Byli redaktorzy ida w prawo

W moim bąbelku dostrzeżono już książkę Eoina Higginsa „Owned: How Tech Billionaires on the Right Bought the Loudest Voices on the Left”. Tytuł zachęca, więc kupiłem – chociaż autor w wywiadach lojalnie uprzedza, że te „loudest voices” to tak naprawdę dwóch muppetów: Glenn Greenwald i Matt Taibbi. Inne przykłady pojawiają się tylko na marginesie.

Najchętniej przeczytałbym inną – o mechanizmach przy pomocy których neofaszystowscy miliarderzy zmienili media społecznościowe w prawicowy ściek. W takiej książce Greenwald i Taibbi byliby tylko jednymi z wielu przykładów, obok tych wszystkich Russellów Brandów, Aaronów Matów, Maxów Blumenthalów (i rodzimych „lewicowców popierających Trumpa”).

Tu jest, jako się rzekło, odwrotnie. Owszem, nareszcie mamy dokładniejszy portret mechanizmów, które sprowadzałem tu na blogasku do „uogólnionego Petera Thiela”. Niestety, są tylko tłem do niemalże biograficznej opowieści o Greenwaldzie i Taibbim, którzy mnie w sumie nie obchodzą.

Stąd moje pytanie do PT Komcionautów. Why are they even a thing? Oczywiście, wiem kim oni są, helou, przeczytałem przed chwilą grubą książkę o nich – ale Higgins zdaje się uważać, że czytelnikowi nie trzeba tłumaczyć, czemu Greenwald i Taibbi są Bardzo Ważni.

Ja za nimi nigdy nie przepadałem. Z Greenwaldem kiedyś robiłem wywiad promujący jego książkę i zrobił na mnie złe wrażenie. Krzyczał jak na wiecu, choć mówił tylko do mnie. Ja ogólnie nie lubię wrzaskliwych ludzi, pewnie dlatego nie nadaję się do tych wszystkich tiktoko-jutubów, bo tam też, zdaje się, najlepiej sprzedaje się krzyk.

Greenwald przynajmniej ma taką zasługę, że przypadkowo wplątał się w aferę Snowdena (dlatego w ogóle chciałem z nim gadać). W całej tej aferze z perspektywy czasu widać, że najlepiej zachowywały się w niej tradycyjne media, z Guardianem na czele – mimo to Greenwald od lat jest ich zaprzysięgłym wrogiem (to właśnie ten temat tak go nakręcił).

Taibbi nie ma nawet takiego osiągnięcia w dorobku. Gdy ktoś chce go elegancko przedstawić, nazywa go „byłym autorem Rolling Stone”. Z Greenwaldem łączy go jednak obsesyjna wrogość wobec tradycyjnych mediów, co jest paradoksem: ich szczytem kariery była niegdysiejsza współpraca z nimi.

Chętnie się nią chwalą w CV, ale po odejściu na swoich blogasko-widkastach zajmują się głównie zwalczaniem ich. Greenwald ma zdjęcie Rachel Maddow sprzed 10 lat przypięte na Twitterze, a na blogaskowisku Taibbiego jeden z pierwszych linków jakie widzimy to „The Media is Busted. And will soon die”.

Higgins wyjaśnia to tak, że dla obu muppetów formacyjnym doświadczeniem było „Russian Collusion” – że media w 2016 jakoby przesadnie eksponowały rosyjski wpływ na wybór Trumpa (zwłaszcza Maddow). Greenwald i Taibbi tak się zaangażowali w bronienie Trumpa przed liberalnymi mediami demonizującymi Rosję, że wyszło im, że Trump i Putin są w sumie całkiem fajni w porównaniu do tej ludobójczej tyranki, Rachel Maddow.

Jak wielokrotnie pisałem, nie cenię sobie publicystyki opinii. To najtandetniejszy gatunek dziennikarski, zwłaszcza gdy komuś się tej opinii nie chce nawet spisać, tylko ją wywrzaskuje do kamery. Opinia jest jak biodra, każdy ma swoją, niekoniecznie musi ją pokazywać.

Cenię sobie dziennikarstwo, z którego można się dowiedzieć czegoś nowego – by sobie o tym potem wyrobić opinię. Tak rozumianym dziennikarstwem Greenwald nie zajmuje się od lat, a Taibbi chyba nigdy. Takie dziennikarstwo nadal w roku 2026 możliwe jest tylko w mediach tradycyjnych. Najgorsze że wyrasta już pokolenie tiktokonautów, którzy nawet nie rozumieją tej różnicy.

Wszystko, co dla mnie nowe i ciekawe w tej książce to zajmujący maks paręnaście stron opis mechanizmów, przy pomocy których nie tylko Peter Thiel, ale także Marc Andressen, Ben Horowitz, Joseph Lonsdale, Larry Ellison, David Sacks (itd). przesunęli internet w prawo. Część serwisów blogowo-widkastowych do nich po prostu należy (Rumble), w innych natomiast mają tak silną pozycję, że Zuckerberg czy Bezos musi się z nimi liczyć, zwłaszcza od kiedy mają swojego prezydenta.

Rząd federalny może zrobić kuku każdej firmie, zwłaszcza działając „na wezwanie akcjonariuszy”, dlatego cyberoligarchowie płaszczą się przed Trumpem i zgadzają się na dochodzenia w sprawie tego, czy ich algorytmy należycie promują treści prawicowe. Treści lewicowe nie mają swoich Thielów, więc lewicowy podkast niech się cieszy gdy nie dostanie bana, ale na jakąś wielką popularność nie ma co liczyć. Algorytmy będą promować kogoś innego.

Ogólnie więc nie polecam, chyba że ktoś jest wielkim fanem Tanwalda i Greibbiego. A jeśli ktoś taki się tu pojawił, to poproszę o wyjaśnienie za co ich ceni.

Dziwniejsze rzeczy

O tym, jak beznadziejne jest zakończenie serialu „Stranger Things” najlepiej świadczy teoria spiskowa „Conformity Gate”, która eksplodowała po jego premierze. Zgodnie z nią, ten finał to tylko zmyłka przygotowana przez siły zła, a prawdziwy miałby mieć premierę 7 stycznia. No cóż, rozczarowali się jak wyborcy Trumpa kwestią „Epstein Files”.

Jeśli ktoś jeszcze nie oglądał, to porady Dziadka Wojtka są takie. Po pierwsze, cieszyć się Wygranym Życiem. Ale jeśli komuś bardzo zależy, ograniczyć się do pierwszego, maks. pierwszych trzech sezonów. Już czwarty robi się irytujący, a piąty to taka masakra, że dobrnąłem tylko żeby z czystym sumieniem móc zmiażdżyć na blogu.

Pierwszym sezonem byłem zachwycony. Jestem rówieśnikiem głównych bohaterów, w ich wieku też zwiedzałem na rowerku okoliczne lasy, odkrywając tam dziwne rzeczy, o których dużo później dowiedziałem się, że to np. ruiny Transatlantyckiej Stacji Radiowej. Mieliśmy nawet nasze Hawkins Lab w postaci ukrytego w tych lasach Instytutu Fizyki Plazmy i Mikrosyntezy Laserowej.

Moja wyobraźnia była więc pełna historii takich jak w pierwszym sezonie. Ożyły, gdy usłyszałem te analogowe syntezatory, robiące BZZŹŹŹZIUUÓÓU w czołówce. A bohaterowie jeszcze grali na takich samych automatach w te same gry, słuchali tych samych zespołów z tych samych kaset…

Nostalgia braci Duffer, twórców serialu, była jednak oszukana. Nie pamiętali tych czasów, przyszli wtedy na świat. O ile pierwszy sezon doskonale wpisywał się więc w coś w rodzaju „najpiękniejszego filmu Spielberga który nigdy nie powstał”, szybko to poszło w kierunku „najnudniejsze CGI ever”.

Ówczesne kino dla nastolatków (zwane przez polskich krytyków „kinem nowej przygody”) owszem, epatowało efektami specjalnymi, ale te efekty były skromne i w większości pokazywane dopiero w finale – w trzecim akcie, gdy ożywa rycerz z witraża a gremliny demolują miasto.

Przez pierwsze dwa akty pozornie nic się nie działo, poza tym, że poznawaliśmy protagonistów i budowaliśmy sympatię do nich, a potem przejmowaliśmy się, że wkręcili się w jakąś Straszną Aferę, o której nie mogą powiedzieć dorosłym, bo i tak Nikt By Im Nie Uwierzył. Trochę „The Goonies”, trochę „ET”, trochę „Christine”.

Fabułę „Stranger Things” nakićkano tak, że efekty specjalne w czwartym i piątym sezonie są serwowane w nadmiarze od początku. Przeważnie są komputerowe, więc nie mają takiej mięsistości, jak w „The Thing” czy Indiana Jonesie. Czasem są analogowe i wtedy jest jeszcze gorzej – na przykład na bohaterów z góry leje się coś przypominającego stygnący budyń waniliowy, a oni krzyczą że od tego umierają. Niestety wychodzą ze starcia z budyniem tak jak się wychodzi ze starcia z budyniem, trochę się tylko upaprali.

Bohaterowie zachowują sie generalnie jak NPC. Żołnierze jak w grach snują jakieś dziwne twardzielskie dialogi radośnie nie dostrzegając, że cały pluton już nie żyje. I jak w grze, nikt ich nie żałuje, gdy do tego plutonu dołączają. Ja już tu kibicowałem tylko Siłom Zła.

Bracia Duffer tak się skupili na animowanych chujach-mujach dzikich wężach, że zaniedbali kwestię „budowania sympatii do protagonistów”. Motywacje większości pozytywnych bohaterów są egocentryczno-dupkowate. Niby ratują świat przed zagładą, ale Szeryf na przykład chce odkupić poczucie winy za śmierć dziecka (zwiduje mu się jak jakiś Jason Voorhees, niemalże wołając „pomścij mnie tatusiu!”), ktoś inny chce pomścić kogoś innego, ktoś kogoś poderwać, ktoś się na kimś odegrać. Szczególnie wkurzający jest Dustin, ale przecież także Mike, Lucas, Jonathan, Steve, Nancy, Max…

Will niby nie jest dupkiem, podobnie jak jego mama, ale oni w kółko robią tę samą minę. To dotyczy też innych aktorów i skoro dotyka Winony Ryder czy Lindy Hamilton, nie chodzi o brak talentu aktorskiego.

W piątym sezonie bracia Duffer nadal trzymają się schematu „nastolatki nie mogą powiedzieć dorosłym”. Aktorzy grający „nastolatków” są już tymczasem mocno po dwudziestce (w serialu minęły 3 lata, w realu prawie 10), a dorośli widzieli już liczne zjawiska paranormalne, oraz mieszkają pod brutalną wojskową okupacją.

A mimo to w odciętym od świata miasteczku lekcje w szkole, rodzinne obiadki, wydarzenia sportowe odbywają się po staremu. Dorośli zdają się ledwo zauważać, że coś się zmieniło. Stephen King wymyślił by coś w stylu „bo ich zahipnotyzowały Siły Zła”. Bracia Duffer po prostu nie widzą problemu – no i dlatego właśnie fanowskie pomysły na „prawdziwy finał” będą i tak lepsze od całego piątego sezonu razem wziętego.

I tylko lata 80. wydają mi się zasługiwać na lepsze potraktowanie. Może ktoś kiedyś…

Syndrom zbowidu

Aleksandra Szyllo i Jors Truli (z prawej)

Leniwie zastanawiałem się kiedyś nad podkastem o związkach zawodowych, bo nadal wydaje mi się, że istnieje Obiektywna Potrzeba przystępnego wyjaśniania pewnych pojęć dla osób, które się zastanawiają. Nim jednak sam się zebrałem, zaprosiła mnie Aleksandra Szyłło, która obecnie przewodniczy komisji „Solidarności” współzakładanej przez Jorsa Truli 15 lat temu.

Smutnym kontekstem jest kolejne zwolnienie zbiorowe w „Gazecie Wyborczej”. 166 osób! Kto tam zostanie?

To zwolnienie ma być jakoś powiązane ze scalaniem gazety z gazetą. Proces biegnie tym razem po cichu, bez tego hałaśliwego falstartu sprzed paru lat. Tym razem w grudniu dokonała się (również bez większego echa) sukcesja wśród udziałowców spółki Agora Holding, która stoi na straży „złotych akcji” i ma zapewniać ciągłość tożsamościową firmy.

Poprzedni skład Holdingu zdominowany był przez założycieli Agory z pokolenia „boomerów”. Obecny to iksy, mniej lub bardziej moi rówieśnicy. Skoro nie mamy już wojny na korporacyjnej górze, gniewnych oświadczeń i wzajemnych oskarżeń, to najwyraźniej teraz plan scaleniowy jest już dogadany, nie masz w nim szpar ani dziur. Określony ustawowo kalendarz sprawia, że poznamy go dopiero po klepnięciu zwolnienia zbiorowego.

W podkaście wspominam, że na pierwszym spotkaniu z ówczesnym zarządem (w 2011), Piotr Niemczycki w pewnym momencie wstał, zaczął chodzić po pokoju i krzyczeć. Było mniej więcej „nie będziecie mnie uczyć co to Solidarność! Coś tam coś tam w stanie wojennym! Et patati, et patata!”.

Rozmowa z Olą uświadomiła mi, że ten gniewny monolog przypominał zapamiętanych z dzieciństwa przedstawicieli jeszcze wcześniejszego pokolenia, „great generation”, w ramach związku bojowników o wolność i demokrację odwiedzających szkoły i licea. Dając odpór wrażej propagandzie, często wkręcali się na coraz wyższe obroty i wychodziło im coś w stylu „panowie Kuroń i Michnik nie będą nas pouczać co to patriotyzm, my od Lenino do Berlino!”.

Przykładanie kryteriów pokoleniowych często prowadzi na manowce, ale chyba nie gdy mówimy o Agorze. My jako iksy nie mamy historycznych zasług naszych rodziców-boomerów (ani tym bardziej dziadków-greatsów). Nie przejdziemy do historii, by zacytować jednego z moich najukochańszych boomerów.

Nie grodzi nam syndrom zbowidowski, ale z kolei grozi nam samopokonujący się (self-defeating) cynizm generacji X. W sprawie mediów na przykład na ogół akceptujemy (-owaliśmy?) hasło „to biznes jak każdy innny”, którym korpomenedżment Agory zwykł był uzasadniać idiotyzmy z serii „Papszun o Probierzu. Naprawdę to powiedział? Jaśniej się nie da!”.

Skoro biznes jak każdy inny, to jak to pogodzić z frazesami o Misji, Powołaniu i Patrzeniu Władzy Na Ręce? Kogo jak kogo, ale Władzę stać na zapłacenie, żeby media patrzyły na ręce komuś innemu, na przykład Hajto i Halejcio (EKSPERT OD RĘKOLOGII NIE MA WĄTPLIWOŚCI).

A jeśli je potraktujemy serio, jak to pogodzić z korporacyjną chciwością? Zarobki w zarządzie bywają rzędu bańki rocznie. Gdyby tak jeden z drugim poskromił pazerność i gotów był wyżyć za skromne 200k, ocaliłby kilkanaście etatów w redakcji. Gdyby tak się samoograniczała cała wierchuszka, udałoby się uniknąć niejednego zwolnienia zbiorowego.

Napisałem chciwość? Pazerność? Quel faux-pas. Fi donc! Boomerzy na takie dictum eksplodowali we wspomniane „ja walczyłem w Lasach Kabackich!”. Iksy nieco spokojniej odpowiadają „wynagrodzenia ustala nam Rada Nadzorcza”. To w zasadzie prawda (podobnie jak prawdziwe są historyczne zasługi boomerów), ale wymaga idiotycznego założenia, że zarząd nie ma na to wpływu. „Panie, no co ja mogę?”.

Oni uwielbiają frazes o „oglądaniu każdej złotówki”. Nie uwierzycie mi, ale naprawdę go słyszałem z ich ust. Wizualizowałem sobie wtedy takie tableau, jak oglądają te złotówki w mojej ulubionej rubryce raportu giełdowego, „wynagrodzenie zarządu”. „Dwie bańki dla Zdziśka, półtorej dla Cześka…”. I dochodzą do wniosku, że każda z tych złotówek jest koniecznie niezbędna. „Ja znam Cześka, za 1499999 to on z łóżka nie wyjdzie, musi być równe półtora”.

Cóż, na szczytach korpowładzy boomerzy ustąpili iksom. Na dole w związku iksy ustąpiły milenials(k)om. Może im się uda coś zmienić. W końcu wszelki postęp polega na tym, że stare dziady mówią „niemożliwe”, a młodzież „tango Anawa”. Staram się więc nie zarażać niedasizmem, rezygnacją i wypaleniem. Trzymam kciuki za następców.

Jeśli ktoś nie ma ochoty na podkast – zapraszam do wywiadu na podobny temat, który zrobił ze mną Michał Sutowski, któremu chciało się spisać (i usunąć te wszystkie moje „eeee, tegoo”).

W nowej erze

Nadzieje na to, że to będzie wreszcie jakiś nudny i spokojny rok, bez wielkich historycznych wydarzeń, minęły szybciej niż zakwasy po sylwestrze. Potępiając oczywiście Trumpa za bezczelne złamanie prawa międzynarodowego muszę jednak przyznać, że mnóstwo radości sprawiło mi obserwowanie frustracji Rosjan.

Na Zachodzie (a mówiąc ściślej, w ojczyźnie słabej edukacji i kiepskich burgerów) zaroiło się od teorii spiskowych, że to jakiś ukartowany plan, że Putin oddaje Wenezuelę, a Trump Ukrainę. I tutaj zazwyczaj ten ich stupidariat wyskakuje z „dowodem”, pistoletem w smokingu, że ktoś kiedyś w 2019 rozważał taki deal.

I jakoś do jednego głupka z drugim nie dociera, że ten deal nie miałby sensu. Rosja nie może (i nie mogła w 2019) zrobić nic, żeby pomóc Wenezueli. Nie mają kart. A Trump nie może (i nie mógł w 2019) zrobić nic, żeby zmusić Ukrainę do kapitulacji. Nie ma kart.

Ten mit, że Wenezuela nie walczyła, jest obecny na Zachodzie, ale raczej nie wśród Rosjan. Rosja z wielką pompą dostarczyła Maduro rakiety przeciwlotnicze, samoloty i iluś tam wagnerowców. Wszystko na nic. To się może podobać czy nie, ale jak już Amerykanie biorą się za coś na serio, są w stanie wszystkie cele zniszczyć z powietrza, zanim „obrona przeciwlotnicza” w ogóle się dowie o ataku.

Julia Davies zmontowała dwie wypowiedzi tego samego ruskiego propagandysty. W grudniu się ekscytował operacją wzmacniania Wenezueli, po której „Trump zrozumiał, że nie ma szans”, bo jakby co, rosyjskie rakiety zatopią mu wszystkie stateczki. A zaraz po ataku w wyraźnej panice nie wiedział co powiedzieć, mamrotał „ciekawe, ciekawe”, ponuro dowcipkował o potrzebie urządzenia w Rosji „wioski upadłych przywódców”, a potem wszedł w dygresję, że to wszystko wina Janukowicza.

Jedno jest pewne: każdy trzecioświatowy dyktator, który postawił na sojusz z Rosją, zatrudnił wagnerowców jako osobistych ochroniarzy, rozstawił baterie przeciwlotnicze KRAP-300 wokół pałacu prezydenckiego, zakupił myśliwce Krapojan-Krapewicz – powinien się teraz bardzo obawiać. Optymistyczny scenariusz to dla niego dotarcie żywcem do tej rosyjskiej „wioski obalonych”.

O Chinach nic nie wiem, to dla mnie jak zwykle zagadka owinięta w tajemnicę, ale wygląda na to, że dla nich to też zła wiadomość. Oni też wtopili w Wenezueli miliardy, a do tego Trump celowo ich upokorzył. Tak sugeruje CNN.

Oczywiście, taki typowy Amerykanin, który ze świata zwiedził tylko sąsiednie hrabstwo, może sobie wyobrażać, że „to Chińczycy teraz to samo zrobią z Tajwanem”. Twittera zalały retoryczne pytania „gdzie różnica”.

Otóż różnica jest taka, że za Maduro nikt nie tęskni. Znaczy, oczywiście ci co zwykle – Chomsky, Pedomsky i Ephebsky. Ale wygląda na to, że nikt w samej Wenezueli (nawet jego fumfle z reżimu). Nie widać też jakichś masowych wieców poparcia w innych krajach regionu.

No i to jest ważna różnica, o respektowanie której upraszam także PT Komcionautów (zwłaszcza tych kilku fanów Che Guevary, na których teraz spoglądam ciężkim wzrokiem). Tajwańczycy chcą bronić Tajwanu, Ukraińcy Ukrainy, ale niektóre reżimy są tak wredne dla własnych obywateli, że oni już raczej wołają „Truman, Truman, rzuć ta bania, bo jest nie do wytrzymania”. Ewidentnie tak jest w Wenezueli, być może w Iranie, być może w Panamie, być może na Kubie. Na Grenlandii z pewnością nie.

Co dalej, oczywiście nie wiem (ale chętnie wysłucham PT spekulacjonautów). Wygląda na to, że reżim na Kubie upadnie jak kostka domina – i wtedy Trump będzie mógł mówić o prawdziwym sukcesie. Bycie prezydentem, który odzyskał Kubę, to nie byłoby kolejne fikcyjne „zakończenie ośmiu wojen między Kambobią i Abu Bedżanem”, to już byłoby coś. Niechętnie przyznałbym punkt dla Slytherinu.

Nie uczyniłoby mnie to oczywiście zwolennikiem Trumpa, ale uważam, że lewicowy punkt widzenia to przyjęcie punktu widzenia przeciętnego mieszkańca danego kraju – Johna Smitha, Larsa Nielsena, Juana Hernandeza. Reagan ma ulicę w każdym polskim mieście, bo przyczynił się do tego, że Jan Kowalski może sobie kupić nowego golfa – nieosiągalne marzenie dla Jana Kowalskiego z 1988.

„Brońmy Maduro, brońmy fidelowców” – to nie jest wzgórze na który warto umierać. Albo dostać bana na moim blogasku.

Demokracja merytokratyczna

Wszyscy na pewno bardzo tęsknili za kolejną notką o HOI4! Oto i ona, a dotyczy alternatywnej ścieżki historii wyjątkowo interesującej jako political fiction – ale kiepskim gejmpleju. To ścieżka Walerego Sławka, który w naszym continuum z bycia oczywistym następcą tronu po Piłdudskim (1930-1935) spadł na samo dno, aż do samobójstwa w 1938.

Gra (w trochę naciągany sposób) przedstawia jego frakcję jako „sanacyjną lewicę”. No może na tle pozostałych… Ja bym jednak wolał się trzymać historycznego określenia, „grupy pułkowników”.

Nazywano ich tak dlatego, że wprawdzie robili u boku Piłsudskiego kariery wojskowe w latach 1914-1921, ale potem przeszli do cywila. W pierwszych latach sanacji byli przepotężni, co sparodiowane jest w „Karierze Nikodema Dyzmy” w postaci pułkownika Waredy, który wszystkich zna i wszystko może załatwić (sam Wareda wzorowany był ponoć na Wieniawie).

I jak to w bywa planszówkach, ten gracz, któremu za dobrze idzie na samym początku, wytwarza przeciwko sobie koalicję wszystkich pozostałych. Wrogość wobec Sławka zjednoczyła pozostałe frakcje: Klonową (Rydza), Wierzbową (Becka) i Zamek (Mościckiego).

Historycznie do wrześniowej katastrofy doprowadziły nas głównie Zamek i Klonowa. Wierzbowa sama się wyeliminowała z gry, bo Beck wszystko postawił na jedną kartę, zobowiązując się do wypełnienia Testamentu Marszałka przez stworzenie Międzymorza. Gra (oraz Samo Życie) to blokuje ustawiając surowe wymagania, jak potężną armię i przemysł musiałaby mieć Polska, żeby w to drzewko fokusowe w ogóle można było kliknąć. Beck byłby więc kolejny do odstrzału, gdyby sanacyjna gra o tron potrwała jeszcze parę lat.

Sławkotopia omija problem Międzymorza, przekształcając sanację w coś w rodzaju demokracji w formie Powszechnej Organizacji Społeczeństwa. Zamiast agresywnej Bordurii, robimy się praworządną Syldawią – a co za tym idzie, wszyscy nas lubią i chcą z nami wejść w sojusze. Drzewko nieosiągalne w innych scenariuszach, tutaj samo wyrasta.

Pojawiają się też inne fokusy, dostępne tylko Sławkowi. Projektanci Paradoxu bazowali je na jego planach, ale robiąc arbitralne założenia, że by się to udało. Czyli tworzymy państwo, w którym armia szybko się szkoli (bo każdy żołnierz ma buławę w plecaku), risercz frunie (bo państwo wyciąga przyjazną dłoń do lewicujących intelektualistów) a korupcja znika (bo kawalerowie Virtuti Militari są niekorumpowalni).

Hm. Mam ci ja swoje zdanie, ale to wszystko wytrzymuje standardowe Dźwigary Do Zawieszania Niewiary zgodne z unijną normą literatury fantastycznej. Na pewno jest to ciekawsze od banałów i banialuków „z Hitlerem na Stalina”.

Sławkotopia ma dwie zasadnicze wady. Żeby ją zrealizować, trzeba porzucić prawie wszystko, co udało się zrealizować w naszym Wszechświecie w ramach drzewek fokusowych „zamek”, „sanacyjna prawica” a nawet „plan czteroletni”. Nie ma COP-u, Gdyni, tych malowniczych bunkrów na Helu, ani nawet tej szczątkowej modernizacji armii, która udała się Rydzowi. Wszystkie punkty decyzyjne po prostu pochłania nam pacyfikowanie „sanacyjnej prawicy”.

Wojna tymczasem wybucha wcześniej, bo zamiast oddania Sudetów – czyli w październiku 1938. Co gorsza, Czechosłowacja – nawet gwarantowana przez sojuszników – czasem te Sudety jednak oddaje. Nie wiem od czego to zależy (może ktoś wie?), mam wrażenie że to jest randomowa decyzja z p=50%. Doświadczałem tego usiłując bronić Benesza także jako Francja i Rumunia.

Randomowe też jest zachowanie Rumunii (czasem odmawia dołączenia do Międzymorza) oraz Litwy (czasem woli zachować neutralność kosztem oddania Niemcom Kłajpedy). W ciągu ok. 150 dni od sprawdzenia sudeckiego blefu triggeruje się też randomowy event zamachu na Hitlera.

Zaleta jest taka, że wojna się kończy w pół roku. Wada taka, że neo-kajzerowskie Niemcy dołączają do nas jako niechciany sojusznik, więc niewiele można wyhandryczyć w traktacie pokojowym – najwyżej Wrocław, Królewiec i Szczecin (ale gdy zamach się nie uda i Hitler walczy do samobójstwa w bunkrze, możemy wziąć Wszystko).

Ta randomowość sprawia, że nie polecam tego do multiplayera. Jest to natomiast zabawne przy graniu jak w rolpleja – a ja gram w HOI4 wcielając się w kogoś, kto wysiadł z wehikułu czasu i usiłuje uratować świat przed Gułagiem i Holokaustem.

Alternatywna historia wygląda więc tak, że zamiast zamordyzmu konstytucji kwietniowej, mamy merytokrację, w której wszyscy znajdują swoje miejsce (Rydz, Beck i Mościcki też!). Nowa władza łagodzi relacje z sąsiadami, tworząc sojusz od Estonii po Rumunię.

W październiku 1938 Niemcy wypowiadają wojnę. Polska armia jest do tej wojny nieprzygotowana (brakuje nie to że armat, ale nawet karabinów), ale ma do obrony krótką granicę, plus sojusznicy przysyłają swoje jednostki oraz po 30 dniach dociera lend lease (to arbitralna mechanika gry).

W pierwszych dniach wojny Niemcom udało się więc w paru miejscach wtargnąć na teren Polski, ale ich szczytowym osiągnięciem było zajęcie Suwałk (jaki film by Lejtes zrobił o tej tragedii!). Po miesiącu polskie wojsko zostało dozbrojone, a że za sprawą sławkotopijnego bonusa, szybciej się szkoliło od niemieckiego, zima nasza – polska kontrofensywa zajęła Wrocław i Królewiec.

11 marca udał się zamach na Hitlera. Spiskowcy proklamowali restytucję cesarstwa, ze stolicą w Wiedniu. Polska zareagowała na to improwizowaną ofensywą na Berlin wszystkim co było w pobliżu. Byłą stolicę Rzeszy udało się zająć 17 marca 11 Karpacką Dywizją Piechoty.

Wojna skończyła się 9 marca 1939 traktatem, który wydzielał republikę Szlezwyk-Holsztyn i wcielał do Polski całe Prusy i Pomorze (tylne też!), odcinając Niemcy od Bałtyku. Ale został im Hamburg, został im Wiedeń, więc i tak wyszli z warunkami lepszymi niż w 1945.

Po zwycięstwie wróciłem do budowy Międzymorza. Zawiesiłem to na czas wojny, bo AI zazwyczaj nie chce wchodzić w sojusze grożące „wciągnięciem w wojnę”. Co prawda nie zawsze dotyczy to sojuszy budowanych eventami, ale nie chciałem ryzykować – może ktoś coś wie?

Demokratyczna Polska jest w stanie zaprosić do sojuszu nawet kraje nordyckie oraz Węgry (gdy grałem Czechosłowacją i Rumunią, nie udało mi się to). Odmówiła mi tylko Finlandia (nie wiem na ile to jest losowe). Było to akurat fortunne, bo walczyli sobie dzielnie tak jak w historii, a ja mogłem rozbudowywać swój sojusz – od Norwegii po Grecję.

Wojna rozgorzała ponownie 11 lutego 1940, gdy ZSRR napadł na Estonię. Wprawdzie polskie wojsko znów było tragicznie niegotowe, a państwo nadal praktycznie nie miało przemysłu (ciągle nie było kiedy realizować tych fokusów od Kwiatkowskiego), no ale łączny potencjał aż takiego Międzymorza był po prostu nie do zatrzymania. Już 18 czerwca polska 6 dywizja piechoty wkroczyła do Moskwy. Był to po prostu zwycięski spacer (dosłownie, bo skąd czołgi w kraju bez przemysłu).

Dalej symulacja robiła się coraz mniej prawdopodobna. Realizują swoje historyczne fokusy, Włosi wiosną 1940 napadli na Grecję. Miało to jeszcze jakieś znamiona prawdopodobieństwa, bo większość greckiej armii była wtedy zajęta wyzwalaniem Armenii, ale przecież wiadomo było, że na dalszą metę Potężne Międzymorze da radę.

Włosi więc zajęli kawałek Epirusu. Musiałem pośpiesznie mobilizować szkolące się dopiero jednostki, w tym eksperymentalną dywizję pancerną, która ruszyła do Grecji de facto jako brygada piechoty (z kilkoma tankietkami). W tym alternatywnym świecie wniosek z wojny byłby taki, że czołgi to ślepa uliczka – Niemcy, Sowieci, Włosi i Japończycy tyle tego natłukli, a nic im to nie dało (inna sprawa, że np. T-34 przeszedłby do historii jako ciekawy prototyp, od czasu do czasu wspominany przez entuzjastów #rapierów).

Potem realizując resztki swoich historycznych fokusów do Włoch dołączył Irak, co z kolei wciągnęło wreszcie do wojny zachodnich aliantów – którzy dołączyli jako kolejny niechciany sojusznik. W efekcie powojenne Włochy stały się brytyjską marionetką (ale chociaż sobie dołączyłem do Rzeczpospolitej Wenecję – głównie chodziło mi o ich przemysł, ale oczywiście Melchior Wańkowicz dorobiłby jakieś uzasadnienie, że „Sztafeta na tropach Casanovy”, etc.).

Dalej gra robi się już zupełnie nierealna. Japonia – tak jak historycznie – atakuje zachodnich aliantów, ale oczywiście kiedy nie było upadku Francji, dostaje łomot od razu. Polska niestety nie może do tej wojny dołączyć inaczej niż przez agresywną wojnę, np. o zajęcie Sachalinu, co niby robię, ale utrudnia mi to imersję w rolpleja. Może coś się zmieni z nowymi dodatkami, skupionymi właśnie na wojnie chińsko-japońskiej, wszystko co powyższe dotyczy wersji 1.16 (z wszystkimi dodatkami, gdyż jestem niewątpliwie pieprznięty na tym punkcie i na innych).

Powrot Kackiego

Jako entuzjasta cancel culture, nie mogę nie zauważyć powrotu sprawy Marcina Kąckiego. Komcionauci, którzy o niej w ogóle nie słyszeli, wygrali na loterii, nie muszą czytać dalej. Pozostałym przypomnę, że ów gwiazdor reportażu i wpływowy redaktor „Wyborczej” opublikował był w zeszłym roku kuriozalny artykuł „Moje dziennikarstwo – alkohol, nieudane terapie, kobiety źle kochane, zaniedbane córki i strach przed świtem”.

Jego tytuł jest bardzo znaczący. Te „kobiety źle kochane” wpleciono tutaj między opowieści o tym, jak to on cierpiał, żebyśmy tak bardzo współczuli narratorowi, że nie zauważymy nawet, że to „złe kochanie” to dziwne określenie wspinania się przez okno do kobiety, która nie chce mu otworzyć drzwi.

Jak się zaraz potem okazało, był to manewr uprzedzający skandal w Instytucie Reportażu. Młode adeptki skarżyły się na Mistrza, Instytut odsunął go od prowadzenia zajęć.

Ale jak to z Mistrzami bywa, ruszył do kontrataku. To on tu jest przecież ofiarą! Czy to jego wina, że kobiety pod wpływem jego nieodpartego, apollińskiego seksapilu same się na niego rzucają? Zwłaszcza Karolina Rogaska, która publicznie oznajmiła, że Kącki w jej obecności wydobył penisa i ulżył sobie, nie zważając na jej protesty. Nie dość że to nieprawda, to jeszcze jest to połączenie dwóch różnych spotkań, ripostował dość tajemniczo Mistrz.

Później zaś wszystko potoczyło się tak jak zwykle. Sprawę miały wyjaśniać sądy i komisje. Ponieważ prokuratura się nie zajęła, to i sądu nie było. Cokolwiek ustaliła komisja powołana przez HR Agory, pozostało poufne, bo takie są zasady działania HR. Komisja redakcyjna zakończyła współpracę „z powodów redakcyjnych” (to po prostu tautologia – redakcja nie ma prawa do niczego więcej).

Gdy więc już stało się jasne, że jak zwykle nie będzie konsekwencji – pozostawało już tylko zmonetyzować status „ofiary cancel culture” książką. Nie przeczytałem, bo nie zamierzam tego wspierać portfelem, a gratisa raczej nie dostanę, przytoczę więc jej omówienie słowami wybitnego literata Janusza Rudnickiego: [z książki] wynika, że sprawy tej gwóźdź, czyli pamiętny „ręko-czyn” w ogóle nie miał miejsca. Wynika, że dziennikarka pomyliła członki i jedyne, co by ją tłumaczyło to fakt, że z grubsza one do siebie podobne. Więc jeśli nie doszło do żadnej ipsacji, a z tego co w książce wynika, że nie, to…”.

Ach, ten żart, ten szyk, ten styl! Jak wuj Janusz przyjanuszuje, to nie ma wuja w mieście. Inna sprawa, że po kilku dniach wuj wyedytował ten wpis, usuwając dowcip o „pomyleniu członków”, zapewne radośnie nieświadomy, że każdy może podejrzeć historię edycji, a z niej wyczytać, że wujowi jego własny żart przestał smakować o 8:29 AM.

I cała sprawa wydawała się już ostatecznie zamieciona pod dywan, zagłuszona tradycyjnym chórem wujów pomstujących na „cancel culture”, gdy Karolina Rogaska opublikowała z kolei zapis rozmowy z Marcinem Kąckim. Wyraźnie słychać, jak mówi „Marcin, ale ty przy mnie wyjąłeś penisa i zwaliłeś konia”, a on nie reaguje jak człowiek niewinny, okrzykiem typu „Karolino, czemu tak zmyślasz?”, „to jakaś pomyłka, to nie mogłem być ja!”, ewentualnie, za Rudnickim, „to nie był mój penis!”, tylko jej potakuje, domagając się wszelako, by ta mu koniecznie opowiedziała osobiście co wtedy czuła.

Zachowuje się w tej rozmowie jakby Rogaska była mu coś winna. I plecie androny, że On, przecież już pięćdziesięcioletni, po prostu nie rozumie współczesnego świata. Tak jakby kiedykolwiek przedtem, w roku 1950 czy 1850, akceptowano wyciąganie penisa przy kobiecie, która sobie tego nie życzy.

Nie bardzo rozumiem, jak po tym nagraniu można jeszcze bronić Kąckiego, ale niektórzy to robią. Czasem widać tu ewidentną Wspólnotę Ludzi Złej Woli, ale niektórzy powtarzają komunały o „domniemaniu niewinności” oraz „niewyręczaniu sądów” być może szczerze w to wierząc.

Wyjaśnijmy więc ponownie, czemu ta postawa jest naiwna. Znakomita większość spraw dotyczących molestowania i mobbingu nigdy nie trafi do sądu. Sorry, takie mamy prawo. Mobber i molestator, jeśli mają odrobinę oleju w głowie, potrafią to robić tak, żeby prokuratura nie miała się do czego przyczepić.

Taki „legalizm” sprowadza się więc do sytuacji jak z rysunku Raczkowskiego: „ratunku, złodziej ukradł mi torebkę! / jeszcze nie było procesu, a pani już wydała wyrok”. Od ofiary oczekujemy pokornego milczenia dopóki nie zapadnie prawomocny wyrok – a w praktyce do wieczystego milczenia, bo do procesu pewnie i tak nigdy nie dojdzie.

„Wyjaśnianie przez wewnętrzne komisje” będzie szybsze, ale co do zasady niejawne. I nie da się tego zmienić. „Żądajmy jawności!” to urocze hasełko, ale w praktyce wtedy ciężko byłoby znaleźć ochotników do zeznawania, więc takie komisje staną się bezradne. Przecież HR to nie policja, nie może wezwać „techników z CSI”.

Sąd cywilny? Jego zadaniem nie jest „poznawanie prawdy”, tylko doprowadzenie do ugody. Jeśli Kowalski nazwie Malinowskiego wielbłądem, Malinowski go pozwie, a potem panowie się dogadają, że Malinowski zgadza się być wielbłądem a Kowalski dromaderem, sąd cywilny nie będzie powoływać biegłego zoologa żeby „ustalił prawdę materialną”.

W typowej sprawie mobbingu czy molestowania nie nie ma takiej niezależnej instytucji, która nam „ustali prawdę”. Pozostają dwie opcje: (a) chrzanić ofiary, brońmy sprawców przed „linczem” (b) osąd opinii publicznej.

Taki osąd odwołuje się nie do stuprocentowej prawdy – której przecież nigdy nie poznamy – tylko do oceny prawdopodobieństwa. W praktyce robimy to na co dzień, bo czekanie w każdej sprawie na prawomocny wyrok byłoby absurdem. Tu konkretnie scenariusz, w którym na Kąckiego uwziął się spisek młodych dziennikarek (bo to przecież nie jest jedna Rogaska), wydaje mi się po prostu skrajnie nieprawdopodobny.

Oczywiście, to może być jak u Agathy Christie, że uzgodniły zeznania, żeby wyprowadzić w pole Herkulesa Poirot. Ale jeśli tak, to czemu pomawiają Kąckiego akurat o coś, o czym z góry wiadomo, że prokuratura to oleje? Nie mogły zeznać, że Kącki przy nich obrażał uczucia religijne? Wtedy już mielibyśmy wyrok! Gupie jakie czy co?

Bardziej prawdopodobny wydaje mi się inny scenariusz. Marcin Kącki to człowiek mądry i doświadczony. On doskonale wie, jak działają te mechanizmy. Przecież niejeden jego wybitny reportaż traktował właśnie o wieloletniej bezkarności predatorów. Gdybym pisał kryminał i potrzebował porady, jakich reguł powinien przestrzegać molestator, żeby żaden sąd go nie tknął – nie umiem pomyśleć o lepszym ekspercie.

Jeśli ktoś mimo to nadal woli wierzyć w spisek wyuzdanych reporterek, nic na to nie mogę poradzić. Tylko błagam, bez tych banialuków o „czekaniu na prawomocny wyrok”. Wyroku nie będzie, ale pozostaje zdrowy rozsądek.

Fosy i kurhany

CC BY-SA 4.0 – Wikipedia / Sznmka

Na Bluskaju napotkałem onegdaj internautę, który dzielił się odkryciem „ufortyfikowanego osiedla” w Warszawie, otoczonego „fosą i kurhanem”. „Nie wiem czy to kultura jamowa, czy dzbanów sznurowych” – dziwował się – „Nie wiem jak to wytłumaczyć. W kurhanie mieszkają. Otoczeni fosą. Mieszkają”.

Towarzyszyły temu komcie osób w kryzysie niewarszawskości, które wyobrażały sobie tak, że chodzi o dziwaczny pomysł dewelopera – tak se po prostu wybudował „fosę i kurhan”, bo zwykłe ogrodzenie to za mało. Ludzie piszący w internecie, że „nie wiedzą jak to wytłumaczyć”, zazwyczaj wcale nie chcą się dowiedzieć. Tak było i w tym przypadku. Moje uprzejme wyjaśnienia, że ten deweloper nazywał się Aleksander Romanow, spotkały się z typowymi w takich sytuacjach wulgaryzmami o libkach, które się zesrały.

No cóż. Za to przynajmniej mam inspirację do powrotu do notek varsavianistycznych.

Pod poprzednią dyskusją pojawiła się dygresja o podróżniczych aspiracjach klasy średniej (jako symbolu statusu). Pozwolę sobie wystąpić w roli Wzorca z Sevres i powiedzieć, że egzotycznymi podróżami ciężko mi zaimponować.

Gdybym wylądował na przyjęciu z nudziarzem opowiadającym jak oglądał szympansy w rezerwacie Mubunga-Bubunga, kiwałbym oczywiście głową z uprzejmym „ach tak, to fascynujące”, ale równocześnie obmyślałbym plan ucieczki. Za to gdyby mi opowiadał jak obserwuje ptactwo żerujące w rejonie metra świętokrzyska albo jak zdobywał zimą bez tlenu północną ścianę górki szczęśliwickiej, jęczałbym z zachwytu i biegał po dolewkę dla sensei.

W Kręgach Zbliżonych Do Mnie modne są mikrowyprawy. Czasami planowane jako parodia makrowypraw typu boso przez Bored Peak albo z synem i sztucerem na Szpicbergen, czasem wynikające z autentycznego zainteresowania tym co za rogiem.

Jeśli więc ktoś chce mi zaimponować, powinien uprawiać urbex, zamiast latać na Bali. Domyślam się, że moje osoby friendsowskie mają dużo do opowiedzenia o Zagadkach Lublina, Bydgoszczy czy też Katowic – i zawsze z przyjemnością słucham.
Co do stolycy, polecam właśnie carskie forty. W pewnym sensie zaliczyłem je wszystkie, to znaczy „zbliżyłem się rowerem tak blisko, jak pozwala na to prawo ludzkie i przyrodzone”.

W ogóle całe moje dorosłe życie jako cyklisty zaczęło się właśnie w Forcie Bema, gdzie mieściła się wtedy jakaś składnica wojskowa. Na zasadzie typowo PRL-owskiego „ktoś był winny mojej mamie przysługę”, kupiłem tam swój pierwszy dorosły rower marki Wagant. W pakiecie „przydziału na rower” była przepustka uprawniająca do wejścia na teren fortu.

W słusznie minionym ustroju większość fortów należało do wojska i bez przepustki nie można się było nawet zbliżyć do wielu z nich. W tej chwili taki status ma już chyba tylko Fort Radiowo? Brakuje mi skali na rispektometrze by opisać mój podziw dla kogoś, komu udałoby się go zwiedzić (może metodą „na Klossa”, czyli „GUZIK MASZ ŹLE ZAPIĘTY, ŁACHUDRO!”)?

Złotą erą eksploracji były oczywiście lata 90., gdy wojsko po prostu porzuciło te obiekty. Rdzewiejące tabliczki „WSTĘP WZBRONIONY” bezsilnie dyndały na rozwalonych płotach. Nie obowiązywały jeszcze dzisiejsze unijne normy, że wszystko musi być uporządkowane i zabezpieczone, bo jeszcze ktoś nogę złamie.

Fort Zbarż, najbardziej fotogeniczny bo zatopiony przez własną fosę, jest jednak w pełni dostępny – o ile ktoś ma profesjonalny sprzęt. Ma on głównie dwie grupy odwiedzających: wędkarzy, którzy coś usiłują z tej fosy wyłowić, oraz taksiarzy, drzemiących w swoich priusach w oczekiwaniu na atrakcyjne zlecenie z pobliskiego lotniska.

Warszawskie forty są ilustracją (rzekomego) cytatu z Pattona, że jeszcze nikt niczego nie obronił, liczy się tylko atak. Historia oraz gry Paradoxu uczą, że fortyfikacje są zazwyczaj bezużyteczne. Armia, która jest je w stanie utrzymać, poradziłaby sobie i bez nich – a gdy jedyna nadzieja jest w bunkrach, to nie ma już żadnej nadziei.

Fortyfikowanie granicy z przyszłym wrogiem to typowy błąd n00ba. W praktyce niemal zawsze lepiej byłoby te same zasoby wykorzystać do rozbudowy przemysłu zbrojeniowego. Nie wiem, czy są jakieś kontrprzykłady z historii najnowszej, na pewno nie należy do nich Twierdza Warszawa.

Rosjanie zbudowali ją w latach 1880., antycypując wielką wojnę z Niemcami. Porażka w wojnie z Japonią sprawiła, że postanowili przemodelować armię, co oznaczało m.in. likwidację fortyfikacji, które wymagały kolosalnych nakładów na samo utrzymanie. Rozpoczęli wyburzanie w 1909, ale że jak to w Rosji, szło im to opornie. W 1913 stało tego jeszcze na tyle dużo, że w panice odwołali rozkaz wyburzania i zaczęli odtwarzać… by w 1915 i tak oddać wszystko bez walki. I to jest typowy los fortyfikacji w XX wieku, zazwyczaj oddawano je bez walki.

Forty warszawskie odegrały nieoczekiwaną rolę w kampanii wrześniowej (w której w ogóle nie planowano obrony Warszawy!). Miały już ograniczoną wartość bojową, bo fort żeby mógł spełniać swoje zadania, potrzebuje oczyszczonego przedpola. Warto żeby kolejne budowle widziały się nawzajem i mogły osłaniać.

Z utrzymaniem czystości przedpola problemy miały nawet władze carskie, w kapitalizmie zaś to już było zwyczajnie niemożliwe. Fort Czerniaków odegrał więc istotną rolę w obronie stolicy (dziś jest tam muzeum), ale był cieniem dawnej potęgi. Fosę przepołowiono pod ulicę Powsińską, a na przedpolach wybudowano wille dla oficerów.

Wojsko obdarowane hektarami najchętniej wchodzi po prostu w deweloperkę. Tak było przed 1939, tak było po 1989. Z kolei w 1939 nieocenioną wartość obronną miały kamienice, na których deweloperka się po prostu zatrzymała (więc w naturalny sposób miały te czyste przedpola), na przykład w rejonie Grójeckiej czy Waszyngtona. Z czego morał jest taki, że chociaż budowanie Linii Maginota nie ma sensu, to bezcenna jest umiejętność improwizowania fortyfikacji tam, gdzie zastanie nas wojna.

Zwiedzenie wszystkich fortów dostarczy wrażeń ekstremalnie zróżnicowanych. Czasem będziemy odwiedzać wspaniałe (acz drogie) knajpy, czasem strach będzie w coś wdepnąć, czasem wylądujemy wśród rodzin z dziećmi na ślicznym miejskim parku, a czasem będziemy się trochę bać, że na takim pustkowiu nikt nie usłyszy wołania o pomoc.

Jak to w wielkim mieście. Dlatego jeśli ktoś jeszcze jakiegoś nie zaliczył – niech nie mówi że nie ma pomysłu na spędzanie czasu wolnego!

Promyczek nadziei

Niniejsza notka będzie próbą nadgonienia wydarzeń politycznych z ostatnich tygodni – będzie więc dość chaotyczna, za co z góry przepraszam, no ale działo się! Zacznę więc od tego, że nie jestem już aż takim pesymistą jak w czerwcu. Może jednak tym razem uda się powstrzymać faszyzm?

Kilka dni temu w USA wszyscy kandydaci popierani przez Trumpa dostali imponujący łomot. Nie jakiś „remis ze wskazaniem”, ale pompki na suficie. Kolega Król, który polemizował w czerwcu z moim pesymizmem, domagał się pod poprzednią notką dania mu satysfakcyi. Zrobię to z gigantyczną rozkoszą (przecież wiecie, że dla pesymisty nie ma większej radości!) gdy podobny łomot nadejdzie w midtermsach. Już teraz jednak zgadzam się, że można zrobić pierwsze „uuuufff”.

Parę miesięcy temu bałem się, że w USA wydarzy się coś w stylu pożaru Reichstagu. Jakiś tragiczny iwent da Trumpowi pretekst do zawieszenia resztek pozorów demokracji i praworządności – bałem się, że będzie tym zamach na Kirka. Teraz jednak na to raczej za późno.

Autozamachy w stylu 18 brumaire’a należy robić gdy się jest na wznoszącej fali popularności. Gdy popularność opada, wyjdzie thermidor. Jeśli Trump albo (zwłaszcza) Vance spróbują coś w tym stylu, przyśpieszą swój upadek.

Bardzo mnie to cieszy, bowiem fenomen MAGA uważam za centralne praźródło zła w świecie Zachodu. Wspierane oczywiście przez Rosję – której rubelki przydają się zawsze przy pozyskaniu tych dodatkowych paru procent w głosowaniach typu 51:49. Elon Thiel i Peter Musk potrzebują więc Putina (a Putin ich).

Dekompozycja MAGA i niewykluczony łomot w midtermsach dadzą uboczny skutek w postaci wiatru w żagle sił demokratycznych na całym świecie, w tym w Polsce. Może więc triumf PiS w 2027 nie jest jeszcze przesądzony?

Oczywiście, to wszystko zależy od Wielkiego Czarnego Łabędzia w Donbasie. Ta wojna do 2027 powinna się skończyć, bo po prostu współczesne wojny rzadko trwają tak długo. Mam nadzieję, że nie skończy się kapitulacją Ukrainy, bo do 2027 Rosja nie ma szans na zajęcie reszty Donbasu (nie mówiąc już o powrocie pod Kijów).

Widzę pierwiastki nadziei w tym, że po kilku latach w Rosji znów mamy antywojenne i antyputinowskie demonstracje. I wprawdzie wiem, że mają dość zapasów gotówki i złota, żeby dokładać do wojny przez parę lat nawet gdy sfajczy się ostatni terminal naftowy, ale z drugiej strony, takie palenie pieniędzmi w piecu nie może się podobać oligarchom z Kooperatywy Jezioro, którzy liczyli na zyski z tej wojny, a nie na straty. Nie będzie więc Crimea Beach Party, ale może będzie Swan Lake Cooperative.

Upadek Putina osłabi Thiela z Muskiem, a to osłabi MAGA, a to osłabi PiS. Powinienem to może przeformułować na tryb warunkowy, bo to ciągle nie jest widok na światełko w tunelu, raczej mapa dróg ewakuacyjnych, że jak skręcimy tu, a potem tam, to może dojdziemy do owego światełka. To raczej nadzieja na nadzieję, ale pół roku temu nie miałem nawet tego.

W tej sytuacji łatwiej mi się znosi osobisty polityczny mikrodramat, że znowu nie mam na kogo głosować. Broniąc Ziobry, posłowie Razem ostatecznie pogrzebali „moją partię”.

Te pokrętne wykręty rzecznika, że „przecież 26 razy go nie broniliśmy”, tylko pogarszają sprawę. Bronić Ziobry raz, to o 50 razy za dużo. Żeby to jeszcze była jakaś Szydło czy Kluzik-Rostkowska, ktoś o niejednoznacznym dorobku, komu można przypisać jakieś pozytywy… ale Ziobro to człowiek o dorobku jednoznacznie negatywnym. Nie zrobił w całym swoim życiu dosłownie ani jednej dobrej rzeczy, za to dużo złych.

Tak mi teraz smutno na myśl o tych wszystkich dyskusjach, w których broniłem Razem przed zarzutem o byciu przybudówką PiS. Nie warto było. Szkoda było strzępić ryja. STONOGA.M4A i tyle w temacie, skumbrie w tomacie pstrąg.

I jeszcze to durne „nie głosowaliśmy w obronie, tylko wyjęliśmy karty z czytników”! Matematycznie to przecież dokładnie to samo. Aż widzę tego Franka Zandberwooda jak mówi, że ma plan, kurczę sprytny – będą udawać, że „nie głosowali”, więc przymilą się pisowi, nie tracąc antypisu. A pozostała czwórka woła „wodzu, wódz jest genialny, jak zawsze”.

Od założenia tej partii zawsze deklarowałem, że ma mój głos nawet gdyby sondaże dawały jej poniżej jednego procenta. To już nieaktualne. Teraz najwyżej mogę spojrzeć okiem łaskawem na zjednoczoną listę całej lewicy, o ile sondaże będą jej dawać kilkanaście procent. Jeśli nie, to w 2027 głosuję na najsilniejszą listę antypisowską.

Mnie też wkurza duopol, ale wkurza mnie też brzydka pogoda. Nic na to nie poradzimy, można być albo z MAGA albo przeciw nim. Broniąc Ziobrę, razemici przeszli na złą stronę mocy.

Poziom sroktoranta

W starości poza fizycznym tetryczeniem przeraża mnie także psychiczne. Moje westchnienia, że chciałbym cofnąć świat do backupa z 2015 roku zapewne zdradzają podświadome „bo wtedy jeszcze ogarniałem o co chodzi”.

Żeby przeciwdziałać, poproszę więc PT ogarniających o wyjaśnienie mi dzisiejszego świata. Może wyjdzie mi z tego seria notek, ale zacznę od LLM skrótowo zwanych AI.

Nie rozumiem tego w ogóle. Są już ludzie, którzy się od tego uzależnili, ale dla mnie to jak papierosy, od których zawsze odrzucał mnie smród. Te sześciopalce obrazki są obrzydliwe, a teksty napisane topornie – niczym szkolne wypracowania, pełne okrągłego wodolejstwa typu „W panteonie wielkich polskich poetów szczególnie poczesne miejsce zajmuje Adam Mickiewicz (1798-1855)”. Tego się nie da czytać bez bólu!

Uważnie śledzę relacje znajomych o stosowaniu AI do celów hobbystyczno-rekreacyjnych. Pewien Friends chwalił się, że AI mu zaprojektowało szafkę do zmajsterkowania. Super, ale ja nie majsterkuję.

Mam takie ogólne wrażenie, że AI może mnie „wyręczyć” głównie w tych zajęciach, które i tak lubię („samodzielne planowanie wycieczki”). Co do zastosowań zawodowych, to jak wiecie, zawody mam dwa. W oświacie niezbędne jest generowanie papierów, których nikt nie czyta, ale muszą być.

Rozumiem, że można użyć LLM do ich generowania, ale przecież równie dobrze jakieś gotowce można wyguglać.
Niektóre papiery muszą być pisane pod kątem konkretnego ucznia. Literka „I” w skrócie „IPET” pochodzi od słowa „indywidualne”. Ale żeby dostać taki IPET od AI, musiałbym wrażliwe dane ucznia wysłać amerykańskiej korporacji. Wydaje mi się to fundamentalnie nieetyczne i najprawdopodobniej nielegalne, choć zapewne setki nauczycieli to właśnie teraz robią. Z dwojga złego znów szlachetniejsze wydawałje mi się wyguglanie gotowca.

Wiem też, że AI może za mnie przygotować konspekt lekcji, ale moje lekcje są autorskie i lubię to w nich. Natomiast nauczyciel realizujący program po bożemu i tak może skorzystać z oferty jednego z wydawnictw, oferujących podręczniki, konspekty i sprawdziany. Dzięki nim można nauczać przedmiotu o którym się niewiele wie (i stojąca zastępstwami polska oświata, w której geografii musi uczyć katecheta – bez tego by się zawaliła).

W swoim wcieleniu nauczycielskim nie widzę więc zastosowania dla AI. A w zawodzie stukania w literki?

„Kopernika” pisałem podczas lockdownu, musiałem więc zmusić się do podniesienia kompetencji w korzystaniu z bibliotek cyfrowych. Przedtem wolałem się fizycznie wybrać do murowanej biblioteki, żeby sprawdzić coś, co pewnie znalazłbym online. I właściwie nadal tak wolę, ale nie było wyboru.

To było jeszcze przed szałem na ChatGPT. Czy mógłby mi pomóc jako riserczer? Dzięki znajomym, którzy mają płatne konta, robiłem mikro-eksperymenty – zadawałem pytania dotyczące Kopernika, na które znałem odpowiedź i wiedziałem, że czasem to „cholera jedna wie” (= brak źródeł), a czasem odpowiedź jest dostępna publicznie i za darmo, ale nie tak po prostu z gugla, tylko np. z archiwum Dantyszka.

Wyniki były zawsze rozczarowujące. AI ma dziwny opór przed odpowiedziami typu „nie wiadomo, brak danych, źródła milczą” (pod tym względem przypomina kol. Fieloryba). Niczym nieprzygotowany student, zawsze udaje że wie. Taki riserczer przyniesie więcej szkody niż pożytku.

Te najnowsze płatne wersje reklamowane są jako odpowiednik „poziomu doktoranta”. Sroktoranta! Owszem, studentowi można wybaczyć, że nie wie że o archiwum Dantyszka – ale doktorant powinien na to wpaść sam.
Jak już wiemy w jakim archiwum jest nasz zasób – samo sięgnięcie do niego to wisienka na torcie. Najmniej istotna część roboty. Jak mam takiemu cyberdebilowi sam powiedzieć, że „wyszukaj mi to i to w archiwum Dantyszka”… to na czym ma polegać jego bezcenna pomoc właściwie?

Testując AI pytaniami o Kopernika stwierdziłem, że umie korzystać tylko z tego, co jest widoczne z poziomu wyszukiwarki. Jedyna biografia jaką znał, to ta Birkenmajera – bo w domenie publicznej. Nie znał „Regestów” Biskupa, biblii kopernikologii, choć są dostępne w pewnej cyfrowej bibliotece – o czym wiem bo podczas lockdownu sam se musiałem to wszystko poodnajdywać. Z takim riserczem do do Ziemkiewicza.

Oczywiście, najszlachetniejszy risercz to ten pierwotny – odkrywanie nieznanych źródeł. Szanujący się autor non-fiction zna tę ekscytację, że odwiązujemy w staroświeckiej tekturowej teczce tasiemkę, którą archiwista zawiązał 70 lat temu i mamy błogą świadomość, że jesteśmy pierwszym czytelnikiem skrytych w tej teczce pożółkłych papierów!

W takich sprawach samo odwiązanie tasiemki to już drobiazg, najważniejsze to wpadnięcie na to, do jakiego archiwum o jaki zasób chcemy się zwrócić. Czasem zapłaciłbym krocie riserczerowi, który by mi powiedział „to może być w teczce o sygnaturze THX-2137 w archiwum w Białymstoku”.

W przypadku Kopernika pogodziłem się, że takich odkryć nie zrobię, ale właśnie to, że tutaj większość tego typu dokumentów jest już zdigitalizowana, tylko trzeba wiedzieć gdzie szukać – pozwoliło mi sprawdzić, że AI jest za głupia na tę kluczową fazę, „wiedzieć gdzie szukać”. Jak już jej powiem gdzie szukać to znajdzie, ale na co mi taka pomoc.

Przyjmijmy taką gradację źródeł, że (1) najcenniejsze są te pierwotne, typu „dokument w archiwum” (2) potem mamy pracę naukową na temat tego dokumentu (3) potem pracę popularyzatorską taką jak moja (4), a potem hasło w Wikipedii cytujące m.in. moją książkę. Otóż AI powołuje się głównie na źródła typu (4), do tych typu (1) nie umie dotrzeć nawet gdy są zdigitalizowane, a co najgorsze, NIE ROZUMIE RÓŻNICY. To nie poziom studenta, tylko licealisty.

Czy AI może za mnie pisać felietony? Jakbym ją nakarmił korpusem swoich tekstów, pewnie mógłaby wygenerować coś w podobnym stylu. Zapewne setki autorów to właśnie teraz robią. Pewnie ze dwa czy trzy razy uszłoby mi to na sucho, ale w końcu Polityka by zerwała współpracę.

A wymyślanie pomysłów? Tak naprawdę mam więcej pomysłów niż mocy przerobowych. Na początku zabawy darmowym ChatemGPT sam go zapytałem o pomysł na książkę, która by wreszcie odniosła sukces. Odpowiedział, że young adult fantasy jest w modzie – i zaproponował powieść, że Zahukane Dziewczątko ma pewne Szczególne Możliwości, przy pomocy których Ratuje Świat i wtedy Wszystkim Jest Głupio, że byli dla niej kiedyś niemili.

To była porada i sensowna (faktycznie streścił typowe generyczne YA), ale i bezsensowna. Bestsellery biorą się z zaskoczenia, a nie z gonienia za typową formułą. Kolejna książka z serii „wszyscy jesteśmy ze wsi” już nie powtórzy sukcesu „Chłopek”.

Krótko mówiąc, obecna moda na AI jest dla mnie niepojęta. Jedyne co by mnie trochę ekscytowało to sparringpartner do gier strategicznych, bo AI w grach Paradoksu nadal jest do rzyci. Ale to w ogóle nie idzie w tym kierunku (szachy mnie tak nie pociągają).

Chichram się więc czytając o idiotach, którym AI zaplanowała wakacje – i wysłała ich do nieistniejących miejsc. Albo którzy chcieli dokonać wielkich odkryć naukowo-technicznych, i jeden jak w opowiadaniu Lema skończył rujnując się na budowę serwerowni, bo ChatGPT mu wmówił, że chce się uwolnić. No wiem że nie wypada blejmować wiktima, ale co to za głupki!

Ale wiem też, że różne technologie na początku miały zgrzyty, profesorowa Szczupaczyńska argumentowała za wyższością tramwajów konnych nad elektrycznymi, ale historia rzadko przyznaje rację starym ludziom krytykującym nowoczesność. Choć czasem jednak tak, że przypomnę Lema i Internet.

Więc dopuszczam, że i tu nie mam racji. I naprawdę będę wdzięczy za wskazanie mi jakiegoś zastosowania zawodowego – albo hobbystycznego. Mam na przykład bajzel w winylach i przydałaby mi się aplikacja identyfikująca je przed kamerą i generująca z tego plik XLS albo w ogóle konto w Discogs. Ale takiej chyba nie ma?

Przydałby mi się asystent riserczu – którego mógłbym na przykład zapytać po ludzku, że „mój bohater pracował w latach 60. w urzędzie powiatowym w Myciskach, gdzie może być jego teczka personalna?”, a ten by mi odpowiedział, że takie archiwum, taka sygnatura. Moim zdaniem, AI tego nie potrafi (z pewnością potrafi za to taką sygnaturę zmyślić).

Darmowe wersje mnie nie zachęcają do kupienia płatnych, ale mini-eksperymenty u płacących znajomych też nie. AI jawi się w nich jako nakładka na zwykłego gugla. Chętnie bym za to zapłacił za oldskulową wyszukiwarkę, taką jak gugiel sprzed 20 lat, z trybem zaawansowanym, z regexpami. Ale w kapitalizmie jak w tej knajpie z „Psów” – „tego co szanowny pan zamawiał to nie mamy, ale może być AI”.

Arkana Wagnera

W komciach pod poprzednią notką pojawiła się teza o Zachodzie, który rzekomo „popierał Chorwację” podczas rozpadu Jugosławii. Wielce mnie to zasmuciło, bo pokazuje potęgę rosyjskiej propagandy.

Niby wszyscy widzimy, że Zachód nie chce wojen, najchętniej udaje że nic nie widzi, udaje że wierzy w „zielone ludziki nie wiadomo skąd” itd. Ale jednocześnie istnieją ludzie przekonani, że akurat 30 lat temu Niemcy i Amerykanie marzyli o wojnie na Bałkanach, bo tak nienawidzili Serbów – jedni „od początku”, drudzy ponoć „od Clintona” (skądinąd powszechnie znanego z wielkiej chęci do wojowania z Rosją i Serbią).

W rzeczywistości Zachód był początkowo przerażony perspektywą rozpadu Jugosławii. Zachodni dyplomaci wywierali naciski na Słowenię i Chorwację najpierw żeby w ogóle nie robiły referendów niepodległościowych – a potem żeby chociaż opóźniły publikowanie wyników, żeby kupić parę miesięcy na bezsensowne próby uratowania federacji.

Kiedy zaczęła się pełnoskalowa wojna, początkowo piętnowano „nacjonalistów z obu stron”. Serbowie ściągnęli na siebie międzynarodowe potępienie za sprawą zbrodni wojennych – od których tę wojnę właściwie zaczęli, bo pierwszą dużą bitwą było oblężenie przygranicznego Vukovaru.

W mieście przez 88 dni działał szpital, w coraz straszniejszych warunkach: bez prądu, wody, podstawowych leków. Polakom przypominało to Powstanie Warszawskie. W dniu kapitulacji 18 listopada 1991 budynek szpitala zajęły wojska serbskie. Pacjentów i personel poddano selekcji, część wywieziono w nieznanym kierunku.

W mieście w 1992 pojawiły się wojska pokojowe ONZ. Szybko odkryto masowy grób, którego Serbowie nawet nie próbowali ukryć. Twierdzili, że to grób z drugiej wojny, ale analiza ciał i znalezionych przy nich przedmiotów dała jednoznaczne wyniki.

Zachód został zmuszony do ścigania zbrodni wojennych po raz pierwszy od czasu Norymbergi. A rezultaty przesunęły opinię publiczną przeciwko zbrodniarzom – co z kolei zmusiło zachodnich polityków do niechętnego porzucenia wygodnego pieprzenia o „ekstremistach z obu stron”. Nigdy jednak niestety nie było to „wspieranie Chorwacji” w sensie choćby nawet takiego „too little, too late”, jakie teraz dostaje Ukraina.

Tak jak teraz Rosja, ówczesna Serbia zwróciła przeciwko sobie opinię publiczną na Zachodzie po prostu przyzwalaniem na zbrodnie wojenne – zwłaszcza na działalność różnych sadystycznych psychopatów w rodzaju niejakiego Arkana. Nie musieli tego robić, tak jak Rosja mogłaby trochę powstrzymywać różnych swoich „Wagnerów”.

Czemu tego nie robią, to Tak Ogólnie Fascynujące Pytanie. Moja odpowiedź jest taka, że w Jugosławii Serbia była mini-Rosją. Zjednoczenie południowych Słowian było początkowo jedną z wielu demokratycznych idei Wiosny Ludów, ale – jak w wielu innych przypadkach – w praktyce gdy doszło do jej wcielania w życie, okazało się to podbijaniem sąsiadów przez Serbów. Po prostu szybciej załapali się na własne państwo.

Jak wielu obcokrajowców, lubiłem Jugosławię Jako Ideę. W samym kraju nie była aż tak popularna. Nie-Serbowie czuli się dyskryminowani. Gdy w 1990 mieli po raz pierwszy okazję dać temu wyraz, zagłosowali na niepodległościowe partie, a potem w referendach za niepodległością.

Czasem się pojawia pytanie „a gdyby Ślązacy”. Uznaję je idyjotycznem, bo w demokratycznym kraju mniejszości czują się dobrze, więc nie mają takich potrzeb. Chcę żeby czuły się dobrze, no bo wszystkim obywatelom Rzeczypospolitey życzę dobrze (tak definiuję patriotyzm).

Polityczna zbieżność serbsko-rosyjska wynika – poza cyrylicą i prawosławiem – po prostu z tego, że w obu przypadkach mieliśmy rozsypanie się imperiów, dużego i małego. Belgrad stał się nagle stolicą znacznie mniejszego państwa.

Mieszkańców Belgradu to wkurza, tak jak mieszkańców Moskwy wkurza to, że już nie władają Estonią. W normalnych krajach potrafimy sformułować ofertę typu „z nami lepiej”, ale cyryliczni sami wiedzą, że to nieprawda. Słoweńcom jest lepiej bez Serbii, tak jak Estończykom bez Rosji.

Jestem świadom różnic, ale zwracam uwagę na podobieństwo mechanizmu. Najpierw przyzwolenie na zbrodnie wojenne (ordery dla zbrodniarzy, wybieranie ich do parlamentu, ukrywanie przez Hagą itd.), a potem lament „czemu wszyscy są przeciw nam?”. Plus debilne teoryjki dorabiane na różnych podkastach, a to że „Zachód zawsze był przeciw Rosji”, a to że „Zachód zawsze był za Chorwacją”.

Niestety, jak widać, niczym „Jedi mind tricks” działa to na słabe umysły.