Ekranowi ojcowie

Szybciutko majowy ranking od czapy, zanim znowu wydarzy się coś politycznego, co mnie odciągnie. Wbrew wyrażanym tu przez niektórych nadziejom, nie będzie Don Vito Corleone ani Homera Simpsona. Mój ranking opisuje ojców, z którymi się jako tako identyfikuję, tymczasem Homer to terapeutyczna maskotka do pocieszania ojców rodzin, że nie jest z nimi jeszcze aż tak źle a Don Vito to przestarzały model ojcostwa, taki z całowaniem w rękę i zwracaniem się do rodzica w trzeciej osobie. Jeśli coś wiem na pewno to tyle, że od takiego modelu chciałbym odejść. Ale dokąd? Poprzednie generacje mogły szukać wzorca we własnych ojcach, nam zostają wzorce z popkultury.


Siebie z krwi i kości zobaczyłem we francuskiej czarnej komedii „Harry un ami qui veut du bien” Dominika Molla. To niejaki Michel, ojciec utrudzony i zaganiany problemami życiowymi. Spotyka przyjaciela z liceum, tytułowego Harry’ego. Ten był niegdyś wielkim fanem prozy Michela (w którą bohater bawił się tak dawno temu, że sam zdążył już zapomnieć).
Harry dowiaduje się, że Michel przestał pisać, bo musiał zarabiać na rodzinę. Jako ekscentryczny zylioner postanawia pomóc – na przykład darowując Michelowi w prezencie nowiuteńkie Mitsubishi Pajero (na zdjęciu). Michel jednak dalej marudzi, że rodzina nie pozwala mu się skupić, Harry postanawia więc ją wyeliminować, co sprawia, że Michel przestaje marudzić i… zaczyna się fajna konfrontacja obu bohaterów.
Pierwszy skrinszot pochodzi z dziwnego finału, w którym Harry gdzieś zniknął, Michel z tajemniczym uśmiechem prowadzi Pajero, rodzina drzemie szczęśliwie na skórzanej tapicerce, w schowku leży maszynopis powieści, być może wszystko było tylko złym snem?


Ciekawie marzenie o SUVie było antycypowane w „National Lampoon’s Vacation” z 1983 roku – mojej ukochanej komedii o tym jak rodzina Griswoldów rusza na wakacje fikcyjnym samochodem o nazwie „Wagon Queen Family Truckster” (zmodyfikowany Ford Country Squire), w poszukiwaniu wakacyjnej przygody (he he).
Family Truckster to antycypacja tego, co już w rok później wypuszczono na rynek jako Jeep Cherokee XJ – pierwsza, jeszcze raczej nieporadna, odpowiedź na marzenia ojców takich jak Griswold, Frank Black, Michel – ou moi.

Bo przecież najbardziej wszyscy chcielibyśmy być ojcami takimi jak pan Levenstein, ojciec bohatera „American Pie”, znoszący wybryki potomka z pełnym wyrozumiałości uśmiechem (a nawet nostalgicznym wspomnieniem własnej nastoletniości). Tylko nie zawsze się tak da, zwłaszcza gdy się jeździ, jak Michel, jakimś francuskim rzęchem albo widzi się demony, jak Frank Black
Rzeczony Black będzie tu honorejbl menszynem – choćby za to, że wozi swoją córkę właśnie czerwonym Cherokee XJ! Szczerze mówiąc, nie przychodzą mi do głowy inne interesujące wzorce – zwłaszcza z kina polskiego. Mnie to oczywiście nie dziwi, zawsze łatwiej jak ostatni palant zginąć na jakiejś bezsensownej barykadzie, niż być dobrym ojcem.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz