Akademia Pana Kleksa

Ludzie, do teatru idźta! „Akademia Pana Kleksa” w teatrze Roma wymiata. Owszem, przyznaję bez bicia, że ja w ogóle lubię tego typu rozrywkę i jestem  w niebie jak tylko puści mi się nad głową ogromny autentyczny sterowiec, ale jeśli moje dziecko powie, że nie widziało jeszcze czegoś tak wspaniałego – to coś znaczy, bo moje dzieci to wybredni widzowie.
W „Romie” przeszli rozmachem realizacyjnym samych siebie. Na przykład niby wiedziałem, że będą wyświetlane komputerowe animacje Bagińskiego ale nie wiedziałem, że uda się te animacje tak dobrze zintegrować z tradycyjnym teatrem. Powiedzmy, za sprawą rzutników scena zmienia się w ulicę z parkiem miejskim w tle. Na ulicę wjeżdża animowany tramwaj, z którego wysiadają uczniowie Akademii – już prawidziwi, bo w miejscu, w którym animowany tramwaj ma drzwi, są też „prawdziwe” drzwi w ekranie.
Dla czytelników niniejszego bloga nie będzie zaskoczeniem to, że w musicalach zwykle najbardziej zapadają mi w pamięć postacie negatywne czy (zwłaszcza!) dwuznaczne moralnie. Główny wątek miłosny z „Miss Sajgon”, z tym przygłupim Jankesem i tą jego pipulinką pozostawił mnie na przykład chłodnie obojętnym, ale płakałem rzewnymi łzami nad losem alfonsa i jego „Amerykańskim snem” (to jedyna piosenka, którą pamiętam do dzisiaj).
Podobnie miałem tutaj. Rozmus jako „Pan Kleks” trzyma oczywiście poziom, no bo to w końcu Rozmus. Ale dwie postacie, które naprawdę kickują assa, to golarz Filip (Tomasz Steciuk) i sztuczny niegrzeczny chłopiec Alojzy Bąbel (Łukasz Zagrobelny).
Filip ucharakteryzowany jest na coś w rodzaju młodego Jaryczewskiego (bue, ileż ja mam traumatycznych wspomnień z młodości), a Bąbel – nie wiem na ile to celowy cytat a na ile nadinterpretuję – przypomina Rocky’ego z „Rocky Horror Picture Show”.
W każdym razie, obaj na różne sposoby pastiszują różne klasyczne motywy z dziejów rockowej estetyki – na przykład gotycka pieśń o stworzeniu Bąbla (w wykonaniu Filipa) czy „Kaczka Dziwaczka” Brzechwy wykonywana przez Bąbla w aranżacji przypominającej amerykański rock stadionowy. Pyszota.
Niesamowita jest choreografia, najeżona cytatami z różnych kroków z różnych epok – od hip-hopu przez „Deszczową piosenkę” po walc wiedeński. Na scenie dzieje się tak dużo, że trzeba sześciu par oczu (albo odpowiedniej liczby wizyt w teatrze), żeby to w pełni docenić – po układach tanecznych takich, jak ukryci w dymie i laserach Nibyci czy woźny Weronik (też bardzo fajny zresztą) usiłujący sprzątać bałagan symultanicznie kreowany przez Bąbla, zostaje tylko wspomnienie ogromnego bogactwa bodźców, które widz zdążył tylko polizać.
Miss.take, masz wreszcie choć jeden powód, by zajrzeć na chwilę na stare śmieci 🙂

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz