Nowy Tarantino (hura!)

A może byśmy pogadali o nowym filmie Tarantino, dla przyjemnej odmiany? To dla mnie reżyser najulubieńszy z ulubionych, najukochańszy z ukochanych, nie jestem go w stanie obiektywnie oceniać, po prostu wszystko mi się podoba.

„Pewnego razu w Hollywood” jest bodajże w największym stopniu komedią z jego dotychczasowej twórczości. To mnie zaskoczyło, bo idąc do kina wiedziałem o tym filmie tylko tyle, że tematem przewodnim jest zbrodnia na Cielo Drive.

W zasadzie niby jest… i tutaj przerywam i solennie przyrzekam, że niczego nie zaspojluję, a także zaapeluję, by unikać spojlerów. Kto chce pisać o zakończeniu, niech użyje rot13!

No więc, wracając, niby jest, ale mimo wszystko w tle. Owszem, w napisach do filmu znajdziemy aktora grającego Charlesa Mansona, a także tę czwórkę, która zabiła Sharon Tate z przyjaciółmi.

Ale to są role piątoplanowe. Na pierwszym planie jest dwójka gwiazdorów, Leonardo DiCaprio i Brad Pitt, koncertowo autoparodiujący swoje emploi.

DiCaprio gra neurotycznego gwiazdora, który ciągle wpada w panikę, że nie umie grać.
Niczym BoJack, żyje sobie w willi z basenem, hajsu ma jak lodu, ale dwa słowa wystarczą, żeby wybuchnął płaczem nad swoją nieudaną karierą.

Brad Pitt z kolei przechodzi samego siebie w roli „sympatycznego twardziela”. Gra kaskadera, który jest trochę najlepszym kumplem, a trochę chłopcem na posyłki dla DiCaprio.

W jednej scenie, która nawet nie ma porządnego uzasadnienia fabularnego, rozbiera się od pasa w górę, żeby pochwalić się swoją przepięknie wyrzeźbioną sylwetką typu „Bez Grama Tłuszczu”. Wygląda to trochę tak, jakby Tarantino kazał mu zbudować postać, będącą wręcz campowo przegiętym wcieleniem stereotypu „seksownego kowboja”.

Specjalnością obu panów są bowiem westerny, chociaż aktor, którego gra DiCaprio, grywa także „zbrodniarzy tygodnia” w serialach sensacyjnych. Najwięcej sławy przyniósł mu film o drugiej wojnie światowej „14 pięści McCluskeya”, który wygląda na połączenie „Tylko dla orłów”, „Parszywej dwunastki” i „Inglorious Basterds”.

To wszystko mu nie wystarcza. Marzy o rolach szekspirowskich. Chciałby zagrać w jakimś porządnym filmie – najlepiej w reżyserii swojego nowego sąsiada, Romana Polańskiego!

Rodzina Mansona jest tylko tłem, ale obecnym właściwie przez cały czas. Bohaterowie ciągle gdzieś w tle widzą jakieś autostopowiczki – w tym wyglądające na nieletnie uciekinierki z domu.

Brad Pitt gra postać zasadniczą i obowiązkową. Gdy dziewczyna mu pokazuje na migi, że jedzie na zachód, a on ma coś konkretnego do załatwienia na wschodzie, no to cóż, pożegna ją przyjaznym machaniem i pojedzie załatwiać to co chciał załatwić.

Manson, jak wiadomo, w takiej sytuacji jednak zmieniał plany i korzystał z okazji do zrekrutowania kolejnej zagubionej duszyczki. Podrywając autostopowiczki, Brad Pitt nieświadomie podąża jego tropem.

Los Angeles wygląda więc tutaj trochę jak w „Pulp Fiction” czy „Wściekłych psach”. Na powierzchni mamy pozornie raj na ziemi – palmy, baseny, knajpy, szybkie kobiety, piękne samochody. Ale piekło jest tuż za rogiem i w każdej chwili mogą z niego wyskoczyć Pumpkin i Honey-Bunny.

Tym razem tym piekłem jest „true crime”, więc nolensując wolensa, Tarantino zmusza do zastanowienia się trochę bardziej na serio nad jego źródłem. Każdy czytelnik tego bloga zapewne choć raz miał w życiu jakąś rozkminę: skąd się wzięły zbrodnie Mansona?

Hipisów zapamiętaliśmy jako „łagodnych ludzi z kwiatami we włosach” – trudno ich sobie wyobrazić jako sadystycznych morderców. Bitelsi śpiewali o miłości i pokoju, a Manson odnalazł w ich tekstach nienawiść i wojnę.

Do dziś pokutuje ten mit, że gdyby ludzie porzucili alkohol dla marihuany i LSD, świat stałby się lepszym miejscem. Tak jakby w Afryce bojówkarze nie odurzali się haszyszem podczas masakrowania sąsiadów maczetami!

Ale nie twierdzę, że sam mam lepszą odpowiedź na pytanie „skąd Manson”, bo to oczywiście część odwiecznego, nierozkminialnego „unde malum”. Wolałbym, żeby istniała jakaś prosta, spiskowa interpretacja typu „uboczny skutek eksperymentów CIA nad kontrolą umysłów”. Ale chyba jej nie ma.

Lem miał prostą odpowiedź na pytanie „skąd zło”: że w epoce lodowocowej hominidy wbrew sobie musiały stać się drapieżnikami. Tylko że ta odpowiedź to tylko nowe opakowanie dla starego: „bo taka jest Natura Lucka (TM)”…

ALE DLACZEGO JEST TAKA?!??!?!?!?!?!?

Brzydkie kompromisy zmieniają świat

Trzy dekady temu – w czasach mojej idealistycznej młodości -Piotr Ikonowicz miał taki running joke. Opowiadał, jak spotkał emisariuszy Brytyjskiej Partii Socjalistycznej, którzy powiedzieli mu z dumą: „jesteśmy Brytyjską Partią Socjalistyczną, od 80 lat nie poszliśmy na żaden kompromis”.

Sens tej anegdoty był wtedy taki: jesteś idealistą? No to super, dookoła ciebie są sami tacy. W Polsce nie zostaje się socjalistą dla profitów.

Ale jeśli po latach twoim jedynym powodem do dumy będzie to, że przez 80 lat nie poszedłeś na żaden kompromis, to co dobrego przyniósł ten idealizm?

Ikonowicz przy całym swoim radykalizmie (pozornym zresztą, przypominam że to, co w Polsce uchodzi za skrajną lewicowość, w Niemczech nazywane jest chadecją, a w Danii konserwatyzmem) działał zawsze pragmatycznie. W 1993 poparł kompromis z SLD, dzięki któremu wszedł do Sejmu wraz z dwoma innymi posłami PPS.

Czy to coś dało? A owszem. I nie mam na myśli wystąpień Ikonowicza w sprawie jedynego sensownego rozwiązania problemu reprywatyzacji (umorzenia roszczeń za zryczałtowanym odszkodowaniem) czy przeciw wprowadzeniu przez Barbarę Blidę eksmisji na bruk.

Poselska (a potem ministerialna) kariera Cezarego Miżejewskiego zmieniła świat na lepsze w postaci ustawy o spółdzielniach socjalnych, wprowadzonej w ostatnim roku rządów SLD. Nie twierdzę oczywiście, że to wyłączna zasługa Miżejewskiego, ale bez pasji, którą wkładał w propagowanie tej idei, zapewne skończyłoby się na idei.

Wprowadzenie jej w życie wymagało od Miżejewskiego pracy dla rządów Millera i Belki (aaa!), a nawet Marcinkiewicza (AAA!). Czy świat byłby lepszym miejscem, gdyby Miżejewski odrzucał kompromisy?

Jak wiecie, interesuję się historią lewicy i ruchu związkowego. Mógłbym sypać przykładami, jak najpiękniejsze osiągnięcia tej historii wynikały ze zgniłych kompromisów.

Notki by zabrakło, by je wszystkie opisać, ale uwierzcie mi, że ich pełno w historii krajów nordyckich, Francji, RFN. Ponieważ, jak śpiewał poeta, „we’re all living in Amerika, Amerika ist wunderbar”, skupię się na przykładach z USA.

Historyczne osiągnięcia amerykańskiej lewicy to New Deal i ruch praw obywatelskich, dzięki któremu w latach 60. de iure (choć do dzisiaj nie de facto) zlikwidowano segregację rasową. Filmy i książki takie jak „Grona gniewu” czy „Missisipi w ogniu” w dużym stopniu uczyniły mnie lewicowcem.

Wyobraźmy sobie młodego idealistę w świecie tych filmów – który chciałby w latach 30. pracować przy wprowadzaniu opieki socjalnej, albo w latach 60. przy desegregacji południa. Ot, wskakuje do amerykańskiego filmu, niczym Tytus de Zoo do westernu.

Stanie przed wyborem gorszym nawet od tego, który dziś stoi przed działaczami Razem. Albo dołączy do bezkomopromisowych socjalistów, a wtedy pozna wprawdzie wspaniałych ludzi, jak Eugene Debbs, Norman Thomas czy Daniel DeLeon, ale cała jego energia pójdzie na agitowanie za kandydatami z góry skazanymi na porażkę, albo zatka nos i ułoży sobie jakąś współpracę z Partią Demokratyczną (jak dzisiaj AOC).

Partia Demokratyczna to instytucja bardziej paskudna od SLD. Złośliwe portrety polityków z filmów „Brother, Where Art Thou” braci Coen, „Kansas City” Altmana czy „Gangi Nowego Jorku” Scorsese, nie mówiąc już o serialu „House of Cards”, to portrety Demokratów.

Ów młody lewicowiec musiałby więc zaakceptować to, że w wyborach jego kandydata wspomagać będzie Ku-Klux-Klan na południu, a Cosa Nostra na północy. I jakoś to sobie wytłumaczyć tym, że GOP też stosuje brudne sztuczki, a poza tym warto dla dobra sprawy.

Bo z historycznego punktu widzenia – chyba jednak było warto. Zalegalizowanie związków zawodowych (w XIX wieku traktowanych jako nielegalne konspiracje), wprowadzenie socjalu (nie jak w Szwecji, ale jednak), wprowadzenie polityki rolnej, która gwarantowała zbyt farmerom – to dobra cena za zaakceptowanie różnych brudów towarzyszących wyborom w latach 30.

W późniejszych dekadach było (i jest) podobnie. AOC też nie ma lekko!

W serialu „The Wire” mamy idealistycznego radnego, który próbuje zmienić to miasto – jego antagonistą jest skorompowany do cna, a jednak na swój sposób sympatyczny Senator Który Mówi Shiit. OBAJ SĄ Z TEJ SAMEJ PARTII, a więc z jednej strony, starają się storpedować swoje działania. Ale z drugiej, czasem muszą wystąpić razem. Polityka.

Lewicowy kompromis jest paskudny jak amerykańskie wybory. Ale jeśli da polskiej politycy choć jednego następcę Miżejewskiego, to już będzie warto.

Now Playing (176)

Kultura disco spopularyzowała w latach 70. instytucję maksisingla, zawierającego wydłużoną wersję przeboju przeznaczoną dla didżejów. W Polsce nazywano ją „wersją dyskotekową”, trochę bez sensu, bo dyskoteki – przynajmniej te nieliczne, które zdążyłem odwiedzić (przypominam, że byłem raczej pogrążonym w książkach nerdowatym geekiem, więc te incydenty naprawdę można policzyć na palcach) – puszczały zwykłą wersję, czyli tę, którą publika znała z radia.

Zdaje się, że korzeniem polskiego określenia był niemiecki zwyczaj walenia „DISCO VERSION” na niemieckich tłoczeniach maksisingli. W każdym razie, czasami jako ciekawostkę tę wersję puszczali ówcześni bogowie naszych gustów, Dziennikarze Radiowej Trójki (i tak ją nazywali).

Synthpop lat 80., który za sprawą nostalgicznych seriali typu „Stranger Things” ma jakby coś w rodzaju renesansu, intensywnie korzystał z tej formy. Przy czym ejtisowe dwunastki często nie miały już w ogóle przeznaczenia tanecznego, na przykład do dzisiaj gdy chcę się ogólnie wyciszyć, zrelaksować i obniżyć sobie ciśnienie krwi – bo na przykład będę próbował zasnąć w samolocie – puszczam sobie „Hold Me Now” Thompson Twins w wersji extended.

Najbardziej ambitnie do swoich dwunastek podchodziły dwa zespoły na D – Depeche Mode i Duran Duran. Do tego pierwszego jeszcze kiedyś wrócę (oj wrócę), dzisiejsza notka jest o tym drugim.

Duran Duran był jedynym znanym mi wykonawcą (wdzięcznym będę wielce za inne przykłady), który wersję maksisinglową nagrywał od zera. Nie był to więc remiks, tylko – jak to opisywano na pierwszych singlach grupy – „night version”.

Bardzo lubię je wszystkie, a szczególnie ujmująco bezwstydną nocną wersję przeboju, którego wersję dzienną wszyscy słyszeliśmy bazylion razy: „Hungry Like The Wolf”. Zespół Bloodhound Gang miał coś w rodzaju jej parodii („Your best friend is you, I’m my best friend too, we share the same views and hardly ever argue…” #toonas).

Przykładając dzisiejsze kryteria, ta piosenka jest skandalicznie seksistowska. „Nocna wersja” jeszcze to podkreśla wmiksowanymi niby-erotycznymi kobiecymi postękiwaniami #nsfw.

Tekst opowiada o stalkerze, który wypatrzył atrakcyjną kobietę w metrze i uwziął się, że będzie jego. Dodododododo.

Na dzisiejsze czasy to brzmi jak historia z hasztagiem #metoo. Chciałbym skądinąd usłyszeć parodię tej piosenki, opowiadającą to z punktu widzenia tej kobiety.

No cóż, rzekł poeta: „It was acceptable in the eighties. It was acceptable at the time”. W tamtej dekadzie gwiazdy sceny gejowskiej udawały, że nie są gwiazdami sceny gejowskiej, żeby puszczano je w Trójce i BBC (jednako pruderyjnych).

„Nocne wersje” Duran Duran polecam każdemu, kto planuje dyskotekę w klimatach lat 80. Są tak skoczne, że rozruszają nawet nerdowatych geeków, którzy przyszli tu pogadać o „Stranger Things” (trzeci sezon jest słaby – change my mind).

Guy N. Kaczynski

Jarosław Kaczyński – to mu trzeba przyznać – jest mistrzem w wymyślaniu opowieści grozy. W 2005 wygrał wybory dzięki opowieści o wielkim, strasznym Układzie, przed którym tylko PiS może nas obronić. W 2015 wymyślił horror o uchodźcach, których chmary zaraz zaleją Europę, i znów tylko PiS może ich powstrzymać.

W elektoracie PiS najbardziej mnie zdumiewa krótka pamięć. Bajki Kaczyńskiego okazują się być czymś na poziomie zabójczych krabów Guya N. Smitha, ale cztery lata później wymyśli coś nowego… i elektorat znów się boi.

Kolejnym straszydłem jest oczywiście ideologia LGBT, która będzie nam seksualizować dzieci. Z nasłuchów prawicowego internetu widzę, że elektorat
PiS szczerze w to wierzy. Ich lęki nie są udawane.

Tak samo wierzyli w Układ przez wielkie U. Sekundujący Kaczyńskiemu publicyści i pisarze tworzyli dzieła eseistyczne i quasi-literackie, odwołujące się do wizji potężnej, tajnej struktury, penetrującej cały kraj i decydującej o tym, kto wygra przetarg a kto dostanie pracę.

Przypomnę głupkowatą sztukę „Norymberga” literata Tomczyka. Albo powieść Sumlińskiego o dziennikarzu, który już-już miał jakieś dowody na niebezpieczne związki Komorowskiego, ale niestety nie może ich podać.

PiS obiecywał, że gdy obejmie władzę, zdemaskuje Układ. I co? I nico.
Przechwycili prokuraturę, przechwycili policję, przechwycili parlament. Gdzie te demaskacje?

O Układzie zapomnieli już nawet wyborcy PiS. Nie szkodzi, prezes wymyślił im kolejne straszydło: UCHODŹCY!

Pamiętacie czym żył internet 5 lat temu? Niejaki „Bulonis Kamil” opisywał na fejsie, jak był świadkiem przemilczanego przez media ataku uchodźców na przejście graniczne między Włochami i Austrią.

Media, zamiast naprawdę przemilczeć, nagłaśniały tę bzdurę, chociaż nie trzymała się kupy na najprostszym poziomie. W ogóle nie ma takiego przejścia, na którym Bulonis Kamil rzekomo widział te sceny (a w dodatku prawdziwe, realnie istniejące alpejskie przełęcze graniczne mają zazwyczaj kamery online).

Wielu wyborców PiS w 2015 rzeczywiście naprawdę bało się hordy uchodźców, która zniszczy Europę. Być może jakieś niedobitki do dzisiaj wierzą w strefy szariatu w Berlinie, Sztokholmie i Paryżu. Reżimowa propaganda nagłaśniała to do przewyrzygu.

Problem uchodźców wygasł, Europa się nie zawaliła. Stref szariatu w zachodnich miastach jak nie było tak nadal nie ma.

A więc teraz mamy „ideologię LGBT”. I ja naprawdę wierzę, że ten typowy wyborca PiS – człowiek, który nie zna języków i nie podróżuje – dał się nabrać na kolejne straszydło prezesa.

Ubocznym skutkiem horrorów Kaczyńskiego jednak jest nienawiść – już najzupełniej realna. I prowadząca do równie realnych aktów ulicznej przemocy.
Jeśli istnieje Bóg (w co prywatnie wątpię), Kaczyński odpowie za to w piekle.
My niestety musimy odpokutować jego horrory w realu.

Bo za to wszystko zapłaci Polska jako kraj. Rasizm i islamofobia, rozpętane w 2015 i homofobia, rozpętana obecnie przekładają się na stopniowe wykluczanie nas z cywilizacji zachodniej.

W swej nieskończonej naiwności wyborcy PiS wyobrażają sobie, że skoro Trump to prawica, podejdzie z wyrozumiałością do ekscesów Kaczyńskiego. To równie głupie jak przekonanie Seby w województwie londyńskim, że kiedy brytyjska prawica mówi o imigrantach, to nie chodzi o Sebę.

Inżynierowie, informatycy i przedsiębiorcy, którzy mieliby pomóc premierowi Morawieckiemu w jego mokrych snach o elektromobilności, nie przyjadą do rasistowskiej i homofobicznej Polski. Oni po prostu wolą klimaty kalifornijskie od białostockich.

To się przełoży na gospodarkę. Ale także (jak to już zauważyli PT komcionauci pod poprzednią notkę) na politykę obronną.

Maluczko, a ciapaty gej z US Army pójdzie ze swoim chłopakiem na dyskotekę w ramach R&R. I tam go pobiją. I Trump zażąda wyjaśnień od „the very talented prime minister of Poland”.

I ten udzieli wyjaśnień w najlepszym stylu pisowskiej dyplomacji. Wkurzona Ameryka wycofa się ze współpracy wojskowej.

Nie wiem, czym Kaczyński będzie straszyć za 4 lata. Krabami? Klaunami? Atakiem Zabójczych Pomidorów?

Ale wiem, że jego elektorat znów da się nabrać. Jak ktoś nie zna języków i nie podróżuje, uwierzy nawet w strefy szariatu w Sztokholmie.

Samowolka służb


Notkę oznaczyłem jako „pop”, bo jest o komiksie – choć to komiks polityczny. No ale tak jest na moim blogu od zarania: jak o polityce, to popkulturowo. Jak o popkulturze, to politycznie.

Komiks przedstawia historię francuskiej V Republiki, trwającej od 4 października 1958 do dzisiaj. Wyszedł na jej 60. rocznicę.

Komiksy historyczne znamy i u nas. Jeszcze za rządów Platformy kasiora płynęła strumieniami na programy wychowywania młodzieży na mięso armatnie, a cóż temu lepiej służy od komiksowych opowieści o naszej strasznej historii.

Polskie komiksy historyczne zazwyczaj przedstawiały wydarzenia z punktu widzenia „wszechwiedzącego narratora”, co we mnie zostawiało poczucie niedosytu. Jestem wrednym sceptycznym czytelnikiem, który lubi pytać: skąd ta wiedza? To fakt, opinia, czy hipoteza?

W komiksie „L’Histoire de la Ve Republique” scenarzysta, dziennikarz Thomas Legrand umieścił samego siebie w roli narratora. Rysownik Francois Warzala sporządził dla jego alter ego sympatyczną karykaturę.

Jak to w komiksie, chwilami prowadzi to do żarcików. Legrand w latach 60. zaczepia na przykład Mitterranda w latach 60. i mówi mu, że przybywa z komiksu z 2018.

„Komiks? Takie coś jak Tintin? Wy się w to jeszcze bawicie w 2018?” – pyta zdziwiony Mitterrand, wieczny sztywniak. Na sfotografowanym fragmencie Legrand zaś legitymuje się ochroniarzom premiera w drodze na „umówiony wywiad”.

Dialog ochroniarzy: „Czy ja śnię, czy ten facet miał legitymację prasową z 2018?” „Jasne, i zaparkował swój latający spodek za rogiem. Przestań pić na służbie, Rene!”.

Bez takich żarcików komiks byłby ciężko przegadany. Wiele plansz to blachy tekstu typu „prezydent wygłasza przemówienie” albo „autor konstytucji wyjaśnia swoje intencje”.

Spojrzenie na 60 lat historii Francji daje pewien dystans do patrzenia na współczesność. Także w Polsce. Dlatego Zalecam.

Media ekscytują się „żółtymi kamizelkami”, ale prawda jest taka, że demokracja francuska zawsze była w głębokim kryzysie. Witajcie w kraju sera, wina i zamieszek.

Wyjątkowo nieudana IV Republika (1945-1958) była jednym wielkim kryzysem. Kraj zbawienie zobaczył w mężu stanu, któremu dał uprawnienia de facto dyktatorskie.

Nie wszystkim się to podobało. 28 maja 1958 ok. 200 tysięcy obrońców demokracji (z byłym premierem Daladierem i przyszłym prezydentem Mitterandem) demonstrowało w Paryżu pod hasłem „precz z faszyzmem de Gaulle’a!”.

Historia nie przyznała im racji? Niekoniecznie. Gaullizm opierał się na dziwnej organizacji SAC (dosł. „Służba Akcji Obywatelskiej”), która początkowo miała być czymś w rodzaju pospolitego ruszenia apolitycznych patriotów, potem jednak zdegenerowała się w paramafijną bojówkę, uwikłaną w morderstwa, porwania i pobicia.

Policją rządzili fachowcy z czasów rządu Vichy, stosujący sprawdzone nazistowskie metody, czego przejawem były liczne ofiary śmiertelne paryskich demonstracji z 17 października 1961 i 8 lutego 1962. Liczba ofiar tej pierwszej jest do dziś nieznana (od kilkudziesięciu do kilkuset), w tej drugiej wszyscy byli biali, więc jest znana (9).

Lata 70. to z kolei szczytowa faza samowoli służb specjalnych. W redakcji pisma „Canard Enchaine” wieczorem 3 grudnia 1973 pewien rysownik zainteresował się dziwnymi „fachowcami”.

Powiedzieli mu, że są hydraulikami. Rysownik nie uwierzył, bo Paryżanin nie uwierzy w hydraulika pracującego po godzinach.

Szybko okazało się, że to agenci tajnej policji DST, zakładający podsłuch w redakcji. Połamano tutaj mnóstwo ustaw, w tym konstytucję, ale minister spraw wewnętrznych zakazał swoim podwładnym składania zeznań.

Sędzia Alain Bernard mimo to kontynuował śledztwo, bo „hydraulicy” zostawili dość śladów materialnych. Został więc oddelegowany na Korsykę, a jego następca (sędzia Pinsseau) zamknął sprawę 29 grudnia 1976.

Dla nas wejście do Unii było wejściem do elitarnego klubu praw człowieka. Często zapominamy, że tym samym Unia jest dla Francuzów, Szwedów, Niemców, Brytyjczyków i Włochów (wybrałem te kraje, o których wiem na pewno, że tam też były podobne afery typu „samowolka służb, po której za kratki poszedł tylko dziennikarz, który to opisał”).

Zależy im na unijnym systemie wymuszania praworządności, bo oni też chcą być chronieni przed własnymi politykami. Nie trzeba im tłumaczyć, czym grozi sytuacja, w której minister może oddelegować niepokornego sędziego na Korsykę.

I nie ma argumentować, że „u nich też tak było”. Właśnie po to założyli Unię, żeby już tak nie było.

Cenzura politycznej poprawności

Jak wiecie, cenię sobie wolność słowa i humor nawet jadący po bandzie. Ideałem była dla mnie zawsze Francja, w której mogą się ukazywać pisma takie jak „Charlie Hebdo” czy „Le Canard Enchaine”.

Z niepokojem więc wypatruję lewicowej cenzury, która podobno szaleje w USA. Nie chciałbym wylądować po złej stronie!

Przeczytałem z uwagą edytorial Breta Stephensa w „New York Timesie”, który tym właśnie straszy. Ale nie przekonał mnie.

Zaczyna swój tekst od opisu awantury na Twitterze, w których go #prześladujo. Cóż, być na Twitterze i narzekać na chamskie przepychanki, to jak pójść na imprezę swingersów i nie chcieć się rozebrać.

Potem przechodzi do niby-konkretów. Pisze, że „dwie trzecie Amerykanów odczuwa presję, by w pewien sposób się wypowiadać na temat rasy i religii” i że „opinie uważane za rozsądne kilka lat temu wygłasza się już szeptem”.

Na tyle znam Amerykę, że wiem, że jak przerażające opinie na ten temat uważano tam za „rozsądne”. Prezydent Wilson, który ma plac w bliskiej memu sercu części Warszawy, ubolewał nad tym, że jego ojczyzna psuje swoją pulę genetyczną przyjmując imigrantów „najpodlejszego sortu”.

Ludzie o prawicowych poglądach pokiwają teraz głową – no jasne, to prawda, niepotrzebnie wpuszczają tych wszystkich uchodźców. Zrobią ten sam błąd, co Typowy Seba w UK, który popiera prawicę, bo ta jest przeciwko imigrantom.

Bo Wilson w następnym zdaniu wyjaśniał, o jakich ludzi mu chodzi. „Z południa Włoch (…) z Węgier i z Polski, ludzi, którym brak umiejętności, energii i inteligencji”. I w jego czasach mogło to się wydawać uzasadnione: imigranci z naszego regionu zakładali organizacje przestępcze i robili zamachy terrorystyczne, tkwili w swoich gettach, nie integrując się ze społeczeństwem, wyznawali jakieś fanatyczne religie, jak judaizm czy katolicyzm.

Panowało wtedy przekonanie, że Słowianie i Żydzi są genetycznie głupsi (i były na to nawet „naukowe dowody”). Rasizm był wtedy poglądem uważanym za rozsądny.

Ameryka samym swoim rozkwitem udowodniła fałszywość tych poglądów. W drugim pokoleniu ci „genetycznie upośledzeni” zakładali firmy takie jak Sikorsky czy Metro-Goldwyn-Mayer.

I potem punkt widzenia się odwracał. Pojawiło się stereotypowe przekonanie o żydowskim sprycie czy też dziedzicznej predyspozycji Azjatów do matematyki (a ich uważano za jeszcze gorszy sort – do 1945 po prostu ich nie wpuszczano, w trosce o pulę genetyczną).

Jeśli dziś takie przesądy się zwalcza, to dobrze. Dostatecznie wielu ludzi już cierpiało za ich sprawą (wśród ofiar byli Polacy).

Dalej Stephens pisze, że „wykładowcy boją się studentów” a „wydawcy rezygnują z książek wobec najdrobniejszego zagrożenia kontrowersją w mediach społecznościowych”. Obszernie też opisuje, jak Nike i Adidas rezygnowały z kampanii reklamowych w reakcji na nieprzychylne reakcje w targecie.

Zacznę od końca. Nike i Adidas chcą sprzedawać buty Afroamerykanom, a więc chcą, żeby ci pozytywnie przyjmowali kampanie reklamowe. Co w tym w ogóle dziwnego (albo nowego)?

To, że „wykładowcy się boją studentów” wydaje mi się naturalne, zwłaszcza w Ameryce, gdzie student praktycznie zawsze jest płacącym klientem. Ja też się „boję studentów” w takim sensie, że staram się pamiętać, kto tu komu płaci.

Jeśli studenci sobie nie życzą homofobii czy rasizmu, uczelnia powinna ustąpić. To nie cenzura tylko klasyczne „klient nasz pan”.

Przykład o „wydawcach rezygnujących z książek” ze zrozumiałych powodów mnie zaniepokoił, ale Stephens linkuje tam skandal związany z tym, że autorka Natasha Tynes jechała metrem i Afroamerykanka zepsuła jej nastrój, jedząc kanapkę (!).

Pisarka w ramach zemsty zrobiła zdjęcie kanapkożerczyni. A że ta miała służbowe ubranie, to jeszcze otagowała jej pracodawcę, żądając kroków dyscyplinujących (!!).

Wywołała tym oburzenie na Twitterze i straciła m.in. kontrakt książkowy. Ale przecież wbrew opisowi Stephensa, Tynes nie jest niewinną ofiarą.

Nie wolno robić ludziom ukradkiem zdjęć i publikować bez ich zgody. Że wielu ludziom to uchodzi bezkarnie to jeszcze nie znaczy, że to zgodne z prawem.

Szczególnie obrzydliwe jest gdy ktoś to robi w złej wierze: paniusia z wyższej średniej ma pretensje, że ktoś z klasy robotniczej nie może wyskoczyć do restauracji na lunch, jak ona i jej znajomi. Też bym się brzydził jej książek.

Na koniec Stephens doczepia przykład z zupełnie innej beczki: prawicowy influencer Andy Ngo został pobity podczas filmowania zamieszek. Bardzo mi go szkoda, życzę mu powrotu do zdrowia, ale filmowanie zamieszek jest zajęciem wysokiego ryzyka.

W każdym kraju można ułożyć długą listę fotoreporterów, którzy padli ofiarą przemocy, bo szukając dobrego ujęcia znaleźli się w epicentrum. Także w ojczyźnie „Charlie Hebdo”.

Krótko mówiąc, Stephens mnie nie przekonał. Skoro szukał przykładów dla poparcia swojej tezy – a znalazł tylko to, no to chyba nie ma większego problemu.

W gruncie rzeczy jego ostrzeżenia sprowadzają się do tego, że nie można już być otwarcie rasistą jak za czasów Jima Crow, że Afroamerykanie są istotną grupą konsumencką, z której opiniami muszą się liczyć Adidas i Nike, że studentów traktuje się podmiotowo, że nie wolno robić ukradkiem zdjęć współpasażerom oraz że reporterzy filmujący zamieszki czasem też padają ich ofiarą (a woda nadal jest mokra).

Ktoś może zna jakieś bardziej przekonujące przykłady cenzury politycznej poprawności? Wyślijcie Stephensowi (albo wpiszcie w komciach).

Zero km autostrad

Zaniedbywałem trochę zakładkę Pathfinder, bo po prawdzie niewiele się już dzieje. Te pionierskie czasy, gdy nagle podróże po Polsce ulegały zrewolucjonizowaniu dzięki otwarciu S8 do Wrocławia albo A1 do Gdańska, już się skończyły.

Teraz jeśli gdzieś się dokonuje poprawa – to inkrementalna, jak pipsztyczek na S17 do Lublina (a i tak najbardziej się opłaca jechać przez Kozienice). W centralnym odcinku dawnej gierkówki mamy zaś wręcz regres, bo budowa obwodnicy Częstochowy się zatrzymała, ale już ruszyły remonty i przebudowy zaplanowane z założeniem, że będzie gotowa na lato.

Drodzy kierowcy, trzeba zmienić odruchy. Kiedyś do Krakowa jechaliśmy przez Śląsk, teraz – jeśli kogoś gugielmapa poprowadzi do Katowic przez Kraków, to należy się jej słuchać.

Opozycja się nagle obudziła i zaczęła krytykować rząd, że od 2017 nie oddaje nowych fragmentów autostrad. To prawda, ale dla opozycji ten argument to strzał w stopę.

Rząd PiS miałby wspaniałą okazję do celebry z wielką pompą i przecinaniem wstęgi, RADYKALNIE poprawiając tuż przed wakacjami dojazdy Polaków w przeróżnych kierunkach, gdyby zgodnie z planem udało się w czerwcu oddać do ruchu wspomnianą obwodnicę Częstochowy. Możemy sobie wyobrazić ten materiał o 19:30!

Niestety, kontrakt z firmą Salini okazał się porażką. Firma zeszła w niesławie z placu budowy (a także z S3 na północ od Lubina).

Opozycja powinna to wykorzystać? No nie bardzo. Kontrakt na obwodnicę Częstochowy podpisano na dwa tygodnie przed wyborami (12 października 2015), a na S3 to ho ho, w 2014.

Jeśli więc opozycja będzie grać na tej nucie, władza ją zmiażdży kontrargumentem: krytykujecie nas za umowy, które sami wynegocjowaliście i podpisaliście. Gdybyście wybrali lepszego wykonawcę, mielibyśmy w tym roku bardzo ważne parędziesiąt kilometrów A1.

Tylko że tak naprawdę to wszystko nie ma sensu, bo 4 lata to zazwyczaj za mało, żeby przeprowadzić inwestycję od początku do końca. Pierwsze odcinki dróg szybkiego ruchu, na budowę których umowę podpisano już za rządu PiS, to S6 Kołobrzeg-Koszalin.

Według umowy z jesieni 2015 mieli skończyć na wiosnę 2019. Jak dobrze pójdzie, skończą jesienią 2019.

Oczywiście, skoro jakąś umowę podpisywano zaraz po wyborach to znaczy, że nie ma w tym żadnej zasługi PiS. Poza tym, że nie był już tamtym strasznym PiSem z roku 2005, kiedy premier Marcinkiewicz wraz z ministrem Polaczkiem wyrzucili do kosza to co przygotowali ich poprzednicy.

Nawiasem mówiąc, ISABEL! WALCZ! ZABIERZ MU OSTATNIE SKARPETKI! JAKO WARSZAWSKI KIEROWCA JESTEM PO TWOJEJ STRONIE!

Straty, które ta postawa wtedy spowodowała, oszacowałem kiedyś na blogu na dwa lata i trzy miliardy. No ale to naprawdę był inny PiS.

Obecny – co byśmy o nim złego nie mówili – już tak nie zrobił. Przyjął politykę rozsądnej kontynuacji. Najbardziej spektakularne przecięcia wstęgi będą mieć jego następcy (a tak naprawdę wszystko przygotowali jego poprzednicy).

Załączony wykres (autor: Toonczyk, źródło: forum infrastruktury na Skyscrapercity, oryginał: tu) pokazuje drogi w eksploatacji. Nie widać jakiegoś tąpnięcia, o które można by oskarżyć PiS.

Widać za to inną ciekawostkę: w zeszłym roku po raz pierwszy dwujezdniowe ekspresówki (niebieskie) wyprzedziły autostrady (zielone).

Budowa autostrad zmierza ku końcowi. Według planu ma być ich ok. 2000 km. Od września 2016 w eksploatacji jest 1641 – czyli 82%.

W budowie jest 122 (przy czym to jest zwodnicza liczba, bo część tego to upgrade drogi już istniejącej – np. gierkówki). Następnemu rządowi zostało już tylko ok. 10% (A2 na wschód od Mińska Mazowieckiego). To już nie będzie spektakularne.

Dróg ekspresowych mamy w eksploatacji ok. 2200. Planowana sieć to ok. 2600 (pierwszy etap) i ok. 5200 (drugi etap). W ten drugi etap wliczają się drogi, które być może nigdy nie powstaną i tak do końca sam nie jestem przekonany, czy powinny powstać („autostrada przez Mazury”, itd.).

Krótko mówiąc, w kwestii autostrad i ekspresówek niewiele już zostało następnym rządom. Teraz priorytetem powinna być kolej.

Jeśli opozycyjni dziennikarze akurat teraz się budzą, a w latach 2007-2015 robili w wolontariacie PiS, powielając bzdury o „najdroższych w Europie” (itd.)… to może lepiej by było, gdyby spali dalej.

Czy są tu jacyś cyberoptymiści?

Przy okazji mojego edytorialu w dodatku „Nasza Europa” chciałbym przeprowadzić sondaż opinii komcionautycznej. Jakieś 10 lat temu mieliśmy na tym blogu (jeszcze pod starym adresem) serię flejmów na temat cyberkorpów.

Standardowym podejściem w moim bąbelku (a także ówczesną linią redakcyjną „Krytyki Politycznej”) było traktowanie Google’a i Facebooka jako organizacji nieledwie charytatywnych, założonych przez bezinteresownych akademików z Harvarda i Stanforda. Nie robili tego dla pieniędzy, a fe!, kierowało nimi pragnienie niesienia ludzkości lepszych narzędzi poznawczych i komunikacyjnych.

Toczyliśmy wtedy gorące spory w komentarzach, w których część komcionautów bagatelizowała opisywane przeze mnie zagrożenia. „Jak ktoś nie chce, nie musi używać”, „Ja się kryję za firewallem awatara”, „Telegrafu na pewno też się obawiali” – pamiętacie te argumenty?

Jestem ciekaw, czy jeszcze ktoś w nie wierzy, czy raczej już wszyscy dołączyliście do obozu cyberpesymistów. Bez obaw, nie będę za to banować.

Chcę po prostu wiedzieć do jakiego targetu przemawiam. Takiego, który nadal wierzy w „drukarki 3D drukujące drukarki 3D” i „robienie rewolucji przy pomocy soszial mediów” , czy takiego, któremu nie trzeba tłumaczyć zagrożeń związanych z monopolem GAFA. Czy ktoś z was jeszcze wierzy w wolny wybor („nie ma obowiązku korzystania z GAFA”)?

W edytorialu napisałem: „W praktyce w społeczeństwie nie można dziś funkcjonować bez internetu, a z kolei internetu nie można używać z całkowitym pominięciem przynajmniej jednej korporacji tworzącej kartel GAFA”. Wystarczy że mamy smartfona i już jesteśmy skazani albo na G, albo na A.

Coraz trudniej używać internetu bez smartfona – pewne usługi są już dostępne wyłącznie przez „aplikację mobilną”. Co raz trudniej zresztą kupić fona bez smart (albo: telewizor bez Androida).

Kiedyś wśród cyberoptymistów z mojego bąbelka popularne było ironizowanie „radia i telegrafu też na pewno się obawiano”. Spory fragment swojej książki poświęciłem polemice z tą ironią.

Owszem, obawiano się – i dlatego zawsze w historii takie wynalazki poddawano ścisłym państwowym regulacjom. Od druku po telewizję!

Pierwszym krajem, w którym zderegulowano druk, była Anglia. Nie stało się to jednak celowo, tylko z powodu porewolucyjnego bałaganu.

W 1688 władzę objął Wilhelm Orański w tzw. Chwalebnej Rewolucji. Licencje na druk, wydane jeszcze za Stuartów, wygasły w 1694. Wilhelm zderegulował druk przez zaniechanie: miał za dużo kłopotów na głowie, żeby wymyślać nowy, porewolucyjny system regulowania druku.

Maszyny tkackie objęte były państwowymi regulacjami aż do czasu wojen napoleońskich. Pierwsze regulacje wprowadził jeszcze Edward VI. A tak swój regulacyjny dekret uzasadniła Elżbieta I: „Mam zbyt wiele miłości dla moich biednych poddanych, którzy zarabiają na chleb parając się dziewiarstwem, żeby finansować wynalazek, który ich doprowadzi do ruiny”.

Podobne zasady obowiązywały w całej Europie, ale angielskie źródła najłatwiej odnaleźć. Jak widać, zasadniczym celem regulacji zawsze była ochrona stabilności państwa, zazwyczaj w postaci ochrony interesu jakiejś grupy społecznej (np. żeby mechanizacja nie niszczyła miejsc pracy). Bo nawet monarcha absolutny musiał się liczyć z poparciem (wbrew pozorom).

Internet do 1995 należał do amerykańskiego państwa. To, co nas zachwycało w pra-internecie z czasów zielonych literek na czarnym tle, było skutkiem ówczesnych regulacji, dających dostęp w praktyce tylko akademikom i wybranym korporacjom.

Popełniliśmy (my, ludzkość) historyczny błąd w przekonaniu, że kiedy się to sprywatyzuje, otworzy i puści na żywioł, to będzie dalej tak akademicko, wspólnotowo i bezinteresownie. Jak w „Doomie” i „Half-Life”, naukowcy otworzyli portal do piekła, z którego wyleciały demony.

Jak to teraz uregulować, to jest osobne pytanie (i raczej nie na niszowy blogasek drugorzędnego felietonisty). Chciałem tylko na razie się upewnić czy mam tu jeszcze kogoś, kto o Internecie myśli tak jak red. Jan Kapela w roku 2010 (swoją drogą ciekawe czy mu już przeszło).

Face Lifting kontra Classic

Wygląda na to, że już nikt nie wierzy w odsunięcie PiS od władzy. Schetyna po prostu woli być w nieskończoność liderem opozycji niż premierem – co ja poniekąd nawet rozumiem, kasa mniej więcej ta sama, obowiązków dużo mniej.

Świadczy o tym choćby desperacki plan skupienia się na wyborach do Senatu. Kontrola nad senatem to szczyt marzeń wiecznego opozycjonisty: już coś może, nadal nic nie musi.

Bezradność opozycji wynika, jak sądzę, częściowo z tego, że Kaczyńskich znowu jest dwóch. Ale teraz obaj są Jarosławem.

Jest więc sobie Kaczyński Classic Vintage, co to straszy strefami szariatu i krzyczy o kanaliach. Opozycja mniej więcej wie, jak sobie z nim radzić.

Ale jest też Kaczyński 2.0 Face Lifting Anniversary Edition, wobec którego opozycja durnieje. To ten, który obiecuje, że wynegocjuje z Unii dopłaty na tuczniki i rozdaje jednym zwolnienie z PIT, drugim trzynastą emeryturę.

Opozycja reaguje po staremu i cały jej impet pada w próżnię. Atakuje Kaczyńskiego CV, a walczy z Kaczyńskim FL. Jego nie ma tam, gdzie opozycja celuje.

Na „dopłaty na tucznika” opozycja POWINNA BYŁA zareagować mówiąc że to ona lepiej sobie radzi w Unii, bo należy do EPP i ma dobre kontakty. To przecież prawda! Jeśli z tego szydzić, to raczej per „he he, załatwicie tak jak Saryuszowi stołek”.

Impet opozycji poszedł jednak w głupkowate kpiny z „krowy plus” i tradycyjne straszenie „rozdawnictwem”. Jaki to przyniosło efekt, powiedziała nam Państwowa Komisja Wyborcza.

Wydaje mi się, że tej dualności nie dostrzegają także niektórzy moi PT Komcionauci, upierający się w powyborczej dyskusji, że PiS jest za Polexitem. Kaczyńskiemu Classic można to od biedy zarzucić, Kaczyński Face Lifting to explicite wyklucza: obiecuje kasę z Unii, obiecuje dążenie do poziomu życia Niemców/Szwedów/Francuzów.

Kaczyński FL zdaje się być radośnie nieświadom tego, o czym mówi Kaczyński CV – że Szwedzi jęczą pod jarzmem genderu, Berlin opanowali uchodźcy, a Paryż to jedna wielka strefa szariatu. Opozycja MOGŁABY rozgrywać tę niespójność, ale woli starą płytę, że „zaraz wydarzy się ten kryzys gospodarczy, który niezmiennie przepowiadamy od 4 lat”.

Tymczasem ta dwoistość przekłada się też na propagację postaw wyborczych. Tuszę, że nikt z PT Komcionautów nie głosuje na PiS, ale przecież wszyscy mamy jakiegoś pisowskiego krewnego, nazwijmy go roboczo Wujkiem Mietkiem.

Wujek Mietek gadał kiedyś na rodzinnych imprezach takie głupoty, że obśmiewanie ich było aż zbyt proste. Strefy szariatu w Paryżu? Kuzyn Krzysio, który studiuje lacanistykę na UW, był wiele razy w Paryżu, wie że to bzdura. Rodzina wierzy raczej jemu, nawet jeśli nie chce sprawiać przykrości wujkowi.

Ale od pewnego czasu wujek Mietek ma już inne argumenty. Teraz na imieninach babci powiedział, że dzięki 500+ tak im się poprawiło, że chciałby spełnić marzenie swoich dzieci i zabrać je do Disneylandu.

I pyta kuzyna Krzysia, jak tam w ogóle lecieć do tego Paryża, z Modlina czy z Okęcia? I ten widząc, że wujek z nim po raz pierwszy od lat rozmawia po ludzku, nawet zaczyna się dzielić protipami o wyższości Łiza nad Rajanem.

Zresztą, może tego nie powie na głos, ale jego dziadkowie obiecali mu swoje trzynaste emerytury. Kupi z nich sobie nowego ajfonsa.

