Powrot Kackiego

Jako entuzjasta cancel culture, nie mogę nie zauważyć powrotu sprawy Marcina Kąckiego. Komcionauci, którzy o niej w ogóle nie słyszeli, wygrali na loterii, nie muszą czytać dalej. Pozostałym przypomnę, że ów gwiazdor reportażu i wpływowy redaktor „Wyborczej” opublikował był w zeszłym roku kuriozalny artykuł „Moje dziennikarstwo – alkohol, nieudane terapie, kobiety źle kochane, zaniedbane córki i strach przed świtem”.

Jego tytuł jest bardzo znaczący. Te „kobiety źle kochane” wpleciono tutaj między opowieści o tym, jak to on cierpiał, żebyśmy tak bardzo współczuli narratorowi, że nie zauważymy nawet, że to „złe kochanie” to dziwne określenie wspinania się przez okno do kobiety, która nie chce mu otworzyć drzwi.

Jak się zaraz potem okazało, był to manewr uprzedzający skandal w Instytucie Reportażu. Młode adeptki skarżyły się na Mistrza, Instytut odsunął go od prowadzenia zajęć.

Ale jak to z Mistrzami bywa, ruszył do kontrataku. To on tu jest przecież ofiarą! Czy to jego wina, że kobiety pod wpływem jego nieodpartego, apollińskiego seksapilu same się na niego rzucają? Zwłaszcza Karolina Rogaska, która publicznie oznajmiła, że Kącki w jej obecności wydobył penisa i ulżył sobie, nie zważając na jej protesty. Nie dość że to nieprawda, to jeszcze jest to połączenie dwóch różnych spotkań, ripostował dość tajemniczo Mistrz.

Później zaś wszystko potoczyło się tak jak zwykle. Sprawę miały wyjaśniać sądy i komisje. Ponieważ prokuratura się nie zajęła, to i sądu nie było. Cokolwiek ustaliła komisja powołana przez HR Agory, pozostało poufne, bo takie są zasady działania HR. Komisja redakcyjna zakończyła współpracę „z powodów redakcyjnych” (to po prostu tautologia – redakcja nie ma prawa do niczego więcej).

Gdy więc już stało się jasne, że jak zwykle nie będzie konsekwencji – pozostawało już tylko zmonetyzować status „ofiary cancel culture” książką. Nie przeczytałem, bo nie zamierzam tego wspierać portfelem, a gratisa raczej nie dostanę, przytoczę więc jej omówienie słowami wybitnego literata Janusza Rudnickiego: [z książki] wynika, że sprawy tej gwóźdź, czyli pamiętny „ręko-czyn” w ogóle nie miał miejsca. Wynika, że dziennikarka pomyliła członki i jedyne, co by ją tłumaczyło to fakt, że z grubsza one do siebie podobne. Więc jeśli nie doszło do żadnej ipsacji, a z tego co w książce wynika, że nie, to…”.

Ach, ten żart, ten szyk, ten styl! Jak wuj Janusz przyjanuszuje, to nie ma wuja w mieście. Inna sprawa, że po kilku dniach wuj wyedytował ten wpis, usuwając dowcip o „pomyleniu członków”, zapewne radośnie nieświadomy, że każdy może podejrzeć historię edycji, a z niej wyczytać, że wujowi jego własny żart przestał smakować o 8:29 AM.

I cała sprawa wydawała się już ostatecznie zamieciona pod dywan, zagłuszona tradycyjnym chórem wujów pomstujących na „cancel culture”, gdy Karolina Rogaska opublikowała z kolei zapis rozmowy z Marcinem Kąckim. Wyraźnie słychać, jak mówi „Marcin, ale ty przy mnie wyjąłeś penisa i zwaliłeś konia”, a on nie reaguje jak człowiek niewinny, okrzykiem typu „Karolino, czemu tak zmyślasz?”, „to jakaś pomyłka, to nie mogłem być ja!”, ewentualnie, za Rudnickim, „to nie był mój penis!”, tylko jej potakuje, domagając się wszelako, by ta mu koniecznie opowiedziała osobiście co wtedy czuła.

Zachowuje się w tej rozmowie jakby Rogaska była mu coś winna. I plecie androny, że On, przecież już pięćdziesięcioletni, po prostu nie rozumie współczesnego świata. Tak jakby kiedykolwiek przedtem, w roku 1950 czy 1850, akceptowano wyciąganie penisa przy kobiecie, która sobie tego nie życzy.

Nie bardzo rozumiem, jak po tym nagraniu można jeszcze bronić Kąckiego, ale niektórzy to robią. Czasem widać tu ewidentną Wspólnotę Ludzi Złej Woli, ale niektórzy powtarzają komunały o „domniemaniu niewinności” oraz „niewyręczaniu sądów” być może szczerze w to wierząc.

Wyjaśnijmy więc ponownie, czemu ta postawa jest naiwna. Znakomita większość spraw dotyczących molestowania i mobbingu nigdy nie trafi do sądu. Sorry, takie mamy prawo. Mobber i molestator, jeśli mają odrobinę oleju w głowie, potrafią to robić tak, żeby prokuratura nie miała się do czego przyczepić.

Taki „legalizm” sprowadza się więc do sytuacji jak z rysunku Raczkowskiego: „ratunku, złodziej ukradł mi torebkę! / jeszcze nie było procesu, a pani już wydała wyrok”. Od ofiary oczekujemy pokornego milczenia dopóki nie zapadnie prawomocny wyrok – a w praktyce do wieczystego milczenia, bo do procesu pewnie i tak nigdy nie dojdzie.

„Wyjaśnianie przez wewnętrzne komisje” będzie szybsze, ale co do zasady niejawne. I nie da się tego zmienić. „Żądajmy jawności!” to urocze hasełko, ale w praktyce wtedy ciężko byłoby znaleźć ochotników do zeznawania, więc takie komisje staną się bezradne. Przecież HR to nie policja, nie może wezwać „techników z CSI”.

Sąd cywilny? Jego zadaniem nie jest „poznawanie prawdy”, tylko doprowadzenie do ugody. Jeśli Kowalski nazwie Malinowskiego wielbłądem, Malinowski go pozwie, a potem panowie się dogadają, że Malinowski zgadza się być wielbłądem a Kowalski dromaderem, sąd cywilny nie będzie powoływać biegłego zoologa żeby „ustalił prawdę materialną”.

W typowej sprawie mobbingu czy molestowania nie nie ma takiej niezależnej instytucji, która nam „ustali prawdę”. Pozostają dwie opcje: (a) chrzanić ofiary, brońmy sprawców przed „linczem” (b) osąd opinii publicznej.

Taki osąd odwołuje się nie do stuprocentowej prawdy – której przecież nigdy nie poznamy – tylko do oceny prawdopodobieństwa. W praktyce robimy to na co dzień, bo czekanie w każdej sprawie na prawomocny wyrok byłoby absurdem. Tu konkretnie scenariusz, w którym na Kąckiego uwziął się spisek młodych dziennikarek (bo to przecież nie jest jedna Rogaska), wydaje mi się po prostu skrajnie nieprawdopodobny.

Oczywiście, to może być jak u Agathy Christie, że uzgodniły zeznania, żeby wyprowadzić w pole Herkulesa Poirot. Ale jeśli tak, to czemu pomawiają Kąckiego akurat o coś, o czym z góry wiadomo, że prokuratura to oleje? Nie mogły zeznać, że Kącki przy nich obrażał uczucia religijne? Wtedy już mielibyśmy wyrok! Gupie jakie czy co?

Bardziej prawdopodobny wydaje mi się inny scenariusz. Marcin Kącki to człowiek mądry i doświadczony. On doskonale wie, jak działają te mechanizmy. Przecież niejeden jego wybitny reportaż traktował właśnie o wieloletniej bezkarności predatorów. Gdybym pisał kryminał i potrzebował porady, jakich reguł powinien przestrzegać molestator, żeby żaden sąd go nie tknął – nie umiem pomyśleć o lepszym ekspercie.

Jeśli ktoś mimo to nadal woli wierzyć w spisek wyuzdanych reporterek, nic na to nie mogę poradzić. Tylko błagam, bez tych banialuków o „czekaniu na prawomocny wyrok”. Wyroku nie będzie, ale pozostaje zdrowy rozsądek.

Fosy i kurhany

CC BY-SA 4.0 – Wikipedia / Sznmka

Na Bluskaju napotkałem onegdaj internautę, który dzielił się odkryciem „ufortyfikowanego osiedla” w Warszawie, otoczonego „fosą i kurhanem”. „Nie wiem czy to kultura jamowa, czy dzbanów sznurowych” – dziwował się – „Nie wiem jak to wytłumaczyć. W kurhanie mieszkają. Otoczeni fosą. Mieszkają”.

Towarzyszyły temu komcie osób w kryzysie niewarszawskości, które wyobrażały sobie tak, że chodzi o dziwaczny pomysł dewelopera – tak se po prostu wybudował „fosę i kurhan”, bo zwykłe ogrodzenie to za mało. Ludzie piszący w internecie, że „nie wiedzą jak to wytłumaczyć”, zazwyczaj wcale nie chcą się dowiedzieć. Tak było i w tym przypadku. Moje uprzejme wyjaśnienia, że ten deweloper nazywał się Aleksander Romanow, spotkały się z typowymi w takich sytuacjach wulgaryzmami o libkach, które się zesrały.

No cóż. Za to przynajmniej mam inspirację do powrotu do notek varsavianistycznych.

Pod poprzednią dyskusją pojawiła się dygresja o podróżniczych aspiracjach klasy średniej (jako symbolu statusu). Pozwolę sobie wystąpić w roli Wzorca z Sevres i powiedzieć, że egzotycznymi podróżami ciężko mi zaimponować.

Gdybym wylądował na przyjęciu z nudziarzem opowiadającym jak oglądał szympansy w rezerwacie Mubunga-Bubunga, kiwałbym oczywiście głową z uprzejmym „ach tak, to fascynujące”, ale równocześnie obmyślałbym plan ucieczki. Za to gdyby mi opowiadał jak obserwuje ptactwo żerujące w rejonie metra świętokrzyska albo jak zdobywał zimą bez tlenu północną ścianę górki szczęśliwickiej, jęczałbym z zachwytu i biegał po dolewkę dla sensei.

W Kręgach Zbliżonych Do Mnie modne są mikrowyprawy. Czasami planowane jako parodia makrowypraw typu boso przez Bored Peak albo z synem i sztucerem na Szpicbergen, czasem wynikające z autentycznego zainteresowania tym co za rogiem.

Jeśli więc ktoś chce mi zaimponować, powinien uprawiać urbex, zamiast latać na Bali. Domyślam się, że moje osoby friendsowskie mają dużo do opowiedzenia o Zagadkach Lublina, Bydgoszczy czy też Katowic – i zawsze z przyjemnością słucham.
Co do stolycy, polecam właśnie carskie forty. W pewnym sensie zaliczyłem je wszystkie, to znaczy „zbliżyłem się rowerem tak blisko, jak pozwala na to prawo ludzkie i przyrodzone”.

W ogóle całe moje dorosłe życie jako cyklisty zaczęło się właśnie w Forcie Bema, gdzie mieściła się wtedy jakaś składnica wojskowa. Na zasadzie typowo PRL-owskiego „ktoś był winny mojej mamie przysługę”, kupiłem tam swój pierwszy dorosły rower marki Wagant. W pakiecie „przydziału na rower” była przepustka uprawniająca do wejścia na teren fortu.

W słusznie minionym ustroju większość fortów należało do wojska i bez przepustki nie można się było nawet zbliżyć do wielu z nich. W tej chwili taki status ma już chyba tylko Fort Radiowo? Brakuje mi skali na rispektometrze by opisać mój podziw dla kogoś, komu udałoby się go zwiedzić (może metodą „na Klossa”, czyli „GUZIK MASZ ŹLE ZAPIĘTY, ŁACHUDRO!”)?

Złotą erą eksploracji były oczywiście lata 90., gdy wojsko po prostu porzuciło te obiekty. Rdzewiejące tabliczki „WSTĘP WZBRONIONY” bezsilnie dyndały na rozwalonych płotach. Nie obowiązywały jeszcze dzisiejsze unijne normy, że wszystko musi być uporządkowane i zabezpieczone, bo jeszcze ktoś nogę złamie.

Fort Zbarż, najbardziej fotogeniczny bo zatopiony przez własną fosę, jest jednak w pełni dostępny – o ile ktoś ma profesjonalny sprzęt. Ma on głównie dwie grupy odwiedzających: wędkarzy, którzy coś usiłują z tej fosy wyłowić, oraz taksiarzy, drzemiących w swoich priusach w oczekiwaniu na atrakcyjne zlecenie z pobliskiego lotniska.

Warszawskie forty są ilustracją (rzekomego) cytatu z Pattona, że jeszcze nikt niczego nie obronił, liczy się tylko atak. Historia oraz gry Paradoxu uczą, że fortyfikacje są zazwyczaj bezużyteczne. Armia, która jest je w stanie utrzymać, poradziłaby sobie i bez nich – a gdy jedyna nadzieja jest w bunkrach, to nie ma już żadnej nadziei.

Fortyfikowanie granicy z przyszłym wrogiem to typowy błąd n00ba. W praktyce niemal zawsze lepiej byłoby te same zasoby wykorzystać do rozbudowy przemysłu zbrojeniowego. Nie wiem, czy są jakieś kontrprzykłady z historii najnowszej, na pewno nie należy do nich Twierdza Warszawa.

Rosjanie zbudowali ją w latach 1880., antycypując wielką wojnę z Niemcami. Porażka w wojnie z Japonią sprawiła, że postanowili przemodelować armię, co oznaczało m.in. likwidację fortyfikacji, które wymagały kolosalnych nakładów na samo utrzymanie. Rozpoczęli wyburzanie w 1909, ale że jak to w Rosji, szło im to opornie. W 1913 stało tego jeszcze na tyle dużo, że w panice odwołali rozkaz wyburzania i zaczęli odtwarzać… by w 1915 i tak oddać wszystko bez walki. I to jest typowy los fortyfikacji w XX wieku, zazwyczaj oddawano je bez walki.

Forty warszawskie odegrały nieoczekiwaną rolę w kampanii wrześniowej (w której w ogóle nie planowano obrony Warszawy!). Miały już ograniczoną wartość bojową, bo fort żeby mógł spełniać swoje zadania, potrzebuje oczyszczonego przedpola. Warto żeby kolejne budowle widziały się nawzajem i mogły osłaniać.

Z utrzymaniem czystości przedpola problemy miały nawet władze carskie, w kapitalizmie zaś to już było zwyczajnie niemożliwe. Fort Czerniaków odegrał więc istotną rolę w obronie stolicy (dziś jest tam muzeum), ale był cieniem dawnej potęgi. Fosę przepołowiono pod ulicę Powsińską, a na przedpolach wybudowano wille dla oficerów.

Wojsko obdarowane hektarami najchętniej wchodzi po prostu w deweloperkę. Tak było przed 1939, tak było po 1989. Z kolei w 1939 nieocenioną wartość obronną miały kamienice, na których deweloperka się po prostu zatrzymała (więc w naturalny sposób miały te czyste przedpola), na przykład w rejonie Grójeckiej czy Waszyngtona. Z czego morał jest taki, że chociaż budowanie Linii Maginota nie ma sensu, to bezcenna jest umiejętność improwizowania fortyfikacji tam, gdzie zastanie nas wojna.

Zwiedzenie wszystkich fortów dostarczy wrażeń ekstremalnie zróżnicowanych. Czasem będziemy odwiedzać wspaniałe (acz drogie) knajpy, czasem strach będzie w coś wdepnąć, czasem wylądujemy wśród rodzin z dziećmi na ślicznym miejskim parku, a czasem będziemy się trochę bać, że na takim pustkowiu nikt nie usłyszy wołania o pomoc.

Jak to w wielkim mieście. Dlatego jeśli ktoś jeszcze jakiegoś nie zaliczył – niech nie mówi że nie ma pomysłu na spędzanie czasu wolnego!

Promyczek nadziei

Niniejsza notka będzie próbą nadgonienia wydarzeń politycznych z ostatnich tygodni – będzie więc dość chaotyczna, za co z góry przepraszam, no ale działo się! Zacznę więc od tego, że nie jestem już aż takim pesymistą jak w czerwcu. Może jednak tym razem uda się powstrzymać faszyzm?

Kilka dni temu w USA wszyscy kandydaci popierani przez Trumpa dostali imponujący łomot. Nie jakiś „remis ze wskazaniem”, ale pompki na suficie. Kolega Król, który polemizował w czerwcu z moim pesymizmem, domagał się pod poprzednią notką dania mu satysfakcyi. Zrobię to z gigantyczną rozkoszą (przecież wiecie, że dla pesymisty nie ma większej radości!) gdy podobny łomot nadejdzie w midtermsach. Już teraz jednak zgadzam się, że można zrobić pierwsze „uuuufff”.

Parę miesięcy temu bałem się, że w USA wydarzy się coś w stylu pożaru Reichstagu. Jakiś tragiczny iwent da Trumpowi pretekst do zawieszenia resztek pozorów demokracji i praworządności – bałem się, że będzie tym zamach na Kirka. Teraz jednak na to raczej za późno.

Autozamachy w stylu 18 brumaire’a należy robić gdy się jest na wznoszącej fali popularności. Gdy popularność opada, wyjdzie thermidor. Jeśli Trump albo (zwłaszcza) Vance spróbują coś w tym stylu, przyśpieszą swój upadek.

Bardzo mnie to cieszy, bowiem fenomen MAGA uważam za centralne praźródło zła w świecie Zachodu. Wspierane oczywiście przez Rosję – której rubelki przydają się zawsze przy pozyskaniu tych dodatkowych paru procent w głosowaniach typu 51:49. Elon Thiel i Peter Musk potrzebują więc Putina (a Putin ich).

Dekompozycja MAGA i niewykluczony łomot w midtermsach dadzą uboczny skutek w postaci wiatru w żagle sił demokratycznych na całym świecie, w tym w Polsce. Może więc triumf PiS w 2027 nie jest jeszcze przesądzony?

Oczywiście, to wszystko zależy od Wielkiego Czarnego Łabędzia w Donbasie. Ta wojna do 2027 powinna się skończyć, bo po prostu współczesne wojny rzadko trwają tak długo. Mam nadzieję, że nie skończy się kapitulacją Ukrainy, bo do 2027 Rosja nie ma szans na zajęcie reszty Donbasu (nie mówiąc już o powrocie pod Kijów).

Widzę pierwiastki nadziei w tym, że po kilku latach w Rosji znów mamy antywojenne i antyputinowskie demonstracje. I wprawdzie wiem, że mają dość zapasów gotówki i złota, żeby dokładać do wojny przez parę lat nawet gdy sfajczy się ostatni terminal naftowy, ale z drugiej strony, takie palenie pieniędzmi w piecu nie może się podobać oligarchom z Kooperatywy Jezioro, którzy liczyli na zyski z tej wojny, a nie na straty. Nie będzie więc Crimea Beach Party, ale może będzie Swan Lake Cooperative.

Upadek Putina osłabi Thiela z Muskiem, a to osłabi MAGA, a to osłabi PiS. Powinienem to może przeformułować na tryb warunkowy, bo to ciągle nie jest widok na światełko w tunelu, raczej mapa dróg ewakuacyjnych, że jak skręcimy tu, a potem tam, to może dojdziemy do owego światełka. To raczej nadzieja na nadzieję, ale pół roku temu nie miałem nawet tego.

W tej sytuacji łatwiej mi się znosi osobisty polityczny mikrodramat, że znowu nie mam na kogo głosować. Broniąc Ziobry, posłowie Razem ostatecznie pogrzebali „moją partię”.

Te pokrętne wykręty rzecznika, że „przecież 26 razy go nie broniliśmy”, tylko pogarszają sprawę. Bronić Ziobry raz, to o 50 razy za dużo. Żeby to jeszcze była jakaś Szydło czy Kluzik-Rostkowska, ktoś o niejednoznacznym dorobku, komu można przypisać jakieś pozytywy… ale Ziobro to człowiek o dorobku jednoznacznie negatywnym. Nie zrobił w całym swoim życiu dosłownie ani jednej dobrej rzeczy, za to dużo złych.

Tak mi teraz smutno na myśl o tych wszystkich dyskusjach, w których broniłem Razem przed zarzutem o byciu przybudówką PiS. Nie warto było. Szkoda było strzępić ryja. STONOGA.M4A i tyle w temacie, skumbrie w tomacie pstrąg.

I jeszcze to durne „nie głosowaliśmy w obronie, tylko wyjęliśmy karty z czytników”! Matematycznie to przecież dokładnie to samo. Aż widzę tego Franka Zandberwooda jak mówi, że ma plan, kurczę sprytny – będą udawać, że „nie głosowali”, więc przymilą się pisowi, nie tracąc antypisu. A pozostała czwórka woła „wodzu, wódz jest genialny, jak zawsze”.

Od założenia tej partii zawsze deklarowałem, że ma mój głos nawet gdyby sondaże dawały jej poniżej jednego procenta. To już nieaktualne. Teraz najwyżej mogę spojrzeć okiem łaskawem na zjednoczoną listę całej lewicy, o ile sondaże będą jej dawać kilkanaście procent. Jeśli nie, to w 2027 głosuję na najsilniejszą listę antypisowską.

Mnie też wkurza duopol, ale wkurza mnie też brzydka pogoda. Nic na to nie poradzimy, można być albo z MAGA albo przeciw nim. Broniąc Ziobrę, razemici przeszli na złą stronę mocy.

Poziom sroktoranta

W starości poza fizycznym tetryczeniem przeraża mnie także psychiczne. Moje westchnienia, że chciałbym cofnąć świat do backupa z 2015 roku zapewne zdradzają podświadome „bo wtedy jeszcze ogarniałem o co chodzi”.

Żeby przeciwdziałać, poproszę więc PT ogarniających o wyjaśnienie mi dzisiejszego świata. Może wyjdzie mi z tego seria notek, ale zacznę od LLM skrótowo zwanych AI.

Nie rozumiem tego w ogóle. Są już ludzie, którzy się od tego uzależnili, ale dla mnie to jak papierosy, od których zawsze odrzucał mnie smród. Te sześciopalce obrazki są obrzydliwe, a teksty napisane topornie – niczym szkolne wypracowania, pełne okrągłego wodolejstwa typu „W panteonie wielkich polskich poetów szczególnie poczesne miejsce zajmuje Adam Mickiewicz (1798-1855)”. Tego się nie da czytać bez bólu!

Uważnie śledzę relacje znajomych o stosowaniu AI do celów hobbystyczno-rekreacyjnych. Pewien Friends chwalił się, że AI mu zaprojektowało szafkę do zmajsterkowania. Super, ale ja nie majsterkuję.

Mam takie ogólne wrażenie, że AI może mnie „wyręczyć” głównie w tych zajęciach, które i tak lubię („samodzielne planowanie wycieczki”). Co do zastosowań zawodowych, to jak wiecie, zawody mam dwa. W oświacie niezbędne jest generowanie papierów, których nikt nie czyta, ale muszą być.

Rozumiem, że można użyć LLM do ich generowania, ale przecież równie dobrze jakieś gotowce można wyguglać.
Niektóre papiery muszą być pisane pod kątem konkretnego ucznia. Literka „I” w skrócie „IPET” pochodzi od słowa „indywidualne”. Ale żeby dostać taki IPET od AI, musiałbym wrażliwe dane ucznia wysłać amerykańskiej korporacji. Wydaje mi się to fundamentalnie nieetyczne i najprawdopodobniej nielegalne, choć zapewne setki nauczycieli to właśnie teraz robią. Z dwojga złego znów szlachetniejsze wydawałje mi się wyguglanie gotowca.

Wiem też, że AI może za mnie przygotować konspekt lekcji, ale moje lekcje są autorskie i lubię to w nich. Natomiast nauczyciel realizujący program po bożemu i tak może skorzystać z oferty jednego z wydawnictw, oferujących podręczniki, konspekty i sprawdziany. Dzięki nim można nauczać przedmiotu o którym się niewiele wie (i stojąca zastępstwami polska oświata, w której geografii musi uczyć katecheta – bez tego by się zawaliła).

W swoim wcieleniu nauczycielskim nie widzę więc zastosowania dla AI. A w zawodzie stukania w literki?

„Kopernika” pisałem podczas lockdownu, musiałem więc zmusić się do podniesienia kompetencji w korzystaniu z bibliotek cyfrowych. Przedtem wolałem się fizycznie wybrać do murowanej biblioteki, żeby sprawdzić coś, co pewnie znalazłbym online. I właściwie nadal tak wolę, ale nie było wyboru.

To było jeszcze przed szałem na ChatGPT. Czy mógłby mi pomóc jako riserczer? Dzięki znajomym, którzy mają płatne konta, robiłem mikro-eksperymenty – zadawałem pytania dotyczące Kopernika, na które znałem odpowiedź i wiedziałem, że czasem to „cholera jedna wie” (= brak źródeł), a czasem odpowiedź jest dostępna publicznie i za darmo, ale nie tak po prostu z gugla, tylko np. z archiwum Dantyszka.

Wyniki były zawsze rozczarowujące. AI ma dziwny opór przed odpowiedziami typu „nie wiadomo, brak danych, źródła milczą” (pod tym względem przypomina kol. Fieloryba). Niczym nieprzygotowany student, zawsze udaje że wie. Taki riserczer przyniesie więcej szkody niż pożytku.

Te najnowsze płatne wersje reklamowane są jako odpowiednik „poziomu doktoranta”. Sroktoranta! Owszem, studentowi można wybaczyć, że nie wie że o archiwum Dantyszka – ale doktorant powinien na to wpaść sam.
Jak już wiemy w jakim archiwum jest nasz zasób – samo sięgnięcie do niego to wisienka na torcie. Najmniej istotna część roboty. Jak mam takiemu cyberdebilowi sam powiedzieć, że „wyszukaj mi to i to w archiwum Dantyszka”… to na czym ma polegać jego bezcenna pomoc właściwie?

Testując AI pytaniami o Kopernika stwierdziłem, że umie korzystać tylko z tego, co jest widoczne z poziomu wyszukiwarki. Jedyna biografia jaką znał, to ta Birkenmajera – bo w domenie publicznej. Nie znał „Regestów” Biskupa, biblii kopernikologii, choć są dostępne w pewnej cyfrowej bibliotece – o czym wiem bo podczas lockdownu sam se musiałem to wszystko poodnajdywać. Z takim riserczem do do Ziemkiewicza.

Oczywiście, najszlachetniejszy risercz to ten pierwotny – odkrywanie nieznanych źródeł. Szanujący się autor non-fiction zna tę ekscytację, że odwiązujemy w staroświeckiej tekturowej teczce tasiemkę, którą archiwista zawiązał 70 lat temu i mamy błogą świadomość, że jesteśmy pierwszym czytelnikiem skrytych w tej teczce pożółkłych papierów!

W takich sprawach samo odwiązanie tasiemki to już drobiazg, najważniejsze to wpadnięcie na to, do jakiego archiwum o jaki zasób chcemy się zwrócić. Czasem zapłaciłbym krocie riserczerowi, który by mi powiedział „to może być w teczce o sygnaturze THX-2137 w archiwum w Białymstoku”.

W przypadku Kopernika pogodziłem się, że takich odkryć nie zrobię, ale właśnie to, że tutaj większość tego typu dokumentów jest już zdigitalizowana, tylko trzeba wiedzieć gdzie szukać – pozwoliło mi sprawdzić, że AI jest za głupia na tę kluczową fazę, „wiedzieć gdzie szukać”. Jak już jej powiem gdzie szukać to znajdzie, ale na co mi taka pomoc.

Przyjmijmy taką gradację źródeł, że (1) najcenniejsze są te pierwotne, typu „dokument w archiwum” (2) potem mamy pracę naukową na temat tego dokumentu (3) potem pracę popularyzatorską taką jak moja (4), a potem hasło w Wikipedii cytujące m.in. moją książkę. Otóż AI powołuje się głównie na źródła typu (4), do tych typu (1) nie umie dotrzeć nawet gdy są zdigitalizowane, a co najgorsze, NIE ROZUMIE RÓŻNICY. To nie poziom studenta, tylko licealisty.

Czy AI może za mnie pisać felietony? Jakbym ją nakarmił korpusem swoich tekstów, pewnie mógłaby wygenerować coś w podobnym stylu. Zapewne setki autorów to właśnie teraz robią. Pewnie ze dwa czy trzy razy uszłoby mi to na sucho, ale w końcu Polityka by zerwała współpracę.

A wymyślanie pomysłów? Tak naprawdę mam więcej pomysłów niż mocy przerobowych. Na początku zabawy darmowym ChatemGPT sam go zapytałem o pomysł na książkę, która by wreszcie odniosła sukces. Odpowiedział, że young adult fantasy jest w modzie – i zaproponował powieść, że Zahukane Dziewczątko ma pewne Szczególne Możliwości, przy pomocy których Ratuje Świat i wtedy Wszystkim Jest Głupio, że byli dla niej kiedyś niemili.

To była porada i sensowna (faktycznie streścił typowe generyczne YA), ale i bezsensowna. Bestsellery biorą się z zaskoczenia, a nie z gonienia za typową formułą. Kolejna książka z serii „wszyscy jesteśmy ze wsi” już nie powtórzy sukcesu „Chłopek”.

Krótko mówiąc, obecna moda na AI jest dla mnie niepojęta. Jedyne co by mnie trochę ekscytowało to sparringpartner do gier strategicznych, bo AI w grach Paradoksu nadal jest do rzyci. Ale to w ogóle nie idzie w tym kierunku (szachy mnie tak nie pociągają).

Chichram się więc czytając o idiotach, którym AI zaplanowała wakacje – i wysłała ich do nieistniejących miejsc. Albo którzy chcieli dokonać wielkich odkryć naukowo-technicznych, i jeden jak w opowiadaniu Lema skończył rujnując się na budowę serwerowni, bo ChatGPT mu wmówił, że chce się uwolnić. No wiem że nie wypada blejmować wiktima, ale co to za głupki!

Ale wiem też, że różne technologie na początku miały zgrzyty, profesorowa Szczupaczyńska argumentowała za wyższością tramwajów konnych nad elektrycznymi, ale historia rzadko przyznaje rację starym ludziom krytykującym nowoczesność. Choć czasem jednak tak, że przypomnę Lema i Internet.

Więc dopuszczam, że i tu nie mam racji. I naprawdę będę wdzięczy za wskazanie mi jakiegoś zastosowania zawodowego – albo hobbystycznego. Mam na przykład bajzel w winylach i przydałaby mi się aplikacja identyfikująca je przed kamerą i generująca z tego plik XLS albo w ogóle konto w Discogs. Ale takiej chyba nie ma?

Przydałby mi się asystent riserczu – którego mógłbym na przykład zapytać po ludzku, że „mój bohater pracował w latach 60. w urzędzie powiatowym w Myciskach, gdzie może być jego teczka personalna?”, a ten by mi odpowiedział, że takie archiwum, taka sygnatura. Moim zdaniem, AI tego nie potrafi (z pewnością potrafi za to taką sygnaturę zmyślić).

Darmowe wersje mnie nie zachęcają do kupienia płatnych, ale mini-eksperymenty u płacących znajomych też nie. AI jawi się w nich jako nakładka na zwykłego gugla. Chętnie bym za to zapłacił za oldskulową wyszukiwarkę, taką jak gugiel sprzed 20 lat, z trybem zaawansowanym, z regexpami. Ale w kapitalizmie jak w tej knajpie z „Psów” – „tego co szanowny pan zamawiał to nie mamy, ale może być AI”.

Arkana Wagnera

W komciach pod poprzednią notką pojawiła się teza o Zachodzie, który rzekomo „popierał Chorwację” podczas rozpadu Jugosławii. Wielce mnie to zasmuciło, bo pokazuje potęgę rosyjskiej propagandy.

Niby wszyscy widzimy, że Zachód nie chce wojen, najchętniej udaje że nic nie widzi, udaje że wierzy w „zielone ludziki nie wiadomo skąd” itd. Ale jednocześnie istnieją ludzie przekonani, że akurat 30 lat temu Niemcy i Amerykanie marzyli o wojnie na Bałkanach, bo tak nienawidzili Serbów – jedni „od początku”, drudzy ponoć „od Clintona” (skądinąd powszechnie znanego z wielkiej chęci do wojowania z Rosją i Serbią).

W rzeczywistości Zachód był początkowo przerażony perspektywą rozpadu Jugosławii. Zachodni dyplomaci wywierali naciski na Słowenię i Chorwację najpierw żeby w ogóle nie robiły referendów niepodległościowych – a potem żeby chociaż opóźniły publikowanie wyników, żeby kupić parę miesięcy na bezsensowne próby uratowania federacji.

Kiedy zaczęła się pełnoskalowa wojna, początkowo piętnowano „nacjonalistów z obu stron”. Serbowie ściągnęli na siebie międzynarodowe potępienie za sprawą zbrodni wojennych – od których tę wojnę właściwie zaczęli, bo pierwszą dużą bitwą było oblężenie przygranicznego Vukovaru.

W mieście przez 88 dni działał szpital, w coraz straszniejszych warunkach: bez prądu, wody, podstawowych leków. Polakom przypominało to Powstanie Warszawskie. W dniu kapitulacji 18 listopada 1991 budynek szpitala zajęły wojska serbskie. Pacjentów i personel poddano selekcji, część wywieziono w nieznanym kierunku.

W mieście w 1992 pojawiły się wojska pokojowe ONZ. Szybko odkryto masowy grób, którego Serbowie nawet nie próbowali ukryć. Twierdzili, że to grób z drugiej wojny, ale analiza ciał i znalezionych przy nich przedmiotów dała jednoznaczne wyniki.

Zachód został zmuszony do ścigania zbrodni wojennych po raz pierwszy od czasu Norymbergi. A rezultaty przesunęły opinię publiczną przeciwko zbrodniarzom – co z kolei zmusiło zachodnich polityków do niechętnego porzucenia wygodnego pieprzenia o „ekstremistach z obu stron”. Nigdy jednak niestety nie było to „wspieranie Chorwacji” w sensie choćby nawet takiego „too little, too late”, jakie teraz dostaje Ukraina.

Tak jak teraz Rosja, ówczesna Serbia zwróciła przeciwko sobie opinię publiczną na Zachodzie po prostu przyzwalaniem na zbrodnie wojenne – zwłaszcza na działalność różnych sadystycznych psychopatów w rodzaju niejakiego Arkana. Nie musieli tego robić, tak jak Rosja mogłaby trochę powstrzymywać różnych swoich „Wagnerów”.

Czemu tego nie robią, to Tak Ogólnie Fascynujące Pytanie. Moja odpowiedź jest taka, że w Jugosławii Serbia była mini-Rosją. Zjednoczenie południowych Słowian było początkowo jedną z wielu demokratycznych idei Wiosny Ludów, ale – jak w wielu innych przypadkach – w praktyce gdy doszło do jej wcielania w życie, okazało się to podbijaniem sąsiadów przez Serbów. Po prostu szybciej załapali się na własne państwo.

Jak wielu obcokrajowców, lubiłem Jugosławię Jako Ideę. W samym kraju nie była aż tak popularna. Nie-Serbowie czuli się dyskryminowani. Gdy w 1990 mieli po raz pierwszy okazję dać temu wyraz, zagłosowali na niepodległościowe partie, a potem w referendach za niepodległością.

Czasem się pojawia pytanie „a gdyby Ślązacy”. Uznaję je idyjotycznem, bo w demokratycznym kraju mniejszości czują się dobrze, więc nie mają takich potrzeb. Chcę żeby czuły się dobrze, no bo wszystkim obywatelom Rzeczypospolitey życzę dobrze (tak definiuję patriotyzm).

Polityczna zbieżność serbsko-rosyjska wynika – poza cyrylicą i prawosławiem – po prostu z tego, że w obu przypadkach mieliśmy rozsypanie się imperiów, dużego i małego. Belgrad stał się nagle stolicą znacznie mniejszego państwa.

Mieszkańców Belgradu to wkurza, tak jak mieszkańców Moskwy wkurza to, że już nie władają Estonią. W normalnych krajach potrafimy sformułować ofertę typu „z nami lepiej”, ale cyryliczni sami wiedzą, że to nieprawda. Słoweńcom jest lepiej bez Serbii, tak jak Estończykom bez Rosji.

Jestem świadom różnic, ale zwracam uwagę na podobieństwo mechanizmu. Najpierw przyzwolenie na zbrodnie wojenne (ordery dla zbrodniarzy, wybieranie ich do parlamentu, ukrywanie przez Hagą itd.), a potem lament „czemu wszyscy są przeciw nam?”. Plus debilne teoryjki dorabiane na różnych podkastach, a to że „Zachód zawsze był przeciw Rosji”, a to że „Zachód zawsze był za Chorwacją”.

Niestety, jak widać, niczym „Jedi mind tricks” działa to na słabe umysły.

Krakery i reformery

Philips O’Brien, piszący zazwyczaj sensowne analizy wojny w Ukrainie, napisał na Substacku o bombardowaniu rafinerii. Niestety, o petrochemii twierdzi takie farmazony (uważa kraking za rodzaj destylacji!), że aż poniżej podstawy programowej dla profilu ogólnokształcącego.

Te błędy są powszechne. Kiedyś na Bluskaju spotkałem mądralę, który na mojego komcia, że diesel jest prostszy w produkcji od benzyny, wyskoczył mnie pouczać, że produkcja jest taka sama, tylko temperatura inna. I wkleił „diagram” podobny do tego u O’Briena, tylko jeszcze bardziej wprowadzający w błąd, bo zamiast „składniki do produkcji benzyny”, miał tam po prostu benzynę.

Zatem, drodzy komcionauci, lekcja chemiii z dziadkiem Wojtkiem. Wyprodukowanie oleju napędowego jest proste, bo idealne paliwo do diesla, heksadekan, występuje w ropie w wystarczających ilościach. Da się go z niej po prostu oddestylować. Potem możemy coś dodać, żeby było zimowo i/lub premiumowo, ale ogólnie bazujemy na paliwie, które dał nam pan Bóg.

Gdyby Bóg chciał, żebyśmy jeździli samochodami z zapłonem iskrowym, dałby nam też izooktan (idealne paliwo o liczbie oktanowej 100). Ale nie dał. Samą destylacją dostaniemy benzynę o liczbie oktanowej cirka ebaut 70. W czasach mojej młodości sprzedawano ją jako tzw. „niebieską” i nadawała się tylko do mało wymagających silników.

Z tymi oktanami chodzi o to, że idealne paliwo powinno się spalić równomiernie, od razu w całym cylindrze, w ciągu maleńkiego ułamka sekundy – tworząc falę, która równomiernie napiera na tłok. Zła benzyna spala się nierównomiernie, detonacyjnie (stukowo).

Im bardziej węglowodory są rozgałęzione, tym lepiej się spalają. Z wykładów Rodewalda mgliście pamiętam, że wyżej podstawione atomy węgla chętniej biorą udział w reakcjach o mechanizmie rodnikowym [EDIT: w komciach poddano to bardzo interesującej dyskusji].

Ponieważ pan Bóg nam poskąpił tych rozgałęzionych, musimy je robić sami. Robimy to w reformerach (zamieniających proste w rozgałęzione) oraz w krakerach (zamieniających długie i proste na krótkie i rozgałęzione). Te urządzenia są drogie, buduje się je przez wiele lat, wymagają wykwalifikowanego personelu.

Każda rafineria ma sprzęt do destylacji (a więc umie zrobić diesla), ale nie każda ma kraker. Naszym skarbem narodowym jest Petrochemia Płocka, wyposażona w takowy. Budowali ją, jak wiadomo, „inżynierowie z Petrobudowy” 60 lat temu.

Radzieccy planiści założyli, że oni będą do Polski eksportować ropę – a my im wysokooktanową benzynę. Z gospodarczego punktu widzenia to był dla nich niekorzystny plan, metropolia wobec kolonii zazwyczaj ma podstawę odwrotną: kolonie produkują surowiec (np. ziarna kakaowe), a metropolia gotowy produkt z wysoką marżą (np. belgijską czekoladę).

Czemu w ZSRR zrobili to tak dziwnie? U mnie na wydziale tłumaczyli to tak, że Polska w roku 1960 miała prawdziwych profesorów i inżynierów wykształconych przed wojną, a z Rosji większość uciekła po rewolucji, a tych co nie uciekli, sami sobie wyrżnęli w wielkiej czystce. Więc uznali, że lepiej żeby tak delikatnych urządzeń nie obsługiwali niby-absolwenci niby-uczelni. Podaję to jednak jako anegdotę, w sumie nie wiem o co chodziło planistom RWPG (ktoś wie?).

Wygląda w każdym razie na to, że to się nie zmieniło. W roku 2022 rosyjskie rafinerie nadal miały niedostatek krakerów, a co za tym idzie, problemy z wysokooktanową benzyną. I jak zawsze mieli też świetlane plany, że Łukoil coś tam zbuduje w którymś tam roku, generalnie unieważnione przez sankcje. Nic już nie zbuduje.

To w sumie logiczne. Jeżeli jesteś wykwalifikowanym petrochemikiem, to nie musisz pracować w Rosji, możesz w Dubaju. Wojna przyśpieszyła ucieczkę wykwalifikowanych kadr – zostały przepite oblechy, których nikt nie chciał.

Jak wiadomo, trwają właśnie ukraińskie „kinetyczne sankcje”, obliczone przede wszystkim na niszczenie krakerów. Rosja jest zmuszona importować benzynę, ale to nie jest takie proste – nie mogą jej sprowadzać tymi samymi tankowcami, którymi eksportują ropę. Na zatankowanie kremlowskich limuzyn zawsze coś się znajdzie, ale gdy piszę tę notkę, spadek mocy produkcyjnych sięga już 40%. Tego nie sposób załatać importem.

Zniszczony kraker to nie jest coś, co można odbudować w miesiąc. Czy dwa. Czy pięć. Rosję czeka zima bez benzyny (a nawet z dieslem są już trudności).

Może więc pokuszę się o prognozę, że widać już jak to się może skończyć. Podczas pierwszej wojny światowej Niemcy aż do listopada 1918 okupowali znaczną część Rosji i Belgii. Skapitulowali nie dlatego, że wojska ententy podeszły pod Berlin, tylko z powodu zamętu wywołanego krachem gospodarczym.

Ukraina nie musi więc odzyskać militarnie Krymu i Donbasu. Putinowi po prostu może zabraknąć pieniędzy na opłacanie kontraktowego mięsa armatniego. Skąd ma je brać?

Komcionauta Awal snuł tutaj pod różnymi ksywkami wizje „Rosji modernizacyjnej”, która zdywersyfikuje źródła dewiz, między innymi poprzez eksport samochodów elektrycznych. Jego jedynym argumentem były ZAPOWIEDZI – że oto firma AvtoKrap bez kozery „zapowiedziała”, że w roku 2023 wyprodukuje 50.000 samochodów.

Jak to z Rosją bywa, skończyło się na zapowiedziach. Tak realnie to produkcja samochodów w Rosji się zwija, a nie rozwija. Podobnie jak petrochemia. Podobnie jak wszystko (z wyjątkiem produkcji tanich dronów na licencji irańskiej, ale tym też dziury w budżecie nie załatają).

Kinetyczne sankcje obejmują także niszczenie rurociągów i terminali portowych, więc z eksportem samej ropy i gazu też będzie coraz gorzej. Rosja weszła niestety w tę wojnę z ogromnymi rezerwami w złocie i walutach, no złotem nie da się zatankować autobusów i karetek. A ze względu na to, że rosyjska motoryzacja odziedziczyła absurdy ZSRR, używają silników benzynowych tam, gdzie w normalnych krajach króluje diesel (np. w offroadowych Niwach i Buchankach).

W połowie października front w drugiej wojnie światowej zawsze zamierał z powodu pogody. Ten Pokrowsk, który w sierpniu zeszłego roku miał upaść za trzy dni, chyba już nie zdąży upaść przed grudniem. A ciekawe czym w grudniu będą tankować te motocykle do samobójczych ataków? Bimbrem?

Wywiad z MRW

Jak mogła zauważyć część PT Komcionautów, znany szczeciński prozaik i publicysta Michał Radomił Wiśniewski nagle zniknął z mediów społecznościowych. Trochę się martwiłem czy żyje (coraz więcej internetowych znajomych jest już po jakimś pierwszym zawale albo chemioterapii). Dobijałem się do niego na mesendżerze, początkowo bez powodzenia. W końcu się dobiłem i zgodził się na wywiad, z którego nie jestem zadowolony – bo jak widać, ja go ciągle chciałem pytać nie o to, o czym on chciał mówić. Ale jednak mimo wszystko samo „wylogowywanie się z social mediów” wydaje mi się tematem ważnym i aktualnym, więc without further ado, ladies and gentlepersons:

MUA: Zacząłbym od pytania skąd ta decyzja, przecież kiedyś byłeś power userem wielu mediów społecznościowych na raz? Co przeważyło szalę?

MRW: Zajmuję się kulturą internetu, więc nadal zaglądam do mediów społecznościowych, tylko postanowiłem zrezygnować z wchodzenia w interakcje. Można mnie nazwać power lurkerem. A było to tak, że jak zwykle co roku wyjechałem na dwa tygodnie, żeby sobie odpocząć od świata (mam o tym esej), czyli od wiadomości, dyskusji, udręki obcowania z tą całą bombą gigabitową. Zwykle czułem jakąś tęsknotę, ale tym razem było inaczej. Po powrocie do Polski zobaczyłem jakiś irytujący komentarz („nie mogę iść spać, ktoś nie ma racji w Internecie”) i stwierdziłem, że go po prostu zignoruję. I kolejny też. Mija właśnie trzeci miesiąc, w ogóle mi tego nie brakuje. To był tipping point, ale znużenie socjałami odczuwałem od dawna. Nie tylko dlatego, że hipoteza martwego internetu – pełnego botów i AI – wydaje się coraz prawdziwsza, ale z poczucia jakiejś syzyfowej pracy, kręcenia się w kółko tych samych dyskusji, odbijania tej samej piłeczki. Nieskończonego Usenetu, którego nie wspominam jako przyjemnego miejsca.
Druga rzecz to pieniądze. Skoro dziś każdy może mieć opinię i wyrażać ją za darmo w sieci, to te opinie są nic nie warte. Dlatego teraz wyrażam opinię wtedy, kiedy ktoś mi za to płaci. To wartościowa opinia!

No wiesz, pijak może oszukać terapeutę, a nie drugiego pijaka – tak łatwo mi nie uciekniesz od tego, że to przecież uzależnienie – czyli mówisz, że odstawiłeś metodą silnej woli, cold turkey, pewnego dnia powiedziałeś sobie że od dzisiaj ani kropli?

Oczywiście może być tak, że zwyczajnie nie mam skłonności do nałogów, najwyżej wpadam w jakieś krótkotrwałe obsesje. Mam wrażenie, że to nigdy nie był nałóg. Inaczej bym nie wytrzymał tych dwóch tygodni wakacji. Prędzej styl życia, więc po prostu go zmieniłem, gdy uznałem, że nie przynosi mi ani frajdy, ani większych korzyści; kogoś dziś jeszcze kręcą lajki? Że napiszesz coś w sieci i parę osób się z tym zgodzi, albo poda dalej? Kiedy już wiadomo, że ten mechanizm nie działa, że algorytmy promują Jezus Krewetkę albo innego „nie przywitasz się ze mną bo jestem ze wsi”. Niedawno Fejfer w artykule o Gonciarzu rzucił tekstem, że ofiary po ogłoszeniu się ofiarami mają zyski, w tym „ogromne zasoby trudnej do przecenienia waluty współczesności, czyli lajków i serduszek”. Przecież to jakiś absolutny absurd, jaka to niby jest waluta? Możesz kupić lajki, ale nie kupisz nic za lajki. Dostałem parę swego czasu i ile dziś są warte? Mniej niż jotpeg ze znudzoną małpą.

Przecież nikt nie mówi że to ma sens, w końcu ten ustrój nie nazywa się sensualizmem tylko kapitalizmem, ale serio chcesz mi powiedzieć, że w ogóle nie ma zjawiska uzależnienia od social mediów – albo że ty byłeś odporny, tak po prostu imprezowałeś z nami w tej samej knajpie, a nagle przestałeś przychodzić, bo ci już nie smakuje?

Tak jak wcześniej wyszedłem z Usenetu, kiedy przestałem się na nim dobrze bawić, tak jak przestałem blogować, po tym jak wypaliłem temat akcją „100 dni blogera” i mi się to znudziło. O czym dziś flejmowałeś na Blueskyu? Zajrzałem, o pobieraniu plików w Safari.
Nuda to chyba słowo klucz. Ludzie bawią się smartfonami, bo się nudzą; przecież fundamentem rynku konsoli przenośnych była obserwacja, że japońscy salarymani w pociągach z nudów bawili się kalkulatorami, z czego wyrósł Game&Watch, Gameboy i tak dalej, aż po nowego Switcha, na którym możesz sobie pykać nawet w „Cyberpunka 2077”.
Facebook to nie heroina. Odróżnijmy uzależnienia – te od substancji, które ryją banię i poniewierają efektem ostawienia od różnych zachowań kompulsywnych czy sposobów na doładowanie dopaminą. Może to jest klucz – Facebook czy X nie są w stanie dostarczać już dopaminy, bo przestały być przyjemnymi miejscami. To jak kibel w metrze, idziesz do niego, jak już nie masz wyjścia. Przy ciętych zasięgach nawet nie można powiedzieć, że jest się tam, żeby sprzedawać książki.

A bo to na Bluskaju to z Mruwnicą, rozmowy z Mruwnicą rzadko są ciekawe, ale na przykład jakiś świr na tiktoku przepowiedział że dzisiaj ma być koniec świata i to akurat jest zabawne, poszło z tego sporo fajnych memów

To nieprawda, rozmowy z Mruwnicą należą do najciekawszych rozmów, jakie odbyłem w życiu, więc wydaje mi się, że problem leży w medium. Zwróć uwagę, że z tej całej blogosfery, w której kiedyś tak intensywnie uczestniczyliśmy, ostały się nieliczne blogi, Twój, Fronensisa, kogoś jeszcze? Ta sieć się zupełnie rozpadła, nie udało jej się odtworzyć ani na Facebooku, ani na Twitterze, ani teraz na Bluesky’u, bo ludzie tam nie przychodzą już dyskutować, tylko się spierdzieć, czyli wyżalić. „Ojej, Safari po aktualizacji mi zapisało plik i nie wiem gdzie”, aż sprawdziłem, że u mnie normalnie zapisało w pobranych i przez chwilę się wahałem, czy o tym napisać, ale w tym momencie byliście już na etapie „po co komu nowy system” i „a kiedyś to było, panie, jak Jobs żył”. A śmieszne memy można oglądać bez wchodzenia w żadne social mediowe interakcje, chyba że jest się amerykańskim boomerem, który na widok Jezusa Krewetki albo Dzielnego Strażaka Patrioty wrzuca ciąg emoji z flagami Portoryka. Zaglądam czasem na Reddita, bo na przykład gram w „Death Stranding 2” i jestem ciekaw, jakie inni odkryli niespodzianki, ale z nikim nie dyskutuję, bo po co. Ostatnio najgorsze co widziałem to flejma Jacka Dehnela z Marcinem Matczakiem. Ten drugi wykazywał maksimum złej woli i Dehnel słusznie go spławił na drzewo, i co było dalej – Matczak te swoje bzdety powtórzył w felietonie w „Wyborczej”, bo go w ogóle przecież nie interesuje, żeby się czegoś o świecie dowiedzieć. On już wszystko wie od Jordana Petersona. Tak samo jak ten drugi ancymon, Tomasz Stawiszyński, który wszystko wie od Sama Harrisa. Raz mnie zaczął obserwować na Facebooku, bo szykował felieton o reakcjach lewicy na Luigiego Mangione. Nic nie znalazł, więc napisał ten tekst o oparciu o jakieś krawędziowe memy Stronnictwa Popularów. Tego co nas obu uważa za libków.

Martwi mnie, że nasza rozmowa poszła w stronę zrzędzenia starszych panów, że Internet to już nie to – a ja liczyłem na motywującą opowieść o kimś, kto się uwolnił z nałogu, z jakimiś tipami dla nas, nadal uzależnionych…

To chyba naturalna kolej rzeczy, że jak się spotyka dwóch byłych usenetowców, to każda rozmowa zamienia się w Usenet? Syn Marka Krukowskiego nazwał to grą w listy i dotknął czegoś bardzo ważnego; wszystkie media społecznościowe są grą, tak samo wciągają, mają te same mechanizmy – możesz przegrać flejma, ale nie jest to coś co ma jakiekolwiek realne konsekwencje, zupełnie jak w grze wideo. Pewnie nie gadałeś z ChatGPT i innymi AI, ale tam też to tak działa, wciągasz się i próbujesz przegadać maszynę, albo „wygrać” w taki sposób, żeby ją zmusić do napisania tego co chcesz, żeby napisała. Myślę, że to pierwszy krok dla każdego, kto czuje się uzależniony od flejmowania, lajków i powiadomień – uświadomienie sobie, w czym tak naprawdę uczestniczy. Można żyć złudzeniem – jak sekty z Twittera, albo Awal – że stukając te słowa bierze się udział w ratowaniu świata, ale tak naprawdę to tylko ratowanie księżniczki w Mario.
Świadomość jest kluczowa: opowiadam o tym, że mi się przestało to podobać, więc przestałem to robić. Żeby nie było jak w tym żarcie, kiedy stary daje synowi do spróbowania wódkę, ten się krzywi z obrzydzeniem. „No widzisz, a tatuś musi”. Ale nie lubię bardzo mówić o uzależnieniach, kiedy chodzi o różne cyfrowe kompulsje, bo to otwiera takie skojarzenia z Anonimowymi Alkoholikami, jakimś MONAREM; polubiłem za to bardzo pojęcie higieny cyfrowej, bo w ogóle wierzę w higienę, zwłaszcza BHP. Magdalena Bigaj popularyzująca tę ideę w ramach Instytutu Obywatelstwa Cyfrowego i działalności edukacyjnej zwraca uwagę, że cała dyskusja o cyfrowym dobrostanie kręci się dookoła dzieci i młodzieży, tymczasem są to rzeczy, których bardzo potrzebują dorośli.

Legendy ze zburzonego miasta

A znowuż Anna Brzezińska wróciła w powieści „Mgła” do świata fantasy w quasi-włoskim średniowieczu z cyklu opowiadań „Wody głębokie jak niebo”. Mam z takim rodzajem fantastyki pewien problem – jako mniej lub bardziej, ale jednak racjonalista chciałbym zakładać, że gdy inkwizycja pali na stosie czarownice, to jest to prześladowanie niewinnych kobiet w imię zabobonu. Kiedy autor sugeruje, że czarownice są naprawdę niebezpieczne, inkwizytor staje się postacią pozytywną.

W „Mgle” ten problem rozwiązano przy pomocy kunsztownej gry literackiej. Tę historię na zmianę opowiada nam dwóch narratorów, zasadniczo bezimiennych. Będę ich na użytek notki nazywać „synem młynarza” i „synem flaczarki”. „Syn młynarza” ma przydomek „Draco”, gdyż lubi opowiadać tym, co go częstują winem historię, którą ten drugi narrator pogardliwie podsumowuje jako „bajędę o smoku”.

Połowa książki to rzeczona bajęda. Druga połowa to opowieść, którą „syn flaczarki” snuje kilka(dziesiąt?) lat później, gdy sam jest żebrakiem. Czy możemy mu wierzyć? Przecież on sam wielokrotnie szydził z „syna młynarza”, że ten zmyślał byle co, żeby mu tylko polali wina. Gdy sam jest w tej sytuacji, to naturalne, że stosuje te same sztuczki.

Wyguglałem negatywną recenzję, której autor narzekał, że czytając „Mgłę” miał „wrażenie, że słucha blubrania jakiegoś pijaczka, który urżnął się totalnie i teraz zanudza towarzystwo słowotokiem”. Bardzo słusznie! Obie narracje są „blubraniem pijaczków”.

Rzeczywiście, nie jest to klasyczne fantasy, że Bohater Wyrusza na Quest. Przyjemność lektury polega na samodzielnej rozkminie: CO TAK NAPRAWDĘ ZASZŁO? Obaj narratorzy są, jako się rzekło, niewiarygodni – w dodatku obaj sobie przeczą w jednych detalach, ale są zaskakująco zgodni w innych.

To sytuacja, z którą często styka się historyk, a nawet autor popularnych książek o historii. Związane z Kopernikiem źródła często sobie przeczą, często też nie wiadomo na ile można wierzyć komuś, kto był politycznym przeciwnikiem astronoma. Takie rozkminy to podstawa przyjemności obcowania z Historią.

W książkach historycznych (non-fiction) spotykamy czasem lakoniczne zdania typu „w 1125 roku wojska cesarskie obróciły miasto w perzynę”. Takie zdanie ukrywa tysiące makabrycznych historii o mordzie, gwałcie, torturach, grabieży – zazwyczaj nieopowiedzianych.

Tutaj zagładę przetrwało kilka osób, a razem z nimi ocalały dwie opowieści. Z nimi z kolei ocalała legenda o smoku mieszkającym jakoby w alpejskich (?) szczytach górujących nad Citta di Sant’Angelo. „Mgła” pozwala nam się pobawić w historyka, setki lat później próbującego wysmażyć publikacyję o tej legendzie. Ile w tym prawdy?

Możliwa jest interpretacja całkowicie realistyczna. Żadnego smoka nigdy nie było, ani w ogóle żadnej magii. Po prostu obaj „blubrający pijaczkowie” pozmyślali pikantne szczegóły widząc znudzenie na twarzach sponsorów popijawy.

Historia często używana jest do opowiadania o współczesności. Nie jestem tu bez winy, napisałem od grzmota felietonów i blogonotek niby to o republice weimarskiej, a tak naprawdę o 3RP. W „Mgle” też dostrzeżemy Współczesność, bo przecież w Dzisiejszych Czasach nie sposób nie myśleć o Zagładzie, a temu często towarzyszy pytanie: jakie opowieści po nas zostaną, gdy nasze miasta zostaną „obrócone w perzynę”? Ale byłoby śmiesznie, gdyby przyszły historyk próbował sobie wyobrazić nasze czasy na podstawie cudem zachowanego archiwum tego blogaska (z komciami). Wtedy już by naprawdę bronili doktoraty z awalologii!

Historyk chrześcijański zinterpretowałby legendę o smoku jako metaforę Grzechu, za sprawą którego Citta di Sant’Angelo upadło, trawione przez Upadek Moralny. Historyk marksistowski zauważyłby wątek klasowy – miasto upadło, bo jego włodarzom nie udało się zbudować podstawowej spójności społecznej (więc kiedy pod mury podeszły wojska cesarskie okazało się, że nie wszyscy chcą walczyć za kasztelana). Smok wtedy jest metaforą Walki Klas.

Użyję więc historycznej fantasy do interpretacji Współczesności. Jeśli upadnie nasze Citta di Sant’Angelo, to z podobnych przyczyn. Nie udało nam się sprawić, żeby każdy „syn flaczarki” identyfikował się z naszym Miastem. Część jest gotowa otworzyć bramę wrogim wojskom po prostu z nienawiści do kasztelana. Racjonalne tłumaczenia, że na dalszą metę sami sobie tym wyrządzą krzywdę, mają ograniczoną skuteczność.

Czyja to wina? Jak to u Brzezińskiej, nie mamy wyraźnego podziału na „dobro” i „zło”. Obaj narratorzy to obiektywnie Źli Ludzie, w pełni zasługujący na wszelkie nieszczęścia jakich zaznali. Z ich opowieści wynika, że w Citta di Sant’Angelo istniały mechanizmy awansu klasowego, ale narratorzy porzucili je po prostu z powodu łączącej ich obu pogardy dla uczciwej pracy.

Z drugiej strony, z tych opowieści wynika też, że te mechanizmy za ich życia stopniowo się zamykały. Obaj opisują zachodzącą w mieście oligarchizację: biedni są coraz biedniejsi i liczniejsi, bogaci odwrotnie.

Częściowo wynikać to mogło z powodu obiektywnych procesów, które zachodziły także w naszym wszechświecie – a wtedy nikt ich nie rozumiał, bo nie istniała jeszcze ekonomia jako nauka. Ale częściowo, jak sugeruje zwłaszcza „syn flaczarki”, mogło po prostu chodzić o chciwość oligarchów, którzy również woleli raczej osłabić obronny potencjał miasta, niż zrezygnować z pomnażania majątku. Im też – jak wiemy z naszego świata – nie da się racjonalnie wytłumaczyć, że na dalszą metę sami sobie tym wyrządzą krzywdę. Za bardzo podobają im się „blubrający ketaminiści” i ich bajędy o schronach odpornych na smoka.

Ja więc – jak widać – odczytuję „Mgłę” marksistowsko i lewacko, jako opowieść o katastrofie klimatycznej, Peterze Thielu, golfistach i alt-right („syn flaczarki” jest średniowiecznym groypersem!). Smok jest dla mnie metaforą Kapitalizmu, pchającego naszą cywilizację ku samozagładzie.

Można go też odczytywać na inne sposoby (np. jako metaforę Grzechu), albo wprost. „Historię syna młynarza” możemy odczytać jako klasyczne fantasy o Smoku, Miłości, Zdradzie, Klątwie i Królewnie Na Wieży, a nawet o Psiogłowcach. Ale osobiście w Annie Brzezińskiej bardzo cenię właśnie to, że nie pisze takiej po prostu zwykłej, banalnej fantasy, której wystarczająco dużo już nastukano.

Albania i Aberbayijan

Trudno mówić o Ukrainie bez mówienia o USA. W chwili pisania tej blogonotki, pokojowe plany Trumpa nadal wydają się jednym wielkim idiotyzmem. Kazał swoim żołnierzom rozwijać przed zbrodniarzem czerwony dywan na Alasce – i póki co, nie osiągnął absolutnie nic.

Ja bardzo chciałbym, żeby to wszystko miało jakieś optymistyczne wyjaśnienie, z serii „liberałowie nie rozumieją genialnego planu Trumpa”, ale go nie widzę. Widzę na razie głupotę wynikającą z nieznajomości Rosji i Europy – oraz z tego, że powyrzucał profesjonalnych dyplomatów i zastąpił ich amatorami, którzy w starciu z Ławrowem oczywiście są bez szans (jedno i drugie to właściwie dwa oblicza tego samego problemu).

Oczywiście, sam będę miał dużo radości gdy nagle dojdzie do spotkania Putin – Zełeński i tam Putin przedstawi te mityczne „ustępstwa”, o których Trump i Vance ciągle mówią, ale nie wiadomo na czym miałyby polegać. A Ławrow zaprzecza jakoby w ogóle były jakiekolwiek. Dla mnie wygląda na to, że Putin (lub jego sobowtór) przybył do USA tylko żeby porobić głupie miny do fotoreporterów i ośmieszyć gospodarza. No ale jakby jakiś sympatyk Trumpa to czytał i zechciał przedstawić swoją optymistyczną wersję, proszę się nie krępować.

Ja się nie mogę oprzeć wrażeniu, że widzimy wstępną fazę demencji. Jak wiadomo, zaczyna się od drobnych zaników, po prostu seniorowi coraz częściej „ten wredny Niemiec chowa kluczyki”, ale przez jakiś czas jeszcze może jako-tako funkcjonować, nawet dalej chodzić do pracy. A nawet jechać do niej własnym samochodem, co czasem bywa przerażające.

Gdy Trump przypisywał sobie, że zaprowadził pokój między „Albanią i Aberbejdżanem” (sic), to już mniejsza, że przypisywał sobie coś, co miało miejsce jeszcze za Bidena. Tak naprawdę Armenię i Azerbejdżan pojednała Ukraina (bo Rosja się na tyle wypsztykała ze sprzętu i ludzi, że nie mogła już jątrzyć w Karabachu). Ale sama ta pomyłka jest dziwna i przypomina wstępną fazę demencji, gdy nasz drogi senior nagle bierze synową za bratową.

Nie piszę tego z satysfakcją, bo choć są różne nekrologi, na które czekam z utęsknieniem, nie ma wśród nich nekrologu Trumpa. Zastąpi go Vance, który wydaje mi się jeszcze gorszym człowiekiem, wprowadzonym do polityki przez otwartego faszystę Petera Thiela (jak już pisałem, nie upieram się przy słowie „faszyzm”, niech będzie „trzecia reakcja”, w każdym razie, esencją jest podobnie motywowana wrogość wobec demokracji).

Pewien kolega upierał się tu w komciach, że w midtermsach to już na pewno MAGA straci władzę. To jest notka, pod którą kolega może rozwinąć tę teorię. Przyda nam się odrobinka optymizmu. Dla mnie to brzmi jak te nadzieje, że niedoświadczony Hitler się skompromituje, więc będzie kanclerzem tylko na parę miesięcy, a przecież pełnię władzy i tak utrzyma Hindenburg (który też już w tych ostatnich miesiącach nie poznawał ludzi).

Przyszłość wygląda przerażająco i ja bardzo chciałbym nie mieć racji. Dawajta, przekonujta mnie, że za dwa tygodnie (jak zwykle) Trump wreszcie straci cierpliwość i wprowadzi jakieś realne sankcje wobec Rosji. Albo, dla odmiany, że z tego spotkania na Alasce coś w końcu wyjdzie i nagle, tadaaaa, dojdzie do kompromisu.

Ja na razie widzę w kryształowej kuli kolejny rok wojny, a w Ameryce faszyzm, który niestety będzie kopiować nasza prawica, bowiem od dawna Ameryki jest pawiem i papugą, co Alex Jones wymyśli, to pisior polubi.

Niestety, w tej notce jest więcej pytań niż odpowiedzi. Ale jak przedtem się postarałem i zrobiłem ładną mapkę, to i tak nikt nie docenił. No to teraz wy mi narysujcie swoje. Jak widzicie to wszystko za rok, dwa?

Rocznica Pokrowska

Linia frontu w 2022 i 2025
Z braku dobrych wiadomości, pocieszmy się taką: właśnie mija okrągła rocznica od kiedy pojawiły się pierwsze zapowiedzi, że Pokrowsk upadnie w ciągu najbliższych dni. Na blogasku pierwszy taki komć był 17 sierpnia 2024, ale oddawał on to, co różni analitycy analizowali już od tygodnia.

Gdy piszę te słowa, teraz też się wydaje że to już kwestia najbliższych dni. Ale samo to, że Pokrowsk wytrwał rok coś nam już mówi – to mianowicie, że upadek różnych „kluczowych hubów logistycznych” i „strategicznych fortec”, po których według analityków cały front miał się rozsypać, bo „dalej już tylko płaskie stepy”, przynosił dotąd w praktyce przesunięcie frontu o kilkanaście, maks kilkadziesiąt kilometrów, po czym to znów zastygało na rok czy dwa.

Ukradłem komuś mapę porównującą linię frontu z końca 2022 z linią ówczesną, czyli z 20 lipca 2025. Widać, że większość frontu jest nieruchoma, a te wielkie rosyjskie ofensywy, jak zdobycie Bachmutu albo szturm na Sumy (podkręcany przez media jako „gwałtowne przyśpieszenie”), przynosiły pipsztyczki z serii „wytęż wzrok i zauważ różnicę”.

Uzupełniłem tę mapę o podpisy tych „wielkich ofensyw”. Ewentualny upadek Pokrowska (gdy to piszę, wciąż nie nastąpił) wygładzi kawałek frontu, ale też nie spodziewam się zmiany widocznej gołym okiem. Oczywiście analitycy analizują, że Kramatorsk upadnie zaraz potem, no ale Rosjanie nadal mają kawał drogi. Przed zimą nie zdażą.

Skoro nie możemy liczyć na analityków, zanalizujmy się sami. Jak to się skończy? Notkę z takim pytaniem chcę napisać od pół roku, ale ciągle czekałem aż coś wyjdzie z tych planów Trumpa, że 24 godziny, albo jednak nie!, 14 dni, albo nie!, 50 dni, nie! 10 dni, nie! A może Alaska?

Oleję więc te bzdury i napiszę notkę przed spotkaniem, które rzekomo ma wszystko zmienić – bo zakładam, że nic nie zmieni. Oczekuję kolejnej porcji TACO. Oczywiście, za parę dni być może bardzo się wygłupię, no trudno.

Z jednej strony nie chcę, żeby Ukraina skapitulowała – bo to byłaby fatalna wiadomość dla Polski. Z drugiej mam swój jednostkowy interes w jak najszybszym zakończeniu wojny: tęsknię za Lwowem, tęsknię za Kijowem, chcę żeby przywrócono regularne połączenia lotnicze a ludzie nie musieli spać na stacjach metra.

Najważniejsze jednak, że nie mamy nic do gadania – to decyzja tylko i wyłącznie Ukraińców. Nam pozostanie ją uszanować, jaka by nie była.

Możliwe, że Trump coś z Putinem „podpiszą”, a Ukraina to odrzuci i będzie walczyć bez Ameryki. Trump już i tak de facto wstrzymał pomoc, dalsze dostawy z USA mają być finansowane przez Europę. Nie posunie się chyba do embarga? Choć oczywiście masowe groby w Europie Wschodniej są pełne tych co to myśleli, że jakiś polityk się do czegoś nie posunie…

Nadal wierzę w zwycięstwo Ukrainy i mam na to argument, który chciałbym przedyskutować. Lubię historię rapierów (ale z naciskiem na historię a nie przekrój poprzeczny muszkietu tylnojęzykowego!) no i naprawdę będę wdzięczny za kontrprzykłady do następującej tezy.

Mniej więcej od czasów Napoleona, inwazje albo się udają natychmiast, albo kończą się klęską agresora. Nigdy nie było tak, żeby najeźdźca po trzech latach impasu znajdował nowe siły by wreszcie zdobyć Verdun.

Można się tu pokłócić o definicję „agresora”, więc proponuję – roboczo – taką, że to ten, kto się spotyka z wrogością miejscowej ludności. W tym sensie więc Amerykanie i ich sojusznicy byli agresorami w Iraku i Afganistanie, nawet jeśli propagandowo przedstawiano ich jako wyzwalaczy.

Historia mówi, że agresor może przegrać nawet jeśli do końca kontroluje część terytorium. W obu światówkach Niemcy okupowali spore kawałki podbitych państw. Ukraina nie musi więc całkowicie wyprzeć Rosjan, żeby wygrać.

Agresorzy często szukali sposobu na pozorne wyjście z twarzą. Amerykanie formalnie nie przegrali wojny w Wietnamie, po prostu przekazali odpowiedzialność Wietnamowi Południowemu. Sowieci formalnie nie przegrali w Afganistanie, w traktacie „byli” gwarantem pokoju między Afganistanem a Pakistanem. Nie wiem kto z kim teraz zawrze podobny traktat, ale wydaje mi się to jednym z możliwych zakończeń.

Ciągle mam nadzieję na gospodarczy kolaps Rosji. Ukraina jest w stanie zniszczyć rosyjski przemysł petrochemiczny. Już zaczęli, wstrzymali prawdopodobnie pod wpływem matactw Trumpa, teraz wznowili – i jaram się każdą jarającą się rafinerią. Oby zniszczenia sięgnęły 100% potencjału, czym wtedy Putin załata dziurę w budzecie? Eksportem samochodów?

No ale cóż. The floor is open – chętnie poznam Wasze opinie, prognozy, sprostowania oraz oczywiście sarkastyczne „ha ha” jeśli „Ich Trumpuszka” coś jednak w tej Alasce załatwi.