Heglizm malkistowski

Gdy wychodził nowy numer agorowego magazynu „Książki”, jego redaktorzy wrzucali teksty do internetu w krótkich odstępach. Ponoć jak się wrzuci wszystko na raz, spadają zasięgi.

Wywalono ich w trakcie tego procesu, więc najnowszego numeru do dzisiaj nie ma w całości na wyborczej pe el. W tym mojego tekstu o „Porachunkach” Jędrzeja Malko. Trochę szkoda, bo chciałem go podlinkować pisząc o nim na blogu. Może kiedyś wrzucą, ale pewnie mają pilniejsze sprawy na głowie.

Książka jest o pieniądzu w różnych ujęciach (historycznym, politycznym, ekonomicznym). Dla kogoś, kto nie czytał Graebera, niektóre tezy będą rewolucyjne – ale jak ktoś czytał, też się dowiaduje ciekawych rzeczy.

Na początku Malko pisze o oporze, który w ludziach wywołuje wiedza „skąd się biorą pieniądze”. Każdy uważa, że to wie, ale jak się robi szczegółowe badanie typu „czy rząd ma prawo do tego, a bank do tamtego”, większość ludzi udziela błędnych odpowiedzi, w tym: posłowie, którzy teoretycznie o tym decydują.

Wystarczy rzucić zdechłym kotem by trafić w publicystę opinii, który powie coś w stylu „banki udzielają kredytów z tego, co zgromadziły z depozytów”. Albo że zanim ludzkość nie wynalazła pieniędzy, posługiwała się barterem. Takie głupoty znajdziemy niestety nawet w podręcznikach. Książka Malki jest odtrutką, choć oczywiście przeczytają ją nieliczni.

W superskrócie, opowiada jak koncepcja „finansowej alchemii”, czyli kreowania pieniędzy ex nihilo przez banki, rywalizowała przez stulecia z koncepcją „pieniądza kruszcowego”, by z nią ostatecznie wygrać pół wieku temu. To na tyle niedawno, że część z nas była wtedy na świecie. Ja jeszcze gdy jako dziecko pytałem, czemu właściwie waluty dzielą się na peweksowe i niepeweksowe wyjaśniano mi, że te pierwsze mają pokrycie w złocie. Wtedy jeszcze szczątkowo faktycznie je miały.

Pieniądz alchemiczny wymaga zaufania, że bankowe kredyty, w wyniku których powstaje, zostaną kiedyś spłacone. W tyranii z tym krucho, bo tutaj zawsze jest ryzyko, że król może bankierów spalić na stosie. To jest świetny numer na raz, ale potem trzeba pożyczać pieniądze na zaporowych warunkach i dlatego tyranie w końcu upadają.

Stąd widoczna w Europie przez kilkaset lat tendencja faworyzująca ustroje może niekoniecznie zaraz demokratyczne, ale przynajmniej praworządne. W państwie, w którym w teorii król może przegrać proces ze swoim poddanym, finansowa alchemia lepiej działa. Gdy „są jeszcze sędziowie w Berlinie” to i bankierzy tam prosperują.

To tłumaczy koncepcję „końca historii”, którą Fukuyama jak wiadomo zaczerpnął od Hegla. On za ten koniec uważał narodziny nowożytnego państwa pruskiego.

Wielu historycznych progresywistów (w tym Adam Smith i Karol Marks) wierzyło w istnienie jakiejś niewidzialnej ręki, która sprzyja wolności. Marks i Engels próbowali to wyjaśniać „materializmem historycznym”, którego nigdy do końca nie wymyślili, co stawiało pokolenia marksistów w niezręcznej sytuacji konieczności udawania, że się zna dzieło nieznane nawet jego twórcom.

Jeśli ta książka doprowadzi do pojawienia się malkizmu, to w nim ta „niewidzialna ręka” okazuje się kamieniem filozoficznym, za sprawą którego bank może napisać „to jest stówa” na kartce papieru. I staje się stówa. Zimnej wojny nie wygrali więc demokraci, tylko stojący za nimi alchemicy.

Sprawują władzę absolutną. Nawet w Rosji człowiekiem numer dwa od pewnego czasu zdaje się być nie generał, nie czekista tylko finansista pilnujący obszczaka.

Co za tym idzie, alchemicy nie potrzebują już demokratów. Okazali się poputczykami, „użytecznymi idiotami”, „fellow travellerami”, którzy spełnili swoją rolę – i są teraz do odstrzału jak żyrondyści dla jakobinów, sa-mani dla ss-manów albo eserowcy dla bolszewików.

Malko dostarcza nowej odpowiedzi na pytanie o „koniec historii”. Otóż on nadszedł, tylko nie taki jak go sobie Hegel wyobrażał. Prawdziwymi zwycięzcami zimnej wojny nie byli Wałęsa, Reagan ani Wojtyła, tylko Jeffrey Epstein.

Klasa Epsteina jest coraz bogatsza, a reszta populacji Zachodu coraz biedniejsza. Gwałtownie to przyśpieszyło w ciągu ostatnich paru lat, gdy pandemia i wojna nam wszystkim przysparzała biedy i cierpienia, ale dla klasy Epsteina to była bonanza, są znacznie bogatsi niż w 2019 i nawet już nie ukrywają, że w kolejnych tragediach widzą kolejne okazje.

Malkizm udziela odpowiedzi na wiele pytań współczesności, na przykład na fishero-żiżkowe „dlaczego łatwiej nam wyobrazić koniec świata niż koniec kapitalizmu”. Bo koniec świata nastąpił, tylko nie taki, na jaki byliśmy nastawieni. Albo dlaczego czy wygra Pis czy Antypis (albo Trump czy Antytrump), i tak rządzący nawet nie próbują już udawać, że w ogóle ich cokolwiek obchodzi los Przeciętnego Człowieczka z Przeciętnymi Zarobeczkami. Klasa Epsteina zawłaszczyła wszystko, nawet wyobraźnię.

Jest to więc książka wybitna, więc dla mnie to szczęście w nieszczęściu, że akurat na niej kończy się moja współpraca z Agorą. 29 lat temu moim pierwszym tekstem też była recenzja książki: „Kokainowych nocy” Ballarda. Nie jest może najwybitniejsza w jego dorobku, ale po prostu akurat wtedy wyszła w Polsce.

Te książki dobrze ze sobą korespondują, bo odrobinę tylko naciągając powiedziałbym, że cała proza Ballarda to ilustracja dla zjawisk opisywanych w „Porachunkach”. Nawet „Imperium Słońca”, bo to przecież też powieść o wojnie finansowych alchemików z upadającą tyranią.

Malką więc kończę, co Ballardem zacząłem. Mogło być gorzej. Z tej okazji ośmielę się jednak zaapelować o suby i donejty. Niedługo o książkach naprawdę będziemy mogli gadać już tylko na crowdfundowanych blogaskach.

Czytajta O’Briena!

Osoby interesujące się Ukrainą kojarzą Phillipsa O’Briena (a nieinteresujce się trafiły na niewłaściwego bloga). Wydał on niedawno książkę „War and Power: Who Wins Wars ― and Why”, którą należy tu uznać za lekturę obowiązkową. O’Brien wykłada tam swoją Teorię Sztuki Wojennej, która brzmi dla mnie – jako dla absolwenta szkoły Paradoxu – całkiem sensownie.

O’Brien jest zaprzysięgłym wrogiem „realizmu”, podobnie jak Jors Truli. Pod tą pozornie sympatyczną nazwą kryje się doktryna międzynarodowa, w której liczy się tylko siła, więc cokolwiek robi supermocarstwo, jest eo ipso usprawiedliwione. Można się tej idei sprzeciwiać z powodów etycznych, ale można też z czysto racjonalnych: realizm wszystko sprowadza do pojęć, których nie sposób zdefiniować.

Kto jest supermocarstwem? W HOI4 definicja jest prosta: trzeba mieć co najmniej 70% potencjału przemysłowego siedmiu najbardziej uprzemysłowionych państw (wbrew pozorom, nie chodzi więc po prostu o bycie w górnej siódemce, w mojej obecnej grze jest 9 supermocarstw, w tym odrodzona Rzeczpospolita Obojga Narodów ofc).

A czym jest siła? Realiści sprowadzają to do stalinowskiego „ile papież ma dywizji?”, ale to droga donikąd. Jeśli liczyć lufy, czołgi i samoloty, Południowy Wietnam i Irak Saddama należały do czołówki mocarstw.

Potencjał Rosji wielokrotnie przeszacowano w ten sposób. Podczas pierwszej światówki Niemcy zakładali, że Rosja to groźny niedźwiedź a Francja to taka śmieszna żabka, więc plan Schlieffena zakładał błyskawiczne pokonanie Francji doborowymi wojskami, które potem by przerzucono na wschód.

Jak wiadomo, wyszło odwrotnie. Doborowe wojska ugrzęzły pod Verdun, za to tyłowa armia na wschodzie, licząca 175.000 żołnierzy, unicestwiła atakujące 485.000 Rosjan. Gdyby kajzer Wiluś lepiej to zaplanował, odpala się przerażająca alternatywna historia absolutnej dominacji Niemiec w Europie.

Ten sam błąd robili prawie wszyscy do 24 lutego 2022. Zachodni analitycy przeszacowali potęgę Rosji nawet bardziej niż sam Putin, który zakładał raczej 10 dni niż 3 dni. Ale jakiś amerykański głupek (niejaki Rob Lee, specjalista od Rosji w Foreign Policy Research Institute) dla New York Timesa mówił wręcz o „30 minutach”.

O’Brien proponuje zamiast tego podejście, które nazywa „holistycznym”. Jak się można domyślić po tej nazwie, też nie jest łatwe do zdefiniowania, ale przynajmniej nie udaje takowego.

W kolejnych rozdziałach opisuje jakie znaczenie dla potencjału wojennego państwa ma jego przywództwo, gospodarka, społeczeństwo i pozycja międzynarodowa. Zauważę na marginesie, że wszystkie te parametry próbują oddawać gry Paradoxu, gdzie przywódca niczym w RPG, miewa plusy i minusy za swoje cechy osobowości, są też „national spirits”, „diplomatic reputation”, „stability”, „war support”, itd. Francja na przykład zaczyna ze spiritem „zwycięzcy wielkiej wojny” (który uniemożliwia reformę armii).

Wiele obserwacji O’Briena znajduję ciekawymi, na przykład że dyktatorzy generalnie z biegiem lat głupieją. Nawet niekoniecznie za sprawą sklerozy, ale po prostu dlatego, że po 10 latach zaczynają wierzyć w swoją nieomylność (bo musieli mieć już sytuacje typu „moi generałowie się ze mną nie zgadzali i kto teraz gryzie trawę”). Hitler na przykład w latach 1933-1939 parę razy grał va banque wbrew wszystkim doradcom – i wygrywał, co go doprowadziło do serii samobójczych decyzji w latach 1940-1943.

Teoretycy wojskowości mają skłonność do pomijania czynniku ludzkiego, bo patrzą na niebieskie i czerwone strzałki na mapie, a nie na tego Churchilla, który je narysował. Tymczasem Osobowość Przywódcy ma kapitalne znaczenie, bo na przykład może on mieć osobistą preferencję wobec marynarki kosztem lotnictwa, albo zdolność zrażania sojuszników.
Kajzer Wiluś skazał siebie na porażkę swoją agresywną polityką zagraniczną. Wydawało mu się, że sojusz francusko-rosyjski będzie niemożliwy, a Wielka Brytania zachowa neutralność. Zachowywał się chamowato wobec wszystkich, czym niczego nie zyskał, za to stworzył ententę przeciw sobie.

Drugim błędem krytykowanym przez O’Briena jest skupianie się na bitwach. Wszyscy mają do tego skłonność: historycy, politycy, generałowie. Tymczasem można wygrywać bitwy i przegrać wojnę, typowy przykład to USA w Wietnamie.

Żeby nie być gołosłownym, O’Brien stosuje swój model do prognozowania przebiegu ewentualnej wojny amerykańsko-chińskiej. Będzie to starcie dwóch największych współczesnych mocarstw, a więc coś porównywalnego do obu światówek.

Zakładając, że Chiny zaczną od desantu na Tajwan, wojna zacznie się od bitwy wygranej przez USA. Chińska armia nie ma doświadczenia bojowego – w odróżnieniu od amerykańskiej.
Wynik pierwszej bitwy niewiele jednak mówi o wyniku wojny. Felix Steiner, ten z memów o Hitlerze, szedł sobie w 1939 przez Polskę jak przez masło nieświadomy, że pośmiertną sławę przyniosą mu walki w ruinach Berlina. Bush junior jak ostatni kretyn świętował sukces w Iraku („MISSION ACCOMPLISHED!”).

Wojny mają tendencje trwać dłużej niż ktokolwiek przewidywał gdy padały pierwsze strzały. Kończą się w innej konfiguracji koalicyjnej niż się zaczynały, przy użyciu broni, których na początku nie znano lub bagatelizowano ich znaczenie. W 1914 powątpiewano w bojowe zastosowania aeroplanu, w 1939 nie było pewności czy bomba atomowa jest możliwa. W 2021 Ukraina robiła jeden model drona w ilościach chałupniczych, teraz 4 miliony sztuk rocznie w różnych konfiguracjach.

Wojna chińsko-amerykańska z całą pewnością spowoduje więc przetasowania w międzynarodowych sojuszach oraz wynalazek niejednego super-rozwalatora, który nawet jeszcze nie wiemy czym będzie. O’Brien jako najbardziej oczywiste podsuwa nowe rodzaje AI, ale to może być bardziej zaskakujące.

W tym wyścigu ostrożnie stawia na przewagę Chin. Jak wielu analityków nie uważa Trumpa za jednorazowy wypadek przy pracy, tylko syndrom ogólnego skretynienia amerykańskich elit (tzw. „klasy Epsteina”). Na tle Trumpa Biden, Obama czy Bush mogą się wydawać rozsądni, ale to nisko zawieszona poprzeczka.

Cała ta czwórka zniszczyła dyplomatyczną reputację USA, zdradzając sojuszników, słuchając doradców wierzących w łatwe zwycięstwo w Afganistanie, wzywając Kurdów do rebelii (by ich potem wrzucić pod autobus). Podobni kretyni będą kierować amerykańską dyplomacją podczas hipotetycznej wojny z Chinami, a więc… biedny Tajwan. Wszyscy amerykańscy sojusznicy sobie nagle przypomną, że zostawili włączone żelazko.

O irańskiej awanturze O’Brien nie zdążył oczywiście w tej książce napisać, ale analizuje ją na szrubsztaku. Pasuje do jego modelu znakomicie – Trump zachowuje się jak typowy „późny tyran”, absolwent szkoły dyplomacji im. Kajzera Wilusia. Jedyna nadzieja dla Tajwanu, że podobne objawy wystąpią u Xi Jinpinga, ale na razie się na to nie zanosi: właśnie korzysta z okazji do prezentowania Chin jako najrozsądniejszego supermocarstwa.

Zasygnalizowałem tutaj tylko niektóre wątki z tej książki, którą tak poza tym Gorąco Polecam. Dla jasności zaznaczę, że metafory odwołujące się do gier Paradoxu są wyłącznie moje własne, O’Brien ich nie robi. SZKODA!

Optimisticzieskaja dynamika

Czwartą rocznicę trzydniowej celebrowałem już na szrubsztaku, zapraszam także tutaj. Jak zwykle będzie to notka w formacie think tanku TTDKN – moje zgadywanki są równie dobre jak wasze.

Oczywiście, to smutne że w ogóle taka notka powstaje. Nie spełniły się nasze nadzieje na „Crimean Summer Beach Party”, teraz zresztą nie chciałbym tam plażować nawet po wojnie, bo to wszystko musi być potężnie skażone. Cztery lata temu jednak wielu analityków wróżyło szybki upadek Kijowa, a ja się spodziewałem upadku Charkowa – był zresztą w pełnym okrążeniu.

Przyznając więc z góry, że kiepska ze mnie Pytia, znów wyrażę nadzieję, że to się powinno skończyć w tym roku. Główne uzasadnienie mam takie, że od paru miesięcy rosyjskie media piszą o ichnim kryzysie gospodarczym.

To nowość. Dotąd to my snuliśmy nadzieje: że rubel spada, że brak benzyny, że dyskont na uralsie. Zawsze jednak Nabiulina, ten ich Hjalmar Schacht w spódnicy, potrafiła zrobić jakieś finansowe czary-mary.

Teraz to oni mówią o kryzysie. Od pewnego czasu wścieka się na ten temat Sołowiow. Oczywiście, nigdy nie mówi, że jest spowodowany przez wojnę. Wprawdzie wolno mu używać słowa „wojna”, ale używa go w przedziwnym kontekście: „czy ta Nabiulina nie rozumie, że musimy wygrać wojnę?”.

Jeśli szukać jakiegoś sensu w tych wywodach, Sołowiow zdaje się twierdzić, że przyczyną „technicznej recesji” są działania banku centralnego, który nieudolnie zwalcza inflację, schładzając gospodarkę. Że jest źle, to już przyznają wszyscy, od sasa do tassa.

W takim razie może widać światełko w tunelu? Wygląda na to, że ta wojna przypomina bardziej pierwszą niż drugą wojnę światową. Każda ofensywa albo jest nieudana, albo jest pyrrusowym zwycięstwem.

Państwa centralne do dnia kapitulacji kontrolowały kawał Europy. Powiedzmy – Brukselę. Nie wyzwolono jej w wyniku śmiałej kontrofensywy armii belgijskiej – po prostu państwa centralne się rozleciały, żołnierze dawali się rozbrajać cywilom, chcieli tylko wrócić do domu. Może podobnie będzie wyglądało wyzwolenie Donbasu?

Jak wiecie, rosyjska armia ma obecnie problem z łącznością. Wyłączono im Starlinki. Sieć buzuje od plotek, że jakoś to obejdą, ale nigdzie jeszcze nie znalazłem konkretu. Whitelista wydaje mi się rozwiązaniem nie do obejścia?

Na domiar dobrego wyłączają im też Telegram. Na razie jest spowolniony tak, że działają tylko wiadomości tekstowe. Sieć buzuje od plotek, że 1 kwietnia wyłączą go całkiem.
Rosjanie rozpaczają nad utratą „telegi” nawet bardziej niż nad starlinkami. Przeczytałem wiele wyjaśnień czemu ten serwis jest dla nich nie do zastąpienia – zależy im na zamkniętych grupowych czatach, podobno niezbędnych w sytuacjach typu „operator drona zobaczył kogoś w szarej strefie, więc pyta czy to ktoś z naszych”.

Zamknięte czaty są z kolei właśnie tym, czego nie chce dyktatura. Wygląda na to, że decyzję o wyłączeniu Telegrama już podjęto. Sieć buzuje od plotek (nadużywam tego pojęcia, prawda? no ale cóż począć, taki temat), że to wstęp może do kolejnej mobilizacji, a może do konfiskaty oszczędności, a może jednak do zawieszenia broni.

Ja się jak zwykle nie znam na gospodarce, ale wydaje mi się, że w warunkach „technicznej recesji”, każdy gwałtowny ruch typu „mobilizacja siły roboczej” / „wzrost podatków” / „zamrożenie kont” przesunie ją z technicznej w apokaliptyczną.

Jedno jest pewne. Nie sprawdziła się prognoza Niegdysiejszego Awala, że Rosja dochody z eksportu węglowodorów zastąpi czymś innym, osobliwie eksportem samochodów elektrycznych. Cztery lata temu korpomenedżmenty rosyjskich firm motoryzacyjnych mogły snuć takie plany, ale teraz już wszyscy mówią o „pesymistycznej dynamice”.

Minimum Viable PRL

W kinie moralnego niepokoju zwrot akcji często polegał na tym, że cwaniak okazywał się frajerem (i odwrotnie)

Niedawna rozmowa o PRL uświadomiła mi, że o pewnym aspekcie tamtego ustroju wielu zapomniało, część nigdy nie wiedziała. Przybliżę go notką skierowaną zwłaszcza dla Młodzieży (przed pięćdziesiątką).

Otóż droga Młodzieży, jeśli pracowałaś kiedyś w kapitalistycznym korpo, zapewne zetknęłaś się z takim fenomenem, że jest sobie zadanie, które zdaniem fachowca wymaga tygodnia pracy trzech osób. W korpo oczywiście takie zadanie mają zrealizować dwie osoby w trzy dni, kończy się to katastrofą, ale odpowiedzialny menadżer dostaje premię za oszczędnoś, a katastrofa interpretowana jest jako skutek obiektywnych zewnętrznych.

Znacie to z własnej korpokariery? Ja tak, bo to Agora w pigułce (odniosła raz w życiu jeden sukces, którego nigdy nie powtórzyła, bo większość prób wyglądała jak powyżej). W kręgach redditowo-stackoverflowowych widziałem to jak dowcip o korporacji, która udowodniła, że nikt nie lubi pizzy (proszę wyguglać dowcip o „minimum viable pizza”), więc to chyba nie tylko w Agorze tak wygląda(ło).

W każdym razie, korporacyjny kapitalizm rozwija się dzięki temu, że nie wszystkie korporacje tak realizują wszystkie produkty. W PRL to była ogólna reguła.

To konieczne by zrozumieć różnicę między tym, jak ten system wyglądał w praktyce a tym, jak wyglądał na papierze. Na papierze zróżne rzeczy wyglądały fajnie: miliony mieszkań, miejsc pracy, szpitalnych łóżek. Tylko że to wszystko było jak Minimum Viable Pizza z dowcipu.

Jeśli „dostawałeś” mieszkanie, to musiałeś je sam wykończyć, więc ten PRL-owski inteligent uszczęśliwiony kluczami do M-3 musiał teraz wyczarować kasę na tzw. „fachowców” oraz deficytowe towary jak płytki czy klepka. Zakłady działały na pół gwizdka, bo zawsze czegoś brakowało. Cały PRL był jak pizzeria, która „na razie” musi sobie radzić bez sera.

To przenikało ten ustrój z góry do dołu. Jeśli ktoś w nim próbował żyć zgodnie z regułami, czekała go porażka.

Studia niby były za darmo, ale wymagały podręczników. Te były w bibliotece, ale we wrześniu już wypożyczone, musiałeś więc je sobie kupić na rynku wtórnym. Potrafiły kosztować (w przeliczeniu na zarobki) odpowiednik dzisiejszego tysiaka, a potrzebowałeś przecież kilkunastu.

W klasie robotniczej był ten sam problem. Jeśli grałeś zgodnie z systemem, czekało cię krótkie i bolesne życie, w którym szybko traciłeś zdrowie wykonując polecenia niezgodne z BHP (pracując zgodnie, nie wyrobiłbyś normy).

Wytwarzało to kult cwaniaka: kogoś kto potrafi w tej dżungli poruszać się na skróty, podziwianego i nienawidzonego. Komedie Barei i kino moralnego niepokoju pokazywały dwie strony tego medalu. Główna oś fabuły zwykle dotyczyła konfliktu między „pierdołą” i „cwaniakiem”. Ten konflikt czasami był pokazany czasem jako tragedia, czasem jako farsa („jogi babu!”).

Na każdym piętrze chodziło o dolary. Większość inwestycji robiono w nadziei na dewizowy eksport. Do tego jednak zazwyczaj był potrzebny wkład dewizowy, na przykład na jakieś maszyny. Jeśli przemysł socjalistyczny produkował dobry sprzęt, to przecież też po to, żeby go eksportować za dewizy, a nie oddać bratniej firmie za „ruble transferowe”.

Im więcej było dewiz, tym więcej ich było potrzeba. Z błędnego koła miały nas wyrwać gierkowskie kredyty, ale wyszło odwrotnie. Ten problem występował na każdym piętrze, od rządu po Jana Kowalskiego. Sto baksów czyniło go wygrywem.

Konflikt „frajer kontra jogi babu” występował też w piosenkach. Motyw „Dla niego rzuciła mnie – bo on miał dolary, a ja nie” można rozpatrywać jako seksizm, ale wydaje mi się to wulgaryzowaniem tematu. Był to krzyk rozpaczy PRL-owskiego przegrywa, często zresztą wyrażany bez podtekstu miłosnego, np. „Kto mi zapłaci za łzy” Lombardu (#mamtonawinylu).

Jego autor, Jacek Skubikowski, był chyba takim PRL-owskim przegrywem właśnie. Niby gwiazdor, coś tam zarabiał, ale w złotówkach. Muzycy mogli sobie dorobić grając dla Polonii, na statkach albo w knajpach, gdzie mahoniowi goście dawali dolarowe napiwki za takie rzeczy, że jeszcze im wstyd. A co mógł tekściarz?

Tej walutowej obsesji nie zrozumie ktoś urodzony po 1989. Dziś kto dolarów potrzebuje, ten se przewalutuje (joła). Nie mamy już sytuacji typu „inwestycję trzeba było wstrzymać bo zabrakło wkładu dewizowego” (zdarzają się natomiast w Rosji). No i generalnie bycie Janem Kowalskim, przeciętnym człowieczkiem z przeciętnymi zarobkami, jest teraz nieporównanie przyjemniejsze niż w PRL – lepiej mieszkanie spłacać 30 lat (mieszkając w nim!) niż na nie czekać 30 lat, mieszkając w hotelu robotniczym.

Teraz odtwarzane (208)

Tyle się dzieje, że nie mam kiedy pisać o muzyce. Tymczasem w międzyczasie dopadło mnie coś, co zawsze uważałem za dno dna, najbardziej fajansiarski format jutikowo-tubtakowy, czyli tzw. „reaction videos”. Zawsze mnie brzydził, bo w ogóle w tych widkastach najbardziej hejtuję to, że kolesie koniecznie muszą pokazywać swoją japę, jakby była czymś najciekawszym na świecie (jest mnóstwo filmików o Ukrainie, zajawionych kadrem typu „głupek robi durną minę gdy się dowiedział o stratach”).

No cóż, na każdego Matyska przyjdzie jego koza do woza. Krótko mówiąc, odkryłem (=algorytmy mi podsunęły) format „obcokrajowcy reagują na polską muzykę z lat 80.”. Konkretnie zafascynowały mnie reakcje na „Samotny dom” Budki Suflera.

Tak, wiem, zaraz mnie tu któryś wyskoczy z komciem, że to 1975. Sami jutuberzy często tak powtarzają, bo pewnie wzięli to sobie z wikipedii czy co gorsza z gpt. Ale za każdym razem wyraźnie słychać, że to wersja z 1983 (ewentualnie jeszcze późniejsze).

Przy okazji rozmowy o „Stranger Things” padło pytanie, co szczególnego było w ówczesnej popkulturze. No więc była po prostu zróżnicowana. Ówczesne przeboje ZASKAKIWAŁY. Nie tylko polskie, ale oczywiście znając to wszystko na pamięć, już zapomnieliśmy jakie to dziwne dla kosmity, tzn. dla młodego obcokrajowca w XXI wieku.

Nawet gdy ktoś nie rozumie tekstu, ta piosenka jest dziwna. A jeśli rozumie, jest dziwna dubeltowo. Teraz po latach, gdy ogólnie (pop)kulturę konsumuję bardziej świadomie widzę, jak silnie Adam Sikorski inspirował się klasyką polskiego romantyzmu, zwłaszcza tego późnego, epigońskiego.

Myślę konkretnie o grupie cyganerii warszawskiej, która się nigdy tak formalnie nie nazywała. Nie stworzyli arcydzieł, ale byli inspiracją dla paru znanych kolesi w rodzaju Norwida.

Ich charakterystyka z Wikipedii brzmi bardzo rokendrolowo: „Cyganie warszawscy nadawali codziennym sytuacjom i zdarzeniom charakter niezwykłości. Ośmieszali strój salonowy – z byle powodu zakładali fraki. Na co dzień chodzili umyślnie brudno i ubogo. Ich atrybutami były długie włosy, brody oraz trzymane w ręku kije włóczęgów (…) Tematami poruszanymi w ich utworach były najczęściej: marzenie, fikcja, sen oraz rozczarowanie. Dominował szablon romantycznych motywów: wichry, ciemne chmury, grzmoty, pioruny, wycie psów, upiory, cmentarze, uroczyska i drogi rozstajne”.

Od samego czytania tego hasła człowiek odruchowo zaczyna na nieistniejącej gitarze wygrywać jakieś „du-du-du-dumm”, a potem na równie nieistniejącej perkusji „łubudu-jebudu sruuuu-dupssss!”. No i w ejtisach fajne było to, że piosenka pt. „Wycie psów na drogach rozstajnych” albo „Marzenie, fikcja oraz sen” mogła tak po prostu lecieć w mainstreamowym radiu, w którym dziś usłyszymy ino jakąś idiotkę, trzepoczącą sztucznymi rzęsami do „o bejbi bejbi” z autotuna.

Ech, to były okropne czasy, ale fajnie było to Usłyszeć Po Raz Pierwszy. A teraz patrzeć, jak to słyszy po raz pierwszy Istota z (ówczesnej) Przyszłości…

Byli redaktorzy ida w prawo

W moim bąbelku dostrzeżono już książkę Eoina Higginsa „Owned: How Tech Billionaires on the Right Bought the Loudest Voices on the Left”. Tytuł zachęca, więc kupiłem – chociaż autor w wywiadach lojalnie uprzedza, że te „loudest voices” to tak naprawdę dwóch muppetów: Glenn Greenwald i Matt Taibbi. Inne przykłady pojawiają się tylko na marginesie.

Najchętniej przeczytałbym inną – o mechanizmach przy pomocy których neofaszystowscy miliarderzy zmienili media społecznościowe w prawicowy ściek. W takiej książce Greenwald i Taibbi byliby tylko jednymi z wielu przykładów, obok tych wszystkich Russellów Brandów, Aaronów Matów, Maxów Blumenthalów (i rodzimych „lewicowców popierających Trumpa”).

Tu jest, jako się rzekło, odwrotnie. Owszem, nareszcie mamy dokładniejszy portret mechanizmów, które sprowadzałem tu na blogasku do „uogólnionego Petera Thiela”. Niestety, są tylko tłem do niemalże biograficznej opowieści o Greenwaldzie i Taibbim, którzy mnie w sumie nie obchodzą.

Stąd moje pytanie do PT Komcionautów. Why are they even a thing? Oczywiście, wiem kim oni są, helou, przeczytałem przed chwilą grubą książkę o nich – ale Higgins zdaje się uważać, że czytelnikowi nie trzeba tłumaczyć, czemu Greenwald i Taibbi są Bardzo Ważni.

Ja za nimi nigdy nie przepadałem. Z Greenwaldem kiedyś robiłem wywiad promujący jego książkę i zrobił na mnie złe wrażenie. Krzyczał jak na wiecu, choć mówił tylko do mnie. Ja ogólnie nie lubię wrzaskliwych ludzi, pewnie dlatego nie nadaję się do tych wszystkich tiktoko-jutubów, bo tam też, zdaje się, najlepiej sprzedaje się krzyk.

Greenwald przynajmniej ma taką zasługę, że przypadkowo wplątał się w aferę Snowdena (dlatego w ogóle chciałem z nim gadać). W całej tej aferze z perspektywy czasu widać, że najlepiej zachowywały się w niej tradycyjne media, z Guardianem na czele – mimo to Greenwald od lat jest ich zaprzysięgłym wrogiem (to właśnie ten temat tak go nakręcił).

Taibbi nie ma nawet takiego osiągnięcia w dorobku. Gdy ktoś chce go elegancko przedstawić, nazywa go „byłym autorem Rolling Stone”. Z Greenwaldem łączy go jednak obsesyjna wrogość wobec tradycyjnych mediów, co jest paradoksem: ich szczytem kariery była niegdysiejsza współpraca z nimi.

Chętnie się nią chwalą w CV, ale po odejściu na swoich blogasko-widkastach zajmują się głównie zwalczaniem ich. Greenwald ma zdjęcie Rachel Maddow sprzed 10 lat przypięte na Twitterze, a na blogaskowisku Taibbiego jeden z pierwszych linków jakie widzimy to „The Media is Busted. And will soon die”.

Higgins wyjaśnia to tak, że dla obu muppetów formacyjnym doświadczeniem było „Russian Collusion” – że media w 2016 jakoby przesadnie eksponowały rosyjski wpływ na wybór Trumpa (zwłaszcza Maddow). Greenwald i Taibbi tak się zaangażowali w bronienie Trumpa przed liberalnymi mediami demonizującymi Rosję, że wyszło im, że Trump i Putin są w sumie całkiem fajni w porównaniu do tej ludobójczej tyranki, Rachel Maddow.

Jak wielokrotnie pisałem, nie cenię sobie publicystyki opinii. To najtandetniejszy gatunek dziennikarski, zwłaszcza gdy komuś się tej opinii nie chce nawet spisać, tylko ją wywrzaskuje do kamery. Opinia jest jak biodra, każdy ma swoją, niekoniecznie musi ją pokazywać.

Cenię sobie dziennikarstwo, z którego można się dowiedzieć czegoś nowego – by sobie o tym potem wyrobić opinię. Tak rozumianym dziennikarstwem Greenwald nie zajmuje się od lat, a Taibbi chyba nigdy. Takie dziennikarstwo nadal w roku 2026 możliwe jest tylko w mediach tradycyjnych. Najgorsze że wyrasta już pokolenie tiktokonautów, którzy nawet nie rozumieją tej różnicy.

Wszystko, co dla mnie nowe i ciekawe w tej książce to zajmujący maks paręnaście stron opis mechanizmów, przy pomocy których nie tylko Peter Thiel, ale także Marc Andressen, Ben Horowitz, Joseph Lonsdale, Larry Ellison, David Sacks (itd). przesunęli internet w prawo. Część serwisów blogowo-widkastowych do nich po prostu należy (Rumble), w innych natomiast mają tak silną pozycję, że Zuckerberg czy Bezos musi się z nimi liczyć, zwłaszcza od kiedy mają swojego prezydenta.

Rząd federalny może zrobić kuku każdej firmie, zwłaszcza działając „na wezwanie akcjonariuszy”, dlatego cyberoligarchowie płaszczą się przed Trumpem i zgadzają się na dochodzenia w sprawie tego, czy ich algorytmy należycie promują treści prawicowe. Treści lewicowe nie mają swoich Thielów, więc lewicowy podkast niech się cieszy gdy nie dostanie bana, ale na jakąś wielką popularność nie ma co liczyć. Algorytmy będą promować kogoś innego.

Ogólnie więc nie polecam, chyba że ktoś jest wielkim fanem Tanwalda i Greibbiego. A jeśli ktoś taki się tu pojawił, to poproszę o wyjaśnienie za co ich ceni.

Dziwniejsze rzeczy

O tym, jak beznadziejne jest zakończenie serialu „Stranger Things” najlepiej świadczy teoria spiskowa „Conformity Gate”, która eksplodowała po jego premierze. Zgodnie z nią, ten finał to tylko zmyłka przygotowana przez siły zła, a prawdziwy miałby mieć premierę 7 stycznia. No cóż, rozczarowali się jak wyborcy Trumpa kwestią „Epstein Files”.

Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał, to porady Dziadka Wojtka są takie. Po pierwsze, cieszyć się Wygranym Życiem. Ale jeśli komuś bardzo zależy, ograniczyć się do pierwszego, maks. pierwszych trzech sezonów. Już czwarty robi się irytujący, a piąty to taka masakra, że dobrnąłem tylko żeby z czystym sumieniem móc zmiażdżyć na blogu.

Pierwszym sezonem byłem zachwycony. Jestem rówieśnikiem głównych bohaterów, w ich wieku też zwiedzałem na rowerku okoliczne lasy, odkrywając tam dziwne rzeczy, o których dużo później dowiedziałem się, że to np. ruiny Transatlantyckiej Stacji Radiowej. Mieliśmy nawet nasze Hawkins Lab w postaci ukrytego w tych lasach Instytutu Fizyki Plazmy i Mikrosyntezy Laserowej.

Moja wyobraźnia była więc pełna historii takich jak w pierwszym sezonie. Ożyły, gdy usłyszałem te analogowe syntezatory, robiące BZZŹŹŹZIUUÓÓU w czołówce. A bohaterowie jeszcze grali na takich samych automatach w te same gry, słuchali tych samych zespołów z tych samych kaset…

Nostalgia braci Duffer, twórców serialu, była jednak oszukana. Nie pamiętali tych czasów, przyszli wtedy na świat. O ile pierwszy sezon doskonale wpisywał się więc w coś w rodzaju „najpiękniejszego filmu Spielberga który nigdy nie powstał”, szybko to poszło w kierunku „najnudniejsze CGI ever”.

Ówczesne kino dla nastolatków (zwane przez polskich krytyków „kinem nowej przygody”) owszem, epatowało efektami specjalnymi, ale te efekty były skromne i w większości pokazywane dopiero w finale – w trzecim akcie, gdy ożywa rycerz z witraża a gremliny demolują miasto.

Przez pierwsze dwa akty pozornie nic się nie działo, poza tym, że poznawaliśmy protagonistów i budowaliśmy sympatię do nich, a potem przejmowaliśmy się, że wkręcili się w jakąś Straszną Aferę, o której nie mogą powiedzieć dorosłym, bo i tak Nikt By Im Nie Uwierzył. Trochę „The Goonies”, trochę „ET”, trochę „Christine”.

Fabułę „Stranger Things” nakićkano tak, że efekty specjalne w czwartym i piątym sezonie są serwowane w nadmiarze od początku. Przeważnie są komputerowe, więc nie mają takiej mięsistości, jak w „The Thing” czy Indiana Jonesie. Czasem są analogowe i wtedy jest jeszcze gorzej – na przykład na bohaterów z góry leje się coś przypominającego stygnący budyń waniliowy, a oni krzyczą że od tego umierają. Niestety wychodzą ze starcia z budyniem tak jak się wychodzi ze starcia z budyniem, trochę się tylko upaprali.

Bohaterowie zachowują sie generalnie jak NPC. Żołnierze jak w grach snują jakieś dziwne twardzielskie dialogi radośnie nie dostrzegając, że cały pluton już nie żyje. I jak w grze, nikt ich nie żałuje, gdy do tego plutonu dołączają. Ja już tu kibicowałem tylko Siłom Zła.

Bracia Duffer tak się skupili na animowanych chujach-mujach dzikich wężach, że zaniedbali kwestię „budowania sympatii do protagonistów”. Motywacje większości pozytywnych bohaterów są egocentryczno-dupkowate. Niby ratują świat przed zagładą, ale Szeryf na przykład chce odkupić poczucie winy za śmierć dziecka (zwiduje mu się jak jakiś Jason Voorhees, niemalże wołając „pomścij mnie tatusiu!”), ktoś inny chce pomścić kogoś innego, ktoś kogoś poderwać, ktoś się na kimś odegrać. Szczególnie wkurzający jest Dustin, ale przecież także Mike, Lucas, Jonathan, Steve, Nancy, Max…

Will niby nie jest dupkiem, podobnie jak jego mama, ale oni w kółko robią tę samą minę. To dotyczy też innych aktorów i skoro dotyka Winony Ryder czy Lindy Hamilton, nie chodzi o brak talentu aktorskiego.

W piątym sezonie bracia Duffer nadal trzymają się schematu „nastolatki nie mogą powiedzieć dorosłym”. Aktorzy grający „nastolatków” są już tymczasem mocno po dwudziestce (w serialu minęły 3 lata, w realu prawie 10), a dorośli widzieli już liczne zjawiska paranormalne, oraz mieszkają pod brutalną wojskową okupacją.

A mimo to w odciętym od świata miasteczku lekcje w szkole, rodzinne obiadki, wydarzenia sportowe odbywają się po staremu. Dorośli zdają się ledwo zauważać, że coś się zmieniło. Stephen King wymyślił by coś w stylu „bo ich zahipnotyzowały Siły Zła”. Bracia Duffer po prostu nie widzą problemu – no i dlatego właśnie fanowskie pomysły na „prawdziwy finał” będą i tak lepsze od całego piątego sezonu razem wziętego.

I tylko lata 80. wydają mi się zasługiwać na lepsze potraktowanie. Może ktoś kiedyś…

Syndrom zbowidu

Aleksandra Szyllo i Jors Truli (z prawej)

Leniwie zastanawiałem się kiedyś nad podkastem o związkach zawodowych, bo nadal wydaje mi się, że istnieje Obiektywna Potrzeba przystępnego wyjaśniania pewnych pojęć dla osób, które się zastanawiają. Nim jednak sam się zebrałem, zaprosiła mnie Aleksandra Szyłło, która obecnie przewodniczy komisji „Solidarności” współzakładanej przez Jorsa Truli 15 lat temu.

Smutnym kontekstem jest kolejne zwolnienie zbiorowe w „Gazecie Wyborczej”. 166 osób! Kto tam zostanie?

To zwolnienie ma być jakoś powiązane ze scalaniem gazety z gazetą. Proces biegnie tym razem po cichu, bez tego hałaśliwego falstartu sprzed paru lat. Tym razem w grudniu dokonała się (również bez większego echa) sukcesja wśród udziałowców spółki Agora Holding, która stoi na straży „złotych akcji” i ma zapewniać ciągłość tożsamościową firmy.

Poprzedni skład Holdingu zdominowany był przez założycieli Agory z pokolenia „boomerów”. Obecny to iksy, mniej lub bardziej moi rówieśnicy. Skoro nie mamy już wojny na korporacyjnej górze, gniewnych oświadczeń i wzajemnych oskarżeń, to najwyraźniej teraz plan scaleniowy jest już dogadany, nie masz w nim szpar ani dziur. Określony ustawowo kalendarz sprawia, że poznamy go dopiero po klepnięciu zwolnienia zbiorowego.

W podkaście wspominam, że na pierwszym spotkaniu z ówczesnym zarządem (w 2011), Piotr Niemczycki w pewnym momencie wstał, zaczął chodzić po pokoju i krzyczeć. Było mniej więcej „nie będziecie mnie uczyć co to Solidarność! Coś tam coś tam w stanie wojennym! Et patati, et patata!”.

Rozmowa z Olą uświadomiła mi, że ten gniewny monolog przypominał zapamiętanych z dzieciństwa przedstawicieli jeszcze wcześniejszego pokolenia, „great generation”, w ramach związku bojowników o wolność i demokrację odwiedzających szkoły i licea. Dając odpór wrażej propagandzie, często wkręcali się na coraz wyższe obroty i wychodziło im coś w stylu „panowie Kuroń i Michnik nie będą nas pouczać co to patriotyzm, my od Lenino do Berlino!”.

Przykładanie kryteriów pokoleniowych często prowadzi na manowce, ale chyba nie gdy mówimy o Agorze. My jako iksy nie mamy historycznych zasług naszych rodziców-boomerów (ani tym bardziej dziadków-greatsów). Nie przejdziemy do historii, by zacytować jednego z moich najukochańszych boomerów.

Nie grodzi nam syndrom zbowidowski, ale z kolei grozi nam samopokonujący się (self-defeating) cynizm generacji X. W sprawie mediów na przykład na ogół akceptujemy (-owaliśmy?) hasło „to biznes jak każdy innny”, którym korpomenedżment Agory zwykł był uzasadniać idiotyzmy z serii „Papszun o Probierzu. Naprawdę to powiedział? Jaśniej się nie da!”.

Skoro biznes jak każdy inny, to jak to pogodzić z frazesami o Misji, Powołaniu i Patrzeniu Władzy Na Ręce? Kogo jak kogo, ale Władzę stać na zapłacenie, żeby media patrzyły na ręce komuś innemu, na przykład Hajto i Halejcio (EKSPERT OD RĘKOLOGII NIE MA WĄTPLIWOŚCI).

A jeśli je potraktujemy serio, jak to pogodzić z korporacyjną chciwością? Zarobki w zarządzie bywają rzędu bańki rocznie. Gdyby tak jeden z drugim poskromił pazerność i gotów był wyżyć za skromne 200k, ocaliłby kilkanaście etatów w redakcji. Gdyby tak się samoograniczała cała wierchuszka, udałoby się uniknąć niejednego zwolnienia zbiorowego.

Napisałem chciwość? Pazerność? Quel faux-pas. Fi donc! Boomerzy na takie dictum eksplodowali we wspomniane „ja walczyłem w Lasach Kabackich!”. Iksy nieco spokojniej odpowiadają „wynagrodzenia ustala nam Rada Nadzorcza”. To w zasadzie prawda (podobnie jak prawdziwe są historyczne zasługi boomerów), ale wymaga idiotycznego założenia, że zarząd nie ma na to wpływu. „Panie, no co ja mogę?”.

Oni uwielbiają frazes o „oglądaniu każdej złotówki”. Nie uwierzycie mi, ale naprawdę go słyszałem z ich ust. Wizualizowałem sobie wtedy takie tableau, jak oglądają te złotówki w mojej ulubionej rubryce raportu giełdowego, „wynagrodzenie zarządu”. „Dwie bańki dla Zdziśka, półtorej dla Cześka…”. I dochodzą do wniosku, że każda z tych złotówek jest koniecznie niezbędna. „Ja znam Cześka, za 1499999 to on z łóżka nie wyjdzie, musi być równe półtora”.

Cóż, na szczytach korpowładzy boomerzy ustąpili iksom. Na dole w związku iksy ustąpiły milenials(k)om. Może im się uda coś zmienić. W końcu wszelki postęp polega na tym, że stare dziady mówią „niemożliwe”, a młodzież „tango Anawa”. Staram się więc nie zarażać niedasizmem, rezygnacją i wypaleniem. Trzymam kciuki za następców.

Jeśli ktoś nie ma ochoty na podkast – zapraszam do wywiadu na podobny temat, który zrobił ze mną Michał Sutowski, któremu chciało się spisać (i usunąć te wszystkie moje „eeee, tegoo”).

W nowej erze

Nadzieje na to, że to będzie wreszcie jakiś nudny i spokojny rok, bez wielkich historycznych wydarzeń, minęły szybciej niż zakwasy po sylwestrze. Potępiając oczywiście Trumpa za bezczelne złamanie prawa międzynarodowego muszę jednak przyznać, że mnóstwo radości sprawiło mi obserwowanie frustracji Rosjan.

Na Zachodzie (a mówiąc ściślej, w ojczyźnie słabej edukacji i kiepskich burgerów) zaroiło się od teorii spiskowych, że to jakiś ukartowany plan, że Putin oddaje Wenezuelę, a Trump Ukrainę. I tutaj zazwyczaj ten ich stupidariat wyskakuje z „dowodem”, pistoletem w smokingu, że ktoś kiedyś w 2019 rozważał taki deal.

I jakoś do jednego głupka z drugim nie dociera, że ten deal nie miałby sensu. Rosja nie może (i nie mogła w 2019) zrobić nic, żeby pomóc Wenezueli. Nie mają kart. A Trump nie może (i nie mógł w 2019) zrobić nic, żeby zmusić Ukrainę do kapitulacji. Nie ma kart.

Ten mit, że Wenezuela nie walczyła, jest obecny na Zachodzie, ale raczej nie wśród Rosjan. Rosja z wielką pompą dostarczyła Maduro rakiety przeciwlotnicze, samoloty i iluś tam wagnerowców. Wszystko na nic. To się może podobać czy nie, ale jak już Amerykanie biorą się za coś na serio, są w stanie wszystkie cele zniszczyć z powietrza, zanim „obrona przeciwlotnicza” w ogóle się dowie o ataku.

Julia Davies zmontowała dwie wypowiedzi tego samego ruskiego propagandysty. W grudniu się ekscytował operacją wzmacniania Wenezueli, po której „Trump zrozumiał, że nie ma szans”, bo jakby co, rosyjskie rakiety zatopią mu wszystkie stateczki. A zaraz po ataku w wyraźnej panice nie wiedział co powiedzieć, mamrotał „ciekawe, ciekawe”, ponuro dowcipkował o potrzebie urządzenia w Rosji „wioski upadłych przywódców”, a potem wszedł w dygresję, że to wszystko wina Janukowicza.

Jedno jest pewne: każdy trzecioświatowy dyktator, który postawił na sojusz z Rosją, zatrudnił wagnerowców jako osobistych ochroniarzy, rozstawił baterie przeciwlotnicze KRAP-300 wokół pałacu prezydenckiego, zakupił myśliwce Krapojan-Krapewicz – powinien się teraz bardzo obawiać. Optymistyczny scenariusz to dla niego dotarcie żywcem do tej rosyjskiej „wioski obalonych”.

O Chinach nic nie wiem, to dla mnie jak zwykle zagadka owinięta w tajemnicę, ale wygląda na to, że dla nich to też zła wiadomość. Oni też wtopili w Wenezueli miliardy, a do tego Trump celowo ich upokorzył. Tak sugeruje CNN.

Oczywiście, taki typowy Amerykanin, który ze świata zwiedził tylko sąsiednie hrabstwo, może sobie wyobrażać, że „to Chińczycy teraz to samo zrobią z Tajwanem”. Twittera zalały retoryczne pytania „gdzie różnica”.

Otóż różnica jest taka, że za Maduro nikt nie tęskni. Znaczy, oczywiście ci co zwykle – Chomsky, Pedomsky i Ephebsky. Ale wygląda na to, że nikt w samej Wenezueli (nawet jego fumfle z reżimu). Nie widać też jakichś masowych wieców poparcia w innych krajach regionu.

No i to jest ważna różnica, o respektowanie której upraszam także PT Komcionautów (zwłaszcza tych kilku fanów Che Guevary, na których teraz spoglądam ciężkim wzrokiem). Tajwańczycy chcą bronić Tajwanu, Ukraińcy Ukrainy, ale niektóre reżimy są tak wredne dla własnych obywateli, że oni już raczej wołają „Truman, Truman, rzuć ta bania, bo jest nie do wytrzymania”. Ewidentnie tak jest w Wenezueli, być może w Iranie, być może w Panamie, być może na Kubie. Na Grenlandii z pewnością nie.

Co dalej, oczywiście nie wiem (ale chętnie wysłucham PT spekulacjonautów). Wygląda na to, że reżim na Kubie upadnie jak kostka domina – i wtedy Trump będzie mógł mówić o prawdziwym sukcesie. Bycie prezydentem, który odzyskał Kubę, to nie byłoby kolejne fikcyjne „zakończenie ośmiu wojen między Kambobią i Abu Bedżanem”, to już byłoby coś. Niechętnie przyznałbym punkt dla Slytherinu.

Nie uczyniłoby mnie to oczywiście zwolennikiem Trumpa, ale uważam, że lewicowy punkt widzenia to przyjęcie punktu widzenia przeciętnego mieszkańca danego kraju – Johna Smitha, Larsa Nielsena, Juana Hernandeza. Reagan ma ulicę w każdym polskim mieście, bo przyczynił się do tego, że Jan Kowalski może sobie kupić nowego golfa – nieosiągalne marzenie dla Jana Kowalskiego z 1988.

„Brońmy Maduro, brońmy fidelowców” – to nie jest wzgórze na który warto umierać. Albo dostać bana na moim blogasku.

Demokracja merytokratyczna

Wszyscy na pewno bardzo tęsknili za kolejną notką o HOI4! Oto i ona, a dotyczy alternatywnej ścieżki historii wyjątkowo interesującej jako political fiction – ale kiepskim gejmpleju. To ścieżka Walerego Sławka, który w naszym continuum z bycia oczywistym następcą tronu po Piłdudskim (1930-1935) spadł na samo dno, aż do samobójstwa w 1938.

Gra (w trochę naciągany sposób) przedstawia jego frakcję jako „sanacyjną lewicę”. No może na tle pozostałych… Ja bym jednak wolał się trzymać historycznego określenia, „grupy pułkowników”.

Nazywano ich tak dlatego, że wprawdzie robili u boku Piłsudskiego kariery wojskowe w latach 1914-1921, ale potem przeszli do cywila. W pierwszych latach sanacji byli przepotężni, co sparodiowane jest w „Karierze Nikodema Dyzmy” w postaci pułkownika Waredy, który wszystkich zna i wszystko może załatwić (sam Wareda wzorowany był ponoć na Wieniawie).

I jak to w bywa planszówkach, ten gracz, któremu za dobrze idzie na samym początku, wytwarza przeciwko sobie koalicję wszystkich pozostałych. Wrogość wobec Sławka zjednoczyła pozostałe frakcje: Klonową (Rydza), Wierzbową (Becka) i Zamek (Mościckiego).

Historycznie do wrześniowej katastrofy doprowadziły nas głównie Zamek i Klonowa. Wierzbowa sama się wyeliminowała z gry, bo Beck wszystko postawił na jedną kartę, zobowiązując się do wypełnienia Testamentu Marszałka przez stworzenie Międzymorza. Gra (oraz Samo Życie) to blokuje ustawiając surowe wymagania, jak potężną armię i przemysł musiałaby mieć Polska, żeby w to drzewko fokusowe w ogóle można było kliknąć. Beck byłby więc kolejny do odstrzału, gdyby sanacyjna gra o tron potrwała jeszcze parę lat.

Sławkotopia omija problem Międzymorza, przekształcając sanację w coś w rodzaju demokracji w formie Powszechnej Organizacji Społeczeństwa. Zamiast agresywnej Bordurii, robimy się praworządną Syldawią – a co za tym idzie, wszyscy nas lubią i chcą z nami wejść w sojusze. Drzewko nieosiągalne w innych scenariuszach, tutaj samo wyrasta.

Pojawiają się też inne fokusy, dostępne tylko Sławkowi. Projektanci Paradoxu bazowali je na jego planach, ale robiąc arbitralne założenia, że by się to udało. Czyli tworzymy państwo, w którym armia szybko się szkoli (bo każdy żołnierz ma buławę w plecaku), risercz frunie (bo państwo wyciąga przyjazną dłoń do lewicujących intelektualistów) a korupcja znika (bo kawalerowie Virtuti Militari są niekorumpowalni).

