Gordon Freeman wraca do domu

Żem se kupił nowego Maka, co samo w sobie nie jest sensacją, ale to mój pierwszy Mak z Intelem, więc dokupiłem sobie do niego moje pierwsze w życiu Windowsy. Jezusicku, jak ten system obsysa, od samej jego instalacji i późniejszej aktywacji można zostać fanatycznym makówkarzem. Interfejs użytkownika jak zwykle tragiczny – jakaś pieprzona „tarcza systemu Windows” usiłuje mi uniemożliwić odpalenie „aplikacji Half-Life”. Ale ja przecież cały ten system kupiłem tylko do odpalania tej aplikacji!
„Half-Life” uważam za jedną z najlepszych gier ever. To jedna z pierwszych gier o fabule na tyle rozbudowanej literacko, że można mówić o różnych interpretacjach. Najbardziej oczywistą jest metafora zimnowojennego wyścigu zbrojeń, ale czasem gdy jestem w firmie napada mnie myśl o „Half-Life” jako metaforze sytuacji, w której człowiek próbuje wrócić z pracy do domu.
No bo niby już nie ma nic do roboty, już na mnie czas, ale ktoś zadzwoni, na kogoś wpadnę na korytarzu, coś mi się jeszcze przypomni w windzie i robi się z tego wszystkiego nie wiadomo która godzina.
W pewnym sensie całą fabułę „Half-Life” można streścić jako opowieść o facecie, który odwalił już w firmie swoją robotę i usiłuje wrócić do domu. Ale ciągle ktoś na niego wpada na korytarzu…
Tak czy siak, muszę serdecznie przeprosić za zaniedbywanie bloga, ale na razie pojawiła mi się silna konkurencja w kategorii komputerowego uprzyjemniania sobie życia :-). 

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz