Internetowe bulszity

Mam taki zapieprz w przemyśle nienawiści, że niestety zaniedbuję blogaska. Ze zgrozą odkryłem, że nie było wrześniowego rankingu od czapy! Październik jeszcze młody, więc może nadrobię.

Zapieprz częściowo wiąże się z tym, że ciągle gdzieś coś mówię o internecie. I ciągle mam do czynienia z tymi samymi mitami, które niby już trylion razy obśmiali lepsi ode mnie, ale to ciągle wyłazi zza grobu, niczym Pan Spinacz w Microsoft Office 98.

Zrobię więc ranking bulszitów o internecie, ilustrowany stockowymi obrazkami, bo po wystawie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej jestem zafascynowany tematem „estetyka stocków a portaloza”.

https://www.flickr.com/photos/aliestelle/3724030360/ CC-BY-SA

Mit numer jeden to rzekome korzenie wolności, które podobno były „u podstaw” Internetu. Wracał tutaj w komciach na blogu – mieliśmy nawet komcionautę, który argumentował to tym, że znał ludzi podłączających do Internetu Polskę i dobrze wie, że im chodziło o Wolność.

Może i chodziło, ale przecież Internet był już wtedy pełnoletni. Przypomnijmy, że Internet ma tyle lat co ja. Czyli dużo.

Zaczął się jako projekt wojskowy – więc nie było mowy o wolności. Potem go oddano naukowcom – i też nie było żadnej wolności, była państwowa instytucja (National Science Foundation).

W 1995 Al Gore kierował prywatyzacją tego, co wtedy nazywano NSFNet. Można go więc uznać za twórcę internetu komercyjnego. W którym, helou, też nigdy nie chodziło o żadną wolność, tylko o władzę amerykańskich korporacji.

Od początku taki był plan. Cyberkorpy, jak Google czy Facebook, nie przejęły Internetu podstępem czy znienacka – Al Gore zaplanował taki przebieg komercjalizacji i takie ramy prawne, żeby amerykańskie korporacje zawsze kontrolowały sieć.

Wszyscy więc obrońcy „wolności w Internecie” tak naprawdę bronią cyberpunkowej dystopii. Kto nie skacze, ten przeciw dyktaturze Tyrella!

Public Domain

„Internet nie zna granic”. Milion razy widziałem już komunikat z serii „ten materiał nie jest dostępny w twoim kraju”, a jednak nie dalej jak przedwczoraj usłyszałem tę brednię z ust „eksperta cyfryzacji” z Centrum Cyfrowego Project Polska.

Amerykanie władzę nad Internetem przekazali ICANN, typowej w tych kręgach pozarządowej organizacji wewnątrzrządowej. Pierwszą szefową ICANN była Esther Dyson, nominowana przez prezydenta Busha.

ICANN do dzisiaj jest zależne od amerykańskiego rządu, działa według prawa Kalifornii. Nie mam nic przeciwko prawu Kalifornii, z tym drobiazgiem, że nie głosuję na jej władze, więc nie podoba mi się to, że inne państwo decyduje o tym, jak się komunikuję z innymi polskimi obywatelami.

Nie popieram reżimu chińskiego czy rosyjskiego, ale nie dziwię się tym krajom, że oddzielają się od amerykańskiego internetu coraz wyraźniejszymi wariantami jakiegoś „Great Firewall of China”. Skoro Amerykanie chcą mieć wszystko, to prędzej czy później wylądują z niczym.

Na razie więc zamiast „internetu bez granic” widzimy postępującą bałkanizację – już teraz inne treści widzi w Internecie Duńczyk, inne Niemiec a inne Polak. „Zniesienia granic” nie ma nawet wewnątrz Unii Europejskiej, a co dopiero w skali globalnej.

https://www.flickr.com/photos/inju/290701877/sizes/o/ CC-BY-SA

„Internet pozwala obywatelom patrzeć władzy na ręce”. Och tak, to kapitalne, że możemy czytać projekty ustaw w RCL. Ale dlaczego znowu w sekrecie negocjowane jest kolejne międzynarodowe porozumienie TTIP, które prawdopodobnie będzie mieć wpływ na swobody obywatelskie?

Ach tak, „tajemnica handlowa”. Podobnie jak algorytmy Google’a i polityka moderacji Facebooka.
Internet umocnił tylko asymetrię w dostępie do informacji. Władza państwowa i korporacyjna wie o nas wszystko, może nas śledzić w czasie rzeczywistym – z kim się spotykamy, co kupujemy, o czym piszemy maile.

Za to wszystkie naprawdę ważne pytania odbijają się z donośnym „ZONK!” od żelaznego muru z napisem „tajemnica”. Internet pozwala władzy patrzeć nam na ręce i wszystkie inne części ciała. My najwyżej możemy zobaczyć rękę władzy pokazującą nam fakulca.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz