Dowcip o buldogu

W liceum usłyszałem dowcip o buldogu, który jest śmieszniejszy, kiedy się go opowiada niż kiedy się go opisuje, bo śmieszność zależy od aktorskiej inwencji wkładanej w wypowiedzi buldoga (trzeba robić buldogowatą minę i mówić jak Marlon Brando w „Ojcu chrzestnym”). Ale nawet wtedy nie jest jakoś bardzo śmieszny, bo to dowcip z kategorii „skeczów męczących”.

Tych, którzy go znają, namawiam do przeskoczenia do markera „[Ha, ha, ha!]”, którym zaznaczyłem w notce koniec żartu. Tych, którzy nie znają, namawiam prawdę mówiąc do tego samego, bo jak zaznaczyłem, nie jest to najśmieszniejszy dowcip świata.

Otóż przychodzi facet na wyścigi psów i zastanawia się, na którego postawić. Nagle zaczepia go buldog i mówi: postaw pan na mnie.

Facet jest zielony, ale tyle wie, że psy wyścigowe nazywają się charty. Mają odpowiednią budowę ciała i w’ogle.

Ale buldog namawia dalej. „Uwierz mi pan, jestem psem całe życie. Pies nie wygrywa przez budowę ciała. No powiedz pan, widziałeś pan kiedyś przegranego buldoga?”.

Facet dalej ma wątpliwości. Skoro tak, to czemu wszyscy stawiają na charty? „No właśnie”, odpowiada buldog, „dlatego za moją wygraną bukmacherzy będą płacić z tysiąckrotnym przebiciem. Rób pan co chcesz, ale potem pan będziesz do końca życia wspominać zmarnowanie życiowej okazji”.

Facet sprawdza notowania – faktycznie, jeden do tysiąca. Mnoży sobie to przez zawartość portfela, zera mu się zajączkują pod czaszką. Podejmuje decyzję. Wpłaca wszystko na buldoga.

Bomba idzie w górę – czy co tam idzie w górę na wyścigach psów – charty wyskakują i pędzą, well, jak charty. Buldog biegnie nieśpiesznym truchcikiem.

Buldog, no co ty, wyprzedzili cię, gazu! – woła facet. Buldog się odwraca i leniwie mówi, „spoko spoko, zobaczysz pan, co się będzie działo pod metą”.

Pierwsze miejsce, drugie miejsce, trzecie miejsce… charty skończyły bieg. Po parunastu minutach leniwie do mety dobiega buldog.

Facet się piekli. „Buldog, ty świnio, zrujnowałeś mnie!”.

A buldog na to „Naprawdę nie mam pojęcia, co się stało – do samego końca byłem przekonany, że wygram!”.

To już niestety puenta. Uprzedzałem.

[Ha, ha, ha!]

Ten dowcip mi się cały czas przypomina, gdy śledzę kampanię wyborczą doktor Ogórkowej. Gdy napisałem na blogasku, że to się skończy łomotem, kilku komcionautów protestowało. Niektórzy snuli nawet wizje Ogórek w drugiej turze.

A w drugiej turze z Komorowskim rzeczywiście wygrać mógłby każdy, kto nie będzie z PiS. Jedyną zaletą Komorowskiego jest niebycie z PiS. I to mu wystarczy do reelekcji zresztą (zwłaszcza, jeśli Macierewicz odkryje jeszcze kilka wybuchów).

Ale skąd te nadzieje na sukces Ogórek? Ano stąd, że Leszek Miller jest jak buldog z tego dowcipu.
Ludzie ciągle uważają go za skutecznego polityka. Wiadomo, on się tak umie cynicznie uśmiechnąć, a osoba, która się tak uśmiecha, wydaje się być takim polskim Frankiem Underwoodem, co to z ukrycia pociąga za wszytkie sznurki.

Działacze SLD ciągle mu pamiętają, że pod przewodnictwem Millera SLD zgarnęło 40% głosów w wyborach do Sejmu. No to teraz zgarnie 4% i Miller zaliczy kolejne w swoim życiu „sztandar wyprowadzić”.

Tymczasem po wyborczym sukcesie sprzed kilkunastu lat lat Miller zachowywał się jak coś w rodzaju króla Midasa. Czego się dotknął, to się w coś zamieniało. Z tym drobnym zastrzeżeniem, że to coś zdecydowanie nie pachnie jak złoto, no ale nikt nie jest doskonały.

Od afery Rywina aż po doktor Ogórkową, Miller popełnia wyłącznie błędy polityczne. Najwytrwalsi zwolennicy oczywiście wszystko mu wybaczą i do wszystkiego dorobią jakieś uzasadnienie, że dobrze powiedział o Putinie i dobrze powiedział o więzieniach CIA i dobrze powiedział o swoim starcie z listy Samoobrony… fanatyczni zwolennicy Kaczyńskiego też tak samo uzasadniają jego błędne decyzje.

Facet, który postawił na buldoga, robił sobie jeszcze jakieś złudzenia nawet parę minut po wyścigu. Komizm tego żartu polega na tym, że czekamy, że nastąpi jakiś zwrot akcji – dopiero po chwili sobie uświadamy, że puenta już padła.

W takiej samej sytuacji jest teraz SLD. Puenta już była, było nią wskazanie tak groteskowej kandydatki. Ha, ha, ha!

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz