Lewica Moich Marzeń

Na dzisiejszą lewicę w Polsce spoglądam mniej więcej tak, jak na windowsiarzy, którzy złapali wirusa – nawet jeśli mi ich szkoda gdy słucham jęków o tym, co to im się nie wykasowało z dysku, to nie umiem się powstrzymać przed tradycyjnym makówkarskim „sam se taki system wybrałeś, koleś”. Czy mowa o SLD, czy o Borowskim czy o Partii Demokratycznej, oni wszyscy kupili bilety na lot Oceanic Airlines, tuż przed bitwą pokazali komuś zdjęcie swojej ukochanej i opowiedzieli jakie mają plany po powrocie do cywila, powiedzieli „zaraz wracam” w teen slasherze – słowem, sami się prosili o nagłą i bolesną śmierć.
Z okazji święta pracy poświęcę tę blogonotkę nie tyle dogorywającym resztkom lewicy, co Lewicy Moich Marzeń (dalej zwanej LMM). Kiedy człowiek ma marzyć, jeśli nie w święto?
A więc po pierwsze, w kwestiach obyczajowych to wreszcie powinna być lewica w stylu hiszpańskim: extremista zapaterista abortionista antimoherista nonkonkordatista flipofingerista. Zgadzam się, że środowiska laickie są skazane na jakiś tam kompromis z katolicką większością, ale jeśli w naszym imieniu ten kompromis mają negocjować ministrant Olejniczak i pielgrzym Oleksy, to może od razu zagłosujmy na PiS, why choose lesser evil?
W sprawach gospodarczych nie oczekuję rewolucji (bom zdradziecki reformista) – ale LMM powinna zaostrzyć progresję podatkową. Już teraz w Polsce jest symboliczna, tym bardziej, że kto chce mieć liniowy, ten może pstryknąć palcami i przejść na samozatrudnienie.
Marzy mi się znaczne podniesienie stawki wolnej od podatku, tak żeby nauczyciele czy pielęgniarki płacili podatki praktycznie przyzerowe, za to żeby prezesowi banku dupnąć tak lekko licząc coś koło osiemdziesiątki. I bez tych żenujących tekstów, że to ich zniechęci i wyjadą prezesować bankom w innych krajach – we’ll miss you sooo freakin much, dear John Christopher.
W kwestiach społecznych LMM powinna wreszcie uspołecznić przestrzeń publiczną. Koniec samowoli hipermarketów, które przerzucają część kosztów utrzymania na kierowców stojących w korku (bo buce pożałowali kasy na budowę bezkolizyjnego zjazdu). Koniec szpecącej Polskę kakofonii reklam outdoorowych. I w ogóle – skoro o tym mowa – przykręcić śrubę reklamom jako takim: zaostrzyć kary za reklamy wprowadzające w błąd, za reklamy dyskryminujące, zakazać kierowania reklam do dzieci, mediom publicznym dać do wyboru: albo reklamy albo abonament. Ogólnie zerwać z traktowaniem prywatnych przedsiębiorców per „o wielki bwana, który tworzysz miejsca pracy, bądź wola twoja” – na rzecz egzekwowania od przedsiębiorców społecznej odpowiedzialności gdy smrodzą, szkodzą czy też wyzyskują.
W polityce międzynarodowej LMM powinna zaś dać do zrozumienia naszym drogim przyjaciołom zza Atlantyku, że kiedy następnym razem ich prezydent znajdzie sobie na globusie kolejny kraj do rozpirzenia („raz dwa trzy, broń masowego rażenia masz teraz ty”), to nie może już liczyć na działalność firmy „Bolanda Kompany – dostarczamy mięso armatnie pod wskazany adres bez zadawania zbędnych pytań”. Przy wszystkich powodach do odczuwania antypatii wobec SLD, najbardziej chyba ich nie lubię jednak właśnie za to bezmyślnie entuzjastyczne poparcie dla inwazji na Irak. O czym oni wtedy myśleli? „Kuźwa, facet, własna strefa okupacyjna”?
Nie wymagam od LMM od razu wygranej w wyborach. Ale chciałbym po prostu wreszcie po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, zagłosować na kogoś a nie przeciw komuś. Z okazji Święta Pracy życzę tego wszystkim lewicowym blogokomentatorom (prawicy życzę zaś oczywiście tradycyjnie biletów na Oceanic Airlines).

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz