Naszpikowanie technologiami


W komentarzach pod poprzednią notką pojawił się Nieuchronny Offtopic – tym razem motoryzacyjny. Poświęcę mu więc notkę dedykowaną niczym obsługa Pendolino.

Otóż jak wiedzą blogobywalcy, jestem (niestety) petrolheadem. W dzieciństwie moimi najukochańszymi zabawkami były tzw. żelaźniaki. I to mi się nie zmieniło do dorosłości.

Raz na jakiś czas zdarza mi się coś tak absurdalnie nieopłacalnego, jak zakup nowego samochodu. Nie będę tego racjonalnie uzasadniać, po prostu od kiedy dowiedziałem się (z filmu „Christine”, bo skąd?) o istnieniu „zapachu nowego samochodu”, marzę by go czasem poczuć.

Dziś prędzej go kupię w sprayu (podobno są takie). Na rynku nie widzę ciekawych ofert. Prawie wszystkie SUVy oferowane w Polsce to teraz hybrydy albo elektryki.

Elektryki mnie nie pociągają, bo w Polsce samochód na prąd to de facto samochód na węgiel, uzasadnienie ekologiczne u nas jest więc kruche. Do tego SUV to samochód, którym w wakacje chciałoby się spędzić trochę czasu na pustkowiach – tam krótki zasięg będzie dyskwalifikującym problemem.

Z hybrydami jest niewiele lepiej, bo po pierwsze, oszczędność paliwa jest symboliczna. A po drugie, dochodzi nam kolejny silnik i bateria, a więc kilkadziesiąt kilogramów, zawierających minerały wydobywane przez niewolników w Kongo. Nie wiem, czy to bardziej etyczne i ekologiczne.

O ile mniej więcej rozumiem, dlaczego firmy motoryzacyjne wycofują się z benzynowych silników – presja regulacyjna, no trudno – to nie rozumiem innego zjawiska. Dlaczego tak trudno dziś znaleźć samochód bez cyfrowych gadżetów?

Copywriterzy portalu gazeta.pl co drugi samochód reklamują tym samym hasłem – „SAMOCHÓD NASZPIKOWANY TECHNOLOGIAMI NIE MUSI BYĆ DROGI. PRZEŚWIETLILIŚMY OFERTĘ. CENA? DOBRA!”.

Ostatnio dla większego zróżnicowania ceny bywają też „rozsądne”, ale początkowo były wyłącznie „dobre”. Nie zmienia się tylko to cholerne naszpikowanie.

Pytam całkowicie serio tych z was, którzy też lubią wspomniany zapach: czy kiedykolwiek kierowaliście się „naszpikowaniem technologiami” jako argumentem za zakupem? Staliście przed wyborem „marka X czy Y” i o wyborze zadecydował wodotrysk typu „polecenia głosowe”?

Mam na myśli realne, konsumenckie wybory. Konkretne decyzje zakupowe, a nie włączenie się do jednej z debat piwniczaków o wyższości maybacha nad bentleyem.

Do „killer ficzerów”, decydujących o wyborze tego a nie innego samochodu w moim przypadku należy na przykład to, że siedzenia Forestera rozkładają się tworząc płaską powierzchnię. Można na tym położyć materac i jest fajniej niż w namiocie.

W praktyce oczywiście, jak typowy kierowca SUVa, częściej wykorzystuję to do transportu płaskich pudeł z IKEI niż do biwakowania w głuszy, ale to też ważne zastosowanie. I nie zamieniłbym go na „naszpikowanie technologiami”.

Dlaczego firmy motoryzacyjne stawiają na „szpikowanie”, tego już nie rozumiem. Domyślam się, że jedną z odpowiedzi są koszty – taniej jest dołożyć nową funkcję do komputera (który i tak musi być), niż zaprojektować i wdrożyć przestronny szyberdach, wygodne fotele czy praktyczny schowek na okulary.

Ale to nie tłumaczy wszystkiego! Przecież za szyberdach i tak się dopłaca (przynajmniej w subaru). Te koszty można przerzucić na klienta i na takich opcjonalnych dodatkach pewnie są największe marże.

Wśród PT komcionautów niektórzy twierdzą, że pracują w pokrewnych branżach. Czy wy coś z tego rozumiecie?

Dla mnie uboczny skutek jest taki, że firmy motoryzacyjne straciły we mnie klienta. Przez większość mojego życia zawodowego marzyłem o takim czy innym samochodzie. Była to dla mnie istotna motywacja do pogrążania się w matczako-seniorowej kulturze zapierdolu.

Ta motywacja zniknęła (co ma przełożenie na różne moje decyzje życiowe). Nowe modele są dla mnie odpychające.

Mam zapłacić za kamerę, która będzie mnie non stop inwigilować, rzekomo dla mojego dobra? Spadajcie.

Mam kupić samochód, który wymaga ciągłej łączności z Internetem, więc zacznie źle działać, gdy stracę zasięg na jakimś malowniczym odludziu? Wypchajcie się.

Ogólnie nie narzekam, bo rozumiem, że i dla planety, i dla mnie osobiście będzie lepiej, jeśli się pozbędę tych marzeń. Jedyny ekologiczny samochód to samochód niewyprodukowany.

Dziwi mnie po prostu kierunek rozwoju i język reklam. To jakby restauracja chwaliła się nie tym, że ma smaczne dania – tylko że jest „naszpikowana technologiami”. Widząc takową, wybiorę kebaba za rogiem.

Niech żyje Federacja Europejska!

Rzadko reklamuję tu swoje felietony, najnowszy jest jednak dla mnie bardzo ważny. Wracam w nim do tezy, którą już parę razy wyrażałem w social mediach, m.in. na blogu – ale jest dla mnie tak ważna, że w poszukiwaniu mocnych argumentów pojechałem do biblioteki.

Nim przejdę do meritum, uwaga metodologiczna. Może niepotrzebnie się fatygowałem, może to wszystko jest już zdigitalizowane i da się wyguglać?

Konkretne pytania: czy da się znaleźć pełny tekst projektowanej konstytucji Związku Polski i Czechosłowacji? Ja go znalazłem w trzytomowej „Polityce” Strońskiego, a to o tyle ważne, że ten projekt wprost mówił o zrzeczeniu się suwerenności Polski jako jednego z celów politycznych rządu londyńskiego.

Polscy politycy w emigracyjnych władzach byli federalistami. Nie chodziło im o „unię niepodległych państw”, ale o związek, na rzecz którego państwa członkowskie bez żadnego to-tamto zrzekają się suwerenności.

Ja też jestem federalistą – tak jak komendant Powstania Warszawskiego Tadeusz Bór-Komorowski, socjalista Adam Ciołkosz, narodowiec Stanisław Stroński. Z podobnych powodów.

Pisowcy uwielbiają ekscytować się „geopolityką”, rozumianą jako oglądanie filmików o tym, że Chiny to, a Rosja tamto. Umyka im najważniejsze.

Od kiedy Karol Wielki podzielił swoje imperium na część zachodnią, wschodnią i środkową – trwa nieustająca wojna (z krótkimi przerwami) między wschodnią a zachodnią o podział środkowej (od jej pierwszego władcy zwanej niegdyś Lotaryngią). Proszę sprawdzić samemu: między traktatem z Verdun (843) a 1945 to nieustanna wojna, z okresami pokoju trwającymi maks 50 lat.

Od traktatu z Verdun Europa zawierała już wiele traktatów pokojowych, mających tę wojnę zakończyć. Konstancjański, wormacki, westfalski, wiedeński, wersalski… żaden nie był jednak tak trwały jak traktat rzymski, tworzący podwaliny Unii Europejskiej. Dawajta kontprzykłady, jak się nie zgadzata.

Na liście 11 oficjalnych ojcow założycieli aż 9 pochodzi z dawnej Lotaryngii (w rozumieniu traktatu z Verdun). Pozostali dwaj to Churchill i Monnet.

Dla Spaaka, Spinelliego, Schumana czy Adenauera najważniejsze było to, żeby ich rodzinne miasta przestały już stawać w płomieniach, bo Berlin ruszył na wojnę z Paryżem (albo odwrotnie). To ich zbliżyło do federalistów wschodnioeuropejskich, których motywacje były podobne.

Kraje naszego regionu pojawiły się na mapie głównie dzięki traktatowi wersalskiemu i niezbyt długo się cieszyły suwerennością. Takie już nasze geopolityczne przekleństwo – między Rosją a Niemcami nie ma miejsca dla solistów.

Polska we wrześniu 1939 nie była całkiem samotna, ale nasze traktaty okazały się niewiele warte. Dobry traktat obronny musi ograniczać suwerenność państw członkowskich np. poprzez podporządkowanie ich armii wspólnemu sztabowi.

Pisowska propaganda teraz często mówi o „Europie Schumanna”, od której Unia rzekomo odeszła. Premier Morawiecki napisał w liście do przywódców UE, że niepokoi go „stopniowe przeobrażanie się Unii w podmiot, który miałby przestać stanowić sojusz wolnych, równych i suwerennych państw, a stać się jednym, centralnie zarządzanym organizmem”.

To ja po prostu zacytuję deklarację Schumanna z 1950: „Europa nie powstanie od razu ani w całości: będzie powstawała przez konkretne realizacje (…) Umieszczenie produkcji węgla i stali pod wspólnym zarządzaniem zapewni natychmiastowe powstanie (…) pierwszego etapu Federacji Europejskiej”.

Od samiusieńkiego początusieńku chodziło więc o to, żeby stopniowo przekształcać „sojusz suwerennych państw” w federację. Która była dalekosiężnym celem Schumanna, Spinelliego, Churchilla – oraz Arciszewskiego, Sikorskiego, Bora-Komorowskiego.

I celem nie było stworzenie samej tylko unii celnej, ale sprawienie, żeby wojna między krajami członkowskimi była „nie tylko nie do pomyślenia, ale i fizycznie niemożliwa”. Tego się nie da osiągnąć bez rezygnacji z suwerenności.

Każda europejska granica po obu stronach ma jakieś mniejszości. Jedyny sposób, żeby hasło „ciemiężą naszych rodaków!” nie prowadziło do wojny – to zadbanie, żeby wszyscy mieli równe prawa. Czyli w praktyce narzucenie wspólnych standardów sądownictwu.

Jeśli Morawiecki proponuje Unii „powrót do źródeł” – to proponuje powrót do pierwotnego federalizmu. Przedstawiając to swoim wyborcom jako „obronę suwerenności” pokazuje po raz kolejny, że ma swoich wyborców za bandę idiotów.

Podkast pod kocem

Bez większych fanfar wróciłem do roli podkastera. Pierwszy sezon jest dostępny w Audiotece – czy będą następne, czas pokaże.

Nagrywałem to w lipcu. Nie mam do dyspozycji profesjonalnego studia, więc wyglądało to gorzej od schowka na szczotki.

Gdybym był influencerem żyjącym z donejtów, wrzuciłbym na TikToka filmik „making of”, a dla czołowym donejtonautów zaoferowałbym być może zdjęcia jako NFT. Wyglądało to bowiem tragikomicznie.

Niczym w dziecięcej zabawie, zbudowałem sobie namiot z kocy rozpiętych na krzesłach. Pod kocami na jednym taborecie stał mikrofon (przy okazji odkryłem, że się świeci na niebiesko, bardzo praktyczne!), na drugim makbuk (w którym z kolei w takiej sytuacji bardzo się przydają podświetlana klawiatura i touchbar).

Żeby moja konstrukcja nie wkurzała współdomowników, musiałem odczekać, aż będę miał tzw. wolną chatę. Jeśli więc drugi sezon miałby powstać, to albo w następne wakacje – albo jednak jak znajdę sobie studio. Nie chce mi się jednak na razie o tym myśleć ze względu na mój odwieczny problem: permanentny brak wolnych mocy przerobowych.

Są podobno ludzie, którym nagranie czegoś takiego zajmuje tylko tyle, ile to nagranie trwa. Ja niestety do każdego takiego nagrania najpierw się przygotowuję, robiąc sobie różne notatki – potem to nagranie, które ostatecznie wysyłam, jest w rzeczywistości „podejściem numer 23141”.

W praktyce więc nie jestem w stanie wyprodukować więcej niż jednego takiego podkastu dziennie. W tym sezonie są ze dwa takie, które nagrywałem jako drugie danego dnia – i to drugie nagranie zajmowało mi dużo więcej pracy, a z końcowego efektu jestem mniej zadowolony.

Z tego powodu na razie w ogóle nie planuję typowego podkastu ani tym bardziej vloga, że ktoś „mówi jak jest” i apeluje o donejty. Nie miałbym siły na łączenie tego z innymi obowiązkami.

Audioteka zaproponowała mi współpracę, kiedy spadła moja audycja w TOK FM. Całkiem słusznie założyli, że zdjęcie audycji oznacza pojawienie się nowych mocy przerobowych.

Wtedy jeszcze ciągle miałem etat w Agorze. Głupio mi było rozpocząć otwartą współpracę z firmą, było nie było, konkurencyjną. Agora przecież też cały czas rozwija swoje podkasty.

Niby nic by mi nie mogli zrobić (ta afera z nieudaną próbą zwolnienia dobitnie pokazała, że w ogóle nic nie mogli), ale wydawało mi się to jakieś takie nieeleganckie. To są te skrupuły, których nie mają korporacyjni menadżerowie, ale mamy je niestety my, ich chłopi pańszczyźniani.

Usiłowałem więc uzyskać zgodę na robienie tego w formie jakiejś współpracy międzykorporacyjnej. W końcu bywały takie precedensy.

Nikt nie chciał podjąć decyzji ani na tak, ani na nie. Odsyłano mnie od prezesa Annasza do dyrektora Kajfasza. Wiem mniej więcej, kto tutaj miał moce decyzyjne, ale ta osoba jakby zapadła się wtedy pod ziemię.

Nie wiem, jak to jest w innych firmach. W Agorze jest tak, że menadżerowie unikają nieprzyjemnych decyzji. Trochę jak w „Edenie”, gdy dubelt tłumaczy założenia ustrojowe swojej planety, że „izolomikrogrupa samociąg nie przymus”.

Czyli: nikt ci nie powie, że nie dostałeś zgody na podkast. Każdy ci tylko powie, żebyś zapytał kogoś innego. I w ten sposób decyzja podejmie się sama, bo w końcu się zmęczysz.

Był to dla mnie jeden z impulsów pchających mnie do odejścia. Bardzo mi to dobitnie pokazało, że w Agorze nie ma miejsca na rozwój i progres – tylko na zwój i regres, ciągłe oczekiwanie, co teraz jeszcze mi skasują, zabiorą, obniżą, pogorszą.

Trochę się jednak woziłem z tą decyzją. Jakże byłem uradowany, gdy się okazało, że Audioteka po prostu cierpliwie na mnie czekała!

Gdy rozmawialiśmy o tym po raz pierwszy, nie chodziło jeszcze o Lema. Ogólna formuła miała być taka, że mówię o swoich ulubionych książkach. Zapewne tak by wyglądał ewentualny następny sezon, jeśli kiedykolwiek powstanie.

Dużo się przy produkcji tego pierwszego nauczyłem. Na przykład: że nie muszę tak bardzo fetyszyzować nagrywania longiem, w jednym podejściu – i tak przecież potem jest postprodukcja.

Mam jednak obsesję na punkcie tego, żeby to brzmiało naturalnie, jak wykład, a nie odczyt. Mam nadzieję, że mi się to udało. Zapraszam do wysłuchania – może wizja pięćdziesięcioparoletniego faceta siedzącego pod kocem i gadającego do świecącego krzesła umili wam tę ucztę.

Ziemkiewicz na granicy


Szkoda mi Ziemkiewicza, bo taka przygoda na lotnisku to żadna przyjemność. Pamiętam jednak jego obrzydliwą reakcję na aresztowanie Elżbiety Podleśnej – nie liczcie, drodzy blogonauci, że tacy „obrońcy wolności słowa” jak Ziemkiewicz czy Janecki będą bronić was. Cóż, karma jest plażą.

Poglądy głoszone przez Ziemkiewicza wykraczają poza „okno Overtona”, czyli zakres dopuszczalnych poglądów w krajach cywilizowanych. Oczywiście, ilekroć rzuci czymś w rodzaju „do LGBT należy strzelać”, albo powie coś o „parchach” czy o „micie Holocaustu”, albo o „islamskich najeźdźcach i barbarzyńcach”, dodaje coś w rodzaju, że to była metafora, żart, krotochwila, hiperbola, że wyrwano z kontekstu – ale na Zachodzie to jest słaba linia obrony.

Taka obrona od biedy może się utrzymać, gdy naprawdę chodzi o JEDEN żart. Ziemkiewicz z takich sformułowań zrobił sobie jednak intratny model biznesowy – tego oczekują jego odbiorcy, żeby znowu coś palnął „ostro”, a nawet „mocno”.

Popyt wymusza podaż, więc Ziemkiewicz rzuca tymi swoimi „niepoprawnymi politycznie” niby-żartami, zbrojny w poczucie bezkarności w Polsce. Zwłaszcza rządzonej przez prawicę.

Wystarczy jednak przekroczyć most na Odrze, Olzie czy Nysie Łużyckiej, albo co gorsza bramkę na lotnisku – i ta bezkarność znika. To jest cena, z którą musi się liczyć taki seryjnie niepoprawny żartowniś – podobnie jak to, że mu kiedyś w końcu Youtube czy Facebook coś wykasują.

Tu się trochę dziwię lekkomyślności Ziemkiewicza – przecież już miał problemy z przekroczeniem granicy UK w 2018. Co on sobie myślał, że to było jednorazowe? Że to się przedawniło? Że zapomnieli?

Dlaczego nie sprawdził swojego tamtejszego statusu PRZED wykupieniem biletu? Jako podróżniczy panikarz, który zawsze stara się mieć wszystkie papiery wymagane i niewymagane, nie umiem tego zrozumieć.

Główny problem przy przekraczaniu granic polega na tym, że decyzja „wpuszczamy czy nie” jest podejmowana arbitralnie przez urzędnika, a procedur odwoławczych nie ma wcale, albo są mało praktyczne. Na przykład można się już tylko procesować ze swojego kraju.

To trochę niezgodne z intuicją, bo gdy kogoś „nie wpuszczą za poglądy”, zadajemy pytania typu „a gdzie wolność słowa”, „gdzie habeas corpus” albo „gdzie domniemanie niewinności”. W tej sprawie jest bogate orzecznictwo z ostatnich stu lat z hakiem (czyli od kiedy kraje demokratyczne mają rygorystyczne procedury kontroli granicznej).

Podsumowując zbiorczo: sądy zazwyczaj uznają, że żeby być chronionym przez konstytucję i mieć habeasowane korpusy oraz presumowane inocencje, trzeba NAJPIERW uzyskać przynajmniej legalne prawo pobytu w kraju. Czyli DOPÓKI ci nie wbiją stosownej pieczątki do paszportu, nie masz żadnych praw.

Z jednej strony to okropne. Z drugiej – trudno sobie wyobrazić, jak to miałoby działać bez tego.

Kontrole graniczne byłyby fikcją, gdyby każdy mógł sobie wjechać, a władzy pozostawałoby sądowe dowodzenie, że nie miał do tego prawa. To mogliby postulować tylko jacyś lewacy od „żaden człowiek nie jest nielegalny”, ale Ziemkiewicz pierwszy byłby przeciw, przecież korzystaliby z tego ci wszyscy najeźdźcy i barbarzyńcy.

Wszystkie kraje cywilizowane mają ograniczenia prawne dotyczące mowy nienawiści. Także Polska, choć u nas europejskie wytyczne implementowano ułomnie (to zresztą wina Tuska, który wtedy leżał plackiem przed biskupami).

Przypomnę, że prawnie „mowa nienawiści” to nie to samo, co „mowa o nienawiści”. Dopuszczalna jest nienawiść do pizzy hawajskiej, futbolu, hiphopu, TikToka, Mozarta, Blanki Lipińskiej, Ziemkiewicza i mnie.

Zakazane jest tylko propagowanie nienawiści dotyczącej kilku wymienionych enumeratywnie kwestii. Wśród nich: wyznania, etniczności i orientacji seksualnej.

Nieakceptowalne są więc właśnie te żarty, których od Ziemkiewicza oczekuje jego publika – o parchach, najeźdźcach i strzelaniu do LGBT. Dlatego na nich można najlepiej zarobić: inni publicyści będą unikać takich żartów, bo chcą sobie swobodnie podróżować po świecie. To tworzy biznesową niszę dla najrozmaitszych Yiannopoulosów.

Decyzje zawodowe, które podejmujemy, zawsze mają plusy i minusy. Nauczyciele mają długie wakacje, ale w roku szkolnym muszą nastawiać budziki na haniebnie wczesne godziny (AAAA! JUTRO PONIEDZIAŁEK!).

Niepoprawni politycznie żartownisie od „parchów” z kolei niewąpliwie zarabiają znacznie lepiej od nauczycieli. Mogą pływać w basenach ze szmalcem, niczym wujek Sknerus. Ale podroże zagraniczne muszą planować bardzo ostrożnie – cóż, widziały gały w co się pakowały.

Chwała wielkiej Czechii!


Jak już z grubsza nauczysz się grać w grę Paradoxu – wypuszczają wielkie update, po którym trzeba się uczyć od nowa. Na jesień zapowiadane jest update „No Step Back”, które ma przynieść radykalną przebudowę mechaniki oraz tzw. drzew fokusowych dla kilku państw, w tym dla Polski.

Ja tymczasem jeszcze w starej wersji wreszcie zrealizowałem marzenie o Wielkiej Demokratycznej Czechosłowacji. Przypominam, że moim celem gry nie jest sama wygrana, tylko wytworzenie alternatywnej ścieżki rzeczywistości, w której nie doszło do wielkich zbrodni Hitlera i Stalina, a więc lwowscy matematycy dalej spotykają się w Szkockiej, Anna Frank sobie randkuje w Amsterdamie, Warszawa wita nowy rok 1940 sylwestrową rewią Własta i Golda, w której Bodo i Sym parodiują Hitlera i Stalina – i tak dalej.

Dotąd idealnym krajem na realizację tego scenariusza wydawała mi się alternatywna sanacyjna Polska. Teraz wreszcie udało mi się zbudować jeszcze lepszą alternatywną ścieżkę historii przy założeniu „Benesz mówi nie”.

Stosunkowo wcześnie zaprosiłem do rządu księdza Tiso. Początkowo nie tykałem tej postaci azbestową rękawicą z oczywistych powodów.

W mechanice gry Tiso to standardowy Backroom Backstabber, występujący w wielu krajach. Jego obecność gwarantuje nam po prostu szybszy przyrost punktów politycznych, co w praktyce oznacza możliwość częstszego podejmowania decyzji.

Czy to realistyczne? W granicach rozsądnej symulacji chyba tak. Tiso był pragmatycznym politykiem, którego w 1936 Benesz mógł jeszcze po prostu pozyskać.

Ja za priorytet uznałem pojednanie ze Słowakami. To oznacza m.in. ścieżkę industrializacji, w której fabryk powstaje mniej, ale za to w całym kraju. Dzięki temu Czechosłowacja traci malusa (ujemnego bonusa) „podzielony naród”.

Zamiast ufać Zachodowi, zbudowałem „małą ententę”. Czechosłowacja może do niej zaprosić mocą eventu Rumunię i Jugosławię. Jeśli gramy na ustawieniach historycznych, nie mogą tego zaproszenia odrzucić.

W czasach pokoju inne kraje odrzucą choćbyśmy stawali na uszach. Mechanika gry sztucznie blokuje sojusz polsko-czeski, które wybrałoby nawet najgłupsze AI.

Jesienią 1938 Czechosłowacja odrzuca niemieckie żądania, wybucha wojna. Alianci cofnęli gwarancje, ale dołącza Rumunia, która wypowiedziała wojnę Niemcom i oddała sojusznikowi kilkanaście dywizji.

Czeskie fortyfikacje w Sudetach, powstały naprawdę – i Niemcy je przejęli jesienią 1938 bez walki. Niemiecka AI, całkiem logicznie, nie chce ich bezpośrednio atakować, na lądzie więc praktycznie nie ma walki.

Zamiast tego Niemcy próbują te forty zniszczyć lotniczo. Mają z tym problem – wprawdzie faktycznie szybciej je niszczą niż ja nadążam z odbudowywaniem, ale jednak wymaksowałem tam stacjonarną obronę przeciwlotniczą (budując też pionierski radar na Hradczanach!), więc w sumie stracili 120 bombowców, na dalszą metę nic nie osiągając.

W kwietniu 1939 Niemcy zaatakowali Luksemburg. Nie wiadomo po co. To jakby Hitler po prostu chciał cokolwiek sobie zaokupować (w tych grach nie udaje mu się zająć niczego poza tym). To się spójnie powtarza w wielu moich grach i nawet nie umiem ocenić, bug czy feature.

Alianci teraz wreszcie wypowiadają wojnę Niemcom. Belgia i Holandia zachowały jednak neutralność, a rząd Luksemburga udał się na emigrację do Czechosłowacji.

Na zachodzie zaczęła się „dziwna wojna”. Francuzi nie chcieli wyjść zza linii Maginota, Niemcy nie chcieli jej szturmować. Dla małej ententy to była wielka ulga, bo Niemcy przerzucili na zachód część jednostek, zrezygnowali też z bombardowań fortów w Sudetach.

Nadszedł czas na czeską kontrofensywę! Mechanika gry przewiduje „doktryny wojenne” – na początku trzeba sobie jakąś wybrać i szkolić wojsko podług niej.

Niemcy zaczynają od „mobile warfare”, więc mają bonusy w typowych sytuacjach dla Blitzkriegu. W wojnie pozycyjnej jednak bonusy mają kraje stawiające na „trench warfare”.

*GDYBY* doszło do takiej wojny, Niemcy mieliby dwa trudne do utrzymania odcinki – Dolny Śląsk i Dolną Austrię. Na tym pierwszym śmiałym natarciem z Sudetów zająłem Wrocław, zamykając w kotle niemieckie dywizje w Gliwicach.

W Austrii szło mi gorzej. Zająłem na chwilę Wiedeń, ale szybko go straciłem.

Doświadczenie z poprzednich gier kazało mi się wstrzelić z zaproszeniem Jugosławii tak, żeby dołączyła do „małej ententy” pod koniec 1939, gdy Niemcy będą uwikłani w Polsce. Jeśli zaproszę ją przed wybuchem wojny, wojna zacznie się na Bałkanach, a więc nie spełniam marzenia o powstrzymaniu najgorszych zbrodni.

W mojej grze Niemcy zagrozili Polsce wojną dopiero w listopadzie 1939 (wyglądało to tak, jakby stracili 1 event, czyli 70 dni). Co więcej, wystosowali ultimatum „Danzig or war” i… nic.

Z punktu widzenia AI to była rozsądna decyzja, bo mieli za dużo pootwieranych frontów. Historycznie mogło wyglądać tak, że Hitler by zablefował (w końcu przed chwilą w podobny sposób bez walki wyszarpał od Litwy Kłajpedę), Beck by wygłosił przemówienie o honorze… i zapadła krępująca cisza.

Jugosławia oddaje mi do dyspozycji kilkanaście dywizji. Nagle jesienią 1939 ruszam więc z ofensywą na Wenecję i Wiedeń od strony Zagrzebia i Klagenfurtu.

Włosi pośpiesznie przerzucili jednostki z zachodu, ruszyli w kontrofensywą, na chwilę nawet zajęli Rijekę. Ale z kolei wojska alianckie wtedy ruszyły od Nicei i maluczko, a dotarli do Rzymu.

Włochy skapitulowały. Niedobitki w Afryce przegrupowały się tworząc faszystowskie państwo ze stolicą w Tunisie – które dotrwało do końca wojny, bo Tunezja jest za 0 punktów, a więc alianckie AI traktowało ten teatr niezbyt priorytetowo. W tym alternatywnym wszechświecie powstanie niejeden film, komiks i płyta blackmetalowa o włoskim faszyzmie w Afryce!

Front zachodni ustabilizował się na dłuższy czas. Czasem traciłem (lub odzyskiwałem) Legnicę, Opole, Graz lub Klagenfurt, ale ogólna linia utrzymywała się jak na pierwszym skrinie (widać na nim czeską i jugosłowiańską strefę okupacyjną).

W poprzednich grach nóż w plecy wbijały mi w podobnym stylu Węgry i Bułgaria, dołączając do Osi i wypowiadając mi wojnę. Za pierwszym razem przez to właśnie przegrałem.

Teraz rozwiązałem ten problem przez nawrócenie Węgier na demokrację (poprzez wywołanie wojny domowej z poduszczenia czeskiego wywiadu). Wtedy Bułgaria do Osi owszem, dołącza – ale do wojny już nie. Pozostaje w pokoju (aż do momentu, w którym ja odpalę fokusa „dissolve Bulgaria”, chłe chłe chłe).

W lipcu 1940 na Polskę napada Stalin. Wydaje mi się, że by to zrobił – obsesyjnie nas przecież nienawidził.
Możliwe są teraz trzy scenariusze. Pierwszy: nie robię nic. Polska dołącza do aliantów, ci przysyłają nawet jakieś dywizje, ale nie są w stanie zatrzymać tego walca parowego, w końcu pojawia się komunikat „tym razem nie było cudu nad Wisłą”. Polska kapituluje, a ja mam nieprzyjemną granicę od północnego wschodu.

Co gorsza, odpala się wtedy ultradystopijny scenariusz, w którym alianci walczą z Hitlerem i Stalinem jednocześnie. To się kończy wspólnym „dekolonizowaniem” Azji przez Japonię i ZSRR, wygraną „złych ludzi” i jeszcze większą rzezią niż historyczna.

Scenariusz drugi. Ruszam wielką ofensywą na całej długości frontu, żeby obalić Hitlera w 3 miesiące. To wykonalne kosztem potwornych ofiar (zapas „manpower” mi spadł z 300 tysięcy do zera), ale pojawia się kolejny problem.

Na tym etapie gry Rumunia jest już po faszystowskim zamachu stanu. Mechanika gry poprzez „fokusy” odtwarza ówczesną ewolucję Rumunii, która próbuje dwustronnego sojuszu z Polską (który w teorii był, ale w praktyce na papierze), „kordonu sanitarnego małych państw”, zbliżenia do aliantów, zbliżenia do Osi i zbliżenia do kominternu. Inne kraje muszą wybierać albo-albo, Rumunia zalicza to po kolei.

W efekcie jeśli Rumunia będzie w stanie pokoju pod koniec 1940 – zmieni sojusznika. Zaobserwowałem to jeszcze grając Polską. A teraz, gdy tylko pokonaliśmy Hitlera, Rumunia dołącza do koalicji antyalianckiej (z Japonią i ZSRR!). To uruchamia kolejny dystopijny scenariusz, bo Rumunia to trudny przeciwnik.

Pozostaje trzeci scenariusz – nareszcie realny się robi mój ukochany sojusz polsko-czeski. Wymaga to wprawdzie zaangażowania punktów politycznych na poprawę relacji (przyda się Tiso!) oraz udzielenia Polsce gwarancji, gdy Stalin zacznie grozić wojną – ale jest do zrobienia.

Osłabiłem front zachodni, przerzucając praktycznie wszystkie mobilne jednostki do Rumunii. Niemcy to zauważyli i ruszyli z niewielką ofensywą – no cóż, Legnica i Klagenfurt to piękne miasta, ale mogę je na chwilę stracić dla wcielenia tak pięknej utopii.

Radziecka ofensywa wprawdzie wkroczyła w głąb Polski, ale zajęli głównie poleskie bagna. W najgorszym momencie front się oparł o Wilno, Grodno i Lwów, ale samych tych miast nie zajęli.

Mój blitzkrieg znad Dniestru doprowadził do zajęcia Odessy i Kijowa w pierwszych tygodniach wojny, nim radzieckie AI się pokapowało i przegrupowało. Z wcześniejszych gier wiedziałem, że za chwilę radziecki walec parowy pojedzie na mnie, więc po osiągnięciu linii Dniepru, okopałem się na niej.

To była przesada (zawsze mi się wtedy przypomina ten cytat z Pattona wyświetlany na początku gry), teraz już bym tego nie zrobił. Radziecka AI ogólnie ma problem z tymi wielkimi rzekami – i znów nie wiem, czy to bug czy feature, bo podobny problem miał Stalin w 1941.

W tej grze trzykrotnie przeprowadziłem wielkie ofensywy w rejonie Morza Czarnego, bo Rosjanie zostawili słabo bronione ujścia Dniestru, Dniepru i Donu. Jak widać na skrinie, dopiero gdy front się oparł o linię Wołgi (!), wreszcie zrobili porządną linię, od Wilna po Astrachań, ale było już za późno.

Moja ofensywa tak ich zaskoczyła, że kilka dywizji ewakuowali z Sewastopola, chcąc je przerzucić na Kubań – ale nim okręty dopłynęły do celu, rumuńska kawaleria dotarła do granicy z Turcją. ZSRR stracił ostatni przyjazny port na Morzu Czarnym.

Ewakuowane jednostki pływały tygodniami po morzu, na koniec robiąc desperackie samobójcze desanty w przypadkowych miejscach. Czy podobna sytuacja kiedykolwiek wydarzyła się w historii? Czy to w ogóle realistyczne? W prawdziwym świecie chyba by raczej dążyli do internowania w neutralnym kraju?

Skrin pokazuje ostatnią, desperacką radziecką kontrofensywę. Może gdyby jej nie zrobili, walczyliby dłużej. Ale do lipca 1941 ZSRR ma malusa „czystka wśród oficerów”, który w praktyce sprawia, że nie potrafią dynamicznie zareagować na nagłą dziurę w froncie.

Gdy atakują, to aż do całkowitego wyczerpania frontowych jednostek. Pojawia się wtedy przy nich żółty wykrzyknik sygnalizujący doprowadzenie ich do takiego stanu, że nie zdolne nawet do przemarszu (nie mówiąc o walce).
Zielone kółka na skrinie to bitwy, które wygrywam ja. Jak widać, Stalin odnosi pewne sukcesy między Pińskiem a Kijowem, ale jego ofensywa między Rostowem a Stalingradem to porażka. Za chwilę tam zaroi się od żółtych wykrzykników, a ja wtedy ruszę do ofensywy ostatecznie rozrywającej front – zajmując Moskwę czeską pierwszą „jezdecką brigadą” OD POŁUDNIA.

Gdy gramy z wszystkimi dodatkami (a konkretnie z DLC MTG), Holandia dołączy do aliantów z fokusa we wrześniu 1940. I znów nie wiem, bug czy feature – zazwyczaj państwa demokratyczne w tej grze unikają udziału w wojnie tak długo, jak się da (Belgia pozostała neutralna, bo ma generyczne drzewo fokusowe).

Pod koniec 1940 to jednak już oczywiste, że Japonia sięgnie po zachodnie kolonie w swoim zasięgu. Belgia ich nie ma, Holandia ma tylko takie. Opcja „go with Britain” wydaje się więc naturalna NAWET gdyby Hitler nie zaatakował.

To kolejny event, który zaskakuje wszystkich (z wyjątkiem mnie, który w to już grał kolejny raz). Niemcy mieli nieobsadzoną granicę z Holandią, ale Holandia z kolei miała na niej słabe jednostki – więc owszem, inwazja na całej długości frontu, ale wszędzie na parędziesiąt kilometrów.

Niemcy jednostki na front holenderski odciągnęli ze wschodu, a więc przykrótka kołdra zaczyna im trzeszczeć. Zrobiłem małą ofensywę, głównie piechotą górską (prawie wszystko co mobilne, miałem w ZSRR).

Zamknąłem worek alpejski, który widać na górnym skrinie. Doszedłem nawet do Monachium, ale się zaraz wycofałem, żeby Niemcy mnie nie zamknęli w worku.

Wiosną 1941 Japonia atakuje Filipiny (w moich grach to następuje wcześniej niż historycznie – nie wiem czemu). Wtedy do wojny dołączają Amerykanie. Mając do wyboru dwa demokratyczne bloki, wybrały czeską ententę (kto wie, może historycznie też by tak zrobili?).

Wejście Amerykanów to coup de grace – niemiecka krótka kołdra ulega definitywnemu rozpruciu. Historycznie też tak było.

Radziecką rozprułem już wcześniej. Broniły ich już tylko te odległości – żeby ZSRR skapitulował, trzeba zająć miasta po drugiej stronie Uralu, a tam nawet jednostki motorowe jednak jadą parę tygodni.

Swoje dywizje pancerne tymczasem przerzuciłem na front niemiecki, gdzie zrobiłem śliczną ofensywę śląsko-saksońską, zajmując Lipsk i Kostrzyń, a w końcu i Berlin. Miały tu miejsce jedyne porządne bitwy pancerne w całej mojej grze, z czeskimi czołgami ST vz 39 kontra wczesne Pz-III i Pz-IV.

ZSRR skapitulował 28 lipca, Trzecia Rzesza 16 sierpnia. Ostatni skrin pokazuje mapę nowego, lepszego świata. Czechosłowacja nie tylko ma dostęp do morza, ale jeszcze zażądałem Leningradu, Kłajpedy i Krymu jako eksterytorialnych czeskich baz wojskowych!

Ciekawe, czy taki świat ewoluowałby do zimnej wojny (zachód kontra wschód?) Czy powstałaby w nim Unia Europejska? Czy bylibyśmy w nim my, tzn. nasi rodzice spotkaliby się w Polsce, której nie spustoszyła wojenna zawierucha?
Ach, tyle pytań. A mnie jeszcze czeka ostatnie zadanie: zwalcowanie Japonii…

Lem w PRL


My tu gadu-gadu, a ja na śmierć zapomniałem o zasadniczym przeznaczeniu tego bloga – telosie blogosa, etosie promosa, pijarum scholarum. Otóż książka wyszła!

Chociaż na stronie Wydawnictwa Literackiego premiera zapowiedziana jest na 29 września, to przecież w Księgarni Pod Globusem na Długiej są już egzemplarze. Sam się zdziwiłem, zajrzawszy tam w ramach oprowadzania wycieczki „szlakiem Lema”.

Tak naprawdę to nie jest moja książka – to są listy Lema w moim wyborze, z autorskim komentarzem. Ale mojej treści jest tam najwyżej 20%, 80% to lemiana inedita.

O niektórych listach z tego wyboru pisałem w swojej biografii, ale cytowałem je tam we fragmentach, albo w ogóle tylko się na nie powoływałem. Teraz będzie można się zapoznać z materiałem źródłowym, raz na zawsze rozstrzygając różne sporne kwestie, typu „czy Lem kiedykolwiek wierzył w świetlaną przyszłość modelu radzieckiego” (moim zdaniem, nigdy – i listy z lat 1955-1981 dowodzą tego jednoznacznie).

Pewne wątki mogą być zaskakujące dla czytelnika. Na przykład opowiadanie „Topolny i Czwartek”, które Lem sam nazywał po latach „socrealistycznym paskudztwem”, miało problemy z drukiem, jako niesłuszne ideowo.

Zazwyczaj nie chodziło tu o cenzurę w ścisłym sensie, tylko o asekurancką postawę redaktorów w wydawnictwach. W okresie stalinizmu ci się bali nie tylko „Czasu nieutraconego”, ale także „Obłoku Magellana” i „Sezamu”!

W 1954 Lem był więc w paradoksalnej sytuacji jako autor jednego bestselleru, który mu wydano – oraz czterech innych woluminów, z których Z KAŻDYM był jakiś polityczny problem. To dla mnie rozstrzyga inną kwestię, czy i na ile był koniunkturalistą – gdyby nim był, unikałby śliskich tematów (a wtedy były nimi cybernetyka i teoria względności!).

Te listy pozwalają zrozumieć fenomen odruchowej niechęci, którą Lem (i wielu ludzi, którzy dorosłość spędzili w PRL) odczuwał wobec tamtego ustroju. Niestety, przekładało mu się to też na niechęć do całej lewicy jako takiej (acz w biografii wspominam jego zabawny list z RFN, że co chce się zaprzyjaźnić z jakimś konserwatystą, ten się okazuje durniem, a jak z kolei pozna kogoś inteligentnego, okazuje się lewakiem – cóż, mnie to nie dziwi!).

Jeśli uwzględnić, ile energii Lemowi zabierało boksowanie się z różnymi absurdami tamtego ustroju – można to zrozumieć. Choć oczywiście trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe, zamiast w uwiędłych laurów liść z uporem stroić głowę (jak ci współcześni „antykomuniści”).

En lecture (185)

Jako entuzjasta cancel culture, woke’ismu, politycznej poprawności i innych zjawisk, którymi straszą Fox News i Gazeta Świąteczna – chciałbym zaprosić PT komcionautów do poważnej analizy piosenki „3’eme sexe” grupy Indochine. I przyjmę ze zrozumieniem, jeśli w wyniku tej notki ktoś zechce mnie „unieważnić” (jeśli ktoś nie chce mnie czytać, to niech mnie po prostu nie czyta – jak mawia mój serdeczny przyjaciel, Łajdefak Szudajgiwedamn).

Jak już parokrotnie pisałem na blogu, Indochine w latach 80. było dla mnie wzorcem Doskonałości w Muzyce. Było w tym oczywiście sporo snobizmu, bo angielski hiciory leciały w Trójce, a francuskie nie (ale można było sobie je nagrywać z winyli udostępnianych przez Instytut Francuski w Warszawie).

Piosenka traktuje o osobach trans, ale nie jest napisana współczesnym, tożsamościowym językiem. Dla podmiotu lirycznego są to po prostu „dziewczyny noszące się po męsku i chłopcy noszący się po kobiecemu”.

Podmiot liryczny jest tu jednak niekonsekwentny, bo wyznaje, że podoba mu się „ta dziewczyna z długimi włosami”. Czyli kto właściwie? Nie ów „chłopiec noszący się kobiecemu” jednak?

Niekonsekwencja narasta. Podmiot początkowo sytuuje siebie jako zewnętrznego obserwatora, który zaobserwował to zjawisko na ulicy.

Potem z obserwatora robi się jakby jednak uczestnik. W refrenie powtarza w kółko „on se prend la main”. To bezosobowa forma, która w zasadzie oznacza „się trzyma za ręce”, ale w języku potocznym zastępuje zwykle pierwszą osobę liczby mnogiej, czyli „trzymamy się za ręce – kobiece chłopaki i chłopięce dziewczyny”.

Podmiot od pierwszego wersu deklaruje zachwyt tym zjawiskiem, ale ma kilka zaskakujących deklaracji. Podkreśla na przykład, że nie ma ochoty zobaczyć ich nago.

Czy to jest deklaracja transfobiczna? Pytam absolutnie serio. Moim zdaniem, nie.

Znakiem rozpoznawczym prawdziwego transfoba (np. najsłynniejszej terfki Rzeczpospolitej) jest obsesyjny pierdolec na punkcie „co oni mają pod majtkami” (sam bym nie uwierzył, gdybym nie zalurkał). Podmiot liryczny kwituje to tymczasem lakonicznym „nic mi do tego” („j’en ai rien а faire”).

Można podmiotowi lirycznemu zarzucić, że traktuje całe to zjawisko powierzchownie. Podoba mu się estetyka „drag”, ale w ogóle go nie obchodzi tożsamość opisywanych osób.

Inna sprawa, że to typowe podejście do opisów urody w piosenkach pop. „She was just seventeen, you know what I mean” – tu też niczego się nie dowiadujemy o duszy bohaterki.

Metafory, których używa podmiot liryczny, bywają ciężkie niczym batalion Schwere Pazerjagdmetaforabteilung. Zaprzecza na przykład, że „oni wyglądają jak konkwistadorzy” – wprost przeciwnie, są „podniecający dla małych dziewczynek”. [PATRZ DYSKUSJA]

Uh-huh. It was acceptable in the eighties, it was acceptable at the time.

Zakładając, że podmiot liryczny to głos lidera i wokalisty – zacznijmy od tego, że Nicola Sirkis jest raczej hetero. Miał dwie żony, ma trójkę dzieci.

Sam jego pseudonim wprowadza jednak pewną genderową dwuznaczność. W języku francuskim nie ma takiego imienia, jest męski Nicolas i żeńskie Nicole/Nicolette.

Nie czytałem z nim żadnego wywiadu, więc nie wiem, czy kiedykolwiek tłumaczył, czemu zdecydował się zgubić jedną literkę (która zresztą nie zmienia wymowy), ale to może być dyskretna demaskulinizacja. Genderowa wieloznaczność pojawia się w tekstach innych piosenek, a także w ogólnej stylizacji zespołu (proszę zresztą zobaczyć teledysk).

Jak wielu nastolatków uważałem siebie podówczas za Najbardziej Niedostosowaną Do Społeczeństwa Istotę Na Świecie. Względną tolerancję ejtisowej popkultury traktowałem jako ogólną metaforę „bycia innym”, co dziś mnie śmieszy – mimo wszystko nigdy nie musiałem ukrywać akcentu czy orientacji, jak prawdziwe mniejszości.

Czy w takim razie moje zamiłowanie do ówczesnej „mniejszościowej” popkultury (typu Bronski Beat czy Pet Shop Boys) było – jak to się dzisiaj mówi – zawłaszczaniem, czyli apropriacją? Jestem autentycznie ciekaw, jak to ocenić z punktu widzenia współczesnej wrażliwości.

Przyjmę stosowne unieważnienia i call-outy ze zrozumieniem, ale i obojętnością (je n’ai rien a faire, tu n’as rien a faire, nous n’avons rien a faire). Kto przesadzi, wyciętym będzie. Ale zapraszam do przeanalizowania tej piosenki pod kątem potrójnej ideologii LGBT, Genderu i Marksizmu Popkulturowego.

Wspomnienie Vabanku

Kiedyś oburzało mnie kulturowe barbarzyństwo, z jakim Amerykanie porzucili różne kultowe obiekty przy historycznej Route 66 – razem z samą Route 66. Zdążyłem nawet napisać o tym książkę, choć z kolei robiąc risercz do tej książki, zrozumiałem ich motywację.

Słynne motele przy słynnych drogach mogą budzić nostalgię po latach, gdy wspominamy uogólnione cadillaki z Marylin Monroe i Elvisem Presleyem (tym szczupłym, rzecz jasna!). Ale kiedy naprawdę ktoś jechał po takiej drodze w roku, dajmy na to, 1958 – był udręczony korkami, skrzyżowaniami i ograniczeniami. I nie mógł się doczekać, aż zbudują tę cholerną autostradę.

W swojej książce porównywałem Route 66 do siódemki. Trasy, do której Warszawiacy z jednej strony odczuwają potężny sentyment – bo wiele wakacyjnych wojaży tu się właśnie zaczynało. A z drugiej, w obie strony od razu się wpadało w straszliwe korki.

Gdy zacząłem jeździć po Polsce jako samodzielny kierowca, siódemka na południe miała początkowo tylko jeden ekspresowy fragment. Była to jednojezdniowa obwodnica Kielc, zbudowana jeszcze za Gierka.

Każdy kolejny fragment był wybawieniem. Teraz ten najstarszy, kielecki, jest już pełnowymiarową dwujezdniówką – postęp jednak trwa nadal. A jest tak szybki, że z „siedmiu cudów siódemki” z powieści Ziemowita Szczerka, nie takiej starej przecież, sześć już omijamy ekspresówką.

Nie tęsknię za nimi, o nie. Ale zjechałem ostatnio na drogę opaskową przy S7, żeby odszukać ruiny motelu-restauracji Vabank, która kiedyś była dla mnie żelaznym punktem wyprawy.

Mieli tam duży, ogrodzony teren. Dzieci miały się gdzie wybiegać, można było spokojnie posiedzieć przy jedzeniu, nabierając sił przed kolejnym etapem podróży.

Ostatni raz byłem tam tuż przed ukończeniem kolejnego fragmentu ekspresówki – nie wiedząc, że to ostatni raz. Zauważyłem wtedy tylko, że nie da się tu zjechać jadąc na południe, ale miałem nadzieję, że zostanie taka możliwość przy podróży na północ.

Tak się nie stało. Od 2008 droga całkowicie omija Vabank, w pobliżu powstał za to dość standardowy „Zajazd Jagielloński”.

Vabank przez te 13 lat pochłonęła dżungla. Wygląda jakby opuszczono go w pośpiechu – jeszcze widać „menu dnia” wypisane kredą na tablicy z napisem „Czas na EB”. Kartka na drzwiach informuje, że jest „nieczynne do odwołania”.

Drewniany mostek nad strumyczkiem spróchniał i runął. Strumyczek też już zresztą zamienił się w stacjonarne bajoro.

Nalepki na drzwiach to przegląd archeologii bankowej. Kartę PBK Styl to nawet sam kiedyś miałem, ale czym była karta „Bis”?

Z ekspresówki widać tylko maszt z napisem „MOTEL” oraz bilbord z rysunkiem sympatycznego volkswagena garbusa. Ale to miga tak szybko, że łatwo przegapić – bilbord zresztą już porósł roślinnością, jest praktycznie nieczytelny.

Z bliska widać, że budynki w zasadzie nadal stoją. Na płocie tablice ostrzegają przed monitoringiem ochrony, ale może są równie aktualne, jak menu dnia?

Marzy mi się taki projekt, może filmowy, może wydawniczy: porzucone polskie motele. Wspomnienia po czasach, w których Bogumił Kobiela pruł simką po wąskich i krętych polskich drogach z Kaliną Jędrusik. Udokumentujmy to, zanim wszystko się rozleci!

Wymarzona Ustawa Medialna

Nie mam zawodowych marzeń wychodzących poza „dopełznąć do emerytury”. Nie myślę o powrocie do mediów w jakiejkolwiek roli.

Zainspirowany przez Awala pofantazjuję jednak, co bym doradzał lewicy, gdybym był jej medialnym doradcą. Którym, przypomnę, też nie chcę być

Otóż po pierwsze, hipotetyczne obalenie PiS oznaczać będzie kohabitację z pisowskim prezydentem do 2025. W tym okresie nie uda się żadna „wielka reforma”.

Bardziej realistyczne wydaje mi się zwycięstwo takie, jak pisowskie – dwieście trzydzieści parę mandatów w Sejmie. Tak dużo tu zależy od szczegółów typu „kto weźmie Senat?”, że za wcześnie na szykowanie Wielkich Projektów. Będziemy skazani na improwizowanie z dnia na dzień.

Ekscesy PiSu sprawiają, że nowa władza nie powinna mieć żadnych hamulców typu „ojej, ale to nie wypada”. Powinna wykorzystać te dwieście trzydzieści parę mandatów na maksa, tak jak zrobił to PiS w 2015 – z niedrukowaniem prywatnych opinii pani magister P. na czele.

Można – i należy! – zrobić wielką czystkę w mediach publicznych oraz orlenowskich. Nie da się ich jednak zreformować, bo projekty ustaw uwalać będzie prezydent.

Do 2025 pisanie takich projektów nie ma sensu. Co napiszemy dziś, w 2025 i tak będzie już wymagać poprawek, bo np. wejdą jakieś regulacje unijne, albo pojawi się globalny gracz typu „netflix dla dziennikarstwa subskrypcyjnego” (substack ma chyba takie aspiracje).

Zakładając, że w 2025 będzie można przyjąć Ustawę Moich Marzeń, naszkicuję jej ogólny kierunek. Przede wszystkim powinna ujednolicić regulacje (a więc mieć sformułowania typu „Traci moc ustawa <> z 1984, itd).

W tej chwili media podlegają trzem dużym ustawom, z których każda jest tragicznie niedostosowana do naszych czasów. Nasze blogopogaduszki odbywają się na przykład na podstawie ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną (UŚUDE).

Jest najmłodsza (2002), więc wydawałoby się, że chociaż ona jest dostosowana do naszych czasów. A guzik. Pisano ją nadal w epoce, w której internet był zabawką i nikt nie myślał, że tak szybko doczekamy się przeniesienia do niego wszystkich mediów.

UŚUDE sytuuje mnie wobec was, drodzy komcionauci, jako usługodawcę (darmowego – to nie ma znaczenia). Kawał ustawy polega na wyłączeniu mnie od odpowiedzialności za świadczone wam usługi. Musiałbym zrobić coś bardzo dziwnego, żeby jednak ją ponieść.

W tej samej sytuacji jesteśmy wobec Facebooka, Youtube’a, Twittera itd. Mamy wobec nich mało praw (tak naprawdę to żadnych), UŚUDE za to daje im od cholery możliwości wykręcenia się przed odpowiedzialnością za cokolwiek.

Źle się stało, że taka ustawa reguluje działalność serwisów, do których zaglądamy by się dowiedzieć, co z Covidem i kto wygrał wybory. Ten brak odpowiedzialności jest przyczyną zjawisk takich, jak hejt, fake newsy czy antywacki.

Wiele razy pisałem, że czym innym jest dla mnie blogowanie, czym innym dziennikarstwo. To dlatego, że reguluje to inna ustawa – prawo prasowe.

To ustawa z czasów PRL, pełna martwych przepisów. Do niedawna zobowiązywała dziennikarzy do przestrzegania konstytucji PRL (sic).

Nadal są tam martwe przepisy w rodzaju zakazu komentowania procesu zanim nie zapadnie wyrok w I instancji (art 13 ust 1). Większość ludzi nawet nie wie, że taki zakaz obowiązuje!

Dużo w tej ustawie o poligrafii i kolportażu. Podstawą prawną do jej stosowania w internecie jest wzmianka „lub inne techniki”.

Dostosowywanie do niej realiów pracy współczesnego portalu jest trudne. Sądy wydają wyroki nie na podstawie ustawy, tylko komentarzy i orzecznictwa.

Dla opinii publicznej często są niezrozumiałe. Sami dziennikarze zresztą notorycznie mylą np. zniewagę ze zniesławieniem.

Kiedy rządził Tusk, zaufał doradcom z Centrum Cyfrowego, którzy doradzili mu cyberkorwinizm – uwalniać, otwierać, najlepsza regulacja to brak regulacji. Dlatego „blogi” czy „serwisy streamingowe” działają na wątłych podstawach, co jest niekorzystne dla Jana Kowalskiego, ale korzystne dla Google’a, który może kreować własne zasady przez lex EULA.

Chaos pogłębia trzecia ustawa – o radiofonii i telewizji z 1992. Jest najbardziej regulatorska, przewiduje możliwość nakładania srogich kar, odbierania koncesji, narzuca „chrześcijańskie wartości” (art 18 ust 2). To ją właśnie usiłuje zmodyfikować PiS, by zniszczyć TVN.

Jej feler jest taki, że dotyczy mediów o malejącyn znaczeniu. Media przenosząc się do internetu, uciekają przed tą ustawą. Nie reguluje streamingu, vlogów ani podkastów.

Tymczasem media konwergują. Podział na dziennikarstwo „prasowe” i „audiowizualne” nie ma dziś sensu.

„Wyborcza” zatrudniła Dobrosz-Oracz, żeby ta robiła (zresztą znakomite) materiały „telewizyjne” dla „prasowego” serwisu wyborcza.pl. TVN zatrudnił Justynę Suchecką, żeby ta robiła materiały „prasowe” (też prześwietne!) dla „telewizyjnego” serwisu tvn24.pl.

Te serwisy będą się upodabniać. Nie ma żadnego uzasadnienia poddawania ich rygorom DWÓCH RÓŻNYCH USTAW.

W tej chwili możliwa jest paradoksalna sytuacja, w której ten sam materiał dziennikarski (dochodzący do użytkowników tym samym kablem, jako takie same zera i jedynki!) podlega trzem ustawom w zależności od tego, jak redakcja te zera i jedynki oznakuje. Od tego zależeć będzie, czy można w nim powiedzieć „dupa” albo „Boga nie ma”, albo bezkarnie skłamać (w UŚUDE nie ma sprostowań, więc bloger może kłamać np. o szczepionkach).

Poza tym mamy inne ustawy, odwołujące się do „środków masowego komunikowania” – przede wszystkim kodeks karny i jego art 212 i 216, ścigające za zniesławienie i znieważenie. Oba zawierają specjalne zaostrzenie, jeśli sprawca dokonał tego za pomocą wspomnianych środków.

To kiedyś miało sens – „pan X to kawał chuja” ma inną wymowę w knajpie, inną na pierwszej stronie gazety. Dzisiaj jednak znieważamy i zniesławiamy się nawzajem głównie w Internecie, więc biedny Kowalski jest zaskoczony wyrokiem za to, że nazwał Malinowskiego chujem na Twitterze.

Nie jestem za likwidacją tych przepisów. Ludzie, którzy beztrosko machają ręką, że „wystarczy kodeks cywilny” w praktyce chcą czynić ludzi niezamożnych bezbronnymi.

Tymczasem zagrożenie takie, jak w „Utraconej czci Katarzyny Blum”, że media zaszczują niewinną osobę – tylko się nasila. Potrzebujemy silniejszych zabezpieczeń, a nie rozmontowywania istniejących.

Gdy dochodzi do procesu, media bronią się odwołując do pojęć takich, jak „interes publiczny” albo „należyta rzetelność”. I znów, ze względu na słabe definicje ustawowe, procesy odbywają się na podstawie komentarzy i orzecznictwa.

To dlatego, że dziennikarz nie jest zawodem zaufania publicznego. Wielu ludziom wydaje się, że jest – bo powinien być. Ale nie ma takiej ustawy (a jest np. o zawodzie notariusza).

Wymarzona Ustawa powinna to zmienić. Zawód ma ten status, gdy istnieją jakieś obligatoryjne zasady etyczne – dziś w dziennikarstwie ich nie ma.

Czasem na takie dictum, że nie ma etyki mediów, jakiś łosiu mi wkleja triumfalnie kodeks etyki, który właśnie pośpiesznie wyguglał. JEDEN Z WIELU. Czaicie bazę?

Kto taki wspólny kodeks, obowiązujący wszystkie media, miałby opracować? Inne zawody zaufania mają prościej, bo łatwiej zdefiniować, kim jest notariusz albo weterynarz. Definiowanie dziennikarza wyprowadzi nas na manowce.

Nie chcę, by to robiły stowarzyszenia dziennikarskie. Są upolitycznione, ich główne zajęcie to wojna Pisu z Antypisem. Gdy pracowałem w tej branży, nie odczuwałem potrzeby ich istnienia (mało kto z autentycznych „ludzi newsroomu” zresztą chodzi na te ich spotkania).

Założenie stowarzyszenia jest prostsze od założenia uczelni czy nawet związku zawodowego (ciekawe, czy ten żółty związek w Agorze dostanie numer KRS?). Dopuszczenie stowarzyszeń groziłoby więc scenariuszem typu „zakładamy dziesięć organizacji, żeby przejąć władzę nad mediami”.

Moja propozycja: ustawowo powołać kilkudziesięcioosobową Radę Medialną, zreszoną z delegatów uczelni mających prawo nadawania dyplomu ze specjalnością „dziennikarstwo i komunikacja społeczna”. Byłoby to ciało pluralistyczne – będzie ktoś od Rydzyka i ktoś z SWPS (może Bodnar? zostawmy uczelniom tryb wyłaniania delegatów).

Nie wiem, kto miałby tam większość. Dlatego moja propozycja jest sprawiedliwa, bo towarzyszy mi rawlsowska zasłona niewiedzy.

Może ktoś ma lepszą – chętnie wysłucham. Ale uwaga, podstawowe kryterium to uniezależnienie mediów od wahadła politycznego. Żeby wygrana Pisu lub Antypisu już nie oznaczała więcej czystki w Polskim Radiu.

Rzecz jasna, przekazałbym tej radzie uprawnienia istniejących ciał, jak KRRiTV. To wymagałoby zmiany konstytucji (ale mówię o scenariuszu idealnym).

Ta rada powinna też wyłonić komisję arbitrażową, rozstrzygającą spory o naruszenie etyki mediów. Skierowanie sprawy do arbitrażu oznaczałoby rezygnację z dochodzenia praw innymi środkami.

Media „niekoncesjonowane” mogłyby istnieć, ale miałyby przegwizdane w razie procesu. Opcja arbitrażu byłaby dostępna tylko do tych, którzy akceptują kodeks etyki wypracowany przez tę radę (tak to mniej więcej działa w Szwecji).

Ustawa powinna definiować „blogi”, „podkasty”, „streamingi” – wszystko to, co jest teraz zbiorczym „lub inne techniki”. Powinna też określać pojęcia typu „interes publiczny”, „tajemnica dziennikarska”, „należyta rzetelność” – bo opinia publiczna ich nie rozumie.

Po aferze Rywina miałem na blogu komcionautę oskarżającego Michnika, że stosował tajemnicę dziennikarską „wybiórczo”. Już nie pamiętam, kto to był, ale ewidentnie nie rozumiał tego pojęcia.

Ustawa powinna zdefiniować „redaktora naczelnego” i „zespół redakcyjny”. I uzależniać możliwość objęcia stanowiska rednacza od wotum zaufania zespołu redakcyjnego.

To by nas chroniło przed zjawiskami takimi, jak „czystki w Polska Press”, i przed „inbą w Agorze”. A chyba teraz nawet najzagorzalsi liberałowie przyznają, że media nie mogą działać na zasadzie „właściciel robi co chce”.

To byłaby ustawa zastępujące trzy inne ustawy i wprowadzająca drobne poprawki do kilku innych – w tym do Konstytucji i Kodeksu Karnego. Kawał roboty.

Przed 2025 nic się nie da zrobić, a po 2025 wiele tematów może stracić aktualność. Żałuję, że zmarnowałem tyle literek na ten temat, wybaczcie, to chateau d’Awal (wina Awala!).

Kalafior na superstrunie


Inba w Agorze trochę jeszcze potrwa, ale opublikowany wczoraj komunikat o „rezygnacji” członkini zarządu Agnieszki Sadowskiej, która niespodziewanie odnalazła dla siebie „inne plany zawodowe” pokazuje kierunek zmian. Nie wiadomo jeszcze, kto tu wygra, ale już wiadomo, kto przegrał.

Życie agorowego korpomenadżera musi być bardziej ekscytujące niż trenera tygrysów w Luizjanie. W czerwcu Agnieszka Sadowska planowała nadzorowanie łączenia portalu z „Gazetą Wyborczą”. Lipiec się jeszcze nie skończył, a tu zdziwko!

Oni zawsze odchodzą w ten sposob. Dopóki są u władzy, wygłaszają dla siebie laudacje na korpoiwentach i odbierają milionowe premie za swe nieomylne decyzje.

A potem nagle znikają. Te „inne plany” mają chyba w tajnych służbach, bo (z nielicznymi wyjątkami) próżno ich potem szukać w zarządach innych spółek.

Gdzie na przykład podział się poprzednik Sadowskiej – członek Robert Musiał? Albo jego poprzednik? Pytam z autentycznym zaciekawieniem, trochę się z tymi ludźmi nahandryczyłem przy różnych negocjacjach – i mam uczucie rozmów przerwanych w pół zdania. Chętnie bym ich spytał po latach, jak to wszystko wspominają i w ogóle co u nich słychać.

Skoro inne spółki giełdowe ich nie zapraszają do swoich zarządów – widzę dwie opcje. Albo Agora ma fatalną rękę do menadżerów, albo to inne spółki popełniają błąd pozwalając, by takie talenty się marnowały.

Nie umiem o tym pisać bez rozgoryczenia. Poświęciłem tej firmie prawie ćwierć wieku. Nie umiem się tym wszystkim nie przejmować.

Moje rozgoryczenie jest tym większe, że gdy chcieli mnie zwolnić dyscyplinarnie, głównym zarzutem było to, że wysyłając komunikaty do związkowców, narażam spółkę na przecieki. Tymczasem w ramach tej afery poszły przecieki, do których ja bym nigdy nie dopuścił.

Żałuję teraz, że jako związkowiec tak się ograniczałem. Wygląda na to, że bardziej się troszczyłem o tę firmę niż ludzie na samym szczycie, którzy rozpętali czerwcową wojnę na przecieki i komunikaty.

Zbyt późno odważyłem się wychodzić ze sporami poza firmę – na kroki takie, jak prośba do inspekcji pracy o kontrolę. To jest niestety trochę jak zakład o satysfakcję – inspekcja nie bardzo może ukarać pracodawcę, może tylko mu zalecić, by pewnych rzeczy więcej nie robił. No więc zaleciła (ciekawe, czy zarząd się przejmie).

Nawiasem mówiąc, gdyby w bajdurzeniach Wosiów i Okrasków o „socjalnym obliczu PiS” była choć krztyna prawdy, PiS by przede wszystkim wzmocnił inspekcję pracy. W rzeczywistości jest tylko coraz bardziej bezsilna (jak cała sfera budżetowa).

Morał dla moich następców w związku jest taki, że nie powinni się przejmować przeciekami. Tym bardziej, że już to mamy przećwiczone w boju, że związkowca się nie da zwolnić dyscyplinarnie.

Moje rozgoryczenie zwiększa to, że dosłownie wszystkim uczestnikom czerwcowej wojny – członkini Sadowskiej, prezesowi Hojce, redaktorom Kurskiemu i Wójcikowi – mówiłem, że dla Agory destrukcyjny jest brak systemu wczesnego zapobiegania konfliktom. To było przy świadkach, więc się nie wyprą.

Trudne decyzje w tej firmie podejmowane są bez konsultacji z podwładnymi. BANG! – nagle jesteś postawiony przed faktem dokonanym. Decyzja zapadła, pozostała tylko tylko drobna formalność, twój podpis. Nie będzie żadnych negocjacji.

Czasem to działa. Zaskoczony i wystraszony człowiek podpisuje to, co mu podsuną.

Czasem jednak po prostu mówi „nie”. LUDZIE – MAMY DO TEGO PRAWO! Tak się w czerwcu zaczęła ta wojna, tak to też wyglądało z próbą zwolnienia mnie i jeszcze z kilkoma wcześniejszymi inbami, które na szczęście nie wyszły poza firmę (ale długo nimi żyły korytarzowe ploteczki).

Mówiłem na spotkaniach z kierownictwem: czy nie lepiej byłoby odwrócić kolejność? NAJPIERW negocjować/konsultować, a potem podejmować drastyczne decyzje?

W najgorszym wypadku afera będzie taka sama (ale trochę później). W optymistycznym można by jej uniknąć, odnajdując kompromis satysfakcjonujący dla wszystkich stron.

Słyszałem od kierownictwa zawsze tę samą odpowiedź. Że Agora musi zaskakiwać pracowników decyzjami, bo jako spółka giełdowa jest zobowiązana działać dyskretnie.

No to se zadziałali dyskretnie. Dyskretnie jak widmo hamiltonianu kwantowego oscylatora harmonicznego. Członkowie zarządu powinni sobie dać po milionowej premii za to mistrzostwo galaktyki w dyskrecji.

Moje rozgoryczenie nie przesłania mi (mam nadzieję) istoty sprawy. Bo to nie jest zwykły spór typu „kto kogo”.

Na zajęciach w Collegium Civitas używam filmu Michaela Manna „Informator” jako materiału dydaktycznego. Cztery podstawowe zagadnienia etyki dziennikarskiej (chiński mur, ochrona źródeł, należyta rzetelność, interes publiczny) są tam wyłożone przez znakomitych aktorów, głównie Ala Pacino (to on wygłasza znakomitą ripostę na pytanie „czy sugerujesz, że członkowie zarządu kierują się motywami finansowymi” w zamieszczonym fragmencie scenariusza).

Moje zajęcia są o internecie i social mediach, potrzebuję więc tego filmu głównie do zilustrowania tezy, że w dziennikarstwie internetowym ciężko te cztery zasady odtworzyć. Jak masz mieć „chiński mur” między biznesem a redakcją, jeśli żebrzesz o donejty, produkując sprzedażowe teksty o „samochodzie naszpikowanym technologią” („cena? dobra!”).

W „Gazecie Wyborczej” ten chiński mur jest przestrzegany. W praktyce polega to tym, że zarząd nie może wydawać poleceń redaktorom, bo nie ma bezpośredniej podległości. Dlatego na przykład zarząd mógł mnie próbować zwolnić, ale nie mógł polecić redakcji, żeby mnie przestała publikować (co byłoby dla mnie WTEDY oczywiście gorsze; TERAZ to wszystko już dla mnie bez znaczenia).

Podobnego rozgraniczenia nie ma w portalu. Im zarząd mógł wydać polecenie „zamknijcie dział opinii”. „Wyborczej” takich poleceń wydawać nie może.

Integracja według pierwotnej wersji oznaczałaby koniec „chińskiego muru” i sztywne podporządkowanie „Gazety Wyborczej” zarządowi (w praktyce Agnieszce Sadowskiej). Wprawdzie potem wydał oświadczenie, że nie chcą w niczym grozić niezależności dziennikarskiej, ale działalność związkowa nauczyła mnie, że gdy ci ludzie mówią, że Paryż leży we Francji – należy to sprawdzić na mapie.

Od kiedy w 2013 poleciała ekipa prezesa Niemczyckiego… przepraszam, cofam te słowa, oczywiście nie „poleciała”, tylko niespodziewanie powzięła „inne plany”, otóż od tego czasu w zarządzie Agory nie ma ludzi związanych z „Gazetą Wyborczą”.

Ci ludzie są jak z Barei: „mąż jest z zawodu członkiem zarządu”. Korpomenadżerowie to nie są dziennikarze, nasze święte zasady ich nie interesują.

Nie mam im tego za złe. Ja też bym ziewał, gdyby mi zaczęli opowiadać coś swoim żargonem o swoim świecie, o arkanach kontrollingu raportingu finansingu w marketingu.

Ideał „chińskiego muru” polega na rozdzieleniu obu światów. Dziennikarze piszą, redaktorzy redagują, kontrollingerzy raportingu raportują kontrolling.

Z niezależnością dziennikarską jest jak z wolnością słowa, werbalnie wszyscy są za. A najwięksi zwolennicy to Orban i Kaczyński. Dlatego werbalne deklaracje nie mają znaczenia.

Trzymam kciuki za znalezienie takiej nowej formuły dla „Gazety Wyborczej”, która pozwoli zachować zasadę „chińskiego muru”. I to musi być zapisane w postaci statutowo-prawnych gwarancji – ustne obietnice członków zarządu to flatus vocis. Nauczyłem się tego, jak mawiają w amerykańskich filmach, „the hard way”.

Mam nadzieję, że redakcyjni negocjatorzy o tym wiedzą i będą negocjować jak najostrzej. Protip: negocjowałem różne przykre kwestie z różnymi zarządami od 2011, nauczyłem się, że wobec agorowych korpomenedżerów nie ma sensu „bycie miłym”. Oni tego nie docenią, oni to interpretują jako słabość i walą jeszcze mocniej.

Najzupełniej prywatnie cieszę się, że w zeszłym roku sam znalazłem dla siebie „inne plany”. Jeśli z powodu tej blogonotki zostanę objęty zakazem druku – cóż, jak bym to ujął wobec studentów, spróbujcie państwo wyobrazić sobie kalafiora dyndającego na jedenastowymiarowej superstrunie…