Pisząc o książce O’Briena napisałem (za O’Brienem) że polityka zagraniczna USA to jedna wielka głupota i Obama nie był lepszy od Trumpa. Bardzo się wtedy oburzyła (i prawdopodobnie sfochała) pewna osoba komcionautyczna, której to naruszało religijne uczucia obamolatryczne.
Polityka zagraniczna USA zasługuje na notkę. Będę się tu odwoływać do Licznych Książek Które Czytałem. Bez formalnych przypisów, bo nie pamiętam co czytałem 35 lat temu.
Bodajże w „Cold War America” Wittnera wyczytałem, że praźródłem zła były czystki McCarthy’ego. Ich ubocznym skutkiem było wyrzucanie z dyplomacji ludzi znających obce języki i kultury. Amerykańska dyplomacja oślepła w ich rezultacie, stąd błąd powtarzany od Wietnamu do Iranu. Wciąż pakują się do jakiegoś kraju, o którym nic nie wiedzą. I za każdym razem są tak samo zdumieni, że tu ich nie witali kwiatami, a tam nie obalili reżimu na hopaj-siup.
To ponadpartyjne. Bipartisan tudzież across the aisle. Republikańska dyplomacja to pasmo porażek, ale demokratyczna to stos głupot. Jednako wierzyli w dobre chęci Putina.
Obama w 2009 odziedziczył po Bushu Młodszym i Głupszym politykę zagraniczną w stanie upadku. W 2001 Bush nie wiadomo po jaką cholerę napadł na Afganistan, a w 2003 na Irak. Oficjalnie chodziło o złapanie Bin Ladena tudzież obalenia Saddama. Pierwsze się Bushowi nie udało, drugie częściowo, bo zabrakło pomysłu co dalej. Klasyczne „wygraliśmy pierszą połowę meczu”.
Ameryka (wraz z niefortunnymi sojusznikami) została wciągnięta w bezsensowne „forever wars”. Obama wygrał obiecując, że je zakończy. Wyszło mu to tak jak Trumpowi zakończenie wojny w Ukrainie w 24 godziny.
Tymczasem Putin wykorzystał osłabienie Ameryki do kontrofensywy. Już nie był zapadnikiem, którego udawał na początku stulecia. W 2007 pojawił się na konferencji w Monachium, a w 2008 na szczycie NATO w Bukareszcie.
Z perspektywy czasu to drugie było może nawet ważniejsze. Wystąpienie z Monachium cytowane jest do dzisiaj, bo Putin tam otwarcie zaatakował USA. O tym z 2008 mówi się mniej, ale Putin zachował się bardziej chamsko. Zaproszono go na zakończenie, ale niespodziewanie się pojawił pierwszego dnia żeby ten szczyt rozwalić. To wpierdzielenie się w kaloszach było ważnym sygnałem znamionującym dalsze intencje.
To wszystko jeszcze za Busha. Ale co na to Obama? A Obama na to ładnie wyglądał w garniturze.
Rosji zaproponował niesławny „reset”, który był błędnym odczytaniem sygnałów z 2007-2008. Historia oceni (już ocenia) Obamę jako tego, kto z głupoty sprowokował inwazję na Ukrainę w 2014, niczym Daladier i Chamberlain w 1938.
W sprawie Afganistanu nie szło mu lepiej. Po wyborach okazało się, że sam nie wie co zrobić. Pracował nad rozwiązaniem ze swoimi najlepszymi krawcami aż do czerwca 2011, gdy ogłosił plan. Jaki? Kurczę, sprytny. Wysłać w połowie 2012 dużo wojska (tzw. „surge”), żeby wykończyć wszystkich obrzydliwców.
Patus walący jabola na ławce wymyśliłby lepszy plan od potusa. Byłby dość mądry by nie ogłaszać wrogom: „chłopaki, chcemy do was wysłać za rok od cholery woja, jakbyście chcieli w międzyczasie coś umocnić albo zaminować to spoko, zdążycie.”
Z Iraku wyszedł nawet bez takiego planu, zostawiając bajzel tym gorszy, że w regionie szalało Państwo Islamskie, kolejne nieślubne dziecię USA. Zachęcali do „arabskiej wiosny”, ale zostawiali buntowników na pastwę tyranów, jak teraz w Iranie. W efekcie albo władzę zdobywał ktoś jeszcze gorszy albo ruszała wojna każdego z każdym. Dziękujemy pan Obama.
W Syrii sięgnął dna. W 2012 Obama wyznaczył broń chemiczną jako „czerwoną linię”. Asad przekroczył ją w 2013. A co na to Obama? Nadal ładnie wyglądał w garniturze.
Grozić interwencją i nie zrobić nic – to jest ten sam poziom głupoty, co ultimatumy Trumpa. „48 godzin! Dwa tygodnie! Pięć dni!”. Natomiast oddajmy to kościołowi św. Baracka – rzeczywiście Trump ubiera się gorzej (te krawaty!).
Obama bajzel zastał – i bajzel zostawił. Trump odziedziczył po nim Ruskich w Ukrainie, Amerykanów nadal (!) w Afganistanie, NATO w rozsypce, państwo islamskie w Syrii i Iraku, nie wiadomo co w Libii, Iran z dostępem do Morza Śródziemnego. I Putina w natarciu, rozochoconego „resetem”.
Oczywiście, Trump też spieprzył wszystko czego się dotknął. Ale niestety to nie jest tak, że między nim a Bushem przez osiem lat polityka zagraniczna USA (tylko o tym jest notka, o wewnętrznej proszę dyskutować gdzie indziej) była w rękach ludzi kompetentnych. W amerykańskiej polityce jak ktoś mówi po arabsku, chińsku albo ukraińsku, to utrudnia mu karierę. Jak w thrillerze Michaela Baya, czyni go to podejrzanym („derka derka derk derk”).




