Spisek Sorosa

Pod jedną z niedawnych notek objawił się wyznawca wiary w spisek Sorosa. Niestety nie był w stanie poważnie na ten temat dyskutować, więc wyleciał.

Z jednej strony wiem, że tego typu ludzie zawsze tak mają – jak ktoś umie myśleć logicznie, to nie wierzy w takie spiski. Z drugiej… tak bym chciał poczytać taką teorię, ale solidnie uargumentowaną!

Lubię dobre teorie spiskowe z popkultury, bo po prostu lepiej się ogląda „Z Archiwum X” niż jakiegoś szarlatana na Jutubie. Potraktujmy to więc jako ćwiczenie literackie – może ktoś wymyśli jakieś sensowne uzasadnienie teorii o potężnym Sorosu.

Na ile dobrze rozumiem jej zwolenników, wygląda ona mniej więcej tak. George Soros ze względu na swoje ogromne fundusze, dyktuje wyniki wyborów, mówi mediom co mają pisać, a także zmusza naukowców do akceptowania fałszywych teorii, na przykład o antropogenicznym globalnym ociepleniu, dobrodziejstwie szczepionek albo że to nie jest takie proste z tymi dwiema płciami.

Zatem wszyscy kłamią, ale jeden Joe Rogen, Alex Jones albo Łukasz Warzecha bezkompromisowo mówi jak jest. Czy coś przekręciłem?

Nie wierzę w ten spisek ze strasznie banalnego powodu. Jako trochę dziennikarz, a trochę nauczyciel musiałbym się jakoś zetknąć z jego przejawami.

W obu tych swoich wcieleniach przecież prezentuję stanowisko bazujące na naukowym konsensusie. Ba, robię to także jako bloger albo fejsbukonauta. Generalnie zawsze jestem gotowy do wyjaśniania co właściwie nauka mówi o płci, o ile rozmowa przebiega merytorycznie i kulturalnie.

Czy tylko ja jeden nie dostaję za to przelewów od Sorosa? A może je dostaję i ukrywam swoje bogactwo?

Szanująca się teoria spiskowa powinna oczywiście uwzględnić taką wersję. No dobrze, załóżmy że jestem w rzeczywistości bardzo bogaty.

Ale wtedy przecież nie pracowałbym w szkole – jakąś bym kupił albo założył. Nie jeździłbym Subaru, tylko czymś z górnej półki – co najmniej Audi.

Jeśli zaś prawdziwy jest ten pierwszy wariant, że jestem jak ten chłopak w memie „you guys are getting paid?”. Jestem jedynym frajerem, który to wszystko głosi za darmo. Reszta robi to po to, żeby dostać grant albo posadę w „Wyborczej”.

Upraszczając, połowa mojego bąbelka to dziennikarze, połowa to ludzie nauki. WIEM ile płaci Oko, Krypol albo Newsweek. WIEM ile zarabia profesor i ile może „wziąć z grantu”. To są przecież typowe tematy rozmów towarzyskich.

Czasami to są pieniądze trochę większe od pensji nauczyciela, czasem mniejsze, ale ogólnie krąży to plus minus wokół przeciętnego wynagrodzenia. Ani do mediów, ani do nauki po prostu nie idzie się dla pieniędzy.

I znowu, gdyby było inaczej, jakoś byśmy to obserwowali. Ferrari fizyka kłamiącego o globalnym ociepleniu mijałoby się na ulicy Pasteura z Lamborghini biologa kłamiącego, że szczepionki mRNA są bezpieczne.

Oczywiście, nie ma takiego zjawiska – i chyba musi to widzieć nawet ten, kto wierzy spisek Sorosa. Musi też widzieć odwrotne zjawisko: że właśnie ci niepokorni, niezależni, niepoprawni tłuką naprawdę gruby szmalec.

Jeśli coś tu się opłaca, to właśnie zaprzeczanie nauce. To właśnie powtarzając „nie ma żadnego ocieplenia, a poza tym nie spowodował go człowiek”, można się dorobić Ferrari.

Jak, u licha, wyznawcy sorosowej teorii spiskowej to sobie tłumaczą? Jeśli nie pieniędzmi, to czym Soros motywuje: zabijając nieposłusznych? Ale to też byśmy przecież obserwowali? Gdzie te prześladowania jutuberów odważnie i bezkompromisowo twierdzących, że „są tylko dwie płcie”?

Jednym z wyjaśnień może być to, że wielu (a może większość?) ludzi ma bąbelki towarzysko-rodzinne odwrotne do mojego. Nie znają ani jednego dziennikarza ani naukowca, więc mogą uwierzyć, że ci ludzie się sprzedali Sorosowi za granty.

Kolega Fieloryb niedawno w komciach wyraził przekonanie, że zdobywanie wykształcenia wiąże się ze wzrostem wynagrodzenia. W moim bąbelku takie słowa to śmiech na sali.

Dla nauczyciela to typowe, że robi jakiś kurs dla własnej satysfakcji – bo albo w ogóle nie wpłynie to na zarobki, albo w najlepszym wypadku będzie to symboliczny dodatek rzędu stówy. W świecie akademii często zdarza się paradoksalna sytuacja, w której formalny awans oznacza finansową degradację (np. w scenariuszu: zyskał dyplom, stracił stypendium).

Większość z nas ma świadomość, że moglibyśmy zarobić więcej, robiąc co innego. Ja na przykład powinienem pisać biografie sportowców, a nie naukowców i pisarzy. Każdy nauczyciel może więcej zarobić na korepetycjach niż w szkole – itd.

Kolejność jest więc odwrotna. NAJPIERW komuś światopoglądowo odpowiadają ideały społeczeństwa otwartego i/lub naukowego poznawania świata, więc ląduje w mediach sympatyzujących z Sorosem.

Albo: interesuje go biologia płci. Chce zrozumieć, jak przebiega zmiana płci wśród kręgowców, więc dostaje grant na badanie na rybach.

To nie ten grant go motywuje, motywuje go ciekawość. Grant oznacza na przykład wynagrodzenie w wyskości 1800 PLN miesięcznie brutto (nie wymyśliłem tej sumy). Więcej można zarobić kłamiąc na jutubie, że zmiana płci nie występuje w przyrodzie.

W moim bąbelku to wszystko oczywiste oczywistości, przepraszam więc tych, którzy się wynudzili przy lekturze. Ale czytają mnie chyba także ludzie spoza mediów i oświaty…?

Jadziem na Szmulki


Najbardziej kontrowersyjnym tematem w Warszawie jest nowa kładka pieszo-rowerowa. Aktywiści miejscy są gorąco przeciw, Warszawiacy są gorąco za – stąd nieco paradoksalne głosy protestu, że ta kładka nie jest nikomu potrzebna, bo tłumy takie, że nie sposób się przecisnąć.

Ja od początku byłem za, a jeszcze bardziej za się zrobiłem jak już się przecisnąłem. Nawet bez skrótu przez Wisłostradę, który ma być gotowy jeszcze w tym roku, kładka łączy dwa bardzo różne światy – Trakt Królewski w historycznym sercu Warszawy i ulicę Ząbkowską w historycznym sercu Szmulowizny.

„Ilustrowany przewodnik po Warszawie redakcyi Wędrowca” z 1893 roku dyplomatycznie nazywa tę dzielnicę „może najciekawszą”. Z opisu wynika jednak, że jest to „ciekawość” w znaczeniu pasującym do nieistniejącego już fanpejdża „miejsca w Warszawie, w których dostaniesz po ryju”.

Rzut oka na mapę mówi nam, że Szmulki są odcięte od świata trzema liniami kolejowymi. Historia ma wiele przykładów na to, że to prowadzi to do automatycznej gettoizacji (stąd się biorą także słynne szwedzkie „no go zones”).

W XIX wieku dochodził dodatkowy czynnik. Tak jak Vernon, California – miasto będące inspiracją dla drugiego sezonu „True Detective” – Szmulowizna była częścią aglomeracji warszawskiej, ale odrębnym miastem.

Podlegały „juryzdykcyi wójta gminy Targówek”, pisze przewodnik, a „policya ziemska nie mogła być dość liczną ani dość czujną”. Przez to Szmulki stały się „siedliskiem wszystkich odpadków wielkiego miasta, wszystkich osobistości podejrzanych, będących w niezgodzie z porządkiem publicznym, które w tych zaułkach, w sieci drobnych uliczek znajdowały schronienie pewne i bezpieczne”.

Uległo to formalnej zmianie w 1891, gdy Szmulowiznę wcielono do Warszawy. Niektóre źródła, w tym Wikipedia, podają inne daty – ja się trzymam „Przewodnika” z tamtych czasów. W praktyce „rygor i porządek wielkomiejski nie da się odrazu zaprowadzić, do dziśdnia nawet Szmulowizna nocą nie jest oświetlona”.

Praga nie uległa takim zniszczeniom jak Warszawa lewobrzeżna, więc w PRL na Szmulkach nadal mieszkały rodziny, kontynuujące przestępczą działalność od pokoleń, z dziada-pradziada. Stąd czarna legenda Ząbkowskiej, nie do końca bezpodstawna.

W kapitalizmie Szmulki zaczęły się gentryfikować, bo mimo wszystko jest to blisko centrum. W pradziejach bloga odnajdziecie notkę, która pośrednio opisywała ten proces (z 2008).

Od tego czasu doszła stacja metra, a kładka zapewne to przypieczętuje. To ostatnie chwile, by zrobić sobie spacer na „szemraną Pragę”, najlepiej przez kładkę właśnie (np. szlakiem Starówka – Koneser).

Nadal jest tam troszeczkę niebezpiecznie. Plotki zasłyszane od lokalsów mówią, że tamtejsze pustostany przyciągają narkomanów, jako ich ostatnie miejsce zamieszkania.

Człowiek na głodzie zrobi wszystko, żeby mieć na kolejną działkę, więc należy się tam liczyć z próbą wyrwania torebki czy plecaka. Jak zaznaczyłem, to plotki od lokalsów, mi się tam nigdy nie przydarzyło nic złego.

Wprost przeciwnie. Z Ząbkowską wiąże się jedno z moich najprzyjemniejszych warszawskich wspomnień.

Jak wiecie, jestem didżejem-grafomanem, który brak umiejętności nadrabia entuzjazmem oraz tym, że mój ulubiony format (złote przeboje lat 70/80/90) jest samograjem. Każdy lubi Abbę.

Jako grafoman, wpycham się na różne eventy. A że do niedawna nie miałem profesjonalnego sprzętu, wiązało się to z tym, że zapraszająca strona musiała go dla mnie wypożyczyć.

Kilka lat temu redakcja Co Jest Grane dała się namówić, żebym grał podczas gali wręczania nagród zwanych Wdechami. Event zamknięty, ale dla publiczności licznej, a prestiżowej, bo wiele znanych osób z branży kulturalnej.

Event miał miejsce w Koneserze, jednej z enklaw gentryfikacji na Szmulkach (mają tam nawet salon Tesli!).

Zaparkowałem w podziemiu, zaniosłem pudła z płytami i… zonk! Wypożyczono dla mnie wprawdzie profesjonalne techniksy, ale bez wkładek, bo prawdziwy didżej zawsze ma przy sobie własne.

Profesjonalna wkładka to nie jest coś, co się da kupić w zwykłym sklepie RTV-AGD. Z nieprofesjonalną też zresztą będzie kłopot.

Ale nawet do takich sklepów mam teraz daleko. A za pół godziny gram. CO ROBIĆ?

Przypominam sobie, że na pobliskiej Ząbkowskiej jest sklep z płytami, w którym są decki do odsłuchu. Zaraz się zamykają, może pozwolą mi wykręcić headshelle z wkładkami i będą pasować?

Dzwonię i zaczynam coś dukać, że wie pan, awaryjna sytuacja. Rozmówca nagle mi przerywa – „no i dlatego właśnie nie ruszam się bez moich ortofonów!”.

Ruszam z piskiem opon (to metafora, w foresterze to praktycznie niemożliwe). Po chwili problem mam rozwiązany: trzymam dość drogą zabawecznę: eleganckie puzderko z dwiema profesjonalnymi wkładkami.

Pytam, czy zostawić w zastawie dowód albo gotówkę. Właściciel macha ręką – „ufam ci, wyświetliłeś mi się, tylko oddaj mi jutro przed piętnastą, bo gram imprezę”.

No i taka jest prawda o Warszawie. Lubię jej popkulturowy portret jako miasta cynizmu, jak w kuplecie o „Pannie Cecylii” (albo jak w prozie Żulczyka). Ale to tylko część prawdy – tak naprawdę jest to miasto pełne ludzi gotowych ci bezinteresownie pomóc gdy masz kłopoty.

Raz jeszcze więc zapraszam na wycieczkę kładką na Szmulki!

Redux


Okazuje się, że niezbyt długo byłem byłym. Dzięki uprzejmości redakcji tygodnika „Polityka”, znów jestem czynnym felietonistą – to już nie pluskwamperfektum, to ponownie simple present.

W środę w tej roli debiutuję na papierze, a we wtorek wieczorem w sieci. Dziś jako teaser tytuł premierowego felietonu.

Ciekawe o kogo chodzi? Nie będzie konkursu ani nagród, zbyt łatwo wyguglać.

Chciałem w ten sposób złożyć hołd bogatej historii felietonistyki polskiej. Tygodnik „Polityka” to jej bardzo ważna część, to zaszczyt być częścią tej części.

Spełniło się więc już jedno moje marzenie – a może za nim pójdą kolejne? Może jednak uda mi się napisać felieton o końcu Twittera i zobaczyć go w druku?

Odsuwa to w każdym razie ode mnie pokusę testowania nowych form dziennikarstwa. Czniać podkasty, chrzanić jutubki, chędożyć patronajta.

Póki mogę uprawiać felietonistykę starej szkoły, będę się jej trzymać. Papel o muerte! Czy jakoś tak.

Trupy w szafach

Skoro przestałem być stałym współpracownikiem „Gazety Wyborczej” (podkreślam „stałość”, bo nie wykluczam gościnnych występów), nie krępują mnie już związane z tym zobowiązania. Nareszcie mogę napisać Całą Prawdę O Wszystkim!

W praktyce to się objawi chyba tylko tym, że od kiedy mecenas Matczak nie jest już moim kolegą z łamów, nie muszę się już ukrywać ze swoją opinią o nim. Oczywiście można się jej domyślić – kto Petersona lansuje, tego ja nie szanuję (joła!) – ale unikałem jej wyrażania, zwłaszcza gdy nas wszystkich łączyła walka z PiS.

Poza tym chyba nic się nie zmieni. Zawsze byłem na lewo od głównego nurtu redakcyjnego, byłoby to więc dziwne, gdybym przestał popierać partę Razem AKURAT Z POWODU rozstania z „GW”. W drugiej turze wyborów prezydenckich zagłosuję na Trzaskownię lub Hołowskiego, bo tradycyjnie uważam Antypis za Mniejsze Zło.

Nie zmienię też zdania co do przyczyny kłopotów „Gazety Wyborczej”. To nie PiS ją zadusił, tylko absurdalna decyzja o uruchomieniu w internecie dwóch konkurencyjnych serwisów, których czytelnicy nie odróżniają. Całkiem niedawno komcionauta Janek R. oznajmił, że czytał w „Wyborczej” wywiad Sroczyńskiego.

To jakby Netflix uruchomił serwis Flixnet, z podobnymi treściami, ale darmowy. Jak w tragedii greckiej, to się musi skończyć Katastrofą, niezależnie od szamotaniny bohatera.

Może to się zmieniło (przypomnę, że z etatu i czynnej działalności w związku odszedłem 4 lata temu, więc nie mam już wiedzy z pierwszej ręki), ale za moich czasów ten temat był agorowym słoniem w pokoju. Na poruszanie tego tematu korpomenadżerowie reagowali jak Ardryci na Ijona Tichego pytającego o sepulki.

Ach, zostawmy to. Na szczęście martwię się tym już tylko jako czytelnik zrozpaczony upadkiem Legendy, a nie jako związkowiec troszczący się o zwalnianych.

Ludzie, którzy prawie 20 lat temu podjęli tę genialną decyzję (i jeszcze kilka równie udanych) są już od dawna poza Agorą. Odfrunęli na złotych spadochronach, zgarnęli odprawy i zostawili pracowników z tym bigosem.

W kręgach pisarsko-wydawniczych od dawna krąży idea książki o historii „GW”, parę razy nawet zwracano się do mnie z taką propozycją. Odmawiałem, bo na ile się w tym orientuję, to byłoby nudne.

To historia nietrafnych decyzji podjętych przez ludzi, których nazwiska mało komu coś mówią. Banalne, smutne, nudne.

Nie ma też moim zdaniem żadnego drugiego dna w głośnych swego czasu aferach. Ludzie obsesyjnie doszukiwali się drugiego dna w sprawach Rywina czy Maleszki, a ostatnio Kąckiego, co moim zdaniem wynikało z kołowego rozumowania.

Punktem wyjścia jest w nim założenie, że Agora jest Wszechpotężna i kierowana przez Wybitnych Strategów. W związku z tym to niemożliwe, żeby cokolwiek było skutkiem przypadku, błędu, bałaganu.

O nie! Wszystko musiało być Genialną Intrygą Michnika, który – jak powszechnie wiadomo – kieruje Agorą.

Jeśli przyjmiemy takie założenie, łatwo je „udowodnimy”. Dla dowolnej wpadki typu „tekst Cichego o powstańcach”, da się dorobić jakieś naciągane „co Michnik tym chciał osiągnąć”. Widziałem nawet spiskowe teorie, że Michnik wykreował aferę Rywina dla swoich korzyści (tylko kurna nie wiadomo jakich).

Ja neguję samo to założenie. „Wyborcza” nigdy nie była polityczną potęgą, decydującą o wyniku wyborów – przeciwnie.

Udowodnię to przykładem wyborów prezydenckich. Dają one migawkę polskiej polityki równo co 5 lat.

Oznaczmy P1 odpadnięcie kandydata popieranego przez „Gazetę” już w pierwszej turze, P2 dopiero w drugiej, zaś jako MNKK porażkę tak masakryczną, że MNIEJ NIŻ KURNA KORWIN!. BK to efemeryczny fenomen Bronisława Komorowskiego, który wygrał pomimo poparcia „Gazety Wyborczej”.

Lecimy. 1990: Mazowiecki, P1. 1995: Kuroń, P1. 2000: Olechowski, P1. 2005: MNKK Bochniarz. 2010: BK. 2015: Komorowski, P2. 2020: Trzaskowski, P2.

Czyli: na 7 przypadków 1 sukces, 2 porażki typu prawie-prawie, „gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka”, 3 porażki bezapelacyjne i jedna taka, że kończą się przymiotniki. Bochniarz wylatuje poza skalę.

Praźródłem tego pasma klęsk było przywiązanie „Gazety” do liberalnego skrzydła obozu postsolidarnościowego, które początkowo grało w ekstraklasie, ale wyleciało nawet z ligi okręgowej. Jest pewne podobieństwo między obiema katastrofami.

To też była seria bardzo głupich decyzji podejmowanych przez bardzo mądrych ludzi. Budziło to wśród obserwatorów przekonanie, że tu musi być jakieś drugie dno, mistrzowski gambit w szachach 5D – bo szczwany lis Geremek jak idzie po schodach to nie wiadomo czy wchodzi czy schodzi.

Wsparcie dla Platformy przyszło później i było małżeństwem z rozsądku. Przez pierwsze 5 lat „GW” ze wszystkich sił wspierała dogorywające środowisko ex-ROAD, co automatycznie oznaczało zwalczanie Tuska – konkurującego o ten sam elektorat.

Miłości w tym związku nie ma do dziś, o czym świadczy ten absurdalny casting na „lidera opozycji”. Miał nim być już to senny prof. Rzepiński, już to Mateusz Alimenteusz, już to Petru, ten „polski Kennedy”. No po prostu każdy, byle nie Tusk.

Nie jestem jakimś przesadnym entuzjastą Tuska, ale ten nieustający casting zawsze wydawał mi się marnowaniem energii. Rządu nie obala się śpiewaniem Kaczmarskiego tylko większością 231 głosów, więc to naturalne, że liderem opozycji powinien być lider najsilniejszego ugrupowania opozycyjnego.

Krótko mówiąc, jeśli Tusk jest pamiętliwy, to ma co pamiętać „Gazecie”. A podobno jest, dlatego nie wierzę w scenariusze typu „rząd uratuje”.

Może pojedynczy dziennikarze się załapią na rzecznika, dyrektora czy ambasadora. Już się zresztą załapują. To jednak przecież nie pomaga „Gazecie”, przeciwnie.

Przyszłość widzę więc źle, ale widzę ją tak od kilkunastu lat, a „Gazeta Wyborcza” nadal wychodzi. Może więc przetrwa następne? Nie ma większej radości dla pesymisty, niż się pomylić w prognozach.

Pluskwamperfektum

Tę blogonotkę piszę w myślach od lat, a jednak jak przyszło co do czego, mam w głowie pustkę. Otoż ukazał się mój ostatni felieton.

Będę pewnie jeszcze pisywać do magazynu „Książki”, poza tym ogólnie zgodnie z moim ulubionym formatem memetycznym „sir, this is a Wendy’s” obsłużę każdego klienta spragnionego kątętoburgera z podwójnymi frytkami. Byle nie żądał czegoś spoza cennika.

Moja ewentualna współpraca z mediami będzie jednak już na tyle nieregularna, że przestanę już spełniać rozsądną definicję „dziennikarza”. Nie będę nim bardziej niż, powiedzmy, didżejem (raz na sto lat przecież grywam dla prawdziwej publiczności).

Właściwie nie jestem, bo kluczowe decyzje zapadły dobry miesiąc temu. Przecież nie mogło być tak, żeby redakcja się dowiadywała z bloga.

Uprzedzając oczywiste pytanie „czyja to decyzja”, odpowiem, że to skomplikowane jak relacja na Facebooku. Dostałem uprzejmą propozycję, żeby nadal pisać, ale nie częściej niż raz co miesiąc.

Inga Iwasiów ją przyjęła – i życzę jej powodzenia. Niestety, moje ulubione tematy (polityka, technologie, popkultura) są jak mleko. Szybko tracą świeżość.

Przez jakiś czas się biłem z myślami, że może napisać o tym, a może o tamtym, ale w końcu postanowiłem napisać felieton pożegnalny. Nawet już taki miałem – napisałem go 3 lata temu, gdy odchodziłem z etatu.

Byłem przekonany, że to koniec. To był apokaliptyczny rok ZOZI, nie takie rzeczy się wtedy kończyły. Wtedy jednak szef „Dużego Formatu” Mariusz Burchart skłonił mnie do kontynuacji.

Teraz jest mi więc o tyle łatwiej, że już ten swój koniec kariery zdążyłem opłakać. To odroczenie egzekucji, która w końcu musiała nadejść.

Bałem się, że gdybym to odwlekał dłużej, to w końcu wszystko by się skończyło w sposób niekontrolowany. Mam spore doświadczenie w spadaniu z anteny, wylatywaniu z makiety, byciu wyciętym w cięciach budżetowych, i to doświadczenie mówi mi, że to zazwyczaj ma miejsce z dnia na dzień.

Wczoraj miałeś audycję albo felieton, dziś nie masz. A przecież planowałeś temat na przyszły tydzień, może już nawet coś zacząłeś pisać albo umawiać się z gościem – a tu sru.

Nie ma wtedy szansy na pożegnanie odbiorców. A przecież ostatni odcinek serialu powinien mieć w sobie coś specjalnego!

Póki mam taką możliwość, chcę z niej skorzystać. Schodzę z ringu nie tyle „niepokonany” (w istocie wprost przeciwnie, czuję się jak worek treningowy Tysona), ale o własnych siłach.

Wreszcie mogę rozważać rzeczy, które kiedyś wydawały mi się subiektywnie niekompatybilne z tradycyjnie pojmowanym zawodem dziennikarza. Na przykład: crowdfunding albo zamieszczanie sponsorowanych postów na blogu (gdy to zrobiłem po raz pierwszy, nikt nawet się nie czepiał – co mnie trochę zaskoczyło).

Proszę tylko nie traktować tego jako deklaracji, że na pewno zrobię to czy tamto. Prognozowanie to rzecz trudna, zwłaszcza gdy dotyczy przyszłości.

Rok temu na przykład byłem PRZEKONANY, że przestanę pisać książki, kończąc to pasmo porażek „Kopernikiem”, ale nagle dostałem nagrodę „Juliusz” i wróciłem na ring książkowy. Ciężko jednak wyobrazić sobie podobną serendipicyję przywracającą mnie na ring felietonowy (tak na początek: wszystkie redakcje publikujące oldskulowe cotygodniowe felietony można policzyć na palcach).

Na koniec mam prośbę do PT Komcionautów o uszanowanie moich uczuć. Te wszystkie żarty o „wpływowości” mojej czy też mojego blogaska sprawiały mi przykrość, zwłaszcza w ciągu ostatniego miesiąca.

Jasne – ja wiedziałem że To Już Koniec, a Wy jeszcze nie, więc wychodziło to nieintencjonalnie (…chociaż? A gdyby Awal wiedział, bo był agorowym korpomenadżerem? To by tak wiele tłumaczyło, na przykład że z takim naciskiem podkreśla, że golf już w tych kręgach wyszedł z mody?), więc wszystkim hurtowo wybaczam, ale nie róbcie już tego.

Mile widziane będą komcie ponure, zrzędliwe, że te felietony i tak były nudne, o niczym i nikt ich nie czytał. Proszę uprzejmie!

Ja to nawet wolę w wersji „nie ma czego żałować”, czyli w memetycznym formacie „and nothing of value was lost”. Sir, this used to be a Wendy’s, welcome to the past perfect, a teraz jest barak do wynajęcia.

Proszę tylko o uszanowanie uczuć dziwacznego starszego pana, który gapi się na ten barak na parkingu i wzdycha, że smażył w nim kątęt przez 27 lat (za dwa tygodnie będzie równa rocznica).

Na Ural!

Jak już wielokrotnie pisałem, w grze „Hearts of Iron 4” szukam sposobu na zbudowanie utopijnej alternatywnej rzeczywistości, w której nie doszło do zbrodni Hitlera i Stalina. To niestety bardzo europocentryczne, bo straszne rzeczy działy się przecież w Chinach, ale wszystko co mogę zrobić to wysyłać im pomoc, dzięki której czasem utrzymują Nankin do końca wojny.

Kraje naszego regionu gwarantowały swoją niepodległość serią dwustronnych traktatów, dodatkowo żyrowanych przez Francję, którą z kolei gwarantowała Anglia. W teorii więc ktokolwiek by napadł na Polskę albo Grecję, powinien się znaleźć także w stanie wojny z Czechosłowacją i Kanadą.

W praktyce jak wiadomo to się zawaliło w 1938, gdy zdrada monachijska wyłuskała z tej układanki czeskiego puzzla. Jak przyszło co do czego, każdy był zdany na siebie.

Ach, gdyby w tym regionie pojawił się jakiś Mąż Stanu, który by przekonał te Syldawie, by się zjednoczyły wobec zagrożenia z Bordurii! Kogoś takiego właśnie rolplejuję w tej grze.

Mechanika z jednej strony na to pozwala, bo praktycznie każde środkowoeuropejskie państwo może – wybaczcie żargon – zrobić takiego fokusa. Z drugiej to utrudnia, bo historycznie rzecz biorąc te kraje tak się nienawidziły, że Hitler i Stalin często byli dla nich Mniejszym Złem od sąsiada.

Moim największym marzeniem jest oczywiście ZPiCz, który zresztą w Londynie naprawdę próbowały utworzyć emigracyjne rządy Polski i Czechosłowacji. Nawet wtedy jednak projekt był na tyle mgławicowy, że nie wymyślili lepszej nazwy.

W starych wersjach można było „grać Polską” i tworzyć Potężne Międzymorze, do którego udało mi się kiedyś dodać Syldawie od Finlandii po Turcję (wraz z Grecją!). W ramach antypolskich prześladowań niestety praktycznie zablokowano razem z dodatkiem „No Step Back”.

Doszedł sztuczny warunek, że żeby w ogóle zapraszać chętnych do sojuszu, Polska musi się stać jednym z głównych mocarstw. Czyli w praktyce z listy musi wypaść Francja.

Metodą prób i błędów ustaliłem, że Międzymorze teoretycznie można ustanowić już po wygranej z ZSRR. Jedynym chętnym jest wtedy Rumunia, która jest w stanie wojny z zachodnimi aliantami.

Wychodzi więc groteskowa sytuacja, w której Rumunia wprawdzie razem z nami walczy z Hitlerem, ale jak tylko gdzieś spotka aliantów – walczy także z nimi. Bez sensu, psuje imersję.

Inne kraje nie mają takich ograniczeń. Czechosłowacja może stworzyć Małą Ententę (do której z automatu wchodzą Rumunia i Jugosławia), a Rumunia Kordon Sanitarny (do którego z automatu wchodzi Czechosłowacja, a Polska jest zaproszona, ale odmawia w sposób spektakularnie obraźliwy – pojawia się komunikat o skandalu dyplomatycznym w Warszawie).

Mała Ententa może uratować Europę przed Hitlerem, ale nie przed Stalinem. Bezradnie patrzymy jak ten zajmuje całą Polskę.

Z Kordonem Sanitarnym jeszcze gorzej. Czechosłowacja i tak w Monachium oddaje Sudety, więc zostajemy z sojusznikiem, którego za chwilę trzeba będzie bronić – przy granicach niemożliwych już do obrony.

Rumunia ma alternatywną ścieżkę – „Balkan Dominance”. W niej możemy stać się Bordurią na całego, a ja stałem się Bordurią-light, taką która atakuje tylko inne Bordurie (przyszłych sojuszników Osi: Węgry i Bułgarię).

Uwerturą do zdrady monachijskiej była zdrada z Bled. W naszej ścieżce historycznej kraje Małej Ententy zostały zmuszone do zaakceptowania remilitaryzacji Węgier poprzez presję dyplomatyczną (m.in. zachodnich aliantów).

Mechanika gry oddaje to tak, że jeśli klikamy na „nie zgadzam się!”, dostajemy ostrzeżenie, że bardzo tym wkurzymy Francuzów lub Niemców. Jeśli nadal się nie będziemy zgadzać, u jednych lub drugich dostaniemy ujemne punkty do sympatii jako „uparci głupcy” („stubborn fools”).

Grając ścieżką „Balkan Dominance” dostajemy jednak casus belli („war goal”) przeciwko Węgrom. Casus belli to rzadki skarb na wczesnym etapie gry, demokracje nie mogą go prawie w ogóle uzyskać bez specjalnych eventów, a „miękkie dyktatury” wymagają „world tension” na poziomie przekraczającym 50%, czyli w praktyce dopiero w 1941.

Moja alternatywna historia zaczyna się więc wiosną 1938, gdy Rumunia napada na Węgry. Realnym powodem jest dążenie do dominacji, ale moja propaganda uzasadniłaby to łamaniem traktatu z Trianon (skądinąd faktycznie po zdobyciu Budapesztu znalazłyby się na to dowody). Mimo potajemnego dozbrajania węgierska armia jest jeszcze słabiutka, więc to jest Blitzkrieg.

Następny fokus jest na Bułgarię. Ta wobec ultimatum i koncentracji wojsk na granicy kapituluje i godzi się na los rumuńskiej marionetki.

Powstaje sojusz, ale histora robi się już tak bardzo alternatywna, że ma on nazwę „Your Faction Name Here”. Niestety, nie mogę do niego zaprosić Czechosłowacji, bo w grze z zasady dyktatury nie mogą tworzyć sojuszu z demokracjami (bez specjalnych eventów).

Pozostaje mi ostatnie działanie w stylu Bordurii. Potężna Rumunia na tym etapie negocjuje z Niemcami jak równy z równym – Niemcy akceptują propozycję podziału Czechosłowacji, w wyniku którego zyskuję kolejną marionetkę, „Free Slovak State”, a Niemcy biorą resztę.

Niemcy przeskakują dwa fokusy, więc napadają na Polskę już w kwietniu 1939. Polska ma teraz lepsze granice do obrony, więc może wytrzymać jakiś rok z Niemcami, ale na początku 1940 i tak zawsze atakuje ją Stalin. I znów jak nie Holocaust to Gułag.

Rumunia przygląda się temu bezsilnie, bo nie może dołączyć do wojny. Za niskie „world tension”.

Znalazłem na to w końcu sposób, który z jednej strony jest wykorzystywaniem mechaniki gry do obchodzenia ograniczeń. A z drugiej nie przeszkadza mi w rolpleju, bo przecież bywały historycznie takie machinacje.

Otóż zaraz po ataku na Polskę ogłaszam gwarancje dla Albanii. Najchętniej ogłosiłbym je dla Anglii albo Francji, ale nie mogę, bo jam dyktator, a to demokracje.

LECZ! Wiem skądinąd, że za chwilę Włochy skierują swoje ultimatum do króla Zoga. Historycznie ustąpił, ale teraz, naiwnie wierząc w rumuńskie gwarancje, odmawia. Wybucha wojna włosko-albańska.

Albania prosi Rumunię o pomoc, ale bezskutecznie. Przecież nie mam z nią lądowego połączenia, więc tak naprawdę nic nie mogę zrobić. Za to mam miesiąc na dołączenie do wojny, w której na razie nic się nie dzieje.

Albania więc dołącza do aliantów, a w rezultacie Włosi dołączają do Osi (pardon my pun) znacznie wcześniej niż historycznie.

Wojna włosko-albańska staje się wojną Albanii z Osią. I ja dopiero teraz ceremonialnie wypowiadam wojnę Włochom w obronie mojego wiernego albańskiego sojusznika, co automatycznie oznacza wojnę z Niemcami.

Dzięki temu rumuńskie jednostki stacjonujące na terenie Słowacji dostają zielone światło, by wyzwalać polskie terytoria. Niemcy są tym kompletnie zaskoczeni. Można im to wybaczyć, każdy byłby zaskoczony bułgarską kawalerią galopującą na Kraków od strony Tatr.

Najgorzej na tym wychodzą Włosi, wiosną 1939 po prostu nie gotowi do wojny. Odwrotnie niż historycznie, szybko tracą Afrykę wschodnią, a zaraz potem północną.

Mechanika gry próbuje odtworzyć to, że Mussolini jako sojusznik przyprawiał Hitlerowi więcej kłopotów niż korzyści. Gdy tylko Włochy zaczynają przegrywać, Mussolini zostaje obalony przez Wielką Radę Faszystowską, która następnie dokonuje zdradzieckiej zmiany sojusznika. I tak do sojuszu Insert Your Name Here dołączyła kolejna marionetka, Regno Del Sud.

Nazwa jest zawsze taka, choć ja akurat w swoich grach wkraczam do Włoch wyłącznie od północy. Projektanci z Paradoxu po prostu nie uwzględnili takiej opcji.

Mimo zdrady sojusznika, Niemcy wciąż byli dość silni, by trzymać stabilną linię frontu. Nadal kontrolowali całe swoje terytorium sprzed 1938, plus spory kawał Polski. Tymczasem 23 lutego 1940 napadł na nią Związek Radziecki.

Wojna na dwa fronty to zawsze był polski koszmar, ale tym razem Polska nie walczy samotnie. Dlatego jest w stanie utrzymać trójkąt Warszawa – Lwów – Kraków.

Niemców musiałem jednak pokonać praktycznie sam. Mechanika gry odtwarza „dziwną wojnę”: Francuzi nie ruszają się z linii Maginota póki nie muszą.

Trochę mi to zajęło, ale w końcu zająłem Niemcy. Traktatem pokojowym z 15 stycznia 1941 wykroiłem z nich kolejne marionetkowe państwa – Księstwo Pomorskie ze stolicą w Szczecinie, Księstwo Śląskie ze stolicą we Wrocławiu i marionetkowe Czechy.

Front polsko-radziecki tymczasem ugrzązł w poleskich bagnach. Niestety nie mogłem dołączyć do tej wojny w roli „obrońcy sąsiada” – mogłem tylko wygenerować casus belli w postaci „zamiaru podboju Tyraspola”, czyli wystąpić jako agresor (tak jest gorzej, opinia publiczna to źle przyjmuje).

Tymczasem w listopadzie 1941 Anglicy wysadzili desant w Estonii (AI lubi tak robić). Choć podobno nie należy iść zimą na Rosję, postanowiłem to wykorzystać i uderzyć od południa.

Większość wojsk radzieckich była już wtedy związana na istniejących dwóch frontach, więc nie byli w stanie stawić zorganizowanego oporu na trzecim. To było tak łatwe, że aż nudne – rumuńska armia dotarła do Uralu przed końcem 1942, zamykając raz na zawsze temat totalitaryzmu w Europie.

Ach, gdyby tak mogło być w rzeczywistości! Gra pomaga zrozumieć, czemu to jednak nie było możliwe.

W praktyce taki Mąż Stanu, jakiego rolplejuję, może wyłonić się tylko z jednego z najsilniejszych państw regionu – z Polski i z Rumunii. Pechowo oba w 1936 były w ustrojowym kryzysie.

Polska była dyktaturą bez dyktatora. Po śmierci Piłsudskiego wyłoniło się co najmniej trzech pretendentów, do gorzkiego konca ich rywalizacja paraliżowała politykę.

Gra to całkiem nieźle symuluje (cokolwiek zrobimy, wkurzy albo Sławka, albo Rydza, albo Mościckiego), jako jedyną alternatywę dając monarchizm. To chyba nierealne. Czy monarchiści w ogóle mieli jakieś realne poparcie w Polsce?

Rumunia z kolei ma króla, ale nieodpowiedzialnego. Gra to symuluje regularnymi aferami typu „król kupił kolejną willę kochance”, po którym tracimy albo punkty polityczne (więc brakuje nam ich np. do ogłoszenia mobilizacji), albo moce przemysłowe.

Smutny morał z tego jest taki, że w latach 1936-1937, kiedy jeszcze coś można było zrobić, wszyscy byli zajęci pilniejszymi sprawami. A potem potem było już za późno.

Na szczęście teraz na pewno byłoby zupełnie inaczej!

Wielka Powiesc Amerykanska

Powieść „Domek z piernika” Jennifer Egan reklamowana jest na okładce jako „literacka wersja świata z Black Mirror”. Dla Ludzi Takich Jak Ja to oczywiście dobra rekomendacja, ale ta książka ma więcej wspólnego z wielopokoleniowymi sagami Franzena (które też lubię).

Owszem, pojawia się tu wątek „odkrycia nowej technologii, która zmieni świat”. To digitalizacji zapisów z podświadomości – ludzie najpierw digitalizują się offline, ale zgodnie z nieuchronną logiką Internetu, w końcu wychodzi z tego zbiorowa podświadomość, w której nie ma sekretów.

Nawet jeśli ktoś odmawia korzystania z tej technologii, to i tak wystarczy, że swoje wspomnienia wrzuci rodzeństwo czy znajomi, i już i tak wszyscy zobaczą, co robiłeś na wakacyjnym wyjeździe 30 lat temu gdy myślałeś, że nikt cię nie widzi.

Ma to uboczne złe skutki, w skrajnych sytuacjach dochodzi do samobójstw, ale książka nie skręca w stronę dystopii. Może to i dobrze, bo w dużym stopniu za sprawą „Black Mirror” nawet Ludziom Takim Jak Ja to się już trochę opatrzyło.

Gdy ludzie z bliskiej przyszłości podsumowują bilans, wychodzi im na plus. Łatwiej się leczy traumy, społeczeństwo jest więc dużo bardziej wyterapeutowane. Niektóre formy przestępstwa wyeliminowano całkowicie – zwłaszcza te na tle seksualnym.

Wygląda też na to, że zniknęła ksenofobia i świętoszkowata hipokryzja – wszyscy zajrzeli sobie nawzajem do głowy i zobaczyli, że mają w niej z grubsza to samo. Zastąpił ją kult etnicznej nieokreśloności – cenioną zaletą jest Urok Podobieństwa, za sprawą którego można być uważanym przez różne grupy za „swojego”.

W świecie przyszłości siłowe rozwiązywanie odeszło do lamusa, bo już starożytni przecież wiedzieli, że lepiej kogoś pozyskać po dobroci. To się zrobiło o tyle łatwiejsze, że w świecie bez sekretów z góry wiadomo, jak sprofilować komuś idealnego partnera (towarzyskiego lub erotycznego).

Tradycyjny amerykański zamach stanu w kraju Trzeciego Świata wygląda więc teraz tak, że Generałowi X podsuwa się sympatyczną agentkę, która go łagodnie naprowadza na jedynie słuszną drogę liberalnej demokracji. Towarzyszy temu wzrost gospodarczy, więc w sumie wszyscy są zadowoleni.

Wątki science-fiction to jakieś 10% fabuły. Mam wrażenie, że pisarka posłużyła się nimi instrumentalnie, rozszerzając okna czasowe – akcja „Domku” dzieje się mniej więcej między latami 1960. a 2030.

Chronologia się trochę rozjeżdża, bo ta technologia powinna być już na rynku od dawna. To być może skutek tego, że „Domek z piernika” jest sequelem (nie czytałem pierwszej części).

Główny szkielet tej opowieści jest mniej więcej taki. Z pokolenia boomerów wyłoniła się Genialna Antropolożka, której udało się wcielić w życie utopię strukturalizmu: opisała ludzką osobowość przy pomocy algebraicznych formuł, pozwalających na kwantyfikację tego, co „w naszym świecie” jest nadal niepoliczalne.

Nie chodziło jej o zysk, kierowała się chęcią zrozumienia ludzkiej natury. Następne pokolenie (Gen X) zamieniło to jednak na komercyjne patenty, tworząc technologię, do której swoje życie muszą dostosować millenialsi i zetki.
Jest to więc w gruncie rzeczy opowiedziana na nowo formuła Wielkiej Powieści Amerykańskiej. Fabuła przenosi się z Nowego Jorku do Los Angeles, mamy tu wiele amerykańskich fetyszy, a wszystko się zaczyna i kończy rozmową o bejsbolu (!).

Przyznam, że w polskiej literaturze mi trochę brakuje takich wielopokoleniowych sag. A może ktoś z PT Czytelników mi coś zasugeruje?

Takie książki najbardziej bym sam chciał pisać, gdybym Miał Talent. Marzy mi się podobna saga o Polsce – między boomerami a zetkami, ale z flashbackami do Gułagu, holokaustu i powstania warszawskiego.

Najciekawsze z boomerami jest to, że oni naprawdę nie myśleli o pieniądzach. Zgryźliwie dodam: bo mogli za pół darmo dostać to, na co moje pokolenie musiało ciężko harować, a zetki w praktyce mogą to już tylko odziedziczyć (np. mieszkanie na Starym Czymś w Warszawie).

Często to jest nieoczywisty klucz do odpowiedzi na wiele dręczących nas pytań, czemu boomerzy coś zrobili tak a nie inaczej. Wzlotu i upadku „Gazety Wyborczej” nie da się zrozumieć nie pamiętając, że Założyciele nie spodziewali się w 1989, że to będzie dochodowy biznes – kiedy więc zaskoczyły ich strumienie pieniędzy, podjęli serię nieprzemyślanych decyzji.

Serial „Sukcesja” kochamy między innymi za to, że jest uniwersalną alegorią wielu takich sytuacji. Boomerzy coś budowali przez całe życie, by u schyłku patrzeć jak to się rozlatuje właśnie z powodu nieprzemyślenia kwestii pokoleniowej sukcesji.

Oczywiście, nas też to czeka. Jak Egan, należę do Gen X – i tę powieść interpretuję jako alegoryczną próbę zrozumienia milenialsów i zetek. Bohater, którego życie stanowi dość nieoczekiwaną klamrę tej opowieści, to milenials – w pierwszym rozdziale obgadywany przez Gen X, w ostatnim przez zetki z przyszłości.

Świat Gen Z jest dla mnie trochę niepojęty, trochę uroczy, a trochę przerażający. Przeraża mnie ich ogólna zgoda na utratę prywatności, ale trochę ich też podziwiam za to, że nie wstydzą się publicznie prać brudów, więc są pierwszym pokoleniem, które na serio zabiera się za zwalczanie mobbingu czy molestowania.

Ich skłonność do terapeutyzowania wszystkiego mnie fascynuje, choć też przeraża. Od zetek usłyszałem wiele pojęć („przebodźcowanie”, „przemocowość”, „mikroagresja”), których Za Naszych Czasów w ogóle nie było, mieszkaliśmy w jeziorze i nikt nie narzekał.

Ale czy ich nie męczy to przediagnozowanie? Że już nie można po prostu być żarłokiem – tylko ciałopozytywną osobą w kryzysie dysforii kompulsywnej? Oczywiście, odpowiedź nie ma znaczenia: następne pokolenie zawsze ma rację.

Kuriozalne SUVy

Artykuł Piotra Wójcika pt. „Zabierające przestrzeń i niszczące środowisko SUV-y jako antidotum na kompleksy” to smutny przykład jak skopać potencjalnie interesujący temat. Autor zaczyna od paradoksu popularności SUVów: „Na logikę wydaje się to kuriozalne (…) Postępująca urbanizacja (…) powinn[a] skłaniać do częstszego kupowania samochodów kompaktowych”. Czemu tak nie jest?

Głębokie przekonanie, że stoi za tym irracjonalna moda sprawia, że autor nie szuka innych odpowiedzi. Co zabawne, parokrotnie w tekście prześlizguje się obok nich, ale za każdym razem na zasadzie „dzwonią, ale nie w tym kościele”.

Autor jest więc przekonany, że SUVy są droższe od innych samochodów („Zamożni ludzie kupują wielkie samochody, bo tak po prostu wypada”), bo nawet nie chciało mu się sprawdzić cen. Posługuje się wymiennie pojęciami „SUV” i „wielki samochód”, co prowadzi go do błędnych wniosków.

„Według badania Transport & Environment poszerzają się o 1 cm co dwa lata” – pisze i znów obwinia o to irracjonalną modę na SUVy. Tymczasem WSZYSTKIE samochody są coraz większe i cięższe, dość sprawdzić np. kolejne generacje golfa. Czy za to, że obecne porsche 911 jest większe i cięższe od porsche 911 sprzed 40 lat też odpowiada „moda na SUVy”?

„Jako jedną z przyczyn wymienia się chęć poprawy bezpieczeństwa” – pisze Wójcik i tu jest blisko prawdy. Tak, dzwonią, ale w innym kościele. Znowu obsesja na punkcie SUVów sprawia, że nie zauważa, że to samo dotyczy TAKŻE KOMPAKTÓW, które proponuje jako rozsądny wybór do miasta.

W narzekaniu na „suvizację” znalazłby nieoczekiwanego sojusznika wśród wielu petrolheadów. Dla entuzjastów motoryzacji to też smutny paradoks, że o ile w większości dziedzin konsument ma dziś coraz większy wybór (spójrzmy choćby na różne rodzaje rowerów!), przy kupowaniu nowego samochodu wybór to coraz częściej „mały SUV, średni SUV czy duży SUV”.

Jeszcze głupie 20-30 lat temu było odwrotnie. Rowery były z grubsza takie same, za to SUVy były jedną z wielu opcji, między liftbackami, hot-hatchami, station wagonami, coupe i Bóg wie czym jeszcze.

Co się stało? Fizyka. Jeżeli chcemy dostać pięć gwiazdek w teście zderzeniowym, potrzebujemy strefy zgniotu. I stąd się biorą te dodatkowe centymetry, o których pisze Wójcik.

Gdyby nie to jego fiksum-dyrdum na punkcie SUV-ów mógłby zauważyć, że centymetrów przybywa WSZYSTKIM samochodom. Nawet Mini robi się coraz bardziej maxi.

Cudów nie ma, z centymetrami przybywa też kilogramów. A przecież normy bezpieczeństwa z kolei wymagają, żeby coraz krótsza była droga hamowania. Jedyny sposób to większe koła, ale to znów wymusza większe rozmiary całego auta.

Elektryfikacja to kolejne kilogramy. Im bardziej zielona hybryda, tym cięższa (od stosunkowo lekkiej, ale też niezbyt zielonej „mild hybrid” po superzielonego, ale i ciężkiego pheva).

Końcowy efekt jest taki, że nawet jeśli ktoś się uprze, że chce mieć coś małego i taniego – na przykład Volkswagena Polo – okaże się, że sensowniejszym wyborem jest mały i tani SUV – na przykład Volkswagen T-Cross. Zaglądam właśnie na oficjalną stronę: najtańsze dostępne od ręki polo to 104,069 PLN, najtańszy T-Cross to 107,290 PLN.

SUV w tej sytuacji zazwyczaj jest po prostu praktyczniejszym rozwiązaniem. Nie chodzi o zamożność, jak w fantazjach Wójcika („patrzcie sąsiedzi! stać mnie na te dodatkowe trzy tysiące różnicy!”) tylko po prostu o większą praktyczność tego typu nadwozia.

Również w mieście, bo mieszkaniec miasta też prędzej czy później pojedzie na wakacje. Albo do IKEI.

Tak wiem, na wakacje można pociągiem, a w IKEI dopłacić za transport. Nie chodzi mi teraz o wybór „samochód vs brak samochodu”, tylko o wybór „kompakt o rozmiarach SUVa” i „SUV o rozmiarach SUVa”. Po prostu im większe się robi Mini, tym sensowniejszą opcją robi się Mini Countryman (na tle swoich przerośniętych krewniaków).

Nie jest więc tak, jak to się wydaje Wójcikowi, że samochody są średnio coraz większe i cięższe, bo przybywa SUVów. Jest odwrotnie: popularność SUVów to uboczny skutek tego, że samochody są średnio coraz większe i cięższe.

Są zaś coraz większe i cięższe, bo są coraz bardziej zielone (elektryka waży swoje), a także coraz bezpieczniejsze – również dla innych użytkowników drogi. Te wszystkie układy, które samoczynnie hamują „gdy dziecko wtargnie na drogę”, też przecież nie są z gołębiego puchu.

Czy coś na to można poradzić? Pewnie nie. Ale można by pisać o tym ciekawsze artykuły, gdyby interesować się faktami, a nie wylewać na klawiaturę obsesje i uprzedzenia.

Now Playing (200)

Kolekcjonując mniej lub bardziej taneczne płyty z lat 70., 80. i 90. (kiedyś chyba poświęcę osobną notkę, czemu te dekady uważam za szczególnie interesującą – odrzucając naturalnie trywialną odpowiedź, że to czasy sprzed zdziadzienia), nie da się pomijąć słonia w pokoju, jaką są narodziny hiphopu. Bo nawet ktoś Wychowany Na Trójce w rockowej ortodoksji musi zauważyć stopniowe wplatanie rapowych nawijek przez muzyków takich jak choćby Debbie Harry.

Kupiłem sobie ostatnio singla uważanego za Pierwszą Oficjalną Płytę hiphopową – „Rapper’s Delight” Sugarhill Gang. Był to, zdaje się, zespół jednego przeboju, ale jakże istotnego!

Zdaje się, że samo słowo „hiphop” zawdzięczamy właśnie tej piosence. Przedtem i potem sam ten styl muzyki nazywano przecież „rapem”, co zdradza choćby sam tytuł.

Zaszło tu chyba zjawisko przypominające uboczne skutki zamiłowania wczesnych bitelsów do powtarzania „yeah, yeah”. W efekcie w wielu językach (na pewno w polskim, francuskim i hiszpańskim) zaczęto cały nurt europejskiego rocka nazywać „ye-ye”.

Pierwsza rapowa piosenka opowiada po prostu o czynności rapowania. Rap jest zdumiewająco autotematyczny – rock chyba nie miał tak wielu piosenek treści „Śpiewam piosenkę rockową”, natomiast raperzy często rapują, że rapują (a także że w tym rapowaniu odnoszą wielkie sukcesy, przynoszące im fortunę oraz powodzenie wśród płci pięknej).

Jakiś czas temu mieliśmy tu dyskusje o prapoczątkach rapowania w Polsce. Pół żartem pół serio sugerowałem wtedy, że ur-hiphopem być może jest „Śpiewać każdy może” w wykonaniu Jerzego Stuhra.

Napisany przez Jonasza Koftę tekst przypomina trochę tekst „Rapper’s Delight”. „Stoję przy mikrofonie /
niech mnie który przegoni”, „będą klaskać panienki / będę teraz bogaty”. No przecież wystarczy dodać „skibidibop skubiduja jou madafaka” i mamy rapa (za piątaka).

