Głos za przyszłością

Blogobywalcy pamiętają moją notkę sprzed 4 lat, w której opisywałem receptę dla Platformy na wygranie wyborów. Jest nadal aktualna, mogą z niej też skorzystać inne partie.

To propozycja wprowadzenia w Polsce rozwiązań analogicznych do tego, co Niemcy nazywają Mitbestimmung. Angielski skrót to BLER (Board-Level Employee Representation), posługuje się nim w swoich materiałach propagująca tę ideę fundacja Böcklera.

Polskie określenia, jak „współzarządzanie”, nie do końca oddają istotę zjawiska. Warto by wymyślić nowe słowo, ale nie jestem w tym dobry, a w dodatku lubię obcojęzyczne chwasty, więc na użytek tej notki niech zostanie BLER.

Przez te 4 lata więcej się na ten temat dowiedziałem. Pojechałem do Wolfsburga, by porozmawiać jak to działa w praktyce (rezultat ukazał się niedawno w Dużym Formacie). Przywiozłem sobie na pamiątkę kubeczek, o którym piszę w tym tekście.

Przyznacie, że wygląda jak rekwizyt z utopijnego serialu. Nad wyidealizowaną sylwetką fabryki Volkswagena dominuje napis: „Deine Stimme fur die Zukunft” („głosem na przyszłość” jest głos na kandydatów IG Metall).

Tekst pisało mi się zaskakująco ciężko, bo wielu ekspertów od Niemiec odpowiadało mi, że się na tym nie zna, nic nie wiedzą, nic nie mogą. Pomógł mi dopiero Dominik Owczarak z Instytutu Spraw Publicznych, od którego m.in. dostałem wspomniane materiały fundacji Böcklera (dziękuję!).

BLER polega na tym, że powyżej pewnego limitu (w Niemczech: od 500 pracowników wzwyż) część miejsc w radzie nadzorczej firmy wybiera załoga. W Niemczech to zazwyczaj połowa, choć w większości firm w razie remisu rozstrzygający głos ma przewodniczący.

Wszystkie kraje Unii muszą mieć jakąś formę pracowniczej reprezentacji. W Polsce dyrektywę wprowadzono jednak tylko na aby-aby. Rada nic nie może. Między innymi dlatego musieliśmy w firmie założyć związek.

Obecne polskie prawo jest nielogiczne. Radę Pracowników teoretycznie wybierają w powszechnych wyborach pracownicy, ma więc mandat demokratyczny do ich reprezentowania.

Wiele ustaw jednak wprost mówi, że pracowników reprezentuje związek. Nie ma związku – nie ma reprezentacji (np. nie można bez związku zrobić legalnego strajku).

Żeby to bardziej skomplikować, to ponieważ z kolei Rada nic nie może, w wyborach zwykle jest niewielka frekwencja. Znam pewną korporację, w której w wyborach do Rady pada mniej głosów, niż związek ma członków, więc oczywiście jest zdominowana przez związkowców.

Logiczne rozwiązanie byłoby takie, żeby wszystkie te ustawy, które czynią związki jedynym reprezentantem pracowników (jak np. ustawa o sporach zbiorowych) zmienić tak, żeby te uprawnienia przechodziły na Radę Pracowników i przedstawicieli pracowników w Radzie Nadzorczej. Wtedy związki zmuszane byłyby do regularnego potwierdzania mandatu w wyborach.

Na krótką metę to by oznaczało spadek znaczenia komisji zakładowych, a więc PiS tego nigdy nie zrobi, bo nie chce wkurzać „Solidarności”. Z mojego punktu widzenia, jako lokalnego Franka Sobotki, to byłoby OK.

Z tych uprawnień nie mam przecież żadnych osobistych korzyści. Z wielką przyjemnością bym się ich pozbył, gdyby efektem było wzmocnienie podmiotowości całej załogi.
BLER można by wprowadzić choćby od jutra. Nie trzeba czekać na mityczny moment „aż się wzbogacimy”.

W Europie Zachodniej wprowadzano to, gdy cała leżała w gruzach po drugiej wojnie światowej. Między innymi po to, żeby ludzie nie mieli uczucia, że odbudowują ją po to, żeby wyzyskiwacz sobie podpalał cygaro studolarówką.

BLER utrudnia scenariusze typu „zwolnijmy paręset ludzi i wypłaćmy sobie po milioniku premii za tę oszczędność”, bo byłoby to przedmiotem co najmniej burzliwej sesji Rady Nadzorczej. Mogłoby się to nawet skończyć odwołaniem takiego zarządu.

Ideę sformułowała 100 lat temu socjaldemokracja, ale w Niemczech wprowadził to Adenauer, w ramach obchodzenia SPD od lewej. W wielu krajach Europy Zachodniej socjaldemokratyczne ideały wprowadzała jakaś inna partia (wielokrotnie pisaliśmy tu o Finlandii).

W Polsce MOGŁABY to zrobić Platforma, wszak zaprzyjaźniona z CDU. Ale wszyscy wiemy, że nie zrobi.

Nie chcę być monotematyczny, ale… domyślacie się, do których posłów-elektów przepijam teraz owsianym flat white ze swojego czerwonego kubeczka. Fur die Zukunft!

Tragedii nie ma

Serial „Czarnobyl” ubogacił język potoczny cytatem „not great – not terrible”. Wybaczcie mi banał, ale to mi się wydaje najlepszym komentarzem powyborczym.

Szału nie ma, ale tragedii też nie. PiS wprawdzie wygrał, ale drugiego takiego zwycięstwa ta partia może już nie przetrwać.

W Sejmie ledwo-ledwo utrzymali kruchą większość, którą mogą stracić po najdrobniejszym rozłamiku. A przecież partia rządząca ze swojej natury zawsze ma ten problem, że część posłów musi oddelegować do władzy wykonawczej.

Poseł-minister czasem zwyczajnie nie może być w Sejmie, bo jest na szczycie w Brukseli. Dotąd sobie z tym radzili dzięki kontroli nad Senatem i Pałacem Namiestnikowskim. Tę pierwszą już stracili, tę drugą mogą stracić w przyszłym roku.

Senackie zwycięstwo opozycji ma wymiar raczej symboliczny niż praktyczny, ale to jednak oznacza, że PiS w tej kadencji będzie słabszy niż w poprzedniej. Nieznacznie, ale słabszy.

Tak się nie da zbudować autorytaryzmu. Ten wymaga triumfalnego marszu od zwycięstwa do zwycięstwa, za sprawą którego rozproszona i przerażona opozycja nie będzie stawiać oporu.

Niemcy w latach 30. wymyślili na to ironiczne słowo Selbstgleichschaltung. Za jego sprawą nawet ci, którzy nie głosowali na Hitlera (czyli, przypomnę, większość społeczeństwa), woleli to ukrywać, bo po co mieć kłopoty.

W poprzedniej kadencji PiS znalazł trochę Selbstgleichschalterów np. w środowisku sędziowskim, rozumujących na zasadzie „skoro i tak sprawa jest przesądzona, to skorzystam z okazji do awansu”. Okazało się to równie nierozsądne, jak wysyłanie nagich fotek żonie kolegi.

W tej kadencji w imieniu Instytutu Wróżenia z Fusów przepowiadam, że środowiska, które stawiały opór PiS-owi w poprzedniej kadencji – teraz będą go stawiać jeszcze silniej. Bo widzą, że nie ma się czego bać, a klasyczne pytanie „gdzie siebie widzisz za pięć lat” sugeruje trzymanie się od chwiejącego się reżimu na bezpieczny dystans, żeby jak to się w końcu zawali, nie wylądować pod gruzem.

Senat przy Okrągłym Stole został obmyślany jako instytucja, która nie może przejąć władzy (tę komuniści chcieli utrzymać do 1993), ale może zapobiegać łamaniu praw obywatelskich. Do dzisiaj więc decyzuje o obsadzie instytucji kontrolno-hamulcowych takich, jak RPO, NIK, UODO, IPN i UKE (a kto ma UKE, ten ma przychylność prezesa Solorza).

To utrudni PiSowi zapowiadane na tę kadencję przykręcanie śruby różnym środowiskom (w tym: mojemu). Załóżmy bowiem, że Sejm wymyśli sposób na zabronienie wykonywania komuś zawodu dziennikarza – to go przecież zatrudni Biuro Prasowe Senatu.

Jeśli więc nawet PiS kogoś wyrzuci z pracy za poglądy, to przybywa miejsc, w których będzie można przeczekać, by wrócić po zmianie władzy. Z mołojecką sławą w bonusie.

W trzecią kadencję PiS już nie wierzę, bo sam się wpakował w pułapkę: został ze swoimi hojnymi obietnicami, a nadchodzi gospodarcze spowolnienie. Jeśli Morawiecki z tego wybrnie, uznam go za geniusza.

Na mój relatywnie dobry humor wpływa też zapewne to, że po raz pierwszy od niepamiętnych czasów głosowałem na „większe dobro” z nadzieją, że mój głos rzeczywiście kogoś wprowadzi do Sejmu. I wprowadził! O rety!

Lewicę też czeka teraz ciężkie zadanie, ale przynajmniej nie wydaje mi się to niemożliwe. Pierwszym krokiem jest pozyskanie tych panów Jourdainów, którzy ze zdziwieniem odkryli, że im Latarnik Wyborczy pokazuje lewicę – że powinni opuścić pokład tonącego statku MS „Liberalizm” i zaakceptować swojego wewnętrznego lewaka.

W moim środowisku to się już dzieje. Cztery lata temu moi znajomi zupełnie serio mówili „Zandberg to komunista” i straszyli „dokwaterowywaniem lokatorów”.

Ryszard Holzer, którego pamiętam z „Gazety Wyborczej”, ogłosił tuż przed ciszą wyborczą, że Zandberg ma komunistyczne powiązania, które ukrył poprzez… edytowanie historii (!) swojego hasła w Wikipedii. Cóż, neoliberalizm na starość bardziej niszczy szare komórki od alkoholu.

Wieczór wyborczy spędziłem w swojej redakcji. O Zandbergu mówiono już zdecydowanie z sympatią, jako obiecującym nowym liderze. Że takie herezje mówią młodzi dziennikarze, to już przywykłem, ale że Aleksander Smolar? Że Michał Boni?

To ma jeden negatywny skutek uboczny. Jak ktoś z Razem jeszcze teraz mi powie coś o blokadzie medialnej, osobiście go palnę gumowym kurczakiem.

Kiedyś, owszem, była taka niechęć, zwłaszcza wśród redaktorów starszych nawet ode mnie. Ale im już przechodzi, obserwuję to z bliska.

Drogie razemitki, razemici i razemy niebinarne: skończyła się epoka łatwych usprawiedliwień. Już możecie, a więc także musicie.

Czytajta Sołtysa

Paweł Sołtys jest muzykiem, niejeden recenzent odczuwa więc kompulsję opisywania jego prozy przy pomocy metafor quasi-muzycznych. Mi też się cisną na klawiaturę sformułowania typu „bezbłędne wyczucie rytmu”.

Załóżmy jednak, że wydawca dorobiłby mu fikcyjną biografię. Powiedzmy, że by nam wmówił, że dr hab Paweł Sołtys jest fizykiem.

Wtedy bym powiedział, że słowa w jego prozie są nieprzypadkowe, przeciwnie, jedno wynika z drugiego z deterministyczną kauzalnością. Wszystkie są wartościami własnymi operatora sołtysianu.

Ślizgają się po zmarszczkach czasoprzestrzeni, odbijając się jedne od drugich niczym doskonale sprężyste kule bilardowe. Nigdy nie tracą pędu zgodnie z równaniem sigma mv(i) równa się const.

Ale gdyby mi powiedzieli, że to glazurnik, to bym z kolei powiedział, że słowa w tej prozie są poukładane tak równiutko, jakby nad nimi rozpięto niewidzialne żyłki. A fuga jest idealnie gładka, jakby wylano ją z samopoziomującej się drobnokruszywowej cementowej zaprawy do spoinowania.

Przepraszam za te metafory, ja chyba nie umiem napisać nic miłego bez odrobiny wygłupu. Poza tym wszyscy miłośnicy tej prozy zgodzą się chyba ze mną, że jest w niej jakieś takie je-ne-sais-quoi, za sprawą którego Sołtys hipnotyzuje czytelnika.

Jakby nie tyle chciał wyświetlić jakiś film przed oczami wyobraźni, co wciągnąć go w kołysanie na densflorze wyobraźni. OK, znów mnie poniosło.

Metafory ma zresztą zuchwałe, choć nie tak głupie jak moje. Na przykład prezentując nam wiejskiego pijaczka, stojącego przed gieesem z alpagą, Sołtys pisze, że stał on tak męsko, pewnie i swobodnie jak chciałby stać John Wayne, gdyby miał na tej swojej prerii jakiś porządny giees.

To jego drugi tom opowiadań. Sołtys uniknął syndromu drugiej płyty (cholera, znowu zaczynam) swobodniej poczynając sobie z formą.

Treść jest nadal realistyczna, ale w jednym z opowiadań na przykład narrator słucha wódczanego monologu kogoś opisanego jako Bohater Młodości. Z kontekstu domyślamy się, że to jakaś legenda PRL (muzyk? pisarz? aktor?).

Mózg legendy jest już porządnie zryty wódką i być może dotknięty demencją, wypadają mu więc z tej opowieści słowa, ludzie, zjawiska. Narrator nie może się powstrzymać przed zastanawianiem się w duchu, co się dzieje z tym wszystkim, co wypadło.

Opowieść Bohatera Młodości zaczyna się w pociągu, ale zapomniał, kim jest ten facet, co sprawdza bilety. W wyobraźni narratora słowo „konduktur” wypada z pociągu i zaczyna wędrować wzdłuż mazowieckich torów.

Potem z opowieści Bohatera wypadają jeszcze pewna Dziewczyna, oraz Bułat Okudżawa. On więc ją sobie snuje, a narrator równolegle fantazjuje, jak przez słowiańskie równiny, w cieniu powykręcanych wierzb, wędrują Konduktor i Dziewczyna, a Okudżawa brzdąka im na gitarze.

W kilku opowadaniach Sołtys umieszcza kogoś bardzo podobnego do siebie, a w co najmniej jednym daje narratorowi swoje imię i nazwisko. Opisuje początkującego literata, który w międzynarodowych okolicznościach nie umie wymyślić dobrej odpowiedzi na pytanie „o czym piszesz”, więc wykrztusza banalne „o ludziach”.

Dodałbym od siebie, że zazwyczaj (choć nie tylko) o ludziach, którym niewiele już zostało. Jedno z opowiadań kończy się tak, że pewien starszy pan (o którego przygodach czytamy od paru stron), mówi lekarzowi, że wolałby postać podczas wizyty, bo już się sporo nasiedział w poczekalni, a ten nalega, „niech pan jednak usiądzie”.

Tu się narracja urywa, więc nie wiemy, co lekarz zrobił potem. Skoro to opowiadanie Sołtysa, a nie moje, to jednak chyba nie walnął pacjenta kremowym tortem w dziób.

Jako opowiadania o (mniej lub bardziej) przemijaniu, doskonale się nadają na jesień. Jeśli dopadnie cię ochota, by się owinąć kocem z kubkiem gorącego kakao, to świetnym dopełnieniem będzie: „i z książką Sołtysa”.

Jeśli więc masz sobie kupić teraz tylko jedną książkę, rekomenduję „Nieradość”. Jeśli dwie – a jeszcze nie masz jego debiutu – to także „Mikrotyki”.

Dlaczego im nie spada, odc. 3581

Jak zauważył Awal, wróciłem na chwikę do TOK FM. Nie jest to prawdziwy powrót Piąteczku, bo (a) tylko o kampanii i na czas kampanii, (b) nie w formule „z mądrymi ludźmi o cywilizacyji”, (c) tylko jako podcast… tych liter jest więcej, ale i tak się cieszę, że mogę znowu użyć taga.

Przyglądam się kampanii trochę uważniej niż bym chciał, pokuszę się więc o syntezę. Że nieudolność opozycji prowadzi nas ku drugiej kadencji PiS, to twierdziłem już przedtem, ale teraz to mogę opisać bardziej szczegółowo.

Wiem, jaką ofertę przedstawia mi PiS w tej kampanii. Nie akceptuję jej, ale czuję, że mi ją wyraźnie przedstawiono.

Rozumiem ją jako ofertę połączenia dobrobytu przeciętnej polskiej rodziny z zamordyzmem obyczajowym. Mnie ten zamordyzm raczej nie dotknie bezpośrednio (już chyba prędzej tych wszystkich pisowskich dygnitarzy, co to „dziecko z drugiego małżeństwa mają z trzecim mężem”?), ale zwykła empatia i przyzwoitość każą mi się martwić o ludzi LBGT.

Podobno nie ma się czego obawiać, bo „strefy wolne od LGBT” mają oznaczać zakaz „propagowania ideologii”. Ponieważ jednak nie wiadomo, czym jest ta „ideologia”, każdy się może czuć zagrożony. Antysemici przecież też nie mówili otwarcie o obozach zagłady.

Mam też argument cyniczno-pragmatyczny. Dobrobyt i nietolerancja – to się wyklucza.
Zachodnie korporacje przecież nie prowadzą polityki antydyskryminacyjnej, bo są takie fajne. Prowadzą – bo im się to opłaca.

Ludzie utalentowani i kreatywni źle się czują w atmosferze nietolerancji. „Strefa wolna od LGBT” to także strefa wolna od talentu. Seba w odzieży patriotycznej nie zbuduje elektrycznych samochodów Morawieckiego.

Inna sprawa, że nikt ich nie zbuduje. Budowa nowoczesnego państwa dobrobytu to piękny cel, ale niemożliwy do zrealizowania bez sprawnych usług publicznych.

We wszystkich znanych mi przykładach (Skandynawia, USA, Wielka Brytania, Japonia, Korea…), wymagało to udziału państwa. PiS tego trochę nie chce (oni też są więźniami neoliberalnych schematów), a trochę nie potrafi. To przyznają nawet zwolennicy tej partii: PiS potrafi zrobić socjalny przelew, chwała mu za to, ale nie radzi sobie z systemowymi rozwiązaniami (edukacja, sądy, oświata, zdrowie itd.).

Krótko mówiąc, ofertę Pisu znam i świadomie ją odrzucam. Ale jaka jest oferta Koalicji Obywatelskiej?

Teoretycznie jest jakaś „szóstka Schetyny”, ale w tej kampanii jest nieobecna. Doprawdy, chciałbym znaleźć jakiś przykład sytuacji, w której ktoś albo chwalił, albo krytykował, ale na razie wszystkie spory są o czymś innym.

Powiedzmy, propozycja PiSu o podnoszeniu płacy minimalnej budzi gorące spory. Kłócą się o to na imprezach rodzinnych, kłocą się w programach telewizyjnych z serii „walka publicystów w kisielu”.

Te podziały są ciekawe, bo nie pokrywają się z liniami partyjnymi. Jestem Antypisem, ale moje wynagrodzenie to „minimalna plus wierszówka”, więc nauturalnie cieszy mnie perspektywa podwyżki. Z kolei część wyborców PiS to drobni przedsiębiorcy, których to trzepnie po kieszeni.

Te spory bywają ciekawe właśnie ze względu na nieoczywistość. Ubocznym skutkiem jest to, że nawet Antypis dokładnie zapoznaje się z ofertą PiS.

To jest najprostsza odpowiedź na pytanie „dlaczego im nie spada, mimo coraz grubszych afer”. Skoro wszyscy znają ofertę PiS, a nikt nie zna oferty PO (poza tradycyjnym „żeby było jak dawniej”), to wyobraźmy sobie typowy rodzinny spór, w którym antypisowski wuj
Czesio wygarnie o tych aferach pisowskiemu stryjowi Ziutkowi.

I teraz powiedzmy, że stryj Ziutek odpowiedział na to pokiwa głową i powie „OK, masz rację, mi też się to nie podoba, ale co proponujesz w zamian”? I spanikowany wuj Czesio na telefonie będzie guglać – jak to leciało, piątka Schetyny? szóstka Kidawy? – program partii, na którą głosuje.

Mecenas Giertych nazwał „najmocniejszym uderzeniem tej kampanii” filmik, w którym aktor z paradokumentów i piosenkarka disco polo kiepsko grają „przeciętną polską rodzinę”. A zatem: znikąd nadziei.

Jedynym ratunkiem dla opozycji byłoby przedstawienie porywającej wizji pozytywnej. Ten film mówi jednak tylko tyle, że za PiS trochę się poprawiło (500+!), a trochę się pogorszyło (skopane reformy).

Antypisowski wuj Czesio nie znajdzie tu argumentów w sporze z pisowskim stryjem Ziutkiem. Bo ten zapyta, „a jak Platforma chce to zmienić na lepsze?”.

I po makale…

Paul Baran, wynalazca Internetu


Latka lecą, klawisze stukają. Krótko mówiąc, zapraszam do zakupu kolejnej książki.

Jeśli biografie mogą mieć sequele, traktuję ją jako kontynuację „Lema”. Mistrz parokrotnie fantazjował na temat swojego alternatywnego życiorysu – gdyby tak rodzina odpowiednio wcześnie, najlepiej jeszcze przed 1939, wyemigrowała ze Lwowa do USA.

Lem żyłby wtedy jak Hogarth, Rappaport, w najgorszym wypadku reporter Roughton. Może nie zostałby najsłynniejszym polskim pisarzem XX wieku, ale również dokonałby wielkich rzeczy?

W inżynierze Paulu Baranie znalazłem takiego jakby właśnie alternatywnego Lema. Jego rodzice wyemigrowali z Grodna w 1928 wraz z nim i dwójką jego rodzeństwa.

Jaki to piękny amerykańki sen. Pięcioosobowa rodzina uchodźców schodzi ze statku w Ellis Island. Ich najmłodsze dziecko to jeszcze nieledwie niemowlę – urzędnik błędnie opisuje je jako dziewczynkę.

Trzy dekady później to dziecko wymyśli Internet.

Uprzedzając pytanie, czy Paula Barana (albo w ogóle kogokolwiek) można nazwać wynalazcą Internetu: jestem świadom, że przypisuje się na przestrzeni lat 1945-1995 to miano różnym ludziom, od Vannevara Busha po Ala Gore’a.

W prawie patentowym wynalazca definiowany jest jako ten, kto jako pierwszy przedstawi nieoczywiste rozwiązanie tak, żeby osoba biegła w sztuce mogła je zrealizować. Wszystkie opisy przed Baranem były ogólnikowe i literackie. Wszystkie późniejsze były zaś późniejsze.

Wśród PT Komcionautów mogę mieć osoby, które przeczytały o początkach Internetu Wszystko (czyli w praktyce: „Where Wizards Stay Up Late” Lyona i Hafner, „A Brief History of the Future” Naughtona i „Inventing the Internet” Abbate). Nawet te osoby poznają pewne nowe fakty, bo cytuję nieopublikowane dokumenty z archiwum Barana na Stanfordzie.

W poprzedniej notce szydziłem ze „standardowego światopoglądu lat 90”. Wchodziło w niego ukrywanie roli państwa w rozwoju technologii cyfrowej – co pośrednio uzasadniało przywileje podatkowe dla kartelu GAFA („niczego nie zawdzięczają państwu”).

I znów, po PT Komcionautach oczekuję znajomości autorów takich jak Mariana Mazzucato, którzy to pięknie masakrują „po całości”. Ale moja książka będzie dla nich, mam nadzieję, ciekawym studium konkretnego przykładu.

Mój bohater działał w Krzemowej Dolinie na klasycznej scenie startupowej. Kiedyś na pewnej konferencji przedstawiano go jako człowieka, który współzakładał cztery starupowe „jednorożce” – Baran poprawił gospodarza, że tylko trzy, bo czwarty się w kapitalizacji zatrzymał na 600 milionach.

Przez znaczną część kariery pracował jednak pośrednio lub bezpośrednio dla państwa. Widać też przepływ technologii – np. doświadczenia zgromadzone przy telemetrii pocisku manewerującego MGM-1 Matador wykorzystywał jako spec od wysokiej jakości nagrań na taśmie magnetycznej na rozwijającym się wówczas rynku audio-wideo.

Ponieważ w książce trochę będzie o wojsku, więc spodziewam się typowej krytyki entuzjastów rapierów. Na pewno nie pocisk manewrujący tylko manewrant pociskujący, i tak dalej. No trudno, rapierzystom nikt nie dogodzi, nawet inni rapierzyści.

W biografii Barana spotykają się różne moje fascynacje. Jak wiecie, poza technologią, kocham także Amerykę. Zwłaszcza taką z Tamtych Lat, do której pasowałby soundtrack z dowolnego filmu Tarantino.

Mój bohater mieszkał kolejno w Bostonie, Filadelfii, Nowym Jorku, Los Angeles, w Middletown, CT (typowe „miasto o jednej ulicy”) i Krzemowej Dolinie. Odbywał też służbowe wyprawy m.in. na przylądek Canaveral, do Waszyngtonu i do Murray Hill (siedziba Bell Labs).

Staram się zabrać czytelnika w podróż w czasie i przestrzeni. Od Ameryki prohibicji do Ameryki startupów, z wybrzeża na wybrzeże, z klasy niższej do wyższej, ze sztetła na Podlasiu do historii.

Mam nadzieję, że was przynajmniej jeden z tych motywów kręci tak jak mnie: Amerykański sen, złote lata kapitalizmu, narodziny technologii cyfrowej, podróże po Route 66, awans klasowy, zimna wojna, Bing Crosby rejestrujący swój anielski głos na pionierskiej instalacji firmy AMPEX, mormońscy osadnicy jadący przez pustynię w wozach, jak w „The Ballad of Buster Scruggs” (pojawiają się u mnie jako przodkowie małżonki).

W takim razie – polecam się łaskawej pamięci…

Upadek Richarda Stallmana

Ze względu na wieloletnie boje, jakie toczyłem z systemem wartości kojarzonym z Richardem M. Stallmanem (w uproszczeniu, nazywałem to często „linuksiarstwem”), muszę odnotować na blogu jego upadek. Nie ma frajdy nad szadenfrajdę!

Ten upadek to daleki odprysk afery Jeffreya Epsteina, alfonsa dla VIPów. Wśród jego klientów był Marvin Minsky, pionier badań nad sztuczną inteligencją, któremu Epstein stręczył przynajmniej jedną nieletnią dziewczynę.

Epstein aranżował spotkania klientów ze swoimi dziewczynami na terytoriach, które mają luźne podejście do seksualnego wykorzystywania nieletnich. Minsky’ego zabrał do swojej posiadłości na Wyspach Dziewiczych, gdzie oddał do jego dyspozycji siedemnastolatkę (ktora później złożyła zeznania obciążające wielu sławnych i wpływowych).

To wszystko nie dotykało Stallmana bezpośrednio, ale gdy w MIT wszyscy odcinali się od Epsteina (który hojnie sponsorował MIT), wdał w absurdalną obronę Minsky’ego. „Skąd wiemy że siedemnastolatka nie oddała mu się dobrowolnie? Moralnym absurdem jest uzależnianie definicji gwałtu od tego, czy zdarzenie miało miejsce w tym czy tamtym kraju, albo czy ofiara miała 17 czy 18 lat” – argumentował.

Ach, ten każualowy seksizm z zeszłego stulecia. Pamiętacie te czasy, gdy podobnie broniono Polańskiego?

Czasy się zmieniły. Stallmanowi wyciągnięto podobne akty codziennego seksizmu, na przykład to, że na drzwiach swojego gabinetu w MIT opisał siebie jako „Knight for Justice (Also: Hot Ladies)”.

16 września zmuszono go do ustąpienia z MIT i z Free Software Foundation – którą sam założył i przez wiele lat był jej najbardziej znanym działaczem. Za nic nie przeprosił, na blogu lakonicznie podsumował to jako „series of misunderstandings and mischaracterizations”.

Fundacja szuka nowego przewodniczącego – czytelniku, może się zgłosisz? Ale nawet jak już znajdzie, odejście Stallmana to koniec pewnej epoki.

Przez wiele lat w swoich bojach z linuksiarstwem stykałem się z takim mniej więcej pytaniem: „skoro mam lewicowe poglądy, dlaczego nie chcę popierać idealistycznych bojowników o wolność oprogramowania”.

Otóż po pierwsze, zawsze miałem wątpliwości co do tego idealizmu. Linuksiarze nie walczą pro bono, walczą za pieniądze sponsorów takich jak Epstein (albo wrednych monopolistycznych korporacji).

Po drugie zaś, cała moja lewicowość sprowadza się do postulatu, żeby świat stał się lepszym miejscem dla Jana Kowalskiego (i Janiny Nowak). A gorszym dla Epsteina i jego wpływowych przyjaciół. Inne formy lewicowości mnie nie interesują.

Ruch Wolnego Oprogramowania nigdy nie interesował się zwykłym użytkownikiem. Dostarczał narzędzia programistom, żeby ci tworzyli kolejne narzędzia dla programistów – a korporacjom pozwolił obciąć koszty. To wszystko.

Argument „skoro Kowalski korzysta z Google, a Google korzysta z Linuksa, to Kowalski korzysta z Linuksa” nie ma sensu. Google to podmiot komercyjny, wszelkie korzyści związane z obcinaniem kosztów odnoszą zarząd i akcjonariusze. Nic tu nie ma dla Kowalskiego.

Seksizm Stallmana jest szczególnym elementem jego ogólnego światopoglądu, zgodnie z którym bogaci biali mężczyźni po prostu zasługują na swoje przywileje. Im się te siedemnastolatki po prostu należą!

Mam nadzieję, że z moralnego bankructwa takiego podejścia wyjdzie coś dobrego. W amerykańskiej kampanii wyborczej w 2020 kwestia rozbicia kartelu GAFA powinna się stać poważnym tematem przynajmniej na etapie prawyborów wśród demokratów.

Mam też nadzieję, że Epstein zza grobu pociągnie za sobą na dno jeszcze parę ważnych person. Wraz z kolejnymi zeznaniami okazuje się, że od dekad sponsorował on różnych intelektualistów – na przykład Stevena Pinkera i zwolenników psychologii ewolucyjnej.

Tak łatwo to zrozumieć. Z ich książek wynika, że przywileje dla elit są czymś nieuchronnym i naturalnym, a wyższość mężczyzn nad kobietami nie ulega wątpliwości (bo mężczyźni mają lepszą orientację przestrzenną, bo testostereon, le hurr de le durr).

To kanoniczne poglądy lat 90. Można by ułożyć taki „nineties starter pack”: hipoteza sawanny, wolne oprogramowanie, podatek pogłówny, kobiety są z Wenus, urzędnicy nie nadają się do regulowania gospodarki, informacja chce być wolna, memetyka wyjaśnia wszystko. Cieszę się, że dożyłem czasów, w których to wszystko upada punkt po punkcie…

Co z tymi mediami?

Jak zwykle trudno komentować propozycje PiS, bo to co na piśmie nie zgadza się z tym, co na języku. Komentując zapisaną w programie propozycję „ustawy o statusie zawodowym dziennikarza”, marszałek Terlecki powiedział, że to „próba ucywilizowania tej narastającej komplikacji, jaką są media społecznościowe”.

To nie ma sensu. Do regulacji tego, co robią media społecznościowe („portale, które sobie pozwalają często na rzeczy wyjątkowo niesympatyczne i nieprzyjemne”) nie potrzebujemy ustawy o zawodzie dziennikarza.

Potrzebujemy ustawy regulujacej działalność amerykańskich korporacji, takich jak Google, Twitter czy Facebook. Tylko że wobec tych firm PiS konsekwentnie deklaruje politykę służalczej uległości – dalej mają nie płacić podatków, dalej mają być praktycznie bezkarne (chwilę dalej w programie PiS chwali się swoją „walką z ACTA 2”).

Załóżmy, że najgorsi na Twitterze są dziennikarze (co już wydaje mi się naciągane). Skąd będzie wiadomo, że pod ksywką „jorry123” występuje dziennikarz, a nie sędzia czy hydraulik? Panie marszałku, tego nie ruszymy „ustawą o dziennikarzach”, tu potrzebna „ustawa o Twitterze”.

Program PiS mówi z kolei o innym problemie: o zaufaniu publicznym. Już pisałem na blogu, że dziennikarz – w odróżnieniu od np. weterynarza – nie ma takiego statusu.

„Zawód zaufania publicznego” jest wtedy, gdy ustawodawca uznaje, że jakiś zawód musi być regulowany ustawowo, bo wolny rynek nie wystarcza. Gdy ktoś umrze z powodu błędu lekarskiego, to żadna pociecha, że więcej się już nie będzie leczyć u tego konowała.

Czy dziennikarze wymagają podobnej ustawy? Czy nie wystarcza zwykłe „nie ufasz mu – nie czytaj go”? Nie jestem pewien.

Podobne rozwiązania występują w krajach demokratycznych, np. we Włoszech. Co mnie bawi, słowo „publicysta” oznacza tam „autora bez dziennikarskich uprawnień”.

Włoscy dziennikarze lubią ten system, bo m.in. gwarantuje w miarę jawne i równe zarobki w ramach widełek określanych przez ich organizację. Podobne rozwiązanie spowodowałoby w polskich mediach rewolucję, ale nie wiem, czy PiS byłby na nią gotowy.

Widełki wynagrodzeń oznaczałyby z jednej strony, że Wildstein z Pereirą musieliby sobie obniżyć do poziomu nas, maluczkich. A z drugiej, że Sakiewicz by nie mógł swoim nie płacić.

Przez ostatnie 4 lata PiS pokazał, że nie umie współpracować z istniejącymi już samorządami – ani terytorialnymi, ani branżowymi. Kaczyński uważa, że reprezentuje Czyste Dobro, a w takim modelu wszelka autonomia jest podejrzana (skoro ktoś nie chce się podporządkować to znaczy, że jest Czystym Złem).

Prawie każda grupa, która ma jakąś formę ustawowej niezależności (sędziowie, lekarze, akademicy, adwokaci, nauczyciele, filmowcy…) wchodziła w konflikt z PiS. Z samej tej niezależności PiS czynił zarzut („nadzwyczajna kasta”, etc.).

Trudno mi uwierzyć, że PiS chciałby dać kolejnej grupie taką autonomię. Sam by sobie tworzył wroga?

Niezależnie od osi PiS/Antypis, wielu polskich dziennikarzy jest przeciw samej idei zrzeszania się. Przeciwników spotkamy w obu obozach. A nie da się wprowadzić samorządności wbrew woli zainteresowanych.

Zapewne więc nie chodzi o żaden samorząd, tylko o weryfikację jak w stanie wojennym. Czasy się zmieniają, prokurator Piotrowicz zawsze w komisji.

Wojny z tamtymi „kastami” poszły PiS-owi słabo – i przyznają to nawet pisowcy. Nigdzie nie było zdecydowanego zwycięstwa, najwyżej pyrrusowe.

Ta wojna będzie szczególnie trudna. Jesteśmu w Unii. Nie da się zabronić przeniesienia redakcji do czeskiego Cieszyna czy Frankfurtu nad Odrą. Dziennikarze nie musieliby nigdzie jechać, byliby warszawskimi korespondentami czeskiego portalu.

Jak PiS chciałby to zwalczać – prokuraturą? Prześladując dziennikarzy zatrudnionych w niemieckich czy czeskich mediach, a więc bronionych przez tamte rządy i związki?

Z obawy przed unijną aferą, PiS już zrezygnował z „repolonizacji”. Teraz by miał to samo do kwadratu.

Myślę, że prezes coś palnął na Nowogrodzkiej na zasadzie „rzucam myśl, a wy go łapcie”. A jego otoczenie zbiera się na odwagę, by mu powiedzieć, że to nie do zrobienia.

Poprzednio podobne pomysły miał rząd Leszka Millera. Mieli 40% poparcia i wydawało się, że nie mają z kim przegrać, ale mieli przeciw sobie media. Zaczęli mówić o regulacji zawodu i dekoncentracji.

Nic z tego nie wyszło, poza aferą Rywina. Teraz też skończy się aferą albo zaniechaniem samego pomysłu, jak z „dekoncentracją i repolonizacją”.

Kto chce być miliarderem? (NP 176)

Jak już pisałem, najstarszą płytą w mojej kolekcji jest prawdopodobnie soundtrack z musicalu „High Society” (1956). Jest w niemieckiej edycji, więc na okładce ma tytuł „Die oberen Zehntausend” (ale piosenki są normalne).

Był w koszu „za 1 euro”. A że bardzo lubię ten musical, ucieszyłem się z okazji.
Lubię Cole Portera, lubię „Rat Pack”, ale najbardziej lubię popkulturowe przedstawienia struktury klasowej społeczeństwa kapitalistycznego. A ten film ma ją wręcz w tytule.

Fabułę zaczerpnięto z komedii romantycznej George’a Cukora z 1940, dopasowano ją jednak do emploi nowej obsady. Aktorzy grają tu swoje popkulturowe symulakra, Louis Armstrong występuje wręcz „as himself”. Będę więc używać ich nazwisk mówiąc o ich postaciach.

Sinatra gra tabloidowego reportera, który nienawidzi klasy wyższej. Przybywa na ślub Grace Kelly (świat wtedy właśnie żył jej prawdziwym ślubem z prawdziwym księciem) w nadziei na skandaliczny tekst, w którym ich wszystkich obsmaruje.

Sinatra wykłada na początku filmu swoje poglądy na strukturę klasową redakcyjnej koleżance (Celeste Holm). Twierdzi, że nienawidzi bogaczy z powodu ich moralnego zepsucia, a nie dlatego, że im czegoś zazdrości.

Rozmowa przechodzi w piosenkę „Who wants to be a millionaire?”, w której Sinatra i Holm przestawiają przywileje klasy wyższej jako utrapienie, a nie jako przyjemność. Na przykład trzeba chodzić na Wagnera do Metrapolitan Opera, co za nuda, kto by chciał (I don’t).

Koleżanka mu wtóruje: „A country estate is something I’d hate”, „Do I want a yacht? Oh, how I do not”, „A liveried chauffeur, do I want? No sir!”.

Mój hejt na klasę wyższą jest podobny. Nie chciałbym być jednym z nich, w sumie dobrze mi w średniej klasie średniej.

Nie chciałbym mieć posiadłości tak ogromnej, żeby musieć mieszkać pod jednym dachem razem z obcymi ludźmi, którzy by się opiekowali kuchnią i ogrodem. Nie chciałbym być wożony przez kierowcę – lubię prowadzić. Nie chciałbym też być w zarządzie czegokolwiek, nienawidzę zebrań, spotkań i telekonferencji, a bez tego się chyba nie da.

W tej piosence widać naiwny, ale jednak przemawiający do mojej wyobraźni optymistyczny egalitaryzm epoki Eisenhowera. Amerykańska klasa średnia w latach 50. miała już tak dobrze, że nie miała czego zazdrościć klasie wyższej.

Na weselu ma się pojawić były mąż Grace, Bing Crosby – jego ojciec był „baronem-rabusiem” w wieku dzikiego kapitalizmu, ale on gardzi tą fortuną i wybrał karierę muzyka jazzowego. Grace rzuciła go z powodu jego alkoholizmu i złych manier, jej nowy facet ma być wzorem dżentelmena z wyższej sfery.

Sinatra chce omotać Grace Kelly, by wydobyć od niej kompromitujące informacje. Ona tymczasem go wkręca w swoją intrygę. Dwustronna manipulacja przechodzi w flirt.

Dziennikarz uświadamia sobie, że bogacze mają takie same życiowe problemy jak on.
Najważniejsza jest przecież miłość, a w odnalezieniu Drugiej Połówki pieniądze wcale nie pomagają.

Ważnym ogniwem intrygi ułożonej przez Grace Kelly jest jej Szalony Wujek (wspaniały Louis Calhern, również w swojej ostatniej roli – nie doczekał premiery). BTW: Szalony Wujek (Wicked Uncle) to moja ulubiona postać stereotypowa (stock character) w komediach romantycznych.

Wujek jest alkoholikiem i wykorzystał swoją fortunę do zbudowania czegoś, czego już nawet Sinatra mu zazdrości. To sekretny bar, do którego można się wymknąć z salonu, gdy oficjalne przyjęcie robi się zbyt nudne.

W tym barze Frank i Bing wykonują najbardziej znany przebój z tego filmu, o którym pisałem w prapoczątkach bloga. Wspólne pijaństwo ich zbliża, z wrogów stają się przyjaciółmi.

Dziś, gdy od popkultury oczekujemy pewnej odpowiedzialności społecznej, szokuje podejście tego filmu do alkoholizmu. Co najmniej trzy osoby mają tutaj poważną chorobę (Wujek, Frank i Bing), ale pokazana jest jako coś zabawnego i nieszkodliwego. Ot, jeden zbiera znaczki, drugi pije na umór.

Grace upija się do nieprzytomności i to ją zbliża do męża-alkoholika. Wybaczcie spojler: wychodzi za niego ponownie.

Mądrość Życiowa Dziadka Wojtka mówi mi, że to zła decyzja. Za duża różnica wieku (on: 53, ona: 26). Takie związki kończą jak Wielka Miłość Isabel i Kazza.

Jeśli ona od niego już raz odeszła z powodu jego alkoholizmu, to za drugim razem będzie tylko jeszcze gorzej. Ale to nie jest prawdziwe życie, tylko musical Cole Portera, więc już przestanę zrzędzić.

A wy, drodzy komcionauci? Czy chcielibyście awansować do klasy wyższej, czy wam też średnia wystarcza do szczęścia?

Duopol gibelinów i gwelfów

Moja niechęć do analogii z Trzecią Rzeszą wynika nie tyle z nazistofobii, co z intelektualnej łatwizny takich porównań. Każdy oglądał „Kabaret”, więc każdemu się wydaje, że wie jak upadła Republika Weimarska.

W Europie tymczasem spór „monarchia czy republika” zaczął się w starożytności i trwał przez średniowiecze. W samej Italii republik było ze sześćdziesiąt, a były też na północy – w tym rzut beretem od nas w Nowgorodzie.

Prawie wszystkie upadły, z charakterystycznym wyjątkiem San Marino, któremu udało się pozyskać litość najpierw Napoleona, a potem Garibaldiego. Podczas zimnej wojny byli anomalią, jako jedyny demokratyczny kraj rządzony przez komunistów.

Większość republik zwalcowały w XVI-XVIII wieku europejskie absolutyzmy. Ciekawsze wydają mi się jednak przypadki tych, które wolności wyrzekły się niejako dobrowolnie.
Ważna dla naszej historii dynastia Sforzów zrodziła się właśnie w ten sposób. W 1447 roku w Mediolanie zmarł książę Visconti.

Elity intelektualne miasta uznały to za dobry moment do przywrócenia swobód demokratycznych, utraconych dwa stulecia wcześniej. Dynastię Viscontich zapoczątkował arcybiskup, po którym rządzili jego spadkobiercy.

W Mediolanie urzędowali najwybitniejsi prawoznawcy Italii. Ułożyli piękną konstytucję Złotej Republiki Ambrozjańskiej i wybrali spośród siebie radę dwudziestu czterech „kapitanów i obrońców wolności”.

Tymczasem nieślubna córka Viscontiego miała inne plany – wyszła za Francesco Sforzę, z zawodu kondotiera, po prostu bandytę. Sforza pozyskał poparcie miast otaczających Mediolan, obiecując im klasyczne „read my lips: no new taxes” oraz „nie pozwolimy tym ważniakom z Mediolanu się rządzić”.

Nie upłynęły 3 lata, a „capitani e difensori della liberta” skapitulowali i przekazali mu wszelkie uprawnienia. Franceso rządził zresztą sprawnie, ale jego następcy byli już takimi zwyrodnialcami, że Hitler ze Stalinem by się skrzywili z niesmakiem.

Galeazzo Sforza był zbrodniczym psychopatą. Gwałcił kobiety, potem je przekazywał dworzanom. Mordował ludzi przy pomocy wymyślnych tortur, lubował się w słuchaniu jęków konających.

Florencja uzyskała niepodległość w 1197, szybko stała się potęgą. Jej walutą (florenem) posługiwano się nawet na naszych ziemiach. Ród Medyceuszy założył pierwszy ogólnoeuropejski bank i od XV wieku de facto rządził miastem.

Medyceusze sponsorowali naukę i kulturę. Florencja do dzisiaj robi potężne wrażenie na przybyszu (zwłaszcza grającym w „Assasins Creed”).

Upadek tej republiki jest więc być może najbardziej zagadkowy. W 1490 roku w mieście pojawił się dominikański mnich Girolamo Savonarola, sprowadzony przez Wawrzyńca Wspaniałego – jak sam przydomek wskazuje, jednego z najwspanialszych z Medyceuszy.

Wspaniały zmarł w 1492. Jego następca, Piotr Niefortunny (Piero Il Sfortunato) był, jak sam przydomek wskazuje, jednym z najmniej wspaniałych Medyceuszy.

Savonarola nie miał florenckiego obywatelstwa, więc sam nie mógł startować w wyborach. Jego stronnicy, partia Płaczących (Piagnoni) błyskawicznie zdominowali jednak miejską politykę. Doprowadzili do obalenia Piotra Niefortunnego (1494).

Savonarola miał świetną odpowiedź na pytanie „jak zreformować system sprawiedliwości”. Dzieci są z natury niewinne, a więc: stwórzmy dziecięcą policję! Niech tropi pijaństwo, rozpustę i korupcję! A ponieważ to co złe, brało się z dbania o rzeczy świeckie: palmy książki i dzieła sztuki, bo odwracają ludzi od Boga!

Florencja pogrążyła się w terrorze i chaosie. Nawet wyznawcy Savonaroli w końcu zauważyli, że facet bredzi jak obłąkany. W końcu spalono go na stosie w 1498.

Lubimy powtarzać, że edukacja i kultura służą demokracji, ale historia tego nie potwierdza. Republikę wolnych chłopów Dithmarschen Dania podbiła dopiero w 1559, chłopi nie mieli swojego Savonaroli.

Te republiki czasem były de facto oligarchiami (Wenecja!), czasem jednak były całkiem demokratyczne. W Nimes lud wybierał „po pięciu zacnych mężów z każdej dzielnicy”. Tych dwudziestu elektorów wybierało 4 konsulów.

Żeby uniknąć groźby przekształcenia w monarchię, często w tych ustrojach nie było pojedynczego przywódcy. W Pawii poszczególne stany (rycerze, gmin oraz juryści) wybierali – każdy osobno – swojego podestę, którzy rządzili kolektywnie.

W niektórych miastach nie tolerowano rycerzy. Wykluczyły ich np. Fryburg (1120) i Lubeka (1158). Bolonia i Florencja przyjęły przepis, że w radzie generalnej mogą zasiadać tylko obywatele wykonujący pracę własnych rąk (co wykluczało m.in. jurystów). Dante pochodził ze stanu rycerskiego, ale wstąpił do cechu lekarzy po prostu żeby mieć prawa obywatelskie.

Kryteria obywatelstwa były zawsze przedmiotem sporu. W Pizie od 1286 wymagano 20-letniego pobytu. Wobec braku rąk do pracy, w 1319 radykalnie to skrócono do 3 lat. Piza generalnie wygląda na jedną z najbardziej egalitarnych republik: w 1164 wprowadzono tam zakaz budowy wieży wyższej od sąsiada (żeby uniknąć wyścigu jak w San Gimignano).

W starożytnym Rzymie za ideał cnót republikańskich uchodził Cyncynat, który obrany dyktatorem na czas wojny z Ekwami, po zwycięstwie oddał władzę i odrzuciwszy wszelkie zaszczyty, wrócił do pracy fizycznej. Opowiednikiem w średniowieczu była legenda mediolańskiego Huberta della Croce, żołnierza i siłacza, który jednak pozostawał zawsze
skromnym i uprzejmym demokratą.

Tych, którzy liczyli na puentę typu „I DLATEGO KACZOR BE, ZANDBERG CACY”, muszę niestety rozczarować. Piszę o tym bo mnie to kręci.

Jak my narzekamy na duopol PO-PiS, tak Włosi narzekali na gibelinów i gwelfów. Gwelfowie byli za papieżem, gibelini za cesarzem. Jeśli Unię Europejską uznamy za nowe wcielenie cesarstwa, to my my – jako Antypis – jesteśmy gibelinami.

Zazwyczaj elity były za gibelinami, a gmin za gwelfami, ale nakładały się na to animozje między miastami. Gdyby Toruniem rządzili gwelfowie, Bydgoszcz byłaby gibelińska.

Gwelfowie z kolei dzielili się na białych (antyklerykalnych) i czarnych (proklerykalnych). W tamtych czasach antyklerykalizm często łączył się z głęboką religijnością – republika w Pizie zaczęła się od antyklerykalnego powstania z IX wieku, w którym obalono biskupa. Świecki konsulat dalej budował kościoły.

Spór o wyższość republiki nad monarchią toczył się wówczas także między filozofami. Jan z Paryża ostrzegał, że każda monarchia grozi zwyrodnieniem w tyranię. Zwolennicy monarchii, jak Idzi Rzymianin kontrowali, że monarchia to więcej niż monarcha.

Największymi zwolennikami republiki byli Jan z Hocsem i Ptolemeusz z Lukki. Ich argumenty przypominają dzisiejsze: pisali, że ludzie najchętniej przestrzegają tych praw, na stanowienie których mają wpływ i że prawa republikańskie zazwyczaj są łagodniejsze od monarszych.

Bruneo Lattini ułożył taki ranking najlepszych ustrojów świata: 3. władza królewska, 2. władza najlepszych, 1. władza komuny. Nie był oczywiście protoplastą komunizmu (a może jednak?), po prostu uważał, że najlepiej gdy ludzie sami zrzeszają się w swobodną wspólnotę.

Ptolemeusz z Lukki był z kolei protoplastą kultu Średniej Klasy Średniej, dowodził bowiem, że zła jest władza bogaczy, bo grozi tyranią, zła jest też władza biedaków, bo grozi przymusowym zrównywaniem. Najlepsza jest władza „ludzi pośredniego szczebla”.

Na tym zakończę wybor losowych ciekawostek, pochodzących głównie z książki Johna Mundy „Europa Średniowieczna 1150-1309”.

Wielki problem małej Emi

Chciałbym zrozumieć oficjalną linię wobec afery hejterskiej. Nie adresuję już tej notki do „drogich pisowców”, bo omijają mojego bloga (#smuteczek), ale gdyby któryś przechodził i potrafił tę linię tutaj wyeksplikować, będzie mile widziany.

Jeśli dobrze rozumiem, oficjalnie wygląda to tak: nieokreślona grupa sędziów związanych z wiceministrem Piebiakiem prowadziła niedozwoloną działalność w mediach społecznościowych. Gdy tylko dowiedział się o tym minister Ziobro, natychmiast go dymisjonował, razem z kilkoma innymi sędziami.

Początkowo bagatelizowano sprawę – podważano wiarygodność hejterki Emilii, sugerowano też, że ujawnione przez nią skriny mogą być sfałszowane. Po kilku dniach jednak prawdziwość tych rewelacji potwierdzili także sędziowie, którzy byli uwikłani z nią w tym przedziwnym trój- (lub więcej?) kącie.

Nawet w oficjalnej, propisowskiej wersji sprawa wygląda grubo. Połamano kilka poważnych paragrafów – to nie był tylko banalny hejt, czyli zniewagi i pomówienia, tutaj widać także podżeganie do przestępstwa, przekroczenie uprawnień i ujawnianie materiałów ze śledztwa.

Ktoś za to w końcu powinien beknąć. Kto? I tutaj wersja oficjalna robi się dziwna.

W tej chwili brzmi tak, że minister Ziobro o niczym nie wiedział, a więc za nic nie odpowiada. Już to jest dziwne, bo zawsze było tak, że szef resortu odpowiada za to co się dzieje w resorcie – a jeśli o niczym nie wiedział, to tym gorzej dla niego.

Zarzuty PiS wobec poprzedniej władzy przecież sprowadzają się do tego samego. Że nie dopilnowali (procedur przy tupolewie, Amber Gold, mafii vatowskich itd.). Nagle porzucili tę zasadę? OK, niech będzie. Ale absurdów i tak tylko przybywa.

Hejterka Emilia od dłuższego już czasu o swoich krzywdach – prawdziwych lub domniemanych – informowała dziennikarzy i polityków. W tym: prezesa Kaczyńskiego i posłankę Pawłowicz.

Propaganda prześciga się w przedstawianiu odpowiedzi Kaczyńskiego i Pawłowicz jako wzoru profesjonalizmu. Proszę bardzo, ale faktem jest, że skoro Kaczyński odpisał Emilii na temat jej konfliktu z Piebiakiem to znaczy, że o nim WIEDZIAŁ. Ditto Pawłowicz.

Ja mam narastające trudności z uwierzeniem, że Kaczyński po tym wszystkim nie zapytał ministra Ziobry „co się tam u was dzieje, dostaję dziwne listy na temat twojego wiceministra”. Szanowny wyborcy PiS: a wy w to wierzycie?

Moje rozumienie sprawy jest proste. Nigdy nie przeczyłem, że trzeba zreformować polski system sprawiedliwości.

Od początku krytykowałem reformy Ziobry przy pomocy metafory motoryzacyjnej. Mamy niesprawny samochód – nie zacznie jeździć lepiej od samej tylko wymiany kierowcy.

Dwa lata temu pisowcy na moim blogu dawali Ziobrze kredyt zaufania. Obiecywali, że ocenią po owocach. Może już czas?

Poprawianie sądów przez wymianę sędziów było od początku głupim pomysłem. Towarzyszyły temu kłamliwe deklaracje, że chodzi o odsunięcie sędziów orzekających w czasach PRL – tymczasem dzisiejsi sędziowie w czasach PRL mogli być najwyżej aplikantami.

Załóżmy nawet, że sędziowie rzeczywiście są skorumpowaną kastą złodziei kiełbas. Co w związku z tym – powołać grupę czyścicieli i dać im nadzwyczajne uprawnienia?

To się nigdy nie udało. Oprycznina Iwana Groźnego, Komitet Ocalenia Publicznego Dantona i Robespierra, CzK: to wszystko różne warianty tego samego pomysłu, żeby się nie patyczkować tylko wprowadzić Dyktaturę Uczciwych.

Ten pomysl często chwytał, no bo w końcu kto się ośmieli skrytykować dyktaturę uczciwych? NIEUCZCIWI! POD ŚCIANĘ!

Historia pokazuje, że takie Nadzwyczajne Komisje błyskawicznie się degenerują. Taka jest po prostu Natura Lucka: bezkarność rodzi amoralność.

Gdyby oni zamiast wycierać sobie gęby Inką i Pileckim naprawdę poczytali coś o AK wiedzieliby, że również w AK obawiano się degeneracji w pospolitą bandyterkę. Władze państwa podziemnego próbowały temu zapobiec proceduralnie – wcale nie uważały, że wystarczy być genetycznym patriotą, a problem zniknie.

Współczesna polska prawica pobiła wszelkie rekordy tempa moralnej degeneracji. Usta mają pełne frazesów o moralności, ale w praktyce dziecko z drugiego małżeństwa mają z trzecim mężem.

No i co teraz z reformą sądownictwa, drodzy pisowcy? To nasz wspólny problem, bo unijne kary uderzą i w nas, i w was (a na dalszą metę: w zdolność do wypłacania 500+).

Dalej macie zaufanie do Ziobry i uważacie, że on ma dobry pomysł? Chętnie usłyszę waszą wersję (ale przypominam: to nie Twitter, zachowujemy się).