Hm. Mam ci ja swoje zdanie, ale to wszystko wytrzymuje standardowe Dźwigary Do Zawieszania Niewiary zgodne z unijną normą literatury fantastycznej. Na pewno jest to ciekawsze od banałów i banialuków „z Hitlerem na Stalina”.

Sławkotopia ma dwie zasadnicze wady. Żeby ją zrealizować, trzeba porzucić prawie wszystko, co udało się zrealizować w naszym Wszechświecie w ramach drzewek fokusowych „zamek”, „sanacyjna prawica” a nawet „plan czteroletni”. Nie ma COP-u, Gdyni, tych malowniczych bunkrów na Helu, ani nawet tej szczątkowej modernizacji armii, która udała się Rydzowi. Wszystkie punkty decyzyjne po prostu pochłania nam pacyfikowanie „sanacyjnej prawicy”.

Wojna tymczasem wybucha wcześniej, bo zamiast oddania Sudetów – czyli w październiku 1938. Co gorsza, Czechosłowacja – nawet gwarantowana przez sojuszników – czasem te Sudety jednak oddaje. Nie wiem od czego to zależy (może ktoś wie?), mam wrażenie że to jest randomowa decyzja z p=50%. Doświadczałem tego usiłując bronić Benesza także jako Francja i Rumunia.

Randomowe też jest zachowanie Rumunii (czasem odmawia dołączenia do Międzymorza) oraz Litwy (czasem woli zachować neutralność kosztem oddania Niemcom Kłajpedy). W ciągu ok. 150 dni od sprawdzenia sudeckiego blefu triggeruje się też randomowy event zamachu na Hitlera.

Zaleta jest taka, że wojna się kończy w pół roku. Wada taka, że neo-kajzerowskie Niemcy dołączają do nas jako niechciany sojusznik, więc niewiele można wyhandryczyć w traktacie pokojowym – najwyżej Wrocław, Królewiec i Szczecin (ale gdy zamach się nie uda i Hitler walczy do samobójstwa w bunkrze, możemy wziąć Wszystko).

Ta randomowość sprawia, że nie polecam tego do multiplayera. Jest to natomiast zabawne przy graniu jak w rolpleja – a ja gram w HOI4 wcielając się w kogoś, kto wysiadł z wehikułu czasu i usiłuje uratować świat przed Gułagiem i Holokaustem.

Alternatywna historia wygląda więc tak, że zamiast zamordyzmu konstytucji kwietniowej, mamy merytokrację, w której wszyscy znajdują swoje miejsce (Rydz, Beck i Mościcki też!). Nowa władza łagodzi relacje z sąsiadami, tworząc sojusz od Estonii po Rumunię.

W październiku 1938 Niemcy wypowiadają wojnę. Polska armia jest do tej wojny nieprzygotowana (brakuje nie to że armat, ale nawet karabinów), ale ma do obrony krótką granicę, plus sojusznicy przysyłają swoje jednostki oraz po 30 dniach dociera lend lease (to arbitralna mechanika gry).

W pierwszych dniach wojny Niemcom udało się więc w paru miejscach wtargnąć na teren Polski, ale ich szczytowym osiągnięciem było zajęcie Suwałk (jaki film by Lejtes zrobił o tej tragedii!). Po miesiącu polskie wojsko zostało dozbrojone, a że za sprawą sławkotopijnego bonusa, szybciej się szkoliło od niemieckiego, zima nasza – polska kontrofensywa zajęła Wrocław i Królewiec.

11 marca udał się zamach na Hitlera. Spiskowcy proklamowali restytucję cesarstwa, ze stolicą w Wiedniu. Polska zareagowała na to improwizowaną ofensywą na Berlin wszystkim co było w pobliżu. Byłą stolicę Rzeszy udało się zająć 17 marca 11 Karpacką Dywizją Piechoty.

Wojna skończyła się 9 marca 1939 traktatem, który wydzielał republikę Szlezwyk-Holsztyn i wcielał do Polski całe Prusy i Pomorze (tylne też!), odcinając Niemcy od Bałtyku. Ale został im Hamburg, został im Wiedeń, więc i tak wyszli z warunkami lepszymi niż w 1945.

Po zwycięstwie wróciłem do budowy Międzymorza. Zawiesiłem to na czas wojny, bo AI zazwyczaj nie chce wchodzić w sojusze grożące „wciągnięciem w wojnę”. Co prawda nie zawsze dotyczy to sojuszy budowanych eventami, ale nie chciałem ryzykować – może ktoś coś wie?

Demokratyczna Polska jest w stanie zaprosić do sojuszu nawet kraje nordyckie oraz Węgry (gdy grałem Czechosłowacją i Rumunią, nie udało mi się to). Odmówiła mi tylko Finlandia (nie wiem na ile to jest losowe). Było to akurat fortunne, bo walczyli sobie dzielnie tak jak w historii, a ja mogłem rozbudowywać swój sojusz – od Norwegii po Grecję.

Wojna rozgorzała ponownie 11 lutego 1940, gdy ZSRR napadł na Estonię. Wprawdzie polskie wojsko znów było tragicznie niegotowe, a państwo nadal praktycznie nie miało przemysłu (ciągle nie było kiedy realizować tych fokusów od Kwiatkowskiego), no ale łączny potencjał aż takiego Międzymorza był po prostu nie do zatrzymania. Już 18 czerwca polska 6 dywizja piechoty wkroczyła do Moskwy. Był to po prostu zwycięski spacer (dosłownie, bo skąd czołgi w kraju bez przemysłu).

Dalej symulacja robiła się coraz mniej prawdopodobna. Realizują swoje historyczne fokusy, Włosi wiosną 1940 napadli na Grecję. Miało to jeszcze jakieś znamiona prawdopodobieństwa, bo większość greckiej armii była wtedy zajęta wyzwalaniem Armenii, ale przecież wiadomo było, że na dalszą metę Potężne Międzymorze da radę.

Włosi więc zajęli kawałek Epirusu. Musiałem pośpiesznie mobilizować szkolące się dopiero jednostki, w tym eksperymentalną dywizję pancerną, która ruszyła do Grecji de facto jako brygada piechoty (z kilkoma tankietkami). W tym alternatywnym świecie wniosek z wojny byłby taki, że czołgi to ślepa uliczka – Niemcy, Sowieci, Włosi i Japończycy tyle tego natłukli, a nic im to nie dało (inna sprawa, że np. T-34 przeszedłby do historii jako ciekawy prototyp, od czasu do czasu wspominany przez entuzjastów #rapierów).

Potem realizując resztki swoich historycznych fokusów do Włoch dołączył Irak, co z kolei wciągnęło wreszcie do wojny zachodnich aliantów – którzy dołączyli jako kolejny niechciany sojusznik. W efekcie powojenne Włochy stały się brytyjską marionetką (ale chociaż sobie dołączyłem do Rzeczpospolitej Wenecję – głównie chodziło mi o ich przemysł, ale oczywiście Melchior Wańkowicz dorobiłby jakieś uzasadnienie, że „Sztafeta na tropach Casanovy”, etc.).

Dalej gra robi się już zupełnie nierealna. Japonia – tak jak historycznie – atakuje zachodnich aliantów, ale oczywiście kiedy nie było upadku Francji, dostaje łomot od razu. Polska niestety nie może do tej wojny dołączyć inaczej niż przez agresywną wojnę, np. o zajęcie Sachalinu, co niby robię, ale utrudnia mi to imersję w rolpleja. Może coś się zmieni z nowymi dodatkami, skupionymi właśnie na wojnie chińsko-japońskiej, wszystko co powyższe dotyczy wersji 1.16 (z wszystkimi dodatkami, gdyż jestem niewątpliwie pieprznięty na tym punkcie i na innych).