Those Were the Days

O nostalgio! Wpadła mi niedawno w ręce książka Rafała Chwedoruka „Socjaliści z Solidarności w latach 1989-1993”, w której autor rekonstruuje próby stworzenia w Polsce postsolidarnościowej lewicy. Próby, jak wiadomo, nieudane – co prywatnie uważam za praprzyczynę otaczającej nas ogólnej syfiastości. Myślę, że jednym z powodów dla których Czechy – w odrożnieniu od Polski – są dziś normalnym krajem jest właśnie to, że tam dominującą rolę na lewicy odgrywa partia nawiązująca do przedwojennych tradycji, zaś (post)komuniści stanowią najwyżej pikantną przystawkę do głównego dania.
Dlaczego nam się to nie udało? Piszę „nam”, bo obaj z Autorem tej zacnej księgi spędziliśmy naszą studencko-idealistyczną młodość właśnie na próbach budowy nie-postkomunistycznej lewicy w Polsce. Autor unika udzielenia jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, może dlatego, że jej istotnym członem musi być konstatacja „bo takie z nas ciężkie pierdoły, niestety”.
Były też jednak inne przyczyny. W odróżnieniu od Czech, u nas jeszcze w 1989 roku pojawiło się utożsamienie pojęć „lewicowy” i „postkomunistyczny”. To utożsamienie było bardzo na rękę trzem ośrodkom politycznym.
Po pierwsze – prawicy, która cieszyła się krótkowzroczną korzyścią jaką daje kojarzenie oponentów z upadającym ustrojem. Do dzisiaj zresztą idiotyczna konstrukcja „jesteś zwolennikiem feminizmu? To znaczy, że odpowiadasz za Gułag, bo jedno i drugie to dzieło lewicy!” ma się świetnie w naszym prawicowym dyskursie.
W ten sposób polska prawica zrobiła prezent postkomunistom – bo to był drugi obóz zyskujący na tym utożsamieniu. O ileż wygodniej postkomunistom było mówić o sobie per „my lewica” niż „my obrońcy ekonomicznych interesów uwłaszczonej nomenklatury”!
Trzecim obozem byli zaś wreszcie ci, którym wprawdzie bliski był model państwa świeckiego i opiekuńczego, ale zamiast używać niepopularnego słowa „lewica” woleli mgławicowe koncepty „ruchu obywatelskiego” sytuującego się „na Zachód od Centrum”.
Pierwsze sondaże w 3RP pokazywały, że Polacy nie lubią słowa „partia”, za to przemawia do nich „ruch obywatelski” – a pierwsze wolne wybory, czyli samorządowe z roku 1990, zdawały się taki scenariusz potwierdzać. Płynęła stąd pokusa, by zamiast o skromne trzydzieści procent głosów należnych normalnej centrolewicowej partii, zawalczyć o osiemdziesiąt procent zgarnianych przez Apolityczny Ruch Obywatelski.
Skończyło się to, jak dziś wiemy, fatalnie. Na kolejnych wirażach w prawo z Apolitycznego Ruchu wypadali kolejni politycy o lewicowej tożsamości – ale robili to zawsze pojedynczo, nigdy nie stworzyli więc jednego wyrazistego ugrupowania, tylko jak kamień w wodę znikali gdzieś w Unii Pracy czy SLD. Gdyby paręnaście lat temu powstała postsolidarnościowa centrolewicowa partia, moglibyśmy mieć dzisiaj scenę polityczną taką jak Czechy. A nie taką jak Bolanda.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz