Jak to było z tym podatkiem we Francji

(c) Kremlin.ru CC-BY 3.0

„We Francji wprowadzili podatek 75%, ale musieli się z niego wycofać, bo najbogatsi Francuzi masowo uciekali z kraju, a jeden znany aktor się nawet zrzekł obywatelstwa” – ta błędna wersja wydarzeń ciągle się gdzieś pojawia. Zapolemizuję sobie raz na blogasku, a potem odpuszczę, bo nec Hercules kontra bulszites.

Dlaczego ta wersja jest błędna? W skrócie – bo ten podatek od początku wprowadzono jako tymczasowy. Wygłupy Żerarda Renowicza Diepardiejewa nie miały na to żadnego wpływu, podobnie jak rzekoma „masowa ucieczka”.

Obywatelstwa nie można się tak po prostu zrzec. Rerard Żenowicz dał się wykorzystać propagandowo Putinowi, a potem wrócił. Zwykły idiota (nawet nie pożyteczny).

Dłuższa wersja wymaga zrozumienia wagi, jaką w francuskiej polityce mają wybory prezydenckie. Są ważniejsze nawet niż w Stanach, bo uprawnienia francuskiego prezydenta są większe niż amerykańskiego.

Konstytucję V Republiki pisano pod de Gaulle’a. A ściślej rzecz biorąc, de Gaulle ją pisał pod siebie. Dlatego tam w razie konfliktu prezydenta z parlamentem prezydent może po prostu arbitralnie rozwiązać parlament i cześć.

Stąd pomysł powieści Łelbeka „Uległość”, w której wybory wygrywa kandydat Bractwa Muzułmańskiego. Teoretycznie gdyby do tego doszło, islamistyczny prezydent mógłby przekształcić Francję na swoją modłę.

W praktyce wybory zwykle wyglądają tak, że zwycięzcami pierwszej tury są kandydaci centrolewicy i centroprawicy. Kandydaci radykalniejsi w pierwszej turze mają wtedy swoje pięć minut, a raczej pięć procent. W drugiej turze ich poparcie przechodzi na kandydatów centrowych.

W powieści Łelbeka do drugiej tury przechodzi kandydatka skrajnie prawicowa i kandydat muzułmański, który w drugiej turze zgarnia głosy centrum i lewicy. Raz już rzeczywiście ten system zrobił Francuzom niespodziankę: do drugiej tury przeszła prawica skrajna (Le Pen) i centrowa (Chirac).

Jospin, kandydat socjalistów, był o włos za Le Penem. Zabrakło mu niecałe 200 tysięcy głosów i ten marny ułamek procenta sprawił, że francuska lewica musiała w drugiej turze głosować na Chiraka. To jakbym ja musiał zagłosować na Kaczyńskiego, bo do drugiej tury przeszedłby z nim ktoś jeszcze bardziej mi obmierzły – na przykład Giertych czy Czarzasty.

Po tej klęsce centrolewica postanowiła urządzać prawybory w stylu amerykańskim. I nawet wydarzył się zwrot akcji w stylu amerykańskim, gdzie jeden skandal obyczajowy potrafi wszystko wywrócić do góry nogami.

Pewniakiem prawyborów w 2011 był polityk ubóstwiany przez media, lubiany w świecie, popierany przez biznes i mile widziany przez aparat partyjny. Był to Dominique Strauss-Kahn.

Ten jednak pojechał na weekend do nowojorskiego Sofitelu. W rezultacie niespodziewanym liderem wyścigu stała się Martine Aubry.

Przekładając polską politykę na francuskie realia, Aubry to odpowiednik partii Razem. Udało jej się przeprowadzić dwie reformy zgodne z programem tej partii – wprowadziła 35-godzinny tydzień pracy i zasadę powszechnej opieki zdrowotnej bez względu na ubezpieczenie.

Nie lubiły jej media i aparat partyjny. Po nerwowym poszukiwaniu następcy Strauss-Kahna, aparat postawił na Hollande’a – polityka, którego główną zaletą była urzędnicza nijakość.

Żeby wygrać prawybory, Hollande musiał coś obiecać zwolennikom Aubry. Wśród tych obietnic był ów podatek – ale z zaznaczeniem, że będzie tymczasowy.

Sam nigdy go nie chciał. Hollande reprezentuje środowisko Strauss-Kahna – ludzi obscenicznie bogatych, którzy już nawet nie umieliby zrobić zakupów w supermarkecie czy zachować się w klasie ekonomicznej.

Znajomy neoliberalny publicysta na dowód, że ten podatek wywołał ucieczkę bogaczy przytoczył artykuł z Forbesa o belgijskiej wiosce pełnej francuskich milionerów. Tylko że oni tam mieszkali już wcześniej.
Francja jest otoczona przez takie azyle podatkowe z każdej strony. Belgia, Luksemburg, Monaco i Andorra. I wyspy na kanale La Manche na dokładkę.

Kto mógł, już dawno do nich uciekł. Bo czy górna stawka to 50% czy 75%, i tak lepiej mieć 0%.

Nie wszyscy jednak mogą. Gdyby to było takie proste, mistrzostwa Europy w piłce nożnej rozgrywałyby się tylko między reprezentacjami Andory i Monaco.

W praktyce wystarczy np. egzekwowanie od podatnika zgłaszającego rezydencję w Monaco warunku udokumentowania, że faktycznie spędził tam 183 dni roku rozliczeniowego. Polska na razie nawet nie próbuje najprostszych metod walki z nadużyciami, po które od dawna sięgają Niemcy czy Francja.

Stąd naiwna wizja, że „biznesy uciekną”. Ciekawe, jak te gimbusy to sobie wyobrażają – że TVN się przeniesie razem z koncesją i Markusem Tellenbachem, żeby kręcić telenowele na Cyprze? Że prezes Filipiak zabierze Comarch do Andory i będzie informatyzować tamtejszy ZUS? Że Cezary Stypułkowski przeniesie Mbank do Monaco (to fakt, nazwę już ma) i będzie tam wdrażać swoje słynne innowacyjne tabele prowizji i opłat?

Że spółki przeniosą się z warszawskiej giełdy na jakąś inną? I co jeszcze, że KGHM się przeniesie razem ze złożami?

Więc nie, nie było we Francji „masowej ucieczki”, która „wymusiła wycofanie się z tego podatku”. Ta historia jest dla mnie raczej kolejnym argumentem przeciwko powszechnym wyborom prezydenckim.

To bez sensu, że tak wiele zależy od serii zbiegów okoliczności, od przepychanek w prawyborach, a potem od tego, czy centrolewica zgarnie parę procent więcej od centroprawicy (lub odwrotnie). W systemie parlamentarnym mniej zależy od przypadku, a więcej od realnego rozkładu preferencji w chwili wyborów.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz