koreą. Ale tą drugą.

Rzucenie na front więźniów – jak to zapowiada niesławny kucharz Putina – nie rozwiąże problemu bajzlu. Takie jednostki (jak pisze Strelkov) będą większym zagrożeniem dla swoich dowódców niż dla nieprzyjaciela.

Postulowana przez niego powszechna mobilizacja też nie pomoże, bo co zdziała Volkssturm brzuchatych pięćdziesięciolatków z cukrzycą i artretyzmem w starciu z armią wyszkoloną i uzbrojoną przez NATO, broniącą swojej Ojczyzny? Rosjanie boleśnie odczuwają brak sprzętu, porzucanego w panice podczas kolejnych „udanych przegrupowań”. A i motywacja ich żołnierzy jest taka sobie – pralkę ukrać warto, ale żeby aż życie za nią oddać?

Poza zachodnimi i rosyjskimi mediami, czytam też Al Jazeerę, a gdy wydarza się coś takiego, jak szczyt strefy szanghajskiej – także media chińskie. Dominuje opinia, że Putin przybył „z czapką w garści” i nie dostał nic poza ogólnikami. Agencja Xinhua z namaszczeniem pisała o współpracy z Uzbekistanem, Kazachstanem itd, ale nie z Rosją.

Że sojusze, która Rosja narzuciła byłym republikom radzieckim są już martwe – o tym piszą rosyjskie media, powołując się na ich bezczynność w Armenii i Tadżykistanie. Że kraje takie jak Kazachstan piwotują ku Chinom, tego nie wymyśliłem ja, to lament rosyjskiej propagandy.

Ja też ubolewam, że dobre wiadomości przychodzą tak powoli. Ale pół roku temu nerwowo odświeżałem telefon by sprawdzić, czy Charków jeszcze się broni. Teraz sprawdzam, czy Chersoń już wyzwolony.

I czy jest już przedsprzedaż na koncert Rammsteina na stadionie olimpijskim w Kijowie.

Now Playing (192)

Przyszłość Europy, moja, twoja i zakładów Avtotor w Królewcu, zależy teraz od faceta imieniem dajmy na to Taras albo Nazar, który teraz pruje przez Charkowszczyznę wyprodukowanym w Polsce T-72. W niczym mu nie możemy pomóc, ale ja osobiście nie mogę przestać o tym gościu myśleć. Trzymając za niego kciuki, stukam więc jednym paluszkiem w klawiaturę.

Gdzieś za miesiąc dowiemy się, jak się to wszystko skończyło. Jesienna pogoda ustabilizuje linię frontu – a ta przesunęła się od wczoraj o 50 kilometrów w dobrym kierunku, ale oczywiście w każdej chwili może się przesunąć w złym.

Żeby zająć czymś umysł, obsesyjnie słucham Rammsteina (ciekawe czy Nazar z Tarasem mają jakąś muzykę w tym swoim bolidzie? i czego oni słuchają?). Po raz pierwszy w historii bloga nie dość więc, że będą dwie muzyczne notki pod rząd, to jeszcze obie o tym samym zespole.

Wysłuchałem ponownie wcześniejszych płyt by się upewnić, że ta najnowsza jest rzeczywiście wyjątkowa. Początkowo grali dość monotonnie, jakby ciągle ten sam kawałek (zerżnięty od Laibacha) – siłą „Zeit” jest różnorodność i spójność.

Dziękuję PT Komcionautom za wskazanie mi odpowiedzi na pytanie w poprzedniej notce, że tym „czymś”, co nadaje Lindemannowi charakterystyczną manierę wokalną, jest tradycja kabaretowa. Niektorzy komcionauci z właściwą sztuce komcionautycznej złośliwością szydzili, że wcześniej nie zauważyłem.

Wyjaśnię, że dziecięciem będąc wyrastałem w cieniu dwóch wielkich tradycji muzyki rozrywkowej – w przekonaniu, że nie mogą się spotkać jak dwie proste równoległe. Niby jestem już duży, ale nie umiem opanować tego odruchu.

Dorastając w inteligenckiej rodzinie, byłem osłuchany w tradycji polskiej piosenki aktorskiej i kabaretowej. Młynarski, Demarczyk, Przybora & Wasowski, Spotkania z Balladą, Ilustrowany Magazyn Autorów, 60 minut na godzinę, Studio 202 – te klimaty.

Drugą był oczywiście rock, zwłaszcza taki z Konkretnym Gitarowym Pierdyknięciem. Tę drugą muzykę przyjąłem na swoją duchową Ojczyznę.

Jako nastolatek dałbym się Pokroić za tezę, że te tradycje są odmienne z powodów technicznych. Ani Przybora & Wasowski nie umieliby zagrać „Back In Black”, ani AC/DC ballady o Osculatim.

Wiem, że to nieprawda i sam kilkanaście lat temu byłem entuzjastą mody na „covery od czapy” – pisałem o nich na blogu. Więc niby wiem, że można zagrać Dead Kennedys w stylu bossa nova, a Demarczyk hewimetalowo, ale jednak odruch separacji pozostał. Dlatego nie słyszałem w Rammsteinie tego Brechta z Weilem.

A przecież była podpowiedź. Zafascynowała mnie teraz piosenka „Haifisch” („Rekin”) z 2009.