Zbieżność jest zapewne przypadkowa, bo występ Stuhra to przecież 1977. Pierwsi raperzy już zaczynali występować, ale wtedy jeszcze wyłącznie na żywo.

Co nawiasem mówiąc, nie wyklucza scenariusza, w którym Stanisław Syrewicz (kompozytor „Śpiewać każdy może”) trafił na taki występ podczas jednej ze swoich zamorskich podróży. W latach 70. już przecież stał jedną nogą na Zachodzie.

W taką stronę bym pojechał pisząc Powieść O Współczesnej Polsce, ale realistycznie zapewne wyjaśnienie jest prostsze. Piosenka była kulminacją pranku w stylu wczesnych „Spotkań z balladą”.

Stuhr, wtedy jeszcze relatywnie mało znany poza Krakowem, przez cały dzień kręcił się po scenie udając kogoś z obsługi, wkręcając niewtajemniczonych. Prowadził rzekome „próby mikrofonu”, będące tak naprawdę wstępem do właściwego występu.

Tak jak hiphopowa didżejka wyewolowała ze miksowania płyt w dyskotece, tak sztuka „bycia emsi” wyłoniła się z rymowanek, okraszanych rozmaitymi „gałza jałza”, którymi także poza rapem swoje występy okraszają wodzireje, prezenterzy i komentatorzy sportowi. Jak zauważył ten sam Jerzy Stuhr, „olbrzymia możliwości skala kryje się w prostych słowach ‘la la’”).

Z dzisiejszego punktu widzenia najbardziej niesamowite w „Rapper’s Delight” jest to, że tam NIE MA didżeja. Wprawdzie sekcja rytmiczna jest zapożyczona z piosenki „Good Times” zespołu Chic, ale jest zagrana na żywo. „Raper’s Delight” to produkt wspólnego występu obu zespołów, zaaranżowanego zresztą przez wspomnianą Debbie Harry.

Tak naprawdę jednak kupiłem tę płytę z powodu sympatii do hiciora sprzed dwóch dekad – „Asereje”. Pozornie bezsensowny tekst opowiada o facecie imieniem Diego, któremu zaprzyjaźniony didżej właśnie puścił jego ulubioną piosenkę – której tytułu chyba nie zna, co mu nie przeszkadza rzucić się do radosnego tanu, podczas którego radośnie śpiewa:

„Asereje ja de je de jebe tu de jebere sebiunouva majabi an de bugui an de buididipi”. Czyli: „I said-a hip, hop, the hippie, the hippie / to the hip hip hop-a you don’t stop the rock / It to the bang-bang boogie, say up jump the boogie / to the rhythm of the boogie, the beat”.

Dwa lata po inwazji

Z żalem piszę blogonotkę z okazji smutnej drugiej rocznicy wojny. Ukraińska kontrofensywa ugrzęzła w błocie, front znów przesuwa się w złym kierunku. Nadzieje na „Crimea Summer Beach Party” odsuwają się w nieokreśloną przyszłość.

Obwiniam o to przede wszystkim Zachód. Wciąż nie chce dostarczyć Ukrainie tego, czego ta najbardziej potrzebuje – a Himarsy i Patrioty pojawiły się za późno, w za małych ilościach. To i tak cud, że Ukraińcom mimo wszystko udało się tak wiele zdziałać.

Pociechy szukam teraz głównie w przeglądaniu mediów rosyjskojęzycznych. Wbrew oczekiwaniom, zdobycie ruin Avdiivki wcale nie wywołało u nich euforii.

Jeden z „milblogerów”, Andriej Morozow pseudonim „Murz”, popełnił samobójstwo, bo jego oficer prowadzący, w pożegnalnym wpisie nazywany „towarzyszem pułkownikiem”, zmuszał go do wykasowania wpisu o tym, że w walkach o Avdiivkę Rosjanie stracili 16 tysięcy żołnierzy i 300 pojazdów, podczas gdy Ukraińcy wycofali się w zorganizowany sposób, ze znacznie mniejszymi stratami.

„Towarzysz pułkownik” miał grozić Murzowi, że za szkalowanie ministerstwa obrony ukarany będzie nie bloger, ale jednostka wojskowa, z którą ten był związany. W bardzo patetycznym pożegnalnym wpisie Murz powoływał się na bushido i „Terminatora” wyjaśniając, że nie pozostaje mu nic poza samobójstwem.

Murz wspomniał tam o „politycznych prostytutkach z Sołowiowem na czele”, które wymuszają jednolity ton propagandy. Dodajmy jednak, że u Sołowiowa też nie widać euforii.

Nie ma już śladu po buńczucznym triumfalizmie sprzed 2 lat, gdy Rosjanie oczekiwali łatwego zwycięstwa. Sołowiow w swoich wystąpieniach chwilami jest bliski płaczu, niczym Hitler w „Upadku”. Biadoli, że cały świat się sprzysiągł przeciw Rosji i że agenci Zachodu spenetrowali jego kraj – w ostatniej wersji okazało się, że to oni zabili Nawalnego, bo ta śmierć przecież tylko Zachodowi przynosi korzyści.

My straciliśmy nadzieję na Summer Beach Party, ale oni już dawno stracili nadzieję na powrót do Hostomela i Buczy. Nawet ich najwięksi optymiści (te „prostytutki od Sołowiowa”) nadzieje wiążą już tylko z tym, że może Trump wygra, i może cofnie pomoc dla Ukrainy, i może wtedy uda się wreszcie zlikwidować przyczółek w Krynkach, którego likwidację ogłaszają codziennie od tak dawna, że już chyba nikt w to u nich nie wierzy.

Źródłem nadziei dla nas – a paniki u nich – są wysokie straty lotnictwa. Na drugą rocznicę inwazji stracili kolejny samolot rozpoznania i dowodzenia Beriev A-50. Zostały im podobno już tylko dwa.

Wygląda na to, że Rosjanie wciąż nie wiedzą, co się dzieje. Ich oficjalna wersja jest taka jak przy poprzednim A-50, że to pomyłka własnej obrony przeciwlotniczej. Nieliczni milblogerzy, którzy jeszcze zachowują jakąś niezależność od głównej linii propagandy, nie chcą w to uwierzyć – reszta milczy.

Dużo wściekłości po rosyjskiej stronie budzi też decyzja Armenii o zamrożeniu wojskowej współpracy z Rosją w ramach postsowieckiego traktatu CSTO – i zwrócenie się do współpracy z Francją. Zatem Francja będzie teraz śledzić nasze niebo z radarów w Armenii? – wścieka(ją?) się Dva Majors.

Niestety, coraz mniej mam radości z ich śledzenia. Ten siedzi, tamten nie żyje, siamtego zastraszono i już tylko powtarza oficjalne komunikaty. Jak tak dalej pójdzie, zostanie mi już tylko radość z płaczliwości Sołowiewa.

Ale faktycznie, póki co cieszyć się nie ma z czego. Ukraina na froncie traci swoich najlepszych ludzi a Rosja skazańców. Póki co rzeczywiście wygląda niestety na to, że są w stanie zapchać dziurę po tych 16 tysiącach poległych następnymi desperatami, którzy wybiorą piekło frontu od piekła łagru. Trudno im się dziwić.

Zakończę więc swoim tradycyjnym apelem do uogólnionej Cywilizacji Zachodu. Skoro chowamy się za plecami Ukraińców, którzy nas bronią przed moskiewską barbarią – to chociaż dajmy im wszystko, czego potrzebują do walki. Nie na jutro, tylko na wczoraj.