Usenetowe Święto Zmarłych

O ile mi wiadomo, wśród moich wirtualnych znajomych do zakresu dziewięciobitowych adresów IP przeniosły się dwie osoby. Może było tego więcej, bo przecież gdy ktoś nagle przestaje pisywać na niusy, rzadko wiemy na pewno jaka była tego przyczyna. W przypadku Doroty Terakowskiej i Tomasza Pacyńskiego akurat wiemy.
Dziś pożegnam Dorotę, Packiem zajmę się za rok, bo w końcu nawet po tamtej stronie obowiązuje kolejka. Z nami jako z Usenetem Dorota pożegnała się na trzy lata przed swoją śmiercią, 3 marca 2001. Poszło jak zwykle o drobiazg – Dorota błędnie zapamiętała tytuł książki Stephena Kinga. Jak odkryłem teraz w guglu, błędnej formy używała już parę lat wcześniej, ale nikt się wtedy nie przyczepił.
W lutym 2001 jednak zwrócono jej uwagę na błąd, początkowo dość uprzejmie, ale Dorota niepotrzebnie poszła w zaparte używając przy tym m.in. argumentu „moją formę pisowni też się da wyguglać”. Stąd zresztą w folklorze usenetowym wzięło się powiedzonko „efekt Delores” lub „derotyzacja”, nakazujące podchodzić krytycznie do „argumentu z gugla”.
Pożegnanie z Usenetem wyszło więc idiotycznie – jak to w sieci. Potem podtrzymywałem jeszcze mailowy kontakt z Dorotą, który w pewnym sensie trwał nawet jeszcze po jej śmierci – jakiś czas dostawałem jeszcze zawirusowane maile z jej nagłówkiem (co chyba nie oznacza, że szły z jej komputera? Nie znam się na windowsach więc w sumie mało wiem o wirusach).
Jak to często bywa w sieci, naszą wirtualną relację można scharakteryzować jako Hassliebe. Dorota miała piękne i fascynujące życie, w którym była i „Piwnica pod Baranami” i krakowscy poeci pijący wódkę o szóstej rano na dworcu i szukanie niezależności w dziennikarstwie PRL. Dzieliła się z nami wspomnieniami, ale – jak to w Usenecie – zamiast być potulną grupą harcerzątek słuchających gawędy, odgryzaliśmy się swoimi komentarzami. Ja osobiście zaś nie cierpię „Piwnicy pod Baranami”, czniam krakowskich pozerów, którym picie wódki na dworcu ma dodawać poetyckości, dziennikarstwo PRL uważałem za ślepą uliczkę i nie interesowały mnie subtelne różnice między „Trybuną Ludu” a „Whateverem Prawie-Że-Niezależnym”. Flejmy były więc należycie ogniste i mam nadzieję, że bawiła się nimi równie dobrze jak ja.
Ja w tych dyskusjach przyjmowałem stanowisko cynicznego drobnomieszczanina, ona obrońcy romantyzmu i cyganerii. Twierdziła, że nie wierzy w mój prowokacyjny cynizm i uważa go tylko za pozę. Nie przyznawałem jej oczywiście racji, bo nie od tego są w końcu usenetowe flejmy, ale niech mi będzie to wolno zrobić w Święto Zmarłych.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz