Małpa w czerwonym (NP 71)


Jak wiedzą o tym stali czytelnicy mojego bloga, najbardziej na świecie to ja chciałbym słuchac tylko i wyłącznie rzadkiej muzyki na white labelach. Czasem jednak tak się zdarza, że zafascynuje mnie jakiś kawałek wykonawcy z list przebojów i tak mam właśnie z „Me and My Monkey” Robbie Williamsa. To jego najlepszy utwór, 15 pozycja na mojej automagicznej liście „Best of the best”, jedyny Williams na niej.
O ile mi wiadomo, nigdy nie wydano tej piosenki na singlu ani nie zrobiono do niej oficjalnego klipu. Załączam animowaną produkcję amatorsko-fanowską, która ma tę wadę, że całą zwariowaną opowieść opisaną w tekście tego utworu pokazano z łopatologiczną dosłownością.
Tymczasem opowieść jest metaforą ocierającą się o łopatologię – narrator mówiąc o sobie i swojej małpie, w liczbie mnogiej pierwszej osobie, zaznacza w pewnym momencie „mamy dziesięć świerzbiących paluszków”. Gdyby naprawdę chodziło o małpę, byłoby 20 lub 30. Ale oczywiście tak naprawdę chodzi o podmiot liryczny i jego…
…jego co? Popularne wyjaśnienie jest takie, że chodzi o Williamsa i jego uzależnienie od kokainy. Faktycznie, dziwaczne pomysły typu „skoczmy do Vegas” mogą pasować do tego, jak sobie wyobrażam uboczne skutki euforyzujących narkotyków (zapraszam do komentarzy osoby bardziej doświadczone).
Ale równie dobrze to może być opowieść o cyklofrenii, bo małpa z tej piosenki pasowałaby na alegorię fazy maniakalnej: najpierw koniecznie musi zobaczyć koncert Sheeny Easton, ale mimo zadowolenia z samego koncertu nie jest w stanie usiedzieć w jednym miejscu. Ta intepretacja ma tę zaletę, że wtedy wiemy już, kim jest tajemniczy Meksykanin („Majnejmis Rrodrrigez, he says with death in his eye”): jest fazą deprrresyjną. Byłaby to najciekawsza popkulturowa metafora depresji od czasów dementorów z „Harry Pottera”.
Z szóstej strony jednak skoro to blog fantasty, to można i potraktować tę opowieść literalnie: jako historię o prawdziwej małpie na wrotkach i w ogrodniczkach (czerwonych?).

Obserwuj RSS dla wpisu.

Zostaw komentarz