Prawda o Smoleńsku

Prawicowi blogerzy i publicyści mają zrozumiały problem z autokompromitacją profesora Rońdy, który beztrosko przyznał, że kłamał mówiąc o rzekomym dokumencie, świadczącym o tym, że Tupolew nie zszedł poniżej wysokości stu metrów.

Że kłamał, to było oczywiste od początku – każdy człowiek, który mówi, że ma jakiś tajny dokument na potwierdzenie swoich słów, ale nie może go pokazać, kłamie (bo gdyby NAPRAWDĘ go miał, w ogóle nie wypowiadałby się publicznie, jak np. osoby zobowiązane do tego tajemnicą firmy, tajemnicą śledztwa czy tajemnicą państwową). Dla mnie w jego wypowiedzi kluczowy jest inny fragment, w którym akurat mówił prawdę.

„Oni niestety zeszli poniżej 100 metrów (…) byli gdzieś na wysokości pomiędzy 50 a 60 metrów”, powiedział prof. Rońda w TV TRWAM. Ponieważ w tych wszystkich teoriach spiskowych goniliśmy już dużo fałszywych króliczków, przypomnę, że te słowa są bardzo ważne, bo do nich się sprowadza całe wyjaśnianie katastrofy smoleńskiej.

Dlaczego nie wierzę w spiskowe wyjaśnienia? Nie dlatego, że ufam Rosjanom. Nie wierzę po prostu dlatego, że kiedy widzimy zwłoki przebite szpadą, już nie ma sensu się zastanawiać, czy ktoś denata przy okazji nie otruł.

Bez zezwolenia wieży kontrolnej, z pogwałceniem procedur bezpieczeństwa, pilot zszedł w gęstej mgle poniżej stu metrów. To jest ta szpada, która wystarczająco wyjaśnia nam całą tę zagadkę.

Pilot nie powinien tego robić w warunkach zerowej widoczności. Przecież często zdarzają się drzewa, słupy wysokiego napięcia, budynki, kominy itd., wysokie na kilkadziesiąt metrów. Jeśli nie widać ziemi, można się czuć w miarę bezpiecznie na wysokości 800 metrów, w błogim przekonaniu, że o ile nie jesteśmy w pobliżu Dubaju, nie grozi nam zahaczenie o iglicę wieżowca Burj Khalifa.

Ale na wysokość 50 metrów w warunkach zerowej widoczności zejdzie tylko kamikadze. Niestety, wygląda na to, że w 36 specpułku tolerowano takie ryzykowne zachowania. To się kiedyś musiało tak skończyć.

Zejście tak nisko było ewidentnym błędem pilota. Ten błąd skazał wszystkich na pokładzie na śmierć. Rosjanie mogli potem odpalić ładunek trotylowo-nitroglicerynowo-gmyzogenowy. Mogli ostrzelać tupolewa pociskami termobarycznymi na sztuczny hel, a na koniec szczepionkami wywołującymi autyzm.

To już nie miało żadnego znaczenia. Kto leci 50 metrów we mgle, ten ryzykuje zahaczenie o linię wysokiego napięcia albo o drzewa. Co się zresztą wydarzyło.

Próbując zaklinać rzeczywistość, PiS i jego „eksperci” fiksują się na rzekomej „pancernej brzozie”. Tymczasem to była tylko jedna z wielu przeszkód, o które walnął samolot w końcowej fazie kontrolowanego lotu ku ziemi. Nawet gdyby tej brzozy tam w ogóle nie było, tupolew już był wtedy nie do uratowania.

To była prawdziwa przyczyna katastrofy. Nie brzoza, nie naprowadzenie, nie stan lotniska.
Tak jak w wypadku samochodowym to kierowca jest winny tego, że samochód walnął o drzewo i sąd odrzuci jego tłumaczenia, że go źle pokierowały znaki a drogę źle odśnieżyli – tak samo winnym rozbicia sprawnego statku powietrznego zawsze jest pilot.

W sytuacjach takich, jak zderzenie amerykańskiego i holenderskiego samolotu na hiszpańskim lotnisku to normalne, że wszystkie strony usiłują wybielać swoich ludzi – w końcu od tego zależy, kto wypłaci odszkodowanie. Ale na końcu zawsze głównym winowajcą jest pilot. Nawet jeśli wykazano ewidentne błędy kontrolera.

Po prostu to pilot podejmuje decyzje – lądujemy czy odchodzimy, a jeśli tak, to w której sekundzie. W tym wypadku po prostu kapitan Protasiuk podjął decyzję kilka sekund za późno. Zdarza się.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz