In vitro veritas

Dużo radości sprawia mi spór o zapłodnienie in vitro. Katolicki upór przeciwko sztucznemu zapłodnieniu idzie tak bardzo na przekór zdrowemu rozsądkowi, że sprzyja postawieniu sprawy na ostru noża: żegnaj kościele „otwarty”, żegnajcie „poszukujący katolicy”, żegnaj „dialogu” i „kompromisie”. Wóz albo przewóz. Przyjmiesz kazania Księdza Dobrodzieja jak posłuszna, bezmyślna owieczka albo sajonara madafaka.
Według katolickich hierarchów kochający się małżonkowie, którzy z powodów biologicznych nie mogą spłodzić dziecka w tradycyjny sposób, jeśli zdecydują się na metodę in vitro, zagrażają „jedności, wierności i rodzicielstwu”.
Jakim cudem? Rewelacyjną odpowiedź znalazłem w prawicowym szoksajcie. Po prostu Kościół definiuje te pojęcia dalece odmiennie od ich potocznego znaczenia. Wydaje Ci się na przykład, że wiesz z grubsza, na czym polega w małżeństwie miłość czy wierność? No to się zdziwisz, gdy się dowiesz, co przez to rozumie niejaki ksiądz Nęcek, „teolog płci i małżeństwa”: „Jedność małżeńska w doktrynie Kościoła, wyrastającej z matrycy antropologicznej i ontologicznej zawartej w księdze Rodzaju, oznacza fizyczne, emocjonalne, psychiczne i duchowe zjednoczenie małżonków, którego celem jest płodność, wzajemne wsparcie oraz doskonalenie”. A miłość? Wydaje Ci się, że to jest uczucie? Giń, niewierny, Kościół definiuje to inaczej: „Miłośc małżeńska w tekście ks. Nęcka oznacza jej całość, a nie tylko uczucia”.
Ggdy Kościół mówi o „wojnie i pokoju”, nie ma na myśli potocznego znaczenia, dlatego dla nich możliwa jest wojna z innowiercami „w imię pokoju”. Gdy mówią o miłości, nie mają na myśli uczucia, dlatego dla nich małżonkowie decydujący się na zapłodnienie zewnętrzne się nawzajem nie kochają. Gdy mówią o trwałości małżeństwa, nie mają na myśli tego, że dwoje ludzi razem dotrwa do starości, tylko jakiś teologiczny bełkot „z matrycy antropologicznej z księgi rodzaju”.
Między postawą osobistego wroga pana Boga a postawą Marka Jurka jest bogate spektrum postaw pośrednich. Za sprawą zaszłości historycznych takich jak stan wojenny czy popularność JP2, przez ostatnie dwie dekady ludzie sytuujący się de facto gdzieś pośrodku deklarowali się u nas dotąd jako katolicy. Za sprawą zwrotu ku fundamentalizmowi, Kościół zacznie ich teraz tracić. Co mnie oczywiście cieszy, bo przybliża moje marzenie o polskim Zapatero. Haj fajw tu ju, Bi Sikstin.

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz