Żulczyk o elitach

Jakub Żulczyk to pisarz, którego Wypada Znać w gronie PT Komcionautów. W jego książkach coraz więcej mamy inteligentnej diagnozy społecznej.

„Informacja zwrotna” to powieść o warszawskim alkoholiku. Dużo tutaj prawdy o Warszawie i zapewne także dużo o alkoholizmie, choć tutaj muszę uwierzyć autorowi na słowo – chyba przez całe studia nie wypiłem tyle, ile jego bohater potrafi wytrąbić w ciągu jednego akapitu.

Wierzę mu też, że tytuł nawiązuje do rytualnego momentu podczas terapii grupowej, gdy już wszyscy opowiedzieli swoje historie, i teraz pozostali uczestnicy grupy dzielą się uwagami. Jak to u Żulczyka, tytuł wraca do nas kilkakrotnie.

Na początku po prostu widzimy bohatera/narratora podczas terapii i dowiadujemy się, że ma ona taki etap. Pod koniec uświadamiamy sobie, że wszystkie opisane tu wydarzenia były właśnie niewerbalną informacją zwrotną konieczną, by wreszcie się ogarnął.

To jest trochę jednak thriller, więc ostrzegam przed spojlerami. Czytałem nie wiedząc nic ponad lakoniczne streszczenie z okładki.

Rozwój wydarzeń parę razy mnie zaskoczył i te zaskoczenia, jak to w kryminale, poczytuję autorowi na plus. Bez spojlerów powiem na przykład, że w scenie, powiedzmy, „pobicia J. przez nieznanego sprawcę”, nie domyśliłem się tożsamości – narrator nas tu zwodzi, że może ten, może tamten, a kiedy się to w końcu wyjaśnia: to byłem zaskoczony, a jednocześnie jak wzorcowy czytelnik kryminału musiałem narratorowi przyznać, że niczego nie ukrywał, po prostu nabrałem się na red herringa.

To nie jest kryminał w takim sensie, w jakim są nimi „Wzgórze psów” czy „Ślepnąc od świateł”. Intryga sensacyjna jest dobrze przygotowana, ale mimo wszystko drugorzędna wobec wątku, nazwijmy to, psychospołecznego.

Szczególnie spodobał mi się ten społeczny. „Ślepnąc od świateł” pokazywała Warszawę jako miasto rządzone przez kokainę – co mi zgrzytało fałszem, jak te portalowe opowiastki o „dealerze gwiazd”.

Często słyszę ten frazes, że „łatwiej w Warszawie kupić narkotyki niż mleko”, ale to bzdura. Najłatwiej kupić to, co jest w Żabce, bo w Warszawie Żabka jest na każdym rogu (zdumiewa mnie opłacalność tego modelu).

Gdybym miał kupić kokainę, nawet nie wiedziałbym, do kogo zadzwonić. Jedyna osoba w moim bąbelku, którą podejrzewam o takie koneksje, mieszka akurat w Chorzowie.

Warszawa od stuleci jest jednak wielkim przekrętem nieruchomościowym. To przekleństwo wszystkich miast, które „odniosły sukces” (definiowany jak w SimCity) – Los Angeles, Nowy Jork, Londyn, Paryż (itd) też mają swoje historie o „czyścicielach kamienic” i „działkach cudów”.

W Warszawie nie ma przed nimi ucieczki. Problemy mogą cię dopaść także na przedmieściach, także w nowej deweloperce. Wszędzie się może odnaleźć stuletni spadkobierca. Zawsze się może okazać, że kupiłeś nieruchomość od przestępców, a akt notarialny ma wady prawne.

Bohater wkręcił się w aferę z tej branży niechcący – nie miał głowy do sprawdzania detali. To było jeszcze zanim poszedł na pierwszą terapię.

„To nie jest film Patryka Vegi”, mówi ktoś w tej książce. Tu najgroźniejszymi bandziorami nie są dresiarze o pretensjonalnych ksywkach typu „Gebels” czy „Metyl”, tylko prawdziwa elita, prawdziwa klasa wyższa.

Morawieckiemu udało się dyskusję o podziale klasowym wpuścić w kanał bezsensownych rozważań „przy jakich zarobkach jest klasa średnia”. Zasada jest prosta: dopóki twoje zarobki mają dla ciebie znaczenie, to nawet jeśli są zacne, nie jesteś w klasie wyższej, najwyżej w wyższej średniej (UMC).

Szlachta nie pracuje. Elitą jesteś, gdy siedzisz – jak wspomniany Morawiecki – na kilkudziesięciu milionach, które zagwarantują ci dostatnie życie z wynajmu czy z dywidend niezależnie czy coś „zarabiasz” czy nie.

Dlatego zresztą nie wierzę w mit „socjalnego PiSu”. W swoim rdzeniu to partia establishmentu III RP, uwłaszczonego na prywatyzacjach i likwidacjach.

Nie wierzę, żeby ta partia mogła realnie zagrozić interesom tego establishmentu. Dorobek „komisji reprywatyzacyjnej” jest mizerny, oficjalna wersja sprawy Brzeskiej to ciągle „samobójstwo przez wywiezienie do lasu i podpalenie”. Rządzą od 6 lat, więc już tylko najciemniejszy lud kupi usprawiedliwienie „a bo potężny układ nas blokuje”.

To nie jest powieść o polityce, ale polityka jest w tle. Sądząc po wywiadzie z Nogasiem, dla autora ważniejszy jest wątek psychologiczny, więc może nie spodobałaby mu się blogonotka skupiająca się na przesłaniu społecznym – no ale powieść po prostu inspiruje rozważania o jednym i drugim.

Słowem – jest wielowarstwowa. Ale czy to źle?

X. Drucki F. Lubecki


Warszawa, jak wiadomo, przeżyła dwie skokowe zmiany granic, w 1916 i 1951. Obu dokonały niedemokratyczne władze bez jakichkolwiek konsultacji, obie radykalnie powiększały obszar miasta (więcej niż dwakroć!).

Pierwsza zmiana miała pewne logiczne uzasadnienie. Władze carskie sztucznie kisiły Warszawę w przedrozbiorowych granicach, wyznaczonych przez okopy Lubomirskiego, do tego w ramach represji po powstaniu listopadowym dorzucono Cytadelę i pierścień fortów.

Okopów już nie ma, ale do dzisiaj stoimy w korkach w miejscu dawnych rogatek. Po prostu 250 lat temu przecięto alternatywne drogi, którymi można by je ominąć – a potem przez 120 lat nie wolno było takich dróg budować.

Wzdłuż linii okopów miasto obrosło więc obiektami takimi, jak cmentarz, szpital, park, nasyp kolejowy czy forteca. Dziś często to zabytki, więc nowej ulicy zbudować nie sposób.

Zanim poszerzono granice, na scenie pojawił się pierwszy pomysłodawca szerokich warszawskich arterii – książę Ksawery Drucki Fuckin Lubecki. Ogólnie zawdzięczamy mu budowę pierwszej sieci w miarę nowoczesnych dróg na terenach Polski like, ever.

Przez terytorium pierwszej Rzeczpospolitej przechodziło wprawdzie kilka ważnych europejskich tras handlowych, jak via Regia (odpowiadająca dziś autostradzie A4), ale to nie były drogi w takim znaczeniu, jak drogi rzymskie. Czy nawet średniowieczne drogi Świętego Cesarstwa Rzymskiego.

Nie były utwardzane, zmieniały przebieg po roztopach. Podróżnicy mieli nie tyle mapy, co spisy miejsc, w ktorych można się zatrzymać na drodze z Krakowa do Bizancjum.

Głównym oknem na świat był Gdańsk, budowę innych dróg olewano. Co się wiąże z naszą narastającą peryferyjnością – dla partnerów handlowych w Europie byliśmy krajem ZAMORSKIM, nawet jeśli ościennym.

Ojcem polskiego kapitalizmu jest minister skarbu w Królestwie Kongresowym, Drucki-Lubecki. Rozpętał wojnę celną z Prusami (co odcięło gdańską pępowinę), ale uzyskał dostęp do chłonnego rynku rosyjskiego.

Do tego potrzebne były nowoczesne drogi. Zaczął logicznie od łączenia Warszawy z resztą kongresówki. I równie logicznie wyprowadzał te drogi od jej rogatek.

To były pierwsze bite drogi na ziemiach polskich. Nazwano je „szosami” (zapożyczenie z francuskiego).

Pierwsza była szosa brzeska (a więc połączenie z Moskwą), pierwsza nowoczesna droga na polskich ziemiach. Dziś jej zachodni odcinek jest w Warszawie ulicą Grochowską, stoi przy niej obelisk, który pierwotnie informował, że tę drogę oddano do użytku w 1823 „z woli Alexandra nakładem narodowym” (potem napis zmodyfikowano).

Drucki-Lubecki wybudował też m.in. szosę nowoaleksandryjską (dziś: Puławska), szosę petersburską (dziś: Radzymińska) i szosę wolską (dziś: Wolska). Kiedy Polska odzyskała niepodległość, przez Warszawę w poszerzonych granicach JUŻ przebiegały szerokie arterie, wytyczane jak przy linijce (spróbowałem je nanieść na współczesną mapę).

W dodatku gdy formalnie były poza granicami Warszawy – to jednak obrastały tkanką nie tyle sprawlu, co biedoty marymonckiej, wolskiej czy grochowskiej. Dlatego gdy weszły do miasta, cieszyły się sławą miejsc, w których jeśli skończyło się tylko na mordobiciu, to miałeś brachu szczęście, ale na przyszłość szukaj guza gdzie indziej (z tej to Warszawy ród swój wywodzić mam honor)

„Szosy” Druckiego-Lubeckiego są dziś zazwyczaj dwucyfrowymi drogami krajowymi. Ich charakterytyczną cechą jest to, że biegną po prostych odcinkach, od miejscowości do miejscowości (np. Warszawa – Piaseczno – Góra Kalwaria). Czasem, gdy w XX wieku dodano obwodnicę, jeszcze widzimy „starodroże”, prowadzące prosto do centrum.

Dopiero od niedawna mamy alternatywę w postaci autostrad, albo ekspresówek tworzonych głównie przez poszerzanie starych „szos” (S8, S17). Za mojej młodości jeszcze jeździło się niemal wyłącznie nimi (tyle, że zamiast bruku był asfalt).

W Warszawie skutek był taki, że jeśli ktoś jechał z Berlina do Moskwy, dojeżdżał „szosą wolską” do rogatek wolskich, i potem już przez ścisłe centrum przebijał się do rogatek grochowskich. Tak było jeszcze gdy przyszedłem na świat!

W XIX wieku te rogatki zazwyczaj nie miały połączenia między sobą. W czasach transportu konnego to nie miało znaczenia, potrzeba obwodnic pojawia się razem z motoryzacją.

Najprostszym pomysłem wydaje się połączenie wszystkich rogatek. Coś w tym stylu częściowo prawie że istnieje, to Obwodnica Śródmiejska (brak jej domknięcia na Pradze).

W II Rzeczpospolitej tematu praktycznie nie ruszono, bo każda obwodnica w Warszawie wymaga dwóch mostów. A ze względu na skarpę, mosty albo wymagają kosztownej estakady, albo obsługują ruch hiperlokalny (Świętokrzyski).

Mosty spinające Obwodnicę Śródmiejską: Gdański i Łazienkowski, wybudowano w PRL. Tu się pojawił następujący problem: ze względu na skarpę, najprościej je budować w wąwozach. W efekcie układ dróg wyznacza nam nie tyle inżynieria ruchu, co pieprzona hydrologia!

Dopiero za rządów Platformy zaczęto w warszawskim węźle budować autostrady i ekspresówki zupełnie od zera, nie przejmując się zaszłościami sprzed stuleci. Dlatego węzeł Konotopa się przejeżdża bez sensacji, nowoczesność łączy się tam z nowoczesnością.

Legendarny węzeł Opacz to z kolei próba połączenia Tuska z Druckim-Lubeckim i Gierkiem jednocześnie (!). Nowicjusz tam zabłądzi nawet z GPSem („skręć w prawo” / „ALE W KTÓRE PRAWO??!?”).

A mnie w trakcie pisania notki dopadł Philosoraptorus Siskomus. Skoro szosę brzeską oddano w 1823, to zaczęli pewnie w 1821. Czy nie zbliża się właśnie okrągła dwusetna rocznica budowy nowoczesnych dróg na ziemiach polskich?

Wyznania powerpointofoba


Jak już tu parokrotnie pisałem (ale chyba w komentarzach, nie w notce?), jestem powerpointofobem. Lata spędzone w korporacji wyrobiły we mnie odruch emetyczny na widok „menadżera który na spotkaniu z zespołem pokazuje slajdy”.

Oczywiście, nie chodzi mi o niechęć do prezentacji jako takich. W końcu sam od kilkunastu lat mniej lub bardziej zawodowo się tym zajmuję.

Kiedy mowię młodzieży o DNA, pokazuję oczywiście obrazek, bo łatwiej podwójną helisę ze szkieletem fosforanowo-cukrowym i komplementarnymi parami nukleotydów pokazać niż opisać. Ale to ilustracja do moich słów, a nie zastępcza kartka, z której odczytam głosem swoje „przemówienie”.

Lider odczytujący slajdy to lider, które sam nie wierzy, w to o czym mówi. Używa prezentacji jako sposobu na uniknięcie dyskusji, bo najbardziej na świecie boi się w tym momencie pytania „ale jak pan, panie liderze, chce osiągnąć te świetlane cele”?”.

To było widać, kiedy liderzy Platformy przedstawiali pomysł na koalicję, która przyniesie 276 mandatów. Ich pomysł zakładał po prostu, że się to uda. Ale jak? Nie wiadomo do dzisiaj.

To samo było, gdy Trzaskowski pokazywał slajdy, jak to założy z Krzywnos „Nową Solidarność”. Po co? Z kim? Jak? Tego nie wiemy do dzisiaj.

Jeśli ktoś ma coś konkretnego do powiedzenia, robi konferencję prasową, na której jest gotów odpowiadać na pytania. Gdy robi pokaz slajdów to znaczy, że boi się pytań.

Osobiście nie zamierzam zaszczycać prezentacji Morawieckiego większą uwagą niż ta, którą przyznałem „Solidarności 276” Budki i Trzaskowskiego. Potraktuję to serio dopiero jeśli poznam odpowiedzi na konkretne pytania typu „jak zwalczać śmieciówki bez zwiększenia kompetencji inspekcji pracy”. Czyli nigdy, bo jakby znali odpowiedź, to by się nie chowali za slajdami.

Część propozycji mi się wstępnie podoba, jak choćby reforma podatkowa. Być może sam będę na niej stratny, ale obecny system jest po prostu idiotyczny (proszę spojrzeć na ten wykres).

Część budzi moje przerażenie, jak „budowanie domów bez pozwolenia”. Jakby w Polsce było jeszcze za ładnie!

Część to obietnice, które słyszymy od dawna. Ciągle ktoś robi slajd o odbudowie Pałacu Saskiego albo zwiększeniu nakładów na służbę zdrowia. Ile można?

Najbardziej szanuję takich polityków, którzy zamiast pokazu slajdów, działają. I szanuję ich także w partiach, na które nie głosuję.

Elżbieta Rafalska wprowadziła „500+” bez pokazywania nam slajdów, jaki fajny program kiedyś tam chciałaby zrealizować. Cezary Grabarczyk pokrył Polskę siecią dróg szybkiego ruchu, a jego poprzednik tylko w kółko pokazywał slajdy z tą samą mapką, z tymi samymi planami do zrealizowania (ale po roku byliśmy na tym samym etapie co rok wcześniej).

W rządzie ludzi, którzy potrafią dokonywać sprawnych, konkretnych działań, już po prostu nie ma – i chyba dostrzegają to już nawet wyborcy PiS. Morawieckiego i Trzaskowskiego pozornie różni bardzo wiele, ale jedno ich łączy – że gdyby mistrz Wajda kręcił o nich film, zatytułowałby go „Człowiek z prezentacji”.

Prywatnie traktuję więc ten cały „Nowy Ład” tak jak owe żelastwo, które udawało stępkę podczas prezentacji planu budowy promów. Z których wyszło to samo, co z planu budowy miliona samochodów elektrycznych. Albo z „Nowej Solidarności” Trzaskowskiego i Krzywonos. Notkę o tym piszę właściwie tylko po to, żeby ewentualna dyskusja trzymała się jednego miejsca – niech ten temat zostanie w Centralnym Lotnisku im Solidarności Baranów, tam jego miejsce.

Niech żyją Stany Zjednoczone Europy!

Jak wiedzą o tym bywalcy niniejszego bloga, jestem europejskim federalistą. Poprę w ciemno każdy projekt, który będzie silniej wiązać Polskę z Unią, bez względu jaka partia aktualnie rządzi Polską. Dłużej klasztora niźli przeora.

O co chodziło przywódcom Platformy Obywatelskiej w awanturze o Fundusz Odbudowy, nie potrafię zrozumieć. Zgadzam się z nimi, że jedność opozycji pozwoliłaby więcej uzyskać od rządu. Dlaczego w takim razie nie porozumieli się z lewicą?

Czy Budka i Trzaskowski mieli w ogóle jakiś pomysł? Chyba nie, bo jak mają pomysł, to robią z tego prezentację w Powerpoincie, że założą z Henryką Krzywonos „Nową Solidarność” i to im da 276 mandatów, rękę Gowina i pół królestwa.

Wygląda na to, że liderzy Platformy tak się przyzwyczaili do myślenia o sobie jako o „liderach opozycji”, że nie pomyśleli, że warto o tym powiadomić resztę opozycji. Może i mieli jakiś genialny plan, ale zachowali go w tajemnicy.

Jeśli ich plan polegał na tym, że rząd przegrywa głosowanie w sprawie Funduszu, Polska traci te pieniądze (przypomnę, że wszystkie kraje Unii obowiązywał deadline do 30 kwietnia) i od tego rząd upada dzięki głosom Gowina, Konfederacji i lewicy… to dobrze, że się nie udało. Jeśli chodziło o jakiś inny plan, to chyba nawet Tomasz Lis nie wie jaki.

Skąd pewność, że od przegranego głosowania upadłby rząd? Moim zdaniem spokojnie rządziłby dalej, codziennie przypominając wyborcom, ile pieniędzy stracili z winy opozycji (i nawet nie musiałby kłamać).

Rzadko zgadzam się w czymkolwiek z mecenasem Giertychem, ale zgadzam się z twitem, którym ilustruję niniejszą blogonotkę. W Funduszu Odbudowy najważniejsze dla mnie nie są same pieniądze, tylko silniejsze związanie Polski z Unią (i w ogóle Unii z Unią).

Morawiecki nie dostanie tych pieniędzy do ręki. Czeka go teraz przedstawienie szczegółówych planów wydatkowania unijnym ekspertom, z którymi uzgodnione będą kalendaria przekazywanie kolejnych transz w miarę osiągania „kamieni milowych”.

Jeśli nie będzie takiego osiągnięcia i wszystko ugrzęźnie w typowym pisowskim niedasizmie – niczym ten niepływający jacht SY „Polnische Wirschaft”, albo raport smoleński, albo rdzewiejąca od lat niby-stępka w Szczecinie, albo lotnisko im. Solidarności Baranów, albo milion elektrycznych karoserii – po prostu nie będzie kasy, a nawet trzeba będzie zwracać to, co przyszło przedtem.

Liberalni publicyści straszą, że PiS to wyda na kampanię przed wyborami w 2023. Nie wierzę w to – chyba że chodzi o „kampanię” w postaci poprawiania ludziom jakości życia. No ale wtedy…

Ja też wiem, że Orban i Kaczyński zbudowali swoją potęgę dzięki unijnym pieniądzom, ale to dotyczy innych programów. Rzeczywiście, w Unii czasami można dostać kasę „za nic”, np. za samo posiadanie rolnego hektara. To nie dotyczy Funduszu Odbudowy. Tutaj akurat bardzo łatwo powiązać wypłacanie kolejnych transz z takimi kwestiami jak praworządność.

Największym przegranym tego głosowania wydaje mi się minister Ziobro. Został z niczym.
Reżim zaczął już przegrywać sprawy nawet nie w normalnych sądach, ale także w tych atrapach, które sam stworzył. Interpretuję to tak, że już nawet oportuniści widzą, że z tym panem lepiej dalszej kariery nie wiązać.

Za sprawą tego funduszu Parlament Europejski i brukselscy urzędnicy zyskali większy wpływ na polskie sprawy. Borys Budka mówi o tym takim tonem, jakby to było coś złego.

Ja się cieszę! Zawsze marzyłem o Stanach Zjednoczonych Europy, w 2005 już było blisko, ten
fundusz daje nadzieję na powrót do tematu.

Nowe wybory już w 2023. Byłoby dobrze, gdyby do tego czasu opozycja powołała jakiś komitet koordynacyjny, który pozwalałby na uzgadnianie działań.

I mam nadzieję, że jak już taki komitet powstanie, liderzy Platformy do niego dołączą.

Czekając na Barbarossę


Gry Paradoxu mają to do siebie, że jak już poczujesz, że coś zacząłeś umieć – to znak, że nadchodzi update, po którym trzeba się będzie uczyć od nowa. W moim wypadku tak jest z „Hearts of Iron 4”.

Nadchodzi przewalająca wszystko modyfikacja z okazji rocznicy planu Barbarossa. Z tej okazji podzielę się swoimi doświadczeniami dotyczącymi poprzednich wersji (1.8-1.10). Z pewnością się zdezaktualizują, bo dużą przerobkę ma przejść kraj, którym gram najchętniej – Polska.

Jak już pisałem, Polska ekscytuje mnie nie tylko z powodów patriotycznych, ale także dlatego, że wydaje mi się unikalnym krajem, który może powstrzymać dwóch największych zbrodniarzy dwudziestowiecznej Europy. Gram więc nie żeby wygrać, tylko żeby powstrzymać dwa ludobójstwa.

Gdy gram jako Czechosłowacja, mam pewne sukcesy – ale w powstrzymywaniu Hitlera. Stalin w takim scenariuszu pozostaje neutralny i dalej sobie bezkarnie morduje.

Moje dotychczasowe gry szły zgodnie ze scenariuszem, w którym wypinam się na alianckie gwarancje i buduję sojusz Międzymorza. Przed wersją 1.9 udawało mi się wciągnąć Grecję, a raz nawet Turcję, ale to chyba zablokowano w dodatku „Battle for the Bosporus”.

Inne kraje też niechętnie wchodzą w sojusz, ale dodatek „La Resistance” stworzył mechanikę „agencji wywiadu”. Agenci mogą wywierać „nacisk dyplomatyczny”, dodając 20 punktów do chęci wejścia w sojusz. To wystarcza na Finlandię, Bułgarię, Jugosławię i oczywiście Rumunię.

Dodatkowo przy pomocy agentów w Czechosłowacji uruchamiam wojnę domową, tak wycelowaną, żeby ruszyła akurat między Monachium a „wzięciem Hachy pod pachę”. Na początku 1939 na mapie pojawia się więc „Królestwo Bohemii”, będące de facto Słowacją.

Węgry walcuję za odrzucenie Trianon i ustanawiam rząd marionetkowy. Estonię dołączam przez fokus. I na czele takiego sojuszu rozwalam Stalina i Hitlera.

Oczywiście, nie obu na raz. We wszystkich grach oddawałem Niemcom Gdańsk i Pomorze, przez co Hitler ruszał na Francję już w grudniu 1939. No trudno, nie będziemy umierać za Miluzę.

Początkowo bałem się ataku Stalina, starałem się go odwlekać m.in. zawierając pakt o nieagresji. Wojna i tak ruszała najpóźniej w kwietniu 1940.

Teraz wiem, że to nie ma sensu. Stalina należy prowokować, im szybciej zaatakuje, tym silniej jego armia będzie odczuwać skutki wielkiej czystki.

W grze, z której pochodzi skrin, Stalin uderzył w październiku 1939. Jest czerwiec 1940, za chwilę Mazowiecka Brygada Kawalerii wkroczy do Moskwy.

Zupełnie odpuściłem wojska pancerno-motorowe. Polska nie ma czasu na ich stworzenie. Pierwszą dywizję pancerną zrobiłem ze zdobycznego sprzętu już po kapitulacji ZSRR.

Rozwijałem za to lotnictwo, bo w pierwszych grach Sowieci bezkarnie bombardowali mi miasta. Ale nawet traktując to priorytetowo, do końca wojny z ZSRR jestem w stanie wystawić ze 300 w miarę nowoczesnych samolotów (PZL Jastrząb i Kania). To wystarcza do obrony Warszawy, ale nie na front wschodni.

ZSRR skapitulował w styczniu 1941, miałem więc 3 miesiące na przerzucenie dywizji z Uralu do Wielkopolski. Niemcy uderzają w kwietniu 1941. I wtedy mają 2000 samolotów, więc znowu używam swojego lotnictwa głównie do obrony miast.

Niemcy są początkowo przeciwnikiem groźniejszym niż ZSRR. Ruszają na mnie z grubsza tym co mieli w Barbarossie. Po jakimś czasie jednak Anglicy robią desant we Francji i to jest dla mnie moment do kontrataku (nadal głównie kawalerią).

Stosuję nietypowe formaty dywizji, bo leczę kompleksy. Chcę być Polską dla odmiany wreszcie przygotowaną do wojny.

Skoro wiem, że nieprzyjaciel będzie miał przewagę lotniczą i pancerną – nasycam jednostki działami AA i AT. Mam też supportowy „maintenance”, żeby samemu mniej tracić + pozyskiwać zdobyczny sprzęt.

Wojna ze Stalinem to 1939/1940, z Hitlerem 1941/1942. Na tym etapie wystarczają dywizje 20w (change my mind). Potem powinienem ruszyć na Japonię i pomścić ofiary Nankinu, ale brak mi motywacji, zwykle już nie kontynuuję tego sejwa (w każdym razie, w Azji też wystarczy 20w i to raczej low-tech, a więc znowu kawaleria).

Leczenie polskich kompleksów wychodzi mi znakomicie, bo mam taki udział w wojnie z Niemcami i Włochami, że po konferencji pokojowej ich też marionetkuję. Polska w 1942 wyłania się więc jako supermocarstwo potężniejsze niż ZSRR w 1945. Behold the mighty Międzymorze!

Ciekawe, czy to będzie do powtórzenia w wersji 1.11…

Przemoc i przemocowość

Do najważniejszych nowych słów, które w ostatnich latach usłyszałem od młodego pokolenia, należą „przemocowość/przemocowy”. Moje wyrastało w świecie, w których tych słów po prostu nie było.

Do dziś są dla mnie tak egzotyczne, że na przykład nie umiałbym powiedzieć po angielsku „to było przemocowe środowisko”. No bo przecież nie „violent”?

Jak bardzo świat się zmienił pod tym względem, uświadomił mi pożegnalny felieton Krzyśka Vargi. Opisywał on nostalgicznie złotą erę mediów przypominając jednocześnie, że elementem tej złotej ery był rzucanie przez kierownictwo (z pokolenia boomerów) w nas, czyli w Gen X, rozmaitymi przedmiotami, jak popielniczka czy chociaż „paczka goldenów”, albo „opierdalanie od góry do dołu”.

Milenialsi i zoomerzy odebrali te wspomnienia z zaskoczeniem. Dla mnie nic nowego.

Wprawdzie niczym we mnie nie rzucano, ale to może wynikać po prostu z tego, że konsekwentnie unikałem ścieżek awansu (Varga podkreśla, że te przyjemności zawdzięczał „swemu w pewnym momencie prominentnemu stanowisku kierowniczemu”). Zamiast się wykłócać na kolegiach, zawsze wolałem być po prostu kimś, u kogo się zamawia, powiedzmy, 5000 znaków na pojutrze.

Moje pokolenie wchodziło w kapitalizm w przekonaniu, że tak to po prostu działa. Kto zakłada firmę, ten ustala panujące w niej zasady (choćby polegające na rzucaniu różnymi przedmiotami w podwładnych).

U mnie to się nakładało na odczuwany lęk przed fizyczną zagładą. Kapitalizm to ustrój, w którym można wylądować pod mostem i umrzeć z głodu – tak myślałem (nie bez pewnych podstaw, u licha!).

Myślałem też, że życie w społeczeństwie wymaga Dostosowywania Się Do. Znów, nie bez podstaw, zresztą dalej tak myślę, ale dziś nie widzę tego tak jednostronnie. Od społeczeństwa też przecież można wymagać.

Na usprawiedliwienie Gen X mam tyle, że to w dużym stopniu my wprowadziliśmy ustawy, do których dziś się mogą odwoływać milenialsi i zoomerzy. Polski kodeks pracy do europejskich standardów dostosowywał w dużym stopniu jeden facet – poseł Cezary Miżejewski, mój znajomy i (prawie) rówieśnik.

Ale wprowadzenie tych ustaw oznacza, że to właśnie Społeczeństwo postanowiło, że zakład pracy czy szkoła podlegają specjalnym zasadom. Nie są speluną dla wyrzutków, w której każdy musi się liczyć z ryzykiem uczestniczenia w mordobiciu.

Relacje przełożony/podwładny albo nauczyciel/uczeń podlegają specjalnym regulacjom prawnym i „opierdalanie od góry do dołu” te regulacje narusza. W zasadzie to rozumieliśmy, bo to my te regulacje wprowadzaliśmy – ale nie rozumowaliśmy w takich kategoriach. Nasi nauczyciele w czasach PRL przecież byli jeszcze bardziej przemocowi wobec nas.

Nasz rezydentny katolicki fundamentalista, p. Worek Kości zasugerował ostatnio, że na nadejście pokolenia negatywnie wartościującego „przemocowość” trzeba będzie długo czekać. Ale ono już tu jest.

Jasne, nie całe. Ale to już jest znacząca opcja. Podziały polityczne młodzieży biegną jakby za i przeciw betryzacji, Razem vs Konfederacja, niemalże fifty-fifty.

Świat elitarnych dziadersów, rzucających wulgaryzmami przy cygarach, wódeczce i ośmiorniczkach (uogólnionych Radosławów Romanów Obajt-Morawieckich) ich nie interesuje. Ani tych z lewej, ani tych z prawej.

I bardzo mnie to cieszy. Chociaż mentalnie do świata dziadersów należę, nie będę za nim płakać.

Poradzę sobie bez niego. Gdybym chciał wracać do mediów, znajdę sobie kogoś, kto ode mnie kupi te 5000 znaków. A jak nie znajdę, będę się utrzymywać z czego innego.

Na moim blogu – jak to wielokrotnie mi zarzucano – relacje w komentarzach są przemocowe. I zostaną. Mój blog to JEST speluna dla wyrzutków, w której każdy musi się liczyć z ryzykiem uczestniczenia w flejmie.

Żadna ustawa na razie tego nie zabrania. Zoomerzy może kiedyś taką wprowadzą, wtedy trudno, znajdę sobie inne hobby (o ile dożyję).

Póki co, mój blog nie jest firmą, nie wchodzę na giełdę, nikogo nie zatrudniam, nie mam ISSN, wszystko opłacam z własnej kieszeni – więc uważam, że mam prawo mówić „jako założyciel i właściciel, ustanawiam reguły”. Naszą (w tym moją) ogromną naiwnością 30 lat temu było jednak patrzenie na wszystkie relacje w ten sposób.

Byliśmy głupi. Ale jednak zmieniliśmy pod tym względem świat na lepsze.

Wspomnienie Johanny Haase

Jednak nie mogę o niczym innym myśleć, więc napiszę pożegnalną notkę. I tutaj już zapraszam do dyskusji, może ktoś się do niej dołączy z zaświatów?

Nie wiem, czy mam prawo ujawnić tożsamość Johanny Haase – bo to oczywiście był pseudonim. Kiedy dostałem ze szpitala SMSa (głos z zaświatów: „iMessage”!), że jest źle i szukają respiratora, nie zapytałem „czy mogę zdradzić tożsamość”. Odpisałem, że się nie mogę doczekać, aż mi opowie o swojej covidowej przygodzie przy piwie.

Bardzo lubiłem nasze pogaduszki o wszystkim i o niczym, o technologii, polityce, historii i winylach z lat 80. Przy wszystkim, co nas łączyło, jedno nas bardzo różniło.

Jestem Warszawiakiem, na dobre i na złe – identyfikuję się także z wadami tego miasta (np. z wiecznym bałaganem i tym, że każdy plan robi się nieaktualny jeszcze zanim się go wprowadzi w życie; c’est moi!). Te rozmowy pozwoliły mi dokładniej to sobie uświadomić.

Dla Johanny Haase kluczowym elementem auidentyfikacji był Śląsk – ten galicyjski, z zaboru austriackiego. I tu już słyszę głos z zaświatów: „nie nazywaj tego zaborem, mieliśmy wtedy więcej wolności niż w II Rzeczpospolitej”.

Ten pseudonim nawiązuje do tej tradycji. To zresztą prawdziwe imię i nazwisko, tylko że z drzewa genealogicznego.

Pogrzeb był w tej małej ojczyźnie. Rzecz można: ze Śląska do Warszawy przyjedziesz, ale na Śląsku w proch się obrócisz.

Z punktu widzenia Johanny Haase Warszawa była prowincją. Miasto według niej jest tam, dokąd da się dojechać tramwajem. Bo po wsiach się jeździ autobusami.

Jako fanatyczny Warszawiak znoszę takie narzekania wyrozumiale. Cokolwiek nam powiedzą mieszkańcy Krakowa czy Mycisk – my i tak będziemy ze stolycy, a oni nie.

Nie odtworzę już teraz, na ile to był skutek rozmów z Johanną Haase, a na ile uboczny efekt mojego riserczu do Lema, ale chyba zacząłem rozumieć galicyjski punkt widzenia. Taki od „nie nazywaj tego zaborem”.

W drugiej połowie XIX wieku Galicja była jednym z najdemokratyczniejszych państw Europy. Formalnie była niepodległa, ale połączona z Austro-Węgrami unią personalną.

To dawało margines swobody, którego nie mieli nawet Węgrzy czy Czesi, nie mówiąc już o Słowakach. Ani o Polakach w pozostałych zaborach.

Gdy ktoś mówi, że Polacy nie mają tradycji demokracji i praworządności, przyjmuje kongresówkocentryczny punkt widzenia. To niemądre, bo utrudnia nam zrozumienie postaci takich, jak choćby Wincenty Witos, nie mówiąc już o Daszyńskim. „No wy tam w Rosji rzeczywiście nie mieliście, ale nas w to nie wciągajcie” – mogłaby mruknąć Johanna Haase.

Gdzieś znalazłem cytat z Witosa, że sanacja uświadomiła mu różnicę między wolnością a niepodległością. W Galicji miał wolność, ale nie niepodległość, w II RP odwrotnie.

Johanna Haase widziała to chyba podobnie, tzn. ta prawdziwa, z drzewa genealogicznego. Dwudziestowieczne totalitaryzmy przekreśliły ten punkt widzenia – za Hitlera i Stalina już nie można było być po prostu „tutejszym”, od tożsamościowego stempelka zależało miejsce w kolejce po kartki żywnościowe, albo i w kolejce do eksterminacji.

Dla Johanny Haase te „małe ojczyzny” i galicyjskie niejednoznaczności były jak utracony skarb. Wysłuchalem wielu wspomnień o różnych jej przodkach. Chwilami to przypominało opowieści lemowskiego Cezarego Kouski.

Tam też był „dziadek z Wehrmachtu”, a raczej pradziadek w KuK Kriegsmarine. Największe wrażenie zrobiła na mnie opowieść o austriackim marynarzu, który uczestniczył w czymś, co – o ile dobrze zapamiętałem – było pościgiem za krążownikami Goeben i Breslau (nie robiłem notatek, mogłem coś pokręcić).

Dużo tu dyskutujemy o „ściganiu Europy”. Dla Johanny Haase to kolejny temat z serii „problemy Kongresówki”. Berlin, Wiedeń, Paryż, Ateny, były jej równie bliskie jak Warszawa (trochę razem bywaliśmy na różnych iwentach). Morze Śródziemne było dla niej tym, czym dla Warszawiaka zalew zegrzyński.

Traktowała Europę tak, jakby była postacią z powieści dziejącej się 120 lat temu – kimś, kto Orient Expressem przekracza granice, na których nie sprawdza się paszportów. No bo faktycznie moi kongresówkowi przodkowie potrzebowali ich nawet na wyprawę do Białegostoku – a jej cesarsko-królewscy przodkowie bez paszportu mogli popłynąc i do Stanów.

Nasuwają mi się teraz frazesy o „ostatniej podróży”, więc na tym już urwę to wspomnienie. Poza wszystkim innym, była to po prostu Dobra, Porządna Ludzka Osoba. Kto ją poznał, ten ją dobrze wspomina – a kto nie poznał, jego strata.

Emblematyczny TAAKS AVOYD

Kiedyś nudziłem się na dyżurze i szukałem w archiwum „Gazety Wyborczej” najstarszego tekstu zapowiadającego rychłe bankructwo Szwecji. Wydaje mi się, że jest to tekst Piotra Cegielskiego „Kryzys po szwedzku” z 30.10.1990 – sama „Gazeta” istniała wtedy od niedawna.

Przeciętny Polak miał wtedy infantylne wyobrażenie kapitalizmu, bo w czasach PRL trudno było wyjechać. A nawet jak ktoś wyjechał, to tyle tam z tego rozumiał, co w „Misiu” („my money, w wasz bank, fersztejen?” „dlaczego nie fersztejen? my wszystko fersztejen!”).

W to wyobrażenie wpisywała się niejasna świadomość, że Szwecja próbowała połączyć kapitalizm z socjalizmem. Skoro zaś socjalizm zawsze musi się skończyć katastrofą (za to wówczas przeciętny polski inteligent dałby się pokroić!), Szwecja też zaraz upadnie.

Skandynawia rzeczywiście przeżywała wtedy kryzys gospodarczy, podobnie jak cały świat. Media najbardziej lubią publikować to, co potwierdza stereotypy, wolały więc pisać o kryzysie w Szwecji niż, powiedzmy, w Nowej Zelandii – umacniając tym stereotyp (itd.). Ten sam mechanizm działał parę lat temu z uchodźcami.

Dziś podróżować po Europie jest łatwiej, przybywa więc ludzi – zwłaszcza młodych – którzy już wiedzą, że lepiej upadać jak Szwecja, niż rozkwitać jak Polska. A co więcej, że wiele innych państw ma podobne rozwiązania ustrojowe (oraz równie dobre thrillery nordyckie).

To najprostsze wyjaśnienie, dlaczego młode pokolenie Polaków – zwłaszcza wykształconych, znających języki, podróżujących – skręciło w lewo. Żaden gazetowy tekst ich nie przekona, że w Finlandii źle się żyje, bo byli i widzieli.

Są jednak ludzie, dla których czas się zatrzymał na początku lat 90. I oni w kółko od 30 lat piszą ten sam tekst o nieuchronnym upadku socjalizmu, tak jak ich poprzednicy całe życie pisali tekst o nieuchronnym triumfie socjalizmu.

Inspiracją do tej notki jest tekst „Socjalizm szkodzi w każdym wieku” Janusza A. Majcherka, ale przykładów można przytoczyć multum. Trudno jednak przebić pierwsze zdanie: „Główny problem z młodą polską lewicą wynika stąd, że jest młoda, zatem jej eksponenci nie pamiętają realnego socjalizmu”.

Ja jestem stara lewica, więc pamiętam zbowidowskich dziadków, którzy przychodzili na szkolne apele, by wspominać, jak ciężko było za sanacji. Słuchałem ich z tym samym szyderczym uśmiechem, z jakim dziś młodzież słucha dziadków neoliberalnych.

„Lewicowi aktywiści wskazują na ogół Skandynawię, ze szczególną atencją dla Szwecji” – pisze Majcherek. To nieprawda, obsesję na punkcie tego kraju mają właśnie neoliberałowie, bo tutaj przynajmniej mogą powtórzyć kilka tych samych sloganów, co zwykle (o Islandii czy Finlandii nie mają już do powiedzenia nic, nie rozumieją nawet geograficznego zniuansowania, za sprawą którego wolimy mowić o krajach „nordyckich” niż „skandynawskich”).

Majcherkowi nawet się jednak nie chce sięgać po te slogany. Dosłownie CAŁA jego argumentacja przeciw modelowi nordyckiemu sprowadza się do tego, że „założyciel i główny udziałowiec emblematycznego dla szwedzkiej gospodarki koncernu IKEA miliarder Ingvar Kamprad” nie płacił podatków.

Wnioskuje z tego, że lewicy nie uda się dziś budowa modelu nordyckiego, bo biznesmen „kilkoma prostymi czynnościami może przerejestrować swoją firmę i wszelkie zasoby do państwa, gdzie podatki są niższe”, a więc zabraknie środków „koniecznych do sfinansowania socjalistycznych projektów”.

Sprowadzenie podatkowego schematu Kamprada do „kilku prostych czynności” obraża jego księgowych. Zainteresowanych odsyłam do raportu grupy Zielonych w Parlamencie Europejskim, wystylizowanego graficznie na instrukcję montażu mebla „TAAKS AVOYD”. To pajęczyna powiązań, w których jedna sekretna fundacja należy do drugiej.

U schyłku życia Kamprad zaczął w końcu płacić podatki, co Majcherek przedstawia jako jego wielkoduszną reakcję na ich obniżenie. W rzeczywistości po prostu władze kilku państw zaczęły mu się dobierać do bioder (stąd m.in. powyższy raport).

Z niejasnych przyczyn Majcherek dodaje do tego Gerarda Depardieu. Pisze, że był „pierwszym uciekinierem”, jakby po nim byli jacyś inni. Ich nazwisk jednak Majcherek oczywiście nie podaje.

W istocie Depardieu miał serię medialnych deklaracji, którym zaprzeczały władze francuskie i belgijskie. Ani obywatelstwa francuskiego nie można się zrzec konferencją prasową, ani nie można tak uzyskać belgijskiej rezydencji podatkowej.

Nie wiadomo, co się w ogóle udało uzyskać Żerardowi Renowiczowi, głównym źródłem informacji jest rosyjska propaganda, zawsze gotowa generować niusy typu „Zachód upada”, żeby na Zachodzie powielali je użyteczni idioci. Nic nie wskazuje, żeby przed czymkolwiek rzeczywiście uciekł. Nadal gra we Francji (a więc ze wsparciem francuskich podatników), ale te wybryki nie przysporzyły mu popularności.

Gdy jeszcze byłem dziennikarzem, rozmawiałem z gwiazdami nordyckiego kina czy literatury, a więc z ludźmi, którzy naprawdę mogą łatwo uciec przed fiskusem. Jo Nesbo przecież równie dobrze mogłby pisać na Bahamach.

Pytałem ich, czemu tego nie robią. Nesbo na przykład odpowiedział, że lubi biegać turystyczno-rekreacyjnie: że czasem przez las, czasem przez miasto, i gdy go nachodzi ochota na skręcenie w jakąś ścieżkę czy uliczkę, nie chce się zastanawiać, czy to bezpieczne. Więc gdzie mu się będzie lepiej biegało?

Czasem dociskałem, cytując klasyczne argumenty polskiej publicystyki. „Nie przeszkadza ci, że pracujesz na utrzymanie emigranckiej wielodzietnej rodziny?” W odpowiedzi słyszałem: „pielęgniarka, która mi w ostatnich chwilach życia będzie wycierać tyłek, będzie pochodziła z takiej rodziny – jesteśmy kwita”.

Lone Scherfig udzieliła mi pamiętnej odpowiedzi na inny wariant tego pytania: „pracujesz na zasiłek dla ludzi, którzy cały dzień piją piwo przed telewizorem”. „To moi dobroczyńcy!” – roześmiała się – „Gdy potrzebuję pieniędzy, kręcę telewizyjną reklamę piwa” (puściła mi swoją reklamę Carls Special, z Madsem Mikkelsenem w roli barmana).

Rzeczywistość pokazuje, że jest akurat odwrotnie, niż to pisze Majcherek. To państwo „kilkoma prostymi czynnościami” może zablokować przekręty takie jak „TAAKS AVOYD”.

Długo nie było do tego woli politycznej, za sprawą bałamutnej ideologii twierdzącej, że „bogactwo skapuje”, więc po co podatki. Ta ideologia wszędzie na świecie jest w odwrocie, dziś wyznaje ją już właściwie tylko kilku smutnych starszych panów nad Wisłą.

Schematy „TAAKS AVOYD” mają swoją cenę. Ten kampradowski możliwy jest tylko gdy firma ma jednego właściciela (nawet nie „głównego udziałowca”), gotowego na względnie ascetyczny styl życia oraz z góry nastawionego, że nie będzie mógł wejść na giełdę (formalnie IKEA nie jest „koncernem”).

„Żaden rozwijający biznes przedsiębiorca nie zapłaci postulowanych przez młodych lewicowców danin na cele publiczne (niektórzy sugerują nawet 70 proc. od dochodów)” – pisze Majcherek, pokazując tym dominujące w Polsce zeszłego stulecia wyobrażenie sobie biznesu jako działalności osoby fizycznej, PPHU Transinterjanusz, bez oddzielenia pieniędzy firmowych od prywatnych.

W praktyce „rozwijający biznes przedsiębiorca” raczej i tak nie będzie sobie wypłacać takich zarobków, żeby wpadać w wysokie progi PIT. Gdy w USA górna stawka sięgała 92%, mało który biznesmen rzeczywiście w nią wpadał – to zachęcało do reinwestowania, a zniechęcało do przejadania.

Kraje nordyckie zazwyczaj przodują we wszyskich rankingach, także tych na łatwość „rozwijania biznesu”. Łatwiej go rozwijać ze świadomością, że porażka nie oznacza katastrofy, bo w NAJGORSZYM wypadku będzie można przyzwoicie żyć na zasiłku. A PIT do tego ma się zwyczajnie nijak.

18 lat temu trójka studentów politechniki w Helsinkach wystartowała w zorganizowanym przez Nokię konkursie na grę na telefony komórkowe. Wygrali i założyli startupa.

Napisali 51 gier, żadna nie odniosła wielkiego sukcesu, ale oni się nie przejmowali. Nie mieli przecież na głowie wielkich kredytów – mieszkali w kraju, w którym mieszkania są komunalne, samochód niepotrzebny, a szpitale, przedszkola i uniwersytety darmowe. Próbowali więc dalej.

Ich pięćdziesiątą drugą grą było „Angry Birds”. I to jest właśnie dla mnie „emblematyczna” firma dla nordyckiej gospodarki.

Tylko że aby zrozumieć, dlaczego startupa z nowych technologii łatwiej założyć w Helsinkach czy w Sztokholmie, niż w Panamie czy na Bahamach, trzeba myśleć w kategoriach XXI wieku. Polscy neoliberalni publicyści mentalnie tkwią w latach 90.

Zabójcza saRNA

Ostatni raz pisałem tutaj o szczepionkach w grudniu. To cała epoka, bo wtedy jeszcze były science-fiction.

Teraz jestem już po pierwszej dawce, podobnie jak 6 milionów rodaków. Ja oczywiście dostałem tzw. „gorszą”, dla nauczycieli – czyli Astrę Zenka.

Moje liceum skorzystało z puli niespodziewanie uwolnionej przez inną placówkę. Zadzwonili, że jest wolny termin. „Kiedy?” „Dzisiaj”. No to rzuciłem wszystko i pognałem.

Doświadczyłem tych niepożądanych objawów, którymi straszono w dyskusji pod tamtą notką. Nie była to jakaś bardzo ciężka dolegliwość – raczej jak kac niż jak grypa. Po prostu nic mi się nie chciało (bardziej niż zwykle).

Na pewno słyszeliście, że nauczyciele masowo potem brali dni wolne. No cóż, kto może wziąć dzień wolny, ten bierze. Ja nie wziąłem tylko dlatego, że i tak miałem okienko.

Następnego dnia mi przeszło, już normalnie prowadziłem lekcję (zdalną). Spokrewnieni seniorzy, którzy dostali Pfizera, nie mówili jednak o zupełnie żadnych skutkach ubocznych, więc kiedy nadejdzie ten dzień, w którym będziemy mogli grymasić i wybierać, sugerowałbym Pfizera (ale każdego namawiam, żeby wybrał to co może dostać szybciej).

Choć zwykle jestem pesymistą, w jednym jestem ostrożnym optymistą. Gdzieś za miesiąc dostęp do szczepienia przestanie już być „dobrem rzadkim” i będziemy się dzielić wspomnieniami z objawów ubocznych dzień po.

Choć jestem sceptykiem jeśli chodzi o nadzieje z serii „kupisz autonomiczny samochód za bitcoiny wydrukowane na drukarce 3D”, to jestem ostrożnym optymistą jeśli chodzi o przyszłość zastosowania technologii mRNA. Polecam artykuł z „The Atlantic”.

Ubocznym skutkiem II wojny światowej było opracowanie technologii, które potem miały zastosowanie cywilne, często w niespodziewanie odległych dziedzinach. Ubocznym skutkiem wyścigu o zaszczepienie ludzkości jest dopracowanie technologii wprowadzenia do ludzkiej komórki arbitralnego mRNA, by skłonić rybosomy do produkcji arbitralnego białka.

Z tego może nawet wyniknąć mityczne Lekarstwo Na Raka. Na razie odpowiedź na pytanie „dlaczego go jeszcze nie ma” brzmi: bo rak to nie jest jedna choroba.

Ale gdyby tak wyspecjalizowane mRNA z wyspecjalizowaną lipocząstką – które dotrze tylko do określonych komórek i tam wyprodukuje Lekarstwo Na Raka? Nie „takiego w ogóle”, tylko tego konkretnie (może nawet: „dla tego pacjenta”)?

Na razie trujemy cały organizm, żeby otruć grupę komórek, które tak naprawdę stanowią kilka promili masy pacjenta. A gdyby tak białko odpowiedniego przeciwciała powstawało tylko tam, gdzie ma powstać?

Pytanie „CO MOŻE PÓJŚĆ NIE TAK” wydawało mi się nieistotne z punktu widzenia szczepionek mRNA, bo wyobrażam to sobie z grubsza tak (znów, skrytykujcie mnie, jeśli błędnie) – najbardziej prawdopodobne „nie tak” wygląda w ten sposób, że lipocząstka nie wejdzie do komórki i będzie nieaktywnym, nieszkodliwym syfem.

Takie syfy i tak regularnie wnikają do naszego organizmu przez błony śluzowe czy skaleczenia. Pocięte przez enzymy, zneutralizowane przez fagocyty, zostają w końcu wydalone.

Jeśli wejdzie do komórki i tam dopiero coś pójdzie nie tak – to znów, nic złego się nie stanie. Przy translacji ciągle coś idzie nie tak, bo zwłaszcza RNA jest podatne na literówki.

Mamy w komórkach mnóstwo śmieciowego RNA, które powstało przez pomyłkę, albo jest już niepotrzebne, albo jest nieaktywne z powodu literówki. Z biegiem czasu ulega recyklingowi, ale ciągle powstaje nowe.

Jeśli ktoś się boi, że mRNA od Pfizera wejdzie do jądra i coś zepsuje w DNA – powinien się bać tego śmieciowego. Jądro po prostu ma mechanizmy samoobrony.

Jasne, niektóre molekuły RNA mogą do niego przeniknąć – czasem specjalnie, a czasem w strukturze odpowiedniego wirusa (HIV). Ale takie coś jest skrajnie nieprawdopodobne jako przypadkowy skutek uboczny.

To jakby się okazało, że stoisz przed drzwiami Pilnie Strzeżonej Instytucji, i całkiem przypadkowo pasują te klucze, które masz w kieszeni. Tak sobie wyobrażam ryzyko „mRNA wejdzie do jądra i ulegnie odwróconej transkrypcji”.

Gdy zaczynamy myśleć o saRNA, uruchamiającym produkcję białka-killera – przybywa rzeczy, które w mojej wyobraźni już mogą pójść nie tak. Tu już zagrożenie widzę jako „dynamit, który wzięliśmy do sforsowania tych drzwi, zdetonuje nam w mieszkaniu”.

Cała ta moja notka jednak jest raczej „myśleniem na głos” niż futurologią – chętnie wysłucham komentarzy osób bardziej kompetentnych, zakończę więc serowym „a wy jak myślicie?”.

Pornokracja w dyskotece

Chciałem wrócić do Wielkiego Zachodniego Cheata, o którym była przedpoprzednia notka, bo ostatnio lubię uciekać wyobraźnią do zupełnie innych czasów i miejsc.

Wyobraźmy więc sobie, że lecimy wehikułem czasu do Europy w X stuleciu. Wysiadamy próbujemy powiedzieć po łacinie „jestem podróżnym z daleka, szukam noclegu, kolacji, golibrody i krawca, płacę złotymi monetami”.

Konstantynopol byłby moim pierwszym wyborem. Ach, wkręcić się na leżącą ucztę po rzymsku, sprobować garum, wpaść na akademię cesarską, trollować wykładowców astronomii…!

Do zachodniego Rzymu już bym się bał. To czasy „pornokracji”, co brzmi fajnie, ale chodzi o długotrwałą wojnę domową (w jej wyniku parokrotnie do władzy dorwały się kobiety, ta nazwa to historyczny slut-shaming).

W Rzymie człowiek nie podczepiony pod żadną potężną instytucję (kościół, cesarza, arystokratyczne rodziny), był wtedy bezbronny. Podróżny musiał mieć podkładkę w rodzaju „mam protekcję hrabiego Tusculanum”, ale biada mu, jeśli napotkał jego wrogów, albo usłyszał „doprawdy? jestem jego kuzynem i nic o tobie nie wiem, zamorski psie”.

Miasta, które dziś kojarzymy jako zachodnie metropolie – London, Paryż, Wiedeń już wtedy były na mapie, ale do nich bym nie jechał. Tam też trwały wojny, a poza tym bariera językowa w Londynie za Ethelreda Bezradnego byłaby taka, że już prędzej się dogadamy łamaną łaciną, „romanes eunt domus”.

Ówczesna Polska bardzo mnie ciekawi, ale tam prawdopodobnie skończymy jak święty Wojciech. Zaciukają nas nim zdążymy powiedzieć „przybywam w pokoju”.

Do świata islamu mnie nie ciągnie, bo cenię sobie wino i wieprzowinę, ale wizyta w Kordobie mogłaby być niezwykłym przeżyciem. Czasy świetności Abbasydów już wtedy przemijały, ale w porównaniu z tym, jaka dzicz panowała wtedy w chrześcijańskiej Europie, tu byśmy się znaleźli w świecie z „1001 nocy”.

W roku 950 nic nie zapowiadało, że chrześcijański Zachód dostanie zaraz rozwojowego kopa. Co się stało?

Otóż wydaje mi się, że tego cheata zafundowali nam poprzednicy i konkurenci. Pierwszą połowę dostaliśmy od Tyberiusza, który po porażce w Lesie Teutoburskim zaniechał kolonizowania terenów na wschód od Renu.

To było jak w „Cywilizacji”, gdy wysyłasz settlera z legionistami i napotykasz wioskę barbarzyńców tak groźnych, że ci zaciukają legionistów i wezmą w niewolę settlerów. Potem już przez stulecia nie kolonizujesz tej części kontynentu.

Bitwy często zależą od przypadku, więc można sobie pogdybać o alternatywnej historii. A co gdyby Rzymianie, uhm, wczytali sejwa i jednak zasiedlili Germanię, fundując sobie krótszą i łatwiejszą do obrony granicę np. na linii Wisła-Karpaty? Ich imperium mogłoby istnieć do dzisiaj.

2000 lat temu traf sprawił, że kawał Europy zaczęli zamieszkiwać foederati – barbarzyńcy, którym Rzymianie płacili za obronę przed innymi barbarzyńcami. Foederati przejmowali język i obyczaje, ale nie mieli szans na obywatelstwo (co przyczyniło się do upadku Rzymu).

Przez kilkaset lat zlatynizowani Celtowie czy Germanie współistnieli ze swoimi niezlatynizowanymi ziomkami. Na pamiątkę tego podziału narody Europy nazywają siebie nawzajem Włochami, Tyskami, Alemanami, Anglikami, Walonami, Suevami czy Sasami. Dla naszych praprzodków sens tych nazw sprowadzał się do „czy dogadasz się z nimi po łacinie”.

Poprawcie mnie (naprawdę łaknę ciekawych komci), ale to chyba unikalne na skalę światową. Czy jakieś inne imperium tak długo współistniało z wielkim przedpolem, zasiedlonym przez kulturowo zasymiliowaną „bliską barbarię”?

Upadek Rzymu osierocił foederatich, którzy byli teraz sfederowani nie z instytucjonalnym Rzymem, ale z abstrakcyjną ideą Rzymu. Jej ucieleśnieniem była oficjalna religia imperium rzymskiego – chrześcijaństo.

I tutaj wkracza Bizancjum, w którym cesarz Leon III dokończył cheata, dopisując „DQD” do „ID” wklepanego przez Tyberiusza. W VIII stuleciu Bizancjum zaczęło walkę z kultem świętych obrazów. Ubocznym skutkiem było wkurzenie zachodnich sojuszników, w tym biskupów Rzymu.

Bez tego pewnie nigdy nie doszłoby do koronacji Karola Wielkiego na cesarza. Taki układ, że cesarz jest gdzieś daleko na wschodzie, a my wprawdzie teoretycznie uznajemy jego zwierzchnictwo, ale rządzimy się po swojemu, odpowiadał wielu możnym na zachodzie (zwłaszcza papieżom).

Nie był jednak aż tak wygodny, żeby możni wyszli do wiernych i oświadczyli „słuchajcie, od dzisiaj zakazujemy świętych obrazków”. Nolensując wolensa Zachód odbudował własne cesarstwo.

Pierwsze podejście było nieudane. Imperium Karola Wielkiego pękło jeszcze za jego życia.

Dopiero drugie podejście Ludolfingów okazało się skuteczne, od początku było bowiem luźną konfederacją. To było chyba jedyne imperium w dziejach ludzkości trwale pozbawione konkretnej stolicy (de facto za późnych Habsburgów stał się nią Wiedeń, ale de iure nie było jej aż do formalnego rozwiązania HRE w 1806).

I tylko takie mogło powstać w ówczesnej Europie, wśród ludów przyzwyczajonych od setki lat do tego, że żadnej stolicy nie ma, ewentualnie jest odległa, a jej władza czysto tytularna. To stąd właśnie wziął się ten względny (jak na owe czasy) większy egalitaryzm Zachodu, o którym pisałem w tamtej notce.

Świat islamu wprawdzie wtedy właśnie uległ fragmentacji, ale poszczególne fragmenty pierwszego kalifatu nadal były większe od Bizancjum czy od imperium Karolingów. Te fragmenty zachowały zaś zasadniczą cechę pierwotnego imperium – że kto kontroluje stolicę, ten kontroluje państwo.

Odtworzony zachodni Rzym nie miał już tak rozumianej stolicy. Wbrew nazwie, nie był nią Rzym – uczestnicy wojen pornokratycznych mieli złudzenie, że walczą o kontrolę nad stolicą światą, ale w istocie walczyli tylko o jedno z wielu włoskich miast.

Przekonali się o tym boleśnie (niektórzy bardzo boleśnie), gdy Otton wkroczył i ich zaorał. Jego następcy znów stracili kontrolę nad Rzymem, ale już wiedzieli, że to nie ma znaczenia.

Jeszcze dla Karola Wielkiego symbolicznym centrum imperium były miasta położone w pobliżu dawnej granicy na Renie – Akwizgran, Moguncja, Wormacja. Do tych miast nieustannie tęsknie wzdycha w swoich komciach Awal – i ma rację.

Tam bije Serce Zachodu. Tam wynaleziono szczepionkę na Covid, tam otwarto pierwszą dyskotekę (Akwizgran, 1959).

Te miasta wielokrotnie przechodziły z rąk do rąk w latach 840-1945, bo praktycznie każda większa europejska rozpierdziucha miała tutaj linię frontu. Ale żaden Ludolfing ani Bonaparte nie mógł powiedzieć, że jak już zająłem Akwizgran, to kontroluję cały Zachód.

Tak to tymczasem działało u naszych rywali. Kto zajął stolicę, obejmował władzę nad państwem. Stąd fenomeny „dynastii najeźdźców” albo „dynastii zbuntowanych żołnierzy” – Mameluków, Madedończyków, Mandżurów itd.

Gdybyśmy teraz z grupą tysiąca najemników przejęli kontrolę nad Akwizgranem, Zachód by dalej działał po swojemu, aż w końcu by na nas spadł z niszczycielskim kontratakiem. I tak samo byłoby w roku 1800, 1500 i 1000.

Za sprawą dwóch cesarzy, Tyberiusza i Leona, Zachód stał się imperium bez stolicy. W którym zamachu pałacowego nie da się przeprowadzić, bo nie ma Centralnego Pałacu (są za to setki lokalnych pałacyków).

Instytucja foederatich przetrwała do dzisiaj i nietrudno zauważyć, że tak jak kiedyś zachodni Germanie mieli chronić Rzymian przed wschodnimi, ten zaszczyt teraz przypada zachodnim Słowianom. Mieszkańcy Akwizgranu nie są gotowi ginąć za unijny gwieździsty sztandar – a mieszkańcy Kijowa literalnie za niego ginęli (i giną).

Co pewien czas Zachód ogłasza jakiś edykt Karakalli, rozszerzający prawo do obywatelstwa. I wtedy potomkowie dawnych foederatich mogą wyciągnąć gwiaździste paszporty i zawołać „civis romanus sum”.

Weszliśmy do tej poczekalni na pełnej pornokracji, w dużym stopniu za sprawą wspomnianego świętego Wojciecha. Umowny status foederatich mieliśmy wcześniej od Wikingów, Piktów, Basków czy Ugrofinów.

Za Jagiellonów mieliśmy moim zdaniem pełne obywatelstwo. Potem nas Habsburgowie wyślizgali, no cóż, nie nas jednych, wróciliśmy do poczekalni, ale tak do końca nie wylecieliśmy z niej nawet podczas zaborów.

Jak wrócić do Akwizgranu, to Najważniejsze Pytanie Stojące Przed Polską. Dużo o tym gadaliśmy pod poprzednimi notkami, ale o tym nigdy nie dużo.

Ja tam nie wiem, ale zakończę linkiem do Pierwszej Piosenki, którą Pierwszy Didżej (Klaus Quirini, występujący jako DJ Heinrich) puścił w Pierwszej Dyskotece 19 października 1959. Po czym, jak informuje ciocia Wiki, założył pierwszy związek zawodowy didżejów. Jakie to akwizgrańskie…