Czego tu nie ma! Sekcja rytmiczna jest ewidentną parodią Depeche Mode (który w Berlinie przeszedł swoją wielką przemianę w 1983).

Tytuł i refren to z kolei pastisz Brechta z Weilem właśnie, czyli ballady o Mackie Majchrze. Tylko że tutaj tytułowy rekin może i ma zębów pełen pysk, ale to nie znaczy, że nie płacze – po prostu w wodzie nie widać łez.

Bardzo kabaretowy teledysk zawiera zaś parodię wcześniejszych klipów Rammsteina. Til Lindemann lubi w nich pokazywać swoją śmierć.

W „Rekinie” okazuje się, że za każdym razem zabijał go kolega z grupy – na przykład w pierwotnym „Ohne Dich” Lindemann ginął podczas wspinaczki. Nieszczęśliwy wypadek? Teraz poznajemy prawdę: gitarzysta przeciął mu linę!

Tym samym odnajduję się w polskiej tradycji piosenki aktorskiej, a konkretnie w „Balladzie o asekuracji” tercetu Fronczewski-Kociniak-Bargiełowska, którą uwielbiałem podśpiewywać w dzieciństwie („Gdy z przyjacielem w blasku słońca / Na jednej linie pełzniesz w górę / I nagle druh od ściany odpadł – Odetnij się, uratuj skórę! Asekuracja, asekuracja, w pewnych warunkach tkwi w niej racja…”).

Na „Zeit” w każdej piosence mamy Konkretne Gitarowe Pierdyknięcie. Pierwszy i ostatni utwór to mistrzostwo rocka stadionowego.
Jednak „Luegen” i „Meine Traenen” spokojnie mogłyby być zaśpiewane na jakimś Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. Aż sobie wyobrażam, jak to śpiewa jakiś Michał Bajor albo wręcz Jan Jakub Należyty. Albo ukraiński zespół folkowy.

Powodzenia, Taras i Nazar. Do zobaczenia po wojnie na koncercie Rammsteina na stadionie olimpijskim w Kijowie!

Now Playing (191)

Jestem na siebie zły, że dopiero teraz wysłuchałem najnowszej płyty Rammsteina. Namawiam wszystkich, to miłość od pierwszego riffu.

To concept album jak w najlepszych czasach Pink Floyd. Aż się prosi do przerobienia na musical.

Teksty Rammsteina zazwyczaj używają prostego słownictwa i gramatyki, jakby niezrealizowanym marzeniem Tilla Lindemanna była praca w szkole. Wymawia do tego wyraźnie każdą literkę – ach, gdyby tak robili normalni Niemcy w sklepie czy w filmie!

Praktycznie nie trzeba znać niemieckiego, żeby zrozumieć piosenkę o benzynie („mit viel Oktan und frei from Blei”). Ostateczną miarą kompetencji językowej jest zdolność do rozumienia Nieprzekładalnych Gier Słownych w poezji, Rammstein oferuje to wszystkim w „Du hast”.

Ta płyta też zaczyna się od bardzo czytankowo zadanego pytania: „Bist du traurig / so wie ich?”, po którym nadchodzi refren „Komm mit! Komm mit!”, brzmiący jak werbunek do tytułowej armii ponuraków (choć nie mogę się powstrzymać przed przekręcaniem tego na piosenkę o programiście, który płakał jak komitował – „laufen Tranen vom Gesicht”).

Ciekaw jestem, czy zaczynają od tego koncert, a kończą równie znakomicie nadającym się na finał „adieu, goodbye, auf wiedersehen – den letzten Weg must du alleine gehen” (też można rozumieć bez znajomości języka)?

Gdybym się wcześniej obudził, poszedłbym na niedawny koncert w Polsce. Poprzednia płyta mnie jednak nie powaliła, a nowa wyszła w dość ciężkim dla nas wszystkim okresie, więc się trochę zagapiłem.

Teksty piosenek na tej płycie są albo ponure, często o przemocowym dzieciństwie podmiotu lirycznego – albo seksistowskie do granic dobrego smaku. Musical byłby więc opowieścią o kimś, kto uzależnieniem od, uhm, hedonistycznych zachowań leczy niezaleczone rany.

Fascynującym paradoksem muzyki rockowej jest to, że jeszcze we wspomnianych złotych latach Pink Floyd widowiska traktujące o samotności i depresji wyprzedawały stadiony. Od dawna mnie fascynuje kontrowersyjna teza, że disco i punk, przy wszystkich różnicach, jednakowo buntowały się przeciw stadionozie na rzecz klubowej kameralności.

Tytułowy „Zeit” jest może odrobinę bardziej wyrafinowany literacko (zwłaszcza od „Dicke Titten” i „Ohne Kondom”!), ale zasadnicze przesłanie zrozumiałem przy pierwszym odsłuchu („Wenn unsere Zeit gekommen ist, dann ist es Zeit zu gehen”). Nie udaje mi się to z większością piosenek w językach, które teoretycznie znam, ale wokaliści nie dbają o dykcję, a tekściarze o prostotę zdań.

Wiem, że wśród blogobywalców jest trochę germanistów (a przynajmniej osób biegłych w tym języku), więc szczególnie usilnie apeluję o komentarz. Jak wy to odbieracie? Dla was też te piosenki to coś jakby lektor z namaszczeniem czytał czytankę, czy to tylko moje wrażenie?