Robiłem niedawno w Polityce coming out jako nie tyle może bonapartysta, co rzeckista. Jestem w wieku książkowego starego subiekta, identyfikuję się z nim z pewnością bardziej niż z Wokulskim. Nie umiem sobie siebie wyobrazić jako bogacza.
Pod jedną z poprzednich notek obrażono moje uczucia bonapartystyczne, że niby lepiej by było, gdyby terytorium dzisiejszej Polski pozostało pod zaborami pruskim i austriackim, bo by nas skanalizowali i uregulowali nam rzeki. A więc precz z Bonapartem, bo przez niego Kongresówka.
Zacznę od tego, że podobnie jak lemowskie smoki, Bonaparte może istnieć na wiele sposóbów. Skupmy się na dwóch.
Mogłoby go nie być wcale, w sensie że zmarł w dzieciństwie, albo (inspirująca literacko alternatywna ścieżka!) rojalistyczny zamach stanu z 1795 zakończył się sukcesem. Historycznie Napoleon uratował wtedy Republikę, ale wystarczyło że jedna kula poleciałaby trochę inaczej.
Taki całkowity brak Napolena (nonapartyzm na pełnej) to straszliwa dystopia. Bez Bonapartego Rewolucja poniosłaby całkowitą porażkę, jeśli nie w 1795 to 1797. Jakobini tak zdążyli skompromitować ideę demokracji, że rojaliści zaczęli wygrywać w wyborach (co zmusiło Barrasa to zrobienia „fructidora”).
Nonapartyzm to straszna alternatywna ścieżka historii. Cała Europa wyglądałaby jak carska Rosja. Wojny napoleońskie zmusiły pokonane państwa do liberalizacji. Legendarne „Prusy jako państwo prawa” narodziły się w odpowiedzi na porażkę „czwartej koalicji”. Francuska armia nastawiona na modernizację uzbrojenia oraz merytokrację („każdy żołnierz z buławą w tornistrze”), starła się z pruskim skansenem, w którym dowódcą było się z racji wysokiego urodzenia, a uzbrojenia nie modernizowano zaś od prawie stu lat, bo po co. Wymuszona przez Napoleona modernizacja państwa pruskiego była heglowskim „końcem historii”.
Pod koniec 18. wieku Austria była nadal częścią HRE, tworu rozpaczliwie wtedy już anachronicznego. Tłamsił gospodarczy rozwój Europy, utrzymując średniowiecze przywileje, typu „eksport z kraju X musi przechodzić przez miasto Y”. Niszcząc HRE, Napoleon z kolei wymusił modernizację na Habsburgach.
Alternatywna historia innych państw też wygląda strasznie. Nie powstaje dynastia Bernadotte (bo jak?), kraje nordyckie pozostają więc monarchiami absolutnymi. Socjaldemokracja nie ma jak wygrać wyborów, zresztą i tak jej nikt nie założył. Przecież w nonapartyzmie nie ma Marksa, a przynajmniej nie pod tym nazwiskiem. Nie ma kodeksu Napoleona, a więc nie ma emancypacji Żydów, a więc Hirsz Lewi nigdy nie wychodzi z getta i nie posyła syna na studia do Berlina.
Ktoś może by w końcu napisał „Kapitał”, ale znacznie później, bo i burżuazyjne rewolucje zaszłyby później. A może wcale? Średniowieczne stosunki produkcji dotrwałyby na kontynencie europejskim co najmniej do roku 1900 (i tak przecież dotrwały ich resztki gdzieniegdzie, choćby w Rosji).
Trudno sobie wyobrazić odzyskanie przez Polskę niepodległości w takim scenariuszu, bo w ogóle pojawienie się na mapie łańcucha państw od Finlandii po Rumunię wymagało serii niezwykłych zbiegów okoliczności. Które i tak by nic nie dały, gdyby nie idea demokratyczna buzująca na kontynencie przez całe stulecie – w nonapartyzmie zduszona w kołysce.
Gdy Polacy odczuwają nostalgię za zaborami pruskim lub austriackim (jak panowie E-E w owych komciach), tęsknią za tymi Prusami i Austrią, które Napoleon stworzył pod Jeną i Austerlitz. Czyli tymi, w których mityczny młynarz z Sans Souci mógł wygrać w sądzie z monarchą. Nie szkodzi że to nieprawda, te legendy wymyślono właśnie żeby kontrować tęsknotę za kodeksem Napoleona.
To nas prowadzi do innego sposoby nieistnienia Cesarza Francuzów – do nonapartyzmu lite (by nie rzecz wręcz, leger). W nim Napoleon ratuje Rewolucję, dokonuje pod Jeną i Austerlitz heglowskiego „końca historii”, ale z jakiegoś powodu w Tylży w 1807 jest pobłażliwy wobec pokonanych (ktoś go podtruwa? może Talleyrand?). Granice zaborów zostają jak w 1795, nie powstaje Księstwo Warszawskie, a więc po jeszcze bardziej nieuchronnej klęsce Bonapartego, nie ma powodu by tworzyć namiastki polskiej autonomii.
Ten scenariusz to nadal horror. Ze względu na tę całą moją bijografistykę, przeczytałem historie różnych polskich miast. Okres 1795-1807(9) wszędzie jest wymieniany jako lata upadku. Chętnie poznam kontrprzykład, jeśli ktoś z PT komcionautów wie, że to akurat była Złota Era Mycisk.
Nawiasem mówiąc, historycy mają proste kryterium odróżniania ery złotej od ery brązowo-woniejącej. Czasem się stawia nowe szpitale, szkoły, mosty itd, czasem się je zamyka/burzy z powodu braku środków na utrzymanie. Według tego kryterium, większość (wszystkie?) miasta w Polsce mają najlepszą epokę od czasów jagiellońskich.
Pierwotną przyczyną upadku było po prostu to, że Lublin, Warszawa czy Olsztyn przestały być regionalnymi ośrodkami administracyjnymi, stały się zadupiem na końcu mapy, z którym centrala w Wiedniu czy Berlinie sama nie wiedziała co począć. Część z tych miast odżyła dzięki wymuszeniu na kongresie wiedeńskim utworzenia namiastek polskiej autonomii, wliczając w to Wielkie Księstwo Poznańskie. Nostalgia za pruskim albo austriackim zaborem to nostalgia za czymś, co powstało w wyniku Kongresu Wiedeńskiego i/lub Wiosny Ludów, a więc znów pośrednio za sprawą Napoleona.
Na czele tych namiastek autonomii często stali polscy patrioci, którzy walczyli w zaborcami z bronią w ręku – a po kolejnej porażce słusznie uważali, że trzeba budować gospodarcze podwaliny na przyszłość. Często byli to weterani, no cóż, znów napoleońscy. Typowy przykład to ekipa Zajączek – Staszic – Rembieliński – Drucki-Lubecki, której zawdzięczamy Łódź, SOP i sieć dróg krajowych.
Nie pretenduję do miana Znawcy Polskiej Historii Jako Takiej, więc chętnie poznam kontrprzykłady. Czy znajdzie ktoś przykład miasta, które (a) było w Polsce do 1772 (b) zaznało rozkwitu w XIX wieku z pominięciem postnapoleońskich struktur autonomii?
Miasta wcielane bezpośrednio do państw zaborczych przeżywały zazwyczaj upadek, z którego wychodzą dopiero dzisiaj: zaborca wyznaczał im rolę prowincjonalnej dziury, w której w nic nowego nie inwestowano, za to rozsypywały się średniowieczne katedry i zamczyska, pamiątki dawnej chwały. Coś przegapiłem? Tylko zanim ktoś wyskoczy z okrzykiem „Katowice!”, proszę przyjrzeć się OBU WARUNKOM.
Krótko mówiąc, wiele zawdzięczamy Bonapartemu. Polska wyglądałaby dużo gorzej w scenariuszach nonapartyzmu „full” jak i nonapartyzmu dietetycznego. Ponadto w obu prawdopodobnie w ogóle nie wraca na mapę, podobnie jak większość (wszystkie?) państw położonych na styku dziewiętnastowiecznych mocarstw. Choćby taki Mariampol był ośrodkiem litewskiego odrodzenia narodowego właśnie dlatego, że było to jedyne litewskie miasto, na terenie którego obowiązywał Kodeks Napoleona – więc stójkowy nie mógł tak po prostu przechodnia wziąć do kozy za używanie „dialektu żmudzińskiego” w miejscu publicznym.
Czy to dobrze że te państwa istnieją? Zachód jest pełen onuc, które tak twierdzą. Polska prawica się do nich umizguje, mimo swojego deklarowanego „patriotyzmu”.
Mój patriotyzm jest lewacki – to miłość do polskiej kultury. Cieszę się, że Polska się odrodziła, bo dzięki temu różni moi ukochani pisarze i filmowcy mogli tworzyć swoje dzieła w naszym pięknym języku. I już choćby to czyni mnie bonapartystą-rzeckistą.