Finanse polskich rodzin to naczynia połączone – zazwyczaj oparte o odwróconą solidarność pokoleniową. Zaryzykowałbym tezę, że teraz już każda polska rodzina odczuwa (lub odczuje) *jakąś* poprawę wynikającą z pisowskiego rozdawnictwa.

Końcowym beneficjentem nie musi być przecież ten, kto się formalnie załapał na 500+ czy trzynastą emeryturę. Dziadkowie boomersi wspierają wnuczków milenialsów, na przykład studiującego w Warszawie Krzysia lacanistę.

To się wszystko przekłada na brak bojowych nastrojów w opozycji. Bo nawet jeśli Krzyś głosował na Antypis, to nie „ruszy na Nowogrodzką”, jak go do tego namawiają autorytety ze smutnego kabaretu profesorsko-celebryckiego.

W gruncie rzeczy, nie jest mu źle. A na pewno jest mu lepiej niż 4 lata temu.

Opozycja musi przede wszystkim znaleźć jakiś sposób, żeby i wujkowi Mietkowi i kuzynowi Krzysiowi przekazać, że pod jej rządami, ich życie się nie pogorszy. A nawet polepszy.

To wymaga jednak wysiłku. O ileż łatwiej jest wyklinać roszczeniowców i straszyć tym samym kryzysem co zwykle, który nadejdzie najdalej za pół roku, no tym razem już serio serio naprawdę naprawdę jak bonie dydy.

Now Playing (175)

Cofnijmy się do lat zerowych. Ach, the naughties! Był sobie rok 2008, mój blogasek działał już 2 lata, świat zmierzał – jak się wydawało – w Generalnie Dobrym Kierunku.

Moim ulubionym stylem muzycznym były wówczas mashupy (i inne formy ironicznego remiksowania kultury). Najstarsi blogobywalcy pamiętają, jak was zanudzałem produkcjami ze składanek „Best of Bootie”!

Jakoś ostatnio ponownie wpadła mi w uszy jedna z nich, zapewne za sprawą „Bohemian Rhapsody” i „The Dirt”, drugorzędnego biopika o drugorzędnym zespole, Motley Crue. Oba przynoszą ciekawe refleksje na temat estetyki rocka, a to temat ważny dla mnie, a więc i dla Was (nolensując wolensa).

W latach 80. na Zachodzie prawica dostała szmergla na punkcie teorii spiskowej backmaskingu. Dokładnie taki sam świr, który dzisiaj zrobi taką minę, jakby ujawniał sekrety rządzące tym światem, wypowiadając słowa „marksizm kulturowy”, 40 lat temu robił ją mówiąć „backmasking”.

Chodziło o to, że zespoły rockowe ukrywają na swoich płytach satanistyczne przesłanie, nagrane od tyłu. W 1982 roku nagłośnił to w USA teleewangelista Gary Greenwald, demaskując satanizm wykonawców takich, jak Styx, Electric Light Orchestra, Led Zeppelin, Pink Floyd czy właśnie Queen.

Do katolickiej Polski to docierało różnymi kanałami. Po pierwsze, nasi wąsaci Polonusi z Jackowa troszczyli się o swoich krewnych w kraju, żeby nie słuchali tych satanistycznych Zeppelinów, tylko np. „Cztery razy po dwa razy” chrześcijańskiego zespołu Polskie Orły.

A po drugie: stosunkowo szybkim kanałem przenoszenia tego typu szajb byli Świadkowie Jehowy. Ja po raz pierwszy o satanistycznym Pink Floyd przeczytałem właśnie w „Strażnicy” albo „Przebudźcie się”.

Pastor Greenwald zademonstrował w swoim programie, że refren piosenki „Another One Bites The Dust” puszczony od tyłu brzmi „It’s Fun To Smoke Marihuana”. W 2008 DJ Lobsterdust zrobił z tego fajny mashup, w którym zgodnie występują: Queen, pastor Greenwald i… ummm, Szatan.

W psychologii kognitywnej nazywa się to pareidolią. To skłonność ludzkiego umysłu do doszukiwania się znanych wzorców w chaosie, zwłaszcza gdy dochodzi do tego lęk.

To dlatego nocą ubrania na wieszaku mogą wyglądać jak skradający się zabójcy. Po prostu jesteśmy potomkami tych małpoludów, które w takiej sytuacji nie czekały na rozwój wydarzeń, tylko sięgały po maczugę – małpoludy pozbawione pareidolii wyginęły.

Jeśli więc ktoś ogólnie wierzy w istnienie satanistycznego spisku na rzecz zniszczenia chrześcijańskiego świata, wszędzie znajdzie na to dowody. Choćby w postaci satanizmu Electric Light Orchestra.

Analogowe nośniki pozwalały na stosunkowo łatwe puszczenie czegoś od tyłu. Na czterościeżkowym magnetofonie szpulowym (np. marki Zakłady Kasprzaka) regularnie to się przydarzało przez przypadek – kierunek odtwarzania ustawiało się wihajstrem na chybił-trafił.

Gdy nadeszły płyty CD, zrobiło się to trudniejsze (w typowym przypadku: wręcz niemożliwe). I nagle strach przed backmaskingiem zniknął.

Szatan najwyraźniej zmienił metody działania tylko dlatego, że stały się trudniejsze do zdemaskowania. Logiczne jak prawicowa publicystyka.

Z perspektywy czasu najśmieszniejsze, że przecież prawdziwe zespoły rockowe (no jednak nie ELO, helou), niosły podobne przesłanie otwartym tekstem. W końcu gdyby marihuana nie była „fun”, to kto by ją palił.

Obawa przed szkodliwym wpływem wychowawczym muzyki rockowej miałaby więc jakieś ręce i nogi – gdyby nie ośmieszano ją poszukiwaniem „ukrytych przesłań”. Powiedziałbym więc, że Szatan działa poprzez ośmieszanie uzasadnionej rodzicielskiej troski działaniami ludzi takich jak pastor Greenwald.

A dla nas, drodzy blogonauci, wynika z tego fałszywość hasła „nie należy ich drażnić tęczową aureolą”. Oni sobie zawsze coś znajdą przez pareidolię – choćby maskotka słonika wyda im się „furtką przez którą Szatan podsuwa złe myśli” (jak podczas słynnego ogniska na Pomorzu).

Trzeba robić swoje i niespecjalnie się przejmować. W koncu za 10 lat oni zapomną o obecnej panice i wymyślą se drugą, że już nie „marksizm kulturowy” tylko „leninizm sportowy”. Czy coś w ten deseń.