Level 2 wystarczy każdemu

Nie mogę pojąć, jak to się dzieje, że w czasach napisów na kubkach kawy „uwaga, zawartość może być gorąca”, Elon Musk może bezkarnie oferować w samochodach Tesla funkcję o nazwie Autopilot (TM). Wprawdzie drobnym druczkiem dodaje, że nie wolno jej uważać za autopilota, to zwykła automatyka Level 2, jaką dają dziś wszyscy, ale przecież sama nazwa wprowadza ludzi w błąd.

Nie tylko nazwa zresztą. Meredith Broussard w swojej książce debunkującej mity sztucznej inteligencji opisywała swoje rozmowy ze sprzedawcami Tesli – udawał zainteresowaną zakupem. Ci rozpływali się nad możliwościami Autopilota, narzekając na bezdusznych biurokratów, którzy sztucznie narzucają ograniczenia.

Dla porządku przypomnijmy co to znaczy „level 2”. Amerykańskie stowarzyszenie branżowe zaproponowało skalę o 0 do 5. 0 to brak automatyzacji, 5 to całkowita autonomia, 1 to prymitywna automatyzacja dostępna od przeszło pół wieku, czyli np. tępy tempomat ustawiny na sztywno.

Kilka lat temu portaloza była pełna tekstów przepowiadających nadejście „level 5” w ciągu najbliższych kilku lat. „Kierowcy Ubera mogą sobie strajkować, za chwilę będą zbędni” – to był wtedy standardowy komentarz typowego redaktora Przygłupa Portalskiego z serwisu Technobzdety.pl.

Samochody autonomiczne są dziś przyszłością równie odległą jak 5 lat temu. Od tego czasu niektórzy producenci oferują funkcje szumnie zapowiadane jako Level 3 (że samochód sam potrafi zidentyfikować korek za następnym skrzyżowaniem i zasugerować zmianę trasy).

Niespecjalnie mnie to ekscytuje, bo przecież korki coraz lepiej wykrywają zwykłe google mapsy. I w ogóle podejrzewam, że ta automatyzacja okaże się ślepą uliczką – przyjmie się raczej pobieranie danych z internetu, co będzie powrotem do technologii z lat 1960. (wtedy też robiono huczne prezentacje pojazdów „autonomicznych” – de facto zdalnie sterowanych).

Taksówki „bez kierowcy” startupa Waymo jeżdżą po niektórych dzielnicach Phoenix nie dzięki lokalnej autonomii, tylko dzięki obstawieniu tych dzielnic geofencingiem. To zdalne sterowanie pod inną nazwą.

W serwisie Jalopnik (który szanuję jak coś bardzo szanownego) pojawił się niedawno artykuł o tym, dlaczego wyjście poza Level 3 jest takie trudne. Zaczął się od złośliwości pod adresem Muska (to też szanuję), który na twitterze napisał niedawno, że nie przypuszczał, że zagadnienie autonomii będzie takie trudne.

Sztuczna inteligencja taka, jaką realnie mamy (a nie taka z artykułów w portalozie) nie radzi sobie z generalizacją. Człowiek bez trudu wie, że znak STOP obowiązuje go tylko w pewnej określonej formie (na drągu przy drodze).

Dla sztucznej inteligencji znak STOP nadrukowany na koszulce albo plakacie politycznym jest równie ważny jak prawdziwy znak drogowy. Maszyna nie umie tego odróżnić!

Do dzisiaj przecież standardowy test „czy jesteś człowiekiem” polega na rozpoznaniu na zdjęciu rowerów, przejść dla pieszych i sygnalizacji świetlnej. Gdyby Musk miał technologię, którą się chwali, miałby też Uniwersalny Rozwalacz Testu Captcha.

Przy całej swojej technofobii kupiłem sobie parę lat temu samochód z automatyzacją Level 2. Jestem raczej zadowolony, choć ma tę wadę, że stereoskopowa kamera zajmuje trochę miejsca (głównie kosztem bardzo poręcznego schowka, który w poprzednim modelu był w tym miejscu na suficie).

Nigdy nie miałem sytuacji typu „awaryjne hamowanie całkiem bez powodu”. Czytałem, że zdarzało się to w samochodach, które swoją automatykę bazowały na radarze (a przecież od drugiej światówki wiadomo, że radar nie umie odróżnić płachty folii aluminiowej od meserszmita!).

Parę razy automat zaczynał awaryjnie hamować (jego interwencję słychać jako mechaniczny zgrzyt) na ułamek sekundy przede moją reakcją. No ale jakby o to chodzi w takiej automatyce.

Przedtem byłem ciekaw, jak taki automat będzie sobie radzić z chaotycznym oznakowaniem naszych dróg. Otoż gdy przestaje widzieć oznakowanie pasów, sygnalizuje to dyskretnym brzęczykiem i odpowiednią kontrolką. A gdy przestaje widzieć cokolwiek (na przykład w ulewie), z godnością się wyłącza całkiem, również to sygnalizując.

Nie wierzę w całkiem autonomiczne samochody – nie wierzę też, że będą bezpieczniejsze. Argument „99% wypadków jest z winy człowieka” jest tautologią – gdy człowiek zaufa funkcji Tesla Autopilot, to też jest jego wina (nawet gdy to właśnie ten Autopilot skieruje go na betonową barierkę).

Porządny samochód po prostu wyłącza silnik, gdy wyczuwa, że kierowca na dłużej puścił kierownicę. W Tesli taka funkcja powinna być od samego początku.

Derby 0:0

Nie rozumiem emocji, które w niektórych wzbudził powrot Tuska do polskiej polityki. Ja na to patrzę równie obojętnie, jak na mecz piłkarski – najwyraźniej nie mam w mózgu synaps odpowiedzialnych za odczuwanie tych doznań (możliwe zresztą, że synapsa mundialowa jest zarazem synapsą tuskową).

W polskiej polityce jestem niezmiennie od lat wyborcą partii Razem. Nie wiem, co by się musiało wydarzyć, żeby straciła mój głos – gdy Razem wejdzie do jakiejś koalicji, ta koalicja zyska mój głos, gdy Razem z niej odejdzie, ten głos ze sobą zabierze.

W futbolu moim odpowiednikiem byłby wierny kibic, który jest ze swoim Motorem Myciska na dobre i na złe, w ekstraklasie i w lidze okręgowej (na pewno jest jakieś fachowe określenie na ten typ kibicowania – czy to „hools”?). Jeśli Razem będzie mieć w sondażach 1%, so be it, będę w tym procencie.

Nie jestem jednak symetrystą, Platforma to moje ulubione mniejsze zło. Głosowałem w drugiej turze na Trzaskowskiego, zagłosowałbym i na Tuska.

Rzecz jednak w tym, że jest dla mnie politykiem najdoskonalej obojętnym. Do Budki, Trzaskowskiego czy Hołowni odczuwam jakąś tam sympatię, do pisowców oczywiście hejt (i nie ma dla mnie czegoś takiego, jak były pisowiec, panie Radku, panie Ludku, panie Kaziu, panie mecenasie).

Do Tuska – nic. Ani fte, ani wefte. Człowiek bez właściwości.

Kiedy jeszcze komentowali tu pisowcy, dawali wyraz swojej nienawiści. Że podobno Tusk to zdrajca polskich interesów, służy Niemcom a nie Polakom, i tak dalej.

W to też nie wierzę. Uważam zresztą, że nie mamy sprzecznych interesów z Niemcami, to nasz najważniejszy partner handlowy, im lepiej im, tym lepiej nam.

Część moich friendsów z bańki opozycyjnej wyraża jednak jakiś entuzjazm. Że da im popalić. Że nazywa rzeczy po imieniu. Że teraz wreszcie sondaże się poprawią.

Może ktoś tu zechce to rozwinąć? Bo wiecie, ja CHCĘ w to uwierzyć. Tak jak CHCIAŁBYM, żeby dało się wywalczyć od Niemców reparacje wojenne (albo postawić Dudę przed Trybunalem Stanu), wszystko jedno, nie widzę szans.

Odróżniam to, czego CHCĘ od tego, co uważam za możliwe. Niektórzy mają z tym problem.

Dla piscowców powiedzieć „nie da się wywalczyć tych reparacji” to jak powiedzieć „nie chcę tych reparacji”; „reformy Ziobry są źle pomyślane” to „nie chcę reformy sądownictwa” – itd.

Ale podobnie jest z opozycją. Tu powiedzieć „nie będzie Trybunału Stanu, nie będzie rozliczeń” to jak „nie chcę Trybunału Stanu, nie chcę rozliczeń”. Jasne, że chcę, ale to tak samo nierealne, jak reparacje czy lotnisko baranów.

No więc czym Tusk ma uratować opozycję? Tanimi grepsami, że rządy PiS są jak „drukarka 3D”? Takie grepsy latają ciągle od 2015, sam mecenas Giertych naprodukował ich na kopy.

Grepsiarstwem się nie wygrywa wyborów. Gdyby było inaczej, już byśmy ich dawno obalili.

Tusk znowu nie przedstawił wyborcom żadnej konkretnej oferty, żadnego opowiednika „500+”. Ergo, kto hejtował PiS, ten dalej będzie hejtować, kto hejtował Tuska, ten dalej będzie hejtować. Status quo.

Inna sprawa, że PiS też wytracił umiejętność przedstawiania ofert. O „Polskim Ładzie” mi się nawet nie chce dyskutować, bo już wiadomo, że nie zbierze 231 głosów w Sejmie – więc to takie same zawracanie głowy, jak o reparacjach wojennych.

Weekend miał być politycznym starciem gigantów, a wyszedł mecz piłkarski zakończony 0:0. Tusk potwierdził swoją pozycję jako króla dryblingu. Kaczyński mistrzowskim wolejem posłał piłkę poza boisko.

I wy mi się dziwicie, że wolę już być w tym swoim razemowym procencie?

Lamenty fistowanych

Zachęcony przez kolegę MNF, przeczytałem „Masakrę” Vargi. Krzysiek od dawna toczy krucjatę przeciw ocenianiu powieści jak kryminałów, że „akcja wciąga” albo „dobrze się czyta” – no ale co ja poradzę, że ja lubię, gdy akcja wciąga i dobrze się czyta. W kategorii „współcześna literatura o uzależnieniach”, jednak dalej wyżej stawiam Żulczyka.

Intryga w „Masakrze” jest szczątkowa. Główny bohater budzi się na monstrualnym kacu u siebie w mieszkaniu, ale gdzieś zgubił portfel i telefon, nie wiadomo też gdzie się podziała jego rodzina.

Może dzieci gdzieś wyjechały razem z „nieślubną żoną” i on za bardzo sobie pofolgował jako słomiany wdowiec? Ale mogło być tak, że się wyprowadzili, a on tego nawet nie zauważył, bo był w ciągu.

Przyszła mi do głowy taka interpretacja, że bohater nie żyje i jest w czyśćcu. Ten kac to męki purgatoryjne, natomiast sporadyczna ulga, gdy ktoś mu postawi piwo – to świętych obcowanie, ktoś o nim właśnie życzliwie pomyślał na ziemi?

Miałem jednak wrażenie, że sam autor tak do końca nie wiedział, o co mu chodzi i do czego ta historia prowadzi. Pewien zwrot akcji (scena z Wątrobą) szczególnie mnie zniesmaczył – to było jakby autor pomyślał „no dobra, ta rozmowa się nie klei, niech się szybko wydarzy coś zaskakującego”.

Jestem mało imprezowy, niewiele wiem o nocnym życiu stolicy, nie rozpoznawałem więc większości szyfrów. Domyślam się, że „Zawodowa” to „Amatorska”, ale czy gdzieś naprawdę jest lokal serwujący gourmetową kaszankę do kraftowego piwa?

Brzmi jak coś dla mnie. Na pewno nie ma czegoś takiego na Zbawiksie (wywąchałbym!).

Natomiast trakując współczesną polską literaturę uzależnieniową (dorzuciłbym jeszcze „Heroinę” Piątka i „Jak feniks z butelki” Maziarskiego) jako całość, widzę w niej portret pokolenia stachanowców kapitalizmu. Zaliczam do niego ludzi trochę starszych i trochę młodszych od siebie.

Transformacja i digitalizacja dawały nam szansę budowania pewnych zjawisk czy instytucji od zera. Tu nie chodziło tylko o pieniądze, to dawało kopa i uzależniało jak narkotyk.

Dla wielu kolegów pracoholizm był tym „gateway drug”, po którym sięgali po mocniejsze rzeczy. Pracoholizm utrudniał nam też poukładanie sobie życia osobistego.

Pracoholik, który pił albo ćpał, działał w obiegu zamkniętym. Dużo zarabiał, ale miał coraz większe długi. Osiągał sukcesy, których nie pamiętał. Jeśli miał jakąś rodzinę, stawał się w niej obcym człowiekiem.

Dorobek życiowy części moich rówieśników jest wręcz ujemny, bo wchodzili w kapitalizm z jakimś ładnym domem po babci. A teraz mieszka tam była żona z nowym facetem, który się okazał lepszym tatą od biologicznego, a dawny milioner wylądował w wynajętej kawalerce.

Traktuję Stefana z „Masakry” jako metaforę takich sytuacji. Gdy pięćdziesięciolatek uświadamia sobie, że nie osiągnął w życiu absolutnie nic, nie ma nawet fajnych wspomnień (książka Maziarskiego – niefabularyzowane opowieści ludzi poznanych na terapii – jest pełna takich historii).

Po „Masakrze” z rozpędu sięgnąłem po „Dziennik Hipopotama” Vargi, w naiwnej nadziei, że znajdę tam namiary na gourmetową kaszankę albo chociaż eseistykę magistra Wątroby. Zamiast tego znalazłem pra-źródło, ur-quell największego błędu naszego pokolenia.

Varga zaczął to pisać po mniej więcej dwóch latach niepicia, skończył na progu pandemii. „Dziennik” stał się więc kroniką nadchodzącej katastrofy, wyczekiwanym przez fanów prequelem do „Nagrobka z lastryko”.

W tym okresie Sapkowski zażądał od CD Projektu dodatkowego wynagrodzenia za prawa do „Wiedźmina”. Varga odnotowuje to ze Schadenfreude – cieszy się na myśl, „jak bardzo Sapkowski to przegra”.

Dlaczego miałby przegrać? Dokładnie na takie sytuacje przewidziano art. 44 prawa autorskiego („W razie rażącej dysproporcji między wynagrodzeniem twórcy a korzyściami…”).

CD Projekt zapłacił, bo w sądzie by przegrał. Wszystkie korporacje robią tyle dobrego, na ile prawo z nich wymusza i tyle złego, na ile prawo im pozwala. Skąd więc ten wpis Vargi?

Przychodzą mi do głowy dwa wyjaśnienia. Pierwsze, że nie znał tego przepisu.

Już to jest dla mnie dziwne. Nie gram w tej samej lidze ani nawet w tej samej dyscyplinie, jestem przy Vardze jak punkowy basista przy jazzowym pianiście, ale o tyle robię w tej samej branży, że dla mnie też istotnym źródłem przychodów jest eksploatacja majątkowych praw autorskich.

Co za tym idzie, przeczytałem ustawę, dzięki którym te prawa w ogóle istnieją. Tak jak rozpoczynając pracę dziennikarza, przeczytałem prawo pracy i prawo prasowe.

Varga chyba tego nie zrobił. Już wcześniej zauważałem, że w monologach wewnętrznych jego bohaterowie często nie rozumieją, że coś wynika z takiej czy innej ustawy i snują swoje odczapistyczne interpretacje, no ale to jest odwieczne pytanie o relację między autorem a narratorem.

A nawet gdyby zrobił, to zapewne dzieli wraz z moim pokoleniem postawę przedziwnej asymetrii. Zgodnie z nią, powoływanie się na swoje prawa jest niehalo, pas comme il fault, fi donc!, roszczeniowe i antyreformatorskie.

Z kolei ilekroć korporacja nas chce dojechać z takiego czy innego paragrafu, no to ogon pod siebie, wzrok ku ziemi, dłonie przy udach, służbiste strzelenie obcasami „TAK JEST, OBYWATELU KORPOMENADŻERZE!”. Widziałem to wielokrotnie w Agorze, gdy ludzie, którzy już i tak wylatywali, więc nie mieli nic do stracenia – nadal nie chcieli stawiać żadnego oporu, żeby wywalczyć trochę lepsze warunki porozumienia stron.

Nawet jak im wytłumaczyłem, jakie mają prawa, oni i tak pokornie godzili się na wszystko. Podpisywali co im podsunięto, byli gotowi jeszcze napisać własną krwią „ZAWSZE BYŁEM WIERNY ZARZĄDOWI”.

Z „literatury uzależnieniowej” najwyżej sobie cenię Żulczyka, bo on wydaje mi się lepiej rozumieć mechanizmy społeczno-ekonomiczne. „Ślepnąc” od początku traktowałem jako metaforę pracy w korporacji (we „Wzgórzu” to już nawet nie metafora).

W korporacji nawet jeśli początkowo jest fajnie, bo twój szef jest sympatyczny i pozornie da się z nim pogadać jak z człowiekiem (jak z Jackiem/Więckiewiczem), prędzej czy później przyjdzie Das Kapital i ci zrobi fisting niewidzialną piąchą rynku (jak Dario/Frycz).

Oczywiście, pijak to pijak, na końcu to już nie ma znaczenia, czy zacząłeś jako światowej sławy neurochirurg, czy jako pan Ziutek z Międliszewa. Ale pan Ziutek nie napisze książki o swoim upadku (czytałbym! – jak my wszyscy, jak my wszyscy).

Wydaje mi się, że wspólnym refrenem „książek uzależnieniowych” od Maziarskiego po Żulczyka jest to, że opowiadają tragedie ludzi lojalnych, wydajnych, pracowitych, ambitnych i grających zespołowo. Idealnych pracowników, co to nigdy się nie upominali swoje prawa, bo to nie wypada (brzydki Sapkowski, a fe!).

I dlatego właśnie jak Stefan z „Masakry”, pewnego dnia budzą się z niczym.

Now Playing (184)

mapa szlaku hipisów - autor NordNordWest, CC-BY-SA
Zacząłem oglądać serial „The Serpent” o seryjnym mordercy, seryjnie mordującym młodzież wędrującą pół wieku temu legendarnym szlakiem hipisów, Londyn – Katmandu/Bangkok. Morderca działał naprawdę, ale jego notka w wikipedii wydała mi się ciekawsza od serialu.

Właściwie nie polecam. Twórcom zabrakło materiału na tyle godzin projekcji – w kółko ci sami ludzie robią te same miny w tych samych dekoracjach. Może zawiniła pandemia?

Sama historia jest przecież fascynująca. Charles Sobhraj był (jest) Azjo-Francuzem, który ponoć nienawidził hipisów na tle antykolonialnym, a przynajmniej tak twierdził na swoją obronę.

Faktycznie, pozytywni bohaterowie tego serialu – ofiary Sobhraja oraz dyplomaci, którzy go próbują namierzyć – nie są przecież całkiem niewinni. Belgia i Holandia, a nawet Francja, to kraje, które dziś nam się kojarzą jako ta biała lelija, ale przecież jeśli ktoś około roku 1970 jest 50-60 letnim holenderskim czy belgijskim dyplomatą w
Trzecim Świecie to znaczy, że zapewne uczestniczył w potwornych zbrodniach, porównywalnych do nazistowskich czy stalinowskich.

To dlatego doświadczony belgijski kolega naszego holenderskiego młodego bohatera, gdy tylko słyszy o Sobhraju, wyciąga spluwę i mówi, że trzeba go po prostu rozwalić. Zapewne nieraz już tak realizował zadania w Afryce.
Serial niestety w to wszystko nie wchodzi. Powierzchownie prześlizguje się też po dwuznacznym aspekcie „szlaku hipisów”.

Dlaczego wędrowali tam? Bo tam było tanio, za jednego dolara można było szaleć jak panisko.

A dlaczego takie było przebicie dolara czy funta w krajach skolonizowanych przez UK/USA? A no właśnie. Nie żadna niewidzialna ręka rynku, tylko całkiem widzialna ręka kolonizatora, uzbrojona w bat albo karabin.

Szlak hipisów się urwał nagle w 1979. W lutym upadł szach Iranu, w grudniu Sowieci wjechali do Afganistanu. Lądowy przejazd na trasie Londyn-Katmandu zrobił się zbyt niebezpieczny – i tak jest do dzisiaj.

O tym bym chciał zobaczyć film: o grupie hipisów w potrzasku w połowie 1979. Wpadają w panikę, nic z tego nie rozumieją, uciekają w złym kierunku – ale czy lepiej wpaść w ręce Rosjan czy islamistów?

Tam powinien być jakiś Polak (Polka?). Jako jedyna osoba w tym zjaranym towarzystwie przynajmniej pobieżnie zna rosyjski, więc w kluczowym momencie przejmuje inicjatywę…

Samo hasło „hippie trail” sprawiło jednak, że zacząłem słuchać piosenki, którą 40 lat temu usłyszałem w „Trójce”. Słuchałem jej wtedy częściej niż codziennie, pamiętam więc, że początkowo jej tytuł tłumaczono jako „kompletne dno” – po tygodniu ktoś się kapnął, że to jednak „antypody”.

Tekst jest niby prosty, ale pełen idiomów, więc całe lata mi zajęło zrozumienie pojedynczych zdań. Choćby pierwszego: „traveling in a fried-out Kombi, on a hippie trail, head full of zombi”, czyli: „podróżowałem szlakiem hiposów rozlatującym się volkwagenem-ogórkiem, głowę mając pełną THC”.

Skąd też miałem w 1982 roku wiedzieć, że smarowidło kanapkowe „vegemite” jest symbolem Australii? Lata mi zajęło zrozumienie dwuwersu „I said – do you speak-a my language? he just smiled and gave me a vegemite sandwich”.

Te wszystkie atrakcje były dla mnie teoretycznie niedostępne, chociaż… kolega z liceum wyjechał na legalną wycieczkę, wystąpił o azyl, no i słał potem pocztówki z różnych miejsc, między innymi z Indii. Trochę mu zazdrościłem, teraz już wcale.

Jako nastolatek byłem jedną wielką sprzecznością. Fascynowały mnie ruchy kontrkulturowe, uważałem siebie za anarchistę, ale jednocześnie uważałem, że muszę najpierw skończyć studia.

Po co, skoro lubiłem piosenki, że „no future” (i naprawdę tak myślałem). A cholera wie. Może pod hipnozą dałoby się to ze mnie wydostać.

Wtedy zazdrościłem wszelkim „dzieciom kwiatom”. Dziś im tylko współczuję – uciekali ze swoich popieprzonych rodzin w łapska jeszcze gorszych typów, Mansonów i Sobhrajów.

Już nie podziwiam, wyłącznie współczuję. Chciałbym redukować szkody, a nie propagować jako „alternatywę” dla normalnego, drobnomieszczańskiego życia.

W tym pewnym sensie na stare lata zrobiłem się konserwatywny, ale przecież sam Karol Marks też miał alergię na wszelką „bohemiczność”. Kontestacji nie lubili też myśliciele ze szkoły frankfurckiej, chociaż dziś prawicowe głupki nie znające ich pism produkują dla innych prawicowych głupków przedziwne teksty, przedstawiające Adorno i Horkheimera nieledwie jako pionierów ruchu LGBT.

To komiczne dla kogoś, kto zna ich pisma. Ale to już temat na inną notkę

Żulczyk o elitach

Jakub Żulczyk to pisarz, którego Wypada Znać w gronie PT Komcionautów. W jego książkach coraz więcej mamy inteligentnej diagnozy społecznej.

„Informacja zwrotna” to powieść o warszawskim alkoholiku. Dużo tutaj prawdy o Warszawie i zapewne także dużo o alkoholizmie, choć tutaj muszę uwierzyć autorowi na słowo – chyba przez całe studia nie wypiłem tyle, ile jego bohater potrafi wytrąbić w ciągu jednego akapitu.

Wierzę mu też, że tytuł nawiązuje do rytualnego momentu podczas terapii grupowej, gdy już wszyscy opowiedzieli swoje historie, i teraz pozostali uczestnicy grupy dzielą się uwagami. Jak to u Żulczyka, tytuł wraca do nas kilkakrotnie.

Na początku po prostu widzimy bohatera/narratora podczas terapii i dowiadujemy się, że ma ona taki etap. Pod koniec uświadamiamy sobie, że wszystkie opisane tu wydarzenia były właśnie niewerbalną informacją zwrotną konieczną, by wreszcie się ogarnął.

To jest trochę jednak thriller, więc ostrzegam przed spojlerami. Czytałem nie wiedząc nic ponad lakoniczne streszczenie z okładki.

Rozwój wydarzeń parę razy mnie zaskoczył i te zaskoczenia, jak to w kryminale, poczytuję autorowi na plus. Bez spojlerów powiem na przykład, że w scenie, powiedzmy, „pobicia J. przez nieznanego sprawcę”, nie domyśliłem się tożsamości – narrator nas tu zwodzi, że może ten, może tamten, a kiedy się to w końcu wyjaśnia: to byłem zaskoczony, a jednocześnie jak wzorcowy czytelnik kryminału musiałem narratorowi przyznać, że niczego nie ukrywał, po prostu nabrałem się na red herringa.

To nie jest kryminał w takim sensie, w jakim są nimi „Wzgórze psów” czy „Ślepnąc od świateł”. Intryga sensacyjna jest dobrze przygotowana, ale mimo wszystko drugorzędna wobec wątku, nazwijmy to, psychospołecznego.

Szczególnie spodobał mi się ten społeczny. „Ślepnąc od świateł” pokazywała Warszawę jako miasto rządzone przez kokainę – co mi zgrzytało fałszem, jak te portalowe opowiastki o „dealerze gwiazd”.

Często słyszę ten frazes, że „łatwiej w Warszawie kupić narkotyki niż mleko”, ale to bzdura. Najłatwiej kupić to, co jest w Żabce, bo w Warszawie Żabka jest na każdym rogu (zdumiewa mnie opłacalność tego modelu).

Gdybym miał kupić kokainę, nawet nie wiedziałbym, do kogo zadzwonić. Jedyna osoba w moim bąbelku, którą podejrzewam o takie koneksje, mieszka akurat w Chorzowie.

Warszawa od stuleci jest jednak wielkim przekrętem nieruchomościowym. To przekleństwo wszystkich miast, które „odniosły sukces” (definiowany jak w SimCity) – Los Angeles, Nowy Jork, Londyn, Paryż (itd) też mają swoje historie o „czyścicielach kamienic” i „działkach cudów”.

W Warszawie nie ma przed nimi ucieczki. Problemy mogą cię dopaść także na przedmieściach, także w nowej deweloperce. Wszędzie się może odnaleźć stuletni spadkobierca. Zawsze się może okazać, że kupiłeś nieruchomość od przestępców, a akt notarialny ma wady prawne.

Bohater wkręcił się w aferę z tej branży niechcący – nie miał głowy do sprawdzania detali. To było jeszcze zanim poszedł na pierwszą terapię.

„To nie jest film Patryka Vegi”, mówi ktoś w tej książce. Tu najgroźniejszymi bandziorami nie są dresiarze o pretensjonalnych ksywkach typu „Gebels” czy „Metyl”, tylko prawdziwa elita, prawdziwa klasa wyższa.

Morawieckiemu udało się dyskusję o podziale klasowym wpuścić w kanał bezsensownych rozważań „przy jakich zarobkach jest klasa średnia”. Zasada jest prosta: dopóki twoje zarobki mają dla ciebie znaczenie, to nawet jeśli są zacne, nie jesteś w klasie wyższej, najwyżej w wyższej średniej (UMC).

Szlachta nie pracuje. Elitą jesteś, gdy siedzisz – jak wspomniany Morawiecki – na kilkudziesięciu milionach, które zagwarantują ci dostatnie życie z wynajmu czy z dywidend niezależnie czy coś „zarabiasz” czy nie.

Dlatego zresztą nie wierzę w mit „socjalnego PiSu”. W swoim rdzeniu to partia establishmentu III RP, uwłaszczonego na prywatyzacjach i likwidacjach.

Nie wierzę, żeby ta partia mogła realnie zagrozić interesom tego establishmentu. Dorobek „komisji reprywatyzacyjnej” jest mizerny, oficjalna wersja sprawy Brzeskiej to ciągle „samobójstwo przez wywiezienie do lasu i podpalenie”. Rządzą od 6 lat, więc już tylko najciemniejszy lud kupi usprawiedliwienie „a bo potężny układ nas blokuje”.

To nie jest powieść o polityce, ale polityka jest w tle. Sądząc po wywiadzie z Nogasiem, dla autora ważniejszy jest wątek psychologiczny, więc może nie spodobałaby mu się blogonotka skupiająca się na przesłaniu społecznym – no ale powieść po prostu inspiruje rozważania o jednym i drugim.

Słowem – jest wielowarstwowa. Ale czy to źle?

X. Drucki F. Lubecki


Warszawa, jak wiadomo, przeżyła dwie skokowe zmiany granic, w 1916 i 1951. Obu dokonały niedemokratyczne władze bez jakichkolwiek konsultacji, obie radykalnie powiększały obszar miasta (więcej niż dwakroć!).

Pierwsza zmiana miała pewne logiczne uzasadnienie. Władze carskie sztucznie kisiły Warszawę w przedrozbiorowych granicach, wyznaczonych przez okopy Lubomirskiego, do tego w ramach represji po powstaniu listopadowym dorzucono Cytadelę i pierścień fortów.

Okopów już nie ma, ale do dzisiaj stoimy w korkach w miejscu dawnych rogatek. Po prostu 250 lat temu przecięto alternatywne drogi, którymi można by je ominąć – a potem przez 120 lat nie wolno było takich dróg budować.

Wzdłuż linii okopów miasto obrosło więc obiektami takimi, jak cmentarz, szpital, park, nasyp kolejowy czy forteca. Dziś często to zabytki, więc nowej ulicy zbudować nie sposób.

Zanim poszerzono granice, na scenie pojawił się pierwszy pomysłodawca szerokich warszawskich arterii – książę Ksawery Drucki Fuckin Lubecki. Ogólnie zawdzięczamy mu budowę pierwszej sieci w miarę nowoczesnych dróg na terenach Polski like, ever.

Przez terytorium pierwszej Rzeczpospolitej przechodziło wprawdzie kilka ważnych europejskich tras handlowych, jak via Regia (odpowiadająca dziś autostradzie A4), ale to nie były drogi w takim znaczeniu, jak drogi rzymskie. Czy nawet średniowieczne drogi Świętego Cesarstwa Rzymskiego.

Nie były utwardzane, zmieniały przebieg po roztopach. Podróżnicy mieli nie tyle mapy, co spisy miejsc, w ktorych można się zatrzymać na drodze z Krakowa do Bizancjum.

Głównym oknem na świat był Gdańsk, budowę innych dróg olewano. Co się wiąże z naszą narastającą peryferyjnością – dla partnerów handlowych w Europie byliśmy krajem ZAMORSKIM, nawet jeśli ościennym.

Ojcem polskiego kapitalizmu jest minister skarbu w Królestwie Kongresowym, Drucki-Lubecki. Rozpętał wojnę celną z Prusami (co odcięło gdańską pępowinę), ale uzyskał dostęp do chłonnego rynku rosyjskiego.

Do tego potrzebne były nowoczesne drogi. Zaczął logicznie od łączenia Warszawy z resztą kongresówki. I równie logicznie wyprowadzał te drogi od jej rogatek.

To były pierwsze bite drogi na ziemiach polskich. Nazwano je „szosami” (zapożyczenie z francuskiego).

Pierwsza była szosa brzeska (a więc połączenie z Moskwą), pierwsza nowoczesna droga na polskich ziemiach. Dziś jej zachodni odcinek jest w Warszawie ulicą Grochowską, stoi przy niej obelisk, który pierwotnie informował, że tę drogę oddano do użytku w 1823 „z woli Alexandra nakładem narodowym” (potem napis zmodyfikowano).

Drucki-Lubecki wybudował też m.in. szosę nowoaleksandryjską (dziś: Puławska), szosę petersburską (dziś: Radzymińska) i szosę wolską (dziś: Wolska). Kiedy Polska odzyskała niepodległość, przez Warszawę w poszerzonych granicach JUŻ przebiegały szerokie arterie, wytyczane jak przy linijce (spróbowałem je nanieść na współczesną mapę).

W dodatku gdy formalnie były poza granicami Warszawy – to jednak obrastały tkanką nie tyle sprawlu, co biedoty marymonckiej, wolskiej czy grochowskiej. Dlatego gdy weszły do miasta, cieszyły się sławą miejsc, w których jeśli skończyło się tylko na mordobiciu, to miałeś brachu szczęście, ale na przyszłość szukaj guza gdzie indziej (z tej to Warszawy ród swój wywodzić mam honor)

„Szosy” Druckiego-Lubeckiego są dziś zazwyczaj dwucyfrowymi drogami krajowymi. Ich charakterytyczną cechą jest to, że biegną po prostych odcinkach, od miejscowości do miejscowości (np. Warszawa – Piaseczno – Góra Kalwaria). Czasem, gdy w XX wieku dodano obwodnicę, jeszcze widzimy „starodroże”, prowadzące prosto do centrum.

Dopiero od niedawna mamy alternatywę w postaci autostrad, albo ekspresówek tworzonych głównie przez poszerzanie starych „szos” (S8, S17). Za mojej młodości jeszcze jeździło się niemal wyłącznie nimi (tyle, że zamiast bruku był asfalt).

W Warszawie skutek był taki, że jeśli ktoś jechał z Berlina do Moskwy, dojeżdżał „szosą wolską” do rogatek wolskich, i potem już przez ścisłe centrum przebijał się do rogatek grochowskich. Tak było jeszcze gdy przyszedłem na świat!

W XIX wieku te rogatki zazwyczaj nie miały połączenia między sobą. W czasach transportu konnego to nie miało znaczenia, potrzeba obwodnic pojawia się razem z motoryzacją.

Najprostszym pomysłem wydaje się połączenie wszystkich rogatek. Coś w tym stylu częściowo prawie że istnieje, to Obwodnica Śródmiejska (brak jej domknięcia na Pradze).

W II Rzeczpospolitej tematu praktycznie nie ruszono, bo każda obwodnica w Warszawie wymaga dwóch mostów. A ze względu na skarpę, mosty albo wymagają kosztownej estakady, albo obsługują ruch hiperlokalny (Świętokrzyski).

Mosty spinające Obwodnicę Śródmiejską: Gdański i Łazienkowski, wybudowano w PRL. Tu się pojawił następujący problem: ze względu na skarpę, najprościej je budować w wąwozach. W efekcie układ dróg wyznacza nam nie tyle inżynieria ruchu, co pieprzona hydrologia!

Dopiero za rządów Platformy zaczęto w warszawskim węźle budować autostrady i ekspresówki zupełnie od zera, nie przejmując się zaszłościami sprzed stuleci. Dlatego węzeł Konotopa się przejeżdża bez sensacji, nowoczesność łączy się tam z nowoczesnością.

Legendarny węzeł Opacz to z kolei próba połączenia Tuska z Druckim-Lubeckim i Gierkiem jednocześnie (!). Nowicjusz tam zabłądzi nawet z GPSem („skręć w prawo” / „ALE W KTÓRE PRAWO??!?”).

A mnie w trakcie pisania notki dopadł Philosoraptorus Siskomus. Skoro szosę brzeską oddano w 1823, to zaczęli pewnie w 1821. Czy nie zbliża się właśnie okrągła dwusetna rocznica budowy nowoczesnych dróg na ziemiach polskich?

Wyznania powerpointofoba


Jak już tu parokrotnie pisałem (ale chyba w komentarzach, nie w notce?), jestem powerpointofobem. Lata spędzone w korporacji wyrobiły we mnie odruch emetyczny na widok „menadżera który na spotkaniu z zespołem pokazuje slajdy”.

Oczywiście, nie chodzi mi o niechęć do prezentacji jako takich. W końcu sam od kilkunastu lat mniej lub bardziej zawodowo się tym zajmuję.

Kiedy mowię młodzieży o DNA, pokazuję oczywiście obrazek, bo łatwiej podwójną helisę ze szkieletem fosforanowo-cukrowym i komplementarnymi parami nukleotydów pokazać niż opisać. Ale to ilustracja do moich słów, a nie zastępcza kartka, z której odczytam głosem swoje „przemówienie”.

Lider odczytujący slajdy to lider, które sam nie wierzy, w to o czym mówi. Używa prezentacji jako sposobu na uniknięcie dyskusji, bo najbardziej na świecie boi się w tym momencie pytania „ale jak pan, panie liderze, chce osiągnąć te świetlane cele”?”.

To było widać, kiedy liderzy Platformy przedstawiali pomysł na koalicję, która przyniesie 276 mandatów. Ich pomysł zakładał po prostu, że się to uda. Ale jak? Nie wiadomo do dzisiaj.

To samo było, gdy Trzaskowski pokazywał slajdy, jak to założy z Krzywnos „Nową Solidarność”. Po co? Z kim? Jak? Tego nie wiemy do dzisiaj.

Jeśli ktoś ma coś konkretnego do powiedzenia, robi konferencję prasową, na której jest gotów odpowiadać na pytania. Gdy robi pokaz slajdów to znaczy, że boi się pytań.

Osobiście nie zamierzam zaszczycać prezentacji Morawieckiego większą uwagą niż ta, którą przyznałem „Solidarności 276” Budki i Trzaskowskiego. Potraktuję to serio dopiero jeśli poznam odpowiedzi na konkretne pytania typu „jak zwalczać śmieciówki bez zwiększenia kompetencji inspekcji pracy”. Czyli nigdy, bo jakby znali odpowiedź, to by się nie chowali za slajdami.

Część propozycji mi się wstępnie podoba, jak choćby reforma podatkowa. Być może sam będę na niej stratny, ale obecny system jest po prostu idiotyczny (proszę spojrzeć na ten wykres).

Część budzi moje przerażenie, jak „budowanie domów bez pozwolenia”. Jakby w Polsce było jeszcze za ładnie!

Część to obietnice, które słyszymy od dawna. Ciągle ktoś robi slajd o odbudowie Pałacu Saskiego albo zwiększeniu nakładów na służbę zdrowia. Ile można?

Najbardziej szanuję takich polityków, którzy zamiast pokazu slajdów, działają. I szanuję ich także w partiach, na które nie głosuję.

Elżbieta Rafalska wprowadziła „500+” bez pokazywania nam slajdów, jaki fajny program kiedyś tam chciałaby zrealizować. Cezary Grabarczyk pokrył Polskę siecią dróg szybkiego ruchu, a jego poprzednik tylko w kółko pokazywał slajdy z tą samą mapką, z tymi samymi planami do zrealizowania (ale po roku byliśmy na tym samym etapie co rok wcześniej).

W rządzie ludzi, którzy potrafią dokonywać sprawnych, konkretnych działań, już po prostu nie ma – i chyba dostrzegają to już nawet wyborcy PiS. Morawieckiego i Trzaskowskiego pozornie różni bardzo wiele, ale jedno ich łączy – że gdyby mistrz Wajda kręcił o nich film, zatytułowałby go „Człowiek z prezentacji”.

Prywatnie traktuję więc ten cały „Nowy Ład” tak jak owe żelastwo, które udawało stępkę podczas prezentacji planu budowy promów. Z których wyszło to samo, co z planu budowy miliona samochodów elektrycznych. Albo z „Nowej Solidarności” Trzaskowskiego i Krzywonos. Notkę o tym piszę właściwie tylko po to, żeby ewentualna dyskusja trzymała się jednego miejsca – niech ten temat zostanie w Centralnym Lotnisku im Solidarności Baranów, tam jego miejsce.

Niech żyją Stany Zjednoczone Europy!

Jak wiedzą o tym bywalcy niniejszego bloga, jestem europejskim federalistą. Poprę w ciemno każdy projekt, który będzie silniej wiązać Polskę z Unią, bez względu jaka partia aktualnie rządzi Polską. Dłużej klasztora niźli przeora.

O co chodziło przywódcom Platformy Obywatelskiej w awanturze o Fundusz Odbudowy, nie potrafię zrozumieć. Zgadzam się z nimi, że jedność opozycji pozwoliłaby więcej uzyskać od rządu. Dlaczego w takim razie nie porozumieli się z lewicą?

Czy Budka i Trzaskowski mieli w ogóle jakiś pomysł? Chyba nie, bo jak mają pomysł, to robią z tego prezentację w Powerpoincie, że założą z Henryką Krzywonos „Nową Solidarność” i to im da 276 mandatów, rękę Gowina i pół królestwa.

Wygląda na to, że liderzy Platformy tak się przyzwyczaili do myślenia o sobie jako o „liderach opozycji”, że nie pomyśleli, że warto o tym powiadomić resztę opozycji. Może i mieli jakiś genialny plan, ale zachowali go w tajemnicy.

Jeśli ich plan polegał na tym, że rząd przegrywa głosowanie w sprawie Funduszu, Polska traci te pieniądze (przypomnę, że wszystkie kraje Unii obowiązywał deadline do 30 kwietnia) i od tego rząd upada dzięki głosom Gowina, Konfederacji i lewicy… to dobrze, że się nie udało. Jeśli chodziło o jakiś inny plan, to chyba nawet Tomasz Lis nie wie jaki.

Skąd pewność, że od przegranego głosowania upadłby rząd? Moim zdaniem spokojnie rządziłby dalej, codziennie przypominając wyborcom, ile pieniędzy stracili z winy opozycji (i nawet nie musiałby kłamać).

Rzadko zgadzam się w czymkolwiek z mecenasem Giertychem, ale zgadzam się z twitem, którym ilustruję niniejszą blogonotkę. W Funduszu Odbudowy najważniejsze dla mnie nie są same pieniądze, tylko silniejsze związanie Polski z Unią (i w ogóle Unii z Unią).

Morawiecki nie dostanie tych pieniędzy do ręki. Czeka go teraz przedstawienie szczegółówych planów wydatkowania unijnym ekspertom, z którymi uzgodnione będą kalendaria przekazywanie kolejnych transz w miarę osiągania „kamieni milowych”.

Jeśli nie będzie takiego osiągnięcia i wszystko ugrzęźnie w typowym pisowskim niedasizmie – niczym ten niepływający jacht SY „Polnische Wirschaft”, albo raport smoleński, albo rdzewiejąca od lat niby-stępka w Szczecinie, albo lotnisko im. Solidarności Baranów, albo milion elektrycznych karoserii – po prostu nie będzie kasy, a nawet trzeba będzie zwracać to, co przyszło przedtem.

Liberalni publicyści straszą, że PiS to wyda na kampanię przed wyborami w 2023. Nie wierzę w to – chyba że chodzi o „kampanię” w postaci poprawiania ludziom jakości życia. No ale wtedy…

Ja też wiem, że Orban i Kaczyński zbudowali swoją potęgę dzięki unijnym pieniądzom, ale to dotyczy innych programów. Rzeczywiście, w Unii czasami można dostać kasę „za nic”, np. za samo posiadanie rolnego hektara. To nie dotyczy Funduszu Odbudowy. Tutaj akurat bardzo łatwo powiązać wypłacanie kolejnych transz z takimi kwestiami jak praworządność.

Największym przegranym tego głosowania wydaje mi się minister Ziobro. Został z niczym.
Reżim zaczął już przegrywać sprawy nawet nie w normalnych sądach, ale także w tych atrapach, które sam stworzył. Interpretuję to tak, że już nawet oportuniści widzą, że z tym panem lepiej dalszej kariery nie wiązać.

Za sprawą tego funduszu Parlament Europejski i brukselscy urzędnicy zyskali większy wpływ na polskie sprawy. Borys Budka mówi o tym takim tonem, jakby to było coś złego.

Ja się cieszę! Zawsze marzyłem o Stanach Zjednoczonych Europy, w 2005 już było blisko, ten
fundusz daje nadzieję na powrót do tematu.

Nowe wybory już w 2023. Byłoby dobrze, gdyby do tego czasu opozycja powołała jakiś komitet koordynacyjny, który pozwalałby na uzgadnianie działań.

I mam nadzieję, że jak już taki komitet powstanie, liderzy Platformy do niego dołączą.

Czekając na Barbarossę


Gry Paradoxu mają to do siebie, że jak już poczujesz, że coś zacząłeś umieć – to znak, że nadchodzi update, po którym trzeba się będzie uczyć od nowa. W moim wypadku tak jest z „Hearts of Iron 4”.

Nadchodzi przewalająca wszystko modyfikacja z okazji rocznicy planu Barbarossa. Z tej okazji podzielę się swoimi doświadczeniami dotyczącymi poprzednich wersji (1.8-1.10). Z pewnością się zdezaktualizują, bo dużą przerobkę ma przejść kraj, którym gram najchętniej – Polska.

Jak już pisałem, Polska ekscytuje mnie nie tylko z powodów patriotycznych, ale także dlatego, że wydaje mi się unikalnym krajem, który może powstrzymać dwóch największych zbrodniarzy dwudziestowiecznej Europy. Gram więc nie żeby wygrać, tylko żeby powstrzymać dwa ludobójstwa.

Gdy gram jako Czechosłowacja, mam pewne sukcesy – ale w powstrzymywaniu Hitlera. Stalin w takim scenariuszu pozostaje neutralny i dalej sobie bezkarnie morduje.

Moje dotychczasowe gry szły zgodnie ze scenariuszem, w którym wypinam się na alianckie gwarancje i buduję sojusz Międzymorza. Przed wersją 1.9 udawało mi się wciągnąć Grecję, a raz nawet Turcję, ale to chyba zablokowano w dodatku „Battle for the Bosporus”.

Inne kraje też niechętnie wchodzą w sojusz, ale dodatek „La Resistance” stworzył mechanikę „agencji wywiadu”. Agenci mogą wywierać „nacisk dyplomatyczny”, dodając 20 punktów do chęci wejścia w sojusz. To wystarcza na Finlandię, Bułgarię, Jugosławię i oczywiście Rumunię.

Dodatkowo przy pomocy agentów w Czechosłowacji uruchamiam wojnę domową, tak wycelowaną, żeby ruszyła akurat między Monachium a „wzięciem Hachy pod pachę”. Na początku 1939 na mapie pojawia się więc „Królestwo Bohemii”, będące de facto Słowacją.

Węgry walcuję za odrzucenie Trianon i ustanawiam rząd marionetkowy. Estonię dołączam przez fokus. I na czele takiego sojuszu rozwalam Stalina i Hitlera.

Oczywiście, nie obu na raz. We wszystkich grach oddawałem Niemcom Gdańsk i Pomorze, przez co Hitler ruszał na Francję już w grudniu 1939. No trudno, nie będziemy umierać za Miluzę.

Początkowo bałem się ataku Stalina, starałem się go odwlekać m.in. zawierając pakt o nieagresji. Wojna i tak ruszała najpóźniej w kwietniu 1940.

Teraz wiem, że to nie ma sensu. Stalina należy prowokować, im szybciej zaatakuje, tym silniej jego armia będzie odczuwać skutki wielkiej czystki.

W grze, z której pochodzi skrin, Stalin uderzył w październiku 1939. Jest czerwiec 1940, za chwilę Mazowiecka Brygada Kawalerii wkroczy do Moskwy.

Zupełnie odpuściłem wojska pancerno-motorowe. Polska nie ma czasu na ich stworzenie. Pierwszą dywizję pancerną zrobiłem ze zdobycznego sprzętu już po kapitulacji ZSRR.

Rozwijałem za to lotnictwo, bo w pierwszych grach Sowieci bezkarnie bombardowali mi miasta. Ale nawet traktując to priorytetowo, do końca wojny z ZSRR jestem w stanie wystawić ze 300 w miarę nowoczesnych samolotów (PZL Jastrząb i Kania). To wystarcza do obrony Warszawy, ale nie na front wschodni.

ZSRR skapitulował w styczniu 1941, miałem więc 3 miesiące na przerzucenie dywizji z Uralu do Wielkopolski. Niemcy uderzają w kwietniu 1941. I wtedy mają 2000 samolotów, więc znowu używam swojego lotnictwa głównie do obrony miast.

Niemcy są początkowo przeciwnikiem groźniejszym niż ZSRR. Ruszają na mnie z grubsza tym co mieli w Barbarossie. Po jakimś czasie jednak Anglicy robią desant we Francji i to jest dla mnie moment do kontrataku (nadal głównie kawalerią).

Stosuję nietypowe formaty dywizji, bo leczę kompleksy. Chcę być Polską dla odmiany wreszcie przygotowaną do wojny.

Skoro wiem, że nieprzyjaciel będzie miał przewagę lotniczą i pancerną – nasycam jednostki działami AA i AT. Mam też supportowy „maintenance”, żeby samemu mniej tracić + pozyskiwać zdobyczny sprzęt.

Wojna ze Stalinem to 1939/1940, z Hitlerem 1941/1942. Na tym etapie wystarczają dywizje 20w (change my mind). Potem powinienem ruszyć na Japonię i pomścić ofiary Nankinu, ale brak mi motywacji, zwykle już nie kontynuuję tego sejwa (w każdym razie, w Azji też wystarczy 20w i to raczej low-tech, a więc znowu kawaleria).

Leczenie polskich kompleksów wychodzi mi znakomicie, bo mam taki udział w wojnie z Niemcami i Włochami, że po konferencji pokojowej ich też marionetkuję. Polska w 1942 wyłania się więc jako supermocarstwo potężniejsze niż ZSRR w 1945. Behold the mighty Międzymorze!

Ciekawe, czy to będzie do powtórzenia w wersji 1.11…

Przemoc i przemocowość

Do najważniejszych nowych słów, które w ostatnich latach usłyszałem od młodego pokolenia, należą „przemocowość/przemocowy”. Moje wyrastało w świecie, w których tych słów po prostu nie było.

Do dziś są dla mnie tak egzotyczne, że na przykład nie umiałbym powiedzieć po angielsku „to było przemocowe środowisko”. No bo przecież nie „violent”?

Jak bardzo świat się zmienił pod tym względem, uświadomił mi pożegnalny felieton Krzyśka Vargi. Opisywał on nostalgicznie złotą erę mediów przypominając jednocześnie, że elementem tej złotej ery był rzucanie przez kierownictwo (z pokolenia boomerów) w nas, czyli w Gen X, rozmaitymi przedmiotami, jak popielniczka czy chociaż „paczka goldenów”, albo „opierdalanie od góry do dołu”.

Milenialsi i zoomerzy odebrali te wspomnienia z zaskoczeniem. Dla mnie nic nowego.

Wprawdzie niczym we mnie nie rzucano, ale to może wynikać po prostu z tego, że konsekwentnie unikałem ścieżek awansu (Varga podkreśla, że te przyjemności zawdzięczał „swemu w pewnym momencie prominentnemu stanowisku kierowniczemu”). Zamiast się wykłócać na kolegiach, zawsze wolałem być po prostu kimś, u kogo się zamawia, powiedzmy, 5000 znaków na pojutrze.

Moje pokolenie wchodziło w kapitalizm w przekonaniu, że tak to po prostu działa. Kto zakłada firmę, ten ustala panujące w niej zasady (choćby polegające na rzucaniu różnymi przedmiotami w podwładnych).

U mnie to się nakładało na odczuwany lęk przed fizyczną zagładą. Kapitalizm to ustrój, w którym można wylądować pod mostem i umrzeć z głodu – tak myślałem (nie bez pewnych podstaw, u licha!).

Myślałem też, że życie w społeczeństwie wymaga Dostosowywania Się Do. Znów, nie bez podstaw, zresztą dalej tak myślę, ale dziś nie widzę tego tak jednostronnie. Od społeczeństwa też przecież można wymagać.

Na usprawiedliwienie Gen X mam tyle, że to w dużym stopniu my wprowadziliśmy ustawy, do których dziś się mogą odwoływać milenialsi i zoomerzy. Polski kodeks pracy do europejskich standardów dostosowywał w dużym stopniu jeden facet – poseł Cezary Miżejewski, mój znajomy i (prawie) rówieśnik.

Ale wprowadzenie tych ustaw oznacza, że to właśnie Społeczeństwo postanowiło, że zakład pracy czy szkoła podlegają specjalnym zasadom. Nie są speluną dla wyrzutków, w której każdy musi się liczyć z ryzykiem uczestniczenia w mordobiciu.

Relacje przełożony/podwładny albo nauczyciel/uczeń podlegają specjalnym regulacjom prawnym i „opierdalanie od góry do dołu” te regulacje narusza. W zasadzie to rozumieliśmy, bo to my te regulacje wprowadzaliśmy – ale nie rozumowaliśmy w takich kategoriach. Nasi nauczyciele w czasach PRL przecież byli jeszcze bardziej przemocowi wobec nas.

Nasz rezydentny katolicki fundamentalista, p. Worek Kości zasugerował ostatnio, że na nadejście pokolenia negatywnie wartościującego „przemocowość” trzeba będzie długo czekać. Ale ono już tu jest.

Jasne, nie całe. Ale to już jest znacząca opcja. Podziały polityczne młodzieży biegną jakby za i przeciw betryzacji, Razem vs Konfederacja, niemalże fifty-fifty.

Świat elitarnych dziadersów, rzucających wulgaryzmami przy cygarach, wódeczce i ośmiorniczkach (uogólnionych Radosławów Romanów Obajt-Morawieckich) ich nie interesuje. Ani tych z lewej, ani tych z prawej.

I bardzo mnie to cieszy. Chociaż mentalnie do świata dziadersów należę, nie będę za nim płakać.

Poradzę sobie bez niego. Gdybym chciał wracać do mediów, znajdę sobie kogoś, kto ode mnie kupi te 5000 znaków. A jak nie znajdę, będę się utrzymywać z czego innego.

Na moim blogu – jak to wielokrotnie mi zarzucano – relacje w komentarzach są przemocowe. I zostaną. Mój blog to JEST speluna dla wyrzutków, w której każdy musi się liczyć z ryzykiem uczestniczenia w flejmie.

Żadna ustawa na razie tego nie zabrania. Zoomerzy może kiedyś taką wprowadzą, wtedy trudno, znajdę sobie inne hobby (o ile dożyję).

Póki co, mój blog nie jest firmą, nie wchodzę na giełdę, nikogo nie zatrudniam, nie mam ISSN, wszystko opłacam z własnej kieszeni – więc uważam, że mam prawo mówić „jako założyciel i właściciel, ustanawiam reguły”. Naszą (w tym moją) ogromną naiwnością 30 lat temu było jednak patrzenie na wszystkie relacje w ten sposób.

Byliśmy głupi. Ale jednak zmieniliśmy pod tym względem świat na lepsze.