Avtokartoshka De Luxe


Egzekwowanie przez Litwę unijnych sankcji wobec tranzytu rosyjskich towarów do eksklawy królewieckiej to ostateczny argument w naszej niedawnej dyskusji o hipotetycznej produkcji samochodów elektrycznych w zakładach Avtotor. Sankcje obejmują stal we wszystkich odmianach, a bez niej produkować można najwyżej samochody takie z Flintstonów.

W „Komsomolskiej Prawdzie” niedawno był reportaż z przejścia granicznego Kamiennyj Łog (Miedniki Królewskie) w ciągu drogi E28 (Berlin-Gdańsk-Elbląg-Królewiec-Wilno-Mińsk). Z reportażu wynika, że niezależnie od sankcji, od dawna jest problem z tranzytem do Królewca.

Autorka powołując się na rozmowy z rosyjskimi kierowcami TIR twierdzi, że od lutego litewscy pogranicznicy uprawiają „strajk włoski”. Ciekawe dlaczego akurat od lutego?

Kierowcy muszą koczować w warunkach polowych przez wiele dni. Autorka rozmawiała z takimi, którzy stoją już piąty dzień, a na początku tego czegoś, co się zaczęło w lutym, było to nawet kilkanaście dni.

Samochody osobowe mają nieco krótszy czas oczekiwania, ale i tu jest źle. Litewscy pogranicznicy „swoich” odprawiają ekspresowo, przez co Rosjanie w tranzycie stoją dłużej.

Wygląda na to, że o ile nie nastąpi jakaś radykalna zmiana polityczna w Rosji, litewscy (i zapewne polscy) pogranicznicy nie przerwą strajku włoaskiego. Pozostanie zaopatrywanie drogą morską, ale tu jest ograniczona przepustowość.

Wydaje mi się, że powrót do „business as usual” w Królewcu (i nie tylko) jest już niemożliwy. Nawet jeśli pojawi się taka wola polityczna w „starej Unii”, nawet jeśli ktoś znajdzie genialny plan biznesowy, wszystko rozbije się o groźbę strajku włoskiego na granicy.

O rosyjskiej motoryzacji dużo piszą „Izwiestia”. Z tych artykułów wynika, że produkcja stanęła WSZĘDZIE. W Rosji po prostu od kilku miesięcy nie robi się samochodów, ani osobowych, ani ciężarowych – brak też części, więc jest problem z serwisowaniem istniejących.

Nie jestem inżynierem, ale intuicja mówi mi, że im dłużej taki przestój trwa – tym trudniej linię produkcyjną przywrócić do życia. Po jakimś czasie trzeba ją już odtwarzać od zera.

Piszę o tym nie żeby podkreślić, że miałem rację w dyskusjach sprzed paru tygodni. OK, nie TYLKO po to. Wydaje mi się to teraz szerszym tematem – ogólnie nie ma już powrotu do „business as usual”.

Zakłady Avtotor założono w 1996 gdy wydawało się, że położenie eksklawy królewieckiej jest jej atutem, nie przekleństwem. Tania siła robocza plus doskonałe skomunikowanie z Zachodem – co może pójść nie tak?

Wydawało się wtedy, że szlabany graniczne będą znikać. Zresztą przez pewien czas mieszkańcy Królewca cieszyli się ułatwieniami przy wjeździe do Polski, na czym skorzystał niejeden przygraniczny lumpeks.

Ten model śmiertelnie się rozchorował na Covida, wojna odłączyła go od respiratora. Szlabany graniczne wróciły w wielkim stylu, nie tylko w Miednikach Królewskich.

Niestety, to kolejna notka z serii „a wy jak myślicie?”, bo sam nic nie wiem, tylko gdybam i mniemam.

Powrót szlabanów dramatycznie zmieni opłacalność różnych modeli biznesowych. Ale jakich?

Już pandemia uświadomiła nam, jakie to niebezpieczne, że Chiny stały się „fabryką wszystkiego”. Nawet Elon Musk narzeka, że jego fabryki stały się „piecem do palenia pieniędzy”, bo wyprodukowanych dla niego baterii w Chinach „nie ma kto załadować na statek”.

Wait, what? To do ładowania kontenerów na statki nadal są potrzebni żywi ludzie? A tyle się naczytałem o nowoczesnych, bezobsługowych, zrobotyzowanych terminalach kontenerowych…

Czy z tego całego zła na dalszą metę nie wynika dobro w postaci powrotu produkcyjnych miejsc pracy dla Europy? Neoliberałowie przez dekady zapewniali nas, że to już niemożliwe. Że to koniec przemysłowej klasy robotniczej na Zachodzie, bo konkurujemy z Chinami i z Bangladeszem, a w ogóle za chwilę robotnicy staną się zbędni, bo drony, roboty i drukarki 3D.

To założenie było centralnym elementem tego, co nazywamy „business as usual”. I do tego już nie ma powrotu, niezależnie od dalszego przebiegu działań wojennych.

Może na krótką metę będziemy tęsknić za globalizacją, ale na dalszą wiążą się z tym chyba dobre wiadomości. Może nawet do Elona Muska dotrze, że bardziej mu się opłacało mieć uzwiązkowioną fabrykę baterii gdzieś w Unii, niż uzależniać od dostaw z Chin?

A Wy Jak Myślicie?

Now Playing (189)

W ramach rozpaczliwej próby myślenia o czymś innym – powrót do czasów dzieciństwa. No powiedzmy, nastoletności.

Zapałałem wtedy wielką miłością do grupy Pink Floyd. Stosunkowo łatwo mi powiedzieć, kiedy to było – bo pamiętam emocje, z jakimi czekałem na radiową premierę płyty „Final Cut”. Czyli że marzec 1983 to mój „peak fanboyism” (potem mi trochę przechodziło).

Jako fanatyczny fan chciałem wysłuchać wszystkiego, ale to absolutnie wszystkiego, co nagrał mój ukochany zespół. Mind you, w czasach PRL to było nietrywialne, ale dzięki składance „Relics” (którą UPOLOWAŁEM NA WOLUMENIE), poznałem nawet mało znane B-tracki.

I jak to się zdarza fanatycznym fanom odkryłem, że mój ukochany zespół ewoluował tak bardzo, że to w gruncie rzeczy dwa różne zespoły. Jeden, nagrywający ambitne concept-albumy – i drugi, produkujący piosenki-żarty (novelty songs).

I tak było z przekształcaniem młodego Marksa-liberała w dojrzałego Marksa-marksistę, trudno pokazać moment przekształcenia Floydów z błaznów w kapłanów. W pełni kapłańsko jest oczywiście na „Ciemnej stronie”, ale okres przejściowy trwał długo, może nawet trwał od samego początku.

Bo gdy po latach wspominam tę muzykę (nasłuchałem się tego tyle, że włąściwie już nie muszę), najsilniej zapisały mi się w pamięci kawałki-michałki typu „Pow R. Toc H.”. A z drugiej strony już na pierwszej płycie słychać zapowiedź przyszłego geniuszu w fragmentach „Interstellar Overdrive” i „Astronomy Domine”.

Mam znajomego, który w ogóle twierdzi, że najlepsze są dwie pierwsze płyty Pink Floyd, reszty się nie da słuchać. Traktuję to z dystansem, bo to typowy warszawski snob kulturalny, on poleca „Ulissesa” i ostro się zaangażował w promowanie nowego tłumaczenia. Czy można mu wierzyć?

Peak michałkowatości Pink Floyd też łatwo wskazać. To utwór „Seamus” z płyty „Meddle” – pastisz bluesa, którego główną atrakcją jest wycie psa, mniej więcej do taktu i do akordu.

Piosenka ma dwa dość różne wykonania. Na płycie „Meddle” występuje tytułowy pies Seamus, prościutki niby-bluesowy tekst wyśpiewuje David Gilmour.

Przy okazji filmu „Pink Floyd live at Pompeii” piosenkę wykonano jeszcze raz, ale bez wokalu i bez klawiszów Richarda Wrighta, który tym razem zajmował się pieszczeniem (?) suczki Nobs.

W tym filmie Floydzi jeszcze mają po dwadzieścia parę lat i dalej trzyma się ich chłopięcy humor. Ale już się bawią syntezatorami w sposób, który za chwilę zaowocuje „Ciemną stroną”.

To moment przekształcenia błaznów w kapłanów. Można też domniemywać, że widząc, co narkotyki zrobiły z ich przyjacielem Barrettem, stracili ochotę do uprawiania sztuki psychodelicznej, ale sami jeszcze nie wiedzieli, co chcą robić zamiast niej („Meddle” to jedno wielkie poszukiwanie).

Krytycy schlastali tę piosenkę, Floydzi jakby się jej potem wstydzili. Tymczasem przyznam, że ostatnio często brzmi mi w uszach. Częściej niż te ich wielkie, wybitne utwory.

Kto nie umie błaznować, z tego będzie kiepski kapłan. Przynajmniej jeśli ja mam występować w roli wyznawcy.

Lewica o Ukrainie

W setnym dniu wojny zobaczyłem wreszcie dokument, który wydaje mi się dobrym punktem wyjścia do szukania lewicowej platformy programowej wobec wojny w Ukrainie. Nie ma tam konkretnych propozycji typu „jak odblokować Odessę”, to raczej spis imponderabiliów.

Zgadzam się z nim w stu procentach. Ale zamiast dodawać swój skromny podpisik do petycji, po prostu zareklamuję na blogu.

W Polsce tę petycję popiera środowisko „Le Monde Diplomatique”, a wymienioną w petycji Europejską Sieć Solidarności z Ukrainą (ENSU) popiera partia Razem. Nie wyobrażam sobie lepszych rekomendacji.

Co dla mnie szczególnie istotne, nie ma tu symetryzmu i wzywania do pokoju za wszelką cenę. Petycja opowiada się zdecydowanie po stronie Ukrainy.

Nie ma tu jednak tego, co trockiści nazywają „kampizmem”, czyli opowiadania się za którymkolwiek wielkim obozem międzynarodowym. Zimnowojenne hasło „ani Waszyngton, ani Moskwa” współcześni (post)trockiści zmienili na „internacjonalizm nie kampizm”.

W przypadku Ukrainy oznacza to, że celem nie jest wprowadzenie Ukrainy do UE ani NATO. Celem jest pozwolenie ludowi Ukrainy na podjęcie suwerennej decyzji – to tego przecież odmawia im Putin.

Wydaje mi się to podejściem o tyle trafnym, że wojna trochę podkopała moje zaufanie do zachodnich instytucji. OK, przeważnie działają z RiGCzem, ale co chwila jakiś Draghi czy Macron musi zadzwonić do Putina z kolejnymi bezproduktywnymi umizgami, Orban wziąć w obronę Cyryla, a Scholz zaprzeczyć samemu sobie.

Mam nadzieję, że UE i NATO wyjdą z tego kryzysu na dalszą metę wzmocnione, ale póki to nie nastąpi – nie możemy liczyć na to, że wyjdą stamtąd jakieś spójne wskazówki ideowe. Europejska i światowa lewica musi wymyślić je sobie sama.

W pierwszych miesiącach wojny mieliśmy szereg kompromitująco głupich wypowiedzi różnych Chomskych i Warufakisów. Niektórzy moi znajomi zachwycali się też symetrycznym manifestem niejakiego Borisa Budena (intencjonalnie nie linkuję).

Wciąż nie wiemy, jakie kreski na mapie się z tego wyłonią. Zaryzykowałbym ostrożną tezę, że rosyjski potencjał ofensywny się wyczerpuje, nie zajmą już żadnego dużego miasta, za to Ukraińcom coś się uda odbić w kontrofensywie.

Z fascynacją obserwuję zwrot *stanów ku Turcji i Chinom. Rozkręca się omijające Rosję połączenie przez Kazachstan, Morze Kaspijskie, Azerbejdżan i Gruzję. To może być początek środkowoazjatyckiej wspólnoty gospodarczej odwróconej do Rosji biodrami.

Może koniec końców Ukraina dołączy do niej, a nie do Unii? Nie nam to rozstrzygać, ale naszą powinnością jest wspieranie Ukrainy w prawie wyboru, na pohybel tym, którzy przypisywaliby ją do rosyjskiej (czy czyjejkolwiek) „strefy wpływów”.

Przyszłość jest nadal nieodgadniona, ale komcionauta Awal w jednym ma rację. Gdy już nadejdzie, musimy chociaż z grubsza wiedzieć, czego od niej chcemy.

Chcemy więc Ukrainy wolnej. Nie – protektoratu, nie – strefy zdemilitaryzowanej, nie – kraju kolonialnego, po którym Chomsky i Kissinger, współcześni następcy Sykesa i Picota, będą sobie rysować po uważaniu kreski na mapie.

I tej samej wolności życzymy całemu światu. Albowiem uniwersalizm powinien być uniwersalny.

Realistyczne kreski na mapie

Nie uważam siebie za realistę w znaczeniu filozoficznym ani politologicznym. Są słowa, które w języku potocznym budzą pozytywne skojarzenia (racjonalizm, idealizm, pragmatyzm), a w filozofii oznaczają bzdury przy których scholastyka brzmi rozsądnie (sprawdźcie kiedyś, czym był „racjonalizm” obalony przez Kanta w „Krytyce”!).

Realizm w znaczeniu politycznym spopularyzowali Niemcy po wielkim rozczarowaniu Wiosną Ludów. Po nadziejach z 1848 nie zostało nic, niemal wszędzie rewolucyjne zrywy przyniosły tylko zaostrzenie zamordyzmu.

W efekcie atrakcji nabrała reakcja. Po co knuć, po co się buntować, skoro to tylko pogarsza sytację? Nie lepiej ukorzyć się przed cysorzem i farorzem?

Pogląd przeciwny możemy nazwać uniwersalizmem. Jest nim przekonanie, że ład polityczny powinien się odwoływać do jakichś powszechnych zasad – „katolicyzm” to właściwie to samo, tylko że po grecku.

Nasze poparcie dla Ukrainy wynika zazwyczaj nie z partykularyzmu (miłości do Tarasa Szewczenki i atamana Mazepy), tylko uniwersalizmu (przekonaniu, że Putin naruszył pewne uniwersalne zasady). Realiści proponują nam, żebyśmy porzucili ten uniwersalizm i uznali prymat siły i interesów (elektryczny SUV marki Avtokartoshka dla Kowalskiego!).

Wygląda na to, że są szczerze zaskoczeni brakiem realizmu u nas. Chyba naprawdę nie rozumieją, dlaczego nie chcemy skorzystać z okazji by zająć Lwów.

Uniwersalizm ma swoje wady. Po pierwsze, w tę kategorię wpadają poglądy tak różne (papizm, nazizm, marksizm), że nie da się nas zjednoczyć pod wspólną chorągwią. Najkrwawsze wojny Europy toczyły się między nami uniwersalistami (o przeciwnych uniwersałach).

Realizm też nie ma dobrego dorobku. Teoretycznie przynosi formułę na wieczny pokój: wystarczy, że mocarstwa spotkają się na kongresie, narysują sobie kreski na mapie i pozawierają przeciw sobie sojusze, którymi się będą nawzajem szachować.

Szczytową fazą realizmu były kongresy berlińskie z 1878 i 1885, na których narysowano wiele kresek istniejących do dziś. Te absurdalne wypustki i ekslawy, czyli tzw. bordergore państw afrykańskich to dorobek ówczesnych realistów.

Model „koncertu mocarstw” miał osiągnięcie w postaci pokoju w Europie, trwającego do 1914. Towarzyszyły temu jednak wojny gdzie indziej, a wszystko spektakularnie pierdyknęło gdy koleś sfrustrowany kreskami z 1878 zastrzelił następcę tronu.

Dla nas. ludzi mieszkających między Rosją a Niemcami „realizm” jest zabójczo niebezpieczny. Samo istnienie naszych państw da się uzasadnić tylko takim lub innym uniwersalizmem.

Ktoś powie, „co mi za różnica, w jakim kraju mieszkam”. Ten ktoś zdradzi nieznajomość historii. To się praktycznie nigdy nie zdarza, żeby zabory czy kolonizacja podnosiły poziom życia podbitej ludności en masse (choć oczywiście zawsze się znajdzie jakaś garstka kompradorsko-folksdojczowska).

Unia Europejska jest projektem hybrydowym. W deklaracjach jest uniwersalistyczny, ale przez pierwsze kilkadziesiąt lat napędzał ją motor francusko-włosko-niemiecki, czyli realistyczny koncert mocarstw pod inną nazwą.

Ten motor zaczął się zacinać jeszcze w zeszłej dekadzie. Zaryzykowałbym hipotezę, że nie przetrwa tej wojny.

Macron, Scholz i Draghi zbyt często składali puste deklaracje, a potem wydarzało się coś, co ich zdaniem miało się nigdy nie wydarzyć. To obniża ich autorytet – w grach Paradoxu występuje parametr, który moglibyśmy nazwać „współczynnikiem rispektu” (w praktyce nazywa się np. „power projection”).

Do „polityki mocarstwowej” potrzebujemy wysokiego rispektu. W grach, tak jak w prawdziwym świecie, bierze się on nie tylko z siły militarnej, ale także z dodatkowych bonusów w rodzaju „beacon of liberty”, „patron of arts” czy „defender of faith”.

Odrzucam realizm nie tylko z powodów pryncypialnych, ale także dlatego, że on zwyczajnie nie działa. Realpolitik przyniosła Niemcom 150 lat temu status „najmniej lubianego mocarstwa Europy”, z którego nie mogą się wygrzebać do dziś.

Amerykanom Kissinger przyniósł wyłącznie porażki, z Wietnamem na czele. Osłabił też „soft power”, którym Ameryka cieszyła się po 1945 na całym świecie.

W pierwszych latach dekolonizacji w Trzecim Świecie postrzegano USA jako „najfajniejsze mocarstwo Zachodu”, bo Hollywood, Disneyland, jazz i nylony, a także bo zdarzało im się (np. w Suezie) studzić imperialistyczne zapędzy Anglii i Francji. Realizm lat 60. sprawił, że to Ameryka stała się w Afryce i w Azji najbardziej znienawidzonym mocarstwem świata (i też do dzisiaj nie może się z tego wygrzebać).

Mówiąc językiem gier, realizm nie działa, bo obniża ten parametr, który trzeba wymaksować iwentami, żeby go uprawiać. Paradox indeed!

Nawet zakładając, że Rosja zgarnie z tej wojny jakąś nagrodę pocieszenia, a wszystkie formalne sankcje zostaną zniesione – nie odrobi strat w „soft power”. W „Izwiestiach” czytam sobie właśnie, że żeby powstrzymać ucieczkę specjalistów, Rosja zrywa z bolońskim systemem nauczania.

Nie możesz wyjechać na stypendium doktoranckie, jeśli nie możesz dostać dyplomu magistra ani licencjata – tylko inne tytuły, celowo pomyślane tak, żeby były niekompatybilne z całym światem. Na krótką metę to powstrzyma „drenaż mózgów”, ale to przecież odetnie rosyjskie uczelnie od światowego obiegu, co nie może mieć dobrego wpływu na poziom nauczania.

I nawet jeśli zdobędą Kijów, z tym problemem już zostaną, podobnie jak z innymi konsekwencjami tego, że duża część świata ich po prostu znielubiła. Skąd mają teraz brać specjalistów do wdrażania nowych technologii?

Realizm polityczny wymaga mało realistycznego założenia, że czynnik ludzki jest zaniedbywalny. Że te wszystkie małe ludziki po prostu dostosują się do kresek, które im narysujemy na mapie. Że nie mają swoich interesów, duchowych i materialnych, za sprawą których będą się buntować.

Robiąc ten realistyczny błąd, niejedno mocarstwo wpakowało się w taki czy inny Afganistan. Z którego wyszło jakby mniej mocarstowe. Oby znów, czego sobie i państwu życzę.

NATO w Jugosławii

Podglądam w Internecie prorosyjską lewicę. Głównie anglojęzyczną, bo w Polsce tego praktycznie nie ma.

Uderzyła mnie powtarzalność pewnego błędu. Często widnieje tam lista zbrodniczych działań NATO, jako ogólna ilustracja tezy „NATO be, Rosja cacy”. Na tej liście pojawia się „Jugosławia”.

Otóż podobno NATO rozbiło Jugosławię. Po co? Widziałem kogoś, kto twierdził, że chodziło o uzyskanie dostępu do Adriatyku (ten ktoś nie widział chyba mapy Europy).

Zacznaczę na wstępie, że nie uważam, że NATO jest zawsze cacy. Pamiętam po prostu postawę liderów NATO wobec Jugosławii – gdyby mogli postawić na swoim, nie rozpadłaby się.

Zimna wojna kończyła się stopniowo. Między wyborami 4 czerwca 1989 w Polsce a samorozwiązaniem ZSRR 26 grudnia 1991 mamy ponad dwa lata okresu przejściowego.

Z tego okresu pochodzą ustne deklaracje przywódców Zachodu, że nie zamierzają przyjmować nowych państw, dziś opisywane jako „złamane obietnice”. Tylko że to nigdy nie były „obietnice” – to były głosy w dyskusji, kontrowane innymi głosami.

Zachód nie chciał zmian granic w Europie Wschodniej, bo nie chciał ich także u siebie. Katalonia, Korsyka, Szkocja – to na Zachodzie do dzisiaj delikatne tematy.

Gdyby świat działał tak, jak to sobie wyobrazają Schroedery, Kissingery i Chomskie – że mocarstwa sobie mogą rysować dowolne kreski na mapie bez pytania tubylców o zdaniej, do dzisiaj nie byłoby Chorwacji, Słowacji ani Estonii. Widać to choćby po niechęci do uznania ich dyplomatycznie.

Słowenia miała referendum niepodległościowe 23 grudnia 1990, Chorwacja 19 maja 1991. Zachód początkowo odmawiał ich uznania, stojąc na stanowisku nienaruszalności granic. Kraje EWG zrobiły to dopiero 15 stycznia 1992, kiedy wojna już się przenosiła do Bośni.

Zachód wykluczał wtedy interwencję, a jego przywódcy zostawili po sobie deklaracje, które się fatalnie zestarzały. Dużo tam było rasizmu – że skoro bałkańskie narody lubią się mordować, to czemu zachodni żołnierze mają przy tym ginąć.

Zamiast tego sięgnięto po tradycyjne rozwiązanie – wojska pokojowe ONZ. 21 lutego 1992 Rada Bezpieczeństwa klepnęła decyzję, pierwsze oddziały UNPROFOR pojawiły się w kwietniu.

Formuła „błękitnych hełmów” sprawdzała się w czasach zimnej wojny, bo kiedy supermocarstwa w Radzie Bezpieczeństwa zgodnie przyjmowały, że jakiś konflikt należy zakończyć – ich marionetki się dostosowywały. Dlatego wojska ONZ miały niebieskie hełmy, żeby były widoczne z daleka.

Teraz to nie działało. W czerwcu 1992 oddziały belgijsko-rosyjskie bezsilnie patrzyły na ostrzał Osijeku przez Serbów, a kenijskie na chorwacki atak na Drnis.

Bezzębny UNPROFOR zaczął wtedy ponosić pierwsze straty w ludziach. W efekcie zaczął się chować w koszarach.

W lipcu 1995 Serbowie wymordowali ponad 8000 cywilów w Srebrenicy (ogłoszonej przez ONZ „bezpieczną strefą”) na oczach oddziału UNPROFOR, który teoretycznie miał gwarantować to bezpieczeństwo. Dopiero to skłoniło NATO do interwencji, na razie wyłącznie w roli wsparcia lotniczego dla UNPROFOR.

W idealnym świecie ONZ albo OBWE powinny mieć swoje siły pokojowe. Ale tak wyszło, że NATO było jedynym sojuszem zdolnym do takich operacji.

Interwencję podjęto niechętnie, bo wiele państw było przeciw, zwłaszcza tradycyjnie proserbska Grecja. Nawet grecka opinia publiczna nie chciała jednak następnej Srebrenicy.

Do dziś niektórzy zaprzeczają tej zbrodni. Cóż, dosłownie każda zbrodnia przeciwko ludzkości ma swoich denialistów. Jak bardzo chciałbym, żeby oni wszyscy mieli rację!

Mam jednak zaufanie do trybunałów w Hadze. Też nie dlatego, że uważam, że są cacy – prostu nie wierzę, że sędziego z Hagi da się przekupić albo zastraszyć.

Kiedy denialiści mówią „nie wiadomo, kto tam kogo zabił i ilu zginęło”, w aktach z Hagi ofiary są zidentyfikowane z nazwiska, m.in. na podstawie testu DNA. Denialiści po prostu się do tego nie odnoszą (podobnie będzie z wyrokami w sprawie zbrodni w Ukrainie).

Morały z tego widzę dwa. Po pierwsze, Słowenii i Chorwacji nie stworzył Zachód. Same sobie wywalczyły niepodległość, w kluczowym okresie walcząc samotnie.

Po drugie, raz na jakiś czas wydarza się zmiana paragydmatu w polityce. Stare schematy się wtedy dezaktualizują tak, jak Chomsko-Kissingerowska wiara w kreski na mapie.

Uważam, że od trzech miesięcy jesteśmy w trakcie kolejnej zmiany paradygmatu. Jasne, że nie każdy Macron się już przestawił – ale 4 września 1989 jeszcze się wydawało, że mur berliński będzie stać wiecznie.

Kim żyje!

Rozpaczliwie staram się nie myśleć o wojnie. Jedyne, o czym umiem myśleć zamiast tego, to „Better Call Saul”. Będzie więc przedwczesna, poroniona notka.

Przynajmniej chyba już wiemy, że Kim przeżyje. W ostatnim odcinku („Axe and Grind”) pojawiła się wizytówka firmy zajmującej się „znikaniem”. I to Kim ją zauważyła, nie Jimmy.

Zatem chyba już wiemy, co będzie w finale. Pana Takavicia rzeczywiście ktoś śledzi w Omaha, ale na szczęście okaże się, że to Post-Kim (i żyli długo i szczęśliwie).

Gdy swój happy end odnalazł także Jessiego Pinkman, popularnym pytaniem wśród Ludzi Takich Jak My stało się: „kto zepsuł symulację?”. A i tak przecież wspominam te czasy jako Ostatni Normalny Rok (2019).

O ile „BB” interpretowałem jako serial o śmierci amerykańskiego snu, „BCS” to dla mnie serial o przygotowaniach do „zepsucia symulacji”. Obecny sezon dzieje się w roku 2004.

Świat wtedy wydawał się iść w dobrym kierunku (przynajmniej zdaniem Ludzi Takich Jak My). W połowie poprzedniego sezonu Polska weszła do Unii Europejskiej, co wydawało się ostatecznym happy endem naszego serialu.

Ja wtedy właśnie zaczynałem popkulturowe podróże po Ameryce, mam więc ogromny sentyment do „Ameryki” ówczesnej. To ją właśnie widzimy w „BCS” i jest dziś odległa jak filmy płaszcza i szpady (skoro Kim zarabia płacę minimalną, to jakim cudem może mieć ładne mieszkanie?).

W swoich wojażach odwiedziłem dośc wcześnie Albuquerque. Raz, że leży na legendarnej Route 66, dwa – że królik Bugs często wspomina o tym mieście.

W tych podróżach miałem więcej szczęścia niż rozumu, bo ciągnęło mnie do spacerowania po tzw. złych dzielnicach. Dało mi to ten bezcenny atut, że gdy oglądam „BB”/„BCS”, mogę sobie myśleć „o rety, spałem w motelu za rogiem”.

Snując się po takich dzielnicach często obserwowałem gangsterów obstawiających narożniki (z seriali dowiedziałem się, że to wynika ze schematu „jeden ma towar, drugi hajs, trzeci rozmawia z klientem”). Ci gangsterzy taksowali mnie przeciągłym spojrzeniem, ja uprzejmie się kłaniałem (w Ameryce nie wypada nie powiedzieć „hi!”) i szedłem dalej.

Myślałem, że przecież obcokrajowca nie zaatakują. Był w tym nieuświadomiony rasizm: tak naprawdę myślałem przecież „białasa z klasy średniej”.

Szczerze wierzyłem, że świat po prostu wyzbył się swoich historycznych problemów. My już nie mamy komunizmu, a oni rasizmu. Wierzyłem wtedy nawet, że Rosja i Chiny na dalszą metę się zdemokratyzują i zokcydentalizują za sprawą współpracy gospodarczej z Zachodem.

Gdyby wtedy (ok. 2005) czytał opowiadanie sf o operatorze drona, który unicestwia rosyjski desant przez Doniec, skrytykowałbym je za nierealistyczne założenia. „Autor nie wyjaśnia, po cholerę Rosji taka wojna – przecież bardziej by się opłacało uruchomić np. fabrykę samochodów elektrycznych w Kaliningradzie”, napisałbym w recenzji.

Rządzących światem golfistów nie lubiłem, ale ich akceptowałem jako mniejsze zło. Przez dłuższy czas nawet nie chodziłem na wybory, na zasadzie „oni się nie wtrącają w moje życie, to i ja im nie będę przeszkadzać”.

Agorą rządzili literalni golfiści, bo ponieważ prezes grał w golfa, to wszyscy karierowicze też. Dopiero jak poleciał, korpomenedżment się przestawił na biegactwo, himalaistykę i uogólniony ironmaning.

„BCS” pokazuje nam ironiczny portret golfisty – Howarda Hamlina, creme de la creme dziedzicznej wyższej klasy średniej. Jest złym człowiekiem, ale nie zdaje sobie z tego sprawy. Widzimy go przecież u psychoterapeuty, gdzie nie zdradza żadnych wyrzutów sumienia.

Howard kiedyś tłamsił karierę Jima i Kim. Miał swoje powody, nie robił tego z bezinteresownej złośliwości – oczekuje przyjmą to ze zrozumieniem. Jak to w golfie, raz się trafi, raz się nie trafi.

Ale oni, jako social climberzy, nigdy mu tego nie wybaczą. Obmyślają zemstę. Jeszcze nie wiemy, na czym ma polegać, ale skoro tropi ich Lalo Salamanca, zapewne te intrygi się skrzyżują i zemsta pójdzie źle, Howard zginie, Kim zrobi Coś Strasznego, Jim przejdzie na stronę Zła.

W „BCS” widzę kpinę z tamtego optymizmu. Elity Albuquerque nie widzą zagrożeń na horyzoncie – nie wiedzą, że w ich mieście zaraz ruszy wojna gangów. Grają sobie w golfa (albo biegają).

Ludzie Tacy Jak Ja (np. Walter White) widzą może trochę więcej, ale też odwracają wzrok. Bo co właściwie możne zrobić belfer patrząc, jak jakiś Jessie stacza się w narkomanię?

Symulacja nigdy się nie zepsuła, po prostu weszła w drugą fazę. Cały tamten optymizm lat bazował na fikcji – na tanich kredytach, które umarły razem z Lehman Brothers.

Świat dzisiaj wydaje się gorszym miejscem, ale mniej w nim udawania i odwracania wzroku. Okazało się, że rasizm w Ameryce jednak trwa w najlepsze. Sprawa Epsteina pokazała prawdziwe oblicze elit. Tusk już dzisiaj nie nazwałby Putina swoim człowiekiem w Moskwie. Gerhard Schroeder na zjeździe SPD napotka gwizdy, nie oklaski.

A ja teraz już bym się bał łazić po „złych dzielnicach Ameryki”. Zresztą, nie stać mnie.

Dzień zwycięstwa

Cywilizowane kraje obchodzą dzień zwycięstwa 8 maja. Jak wiadomo, Rosja robi to dzień później, bo według moskiewskiego czasu było wtedy już po północy.

Jeśli z tamtego zwycięstwa można wyciągnąć jakieś wnioski, to przede wszystkim taki, że appeasement nie działa. Oddasz Putlerowi Sudety, po paru miesiącach przyjdzie z nowymi żądaniami.

Gdyby już w 1936 zareagowano na remilitaryzację Nadrenii interwencją wojskową – można by uniknąć późniejszych milionów ofiar. Gdyby już w 2014 świat nie przyjął za dobrą monetę bajeczki o zielonych ludzikach, które najechały na Ukrainę nie wiadomo skąd, nie byłoby obecnej krwawej wojny.

Z okazji święta chciałem rozwinąć Optymistyczną Hipotezę, którą sformułowałem skrótowo w jednym z komentarzy. Mam nadzieję, że choć kilkoro z Was ją skomentuje, zanim odlecimy w dygresję o bananach smażonych na miodzie (z kulką lodów śmietankowych, ofc).

Powojenny świat będzie zależeć od nowych kresek na mapie. Jedna kreska chyba z grubsza już się wyłania na naszych oczach – front się już raczej znacząco nie przesunie. Bardzo bym chciał, żeby udało się jeszcze wyzwolić Chersoń, ale gdybym miał się zakładać, czarno to widzę.

Jeśli ma to przejść w zawieszenie broni bez pokoju, będę za utrzymaniem jak najostrzejszych sankcji jako obywatel UE. Decyzje oczywiście i tak będą podejmować politycy na których nie głosowałem, ale jako obywatel uważam wycofanie wojsk rosyjskich na pozycje sprzed 24 lutego za warunek bez którego nie ma mowy o łagodzeniu czegokolwiek.

Jeśli z kolei ma się pojawić traktat pokojowy, musi on zawierać kwestię reparacji. I tu się to robi interesujące.

Pierwotne plany Putina zakładały, jak wiadomo, rozbicie Ukrainy w trzy dni. Rosyjskie media rysowały wtedy nowe mapy, często nie przewidujące w ogóle istnienia powojennej Ukrainy (miała być pokrojona na rejony, z których żaden nie miałby słowa „Ukraina” w nazwie).

Byłaby to gospodarcza bonanza dla rosyjskich oligarchów. Przejmowaliby na własność fabryki, ziemię, koncesje. Wszystko quasi-legalnie, bo zgodziłby się na to jakiś marionetkowy ostatni rząd Ukrainy.

To już raczej nie nastąpi. Pewnie ta seria zgonów menadżerów Gazpromu bierze się z tego, że skoro tort do podziału będzie mniejszy, to ktoś go chce dzielić na mniej części.

Pozostaje drugi scenariusz, w którym zostaje podpisana jakaś forma traktatu pokojowego, w którym Rosja uznawałaby swoją porażkę. Wtedy z kolei w majestacie legalności Zachód przejmowałby te kilkaset miliardów rosyjskiego majątku, który na razie jest tylko zamrożony.

Naturalne wydaje się użycie tego majątku jako podstawy dla Nowego Planu Marshalla dla Ukrainy. To będzie z kolei bonanza dla tych, których Ukraina uważa za swoich przyjaciół.

Część podmiotów gra na ten scenariusz – no bo nie wierzę, że Elon Musk wspiera Ukrainę z miłości do wolności. Część gra na wygraną Rosji lub przynajmniej remis – to na przykład Renault, który stara się nie palić za sobą mostów.

Moja optymistyczna hipoteza mówi, że im lepiej ktoś poinformowany, tym częściej gra na wygraną Ukrainy. Na to stawiają rządy USA i Wielkiej Brytanii.

Potęgę wywiadowczą zapewniają im m.in. firmy technologiczne, szpiegujące swoich klientów. Te firmy wychodząc z Rosji, paliły za sobą mosty. Google, Apple, Facebook wolą olać rynek rosyjski dla kontraktów w Ukrainie.

W wygraną Ukrainy wierzą też oligarchowie ukraińscy, którzy zamiast uciekać z kraju, demonstracyjnie wspierają wysiłek wojenny. Znaczna część rosyjskich oligarchów też zachowuje się tak, jakby nie wierzyli w rosyjską wygraną.

Kto stawia na wygraną Rosji? Rosyjscy propagandyści. Zachodni zdemenciali nestorzy lewicy po osiemdziesiątce (w Guardianie było podsumowanie średniej wieku sygnatariuszy „onucowego” listu niemieckich gerontelektualistów oraz sygnatariuszy kontr-listu). Latynosi. Francuskie firmy (ale już nie francuski rząd).

Ich wspólną cechą jest to, że słabo się orientują w sytuacji. Google i Apple wiedzą wszystko o każdym posiadaczu smartfona, więc potrafią śledzić ruchy wojsk w czasie rzeczywistym (a za nimi: amerykański wywiad, który ewidentnie informuje Ukraińców o geolokalizacji co smakowitszych celów).

A co o sytuacji na froncie wie Noam Chomsky? Przy całym szacunku…

Liczmy więc na zwycięstwo Ukrainy. Skoro najwyraźniej wierzy w to kartel GAFAM, to czemu nie my, małe żuczki?

Tragedia na przełęczy Diatłowa

Że Francuzi dostarczali Rosji kamery termowizyjne mimo sankcji, to skandal. I mam nadzieję, że zapłacą za to wykluczeniem z kontraktów na odbudowę Ukrainy.

Ciekawi mnie jednak uboczne pytanie: dlaczego Rosjanie sami takich kamer nie potrafią produkować? Wiele T-72 na froncie ma aktywną noktowizję, która świetnie się nadaje do masakrowania bezbronnej ludności cywilnej w Syrii czy Czeczenii, ale też sprawia, że taki czołg świeci jak choinka na celowniku Javelina.

Polacy, o ile mi wiadomo, takie kamery produkują – i to jeszcze od czasów PRL. Zaznaczam jednak, że nie jestem specjalistą, zapraszam więc do prostowania mnie pod kątem rapierowo-kamerowym.

Moja niby-wiedza pochodzi z dość dziwnego źródła. Jak wielokrotnie pisałem, mój świat rodzinno-towarzyski wywodzi się z PRL-owskiej inteligencji.

Trochę więc ocierałem się o ludzi, którzy pracowali między innymi przy wdrażaniu gierkowskich licencji. Od dziecka nasłuchałem się, że tym licencjom zawsze towarzyszył reverse engineering (niekoniecznie oficjalny).

To nie dotyczy tylko przemysłu zbrojeniowego. Choćby kooperacja IKEI z przemysłem drzewnym zaowocowała klonami „flatboxów” jeszcze w ofercie przemysłu PRL, a po 1989 erupcją polskich firm meblarskich.

Skok do nowoczesności PRL i 3RP nie doczekał się satysfakcjonującego książkowego opisania. Znani mi autorzy są zazwyczaj humanistami (np. Adam Leszczyński), a to raczej dzieło dla kogoś łączącego nauki ścisłe i techniczne.

Mamy te dwie dominujące narracje: pierwsza, że licencje kupione przez Gierka nie miały sensu, wszystko zardzewiało i tylko zwiększyło zadłużenie. I druga, że Balcerowicz wszystko zniszczył (plus rewizjonistyczne kontr-narracje – że Gierek super, albo że Balcerowicz super).

Te narracje pomijają coś ulotnego i niekwantyfikowalnego, a jednak decydującego o sukcesie lub porażce modernizacji: kulturę techniczną. A kultura jest niematerialna, więc żaden Balcerowicz jej nie zniszczy.

Nawet po zamknięciu wszystkich zakładów, w kraju pozostanie iluś tam inżynierów i techników. Jakaś część wykorzysta kompetencje w nowych miejscach, jak to było po 1989.

W PRL krzewieniem i pielęgnowaniem tej kultury zajmowała się Naczelna Organizacja Techniczna. Dziś zresztą też, ale w PRL miało to większe znaczenie.

O roli organizacji literatów, dziennikarzy czy filmowców wiemy więcej, bo powstały o tym książki, artykuły i filmy. Ponieważ wybory władz tych organizacji były demokratyczne – w latach 70. działały jako organizacje niemalże opozycyjne.

Trochę podobnie było z organizacją inżynierów. Miała dość władzy, żeby utemperować niekompetentnego aparatczyka (gdzieś tam przez rodzinne koneksje wiem z pierwszej ręki o jednej takiej akcji, było to mniej więcej utemperowanie kogoś takiego, jak inżynier Diatłow z wiadomego serialu HBO).

W ZSRR nikt tam nie był w stanie usadzić takiego Diatłowa. Oczywiście, oni też mieli organizacje inżynierów, filmowców i literatów, tylko że były bezwolną transmisją partii do mas.

Nasze organizacje tego typu zazwyczaj miały korzenie sięgające czasów przedwojennych, a nawet zaborów (NOT to jeszcze inicjatywa Wielkiej Emigracji po powstaniu listopadowym). Radzieckie tworzono razem z systemem radzieckim, więc przejmowały jego wady.

Nie mogły temperować tamtejszych Diatłowów. Diatłowowie stali na ich czele.

Niedawno czytałem reportaż w „Komsomolskiej Prawdzie” o ucieczce pracowników sektora IT z Rosji. Mimo urzędowego optymizmu autora, wychodził mu obraz dość ponury (dla Rosji) – odcięcie od zachodnich platform oznacza, że z dnia na dzień pewnych form działalności IT w Rosji w ogóle nie da się uprawiać, więc jeśli ktoś jest specjalistą od SAP-a, ucieka na ASAPIE (pardon my suchar).

Optymizmu dostarcza „znany inwestor Aszmanow”, który piekli się, że odcięcie platform nie jest problemem, bo pracownik IT powinien „w pół godziny znaleźć pięć rozwiazań”. A jak nie znajdzie, to trzeba go „wywalić i wygnać”. Classic Dyatlov!

Choćby przyszło tysiąc Awalów i każdy z nich znalazł tysiąc raportów kwartalnych – nie uwierzę, że w firmie kierowanej przez takiego Diatłowa-Aszmanowa panuje kultura techniczna sprzyjająca innowacji. Od biedy mogą wdrożyć licencję pod nadzorem zachodnich specjalistów, ale potem przez 42 lata będą robić Fiata 124.

Rosyjska kultura, nie tylko techniczna, polega na kaskadzie pomiatania. Putin pomiata ministrem (nawet przed kamerą), minister dyrektorem, dyrektor inżynierem. I jak ten inżynier ma coś wdrożyć?

Jeśli jest dobry, to faktycznie w pół godziny znajdzie pięć rozwiązań, ale dla siebie. Pierwsze: wyjechać do kraju, gdzie będzie traktowany z szacunkiem. Piąte: dostarczyć im czego żądają (choć niekoniecznie czego oczekują), żeby się odczepili.

Stąd słynne rosyjskie innowacje potiomkinowskie. Nieprodukcyjne i nieprodukowalne prototypy, jak te Elbrusy, Angstromy, Su-57, T-14 i egzoszkielet Ratnik. Można to pokazać na defiladzie czy na targach, jako dowód triumfu radzieckiej techniki, a potem się zrobi protokół zniszczenia (koniaczku?).

Może moja kremlinologia jest naiwna (każda jest). Ale dajcie mi inną odpowiedź: dlaczego przez ostatnie 30 lat Polacy potrafili ubogacić swoje czołgi o termowizję, a Rosjanie nie?

Zaś przy okazji święta pracy – serdeczne pozdrowienia dla inżynierów czynnych i emerytowanych (a także dla nauczycieli, którzy obudzili w nich odpowiednie zainteresowania).

Wojenny klub książki

Otwieram spotkanie Ekskursyjno-Dyskusyjnego Klubu Książki, poświęcone książkom pomagającym zrozumieć tę wojnę. Na początek proponuję „Czarne złoto” Karoliny Bacy-Pogorzelskiej i Michała Potockiego.

Jak wynika z posłowia, autorzy ukończyli pracę w lutym 2020, czyli w Ostatnim Normalnym Miesiącu. Wojny ani pandemii w tej książce nie ma, za to jest interesujący rozdział profetyczny, z którego wynika, że prezydentura Zełeńskiego wymusi JAKĄŚ radykalną zmianę związaną z Donbasem, ale „w jej początkowej fazie nie sposób ocenić, który scenariusz się spełni”.

Książka jest w lekturze ciężka i nieprzystępna i gdyby nie wojna, nie przebrnąłbym do końca. Autorzy przywalają nas dziesiątkami nazwisk i nazw typu „Wniesztorgserwis”, wpadają też w liczne dygresje, które są ciekawe, ale oddalają nas od głównego tematu.

Głównym tematem jest przecież Donbas i sieć korupcyjnych powiązań, za sprawą których tamtejszy antracyt, mimo sankcji i embarga, jest kupowany w Polsce, na Zachodzie, w Turcji itd. Zamiast się tego trzymać, autorzy dorzucają nam np. rozdział o historii Wałbrzycha (że też antracyt).

Czytana dziś, ta książka pomaga zrozumieć „na cholerę to było Putinowi”. Zaznaczę jednak, że przedstawię raczej swoją interpretację, niż słowa autorów.

Rosja od 30 lat odbudowuje swoje imperium poprzez tworzenie kleptokratycznych niby-państw, istniejących wyłącznie dzięki obecności rosyjskiej armii, która utrzymuje na tronie jakiegoś lokalnego bandziora, namaszczonego przez Kreml na namiestnika prowincji. Prototypem było Naddniestrze.

Donbas różni się od tych wszystkich Osetii, Czeczenii i Karabachów tym, że nie trzeba do niego dopłacać. Gdyby się udały pierwotne plany Striełkowa i Zacharczenki z 2014 roku i separatyści oderwaliby od Ukrainy Mariupol, Charków i Odessę, powstałaby machina mogąca finansować tworzenie kolejnych „republik ludowych”, na przykład w Estonii czy Kazachstanie.

Udało się połowicznie, czy nawet ćwiartkowicznie. Przejęli tylko część kopalń, ale żadnego portu. ORDŁO (tak to nazywają Ukraińcy) stało się tworem dochodowym, ale nie samowystarczalnym.

Do mniej więcej 2017 w separatystycznych republikach trwały walki o władzę między fanatykami a kleptokratami. Wśród założycieli ORDŁO miała wtedy miejsce seria zamachów, zgonów i ucieczek. Kleptokraci wygrali.

W początkowym okresie doniecki antracyt przekraczał linię frontu na pełnym legalu. Ukraina miała wiele elektrociepłowni, przystosowanych wyłącznie do spalania donieckiego antracytu – nie mogli tego paliwa niczym zastąpić bez przebudowania pieca.

Prowadziło to do paradoksalnej sytuacji. Doniecki biznes płacił ukraińskiemu państwu podatki i jednocześnie haracze władzom ORDŁO, finansując obie strony wojny.

Po zamachach z 2017 lokalni kleptokraci pogonili ukraińskiego oligarchę Rinata Achmetowa i położyli łapę na przemytniczym biznesie. Dzielili się na cztery rywalizujące gangi, których moskiewskimi kryszami były: wywiad cywilny, wywiad wojskowy, resorty gospodarcze i otoczenie Putina, ze szczególnym uwzględnieniem Władisława Surkowa, bliskiego doradcy Putina, będącego prawdopodobnie pomysłodawcą operacji donieckiej.

Ukraina tymczasem zmodernizowała swoje elektrownie i już nie potrzebowała antracytu. W 2017 zaczęło się coś w rodzaju blokady ORDŁO (nadal dziurawej). Kleptokraci tworzyli mechanizmy omijania sankcji z wykorzystaniem innych niby-państw.

Rosja do niedawna nie uznawała DRL i ŁRL, ale uznawała Osetię Południową, która z kolei uznawała DRL i ŁRL. Przez kilka lat pośredniczenie w przepływach finansowych było więc podstawą „gospodarki” Osetii (która ma 70 tysięcy mieszkańców).

Prezydent Poroszenko przymykał na to oko. Zełensky zapowiadał zerwanie z tym. To dlatego autorzy kończą książkę proroczą sugestią, że jego prezydentura musi doprowadzić do jakiejś radykalnej przemiany.

Dopowiem możliwy dalszy ciąg wydarzeń. Pandemia sprawiła, że Putin słuchał już tylko bardzo nielicznych doradców, wśród których na pewno był Surkow.

Cała ta potworna wojna może być po prostu monstrualną konsekwencją rozgrywek między donieckimi gangami, które z kolei mają swoje wtyki w Moskwie. Uznanie DNL i ŁRŁ na przykład z dnia na dzień przekreśliło „biznes” osetyńskich prowizji (i pewnie dlatego Osetia od razu poprosiła o wcielenie do Rosji).

Skoro różne gangi kleptokratów mają krysze w różnych filarach państwa rosyjskiego, to by tłumaczyło, dlaczego np. wywiad cywilny zdaje się nie wspierać wywiadu wojskowego. Po prostu od wyniku tej wojny zależy to, kto położy łapę na Donbasie.

Gdyby się udał pierwotny plan i rosyjska flaga załopotała nad Kijowem jeszcze w lutym – Surkow stałby się najbogatszym człowiekiem w Rosji. Zamiast na liście Forbesa, wylądował jednak w areszcie, zapewne dlatego, że Putin się poczuł oszukany.

Sukces Surkowa oznaczałby porażkę tych kleptokratów, którzy mieli kryszę w FSB. Dla nich najlepszym rozwiązaniem („FSB positive”) byłoby przejście tej wojny w „low intensity conflict”, jak prognozował Awal.

Ludzie z FSB mają najwięcej know-how w produkowaniu przykrywkowych papierów dla omijania sankcji. Zbyt duży sukces militarny byłby porażką dla ich kleptokratów. Może więc celowo karmili Surkowa błędnymi raportami, żeby go wprowadzić na minę?

Z plotek z Rosji wynika, że Putin zaczął też czystkę wśród ludzi wywiadu i generalicji. Jedyną grupą podwładnych, którzy mu raportują jakieś sukcesy, są ludzie odpowiedzialni za gospodarkę – którym faktycznie póki co udaje się minimalizować skutki sankcji.

Skoro autorzy „Czarnego złota” wymieniają te resorty jako jedną z krysz dla donieckich gangów – to pewnie im Putin najchętniej oddałby ten antracyt, razem z niewolniczą siłą roboczą. Tylko czy będzie mógł narzucić swoje warunki pokoju?

Gdy myślimy o warunakach pokoju, musimy pytać nie tylko „jak Putin mógłby uratować twarz?”, ale też „jak zachować nielegalne dochody donieckich kleptokratów”. Z książki wynika, że oni już w 2019 mieli w Moskwie taką pozycję, że trudno powiedzieć, czy to Rosja podbiła Donbas, czy Donbas Rosję.

A wy jakie lektury polecacie?

Onuce w dyskursie

W pierwszych dniach wojny Rosjanie przegrywali na froncie informacyjno-propagandowym. Rzucili nowe siły i teraz nawet w polskich mediach społecznościowych widać rosyjskie fejki, na razie głównie wśród zwolenników Konfederacji Targowickiej.

Zachodnią lewicę już infiltrują. Na polskiej tego jeszcze nie widzę w dużych ilościach, ale prędzej czy później tu też dotrą. Zatem: parę słów o tym, jak rozpoznać fejka.

Fejki są przede wszystkim niekonkretne. Często na przykład słyszymy o ukraińskim ludobójstwie w Donbasie. Podobno miało przynieść aż 14 tysięcy ofiar.

Ale gdzie i kiedy ta rzeź miała miejsce? Czy to jest 14 zbrodni po 1 tysiąc, czy 7 dwutysięcznych? A może codziennie Ukraińcy zabijali 4,79 Rosjanina?

Nigdy nie widziałem doprecyzowania tych oskarżeń. Jeśli ktoś z was je widział – wrzućcie, przyjrzymy się temu bliżej.

Ukraińskie oskarżenia są zazwyczaj precyzyjne. Tego a tego dnia tu i tu zginęło tyle a tyle osób, mogą to zaświadczyć te i te instytucje.

Oczywiście, precyzja sama z siebie nie gwarantuje prawdziwości. Ale jest to bardzo silny wskaźnik.
Wrzucenie na Twittera czegoś w stylu „Ukraińcy sami siebie zbombardowali!” jest proste i nie wymaga dowodów. Prokremlowscy idioci (nie umiem ich nazywać „użytecznymi”) i tak to będą kolportować.

Żeby dostarczyć dowody, trzeba mieć kogoś na miejscu. I tu się pojawia szczególnie ważna różnica.
Po stronie ukraińskiej wojnę na miejscu opisują dziennikarze bardzo zróżnicowanych mediów – Fox News i CNN, Al Jazeera i BBC. Założenie, że oni wszyscy są w jednym wielkim spisku, to już teorie spiskowe na poziomie płaskoziemstwa.

Po stronie rosyjskiej widziałem tylko dwóch korespondentów. Aleksander Koc, pracujący dla Komsomolskiej Prawdy i jutuber Graham Philips. Obaj wjechali od strony białoruskiej i prawdopodobnie ich głównym zadaniem miało być utrwalenie triumfalnego zawieszenia rosyjskiej flagi nad Kijowem.

Obaj kręcili głównie wideo-selfiki, z kamerą skupioną na swoim obliczu. Nawet z takich materiałów da się wydobyć cenne informacje dla OSINT, przypuszczam więc, że podczas procesu w Hadze materiały nakręcone przez Koca będą wykorzystane do udowodnienia, kto był którego dnia w Buczy.

Poza tym jest jeszcze teoretycznie dwójka zachodnich dziennikarzy, acz nie produkują oni już niczego prosto z frontu. Anne-Laure Bonnel przedstawiana bywa przez Rosjan jako ktoś, kto ma dowód na ukraińskie zbrodnie – ale te jej „dowody” to po prostu ludzie, którzy mówią do kamery „to wszytko wina Ukraińców”.

Bonnel tego nie weryfikuje (przynajmniej ja się z tym nie zetknąłem). Sama nie mówi o sobie jako o „dziennikarce” tylko jako o „reżyserce”, czyli że „dobre ujęcie” jest dla niej ważniejsze od prawdy.

Scott Ritter to jeszcze dziwniejsza persona. To analityk wojskowy, który w USA dwukrotnie (!) dał się zwabić w pułapkę policjantom udającym przez internet chętne małolaty.

Jest wpisany na listę przestępców seksualnych, co nie pomaga w robieniu kariery w USA. Ritter przeniósł się do Rosji, gdzie występuje w roli dyżurnego amerykańskiego eksperta potwierdzającego wersję Kremla (jakakolwiek by nie była).

Żadna z tych osób nie wyłamie się z narracji narzucanej im przez rosyjskie władze. Nie trzeba do tego spisku, wystarczy im wydawać polecenia.

Nie da się ich wydać dziennikarzom pracujacym w Ukrainie. Jest ich za dużo, ze zbyt zróżnicowanych redakcji, często wrogo wobec siebie nastawionych.

Zapewne nie muszę tego tłumaczyć swym PT Komcionautom, ale są przecież lurkerzy. Poza tym, może i was ktoś będzie próbował w rozmowie wciągnąć w tandentny symetryzm, typu „obie strony kłamią”.

Może i tak, ale jedna się nie boi weryfikowania tego przez międzynarodowe media (oraz w związku z zaproszeniem ICC – międzynarodowych prokuratorów). Druga na taką weryfikację konsekwentnie nie pozwala.

Gdy natomiast słyszysz, że „ktoś udowodnił, że to Ukraińcy wystrzelili tę rakietę!”, zadaj kilka podstwowych pytań. Jaki ten ktoś ma dostęp do informacji? Jeśli ten ktoś twierdzi, że na pewno Rosjanie takich rakiet nie używają, albo że numer seryjny zdradza, że to rakieta ukraińska: zapytaj, skąd ten ktoś to wie? Ma dostęp JEDNOCZEŚNIE do rosyjskich i ukraińskich spisów inwentarzowych?

Prawdę ustali trybunał w Hadze (ICC). Jedna strona z nim współpracuje, druga nie. Ta druga de facto przyznaje się do winy: nie ma symetrii.