Wodorowa przyszłość motoryzacji

Korek na I5

Postanowiłem od czasu do czasu produkować osobną notkę o swoich audycjach radiowych, bo skomentowanie u mnie na blogu to właściwie jedyna forma interaktywnego kontaktu ze mną. Programowo nie czytam wiadomości od nieznajomych na Facebooku, nieznajomi nie mogą też u mnie komentować – i nie planuję tego zmieniać.

Nie chcę mieć radiowych offtopów pod notkami na inne tematy. Ale zgadzam się, że nie można w nieskończoność komentować pod notką z marca, pod którą komcionauta Steelman wyraził swe zastrzeżenia w sprawie mojej ostatniej audycji (o przyszłości motoryzacji).

„Ze źródłami zasilania to trochę panowie chyba popłynęliście” – pisze Steelman i (słusznie) zwraca uwagę na to, że elektroliza wodoru to mało wydajny sposób jego otrzymywania. Od redakcji: masz rację, ważniejsze dla mnie jest to, że przyszłością transportu kołowego (zapewne) jest wodór niż upieranie się przy tej metodzie jego otrzymywania, która wygra w przyszłości.

Wodór jest produktem ubocznym wielu procesów chemicznych, czasami się go po prostu wypuszcza w atmosferę, bo nie wiadomo co z nim zrobić. Kiedy wodór się upowszechni i Toyotę Mirai będzie można zatankować na każdej stacji, pojawi się wielu producentów i cholera wie, jaka metoda stanie się najpopularniejsza. Kiedyś już miałem o tym notkę.

Ważne są te oczywiste korzyści, że uwolnimy się wreszcie od polityczno-gospodarczej zależności od roponośnych złóż Bliskiego Wschodu. Oraz że indywidualna motoryzacja w ogóle będzie mogła w ten sposób ocaleć – bo najbardziej się boję dystopijnej przyszłości, w której nie ma dla niej miejsca.

Jak to wielokrotnie pisałem na tym blogu (i nie tylko), kocham prowadzić samochód. Jedni to lubią, drudzy nie, zapewne tym drugim wytłumaczyć pojęcia „przyjemności z prowadzenia” nie da się tak samo, jak mi „przyjemności z kibicowania mundialowi”.

U zarania tego blogaska marzyłem o polskich autostradach. Teraz cieszę się, że je już zbudowano. Ale na horyzoncie widzimy zapowiedzi końca motoryzacji. Chciałem z Pertynem pogadać o perspektywach na jej ocalenie (stąd wodorowa nadzieja).

Objeździłem kawał Europy (i skromną część Ameryki; zdjęcie przedstawia korek na I-5 spowodowany nagłym atakiem śnieżycy; i pomyśleć, że se kabrioleta wypożyczyłem w nadziei na kalifornijskie słońce!). Typowe trasy wakacyjne znam zaś tak bardzo na pamięć, że do Toskanii, Wenecji czy na Costa Brava dojechałbym dziś bez żadnej mapy czy GPSa.

Wiem, gdzie łatwo znaleźć nocleg po zmroku, a gdzie lepiej nie próbować. Znam zalety i wady pokonywania Alp przez Brenner i przez Klagenfurt, oraz omijania ich przez Francję. Wiem, gdzie przy autostradzie jest Burger King, gdzie pizzeria w budynku zaprojektowanym przez Hundertwassera, a gdzie bar, przy którym stoi rower będący pozornie atrapą (a jednak jeśli na nim zakręcimy pedałami, ruszają się kufle i szklanki na półkach).

Cała ta wiedza oczywiście stopniowo przestaje mi być potrzebna, od kiedy przestałem już być ojcem małym dzieciom, dla którego bardzo ważną kwestią jest zatrzymanie się tam, gdzie jest fajny plac zabaw. Już tylko książkę mógłbym o tym napisać, z poradami dla młodych ojców wyruszających w takie wojaże po raz pierwszy w życiu (jak ja, 15 lat temu). Jeśli tego blogaska czytają potencjalni wydawcy – I’m your man.

Ale najbardziej i tak przeraża mnie scenariusz, w którym w ogóle przestanie być potrzebna. A i tak dystopia „przyszłości bez samochodu” przeraża mnie mimo wszystko mniej, niż dystopia Europy, po której nie będzie już można podróżować swobodnie, w związku z rozpadem Schengen i powrotem granicznych zasieków.

O tych scenariuszach też lubię rozmawiać z gośćmi. To mój temat na dzisiaj, ale o końcu świata, jaki znamy, rozmawialiśmy już parę razy z gośćmi przeróżnemi. Komentarze pt. słuchaczy będą mile widziane (ale tu).

Do usłyszenia, do zaflejmowania.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz