Wódka z dziewiętnastolatką

Agora ma już tyle lat, co przeciętny żołnierz walczący w Wietnamie. Relacjonowałem tutaj zeszłoroczną rocznicową balangę, więc w ramach nowej świeckiej tradycji, zrelacjonuję i tegoroczną.


Tym razem z naszego przytulnego budynku przenieśliśmy się na Pragie, w postindustrialne mury wytwórni wódek. Nowa klubowa Praga ma w sobie ciągle coś z dawnego CBGB na Bowery – człowiek przemyka między tymi ponurymi blokowiskami i odrapanymi kamienicami z odrobinką dreszczyku (nieszkodliwego, bo w końcu co tu się może komu stać, gdy nad wszystkim czuwa Hektor Ochrona Mienia, spółka cywilna). Cieszmy się tym dreszcykiem, zanim ostatni młody dynamiczny makler kupi mieszkanie od ostatniego prawdziwego menela.
Niezbędnym elementem każdej korporacyjnej imprezy są przemówienia kierownictwa. Nasze kierownictwo zawsze sprowadza je na szczęście do rozsądnego minimum. Adam przypomniał, w jakich warunkach spotykaliśmy się rok temu – koalicja PiS, LPR i Samoobrony była u szczytu potęgi. Nawet Maciek R10 pisał wtedy na moim blogu: „może się okazać, że kaczyści będą rządzić jeszcze jedną kadencję”. „Pogromca Agory” ogłosił wtedy „Koniec Michnika i Kiszczaka”. Cóż, gdy się o tym pomyśli, rocznicowa karkówka z rocznicowym piwem smakują jeszcze lepiej.


Gwoździem wieczoru był jednak koncert Waglewskiego z synami. Koncertu tej samej grupy wysłuchałem niedawno na imprezie 50-lecia wydawnictwa Znak, co jako kompulsywnego prześmiewcę, wprawiło mnie w złośliwy nastrój. Który rozładował jednak sam koncert – spodziewałem się tych samych wyuczonych na pamięć grepsów, tej samej wyćwiczonej niby-improwizacji. Jakże błędnie! Zrobiłem się fanem. Wysłuchałem trzech wersji na żywo piosenki „Badminton” na przykład – jednej na imprezie Znaku i dwóch na imprezie Agory, bo tym Waglewscy bisowali. I każda była inna!

Po Waglewskich wystąpić miał Shakin Dudi, więc opuściliśmy z małżonką salę koncertową w poszukiwaniu jakiejś muzy do tańczenia. I tu zaczęły się schody. Sąsiedni budynek przewidziano na disco + chillout. Niestety, w sali dyskotekowej produkował się didżej wzięty z wiejskiego wesela. Lecieli Stachursky i Ottawan (ten odwieczny problem nerda na densflorze: czy jestem jedynym człowiekiem na świecie, który zauważył, że „Haut les mains” ma o jedną sylabę więcej od „Hands Up”, więc angielska wersja tego przebojasa jest jeszcze bardziej do dupy od francuskiej?). Jak już puścił „Jesteś szalona”, wymiksowaliśmy się z małżonką z obawy, że zaraz poleci „Cudownych rodziców mam”.
Na szczęście w czilałcie inny didżej puszczał coś bardziej przypominającego klubową muzykę, pojawiło się więc coś w rodzaju improwizowanego densflora w przejściu. Ponadto agorowe pupy kusiły tam niebywale wygodne kanapy (ciekawe, czy to sprzęt nasz czy koneserowy?). Wolałbym jednak na imprezie z okazji 20-lecia nie być skazanym na wybór między Shakin Dudim a Stachurskym…

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz