Co z tymi mediami?

Jak zwykle trudno komentować propozycje PiS, bo to co na piśmie nie zgadza się z tym, co na języku. Komentując zapisaną w programie propozycję „ustawy o statusie zawodowym dziennikarza”, marszałek Terlecki powiedział, że to „próba ucywilizowania tej narastającej komplikacji, jaką są media społecznościowe”.

To nie ma sensu. Do regulacji tego, co robią media społecznościowe („portale, które sobie pozwalają często na rzeczy wyjątkowo niesympatyczne i nieprzyjemne”) nie potrzebujemy ustawy o zawodzie dziennikarza.

Potrzebujemy ustawy regulujacej działalność amerykańskich korporacji, takich jak Google, Twitter czy Facebook. Tylko że wobec tych firm PiS konsekwentnie deklaruje politykę służalczej uległości – dalej mają nie płacić podatków, dalej mają być praktycznie bezkarne (chwilę dalej w programie PiS chwali się swoją „walką z ACTA 2”).

Załóżmy, że najgorsi na Twitterze są dziennikarze (co już wydaje mi się naciągane). Skąd będzie wiadomo, że pod ksywką „jorry123” występuje dziennikarz, a nie sędzia czy hydraulik? Panie marszałku, tego nie ruszymy „ustawą o dziennikarzach”, tu potrzebna „ustawa o Twitterze”.

Program PiS mówi z kolei o innym problemie: o zaufaniu publicznym. Już pisałem na blogu, że dziennikarz – w odróżnieniu od np. weterynarza – nie ma takiego statusu.

„Zawód zaufania publicznego” jest wtedy, gdy ustawodawca uznaje, że jakiś zawód musi być regulowany ustawowo, bo wolny rynek nie wystarcza. Gdy ktoś umrze z powodu błędu lekarskiego, to żadna pociecha, że więcej się już nie będzie leczyć u tego konowała.

Czy dziennikarze wymagają podobnej ustawy? Czy nie wystarcza zwykłe „nie ufasz mu – nie czytaj go”? Nie jestem pewien.

Podobne rozwiązania występują w krajach demokratycznych, np. we Włoszech. Co mnie bawi, słowo „publicysta” oznacza tam „autora bez dziennikarskich uprawnień”.

Włoscy dziennikarze lubią ten system, bo m.in. gwarantuje w miarę jawne i równe zarobki w ramach widełek określanych przez ich organizację. Podobne rozwiązanie spowodowałoby w polskich mediach rewolucję, ale nie wiem, czy PiS byłby na nią gotowy.

Widełki wynagrodzeń oznaczałyby z jednej strony, że Wildstein z Pereirą musieliby sobie obniżyć do poziomu nas, maluczkich. A z drugiej, że Sakiewicz by nie mógł swoim nie płacić.

Przez ostatnie 4 lata PiS pokazał, że nie umie współpracować z istniejącymi już samorządami – ani terytorialnymi, ani branżowymi. Kaczyński uważa, że reprezentuje Czyste Dobro, a w takim modelu wszelka autonomia jest podejrzana (skoro ktoś nie chce się podporządkować to znaczy, że jest Czystym Złem).

Prawie każda grupa, która ma jakąś formę ustawowej niezależności (sędziowie, lekarze, akademicy, adwokaci, nauczyciele, filmowcy…) wchodziła w konflikt z PiS. Z samej tej niezależności PiS czynił zarzut („nadzwyczajna kasta”, etc.).

Trudno mi uwierzyć, że PiS chciałby dać kolejnej grupie taką autonomię. Sam by sobie tworzył wroga?

Niezależnie od osi PiS/Antypis, wielu polskich dziennikarzy jest przeciw samej idei zrzeszania się. Przeciwników spotkamy w obu obozach. A nie da się wprowadzić samorządności wbrew woli zainteresowanych.

Zapewne więc nie chodzi o żaden samorząd, tylko o weryfikację jak w stanie wojennym. Czasy się zmieniają, prokurator Piotrowicz zawsze w komisji.

Wojny z tamtymi „kastami” poszły PiS-owi słabo – i przyznają to nawet pisowcy. Nigdzie nie było zdecydowanego zwycięstwa, najwyżej pyrrusowe.

Ta wojna będzie szczególnie trudna. Jesteśmu w Unii. Nie da się zabronić przeniesienia redakcji do czeskiego Cieszyna czy Frankfurtu nad Odrą. Dziennikarze nie musieliby nigdzie jechać, byliby warszawskimi korespondentami czeskiego portalu.

Jak PiS chciałby to zwalczać – prokuraturą? Prześladując dziennikarzy zatrudnionych w niemieckich czy czeskich mediach, a więc bronionych przez tamte rządy i związki?

Z obawy przed unijną aferą, PiS już zrezygnował z „repolonizacji”. Teraz by miał to samo do kwadratu.

Myślę, że prezes coś palnął na Nowogrodzkiej na zasadzie „rzucam myśl, a wy go łapcie”. A jego otoczenie zbiera się na odwagę, by mu powiedzieć, że to nie do zrobienia.

Poprzednio podobne pomysły miał rząd Leszka Millera. Mieli 40% poparcia i wydawało się, że nie mają z kim przegrać, ale mieli przeciw sobie media. Zaczęli mówić o regulacji zawodu i dekoncentracji.

Nic z tego nie wyszło, poza aferą Rywina. Teraz też skończy się aferą albo zaniechaniem samego pomysłu, jak z „dekoncentracją i repolonizacją”.

Kto chce być miliarderem? (NP 176)

Jak już pisałem, najstarszą płytą w mojej kolekcji jest prawdopodobnie soundtrack z musicalu „High Society” (1956). Jest w niemieckiej edycji, więc na okładce ma tytuł „Die oberen Zehntausend” (ale piosenki są normalne).

Był w koszu „za 1 euro”. A że bardzo lubię ten musical, ucieszyłem się z okazji.
Lubię Cole Portera, lubię „Rat Pack”, ale najbardziej lubię popkulturowe przedstawienia struktury klasowej społeczeństwa kapitalistycznego. A ten film ma ją wręcz w tytule.

Fabułę zaczerpnięto z komedii romantycznej George’a Cukora z 1940, dopasowano ją jednak do emploi nowej obsady. Aktorzy grają tu swoje popkulturowe symulakra, Louis Armstrong występuje wręcz „as himself”. Będę więc używać ich nazwisk mówiąc o ich postaciach.

Sinatra gra tabloidowego reportera, który nienawidzi klasy wyższej. Przybywa na ślub Grace Kelly (świat wtedy właśnie żył jej prawdziwym ślubem z prawdziwym księciem) w nadziei na skandaliczny tekst, w którym ich wszystkich obsmaruje.

Sinatra wykłada na początku filmu swoje poglądy na strukturę klasową redakcyjnej koleżance (Celeste Holm). Twierdzi, że nienawidzi bogaczy z powodu ich moralnego zepsucia, a nie dlatego, że im czegoś zazdrości.

Rozmowa przechodzi w piosenkę „Who wants to be a millionaire?”, w której Sinatra i Holm przestawiają przywileje klasy wyższej jako utrapienie, a nie jako przyjemność. Na przykład trzeba chodzić na Wagnera do Metrapolitan Opera, co za nuda, kto by chciał (I don’t).

Koleżanka mu wtóruje: „A country estate is something I’d hate”, „Do I want a yacht? Oh, how I do not”, „A liveried chauffeur, do I want? No sir!”.

Mój hejt na klasę wyższą jest podobny. Nie chciałbym być jednym z nich, w sumie dobrze mi w średniej klasie średniej.

Nie chciałbym mieć posiadłości tak ogromnej, żeby musieć mieszkać pod jednym dachem razem z obcymi ludźmi, którzy by się opiekowali kuchnią i ogrodem. Nie chciałbym być wożony przez kierowcę – lubię prowadzić. Nie chciałbym też być w zarządzie czegokolwiek, nienawidzę zebrań, spotkań i telekonferencji, a bez tego się chyba nie da.

W tej piosence widać naiwny, ale jednak przemawiający do mojej wyobraźni optymistyczny egalitaryzm epoki Eisenhowera. Amerykańska klasa średnia w latach 50. miała już tak dobrze, że nie miała czego zazdrościć klasie wyższej.

Na weselu ma się pojawić były mąż Grace, Bing Crosby – jego ojciec był „baronem-rabusiem” w wieku dzikiego kapitalizmu, ale on gardzi tą fortuną i wybrał karierę muzyka jazzowego. Grace rzuciła go z powodu jego alkoholizmu i złych manier, jej nowy facet ma być wzorem dżentelmena z wyższej sfery.

Sinatra chce omotać Grace Kelly, by wydobyć od niej kompromitujące informacje. Ona tymczasem go wkręca w swoją intrygę. Dwustronna manipulacja przechodzi w flirt.

Dziennikarz uświadamia sobie, że bogacze mają takie same życiowe problemy jak on.
Najważniejsza jest przecież miłość, a w odnalezieniu Drugiej Połówki pieniądze wcale nie pomagają.

Ważnym ogniwem intrygi ułożonej przez Grace Kelly jest jej Szalony Wujek (wspaniały Louis Calhern, również w swojej ostatniej roli – nie doczekał premiery). BTW: Szalony Wujek (Wicked Uncle) to moja ulubiona postać stereotypowa (stock character) w komediach romantycznych.

Wujek jest alkoholikiem i wykorzystał swoją fortunę do zbudowania czegoś, czego już nawet Sinatra mu zazdrości. To sekretny bar, do którego można się wymknąć z salonu, gdy oficjalne przyjęcie robi się zbyt nudne.

W tym barze Frank i Bing wykonują najbardziej znany przebój z tego filmu, o którym pisałem w prapoczątkach bloga. Wspólne pijaństwo ich zbliża, z wrogów stają się przyjaciółmi.

Dziś, gdy od popkultury oczekujemy pewnej odpowiedzialności społecznej, szokuje podejście tego filmu do alkoholizmu. Co najmniej trzy osoby mają tutaj poważną chorobę (Wujek, Frank i Bing), ale pokazana jest jako coś zabawnego i nieszkodliwego. Ot, jeden zbiera znaczki, drugi pije na umór.

Grace upija się do nieprzytomności i to ją zbliża do męża-alkoholika. Wybaczcie spojler: wychodzi za niego ponownie.

Mądrość Życiowa Dziadka Wojtka mówi mi, że to zła decyzja. Za duża różnica wieku (on: 53, ona: 26). Takie związki kończą jak Wielka Miłość Isabel i Kazza.

Jeśli ona od niego już raz odeszła z powodu jego alkoholizmu, to za drugim razem będzie tylko jeszcze gorzej. Ale to nie jest prawdziwe życie, tylko musical Cole Portera, więc już przestanę zrzędzić.

A wy, drodzy komcionauci? Czy chcielibyście awansować do klasy wyższej, czy wam też średnia wystarcza do szczęścia?

Duopol gibelinów i gwelfów

Moja niechęć do analogii z Trzecią Rzeszą wynika nie tyle z nazistofobii, co z intelektualnej łatwizny takich porównań. Każdy oglądał „Kabaret”, więc każdemu się wydaje, że wie jak upadła Republika Weimarska.

W Europie tymczasem spór „monarchia czy republika” zaczął się w starożytności i trwał przez średniowiecze. W samej Italii republik było ze sześćdziesiąt, a były też na północy – w tym rzut beretem od nas w Nowgorodzie.

Prawie wszystkie upadły, z charakterystycznym wyjątkiem San Marino, któremu udało się pozyskać litość najpierw Napoleona, a potem Garibaldiego. Podczas zimnej wojny byli anomalią, jako jedyny demokratyczny kraj rządzony przez komunistów.

Większość republik zwalcowały w XVI-XVIII wieku europejskie absolutyzmy. Ciekawsze wydają mi się jednak przypadki tych, które wolności wyrzekły się niejako dobrowolnie.
Ważna dla naszej historii dynastia Sforzów zrodziła się właśnie w ten sposób. W 1447 roku w Mediolanie zmarł książę Visconti.

Elity intelektualne miasta uznały to za dobry moment do przywrócenia swobód demokratycznych, utraconych dwa stulecia wcześniej. Dynastię Viscontich zapoczątkował arcybiskup, po którym rządzili jego spadkobiercy.

W Mediolanie urzędowali najwybitniejsi prawoznawcy Italii. Ułożyli piękną konstytucję Złotej Republiki Ambrozjańskiej i wybrali spośród siebie radę dwudziestu czterech „kapitanów i obrońców wolności”.

Tymczasem nieślubna córka Viscontiego miała inne plany – wyszła za Francesco Sforzę, z zawodu kondotiera, po prostu bandytę. Sforza pozyskał poparcie miast otaczających Mediolan, obiecując im klasyczne „read my lips: no new taxes” oraz „nie pozwolimy tym ważniakom z Mediolanu się rządzić”.

Nie upłynęły 3 lata, a „capitani e difensori della liberta” skapitulowali i przekazali mu wszelkie uprawnienia. Franceso rządził zresztą sprawnie, ale jego następcy byli już takimi zwyrodnialcami, że Hitler ze Stalinem by się skrzywili z niesmakiem.

Galeazzo Sforza był zbrodniczym psychopatą. Gwałcił kobiety, potem je przekazywał dworzanom. Mordował ludzi przy pomocy wymyślnych tortur, lubował się w słuchaniu jęków konających.

Florencja uzyskała niepodległość w 1197, szybko stała się potęgą. Jej walutą (florenem) posługiwano się nawet na naszych ziemiach. Ród Medyceuszy założył pierwszy ogólnoeuropejski bank i od XV wieku de facto rządził miastem.

Medyceusze sponsorowali naukę i kulturę. Florencja do dzisiaj robi potężne wrażenie na przybyszu (zwłaszcza grającym w „Assasins Creed”).

Upadek tej republiki jest więc być może najbardziej zagadkowy. W 1490 roku w mieście pojawił się dominikański mnich Girolamo Savonarola, sprowadzony przez Wawrzyńca Wspaniałego – jak sam przydomek wskazuje, jednego z najwspanialszych z Medyceuszy.

Wspaniały zmarł w 1492. Jego następca, Piotr Niefortunny (Piero Il Sfortunato) był, jak sam przydomek wskazuje, jednym z najmniej wspaniałych Medyceuszy.

Savonarola nie miał florenckiego obywatelstwa, więc sam nie mógł startować w wyborach. Jego stronnicy, partia Płaczących (Piagnoni) błyskawicznie zdominowali jednak miejską politykę. Doprowadzili do obalenia Piotra Niefortunnego (1494).

Savonarola miał świetną odpowiedź na pytanie „jak zreformować system sprawiedliwości”. Dzieci są z natury niewinne, a więc: stwórzmy dziecięcą policję! Niech tropi pijaństwo, rozpustę i korupcję! A ponieważ to co złe, brało się z dbania o rzeczy świeckie: palmy książki i dzieła sztuki, bo odwracają ludzi od Boga!

Florencja pogrążyła się w terrorze i chaosie. Nawet wyznawcy Savonaroli w końcu zauważyli, że facet bredzi jak obłąkany. W końcu spalono go na stosie w 1498.

Lubimy powtarzać, że edukacja i kultura służą demokracji, ale historia tego nie potwierdza. Republikę wolnych chłopów Dithmarschen Dania podbiła dopiero w 1559, chłopi nie mieli swojego Savonaroli.

Te republiki czasem były de facto oligarchiami (Wenecja!), czasem jednak były całkiem demokratyczne. W Nimes lud wybierał „po pięciu zacnych mężów z każdej dzielnicy”. Tych dwudziestu elektorów wybierało 4 konsulów.

Żeby uniknąć groźby przekształcenia w monarchię, często w tych ustrojach nie było pojedynczego przywódcy. W Pawii poszczególne stany (rycerze, gmin oraz juryści) wybierali – każdy osobno – swojego podestę, którzy rządzili kolektywnie.

W niektórych miastach nie tolerowano rycerzy. Wykluczyły ich np. Fryburg (1120) i Lubeka (1158). Bolonia i Florencja przyjęły przepis, że w radzie generalnej mogą zasiadać tylko obywatele wykonujący pracę własnych rąk (co wykluczało m.in. jurystów). Dante pochodził ze stanu rycerskiego, ale wstąpił do cechu lekarzy po prostu żeby mieć prawa obywatelskie.

Kryteria obywatelstwa były zawsze przedmiotem sporu. W Pizie od 1286 wymagano 20-letniego pobytu. Wobec braku rąk do pracy, w 1319 radykalnie to skrócono do 3 lat. Piza generalnie wygląda na jedną z najbardziej egalitarnych republik: w 1164 wprowadzono tam zakaz budowy wieży wyższej od sąsiada (żeby uniknąć wyścigu jak w San Gimignano).

W starożytnym Rzymie za ideał cnót republikańskich uchodził Cyncynat, który obrany dyktatorem na czas wojny z Ekwami, po zwycięstwie oddał władzę i odrzuciwszy wszelkie zaszczyty, wrócił do pracy fizycznej. Opowiednikiem w średniowieczu była legenda mediolańskiego Huberta della Croce, żołnierza i siłacza, który jednak pozostawał zawsze
skromnym i uprzejmym demokratą.

Tych, którzy liczyli na puentę typu „I DLATEGO KACZOR BE, ZANDBERG CACY”, muszę niestety rozczarować. Piszę o tym bo mnie to kręci.

Jak my narzekamy na duopol PO-PiS, tak Włosi narzekali na gibelinów i gwelfów. Gwelfowie byli za papieżem, gibelini za cesarzem. Jeśli Unię Europejską uznamy za nowe wcielenie cesarstwa, to my my – jako Antypis – jesteśmy gibelinami.

Zazwyczaj elity były za gibelinami, a gmin za gwelfami, ale nakładały się na to animozje między miastami. Gdyby Toruniem rządzili gwelfowie, Bydgoszcz byłaby gibelińska.

Gwelfowie z kolei dzielili się na białych (antyklerykalnych) i czarnych (proklerykalnych). W tamtych czasach antyklerykalizm często łączył się z głęboką religijnością – republika w Pizie zaczęła się od antyklerykalnego powstania z IX wieku, w którym obalono biskupa. Świecki konsulat dalej budował kościoły.

Spór o wyższość republiki nad monarchią toczył się wówczas także między filozofami. Jan z Paryża ostrzegał, że każda monarchia grozi zwyrodnieniem w tyranię. Zwolennicy monarchii, jak Idzi Rzymianin kontrowali, że monarchia to więcej niż monarcha.

Największymi zwolennikami republiki byli Jan z Hocsem i Ptolemeusz z Lukki. Ich argumenty przypominają dzisiejsze: pisali, że ludzie najchętniej przestrzegają tych praw, na stanowienie których mają wpływ i że prawa republikańskie zazwyczaj są łagodniejsze od monarszych.

Bruneo Lattini ułożył taki ranking najlepszych ustrojów świata: 3. władza królewska, 2. władza najlepszych, 1. władza komuny. Nie był oczywiście protoplastą komunizmu (a może jednak?), po prostu uważał, że najlepiej gdy ludzie sami zrzeszają się w swobodną wspólnotę.

Ptolemeusz z Lukki był z kolei protoplastą kultu Średniej Klasy Średniej, dowodził bowiem, że zła jest władza bogaczy, bo grozi tyranią, zła jest też władza biedaków, bo grozi przymusowym zrównywaniem. Najlepsza jest władza „ludzi pośredniego szczebla”.

Na tym zakończę wybor losowych ciekawostek, pochodzących głównie z książki Johna Mundy „Europa Średniowieczna 1150-1309”.

Wielki problem małej Emi

Chciałbym zrozumieć oficjalną linię wobec afery hejterskiej. Nie adresuję już tej notki do „drogich pisowców”, bo omijają mojego bloga (#smuteczek), ale gdyby któryś przechodził i potrafił tę linię tutaj wyeksplikować, będzie mile widziany.

Jeśli dobrze rozumiem, oficjalnie wygląda to tak: nieokreślona grupa sędziów związanych z wiceministrem Piebiakiem prowadziła niedozwoloną działalność w mediach społecznościowych. Gdy tylko dowiedział się o tym minister Ziobro, natychmiast go dymisjonował, razem z kilkoma innymi sędziami.

Początkowo bagatelizowano sprawę – podważano wiarygodność hejterki Emilii, sugerowano też, że ujawnione przez nią skriny mogą być sfałszowane. Po kilku dniach jednak prawdziwość tych rewelacji potwierdzili także sędziowie, którzy byli uwikłani z nią w tym przedziwnym trój- (lub więcej?) kącie.

Nawet w oficjalnej, propisowskiej wersji sprawa wygląda grubo. Połamano kilka poważnych paragrafów – to nie był tylko banalny hejt, czyli zniewagi i pomówienia, tutaj widać także podżeganie do przestępstwa, przekroczenie uprawnień i ujawnianie materiałów ze śledztwa.

Ktoś za to w końcu powinien beknąć. Kto? I tutaj wersja oficjalna robi się dziwna.

W tej chwili brzmi tak, że minister Ziobro o niczym nie wiedział, a więc za nic nie odpowiada. Już to jest dziwne, bo zawsze było tak, że szef resortu odpowiada za to co się dzieje w resorcie – a jeśli o niczym nie wiedział, to tym gorzej dla niego.

Zarzuty PiS wobec poprzedniej władzy przecież sprowadzają się do tego samego. Że nie dopilnowali (procedur przy tupolewie, Amber Gold, mafii vatowskich itd.). Nagle porzucili tę zasadę? OK, niech będzie. Ale absurdów i tak tylko przybywa.

Hejterka Emilia od dłuższego już czasu o swoich krzywdach – prawdziwych lub domniemanych – informowała dziennikarzy i polityków. W tym: prezesa Kaczyńskiego i posłankę Pawłowicz.

Propaganda prześciga się w przedstawianiu odpowiedzi Kaczyńskiego i Pawłowicz jako wzoru profesjonalizmu. Proszę bardzo, ale faktem jest, że skoro Kaczyński odpisał Emilii na temat jej konfliktu z Piebiakiem to znaczy, że o nim WIEDZIAŁ. Ditto Pawłowicz.

Ja mam narastające trudności z uwierzeniem, że Kaczyński po tym wszystkim nie zapytał ministra Ziobry „co się tam u was dzieje, dostaję dziwne listy na temat twojego wiceministra”. Szanowny wyborcy PiS: a wy w to wierzycie?

Moje rozumienie sprawy jest proste. Nigdy nie przeczyłem, że trzeba zreformować polski system sprawiedliwości.

Od początku krytykowałem reformy Ziobry przy pomocy metafory motoryzacyjnej. Mamy niesprawny samochód – nie zacznie jeździć lepiej od samej tylko wymiany kierowcy.

Dwa lata temu pisowcy na moim blogu dawali Ziobrze kredyt zaufania. Obiecywali, że ocenią po owocach. Może już czas?

Poprawianie sądów przez wymianę sędziów było od początku głupim pomysłem. Towarzyszyły temu kłamliwe deklaracje, że chodzi o odsunięcie sędziów orzekających w czasach PRL – tymczasem dzisiejsi sędziowie w czasach PRL mogli być najwyżej aplikantami.

Załóżmy nawet, że sędziowie rzeczywiście są skorumpowaną kastą złodziei kiełbas. Co w związku z tym – powołać grupę czyścicieli i dać im nadzwyczajne uprawnienia?

To się nigdy nie udało. Oprycznina Iwana Groźnego, Komitet Ocalenia Publicznego Dantona i Robespierra, CzK: to wszystko różne warianty tego samego pomysłu, żeby się nie patyczkować tylko wprowadzić Dyktaturę Uczciwych.

Ten pomysl często chwytał, no bo w końcu kto się ośmieli skrytykować dyktaturę uczciwych? NIEUCZCIWI! POD ŚCIANĘ!

Historia pokazuje, że takie Nadzwyczajne Komisje błyskawicznie się degenerują. Taka jest po prostu Natura Lucka: bezkarność rodzi amoralność.

Gdyby oni zamiast wycierać sobie gęby Inką i Pileckim naprawdę poczytali coś o AK wiedzieliby, że również w AK obawiano się degeneracji w pospolitą bandyterkę. Władze państwa podziemnego próbowały temu zapobiec proceduralnie – wcale nie uważały, że wystarczy być genetycznym patriotą, a problem zniknie.

Współczesna polska prawica pobiła wszelkie rekordy tempa moralnej degeneracji. Usta mają pełne frazesów o moralności, ale w praktyce dziecko z drugiego małżeństwa mają z trzecim mężem.

No i co teraz z reformą sądownictwa, drodzy pisowcy? To nasz wspólny problem, bo unijne kary uderzą i w nas, i w was (a na dalszą metę: w zdolność do wypłacania 500+).

Dalej macie zaufanie do Ziobry i uważacie, że on ma dobry pomysł? Chętnie usłyszę waszą wersję (ale przypominam: to nie Twitter, zachowujemy się).

Winylowy coming out

Znajomych fejsbukowych zanudzam tym już od pewnego czasu – dojrzałem do publicznego comingouta. Otóż dopadła mnie moda na winyle!

Nigdy nie myślałem, że to spotka akurat mnie. Nie jestem audiofilem. Uwierzyłem w zapewnienia o „bezstratnej kompresji”.

Jako młody człowiek nienawidziłem ograniczeń analogowego świata. Nie mogłem się doczekać pożegnania trzeszczących płyt, wkręcających się taśm, śnieżących telewizorów – bo teoretycznie wiedziałem, że kiedyś nadejdzie.

Początki rewolucji witałem z radością. Jakie to było cudowne, gdy iPod wyzwolił człowieka od dylematu „jaką muzykę zabrać w podróż”, bo można było zabrać WSZYSTKO!

Postęp stopniowo zmienił się w regres. To nieprawda, że teraz nie trzeba zabierać, bo wszystko jest w sieci.

Dwa przykłady: swój playlistowy cykl na blogu zacząłem, tak się składa, od remiksu „Radio #1” Air w wykonaniu Senora Coconuta. Pokażcie mi to na Spotify czy Youtubie!

Pisałem na blogu o pięknej balladzie Emmanuelle Seigner „P’tite Pédale”. Jest w płatnych serwisach, ale nie ma na Youtubie, bo „zakazane słownictwo”.

Winyla, podobnie jak papierowej książki, nie mogą ci zdalnie wyłączyć. Tymczasem cenzura cyberkorpów przestaje już być teoretycznym konceptem, to się już dzieje.

Pewnego dnia trafił w moje ręce sprzęt stereo sprzed prawie 40 lat. Nic nadzwyczajnego, ówczesna „średnia półka”.

Przez 20 lat stał nieużywany na strychu. Włączyłem z ciekawości, myśląc „here goes nothing” – coś mi się kołatało w pamięci, że kondensatory elektrolityczne wysychają, więc naprawdę nie spodziewałem się, że cokolwiek zabrzmi.

Testowo odpalona stara płyta zabrzmiała od razu i to… przepięknie, mimo trzasków, mimo starej wkładki Unitra Mf-102. Zainwestowałem w nową wkładkę, oczyściłem z kurzu i teraz jest to moja najukochańsza zabaweczka.

Podkreślę ponownie, że nie chodzi mi o audiofilię. Słychać w tym sprzęcie brumienie 50 Hz, słychać biały szum wzmacniacza. Płyty zwykle kupuję jako używane, a więc mają swój naturalny trzask.

Nie próbuję z tym walczyć. Jeśli będę chciał posłuchać tego samego utworu bez szumów, mogę w każdej chwili go puścić przez cyfrowy aplituner. Wykosztowałem się swego czasu, bo chciałem mieć porządne kino domowe.

Moja ukochana zabaweczka jest tymczasem całkowicie analogowa. Od igły gramofonu aż po membrany głośników, nic tu nie jest przetwarzane cyfrowo. Bardzo mi to odpowiada.

Dlaczego ta sama piosenka brzmi lepiej ze starej wieży niż z nowoczesnego cyfrowego amplitunera? To ma racjonalne wyjaśnienie.

Po pierwsze, jeszcze w czasach rewolucji kompaktowej, cyfrową muzykę zniszczyły tzw. „loudness wars”. Była to bezsensowna licytacja na to, czyja płyta brzmi GŁOŚNIEJ.

W efekcie wszystko zaczęto miksować tak, żeby brzmiały głośniej – ze szkodą dla dynamiki. W analogu to niemożliwe, w pewnym momencie przestaje być głośniej, wychodzi zamiast tego przesterowanie.

Dla słuchacza to się objawia tak, że kiedy np. ktoś zaczyna grać solówkę na saksofonie, to dźwięk tego saksofonu jest DODANY do sekcji rytmicznej, którą słyszymy mniej więcej tak samo, jak przedtem. W cyfrowej wersji tymczasem saksofon rozlegnie się KOSZTEM sekcji rytmicznej.

Kiedyś myślałem, że cyfra jest lepsza od analogu, bo ma takie same pasmo odtwarzania, przekraczające możliwości ludzkiego ucha. A do tego – bez zakłóceń.

Teraz już wiem, że to nieprawda. Niezależnie od kiloherców i decybeli, jest jeszcze barwa dźwięku. W tradycyjnym, analogym zestawie HiFi, na barwę decydujący wpływ ma charakterystyka przedwzmacniacza.

Gramofonu nie można podłączyć do współczesnego wzmacniacza przez „line in”. Sygnał musi być wstępnie wzmocniony – stare wieże miały do tego specjalne wejście „phono in” (audiofile używają osobnego urządzenia).

Przedwzmacniacz nie ma liniowej charakterystyki. Dokonuje wstępnej korekty dźwięku – i zdaje się, że tak naprawdę tę korektę właśnie lubi ktoś, kto mówi, że lubi „brzmienie winyla”.

Nikt nie powie, że „lubi brzmienie cyfrowego odtwarzacza”, bo cyfra w ustawieni FLAT brzmi… płasko. Ale niezależnie od dźwięku – mnóstwo radości sprawił mi sam powrót do nośników.

Słuchanie starej płyty na starym sprzęcie pozwala na podróż w czasie i wyobraźni. Pisałem niedawno o maksiksinglach Duran Duran – jak fajnie się ich słucha na sprzęcie z lat 80.!

Winylarstwo to hobby demokratyczne. Rynkowa wartość mojego sprzętu to jakieś parę stów i raczej nie wzrośnie, bo wieże HiFi z lat 80. robią się coraz bardziej bezużyteczne – nie sparuje się ich z bluetoothem, nie podłączy inteligentnych głośników, nie powie się do nich „Alexa, play Africa by Toto”.

Płyty bywają drogie – i ja też mam w swojej kolekcji kilka takich, za które zapłaciłem absurdalnie dużo. Na przykład: kolekcjonerskie wydanie „Re” Les Rita Mitsouko, w postaci pięciu maksisingli ułożonych w coś w rodzaju klastra.

Ale jak każdy kolekcjoner, najwięcej mam radości, gdy uda mi się upolować Prawdziwą Okazję (TM). Na targach staroci winyle z czasów PRL wyprzedawane są za dychę-dwie. A bywają tu perełki.

Najstarszą płytą w mojej kolekcji jest soundtrack z musicalu „High Society” z 1957 (który skądinąd uwielbiam od lat i muszę kiedyś napisać notkę zawartym w nim „spojrzeniu klasy średniej na klasę wyższą” z czasów Eisenhowera). Mam go w niemieckim wydaniu pod tytułem „Die oberen Zehntausend” (ale piosenki są normalnie po angielsku).

W sklepie w Wiedniu leżało w skrzynce „za 1 euro”. Stan bardzo dobry. A w ogóle dostałem za friko, bo poza tym coś jeszcze kupiłem.

W kolekcjonowaniu pomaga mi to, że jestem dziwakiem, a więc mam dziwaczne gusty. Z innej skrzynki z przecenami wyczaiłem też kiedyś za śmieszne pieniądze 50-letnią płytę Toma Lehrera (kto nie zna, powinien natychmiast poznać, jeśli chce się uważać za godnego komciania na mym blogu).

A i ten obrzydliwie drogi albumik Les Rita Mitsouko kupiłem w Paryżu w stanie mint condition, ale jedyną wadą jest to, że całość pachnie piwnicą. Przypuszczam, że był to jakiś niechciany prezent.

Zdumiewająco łatwo tracić na płytę, która ma 50. czy nawet 60. lat, ale jest jak nówka sztuka. Nigdy jej nie odtworzono, więc dziś nawet nie trzeszczy.

Czy konto na Spotifaju będzie działało w 2070? Bardzo wątpię. A płyty winylowe – z całą pewnością tak.

Drodzy pisowcy…

Dla tych, którzy tu są po raz pierwszy – łagodne przypomnienie, że mój blog to nie Twitter, nie będę tolerować chamstwa ani odchodzenia od tematu. Ale owszem, chętnie usłyszę wasze odpowiedzi na kilka konkretnych pytań.

Premier Morawiecki zaproponował niedawno, żebyśmy wszyscy sobie zadali pytanie: czy żyje się teraz lepiej niż 4 lata temu. To znakomite pytanie i w pełni akceptuję to, że ktoś na tej podstawie podejmuje wyborczą decyzję.

Dla tych, którzy dostają 500+, sprawa jest pozornie oczywista. Sam jestem za stary, żeby się załapać na ten program, ale gdyby to było 10 lat wcześniej, dostawalibyśmy tysiaka miesięcznie. To byłaby bonanza!

Jak wiecie, partia na którą głosuje, nie postuluje w ogóle zniesienia tego programu. Jeśli już, to rozszerzenie – żeby jeszcze więcej ludzi dostawało jeszcze hojniejsze świadczenia.

Nie musicie mi więc opisywać zalety 500+. Na moim blogu to wyważanie otwartych drzwi.

Przejdźmy więc do pytań, które chciałbym wam zadać. Jestem ciekaw, jak oceniacie inne kwestie wpływające na jakość życia – czyli na usługi publiczne.

Dla rodziny, która ma dzieci w wieku szkolnym, cholernie ważnym czynnikiem jest edukacja. Ja już mam w wieku studenckim, więc to na szczęście nie mój problem, ale jeszcze nie słyszałem od znajomych opinii, że sytuacja w szkołach publicznych się polepszyła od 2015.

Jak wy to oceniacie, drodzy pisowcy (z dziećmi w wieku szkolnym). Czy dotknął was fenomen „roczników zagłady”?

Jeśli ktoś z powodu braku miejsc w szkołach publicznych musiał posłać dziecko do płatnej szkoły, to korzyści z 500+ poszły się kochać. Za niedomagania szkoły publicznej zawsze w końcu w taki czy inny sposób płacą rodzice.

To się będzie tylko pogarszało. Podczas strajku nauczycieli rząd i prorządowi dziennikarze powtarzali im, że jak im się nie podoba, to niech odejdą. No to odchodzą, podobnie jak lekarze i pielęgniarki.

W 2015 PiS obiecywał, że tak zmieni Polskę, żeby ludzie nie wyjeżdżali po lepsze zarobki. A konkretnie obiecywał powstrzymanie ucieczki lekarzy.

Nie udało się, prawda? Oczywiście, w 2015 ze zdrowiem też było źle, ale nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być jeszcze gorzej. Wygląda na to, że PiS-owi udało się sytuację w służbie zdrowia JESZCZE BARDZIEJ ZEPSUĆ.

I znów, jestem ciekaw, jak to sobie tłumaczycie. Że jesteście okazami zdrowia, więc w ogóle nie boicie się, że kiedykolwiek wylądujecie w szpitalu?

Kiedy będziecie siedzieć kilkanaście godzin na SOR, czekając aż ktoś się zajmie waszym krewnym – będziecie sobie powtarzać „ale Platforma przeklinała przy ośmiorniczkach”? Serio jestem ciekaw waszej odpowiedzi – uważacie, że się poprawiło/pogorszyło/nie zmieniło/nie ma to dla was znaczenia?

To samo z reformą sądownictwa. Dwa lata temu w notce skierowanej do Was porównałem polski wymiar sprawiedliwości do szwankującego samochodu i krytykowałem PiS za to, że nic w jego reformie nie wskazuje na to, że chce coś naprawić pod maską. Cała uwaga idzie w zmianę kierowcy.

Dwa lata później widać, że sądownictwo działa tylko JESZCZE GORZEJ. Nikt nie powie, że cieszy się z tej reformy, bo dzięki niej może swoje sprawy załatwić szybciej/taniej/lepiej. Terminy, które już były długie, tylko się jeszcze bardziej wydłużyły.

Może wy macie inne doświadczenia? Chętnie je poznam. A może uważacie, że nieważne, jak bardzo sparaliżowane są sądy – grunt, żeby je dekomunizował niezłomny i wyklęty antykomunista Piotrowicz?

Przez te 4 lata PiS zademonstrował, że nie umie poprawić niczego, co dotyczy usług publicznych. Co w 2015 działało dobrze, teraz działa źle (edukacja, autostrady). Co działało źle, teraz działa bardzo źle (szpitale, sądy, pociągi).

Szczególnie przerażająco wygląda obronność. Macierewicz storpedował zakupy planowane przez Platformę obiecując, że kupi tańsze helikoptery i korwety. Na razie jedyna PiSowska inwestycja w armię, to luksusowe samoloty dla VIP-ów.

Następnego 500+ PiS już raczej nie wprowadzi. Dziury w budżecie zaczyna łatać np. planując ograniczanie prawo do rent – i znów, rodzina, która straci rentę dziadka, może być na minusie nawet jeśli dostaje 500+ na wnuczka, a kuzyna objął zerowy PIT.

Pod względem usług publicznych mamy pogorszenie od 2015 i – w razie drugiej kadencji PiS – wysokie prawdopodobieństwo dalszego pogorszenia w latach 2019-2023. Chętnie usłyszę rzeczową polemikę (ale raz jeszcze uprzedzam: to nie Twitter, proszę się zachowywać).

Nowy Tarantino (hura!)

A może byśmy pogadali o nowym filmie Tarantino, dla przyjemnej odmiany? To dla mnie reżyser najulubieńszy z ulubionych, najukochańszy z ukochanych, nie jestem go w stanie obiektywnie oceniać, po prostu wszystko mi się podoba.

„Pewnego razu w Hollywood” jest bodajże w największym stopniu komedią z jego dotychczasowej twórczości. To mnie zaskoczyło, bo idąc do kina wiedziałem o tym filmie tylko tyle, że tematem przewodnim jest zbrodnia na Cielo Drive.

W zasadzie niby jest… i tutaj przerywam i solennie przyrzekam, że niczego nie zaspojluję, a także zaapeluję, by unikać spojlerów. Kto chce pisać o zakończeniu, niech użyje rot13!

No więc, wracając, niby jest, ale mimo wszystko w tle. Owszem, w napisach do filmu znajdziemy aktora grającego Charlesa Mansona, a także tę czwórkę, która zabiła Sharon Tate z przyjaciółmi.

Ale to są role piątoplanowe. Na pierwszym planie jest dwójka gwiazdorów, Leonardo DiCaprio i Brad Pitt, koncertowo autoparodiujący swoje emploi.

DiCaprio gra neurotycznego gwiazdora, który ciągle wpada w panikę, że nie umie grać.
Niczym BoJack, żyje sobie w willi z basenem, hajsu ma jak lodu, ale dwa słowa wystarczą, żeby wybuchnął płaczem nad swoją nieudaną karierą.

Brad Pitt z kolei przechodzi samego siebie w roli „sympatycznego twardziela”. Gra kaskadera, który jest trochę najlepszym kumplem, a trochę chłopcem na posyłki dla DiCaprio.

W jednej scenie, która nawet nie ma porządnego uzasadnienia fabularnego, rozbiera się od pasa w górę, żeby pochwalić się swoją przepięknie wyrzeźbioną sylwetką typu „Bez Grama Tłuszczu”. Wygląda to trochę tak, jakby Tarantino kazał mu zbudować postać, będącą wręcz campowo przegiętym wcieleniem stereotypu „seksownego kowboja”.

Specjalnością obu panów są bowiem westerny, chociaż aktor, którego gra DiCaprio, grywa także „zbrodniarzy tygodnia” w serialach sensacyjnych. Najwięcej sławy przyniósł mu film o drugiej wojnie światowej „14 pięści McCluskeya”, który wygląda na połączenie „Tylko dla orłów”, „Parszywej dwunastki” i „Inglorious Basterds”.

To wszystko mu nie wystarcza. Marzy o rolach szekspirowskich. Chciałby zagrać w jakimś porządnym filmie – najlepiej w reżyserii swojego nowego sąsiada, Romana Polańskiego!

Rodzina Mansona jest tylko tłem, ale obecnym właściwie przez cały czas. Bohaterowie ciągle gdzieś w tle widzą jakieś autostopowiczki – w tym wyglądające na nieletnie uciekinierki z domu.

Brad Pitt gra postać zasadniczą i obowiązkową. Gdy dziewczyna mu pokazuje na migi, że jedzie na zachód, a on ma coś konkretnego do załatwienia na wschodzie, no to cóż, pożegna ją przyjaznym machaniem i pojedzie załatwiać to co chciał załatwić.

Manson, jak wiadomo, w takiej sytuacji jednak zmieniał plany i korzystał z okazji do zrekrutowania kolejnej zagubionej duszyczki. Podrywając autostopowiczki, Brad Pitt nieświadomie podąża jego tropem.

Los Angeles wygląda więc tutaj trochę jak w „Pulp Fiction” czy „Wściekłych psach”. Na powierzchni mamy pozornie raj na ziemi – palmy, baseny, knajpy, szybkie kobiety, piękne samochody. Ale piekło jest tuż za rogiem i w każdej chwili mogą z niego wyskoczyć Pumpkin i Honey-Bunny.

Tym razem tym piekłem jest „true crime”, więc nolensując wolensa, Tarantino zmusza do zastanowienia się trochę bardziej na serio nad jego źródłem. Każdy czytelnik tego bloga zapewne choć raz miał w życiu jakąś rozkminę: skąd się wzięły zbrodnie Mansona?

Hipisów zapamiętaliśmy jako „łagodnych ludzi z kwiatami we włosach” – trudno ich sobie wyobrazić jako sadystycznych morderców. Bitelsi śpiewali o miłości i pokoju, a Manson odnalazł w ich tekstach nienawiść i wojnę.

Do dziś pokutuje ten mit, że gdyby ludzie porzucili alkohol dla marihuany i LSD, świat stałby się lepszym miejscem. Tak jakby w Afryce bojówkarze nie odurzali się haszyszem podczas masakrowania sąsiadów maczetami!

Ale nie twierdzę, że sam mam lepszą odpowiedź na pytanie „skąd Manson”, bo to oczywiście część odwiecznego, nierozkminialnego „unde malum”. Wolałbym, żeby istniała jakaś prosta, spiskowa interpretacja typu „uboczny skutek eksperymentów CIA nad kontrolą umysłów”. Ale chyba jej nie ma.

Lem miał prostą odpowiedź na pytanie „skąd zło”: że w epoce lodowocowej hominidy wbrew sobie musiały stać się drapieżnikami. Tylko że ta odpowiedź to tylko nowe opakowanie dla starego: „bo taka jest Natura Lucka (TM)”…

ALE DLACZEGO JEST TAKA?!??!?!?!?!?!?

Brzydkie kompromisy zmieniają świat

Trzy dekady temu – w czasach mojej idealistycznej młodości -Piotr Ikonowicz miał taki running joke. Opowiadał, jak spotkał emisariuszy Brytyjskiej Partii Socjalistycznej, którzy powiedzieli mu z dumą: „jesteśmy Brytyjską Partią Socjalistyczną, od 80 lat nie poszliśmy na żaden kompromis”.

Sens tej anegdoty był wtedy taki: jesteś idealistą? No to super, dookoła ciebie są sami tacy. W Polsce nie zostaje się socjalistą dla profitów.

Ale jeśli po latach twoim jedynym powodem do dumy będzie to, że przez 80 lat nie poszedłeś na żaden kompromis, to co dobrego przyniósł ten idealizm?

Ikonowicz przy całym swoim radykalizmie (pozornym zresztą, przypominam że to, co w Polsce uchodzi za skrajną lewicowość, w Niemczech nazywane jest chadecją, a w Danii konserwatyzmem) działał zawsze pragmatycznie. W 1993 poparł kompromis z SLD, dzięki któremu wszedł do Sejmu wraz z dwoma innymi posłami PPS.

Czy to coś dało? A owszem. I nie mam na myśli wystąpień Ikonowicza w sprawie jedynego sensownego rozwiązania problemu reprywatyzacji (umorzenia roszczeń za zryczałtowanym odszkodowaniem) czy przeciw wprowadzeniu przez Barbarę Blidę eksmisji na bruk.

Poselska (a potem ministerialna) kariera Cezarego Miżejewskiego zmieniła świat na lepsze w postaci ustawy o spółdzielniach socjalnych, wprowadzonej w ostatnim roku rządów SLD. Nie twierdzę oczywiście, że to wyłączna zasługa Miżejewskiego, ale bez pasji, którą wkładał w propagowanie tej idei, zapewne skończyłoby się na idei.

Wprowadzenie jej w życie wymagało od Miżejewskiego pracy dla rządów Millera i Belki (aaa!), a nawet Marcinkiewicza (AAA!). Czy świat byłby lepszym miejscem, gdyby Miżejewski odrzucał kompromisy?

Jak wiecie, interesuję się historią lewicy i ruchu związkowego. Mógłbym sypać przykładami, jak najpiękniejsze osiągnięcia tej historii wynikały ze zgniłych kompromisów.

Notki by zabrakło, by je wszystkie opisać, ale uwierzcie mi, że ich pełno w historii krajów nordyckich, Francji, RFN. Ponieważ, jak śpiewał poeta, „we’re all living in Amerika, Amerika ist wunderbar”, skupię się na przykładach z USA.

Historyczne osiągnięcia amerykańskiej lewicy to New Deal i ruch praw obywatelskich, dzięki któremu w latach 60. de iure (choć do dzisiaj nie de facto) zlikwidowano segregację rasową. Filmy i książki takie jak „Grona gniewu” czy „Missisipi w ogniu” w dużym stopniu uczyniły mnie lewicowcem.

Wyobraźmy sobie młodego idealistę w świecie tych filmów – który chciałby w latach 30. pracować przy wprowadzaniu opieki socjalnej, albo w latach 60. przy desegregacji południa. Ot, wskakuje do amerykańskiego filmu, niczym Tytus de Zoo do westernu.

Stanie przed wyborem gorszym nawet od tego, który dziś stoi przed działaczami Razem. Albo dołączy do bezkomopromisowych socjalistów, a wtedy pozna wprawdzie wspaniałych ludzi, jak Eugene Debbs, Norman Thomas czy Daniel DeLeon, ale cała jego energia pójdzie na agitowanie za kandydatami z góry skazanymi na porażkę, albo zatka nos i ułoży sobie jakąś współpracę z Partią Demokratyczną (jak dzisiaj AOC).

Partia Demokratyczna to instytucja bardziej paskudna od SLD. Złośliwe portrety polityków z filmów „Brother, Where Art Thou” braci Coen, „Kansas City” Altmana czy „Gangi Nowego Jorku” Scorsese, nie mówiąc już o serialu „House of Cards”, to portrety Demokratów.

Ów młody lewicowiec musiałby więc zaakceptować to, że w wyborach jego kandydata wspomagać będzie Ku-Klux-Klan na południu, a Cosa Nostra na północy. I jakoś to sobie wytłumaczyć tym, że GOP też stosuje brudne sztuczki, a poza tym warto dla dobra sprawy.

Bo z historycznego punktu widzenia – chyba jednak było warto. Zalegalizowanie związków zawodowych (w XIX wieku traktowanych jako nielegalne konspiracje), wprowadzenie socjalu (nie jak w Szwecji, ale jednak), wprowadzenie polityki rolnej, która gwarantowała zbyt farmerom – to dobra cena za zaakceptowanie różnych brudów towarzyszących wyborom w latach 30.

W późniejszych dekadach było (i jest) podobnie. AOC też nie ma lekko!

W serialu „The Wire” mamy idealistycznego radnego, który próbuje zmienić to miasto – jego antagonistą jest skorompowany do cna, a jednak na swój sposób sympatyczny Senator Który Mówi Shiit. OBAJ SĄ Z TEJ SAMEJ PARTII, a więc z jednej strony, starają się storpedować swoje działania. Ale z drugiej, czasem muszą wystąpić razem. Polityka.

Lewicowy kompromis jest paskudny jak amerykańskie wybory. Ale jeśli da polskiej politycy choć jednego następcę Miżejewskiego, to już będzie warto.

Now Playing (176)

Kultura disco spopularyzowała w latach 70. instytucję maksisingla, zawierającego wydłużoną wersję przeboju przeznaczoną dla didżejów. W Polsce nazywano ją „wersją dyskotekową”, trochę bez sensu, bo dyskoteki – przynajmniej te nieliczne, które zdążyłem odwiedzić (przypominam, że byłem raczej pogrążonym w książkach nerdowatym geekiem, więc te incydenty naprawdę można policzyć na palcach) – puszczały zwykłą wersję, czyli tę, którą publika znała z radia.

Zdaje się, że korzeniem polskiego określenia był niemiecki zwyczaj walenia „DISCO VERSION” na niemieckich tłoczeniach maksisingli. W każdym razie, czasami jako ciekawostkę tę wersję puszczali ówcześni bogowie naszych gustów, Dziennikarze Radiowej Trójki (i tak ją nazywali).

Synthpop lat 80., który za sprawą nostalgicznych seriali typu „Stranger Things” ma jakby coś w rodzaju renesansu, intensywnie korzystał z tej formy. Przy czym ejtisowe dwunastki często nie miały już w ogóle przeznaczenia tanecznego, na przykład do dzisiaj gdy chcę się ogólnie wyciszyć, zrelaksować i obniżyć sobie ciśnienie krwi – bo na przykład będę próbował zasnąć w samolocie – puszczam sobie „Hold Me Now” Thompson Twins w wersji extended.

Najbardziej ambitnie do swoich dwunastek podchodziły dwa zespoły na D – Depeche Mode i Duran Duran. Do tego pierwszego jeszcze kiedyś wrócę (oj wrócę), dzisiejsza notka jest o tym drugim.

Duran Duran był jedynym znanym mi wykonawcą (wdzięcznym będę wielce za inne przykłady), który wersję maksisinglową nagrywał od zera. Nie był to więc remiks, tylko – jak to opisywano na pierwszych singlach grupy – „night version”.

Bardzo lubię je wszystkie, a szczególnie ujmująco bezwstydną nocną wersję przeboju, którego wersję dzienną wszyscy słyszeliśmy bazylion razy: „Hungry Like The Wolf”. Zespół Bloodhound Gang miał coś w rodzaju jej parodii („Your best friend is you, I’m my best friend too, we share the same views and hardly ever argue…” #toonas).

Przykładając dzisiejsze kryteria, ta piosenka jest skandalicznie seksistowska. „Nocna wersja” jeszcze to podkreśla wmiksowanymi niby-erotycznymi kobiecymi postękiwaniami #nsfw.

Tekst opowiada o stalkerze, który wypatrzył atrakcyjną kobietę w metrze i uwziął się, że będzie jego. Dodododododo.

Na dzisiejsze czasy to brzmi jak historia z hasztagiem #metoo. Chciałbym skądinąd usłyszeć parodię tej piosenki, opowiadającą to z punktu widzenia tej kobiety.

No cóż, rzekł poeta: „It was acceptable in the eighties. It was acceptable at the time”. W tamtej dekadzie gwiazdy sceny gejowskiej udawały, że nie są gwiazdami sceny gejowskiej, żeby puszczano je w Trójce i BBC (jednako pruderyjnych).

„Nocne wersje” Duran Duran polecam każdemu, kto planuje dyskotekę w klimatach lat 80. Są tak skoczne, że rozruszają nawet nerdowatych geeków, którzy przyszli tu pogadać o „Stranger Things” (trzeci sezon jest słaby – change my mind).

Guy N. Kaczynski

Jarosław Kaczyński – to mu trzeba przyznać – jest mistrzem w wymyślaniu opowieści grozy. W 2005 wygrał wybory dzięki opowieści o wielkim, strasznym Układzie, przed którym tylko PiS może nas obronić. W 2015 wymyślił horror o uchodźcach, których chmary zaraz zaleją Europę, i znów tylko PiS może ich powstrzymać.

W elektoracie PiS najbardziej mnie zdumiewa krótka pamięć. Bajki Kaczyńskiego okazują się być czymś na poziomie zabójczych krabów Guya N. Smitha, ale cztery lata później wymyśli coś nowego… i elektorat znów się boi.

Kolejnym straszydłem jest oczywiście ideologia LGBT, która będzie nam seksualizować dzieci. Z nasłuchów prawicowego internetu widzę, że elektorat
PiS szczerze w to wierzy. Ich lęki nie są udawane.

Tak samo wierzyli w Układ przez wielkie U. Sekundujący Kaczyńskiemu publicyści i pisarze tworzyli dzieła eseistyczne i quasi-literackie, odwołujące się do wizji potężnej, tajnej struktury, penetrującej cały kraj i decydującej o tym, kto wygra przetarg a kto dostanie pracę.

Przypomnę głupkowatą sztukę „Norymberga” literata Tomczyka. Albo powieść Sumlińskiego o dziennikarzu, który już-już miał jakieś dowody na niebezpieczne związki Komorowskiego, ale niestety nie może ich podać.

PiS obiecywał, że gdy obejmie władzę, zdemaskuje Układ. I co? I nico.
Przechwycili prokuraturę, przechwycili policję, przechwycili parlament. Gdzie te demaskacje?

O Układzie zapomnieli już nawet wyborcy PiS. Nie szkodzi, prezes wymyślił im kolejne straszydło: UCHODŹCY!

Pamiętacie czym żył internet 5 lat temu? Niejaki „Bulonis Kamil” opisywał na fejsie, jak był świadkiem przemilczanego przez media ataku uchodźców na przejście graniczne między Włochami i Austrią.

Media, zamiast naprawdę przemilczeć, nagłaśniały tę bzdurę, chociaż nie trzymała się kupy na najprostszym poziomie. W ogóle nie ma takiego przejścia, na którym Bulonis Kamil rzekomo widział te sceny (a w dodatku prawdziwe, realnie istniejące alpejskie przełęcze graniczne mają zazwyczaj kamery online).

Wielu wyborców PiS w 2015 rzeczywiście naprawdę bało się hordy uchodźców, która zniszczy Europę. Być może jakieś niedobitki do dzisiaj wierzą w strefy szariatu w Berlinie, Sztokholmie i Paryżu. Reżimowa propaganda nagłaśniała to do przewyrzygu.

Problem uchodźców wygasł, Europa się nie zawaliła. Stref szariatu w zachodnich miastach jak nie było tak nadal nie ma.

A więc teraz mamy „ideologię LGBT”. I ja naprawdę wierzę, że ten typowy wyborca PiS – człowiek, który nie zna języków i nie podróżuje – dał się nabrać na kolejne straszydło prezesa.

Ubocznym skutkiem horrorów Kaczyńskiego jednak jest nienawiść – już najzupełniej realna. I prowadząca do równie realnych aktów ulicznej przemocy.
Jeśli istnieje Bóg (w co prywatnie wątpię), Kaczyński odpowie za to w piekle.
My niestety musimy odpokutować jego horrory w realu.

Bo za to wszystko zapłaci Polska jako kraj. Rasizm i islamofobia, rozpętane w 2015 i homofobia, rozpętana obecnie przekładają się na stopniowe wykluczanie nas z cywilizacji zachodniej.

W swej nieskończonej naiwności wyborcy PiS wyobrażają sobie, że skoro Trump to prawica, podejdzie z wyrozumiałością do ekscesów Kaczyńskiego. To równie głupie jak przekonanie Seby w województwie londyńskim, że kiedy brytyjska prawica mówi o imigrantach, to nie chodzi o Sebę.

Inżynierowie, informatycy i przedsiębiorcy, którzy mieliby pomóc premierowi Morawieckiemu w jego mokrych snach o elektromobilności, nie przyjadą do rasistowskiej i homofobicznej Polski. Oni po prostu wolą klimaty kalifornijskie od białostockich.

To się przełoży na gospodarkę. Ale także (jak to już zauważyli PT komcionauci pod poprzednią notkę) na politykę obronną.

Maluczko, a ciapaty gej z US Army pójdzie ze swoim chłopakiem na dyskotekę w ramach R&R. I tam go pobiją. I Trump zażąda wyjaśnień od „the very talented prime minister of Poland”.

I ten udzieli wyjaśnień w najlepszym stylu pisowskiej dyplomacji. Wkurzona Ameryka wycofa się ze współpracy wojskowej.

Nie wiem, czym Kaczyński będzie straszyć za 4 lata. Krabami? Klaunami? Atakiem Zabójczych Pomidorów?

Ale wiem, że jego elektorat znów da się nabrać. Jak ktoś nie zna języków i nie podróżuje, uwierzy nawet w strefy szariatu w Sztokholmie.