Now Playing (175)

Cofnijmy się do lat zerowych. Ach, the naughties! Był sobie rok 2008, mój blogasek działał już 2 lata, świat zmierzał – jak się wydawało – w Generalnie Dobrym Kierunku.

Moim ulubionym stylem muzycznym były wówczas mashupy (i inne formy ironicznego remiksowania kultury). Najstarsi blogobywalcy pamiętają, jak was zanudzałem produkcjami ze składanek „Best of Bootie”!

Jakoś ostatnio ponownie wpadła mi w uszy jedna z nich, zapewne za sprawą „Bohemian Rhapsody” i „The Dirt”, drugorzędnego biopika o drugorzędnym zespole, Motley Crue. Oba przynoszą ciekawe refleksje na temat estetyki rocka, a to temat ważny dla mnie, a więc i dla Was (nolensując wolensa).

W latach 80. na Zachodzie prawica dostała szmergla na punkcie teorii spiskowej backmaskingu. Dokładnie taki sam świr, który dzisiaj zrobi taką minę, jakby ujawniał sekrety rządzące tym światem, wypowiadając słowa „marksizm kulturowy”, 40 lat temu robił ją mówiąć „backmasking”.

Chodziło o to, że zespoły rockowe ukrywają na swoich płytach satanistyczne przesłanie, nagrane od tyłu. W 1982 roku nagłośnił to w USA teleewangelista Gary Greenwald, demaskując satanizm wykonawców takich, jak Styx, Electric Light Orchestra, Led Zeppelin, Pink Floyd czy właśnie Queen.

Do katolickiej Polski to docierało różnymi kanałami. Po pierwsze, nasi wąsaci Polonusi z Jackowa troszczyli się o swoich krewnych w kraju, żeby nie słuchali tych satanistycznych Zeppelinów, tylko np. „Cztery razy po dwa razy” chrześcijańskiego zespołu Polskie Orły.

A po drugie: stosunkowo szybkim kanałem przenoszenia tego typu szajb byli Świadkowie Jehowy. Ja po raz pierwszy o satanistycznym Pink Floyd przeczytałem właśnie w „Strażnicy” albo „Przebudźcie się”.

Pastor Greenwald zademonstrował w swoim programie, że refren piosenki „Another One Bites The Dust” puszczony od tyłu brzmi „It’s Fun To Smoke Marihuana”. W 2008 DJ Lobsterdust zrobił z tego fajny mashup, w którym zgodnie występują: Queen, pastor Greenwald i… ummm, Szatan.

W psychologii kognitywnej nazywa się to pareidolią. To skłonność ludzkiego umysłu do doszukiwania się znanych wzorców w chaosie, zwłaszcza gdy dochodzi do tego lęk.

To dlatego nocą ubrania na wieszaku mogą wyglądać jak skradający się zabójcy. Po prostu jesteśmy potomkami tych małpoludów, które w takiej sytuacji nie czekały na rozwój wydarzeń, tylko sięgały po maczugę – małpoludy pozbawione pareidolii wyginęły.

Jeśli więc ktoś ogólnie wierzy w istnienie satanistycznego spisku na rzecz zniszczenia chrześcijańskiego świata, wszędzie znajdzie na to dowody. Choćby w postaci satanizmu Electric Light Orchestra.

Analogowe nośniki pozwalały na stosunkowo łatwe puszczenie czegoś od tyłu. Na czterościeżkowym magnetofonie szpulowym (np. marki Zakłady Kasprzaka) regularnie to się przydarzało przez przypadek – kierunek odtwarzania ustawiało się wihajstrem na chybił-trafił.

Gdy nadeszły płyty CD, zrobiło się to trudniejsze (w typowym przypadku: wręcz niemożliwe). I nagle strach przed backmaskingiem zniknął.

Szatan najwyraźniej zmienił metody działania tylko dlatego, że stały się trudniejsze do zdemaskowania. Logiczne jak prawicowa publicystyka.

Z perspektywy czasu najśmieszniejsze, że przecież prawdziwe zespoły rockowe (no jednak nie ELO, helou), niosły podobne przesłanie otwartym tekstem. W końcu gdyby marihuana nie była „fun”, to kto by ją palił.

Obawa przed szkodliwym wpływem wychowawczym muzyki rockowej miałaby więc jakieś ręce i nogi – gdyby nie ośmieszano ją poszukiwaniem „ukrytych przesłań”. Powiedziałbym więc, że Szatan działa poprzez ośmieszanie uzasadnionej rodzicielskiej troski działaniami ludzi takich jak pastor Greenwald.

A dla nas, drodzy blogonauci, wynika z tego fałszywość hasła „nie należy ich drażnić tęczową aureolą”. Oni sobie zawsze coś znajdą przez pareidolię – choćby maskotka słonika wyda im się „furtką przez którą Szatan podsuwa złe myśli” (jak podczas słynnego ogniska na Pomorzu).

Trzeba robić swoje i niespecjalnie się przejmować. W koncu za 10 lat oni zapomną o obecnej panice i wymyślą se drugą, że już nie „marksizm kulturowy” tylko „leninizm sportowy”. Czy coś w ten deseń.

Nie dał nam przykładu Bonaparte

Arcydzieła literatury mają to do siebie, że wciąż odkrywamy w nich nowe treści. Z poczciwą „Lalką” Prusa zetknąłem się po raz pierwszy w liceum, na temat bonapartyzmu Ignacego Rzeckiego pisałem chyba jakieś wypracowanie – i traktowałem to wtedy jako przejaw jego zdziwaczenia.

Potem, gdy więcej czytałem o historii Francji i Europy, zmieniłem zdanie. W 1878, gdy zaczyna się akcja powieści, bonapartyzm był już przegrany – ale w sposób oczywisty tylko dla czytelników „Lalki” 10 lat później.

Ówczesnym obserwatorom mogło się jednak wydawać, że francuska III Republika podzieli los poprzednich dwóch. Po kilku latach parlamentarnych sporów ktoś znowu dokona zamachu stanu – i właściwie czemu nie miałoby się to skończyć po raz trzeci objęciem tronu przez kolejnego Bonapartego?

To było tym bardziej prawdopodobne, że pierwszym prezydentem III Republiki został jej ideowy przeciwnik: zaprzysięgły monarchista, markiz MacMahon. W pierwszych wyborach monarchiści zdobyli większość (396 na 638 mandatów).

W odróżnieniu od swoich dwóch poprzedniczek, III Republika miała być tworem tymczasowym. Zgodnie z zasadą „nie ma nic trwalszego od prowizorki”, przetrwała 70 lat.

Monarchiści byli podzieleni na legitymistów i orleanistów. Ze swoimi 20 mandatami bonapartyści byli czymś w rodzaju centrum: ni to monarchicznego, ni to republikańskiego.

W 1877 MacMahon podjął nieudaną próbę monarchicznego zamachu stanu, o którym Rzecki wspomina na początku powieści. Jego nadzieje, że to wstęp do intronizacji Napoleona IV, były oczywiście płonne, ale nie aż tak idiotyczne, jak mi się wydawało w liceum.

Dzisiaj, gdy wraz ze swoim pokoleniem osiągnąłem wiek „starego subiekta”, widzę inny wymiar jego bonapartyzmu. Wrzuciłem to już na fejsa, w postaci ironicznej przeróbki stosownego fragmentu – w którym Ignacy Rzecki snuje nadzieje na powrót Donalda Tuska z wygnania z Brukseli.

Z okazji rocznicy 4 czerwca pół fejsa miałem zawalone wspomnieniami, jak ktoś rozklejał plakaty. Gdyby tak przywrócić energię i optymizm sierpnia 1980 i czerwca 1989… zjednoczeni autorytetem papieża i Wałęsy obalimy PiS, a Donald Tusk wstąpi na tron.

Kochani pięćdziesięciolatkowie: to niemożliwe. Tamta „Solidarność” jest dziś martwa jak bonapartyzm w 1878.

Sam działam w „Solidarności” i mam wrażenie, że historyczne dziedzictwo raczej przeszkadza niż pomaga w realizowaniu statutowych celów.

Od 1976 do 1989 mieszkańców PRL dręczył systematyczny spadek poziomu życia. System po prostu pożarł proste rezerwy i nie miał realistycznej ścieżki rozwoju – ludzie go mieli dosyć, bo nie dawał im nadziei na nic, na mieszkanie, na papier toaletowy, na remont drogi.

W efekcie przeciętny Kowalski miał już po prostu dosyć tego systemu. Nie interesowało go naprawianie go, chciał się go pozbyć, żeby było „jak na Zachodzie”.

Czy dzisiaj tak samo ma dosyć kaczyzmu? No pewnie że nie.

Poziom życia Kowalskiego od 2015 systematycznie się podnosi. Bo transfery socjalne, bo dobra koniunktura, bo rynek pracy mniej przechylony na stronę pracodawcy.

Nie wiem, co w tej sytuacji opozycja powinna zaproponować Kowalskiemu. Ale niezdecydowane stanowisko wobec transferów socjalnych (które opozycja potępia, deklarując równocześnie, że je zostawi, a nawet zwiększy), na pewno nie ułatwia jej zadania.

I na pewno nie uratuje jej Lech Wałęsa, leśny dziadek, którego co bardziej ekscentryczne wypowiedzi – o potrzebie likwidacji Unii Europejskiej albo o kontaktach z obcymi cywilizacjami – nawet jego wyznawcy starają się puszczać mimo uszu, ewentualnie wzdychają, że „zrobiło się z nim ostatnio coś niedobrego”, bo nie przejdzie im przez klawiaturę banalna konstatacja, że ZAWSZE BYŁ TAKI.

Sierpnio-czerwcowa nostalgia nie jest programem politycznym na dziś. Moje pokolenie dopadła po prostu tęsknota za tym sokolim wzrokiem, za tym lipidogramem, za tym ciśnieniem rozkurczowym, jakie mieliśmy w latach 80. (a Rzecki podczas Wiosny Ludów).

Bonaparte już nie wrócił na tron. Słabą pociechą jest to, że nie wrócili także Bourboni. Byli tak pochłonięci sporami o to, kto jak kogo skrzywdził w latach 1791-1848, że nie zauważyli, jak we Francji wyrasta zupełnie inna siła.

Może to nas też teraz uratuje? Choć swoją potęgę Kaczyński zawdzięcza transferom socjalnym, zdaje się tego nie zauważać, i bez sensu znów zaczął kłamać o Okrągłym Stole („mój brat nie pił wódki w Magdalence!”). Czym ośmieszył się chyba trochę także przed swoimi wyborcami.

Oby i u nas pojawił się wreszcie jakiś Gambetta.

Meta-pożegnanie Parowskiego

Pożegnałem już Maćka Parowskiego w „Gazecie”, ale jeszcze chcę to zrobić na blogu. Przeczytałem inne pożegnania i mam ochotę na meta-pożegnanie.

Parowski był postacią nietuzinkową – to banał. Ale uderzyło mnie to, że mimo jego wyrazistego światopoglądowego zaangażowania: właściwie wszyscy o nim mówią dobrze.

To wcale nie jest oczywiste. W czasach wojny Pisu z Antypisem, jedni buczą na drugich nawet podczas pogrzebu.

Na Parowskiego nikt nie buczy, ale też i nie ma tego lukru, że wszyscy nagle udają, że się z nim nie kłócili. No pewnie, że się kłóciliśmy (przyznają to, ku mojemu zdumieniu, także prawicowcy) – ale z szacunkiem i sympatią.

Może na tym polega bycie autorytetem? Za życia nigdy bym tak o Nim nie powiedział. Zresztą, cały czas nie mam pewności: czy autorytetem może być ktoś, z kim się nie zgadzasz?

Jeśli nie, to potrzebujemy specjalnego słowa na kogoś, z kim się nie zgadzasz, ale chcesz poznać jego racje i przedstawić mu swoje. Nie mam tak, powiedzmy, z Patrykiem Jakim – nie dręczy mnie pytanie „dlaczego on wierzy w to co wierzy”, wystarcza mi odpowiedź brzytwy Hanlona.

Z Parowskim mi to jednak nie dawało spokoju. Dlaczego niegłupi facet, który czytał te same książki, wyciągnął z nich radykalnie inne wnioski? Dlaczego Vonnegut, „Paragraf 22”, Orwell i komiksy nie zrobiły z niego lewicowego ironisty, jak ze mnie?

Pytałem go o to parokrotnie. Nie robiłem notatek, to były towarzyskie spotkania, pozwolę to sobie teraz zrekonstruować stronniczo i subiektywnie, z pamięci.

Był z pokolenia 1968. Szedł inną drogą niż Michnik (acz Michnika też przecież mocno zniosło na prawo) – ale doświadczenie strajków studenckich i „marcowego gadania” było dla niego formacyjne.

Na progu dorosłego życia zobaczył, że system, w którym przyjdzie mu żyć i tworzyć, jest zły, zdolny do najgorszego. Można z nim walczyć tylko partyzancko, bo jawnego oponenta zmiażdży – ale niejawny przemyci antykomunisyczne aluzje w tekście o „Gwiezdnych Wojnach” czy w komiksie o galaktycznym detektywie.

To odwrotnie niż moje pokolenie. My z 1989 wynieśliśmy ogólny optymizm, z którego wysnuliśmy prawo do ucieczki w prywatność.

Ja popkulturę chłonę po prostu dla przyjemności. Mogę snuć marksistowskie analizy „Gry o Tron”, ale wiele seriali oglądam totalnie apolitycznie (np. „Killing Eve”).

Partyzanckość Parowskiego śmieszyła mnie i wielu moich rówieśników. Dla niego WSZYSTKO było wojną ze Złem, które definiował jako szeroko rozumianą lewicę. Wpadały mu do tego i PZPR, i zachodnie feministki, i spisek ekologów, i satanistyczni ateiści (mówiłem, że się z nim nie zgadzałem?).

Kolejnym formacyjnym doznaniem był dla niego propagandowy „Niemy krzyk” z 1984. Dla mnie był to (i jest) raczej materiał do beki, dla Niego to był ostatni kamyczek układanki, który Mu połączył feminizm z totalitaryzmem.

Tylko że z Nim można się było o to kulturalnie pokłócić, nawet jeśli się miało przeciwstawne poglądy. O kim jeszcze można dziś to powiedzieć?

Z zasługami redaktorów jest ten problem, że nigdy nie ma pewności, czy teksty które zamówili czy zainspirowali, nie powstałyby i bez nich. Może bez Parowskiego Sapkowski, Dukaj, Białołęcka, Szostak (etc.), i tak by to wszystko napisali?

Prywatnie wątpię, choć oczywiście tego nie udowodnię. Jeśli zaś uwzględnimy „drugą generację” kul bilardowych inspiracji, wystrzelonych przez Parowskiego (np. Parowski > Sapkowski > Brzezińska albo Parowski > Kołodziejczak > odrodzenie polskiego komiksu, zgadzam się z Aragornem) wyjdzie nam, że On naprawdę pośrednio maczał palce we wszystkim, co wydarzyło się w polskiej popkulturze.

Wliczając w to zjawiska robione wbrew niemu, w kontrze do niego, w polemice z nim. Been there, done that, got the royalties.

Jego śmierć uświadomiła mi, że tacy ludzie są dziś dobrem rzadkim. Kto jeszcze może to o sobie powiedzieć, że w razie czego może zadzwonić i do tych z Pisu, i do tych z Antypisu, bo wszędzie ma przyjaciół?

Na pewno nie ja. Chyba też nikt z PT blogobywalców. Ale jeśli zabraknie takich ludzi, co nam zostanie poza przemocą?

Sukces Verhofstadta

Jest jedna niewątpliwie dobra wiadomość związana z ostatnimi eurowyborami: słaby rezultat odniosły ugrupowania antyunijne. U nas nie przekroczyły progu, we Francji czy Włoszech poszło im lepiej, ale tam też szału nie ma.

We Francji wprawdzie wygrali narodowcy, ale jeszcze kilka takich sukcesów, a poniosą sumaryczną klęskę. Wzięli 23 mandaty z na 79 miejsc, tracąc 1. Taki sukces, zgodzimy się chyba, bioder raczej nie urywa.

Dwa najsilniejsze ugrupowania prounijne, centroprawica (EPP) i centrolewica (PASD) wprawdzie już nie mają razem większości, więc nie wystarczy ich porozumienie, żeby przepchnąć ustawę.

Ale to tylko oznacza większą rolę (ALDE) i zielonych. Jeśli o mnie chodzi, to spoczko.

Przy całej rozpaczy, jaką budzi stan polskiej sceny politycznej zauważmy, że mimo wszystko lepiej tak, niż odwrotnie. Nie chcielibyśmy, żeby w Polsce wybory wygrała opozycja, Razem przekroczyło próg… ale Unia stanęła na krawędzi rozpadu.

A przecież było takie zagrożenie. W Polsce tego nie śledziliśmy bardzo uważnie – przynajmniej mój bąbelek się nie interesował – ale Steve Bannon przecież objechał Europę ze swoją misją powtórzenia sukcesu Trumpa i Brexitu.

Na papierze jego plany wyglądały groźnie: w prawie każdym kraju Unii mieliśmy (mamy) jakąś silną, prawicową antyunijną partię. Gdyby stworzyły paneuropejską międzynarodówkę, mogliby na przykład stać się najsilniejszą grupą w parlamencie europejskim – a to byłby koniec Unii.

To się nie wydarzyło. PiS odrzucił ofertę współpracy (odnotujmy to jednak na plus). To nie była dla PiS łatwa decyzja, bo ich sytuacja w europarlamencie wygląda teraz słabo. W poprzedniej kadencji tworzyli grupę z torysami. Nie wiadomo co dalej.

Paradoksalnie, europosłowie SLD mają teraz większe szanse na załapanie się na jakieś wpływowe stanowisko, bo stoi za nimi potęga PASD.

To, że w europarlamencie o wszystkim decydują liderzy największych ugrupowań, czasami przytaczane jest jako argument, że w Unii nie ma demokracji. To nieprawda.

Deficyt demokracji w Unii rzeczywiście jest problemem, ale bierze się z czego innego. Unia ciągle nie może się stać federacją, nie może mieć własnej konstytucji – więc technicznie ciągle działa na podstawie umów między suwerennymi państwami.

Ogólnoeuropejskiego suwerena ciągle nie ma, bo eurosceptycy blokują takie inicjatywy. Wynikający z tego deficyt obracają zaś w argument przeciwko Unii.

Mam nadzieję, że kiedyś dożyję Stanów Zjednoczonych Europy. W tej federacji prawdopodobnie jednak nadal będzie rządzić konsensus dużych bloków.

Taki system, w którym co wybory – to nowy rząd, nazywano kiedyś systemem westminsterskim, bo 200 lat temu występował tylko w jednym kraju. Dziś nazywamy go parlamentarno-gabinetowym (w Polsce mamy jego wariant hybrydowy – bo dochodzą elementy systemu prezydenckiego).

Są jednak inne wariantów demokracji. W Szwajcarii mają system konwentowy, zwany też czasem dyrektoriatowym lub komitetowym. Te nazwy pochodzą z wielkiej rewolucji francuskiej, gdy go po raz pierwszy zastosowano.

W tym systemie rząd działa na zasadzie przypominającej sejmową komisję. Reprezentowane są w niej wszystkie duże partie – i jeśli kiedyś doczekamy federacji, zapewne tak będzie formowany jej rząd (trochę już tak jest, ale Komisja Europejska nie jest rządem suwerennego państwa).

System konwentowy może irytować obywateli, bo nowe wybory nie oznaczają w nim zasadniczego zwrotu. Szwajcarią „od zawsze” rządzą te same partie i właściwie nie wiadomo, po co w ogóle głosować.

Westminsterski i prezydencki z kole generują sztuczne przełomy – głosy się rozkładają 51:49, i nagle budzimy się w innym kraju. To zwiększa role ugrupowań skrajnych, które próbują przyciągać centrum na swoje pozycje.

Z politologicznego punktu widzenia tym właśnie jesteśmy, drodzy blogobywalcy. Knujemy, jak by tu obóz Antypisu uczynić bardziej lewicowym, niż jest w rzeczywistości. Po drugiej stronie spektrum to samo Pisowi próbują zrobić narodowcy.

W systemie konwentowym my byśmy siedzieli na swoim marginesie, narodowcy na swoim, a rządziłby PO-PiS. Byłoby to może i frustrujące, ale czasem lepiej być sfrustrowanym jak Szwajcar niż wesołym jak Polak.

Tak naprawdę więc te wybory wygrali Juncker, Verhofstadt i Timmermans. No nie mówcie już, że nie macie z tego choć odrobiny radochy?

Manifest powyborczy

Zrobię na szybko manifest powyborczy, żeby dyskusja się nie rozłaziła po offtopach. Nie, nie żałuję swojego głosu na Razem, jako lewicowy wyborca jestem przyzwyczajony do porażek.

I tak wolę przynajmniej mieć tę odrobinę luksusu, żeby zagłosować całkowicie zgodnie z przekonaniami. W 1991 Ikonowicz (któremu zbierałem podpisy) przegrał w idiotycznej koalicji „Solidarność Pracy”, która unikała słowa „lewica” i się powoływała zamiast tego na „społeczne nauczanie Jana Pawła II” (shitting ya I am not). To było gorsze.

Jak każdy polski selekcjoner po mundialu, Grzegorz Schetyna mówi o „pierwszej połowie meczu”. Wyższość piłki nożnej nad polityką polega na tym, że w futbolu to jest zazwyczaj już pożegnalne przemówienie trenera reprezentacji, a teraz maestro Schettino poprowadzi nas do kolejnego zwycięstwa (moralnego).

Jakiś czas temu pisałem na blogu, że zasadniczym problemem opozycji jest to, że życie Przeciętnego Kowalskiego się przez ostatnie 4 lata poprawiło. Widzę to także w swoim towarzyskim bąbelku, zdominowanym przez ludzi zawieszonych gdzieś między LMC a MMC.

W rodzinie, w której małżonkowie (partnerzy) zarabiają na rękę tak ze trzy z hakiem, 500+ było wybawieniem. Dzięki niemu taka rodzina mogła wreszcie złapać drugi oddech – pójść z dziećmi do zoo, kupić nowy telewizor, pojechać na wakacje.

PiS do tego celnie tuż przed wyborami rozszerzył 500+ i dodatkowo dopieścił emerytów. To oznaczało, że duże grupy elektoratu musiały mieć uczucie, że głosując na opozycję, głosują przeciw własnemu żołądkowi.

Opozycja na dodatek sama siebie zaszachowała, zwalczając 500+ w latach 2015-2016 erupcjami najtandetniejszej demagogii. Pamiętacie te „reportaże” o hołocie, która wzięła 500+ i pojechała nad morze, czym sprawia dyskomfort Znanej Aktorce?

Pamiętacie te ekonomiczne autorytety wieszczące, że gdy Słońce wejdzie w trygona Bliźniąt, to 500+ spowoduje kryzys gospodarczy? Ich horoskopy okazały się koncertowo nietrafione: miał być gigantyczny deficyt i hiperinflacja, a tu zonk (i ile można tego bronić, że „w tym roku wprawdzie jeszcze nie, ale w następnym to już mur-beton!”).

Opozycyjne media, jednego dnia straszące kryzysem (który nie nadszedł), a drugiego postulujące zakaz wstępu hołoty do ośrodków wczasowych „nur fur Autoryteten”, same sobie odebrały wpływ na społeczeństwo. Dziś mogą już tylko przekonywać przekonanych.

Nieśmieszne żarty paraprawne o trybunałach rewolucyjnych, które będą rozliczać PiS (najgłupszy tekst tego typu popełnił chyba prof. Sadurski, ale niestety nie był jedyny), wielu ludzi potraktowało na serio. To było głupie i niepotrzebne: mam świadków, że od początku zwalczam rojenia z serii „będziesz siedzieć!” albo „trybunał stanu!”.

Jednym z sekretów wygranej Kaczyńskiego był casting na niby-liderów, którzy spełniali podstawowy warunek: byli SYMPATYCZNI.

Ja też nie lubię prezydenta Dudy, ale obiektywnie oceniam jego socjotechniczny talent. Robiąc te wszystkie swoje głupkowate miny z serii „zachwyt nad kiełbasą”, puszcza oko do elektoratu: pokazując, że on tylko udaje sztywniaka z powodów zawodowych, ale tak naprawdę to swój chłop.

Ludzie lubią sympatycznych. To w zasadzie tautologia, ale wyciągnijmy z tego wnioski.

Schetyna sympatyczny nie jest. Gdy się uśmiecha, mamy wrażenie, że odgrywa rolę ze scenarusza. „14:31 – oklaski, przewodniczący się uśmiecha, patrzy z uśmiechem w lewo, patrzy z uśmiechem w prawo, pozdrawia wielbicieli; 14:32 – można się przestać uśmiechać, spocznij”.

Duda i Szydło odgrywają archetypalne postacie, które każdy Polak zna ze swojego życia – wujka i ciotki, z którymi wprawdzie się w niczym nie zgadzamy, ale w sumie lubimy ich odwiedzać, bo jest MIŁO. Ciocia donosi pierożki, wujcio polewa, jest sielsko. Nikt nie mówi o polityce, bo po co.

Komorowski jest ucieleśnieniem przeciwnego archetypu upiornego wujaszka – takiego, który wznosi toast „zdrowie pięknych pań i tu obecnych”. A Schetyna archetypu szefa, który mówi do załogi „wicie rozumicie, nie ma pieniędzy, niezbędne są wyrzeczenia” (a sam sobie właśnie dał premię).

Jeśli nie chcemy jesienią większości konstytucyjnej dla PiS, Platforma też musi zrobić casting na sympatycznych liderów. I ci fajni liderzy muszą mieć przekaz typu „Janie Kowalski, jeśli dasz nam wygrać, twoje życie poprawi się w taki oto konkretny sposób”.

Hasła ogólne (że konstytucja, że praworządność) po prostu nie wygrywają wyborów. Owszem, działają na ludzi takich jak ja. Ale ludzie tacy jak ja, to by dali konstytucyjną większość Zandbergowi.

Marksistowska analiza zakończenia „Gry o Tron”

Jest taki list Fryderyka Engelsa do Franza Mehringa, historyka i działacza SPD, w którym wyszydzono inne szkoły historyczne. Kpiąc z „burżuazyjnego złudzenia o odwieczności kapitalizmu”, Engels w 1893 sparodiował ich wywody tak: „gdyby Ryszard Lwie Serce i Filip August wprowadzili wolny handel zamiast angażować się w głupie krucjaty, oszczędzono by nam pięć stuleci biedy”.

Zatrzymajmy się na chwilę przy tym żarcie. Proszę o to zwłaszcza tych PT czytelników, którzy odrzucają marksizm jako filozofię.

Zgodzimy się chyba wszyscy co do tego, że wizja Ryszarda Lwie Serce, który przemawia w 1189 do zebranych w Westminsterze: „Drodzy poddani, najlepszy jest wolny rynek, a więc zakładajcie biznesy” – jest absurdalna.

Ale jak to wytłumaczyć? Na prawicy popularne jest sprowadzanie wszystkiego do konfliktu cywilizacji. Nie wyjaśnimy w ten sposób, dlaczego Francja i Anglia w naturalny sposób pasują do kapitalizmu w 1893, a w równie naturalny nie pasują w 1096.

Marksizm udzielał na to odpowiedzi. Jest nim słynne zdanie „Nie świadomość ludzi określa ich byt, lecz, przeciwnie, byt społeczny ludzi określa ich świadomość”. „Byt” definiowany jest obok jako „materialne siły wytwórcze społeczeństwa [na danym szczeblu rozwoju]”.

Pozbawiony kontekstu, ten cytat często rozumiany jest jako „biedny myśli biednie, a bogaty bogato”. To oczywiście bzdura, chodzi raczej o to, że „średniowieczny Francuz myśli średniowieczno-francusko”.

Wszyscy jesteśmy więźniami swojej epoki – bogaci i biedni, bez różnicy. Jeśli jutro się nagle wzbogacę albo zbiednieję, nie przestanę być Polakiem z pierwszej połowy XXI wieku.

Dlatego właśnie Sam Tarly nas śmieszy – choć jest szlachcicem z Westeros, zdaje się rozumować jak współczesny widz HBO. Finałowy żart Sama przypomina żart Engelsa.

Myliłem się w swojej prognozie – finał „GoT” nie przyniósł przejścia z średniowiecza do renesansu. Miałem jednak rację o tyle, że widzimy przejście z wczesnego do późnego średniowiecza.

W finale serialu widzimy narodziny odpowiednika świętego cesarstwa rzymskiego. Historycznie wyglądało to tak, że od upadku Rzymu w V stuleciu, za stolicę Europy zaczęto uważać Bizancjum (które podejmowało różne próby odwojowania Zachodu).

Pod koniec VIII stulecia w Bizancjum władzę objęła Irena, pierwsza caryca w historii. Trochę jak Cersei, doszła do tronu po trupach (m.in. oślepiła i uwięziła własnego syna). Mówiąc łagodnie, była postacią kontrowersyjną.

Zachód zareagował odmową uznania jej tytułu i koronował własnego cesarza: Karola Wielkiego. Ten na chwilę odtworzył dawne imperium, ale jeszcze za jego życia ruszyła gra o żelazną koronę.

Ostatnim, który ją miał na głowie, był niejaki Berengariusz. W latach 915-924 rządził on czymś w rodzaju cesarstwa rzymskiego, sprowadzającego się do skrawka północnych Włoch o nieokreślonych granicach, bo każda była frontem jakiejś wojny.

Berengariusz przegrał je wszystkie. Po jego śmierci już nikt nie chciał zostać cesarzem.

To ciekawy moment, o którym chciałbym przeczytać coś więcej, niestety autorzy znanych mi książek opisują to zdawkowo. Robią fast forward do tematów, które im się wydają ciekawsze.

Gdyby ktoś z PT komcionautów miał rekomendację czegoś typu „Od Berengara do Ottona”, będę wdzięczny. Ale rekomendujcie tylko o ile sami przeczytaliście (wyguglać to ja też se potrafię).

Jak to wygladało? „Panowie, to kto teraz będzie cesarzem?” „Rudolf go obalił, to niech się teraz męczy”. „Nie ma głupich, oddaję insygnia Henrykowi Ptasznikowi” „Nie bądź pan taki boss z Wolfensteina”.

Cesarstwo odtworzył dopiero następca Henryka, Otton Wielki. Ale już na innych zasadach.

Karolingowie próbowali kontynuować antyczny despotyzm. „Ja mam koronę, więc klękajcie, bo was zdrakarysuję”! W starożytnej Europie to działało przez kilka stuleci (dopóki nie było żadnej siły zdolnej stawiać opór rzymskim legionom).

W feudalizmie tak się nie dało, ale zrozumiał to dopiero Otton. Zasiadł nie na tronie zbudowanym z mieczów pokonanych wrogów, tylko z pergaminowych traktatów, typu „wy uznajecie mnie za cesarza, a ja wam za to przyznaję X, Y i Z”.

Działał jak Tyrion. Jak ktoś mu się stawiał, to trudno, mordował. Ale wolał się dogadać. Wolał zhołdować niż podbić.

Wolał doprowadzić Bizancjum do wzajemnego uznania tytułów, niż mu zadać decydujący cios. Zgodził się na niepodległość Zachodniej Frankonii, dając początek trwającej w zasadzie do dzisiaj „exception francaise”. Nawiązał też relacje z Mieszkiem, dając początek tysiącletniego Hassliebe polsko-niemieckiego.

W feudalizmie to, kto przed kim klęka i w jakich okolicznościach, było regulowane w tysiącach przepisów. Można było w ich gąszczu wywalczyć sobie duży margines wolności.

Ubocznym produktem HRE stał był rozkwit gospodarczy Europy. Te wszystkie quasi-niepodległe księstwa i biskupstwa miały zróżnicowaną politykę fiskalną, opłacało się więc robić interesy. Paradoksalnie, gdyby Karolingom albo Bizantyjczykom udało się kontynent zunifikować, mielibyśmy setki lat stagnacji jak w Chinach.

Dodatkowy impuls gospodarczy dały krucjaty. Dzięki nim wynaleziono bankowość i księgowość, a zakony rycerskie stworzyły organizacyjne podwaliny tego, co dziś znamy jako korporację. W efekcie byt zmienił świadomość.

Chyba coś podobnego widzimy w finale „GoT”. Niepodległa Północ będzie mieć osobną politykę fiskalną, więc ruszy handel. Nocna Straż przekształci się w państwo post-zakonne, jak Prusy czy Kurlandia, a to sugeruje powstanie czegoś na wzór Hansy. Wyprawa Arii przypomina zaś inicjatywę portugalskiego Henryka Żeglarza, który zapoczątkował erę wielkich odkryć geograficznych.

Wygląda na to, że byt w Westeros niedługo się zmieni, a razem z nim świadomość. Ale wracając do naszego wszechświata, równie aktualne jak w 1893 pozostaje dziś pytanie: czy kapitalizm będzie trwać wiecznie?

A wy jak myślicie?

Manifest przedwyborczy

Wpis wyborczy, żeby zdążyć przed ciszą: zrobiłem sobie „latarnika”, wyszło mi 82% zgodności z Razem. Te 18% niezgodności to raczej kwestia semantyki, np. inaczej odpowiedziałem na pytanie o euro.

Uważam, że Polska *kiedyś* powinna je przyjąć, no bo ogólnie jestem za Polską jaką jednym ze Zjednoczonych Stanów Europy. Jestem za europejską federację, która powinna mieć wspólną armię, walutę, dyplomację i nawet Federalne Biuro Śledcze.

To jasne, że *obecnie* euro jest źle skonstruowane. Wspólna waluta wymaga wspólnej polityki fiskalnej. Na pytanie odpowiemy więc inaczej gdy domyślnie założymy „w najbliższym czasie”, a inaczej gdy „docelowo”.

Poza tym jednak Razem pozostaje moją opcją. Nie zamierzam się kierować sondażami, bo albo nie uwzględniają tego, że większość ludzi i tak na te wybory nie pójdzie – albo podają nierealistyczną frekwencję rzędu 60%.

W poprzednich to było 23,8% (a przedtem 24,5% i 20,9%). Mogę od biedy uwierzyć w skok do 30%, ale na pewno nie do 60%.

W poprzednich wyborach oddano niewiele ponad 7 mln ważnych głosów. Jeden procent od tego to 70 tysięcy.

Z kolei w sondażu losują 1000 respondentów, z tego ok. 600 deklaruje chęć pójścia na wybory, a 300 pójdzie tak naprawdę. 1% od tego to 3 osoby.

Co za tym idzie, akurat w eurowyborach regularnie zdarzają są niespodzianki w okolicach 5%. To przecież tylko 350 tysięcy głosujących (albo 15 osób w sondażu).

Nie będę więc aż banować za samo tylko przyznawanie się do głosaowania na Wiosnę czy Koalicję – o ile oczywiście agitujący za tymi partiami nie będą tu nadużywać gościny! – ale argumentację sondażową uważam za matematycznie nietrafną.

Skoro o tym mowa: komentarze powołujące się na „d’Hondta” będą wylatywać, jeśli po nich będzie widać, że autor nie rozumie matematyki stojącej za tą ordynacją.

Głosuję na Razem, bo nie lubię polskich elit. Elity definiuję jako klasę wyższą + wyższą średnią; ludzi mających na coś wpływ, ludzi podejmujących decyzje (za komuny funkcjonowało pożyteczne słowo „decydent”, niestety wyszło z mody).

Pytanie „czy dziennikarze wliczają się do elity” jest dla mnie źle postawione. Niektórzy z pewnością, o ile poza byciem dziennikarzami mają też stanowiska menadżerskie / kierownicze, albo zarządzają własną marką jako celebryci.

Jajako drugorzędny felietonista i okazjonalny autor książek jestem po prostu średnią klasą średnią. Nie mam wpływu na nic.

Nie czuję się odpowiedzialny za obecny kształt kraju czy mediów, bo nie miałem nic do gadania. Tradycyjna riposta polskich Polyann, że „wyborcy tak zadecydowali” jest fałszywa – kluczowe decyzje w latach 1989-1991 podejmowała władza, która nawet nie udawała demokratycznej.

A kiedy już zbudowano zręby demokratycznego ładu (za symboliczny początek uważam konstytucję z 1997), znaleźliśmy się w sytuacji, w której TEORETYCZNIE każdy już mógł sobie założyć partię, gazetę czy telewizję, ale PRAKTYCZNIE musiał konkurować z elitami, które się zdążyły uwłaszczyć i pobudować niejedno imperium typu Srebrna. Elity wspięły się i kopnęły za sobą drabinę.

Ubocznym skutkiem jest to, że polska polityka to ciągle ten sam Tusk, Kaczyński, Niesiołowski, Wałęsa, Komorowski, Kwaśniewski i Piechociński, tylko w wirującym kadrylu zmiennych konfiguracji. Każdy każdego zdążył już w tym tańcu zdradzić i każdy każdemu przysięgał wieczystą przyjaźń.

Dziś głównym podziałem jest PO kontra PiS, kiedyś AWS kontra SLD, ale to ciągle ten sam taniec. Ci ludzie nie reprezentują nas, interesuje ich reprodukcja statusu.

Za najważniejszy problem dzisiejszej Polski uważam to, że decydenci zarabiający po trzydzieści tysięcy (i więcej) oczekują wiecznych wyrzeczeń od ludzi zarabiających trzy tysiące (i mniej). Gdy my o coś prosimy, to dla nas zawsze brak pieniędzy, które jakoś magicznie się odnajdują, gdy chodzi o podwyżki dla nich.

Na Zachodzie istnieją rozmaite mechanizmy zobowiązujące tych decydentów o uwzględnianie dobrostanu ich podwładnych. Układy zbiorowe, silne związki zawodowe, „pakty społeczne” zawierane pod egidą rządu uniemożliwiają im przesadzanie z wyzyskiem.

W Polsce rozmontowano wszystkie odpowiedniki tych mechanizmów (najstarsi górale pamiętają, że układy zbiorowe były częstym rozwiązaniem do 1996). Nie stworzono niczego w ich miejsce.

To nie jest kwestia „PO czy PiS” ani „sektor prywatny czy publiczny”. Po prostu takie państwo w latach 90. nam zbudowali (tak, Oni – nie My, a już z pewnością nie ja).

Partie kontrolowane przez obecne elity tego nigdy nie zmienią. Mogą więc dla mnie być najwyżej mniejszym złem (w tych wyborach szczęśliwie niekoniecznym).

Pojemnik na socjalistów

Gdy prowadzisz felietonowy słowniczek, wszystko zaczyna wyglądać jak hasła. Chciałbym więc dzisiaj opowiedzieć wam o pewnym słowie (które jak zwykle, nie nadaje się do hasła w słowniczku pisanym dla zarobku, ale tu na blogasku, etc.).

Słowo pochodzi z języka, którego nie znam – więc będzie zabawnie! Jest nim „sossecontainer”, czyli dosłownie „pojemnik na socjalistów”.

O ile mi wiadomo z różnych lektur, a także rozmów ze Szwedami (toczonych niestety po angielsku), „sosse” jest określeniem nacechowanym pejoratywnie. I tu mamy problem translatorsko-politologiczny.

Moglibyśmy spróbować je na polski oddać jako „lewak”, ale o ile to słowo w ogóle ma cokolwiek oznaczać w języku polskim, to zazwyczaj chodzi o przedstawiciela lewicy skrajnej, oderwanej od potrzeb zwykłego człowieka. W takim sensie wylansowali je kilkadziesiąt lat temu komuniści, a podchwycili to ich najwierniejsi uczniowie – polska prawica.

Otóż szwedzkie „sosse” oznacza coś wprost przeciwnego. Oznacza socjalizm przeciętnego Svenssona – przyziemny, banalny, nudny jak Volvo 740, czyli tytułowy „sossecontainer”.

Volvo 740 wprowadzono na rynek w 1984 jako tańszy wariant oferowanego już od 2 lat Volvo 760. Designerem był Jan Wilsgaard, którego kojarzymy także z modelami serii 200 i 900.

Generalnie jeśli ktoś zamknie oczy i spróbuje sobie wyobrazić „typowe, klasyczne volvo”, pomyśli zapewne o czymś z serii 200, 700 albo 900. Ja na przykład pomyślę o 245, bo miałem takiego żelaźniaka w dzieciństwie.

Krótko mówiąc, wyobrazimy sobie najprawdopodobniej jakiś projekt Wilsgaarda, nudny, ale jednak na swój sposób dostojny. Dla Polaków wszystkie te samochody były niewyobrażalnie drogie – nawet jako używki w latach 90. trzymały wartość, a jako nówki były poza horyzontem (jak kogoś było stać na nowe volvo, i tak kupował raczej mercedesa czy beemkę).

„Volvo dla Kowalskiego” to oksymoron po tej stronie Bałtyku. Ale po tamtej istniał model obmyślony jako „Volvo dla Svenssona”, czyli właśnie 740 GLE.

Stał się szczególnie popularny wsród klasy robotniczej, ktora tradycyjnie głosowała wtedy na socjalistów. Tak ten przydomek wyjaśnia szwedzka wikipedia.

Dwa lata po premierze „sossecontainera” zginął Olaf Palme. Jego śmierć jest symbolicznym końcem szwedzkiego socjalizmu, bo pozbawiona przywództwa partia wkrótce potem przegrała wybory i choć dzisiaj znów jest u władzy, to nigdy nie odzyskała już tamtej hegemonii.

Volvo 740 symbolizuje jej ideał – żeby robotnik jeździł takim wozem, a jego szef nieco bardziej odbajerowanym direktörsvagn (760). A jeśli ktoś był wziętym pisarzem, muzykiem albo filmowcem, mógł się szarpnąć na szpanerskie 780 coupe.

To świat egalitaryzmu, który sami Szwedzi uznali 30 lat temu za zbyt nudny. W 1991 wybory wygrali centroprawicowi moderaci, którzy rozmontowali dawne państwo dobrobytu.

Tamten socjalizm jest dziś anachronizmem choćby dlatego, że jego symbolem jest samochód. Inne kraje nordyckie już wtedy ograniczały ruch w swoich stolicach, a
Sztokholm w planach Palmego miał być poprzecinany przelotowymi arteriami i niestety wyburzono pod to trochę zabytków w centrum.

Palme spędził młodość w Ameryce. Smutny dowcip polityczny mówi, że Ameryka zniesmaczyła go, jako kraj biedy i morderstwa, więc zbudował Szwecję jako jej przeciwieństwo: kraj dobrobytu i samobójstwa.

W odróżnieniu od innych krajów nordyckich, w Szwecji Palmego widać jakiś kompleks na punkcie bycia anty-Ameryką albo lepszą Ameryką. Klasyczne modele Volvo można przecież uznać za europejską wariację na temat amerykańskiego station wagon.

Trochę się wstydzę swojej miłości do samochodów. Wiem, że to ekologicznie nie do obrony, ale to jak religia.

W kościele petrolheadów jestem umiarkowany i otwarty, jak te wszystkie Więzi i Znaki (w tej analogii Top Gear to Radio Maryja). Mam więc nostalgię do wizji typu „socjalizm, ale z bajeranckimi samochodami”, chociaż wiem, że planeta potrzebuje raczej modelu, w którym się popyla rowerkiem w deszczu i pod górkę (brrr)…

Krajobraz po filmie

Rację miał Leszek Jażdżewski: kościół w Polsce jest dziś moralnym bankrutem. Oczyścić go może już tylko wariant chilijski: wszyscy składają dymisje na ręce papieża, papież niektórych dymisji nie przyjmuje.

Oczywiście, wielu ludzi się w tym momencie ze mną nie zgodzi. Powiedzą, że nadal mają zaufanie do polskiego episkopatu i liczą na to, że ten będzie się potrafił oczyścić własnymi siłami.

Proszę bardzo, proszę sobie w to wierzyć. Jako zwolennik filozofii relatywizmu, jestem ostatnim, który by komuś zabraniał głoszenia własnych poglądów.

Zwracam jednak uwagę na logiczne konsekwencje tego podejścia. W poniedziałek 13 maja usłyszeliśmy trzy oświadczenia:

– warszawska kuria powiadomiła, że ksiądz Dariusz Olejniczak wystąpił ze stanu duchownego
– wrocławska kuria powiadomiła, że ksiądz Paweł Kania został usunięty ze stanu duchownego
– zgromadzenie marianów powiadomiło, że ksiądz Eugeniusz Makulski został odsunięty od działalności duszpasterskiej

Człowiek, który wierzy w samooczyszczanie się polskiego kościoła musi też uwierzyć, że to jakiś niesamowity zbieg okoliczności stoi za tym, że te trzy oświadczenia wydano akurat tego samego dnia. Ot tak po prostu ksiądz Olejniczak przechodził obok kurii z tragarzami, więc zajrzał złożyć rezygnację.

Nie wiem, to pewnie dlatego, że jestem jakiś uprzedzony albo cuś, ale wydaje mi się znacznie bardziej prawdopodobne, że wynika to z tego, że wszyscy ci trzej księża występują w filmie braci Sekielskich, pokazanym dwa dni wcześniej.

No ale w takim razie z kolei okazuje się, że nasi wielcy hierarchowie i przedostojni purpuraci, eminencje, ekscelencje, kardynałowie i arcybiskupi, bez tego filmu nie podjęliby działań w tych sprawach, prawda? No bo jak to się stało, że ksiądz Dariusz Olejniczak był pełnoprawnym księdzem w piątek – a przestał nim być w poniedziałek?

Skoro episkopat nie jest się w stanie oczyścić, o ile nie zostanie przyłapany na matactwach i krętactwach ukrytą kamerą… to czy w ogóle jest się w stanie samooczyścić?

Przekazem dnia pisowskiej propagandy w poniedziałek było „w innych branżach też są pedofile”. Nagle okazało się, że najwięcej jest wśród murarzy.

OK, więc jeśli ktoś udowodni, że w przypadku stwierdzenia pedofilii u murarza, przełożony kongregacji budowlanej albo hierarchia diecezji murarskiej ukrywa sprawę w najgłębszej tajemnicy, a potem tego murarza przenosi na inną budowę, żeby tam mógł nadal bezkarnie krzywdzić inne dzieci – wtedy będziemy mieć podobny skandal.

Na razie skupmy się na tym, że ksiądz Dariusz Olejniczak – mimo zakazu sądowego – z jakiegoś powodu nadal mógł prowadzić rekolekcje dla dzieci. A ksiądz Paweł Kania, przyłapany we Wrocławiu na gorącym uczynku, wyszedł na wolność dzięki poręczeniu arcybiskupa Gulbinowicza, po czym został przeniesiony do parafii w Bydgoszczy, gdzie krzywdził kolejne dzieci.

Łagodnie mówiąc, stosowanie takich praktyk źle świadczy o tych biskupach, o tych diecezjach, o tych zakonach. Jeśli twierdzą, że „takie są procedury” to tylko znaczy, że te procedury czas najwyższy zmienić.

Kiedy w 2015 Volkswagena przyłapano na oszukiwaniu w sprawie norm emisyjnych, prezes Martin Winterkorn ustąpił ze stanowiska (razem z prezesem powiązanego kapitałowo Audi oraz kilkoma innymi menadżerami). Nie dlatego, że on sam fałszował wyniki, ale skoro był prezesem, odpowiadał za wszystko.

W hierarchicznej organizacji, jak zakon, diecezja czy korporacja, kierownictwo nie może się chować za usprawiedliwieniem „my o niczym nie wiedzieliśmy”. Od tego są zarządem, żeby wiedzieć.

Wierzę w istnienie normalnych, uczciwych księży. Wierzę, że stanowią większość.

Nie rozumiem, dlaczego nie chcą dostrzeć, że cała ta sprawa jest krzywdząca także dla nich. Kompromitacja kierownictwa kompromituje ich rykoszetem.

Ale to nie moje zmartwienie. W latach 90. podobnie arogancką postawę przyjmowali hierarchowie w Irlandii, Austrii, Hiszpanii, Francji i USA.

Czuli się bezkarni, bo przez wiele lat rzeczywiście byli. Po kilku głośnych skandalach z drugiej połowy lat 90. przestali być.

Polska idzie tą samą drogą. Mnie to nie martwi. Ale księży chyba jednak powinno…

Wypijmy setę!

Jest sobie taki kraj w Europie, nazwijmy go na razie krajem X, albo Ikslandią. A jego mieszkańców Ikslandianami.

Kraj X jest raczej peryferyjny. W historii bywał lokalnym mocarstwem, a i teraz jego dyplomacja ciężko pracuje, by go uczynić regionalnym liderem, ale niewiele może zdziałać.

Władcy Ikslandii często mieli ten kompleks, że w gruncie rzeczy są panami na Zadupiu, setki lat temu wynajmowali więc tzw. „kronikarzy”, którzy dorabiali im starotestamentowe rodowody albo starożytne legendy.

Według jednej z nich, Ikslandia to Atlantyda (która nigdy nie zatonęła!), a Ikslandianie powinni się nazywać Atlantami. To do dziś obecne w dyskursie jako narodowa mitologia.

Ikslandia przespała początki rewolucji przemysłowej. Gdy reszta Europy budowała pierwsze fabryki, Ikslandia eksportowała żywność i surowce.

Uciekając przed biedą, Ikslandianie jechali za chlebem do innych krajów, zwłaszcza do Niemiec. Reszta Europy znała Ikslandian głównie w roli niewykwalifikowanych robotników sezonowych.

Wytworzyło to stereotyp mieszkańca tego kraju jako chama, prostaka, pijaka i złodzieja.
W XVII wieku w Niemczech ukazał się paszkwil na Ikslandię, zawierający m.in. uwagę, że gdy Ikslandczyk idzie ulicą, z daleka wyprzedza go jego smród. Ten paszkwil potem wznawiano i tłumaczono na języki krajów ościennych.

Do pierwszej połowie XIX wieku w tych językach funkcjonował odwołujący się do tego stereotypu czasownik „zaikslandczyć”. Czyli: ukraść, zmalwersować, zakombinować na boku.

W 1663 Ikslandię przemierzał francuski podrożnik. Odnotował, że po drodze między dwoma największymi miastami tego kraju nie napotkał ani jednego murowanego budynku.

Ikslandianie nie chcieli podjąć rozmowy na żaden temat, interesujący Francuza – sztuki, kultury czy jedzenia. Jedyne, co ich interesowało, to broń i sztuka wojskowa. Francuz uznał, że Ikslandianie może i chcieliby uchodzić za ludzi kulturalnych, ale są najwyżej „na wpół cywilizowani”.

Ikslandią zazwyczaj rządzili tyrani, czasem zagraniczni. Dlatego mieszkańcy przez stulecia nie chcieli płacić podatków, robili przeciw nim i bunty i powstania. Przywódcę jednego z nich król kazał ściąć, a głowę nabić na pal, żeby jego poddani to sobie zapamiętali.

Ten incydent też często wraca w dyskursie. Jedni metaforycznie sugerują, że warto znów zrobić powstanie, inni, że warto by znowu kogoś ściąć dla przykładu.

Oczywiście, to nie jest na serio. Ikslandianie uważają siebie za najbardziej pokojowy naród świata. To wkurza ich sąsiadów, którzy do dziś pamiętają Ikslandii zdradzieckie napady.

Ikslandczycy pielęgnują swoje tradycje narodowe, zazwyczaj sprowadzające się do generowania pretekstu do schlania się na umór. Każdy mieszkaniec tego kraju zna piosenkę, której tekst sprowadza się do, mniej więcej, „wypijmy setę, tralala, a kto z nami nie wypije, ten więcej nic nie dostanie, tralala”.

Ikslandczycy długo żyli w biedzie. W 1939 w miastach połowa mieszkań miało jedną izbę, w 42% w każdej izbie mieszkały co najmniej dwie osoby, 1/5 nie miała wody bieżącej ani ogrzewania. A to i tak miasta, na wsi było poniżej wszelkich cywilizowanych standardów.

Pamiątką po tych czasach jest ikslandzki zwyczaj zdejmowania butów przed wejściem do mieszkania. Po wojnie Ikslandczycy wprawdzie przeprowadzili się do masowo budowanych blokowisk, ale zachowali zwyczaje z wiejskiego obejścia.

Kraj X ma straszną tradycję ksenofobii, nietolerancji i antysemityzmu. Królowie czasem pozwalali Żydom się osiedlać, a potem ich prześladowali, a potem znowu pozwalali – i tak dalej.

Po latach prześladowań zostały dziwne pamiątki – jak np. wiszące w kościołach obrazy o treści antysemickiej. Nie wiadomo co z nimi zrobić, bo to obrzydliwe, ale jednak zabytki. Więc sobie dalej wiszą.

Dopiero w 1864 zniesiono prawo, pozwalające mężom na dyscyplinowanie niesfornych małżonek przy pomocy kar cielesnych. Pod względem praw kobiet Ikslandia długo była w ogonie Europy. Do 1970 Ikslandianki przyjeżdżały do Polski celem dokonania tu aborcji.

Co zabawne, w Polsce uważamy Ikslandię za nasze przeciwieństwo. „Takie rzeczy to się mogą udać w tej postępowej Szwecji, ale nie u nas, bo my mamy zupełnie, ale to zupełnie odmienną historię i tradycję” – ile razy to słyszeliśmy?

Krajem X jest oczywiście Szwecja. A ciekawostki na jej temat zaczerpnąłem z książki Elisabeth Asbrink „Made in Sweden”, która ukazuje się właśnie nakładem wydawnictwa Wielka Litera i niniejszym serdecznie ją rekomenduję.