Komunizm i (socjal)demokracja

Portal strajk.eu podjął dziwną próbę rehabilitacji słowa „komunizm”. To ma tyle samo sensu, co rehabilitacja starohinduskiego symbolu szczęścia – dwudziestowieczne totalitaryzmy na zawsze zmieniły znaczenia pewnych słów i symboli, proponuję się z tym pogodzić.

Słowa zmieniają znaczenie. Słowo „kobieta” kiedyś oznaczało „osobę zajmującą się chlewem” („kob”). Bielizna kiedyś z definicji nie mogła być czarna: i tak dalej.

Wiara w „prawdziwe”, platoniczne znaczenia pojęć takich, jak „komunizm”, „socjaldemokracja”, „liberalizm” czy „chadecja”, jest naiwna. W różnych krajach i epokach znaczyły co innego.

Polscy bieda-liberałowie często twierdzą, że w Ameryce nie ma „prawdziwego” liberalizmu, bo ten prawdziwy, to tylko Balcerowicz i Korwin-Mikke. To zabawne, gdy ktoś, kto z Adama Smitha zna tylko fejkowy cytat o „niewidzialnej ręce rynku”, poucza Amerykanów, z ich ponaddwustuletnią tradycją liberalizmu. To jakby uczyć Włochów robić pizzę.

W Europie oddzielenie lewicy od liberalizmu to skutek Wiosny Ludów. Do 1848 podział był prosty, na siły postępu i rewolucji oraz reakcji i kontrrewolucji.

Te pierwsze były zbiorowiskiem obejmującym i polskich powstańców listopadowych (oraz Adama Mickiewicza, uważającego siebie wówczas za socjalistę), i proto-anarchistów, i proto-nacjonalistów i w ogóle proto-wszystkich.

Te drugie były lepiej zdefiniowane. To zwolennicy europejskiego ładu ustalonego na Kongresie Wiedeńskim. Stąd „papież, car i Metternich” w „Manifeście komunistycznym” Marksa i Engelsa.

Pisali go dla efemerycznej partii, która miała ten komunizm w nazwie (do 1847 nazywała się „Ligą sprawiedliwych”). Równie dobrze można go było wtedy zatytułować „manifestem republikańskim”. Widmo krążące wówczas po Europie było po prostu widmem irredenty przeciwko absolutyzmowi.

Irredenta nadeszła po kilku miesiącach. Mieszkańcy Europy Zachodniej boleśnie się przekonali, że niepodległość i republika nie rozwiązują wszystkich problemów społecznych. Wiosna Ludów rozbiła obóz postępu na lewicę i republikanizm.

Gdzie jej nie było, tam nie było tego podziału. Dlatego np. w USA Horace Greeley mógł być założycielem partii republikańskiej (tak, tej właśnie!), kandydować z poparciem partii demokratycznej i zostać klasykiem amerykańskiego socjalizmu i liberalizmu jednocześnie.

Podobnie było w zaborze rosyjskim. Czerwoni w powstaniu styczniowym byli amalgamatem proto-socjalistów i proto-republikanów. Bolesław Limanowski, współzałożyciel PPS, symbolizuje ciągłość polskiej tradycji niepodległościowej i socjalistycznej.

Światowa lewica po klęsce 1848 była rozbita i skłócona. W Niemczech zwolennicy Marksa zaczęli nazywać siebie socjaldemokratami, głownie dlatego, że słowo „socjaliści” kojarzyło się bardziej ze zwolennikami Lassalle’a.

Słowa „komuniści” unikali z kolei dlatego, że kojarzyło się ze zwolennikami Bakunina. Właściwych proto-komunistów nazywano wtedy babuwistami lub blankistami.

Niemiecka nomenklatura była główną przyczyną, dla której zwolennicy Marksa w zaborze rosyjskim nazywali siebie „Socjaldemokracją Królestwa Polskiego i Litwy”, a w Rosji właściwej – Socjaldemokratyczną Partią Rosji.

Kiedy Lenin dokonał rozłamu w rosyjskiej partii socjaldemokratycznej, jego doktryna była miksturą marksizmu i blankizmu. Wytknęła mu to choćby Róża Luksemburg.

Bolszewicy byli mistrzami propagandy, o czym świadczy choćby to, że będąc mniejszością w partii socjaldemokratycznej – wylansowali nazwę sugerującą, że są większością (!). Mieli po prostu lepsze pióra od ortodoksyjnie marksistowskiej konkurencji (można ich nazwać „frakcją felietonistów”).

W 1917 sięgnęli po nazwę „komuniści”, żeby się odróżniać od socjaldemokratów (mienszewików), socjalistów (eserów) i anarchistów. Ta nazwa sugerowała, że leniniści nawiązują do „prawdziwego” marksizmu (tego z „manifestu”), choć więcej ich łączyło z Louisem Blanqui, który głosił że rewolucji może dokonać tylko grupa spiskowców-terrorystów (Marks postulował zakładanie masowych, demokratycznych organizacji).

Terror w leninizmie nie był „błędem i wypaczeniem”. Był istotą doktryny. Leninizm bez terroru to jak pizza bez sera.

Jeśli więc ktoś dzisiaj przyznaje się do komunizmu w sensie leninowskim, to osobiście chciałbym mieć z nim możliwie jak najmniej do czynienia. A jeśli nawiązuje do jakiegoś znaczenia z XIX czy wręcz XVIII stulecia, no to superzasto, ale może od razu niech „przywróci” też pojęcia takie, jak flogiston, eter czy cieplik.

Niech mu przyświeca starohinduski symbol szczęścia.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Skomentuj

2 Comments

  1. Nie wiem jakie są zwyczaje przy komentowaniu starych tematów. Pisać tutaj czy drążyć pod nowym? Mniejsza z tym, generalnie odniósłbym się do zarzutu, że po Leninie słowo komunizm jest stracone. Chyba głównie w Polsce, tutaj nawet państwowy wywołuje złe skojarzenia. Za to w wielu krajach działają partie „komunistyczne”. Po lepszej stronie żelaznej kurtyny mamy francuską, włoską, japońską, indyjską itp. partię komunistyczną, które funkcjonują od dekad w demokratycznym systemie, czasami rządzą i nie mają nic wspólnego z leninowskim blankizmem. To odpowiednik tych na lewo od socjaldemokracji.
    Za to w byłej poradziecji i Czechach, partie komunistyczne są czymś w stylu Samoobrony. Czyli teza notki jest nie do końca słuszna.

  2. @nankin
    „Chyba głównie w Polsce,”

    No jasne, przecież to jest o polskim nazewnictwie.

    „Po lepszej stronie żelaznej kurtyny mamy francuską, włoską, japońską, indyjską itp. ”

    Przecież większość też zmieniła nazwę? Nie chce mi się sprawdzać wszystkich po kolei, ale na pewno Włosi zmienili, a francuska PCF straciła swoje dawne wpływy i wegetuje gdzieś oa obrzeżach…

Dodaj komentarz