En lecture (58)


Przez sporą część życia marzyłem o posiadaniu aparatu fotograficznego typu Polaroid. Nie mam w sobie w ogóle fetyszu fotograficznego odpowiednika audiofilii, czyli chrzanienia się ze specjalnymi obiektywami i aparatami wymagającymi osobnych plecaków. Zawsze w fotografii pociągała mnie raczej optymalizacja w innym kierunku – możliwości łapania chwili: zobaczyłem coś, co chcę utrwalić, wyciągam aparat z kieszeni i pstryk, chwila złapana.
W ponurych czasach słusznie obalonego analogowego reżimu, z obejrzeniem tego, co złapałem, musiałem potem czekać aż się klisza zapełni i oddać do wywoływania. Nie cierpiałem tego etapu i wszystkich związanych z tym upierdliwości. Marzyłem o Polaroidzie, ale dla ubogiego mieszkańca kraju komunistycznego to było nierealne na wiele sposobów, zaczynając od konieczności kupowania materiałów światłoczułych w Peweksie.
Gdy nastała wolność, ciągle chciałem odłożyć kasę na Polaroida i parę razy byłem już o krok od kupienia – ale zawsze znajdowały się pilniejsze wydatki. Przynajmniej na tym udało mi się więc nie zrobić złego interesu, swój ideał odnalazłem w kieszonkowych cyfrówkach.
Piszę o tym wbrew pozorom nie dlatego, że niedawno nastąpił dzień Oficjalnej Śmierci Polaroida (Netcraft confirms: Polaroid is dying). Niezwykłym Zbiegiem Okoliczności równocześnie wyczaiłem w pewnym sklepiku podczas pewnego wojażu kapitalną składankę „Bipp: French Synth Wave 1979-1985”, na której bezsprzecznie najlepszy kawałek poświęcony jest właśnie polaroidowi.
Piosenka jest w fantastycznie przeuroczy sposób przestarzała. Ten analogowy syntezator, ta niby-solówka, ten nowofalowy damski wokal… Gdybym ją usłyszał jeszcze w roku 1985, byłaby dla mnie jednak szczytem nowoczesności – choćby dlatego, że traktuje o czymś tak wyszukanym, jak polaroid. A jeszcze w dodatku jest grana na syntezatorach, z nowofalowym wokalem i w dodatku – po francusku! Nie ma jak czasem sprawić prezent swojemu wewnętrznemu nastolatkowi…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz